www.redbulletin.com
prawie niezależny magazyn / LIPIEC 2010
M.I.A.
O nowej płycie, dosadnych rymach i kreatywnym flow
Mégavalanche
Lawina rowerów górskich schodzi na Alpe d’Huez
Red Bull Street Style
Futbol w RPA bez bramek, bez trąbek
Clint Eastwood Jak po osiemdziesiątce odnaleźć się na nowo, Zapisując się przy tym w historii kina
Odkryj
Print 2.0
Rogiem z Byka
DROGI CZYTELNIKU, Jeden z najciekawszych twórców filmowych naszych czasów w maju skończył 80 lat. Mowa o Clincie Eastwoodzie. Artystom urodzonym po 1930 roku trudno w Hollywood nadążyć za konkurencją, ale on łączy w sobie podszytą autoironią mądrość życiową i młodzieńczy power. Tajemnica sukcesu pana Eastwooda? Nie dał się zniewolić wyróżnieniami, które otrzymywał w młodym wieku. „Nie wolno przestać się rozwijać” – mówi. Niezwykły biograf, Richard Schickel, daje się zaskakiwać Eastwoodowi od dziesięcioleci i jest na bieżąco ze wszystkimi jego dowcipami, co skrupulatnie odnotowuje w książkach i filmach. Prawdopodobnie nikt inny nie zna Eastwooda lepiej – ani jako człowieka, ani jako artysty. Wyłącznie dla Red Bulletina (jesteśmy dumni i zaszczyceni) Richard sportretował naszego okładkowego bohatera – s. 32.
ZDJĘCIE NA OKŁADCE: MARTIN SCHOELLER/AUGUST; Zdjęcie: getty images
„Nikt nie zaginął, nie zamarzł, nie uległ wycieńczeniu” – co za ulga, przeczytać coś takiego na temat Mégavalanche. Na marginesie, to typowo męskie wydarzenie – siłą rzeczy osiemdziesięciu startującym kobietom podnosi się poziom testosteronu. W Mégavalanche chodzi o to, by zjechać na rowerze z wysokości 2500 metrów. Na trasie jest więcej kamieni niż gałęzi, z góry widać granicę lasu. Na plecach czuć oddech 1800 innych facetów i tych 80 odważnych kobiet. Wszyscy oni biorą udział w tym najbardziej „pierwotnym” ze wszystkich wyścigów rowerów górskich: „gdy już dotrzesz do celu i poczujesz się tak, jakbyś umierał i przysięgniesz sobie, że nigdy, ale to nigdy nie weźmiesz więcej udziału w Mégavalanche – możesz być pewien, że wykonałeś zadanie jak należy”. Mégavalanche można przeżyć na dwa sposoby: od 9 do 11 lipca w Alpe d’Huez lub na s. 66-73 tego numeru. Futbol i RPA 2010? Można inaczej. Bez bramek, bez wuwuzeli. Z gwiazdami, które wśród widzów na ulicy dowodzą swojej wyjątkowości. Red Bull Street Style – światowy finał dla sportowców nie podlegających międzynarodowym organizacjom – zebrał w Kapsztadzie najlepszych freestyle’owców świata, którzy mieli przyjemność wystąpić ze sobą i przeciwko sobie. Niezwykłe, że akurat trzykrotny „Around the World” zadecydował o zwycięstwie w rywalizacji, w której chodzi o otwartość na świat. Reportaż z RPA czeka na Państwa na s. 54. Miłej lektury!
Red Bulletin podbija USA: z okazji premiery Red Bull Air Race w Nowym Jorku ukazała się wraz z „New York Times” jego specjalna edycja. Numer ten można ściągnąć na: www.redbull.com
To on nakłonił najbardziej skrytego aktora-reżysera do rozmowy z Red Bulletinem. Richard Schickel – pisarz, twórca filmowy i krytyk w magazynie „Time”. W pracy pomagała mu wieloletnia przyjaźń z Clintem Eastwoodem
Redakcja
3
Ten Red Bulletin potrafi więcej, niż myślisz. Filmy, Dźwięki, Animacje Print 2.0 – dodatkowy wymiar w Red Bulletinie. W tym numerze kolejne historie.
10
14
16
38
40
54
92 Jak to działa? Więcej informacji na s. 7 albo w internecie: pl.redbulletin.com/print2.0
Print 2.0
Całkiem nowe emocje multimedialne.
Wszędzie tam, gdzie oko byka!
SPIS TREŚCI
Świat Red Bulla w LIPCU Clint Eastwood jest bezpretensjonalnie największym mistrzem tego numeru... ale żeby było jeszcze ciekawiej, dorzucamy kilku innych
54
Bullwar
08 Kalendarz PANA Kainratha
10 GALERIA ZDJĘĆ MIESIĄCA Cztery najlepsze foty ze świata i okolic. Burzliwy wybór redakcji. 18 bullwar Dodaje skrzydeł w małych dawkach. 21 Co ci siedzi w głowie Przyglądamy się kosmatym myślom Slasha – podobno najlepszego gitarzysty wszechczasów. 22 EWOLUCJA SPRZĘTU Przyglądamy się jakiej ewolucji uległ sprzęt alpinistyczny. 26 TRIKI FIZYKI To nie my toniemy, czyli jak to się dzieje, że pływak pływa. 28 MOJE CIAŁO I JA Chciałoby się powiedzieć: „Penélope! Twoje Ciało i Ja!”.
66
29 LICZBY MIESIĄCA Dziwne fakty ze świata wyścigów motocyklowych.
60
Herosi
32 CLINT EASTWOOD Wielkim sukcesem Clinta było przejście od aktorstwa do reżyserii. Teraz robi tylko to, na co ma ochotę. 38 MAYA GABEIRA Piękna pogromczyni wielkich fal. 40 TRAVIS PASTRANA Nie czuje się pewnie, kiedy się nie boi. 44 ELHAM AL-QASIMI Pierwsza Arabka, która samodzielnie zdobyła Biegun Północny. 6
82
SPIS TREŚCI
Akcja
Zdjęcia: Brian Bielmann/Red Bull Photofiles, Dean Treml/Red Bull Photofiles, Erik Aeder/Red Bull Photofiles, flohagena.com/redbull-photofiles.com, Garth Milan,red bull music academy, rutgerpauw.com/Red Bull Photofiles, Sébastien Boué/Red Bull Photofiles, Ilustracja: albert exergian
50 jonathan wyatt Ten 37-latek jest najlepszym górskim biegaczem i wcale nie ma zamiaru iść na emeryturę.
16 38 40
54 RED BULL STREET STYLE Relacja z finałów Mistrzostw Świata w futbolu freestylowym. 60 m.i.a. Wywiad z artystką w Red Bull Studio. 66 mÉgavalanche 1800 uczestników, 2500 metrów w dół, zero wymówek. 74 Jaques Piccard Pierwsze lądowanie na dnie Rowu Mariańskiego.
Więcej dla Ciała i Umysłu
80 BRACIA HUBER O dwóch takich, co zdobywają ścianki. 82 ZABAWKI ROBBY’EGO NAISHA Co potrzeba do wielkiej przygody. 84 ROCKOWE FESTIWALE Jakie gwiazdy ciężkiego brzmienia rozgrzewają atmosferę tego lata? 85 Tajemnice Kuchni Superkucharz Joan Roca, zdradza nam trzy ze swoich sekretów. 86 ZRÓB się na Gwiazdę Kto ubiera i stylizuje gwiazdy? 88 Hot Spots Najgorętsze wydarzenia sportowe w lipcu. 90 Potęga nocy Co się dzieje w wielkim świecie nocą? 98 DUSZA I CIAŁo Felieton Mikołaja Lizuta.
the red Bulletin Print 2.0 Filmy, dźwięki, animacje w Twoim Red Bulletinie. Zawsze tam, gdzie znak oka z rogami. 1
44
W okienku pl.redbulletin.com/print2.0 przeglądarki znajdziesz okładkę magazynu. Kliknij „Startuj Bull’s Eye!”.
2
Potrzebna jest kamerka internetowa. Jeśli otworzy się okienko, kliknij „Akceptuj”.
3
Ustaw Red Bulletina przed kamerką. Oglądaj treści multimedialne – filmy, pliki dźwiękowe i animacje. 7
k a rt k a z k a l e n d a r z a pa n a k a i n r at h a
8
kunde „Nie ma rzeczy ‘niemożliwych’.” Felix Baumgartner.
Skoczek BASE, pilot śmigłowców, donator „Wings for Life”.
Post´p i nieustanny rozwój sà cechà naszych czasów. ˚yjemy w erze myÊlenia wizjonerskiego. Najnowsza historia ludzkoÊci obfituje w nowe kroki milowe w dziedzinie osiàgni´ç techniki i medycyny. Najd∏u˝ej panowało przekonanie o niemo˝noÊci leczenia urazów rdzenia kr´gowego. Jednak w drodze badaƒ laboratoryjnych udało si´ doprowadziç do regeneracji uszkodzonych komórek nerwowych. Najnowsze wyniki badaƒ medycznych i naukowych dowodzà, ˝e tak˝e w tej skomplikowanej dziedzinie post´p jest mo˝liwy. Lekarze i naukowcy zgodnie potwierdzajà, ˝e leczenie urazów rdzenia kr´gowego stanie si´ kiedyÊ rzeczywistoÊcià. WłaÊnie ten cel przyÊwieca działalnoÊci fundacji na rzecz badaƒ nad rdzeniem kr´gowym „Wings for Life”. Wspierajàc konkretne, najbardziej zaawansowane projekty badawcze, fundacja „Wings for Life” inwestuje w post´p na rzecz przyszłoÊci, w której leczenie pora˝eƒ spowodowanych urazami rdzenia kr´gowego b´dzie mo˝liwe.
Twój wkład ma ogromne znaczenie. Przekaż go na
www.wingsforlife.com
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Najlepsze triki przed obliczem sfinksa
GIZA (Egipt)
U Izydy i Ozyrysa! Takiej jazdy nie było tu od czterech i pół tysiąca lat: jeden z przystanków World Tour Red Bull X-Fighters został zorganizowany przed samym posągiem Wielkiego Sfinksa w Gizie. Tego wieczoru uwaga zwiedzających nie była skierowana na jedyny istniejący cud świata – 10 000 fanów podziwiało freestyle motocross na naprawdę ozyryjskim poziomie. W tej niewiarygodnej lokalizacji nie wszyscy faworyci zachowali zimną krew. Nawet legendy FMX, takie jak Robbie Maddison czy Eigo Sato, nie zdobyły laurów zwycięstwa. Triumfatorem i czarnym koniem okazał się Adam Jones z USA. Red Bull X-Fighters: 22–23 lipca 2010, Madryt (Hiszpania): www.redbullxfighters.com
Zdjęcie: Jörg Mitter/Red Bull Photofiles
Bullwar Uskrzydla w małych dawkach.
12
Zdjęcie: Craig Kolesky/Red Bull Photofiles
KAPSZTAD (RPA)
WOLNE WYBORY O tym, że w RPA dobrze się kopie piłkę, mówią wszyscy na całym świecie. Ale o tym, że południowy kraniec Afryki nadaje się także świetnie do jazdy na deskorolce, mało kto jeszcze słyszał. Były opiekun przedszkolny z Niemiec, aktualnie student i profesjonalny skejter, Mack McKelton, postanowił to zmienić – sam właśnie dorastał w Afryce. Zanim osiadł w Berlinie, mieszkał w Botswanie, Kamerunie i RPA. Bez wątpienia „Mr. Unbreakable” – jak go nazywają w środowisku – coś już w swoim życiu zobaczył (chociaż pseudonim o wiele lepiej pasowałby do człowieka, przed którego wizerunkiem Mack skacze na zdjęciu – Nelsona Mandeli). W każdym razie warto to zapamiętać: skateboarding i RPA świetnie do siebie pasują. www.redbullskateboarding.com
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Cliff Diverzy na tropie Majów
Legendarne mosty, monumentalne skały, rozpoznawalne na całym świecie budowle, historyczne dźwigi portowe: Red Bull Cliff Diving World Series bardzo starannie wybiera lokalizacje, w których skaczą do wody najlepsi cliff diverzy na świecie. Nową pozycją w repertuarze są meksykańskie Cenoty. Cenota to otwór w podłożu, najczęściej krasowym i najczęściej położonym w puszczy, który sięga aż do wód gruntowych. Cenoty powstają poprzez zapadanie się jaskiń i często są połączone ze sobą podziemnymi korytarzami. Majowie uważali, że są to wejścia do zaświatów i składali w nich ofiary bogom. Tym razem do wody tylko skakano i obyło się bez ofiar. Zwyciężył Brytyjczyk Gary Hunt, pokonując Rosjanina Artema Silczenkę i Orlando Duque’a, legendarnego kolumbijskiego cliff divera. Red Bull Cliff Diving: 24 lipca 2010, Kragerø (NOR): www.redbullcliffdiving.com
SKOki w przepaść
CHICHEN ITZA (Meksyk)
15
Zdjęcie: Ray Demski/Red Bull Photofiles
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Taddy rzuca wyzywanie Kimiemu a następnie pokonuje Erzberg (po raz czwarty!)
E isenerz (AU ST R I A)
GÓRA BÓLU Faceci, którzy chcą na poważnie podokazywać na motocyklach, spotykają się latem każdego roku, już od 16 lat, w styryjskiej miejscowości Eisenerz z okazji Red Bull Hare Scramble. Z 500 startujących w tegorocznych zawodach osób tylko 15 zaliczyło wszystkie punkty kontrolne i dotarło do szczytu Erzbergu – to całkiem standardowy wynik. Jednemu z nich, Tadkowi Błażusiakowi, towarzyszyliśmy podczas jazdy. Polak zwyciężył, pokonując Andreasa Lettenbichlera (Niemcy) i dwunastokrotnego mistrza świata w trialu, Dougie Lampkina (Anglia). Jednak tym razem nawet seryjny zwycięzca ostatnich 4 lat musiał ustąpić pola: podczas Red Bull Motorclash wyprzedził go Kimi Räikkönen w citroënie C4 WRC o całe 38 sekund. WRC Rally Bułgaria, Borovets: 9–11 lipca 2010 www.citroen-wrc.com
16
17
Zdjęcie: Philip Platzer/Red Bull Photofiles
Kaskaderskie Oscary Na gali Taurus World Stunt Awards doceniono spektakularne sceny kinowe Pracę tych, którzy stają w ogniu, rozbijają się samochodami i staczają efektowne walki, doceniono na gali rozdania nagród Taurus World Stunt Awards w Hollywood. Ponad 800 zawodowych kaskaderów spotkało się na terenie Paramount Pictures pod koniec maja. Prym wiodły filmy: „Szybko i wściekle”, „Ninja zabójca”, „Sherlock Holmes” oraz „Terminator: Ocalenie”. Wydarzenie to poświęcone było jednemu z głównych sektorów produkcji filmowej, który dostosował się do pojawienia się komputerowych efektów specjalnych. Obecnie widz może spostrzec, że postać bohatera wyrzuconego w powietrze siłą eksplozji została odtworzona cyfrowo. Pragniemy powrotu do realizmu, a kaskaderzy są w stanie nam to zapewnić... Na szczególne uznanie zasługuje Glenn Foster, któremu skok przez okno wprost na powóz konny
w filmie „Sherlock Holmes” zapewnił wygraną w kategorii Najlepsza scena z ogniem. Niesamowita scena przejęcia cysterny paliwowej w „Szybko i wściekle” zdobyła nagrodę za Najlepszą akcję z udziałem pojazdu. Szacunek należy się także Robowi Hayterowi, który odbierając nagrodę za Najlepszy numer kaskaderski stwierdził, że podczas kręcenia „Kocham Cię, Beth Cooper” nie był w stanie uniknąć pędzącego w jego stronę samochodu i nie użyto w tej scenie żadnych lin. Nagroda za Całokształt twórczości powędrowała do Jophery’ego Browna, który pojawił się w ponad czterystu produkcjach. Nikt nie kojarzy go ze skokiem autobusem nad przepaścią w filmie „Speed”, ponieważ magia kina sprawiła, że myślimy, iż to Sandra Bullock siedziała za kierownicą... Więcej akcji i historia nagród na: www.taurusworldstuntawards.com
Tekst: Paul Wilson. Zdjęcia: Red Bull USa (6), Jophery Brown (1), Summit Entertainment N.V. (1), Universal Pictures (1), Warner Bros Entertainment Inc. (1), The Halcyon Company (1)
b u l lwa r
Nastrojowa atmosfera gali: Paramount Studios w Hollywood
„Szybcy i Wściekli”: Tad Griffith, Heidi Moneymaker, Kenny Alexander
Zdjęcie miesiąca
UŚMIECH PROSZĘ!
Niezwykłe sceny z życia naszych Czytelników dostępne są tu: www.redbulletin.pl
Spośród osób, które nadeślą nam najciekawsze zdjęcia, rozlosujemy po dwie półgodzinne wejściówki na tor gokartowy. Lista torów biorących udział w akcji znajduje się na stronie zawodów:
18
www.redbullaswkarcie.pl
Salzburg Ostatnie klasyfikacje punktowe
Wyślij zdjęcia na email: redakcja@redbulletin.com
w rajdzie oldtimerów odbyły się na Slazburgring. Albert Moser
Jophery Brown. Po prawej: na planie filmu „Trzech bezlitosnych”
Jackson Spidell przyjmuje nagrodę za Najlepszą Scenę Walki
Hiroo Minami odbiera nagrodę za Najlepszą Akcję na Wysokości
Rick MIller i „Terminator: Ocalenie”, Najlepsza Scena Specjalistyczna
Bratysława Na sucho: Jana Dukatova,
Lima Nie potrzeba dużej fali. Zawodowa australijska
Vavrinec Hradilek i Peter Kauzer. Mistrzostwa Europy surferka Sally Fitzgibbons podczas treningu trików. Agostin Munoz, Red Bull Surfing Girls Only w kajakarstwie górskim odwołane. Mat Rendet
ZWYCIĘZCY NAJLEPSZA SCENA WALKI „Ninja Zabójca” Kim Do, Jonathan Eusebio, Jackson Spidell, Jon Valera, Damien Walters NAJLEPSZA SCENA Z OGNIEM „Sherlock Holmes” Glenn Foster NAJLEPSZA AKCJA NA WYSOKOŚCI „Push” Hiroo Minami i Jeffery Ong NAJLEPSZA AKCJA Z UDZIAŁEM POJAZDU „Szybko i wściekle” Kenny Alexander, Troy Brown, Tad Griffith, Gene Hartline, Heidi Moneymaker, NAJLEPSZY SCENA SPECJALISTYCZNA „Terminator: Ocalenie” Rick Miller NAJLEPSZY NUMER KASKADERSKI „Kocham Cię, Beth Cooper” Rob Hayter NAJLEPSZA KOBIETA KASKADER „Obsesja” Angela Meryl i Heather Vendrell Arthur NAJLEPSZY KASKADER KOORDYNATOR I/LUB REŻYSER II EKIPY „Szybko i wściekle” Mike Gunther, Freddie Hice, Terry Leonard, Mic Rodgers NAJLEPSZA AKCJA W FILMIE ZAGRANICZNYM „Zakazana rzeczywistość” (Rosja), Vladimir Orlov
Los Angeles Beaty Dibia$ego podgrzewały atmosferę 850 fanów zebranych w teatrze El Rey. Carlo Cruz, Red Bull Big Tune 19
B u l lwa r
WSPARCIE Na Party
Ronaldo, Kaká, Šuker: Ich sukces ma także korzenie naukowe
K4L CY eza T
Futbol 2020
Jak świat zmienia piłkę nożną: sześć tez na temat przyszłości światowego sportu nr 1 Teza nr 4: piłkarz naukowy Trening indywidualny i naukowe know-how będą w wielkich klubach jeszcze ściślej ze sobą powiązane. W Realu już wiele lat temu Davorem Šukerem (chorwacki „król strzelców” na MŚ 1998) zajmowało się trzech trenerów fitnessu. Dzisiaj podczas treningu u „Królewskich” liczba wyspecjalizowanych w poszczególnych elementach gry trenerów dorównuje na boisku liczbie zawodników. Cristiano Ronaldo, najdroższy piłkarz wszechczasów (94 mln euro), zasięga konsultacji u Usaina Bolta, najszybszego człowieka na świecie, żeby móc jeszcze skuteczniej trenować sprint. Ronaldo jest przy tym – jak na piłkarza – i tak fantastycznym sprinterem. W Milanie Kaká (grający dziś w Realu) został wysłany do słynnego klubowego laboratorium, gdzie po każdym treningu lekarze i fizjolodzy badają pracę mózgu rossoneri i analizują każdy mięsień zawodowców. Światowej sławy trener
kondycyjny, Roger Spry mówi: „Kaká powinien być bardziej agresywny, aby móc radzić sobie z grającymi twardo przeciwnikami o mocniejszej budowie ciała. Zawiesiliśmy więc worek z piaskiem, na którym musiał trenować kick-boxing”. Aly Cissokho, obecnie gracz Olympique Lyon i uczestnik Champions League, nie przeszedł kiedyś testów do Serie A. W przeddzień badania w Milan Lab uśmiechał się jeszcze do kamer podczas posiłku z wiceprezesem Adriano Gallianim, pewny swego. Jednak jego warty 15 mln euro transfer z Porto do Milanu nie doszedł do skutku, ponieważ lekarze sportowi w Milanello bardzo poważnie traktują prewencję kontuzji. Znany chiropraktyk Jean-Pierre Meersseman zajrzał 22-latkowi w zęby i stwierdził nieprawidłowe ułożenie szczęki…
Jak ściągnąć wsparcie na swoją imprezę, relacje z osiemnastek, które już się odbyły i wiele więcej na: www.redbull1992.pl
Co słychać w najważniejszej organizacji piłkarskiej świata: www.fifa.com
São Paulo Zespół Cia Paulista koronował się Istambuł Uwaga, boarding zakończony! Tutaj na zwycięzców w nowym formacie gry w piłkę ewidętnie drugi pilot przegapił start swojego samolotu. nożną. Marcelo Maragni, Red Bull Rebatida Emre Ermin, Konkurs Lotów Red Bull 20
Wejście w pełnoletniość to okazja do pierwszej (przynajmniej oficjalnie) wielkiej imprezy, i nic dziwnego, że każdy chce sprawić by była ona niezapomniana. Red Bull 1992 jest projektem, który pomaga osiemnastkowiczom wybić się ponad przeciętność i zorganizować imprezę, o której goście i ci którym nie uda się dotrzeć będą mówić latami. Do tej pory projekt Red Bull 1992 odwiedził ponad 200 balang, wśród których trafiło się już kilka naprawdę konkretnych. Kto twierdzi, że dzisiejsza młodzież, zapatrzona w MTV i seriale, nie błyszczy pomysłami, byłby naprawdę mocno zdziwiony, wchodząc na przykład na domówkę, której uczestnicy paradują w strojach starożytnych Rzymian, a w ogrodzie relaksuje się oddział rodem z antycznej Sparty! Lub organizuje imprezę na szczycie Sea Towers w Gdyni albo dla swoich przyjaciół załatwia koncert w plenerze, o którym jest głośno w całym mieście. Takie urodziny obchodzą tylko nieliczni.
Jordania Podczas rajdu Allgäu-Orient pozwoliliśmy nie tylko sobie ale i naszemu środkowi lokomocji (temu na czterech kołach) na małą przerwę. Markus Preimel
Tekst: fussball 2010 andreas jaros; Zdjęcie: Marcin Kin; Ilustracja: heri irawan
Jak ulepszyć swoją imprezę osiemnastkową?
B U L LWA R
CO CI SIEDZI W GŁOWIE
Slash
Uosobienie luzu, ostatni rycerz rock’n’-and-rolla: Slash. Zaglądamy pod cylinder zdobywcy drugiego miejsca w rankingu gitarzystów wszechczasów. WY BIEGU OS ESE K W ŚW IAT ŁACH w Stoke-onr. 5 196 w się ził urod Saul Hudson nesu jeszcze wbiz sho t -Trent w Anglii. Poznał świa Hudson, Ola ka, Mat . dzić cho się zanim nauczył jak zd gwia ch taki projektowała kostiumy dla a Neil płyt dki okła – c ojcie a David Bowie, sh” Younga i Joni Mitchell. Ksywkę „Sla sel. Cas r mou Sey r wymyślił akto
Tekst: florian obkircher; ilustracja: lie-ins and tigers
Whatever, dude W 1992 roku Guns N’ Roses byli najsłynniejszą rockową kapelą na świecie. Ponad 70 milionów sprzedanych płyt, 28-miesięczna trasa koncertowa, Axl Rose i Slash jako piekielny duet rock’n’rolla. W 1996 roku Slash opuszcza zespół – od tamtej pory obaj frontmeni GNR nie odzywają się do siebie. Ostatnio Axl nazwał swojego dawnego gitarzystę „nowotworem, który trzeba wyciąć”. Lakoniczna odpowiedź Slasha brzmiała: „Whatever, dude”.
DZ IEC I I WĘ ŻE uPytony birmańskie, boa z poł , aru ask dag Ma dniowego anakondy – Slash, miłośnik gadów, mieszkał w swoim domu w Los Angeles z ok. 80 wężami. Pasja, dzięki której dce w 1995 r. znalazł się na okła ra któ i es” ptil „Re magazynu jego skłoniła go do nazwania swo u poł zes R) GN nowego (po Slash’s Snakepit, wygasła w 2002 roku w związku a. z narodzinami syna, London ROCK’N’ROLLOWE INSYGN IA Długa grzywa z kręconych włosów, okulary przeciwsłoneczne, papieros w kąciku ust i cylinder – wygląd Slasha jest równie legendarny, jak jego szybkie palce. Swój pierwszy cylinder gitarzysta ukradł z butiku Retail Slut w Los Angeles. Jako wstążki kapelusza użył kawałka srebrnego paska do spodni. W takim kapeluszu został uwieczniony na tylnej okładce debiutanckiego albumu GNR „Appetite for Destruction” i od tamtej pory rzadko pokazuje się bez tego nakrycia głowy.
Z LENNY M NA SZKOL NYM PODWÓRKU Slash chodził do szkoły z Lennym Kravitzem. Chociaż obaj już wtedy zajmowali się muzyką, prawie się nie znali. „Slash był gościem, który snuł się zawsze z luzacką miną po korytarzu” – mówi Lenny. Obaj zawarli bliższą znajomość muzyczną dopiero w 1991 roku, gdy Slash zagrał w hicie Kravitza „Always on the Run”.
DZIKIE LATA „Odkryłem alkohol jako dwunastolatek” – powiedział Slash w 1988 roku. „Uwielbiam pić. Przynajmniej jedną butelkę Danielsa dziennie”. Widzowie mogli się o tym przekonać w 1990 roku podczas wręczenia nagród American Music Awards. Slash odbierał wtedy trofeum – łagodnie rzecz ujmując – ze zbyt wielkim animuszem. Od tamtego czasu ceremonie są transmitowane z niewielkim poślizgiem. PIE LG RZ YM KA W KI ERUN KU TĘCZ Y Tym, czym dla fanów Elvisa jest Graceland, tym dla fanów GNR jest Rainbow Bar w LA. Nie tylk o dlatego, że kręcono tu klipy do „Es tranged” i „November Rain”, lecz tak że dlatego, że Slash ma tu swój stolik, nad którym wisi należąca do muzyka gitara Les Pau l i jego zdjęcia z autografami. Czy Slash tu zagląda? Właściciel mówi, że tak. DZI EŃ BOGA GITARY Od sierpnia 2009 to już oficjalne: wg magazynu „Time” Slash zajmuje drugie – po Hendriksie – miejsce w rankingu gitarzystów wszechczasów. Już wcześniej miał swoją gwiazdę w Rockowej Alei Sław i własny model Gibsona Les Paul. Jednak fakt, że 26 sierpnia 2010 został w Hollywood oficjalnie ogłoszony „Dniem Slasha”, może pochlebić nawet bogowi gitary.
Z FERGIE NA SOLOWYCH ŚCIEŻKACH Swój pierwszy prawdziwie solowy album Slash wydał w kwietniu 2010 roku. Towarzyszą mu znani goście: Iggy Pop, Chris Cornell, Kid Rock, Ozzy Osbourne. A dodatkowo gwiazdka popu, Fergie. Czyżby niedopatrzenie? Skądże! „Podczas wspólnej jam session zaśpiewała kiedyś Black Dog Led Zeppelin i po prostu odjechałem. Ma fantastyczny głos, który niestety nie w pełni wykorzystuje w Black Eyed Peas”. Najnowszy album: „Slash” (Roadrunner Rec.)
21
B u l lwa r
EWOLUCJA SPRZĘTU
GDY GÓRA WZYWA
Heca nadal polega na zdobywaniu szczytów, ale środki, dzięki którym alpiniści je zdobywają, stały się w ostatnich latach dużo bardziej wyrafinowane.
Lniany plecak, konopna lina wspinaczkowa, skórzane buty z podbijaną gwoździami podeszwą, czekan z prostym drewnianym styliskiem, kostki z drewna, do tego często własnoręcznie wykute karabinki, haki i igły lodowe, lampa karbidowa na noc i filcowy kapelusz zamiast kasku. Zadziwiające, z jak mizernym ekwipunkiem – w porównaniu 22
z dzisiejszym sprzętem – nasi dziadkowie chodzili w góry i zdobywali ściany i szczyty. Jeżeli aura sprzyjała, ryzyko było jeszcze przewidywalne, ale przy załamaniu pogody górskie wyprawy zmieniały się w walkę o przeżycie: konopne liny zamarzały i traciły giętkość, przemoczone buty traciły przyczepność w fakturze skały, a prowiant w rozmię-
kającym od deszczu i śniegu plecaku przekształcał się w mało apetyczną papkę. Mimo to pierwszy ośmiotysięcznik – Annapurna w Nepalu – został zdobyty w 1950 roku, czyli w czasach „przedgoreteksowych”. Dawny sprzęt wspinaczkowy można oglądać w Muzeum Sportu i Turystki w Warszawie: www.muzeumsportu.waw.pl
Tekst: robert sperl
LEN i filc OK. 1930 ROKU
zdjęciA: kurt keinrath
TECHNOLOGIA i TEFLON 2010 Współczesne wyposażenie zdobywcy szczytów standardowo obejmuje wodoszczelny nylonowy plecak ze zintegrowanym stelażem (masa: tylko 2,46 kg), impregnowane teflonem liny, czekan przypominający narzędzie chirurgiczne, składający się ze styliska ze stopów lekkich i głowicy z kutej na gorąco stali, a także kostki, karabinki i ósemki ze
stopów metali lekkich, latarkę – czołówkę LED świecącą do 450 godzin i ultralekki kask z tworzyw sztucznych z pochłaniającym energię rdzeniem EPS. Dobrym przykładem dopasowania sprzętu do potrzeb wspinaczy są buty Mamook GTx firmy Mammut. Dzięki przemyślanej kombinacji sztywnych materiałów na zewnątrz i miękkich wewnątrz buta
uzyskano – przy masie tylko 1,6 kg – optymalne połączenie trudnych do pogodzenia właściwości: komfortu fizycznego użytkowania i twardości podeszwy (możliwości podpięcia raków). Bardzo sprytnym rozwiązaniem są trzy strefy sznurowania, zapobiegające powstawaniu otarć i pęcherzy. www.mammut.com.pl
23
B u l lwa r
TARGI ROWEROWE
Kidults vs. Panowie i Panie
Groźna ekipa Detroit Zdrój
Zwycięski duet: Junior and Senior
Muzyczne ciosy
Takie imprezy powinny być zakazane, albo powinny odbywać się wszędzie, w każdym klubie. Ludzie po prostu za dobrze się bawią… Koniec dominacji DJ-ów, którzy od zarania dziejów narzucali nam swe muzyczne typy do parkietowych pląsów. 11 czerwca rozpoczęła się rewolucja w świecie klubowych imprez, która przybrała miano Red Bull iBattle! Na specjalnie przygotowanym ringu w klubie 1500 m2 w Warszawie spotkali się zawodnicy reprezentujący różne dziedziny „życia coolturalnego”. W sumie powstało dziewięć dwuosobowych drużyn, składających się z breakdance’rów, dziennikarzy muzycznych, DJ-ów, a nawet sportowców freestylowych. Każda drużyna próbowała pokonać przeciwników poprzez odpowiedni dobór utworów muzycznych – o tym, kto lepiej sprawdził się w roli mistrza ciętej riposty, decydowała publiczność. Doping mierzony w decybelach 24
wyłonił liderów tej muzycznej rewolucji: duet „Junior and Senior” pokonał w walce finałowej chłopaków z „Rocka Fellaz”, zdobywając tym samym nagrodę główną – wyjazd na hiszpańską edycję zawodów Red Bull X-Fighters 2010. Jednak tego wieczoru najważniejszym zwycięzcą była uwolniona muzyka. Repertuar uczestników imprezy obejmował szeroki przedział: od „Łabędziego Jeziora” Michała Figurskiego z ekipy „Wyciory Piekieł”, poprzez hity Czesława Niemena serwowane przez „Juniora and Seniora”, aż do utworów z najnowszej płyty Crystal Castles puszczanych przez narciarza freestylowego, Marka Dońca z „Kidultsów”. Więcej informacji na temat zawodów znajdziecie na stronie: www.redbullibattle.pl
Na odwiedzających międzynarodowe targi rowerowe Bike Expo w Monachium 22-25 lipca czeka spektakularny program atrakcji, zwłaszcza na terenie otwartym. Podczas jedynego występu w Niemczech trialowiec Danny MacAskill (na zdjęciu) zaprezentuje swoje niezwykłe umiejętności i opanowanie roweru. 24-letni Szkot zaistniał w środowisku trialowym w ubiegłym roku. Światową sławę przyniosło mu nagranie video pt. „Inspired Bicycles” na YouTube – efekt: nominacja do nagrody Laureus Award w kategorii „Action Sports Person of the year” i 18 milionów „wejść” na jego klip. W filmie MacAskill przemieszcza się po mieście na dwóch kołach w sposób zapierający dech w piersiach. Jesienią nastąpi kolejny punkt zwrotny w jego karierze – MacAskilla będzie można zobaczyć w hollywoodzkim filmie „Premium Rush”. W tym roku w programie Bike Expo znalazła się także konfrontacja Dirt-Bike Contest BIG IN BAVARIA. Każdorazowo dziesięciu amatorów z różnych dyscyplin ma możliwość zakwalifikować się do finału, ale wcześniej muszą zmierzyć się z takimi profesjonalistami, jak Martin Söderström, Darren Berrecloth, Benny Korthaus czy Andreu Lacondeguy, w selektywnym dirt-parkurze z ostrymi zakrętami i sekcjami pump track. Bike Expo: 22-25 lipca 2010 Targi Monachium: www.bike-expo.com
Zdjęcia: Sebastian Wolny/Red Bull Photofiles (3), Michael Clark/Red Bull Photofiles (1)
Freestylowy trialowiec, Danny MacAskill, pokaże swoje umiejętności na żywo na Bike Expo.
B u l lwa r
KRÓtko i Na temat
Listy czytelników Odpowiedzi redakcji
Kto, gdzie i dlaczego ostatnio stanął na mistrzowskim podium. Francuz Sébastien Ogier (Citroen Junior Team) w rajdzie Portugalii zdobył swoje pierwsze zwycięstwo w MŚ – 7,9 s. przed Sébastienem Loebem.
Na oczach 18 000 fanów Gee Atherton (UK) wywalczył zwycięstwo podczas PŚ Mountainbike Downhill w Fort William (USA). Jego siostra Rachel także stanęła na podium, zajmując drugie miejsce.
Przy czytaniu Red Bulletina dostrzegłem niedosyt związany z brakiem artykułów o freeskiingu. Myślę, że w dobie rozwijającego się zainteresowania narciarstwem freestylowym byłoby dobrym pomysłem umieszczenie artykułów o np. Jonie Olssonie. Proszę o rozpatrzenie tego podania. Krzysztof Karp Temat freeskiingu nie jest nam wcale obcy. Poczekajmy tylko do jesieni i na pewno ruszymy z dobrymi tekstami. Podanie rozpatrzone pozytywnie. Czytam Red Bulletina, od kiedy ukazuje się w Polsce. Bardzo bym chciała, abyście napisali coś o skoczkach narciarskich z Austrii, o Thomasie Morgensternie i Gregorze Schlierenzauerze, ponieważ o Małyszu już coś było w pierwszym numerze, a ja jestem wielką fanką skoków narciarskich. Cobyeta My też lubimy skoki narciarskie i austriaccy mistrzowie na pewno niebawem zawitają na nasze łamy, ale tak samo jak w poprzednim przypadku – poczekajmy na odpowiedni moment.
Zdjęcia: John Carter, FIVB, Sven Martin, Adam Raga
Rowerzysta trialowy Ad am (Hiszpania) miał udany Raga we – zajął I i III miejsce pod ekend czas MŚ Outdoor Trial w Montegi (Japonia).
Amerykański duet siatkówki plażowej, Phil Dalhausser i Todd Rogers, okazał się niezwyciężony podczas wielkoszlemowego turnieju w Rzymie.
W majowym felietonie Lizuta widzę drobną omyłeczkę. Autor pisze: „Albo osiągnąć wyższy stan skupienia – niczym gaz, rozproszyć się w powietrzu”. Gaz jest najniższym stanem skupienia materii. Wyższym stanem skupienia jest ciecz, a najwyższym – ciało stałe. Warto to sprostować, zwłaszcza, że macie interesujący dział Triki Fizyki. Eugeniusz T. Knypl Ach, ten Mikołaj i jego próby zmieniania świata. Dzięki za uznanie dla Trików Fizyki.
Legenda widsur fingu, Björn Dunkerbeck (Dania), zwyciężył przy pomyślnym wietrze PWA Slalom World Cup na hiszpańskiej Costa Brava.
Listy prosimy wysyłać e-mailem: listy@redbulletin.com Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. 25
B u l lwa r
Jan Frodeno, światowej sławy niemiecki triathlonista i Mistrz Olimpijski z 2008 roku, zgodził się wystąpić jako obiekt doświadczalny w ramach naszej lekcji fizyki
TRIKI FIZYKI
RUCH ZA RUCHEM
Dlaczego właściwie pływak może płynąć? Dlaczego bez tarcia ani rusz – i dlaczego mimo to warto zmniejszyć tarcie? Nasz fizyk* dzieli się spostrzeżeniami na temat siły wyporu, siły napędowej i oderwania przepływu.
26
Gdy chodzimy lub biegamy, wykorzystujemy tarcie w kontakcie z podłożem, aby móc się przemieszczać. Opór powietrza można przy niskich prędkościach pominąć. Gdy sportowiec płynie, sytuacja wygląda podobnie, ale mniej tarcia można wykorzystać w celach napędowych, a jednocześnie w wyniku większego tarcia w kontakcie z wodą (niż z powietrzem) powstaje większy opór czołowy. Szczegóły tego procesu wyglądają tak: dynamiczna siła nośna („ciąg”) powstaje w wyniku wzajemnego oddziaływania pływaka i ruchomego ośrodka (wody). Pływacy wykorzystują siłę wyporu oraz tarcie, żeby przemieszczać się do przodu. Suma siły wyporu L i siła tarcia D stanowi siłę napędową Fp. Podczas ruchu pływak zmienia prędkość i kąt natarcia dłoni w taki sposób, że siła napędowa jest skierowana zawsze do przodu.
Zdjęcie: bernhard spöttel; Ilustracja: mandy Fischer
Tarcie jest więc z jednej strony niezbędne, aby wytworzyć dynamiczną siłę nośną, z drugiej zaś hamuje ruch do przodu. Przy stałej prędkości dynamiczna siła nośna i siła tarcia pozostają w równowadze. Siła tarcia jest wprost proporcjonalna do współczynnika tarcia, gęstości wody, powierzchni przekroju pływaka (A) oraz kwadratu prędkości v2. Dlaczego kostiumy pływackie zwane skórami rekina pozwalają zawodnikom pływać szybciej (i to o ok. 2%, jak zgodnie twierdzą doświadczeni trenerzy pływania)? Fizyka zna odpowiedź także na to pytanie. Aby zrozumieć, jak taki kostium redukuje tarcie, należy przyjrzeć się wodzie opływającej jakieś ciało. Zakładamy, że ciało się nie porusza i analizujemy prędkość opływającej je wody. Cząsteczki wody znajdujące się blisko powierzchni ciała są
wyhamowywane wskutek tarcia. Cząsteczki, które są od ciała bardziej oddalone, przepływają szybciej i po torze bardziej prostoliniowym, a nie wzdłuż obrysu ciała. W określonym punkcie następuje oderwanie przepływu. Po minięciu tego punktu cząsteczki zmieniają kierunek, w wyniku czego powstaje różnica ciśnień między przednią a tylną częścią ciała (opór ciśnieniowy). Specjalna powierzchnia kostiumu z „ząbkami” w kształcie litery V oraz małymi „generatorami zawirowań” miesza bardziej oddalone od ciała (szybsze) cząsteczki wody z wolniejszymi, znajdującymi się bliżej ciała. Dzięki temu ogranicza się oderwanie przepływu oraz redukuje tarcie – i nic już nie przeszkadza w biciu nowych rekordów. *Prof. Thomas Schrefl wykłada i zajmuje się badaniami w Wyższej Szkole Zawodowej w St. Pölten (Dolna Austria) oraz na Uniwersytecie w Sheffield w Wielkiej Brytanii.
27
B u l lwa r
MOJE CIAŁO I JA
Penélope Cruz
W „Seksie w wielkim mieście 2” ta słynna Hiszpanka jest przyczyną kilku scen zazdrości, co w sumie nikogo nie dziwi – ma przecież naprawdę wspaniałe ciało. Recepta jego właścicielki na dobrą kondycję jest bardzo prosta: dużo tańca, snu i wody.
SEN DLA URODY Penélope Cruz może spokojnie obejść się bez cudownych środków. Dla zachowania świeżości cery wystarczy jej dużo snu (dziewięć godzin) i dużo wody: „Kiedyś pewien trener wbił mi do głowy, że codziennie trzeba pić przynajmniej Wtedy człowiek nie jest taki głodny i ma litra. 1,5 dużo energii przez cały dzień. Woda to potęga”.
AŻ DO KRWI Na planie „Dziewięciu” trzeba było wytrzymać, chociaż bolało. Cruz musiała długo ćwiczyć z linami i nabawiła się krwawych otarć. Dla aktorki było to wręcz swego rodzaju wyróżnienie: „Nie chciałam, żeby te ślady treningu zniknęły – to były moje małe trofea! Bólu już w ogóle nie czułam”.
TANIEC ZNACZ Y WOLNO ŚĆ „Rodzice posłali mnie do szkoły baletowej, bo jako dziecko rozsadzała mnie energia. Po dwóch godzinach lekcji byłam porządnie zmęczona i łatwiej było nade mną zapanować”. Sport stał się dla Hiszpanki rodzajem uzależnienia. Cruz studiowała później taniec w hiszpańskim Conservatorio Nacional.
ŁÓ DŹ JEST PE ŁN A Sport Penélope uprawia w towarzys twie: „Lubię jeździć z przyjaciółmi na rowerach wzdłuż plaży. Samotne pedałowanie jest wkurzają ce. Aktywny sportowo dzień uznaję za udany, gdy mogę w trakcie jazdy pogadać z ludźmi”. Jako Hiszpanka kocha oczywiście mor ze – z przyjaciółmi uwielbia pływać kajakami.
8-8-3 Penélope Cruz ma na prawej kostce wytatuowaną tajemniczą liczbę „883”. Czyżby na cześć Harleya Davidsona Sportster 883? A może hiszpańskiej kapeli z okresu młodości aktorki? Nic z tych rzeczy! Rozwiązanie zagadki jest proste: ósemka i trójka to po prostu ulubione liczby Penélope. 28
En Vogue W majowym wydaniu francuskiego magazynu „Vogue” Cruz spróbowała swych sił jako autorka. W ramach podziękowania wydrukowano równolegle trzy różne okładki, na których Penélope pozuje – także topless – z przyjaciółmi, m.in. z Bono i Meryl Streep. Czytelnicy mogli zadecydować, którą wersję Cruz chcą mieć na stoliku.
Burger Queen Piękna Hiszpanka nie lubi się głodzić: „Gdybym mogła, pozamykałabym te wszystkie przeznaczone dla nastolatek pisemka, które zachęcają dziewczyny do diet. Kto powiedział, że aby być ładnym, trzeba być chudym?”. Przed otrzymaniem Oscara 2009 Cruz postanowiła się więc wzmocnić podwójnym burgerem w sieci In-N-Out. „Co w tym takiego dziwnego?” – powiedziała dziennikarzom, którzy z zachwytem rzucili się na ten medialny wątek. „Seks w wielkim mieście 2”: już w kinach!
Tekst: Karin Lehner, zdjęcie: REUTERS/The Weinstein Co.
Pin-U p-Girl być Penélope Cruz uwielbia bieranymi roz z m ble pro ma sexy, ale o jako nastolatka: tylk biła rolami. Wyjątek zro ” popełniła grzech w filmie „Szynka, szynka dużo nagiego o rdz ba młodości i pokazała to na dobre. mi o szł wy nie e cal ciała. „W jrzałam i przez do nie o teg Wtedy jeszcze do z m oglądaniem tego długi czas miałam proble kowali mnie lad zuf zas filmu. Producenci której nie chciałam się po nim do kategorii, w ecież zostać prz m znaleźć. Nie chciała tylko aktorką”. k, we dó kła roz z ną dziewczy
TA FRYZURA SIĘ TRZYMA „Nie uważam się za piękność” – bagatelizuje sprawę Cruz. Logiczne jest więc, że niechętnie udziela porad w kwestii urody. „Pytacie niewłaściwą osobę. Prywatnie nigdy nie noszę makijażu. Ponadto uwielbiam potargane włosy, dżinsy i luźne t-shirty. Gdybym mogła, chodziłabym codziennie boso”. Próżności nie okazuje także w filmach: „Piękny wygląd nie jest dla mnie ważny. Dzięki Bogu mam bardzo plastyczne ciało, które można łatwo zmieniać i formować”.
B u l lwa r
Liczby miesiąca
Motocyklowe Mistrzostwa Świata Zbyt młody na prawo jazdy, ale wystarczająco dorosły, aby zdobyć mistrzostwo świata. To tylko jeden z kuriozalnych faktów świata liczb wyścigów na dwóch kółkach.
46
SURTEES
Tekst: ulrich corazza, paul wislon; Zdjęcia: Imago Sportfotodienst (5), Samo Vidic/Red Bull Photofiles
W MotoGP przykład Valentino Rossi jest najbardziej miarodajny. Włoch nazywany jest „Il Dottore” z powodu chirurgicznie precyzyjnej jazdy. Startuje z legendarnym numerem 46 i jest jedynym zawodnikiem, który zdobył tytuł mistrza świata w czterech klasach (125 cm3, 250 cm3, 500 cm3, MotoGP). Szuka on szczęścia także w innych sportach. Rozmawiał z Ferrari o F1, wygrał Monza Rallye Show, testował bolid DTM i wystąpił w GT3. Obecnie przechodzi rekonwalescencję po złamaniu piszczeli podczas treningu.
AGOSTINI
122
ROSSI
18
W dniu 31 sierpnia 2008 r., 18 dni po swoich 15 urodzinach, Bawarczyk Jonas Folger zdobył pierwszy punkt na MŚ podczas swojego drugiego GP (125 cm3) w San Marino, gdzie wystąpił jako najmłodszy kierowca w historii. Niewiele starszy (15 lat, 70 dni) był Brytyjczyk Scott Redding, gdy zdobył swoje pierwsze zwycięstwo w klasie 125 cm3 podczas wyścigu na własnym torze w Donington 2008. Najmłodszym mistrzem świata we wszystkich klasach jest Loris Capirossi. Włoch koronował się na MŚ w sezonie 1990 w wieku 17 lat i 165 dni w klasie 125 cm3.
217,37
Najszybszy w historii przejazd na motocyklu w trakcie MŚ miał miejsce 33 lata temu. Barry Sheene (UK) osiągnął średnią prędkość 217,37 km/h na odcinku o długości 12,9 km w Spa-Franchorchamps (BEL) na motocyklu Suzuki RG500. Obecnie średnie prędkości podczas wyścigów MotoGP to ok. 180 km/h. Najwyższą prędkość 349,288 km/h osiągnął Dani Pedrosa podczas MotoGP na Mugello Circuit (ITA).
1
Johnowi Surteesowi udało się coś, czego nie zrobił ani nikt przed nim, ani nikt po nim. Legendarny brytyjski kierowca wyścigowy urodził się w 1934 roku w Tatsfield i jest jedynym mistrzem świata na dwóch, jak i na czterech kołach. W latach 1956 i 1960 odniósł 38 zwycięstw w Grand Prix i zdobył siedem tytułów mistrzowskich w klasie 350 cm3 i 500 cm3. W roku 1960 Surtees świętował w Lotusie swój debiut w F1 podczas GP Monaco. W 1964 roku zdobył Mistrzostwo Świata.
NAKANO
W łącznej statystyce zdobytych tytułów MŚ Rossi (9 tytułów) nie wyprzedził jeszcze Hiszpana Angelo Nieto (13 tytułów). Sześciu zwycięstw brakuje mu także do wyniku włoskiego maestro, Giacomo Agostini. „Ago” rządził w sporcie motorowym od poł. lat 60. do poł. lat 70. W 1968 roku sezon udał mu się perfekcyjnie: 10 zwycięstw na 10 wyścigów w klasie 500 cm3. Pod koniec miał on na koncie 122 zwycięstwa GP w klasach: 500 cm3 i 350 cm3. W tym zestawieniu Agostini ma przewagę 18 zwycięstw w porównaniu do Rossiego (104).
0,014
FOLGER
Shin’ya Nakano na długo zapamięta ostatni zakręt na Philipp Island 2000. Japończyk przyjechał do Australii na ostatni wyścig jako lider Mistrzostw Świata w klasie 250 cm3. Jechał jako pierwszy po ostatniej prostej i już miał zwycięstwo przed oczami. Wtedy z cienia wyszedł jego kolega z teamu i pretendent do zwycięstwa, Olivier Jacque, wyprzedził go o 0,014 sekundy i w końcowej klasyfikacji zdobył 279 w porównaniu do 272 punktów rywala. Tym gorzej dla Nakano: w kolejnych latach swojej kariery nigdy już nie był tak blisko tytułu Mistrza Świata. SHEENE
MotoGP Niemiec: 18 lipca 2010, Sachsenring: www.motogp.com
29
Zdjęcie: Brian Bielmann/Red Bull Photofiles
Herosi
Bohaterowie i ich wyczyny: kto nas kręci w tym miesiącu. 32 clint eastwood 38 Maya Gabeira 40 travis pastrana 44 elham al-qasimi
Maya Gabeira w swoim żywiole. Brazylijska surferka big wave jest tak dobra, że nawet jej „męscy” koledzy się jej boją (aczkolwiek wizualnie nie mają ku temu podstaw)
herosi
Clint Eastwood Jeden z najważniejszych filmowców Hollywood. Podczas gdy reszta już dawno przeszła na emeryturę, 80-letni reżyser i aktor nadal zachwyca swą pracą. Tekst: Richard Schickel*, Zdjęcia: Martin Schoeller/August
Imię i nazwisko Clinton Elias Eastwood Jr. Data urodzenia 31 maja 1930 r. Pierwsza rola Laborant w filmie „Zemsta potwora” z 1955 roku A teraz pierwsza znacząca rola Kowboj w serialu TV „Rawhide” emitowanym w latach 60. Oscary Dziesięć nominacji i cztery zwycięstwa od 1993 roku Muzyka Utalentowany pianista i zagorzały miłośnik jazzu, sam skomponował fragmenty muzyki do swoich filmów Polityka Od lat 50. jest republikaninem, w 1986 roku piastował stanowisko burmistrza kalifornijskiego miasta Carmel, w latach 2001–2008 walczył o ochronę środowiska, pracując dla California State Park and Recreation Commission
* Autor jest przyjacielem i biografem Eastwooda (patrz także s. 37).
32
„Osiemdziesiątka to nowe siedemdziesiąt dziewięć i trzy czwarte” – mówi Clint Eastwood. To jeden z jego typowych żartów. Sugeruje, że w jego życiu wydarzy się coś ważnego – trzydziestego maja kończy okrągłe osiemdziesiąt lat – i jednocześnie daje do zrozumienia, że urodziny, które dla większości mężczyzn (zwłaszcza reżyserów filmowych) oznaczają przytłaczającą starość i nieuchronny koniec wszystkiego, w jego przypadku niewiele zmienią. W końcu jest u szczytu kariery. On i jego aktorzy wciąż zdobywają nominacje i Oscary, a on wzbudza podziw i szacunek całego świata. A to jeszcze nie koniec. Clint kończy właśnie postprodukcję filmu „Hereafter”, opartego na niezwykle zawiłym scenariuszu Petera Morgana („The Queen, Frost/Nixon”). Jak sam Eastwood stwierdza, film ten to „bardzo romantyczna historia” ludzi, którzy na skutek doświadczenia śmierci otrzymali mistyczną moc rozumienia życia pozagrobowego. Matt Damon gra w nim główną rolę mężczyzny zmagającego się z tym darem. Partneruje mu belgijska aktorka, Cécile De France, wcielająca się w postać dziennikarki, która sama spojrzała śmierci w oczy podczas tsunami i od tamtej pory próbuje zrozumieć to, czego doświadczyła. Jak na prawdziwego realistę przystało, Eastwood niekoniecznie wierzy w życie po śmierci i filmem tym atakuje szarlatanów, opowiadających zmyślone historie z tym związane. Jednak ciekawość reżysera przyczynia się do przeprowadzenia wnikliwej analizy ludzkiej świadomości w tym stanie. „To bardzo ciekawy temat” – mówi. A ciekawe niekonwencjonalne tematy to jego specjalność. Weźmy na przykład jego następny film. Po planowanej kilkumiesięcznej przerwie – nakręci trzy filmy w ciągu dwóch lat – Clint rozpocznie pracę nad produkcją, która okazać się może jego najbardziej elektryzującym projektem. Będzie to wyjątkowo obiektywny, a w związku z tym wyjątkowo druzgocący film biograficzny, opowiadający historię J. Edgara Hoovera – niesławnego szefa amerykańskiego FBI. Jest to historia genialnie napisana przez Dustina Lance
Blacka – zdobywcę Oscara za film „Obywatel Milk” – przedstawiająca 40 lat urzędowania „najlepszego gliny Ameryki”. Zatytułowana po prostu „Hoover”, przedstawia w złośliwy, momentami pełny czarnego humoru sposób biurokratyczną mentalność: Hoover to mężczyzna dosłownie zakochany w swoim zbiorze akt zawierających kompromitujące informacje o członkach politycznej elity Ameryki, który daje mu władzę nad ich karierami, nie mówiąc już o sławie, którą umiejętnie wykorzystuje. W pewnym sensie jest to dla Clinta projekt niebywały, biorąc pod uwagę fakt, że w całej swojej karierze (64 filmy, z których 29 sam wyreżyserował) nakręcił tylko jeden dramat biograficzny – „Bird” w 1988 roku – i nigdy wcześniej nie zajmował się filmem tak otwarcie poruszającym kwestie polityczne. Z drugiej strony fakt ten w ogóle nie dziwi, ponieważ od 2003 roku, kiedy to wyreżyserował doskonały dramat kryminalny „Rzeka tajemnic”, Clint angażował się w projekty zupełnie odbiegające od tematyki, na której skupiał się w poprzednich latach. Wiele z filmów nakręconych w późniejszych latach jego kariery łączą z ich poprzednikami te same korzenie gatunkowe. Jeśli chodzi o tematykę, „Za wszelką cenę” nie ma nic wspólnego z „Listami z Iwo Jimy”, które z kolei nie łączy nic z „Oszukaną” czy „Gran Torino”. Jednak przez całą jego karierę – zaczynając od zapomnianego, ale wybitnego „Oszukanego” z 1971 roku – wykazywał zainteresowanie filmami o prawie, przestępcach i kowbojach. Nawet po przełomowym sukcesie filmu „Bez przebaczenia” z 1992 roku, wciąż wracał do tego gatunku, a jeden z jego obrazów – „Prawdziwa zbrodnia” z 1999 roku – uważam za niemal idealny przykład tego typu filmów: trzymający w napięciu, a jednak poważny; interesująco zabawny, a jednak z elementami tragicznymi. Niedawno siedzieliśmy razem, rozmawiając o jego karierze, w studiu mieszczącym się w jego domu w Los Angeles (posiada jeszcze pięć innych rezydencji i choć większość czasu spędza w Carmelu, odwiedza je wszystkie dość często). W domu panuje półmrok
Spryciarz za milion dolarów: Clint Eastwood zgrabnie zamienił karierę aktorską na reżyserską. O innych jego talentach nawet nie wspominamy
Etapy niezwykłej kariery: jako aktor w: „Za garść dolarów” (1) i „Brudny Harry” (3). Jako aktor i reżyser w: „Co się wydarzyło w Madison County” (2), „Gran Torino” (7), „Bronco Billy” (4) oraz w swoim debiucie reżyserskim, thrillerze „Sadistico” (8). Reżyserował także „Bird” (5) i „Invictus – Niepokonany” (6) 1 2
4
7
5
3
8
credits
6
FOTOSY: ddp images (1), cinetext bildarchiv (5 ), Warner Bros./Cinetext (2)
HEROSI
(Clint jest niezwykle wrażliwy na jasne światło), na półkach widnieją dziesiątki trofeów zdobytych przez lata. Jest to zbiór poważnych nagród, takich jak Oscary, oraz tych mniej ważnych, jak nagroda „brass balls” (miedziane jaja), cokolwiek to jest. Podczas naszej rozmowy skupiamy się nie tylko na nim – pojawiają się też liczne nazwiska innych reżyserów. „Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Billy Wilder i Frank Capra wypalili się po sześćdziesiątce” – mówi, sugerując, że obydwoje skupili się na tematyce, która przyniosła im kiedyś wielki sukces, ale obecnie stała się już lekko nieświeża, a w przypadku Wildera – wręcz ciężkostrawna dla widowni. „Zdarzył im się jeden lub dwa słabsze filmy. Ale wiesz, u szczytu sławy też im się zdarzały. Trzeba iść naprzód, kontynuować”. Tak jak zrobił to John Huston. Clint zagrał go w filmie „Biały myśliwy, czarne serce” i od zawsze podziwiał jego zdolności reżyserskie. Ale nie o to chodzi. W już dość podeszłym wieku, kiedy tak jak Clint skończył 80 lat, stworzył niezwykle różnorodne filmy: musical, dwie adaptacje klasycznych powieści, a także sardoniczną opowieść kryminalną. Zakończył karierę ekranizacją opowiadania Jamesa Joyce’a, „The Dead”. W przeciwieństwie do Wildera i Capra oraz wielu innych – „do samego końca nie zatrzymał się i kręcił dobre filmy, nawet przykuty do wózka inwalidzkiego i z maską tlenową na twarzy”. Clint jest przekonany, że to dzięki temu, że nie ograniczał on własnych możliwości próbami powtórzenia odniesionego wcześniej sukcesu. Większość z tych obrazów poruszała tematy zupełnie świeże. Właśnie do tego dąży Clint – oczywiście bez konieczności stosowania maski tlenowej, ponieważ jego forma jest imponująca. I pewnie bez „chusteczek higienicznych za kołnierzem”, jak to często powtarza, odnosząc się do chusteczek, które aktorzy muszą umieszczać wokół szyi, aby chronić kostiumy przez makijażem. Nie zrozumcie go źle – aktorstwo było dla niego ogromną przyjemnością, ale patrząc w przeszłość, uważa je za odcinek ewolucji prowadzącej do reżyserowania. Po siedmiu latach spędzonych na planie telewizyjnej produkcji „Rawhide” poprosił producentów o możliwość pracy po drugiej stronie kamery, ponieważ „to łączyło w sobie wszystkie elementy produkcji filmowej, a aktor to tylko jeden z jej składników”. Od samego początku – jego debiutem reżyserskim był film „Zagraj dla mnie, Misty” z 1971 roku – wypracował wyjątkowe metody działania: na jego planie zdjęciowym zawsze panuje cisza, pozytywna atmosfera, spokój i zorganizowanie. Słynie z produkcji niskobudżetowych, realizowanych zgodnie z planem. Styl ten ma korzenie w jego dzieciństwie. Eastwoodowie poważnie odczuli skutki wielkiego kryzysu i przez kilka lat przemierzali drogi zachodniego wybrzeża, podążając za ojcem poszukującym pracy. Nieśmiałemu Clintowi nie było łatwo – wciąż był „tym nowym” w kolejnych szkołach. Ale byli oni dobrymi, ciężko pracującymi, zżytymi ze sobą ludźmi, których wartości i zasady ukształtowały Clinta i towarzyszyły mu przez całe późniejsze życie. Do dnia dzisiejszego jest
„Nie potrzebuję adrenaliny do pracy” Eastwood z reguły kończy pracę nad swoimi filmami wcześniej niż uzgodniono, a ich koszty są niższe niż planowano. dokładnie takim człowiekiem, jakiego poznałem 34 lata temu. Myślę, że jego osobowość, zarówno prywatna, jak i zawodowa, jest w dużym stopniu rezultatem jego pasji do jazzu. Jest prawie profesjonalnym pianistą (a ostatnio nawet kompozytorem ścieżek dźwiękowych do swoich filmów). To jego matka zapoznała go z muzyką. Według niego „muzycy jazzowi grali dla siebie. Jeśli chciałeś posłuchać, nie było sprawy, ale jeśli nie miałeś na to ochoty, też nie był to żaden problem. Oni po prostu grali”. A kiedy gusta muzyczne zaczęły się zmieniać – mniej więcej w okresie dojrzewania Clinta w latach 40. – a tradycyjne brzmienia ustąpiły miejsca Bebop’owi, niektórzy z najlepszych muzyków stwierdzili po prostu: „Chcę tak grać. Chcę grać coś innego, coś, czego nie grał mój ojciec”. I tak być powinno. To przynajmniej częściowo wyjaśnia jego wykraczanie poza utarte schematy gatunkowe. Ale nie do końca. Należy jeszcze wspomnieć o jego stanowczości i zdecydowaniu. Rzadko zdarzało się, aby Clint miał pomysł na film. Jest zbyt niecierpliwy („Jedyne co masz, to czas” – jak często mawia). Częściej niż inni reżyserzy opiera się na gotowych scenariuszach. Niektóre z nich pojawiają się na jego biurku w postaci „próbek tekstowych” – najlepszym przykładem jest „Bez przebaczenia” – a na inne trafia przypadkiem. Scenariusz „Bronco Billy” leżał na biurku jego asystenta, ale zaciekawiony tytułem Clint sam go przeczytał. Jeszcze zanim skończył lekturę, wciąż stojąc za biurkiem, zadecydował, że chce nakręcić ten film. Obecnie ma grupę ludzi w jego imieniu bacznie obserwujących pojawiające się materiały. Tekst „Gran Torino” przesłał mu dyrektor wytwórni Warner. Brian Grazer, producent „Oszukanej”, zwrócił jego uwagę na „Hoovera”. Zapytałem go, czy kiedykolwiek wahał się przed dokonaniem wyboru. „Pewnie” – padła szybka odpowiedź. Weźmy na przykład film „Na linii ognia”, którego producenci chcieli, aby Clint jednocześnie reżyserował i występował. Właśnie zakończył pracę nad „Bez przebaczenia” i nie miał ochoty na powtórzenie 35
Meloman: Eastwood jest wyjątkowym pianistą, a w jego filmach muzyka odgrywa ważną rolę, jak np. w mniej znanym „Honkytonk Man” czy sławnym „Bird” – biografii legendy jazzu Charlie Parkera
HEROSI
tej podwójnej roli. Ile czasu zajęło mu rozwiązanie tego problemu? „Co najmniej tydzień” – powiedział. Tydzień? W Hollywood tyle czasu zajmuje otworzenie koperty ze scenariuszem, nie mówiąc już o całym zamieszaniu, jakie następuje potem. Ale gdy już podejmie decyzję, nie wprowadza żadnych zmian do scenariusza. „Siedem moich ostatnich dzieł nie miało niebieskich stron” – powiedział mi kiedyś (na tego koloru stronach wprowadzane są pierwsze poprawki i uzupełnienia, kolejnym przypisane są inne kolory, więc czasem końcowa wersja przypomina tęczę). Następnie przedstawia gotowy projekt szefom studia. Zazwyczaj jego cześć dialogu wygląda tak: „Nie mogę wam zagwarantować hitu kasowego. Ale mogę się postarać nakręcić film, pod którym podpiszecie się z dumą (umieszczając logo Warner Bros)”. Dwa razy w ciągu ostatnich lat wytwórnia wahała się i Clint musiał szukać wsparcia finansowego gdzie indziej. Jednak obydwa te filmy stały się głośnymi hitami, a na dodatek zdobyły Oscary. Wyciągnięto wnioski i przeproszono. Koniec końców dzieła tego faceta zarobiły dla Warner Bros ponad 4 miliardy dolarów. Jednak o tego typu problemach nikt nie wspomina na planie Eastwooda. Nie nawołuje on do walki „my kontra oni”, jak robią to niektórzy reżyserzy. „Niepotrzebny mi tego typu zastrzyk adrenaliny” – mówi. Nie marnuje też czasu na ustawianie kamery w idealnej pozycji. Clint twierdzi, że miał momenty, w których zastanawiał się, gdzie umieścić kamerę, ale niezbyt często. Jak sam mówi: „Wszystkie miejsca są dobre, więc po prostu wybierzmy jedno z nich. Twoja ekipa chce widzieć, jak szybko podejmujesz decyzje. Nie chcą widzieć kogoś, kto w nieskończoność nad tym rozmyśla lub siedzi przed ekranami i opiera się na opinii innych. Nigdy tego nie robię. Jeśli nie potrafię podjąć takiej decyzji, w ogóle nie powinienem się tym zajmować”. Od czasu do czasu zdarza mu się korzystać ze storyboardów, gdy pracuje nad skomplikowanymi scenami wymagającymi efektów specjalnych. I przyznaje, że czasem kręci się po planie w poszukiwaniu odpowiedniej perspektywy. „Ale generalnie lubię znaleźć się w odpowiednim miejscu i po prostu nakręcić daną scenę”. Według współczesnych standardów jest to dość nieostrożny sposób kręcenia, jednak Clint nie jest mężczyzną nieostrożnym. Na pewno za to jest zdecydowany – co dla mnie jest sporym zaskoczeniem. Napisałem o nim dwie książki i nakręciłem trzy filmy i postrzegałem go jako osobę swobodną, dowcipną i pozytywnie nastawioną, której jakoś udaje się kręcić więcej filmów (średnio jeden rocznie), niż komukolwiek innemu. Zawsze powtarzałem, że najbardziej musiał się starać, grając małomówne postacie, jak Brudny Harry. Clint, którego znam, bardziej pasuje do roli typu Bronco Billy – ironiczny, czujny, tolerancyjny i wyluzowany. I wydawało mi się, że on sam się ze mną w tej kwestii zgadza. Podczas szkolenia w studiu Universal w latach 50. uważano – czasem niesłusznie – że jest osobą, która stale musi znajdować się w centrum uwagi. „OK. Ale
„Co, gdy nie chcesz skupiać na sobie uwagi wszystkich wokół?” Prywatnie Clint ma niewiele wspólnego ze swoimi bohaterami. co, gdy wcale nie chcesz skupiać na sobie uwagi wszystkich wokół? Gdy, jak mawiają nowicjusze biorący udział w programie dla młodych talentów, nie masz ochoty łykać tabletek na męskość?” – powiedział mi ostatnio. A oto historia, którą naprawdę lubi opowiadać, o spotkaniu z Rockym Marciano, emerytowanym mistrzem boksu: „Jest prawdziwie męskim facetem, największym twardzielem świata, który nie przegrał nawet jednej walki. Nie złamał mi ręki przy powitaniu ani nic w tym stylu. To był bardzo delikatny uścisk dłoni – nie musiał mi nic udowadniać. Wie, kim jest. I pomyślałem, że to mówi samo za siebie”. Może nie do końca. Twój uścisk dłoni może być delikatny, możesz być na pozór spokojny. Ale nie staniesz się ikoną czy żyjącą legendą – sam zadecyduj jaki termin bardziej ci odpowiada – siedząc cicho w kącie i czekając, aż ktoś cię zauważy. Musisz jakoś zaistnieć w tym krnąbrnym, a czasem złowrogim środowisku. Do tego potrzebna jest ambicja i plan – nawet jeśli udajesz, że nie masz żadnego z tych dwóch. Clint jest typem osoby, która lubi przeć do przodu, nawet niepozornie, ale skutecznie torować sobie drogę do celu. Zeszłego lata, gdy zbierałem materiały do najnowszego filmu o nim, zaskoczył mnie dziarskim, logicznym planem na przyszłość: „Zawsze wykraczam poza utarte granice i dzięki temu nie zatrzymuję się na stwierdzeniu, że westerny wychodzą mi całkiem nieźle, więc będę kręcił tylko westerny. Opowieści o policjantach w moim wykonaniu też są dobre, więc na nich się skupię, stworzę własny serial, poczekam na wynagrodzenie, kupię kilka piw i będę prowadził spokojne, miłe życie. Ale nie o to chodzi. Mnie to nigdy nie satysfakcjonowało”. Nie wypowiadał tych słów ze złością, tylko stanowczo. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego z ust Clinta. Następnie, już łagodniej, kontynuował: „Jestem na takim etapie życia, że kiedy coś nie zapowiada się miło, nie chcę mieć z tym nic wspólnego”. I wtedy uśmiechnął się przyjaźnie i dodał: „Oczywiście przez ostatnie lata idzie mi całkiem nieźle”. Delikatnie mówiąc...
Clint Eastwood spotkał się po raz pierwszy z legendarnym amerykańskim krytykiem filmowym i pisarzem Richardem Schickelem latem 1976. Schickel, który był autorem biografii m.in. Elia Kazana i Marlona Brando, w 1996 roku zajął się opracowaniem historii życia swojego przyjaciela. Jego najnowsze dzieło jest typowo „eastwoodowskie”: szczegółowa dokumentacja kariery Eastwooda jako aktora i jako reżysera. Warner Home Video wydaje największą serię filmów, jaką kiedykolwiek stworzył jakiś artysta: „Clint Eastwood 35 Films 35 Years AT Warner Bros”. Obejmuje ona najważniejsze filmy: od „Agenci umierają w samotności”, po „Gran Torino”. Autorem 35 filmu jest Schickel. Pokazuje Eastwooda takiego, jakiego nikt nie zna. Więcej: www.clint-eastwooddvds.com
Więcej o Eastwoodzie i jego najnowszym filmie „Hereafter” i „Hoover”: www.warnerbros.com
37
herosi
Maya Gabeira Mając zaledwie 23 lata, zabłysnęła na scenie światowego surfingu. Teraz czas na snowbording. A to już zupełnie inna bajka... Tekst: Andreas Tzortzis, Zdjęcia: Carlos Serrao
Imię i nazwisko Maya Gabeira Data i miejsce urodzenia 10 kwietnia 1987 r., Rio de Janeiro, Brazylia Miejsce zamieszkania Encinitas, Kalifornia Rodzeństwo Ma jedną siostrę Rodzice Na podstawie politycznego pamiętnika jej ojca nakręcono nominowany do Oskara film pt. „Four Days in September”, matka Yame Reis jest projektantką mody Dziewicze tereny Pierwszą dużą falę poskromiła w lutym 2006 roku w zatoce Waimea Bay Nagrody Cztery razy z rzędu zdobyła nagrodę Billabong XXL w kategorii Girls Best Overall Performance Nagroda ESPY dla Sportsmenki Roku 2009 w dziedzinie Sportów Akcji Sieć mayagabeira.com.br oraz www.twitter.com/ mgabeira
38
Podczas surfowania na falach, które większość woli tylko oglądać z brzegu, Maya Gabeira przeżyła zderzenie ze skuterem, który złamał jej nos w 12 miejscach. Teoretycznie snowboarding powinien być dla niej bułką z masłem. Ale przy pierwszych próbach na oślej łączce w górach Kalifornii cztery miesiące temu, przejechała zaledwie kilka metrów i upadła. „Każdy powtarzał: Będziesz świetna, przecież to jest jak surfing” – mówi, a jej zaraźliwy śmiech zwiastuje zaskakującą pointę – „Złamałam rękę!”. Ostatnie miesiące Gabeira spędziła, dochodząc do siebie w domu na Hawajach. W kwietniu wróciła do formy i do Kalifornii, w samą porę na odebranie czwartej nagrody Billabong XXL Global Big Wave za całokształt osiągnięć. Nagroda była ukoronowaniem świetnego sezonu. Skutkiem działania prądu El Niño były wielkie fale w najlepszych spotach surfingowych świata: od lodowatych wód Mavericks w Kalifornii, przez nawiedzane przez rekiny Dungeons w RPA, aż do Teahupoo na Tahiti. W grudniu zeszłego roku 15-metrowe kolosy zaczęły rozbijać się o brzeg Waimea Bay, więc zorganizowano tam legendarne już zawody w big wave surfingu im. Eddiego Aikau. „To był pracowity rok” – mówi Maya. „Szybko wbiłam się w rytm. Czułam się coraz pewniej, dzięki tak częstemu surfowaniu na dużych falach”. Żadna inna dama surfingu nie ściga wielkich fal po całej kuli ziemskiej tak, jak robi to Gabeira. „Maya myśli sobie: Chcę tego” – mówi Carlos Burle, mentor Gabeiry. „I ona naprawdę tego chce, jest wojowniczką. To się da wyczuć”. Ale nie od samego początku. O ile opalona skóra i rozjaśnione słońcem włosy Gabeiry są cechami charakterystycznymi dla brazylijskich piękności, to jej umięśnione ramiona, mocne nogi, liczne zadrapania i siniaki na całym ciele świadczą o czymś zupełnie innym. Jej głos jest wyjątkowo gruby i jak każdy Cariorca, Maya delikatnie zaciąga. Pod fasadą luzaka kryje się kobieta, którą rządzi pasja, jakiej
wielu nie potrafi sobie nawet wyobrazić. „Myślałam, że byłoby świetnie, gdyby pojawiła się dziewczyna ujarzmiająca fale tak dobrze, jak faceci” – mówi. „Wiedziałam, że byłabym pod wrażeniem, gdybym zobaczyła surfującą w ten sposób dziewczynę. Teraz w mojej wizji tą dziewczyna jestem ja”. Córka projektantki mody i jednego z najpopularniejszych polityków Brazylii zaczęła surfować w wieku 14 lat. Przez rok uczyła się w szkole średniej na australijskim Złotym Wybrzeżu, po czym jako 17-latka zamieszkała na Hawajach. Jej angielski kwalifikował ją do pracy kelnerki, czytała więc klientom pozycje z menu, rzucając tęskne spojrzenia w stronę fal rozbijających się o brzeg Waimea Bay. Kiedy tylko mogła, wskakiwała na deskę i zaczynała walkę z żywiołem, przy okazji podziwiając weteranów, takich jak Andrew Marr czy Clark Abbey. „Myślisz sobie: OK, dam radę” – mówi. „Jeśli przetrwasz początki, możesz zacząć surfować, a potem już tylko przechodzić na wyższe poziomy”. W 2006 roku zdjęcia Gabeiry surfującej na 12-metrowych falach Waimea Bay, Mavericks i Tod Santos w Meksyku uświadomiły męskiej elicie big wave surfingu, że nie jest ona już intruzem, ale jedną z nich. „To świat mężczyzn i jeśli chcesz być jego częścią, musisz być gotowa na wszystko. A czasem bywa niemiło” – mówi, ściszając głos. Zaczęło być o niej głośno i najwięksi idole Gabeiry wzięli młodą Brazylijkę pod swoje skrzydła. Podczas tegorocznego rozdania nagród Billabong, Shane Dorian, jeden z idoli Gabeiry, odbierając swoją nagrodę w kategorii Ride of the Year, nazwał ją inspiracją. „Byłam w szoku” – przyznaje Gabeira. „Zawsze go podziwiałam. Moment, w którym usłyszałam te słowa właśnie od niego, był najważniejszym w moim życiu. Ważniejszym niż moja nagroda”. A z pewnością czeka ją więcej takich momentów. Przynajmniej na falach. Niekoniecznie na stoku. Maya jako modelka na pl.redbulletin.com/mayagabeira
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0
Wskocz na plan sesji zdjęciowej Red Bulletina i pięknej surferki
Pogromczyni dużych fal, Maya Gabriela, spędza w Rio zaledwie kilka tygodni w roku, jej kalendarz wypełniony jest eventami i spontanicznymi pościgami za najlepszymi falami na całym świecie
herosi
Travis Pastrana Naczelny śmiałek Ameryki, 26-latek z Maryland, regularnie daje popisy odwagi i zręczności, których pozazdrościłby mu sam Evel Knievel. Ale jak się okazuje – w tym szaleństwie jest metoda.
Imię i nazwisko Travis Pastrana Data i miejsce urodzenia 8 października 1983 r., Annapolis, Maryland, USA Początki Już jako 4-latek jeździł na jednobiegowej Hondzie Geniusz W szkolnej ławce też odnosił sukcesy – ukończył liceum w wieku 15 lat Król X Games W roku 2006 wykonał pierwszego w historii podwójnego backflipa na letnich X Games. Łącznie ma na koncie 9 złotych medali zdobytych na X Games Wyczyny W 2009 r. w ramach Red Bull New Year: No Limits pobił rekord w długości skoku samochodem wynoszący 52,1 m. Ma swój program w MTV – Nitro Circus Ulubione jedzenie Lody
31 grudnia 2009 roku, godz. 21:00, Long Beach, Kalifornia. Travis Pastrana siedzi za kierownicą usprawnionej Subaru Imprezy STi, trzyma nogę na gazie, a rękę na dźwigni zmiany biegów. Światła licznych reflektorów odbijają się od powierzchni długiego na 305 metrów rozbiegu. Na jego końcu wyłania się z ciemności stroma rampa. A dalej za nią, na zacumowanej w przystani barce, spoczywa lądowisko. Już czas. Pastrana daje znak, że jest gotowy. Technik trzymający w ręku walkie-talkie spogląda przez okno. „Armatki wodne z przepływającej łodzi pożarniczej spryskały rampę” – przekazuje Pastranie. „Będzie ślisko”. Pastrana dokładnie wie, co to oznacza. Spędził trzy dni na pustyni, ćwicząc ten skok. Rozbił jeden samochód, koziołkując kilkakrotnie z prędkością 105 km/h. Na własnej skórze odczuł działanie praw fizyki. Zdaje sobie więc sprawę, że śliskie lądowisko pozbawi go przyczepności i będzie problem z hamowaniem. Zakładając, że w ogóle doleci do lądowiska. Jeśli barka przesunie się choćby o metr, Pastrana przeleci obok i wyląduje na dnie zatoki – uwięziony wewnątrz zgniecionego Subaru ze złamanym kręgosłupem. Tak czy owak, wypadek murowany. Pastrana dobrze pamięta radę, której dawno temu udzielił mu ojciec: „Kiedy już powiesz, że coś zrobisz, przygotuj się najlepiej jak możesz i spróbuj ograniczyć szkody” – mówił jego „staruszek”. Odpala silnik. Samochód gwałtownie wyrywa, a uwolniona moc wciska Pastranę w fotel. Gdy licznik pokazuje 160 km/h, Subaru dociera do rampy. Potem wznosi się w powietrze i w stanie nieważkości szybuje po czarnym nocnym niebie. O istnieniu Travisa dowiedziałem się – tak jak miliony ludzi – dzięki YouTube. Jedno kliknięcie i zobaczyłem zaspanego, pozbawionego koszulki mężczyznę, który niby dopiero co przebudził się z drzemki. Mężczyzna otwiera puszkę Red Bulla, wypija napój i wyskakuje z... samolotu. Gwałtownie spadając, wykonuje
40
backflipa, później kolejnego, a następnie łapie się skoczka spadochronowego, z którym bezpiecznie wraca na ziemię. Jak chyba każdy, kto właśnie to zobaczył, pomyślałem: „Co z mózgiem tego faceta jest nie tak?”. W moim przypadku pytanie to nie tylko zwykła ciekawość. Jestem dziennikarzem naukowym specjalizującym się w próbach zrozumienia funkcjonowania ludzkiego mózgu w sytuacjach śmiertelnego zagrożenia. Moje badania opierają się między innymi na rozmowach z pilotami, którym udało się wylądować, mimo utraty skrzydła, wędrowcami, którzy rozegrali nierówne walki z niedźwiedzicami grizzly oraz miłośnikami skuterów śnieżnych, którzy przetrwali śmiercionośne lawiny. Ale nigdy, aż do teraz, nie spotkałem się z kimś, kto dobrowolnie wyskoczyłby z samolotu bez spadochronu. W ciągu ostatniej dekady Pastrana wykazał się niezwykłą pomysłowością, dokonując spektakularnych wyczynów, które przyniosły mu reputację największego śmiałka od czasu Evela Knievela. Udowodnił, że zasługuje na to miano, wykręcając pierwszego w historii FMX podwójnego backflipa podczas igrzysk X Games 2006. Później przyszła kolej na backflipa na dziecięcym rowerku trójkołowym oraz skok na motocyklu w otchłań Wielkiego Kanionu. I tak bez końca. Tym, co najbardziej zdumiewa – biorąc pod uwagę jego dokonania – nie są umiejętności czy świetna forma, ale fakt, że Pastrana trzyma strach na wodzy tak długo, jak wymaga tego osiągnięcie wytyczonego celu. Udało mi się porozmawiać z Pastraną telefonicznie tuż przed jego wyjazdem na sześciotygodniowe tournée po Australii w towarzystwie uwielbiających kaskaderskie popisy kolegów z MTV – Nitro Circus. Przyparty do muru przyznał, że wyróżnia go umiejętność zachowania trzeźwości umysłu w obliczu strachu – cecha charakterystyczna wszystkich najlepszych sportowców. „Kiedy wszystko idzie nie tak, musisz uświadomić sobie, co się dzieje i podjąć najlepszą decyzję”
zdjęcie: Polaris Images/eyevine
Tekst: Jeff Wise
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0
Zobacz co napędza Pastranę
Co siedzi w głowie tego faceta? Dzięki umiejętności pozytywnego myślenia w mrożących krew w żyłach sytuacjach, Pastrana potrafi skoncentrować się jak nikt inny
herosi
42
W GŁOWIE TRAVISA PASTRANY W B R E W P OW S Z EC H N E M U P R Z E KO N A N I U, PA ST R A N A N I E J E ST O D P O R N Y N A ST R AC H. JA K W I ĘC ZAC H OW UJ E Z I M N Ą K R E W, G DY W G R Ę WC H O DZ I J EG O Ż YC I E? 1. PRZYGOTUJ SIĘ „Najbardziej boję się, gdy robię coś bez przygotowania. Backflip na rowerku trójkołowym na megarampie był przerażający. Nie wiedziałem, czy rowerek wytrzyma. W końcu nie jest przeznaczony do jazdy z prędkością 90 km/h przy przeciążeniu 4G”. 2. WYKORZYSTAJ STRACH „Gdy się nie denerwuję, nie skupiam się na danej rzeczy w 100 procentach. Gdy wyskoczyłem z samolotu bez spadochronu, najbardziej przerażało mnie to, że nie bałem się wystarczająco. Musiałem przeprogramować swój umysł: OK Travis, masz resztę życia na odnalezienie pozostałych (asekurujących) skoczków i sprawienie, by się udało”. 3. ZAUFAJ SWOJEJ EKIPIE „Przy planowaniu tego skoku najtrudniej było znaleźć ludzi, którzy byliby a) na tyle dobrzy i b) chętni do podjęcia takiego ryzyka. Ale gdy już skompletowałem ekipę, natychmiast sobie zaufaliśmy. Każdy z towarzyszących mi chłopaków miał na koncie 10 000 skoków”. 4. ZAANGAŻUJ SIĘ „Przed wykręceniem podwójnego backflipa przez cały dzień byłem przerażony. Nie wiedziałem, czy się na to zdecyduję. Ruszyłem i w tym samym momencie zrozumiałem, że to zrobię – strach po prostu zniknął. Pomyślałem: OK, już nie ma odwrotu – teraz tylko spraw, by się udało”.
zdjęcia: Carlo Cruz/Red Bull Photofiles, William Halsey, Getty Images (2), CHRISTIAN PONDELLA
– wyjaśnia. „Niektórych ludzi strach dosłownie paraliżuje, ale innych motywuje do działania”. Dla większości z nas silny strach jest niezwykle dezorientującym uczuciem. Ale nie dla Pastrany. Według rodzinnych opowieści zaledwie 3-letni Travis wykonywał już pierwsze triki na gokarcie. „Moi rodzice pozwalali mi robić rzeczy, o których większość rodziców nie chciała nawet słyszeć” – mówi. Jego ojciec, były żołnierz piechoty morskiej, miał pięciu synów. Wszyscy lubili szybką jazdę i skakanie z mostów. „W takiej właśnie rodzinie dorastałem i z pewnością to popchnęło mnie w tym kierunku” – mówi Pastrana. „Na swoim pierwszym crossie jeździłem, mając trzy lata. Dla mnie było to coś normalnego”. Jim DeChamp, przyjaciel Pastrany z dzieciństwa, dzielił jego pasję do motocykli i BMX-ów. „Większość rodziców wścieka się i wariuje, gdy ich dzieci budują własne rampy lub niebezpiecznie wyglądające konstrukcje” – mówi. „Tata Travisa reagował zupełnie inaczej – mówił coś w stylu: może wezmę koparkę i zbudujemy coś nieco większego?”. Zanim skończył 7 lat, Pastrana wykazał się już wyjątkowym talentem i został sponsorowanym zawodnikiem Suzuki. Posypały się pierwsze tytuły. W wieku 14 lat został Mistrzem Świata we Freestyle’u. Rok później ambicje zaprowadziły go przed znacznie większą publikę – zadebiutował na X Games 1999. Był urodzonym showmanem, a dzięki kombinacji doskonałej formy sportowej i zwariowanej osobowości, stał się gwiazdą. Choć był najmłodszym ze sportowców eventu MotoX Freestyle, zgarnął złoty medal. Ale jego ambicje mają swoją cenę. „Każdego dnia zdarzały mi się wypadki” – wspomina Pastrana. „Niektóre były naprawdę poważne”. Już nawet nie liczy złamanych kości. W wieku 14 lat miał wyjątkowo tragiczny w skutkach wypadek – przy prędkości 80 km/h nie trafił w lądowisko i złamał kręgosłup, który dodatkowo oderwał się od miednicy. Przez trzy dni na zmianę tracił i odzyskiwał przytomność, co skończyło się trzema miesiącami na wózku inwalidzkim. Ale nawet fizyczna agonia go nie zatrzymała. „Travis nie jest nieustraszony” – mówi DeChamp, który obecnie jeździ w Nitro Circus. „Potrafi skupić się na pozytywnym myśleniu: Na pewno dam radę. Wystarczy się skoncentrować. Wie, jak pozbyć się negatywnych myśli i skupić na tym, co robi. Sprawia mu to przyjemność”. Dla Pastrany strach jest najtrudniejszy do opanowania, kiedy wie, że jest nieprzygotowany. Jego pierwszego backflipa poprzedził dzień pełen strachu. Miał 16 lat i występował na X Games po raz drugi. „Nie można było się do tego przygotować” – mówi. „Nie było żadnej próby – po prostu: OK, zrobię to. Za pierwszym razem na pewno się rozbiję, ale może chociaż się nie połamię i spróbuję ponownie, wyciągając wnioski z własnych błędów”. Dokładnie pamięta rezultat: spadł z motoru i złamał stopę. Ale doszedł do tego, jakie ruchy trzeba wykonać i jako jeden z pierwszych opanował ten trik. Pastrana zdobył łącznie dziewięć złotych medali X Games. Zajął się także rajdami samochodowymi i wygrał Rally America cztery razy. W tym roku skraca rajdowy sezon, by móc oddać się innej pasji
herosi
(Od góry zgodnie z ruchem wskazówek zegara) Pastrana sprawdza, czy Red Bull dodaje skrzydeł; Prezentując złoty medal zdobyty na X Games 2008; Jego rekordowy skok noworoczny w Long Beach w tym roku; Gwiazda FMX odwzajemnia uwielbienie fanów po wykręceniu pierwszego w historii podwójnego backflipa na X Games 2006
– „showmeństwu”. Razem z dwoma kolegami stworzył Nitro Circus: objazdowe show prezentujące zadziwiające, spektakularne pokazy motocrossowe i BMX-owe. „Naprawdę dajemy z siebie wszystko” – mówi Pastrana. „I dobrze się przy tym bawimy”. Nie przestaje planować kolejnych wyczynów, na widok których użytkownikom YouTube opadną szczęki. Choć nie mówi o tym, co ma jeszcze w zanadrzu, DeChamp zdradza, że przeszedł im przez myśl pomysł połączenia nart wodnych i samolotu. „Byliśmy już blisko zrealizowania tego pomysłu” – mówi. „Niestety samolot, z którego mieliśmy skorzystać, rozbił się kilka dni wcześniej. Pomyśleliśmy, że to może zły znak”. Wracamy do Long Beach. Lot Pastrany trwał zaledwie dwie sekundy, ale wydawało mu się, że znacznie dłużej dryfował po czarnym niebie. „Adrenalina i świadomość, że możesz zginąć sprawiają, że czas się zatrzymuje” – mówi. Wylądował poprawnie – 3 metry za krawędzią lądowiska. Tak jak się spodziewał, rampa była śliska. Samochód sunął bokiem, a on czekał na zderzenie. BUUM! Siła kolizji wybiła szyby, ale chroniony klatką zabezpieczającą Pastrana wyszedł z tego bez szwanku. Wdrapał się przez okno i pobiegł w stronę wiwatującego tłumu. Pomachał widzom zebranym na brzegu, po czym podbiegł do krawędzi i wykonał backflipa prosto do wody. Dalsze komentarze są zbędne, można to wszystko zobaczyć na YouTube. Jeff Wise jest autorem książki pt. „Extreme Fear: The Science of Your Mind in Danger”. Odwiedź jego blog: jeffwise.wordpress.com
credits
Profil Pastrany: pl.redbulletin.com/print2.0 Skok bez spadochronu na pl.redbulletin.com/skoktravisa
43
herosi
Elham Al-Qasimi Każdemu z nas wyprawa na Biegun Północny wydaje się rzeczą niewykonalną. Pewna arabska kobieta uwierzyła, że mimo wszystko jest w stanie tego dokonać. Tekst: Ruth Morgan, Portret: Thomas Butler
Imię i nazwisko Elham Al-Qasimi Data i miejsce urodzenia 22 lipca 1982 r., Dubaj, ZEA Miejsce zamieszkania Londyn, Anglia Uwielbia Salami z renifera Rekordzistka Jest pierwszą arabską kobietą, która samodzielnie zdobyła Biegun Północny Stęskniona za... ...aromatyczną kąpielą z pianą. Była to pierwsza rzecz, którą zrobiła po powrocie z Arktyki do cywilizacji
44
Prowizoryczny most to jedyne, co dzieli Elham Al-Qasimi od skutego lodem Oceanu Arktycznego. Powoli czołga się na rękach i kolanach, starając się osłaniać twarz przed lodowatym wiatrem. Ta rzeczywistość jest całkowitym przeciwieństwem gorących, pustynnych piasków w jej rodzinnym Dubaju. Walcząc z temperaturą sięgającą –30ºC, po omacku pokonuje niestabilny pomost. Jeszcze kilka miesięcy temu 27-latka spędzała większość czasu w domu, siedząc za biurkiem. Na przemarzniętej twarzy Elham pojawia się uśmiech. Bierze udział w ekspedycji polarnej na geograficzny Biegun Północny – cel, który zdominował jej myśli i dzięki któremu zostanie pierwszą Arabką, która postawiła stopę na najbardziej wysuniętym na północ punkcie Ziemi. Z każdym niepewnym krokiem jest coraz bliżej zrealizowania marzenia. Jesienią 2009 roku Elham na pozór miała wszystko: udaną karierę, ładne mieszkanie, dobrych znajomych... a jednak właśnie wtedy zrezygnowała z ambitnego stanowiska kierownika ds. inwestycji w Londynie na rzecz wędrowania po jałowej przestrzeni Arktyki. Decyzja ta oczywiście zaskoczyła przyjaciół i rodzinę, ale dla samej Elham wszystko było jasne: ta potencjalnie śmiercionośna przygoda oznaczała dla niej przetrwanie. „Przez wiele lat moim życiem rządziła praca” – mówi. „Poświęcałam jej wszystko. Musiałam w końcu uwolnić swoją duszę. Wiedziałam, że aby to zrobić, muszę dokonać czegoś prawie niemożliwego. Przeczytałam kiedyś artykuł o kimś, kto dotarł do Bieguna Północnego na nartach. Zawsze myślałam, że nie istnieje bardziej ekstremalna podróż niż ta – wyprawa dosłownie na sam koniec świata. Pomyślałam sobie: Jeśli chcesz się dowiedzieć, kim naprawdę jesteś, musisz opuścić swoją strefę bezpieczeństwa”. Gdy Elham dowiedziała się, że będzie pierwszą Arabką, która zdobyła Biegun Północny, jej plan nabrał jeszcze większego znaczenia. Jako niezamężna arabska kobieta żyjąca w Londynie była przykładem odrzucenia tradycji Zjednoczonych Emiratów
Arabskich – nakazującej kobiecie być przede wszystkim dobrą żoną i matką. „W dzieciństwie nie miałam kobiecych wzorów do naśladowania z ZEA” – przyznaje. „Wielu ludzi w Emiratach wciąż nie może pojąć, co kobieta miałaby robić na Arktyce, dlatego było to dla mnie tak ważne. Pochodzę z konserwatywnej rodziny – z pewnością woleliby, żebym siedziała w domu i robiła na drutach, ale udało mi się ich przekonać. Kochają mnie i są ze mnie dumni. Swoimi czynami staram się uświadomić ludziom, że tylko od nich zależy autentyczność kulturowych stereotypów dotyczących roli kobiet”. Wraz ze złożeniem wymówienia Elham zdecydowała się na wyprawę samodzielną, co oznaczało, że bez niczyjej pomocy będzie ciągnąć za sobą sanie z potrzebnymi do przeżycia zapasami, które ważą prawie tyle, co ona sama. Do kolejnego okna pogodowego na Biegunie Północnym miała zaledwie pięć miesięcy – rozpoczął się wyścig z czasem. Wcale jej to nie zniechęciło – wręcz przeciwnie, znalazła się w swoim żywiole. „Czułam się wspaniale” – mówi. „To było jak zakładanie własnej firmy”. Przygotowania stały się jej pełnoetatową pracą. Wykorzystała swoje umiejętności, sporządzając projekt i przedstawiając go potencjalnym sponsorom. Zdobyła potrzebne fundusze i zarezerwowała termin w profesjonalnej agencji organizującej ekspedycje polarne. Odrzuciła w kąt szpilki, nocne imprezy i życie towarzyskie. Rozpoczęła niezwykle wymagający trening przygotowawczy pod okiem zespołu trenerów, trwający czasem nawet do pięciu godzin dziennie. Musiała przygotować każdy mięsień, ścięgno i więzadło na niewyobrażalne trudy tej podróży. Do doskonalenia techniki propulsji używała nart na kółkach. Trenowała także w komorze wysokościowej i przyzwyczaiła mieszkańców zachodniego Londynu do widoku biegnącej kobiety, ciągnącej za sobą oponę od Land Rovera – w ten sposób oswajała się z ciężarem, jakim miały być sanie. Pod czujnym okiem dietetyka, który dbał o to, by spożywała 3024 kalorie dziennie, zwiększyła masę mięśniową i tłuszczową. „Musiałam
Choć Elham trenowała zawzięcie przed wyprawą, zimno, którego doświadczyła przemierzając lodową krainę, okazało się „niezwykle bolesne”
herosi
Wygodnie, choć zimno: wszyscy członkowie załogi mieli sanie wypełnione zapasami i sprzętem, które ciągnęli za sobą, przemierzając skutą lodem Arktykę
codziennie zapisywać każdą najmniejszą rzecz, którą zjadłam” – mówi Elham. Aby wiedzieć, co ją czeka, musiała także zaliczyć dwa obozy przetrwania: „wycieczki” pod namiot do miejsc, w których panowały bardzo niskie temperatury – pierwszy w Minnesocie w USA, a drugi w Alpach. Więcej w ciągu tych pięciu miesięcy już nie można było zrobić. 16 kwietnia Elham poleciała wraz ze swoją ekipą z Norwegii do rosyjskiej stacji polarnej Borneo. Tego dnia rozpoczęła swą wyprawę na 89º szerokości geograficznej północnej, w towarzystwie pięciu mężczyzn. Do zespołu należeli: doświadczeni przewodnicy polarni – Rick Sweitzer i Keith Heger, włoski chirurg, brytyjski amator wspinaczek górskich oraz 15-letni syn Ricka, Taylor. „To niesamowite uczucie, w końcu się tam znaleźć po miesiącach wyobrażania sobie, jak to będzie” – wspomina. „Zobaczenie Arktyki po raz pierwszy było przeżyciem magicznym. Momentami wyglądała jak pustynia pełna śniegu i lodu, uformowanych w nienaturalne kształty. Ma się surrealistyczne wrażenie, że słońce obraca się wokół ciebie. Wszystko to sprawia, że czujesz przed tym miejscem respekt”. Na pokonanie 100 mil morskich (185 km) mieli zaledwie 11 dni. Oznaczało to jazdę na nartach przez ponad osiem godzin dziennie, z przerwami ograniczonymi z powodu niskiej temperatury do dwóch, trzech minut. „Szybko się przekonujesz, że trzeba docenić i szanować potęgę Arktyki” – mówi Elham. „Masz dwie opcje: walczyć z nią lub podporządkować się”. Musiała obrać odpowiednia taktykę już pierwszego dnia marszu i walki z lodowatym wiatrem, kiedy to nadszedł pierwszy psychiczny kryzys. „Myślałam, że największym wyzwaniem będzie nieustający ból mięśni” – mówi. „Ale okazało się, że większym problemem był niska temperatura. W życiu nie pomyślałam, że będzie aż tak źle. Zimno powoduje fizyczny ból. Przy –30ºC nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym”. Aby sięgnąć po zapasy, Elham musiała zdjąć zewnętrzną warstwę rękawiczek, więc kiedy jej ręce zaczęły zamarzać, przestała jeść. „Nie rozumiałam, co robię źle i to mnie zdołowało” – przyznaje. 46
„Myślałam, że nie dam rady. Nie wiedziałam, że będzie aż tak ciężko. Co ja tu robię? Gdy dotarłam do obozu, mój przewodnik powiedział mi, że w ciągu sześciu godzin zjadłam tylko dwa batony proteinowe i stąd złe samopoczucie. Zrozumiałam to, gdy się już rozgrzałam. Wciąż musiałam się wiele nauczyć”. Po próbie, jaką przyniósł pierwszy dzień, było już lepiej i wróciły siły. „Następnego dnia stwierdziłam, że będę się uśmiechać i to będzie dobry dzień. Pogoda była fantastyczna i osiem godzin minęło w mgnieniu oka” – mówi. „Wtedy uświadomiłam sobie, że moje marzenie może się spełnić”. Każdy dzień zaczynał się o 6 rano miską owsianki, po czym grupa ruszała gęsiego, z przewodnikiem wyposażonym w nawigację GPS na czele. Lód znajdował się w stałym ruchu, co powodowało pojawianie się na ich drodze wałów lodowych (powstałych na skutek silnego parcia i wypiętrzeń lodu). Poza tym drogę na północ utrudniały im także góry połamanego lodu i Ocean Arktyczny. Ominięcie przeszkód oznaczało czasem nawet 12 dodatkowych mil morskich, a tym samym tylko 6 mil na północ. „Już wcześniej wiedziałam, że lód jest w ciągłym ruchu” – mówi Elham. „Ale sytuacja zmienia się tak szybko, że wydaje ci się, że ta jałowa kraina tętni życiem. Były sytuacje, w których znaleźliśmy się na cienkim lodzie i dosłownie słyszeliśmy skrzypienie i trzaski – zupełnie jakby nadpływał jakiś statek. Zapytałam: Co to?, a przewodnik powiedział: Lód przemieszcza się pod tobą, więc radzę się ruszać!”. Ciepłe posiłki gotowali na kuchence w małych namiotach, rozkładanych w pośpiechu pod koniec dnia. Każdy członek ekipy musiał pochłaniać od 4000 do 6000 kalorii dziennie, aby poradzić sobie z wysiłkiem fizycznym i ciągnięciem ważących 42 kg sań. Wysokokaloryczne posiłki składały się z owsianki, bajgli smażonych na maśle, gotowych dań z wołowiny i makaronu, gęstej zupy z owoców morza oraz wynalazku Elham – Polarnej Pizzy zrobionej z tortilli, sera i salami z renifera. „Nasze gorące posiłki smakowały jak królewskie jedzenie!” – mówi. „Nie było to jedzenie najlepszej jakości, ale tam smakowało niesamowicie.
herosi
ZdjęciA: polar explorers (4)
Na Biegunie Północnym nie można marnować czasu – Elham dotarła do celu tuż przed otrzymaniem komunikatu o nadciągającej burzy
Wszyscy kochali osobę, która gotowała danego wieczoru”. Wieczorami Elham miała chwilę na przemyślenia, spojrzenie na motywacyjne hasła wypisane markerem na sznurówkach i butelce wody: „Wytrwałość!”, „Pamiętaj o swoim celu!” – oraz na przeczytanie dopingujących wiadomości od przyjaciół i rodziny. Wszystko to pomagało jej radzić sobie z olbrzymim napięciem psychicznym. Ubrana w swój arktyczny uniform, składający się z bielizny z merynosowej wełny, polarowej kamizelki, obszytej futrem kurtki, rękawiczek, a na nich wodoodpornych rękawic bez palców, ciężkich butów i trzech par skarpetek, Elham rozpoczynała kolejny niekończący się dzień w jej nowym białym świecie. Dzięki treningom czuła się silna i rezygnowała z oferowanej jej pomocy, samodzielnie czołgając się po moście, pokonując lodowate wody oceanu i wszelkie inne utrudnienia. „Jako uparta dziewczyna na oferty pomocy odpowiadałam: Dzięki, dam radę. Rick był bardzo podekscytowany, gdy widział jak bez niczyjej pomocy i bez upadania pokonuję przeszkody, a ja odwracałam się do niego z miną mówiącą: Udało się! Słyszałam jak mówił: Widzieliście to? Ona jest jak Wonder Woman! Wyprawa stała się swego rodzaju sportem, a ja miałam swoją drużynę”. Ale w Arktyce najmniejszy błąd przypomina ci, w jak bezlitosnym środowisku się znajdujesz. Elham była zazwyczaj gdzieś na końcu grupy, więc zaczęła pracować jeszcze ciężej, aby podgonić tempo. Pod koniec dnia zauważyła, że zaczęła się nadmiernie pocić, mocząc podstawową warstwę ubrania, która następnie zamarzła. „Tak bardzo chciałam dogonić resztę, że nie zauważyłam, jak jest mi gorąco” – mówi. „Nie można sobie pozwolić na pocenie się. Niezależnie od wysiłku, czułam chłód w okolicach klatki piersiowej, a ręce przypominały bryły lodu. Gdy dotarliśmy do obozu, rozpięłam swój anorak i spojrzałam w dół – pierwsza warstwa była biała, przymarznięta do skóry. Wtedy mój przewodnik zauważył odmrożenie na nosie. Pokonując ostatnią milę byłam zła, ponieważ było mi zimno, więc gdy z nosa zsunęła mi się osłona, nie chciałam się zatrzymywać, by ją poprawić.
Wystarczyło 15 minut. Naprawdę łatwo jest zrobić coś tak głupiego – coś, co w niektórych wypadkach może nawet przerwać ekspedycję. Na szczęście szybko zajęliśmy się odmrożeniem. Przewodnik ogrzał mój nos ciepłem własnego ciała i po 30 minutach znów się uśmiechałam”. Dzięki dobrej pogodzie siódmego dnia wyprawy Elham dowiedziała się, że grupa znajduje się jedynie sześć mil od Bieguna Północnego – dwa dni przed czasem. Mieli dotrzeć do celu następnego dnia. Niedługo potem otrzymali wiadomość ze stacji Borneo o nadciągającej burzy. Gdyby nie udało im się dotrzeć do bieguna przed godz. 13, wyprawa zostałaby przerwana. Grupa zerwała się na nogi o 5 rano i o 7 byli gotowi do dalszej drogi. „Musieliśmy poruszać się znacznie szybciej niż wcześniej” – mówi Elham. „Było ciężko. Wszyscy się pociliśmy, ale nagle pomyślałam: To prawie koniec. Jeszcze dziś wezmę kąpiel! I nastrój od razu mi się poprawił. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, czego dokonałam, z błędów, które popełniłam i wniosków, które z nich wyciągnęłam i z tego, że nawet gdy moje kolana bolały tak, że nie mogłam ich zginać, wciąż się śmiałam. Myślałam o znaczeniu mojego dokonania dla ZEA. Zwolniłam, by móc cieszyć się tą chwilą i docenić jej piękno”. Gdy Elham dotarła do Bieguna Północnego dokładnie o 13.00, podniosła flagę ZEA i na zawsze zapisała się w historii. „Zamarzałam z zimna” – mówi. „Moja twarz była spuchnięta z powodu zatrzymania wody w organizmie, na policzkach miałam wysypkę i oparzenia, ale to był wspaniały moment”. Później, jeszcze zanim zadzwoniła do zdenerwowanych rodziców, rozsypała wokół piasek z Dubaju, który przez cały czas trzymała przy sobie w buteleczce. Był to symbol początku i końca jej przygody oraz zwycięstwa, które odniosła. „Przez całą podróż w głowie miałam cytat T.S. Eliota, który naprawdę mi pomógł” – mówi. „Tylko ci, którzy ryzykują pójście za daleko, dowiedzą się, jak daleko mogą zajść. Udało mi się coś, co w mojej głowie wydawało się niemożliwe. Zdałam swój własny test”. Podążaj śladami Elham na: www.elhamalqasimi.com
47
Zdjęcie: Red Bull Music academy
Akcja
W tym numerze mamy dużo akcji. O tym, co nas ostatnio kręci. 50 jonathan wyatt – górski biegacz 54 red bull street style 60 w l.a z m.i.a. 66 megavalanche 74 jaques piccard
Sceniczne brzmienia: M.I.A. prezentuje charakterystyczny dosadny rap publiczności w Toronto. Na s. 60 zdradza szczegóły swojego życia muzycznego i nie tylko
a kc ja
BIEGANIE DLA DRESZCZYKU EMOCJI Siedmiokrotny mistrz świata w biegach górskich Jonathan Wyatt i jego żona Antonella Confortola są parą wprost stworzoną dla siebie.
„Zawsze biegamy dla tego dreszczyku emocji, dreszczyku emocji Nieustannie pędząc w górę w poszukiwaniu dreszczyku emocji... Nigdy nie patrząc w dół, jestem zachwycony Tym, co przede mną”. EMPIRE OF THE SUN, „WALKING ON A DREAM”
Na szczycie góry Campbell szaleje silny wiatr. Meta narodowych Mistrzostw Nowej Zelandii w Biegach Górskich 2010 jest już blisko. Wydawać by się mogło, że Jonathan Wyatt jest nieświadomy zimna. W czarnym podkoszulku, szortach i czerwonych butach wyłania się zza ostatniego zakrętu i rytmicznie poruszając ramionami, pokonuje ostatnie 100 metrów trasy o łącznej długości 14,2 km. Nie widać po nim zmęczenia – wygląda dokładnie tak, jak na starcie, jakieś 1300 metrów niżej. Na szczycie czeka jego włoska żona – olimpijska biegaczka narciarska, Antonella Confortola, która zwyciężyła w wyścigu kobiet wcześniej tego samego dnia. Król Gór bierze w ramiona swoją Królową, zakłada górę od dresu i miłościwie czeka na powrót śmiertelników, biegnących daleko za nim. Niektórzy biegacze wpadają na metę i bezwiednie osuwają się na ziemię. Innym udaje się utrzymać na nogach i ostatkiem sił doczłapać do bezpiecznego miejsca, w którym mogą w końcu polec wśród wrzosów, między kamieniami. Jednego z debiutantów wita kolega, pytając: „Jak było?”. 50
„Cholernie ciężko” – wysapuje po złapaniu oddechu delikwent. „Ale założę się, że Jono biegł tyłem na rękach”. Phil Costley, który był trzeci za Wyattem, nie widział, aby ten stawał na rękach w drodze na górę, ale za to zauważył coś innego: „Biegnąc w górę, widziałem wyraźne ślady stóp i jestem przekonany, że zostawił je Jono” – mówi. „Były wyjątkowe. Pomyślałem, że za każdym razem, gdy się odpycha, dosłownie wgniata ziemię. Generuje taką moc. Między innymi dlatego jest takim dobrym biegaczem górskim”. Wyatt jest nie tylko dobrym biegaczem górskim. Jest najlepszy! Od czasu pierwszego Trofeum Świata w Biegach Górskich w 1985 roku, ten szczupły, drobny, skromny Kiwi zdobył aż siedem tytułów. Pobił rekord biegu na niemal każdej większej (i mniejszej) trasie górskiej w Europie i wiele z jego rekordów (według ostatnich obliczeń – 35) wciąż pozostaje niepobitych. Nie tylko zdominował tę dyscyplinę – dominuje w niej od 12 lat, wygrywając wyścigi z ogromną przewagą. Wyatt przypisuje swój sukces i swoją długowieczność ciężkiej pracy i pierwszym, kształtującym latom biegania po wzgórzach i terenach uprawnych w Dolinie Hutt w okolicach Wellington. Trenowanie na łagodniejszym, różnorodnym terenie pomogło 37-latkowi uniknąć poważnych kontuzji przez większą część jego kariery. Jego ojciec, Gordon, entuzjastyczny amator biegania, zachęcił Jono, jego starszego
W ciągu ostatnich 12 lat Jonathan Wyatt zdominował świat biegów górskich, zdobywając siedem tytułów mistrzowskich i ustanawiając 35 rekordów biegów
Credit
Tekst: Robert Tighe, Zdjęcia: Graeme Murray
„Nigdy nie przejdę na emeryturę. Już zawsze będę biegaczem górskim, nawet jeśli będę daleko w tyle za innymi”.
a kc ja
52
„Patrząc wstecz na rok 2004, stwierdzam, że musiałem być w naprawdę niezłej formie”. w obydwu dyscyplinach. W roku 2007 do swej kolekcji dodał jeszcze zwycięstwo w maratonie (przebiegł ponad 42 km; dla porównania trasa Trofeum Świata mierzy od 12 do 15 km). Wyatt zaczynał od biegów przełajowych, ale na Olimpiadzie w 1996 roku przeniósł się na bieżnię i reprezentował Nową Zelandię w biegu na 5000 m. Jego przyjaciel, Aaron Strong, na Mistrzostwach Świata w Biegach Górskich w 1997 roku był czwarty i wierzył, że Wyatt może być najlepszy w tej dyscyplinie. Nie mylił się. Wyatt zadebiutował w biegu górskim w 1998 roku i wygrał swój pierwszy wyścig, zdobywając mistrzostwo Nowej Zelandii. Jego drugim wyścigiem były Mistrzostwa Świata na wyspie La Reunion na Oceanie Indyjskim. Antonio Molinari był
Serce na dłoni
Fenomen Wyatta lub: spotkanie ciała z umysłem.
Tętno
wtedy gwiazdą biegów górskich. Włochowi udało się zostawić resztę w tyle i już myślał, że ma zwycięstwo w kieszeni, kiedy niespodziewanie, na ostatnim etapie, wyprzedził go Wyatt. „On (Molinari) nadal nie może zapomnieć o tym wyścigu” – śmieje się Confortola. „Mieszka jakieś 40 minut od nas i wciąż powtarza: To ja miałem wygrać ten wyścig”. „Myślę, że był w szoku” – mówi Wyatt. „Nikt nie wiedział, kim jestem”. Może i był nikim w 1998 roku, ale jego dokonania od tamtej pory zapewniły mu status legendy. Weźmy na przykład rok 2004. Ustanowił 11 rekordów tras w Europie i w USA, których do tej pory nie udało się pobić. Następnie w odstępie 3 tygodni ukończył maraton na
Wykres prezentujący puls Jonathana Wyatta podczas Maratonu Graubünden potwierdza jego imponującą formę. Bieg rozpoczyna się 600 m n.p.m., a kończy 2600 m n.p.m., a jednak puls Wyatta był wyższy na starcie (175/min.) niż w ciągu pierwszych dwóch godzin biegu. Po wyścigu (zwycięski czas to 3:30.33) bicie serca uspokoiło się do 90/min. – puls niewysportowanej osoby leżącej na słońcu. Pewność siebie Wyatta jest równie imponująca: podczas sztafety Red Bull Dolomitenmann 2004, wygrał sekcję biegów górskich z zapasem czterech minut do najbliższego rywala i na wysokości 2441 m n.p.m. zapytał dyrektora wyścigu „To dokąd teraz biegniemy?”. Wysokość (m) 2600
180
90
600
zdjęcie: Bernhard Spöttel/red bull photofiles
brata i siostrę do uprawiania tego sportu. Bieganie stało się rodzinną pasją. Tę dziedziczną tradycję sportową Wyatt kontynuuje ze swoją żoną. Antonella Confortola pochodzi z Ziano di Fieme w Dolomitach. Jej dziadek, Silvio, wystartował w biegach narciarskich na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich 1948. W 1998 roku Antonella poszła w jego ślady, startując w swych pierwszych zimowych igrzyskach. Olimpiada 2010 w Vancouver była jej czwartą. Najlepszy rezultat osiągnęła w Turynie w 2006, zdobywając brąz w sztafecie 4 × 5 km. Nikogo chyba nie dziwi, że para poznała się w górach. We wrześniu 2002 roku w austriackim Innsbrucku Confortola obserwowała ostatni etap Mistrzostw Świata Mężczyzn w Biegach Górskich, zaledwie kilka godzin po zajęciu drugiego miejsca w pierwszych w jej karierze mistrzostwach świata. „Zobaczyłam mężczyznę wyłaniającego się z mgły, biegł naprawdę szybko i zdecydowanie wyprzedzał pozostałych” – mówi Confortola z uwielbieniem wypisanym na twarzy. „Pomyślałam: Kim jest ten facet?”. „Tym facetem” był Wyatt i rok później ten facet i ta dziewczyna ponownie spotkali się na wyścigu we Włoszech. Pobrali się w zeszłym roku. Obecnie para odnawia 250-letni budynek w Ziano. Może nie są tamtejszymi Beckhamami, ale mieszkańcy miasteczka przyzwyczajeni są do widoku zapamiętale biegnącego Wyatta i Confortoli podążającej w stronę trasy narciarskiej. Antonella ma na swoim koncie sukcesy także w biegach górskich. Zdobyła srebrny medal na Mistrzostwach Świata w 2002 roku, a był to zaledwie jej drugi wyścig. Poświęciła jednak obiecującą karierę na rzecz narciarstwa. Od czasu do czasu para trenuje razem, ale jak wyjaśnia Confortola, jest to trudne. „On biega za szybko, a na nartach jest za wolny. Ale jego umiejętności narciarskie są coraz lepsze” – mówi. „Zjeżdżanie go męczy, bo brakuje mu techniki, ale gdy sunie na nartach pod górę, świetnie mu idzie”. Pod górę jest bardzo, bardzo dobry. Od 1983 roku mistrzostwa świata w biegach górskich w latach nieparzystych oferowały wybór między downhillem i uphillem, a w latach parzystych organizowano jedynie uphill. W uphillu Wyatt był praktycznie nie do pokonania, wygrywając pięć z sześciu tytułów od 1998 roku. W 2006 roku dobiegł na metę drugi i to jedyna „plama” w jego CV. W 2005 roku wygrał zarówno uphill, jak i downhill w rodzinnym Wellington, tym samym stając się jedynym zdobywcą tytułu mistrzowskiego
Duet idealny: Żona Wyatta, Antonella Confortola, jest światowej klasy narciarką biegową i utalentowaną biegaczką górską
Olimpiadzie w Atenach na 21 pozycji, zdobył czwarty tytuł Mistrza Świata w Biegach Górskich i był członkiem zwycięskiej ekipy na zawodach Red Bull Dolomitenmann w Austrii (jedno z czterech zwycięstw w najtrudniejszym wyścigu sztafetowym świata). „Wtedy nie wydawało się to takie trudne” – mówi Wyatt. „Ale patrząc wstecz na rok 2004, stwierdzam, że musiałem być w naprawdę niezłej formie”. Biegacze mają tendencję do przypisywania mistycznych, niemal duchowych właściwości do ich sportu. Weźmy pod uwagę ten cytat pojawiających się na wielu stronach dotyczących biegania: Tylko nieliczni, którzy dążą do celu, mogą tego doświadczyć... Poczuć co to piekło, biegnąc tak blisko nieba. Oto niebo biegaczy. Oto uczucie, dla którego żyję. Wyatt nie wygłasza podniosłych sloganów. Biega, ponieważ jest to coś, co robił zawsze. „Uwielbiam być na powietrzu, a bieganie jest dobre dla ciała i dla umysłu. Bieganie po górach zaprowadziło mnie do wielu wspaniałych miejsc i jest to niezwykle prosty sport. Zaczynasz na dole, a kończysz na górze i jak już tam dotrzesz, otrzymujesz nagrodę w postaci niezapomnianych widoków”. Wyatt miał wiele wspaniałych momentów w karierze. Zdobycie tytułu mistrzow-
skiego w Wellington na oczach 10 000 widzów było jednym z najlepszych. Ale miał też gorsze chwile. Na dwa dni przed mistrzostwami w Turcji w 2006 roku, w trakcie biegu treningowego zaatakowały go dwa psy. Dosłownie odgryzły mu kawałek pośladków i powaliły na ziemię. Z krwawiącymi pośladkami został zniesiony na dół i zawieziony do szpitala, gdzie zaaplikowano mu zastrzyk przeciwtężcowy i przeciw wściekliźnie. Pomimo nafaszerowania lekami Wyattowi niemal udało się odnieść mało prawdopodobne zwycięstwo. Zaledwie 200 m przed metą wyprzedził go Kolumbijczyk i Wyatt przegrał o zaledwie 0,06 sekundy. „To dokonanie Jono wywarło z pewnością największe wrażenie” – stwierdza Phil Costley, który był wtedy członkiem reprezentacji Nowej Zelandii w Turcji. „Sam start, już nie mówiąc o zajęciu drugiego miejsca, był dokonaniem naprawdę niezwykłym”. Miło, że ktoś chwali jego wyczyny, ponieważ na samego Wyatta w tej kwestii nie ma co liczyć. Gdyby przyznawano medal dla najskromniejszego mistrza świata, z całą pewnością otrzymałby go Wyatt. „Nie lubię rozmawiać o moim sporcie i zawsze staram się patrzeć na siebie krytycznym okiem” – mówi. „Może i nie było zbyt wielu wyścigów, po których
pomyślałem: Lepiej być już nie mogło. Ale w końcu dochodzisz do punktu, w którym musisz czuć się dobrze z własnymi dokonaniami, a ja jestem całkiem zadowolony z własnych osiągnięć”. Zerkając w najbliższą przyszłość, Wyatt nie potwierdził jeszcze udziału w Mistrzostwach Świata 2010 w Słowenii na początku września. „Jest taka szansa, jeśli będę ostro trenować i jeśli dotrwam do ostatniego kilometra, będę biegł jak najszybciej po kolejne zwycięstwo” – mówi. Podczas gdy jego zawodowa kariera zmierza ku końcowi, Wyatt przyjął rolę ambasadora firmy Salomon produkującej wyposażenie sportowe i promuje bieganie po naturalnych ścieżkach. Wykorzystuje też swój talent do chodzenia po śniegu w specjalnym obuwiu. W przyszłości chciałby zobaczyć biegi górskie na olimpiadzie oraz chodzenie po śniegu na zimowych igrzyskach. Niezależnie od tego, jak potoczy się jego życie i kariera, nigdy się nie zatrzyma. „Nigdy nie przejdę na emeryturę” – zapewnia. „Już zawsze będę biegaczem górskim, nawet jeśli będę daleko w tyle za innymi”. Wciąż biegnąc dla tego dreszczyku emocji, dreszczyku emocji... Więcej o karierze Jonathana Wyatta oraz planach na rok 2010 na: www.jonospulse.com
53
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0
Zobacz, co działo się podczas finału Red Bull Street Style 2010 w Kapsztadzie
a kc ja
Futbol Freestylowy
Wraca do domu Światowy finał Red Bull Street Style w Kapsztadzie był wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze, nigdy wcześniej wydarzenie to nie wywołało tylu emocji i tak pozytywnych reakcji. A po drugie, w porównaniu do zeszłorocznego finału w São Paulo, poziom uczestników poszybował w górę. Wysoko w górę. Tekst: Steve Smith, Zdjęcia: Dean Treml 55
a kc ja
D
la tłumu po brzegi wypełniającego plac, na którym odbywa się finał Red Bull Street Style 2010, jest to wydarzenie wyjątkowe. Na trybunach panuje odświętna atmosfera. Zupełnie jak po powrocie do domu syna marnotrawnego. Po latach podróżowania wrócił odmieniony – wydoroślał i spoważniał – ale nie ma wątpliwości co do tego, gdzie znajdują się jego korzenie. Wrócił do domu, by podzielić się zdobytą wiedzą i stąd ta energia, którą emanuje publiczność. Innymi słowy, podczas finału publiczność po prostu oszalała. Przed tłumem, na podwyższonej okrągłej scenie stoi drobny nigeryjski chłopiec. Skończył dopiero 11 lat. Poza piłką zachowującą idealną równowagę na czubku głowy, ma na sobie jedynie slipki. Ale nie wyszedł na scenę w takim właśnie stroju. Na początku rozgrywek młody Habib Makanjuola miał na sobie spodenki, koszulkę, skarpetki i trampki. Części jego garderoby systematycznie
56
znikały podczas występu – bez utraty kontroli nad piłką, spokojnie balansującą na czubku głowy lub na dużym palcu u stopy. Spróbujcie ściągnąć but i skarpetę z tej samej stopy, na której akurat znajduje się piłka. Widowni ten pokaz najwyraźniej się spodobał. Po pierwsze – Habib ma około 1,20 m wzrostu, co stwarza mylne pozory, że jest dużo słabszy od innych. Po drugie – jego triki są niezwykle oryginalne. I po trzecie – reprezentuje on to, z czego publiczność doskonale zdaje sobie sprawę: organizacja zawodów Street Style w Afryce oznacza powrót tego sportu do rodzinnego domu. Może i ma nową supernazwę, ale jego esencja – wykonywanie trików przy użyciu piłki – nie jest dla Afrykańczyków niczym nowym. A zwłaszcza dla mieszkańców RPA, którzy od wielu, wielu lat rozgrywają tak zwane diski, czyli mecze piłkarskie w każdym możliwym miejscu: od obszarów, gdzie czerwonej afrykańskiej ziemi nie pokrywa ani jedno źdźbło trawy, do betonowych boisk szkolnych. Zazwyczaj używają do tego piłki tenisowej, ale właściwie każdy
w miarę okrągły przedmiot jest dobry – i tak bardziej liczą się umiejętności zawodników, niż strzelenie gola. Wszyscy na takim boisku umieją żonglować, przerzucać i chwytać piłkę – to podstawa. Liczy się przede wszystkim styl. Tak można tu zdobyć szacunek i uznanie. Publiczność w Kapsztadzie po zaledwie trzech sekundach inauguracyjnego występu zawodów rozpoznała, doceniła i uznała Street Style za swój rodzimy sport. Wielu z nich nigdy wcześniej nie widziało tego typu wydarzenia, ale wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że DNA i korzenie są te same. Reguły nie są skomplikowane – trzy minuty, dwóch zawodników; każdy ma 20 sekund z piłką, a następnie podaje ją przeciwnikowi. Reasumując, każdy ma 90 sekund na zrobienie wrażenia na sędziach. Proste. Tak jak sam sport. I to się właśnie podoba. Podoba się także muzyka grana przez legendarnego DJ-a z RPA – Ready D. Niskie brzmienia, wibracje i dudnienie w tle potęgują atmosferę oczekiwania i ekscytacji. Nie chodzi już tylko o zobaczenie nowego wydarzenia. Liczy się
Zdjęcie: Kolesky/SanDisk/Red Bull photofiles
Punkt obserwacyjny: zawodnicy podziwiali Kapsztad z Głowy Lwa
action
Zdjęcia: Dean Treml/Red Bull Photofiles (2)
Liczy się przede wszystkim styl. Tak można tu zdobyć szacunek i uznanie prezentacja czegoś, co publiczność zna, ale w zupełnie nowy sposób. Ziarno zostało zasiane – młodzi chłopcy podziwiający zawodników na scenie już marzą o wymyślaniu własnych trików. Na scenie widać ruchy rodem z Kung Fu. „Mistrz stabilnej stopy” powrócił, by przekazać swoim uczniom całą wiedzę zdobytą podczas dalekich podróży. Kilka dni wcześniej niektórzy zawodnicy odwiedzili lokalne szkoły, w których zademonstrowali, jak tradycyjne diski przerodziło się w Street Style. Aktualny mistrz świata, Arnaud „Séan” Garnier, wprawił w osłupienie szkolne dzieciaki swoim b-boy’owym występem, pokazując, co można zrobić z piłką futbolową. Ale nie tylko zawodnicy pozytywnie szokowali. Ich samych zachwyciło naturalne piękno i wyjątkowa energia miasta. Widniejący na liście światowego dziedzictwa UNESCO Kapsztad to miejsce wyjątkowe. Jeśli RPA jest klejnotem Afryki, to Kapsztad jest diamentem zdecydowanie wyróżniającym się na tle pozostałych. Przypomnijmy sobie Afrykę pokazywaną na Dicovery Channel. Kapsztad w niczym jej nie przypomina. Panuje tu atmosfera relaksu i iście śródziemnomorski klimat. Plaże są tu lepsze niż na Lazurowym Wybrzeżu, a w pobliżu znaleźć można liczne winnice. Światowy Finał Red Bull Street Style 2010 odbywa się na tle imponującej Góry Stołowej. „Jak już będzie po wszystkim, od razu się tam wdrapuję” – zapewnia, wskazując palcem na szczyt, Hoai-Nam „Nam The Man” Nguyen – piłkarz freestylowy z Irlandii . Tak jak pozostali zawodnicy, Nam był już na szczycie Głowy Lwa – formacji zlokalizowanej po zachodniej stronie Góry Stołowej, gdzie zorganizowano spektakularną sesję zdjęciową – ale energia tej spłaszczonej góry w magiczny sposób przyciąga ludzi. Naprawdę nie warto słuchać stacji informacyjnych zapewniających o „niebezpieczeństwie” czyhającym w tym kraju na turystów. Nam najwyraźniej nie został napadnięty, gdy tylko się tu znalazł. „Największe
Życie ulicy: Arnaud ‘Séan’ Garnier (na górze) i Andrew Henderson otoczeni tubylcami
wrażenie robią na mnie ludzie” – mówi. „Wciąż słyszy się straszne historie o RPA, ale ja bardzo chciałem zobaczyć to miejsce na własne oczy. I niespodzianka – nic mi się nie stało”. Ale to nie do końca prawda. Poległ już w ćwierćfinałach, co nie jest najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się przytrafić, ale biorąc pod uwagę poziom rywalizacji na Mistrzostwach 2010, dotrzeć tak daleko to już wielki sukces. „Moja przygoda z freestylem zaczęła się 20 lat temu i od tamtej pory poziom umiejętności zawodników znacznie wzrósł” – mówi mistrz ceremonii Street Style 2010 i pionier piłkarskiego freestylu, Steve „Eli Freeze” Elias. „Od ostatniego światowego finału Street Style w 2008 roku ten sport naprawdę się zmienił. Byłem pod wrażeniem tego, co prezentowali zawodnicy dwa lata temu w Sao Paulo, ale w RPA poziom drastycznie wystrzelił w górę. Oglądając pokazy w internecie lub na zawodach takich jak ten, widzę kreatywnych ludzi nieustannie wymyślających nowe triki. Poziom ciągle rośnie”.
Jednym z najbardziej kreatywnych piłkarzy freestylu jest duma RPA – Kamal „Kamalio” Ranchod. Kamalio i jego znak rozpoznawczy – spodnie dresowe– są tak wyluzowani, że wyglądają, jakby dopiero co wygrzebali się z łóżka. Teoretycznie Kamalio ma powody do zmartwienia – spoczywa na nim przytłaczający ciężar oczekiwań rodaków. W końcu jest ich faworytem. Podczas eliminacji Kamalio dosłownie niszczył rywali, z uśmiechem na twarzy i przyjaznym uściskiem na zakończenie. Pozostała piętnastka miała się czym martwić. Ktoś tak dobry nie powinien być tak miły. Nawet gdy niemal zmuszano go do odpowiedzi na pytanie, jakie jego zdaniem ma szanse na finał, Kamalio odpowiadał: „Moi rywale są naprawdę dobrzy. Nie, nie jestem jednym z faworytów. Po prostu cieszę się, że jestem w najlepszej szesnastce”. Ale Street Style nie widział jeszcze szczytu jego możliwości... I to niepokoi pozostałych zawodników. W pięknym stylu wygrał kwalifikacje, a nawet nie wykonał jeszcze swojego popisowego triku. Wszyscy słyszeli o „Kung Fu Kum 57
a kc ja
Anders ‘Azun’ Solum
Zwycięzca Red Bull Street Style 2010 zachwycił publiczność potrójnym trikiem Around The World – pierwszym udanym w historii zawodów. „To najtrudniejszy trik świata” – przyznaje. 58
Kamal ‘Kamalio’ Ranchod
Umiejętności tego lokalnego bohatera są niesamowite. Z łatwością wygrał kwalifikacje bez konieczności prezentacji popisowego triku Kung Fu Cum Down. Przegrał w finale z Azunem.
Arnaud ‘Séan’ Garnier
Broniący tytułu mistrzowskiego Séan przymierzał się do kolejnego zwycięstwa, ale tym razem imponujące breakdance’owe umiejętności nie wystarczyły i odpadł z najlepszej szesnastki.
Zdjęcia: Dean Treml/Red Bull Photofiles (3), Kolesky/SanDisk/Red Bull photofiles, RayDemski.com/Red Bull Photofiles
Gwiazdy wieczoru: runda Top 16 – Norweg Anders Solum przygotowuje się do walki ze Szwedem Rickardem Sjolanderem
a kc ja
Sędzia idealny: były holenderski piłkarz Edgar Davids skupiał się na kreatywności zawodników
Down” – niektórzy nawet podziwiali ten trik w interncie, ale nikt nie widział Kamalio wykonującego go na zawodach. Polega on na przejściu z pozycji stojącej do siedzącej, bez utraty kontroli nad piłką. „Podbijam piłkę w górę, pozwalam jej się odbić dwa razy od ziemi, pomiędzy tymi odbiciami nurkuję pod piłkę i wykonuję dwa obroty z wykopem w stylu kung-fu. Z każdym obrotem zniżam się do ziemi, aż w końcu siadam i po raz trzeci piłka odbija się już od moich kolan”. Gdy w finałową noc rozpoczyna się runda Top 16, wyraźnie odznacza się kilku pretendentów do zwycięstwa: broniący tytułu Séan z Francji, Kamalio z RPA, kolejny pupil publiczności – Christian „Rocky” Mayorga z Kolumbii oraz skandynawski duet – Anders „Azun” Solum i Brian „Brizze” Mengel z Danii. Młodziutkiemu Habibowi niestety się nie udało. Jego czas w końcu nadejdzie. Podczas rundy finałowej w gronie sędziów zasiadły legendy futbolu: Edgar Davidtz i George Weah, a obok nich były mistrz Street Stylu z RPA, Chris Njokwana. Choć ani Weah, ani Davidtz, nie są freestylerami, sędziowali już na tych zawodach i wiedzą dokładnie, czego szukać. Każdy ma przydzieloną kategorię: Weah – „kontrola”, Davidtz – „kreatywność”, Njokwana – „styl”. „Grałem w piłkę nożną na najwyższym poziomie, a nie mam nawet połowy umiejętności” – mówi Weah. „Skupiam się na kontroli. Chcę widzieć, czy zawodnicy kontrolują piłkę, a nie ona ich. Mój głos powędruje do tych, którzy potrafią utrzymać piłkę w bliskiej odległości od własnego ciała, przy zachowaniu jednocześnie dużej prędkości”. Prędkość i kontrola okażą się tej nocy niezwykle ważne w związku z jeszcze jedną cechą charakterystyczną dla Kapsztadu: właśnie tej nocy postanowił zaatakować wściekły południowo-wschodni wiatr. Choć arena jest przed nim zabezpieczona, podmuchy przedostają się do środka. W całym tym zamieszaniu sensację wzbudził Austriak Faruk Onmaz, pokonując Séana i jego b-boy’owe umiejętności. Z „pomocą” wiatru z wygraną pożegnał się też Rocky i reprezentant Polski Łukasz Chwieduk, który stał się jednym z faworytówe pokonując w walkach grupowych samego Azuna. Od samego początku zawodów można było rozróżnić dwie szkoły piłkarskiego freestylu. Na jedną wpłynął hip-hop – jej zwolennicy są przede wszystkim b-boy’ami, którzy do swej choreografii dodali piłkę. Ta druga – preferowana przez Azuna i Brizze’a – skupia się na futbolu. „Nie rozumiem, po co ten breakdance” –
Podczas zawodów jasne było, że rozróżnić można dwie szkoły freestylu mówi Brizze. „Nie sądzę, by była to część Street Style’u. To zupełnie nie mój styl. Widowni może i spodoba się stanie na rękach i tego typu sztuczki, ale to nie to”. Sędziowie chyba zgadzają się z Duńczykiem, bo do finału awansuje jego wysoki skandynawski kolega Azun, a razem z nim lokalny faworyt – Kamalio. Azun trzyma piłkę blisko siebie, nie tracąc kontroli nawet na moment – strategia ta sprawdza się przy wietrze – a Kamalio, zgodnie z obietnicą, na każdym etapie prezentuje nowy trik. Przez pierwsze dwie minuty idą łeb w łeb – może Kamalio minimalnie wysuwa się na prowadzenie – ale ostatnie 30 sek. zmienia wszystko. Reprezentant RPA traci kontrolę podczas słynnego „Kung Fu Kum Down”... Za to Azunowi idealnie wychodzi potrójny „Around The World”. Trik „Around The World” polega na podbijaniu piłki stopą, którą jednocześnie wykonuje się obrót wokół piłki przed ponownym jej podbiciem. Podwójny obrót jest ciężki. Potrójny nie udał się do tej pory w tym konkursie nikomu. Raz, dwa, trzy i zwycięża Azun. „Biorąc pod uwagę poziom zawodów w Kapsztadzie, w ogóle się tego nie spodziewałem” – mówi po fakcie. „Jest tu kilku genialnych zawodników i miałem jedynie nadzieję na finałową szesnastkę – cała reszta to wyjątkowy bonus. Przed moim potrójnym trikiem byłem przekonany, że Kamalio wygrał – pokazał niesamowite rzeczy, ale po nim wiedziałem, że mam dużą szansę. To najtrudniejszy trik na świecie. Ćwiczyłem przez cztery lata i udało mi się go wykonać zaledwie dwa razy – to był ten drugi”. Publiczność jest nieco rozczarowana, ale w chwili, gdy wszyscy zawodnicy wdrapują się na scenę, by uściskać zwycięzcę, rozlega się gromki aplauz. Red Bull Street Style 2010 postawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Kolejny światowy finał w 2012 roku zapowiada się sensacyjnie. Triki zobacz na: pl.redbulletin.com/print2.0 Freestyle w Kapsztadzie na: pl.redbulletin.com/trening
59
a kc ja
ZWIERZENIA M. i. A. Wyrazista gwiazda muzyki pop zamieniła pochmurny Londyn na słoneczną Kalifornię, gdzie nagrywa swój najnowszy album. Z Red Bulletinem rozmawia o teksańskim rave, macierzyństwie i o tym, czy uważa się za muzyka. Tekst: Tom Hall, Zdjęcia: Brigitte Sire
Eric Stenman to uprzejmy pracownik Red Bull Studios w Los Angeles. Spokojnie siedzi za stołem mikserskim i z zadumą gapi się w pustą przestrzeń pokoju nagraniowego za szklaną szybą – wydawać by się mogło, że dryfuje w przestrzeni kosmicznej. Nagle ekrany rozbłyskują, dziwna konsola cyfrowa budzi się do życia i... ponownie zapada w sen. Potencjał tego miejsca jest wyraźnie wyczuwalny. Pijemy kawę. Czekamy. „Studia tego kalibru nie powstają zbyt często, głównie z powodu problemów ekonomicznych, z jakimi walczy przemysł fonograficzny” – wyjaśnia Eric. „Gdyby chodziło tylko o pieniądze, szybko przegralibyśmy tę bitwę. Wiele młodych zespołów nie byłoby na to stać. Red Bull wykorzystując ten niezwykle nowoczesny obiekt, pomaga ludziom będącym u progu kariery”. Nagle ktoś mu przerywa: „…to brzuch skrzata!”. Gangsterski akcent z południowego Londynu brutalnie przerywa ciszę – przez podwójne drzwi wchodzą roześmiane i pogrążone w rozmowie M.I.A. i jej asystentka. Artystka uświadamia sobie, że nie są same, odwraca się i wyciąga rękę. „Cześć. Jestem M.I.A.”. Przed jej wejściem cisza panująca w studiu dosłownie ogłuszała. Otaczają nas wytłumione niebieskie ściany i brązowe skórzane kanapy. Nie ma okien, ale 60
jest klimatyzacja. Na zewnątrz – zaledwie kilka metrów dalej, a wydawać by się mogło, że na drugim końcu świata – poranne słońce jasno świeci nad Los Angeles. Wygląd zewnętrzny nie zdradza wyjątkowości kompleksu wartego miliony dolarów – jest on częścią biurowca ze zwykłym parkingiem. Samochody pędzą autostradą do Santa Monica. W tle rozciąga się imponujący widok na plażę oraz nieco mniej imponujące sklepy 7-Eleven i podniszczone meksykańskie restauracje. W Los Angeles możesz spotkać swoich amerykańskich idoli, ale metro jadące w stronę Hollywood Boulevard „mówi” po hiszpańsku. A jednak to zakurzone miasto, od lat będące stolicą rozrywki, wciąż niczym magnes przyciąga utalentowanych outsiderów z całego świata. Maya Arulpragasam, lepiej znana jako M.I.A., jest jednym z tych outsiderów. Ubrana jest dziś dość zwyczajnie – w czarne spodnie i koszulkę. Jedynymi elementami przypominającymi o jej charakterystycznym stylu są ogromne złote kolczyki i białe szpilki, które na każdej innej stopie wyglądałyby kiczowato. „Od teraz kupuję ubrania tylko w supermarketach Wal-Mart” – mówi, siadając. „Buntuję się przeciwko buntowi, przeciwko wszystkim Lady Gagom. Będę wyglądać nudnawo, ale coś z tym zrobię: przerobię na swój własny styl”.
Inne spojrzenie na świat: M.I.A. zajmowała się sztuką wizualną, muzyka była dla niej wyzwaniem. „Chciałam zająć się czymś, w czym nie byłam najlepsza” – mówi
a kc ja
Uśmiecha się, jakby sama rzucała sobie wyzwanie. Do takiego wyrazu twarzy przyzwyczaiła swoich fanów. W ciągu ostatnich pięciu lat M.I.A. z outsiderki zamieniła się w wyjątkową indywidualność świata muzyki pop. W dzisiejszych czasach wiele osób nazywanych jest ryzykantami czy odludkami. Wszyscy wiemy, że Britney zdarza się popaść w szaleństwo, a na widok zdjęć Lady Gagi budowlańcy dławią się kanapkami. Ale czy te gwiazdy potrafią powiedzieć coś, co sprawi, że jedzenie nagle stanie ci w gardle? M.I.A. potrafi. Taki efekt wywiera zarówno jej muzyka, jak i osobowość. Najlepszym tego przykładem jest teledysk do piosenki „Born Free”, który tuż po premierze w maju wzbudził ogromne kontrowersje i sprawił, że zdenerwowani pracownicy biur na całym świecie gwałtownie zamykali okienka YouTube’a. Jest to pierwszy klip z jej nowego albumu o niekonwencjonalnym tytule /\/\/\\//\, który ma się ukazać w połowie lipca. Będzie to trzeci, po „Arular” z 2005 i „Kala” z 2007 roku, album artystki. Urodziła się w Londynie, a wychowywała na Sri Lance. Muzykę z poprzednich albumów określono jako zmutowany dance, łączący w sobie pożyczone, a czasem nawet skradzione elementy twórczości artystów z całego świata. Krótko mówiąc – artystyczna mieszanka imprezowa. Można powiedzieć, że M.I.A. wykorzystuje wszystkie brzmienia, które jej wpadną w rękę – a raczej ucho – ale docenić trzeba także gust i temperament byłej studentki St Martin’s College of Art and Design w Londynie. Regularnie współpracując z Wesem „Diplo” Pentzem oraz Dave’em „Switch” Taylorem, przypomina nam o dawno zapomnianych gatunkach (na przykład o tradycyjnej muzyce tamilskiej) oraz o artystach takich jak zespół The Wilcannia Mob, który tworzy piątka rdzennych mieszkańców Australii. Jednocześnie cały czas bazuje na awangardowej muzyce dance i hip-hop. „Wywodzę się ze środowiska sztuk wizualnych. Pierwsze dwa albumy powstały, ponieważ rzuciłam sobie wyzwanie, by zająć się czymś, w czym nie byłam najlepsza” – mówi M.I.A., która zanim zajęła się muzyką, była cenioną artystką. Jej prowokujące projekty zdobyły w 2002 roku nominację do Nagrody Turnera. „W tamtym czasie rządził Bush, więc nie można było mówić tego, co się chciało. Płynięcie z głównym nurtem było wręcz hiperbezpieczne i nudne. Pragnęłam czegoś innego”. Przerywa na chwilę, myśląc intensywnie. Jej zachowanie jest dość deprymujące, ale po chwili zastanowienia kończy zdanie czymś tak zwięzłym i oczywistym, że zaczynasz się zastanawiać, dlaczego sam na to nie wpadłeś. „Chciałam, żeby ludzie czuli się na tyle pewnie, by wprowadzić zamieszanie do ogólnego porządku” – kończy myśl. Album numer trzy uważa za punkt zwrotny w swojej karierze, z powodów trudnych do zrozumienia. „Tym razem chcę, by mój głos był wyraźnie słyszalny. Żadnych sztuczek. W końcu muszę się z tym zmierzyć. Jestem muzykiem, czy nie? A jeśli nie – to spadaj!”. Czy nie jest już za późno na zadanie tego pytania? Od czasu wydania płyty „Kala” na koncie M.I.A.
pojawiły się nominacje do Oskara i Grammy oraz światowy hit – piosenka „Paper Planes”. Producenci tego singla, Diplo i Switch, znów pojawili się w studiu, by pomóc M.I.A. z nowym albumem. Ta trójka przyjaciół ma bardzo podobne podejście do muzyki, łączy ich wyjątkowa więź. Tak wyjątkowa, że kilka dni wcześniej przeskoczyli razem przez ogrodzenie na teren sąsiedniego parkingu i „pożyczyli” sobie zespół country. „Wyszliśmy na papierosa” – mówi Switch. „Nagle usłyszeliśmy owacje, oklaski i głos piosenkarza rockabilly i po prostu ciekawość wzięła górę. Skończyło się na tym, że porwaliśmy zespół”. „Potrzebowałam ich do piosenki w stylu teksańskiego rave” – dodaje M.I.A., jakby było to coś zupełnie normalnego. „Ona znajduje inspirację w dziwacznych miejscach. Kiedy ja, Wes i ona znajdziemy się w jednym pokoju, zaczynają się dziać niezwykłe rzeczy” – mówi Switch. Diplo dalej analizuje chemię miedzy nimi: „Mamy dobry układ. Staramy się, żeby nie było nudno. Na początek M.I.A. daje jakiś beat, potem może ja dorzucę jakiś tekst, a następnie razem porwiemy jakiś zespół. To nasza największa zaleta. Nie możemy się doczekać kolejnych problemów”. A problemy się zdarzają. M.I.A. sama przyznaje, że nie jest najlepszym materiałem na supergwiazdę. Wywodzi się ze środowiska oddalonego od mainstreamu o miliony lat świetlnych. Twierdzi, że nawet nie potrafi śpiewać. „Na studiach byłam znana z braku słuchu muzycznego” – mówi, wspominając czas spędzony w Central St Martins. „Często śpiewałam radiowe hity, np. Wonderwall, idąc korytarzem i wierzcie mi, nie brzmiałam dobrze. Wszyscy o tym wiedzieli”. Utwór „Wonderwall” dla brytyjskich popowych ewangelistów może być tekstem świętym, ale co na to Jay-Z, który wystąpił z M.I.A. na gali rozdania nagród Grammy w 2009 roku? W USA muzyczną religią są imprezy, pieniądze i przede wszystkim hip-hop. M.I.A. chce doświadczyć w życiu wszystkiego, więc opuściła uprzedzoną do alternatywnych brzmień Wielką Brytanię i teraz zdobywa akceptację na konkurencyjnym, amerykańskim rynku muzycznym. „To takie dziwne – ja się nawet nie staram” – mówi, śmiejąc się. „Amerykanie nie stwarzają ci problemów. Mają mniej uprzedzeń niż Anglicy. Dawniej próbowałam wyjaśnić ludziom w Anglii swoje poglądy, ale nie rozumieli ich. Teraz mam swoje pięć minut na scenie międzynarodowej, dlatego tak ważne jest, abym głośno wyrażała swoje zdanie. Tak rzadko możemy mówić to, co myślimy”. Własne zdanie, o którym mówi, dotyczy rządu na Sri Lance. Niektórzy raperzy wychowali się w gettach, ale M.I.A. pierwsze 10 lat życia spędziła w strefie wojny domowej. Ponieważ jej ojciec był tamilskim wojownikiem, jej rodzina musiała uciekać ze Sri Lanki do Wielkiej Brytanii na początku lat 80. M.I.A. regularnie porusza temat uprzedzeń, jakich doświadcza jej mniejszość narodowa, Tamilijczycy, ze strony syngaleskiego rządu Sri Lanki. „Uważam, że mentalność uciekiniera ma w moim przypadku ogromne znaczenie. Nawet jako dorosła kobieta w Londynie sypiałam 63
a kc ja
na kanapach znajomych, nie płacąc czynszu i starając się jakoś przeżyć. Wszystkie moje ubrania zrobione były z części garderoby innych osób. Dla niektórych to styl eklektyczny, ale nie wiedzą, że jest on wynikiem mojej ówczesnej sytuacji. Teraz wszystko, co na siebie zakładam, dwa tygodnie później pojawia się w American Apparel” – mówi, śmiejąc się. „Oni robią to lepiej, taniej i szybciej!”. Obecnie mieszka w Los Angeles. Narodziny jej pierwszego dziecka w 2009 roku sprawiły, że zaczęła traktować muzykę poważniej. „Gdybym nie miała dziecka, pewnie wciąż uznawałabym tę pracę za rzecz oczywistą. Nadal chcę tworzyć. Znajduję na to czas” – mówi. „W muzyce chodzi o doświadczenia życiowe, a tego nie można udawać. Niemożliwym jest powtarzanie się, bo za każdym razem, gdy tworzysz piosenkę, coś nowego dzieje się w twoim życiu”. Robocza wersja listy utworów na tablicy w studiu zdradza, że M.I.A., Diplo i Switch dobrze się bawią. „Mam nadzieję, że mój album odzwierciedli Amerykę.
64
Mój syn jest pół-Amerykaninem, a ze względu na przeszłość mojej rodziny nie mogę opuścić USA, ponieważ mogę nie mieć możliwości powrotu” – mówi M.I.A. „Niestety miejsce, z którego pochodzimy, uznawane jest za kontrowersyjne. To straszne stwierdzenie, bo nieprawdziwe”. Jest to paradoks, z którym M.I.A. będzie musiała sobie poradzić – w końcu jest gwiazdą coraz większego formatu, której głośno wyrażane poglądy przedostają się do głównego nurtu. Ona sama nie czuje potrzeby dążenia do czyjejś wersji sukcesu. „Nie sądzę, abym tworzyła pop. W piosence Paper Planes słychać strzały i kasę sklepową, a i tak można było usłyszeć ją w radiu” – mówi. „Ludzie wciąż mnie pytają: Co robisz? Zarabiaj! Nagraj jakiś skoczny hit!...”. Ponownie następuje deprymująca pauza, a potem uśmiech. „Ja po prostu nie myślę w ten sposób” – wyznaje M.I.A. „Nie wiem, co to popowa piosenka...”. Posłuchaj M.I.A. na: redbullmusicacademyradio.com
NOWE BRZMIENIA Red Bull Studios w Santa Monica to światowej klasy obiekt, który gościł w swych murach najróżniejszych artystów, m.in. supergwiazdę hip-hopu Nasa (wyżej) oraz obiecujący zespół The Cab. Nigdy nie słyszałeś o The Cab? I o to chodzi. Studio odkrywa świeże brzmienia, a nadchodzą one ze wszystkich stron.
zdjęcie: Robert Downs/Red Bull Photofiles (1)
Wyrazić siebie (poniżej): M.I.A. zostawia po sobie ślad na ścianie Red Bull Studios
Méga v ala
Tekst: Werner Jessner, Zdjęcia: Jozef Kubica
To będzie najdłuższa godzina lata
i najlepszy wyścig rowerowy na świecie:
66
a kc ja
nche
1800 zawodników, 2500 metrów w dół. Zero wymówek
maraton downhill w Alpe d’Huez.
67
C
zego można nauczyć się w wojsku, a przynajmniej w wojsku austriackim? W przypadku wybuchu bomby atomowej należy paść na ziemię w taki sposób, by głowa była skierowana w stronę miejsca eksplozji. Prawidłowo założony hełm powinien uchronić głowę przed odłamkami. Jeśli w odpowiednim momencie otworzymy usta, fala podmuchu nie uszkodzi błony bębenkowej. Zanim zamkniemy usta, powinniśmy odczekać do chwili, aż ustanie promieniowanie radioaktywne. „Bombaaaa atomowaaaa – detonacja!” – i znowu wszyscy leżą na ziemi. W realnej sytuacji ekstremalnej to także musi zadziałać! Tu, wysoko na szczycie Pic Blanc we francuskich Alpach Zachodnich, wszystko wygląda podobnie, z wyjątkiem paru szczegółów. Helikopter, który unosi się 3500 metrów nad poziomem morza, niewiele ponad polem startowym, bombarduje euro-trashem – bardzo słabej jakości muzyką, która o poranku brzmi wyjątkowo fatalnie, gdyż rozrywa majestatyczną ciszę ponad chmurami. Zespół nazywa się „666”, a utwór – „Alarma!” i kiedy słychać ryk szaleńca: „La Bomba!”, już wiadomo co robić: otworzyć usta. A potem całą zgrają: Atak! Do boju! Tę scenkę można później zobaczyć na bezcennych nagraniach na YouTube, w dirt.tv albo na innym kanale telewizyjnym, który zada sobie trud, by zrealizować nagranie z wyścigu. Zaczyna się on na 3330 metrze, a kończy „godzinę i dwie doliny” później, na 650 metrze nad poziomem morza.
68
Kto nie widział, nie uwierzy: niewiarygodny tłok, przepychanki, ścisk – jakby lodowiec został opanowany przez armię dziwacznych mrówek z dodatkowymi odnóżami. Kiedy się lepiej przyjrzycie, zauważycie, że to ludzie wyglądają jak mrówki, a odnóża to rowery. Próbują różnymi drogami zjechać do doliny. Trwa kilka minut, zanim ostatnia „mrówka” zniknie za zakrętem. Wreszcie Pic Blanc wygląda jak wcześniej, z wyjątkiem rozjeżdżonych przez 400 rowerów śladów kół. Grupa pierwszych czterystu rowerzystów, którzy jako pierwsi wyruszyli w drogę, to tylko jedna czwarta wszystkich uczestników. Grupa, która wystartowała punktualnie o godz. 9.00, była najszybsza w kwalifikacjach – łącznie zgłosiło się 1800 mężczyzn (nie wydawano więcej numerów startowych). W zawodach bierze także udział 80 kobiet, ale mają własny wyścig. Mégavalanche jest w swoim gatunku najważniejszą ekstremalną imprezą na świecie: jest tu najwięcej startujących, najwięcej mistrzów świata, są najdziksze góry i największa wysokość nad poziomem morza. Jest również najbardziej opłacalna: za mniej niż 100 euro opłaty startowej bierzesz udział w trzech wyścigach w tygodniu (w cenę wliczone są bilety wjazdowe na cały teren, przejazdy lokalne, bufet i masaż). Zwycięstwo w Mégavalanche to gwarancja otrzymania nieoficjalnego tytułu mistrza świata w maratonie downhill (nie ma tu tytułów oficjalnych). Można nawet pokusić się o to, by triumfatora Mégavalanche nazwać najlepszym mountainbikerem na świecie: tutaj zawodnik musi wykazać się szerokim spektrum umiejętności. Obecnie tylko Mégavalanche odpowiada pierwotnym założeniom mountainbikingu.
a kc ja
Po zewnętrznej, po wewnętrznej, górą, dołem, prosto, w poprzek, na przełaj; zjeżdżając, tocząc się, podpierając nogą albo dwiema: jest wiele sposobów jazdy w dół i to od ciebie zależy, który z nich w danym momencie uznasz za najbardziej odpowiedni. Szczerze? Tak naprawdę nie masz zbyt wielkiego wyboru
Dyscyplina powstała w górach, pod koniec lat 70. w Kalifornii. Kto chce dobrze wypaść podczas tego wyścigu, musi być wytrzymały jak zawodnik cross-country – przez całą godzinę być na pełnych obrotach. Jednocześnie powinien jeździć jak wyczynowiec downhill, gdyż przy najmniejszym błędzie podczas jazdy, na jego miejsce wejdzie zawodnik z tyłu. Poza tym trzeba umieć czytać teren, orientować się w ruchu i ciągle improwizować. Jak filozoficznie podsumował wielokrotny mistrz świata w downhillu i ubiegłoroczny debiutant w Mégavalanche, Fabien Barel: „Na wiele czynników nie masz żadnego wpływu, dlatego wyścig jest taki trudny”. Po perfekcyjnej jeździe zabrakło mu – wielokrotnemu mistrzowi świata w downhillu – czterech minut do zwycięstwa. Tyle na ten temat. Sprinterzy w Pucharze Świata, tacy jak Kovarik czy Fairclough, którzy mieli zamiar szybko znaleźć się na starcie, nie dali rady zakwalifikować się do pierwszej linii z 25 zawodnikami. Podczas wyścigu wpadli pod koła albo sami zrezygnowali.
M
égavalanche to typowo francuska impreza, co jest dużym plusem, gdy weźmiemy pod uwagę organizację tego dość awanturniczego wydarzenia. Zawody to dziecko George’a Edwardsa, wielokrotnego francuskiego mistrza enduro, który ducha mountinbikingu poznał bardzo wcześnie – był prawdziwym pionierem, doskonale wyczuł trend i konsekwentnie realizował plan. Dzięki temu Mégavalanche odbywa się obecnie po raz szesnasty. Z dużą korzyścią dla zawodników. Kontuzje zdarzają się tu rzadko, mimo że trasa nie ma dobrej widoczności. Nikt nigdy nie zaginął, nie zamarzł ani nie uległ wycieńczeniu. Sprawnie oraz 70
Credit
a kc ja
Ustawienie startowe jest uzależnione od piątkowych kwalifikacji. Najszybsza czwórka zawodników w każdym z dziewięciu wyścigów na 200 metrów otrzymuje literę A przed numerem startowym. To elita. Ponieważ nie starczyłoby znaków, aby każdemu przypisać kolejną literę alfabetu w zależności od osiągniętego wyniku, od litery Z rozpoczyna się dodatkowa numeracja. Bez względu na to, czy wystartujesz z przodu czy z tyłu: ten wyścig odciśnie piętno na twoim ciele i twojej psychice
A kc ja
Najważniejsze jest zajęcie dobrej pozycji startowej. Jeśli jeszcze przed startem znajdziesz się na początku całej grupy, to istnieje szansa na walkę o pozycję lidera w ciągu pierwszych dziesięciu minut
w eleganckiej i przyjaznej atmosferze przebiega wydawanie numerów i inne uciążliwe sprawy organizacyjne, które zazwyczaj związane są z męką czekania w gigantycznych kolejkach. W kategoriach jakościowych dominują Francuzi, liczbowo przeważają Brytyjczycy, którzy setkami opuszczają swoje Wyspy i stanowią prawie połowę uczestników. W ostatnich latach odczuwalny jest napływ Niemców, którzy jeszcze nie wiedzą, że na wysokości powyżej 1000 metrów n.p.m. należy pozdrawiać także nieznajomych, a w lesie można mówić sobie na „ty”. Wkrótce to pewnie nadrobią.
illustracja: andreas posselt
C
złowiek, który wzbudza u wszystkich największy respekt, pochodzi z niewielkiej górskiej miejscowości w kraju na wschód od Francji. René Wildhaber z Flumser Berg w Szwajcarii to prawdziwy „Le Mégaman”. Do tej pory dwukrotnie wygrał zawody, dwukrotnie zajął też drugie miejsce. Wildhaber – specjalista od „lawinowych zjazdów” – jest gigantem wielkich wyścigów. W jego przypadku liczy się doświadczenie, ale nie bez znaczenia jest też rowerowy geniusz. René jest urzędującym szwajcarskim mistrzem XC w klasie Master od ponad trzydziestu lat. O wiele bardziej znaczący jest jednak inny fakt z jego życiorysu: René to góral, który czuje naturę. Mégavalanche wynagradza pokornych – tych, którzy czują respekt. W 2008 roku bardzo długo utrzymywała się niesprzyjająca pogoda. Do ostatniego momentu nie było wiadomo, czy zawodnicy w ogóle wystartują. 400 osób, które zakwalifikowało się do wyścigu, od 6 do 10 rano siedziało w kucki w śniegu na przystanku kolejki linowej na 2000 metrze n.p.m. jak wielkie stado kolorowych owiec. Najlepszym zawodnikom zaproponowano osobny dojazd kolejką na start: sucho, ciepło i szybko. René nie skorzystał, podziękował. Na górze, jak powiedział, wszyscy są równi. „René został z ludem” – skomentował jego szwajcarski kolega, Fridoin Engler, siedząc w suchym wagoniku. Łatwo zgadnąć, że René wygrał wyścig. Decydujący jest dobry start. Gdy przed tobą kilkaset rowerów zjechało w dół, trudno znaleźć dobry tor do zjazdu. Dlatego każdy jedzie jak najszybciej, tak jakby był to wyścig sprinterski, który za chwilę się skończy. I tu należy wziąć pod uwagę często zapominane prawo fizyki, które brzmi: tam, gdzie znajduje się jeden człowiek, nie może znaleźć się jednocześnie drugi. Jest to także świetny materiał wyjściowy do rozważań na temat takich zagadnień, jak: rozłożenie punktu ciężkości, przekroczenie granicy odpowiedzialności lub równania wektorowe, które nagle stają się nierównościami. Legendarna jest scena, gdy jeden z zawodników traci rower na długim singletrailu – niby nic wielkiego, zrobił tylko jeden błąd: wypuścił z rąk kierownicę. Nagranie z helikoptera ukazuje, jak bezpański rower stacza się w przepaść bez końca. Nagranie trwa 23 sekundy, roweru nie odnaleziono do tej pory. Niewiele rzeczy boli tak jak Mégavalanche – dotyczy to zarówno ciała, jak i sprzętu. Dopiero gdy po godzinnej jeździe dotrzesz do celu, jesteś pewien, że umierasz i przysięgasz sobie, że nigdy, ale to nigdy nie weźmiesz więcej udziału w Mégavalanche, możesz być pewien, ze wykonałeś zadanie jak należy. Bez obaw: dokładnie za rok, w styczniu, gdy rozpoczną się zapisy, wspomnisz tę chorą jazdę jako najwspanialszy wyścig na naszej planecie.
Mégavalanche Alpe d’Huez: 9–11 lipca 2010: www.avalanchecup.com
Research w terenie: oto autor tekstu
Bohaterowie: René Wildhaber (l. 33), zdobywca największej liczby rekordów wśród mężczyzn; 12-krotna mistrzyni świata DH Anne-Caroline Chausson w ciągu ostatnich trzech lat wygrała dwa razy (w 2008 była kontuzjowana i w zamian zdobyła złoto olimpijskie na BMX) G E NEW GE N E WA
LYON LY YON
Fra raa n ncja nccj
G RENO REN RENOBLE N OBLE OBL LE PIC BLANC 3350 m
WALEN ALENCJA NCJA A
3000 m
Szwajcar Szw wajcaria ia
ALPE D’HUEZ
Park Narodowy Gran Paradiso Park Narodowy Vanoise W ochy Włoc hy
T URY URYN YN
Park Narodowy Ecrins
ALPE D’HUEZ 1800 m
2000
1000
ALLEMOND 625 m
5
10
15
20
25 km
Pierwsze dziesięć minut to lodowiec, potem zaczyna się wysoki alpejski singletrail, na którym wyprzedzanie jest prawie niemożliwe. Po kwadransie ostrego zjazdu rozpoczyna się piaszczysta, a pod koniec błotnista trasa. Kto dojedzie do celu w mniej niż godzinę, może spróbować zarabiać na życie, jeżdżąc na rowerze 73
a kc ja
Niezwykła podróż kapitana Piccarda 50 lat temu Jacques Piccard w swoim bastyskafie „Trieste” zszedł na głębokość 10 916 metrów, docierając do dna Rowu Mariańskiego. Siła napędowa: marzenia jego ojca. Ubezpieczenie na życie: wiara w prawa natury. Głębinowy rekord: wciąż niepobity.
Zdjęcie: Süddeutsche Zeitung Photo/SZ Photo
Tekst: Andreas Rottenschlager
74
a kc ja
Potężna rufa batyskafu „Trieste” zanurza się i schodzi coraz niżej w kierunku dna morza. Silne podmuchy wiatru wywołują na powierzchni potężne fale. Jednak załoga tego nie odczuwa – dwaj mężczyźni siedzą w ciasnej kuli zanurzeniowej w dolnej części statku. Tu, w Pacyfiku, 380 km na południowy zachód od Guam, największej wyspy archipelagu Marianów, panuje ciemność. Na pokładzie batyskafu gasną światła. W matowym blasku lampy z trudem można rozszyfrować wskazania instrumentów pokładowych. Podróżujący muszą przyzwyczaić wzrok do ciemności, aby zbadać nieznany świat, który właśnie się przed nimi otwiera. Don Walsh, porucznik marynarki USA, znalazł się w szeregach załogi jako ekspert od łodzi podwodnych i obserwator. Szwajcar Jacques Piccard siedzi za sterami i manewruje prawie 20-metrowym pojazdem głębinowym, ustawiając kurs na Rów Mariański. Badacze nazwali swoją misję „Nekton” – takim mianem określa się zwierzęta, które poruszają się wbrew prądom wodnym. Piccard jest tu po to, by udowodnić, że jego batyskaf poradzi sobie także na dnie oceanu i przy ekstremalnym ciśnieniu. Jest sobota, 23 stycznia 1960 roku. To sześćdziesiąta piąta podróż „Trieste” – historyczny dzień, w którym człowiek zanurzy się w największą głębinę. Aby zrozumieć, dlaczego dyplomowany ekonom, Jacques Piccard, wybrał się w podróż na dno Rowu Mariańskiego, należy zagłębić się w fascynujący rozdział z historii nauki. Przygotowania do misji „Nekton” zaczynają się bowiem od przygód ojca Jaquesa – profesora fizyki eksperymentalnej, Auguste’a Piccarda. Piccard senior, pionierski naukowiec, był dla dorastającego Jacquesa niezwykłym autorytetem. By otrzymać nowe dane na temat promieniowania z kosmosu, naukowiec wzniósł się w 1931 roku do stratosfery w napełnionym gazem balonie. Po osiągnięciu wysokości 15 940 metrów zaliczył przymusowe lądowanie na Gurgler Ferner, lodowcu tyrolskim. Niezrażony tą awarią profesor poprawił swój rekord rok później, osiągając wysokość 16 940 metra. Zachowały się zdjęcia Piccarda seniora, na których naukowiec pozuje w dziwnym kasku, który wygląda jak wywrócona wnętrzem metalowa łubianka własnej roboty – był to
pierwszy prototyp współczesnego hełmu ochraniającego pilotów myśliwców. Czy z takim ojcem Jacques Piccard mógłby nie przeżyć wielkiej przygody? Misję „Nekton” umożliwił batyskaf, statek podwodny do podróży głębokomorskich autorstwa Auguste’a Piccarda. Nazwa pochodzi od dwóch greckich słów: bathys – głęboki i skáphos – statek. Zasada działania jest prosta: funkcję napędu przejął pływak – olbrzymie, napełnione benzyną i wodą ciało pływające. Zanurzenie i wynurzenie regulowane jest poprzez zmniejszenie lub zwiększenie balastu. Dlatego na pokładzie łodzi znalazły się dwa silosy z 16 tonami żelaznego złomu, które otwierają się lub zamykają poprzez wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Na spodniej stronie potężnego pływaka znajduje się odporna na ciśnienie kula zanurzeniowa – kabina, w której jest miejsce dla dwuosobowej załogi.
Zdjęcie: AP Photo/William J Smith
Batyskaf schodzi coraz głębiej. Osiąga 7025 m poniżej poziomu morza – nowy rekord zanurzenia z załogą na pokładzie.
„Trieste” zanurza się coraz głębiej i głębiej, schodząc w kierunku dna oceanu. Mija już ponad godzina od chwili rozpoczęcia ekspedycji. Tu, niedaleko wyspy Guam, w wygiętym w kształcie sierpa Rowie Mariańskim zaznaczono najgłębszy punkt na Ziemi. Z każdym metrem zanurzenia zmniejsza się temperatura w kabinie. Piccard i Walsh przebierają się – po przesiadce z łodzi do „Trieste” ich ubranie było całkiem mokre. Mają na to tylko 90 cm miejsca. Szwajcar staje przed kolejnym wyzwaniem: jako sternik Jacques Piccard musi wykazać się dużą zręcznością, aby w prawidłowy sposób zwiększać szybkość zanurzania. Jeśli naukowcy nie zdążą wrócić przed zapadnięciem zmroku, będą musieli przesiadać się z „Trieste” do łodzi w całkowitej ciemności, co wiąże się z dodatkowym ryzykiem na niespokojnych wodach Pacyfiku. Jednak zbyt szybkie zanurzenie wiązałoby się z ryzykiem kolizji ze ścianą Rowu Mariańskiego w tym jakże nieznanym zakątku świata. Na głębokości 1280 metrów z planowanych 11 000 metrów zanurzenia dochodzi do pierwszej niespodziewanej awarii: drobna nieszczelność powoduje wnikanie wody po otoczce przewodu do kabiny zanurzeniowej. Piccard nie zamierza zawracać. W trakcie 64 udanych zanurzeń batyskaf nigdy go nie zawiódł. „Dla mnie był on jak żywy organizm, który za wszelką cenę chciał wytrzymać napierające ciśnienie” – napisze kilka lat później. Na głębokości 6000 metrów pod powierzchnią wody Walsh i Piccard opuszczają abisalną i wchodzą do hadalnej strefy oceanu, do tych głębin, które stanowią zaledwie dwa procenty całej powierzchni dna oceanu. Hadal swoją nazwę wziął od Hadesu – antycznego świata zmarłych w greckiej mitologii. Łódź głębinowa schodzi coraz niżej, mijając kolejne punkty kontrolne: 75
Przystanki na drodze do dna morza: pomysłowy baloniarz i wynalazca, Auguste Piccard (na górze, po lewej z synem Jacquesem) opracował podstawowe założenia konstrukcji batyskafu – statku podwodnego, który odkryć miał tajemnice niezbadanej do tej pory głębi. Jacques odziedziczył po ojcu dociekliwy umysł i ducha przygody i zbudował „Trieste” (powyżej). Batyskaf ten wykonał koncern Krupp. 23 stycznia 1960 roku Piccard Jr i porucznik Don Walsh (małe zdjęcie, drugi rząd, drugie od lewej, z prezydentem Eisenhowerem – na zdjęciu po lewej) zapisali się w historii 76
Zdjęcia: AP Photo/U.S. Navy, AP-Photo, interfoto/LP, KEYSTONE/Keystone Pressedienst, Süddeutsche Zeitung Photo/SZ Photo (4), UPPA/Photoshot (2)
a kc ja
a kc ja
7025 metrów pod poziomem morza – nowy rekord dla załogowej łodzi podwodnej, 8848 m – tyle samo mierzy Mount Everest. Na głębokości 9875 m ciszę w kuli ciśnieniowej przerywa tępy odgłos trzasku. Pojawia się niewielka rysa na pleksiglasie w obrębie włazu. Piccard zachowuje spokój, sprawdza instrumenty pomiarowe, które nie wykazują żadnej awarii. Pamięta obliczenia, które robił razem z ojcem. Zgodnie z nimi łódź powinna zejść na 20 000 metrów. To, co na papierze jest zgodne z zasadami fizyki, musi potwierdzić się w rzeczywistości. Tego jest pewny. Piccard i Walsh muszą pokonać jeszcze ponad 1000 m, nim dotkną dna Rowu Mariańskiego. Pytanie, dlaczego Szwajcar Jacques Piccard wybrał się w podróż właśnie z porucznikiem marynarki USA i za amerykańskie pieniądze, wyjaśniają dwa fenomeny lat 50.: fascynacja głębokomorskimi badaniami i mechanizm zimnej wojny. Kiedy Jacques Piccard i jego ojciec Auguste zakończyli we Włoszech swoje pierwsze testy z batyskafem, ich podmorskie wędrówki wzbudziły w Europie wielkie uznanie. Gazety rozpowszechniały sensację, że „Trieste” został pochwycony na dnie przez olbrzymią ośmiornicę. Piccardom przyznano wówczas kredyt z belgijskiego funduszu naukowego FNRS. Gdy w 1955 roku fundusze zaczęły się kończyć i w Europie zmalało zainteresowanie kosztownymi podróżami głębokomorskimi, z pomocą przyszła marynarka USA. Oficjalnie „Trieste” miał posłużyć amerykańskiemu wojsku do badań zatopionych U-Bootów i wyznaczania podwodnych korytarzy. Jednak wiadomo było, że w wyścigu naukowym ze Związkiem Radzieckim Amerykanie liczyli na prestiżowe i rekordowe osiągnięcia. Dodatkowo publikacje naukowe z końca lat 50. na temat nieograniczonych zasobów naturalnych na dnie oceanu rozbudzały zainteresowanie inżynierów, poszukiwaczy przygód i inwestorów. Gdy więc Szwajcar Piccard obiecał, że dotrze do największej znanej głębokości – prawie 11 000 metrów pod poziomem morza – został formalnie przydzielony do misji „Nekton”. Firma Krupp z Essen wykuła nową, grubszą kabinę. Niemiecka precyzja i stalowe 12-centymetrowe ściany miały ochronić załogę przed zabójczym ciśnieniem na dnie Rowu Mariańskiego.
Za kilka chwil „Trieste” dotrze do celu. Właśnie teraz sterującemu statkiem Piccardowi przychodzi do głowy niepokojąca myśl: jeśli dno Rowu Mariańskiego okaże się niestabilne, łódź głębokomorska może utonąć w błocie. Szwajcar zmniejsza prędkość, na ostatnim odcinku batyskaf powoli opada. O godz. 13.06 czasu lokalnego załoga dociera do celu. Wynaleziony w 1905 roku przez Auguste’a Piccarda, a zbudowany w 1953 roku we włoskim porcie batyskaf „Trieste”, zatrzymuje się na głębokości 10 916 m. Sternik zapisuje swoje pierwsze wrażenia w dzienniku okrętowym: „Dno wydało się jasne i czyste, jak pustynia w kolorze jasnego cynamonu. Wylądowaliśmy na płaszczyźnie mułu okrzemkowego”. Po raz pierwszy dno Rowu Mariańskiego ukazało się ludzkim oczom. Pobyt na rekordowej głębokości trwa prawie pół godziny. Piccard i Walsh dokonują pomiarów promieniowania radioaktywnego i obserwują dno morza. Temperatura w kabinie spada do 10 stopni. Zewnętrzne ciśnienie jest niewyobrażalne: 1,1 tony na centymetr kwadratowy. Piccard chce trzymać się planu i przygotowuje łódź do powrotu na powierzchnię: ostatnie spojrzenie na nowo zdobyty kawałek Ziemi i silosy balastowe zaczynają się opróżniać. Tony złomu opuszczają statek. Łódź podwodna unosi się. Godzina 16.56: niezwykła radość na towarzyszącym ekspedycji statku „Wandak”. Dziennikarze błyskają fleszami i wołają Piccarda. Naukowiec po artykułach o olbrzymiej ośmiornicy zachowuje dystans w stosunku do prasy, jednak na jego szczupłej twarzy pojawia uśmiech. Udowodnił, że „Trieste” wytrzyma najbardziej ekstremalne warunki. Zgodnie z umową, „Trieste” przechodzi na własność Amerykanów. Piccard sam wraca do Europy. Do dziś żaden człowiek nie zszedł po raz drugi na głębokość 10 916 metrów, jak wtedy podczas misji „Nekton”. Koszty głębokomorskich podróży okazały się zbyt wysokie w zestawieniu z niewielką naukową wartością badawczą. Jednak pionier i oceanograf Piccard pozostał wierny swojej namiętności nawet po zakończeniu podróży na dno Rowu Mariańskiego. W 1969 roku na pokładzie swojego autorskiego statku „Ben Franklin” badał przez miesiąc Prąd Zatokowy. Aż do późnego wieku 82 lat brał udział w podmorskich podróżach. W każdym z nas drzemie siła, która nie pozwala nam spocząć, nim nie wykonamy następnego kroku – napisał w jednej ze swoich książek. Jacques Piccard, któremu ta siła kazała dotrzeć aż do dna oceanu, zmarł 1 listopada 2008 roku w wieku 86 lat w La Tourde-Peilz nad Jeziorem Genewskim.
Zdjęcie: Süddeutsche Zeitung Photo/SZ Photo
Nie istnieją dane empiryczne dotyczące hadalu. Piccard jako pionier zapewne odczuwa sporą satysfakcję.
Historia Piccardów – rodziny słynnych odkrywców – trwa dalej. Syn Jacquesa, Bertrand, planuje okrążyć Ziemię samolotem solarnym: www.bertrandpiccard.com
77
Oto Robby Naish. Mieszka na Hawajach, ale dobrze czuje się także w innych miejscach, o ile jest tam woda, na której można uprawiać sport. Niekoniecznie muszą to być wielkie fale. Na zdjęciu: podczas przechadzki w Wenecji
Więcej dla Ciała i Umysłu Ożywiamy ciało i umysł.
Zdjęcie: Damiano Levati/RedBull Photofiles
80 Braterski duet wspinaczkowy w Hangarze-7 82 Zabawki Robby’ego Naisha 84 CIĘŻKIE BRZMIENIE LETNICH FESTIWALi 85 Tajemnice kucharzy 86 ZRób się na GWIAZDę 88 Dzień i noc 98 Felieton Lizuta
Wywiad w Hangarze-7
Bracia Huber Thomas i Alexander Huber są powszechnie znani w środowisku skałkowych i górskich wspinaczy. Wszystko robią razem. No, prawie wszystko – są przecież rodzeństwem, a nie małżeństwem. Tekst: Uschi Korda Pierwsze wrażenie: nierówna para – tak można sobie pomyśleć, spotykając po raz pierwszy pochodzących z Bawarii braci, którzy znani są jako Huber-Buam (Chłopcy Huber). Thomas ma 44 lata i jest wyższy od Alexandra (l. 42) o ponad głowę. Mimo że jeden z nich mieszka w bawarskiej miejscowości Berchtesgaden, a drugi – w austriackim Traunstein, przyjeżdżają do Hangaru-7 w Salzburgu razem, jednym minibusem. W czasie wspinaczek i na wykładach – zawsze występują razem. Huber-Buam to już rozpoznawalna marka. Zachwyceni konstrukcją Hangaru-7 przechodzimy po rampie do sky-baru. Zadaję pytanie: „Można byłoby się po tym wspiąć?”. Alexander bez chwili namysłu wskakuje na poręcz, balansuje niepewnie, aż do następnej poprzecznej barierki. Trudno na to spokojnie patrzeć. Thomas jednak czuje się już całkiem pewnie na rampie, asekuruje go brat. Drugie wrażenie: zgrana para. red bulletin: Thomas, zacząłeś wspinać się w wieku 10 lat. Czy Twoi synowie idą w Twoje ślady? Thomas Huber: Obaj synowie – siedmioletni Amadeus i jedenastoletni Elias bywają ze mną na skałkach. A jak było wtedy, gdy po raz pierwszy zabrałeś ze sobą młodszego brata? TH: Pierwszy raz wspinaliśmy się po drzewie. Odgrywaliśmy scenki, które nasz ojciec przeżył w górach. Ja pierwszy poszedłem z ojcem jako asekurujący, później dołączył do nas Alexander. I wtedy zaczęły się kłótnie, bo byłem zazdrosny, gdy ojciec wyruszał sam z bratam. Bardzo się kłóciliście? TH: Tak. To samo obserwuję u moich synów. Zawsze im powtarzam: jesteście braćmi, musicie się nawzajem wspierać. Ale to nic nie daje. Obecnie także się kłócicie? TH: Tak, ale najlepsze w tym jest to, że my – jako bracia – potrafimy się bardzo dobrze kłócić. Dochodzi do szybkiej wymiany zdań, gdy coś nam nie pasuje i dzięki temu możemy ze sobą wytrzymać. 80
Alexander Huber: Oczywiście najczęściej chodzi o wspinaczkę, ale udało nam się rozwinąć coś takiego, jak cywilizowana kultura kłótni. Czy po dłuższych ekspedycjach potrzebujecie chwili odpoczynku od siebie? AH: Podczas ekspedycji spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Kiedy Thomas jest w domu, zajmuje się swoją rodziną. On mieszka w Berchtesgaden, ja – w Traunstein. To zdrowy dystans, szczególnie, że jesteśmy rodzeństwem, a nie małżeństwem. TH: To ważne, aby każdy z nas mógł samodzielnie spędzać wolny czas, chodzić własnymi ścieżkami, aby trochę odpocząć od znaku firmowego Huber-Buam. Na czym polega Wasz trening siłowy? AH: Trenujemy w halach wspinaczkowych. Najchętniej bez liny, na wysokości zeskoku .
Praca zespołowa: Huberowie uwielbiają góry
Czy ścianki w halach istniały w czasach, kiedy zaczynaliście? AH: W 1982 roku pierwszą ściankę wspinaczkową zbudowaliśmy u nas w domu. To było 10 lat wcześniej, zanim w Niemczech powstała pierwsza hala. TH: W piwnicy zainstalowaliśmy pochyłe ściany, przykręciliśmy do nich uchwyty. W wieku 15 lat trenowaliśmy już systematycznie i dość ostro, byliśmy fanatykami. Czy dzięki halom wspinaczka ma szansę stać się sportem masowym? AH: To jasne. Liczba wspinaczy jest dziś dziesięciokrotnie większa, hal jest pięć razy więcej. TH: Wspinaczka halowe nie ma nic wspólnego z wspinaniem się po górach, to jest oddzielna dyscyplina. Wcześniej chodziło się na siłownię, a teraz wspinaczka jest nowoczesnym treningiem ogólnorozwojowym. W Bawarii można zaliczyć wychowanie fizyczne na poziomie matury, trenując wspinaczkę! Czy w górach zrobi się teraz tłok? AH: Najwięcej osób zajmuje się wspinaczką halową. Wyjście z hali i przejście do sportowej wspinaczki górskiej to bardzo duży krok. Tym większy, jeśli od razu wystartujesz w Alpach. Jesteście „starymi wyjadaczami”; czy obserwujecie u młodych zawodników jakieś nowe trendy? TH: To, że bardzo wcześnie zaczynają zajmować się tym sportem i że dzieciaki w wieku 13 lat potrafią przejść najwyższe stopnie trudności. AH: To, co my wytrenowaliśmy w wieku 30 lat, ich uczy się w wieku 8 lat, a jako 16-latkowie mogą być w światowej czołówce. Rywalizujecie ze sobą? TH: Tylko we wczesnej młodości. AH: Zawody były wówczas fatalnie organizowane. Teraz nie mielibyśmy już szans. Wspinaczka sportowa to definitywnie część górskiej wspinaczki, w której najwyższą sprawność osiągasz w wieku 26 lat. Czy potrzebujecie przygotowania psychologicznego? AH: Wspinaczka w niewielkim stopniu zależy od siły fizycznej. To oczywiście sport siłowy, ale siłę trzeba umieć przenieść na skałę. Nerwy działają hamująco. Najlepsi zawodnicy przy ścianie to ci, którzy potrafią zachować jasność umysłu w trudnych sytuacjach, kiedy trzeba się liczyć z odpadnięciem od skały. Czy wycofaliście się kiedyś ze skały? AH: Wiele razy! TH: Jeśli już gdzieś jedziemy, to znaczy, że szanse na wygraną są małe. Tylko takie wyzwania mają sens. Gdybyśmy z góry wiedzieli, że na pewno nam się uda, to przestałoby być interesujące.
Zdjęcie: www.Huberbuam.de
WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU
WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU
Zdjęcie: valerie rosenburg
Zawsze w górę: Thomas Huber (po lewej) asekuruje brata Alexandra, który w niekonwencjonalny sposób eksploruje Hangar-7, jednocześnie pozując do zdjęć
Czy istnieje takie wyzwanie, któremu wcześniej nie udało Wam się sprostać i do którego chcielibyście podejść jeszcze jeden raz? TH: Wiele było takich gór: Latok II. Najpierw nie powiodło się tam Alexandrowi, pojechaliśmy tam razem dwa lata później i się udało. To samo było z Ogre. Dwa razy powinęła mi się tam noga, raz z Alexandrem. Pojechałem tam z moją szwajcarską załogą i wreszcie się udało. Do dużych gór często potrzebne są dwa podejścia. W Patagonii, przy pewnej upartej skale, odpadliśmy już cztery razy. To nas gryzie, chętnie zrobilibyśmy kolejne podejście. Przede wszystkim w Karakorum są nasze największe marzenia. Przymierzano się do nich wiele razy i nigdy nie udało się znaleźć przejścia. Czy można żyć ze wspinaczki? AH: Najbardziej znani wspinacze żyją nie ze sportu, tylko z tego, co proponują w swojej zewnętrznej działalności. Najlepszy sposób dla nas to podpisywanie kontraktów, z tego rzeczywiście można dobrze żyć. Alexander, czy jesteś muzykiem rockowym? TH: No tak, to pytanie to klasyk!
AH: Nie, nie. TH: To ja gram w kapeli! Podoba Ci się muzyka Thomasa? AH: Tak, pełen czad! Może nie mamy identycznego gustu muzycznego, ale nasze upodobania są bardzo zbliżone. Różnice są takie: ja uczyłem się grać klasycznie na fortepianie, Thomas na gitarze. Uważam, że muzyka jego grupy „Plastic Surgery Desaster” jest genialna. Właśnie wracasz z urlopu. Czy moglibyście spędzić urlop na płaskim terenie? AH: To był mój drugi urlop w życiu. Byłem w Toskanii: to raj dla rowerów górskich. 10 lat temu pojechałem na Mykonos, miałem wtedy kontuzję palca. Całkiem szczerze: leżenie cały dzień na plaży to nie jest mój styl. TH: Ja raz w roku wyjeżdżam z dziećmi na urlop, który nie ma nic wspólnego ze
„Wspinaczka halowa nie ma nic wspólnego ze wspinaniem się po górach, to oddzielna dyscyplina”.
wspinaczką, czyli na plażę. Kiedy będziesz mieć dziecko – on wkrótce zostanie ojcem! – będziesz umiał docenić plażę. Czy Wasze żony jeżdżą z Wami na ekspedycje? TH: Nie. Kiedy wyjeżdżamy na ekstremalne ekspedycje, musimy mieć jasny umysł. O rodzinie cały czas się pamięta, ale w chwili, gdy działasz, trzeba się skupić tylko na tym. Ile miesięcy w roku spędzacie w górach? TH: Właściwie wszystkie. Ekspedycje trwają średnio trzy, cztery miesiące. Poza tym co drugi dzień wspinamy się w Alpach, w Dolomitach, albo tylko sportowo w Karlstein. Czy moglibyście wyobrazić sobie swoje życie bez wspinania? TH: Nie! AH: Nawet nie chcę próbować. Jest genialnie tak, jak jest teraz. TH: Wiem, że jestem nałogowcem. Po dwóch tygodniach w domu wpadam w stan grypowy, fizycznie źle się czuję. Dopiero podczas wspinaczki wracam do formy. Czy możecie opisać co to jest prawdziwe przeżycie? AH: Satysfakcja – tym większa, im mocniej biło ci serce, kiedy chciałeś dojść do celu. To uczucie zna każdy, kto długo przygotowywał się do egzaminu. Po długich przygotowaniach, wychodzisz i wiesz, że ci się uda. Nic innego się wtedy na świecie nie liczy. Nieważne, co przeżyłeś do tej pory. To co się dzieje teraz, odczuwasz tak intensywnie, że nie da się tego z niczym porównać. To jest właśnie szczęście, prawdziwe życie, przeżycie chwili. Tak samo jest podczas wspinaczki. Jesteś całkowicie wyłączony, gdy powoli podchodzisz pod szczyt. Potem jesteś na górze i nie myślisz o dniu wczorajszym, ani o tym, co będzie jutro. Jesteś ponad wszystkim – nie tylko w przenośnym sensie. Ostatnie pytanie: Alexander, jakie jest ulubione jedzenie Thomasa? AH: Eee...Pieczeń wieprzowa? TH: To nie jest moje ulubione danie. AH: To jakie? TH: Gulasz z jelenia! AH: Nie wiedziałem! Thomas, znasz ulubione danie Alexandra? TH: To chyba coś rybnego. AH: Sam nie wiem. Jeśli istnieje coś, co w szerszym znaczeniu ma coś wspólnego z odżywianiem i co naprawdę kocham... TH: ...to jest to piwo! Po piwo mógłby iść całe kilometry piechotą. Więcej o braciach Huber (włącznie z datami wykładów), można znaleźć się na: www.huberbuam.de
81
Niezbędnik Robby’ego Naisha Robby Naish nieprzerwanie ujeżdża fale już od 30 lat
2
Jest królem pogromców fal. Rządzi światem sportów deskowych – do tego potrzebny jest sprzęt. „Do zabawy konieczne są zabawki” – mówi.
1 7
zdjęciA: Kolesky/SanDisk/Red Bull Photofiles, Marie Welton
8
82
6
WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU
1. Deska Naish do wiosłowania na stojąco, wiosło węglowe Naish www.naishsurfing.com „Ten komplet nada się idealnie zarówno na spokojne wody, jak i do prostego surfingu. Wiosło to jest lekkie, mocne i ma świetne odbicie”. 2. Boardshorty Robby Naish Quiksilver www.quiksilver.com „Zaprojektowałem je, wykorzystując motyw moro i czaszkę. Dostępne tylko w Europie!”.
4
3. Ostre sosy Naish „Mamy Flaming Skull – najostrzejszy, Black Label – ostry, Mean Green – najłagodniejszy. Uwielbiam pikantne jedzenie, więc powstała seria zabójczo ostrych sosów”. 4. Plecak Quiksilver www.quiksilver.com „Trzymam w nim całe swoje życie – paszport, prawo jazdy, karty kredytowe, gotówkę”. 5. Witaminy z grupy B, Aleve i Advil „Witamina B1 na koncentrację, B-Comlex na uspokojenie. Aleve na ból pleców. Advil na każdy inny ból”. 6. Ochrona przed słońcem „Dużo tego – minimum SPF30”.
3
5
7. Neosporin, plastry z opatrunkiem, bandaże „Ciągle się kaleczę!” 8. Apple iPhone www.apple.com „Mam go głównie dla zdjęć i filmików mojej rodziny. Oczywiście jest to też telefon i mogę sprawdzić pocztę. Podróżuję bez komputera, to wystarcza”. Akcja na spokojnej wodzie w Wenecji: pl.redbulletin.com/naishwenecja
Więce j dla Ciała i Umysłu
BRING ME THE HORIZON
Hard Rock rządzi! 300 000 fanów, ponad 80 kapel, 6 scen, jedno wyznanie: metal. Sonisphere Festival jest najważniejszym zjazdem długowłosych fanów metalu w roku. Od 31 lipca do 1 sierpnia w brytyjskim Knebworth znów zadudnią wzmacniacze Marshalla. Na te gorąco zapowiadające się godziny Red Bulletin poleca siedem kapel.
Iggy & The Stooges
Bring Me The Horizon
Now I wanna be your Pop
Milchbubisy metalu
Że niby Sex Pistols wymyślili punk? Żałosne. Przy młodym Iggym Popie i jego kapeli The Stooges, Johnny Rotten i spółka brzmieli, jakby przygrywali w knajpie do kotleta. Już w latach 60. Pop rozbierał się na scenie, smarował sobie klatkę piersiową masłem kakaowym i ciął się odłamkami potłuczonego szkła, podczas gdy jego koledzy na drugim planie celebrowali nihilizm. „No fun, my babe, no fun”. Mimo, że Iggy’emu stuknęło już 60 lat, potrafi swoim performance’m na scenie zdeklasować większość młodych zespołów. Najnowszy album: „The Weirdness”
Wyglądają tak, jakby mamusie robiły im kanapki do szkoły – brzmią tak, jakby na sumieniu mieli życie tych właśnie mam. Oli Sykes – wokalista tej młodej brytyjskiej kapeli death metalowej – krzyczy, pluje, zdziera sobie gardło do krwi, podczas gdy jego koledzy wydobywają ze swoich instrumentów najgorszy hałas. Bezkompromisowi, ostrzy i wspaniali – pisze brytyjski magazyn rockowy „Kerrang!” i mianuje BMTH „najlepszym brytyjskim debiutantem roku”. Najnowszy album: „Suicide Season”
Poza tym: Sonisphere Szwecja, Sonisphere Finlandia
Family Force 5 Niechrześcijańscy chrześcijanie
FF5 sami nazywają się kapelą chrześcijańską. Nie znaczy to jednak, że kwintet z Atlanty (Georgia, USA) mógłby zagrać podczas niedzielnej sumy. Ich muzyka z elementami hiphopu i grzmiącymi gitarami jest czasami za ciężka nawet dla fanów metalu. Najnowsza płyta FF5 brzmi tak, jakby Marilyn Manson spędził w studiu noc z Kanye West. 30 miejsce na regularnych listach przebojów (w USA), 1 miejsce – na chrześcijańskim Top-10. Najnowszy album: „Dance Or Die”
Iron Maiden
PLACEBO
Liczba bestii
Iron Maiden to „Rolling Stonesi heavy metalu”: bogowie, ojcowie, guru. Debiutancki album grupy ukazał się 30 lat temu, a założyciel zespołu Steve Harris skończył już 50 lat. Nawet trupia maskotka Eddie, która znajduje się na okładce każdego z 15 albumów, nie wygląda już tak... świeżo jak wcześniej. Mimo to brytyjski kwartet wciąż cieszy się respektem ogromnych rzesz fanów. Nadal tysiące młodych ludzi odkrywają w zbiorach starszych braci nagrania Iron Maiden, nadal gitarowy riff w „Killers“ jest jednym z najlepszych riffów w historii metalu. Najnowszy album: „The Final Frontier”
GALLOWS
Poza tym: Sonisphere Szwecja, Sonisphere Finlandia, Pukkelpop
Więcej potu i jeszcze więcej metalu... Ready to Rock? Gdzie tego lata koniecznie powinno się headbangować... 84
IRON MAIDEN
Trasa Sonisphere 9-10.07. Madryt 7.08. Sztokholm 7-8.08. Pori (Finlandia) Impreza metalowa podróżuje po Europie: W tourbusie siedzą Mötley Crüe, Alice Cooper i Alice in Chains.
PukkelPop 19-21.08. Kempische Steenweg, Hasselt (Belgia) Na pierwszym koncercie w 1985 grało 7 zespołów, od tamtego czasu ich liczba wzrosła do 200 (m.in. Blink 182, Soulwax).
IGGY POP
Więce j dla Ciała i Umysłu
Gallows Bezczelni i niebezpieczni
Debiutanci z tej brytyjskiej kapeli hardcore’owej lubią się fotografować w nietypowych strojach, na przykład w szykownych czarnych garniturach lub przebrani za Droogs – niebezpieczny gang z filmu Stanleya Kubricka „Mechaniczna pomarańcza”. Wokalista Frank Carter – wychudzony, maniakalny i bardzo energetyczny – wypruwa sobie żyły, podczas gdy jego towarzysze szarpią struny w stylu wielkich legend hardcore’u, takich jak Minor Threat czy Black Flag. Najnowszy album: „Grey Britain” Poza tym: Jarocin
ANTHRAX
Anthrax
FAMILY FORCE 5
Zdjęcia: andy buchanan, Getty Images (3), Juan Lafita/Red Bull Hangar 7 (3), john mcmurtrie, sonisphere festival (3)
Metalowa pięść
Scott Ian jest zawsze uśmiechniętym uprzejmym nowojorczykiem z gładko ogoloną głową. Kimś takim, komu leciwi sąsiedzi powierzyliby opiekę nad kotem podczas wakacji. O ile nie słyszeliby wcześniej jego kapeli Anthrax – bogów thrash metalu. Na okładce ich debiutanckiego albumu „Fistful of Metal” (1984) widać głowę, otrzymującą cios w twarz pięścią uzbrojoną w łańcuch z kastetem. Tak właśnie brzmi Anthrax: szybkie riffy, żadnych esów floresów, czysta moc. Najnowszy album: „Anthrology: No Hit Wonders (1985–1991)”
Joan i Jordi Roca są dumnymi Katalończykami i chętnie eksperymentują z nowymi technologiami. Termostat Roner D (na górze po lewej) Joan dostosował do użytku kuchennego
Placebo delikatni Hardcore’owcy
W repertuarze Soniphere Festivals zespół Placebo wygląda tak, jakby spadł z kosmosu. Androginiczna postura frontmana Briana Molko nie pasuje do naładowanych testosteronem wokalistów metalowych zespołów. Odkryci w 1996 roku przez Davida Bowiego, są uważani za jedną z najbardziej popularnych rockowych kapel na świecie. Dlatego ich obecność na Soniphere wydaje się być usprawiedliwiona. Po łacinie Placebo znaczy przecież: będę się podobać. Najnowszy album: „Battle for the Sun”
Poza tym: Pukkelpop
Bilbao BBK Live 8-10.08. Kobetamendi, Bilbao (Hiszpania) Rammstein, Slayer, Alice in Chains: Ten festiwal ma niektóre wspólne gwiazdy z festiwalem Sonisphere.
Festiwal Jarocin 16-18.08. Jarocin (Polska) Zespoły The Gossip i Gallows zaszczycą Polskę swoją obecnością, tak samo jak Pidżama Porno i scena Red Bull Tourbus.
Rzecz gustu: Tajemnice topowych kucharzy
Z laboratorium do kuchni Trzy pytania do szefa kuchni Joana Roca z „El Celler de Can Roca” w Gironde i trzy interesujące odpowiedzi. Czego nigdy nie może zabraknąć w kuchni? „Naszym kluczowym produktem jest oliwa z oliwek” – mówi szef kuchni, Joan – najstarszy z braci Roca z restauracji „El Celler de Can Roca”. Najmłodszy, Jordi, jest cukiernikiem; średni, Josep, pełni w biznesie rodzinnym funkcję sommeliera. Całą kreatywność bracia wkładają w udoskonalanie sosów, które składają się z soków warzywnych i owocowych, a charakterystyczną nutę smakową otrzymują dzięki dodatkowi własnej, tłoczonej na zimno oliwy z oliwek. Wszyscy producenci oliwy chętnie poznaliby jej recepturę...
Czego nie da się zrobić? „Wszystko się da” – mówi Joan. „Wszystkiego można użyć. My jednak bazujemy na produktach regionalnych i unikamy składników transportowanych”. Najważniejsze urządzenie w kuchni? „Po pierwsze – otwarty grill, w którym palimy drewnem dębu korkowego lub portugalskiego, dzięki czemu uzyskujemy interesujący aromat. Po drugie – termostat Roner D, który pierwotnie przeznaczony był do laboratoriów chemicznych. Dostosowałem go jednak do użytku kuchennego i zaczął być produkowany seryjnie. Zasada jego działania bazuje na kąpieli wodnej, dzięki której można precyzyjnie kontrolować temperaturę. To bardzo ważne – można tak sterować procesem gotowania, by zachować w potrawie najlepszy smak i aromat”. Dowiedz się, kto w lipcu gotuje w Hangarze-7: www.Hangar-7.com
85
WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU
Zrób się na gwiazdę Czeszą Lady Gagę, ubierają Björk, stylizują M.I.A. – najlepsi styliści Wielkiej Brytanii zdradzają swoje sposoby na stylowe lato.
Piers Atkinson
Tekst: Uschi Korda
Emma Bell Projektantka mody
Data i miejsce urodzenia: Newcastle Upon Tyne, 1982 Pierwsza kreacja: Uwielbiałam bajkę „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” i gdy miałam 6 lat, uszyłam z babcią suknię Dorothy. Chciałyśmy zrobić coś bardziej oryginalnego niż niebiesko-biała bawełna. Użyłyśmy zielonej koronki w kwiatowy wzór. Najlepszy obecnie materiał: Lubię pracować z włóknami syntetycznymi. To wyzwanie, którego efektem są często nieoczekiwane rozwiązania. Nowością są u mnie printy na bawełnianym dżerseju. Jako aplikacji używam ostatnio miniptaków i blaszanych serc z mojej kolekcji. Modowy „must have” latem 2010? Nie śledzę trendów. Podobają mi się azteckie hafty, wybarwiane kwasem wzory i printy. Pani kolor sezonu: Pastelowe odcienie żółtego, zielonego, różowego i niebieskiego. Którą znaną osobę chciałaby Pani wystylizować? Na pierwszym miejscu jest Paris Hilton, ale świetna byłaby też Dolly Parton! Gwiazdy, które noszą ubrania Emmy Bell:
Ebony Bones
Beth Jeans Houghton
Guy Hills / Dashing Tweeds Projektant mody
Data i miejsce urodzenia: Londyn, 1967 Pierwsza kreacja: Toga ze sztucznego królika uszyta z pomocą krawca, który pracował na zlecenie John Lewis Store oraz napędzana gazem maszyna, którą skonstruowałem, by uszyć ten króliczy fraczek ze sztucznego futra. 86
Najlepsza obecnie tkanina: Tweed! To najlepsza tkanina na ubrania sportowe, świetnie przyjmuje kolor. Modowy „must have” latem 2010? Oczywiście aktualna letnia kolekcja Dashing Tweeds z bawełnianych żakardów. Pana kolor sezonu: Purpurę z kroplą żółci lubię od dawna. Obecnie podoba mi się dla odmiany także jasnozielony turkus. Którą znaną osobę chciałby Pan wystylizować? Johnny’ego Deppa! Wyglądałby po prostu doskonale w naszej stylistyce „dandy”! Gwiazdy, które noszą Dashing Tweeds: Charlie Le Mindu
Agyness Deyn
Pharrell Williams
Alexis Knox Stylistka
Data i miejsce urodzenia: W maju, w Oksfordzie – mieście, z którego jestem bardzo dumna. Gdy z niego wyjeżdżam na dłużej niż na minutę (oczywiście zdarza mi się to bardzo rzadko!), to zaczynam od razu opowiadać o Oksfordzie. Pierwsza kreacja: Uczyłam się w klasztornej szkole dla dziewcząt, w której obowiązywały „niewybaczalne” uniformy. Cały rok czekałam na Home Dressing Day, kiedy mogłam paradować w ekstrawaganckim stroju. Najlepsza obecnie tkanina: Uwielbiam batik! Zarówno w wersji psychodelicznej, jak i grunge’owej, prezentuje się fantastycznie i modnie. W dzień i wieczorem! Modowy „must have” latem 2010? Wszystko, co jest inspirowane Buffalo Fashion Movement z wczesnych lat 90., czyli geometryczne czarno-białe wzory. Mój ideał faceta założyłby rozpinany t-shirt w białym kolorze i flyersa – kultową kurtkę pilota. Uwielbiam też stylizację ze spodniami wioślarza, topem odsłaniającym brzuch i butami Brothel Creepers (na kauczukowej podeszwie w stylu lat 50.).
Pani kolor sezonu: Technicznie niepoprawnie, ale wciąż najbardziej lubię czerń i biel. Którą znaną osobę chciałaby Pani wystylizować? Może to stereotypowe, ale najchętniej wystylizowałabym Madonnę i ubrałabym ją w sensowne spodnie. A skoro o tym mowa, to do tego grona zaprosiłabym także Lady Gagę. Gwiazdy, które stylizuje Alexis Knox:
emma bell
M.I.A.
VV Brown
Kreacje młodej brytyjskiej sceny fashion na wystawie „Fish and Chips, Twice Please?!” od 11 czerwca 2010 w quartier21 w Museumsquartier, Wiedeń: www.quartier21.at
WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU
Scott ramsay kyle
Charlie Le Mindu
Piers Atkinson
Stylista włosów
Projektant kapeluszy
Data i miejsce urodzenia: Nie pamiętam. Może w burdelu? Pierwsza kreacja: Owłosiona prezerwatywa, której nigdy nie mogłem użyć. Zgadnijcie, dlaczego. Świetnie się prezentuje na moim kominku. Najlepszy obecnie materiał: Włosy, oczywiście. Wszystko można z nimi zrobić: koloryzować, wolumizować – po prostu wszystko. Modowy „must have” latem 2010? Krzyże i róże – podobają mi się pokazy Jean Paul Gaultiera! Pana kolor sezonu: Marynarski granat i głęboki granat – szykowny, ale interesujący. Którą znaną osobę chciałby Pan wystylizować? Kocham Cher. Jeszcze nie wiem, co zrobiłbym z jej włosami, gdybym naprawdę ją spotkał, ale z pewnością znalazłbym wiele pomysłów.
Data i miejsce urodzenia: Surrey – nazwa miła dla ucha, ale to miasto jest wysypiskiem, spuśćmy więc nad nim kurtynę milczenia. To było około 7.10 rano, jak mówi mama i siostra. Kiedy pewna astrolożka obliczała mój horoskop, zachwiała się z wrażenia. Jestem Lwem, w wersji hardcore’owej. Mam w Lwie ascendent, mój księżyc jest w znaku Lwa, mam Lwa w znaku Strzelca – po prostu wszędzie. Pierwsza kreacja: Moja mama, także z zawodu kapelusznik, miała za dużo czerwonego filcu. Kiedy byłem sześciolatkiem, położyłem moją słodką siostrzyczkę Lucy (miała wówczas cztery lata) w ogrodzie na filcu i wyciąłem z niego jej sylwetkę. Uszyłem dobrze spasowany kitel z dużym wyczuciem mody, ponieważ szwy obrębiłem zszywkami – w stylu małej Indianki. Najlepszy obecnie materiał: Pajetki w kształcie kłów, ponieważ wyglądają jak małe szabelki. Modowy „must have” latem 2010? Kurtka Davida Komy. Pana kolor sezonu: Limonkowy – kolor młodych wiosennych liści. Wspaniała barwa, którą w przyrodzie możemy się cieszyć bardzo krótko. Którą znaną osobę chciałby Pan wystylizować? Judi Dench.
Le Mindu już raz stylizował:
Peaches Geldorf
Charlie Le Mindu
Lady Gaga
dashing tweeds
Kapelusze Piersa noszą:
alexis knox
Zdjęcia: AP Photo (3), Piers Atkinson, Dashing Tweeds (2), Emma Bell (2), Amy Gwatkin, Kirsty McDougall, Kim Jakobsen To, Getty Images (2), Guy Hills Tweed, Alexis Knox (2), CHARLIE LE MINDU (2), picturedesk.com (8), Scott Ramsay Kyle, Morgan White
Lily Allen
Cate Blanchett
Kirsty McDougall / Dashing Tweeds Projektantka mody
Data i miejsce urodzenia: Wyspa Lewis, Hebrydy Zewnętrzne, Szkocja, 1978 Pierwsza kreacja: Podczas pochodu w szkole podstawowej wygrałam nagrodę za mój kostium robota. Był wykonany z worka na śmieci, który ozdobiłam rozetkami z kolorowego papieru prezentowego, naklejkami i kulkami ze styropianu. Na głowę założyłam papierowy karton z wycięciami na oczy i anteną ze słomek. Miałam jeszcze pazury z cynfolii.
Najlepszy obecnie materiał: Wełna, przędza odbijająca światło i modne wątki, które wytwarzane są dzięki nanotechnologii z jeszcze większej ilości wełny. Modowy „must have” latem 2010? Hmmmm… trudne – wolę kolekcje jesienne. Brak rajstop, to byłby niezły start. Filtr przeciwsłoneczny 50! I może coś z letnich żakardów. Pani kolor sezonu: Koralowy. Którą znaną osobę chciałaby Pani wystylizować? Josha Homme’a (wcześniej Queen of the Stone Age, obecnie Them Crooked Vultures). Ubrałabym go w jedną z naszych kurtek „Grey Raver Reflective Modern” z tweedu Harrington. Gwiazdy, które noszą Dashing Tweeds:
Bill Nighy
Ian Bruce
Scott Ramsay Kyle Projektant Mody i Tkanin
Data i miejsce urodzenia: Glasgow, 1982 Pierwsza kreacja: Pomagałem ojcu, który przygotowywał dla mnie kostium „Bertie Bassett”. Miałem wtedy może dziesięć lat i wybrałem się w tym stroju na dyskotekę szkolną. Wygrałem wówczas nagrodę i była to moja pierwsza koprodukcja. Najlepszy obecnie materiał: Pracuję właśnie z perłami i błyszczącymi kamieniami. Z pewnego projektu zostało mi dużo kryształów Swarovskiego – wyglądają superluksusowo! Niebawem zajmę się zabawnymi kompozycjami na dżerseju. Modowy „must have” latem 2010? Przez całe lato noszę szorty z denimu, kamizelkę i sznurowane buty, tak długo, jak tylko londyńskie słońce i pogoda na to pozwolą. Pana kolor sezonu: W wielu pracach używam koloru niebieskiego. Chociaż zwykło się mówić, że ten kolor niesie w sobie smutek, to nigdy w życiu nie byłem bardziej szczęśliwy niż teraz. Niebieski przyciąga mnie więc z nieznanego powodu. Jeśli ktoś go zna, to proszę przysłać pocztówkę z odpowiedzią. Którą znaną osobę chciałby Pan wystylizować? Tą, co każdy: Beyoncé, Lady Gagę, Madonnę z wczesnych lat 90.... Gwiazdy w ubraniach od Scotta Ramsaya Kyle’a:
Angelina Jolie
Björk
87
Więce j dla Ciała i Umysłu
NASCAR Sprint CupSeries 25.07.2010
hot SPOTS
Indianapolis Motor Speedway jest największym amerykańskim obiektem sportowym. Długość: 2,5 mili oraz miejsca dla 300 000 widzów. Indianapolis, USA
Najlepsze imprezy miesiąca na całym świecie.
Music Parade 9.07.2010
Można się spodziewać nawet 150 000 widzów, gdy międzynarodowi DJ-e zagrają swoje numery z ciężarówek: punk, metal, rock, trance, house, club, reggae i latin. Tel Aviv, Izrael
Zdjęcia: Imago SPortfoto, Jörg Mitter/Red Bull Photofiles, Damiano Levati/Red Bull Photofiles, Dom Daher/Red Bull Photofiles
New York Red Bulls – D.C. United 10.07.2010
Obie drużyny Major League Soccer Wschodniej Konferencji łączy głównie… rywalizacja. Zwycięzca bezpośrednich pojedynków wygra cały „Atlantic Cup”. Red Bull Arena, Nowy Jork, USA Konkurs Lotów Red Bull 10.07.2010
Po sześciu latach Konkurs Lotów powraca na Florydę. 34 drużyny w oryginalnych, samodzielnie wymyślonych maszynach, będą startować prosto z rampy nad sam Atlantyk w Bay Bayfront Park. Miami, Floryda, USA DIVERSE DOWNHILL CONTEST 10–11.07.2010
Trwająca już piąty rok seria zawodów cieszy się dużą popularnością. Tym razem organizatorzy trzeciego w tym roku wyścigu zapraszają na znany dobrze narciarzom i snowboardzistom stok Palenicy. Szczawnica, Polska Formuła 1 GP Wielkiej Brytanii 11.07.2010
W ubiegłym roku był to bajkowy weekend dla Red Bull Racing. Sebastian Vettel wystartował z pole position, przejechał najszybciej okrążenie i wygrał tuż przed swoim kolegą z teamu Markiem Webberem. Silverstone Circuit, UK 88
Red Bull Conquer the Coast 11.07.2010
Zawodnicy biegu adventure na orientację wyposażeni są tylko w mapę i kompas. Muszą odnaleźć drogę, przemierzając gęste lasy, rzeki i piaszczyste plaże. Auckland, Nowa Zelandia FIM Superbike GP Czech 11.07.2010
W klasie Superbike Jonathanowi Rea chodzi o miejsce w czołówce w klasyfikacji MŚ. To samo dotyczy Kenana Sofuoglu i Eugene’a Laverty’ego w klasie Supersport. Brünn, Czechy The Open Championship 15–18.07.2010
Międzynarodowa elita golfa zbiera się na najstarszym turnieju golfowym świata na szkockim Links Course w St. Andrews. W ubiegłym roku zwyciężył Amerykanin – Stewart Cink. Old Course, St. Andrews, Wielka Brytania ASP World Tour 15–25.07.2010
Po ponad dwumiesięcznej przerwie w trasie „plażowi chłopcy” mogą udać się do kolejnego surferskiego spotu. Jeffreys Bay, RPA Lake Jump Challenge 16–18.07.2010
Wielka akcja: osiem zespołów spadochronowych siedmiu narodowości wyląduje dokładnie o tej samej porze na ośmiu różnych kąpieliskach. Wörthersee, Klagenfurt, Austria
Red Bull X-Fighters 23.07.2010
W ubiegłym roku na arenie corridy swoje pierwsze zwycięstwo na ojczystej ziemi święcił lokalny matador – Dany Torres. Las Ventas, Madryt, Hiszpania
Światowa Seria Red Bull Cliff Diving 24.07.2010
Więce j dla Ciała i Umysłu
Jako faworyt MŚ do południowo-norweskiego portu na Wybrzeżu Skagerrak przyjedzie Brytyjczyk – Gary Hunt. Kragero, Norwegia
O’Neill Coldwater Classic 26–30.07.2010
W lipcu temperatury w RPA mogą spaść poniżej punktu zamarzania wody. Do tego dojdzie ostry wiatr – jednak dla odpornych na pogodę surferów to żaden problem. Kapsztad, RPA Puchar Amatorów Red Bull 17–18.07.2010
Na torze Sachsenring o długości 3671 metrów, najbardziej utalentowani w jeździe na dwóch kołach kierowcy rozpoczną drugą połowę sezonu. Sachsenring, Niemcy
Sabrina Mockenhaupt, Nelson Evora, Yevgeniy Lukyanenko i Roland Schwarzl będą walczyć o medale podczas 20 Lekkoatletycznych Mistrzostw Europy na Estadi Olimpic Lluis Companys. Barcelona, Hiszpania
PUCHAR POLSKI WAKEBOARDINGU 17.07.2010
WRC Rallye Finlandia 29–31.07.2010
Druga w tym roku edycja Pucharu Polski wodnych deskarzy będzie miała miejsce na wyciągu w Szczecinku. Zawodnicy powinni wcześniej postarać się o odpowiednią licencję. Szczecinek, Polska Sebastian Vettel HomeRun 18.07.2010
Kierowca F1 Sebastian Vettel, kierowca DTM Mattias Ekström, Stunt-Biker Chris Pfeiffer, jak również wokalista Fanta4 i kierowca samochodów wyścigowych DTM Smudo, będą mogli palić gumy podczas pierwszego wyścigu pokazowego poza torem. Heppenheim, Niemcy
Przedostatni przystanek pucharu świata i przy okazji rozstrzygający wyścig obrończyni tytułu Elisabeth Osl. Val di Sole, Włochy
W ubiegłym roku na szutrowej trasie Mikko Hirvonen zapewnił sobie zwycięstwo na własnym terenie przed 6-krotnym mistrzem świata Sébastienem Loebem. Na trzecim miejscu znalazł się kolejny Fin – Jari-Matti Latvala. Jyväskylä, Finlandia Letnie igrzyska X-Games 16 29.07–1.08.2010
Podczas najważniejszej ekstremalnej imprezy sportowej najlepszym rowerzystom BMX, zawodnikom FMX i skateboarderom chodzi o medale, nagrody pieniężne, a także aplauz setek tysięcy fanów. Los Angeles, USA
Moto GP USA 25.07.2010
MASTER OF THE HILL
Wręczenie przyznawanej wyłącznie w Moto GP nagrody Red Bull U.S. Grand Prix odbędzie się na jednym z najważniejszych torów – Laguna Seca Raceway o długości 3601 metrów. Laguna Seca, USA
Na te zawody czekała cała polska moutainboardowa gawiedź. Nie zabraknie emocji, kamieni ani błota. Wysoki poziom adrenaliny – gwarantowany. Białka Tatrzańska, Polska
Formuła 1 GP Niemiec 25.07.2010 Mistrzostwa świata rowerów Górskich 31. 07-01. 08. 2010
ME w Lekkoatletyce 27.07–1.08.2010
W tym roku GP Niemiec znowu zmieniło miejsce z Nürburgring na Hockenheimring. To tajna przewaga Sebastiana Vettela, który dorastał niedaleko stąd – w Heppenheim. Hockenheim, Niemcy
30–31.07.2010
UCI ROWERY GÓRSKIE PUCHAR ŚWIATA 31.07–1.08.2010
Elisabeth Osl podczas przedostatniego przystanku Pucharu Świata Cross Country Mountainbiker musiała zebrać ważne punkty, by obronić tytuł. Do tego odbywają się jeszcze zawody dla kobiet i mężczyzn w klasie downhill i 4-Cross. Val di Sole, Włochy 89
Więce j dla Ciała i Umysłu Hercules and Love Affair
Potęga nocy
Przyczynili się do powrotu popularności disco i konkurują nawet z Lady Gagą. Niebawem ukaże się ich nowa płyta (s. 95). Nowy Jork, USA
Okrążamy świat więcej niż jeden raz. Dla wszystkich, którzy nigdy nie mają dość zabawy.
Garden Festival 2–11.07.2010
Pohoda Festival 8–10.07.2010
Mały, ale mocny: w chorwackiej miejscowości Petrcane podczas pierwszych dwóch weekendów lipca urlopowicze będą musieli ustąpić miejsce 3000 fanów muzyki. Soulowe koncerty odbędą się na plaży, a po zachodzie słońca usłyszymy zainspirowane funkiem sety DJ-skie w wykonaniu m.in.: Henrika Schwarza, Hercules & Love Affair, Mayera Hawthorne’a, DJ-a Ty. Petrcane, Chorwacja
Myślisz, że dobrze zaplanowałeś lato i masz na oku najlepsze festiwale, a tu nagle pojawia się słowacki open-air, przy którym wysiadają imprezy u zachodnich sąsiadów: od Crystal Castles, The XX, Metronomy, po starych idoli, jak Ian Brown czy Leftfield. Lotnisko Trencin, Republika Słowacka
Zdjęcia: Ray Demski/Red bull photofiles, Thomas Karlsson, Liam Lynch, Dan Wilton
The Edge Winter Jam 8.07.2010
„Najlepsze koncerty zazwyczaj odbywają się latem” – mówi organizator Leon Wratt. Dobry powód, by także zimą nastraszyć ptaki kiwi – swój udział będą mieć w tym nowozelandzcy artyści, np. J. Williams, Kidz in Space, Ivy Lies czy szturmujący listy przebojów Dane Rumble. TSB Bank Arena, Wellington, Nowa Zelandia Exit Festival 8–11.07.2010
Największy popowy festiwal na Bałkanach zamienia się w małe państewko. Odwiedza go 60 000 osób, które mieszkają na polach namiotowych. W 2007 roku otrzymał nagrodę „UK Festival Awards” za najlepszą imprezę w swoim gatunku. Tytuł jest jak najbardziej zasłużony, zwłaszcza przy takim repertuarze, jak: LCD Soundsystem, Faith No More, Missy Elliott czy lider Ed Banger Busy P. Twierdza Petrovaradin, Novi Sad, Serbia 90
Bilbao BBK Live 8–10.07.2010
Jeśli jesteś rockmanem i już dawno chciałeś zobaczyć Muzeum Guggenheima w Bilbao, tylko szukałeś dobrego powodu, by tam pojechać, to już go masz: BBK Live Festival. Nie chodzi o to, że sama sztuka to za mało – w towarzystwie takich tuzów, jak: Slayer, Pearl Jam, Rammstein, Alice In Chains, to jest dopiero coś! Kobetamendi, Bilbao, Hiszpania T In The Park Festival 9–11.07.2010
Od 2001 roku na żadnym innym europejskim festiwalu nie dało się zobaczyć więcej: Eminem, wielki raper z Detroit, właśnie tutaj pokazał, że biały muzyk też potrafi mieć cięty język. Obecnie świętuje swój come-back w otoczeniu takich sław, jak: Muse, Kasabian czy Hot Chip i „młodych bogów”, jak np.: Delphic, Mystery Jets czy Gossip. Oni także koncertują wraz z debiutantami na Red Bull Bedroom Jam Futures Stage. Balado Airfield, Kinross, Wielka Brytania
Turn It Loose
Film dokumentalny o b-boyach pt. „Turn It Loose” miał premierę w Paryżu. Za kulisami rozmawiamy z reżyserem i dwoma kultowymi zawodnikami breakdance (s. 92). Paryż, Francja
Więce j dla Ciała i Umysłu
Berns
Ta miejscówka jest uznawana za najbardziej kultową w Skandynawii. Kiedy na scenie głównej koncertują gwiazdy światowego formatu, na dole klubu płyty miksują najlepsi DJ-e na świecie (s. 94). Sztokholm, Szwecja
Dour-Festival 15–18.07.2010
Oxegen Music Festival 9–11.07.2010
Irlandzki festiwal Oxegen jest bliźniakiem szkockiego T in the Park i młodszym bratem Glastonbury. Z pierwszym dzieli się takimi gwiazdami, jak: Eminem, The Black Eyed Peas czy Jay-Z, z drugim – podobnym otoczeniem. Wyjątkowa jest scena Red Bull Music Academy Stage, na której występują: The Drums, Broken Social Scene, Dirty Projectors, Hudson Mohawke. Punchestown, Co Kildare, Irlandia DJ TIESTO 10.07.2010
Lud zbierze się tym razem nie w celu wyrażenia swojego niezadowolenia, lecz w celu balangowania do rana przy okazji drugiej już wizyty króla trance DJ-a Tiesto. Plac Zebrań Ludowych, Gdańsk Electrovenice Festival 10.07.2010
San Remo już nie jest festiwalowym numerem 1 we Włoszech: po drugiej stronie włoskiego „buta” zbierają się tuzy elektronicznej muzyki tanecznej. Richie Hawtin, 2manydjs, Steve Aoki, Mr Oizo dbają o to, by gondole w Wenecji wesoło się kołysały. Parco San Giuliano, Wenecja, Włochy Traff ic Free Festival 14–17.07.2010
Kenny Nzama
Ten DJ i menedżer klubu pokazał nam swoje miasto. Dodatkowo wytłumaczył nam, dlaczego w Joburgu należy bać się bardziej niż gdzie indziej (s. 96). Johannesburg, RPA
Znajdujemy się w Europie w 2010 roku naszej ery. Cała Europa opanowana jest przez mafię biletową… Cała Europa? Nie! Jedno niezłomne włoskie miasto wciąż stawia opór i organizuje gratisowy festiwal z wysokogatunkowym repertuarem – od Afrika Bambaataa, poprzez The Specials, aż po Charlotte Gainsbourg. Mało tego, Turyn funduje odwiedzającym bilety autobusowe! Zamek Venaria, Turyn, Włochy
Podczas rozdania nagród European Festival Awards Dour został nazwany najlepszym festiwalem „medium-sized” w Europie. To tylko kwestia czasu, nim belgijski open-air przejdzie do klasy „royal”. W ubiegłym roku odwiedziło go 144 000 widzów. W tym roku może przyjechać jeszcze więcej fanów ze względu na topowy skład: mistrzowie gitarowego brzmienia – The Sonics i Dum Dum Girls, guru elektroniki – Carl Craig i Daedalus oraz prorocy dub – od Lee Perry’ego, po Benga. La Plaine de la Machine á Feu, Dour, Belgia Benicŕssim Festival 15.07–18.07.2010
Prawdopodobnie najlepszy hiszpański festiwal niezależny: słońce, morze, paella i kapele. Od independent disco w wykonaniu Cut Copy czy Yacht, po komiksowych Gorillaz. Do tego kilka reanimowanych evergreenów, jak PIL, The Prodigy czy Echo & The Bunnymen. Teren festiwalowy, Benicàssim, Hiszpania Camp Bisco 9 15–17.07.2010
W Europie są zupełnie nieznani, ale za oceanem zespół Disco Biskuits z Filadelfii to numer jeden, w niekończącej się trasie koncertowej. Są na tyle znani, że od dziewięciu lat co roku wokół nich organizowany jest gigantyczny festiwal z takim kapelami, jak: LCD Soundsystem, Major Lazer, Ween czy Thievery Corporation. Indian Lookout Country Club, St Pattersonville, USA JAROCIN FESTIWAL 16-18.07.2010
Kolejna, tym razem jubileuszowa 30. edycja rockowego centrum Polski zapowiada się bardzo ciekawie. Maksymalne skupienie gwiazd zapewni trzy niezapomniane dni ubawu po pachy. Wystąpią m.in.: Gallows, Gossip, Biffy Clyro, Kora, TSA, Dezerter... Dodatkową atrakcją będzie wyjątkowa scena Red Bull Tourbus, na której zobaczyć (i usłyszeć) będzie można finalistów tegorocznego konkursu młodych zespołów. Jarocin, Polska 91
Więce j dla Ciała i Umysłu
Backstage
Turn It Loose
W Paryżu odbyła się premiera wyjątkowego filmu dokumentalnego o breakdance. Andreas Tzortzis obejrzał go w towarzystwie dwóch spośród najlepszych choreografów świata.
Niewielka ekipa filmowa z Francji przeprowadza nad Sekwaną wywiad z parą stylowych braci. Ubrani w obcisłe koszule na guziki i sportowe ciemne okulary, Rich i Tone Talauega wyróżniają się na tle prezentujących wymyślne ewolucje b-boy’ów w koszykarskich koszulkach i luźnych spodniach. A jednak łączy ich z nimi bardzo wiele. Jak większość tancerzy, bracia Talauega zaczynali swoją karierę na domówkach, w klubach i na ulicach Richmond w Kalifornii. Po tym jak Travis Payne, choreograf Michaela Jacksona, odkrył nastoletnich wtedy braci tańczących na imprezie promującej pewną płytę, duet wywołał spore zamieszanie w przemyśle muzycznym. Zaczęło się od tournée z Michaelem Jacksonem. Później były występy w teledyskach takich gwiazd, jak Chris Brown czy Black Eyed Peas, aż w końcu zeszłej jesieni zaprezentowali swoje umiejętności podczas trasy koncertowej Madonny „Sticky and Sweet”. W pewien czerwcowy czwartek bracia Talauega pojawili się w MK2 Cinema w Paryżu na widowni składającej się z tancerzy, dziennikarzy i miłośników hip-hopu, aby obejrzeć światową premierę filmu dokumentalnego pt. „Turn It Loose”, którego bohaterem jest taniec breakdance. Wyreżyserowany przez Alastaira Siddonsa film opowiada historię sześciu breakdance’rów biorących udział w zawodach Red Bull BC One 2006 – jednej z najbardziej prestiżowych bitew b-boy’owych świata. Zorganizowano je w opuszczonej elektrowni w Soweto w RPA, gdzie Siddons poświęcał wiele uwagi światłu i padającym na zawodników cieniom. Jednocześnie skupiał się na skomplikowanych figurach i ewolucjach prezentowanych na ringu, otoczony przez żądną wrażeń publiczność i sędziów bacznie obserwujących każdy ruch zawodników. 92
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Trailer wyjątkowego filmy dokumentalnego
Turn It Loose ParyŻ
Runda 1 Red Bull BC One w RPA: Ben-J z Senegalu, w ringu naprzeciwko Francuza Lilou (na górze). Bohaterowie filmu zagrzewają publiczność do kibicowania (po lewej). W filmie napięcie jest wyraźnie wyczuwalne.
Siddons wraz ze swoją ekipą podróżował po Senegalu, Korei, Japonii, Algierii, Francji i Ameryce, badając korzenie i analizując drogę ewolucji wspomnianej szóstki tancerzy, prowadzącą do tego fascynującego finału. Wyzwaniem podczas kręcenia tego typu filmów jest wiarygodne przedstawienie ducha
danej subkultury w sposób przystępny dla szerokiego grona odbiorców. Siddons, który na koncie ma teledyski nakręcone dla The Roots i Roots Manuva, dołożył wszelkich starań, aby film prezentował coś więcej niż tylko techniczną stronę tańca. „Należy się skupić na uniwersalnych motywach” – mówi Siddons, paląc papierosa w towarzystwie
Rich i Tone Talauega podczas premiery (na dole) są zachwyceni tańcem Taisukiego w filmie
Zdjęcia: American Broadcasting Companies, Ray Demski/Red bull photofiles (2), Turn it Loose
Więce j dla Ciała i Umysłu
braci Talauega na pokładzie pływającego baru Batofa. „Jeśli tworzysz film o ludziach, liczy się coś więcej niż tylko taniec...”. „Musisz to wszystko jakoś połączyć” – mówi Tone Talauega, wtrącając się do rozmowy. „W końcu nie każdy jest b-boy’em” – dodaje Rich Talauega. „Nie każdy jest tancerzem”. Bracia doskonale rozumieją konieczność znalezienia równowagi między autentycznością a oczekiwaniami odbiorców. Poza reklamami dla firm takich jak GAP czy Apple, duet ma na koncie współpracę z fotografem Davidem LaChapelle przy produkcji filmu będącego kroniką krumpingu i clowningu – stylów tańca wywodzących się z Los Angeles. Dzięki prowokacyjnym i barwnym ujęciom – znak rozpoznawczy LaChapelle’a – „Rize” w wyjątkowo taktowny i dokładny sposób przedstawia sylwetki bohaterów. Bracia wierzą, że Siddons osiągnął ten sam efekt w „Turn it Loose”. „Udało mu się uchwycić ducha tej kultury” – mówi Tone Talauega. „Alastair naprawdę szczegółowo przedstawił b-boying, taniec sam w sobie. Zarówno dziewięcioletnie dziecko, jak i 75-latek, z łatwością zrozumieją, o co w nim chodzi”. Oprócz osobistych historii, często chwytających za serce, „Turn it Loose” prezentuje zachwycające akrobacje i umiejętności b-boy’ów na najwyższym światowym poziomie. Kamera obraca się wokół tancerzy, a najbardziej efektowne pozycje pokazane są w zwolnionym tempie. „To wbrew prawom grawitacji” – mówi Rich Talauega. „Widzisz kolesi robiących na parkiecie rzeczy, które trudno wyjaśnić. Na twoich oczach przeprowadzają projekty naukowe”. W przeciwieństwie do – od lat – niezmiennego baletu i jazzu, breakdance od czasu swych początków w latach 70. w Bronxie i Brooklynie nieustannie ewoluuje. Ciężko stwierdzić, gdzie leżą i czy w ogóle jeszcze istnieją jakieś granice, a zachwycający styl prezentowany zarówno na podwórkowych scenach, jak i w świetle reflektorów zawodów typu BC One, świadczy o tym, że możemy liczyć na jeszcze więcej. Oby tylko był tam Siddons ze swoją kamerą. „Stworzył on dzieło, a nie film” – stwierdza Rich Talauega, po czym wyjaśnia różnicę: „Film oglądasz, siedząc wygodnie i zajadając się popcornem. Przez chwilę dobrze się bawisz, a po zakończeniu wracasz do szarej rzeczywistości i zapominasz o tym, co widziałeś. A dzieło? Oglądasz, skupiasz się całkowicie i coś z niego wynosisz. Dzieło dostarcza informacji, które zostają w twojej głowie już na zawsze i co najważniejsze – inspiruje cię jak cholera!”. „Turn It Loose” ukaże się niebawem na DVD w wybranych krajach. Nowości i informacje na temat filmu na stronie: www.turnitloose.com
Traff ic Jam Open Air 16–17.07.2010
Pomysł, by dać mikrofony młodym wykonawcom, zawsze się sprawdza. Zwłaszcza wtedy, gdy rockowi debiutanci nazywają się Shellycoat czy The Bottrops i hałasują obok starszych braci: Evergreen Terrace, Russkaj czy The Ghost of a Thousand z Brighton. Am Bauhof, Dieburg, Niemcy Red Bull Emsee 16.07.2010
Tu nie chodzi o to, by spontanicznie nawijać na dowolny temat. Freestyle’owi MC mają jeszcze trudniej: raperzy musza reagować na obrazy i hasła i wplatać je w swoje improwizowane teksty. Tłumaczenie symultaniczne to przy tym bułka z masłem. 103 Harriet, San Francisco, USA Melt! Festival 16–18.07.2010
Wydawcy popkulturowego magazynu „INTRO” testują swoje wybory nie tylko w teorii na papierze, ale także w praktyce – live na scenie. Do wspólnego legendarnego występu zaprosili Modeselektora i Bonaparte z Berlina, a także takich artystów, jak Jamie Lidell, Broken Bells, Carl Craig & Mike Banks. Ferropolis, Gräfenhainichen, Niemcy Hard LA 17.07.2010
DJ Destructo, ojciec serii eventów „Hard”, od lat zapewnia Amerykanom festiwale elektroniczne, które są równie spektakularne, jak wielkie rockowe koncerty. Obecnie porażenie prądem zagwarantują: M.I.A., N*E*R*D, Flying Lotus i południowo-afrykańskie trio Andwoord. Sety będzie można usłyszeć na redbullmusicacademyradio.com State Historic Park, Los Angeles, USA Splash! 23.07.2010
Niekwestionowany numer 1 wśród niemieckich hip-hopowych festiwali, i to od 13 lat. Dawny rewir, idylliczny Półwysep Pouch, traci publiczność na rzecz Ferropolic, ale jego klimat pozostał bez zmian. Hip-hop we wszystkich odmianach: b-boying, graffiti, beatboxing i naturalnie rap. Tym razem w roli głównej takie gwiazdy jak: Nas, Missy Elliott, Blumentopf oraz inni artyści z Red Bull Music Academy Stage. Ferropolis, Gräfenhainichen, Niemcy 93
SUNRISE FESTIWAL 23-25.07.2010
Doroczne święto klubowiczów po raz kolejny ściągnie nad morze rzesze fanów muzyki dance. Jak sama nazwa wskazuje, imprezy będą trwały do wschodu słońca. Pośród dziesiątek herosów sceny klubowej zagrają m.in. Armin Van Buuren, Sasha, Pete Tong... Amfiteatr, Kołobrzeg, Polska Boogie Brain International Music Festival 22–24.07.2010
Mroczne muzyczne światy między dubstep i nieziemską elektroniką: artyści produkują na scenie dźwięki nie z tej ziemi, przy których twój mózg zatańczy boogie. Nazwa dobrze dopasowana do festiwalu, na którym były brytyjski piłkarz i producent studyjny Roy Keane, zaprezentuje swoje brzmienie obok takich artystów, jak Dixon, Jahcoozi, Zed Bias czy Benji B. Nabrzeże Starówka, Szczecin, Polska
Najlepsze kluby świata
Gorące noce Ciemne albo białe: tak czy inaczej – noce na dalekiej Północy są długie. Także w kultowym skandynawskim klubie Berns.
berns sztokholm
Hard NYC 24.07.2010
A Hard Day’s Night: po pierwszym spektaklu Hard w LA organizator DJ Destructo pojechał na Wschodnie Wybrzeże. Na pokładzie znów są: ikona popu M.I.A. i Die Andwoord oraz dubstepowy duet Skream oraz Benga. Na miejscu wszystko rejestruje ekipa Red Bull Music Academy Radio. South Island Field, Nowy Jork, USA Heimspiel 24.07.2010
„Bring It Back The Old Stuttgart Rap” – można było usłyszeć na ostatnim albumie Die Fantastischen Vier pt. „Heimspiel”. Nagranie zostało zarejestrowane live w ich rodzinnym mieście z okazji 20-letniego jubileuszu. Na koncert przyszło 60 000 fanów. Obecnie dinozaury rapu kontynuują ideę festiwalową i zapraszają zaprzyjaźnionych artystów: Ich + Ich, Milow, Camouflage i Matt Bianco, do energetycznego grania. Cannstatter Wasen, Stuttgart, Niemcy Nova Jazz & Blues Night 24.07.2010
Tyle samo, co muzyka rockowa zawdzięcza Bobowi Dylanowi, soul jest dłużny Gilowi Scott-Heronowi. Upolitycznił sztukę i poprzez swoje melodeklamacje już na początku lat 70. był prekursorem hip-hopu. Obecnie koncertuje ze swoim najnowszym albumem „I’m New Here” – obok Gotan Project i Jamiroquai. Wiesen, Austria 94
Ani śladu IKEI: sceneria Berns to wygięte balustrady, kryształowe żyrandole i najnowocześniejsza technika
Odjazdowe imprezy ze śmietanką międzynarodowych DJ-ów w dostojnych murach z 1863 roku? Brzmi jak sprzeczność, ale ma swój urok – zwłaszcza wtedy, gdy w tej najbardziej kultowej klubowej „świątyni” Sztokholmu zaczyna grać muzyka. Historyczny budynek, położony w samym centrum stolicy Szwecji, od samego początku był jednym wielkim dziełem sztuki koncepcyjnej. Sala teatralna, wielka jadalnia, salon, hotel – wszystko pod jednym dachem. Pierwotna koncepcja utrzymała się do dziś, chociaż tu i tam trzeba było wprowadzić trochę poprawek. W końcu goście nie powinni czuć się przeniesieni w czasie. Większość zabytkowych wnętrz zachowano, ale dodano przemyślane nowoczesne elementy wystroju. Na górze kryształowe żyrandole, na dole ciemne, drewniane stoły, na ścianie olbrzymia współczesna instalacja artystyczna – tak wygląda dziś sala jadalna, w której dodatkowo serwuje się nowoczesną kuchnię azjatycką. Obok – w sali, w której kiedyś zabawiali publiczność aktorzy – na wyposażonej w najnowszą technikę scenie koncertowej występują dziś międzynarodowe gwiazdy: Erykah Badu, Lily Allen, MGMT, White Lies, Editors albo Juliette Lewis. Natomiast w małych salonach – „Czerwony pokój” został nawet uwieczniony w literaturze przez Augusta Strindberga – można organizować w świeżo odrestaurowanych wnętrzach prywatne imprezy. Z nowego tysiąclecia pochodzi natomiast zadaszony outside bar, do którego wchodzi się po krętych schodach (na nich spotykają się także klubowicze uzależnieni od nikotyny). Główną częścią całego kompleksu jest „2.35:1” – najmodniejszy nocny klub Sztokholmu. „Kochamy taniec i dekadencję” – przyznają menedżer Martin Kling i jego zastępca, Payman Dehdezi. Dlatego rozejrzeli się po najlepszych światowych klubach – od Nowego Jorku, poprzez Ibizę, po Londyn – i nie tylko zainstalowali zaawansowane systemy nagłośnienia, lecz także przywieźli wiele pomysłów na długie klubowe noce. Wnętrze wypełnia zsynchronizowany z setami DJ-a VJ-ski pokaz z ekranów na ścianach, a goście zapominają o czasie i przestrzeni. Miksowała tu już cała DJ-ska elita: Goldie, 2ManyDJs, Pete Rock i Booka Shade. Świetna muzyka potrafi wywabić na parkiet także gości VIP-roomu, sączących drinki we własnym towarzystwie w otoczeniu oszałamiających fluorescencyjnych tapet – dzieł sztuki autorstwa Makode Lindego. Przez dziesięć chłodnych miesięcy klubowe życie toczy się pod ziemią, ale w lipcu i sierpniu wszyscy przenoszą się na dach. Wtedy także Szwedzi chcą cieszyć się letnim powietrzem i białymi nocami. Berns Salonger, Berzelii Park, Sztokholm Tel.: +46(0)8 566 322 00, www.berns.se
ZDJĘCIA: THOMAS KARLSSON (2)
Więce j dla Ciała i Umysłu
Kim Ann Foxmann i Andy Butler, czyli Hercules and Love Affair
Hercules and Love Affair NOWY JORK On the Record
Bye-bye, Vienna Dwa lata temu Andy Butler – wraz ze swoją grupą Hercules and Love Affair – wprowadził disco ponownie na salony. Po remiksach dla Lady Gagi nowojorczyk nagrał właśnie w Wiedniu swoją nową płytę.
Zdjęcie: Hercules and Love Affair
RED BULLETIN:
Właśnie skończyłeś swój nowy album. Komu pierwszemu dałeś go posłuchać? Andy Butler: Jeżeli nie liczyć ludzi, którzy nad nim pracowali, to tylko dwóm kumplom z Tel Awiwu – inżynierowi dźwięku i montażyście. Byłem trochę zdenerwowany, bo cenię sobie ich opinię. Ale mogłem odetchnąć z ulgą: obaj byli pod wrażeniem. Twój hit „Blind” wywołał dwa lata temu mały renesans disco. Jak do tego doszło? Disco było wtedy ważną częścią mojego życia. Szukałem na pchlich targach płyt z lat 70. i dużo czytałem na temat disco i ruchu gejowskiego. Czymś naturalnym było więc dla mnie zajęcie się w studiu nagraniowym tym gatunkiem. I ponowne ożywienie go z ludźmi takimi jak Antony Hegarty (wokalista grupy
Antony and the Johnsons; wystąpił gościnnie w debiutanckim albumie Hercules and Love Affair). Czy jest to kierunek, w którym dalej podążasz w swoim nowym albumie? I tak, i nie. Tym razem poszedłem w stronę muzyki, na której się wychowałem, czyli raczej w kierunku classic house i techno. Sensownym posunięciem było więc nawiązanie współpracy z producentem Patrickiem Pulsingerem. Ale bez obaw, moja namiętność w zakresie disco nadal płonie – na płycie są dwa klasyczne kawałki, które nawiązują do typowego disco w jeszcze większym stopniu niż „Blind”. Jak trafiłeś na wiedeńskiego producenta techno Patricka Pulsingera? Polecił mi go nasz wspólny przyjaciel. Patrick ma fantastyczne studio w Wiedniu, cały arsenał analogowych syntezatorów. Jego muzykę znam już od dłuższego czasu. Kiedyś pracowałem jako dziennikarz muzyczny w Nowym Jorku i napisałem recenzję pewnej płyty z jego labelu, Cheap Records. Czy poza pracą w studiu miałeś też czas, żeby obejrzeć miasto? Trochę tak, ale niewiele. Spore wrażenie wywarły na mnie kościoły: Kościół Wotywny, Katedra św. Szczepana i inne. Ponadto obejrzałem chyba najlepszą w swoim życiu wystawę: „Edvard Munch a niesamowitość”. Uwielbiam mistykę i surrealizm jego obrazów. Są bardzo inspirujące. A skąd czerpałeś inspiracje muzyczne? Podczas pisania kawałków do nowego albumu słuchałem dużo Cocteau Twins, ale także sporo folku. Fascynuje mnie prosta, łagodna
muzyka – piosenki takie jak „The Golden Apples of the Sun” Terry’ego Calliersa albo niektóre z albumu Sinéad O’Connor „I Do Not Want What I Haven’t Got”, zredukowane do dźwięku gitary i wspaniałego głosu. Czy to znaczy, że tym razem możemy się spodziewać więcej gitar? Nie, gitary stosuję tylko jako element rytmu. Ale jasne, że słucham dużo muzyki gitarowej. Ostatnio byłem nawet na koncercie Metalliki. Czy to prawda, że nagrałeś coś z Kele Okereke, wokalistą brytyjskiej kapeli indierockowej Bloc Party? Tak, poznaliśmy się przez swoich menedżerów, którzy byli zdania, że będziemy się dobrze rozumieć. Kele wpadł kiedyś do Nowego Jorku i poszliśmy na lunch – od razu wiedzieliśmy, że coś z tego będzie. Postanowiliśmy spróbować czegoś razem. Potem spotkaliśmy się w Wiedniu i nagraliśmy jeden niezły kawałek dance’owy. Masz już jakiś tytuł dla swojego nowego albumu? Chodzi mi po głowie „Blue Songs” – od jednego utworu z tej płyty, który napisałem pięć lat temu. Ale jeszcze zobaczymy. Dzisiaj twój ostatni dzień w Wiedniu. Jak chcesz się pożegnać z miastem? W Wiedniu są teraz akurat moi przyjaciele z Barcelony, Berlina i Paryża. Zrobili mi wczoraj niespodziankę na urodziny i razem poimprezowalismy. Dlatego dzisiaj podziałamy trochę spokojniej. Ale na pewno chcę jeszcze przed wyjazdem zobaczyć Klimta. Nowy album grupy Hercules and Love Affair ukaże się we wrześniu. Wywiad z Andym Butlerem: redbulmusicacademyradio.com/shows/1291/ 95
Kenny NZama Johannesburg
Resident Artist
Nowiny z Newtown Przestępczość i bieda – z tym właśnie kojarzy się głównie Johannesburg. Najwyższy więc czas, żeby prowadzący własny klub. DJ Kenny Nzama pokazał nam swoje miasto od innej strony. To zdanie brzmiało zawsze dla mnie jak banał: „Yeah, I represent Jozi” (Jozi to Johannesburg w lokalnym slangu – przyp. red). Ludzie lubią tak mówić. W ostatnich latach ten krótki tekst zyskał dla mnie na znaczeniu. Nagle poczułem się odpowiedzialny za to miasto, poczułem się częścią Johannesburga. Mój 96
klub, O.S.T. (1), to miejscówka gdzie dominuje czarna młodzież z najbliższych dzielnic. Gdy słyszysz, jak ta młodzież docenia to, co robisz, wtedy dopiero rozumiesz, że to nie tylko klub i że prowadzisz coś więcej niż zwykły bar i zwykłą dyskotekę. Dzień zaczynam zazwyczaj o ósmej rano, ale wszystkim znajomym i współpracownikom mówię, że wstaję dopiero o dziesiątej, żeby przedtem nikt do mnie nie dzwonił (no to chyba właśnie się wydałem). Mieszkam w dzielnicy Strydom Park, na północnych obrzeżach miasta. Rozkład mojego dnia zależy od tego, na które z moich kilka wykonywanych zawodów jest akurat zapotrzebowanie. Jeżeli trzeba popracować jako właściciel klubu, jadę od razu do biura i przy okazji wpadam na śniadanie – herbatę i tramezzino z fetą i szpinakiem – do Kaldi’s Coffee Shop (2) przy Mary Fitzgerald Square w dzielnicy Newtown. Jestem tam stałym gościem i wszystkich tam znam. Jedzenie jest świetne i mogę tam coś przekąsić, nawet gdy nie mam akurat przy sobie pieniędzy – to zaleta bycia stałym klientem. Potem zaglądam do sklepu Osmica, wspólnika z którym
prowadzę klub O.S.T. Interes nazywa się Ritual Store (4) i mieści się przy Bree Street 111. Świetny hip-hopowy sklep z płytami i ciuchami z całego regionu. Jeżeli dostaję zlecenie jako DJ, zostaję rano w domu, żeby zgrać bity i dobrać kawałki z płyt, a dopiero potem jadę na resztę dnia do dzielnicy Newtown. Musiało minąć trochę czasu, zanim przyzwyczaiłem się do atmosfery tej okolicy. Na ulicach panuje niesamowity ruch, ciągle coś się dzieje. Zupełnie inaczej niż w tej spokojnej dzielnicy, w Strydom Park gdzie mieszkam. Newtown to tygiel różnych kultur Johannesburga: galerie, teatry, kluby, restauracje i bary – całą dobę coś się tutaj dzieje. I jest tu głośno, bardzo głośno. Wysoko nad głowami zawieszona jest dwupoziomowa trasa szybkiego ruchu z nieustającym wielkomiejskim dźwiękiem w tle. Kakofonia wielkiego miasta potrafi być ogłuszająca. Na obiad wpadam często do Sophiatown (3) – najlepszej knajpki w Newtown, jeżeli chodzi o afrykańskie jedzenie. Najbardziej lubię stampo, grysik kukurydziany z fasolą, do którego polecam wołowinę. I flaki albo owcze żołądki. Pyszne… dokładnie takie
ZDJĘCIA: Liam Lynch (4)
Kenny Nzama w swoim hip-hopowym mateczniku, klubie O.S.T. w Newtown. Kenny występuje tu regularnie jako DJ Kenzhero
Więce j dla Ciała i Umysłu
Aple Cart Festival 25.07.2010
Niedzielne popołudnie, słońce, park, wycieczka rodzinna - organizatorzy Apple Cart chcą, aby ta tradycja była żywa. Dla dzieci – Magic Circle, dla rodziców – scena literacka, komiksowa i artystyczna oraz takie kapele, 1 Thejak Ost Saint Etienne, Lambchop czy 2 Kaldi´s Coffee Clinic, aby można było namówić na 3 Sophiatown rodzinny wypad także rodzeństwo w wieku nastoletnim. 4 Ritual Store Shoreditch Park, Londyn, UK 5 Collectors Treasury
et Smit Stre
41 3 2
NEWTOWN JOUBERT PARK
Bree Street
t Sauer Stree
ione Commiss Marshal St
M1
MARSHALS TOWN
M2
reet
r Street
5
CITY AND SUBURBAN
M2
DJ kończy dzień wieczorną imprezką w Melville (górne zdjęcie po lewej). Przedtem wyszukuje płyty w Ritual Store (górne zdjęcie po prawej) albo ciuchy w Nike Store (dolne zdjęcie po lewej)
1 O.S.T., na rogu Henry Nxumalo i Bree Street 2 Kaldi’s Coffee, Central Place 1, Jeppe Street 3 Sophiatown, Central Place 1, róg Jeppe Street I Henry Nxumalo Street 4 Ritual Store, Bree Street 111 5 Collectors Treasury, Commissioner Street 244
same, jak w wykonaniu mojej babci. Nie jestem wielkim fanem zakupów – zwłaszcza, jeżeli chodzi o ciuchy. I tak dostaję w prezencie sporo rzeczy firmy Nike w ich sklepie „Gallery on 4th”. Po różne rzeczy second hand jeżdżę do centrum: Bree Street, Jeppe Street, End Street. W którymś z tamtejszych sklepów zawsze coś się znajdzie. Najlepszy jest chyba ten na rogu End Street i Commissioner Street – nazywa się Collectors Treasury (5). Mają w nim prawdziwe skarby: od mebli po płyty. Ale radzę założyć przedtem kombinezon i maskę, bo jest tam bardzo, bardzo dużo kurzu. Kilka lat temu szukałem bezskutecznie we wszystkich sklepach płyty „Love Cats” grupy The Cure, ze względu na wspaniałą linię basową. Wreszcie trafiłem na tę płytę w Collectors Treasury. Zakochałem się w tym singlu w Mystic-Boer-Club w Bloemfontein, gdzie miksowałem z DJ Bobem. Gość to zagrał i ludzie oszaleli. Od razu wiedziałem, że też potrzebuję tego kawałka. Oprócz muzyki uwielbiam piłkę nożną. Oglądam mecze lig angielskiej i hiszpańskiej, jestem kibicem naszej lokalnej drużyny Kaizer
Chiefs i oczywiście sam trochę gram. Najczęściej na boisku przy 9th Avenue w Melville – od piątej po południu do zmroku. Jak większość mieszkańców RPA cieszę się bardzo na Mistrzostwa Świata. Jako biznesmen bardzo wcześnie musiałem spełnić różne wymogi FIFA, ale jako osoba prywatna dostrzegam w tej imprezie długoterminowe korzyści dla Johannesburga, chociaż odczuwam trochę frustracji, bo wiele z zaplanowanych nowych dróg nie jest jeszcze gotowych. Znam wielu ludzi, którzy boją się Jozi. Oczywiście z powodu przestępczości. I skłamałbym twierdząc, że to bezpieczne miasto. Jak w każdej metropolii są tu po prostu miejsca, których trzeba unikać. Obowiązują podstawowe zasady: nie ubieraj się zbyt elegancko, nie noś markowych ciuchów i nie okazuj strachu. Ludzie to czują. Ale bez obaw: dzięki licznym kamerom monitoringu miasto stało się bezpieczniejsze. Sam przeżyłem w RPA jeden napad – i to w Kapsztadzie, a nie w Johannesburgu. Kenne Nzama (DJ Kenzheros): jego muzyka, wideoklipy i spotkania na żywo: www.myspace.com/djkenzhero
Nachtdigital 30.07–1.08.2010
3000 widzów to nie jest porażka, tylko założenie festiwalu – mówią organizatorzy. „Dzięki wyrafinowanemu programowi Nachtdigital wyrobił sobie markę, jest alternatywą dla masowych imprez”. Pod tym programem może podpisać się każdy pasjonat elektroniki: przyjeżdża Ada, królowa minimal z Kolonii oraz Floating Points, Luisine, Chateau Flight, Scuba czy Frickel-Romantiker F.S. Blumm. Wioska campingowa Olganitz, Cavertitz, Niemcy Nature One Festival 30.07–1.08.2010
Na terenie bazy rakietowej w Wüschheim Air Station można obecnie znaleźć tylko gotowe do detonacji bomby bassu. Przynajmniej raz w roku – na największym dance’owym festiwalu Europy: 60 000 raverów, wykonawcy: Felix Kröcher, Paul Van Dyk, Carl Cox czy Tocadisco. Baza rakietowa Pydna, Kastellaun, Niemcy Field Day 31.07.2010
Jeśli jesteś londyńczykiem, który podąża za trendami, to chwilowo przeniesiesz się do Hackney, by posłuchać takich kapel independent, jak Caribou, Atlas Sound, No Age czy basowego elektronicznego mixu, jak Ramadanman, Fake Blood czy Joker. To nie przypadek, że na scenie festiwalu Field Day w Victoria Park w Hackney zagrają akurat takie kapele. A nawet jeśli jest to przypadek, to i tak bardzo szczęśliwy. Victoria Park, London, Wielka Brytania 97
felieton
Felieton Lizuta, czyli coś dla umysłu i coś dla duszy.
Król efektu jojo.
Mężczyźni w pewnym wieku zaczynają interesować się dietami. Mikołaj Lizut rozważa czy jest to dobry trop. Ale jest też grupa szczuplaków neofitów, która motywuje: szkoda zdrowia, man! Zdrowe życie też jest przyjemne. Nie można się zaniedbywać. I też się z nimi zgadzam. Zdarzają się też argumenty poniżej pasa i wysoce niesprawiedliwe. Wysportowani koledzy straszą na przykład, że gdy opalam się na plaży, Greenpeace może mnie zepchnąć do morza, żebym się nie męczył. A malutka córeczka znajomego, którego odwiedziłem, wyznała, że poznała mnie przez okno, bo mam taką kulistą twarz. Nie tak dawno o mękach z dietą opowiedziałem znajomemu pisarzowi. Zmierzył mnie spojrzeniem pełnym rozbawienia. „Powinieneś wreszcie skończyć z inwesto-
waniem w urodę” – westchnął. „W twoim przypadku to i tak nie ma większego sensu. Ile ty masz lat? Komu chcesz zaimponować? Może raczej spróbuj poczytać”. Właśnie! Pod koniec XX wieku na amerykańskich uczelniach ukształtowała się nowa kultura języka, określana złośliwie mianem poprawności politycznej. Jedna z reguł tej kultury głosi, że wyśmiewanie ludzi za cechy, które od nich nie zależą, jest przejawem dyskryminacji, antyspołecznych uprzedzeń i zwykłego chamstwa. W przypadku otyłości sprawa jest złożona. Bo są przecież tacy, których tusza jest wynikiem choroby. Należy im się współczucie i prawo do godności, a wszelkie żarty są co najmniej niestosowne. Ale są też tacy jak ja – ludzie, których sagan to efekt wyłącznie słabego charakteru, lenistwa i obżarstwa. Z nich można jajcować bezkarnie. Któż nie ma kolegów nazywanych pieszczotliwie: gruby, spaślak, słoniowe dupsko, bambaryła, Jabba the Hutt. Sam czasem myślę tak o sobie i to działa motywująco. Z moich doświadczeń wynika, że najgorsze jest odchudzanie kompulsywne i obsesyjne. Ponieważ duży rygor diety i ćwiczeń jest trudny do utrzymania, na ogół te próby kończą się klęską, a następnie tarzaniem się w klęsce. Dlatego na te wakacje mam bardziej delikatny plan: biegnie trzy razy w tygodniu i nie opychanie się po godzinie 20. Resztę odpuszczam, bo z urodą nie należy przesadzać. W końcu Iggy Pop, Mick Jagger czy David Bowie nie prowadzili ascetycznego życia. A chciałbym tak wyglądać po sześćdziesiątce. Mikołaj Lizut, lat 37, naczelny i programowy Radia Roxy, publicysta Wyborczej, dyrektor artystyczny Teatru Radia TOK FM. Jako publicysta zajmuje się głównie sprawami polskiej sceny politycznej, religii, teatru, a także kultury popularnej.
Polska, ISSN 2079-4266: Wydawca Red Bulletin GmbH Redaktor naczelny Szymon Gruszecki Redaktor naczelny wydania międzynarodowego Robert Sperl, Stefan Wagner (z-ca) Dyrektor kreatywny Erik Turek Dyrektor artystyczny Markus Kietreiber Szef fotoedycji Susie Forman, Fritz Schuster (z-ca) Sekretarz redakcji Marion Wildmann Redaktorzy prowadzący Werner Jessner, Uschi Korda, Nadja Žele Redakcja Ulrich Corazza, Florian Obkircher, Arkadiusz Piątek, Christoph Rietner Graficy Claudia Drechsler, Miles English, Judit Fortelny, Esther Straganz, Dominik Uhl Fotoedycja Markus Kučera, Valerie Rosenburg, Catherine Shaw Starszy ilustrator Dietmar Kainrath Współpracownicy Piotr Gatys, Tom Hall, Simon Kuper, Ruth Morgan, Andreas Rottenschlager, Richard Schickel, Steve Smith, Adam Szostek, Robert Tighe, Andreas Tzortzis, Jeff Wise Ilustratorzy Mandy Fischer, Heri Irawan, Lie-Ins and Tigers PRINT 2.0 www.imagination.at Korekta polskiej edycji Judyta Wajszczak, Katarzyna Wasilewska Litografia Clemens Ragotzky (Ltg.), Christian Graf-Simpson Przygotowanie do druku Michael Bergmeister Produkcja Wolfgang Stecher, Walter Omar Sádaba Druk Prinovis Ltd. & Co. KG, D-90471 Norymberga, Niemcy Zarząd Karl Abentheuer, Rudolf Theierl Kierownictwo projektu międzynarodowego Bernd Fisa Kierownictwo wydania polskiego Ania Czerniecka, Aleksandra Zarychta Projekty specjalne Boro Petric Finanse Siegmar Hofstetter Dyrektor wydawniczy Joachim Zieger Marketing Barbara Kaiser (Ltg.), Regina Köstler Project management Jan Cremer, Dagmar Kiefer, Johanna Schöberl, Sara Varming Reklama Biuro reklamy Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Joanna Kmiecicka, tel.: +48 22 555 63 39, joanna.kmiecicka@agora.pl Siedziba redakcji wydania polskiego Al. Wyścigowa 8a Warszawa 02-681 Telefon +48 22 331 95 50 Fax +48 22 331 95 60 Email: redakcja@redbulletin.com Siedziba firmy Red Bulletin GmbH, Am Brunnen 1, A-5330 Fuschl am See, FN 287869 m, ATU 63087028 Siedziba redakcji Wiedeń Heinrich-Collin-Straße 1, A-1140 Wien Biuro redakcji Londyn155-171 Tooley Street, SE1 2JP, UK Internet www.redbulletin.pl Cykl wydawniczy The Red Bulletin ukazuje się zawsze w pierwszy wtorek miesiąca jako wydanie niezależne lub we współpracy z następującymi gazetami partnerskimi – w Polsce: Gazeta Wyborcza; w Austrii: Kleine Zeitung, Kurier, Oberösterreichische Nachrichten, Die Presse, Salzburger Nachrichten, Tiroler Tageszeitung, Vorarlberger Nachrichten; Burgenländische Volkszeitung, Niederösterreichische Nachrichten; w Niemczech: Frankfurter Allgemeinen Zeitung, Münchner Merkur; w Wielkiej Brytanii: The Independent; w Irlandii: Irish Independent; w Irlandii Północnej: Belfast Telegraph; w RPA: Cape Times, Capre Argus, Daily News, Pretoria News, The Star; w Nowej Zelandii: The New Zealand Herald Nakład łączny 3,6 miliona Listy Czytelników: listy@redbulletin.com Wydanie 04 Warszawa, lipiec 2010
NastępnY NUMER dostępny we wtorek 3 sierpnia 2010
Ilustracja: albert exergian
W
ciągu ostatnich 15 lat przytyłem ponad 20 kg. Skąd to wiem? Otóż latem 1995, by zmiękczyć serca koleżanek, zaimponować kolegom i dowiedzieć się czegoś o własnym męstwie, skoczyłem na bungiee z 50-metrowego dźwigu. Moja waga – 64 kg – potrzebna była do wymierzenia liny w odpowiedniej długości. Wychodzi na to, że gdybym dziś powtórzył skok na tej samej linie, z pewnością zaryłbym łbem w beton. To znak czasu oraz… wagi problemu, że coraz częściej ze znajomymi rozmawiam o dietach. Podejrzewam, że nie jesteśmy w tych rozmowach osamotnieni. Współczesny mężczyzna żyje problemami z dziennika Bridget Jones i w ogóle się tego nie wstydzi. W odchudzaniu miałem sukcesy mniej więcej takie, jak w rzucaniu palenia. Owszem, udawało mi się zrzucić czasem nawet i 10 kg, katując się kuracjami: Cambridge, kopenhaską, prezydencką kapuścianą, Montigniaca, dr Dukana. Wstawałem wcześnie rano, wskakiwałem w dres, by w strugach przeszywającego deszczu uprawiać jogging, wypluwałem płuca na siłowniach i podczas grupowych, motywujących ćwiczeń aerobowych. Cierpiałem w restauracjach zamawiając kawałki gotowanego kurczaka bez skóry i smaku, z listkiem sałaty. I co najgorsze – z głupkowatym uśmiechem znosiłem szampańskie bankiety, sącząc wodę bez gazu, bo wiadomo, że największym wrogiem odchudzania jest alko. Wszystko jak krew w piach. Upadałem w moich solennych postanowieniach, nie mogąc znieść obozu koncentracyjnego diety i ćwiczeń. Jestem królem „efektu jojo”. Trudno byłoby mi pewnie po tym wszystkim spojrzeć sobie w oczy w lustrze, gdyby nie wsparcie znajomych. Bo zarówno w odchudzaniu, jak i w tyciu, można na nich liczyć. Frakcja sybarytów mówi: człowieku, miej coś z życia! Trzeba żyć w zgodzie z własną przemianą. Przyznaję im rację!
kunde