www.redbulletin.com
prawie niezależny magazyn / luty 2011
50 Cent
Prosto ze studia – powrót do korzeni hip-hopu
Wanda Rutkiewicz Fascynująca droga pionierki himalaizmu
Antony Gormley
Sztuka na świeżym powietrzu
Odkryj
Print 2.0
Thierry Henry
Ekskluzywny wywiad o miłości do piłki nożnej
PARTNER MEDIOWY
WIELKI FINAŁ BITWY NA iPODY
11 LUTEGO 2011, GODZ. 21:00
W KLUBIE DWORZEC TATRZA¡SKI ZAKOPANE
POJEDYNKI W RINGU BOKSERSKIM NA KAWAŁKI Z iPODÓW. OS IEM DWUOSOBOWYCH TEAMÓW. OSIEM NUMERÓW W RUNDZIE. OSIEM POJEDYNKÓW O WSZYSTKO... I TYLKO JEDNA ZWYCI¢SKA DRU˚YNA. BÑDè KONIECZNIE. LICZY SI¢ SIŁA TWOJEGO GŁOSU! WWW.REDBULLIBATTLE.PL
Rogiem z Byka
Witamy William Gallas, jego rodak i w pewnym okresie przeciwnik z konkurencyjnego dla Arsenalu klubu Chelsea, powiedział: „Musisz na niego uważać jak na gotujące się mleko. Spuścisz go na sekundę z oka i będziesz mieć kłopot…”. Thierry Henry, wielki nieobliczalny, zdobył więcej, niż jakikolwiek piłkarz mógłby zapragnąć: mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy, tytuły w Anglii, Hiszpanii, Francji. Sukcesy stawiają go w jednym rzędzie z najlepszymi sportowcami czasów nowożytnych: z Beckenbauerem, van Bastenem i Zidane. Drobny mankament zostanie naprawiony szybciej, niż myśli wiele osób: Thierry Henry nie podbił jeszcze Thierry Henry podczas wywiadu amerykańskiej MLS – ostatnio w play-offach z redaktorami Red Bulletina Berndem poniósł porażkę z Red Bulls New York. Fisą i Wernerem Jessnerem „Red Bulletin” spotkał się z megagwiazdą podczas długiej i bardzo osobistej rozmowy o miłości do sportu, której nie zaszkodziła 18-letnia profesjonalny kariera, o niedocenianej lidze amerykańskiej i o szczególnej roli ojca w jego życiu. „Nie patrzę na to, co wygrałem, widzę to, czego nie wygrałem”, od strony 42.
ZDJĘCIE NA OKŁADCE: David Clerihew; Zdjęcie: gian paul lozza
60-letni Brytyjczyk realizuje wyrafinowaną sztukę poprzez raptowne i długotrwałe oddziaływanie: Antony Gormley przeraża przechodniów widokiem ludzi stojących na krawędzi dachu lub nad urwiskiem. Więcej niż jeden raz zdarzyło się, że wezwano ratowników, którzy przyjechali na sygnale z płachtą ratowniczą, by za chwilę odetchnąć z ulgą: Gormley, jeden z najciekawszych artystów współczesności, umiejscawia posągi o ludzkich kształtach na dachach domów, klifach lub w innych eksponowanych miejscach. „Rzeźba nie potrzebuje ścian ani dachu, ani interpretacji – może po prostu być jako fakt materialny określony w ogólnej przestrzeni”. Zapierający dech w piersiach fotoreportaż z najciekawszymi pracami Antony’ego Gormleya czeka na państwa na stronie 28. Sport, sztuka… przygoda. Wybuchowa mieszanka, która wykracza poza tematyczne granice, sprawiła, że „Red Bulletin” – ponad 3 miliony egzemplarzy w ośmiu krajach – zajmuje szczególne miejsce wśród wielkich międzynarodowych magazynów. W tym wydaniu znajdą państwo produkt głęboko zamrożony: relację Szwajcara Thomasa Senfa z antarktycznej ekspedycji rosyjskiego sportowca ekstremalnego Walerija Rozowa, któremu towarzyszył jako fotograf i wspinacz – skoki BASE od zaplecza od strony 62. Miłej lektury! Redakcja
3
SPIS TREŚCI
Zwiedzamy Świat REd Bulla w lutym
Od studia nagraniowego w Los Angeles po skoki BASE na Antarktydzie – przygoda nigdy się nie kończy
Bullwar
14 NAJŚWIEŻSZE Wiadomości Co już się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy. 17 MOJE CIAŁO Ciekawe przypadki Benjamina Karla, gwiazdy snowboardowego Pucharu Świata. 18 EWOLUCJA SPRZĘTU Lodowe cudeńka. 20 katy b Autorka singla „On a Mission” u progu sławy. 22 triki fizyki Tym razem rozpracowujemy piruet w łyżwiarstwie figurowym.
42
24 Mikołaj Włodarczyk Mistrz psiego zaprzęgu i jego szczekająca drużyna. 26 LICZBY MIESIĄCA Jakie numery wyciął nam brazylijski karnawał?
Akcja
28 ANTONY GORMLEY Jego rzeźby to żelazne autoportrety. Ale żaden z niego zwariowany egoista: wychodzi ze swą sztuką do mas. 42 THIERRY HENRY Dał nam już „va va voom”, zagranie ręką, i arsenał futbolowych trików. Co dalej? Podbój Ameryki oczywiście.
20
48 Red Bull SOUNDCLASH Wielkie starcie muzycznych tytanów. 54 Karawana do Marzeń Pionierka kobiecego himalaizmu Wanda Rutkiewicz – jej pasja, siła i ostatnia tajemnica. 58 jean-eric vergne Mistrz brytyjskiej F3 i Red Bull Junior to Francuz, który dopina swego. Czy teraz pora na F1? 62 Wingsuit na MroziE OK, to jest już czyste szaleństwo: przemierzyć Antarktydę, wspiąć się na górę i oddać z niej skok BASE. 72 PRosto zE STUDIA: 50 cent Na trochę zniknął z medialnego radaru, ale za sprawą filmu, biznesu i projektu muzycznego wraca na sam środek sceny. 4
72
SPIS TREŚCI
Więcej dla Ciała i Umysłu
62
80 MONGOLSKI WYŚCIG KONNY Reklamowane jako „najdłuższy wyścig konny świata” Mongol Derby to przygoda tylko dla największych twardzieli.
28
54
83
Zdjęcia: Friedrich Boehringer, David Clerihew/Red Bull Creative, Ray Demski/Red Bull Photofiles, Rex Features, Galen Rowell/CORBIS, Emily Shur, Predrag Vuckovic/Red Bull Photofiles, Jürg Waldmeier/Red Bull Hangar-7
82 Teielte Polski mistrz basowych bitów zbiera pochwały na całym świecie. 83 TAJEMNICE KUCHARZY O sekretach swoich przepisów opowiada szef restauracji Mesa w Zurychu. 84 NArty w japonii Zapraszamy do krainy wiecznego puchu. 86 ZDOBĄDŹ SPRZĘT Rider trialowy i gwiazda YouTube’a, Danny MacAskill prezentuje zestaw przydatny przy wykonywaniu trików. 88 HOT SPOTS Co się dzieje, kiedy i dlaczego musisz to zobaczyć. 90 NIGHT SPOTS Po zachodzie słońca kieruj się w stronę opisanych tu świateł. 92 POTĘGA NOCY Pijemy gorącą kawę na Grenlandii, potem uczymy się grać na gitarze w Danii, relaksujemy i wygrzewamy się w Meksyku, aby mieć siłę na sztukę znikania w Chinach.
Stałe działy 06 Kalendarz PANA Kainratha 08 Galeria zdjęć miesiąca 98 FELIETON LIZUTA
„red Bulletin” Print 2.0 Filmy, dźwięki, animacje w twoim „Red Bulletinie”. Zawsze tam, gdzie znak oka z rogami. 1
17
W okienku pl.redbulletin.com/print2.0 przeglądarki znajdziesz okładkę magazynu. Kliknij Startuj Bull’s Eye!
2
Potrzebna jest kamerka internetowa. Jeśli otworzy się okienko, kliknij Akceptuj.
3
Ustaw „Red Bulletin” przed kamerką. Oglądaj treści multimedialne – filmy, pliki dźwiękowe i animacje. 5
k a rt k a z k a l e n d a r z a pa n a k a i n r at h a
6
Print 2.0
Zdjęcie: DANIEL GARCIA/Getty Images
pl.redbulletin.com/print2.0 Najlepsze momenty Rajdu Dakar
8
ZDJĘCIE miesiąca
Atac a m a , C h i l e
Zagadki pustyni Co mogło sprowadzić 15 000 widzów na zielone łąki do New South Niezależnie w ilu etapach prowadzisz i jak wiele osób uznaje cię za faworyta, Rajd Dakar ma dla ciebie w zanadrzu nie jedną niespodziankę. Przekonał się o tym zeszłoroczny zwycięzca Carlos Sainz – choć prowadził przez większą część dwutygodniowego wyzwania, ukończył je na zaledwie trzeciej pozycji, po tym, jak podczas ósmego etapu utknął na wydmach. Pozwoliło to jego koledze z zespołu Nasserowi Al-Attiyah objąć prowadzenie, którego już nie oddał. Za nim uplasowali się zwycięzca z 2009 r. Giniel de Viliers i Sainz. Pierwsze trzy miejsca dla Tuaregów Red Bulla to spektakularny sukces i teraz wszyscy trzej kierowcy mogą zwać się „królami Dakaru”. Zdjęcia, wideoklipy i blogi pilotów na: pl.redbulletin.com/dakar2011
ZDJĘCIE Miesiąca
YA N G S H U O, CHI N Y
NA Srebrnym globie Blisko 800 km na północny zachód od Hongkongu, niedaleko miasta Yangshuo, rozciąga się najbardziej znany teren wspinaczkowy w Chinach. Narażone przez tysiące lat na działanie czynników atmosferycznych skały wapienne wznoszą się do nieba we wszystkich możliwych formacjach. Łącznie znajduje się tam około 70 000 wież krasowych. Najbardziej charakterystyczne z nich mają własne nazwy. Freestyle’owi wspinacze już po samej nazwie skały wiedzą, czego się po niej spodziewać. Wine Bottle (Butelka Wina), The Egg (Jajo), The Thumb (Kciuk) – prawie zawsze chodzi o najwyższy stopień trudności dla wspinacza, mimo że na skale wapiennej można znaleźć dużo stabilnych chwytów. Jedną z najbardziej znanych atrakcji w Yangshuo jest Moon Hill (Księżycowe Wzgórze), skała o kształcie półksiężyca z przechodzącym pod nią tunelem. Najlepsi potrafią się wspiąć po zaokrąglonym „suficie” tunelu, zawsze towarzyszą im tłumy turystów z aparatami fotograficznymi i miejscowi sprzedawcy napojów orzeźwiających.
Zdjęcie: Adam Pretty/getty images
Wszystkie informacje na temat wycieczek wspinaczkowych do krasowego raju w Yangshuo: www.karstclimber.com
10
Print 2.0
Zdjęcie: DEHEECKERENPHOTO/red bull photofiles
pl.redbulletin.com/print2.0 Duża prędkość na małych kółkach
12
ZDJĘCIE miesiąca
San t i ago d e C h i l e
Na pełnym gazie Longboardy to trochę także deskorolkowe snowboardy: mają ponad 90 (do 150) cm, są wyraźnie dłuższe niż freestyle’owe deski do trików i przez to są dużo stabilniejsze. Podczas jazdy da się zachować spokój nawet przy niepokojąco dużej prędkości. 30 najlepszych w Ameryce Południowej skejtów w jeździe na longboardach spotkało się podczas Red Bull Big Drop w Santiago de Chile, wskoczyło w swoje skórzane kombinezony, założyło kaski i w czteroosobowych grupach ruszyło w dół. Największa prędkość, jaką odnotowano, to 100 km/h. Dyscyplina jazdy downhill na longboardzie wciąż opiera się nadmiernej modernizacji i nadmiernym udoskonaleniom, co można rozpoznać po tym, że trasa downhill w dalszym ciągu ograniczana jest zwykłymi krawężnikami i snopkami słomy. Zwyciężył Argentyńczyk Juan Guevara, wyprzedzając lokalnego matadora Carlosa Fernándeza.
Więcej longboardowej akcji z Santiago de Chile: pl.redbulletin.com/longboard
Bullwar Uskrzydla w małych dawkach.
Séb i Séb Sébastien Loeb ma od 2011 roku nowego kolegę w teamie. Nazywa się Sébastien Ogier. Podobny duet występował już w F1, w 2008 roku, w teamie Toro Rosso. Byli to Sebastian Vettel i Sébastien Bourdais. Każdy z rajdowych Sebastianów wyjedzie na start nowym Citroenem DS3, gdyż regulamin zaleca mniejsze samochody, słabsze silniki (1,6 litra, turbo) oraz mniej pomocy podczas jazdy. Wszystko po to, by wyścigi stały się (jeszcze) bardziej ekonomiczne i spektakularne, a kierowcy – bardziej skoncentrowani. To co, się nie zmieni: być może mistrz świata 2011, będzie miał znane nazwisko… Od czasu Rajdu Finlandii w 2009 zawsze na pierwszym miejscu był Loeb i zdobył siedem z rzędu tytułów mistrza świata. To najbardziej utytułowany kierowca rajdowy w historii.
NOCNY LOT Podczas Red Bull Nightshift zawodnicy raczej latali, niż surfowali. Gdy Jordy Smith i jego kumple od surfowania planują jakiś tajemniczy projekt, to w ich południowoafrykańskiej ojczyźnie w RPA niekoniecznie pozostaje on tajny: tysiące zaciekawionych widzów przyszło na plażę Camps Bay Beach, na południe od Kapsztadu. To nie były zwyczajne zawody surfingowe. Chodziło o to, by w powietrzu osiągnąć najwyższy pułap. Po zachodzie słońca startujący zawodnicy
wypłynęli na skuterach wodnych na otwarty ocean – na tyle daleko, by falochrony mogły posłużyć im jako rampy do skoków. Sam mistrz wyskoczył najwyżej w nocne niebo już pod koniec zawodów, wykonując karkołomną akrobację. Nikt nie był bardzo zaskoczony, że akurat Jordy Smith wygrał tę surfingową imprezę: ostatecznie on czuje się tu jak w domu i mieszka niedaleko Camps Beach.
Może nie lata najwyżej, ale jest jednym z najzwinniejszych surferów: Ricky Basnett
Rajd Szwecji: 10–13.2.2011, www.wrc.com
Zdjęcie miesiąca
UŚMIECH, PROSZĘ!
Fotografie naszych czytelników dostępne są na: www.redbulletin.pl
Wśród osób, które nadeślą nam najciekawsze zdjęcia związane ze światem Red Bulla, rozlosujemy debiutancką płytę zespołu Neony. Więcej o tej znanej z koncertów na dachu Red Bull Tourbusa kapeli, która zwyciężyła w Konkursie Młodych Zespołów na Festiwalu w Jarocinie, dowiesz się na: www.neony.art.pl Wysyłaj zdjęcia na e-mail: redakcja@redbulletin.com
14
Chicago Windy City Roller All Stars oraz LA Derby Dolls dały z siebie wszystko na Roller Derby. Cody York, Red Bull Banked Jam
b u l lwa r
Blogi herosów Z sieci wyłowione
Zdjęcia: Drew Bezanson (1), Nicolas Zwickel/Citroën Press (1), Kolesky/Nikon/Red Bull Photofiles (1), Getty Images/Red Bull Photofiles (1), Garth Milan/Red Bull Photofiles (2), Marcel Lämmerhirt/Red Bull Photofiles (1), Ernst Lorenzi (3)
„Yes, he Kahne” Magazyn „People” zamieścił w 2004 r. jego nazwisko na liście „50 najbardziej pożądanych kawalerów Ameryki” (wciąż jest do wzięcia). Wspiera działalność charytatywną, posiada własną stajnię koni wyścigowych, jest rybakiem, narciarzem i jeździ na skuterach śnieżnych. 31-letni Kasey Kahne, z Mooresville w Północnej Karolinie, to facet wszechstronny. Jednak jego serce należy do sportów motorowych, i to od najmłodszych lat (dzięki ojcu). W 2011 roku Kahne będzie startował po raz pierwszy przez cały sezon NASCAR w teamie Red Bull Racing NASCAR. Kahne bierze udział w zawodach od 2002 roku. Ostatnie wyścigi z jego udziałem odbyły się w 2010 roku, kiedy jechał dla teamu RBR Toyota: na pięć wyścigów przed końcem przesiadł się z samochodu zespołu Richard Petty Motorsports do auta RBR z numerem 83. Podczas finału w Homestead Kahne zajął z pole position szóste miejsce. W 2011 roku Kahne liczy na podobne sukcesy. Także dyrektor generalny zespołu, Jay Frye, wiąże duże nadzieje z Kahnem i jego kolegą z teamu, Brianem Vickersem, i to już od rozpoczynającego sezon wyścigu Sprint Cups w Daytona, który odbędzie się 20 lutego: „Dołożymy wszelkich starań, by wygrać wyścig, i zawalczyć o tytuł”. Otwarcie sezonu NASCAR Sprint Cup Series: Daytona 500, 20.2.2011, www.nascar.com
Al Ain Podczas tych zawodów wyłoniono kierowców najlepiej jeżdżących na dwóch kołach. Ammar Al Attar, Red Bull Shall Al Ain
James Stewart (Motocross) „Próbuję wędkować, ale padł akumulator mojej łodzi. I tak nie cierpię wędkowania”.
Święty Mikołaj z Kalifornii Daron Rahlves został mistrzem świata w Super-G w 2001 roku w St. Anton. Teraz ten 37-letni narciarz skicrossowy w tym samym miejscu zapewnił sobie zwycięstwo podczas pierwszego wyscigu Red Bull Hüttenrallye. Wyszedł na prowadzenie w finale zawodów Freeski 6-Cross, a swoją nagrodę – Suzuki Swift – podarował zawodnikowi z drugiego miejsca, Lukasowi Hüblowi. „On bardziej potrzebuje tego auta niż ja”. Obdarowany 20-latek wprost nie posiadał się z radości: „Nawet nie śmiałem marzyć o tym, że będę stał na podium obok Darona Rahlvesa”. Print 2.0 pl.redbulletin.com/print2.0 pl.redbulletin.com/ Na stoku z Daronem huettenrallye
Lód i piasek
Reggie bush (futbol amerykański) „Czy to nie dziwne, że ktoś myje okna hotelowe od zewnątrz, kiedy pada deszcz?”.
Drew bezanson (BMX) „Jeżdżę cały dzień, a potem nie mogę spać, bo myślę o trikach... Czy to źle?”.
Wódz kartagiński zmierzał wprawdzie w innym kierunku, ale rajd Hannibala z udziałem zabytkowych samochodów, który odbywa się od 15 do 30 kwietnia 2011, to także niezwykła przygoda. 15 etapów przez 3457 km prowadzi z tyrolskiego kurortu narciarskiego Sölden poprzez Alpy, via Rzym i (po podróży promem i mozolnej drodze przez Saharę), aż do Kartaginy. Jeśli znajdą się jeszcze chętni, to organizator Ernst Lorenzi ma jeszcze do rozdania karty startowe. www.hannibal-classic-rallye.at
Rajd dla ludzi światowych, niekoniecznie dla mistrzów świata
Graz Felix Baumgartner jako aktor kina akcji (drugi z prawej) na premierze reklamy (w której zagrał główną rolę) firmy Northland. Soundportal
Florianópolis Najpierw wypuścili wodę z basenu, potem wzięli deskorolki i zabrali się do rzeczy. Helge Tscharn, Red Bull Skate Generation 15
b u l lwa r
Stylowe obroty w nocnym wykonaniu Szweda Oscara Scherlina
Neony: Światła miasta
www.myspace.com/neony
Mazur na Simpel Session Europa zimą nie sprzyja uprawianiu takich sportów jak skateboarding czy BMX. Wyjątkiem potwierdzającym tę regułę są odbywające się w stolicy Estonii Tallinnie zawody Simpel Session. Z biegiem lat zawody przeszły prawdziwą ewolucję. Od pierwszej „podwórkowej” edycji zawodów w 2000 roku, po zeszłoroczną edycję i święto 10-lecia imprezy, odbywające się w największej hali sportowej Tallinna Sakku Halle z udziałem światowych sław, ze skejtem Ryanem Shecklerem na czele. W tym sezonie impreza będzie miała też polski akcent. Jednym z zaproszonych skejterów jest 24-letni Michał Mazur z Lublina. Jak mu pójdzie w towarzystwie tak utytułowanych gości jak Chris Haslam czy Greg Lutzka? Trzymajmy kciuki. Impreza odbędzie się w pierwszy weekend lutego (5-6.02.2011). Relacja na żywo: freecaster.tv, info na www.session.ee
Rottnest Island Kitesurferzy przygotowują się do 19-kilometrowej podróży z wyspy, dawnego więzienia, do Perth. Paul Krane 16
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Jak kurort staje się mekką freestyle’u
Ponad dachami Podczas Red Bull Playstreets narciarze zamieniają klimat górski na klimat miejski. W kurorcie narciarskim Bad Gastein, niedaleko zimowej stolicy Austrii – Salzburga, po raz czwarty rozegra się niezwykłe dla narciarstwa freestylo’wego wydarzenie. W Red Bull Playstreets już zapowiedzieli swój udział najlepsi zawodnicy tzw. new school, Skandynawowie Oscar Scherlin (Szwecja) i PK Hunder (Norwegia), sportowcy alpejscy Bene Mayr (Niemcy), Elias Ambühl (Szwajcaria) otaz lokalni austriaccy śniegowi matadorzy Tobi Tritscher, Fabio Studer i Patrick Hollaus. Na liście startowej znalazł się także Russ Henshaw: „Gastein to mój ulubiony event sezonu. Trasa to czysta przyjemność, publiczność dopisuje i wspaniałe jest też afterparty”, zachwyca się australijski obrońca tytułu z 2009 roku, czekając na kolejny wyścig w tej niezwykłej scenerii.
Stambuł Turecka scena hip-hopu i breakdance’u po raz drugi była gościem metropolii nad Bosforem. Nuri Yilmazer, Red Bull Breaking
Chodzi o to, by wykazać się kreatywnością i umiejętnościami iście akrobatycznymi oraz pokonać trasę, która wiedzie przez parkurowy tor przeszkód, dachy domów, schody i murki oraz naszpikowana jest rampami, skoczniami i funboxami. Sędziowie wskazują zwycięzcę każdego ze startujących duetów, oceniając stopień trudności trików, ich wykonanie i oczywiście wysokość lotów. Zwycięzca ostatniego etapu w nagrodę otrzymuje oprócz motocykla motocrossowego Suzuki RMZ 450 swoją gwiazdę na Walk of Fame – alei, która ciągnie się wzdłuż całej trasy. Tuż po finale odbywa się legendarne już After Contest Party w klubie Silverbullet; zazwyczaj trwa aż do białego rana.
Więcej informacji o zawodach znajdziesz na: pl.redbulletin.com/playstreets
Kuwejt Swoim pokazem Kiteforce – Red Bull – zachwycił setki widzów, których później zaprosił do udziału w warsztatach. Claude Stephan
Zdjęcia: Grzegorz Sawa-Boryslawski, Richard Walch/Red Bull Photofiles, Wojtek Antonow
Neony powstały w 2008 roku z inicjatywy wokalisty i gitarzysty Dawida Zająca. Za drugie wiosło złapał Jakub Zublewicz, basem zajął się Grzegorz Sawa-Borysławski, a przy bębnach usiadł Tomasz Garbera. Dogadywać się i docierać chłopaki nie musieli, bo mieszkając na jednym podwórku, wszelkie tematy zdążyli już nie raz przegadać. Praca nad utworami ruszyła z kopyta, a na efekty nie trzeba było długo czekać. 25 stycznia światło sklepowych lamp ujrzał indie rockowy album „Niewolnicy weekendu”. Utwory o codziennych sprawach mają szansę trafić na najwyższe miejsca list przebojów.
b u l lwa r
MOJE CIAŁO I JA
Benjamin Karl
Przeznaczeniem panującego mistrza snowboardowego pucharu świata jest deska: ani złamane kości, ani światła Las Vegas nie są w stanie odciągnąć 25-letniego Austriaka od stoków.
Tekst: ruth Morgan; Zdjęcie: fritz schuster
KOŚCI NIEZGO DY W grudniu 2008 r. uderzyłem sankami w zaparkowany samochód, łamiąc kostkę i kość łódkowatą prawej nogi. Mistrzostwa świata miały się odbyć pod koniec stycznia. Lekarze radzili zostawić gips na cztery tygodnie, ale zdjąłem go już po tygodniu, by móc wrócić na deskę. Raz w tygodniu stawałem na niej i zaliczałem jeden przejazd, ale sprawiało mi to taki ból, że nie byłem w stanie nic zrobić przez następnych kilka dni. Trzy dni przed planowanym wylotem na mistrzostwa do Korei i pięć tygodni od wypadku po raz pierwszy stanąłem na desce, nie czując bólu. Fantastyczne uczucie. Wtedy mój trener powiedział: „OK, dołączasz do zespołu”. W Korei czułem się mocny technicznie, ale nie fizycznie. W pierwszym wyścigu byłem czwarty. Moje mięśnie były bardzo słabe. Toczyłem mentalną bitwę, ale przekonałem sam siebie, że mogę to zrobić. I jakimś cudem udało mi się wygrać kolejny wyścig, co zapewniło mi tytuł mistrza świata – czułem się wspaniale. Powróciłem silniejszy, i to bez treningu.
NA WYSOKICH OBROTACH rzystuję Do treningu fizycznego najczęściej wyko i Dolorii Aust w Lienz w zkam Mies i. rower górsk nie więc em, mity mam dosłownie przed dom także tam mam Zimą . dżać wyjeż o muszę dalek wspiwspaniałe warunki na freeride. Ponadto ziej bard to ale , oning cany wiam nam się i upra iamy dla zabawy. Najciężej jest latem, gdy skup yczaj ćwisię głównie na treningu fizycznym. Zazw z rzędu. czymy czter y dni w tygodniu, trzy tygodnie c konie pod się na zaczy dowy boar Trening snow zwykle sierpnia, gdy udajemy się na lodowiec, ng snoww Szwajcarii. Przed południem mamy treni w piłkę ład przyk na y boardowy, a następnie gram , lining slack także wiam Upra my. biega nożną lub orówn i ję ynac koord na gdyż jest to idealny trening . dingu boar snow w ędne niezb ści jętno wagę - umie znajomymi A do tego to świetna zabawa. Czasem ze ieść podn by rem, jezio nad ę taśm rozwieszamy popr zeczkę.
PROSTO W BRAMKĘ W mojej dyscyplinie trzeba uważać na bramki. Podczas jednego z ostatnich wyścigów austriackich mistrzostw w 2004 r. zrobiłem obrót w tył, zgarnąłem trochę śniegu i zawadziłem o bramkę. Skończyło się zwichniętym barkiem – moja pierwsza snowboardowa kontuzja, i od razu poważna. Konieczna była operacja i cztery tygodnie odpoczynku. Na szczęście była to końcówka sezonu, więc nie ominęło mnie zbyt wiele.
PALEC OPATRZ NOŚCI Uprawiając snowboarding, złamałem kilka palców. To dość popularna kontuzja, bo gdy mijamy slalomowe bramki, nasze dłonie są bardzo blisko nich i ziemi. Zawsze zahaczam palcami o bramki i jeden z moich małych palców był złamany już trzy razy. Złamałem wszystkie stawy i teraz jest on krzywy i dwa razy grubszy niż ten drugi. Ale złamany palec nie powstrzyma mnie od startu w konkursie.
ZOSTAWIĆ LAS VEGAS W głębi serca jestem sportowcem. Przed Bożym Narodzeniem mamy kilka dni wolnego i koledzy z drużyny co roku jeżdżą do Las Vegas, ale ja kocham naturę, a Las Vegas jest dla mnie jej przeciwieństwem, więc jadę na narty. Jednak nie mam specjalnej diety. Mój trener mówi mi, bym jadł dużo węglowodanów, ale ja uwielbiam mięso, więc jest to główna pozycja w moim jadłospisie. Nie dbam o to, co jem: wysiłek związany z moim sportem sprawia, że chudniesz, a ja muszę być ciężki, by jeździć szybciej. Przynajmniej tak sobie to tłumaczę! B.K. króluje na: benjamin-karl.com
17
b u l lwa r
Kiedyś i teraz
Maszyny do nawierzchni lodowych
Zamboni Model A 1949 Frank J. Zamboni, syn emigranta z Południowego Tyrolu, produkował w latach 30. lód dla dostawców warzyw i mleka w Kalifornii. W roku 1939 postanowił wraz z bratem zmienić branżę i zbudować pierwsze kryte lodowisko w Stanach Zjednoczonych (Paramount Iceland). By wygładzić prawie 1900 m2 lodowej tafli, czterech pracowników potrzebowało 18
traktora, szlauchów i skrobaków. To zbyt dużo, uznał Zamboni i zaczął opracowywać projekt pierwszej maszyny do wygładzania lodu. Podwozie modelu A składało się ze zdemontowanych z wojskowej ciężarówki osi, które były wprawiane w ruch przez silnik jeepa. Hydraulikę Zamboni pożyczył z bombowca Douglas A 20. Genialna była zasada oczyszczania:
ostrze zdejmowało lód, który był zmywany, a następnie stary śnieg wędrował po taśmie podawczej do zbiornika. Na koniec wylewano świeżą warstwę wody, która zamarzała. Ponieważ zbiornik był pojemny, można było oczyścić od razu całą nawierzchnię, znacznie zmniejszyła się ilość potrzebnego czasu, a jakość lodu była wyższa i nareszcie niezmienna.
Tekst: werner jessner; Zdjęcia: Garth Milan
Od dawnych chropowatych powierzchni, które przypominały zamarznięty staw, po perfekcyjną gładkość nowoczesnych stadionów z lodową taflą – pracuś z Kaliforni zrewolucjonizował dyscypliny sportowe na lodzie.
b u l lwa r
Zamboni 545 2010 51 lat później trudno znaleźć lodową nawierzchnię – od olimpijskich Igrzysk Zimowych, przez NHL po wielkie lodowe tafle – która nie byłaby przygotowana przez sprzęt z Paramount w Kalifornii. Przez lata proces oczyszczania lodowiska znacząco się nie zmienił. Ulepszenia dotyczą szczegółów: z większym naciskiem pracuje klinga, która oczyszcza lodowisko,
napęd gwarantuje w zależności od wyboru silnik benzynowy Hyundai o mocy 78 KM lub silnik elektryczny. Zamiast ścieraków zbierający się na brzegach śnieg usuwają szybko obracające się szczotki. Następnie jest on przenoszony do zbiornika przy pomocy wrzecion zamiast taśmy transportującej. W zbiorniku mieści się 3,5 m3 śniegu. Na starcie
Zamboni jest w stanie zatankować dokładnie 273 litry wody do mycia i 738 litrów wody do nowej nawierzchni. I nie tylko ze względu na niewielki promień skrętu (4,86 m) fani Zamboniego na całym świecie nucą w przetwach kultową piosenkę Gear Daddies: „I want to drive the Zamboni”. www.zamboni.com 19
Katy B z pionierem dubstepu Skreamem (śr.) i dziennikarzem BBC
Rodzinny T-shirt – londyńska radiostacja Rinse.FM odkryła i wspiera Katy B
Queen of Funky Town
Katy B
Za kilka miesięcy Katy B będzie megagwiazdą – tak obstawia brytyjska prasa. Powodem jest debiutancki album 21-letniej wokalistki z Londynu.
Imię i nazwisko Katie Brien Miejsce urodzenia Londyn, Wielka Brytania Styl Funky, mieszanka beatów garage, house i śpiewu r’n’b Sieć www.rinse.fm/katyb
„On A Mission” (Sony) ukaże się 14 marca 2011. Katy B można posłuchać live na: http://redbullmusicacademyradio.com/ shows/2558/
20
Przyjmowanie klientów, mycie włosów, zamiatanie. Nawet pół etatu w salonie fryzjerskim może być wyczerpujące. Zwłaszcza w połączeniu ze studiami muzycznymi na renomowanej uczelni Goldsmith University – i to w roku absolwenckim. Najlepiej przekonała się o tym Katy B. Rok temu dziewczyna z Londynu opowiadała nam o stresującym życiu, które toczy się pomiędzy nożyczkami fryzjerskimi i nagraniami muzycznymi, pomiędzy lakierem do włosów a lekcjami śpiewu. Wtedy zbytnio nie narzekała. Podczas rozmowy uśmiechała się z wdziękiem, co chwila odrzucała z czoła pasmo ciemnorudych włosów. „Ta praca jest nawet OK” – powiedziała „dzięki niej mogę sfinansować moją pasję – muzykę”. W lutym 2010 roku Katy B wzięła udział w Red Bull Music Academy w Londynie: dwa tygodnie wspólnego jammowania z 30 osobami o podobnym nastawieniu do życia, dwa tygodnie nagrań w studiach dźwiękowych nad brzegiem Tamizy, spotkania z legendami muzyki, a nocą występy w kultowych klubach.
W tym czasie Katy przymierzała się już do debiutanckiego albumu, a w blokach startowych stał jej pierwszy singiel. „To będzie niezwykły rok” – myślała wówczas. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczała jednak, jak niesamowity okaże się dla niej ten czas. Niecałe 12 miesięcy później singel „Lights On” 21-letniej wokalistki znajduje się w topowej dziesiątce brytyjskich list przebojów, plasując się tuż za utworami takich artystów jak Rihanna, Take That czy Black Eyed Peas. I nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Już we wrześniu jej debiutancki singel „Katie on A Mission” znalazł się na miejscu 4. na liście UK Charts, a miesiąc później młoda wokalistka z Londynu stanęła w blasku fleszy jako jeden z głosów w Magnetic Man – dubstepowym trio allstars. Miała też sesje nagraniowe w studiu BBC, udzielała wywiadów dla MTV i występowała w największych salach na Wyspach, no i jeszcze fine tuning do pierwszego albumu, który ukaże się na początku marca. Gazety od „The Guardian” po „The Sun” przepowiadają albumowi i Katy B międzynarodowy sukces w 2011 roku. Kathleen Brien urodziła się w 1989 r. w Peckham, w południowo-wschodniej części Londynu. „Miałam wielokulturowe sąsiedztwo” – wspomina – „otaczały mnie wszystkie możliwe dźwięki. Od brzmień pirackich stacji radiowych aż po hity r’n’b z list przebojów. Chłonęłam wszystko”. W przypadku Katy i jej niezwykłej namiętności do muzyki w grę wchodziła tylko jedna szkoła: Brit
School – artystyczne gimnazjum, które jest wspierane przez brytyjski przemysł fonograficzny. Jego absolwentami są takie wykonawczynie jak Amy Winehouse czy Kate Nash. „Brałam udział we wszystkich możliwych projektach muzycznych, bez względu na gatunek: zespół steeldrum, kurs gry na fortepianie, szkolny chór”. Dzięki temu odnalazła instrument, który był dla niej najbardziej naturalny i miał zdeterminować jej przyszłość – swój głos. Przerwy spędzała z koleżankami w sali prób, śpiewając swoje ulubione numery Arethy Franklin czy aktualne przeboje Beyoncé. Wieczory spędzała na impreStyle, którymi zach w takich miejscach jak Hatcham Social Club, tańcząc żyją kluby brytyjskiej muzyki dance, w Londynie, to do do pulsujących basów, mroczgrime i funky. nego rapu czy nierównych Muzyka, która beatów uptempo, do dubstepu, grime i funky house. tam powstaje, Właśnie naturalny szpagat jest prawdzipomiędzy popularnymi przewa. I właśnie bojami i kulturą undergroundo to chodzi. ową, fascynacja popem bez nakładania sobie ograniczeń, klapek na oczy – to ten motyw przewija się przez całe życie Katy. I właśnie takie spojrzenie odróżnia ją od krótkodystansowych zwycięzców telewizyjnych show i jednorazowych gwiazdek pop. Katy dokładnie wie, czego chce. „Oczywiście mogłabym nagrywać po prostu numery r’n’b. Ale style, którymi żyją kluby w Londynie, to grime i funky. Muzyka, która tam powstaje, jest prawdziwa. Nie chcę nikogo naśladować”. Taką postawą zjednała sobie zaufanie tych producentów na Wyspach, którzy są najbardziej na czasie. Pierwszy singel nagrała z Benga, współtwórcą dubstepu, a w pracy nad albumem uczestniczyli guru brytyjskiej sceny Zinc oraz Geenus, szef najważniejszej londyńskiej pirackiej stacji radiowej – Rinse.FM. W kwietniu Katy wyrusza ze swoim debiutanckim albumem w solową trasę koncertową po Wielkiej Brytanii, wcześniej wystąpi kilka razy jako support rapera Tinie Tempah. To gość, któremu w ubiegłym roku brytyjska prasa przepowiadała wielki przełom w karierze – i który do dziś sprzedał najwięcej singli w Wielkiej Brytanii. To dobry znak dla Katy B. Fartuch fryzjerki może spokojnie odwiesić do szafy. Kawałki na słuchawki i na dancefloor. Debiut Katy B jest tak różnorodny jak jej życie
krótko i na temat Bohaterowie i ich emocjonujące zwycięstwa.
y Vonn wraca Mistrzyni narciarska Lindse tym sezonie zwyw arte czw cza zali i do formy iet podczas FIS kob d zjaz ając cięstwo, wygryw e w Austrii. nse che Alpine World Cup w Zau Zdjęcia: Alex Grimm/Bongarts/Getty Images, Brian Nevins/Red Bull Photofiles, 2011 Getty Images
Zdjęcia: Gary Wolstenholme/Redferns, Matt LLoyd/Rex Features, Thomas Butler/Red Bull Music Academy
b u l lwa r
yk Kai Lenny 18-letni Hawajcz orii jako st hi w zapisał się zca Stand Up pier wszy zwycię Tour. ld Paddle Sup Wor
Mistrz Świata F1 Sebas tia (Niemcy) został wyróżn n Vettel ion Europejskiego Sportow y tytułem ca przyznanym przez Europe Roku of Sports Press (UEPS). an Union
21
Piruet – dla widzów prawdziwa przyjemność, dla Yu-na Kim, zdobywczyni złotego medalu – bułka z masłem, dla fizyka – przykład zachowania momentu pędu
b u l lwa r
TRIKI FIZYKI
Ciężka rotacja
Zdjęcie: Chung Sung-Jun/Getty Images; Ilustracja: mandy fischer
Podczas piruetu łyżwiarka figurowa tylko pozornie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kręci się na lodzie. Nie jest to jednak żaden cud. Wykorzystuje ona jedynie zasadę zachowania momentu pędu, dokładnie tę samą, którą zna fizyka*. Moment pędu (L) jest wynikiem masy rotacyjnej (J) i prędkości kątowej (ω): L = Jω. Prędkość kątowa mówi nam, ile stopni na sekundę obraca się ciało. Masa rotacyjna (zwana także momentem bezwładności) pokazuje, jak trudno jest wprawić obiekt w obrót lub go wyhamować. Jeśli ciało znajduje się w powietrzu lub na lodzie, gdzie praktycznie nie ma tarcia, wówczas moment pędu się nie zmienia (L = constans). To właśnie nazywa się zachowaniem momentu pędu. Podczas gdy masa obiektu jest zawsze stała, moment bezwładności jest zmienny. Nie zależy on tylko od masy, ale także n od odległości od osi obrotu: J = ∑ mi ri ². i=1 W zasadzie, żeby dokładnie ustalić moment bezwładności, trzeba by rozłożyć łyżwiarkę figurową na wiele małych części (czyli na n części) i określić ich masę (mi) oraz kwadrat ich odległości od osi obrotu (ri ²), a na końcu wszystko dodać. Można jednak dokonać dobrych pomiarów do badań biomechanicznych, jeśli patrząc na ludzkie ciało, pomyśli się o nim jak o zbiorze figur geometrycznych (kule, walce, ścięte stożki itp.). W tym celu wszystkie części ciała osoby muszą być uprzednio dokładnie wymierzone. Moment bezwładności można później obliczyć w każdej dowolnej pozycji i wokół każdej dowolnej osi. Często interesujące nie są jednak wcale wartości bezwzględne, lecz względne. Pomiary wskazują na przykład, że moment bezwładności podczas piruetu z wyciągniętymi ramionami jest dwa razy większy niż z ramionami przylegającymi do ciała. I ten właśnie fakt wykorzystywany jest przy piruecie. Rozpoczyna się go z wyciągniętymi rękoma. Ponieważ moment pędu jest stały, prędkość kątowa musi się podwoić, gdy ramiona się zegnie. Dość ogólnie można sformułować to w następujący sposób: J |ω = |J | ω. Gdy wzrasta moment bezL = constant = Jω = | ˇ ˇ obrotowa – i na odwrót. władności, zmniejsza się prędkość Jeśli przedstawiona na zdjęciu łyżwiarka figurowa podczas piruetu przechyla górną część ciała do tyłu, a przy tym jeszcze ugina jedną nogę, moment bezwładności się zwiększa, a prędkość obrotowa ponownie maleje. Zachowanie momentu pędu jakby wymusza ten efekt. Ale nie tylko podczas jazdy figurowej na łyżwach czy też podczas backflipa (patrz przedostatnie wydanie „Red Bulletina”) odgrywa ono dużą rolę. Chodzi tu przede wszystkim o fundamentalną zasadę wszechświata, która na przykład ma ogromne znaczenie w mechanice kwantowej – bo nawet spin kwantowy jest uzależniony od zachowania momentu pędu. *Podwójny dr Martin Apolin, l. 45, fizyk i naukowiec sportowy, pracuje jako nauczyciel w szkole średniej (fizyka, wychowanie fizyczne) oraz lektor na wydziale fizyki w Wiedniu, jest również autorem wielu książek. 23
B u l lwa r
Heros
Mikołaj Włodarczyk
Mikołaja i jego psy łączy szczególna więź. Więź, która sprawia, że tworzą jeden z najszybszych sportowych zaprzęgów w Europie i na świecie. Wszystko zaczęło się od Visy. Nie od karty kredytowej, lecz od psa husky o takim imieniu. Mikołaj dostał go od rodziców. Gdy zabrał pupila na tresurę, po raz pierwszy dowiedział się o psich zaprzęgach. Wystarczyła chwila przejażdżki na saniach ciągniętych przez husky, by chłopak zrozumiał, że odkrył nową pasję. Pasję na całe życie, jak teraz mówi. Maszera i psy łączy w tym sporcie nierozerwalna więź. Muszą rozumieć się jak najlepsi przyjaciele. I jak najbliżsi współpracownicy. Tu nie ma lejc, bata ani kierownicy. Zawodnik kieruje zaprzęgiem, wydając jedynie komendy głosowe. Jeśli nie zaprzyjaźni się z psami, jeśli nie stanie się liderem ich stada, jego przywódcą, nie zdoła wykonać nawet jednego skrętu. „A trasy liczą nawet 1700 kilometrów, np. w przypadku najdłuższego wyścigu Iditarod na Alasce” – wyjaśnia 18-letni Mikołaj Włodarczyk. „Zwykle jednak startuję w sprintach, które są rozgrywane na odcinku 15 km. Sprinty odbywają się na łącznym dystansie około 45 km (3 × 15 km), bo zawody zazwyczaj mają trzy etapy. Na Mistrzostwach Europy w Campo Felice wyjątkowo podano długości tras dla klasy 6 psów 3 × 13 km, czyli na każdym etapie 2 km krótsze niż zazwyczaj dla tej klasy”. Mówi się: stracisz zaprzęg, stracisz życie. Ten sport narodził się w krainie wiecznych lodów, na Alasce. Wymyślili go na początku XX wieku traperzy, którzy psich zaprzęgów używali do przemieszczania się po zaśnieżonych pustkowiach. Gdy traper spadł z sań, a psy pobiegły dalej, był zdany na łaskę losu. „Trzeba mieć wielkie zaufanie do psów” – dodaje zawodnik. „A psy muszą ufać człowiekowi. Każde stado ma swojego lidera. To on wykonuje moje polecenia i rozkazuje reszcie postępować tak samo”. Dziś nie ma już wielkich niebezpieczeństw, każdy posiada przy sobie GPS określający pozycję zaprzęgu. „Ale jeszcze kilkanaście lat temu ten sport wyglądał inaczej” – opisuje Mikołaj. „Nie było telefonów komórkowych i GPS-ów. Zagubionego w górach maszera szukano czasami przez wiele godzin”. Zawodnik nie jest niczym przypięty. Z saniami łączą go jedynie
„Mówi się: stracisz zaprzęg, stracisz życie. Ten sport narodził się w krainie wiecznych lodów, na Alasce” 24
Maszera i jego psy łączy szczególna więź i obustronne zaufanie
zaciśnięte na rączkach dłonie. Nie ma hamulca, prowadzą psy, człowiek może korygować ich ruchy, balansując ciałem. Kierowanie zaprzęgiem przypomina jazdę sportowym samochodem bez kierownicy. Z silnikiem, który napędzany jest atawistycznym instynktem łowcy. „Upadek to przeżycie ekstremalne” – dodaje Mikołaj. „Podczas zawodów sprinterskich psy rozpędzają się do prędkości 50 km na godzinę. Jeśli to dla kogoś zbyt mało emocji, polecam starty w etapach nocnych. Gdy psy zaczynają szczekać, w lesie często odzywają się wilki”. Na międzynarodowych zawodach spotyka się ze sobą zwykle 2000 zwierząt. Gdy zostaną wypuszczone z kojców, gdy poczują swoją obecność, powietrze gęstnieje od zwierzęcej adrenaliny. Start odbywa się w niesamowitym tumulcie, który wypełnia mieszanka okrzyków, wycia i szczekania. „Te psy są stworzone do biegu” – wyjaśnia Mikołaj. „Przed startem trudno je utrzymać w miejscu. Musimy być przypięci do ziemi specjalną kotwicą. Inaczej nie udałoby się utrzymać ich na wodzy”. Wystarczy jednak zwolnić „hamulec”, a zaprzęg rusza natychmiast do biegu. Na etapach sprinterskich psy rozpędzają się do galopu. „Husky są niesamowicie inteligentne” – wyjawia Mikołaj. „Jeśli są dobrze wytrenowane, instynktownie wyczuwają tempo. Biegną niezwykle regularnie. Na 15-kilometrowej trasie osiągają średnią prędkość 35 km na godzinę”. A tempo jest kluczowe, gdyż o zwycięstwie w zawodach mistrzowskich decydują często setne części sekundy. Psy uwielbiają Mikołaja. I zawody, na które w sezonie jeżdżą co tydzień. Gdy tylko ojciec zawodnika uruchamia silnik terenowego Mitsubishi L200 przerobionego tak, by zmieścić 10 psów w specjalnych kojcach, zaczynają szczekać z radości. Wiedzą, że wyruszają na podbój świata. Mikołaj ściga się z najlepszymi. Należy do kadry narodowej, jest zawodnikiem
Tekst: RafaŁ stanowski; Zdjęcia: Marcin Kin
Imię i nazwisko Mikołaj Włodarczyk Data urodzenia 7 marca 1992 Miejsce zamieszkania Zawada, gmina Myślenice Sukcesy Mistrz Europy Juniorów WSA Zuberec (SK) 2007, 3. miejsce Alpirace 2008 w klasie 4 NB, Drugi Wicemistrz Europy Seniorów WSA Kandersteg (CH) 2009 w klasie C1, Mistrz Europy Juniorów i Drugi Wicemistrz Europy Seniorów FISTC Donovaly (SK) 2010 w klasie C1 Wykształcenie Uczeń II Liceum Ogólnokształcącego w Myślenicach Klub Durango Rimo
Polskiego Związku Sportowego Psich Zaprzęgów. Choć skończył dopiero 18 lat, w kolekcji posiada najważniejsze trofea. W 2009 roku po raz pierwszy wystartował wśród seniorów i od razu przywiózł medal – zajął 3. miejsce w Mistrzostwach Europy. W tym sezonie też idzie mu bardzo dobrze. W inauguracyjnym starcie Pucharu Świata we włoskiej Pontebbie wyjeździł 2. miejsce w kategorii zaprzęgów z sześcioma psami. Dlatego już ostrzy sobie zęby na Mistrzostwa Europy odbywające się na początku lutego w Campo Felice we Włoszech. Kontrola antydopingowa obejmuje nie tylko człowieka, lecz także psy. Każdy z nich posiada wszczepiony pod skórą mikroczip z danymi, które są odczytywane przez organizatorów i weterynarzy. „Nie wolno podawać nawet kofeiny” – tłumaczy Mikołaj. „Dlatego ja mogę wypić Red Bulla, a zwierzęta już, niestety, nie”. Rodzice – Jolanta i Jacek – to najwierniejsi fani Mikołaja. I zarazem współtwórcy jego sukcesów. W czasie zawodów są zawsze razem, przygotowując sprzęt i psy. „Jedna osoba nie dałaby sobie rady z dziesięcioma psami, które zwykle zabieramy” – wyjaśniają. „Trzeba zadbać o wiele spraw. Na przykład woda. Psy są wrażliwe na tym punkcie, dlatego wozimy ją ze sobą z Polski”. By wspierać syna, Jolanta i Jacek zmienili swoje życie. Sprzedali mieszkanie w Krakowie i kupili dom w leżącej 20 km na południe Zawadzie – na zboczu pagórka, między zagajnikami, gdzie zimą dojeżdża tylko samochód z napędem na cztery koła. A kochające biegi husky czują się jak na zaśnieżonej Alasce. Śledź poczynania młodego mistrza na: www.husky2go.com
Husky są bardzo inteligentne, instynktownie wyczuwają tempo
B u l lwa r
Liczby Miesiąca
Karnawał w Rio
Podczas największego karnawału na świecie miliony ludzi zamieniają się w postaci z własnych fantazji – poprzez „transformującą siłę samby”.
„Carnaval do Rio” należy do największych światowych imprez: w drugim co do wielkości mieście Brazylii mieszka prawie 12 mln ludzi i chyba wszyscy biorą udział w karnawale. Barwne święto „wolności od pracy i nauki” odbywa się 40 dni przed Wielkanocą, oficjalnie trwa cztery dni i kończy się w Środę Popielcową. Pierwsze próby i pochody zaczynają się w Rio już po świętach Bożego Narodzenia.
120 W poprzedzający rozpoczęcie karnawału piątek burmistrz Rio przekazuje na cztery dni klucz do miasta Królowi Momo. Ten syn snu i nocy „A Noite” został wymyślony w latach 30. i co roku wybiera się go na nowo. Wymagania jakie musi spełniać kandydat: sympatyczny, radosny wygląd i waga minimum 120 kg, przy czym tego ostatniego kryterium nie przestrzega się restrykcyjnie z powodów zdrowotnych.
7400
Napływ ludzi to dla Rio logistyczne wyzwanie. Zaplanowano 800 dziennych kontroli, wydrukowano milion przewodników karnawałowych. W mieście zostanie ustawionych 7400 chemicznych toalet i 40 kontenerów sanitarnych. Ci, którzy załatwiają potrzeby na ulicy, są bezlitośnie karani: w ubiegłym roku zatrzymano ponad 200 osób z powodu zabronionego urynowania. Przepisy mają swoje odzwierciedlenie w programie show – zespoły muzyczne wplatają w znane samby teksty w rodzaju: „Hej, nie rób tu siusiu!”. 26
103
Oscar Niemeyer, 103-letni brazylijski architekt światowej sławy, obecnie pracuje nad projektem Muzeum Pelégo w Santos. Już w 1984 roku został uroczyście otwarty zaprojektowany przez Niemeyera sambodrom, który zbudowano w 120 dni. Najdroższa loża na tym stadionie o długości 700 m przy ulicy Marquês de Sapucai kosztuje 85 000 reali (około 38 500 euro), najtańszy bilet można kupić za dziesięć reali. Aleja Marquês de Sapucai dochodzi do Praça da Apoteose, placu Ubóstwienia, gdzie zakończy się olimpijski bieg maratoński w 2016.
82
W czasie zawodów Grupo Especial 12 najlepszych szkół samby, po 4000–5000 uczestników każda, ma dokładnie 82 minuty, by przedefilować przez sambodrom. Przekroczenie czasu lub zbyt szybkie przejście oznacza utratę punktów. 50 jurorów ocenia Escolas de Samba w dziesięciu kategoriach: sekcja rytmiczna, samba, harmonia, zgranie zespołu, mistrz ceremonii i poczet sztandarowy, kostiumy i dekoracje, uporządkowany przebieg pochodu, platformy alegoryczne, komisja otwierająca i temat.
3 000 000 Infrastrukturą karnawału zarządzają miejscowe władze turystyczne RIOTUR oraz liga szkół samby. Obecnie przez ulice Rio przejdą 64 oficjalne szkoły samby oraz 460 wolnych stowarzyszeń karnawałowych, kół i towarzystw. Na czas karnawału akredytowano 3000 sprzedawców ulicznych. RIOTUR spodziewa się w 2011 roku przeszło 500 000 zagranicznych gości i około 3 mln uczestników.
Karnawałowy przewodnik 2011 dostępny na: www.rio-carnival.net
Tekst: Ulrich Corazza, Valerie Rosenburg. Zdjęcia: DOUGLAS ENGLE/picturedesk, O Globo, ANTONIO LACERDA/picturedesk, Martin Mejia/AP, Celso Pupo/Getty, Song WEIWEI/picturedesk
4
Oscar Niemeyer
TM
a kc ja
Świeży powiew
Brytyjski rzeźbiarz Antony Gormley stawia swoje autokreacje na linii widnokręgu, z żelazną surowością, w czasie rzeczywistym prowadzi nas na ścieżki niezwykłych refleksji. No cyberstuff!
Ciemne posągi, które nie lubią muzeów. Zamieszkują Nowy Jork, Londyn, morskie wybrzeża czy górskie stoki w austriackim Lesie Bregenckim 28
Zdjęcia: Mario Tama/Getty Images, Markus Tretter
Tekst: Herbert Völker
a kc ja
Horizon Field Vorarlberg, do kwietnia 2012 Ciągłe zmiany pomiędzy naturą i kulturą, które dotyczą nas wszystkich. Nie chodzi o pojedyncze obiekty, lecz o otwartą, dostępną dla każdego przestrzeń, w której nabieramy wyobrażenia, jak może oddziaływać sztuka. Niemal bez sprzeciwu przyjęliśmy założenie, że sztuka funkcjonuje jedynie w wydzielonej przestrzeni, sztuka w muzeum, w galerii, w zbiorach prywatnych – zawsze zamknięta w bardziej lub mniej elitarnym pomieszczeniu. Antony Gormley: „Rzeźba nie potrzebuje ścian ani dachu, ani interpretacji – może po prostu być, istnieć jako materialny fakt w ogólnej przestrzeni. Może na nas oddziaływać – na nas jako poruszające się, myślące i czujące istoty”.
” Sztuka nie potrzebuje ścian ani dachu, ani interpretacji ”
Zdjęcia: Lukas Eggler, sandra Frick, David Levene/eyevine (3), Fátima López Alva (3), August Reis, Kris Rotsaert (2), Christoph Sparr, Markus Tretter
Chwytasz to?
100 żeliwnych postaci, każda z nich identyczna, z cechami typowymi dla przemysłowej produkcji, wszystkie narażone na działanie czynników atmosferycznych. Rzeźby są rozsiane po krajobrazie Lasu Bregenckiego, wszystkie na wysokości 2039 m n.p.m., zresztą ta liczba nie ma znaczenia. Chodziło o równinę na horyzoncie pomiędzy mozołem i dostępnością. Obiekty czekają niewzruszone na inwencję lub obojętność zwiedzających.
31
Action
a kc ja
Zdjęcia: Christopher Furlong/Getty Images, Paul Langrock/Zenit/laif, mauritius images
” Rzeźba niczego nie potrzebuje. Ma czas ”
Another Place Crosby Beach, Merseyside, Anglia, od 2005 r. Ogromne wrażenie robią bractwa żelaznych posągów w rejonie Liverpoolu, które może nie strzegą Morza Irlandzkiego, ale po prostu są obecne przy każdym przypływie i odpływie, w strefie handlowej, w obszarze ochrony ptaków i na terenie wypoczynkowym. Jest też tutaj stu dzielnych albo bojaźliwych rycerzy, którzy po prostu trwają. Dają nowy punkt widzenia, nie mniej, nie więcej, zmieniający się w scenerii pływów, przepływających statków, biegających plażowiczów. Żelazne figury odniosły zwycięstwo, gdy większość okolicznych mieszkańców wyraziła życzenie, by nie usuwać rzeźb po dwóch latach, jak przewidziano w projekcie, lecz zachować je jako element charakterystyczny krajobrazu wybrzeża o znaczeniu historycznym. „Najlepsze w tym jest – powiedział Gormley – że sztuka zmobilizowała ludzi do tego, by dostrzegli, o co w tym wszystkim chodzi”.
33
T
aka mieszanka musiała dać niezwykły efekt: niemiecka matka, irlandzki ojciec, miejsce urodzenia: Londyn, akademickie wykształcenie w dziedzinie sztuki, lata spędzone na wędrówkach w Indiach. Antony Gormley, 60 lat, jest uznanym w całym artystycznym świecie rzeźbiarzem, w najszerszym znaczeniu tego słowa. Stworzył wielkie plastikowe instalacje w Europie i Ameryce, między innymi „Anioła Północy”, jeden z najbardziej rozpoznawalnych w Wielkiej Brytanii obiektów sztuki publicznej. Tym, co jego prace czyni tak interesującymi jest połączenie prawie popowych akcji z rodzajem artystycznej ekspresji, która skłania do głębokiej refleksji. Z jednej strony jego twórczość wywołuje zdumienie przypadkowej publiczności (która może, a nawet powinna wchodzić w reakcje z rzeźbą), z drugiej – powoduje niuanse przemyśleń między wczoraj i wiecznością. Jako człowiek, który właśnie skończył 60 lat, Gormley jest prolongowaną wersją swojej młodości. Mówi nawet, że czuje, że żyje, gdy rozpędza się na rowerze, swobodnie zjeżdżając ze wzgórza za Kings Cross do swojego studia. To uczucie jak
34
przy zjeździe na krechę na nartach. Tak, jeździ także na nartach, pływa, żegluje, nurkuje, wędruje. Ma dzięki temu mocną budowę ciała, co wychodzi sztuce na dobre, i to pod wieloma względami. Najbardziej znany jest ustawiony na krawędzi wieżowca żelazny odlew nagiego Gormleya w skali 1:1 – albo jego lżejsza wersja z włókna szklanego, jeśli poszukuje się
czegoś bezpieczniejszego. Dlaczego ciało ludzkie znalazło się w sferze jego rzeźbiarskich zainteresowań, jak przed stu i tysiącami lat? Gormley mówi, że nie próbuje przedstawiać człowieka, tak jak to robił Rodin. „Bardziej chodzi o przyszłość ludzi niż o zatrzymanie przeszłości”. Może to jakiś narcyzm, że Gormley niezmiennie mierzy i odlewa swoje własne ciało? Artysta z właściwą sobie spokojną i sympatyczną elokwencją, karmiącą się z wszystkich źródeł, od trywialnych do poważnych, odpowiada, że wydawałoby mu się to głupie, gdyby miał szukać innych ciał, dysponując swoim własnym. Poza tym przygotowanie formy to trudna praca. Jesteś nagi, obkładają cię plastikowym tworzywem, a potem musisz stać nieruchomo przez półtorej godziny w mokrym gipsie. Gormley: „To może wydawać się łatwe. Jest jednak aktem wielkiej koncentracji, choć stanie wydaje się takie oczywiste. Próbujesz znaleźć punkt ciężkości, w którym po prostu jesteś, o dziwo, stanie bez ruchu wymaga wiele energii. Na końcu uwalniają cię przy użyciu żelaznych pił. Potraktowałbym to wszystko jako rodzaj sportu, którego nie wolno nie doceniać”.
Zdjęcia: Graeme Robertson/eyevine, Axel Schmidt/ddp, Bruno Vincent/Getty Images
W całej swojej ciszy, powolności i niepewności: życie toczy się dalej w głowie (projekt „Blind Light”)
a kc ja
” Szukanie innych ciał, gdy mam własne, wydawało mi się głupie ”
Zamiłowanie artysty do żelaznych figur, które są odzwierciedleniem jego ciała, bez zachowania szczegółów, ze śladami spawów i nitów produkcji przemysłowej
a kc ja
Crouching Man East Lothian, Szkocja Pierwowzorem dla „Kucającego człowieka” był także sam Gormley. Został powiększony do wielkości 25 m, by stać się tymczasowym symbolem wschodniego wybrzeża Szkocji. Gdyby któregoś razu postanowił wstać, mężczyzna miałby wysokość 100 m, mówi Gormley, ale wówczas należałoby wytworzyć 6 tysięcy łączników, nie wspominając już o skomplikowanej statyce giganta na małych stopach. To oczywiście bardziej dotyczy tematu „sztuka i inżynieria”, by posąg mógł z całym spokojem wpatrywać się w horyzont, sam będąc jego częścią.
” Ciało i abstrakcja, i jak je przejrzeć ”
36
Zdjęcia: Janssen/Hollandse Hoogte/laif, KOEN VAN WEEL/EPA/picturedesk
Action
a kc ja
Waste Man
Zdjęcia: mauritius images, Thierry Bal
WARGATE, ANGLIA Rzeźbiarz jako artysta wielkoformatowy i specjalista od recyklingu, w ognistym kontrapunkcie do cichego sposobu myślenia prawdziwego Antony’ego Gormleya. Nie miał najmniejszego problemu, by stworzyć wielki spektakl na podstawie odcieni własnego świata. Przy użyciu starych foteli, desek klozetowych, rozpadających się szaf i wszystkiego, czego ludzie chcą się pozbyć, zainscenizował ujęcie z biblijnego filmu – płonący krzew cierniowy z Księgi Wyjścia.
” To było niewiarygodne. Tyle skojarzeń ”
39
a kc ja
Trafalgar Square
Sesja fotograficzna podczas jednego z wielu castingów dla osób, które chciały mieć swoją pomnikową godzinę na Trafalgar Square
„Masa krytyczna”, pojęcie z zakresu fizyki jądrowej w wolnej interpretacji do użytku codziennego, jest punktem wyjściowym dla najbardziej znanych instalacji Gormleya
40
Zdjęcia: Nils Jorgensen/Rex Features/picturedesk, ENNIO LEANZA/EPA/picturedesk, JOHANNES SIMON/AFP/Getty Images
LATO W LONDYNIE Przy wszystkich dywagacjach na temat tego, co wolno sztuce, a czego nie, pozycja Gormleya jako rzeźbiarza i twórcy kultury jest niezagrożona. Otwiera dla jego projektów tak prestiżowe miejsca wystawowe jak Madison Square Park w Nowym Jorku czy Trafalgar Square o Londynie. Na Manhattanie jego odlewy naturalnej wielkości znalazły się w eksponowanych miejscach czy nawet w wirze ruchu ulicznego. W Londynie na Trafalgar Square przez całe lato każdy mógł wziąć udział w akcji udawania przez godzinę żywej rzeźby na postumencie obok admirała Nelsona. Bez żadnych ograniczeń co do gestów, które ktoś chciał wyrazić i przedstawić publiczności. Sztuka dla pokolenia Facebooka? – pytali krytycy. So what?
action
„Horizon Field”, Vorarlberg
K
to się wypuszcza w podróż śladem posągów Gormleya, powinien zaopatrzyć się w prowiant na dłuższy pobyt na stronie internetowej. Podróż wiedzie do bieżących projektów w Singapurze, Vancouver, Meksyku, Sydney i „Bóg-wie-gdzie”. Wszystkie wyróżnienia i tytuły akademickie nie zdołały sprawić, by Antony Gormley zasiedział się w fotelu, nie obniżyły jego punktu ciężkości. Tak jak jego dzieło jest bardzo wszechstronne, na styku różnych dziedzin: grafiki, teatru i techniki, tak zrozumiały jest wciąż powrót do wymiaru ludzkiego ciała w jasności, która jest pozbawiona historycznego brzemienia i wszelkich interpretacji. O ile w sztuce tradycyjnej ciało było seksualizowane, polityzowane lub idealizowane, o tyle surowe posągi Gormleya zmierzają
w zupełnie innym kierunku. Mechaniczny wyraz twarzy i niby przez nieuwagę pozostawiona niedopracowana powierzchnia przywodzą na myśl ideę atrapy, pojemności w ludzkiej postaci. Osoba oglądająca może dokładnie tam rozwinąć swój własny zmysł nastroju: ciało jako otwarta przestrzeń, przestrzeń wielu możliwości. Istnieją bardziej przyjacielskie zaproszenia do rozmyślania. Gormley odpowiada: „Ma to związek z kwestionowaniem
” Co to ja jeszcze chciałem powiedzieć ”
roli sztuki zarówno w naturalnym plenerze, jak i w zabudowanym terenie. W czasie wzrastającej świadomości konieczności ochrony środowiska powstaje pytanie: gdzie i w jaki sposób człowiek na nią reaguje”. To wspaniałe, że powstaje taka reakcja – bez większego zamieszania obserwatorzy wchodzą w interakcję ze sztuką. Szeroko zakrojony projekt „Horizon Field” jest tego dobrym przykładem. To „Pole” w alpejskim Vorarlbergu pozostanie otwarte aż do przyszłego roku. To, że Antony Gormley wciąga nas w swoją sztukę w najbardziej ruchliwych miejscach metropolii w Londynie bądź Nowym Jorku, w odosobnionych miejscach na pustyniach, w górach i na wybrzeżach, należy do tych dobrych wiadomości z kategorii kultury wysokiej. 100 posągów w projekcie „Horizon Field” można zobaczyć w Lesie Bregenckim do kwietnia 2012 r. antonygormley.com; kunsthaus-bregenz.at
41
a kc ja
Kocham piłkę nożną! Nie trzeba go przedstawiać jako sportowca. Jaki jest Thierry Henry – esteta, człowiek, który potrafi kochać, poeta pola karnego? Co go inspiruje? Pora na bardzo osobisty wywiad. Rozmawiali: Bernd Fisa i Werner Jessner, zdjęcia: Gian Paul Lozza
Wielkim gwiazdom przypisuje się zazwyczaj niepunktualność i niezbyt przyjazny sposób bycia. Im bardziej są sławne, tym większy stwarzają dystans między sobą a resztą świata. Co zrobić w tej sytuacji z jednym z najlepszych współczesnych piłkarzy, który nie dość, że punktualnie co do sekundy stawia się w przeszklonym studiu Red Bull Arena na Wals/Siezenheim, to na dodatek jest sympatyczny i szczery, nie ma w sobie nic z kapryśnej diwy i wydaje się profesjonalny w każdym calu? Można wtedy zapomnieć o przemyślanym scenariuszu rozmowy i zapytać o wszystko, co naprawdę chce się o nim wiedzieć. red bulletin: Wyniki ankiety brytyjskiego „The Guardian” pokazują, że dwie trzecie jego czytelników uważa Major League Soccer za emerycką ligę byłych talentów. Jak podoba się panu taka ocena? thierry henry: Nie czytam angielskiej prasy, i to z ważnego powodu. Nie obchodzi mnie też, co myślą ludzie. To, co mogę powiedzieć: na początku sezonu wygraliśmy z Manchester City, powinniśmy też byli wygrać z Tottenhamem, gdyby nie było zmiany w połowie meczu. Nudzi mnie ta dyskusja. Która liga na świecie jest najlepsza? W Anglii będą mówili: angielska, w Hiszpanii: hiszpańska, a w Niemczech: niemiecka. Nie obchodzi mnie to. Wyjechałem do Ameryki, żeby wygrać w MLS. Mamy wielu znakomitych zawodników w MLS. Naturalnie pada najpierw moje nazwisko i jeszcze kilku innych chłopaków, którzy grali w Europie... ...jest pan ambasadorem Major League Soccer w Europie… …nie jestem ambasadorem MLS. Jestem najwyżej ambasadorem piłki nożnej – tak samo jak wszyscy chłopcy teraz na boisku, którzy właśnie grają albo trenują. MLS jest co najmniej tak samo reprezento42
wana przez zawodowców z Kolorado czy Dallas jak przeze mnie. Mamy w Ameryce wielu lokalnych zawodników, których nazwiska nie są znane, ale którzy są naprawdę dobrzy. Jeśli pojechaliby do Europy, aż miło by było ich oglądać. Kolejny punkt: w Europie trudno zobaczyć w telewizji mecze MLS. Widzowie często zupełnie nie wiedzą, o czym mówią, ponieważ nie widzieli ani jednego meczu. Czy w Ameryce jest przynajmniej łatwiej strzelać bramki niż w Anglii, we Włoszech czy w Hiszpanii? Zawsze chodzi o zespół. Łatwiej jest strzelać gole w drużynach światowej klasy, tak jak Barcelona czy Arsenal, niż w zespołach, które nie mają tej jakości zawodników. Nie liga, lecz poziom własnej drużyny decyduje o tym, jak ciężko ma napastnik. Jeśli masz zdolnych kolegów w drużynie, strzelanie bramek jest zasadniczo proste. MLS na wyjazdach czasami naprawdę nie grała dobrze. Zdobycie bramki było prawie niemożliwe, bo na każdą połowę meczu widziałem piłkę tylko trzy, cztery razy. To wszystko działa jednak też w drugą stronę: jeśli jako napastnik nie pracuję dobrze w defensywie, moi obrońcy wpadają w stres, zdarzają się pomyłki, cierpi na tym cały zespół, wynik będzie zły. Czy można przynajmniej powiedzieć, że poziom europejskich zespołów jest bardziej stały, bardziej przewidywalny? Przykład: kiedy przyszedłem do Barcelony, niczego nie wygraliśmy. Następnie przyszedł Bep Guardiola i nagle gole padały niemalże same z siebie – z tą samą drużyną, z tymi samymi zawodnikami. Nagle zaiskrzyło. To jest najważniejsze w piłce nożnej: dać zespołowi pewność siebie i doprowadzić go do tego, żeby zaskoczyło. Żeby zawodnicy, którzy mieli trudny sezon, nagle odzyskali poczucie własnej wartości, mogli pomóc drużynie i ją wzmocnić. Dobrzy trenerzy rozkręcają spiralę wzrostu.
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Thierry Henry na wyciągnięcie ręki
Print 2.0
de.redbulletin.com/print2.0 xxx
43
a kc ja
Czy odpadnięcie New York Red Bulls w półfinale MLS po zwycięstwie w pierwszej połowie sezonu miało coś wspólnego właśnie z brakiem tej iskry? Nie tylko pan chciał pomóc drużynie. W meczu rewanżowym byłem kontuzjowany, podczas treningu skręciłem sobie lewe kolano. Nie powinienem był w ogóle grać. Powiedziałem jednak trenerowi, że mogę wejść na boisko, kiedy będzie mnie potrzebował. Wprowadził mnie w 85. minucie, ale było już za późno. Taka jest piłka nożna. Może byliśmy zbyt pewni naszego pierwszego miejsca w Regular Season i zwycięstwa w pierwszej rundzie play-offów. Z takim nastawieniem niczego w piłce nożnej nie wygrasz: przeciwna drużyna strzeliła nam trzy gole, wygrała serię – i słusznie. Ale na szczęście zawsze jest następny raz. Pan wygrał wszystko... Nie wszystko wygrałem. Nie wygrałem MLS. Dlatego tutaj jestem. Nie patrzę na to, co zdobyłem, patrzę na to, co chcę zdobyć. Spójrzmy mimo wszystko jeszcze raz wstecz: ze wszystkich wielkich zespołów, z którymi pan grał – czy jest jeden, który postawiłby pan ponad wszystkimi innymi? Dokładnie o tym rozmawiałem wczoraj z moim przyjacielem, nie doszliśmy do żadnego ostatecznego wniosku, zauważyliśmy tylko pewną tendencję. Monaco zawsze będzie dla mnie wyjątkowe, ponieważ tam zaczęła się moja kariera i wygrałem mistrzostwo Francji. Juve też był super... Chociaż bardzo szybko pan stamtąd odszedł – jak to dokładnie było z ówczesnym menedżerem Juventusu Luciano Moggim? Domagał się pan kiedyś, żeby wyjaśnił, co się wtedy zdarzyło pomiędzy Juventusem a panem. No właśnie. To nie ja muszę mówić, co wtedy zaszło, on to musi zrobić; ode mnie tylko tyle: nie jestem osobą, którą można się bawić. Mam charakter, do tego jeszcze silny. Dlatego po tym, co zaszło, opuściłem Juventus. Dobre w tym wszystkim jest to, że stałem się twardszy i silniejszy. W Arsenalu moja kariera nabrała nowego wymiaru. W Londynie dojrzałem do tego, by się ożenić. Tam też przyszła na świat moja córka. To oczywiste, że Londyn jest bardzo ważną częścią mojego życia. W jednym sezonie byliśmy niepokonani w 49 meczach. Że w nowoczesnym futbolu tak się w ogóle da, to cud, a kolejny to móc być częścią tej drużyny. Wówczas właściwie nie docierało to do mnie. Ale patrząc teraz z perspektywy czasu to, co wówczas osiągnęliśmy, było niesamowite. A miłość do tego klubu rosła w tym samym stopniu jak rosła miłość fanów do mnie. Gdy potem musiałem odejść – powody tego wielokrotnie wyjaśniałem – nic nie zmieniło mojej miłości do Arsenalu. Zawsze pozostanę „Gunner”, tak długo, jak żyję. No i jak bym też mógł nie kochać Barcelony? Tam osiągnąłem wszystko, zdobyłem wszystkie sześć możliwych trofeów. Ten zespół pisał historię, a ja byłem jego częścią. Bardziej imponujący niż liczba tytułów był dla mnie jako miłośnika piłki nożnej sposób, w jaki je wygraliśmy – dzięki wdzięcznej i pięknej grze. Dla niektórych sukces usprawiedliwia sposób gry. Niektórzy trenerzy wydają się wręcz dumni mogąc wygrać każdym stylem. 44
Burzliwe czasy 18 lat z piłką FranCJA 1997–2010
AS Monaco 1994–1999 W Monaco odkryto jego talent, gdy miał 13 lat. W wieku 17 lat zostaje zawodowcem. W sezonie 1996/97 AS Monaco zostaje mistrzem kraju, a rok później dostaje się do półfinału Pucharu UEFA.
11 października 1997 roku w wieku 20 lat świętuje debiut w reprezentacji narodowej, po MŚ 1998 może się tytułować mistrzem świata i zostaje odznaczony Legią Honorową. W 2000 roku dołącza do tego tytuł mistrza Europy. Łącznie w 123 występach w drużynie Les Blues Henry strzela nie mniej niż 51 bramek. Po bramce zdobytej ręką, przez co Irlandia nie jedzie na finały MŚ w RPA, na karierę tego nieskazitelnego dotąd zawodnika pada cień. Po kilku kłótniach we francuskiej drużynie (zawieszenie Nicolasa Anelki) i roli honorowego rezerwowego w zespole kontrowersyjnego trenera Raymonda Domenecha 33-letni Henry obwieszcza swoje odejście z reprezentacji i zostaje – choć nie jest nominalnie jej kapitanem – zaproszony do Pałacu Elizejskiego, by z prezydentem Nicolasem Sarkozym porozmawiać o sytuacji w drużynie.
FC Barcelona 2007–2010
Juventus 1999 Ówczesny mistrz Włoch w styczniu 1999 roku ściąga 21-letniego Henry’ego do wzmocnienia lewego skrzydła. Zaledwie w 16 meczach dla „Białej Damy” młody mistrz świata zdobywa trzy bramki. Wewnętrzne kłótnie przyśpieszają odejście Henry’ego z Serie A.
arsenal 1999–2007 Arsène Wenger, były trener z Monaco, daje swojemu nieoszlifowanemu diamentowi drugą szansę w swoim nowym klubie – tym razem gra już w roli napastnika. Już w pierwszym roku gry zdobywa 26 bramek. Do tego dwa tytuły mistrza, dwa Puchary FA Cup, dwa Złote Buty i znacznie więcej innych wyróżnień, niż moglibyśmy tu zamieścić. Szczególnie ciekawy jest sezon 2003/04, gdy Arsenal w całych mistrzostwach pozostaje niezwyciężony – jako pierwsza drużyna od 1889 (!) roku. Po przegranym z Barceloną finale w Lidze Mistrzów 2006 kapitan przenosi się do Hiszpanii
Kataloński klub kupuje tego najlepszego w historii Arsenalu strzelca z 174 bramkami na koncie i ustala kwotę transferu na 125 mln euro. Chociaż Henry narzeka na kłopoty z aklimatyzacją w Hiszpanii, już w pierwszym sezonie gry dla Barcy zostaje najlepszym strzelcem w drużynie, zdobywając 19 bramek. W 2009 roku FC Barcelona bierze wszystko, co jest do wzięcia: mistrzostwo Hiszpanii, Ligę Mistrzów, Superpuchar Hiszpanii i Superpuchar UEFA oraz klubowe MŚ. W sezonie 2009/10 w Barcelonie najlepsi napastnicy wprost depczą sobie po piętach. W lipcu 2010 Henry podpisuje kontrakt z Red Bull New York i rozpoczyna przygodę z amerykańską Major League Soccer.
red Bulls NEW YORK od 2010 W Red Bulls New York Henry jest jednym z dwóch desygnowanych zawodników, nie podlega zatem regulaminowym widełkom wynagrodzeń. Po zajęciu pierwszego miejsca w sezonie zasadniczym Konferencji Wschodniej drużyna Hansa Backego przegrywa w półfinale z San José.
Kolejne ZdjęciA: Action Images/DPPI, Action Images/Reuters, Andrew Couldridge/Action Images, Lee Smith/Action Images, David Clerihew/Red Bull Photofiles, imago
a kc ja
Niektórzy tak to widzą, tak. Ja nie. W piłkę nożną powinno się grać, „grać”! W idealnym przypadku dokładnie tak jak w Barcelonie. Brzmi jak wyznanie miłości. Wyznanie miłości grze w piłkę nożną. Ale kto może sobie na to pozwolić? Ludzie żądają sukcesów. Wiem! Tym, co się liczy, jest performance: co masz do pokazania? Na podstawie tego jesteś oceniany. I jako sportowiec mówię: tak jest, chcę wygrywać, i to każdy mecz. Jako miłośnik piłki nożnej chcę grać i oglądać piękny futbol. W światowej czołówce na pierwszym planie pojawia się zatem dziecięcy pociąg do gry, który kiedyś nas wszystkich zaprowadził z piłką na boisko. Co to znaczy grać w piłkę nożną? Gra w piłkę nożną nie ma nic wspólnego z trikami. Popisywanie się na boisku nie jest efektywne i do niczego nie prowadzi. Gra w piłkę nożną oznacza: zrobić w odpowiednim momencie coś właściwego z piłką. Weźmy Barcelonę albo Arsenal. Krytycy mówią, że za dużo podają. Błąd! Podają, bo chcą, żeby przeciwnicy się ruszali. Tak powstają luki, ponieważ nie jest możliwe bycie wszędzie naraz. Ostatnie podanie, kiedy każdy rozumie, że będzie ono szansą na strzelenie bramki, nie byłoby możliwe bez serii poprzednich podań. Z wyjątkiem Leo [Lionel Messi] w ostatniej jednej trzeciej meczu Barcelona gra nagle kontaktowo. Arsenal gra tak samo. Kluczem jest proste podanie. Dobre zespoły rozpoznasz po tym, że ich przeciwnicy dużo biegają. Dobry futbol wygląda prosto. A więc jednak powrót do dziecięcego pojmowania gry w piłkę? Ale według planu. Frajda z gry jest rzeczywiście taka jak u dzieci. Do tego dochodzą jeszcze precyzja i matematyka. Takie turboszachy. Czy z upływem lat zmienia się stosunek do piłki nożnej? Kocham tę grę i zawsze będę ją kochał. Kiedy zaczynałem, nie myślałem, żeby zostać zawodowcem. Chciałem jedynie dobrze grać i wygrać, bo przegrani musieli kupować zwycięzcom pizzę. Jeśli dzisiaj przegrywam, jestem tak samo wściekły jak wtedy. Wcześniej po przegranym meczu o pizzę przez tydzień nie rozmawiałem z przeciwnikami. Dzisiaj nie mogę tak zrobić, bo od nas, zawodowców, oczekuje się określonego sposobu zachowania i kamery wszystko wychwytują. Emocje są jednak takie same. Jeśli ktoś cię kopnie, też chcesz go kopnąć. Nie dlatego, że jesteś złym człowiekiem, ale dlatego, że brutalność leży w naturze gry. Jeśli dziś ktoś zobaczyłby mnie, jak gram z moimi przyjaciółmi, z moim bratem lub ojcem, byłby w szoku. A to dlaczego? Bo tak ostro gramy. Gdy gramy, nie ma ojca, nie ma syna, nie ma brata, jest tylko piłka. Chcesz piłkę? To postaraj się ją zdobyć. Taka jest natura tej gry. Czy można się cieszyć ze zwycięstw bez piękna? Oczywiście każdy lubi zabierać trzy punkty do domu. Jednak nigdy jeszcze nie byłem naprawdę zadowolony z wymęczonego zwycięstwa. Czy jest pan perfekcjonistą? Staram się nim być. Ale wiem, że to niemożliwe. Nikt nie jest doskonały. 45
Action
Presja, jaką czułem jako ośmiolatek ze strony mojego ojca była większa niż stres na pełnych stadionach
a kc ja
Zdobył pan trzy bramki i raz spudłował. O czym pan myśli po meczu? Zdecydowanie o zmarnowanej możliwości, o tym, co mógłbym zrobić lepiej. Ma to jakiś związek z pana wychowywaniem się na przedmieściach Paryża, z pana ojcem? Z całą pewnością. Czy przypomina pan sobie moment, kiedy pański ojciec po raz pierwszy powiedział, że jest z pana dumny? Wydaje mi się, że w ogóle nigdy mi tego nie powiedział. Mój ojciec nie mówi takich rzeczy. Widzi się to najwyżej w jego oczach. Przypuszczalnie po zdobyciu tytułu Mistrzostw Świata był ze mnie dumny. Mój ojciec tak mnie wychował, żeby nigdy nie spoczywać na laurach: tak czy siak nigdy wszystkiego nie osiągniesz, ale możesz spróbować zbliżyć się odrobinę do wielkiego celu. Czy jest to pożądana cecha charakteru? Nigdy nie miałem problemu z moim ojcem, jeśli to ma być ukryty sens tego pytania. Chciał, żebym grał w piłkę, ja chciałem tego samego. Problem może mógłby być, gdyby chciał zaprowadzić mnie na gimnastykę. Jako dziecko chciałem się podobać mojemu ojcu, to dość logiczne. Ojciec jest przecież wielkim wzorem dla każdego chłopca. Ojciec pana poganiał? Nie sądzę, żeby można to było nazwać poganianiem: po prostu był. Zawsze. Nie potrzebuję mojego ojca do tego, żeby wywierał na mnie presję: sam wywieram na siebie nacisk, przez cały czas. Jako dziecko chcesz, aby twoja rodzina, twój ojciec byli z ciebie dumni. To była największa presja, jaką kiedykolwiek czułem. Presja na ośmio-, dziewięcio-, dziesięciolatka podczas meczu w niedzielne przedpołudnie w obecności mojego ojca była silniejsza niż później przy pełnym stadionie. Pamięta pan pierwszy mecz, który widzieliście razem? Jasne. To był Paris St. Germain przeciwko Rennes w Parc des Princes, musiałem mieć jakieś siedem lat. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zapomnieć. Jak sport ukształtował pańską osobowość? Strasznie szybko dorastasz. Gdy masz 16 lat, siedzisz w domu, gdy masz 19 lat, grasz dla swojego kraju, tysiące ludzi krzyczą twoje imię; gdy masz 20 lat, jesteś mistrzem świata. Ta przemiana jest brutalna. Nie masz w ogóle żadnego innego wyboru, tylko szybko stać się dorosły. Nie możesz się przed tym uchronić, nawet jeśli chcesz właściwie tylko grać w piłkę nożną. Piłkarze należą po prostu do współczesnych bohaterów. Nie jestem przecież żadnym bohaterem! Byłbym bohaterem, gdybym ocalił komuś życie. Ale uszczęśliwia pan ludzi… To jest już zupełnie inna sprawa. Bohaterami są dla mnie ludzie, którzy uratowali innych ludzi, którzy walczyli za swój kraj. Możliwe, że sprawiałem innym radość, a i to pewnie też nie zawsze. Nie możesz wygrać każdego meczu. Tak, ludzie przychodzą na mecz piłki nożnej, żeby zapomnieć o wszystkim innym na półtorej godziny, żeby poczuć radość, piękno, emocje. Czy jestem facetem od rozrywki? Tak, być może. Bohaterem? Nie.
Dla niektórych ludzi jest pan z całą pewnością bohaterem. Nie trąbiąc o tym, bierze pan również udział w akcjach charytatywnych... Ponieważ coś takiego nie należy do wiadomości publicznej. Niektóre rzeczy są częścią pracy: pielęgnowanie kontaktów ze sponsorami, udzielanie wywiadów, kontakt z fanami. Inne to rzeczy prywatne. Wspieram takie akcje, bo chcę pomagać ludziom, a nie dla rozgłosu. Staram się być szczery, być sobą. To nie zawsze jest łatwe, nawet gdy mam przywilej dobrego wychowania. Co by powiedział pański ojciec w wywiadzie o panu? On nie udzieliłby wywiadu. To dopiero oświadczenie. Taki jest mój ojciec. Mój ojciec. Stosunki między nim a mną to sprawa między nami. To sfera prywatna. Mówi pan dużo o pańskim ojcu, prawie w ogóle nie o matce. Moja mama jest normalną, kochającą matką, która się nami opiekowała, bardzo normalna, bardzo spokojna. Teraz w Nowym Jorku może się pan przypuszczalnie po raz pierwszy od lat swobodnie poruszać po ulicy. Jakie to uczucie? Nowy Jork to bardzo kosmopolityczne miasto. Zawsze znajdą się ludzie, którzy mnie rozpoznają. Z europejskiej perspektywy nie docenia się, jak szybko piłka nożna rozwija się i staje się coraz bardziej popularna w Ameryce. Przez to także Amerykanie mnie rozpoznają. W każdym razie mogę tu jeździć metrem na treningi. W Europie byłoby to nie do pomyślenia. Naprawdę pan to robi? Już trzy razy tak zrobiłem. Czy możliwość jazdy metrem to luksus? Normalne życie nie jest luksusem. Co to jest normalne życie? Robię to, co wy byście też robili: gdy chcę nad czymś się zastanowić, idę po prostu do Central Parku i siadam na ławce, z nikim nie gadam. Trochę spaceruję. Oglądam przedstawienia na Broadwayu albo mecz koszykówki. Gdzie będzie pan mieszkał po zakończeniu kariery? Dopóki ważny jest mój kontrakt w Nowym Jorku, zdecydowanie w Nowym Jorku. W dłuższej perspektywie widzę połączenie Nowego Jorku i Londynu. Ale kto to wie, co się wydarzy, jakie możliwości się jeszcze w życiu przede mną otworzą? Chciałby pan pozostać w futbolu? Wielu pańskich kolegów po zakończeniu kariery sportowej ma dość piłki nożnej. Bardzo dobrze to rozumiem. Zawodowy futbol na dłuższą metę jest bardzo męczący. Dla mnie jednak nie ma alternatywy – za bardzo kocham tę grę. Obojętnie, jak będzie w przyszłości wyglądało moje życie, z całą pewnością będzie związane z piłką nożną. Czy jest pan pracoholikiem? Tak, ze wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi aspektami. Jeśli masz pomysł, musisz go zrealizować. Nie siedzieć, tylko coś robić. A jeśli chcesz to zrobić, zrób to ze stuprocentowym zaangażowaniem – obojętnie, co to jest. New York Red Bulls vs Seattle Sounders FC: 19 marca 2011, Red Bull Arena, www.newyorkredbulls.com
47
a kc ja
C r A T S Die He uw els Fa nta sti es –
s ew tth a kM Nic
48
E I ob ecn i li de rzy
sce ny ind ie w
RP A
le zel Ga e i ien rzm b e aln W Durbanie rozegrała się bitwa, jakiej nik u ą z r to miasto jeszcze nie widziało. Oto Die wo at r i re Heuwels Fantasties kontra Gazelle. Oto afro Fer er d disco kontra pop rock. Oto Red Bull Soundclash. an iX
Tekst: Steve Smith, zdjęcia: Liam Lynch
TYTANÓW
SoundClash
ZASADY Dwa zespoły, dwie sceny, jedna publiczność. Tylko tego wieczoru królowie afro disco Gazelle zmierzą się na ringu z fenomenem afrykańskiego electro popu Die Heuwels Fantasties. Przez cztery rundy będą szli łeb w łeb i mikrofon w mikrofon. W każdej rundzie zespoły walczą o punkty przyznawane na podstawie siły aplauzu publiczności. Zespół, który łącznie zdobędzie najwięcej punktów, zostanie królem Red Bull Soundclash. ROZGRZEWKA: Każdy zespół zaczyna od trzech własnych utworów. Runda 1: Cover – DJ zapodaje utwór Eddiego Granta „Electric Avenue” i zespoły prezentują jego własne wersje. Runda 2: Przejęcie – pierwszy zespół zaczyna grać jedną ze swych piosenek, a drugi ją kończy. I zmiana. Runda 3: Sound Clash – DJ wybiera utwory z różnych gatunków – w tym roku hip-hop, country i dubstep – i zaprasza zespoły do zagrania piosenek w tych właśnie stylach. Zespoły na zmianę pokazują, na co je stać. Runda 4: Dzika karta – zespoły prezentują ostatni utwór z ich gościem specjalnym, by zjednać sobie publiczność.
a kc ja
GAZELLE
”W
y wspinacie się na wzgórza” – wykrzykuje Gazelle w klipie promocyjnym – „ale my pokonujemy góry!”. Oczywiście to tylko żartobliwa potyczka słowna skierowana w stronę rywali z Red Bull Soundclash, Die Heuwels Fantasties. Przecież chyba nie ma tu mowy o prawdziwej zaciętej rywalizacji? Jednak krajobraz muzycznej historii nieraz zaśmieciły już dymiące kratery pewnych dość ognistych konfrontacji – Mozart vs Salieri, Tupac vs Biggie, Britney vs Christina. Być może postawa „jesteśmy zbyt wyluzowani, by rywalizować” i w tym wypadku nie do końca się sprawdzi. Koniec końców format Red Bull Soundclash do złudzenia przypomina mały sparing. I zarówno muzycznie, jak i fizycznie te dwa zespoły znajdują się na dwóch przeciwległych krańcach. Nic nie sugeruję, tylko stwierdzam fakty... Weźmy na przykład Die Heuwels Fantasties. Obecni ulubieńcy południowoafrykańskiej sceny indie przywracają do życia punkrockową energię, dodając świeżą warstwę elektroniczną zapewniającą bardziej popowe zabarwienie słynnemu już brzmieniu Bellville. Na scenie prym 50
Może i nie są znani w Durbanie, ale Gazelle wprawiają publiczność w ruch swym unikalnym południowoafrykańskim stylem
wiedzie ich główny wokalista Pierre Greeff, którego gwałtownie wznoszący się głos oraz koncertowe zaangażowanie zapewniły im tysiące ubranych w spodnie rurki fanów. Są silni, odpowiednio energetyczni i wystarczająco pewni siebie, by zawładnąć każdą festiwalową sceną na świecie. Gazelle podbili już sceny na całym świecie... ale ich wygląd i brzmienie w niczym nie przypominają Heuwels. Ta dwuosobowa ekipa, składająca się z frontmana Xandera Ferreiry i beatmastera Nicka Matthewsa, prezentuje unikalną muzykę i barwne sceniczne osobowości. Xander to Gazelle – osobowość, która łączy czarny, biały, electro, funk, cętki i afrykański, dyktatorski wizerunek w jedną dziwną całość. Nick to DJ Invisible – samozwańcza, mistyczna postać z kosmosu („Ma to związek z afrykańskim mistycyzmem” – mówi Nick), który tworzy i kontroluje brzmienie zespołu. „Słuchaj” – mówi Xander – „dobrze bawimy się na scenie i muzyka jest fajna, ale jest w tym wszystkim też głębsze przesłanie. Zdajemy sobie sprawę z tego, że możliwość wykonywania muzyki przed słuchającą nas publicznością jest darem. Wiąże się z tym pewna
Die a k c j a Heuwels Fantasties Afrykański zespół z Bellville powstał w 2007 roku i obecnie odnosi wiele sukcesów w RPA
odpowiedzialność. Chcemy mówić także o polityce i problemach społecznych”. Jednak w tej chwili obydwa zespoły skupiają się na problemach technicznych. Żadna z ekip nie miała wcześniej styczności z czymś podobnym do Red Bull Soundclash. Będą wymieniać się piosenkami, grać własny materiał w innych stylach i kontynuować rozpoczęte przez przeciwników utwory. „Red Bull Soundclash sprawia, że naprawdę się denerwuję” – wyznaje Pierre. „Jesteśmy przyzwyczajeni do występów na żywo. Znasz swoje piosenki i sam wyznaczasz ich kolejność – zero stresu. Soundclash zmusza mnie do rapowania hiphopowej piosenki, a do tego nie jestem przyzwyczajony. Jest kupa rzeczy, które musimy zrobić, a normalnie nie mamy z nimi żadnej styczności”. DJ Invisible ma dokładnie te same obawy. „Pod względem technicznym jest to bardzo trudny show. Do wczorajszej próby byliśmy mocno zestresowani, ale dziś wszystko zaczęło się układać. Gdy wykonaliśmy wspólny utwór przygotowany na finał, pomyślałem: damy radę”. W okolicach godziny 21 durbańska publiczność zebrana pomiędzy dwiema scenami o festiwalowych rozmiarach
czuje już pozytywne wibracje. Pojawia się legendarny DJ z RPA, Ready D, rozkręcający imprezę kilkoma energicznymi, tanecznymi utworami, a znika wiatr – na szczęście. Nieco wcześniej coś w rodzaju minitajfunu zagrażało eventowi. Teraz Durban współpracuje z organizatorami – niebo jest spokojne, słychać nawet fale rozbijające się o brzeg tuż obok bliźniaczych scen. Heuwels rozpoczynają muzyczne zmagania kilkoma utworami z własnego repertuaru. To runda zwana rozgrzewką i czas, by w stylu rockowych festiwali dziewczyny wskoczyły na ramiona chłopaków. Nie często zdarza się to w Durbanie, ale Pierre i jego zespół mają sporą liczbę zagorzałych fanek. Gazelle ma nieco inny pomysł na wejście. Pierwsza na scenę wychodzi stara szamanka i skanduje coś w języku zulu. Brzmi to trochę jak: „Die Heuwels to banda dziewczyn”. Następnie wyłania się DJ Invisible w towarzystwie dwóch niewiast w tradycyjnych afrykańskich sukienkach. I w końcu Xander owinięty kocem „w zebrę”. Po części jest to rytuał, a po części satyra, całkowicie dezorientująca nieprzyzwyczajoną do popisów Gazelle durbańską publiczność. Jednak oszołomienie szybko ustępuje 51
Triumfujący zwycięzcy – Gazelle – pozują z pasem Red Bull Soundclash
AFRO DISCO ROZRUSZA DOSŁOWNIE WSZYSTKICH 52
miejsca zachwytowi, kiedy z głośników bucha spora dawka starej dobrej muzyki funk. Afro disco rozrusza dosłownie wszystkich – niezależnie od tego, jak wąskie są twoje spodnie. Muzyka Gazelle wprawia tyłki i głowy w ruch. Teraz zaczyna się prawdziwa rywalizacja i po każdej rundzie na podstawie liczby decybeli zarejestrowanych przez mikrofon wiszący nad tłumem ogłoszony zostanie zwycięzca. Po każdej rundzie dwóch MC zaprasza publiczność do oddania głosu krzykiem. Runda pierwsza to cover. Obydwa zespoły prezentują ich wersję klasyka Eddiego Granta z lat 80. – „Electric Avenue”. Heuwelsi zapodają niesamowicie dobry cover ozdobiony ich rockowym brzmieniem – Hunter popisuje się na basie, Philip Erasmus na perkusji, a hipnotyzujący wokal Pierre’a zaprasza publiczność do wspólnego śpiewania. Gazelle odpiera atak. DJ Invisible wyczarowuje hipnotyczne syntezatorowe brzmienie i basowy podkład,
a kc ja ...
twa
lle
uje
tul
ra ff g
ze Ga
ęs yci
zw
e
re ier
Gre
P
er
um
ło
ina
f ują
om
raf
dy
sg
za dc
i on
ą
zuj
po
og fot
n wy
n yko
iw
o
...p
do którego radośnie, w dancehallowym stylu rapuje Xander. W samym środku tego show ponownie pojawia się stara szamanka i puszcza w obieg dzban tradycyjnego afrykańskiego piwa. Było blisko, ale wynikiem 117 dB wygrywa Gazelle. Następna runda to przejęcie, podczas której pierwszy zespół wykonuje jedną ze swoich piosenek, a w połowie nagle przestaje i zaczyna kontynuować ją ten drugi. Jest to najtrudniejsza technicznie część show. „Tę rundę ćwiczyliśmy najintensywniej” – mówi współpracownik Heuwelsów Fred den Hartog. „Oni zamienili nasz utwór w piosenkę reggae. Brzmi świetnie”. Rzeczywiście, Gazelle dali czadu, zanim Xander krzyknął: „A teraz przekazujemy pałeczkę!” i mikrofonami zawładnęli Heuwelsi. Spodobało się to publiczności. Obyło się bez problemów i powołano do życia fantastyczne dźwięki. Xander skomentował to już wcześniej: „Nawet najbardziej doświadczeni artyści świata potrzebują wsparcia ekipy technicznej. Nawet wspaniała piosenkarka, jak na przykład Sade, może brzmieć tragicznie. Tutaj wszystko działa, jak należy. Pracujemy z najlepszymi w RPA inżynierami dźwięku i oświetleniowcami, a to daje nam pewność siebie”. Runda trzecia to ostatnia szansa dla Die Heuwels Fantasties. Przegrali już dwa razy i odzywa się duch rywalizacji Pierre’a. Na szczęście dla Die Heuwels teraz można zgarnąć podwójną liczbę punktów, ale nie będzie łatwo. W rundzie zwanej soundclash DJ Ready D prowokuje zespoły do wykonania piosenek całkowicie nie w ich stylu: hip-hop, country i dubstep. Tej rundy Die Heuwels obawiali się najbardziej. „Rapowanie...” – powiedział Hunter Kennedy po próbie generalnej. „Po pierwsze, nie jestem raperem, a po drugie, granie na basie w tym samym czasie jest dla mnie niewykonalne!”.
Ale mimo wszystko Die Heuwels dają radę – Hunter i Pierre prezentują ekscytującą wersję utworu Jacka Parowa „Die Vraagstuk”. Za to dubstepowy utwór Gazelle zdominował największy i najbardziej imponujący podkład syntezatorowy, jaki słyszano w Durbanie. Ponownie szli łeb w łeb, ale to Die Heuwels zaliczyli pierwsze zwycięstwo i zgarnęli podwójną liczbę punktów. Czas na rozstrzygającą rundę finałową. Runda zwana dziką kartą pozwala zespołom na zaproszenie na scenę gościa specjalnego. Zaczynają Die Heuwels i po scenie przechadza się lider zespołu Fokofpolisiecar, legenda w rurkach, François van Coke. Natychmiast ręce tłumu wznoszą się w górę i rozpoczyna się podwójny wokalny atak. Na scenę spada różowy stanik i pod koniec utworu znajduje się już na głowie François. Durban zaczyna się rozbierać. Tajemniczy gość Gazelle nie jest znany w tych okolicach. Ale ma ona głos, którego nie sposób zapomnieć. Wokal Inge Beckmann to połączenie Kate Bush z Björk i z co najmniej jednym archaniołem. Jej wysokie tony w cudowny sposób przeplatają się z głosem Xandera i porcją najlepszego po tej stronie Lagos afro funku. Nieważne, czy wiedzą, kim ona jest – Gazelle i Inge sprawili, że Durban tańczy... Wygląda na to, że mamy zwycięzcę. Głosowanie jest tylko formalnością i w deszczu szampana Gazelle odbiera swój mistrzowski pas. „Tytuł mistrzów jest dla nas zaszczytem” – mówi Xander. „Jest wiele sposobów na pokazanie kreatywności, ale najszczerszym jest muzyczna kolaboracja”. Choć przegrali o włos, Die Heuwels Fantasties są równie zadowoleni. „Ten występ na żywo był naszym najlepszym. Podczas żadnej z prób nie poszło nam tak świetnie jak tego wieczoru. Nie mogło być lepiej!”. Przeżyj Red Bull Soundclash na: www.redbull.co.za
53
a kc ja
Karawana do marzeń
Fascynująca droga Wandy Rutkiewicz, pionierki himalaizmu. Tekst: Gertrude Reinisch*, zdjęcia: Frieder Blickle/laif
45-letnia Wanda Rutkiewicz, portret z 1988 roku. Od 1992 roku uznana za zaginioną 54
W ostatnich latach wśród najlepszych himalaistek świata rozgorzała zacięta walka o zdobycie wszystkich 14 ośmiotysięczników. Pochodząca z Korei Południowej 44-letnia Eun Sun Oh stanęła 27 kwietnia 2010 roku na Annapurnie (8091 m n.p.m.) i tym samym rozstrzygnęła tę walkę na swoją korzyść. Wyczyn ten budzi jednak wątpliwości**. Baskijka Edurne Pasaban zdobyła ostatni szczyt z Korony Himalajów (bezdyskusyjnie) 17 maja, a 39-letniej Austriaczce Gerlinde Kaltenbrunner brakuje jeszcze tylko położonego w Karakorum K2 – szczytu, którego już kilka razy nie udało się jej pokonać. Kaltenbrunner odrzuca ideę tego „wyścigu” najlepszych himalaistek i tym samym jest chyba najgodniejszą kontynuatorką działań pionierki kobiecego himalaizmu – Wandy Rutkiewicz. Wanda Rutkiewicz i Meksykanin Carlos Carsolio rozpoczęli wspólnie 12 maja 1992 roku ostatni etap wejścia na Kanczendzongę (8586 m n.p.m.), trzeci pod względem wysokości szczyt świata. Carlos zdobył szczyt jeszcze tego samego dnia. Wanda miała problemy ze zdrowiem i dlatego wchodziła wolniej. Musiała urządzić dodatkowy biwak. Od tamtej pory uznaje się ją za zaginioną. W ciągu 22 lat uczestniczyła w ponad 20 ekspedycjach. Po raz ostatni widziano ją na wysokości 8300 m, podczas próby wejścia na dziewiąty ośmiotysięcznik. W obozie bazowym umieszczono małą tablicę pamiątkową ze słowami Wandy Rutkiewicz: „Zniknął mój strach i zaczęłam odczuwać wolność”.
Na nowych drogach. „Pochodzę z polskiej rodziny wywodzącej się z Litwy”, wspominała Wanda Rutkiewicz w swojej biografii, „a urodziłam się 4 lutego 1943 roku w Płungianach na Żmudzi jako drugie z czworga dzieci, pod znakiem Wodnika, a według horoskopu tybetańskiego – w roku Owcy, której żywiołem jest woda”. Wywłaszczoną przez Rosjan rodzinę Wandy przesiedlono po wojnie do Wrocławia, do mocno zniszczonego szeregowego domku. W 1948 roku Rutkiewicz straciła starszego brata, który wspólnie z synami sąsiadów wrzucił do ognia znalezioną minę. Żadne z dzieci nie przeżyło wybuchu: „Żyję tylko dlatego, że siedmioletni chłopcy nie lubią się bawić z pięcioletnimi dziewczynkami”. Dziewczyna wycofała się do swojego świata i gdy rówieśnicy oddawali się zabawom, uczyła się. Jako 16-latka zdała maturę i rozpoczęła studia na Politechnice Wrocławskiej. „Inni zakochują się w aktorach, a mnie fascynowali wielcy naukowcy: fizycy, matematycy, chemicy. Matematyka wydawała mi się kluczem do rozumienia świata”. W wieku 18 lat Wanda odkryła nową pasję – wspinaczkę. „Prowadzący kursy w Szkole Taternictwa nie uważali raczej szkolenia wspinaczkowego kobiet za dobry pomysł. Taternictwo uchodziło za męski sport. Ale ja odkryłam swoją fascynację tą dziedziną i przeżyłam wewnętrzny przełom. Góry były dla mnie miejscem spokoju i wolności, czułam się w nich jak w domu. Wkrótce stały się dla mnie wszystkim, bo byłam w nich szczęśliwa”. W 1964 roku jako 21-latka po raz pierwszy wyjechała na Zachód – do Austrii, wspinać się w Alpach. Wzięła ze sobą cały plecak prowiantu, 20 dol. na sześć tygodni oraz – gdyby zabrakło pieniędzy – na wszelki wypadek także bursztynowy naszyjnik swojej matki. W 1966 roku Wanda przyjechała pod Mont Blanc. Weszła nań wielokrotnie, pokonując całą trasę – od podnóża po sam szczyt – na piechotę z ciężkimi plecakami, bo brakowało jej pieniędzy na wyciągi. W latach 60. kobiety nie odgrywały praktycznie żadnej roli w zdominowanym przez mężczyzn środowisku wspinaczki wysokogórskiej. Wanda chciała przełamać tę dominację. „Chciałam wspinać się z kobietami, brać na siebie odpowiedzialność, a nie być prowadzona na szczyt przez mężczyzn”. Nie mogła znieść myśli, że jako kobieta jest tylko ozdobą męskiej wyprawy. „Liczy się dla mnie głównie to, jak weszłam na szczyt, czy osiągnęłam to własnymi siłami i czy podejmowałam słuszne decyzje”. W 1968 roku Rutkiewicz i Halina Krüger-Syrokomska jako pierwszy zespół kobiecy wchodzą wschodnim filarem na Trollryggen (Norwegia), a północną ścianę Eigeru (północnym filarem, 1973) i północną ścianę Matterhornu (wejście zimowe) zespoły kobiece Wandy zdobywają mimo wcześniejszych niepowodzeń słynnych zespołów męskich. Trzy Polki pod kierownictwem Wandy rozpoczęły 7 marca 1978 roku wejście na gigantyczną północną ścianę Matterhornu. Przedtem przez pięć dni padał śnieg. Kobiety przeszły szybko bez liny przez firnowe pola lodowe. Najtrudniejszą część ściany tworzyły pokryte luźnym śniegiem odcinki skalne. Alpinistki związały się liną i pokonywały drogę już znacznie
a kc ja
szanej) wejść nową, trudną drogą na Gaszerbrum II (8034 m). Wtedy po raz pierwszy kierowała wyprawą. Najtrudniejszym do pokonania przeciwnikiem była nieufność pozostałych uczestników – nikt nie wierzył, że Wandzie uda się wejść, a już tym bardziej, że poradzi sobie z zadaniami kierownika. Ale Wanda zrobiła swoje. „Zdobyliśmy oba szczyty i była to chyba jedna z najbardziej udanych wypraw zrealizowanych przez Polaków”.
wolniej. Na noc wyrąbały w lodzie wąską półkę i weszły do dwóch śpiworów. „Nasz sprzęt kompletnie nie nadawał się na taką wyprawę, ale niczego lepszego wtedy w Polsce nie było”. Wiał coraz silniejszy wiatr, zimno stawało się nie do zniesienia, ale nie było już odwrotu. Czwartego dnia Polki doszły do grani Zmutt pod koniec ściany. Burza śnieżna nasilała się. Irena popadła w stan kompletnej apatii i cierpiała na zaburzenia równowagi. Zespół potrzebował dodatkowego biwaku. Wanda próbowała wezwać przez radio pomoc, ale nie dostała żadnej odpowiedzi, ponieważ sprzęt był uszkodzony. Jej wezwanie – o czym Rutkiewicz nie mogła wiedzieć – dotarło jednak do odbiorców i jeszcze w nocy rozpoczęto akcję ratunkową z użyciem śmigłowca. Kobiety uratowano. Wanda chciała sama dokończyć wspinaczkę. „Trwałoby to tylko jeszcze jeden dzień, ale nie można się kłócić z ekipą ratunkową, jeżeli pilot przy takiej pogodzie ryzykował dla nas życie”. Po wyprawie stopy Wandy były czarne i opuchnięte od odmrożeń, których się wtedy nabawiła. „Ponieważ w 1975 roku nie weszłam w skład polskiej wyprawy na Lhotse, postanowiłam sama zorganizować jakąś wyprawę”. To zdanie dało początek pierwszej polskiej wyprawie kobiecej. Celem miał być Gaszerbrum III (7952 m n.p.m.) w Karakorum (Pakistan), czyli najwyższy spośród wtedy jeszcze niezdobytych szczytów Ziemi. W ramach tego samego pobytu Wanda zamierzała także (już w składzie wyprawy mie-
” W panice krzyczałam za szybko znikającymi wspinaczami. Teraz nie mogłam się poddać. Zmobilizowałam moje najgłębsze rezerwy ” 56
Na szczycie. „Inni po prostu wspinali się dalej i zostawili mnie, gdy zrozpaczona szukałam w śniegu swojej butli z tlenem. Kolana mi drżały, byłam w strasznym emocjonalnym dołku. Czy warto było jeszcze w ogóle walczyć o ten szczyt? W panice krzyczałam w ślad za znikającymi szybko w oddali wspinaczami. Mingma Szerpa odpowiedział, że to on ma moją butlę. Teraz nie mogłam już zrezygnować. Zmobilizowałam swoje ostatnie rezerwy”. Wanda poszła po śladach mężczyzn przez głęboki śnieg, balansując bez asekuracji na oblodzonej grani między Wierzchołkiem Południowym a Uskokiem Hillary’ego. Śnieg i lód spadały po obu stronach w tysiącmetrową przepaść. „Poczułam dziwny ucisk w okolicach żołądka. Bałam się, że spadnę i nikt tego nie zauważy. Nagle zabrakło mi powietrza. Zerwałam z twarzy maskę tlenową i zobaczyłam ludzi z wyprawy na szczycie. W tamtej chwili nic nie mogło mnie powstrzymać. Człowieka stać na znacznie więcej, niż sam sądzi. O 14.00 stałam w najwyższym punkcie Ziemi. Byłam taka szczęśliwa. Gdy się rozejrzałam wokół, wydawało mi się, że widzę zakrzywienie kuli ziemskiej. Najwięcej znaczyło dla mnie to, że jako pierwsza osoba z Polski weszłam na Everest – i to w tym samym dniu, w którym Karol Wojtyła został papieżem. Ale nie chodzi tylko o mnie. Każdy ma przecież do pokonania swój Everest. Mój sukces był dowodem na to, że każdemu może się udać to, co sobie postanowi”. Honorarium za udział w filmie dokumentalnym o kobietach w Himalajach Wanda wydała na swój drugi samochód. Uzyskała licencję rajdową i poddała swojego Poloneza tuningowi w ramach przygotowań do wyścigów. „Nie jestem skromną kobietą. Lubię dobre samochody, eleganckie rzeczy, piękne ubrania…”. Rutkiewicz pracowała wtedy w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie i jako pierwsza zapisała się do powstającej „Solidarności”. Dzięki sukcesom Wandy i innych ówczesnych wypraw himalaiści cieszyli się w Polsce sławą porównywalną z medalistami olimpijskimi. W 1986 roku – jako pierwsza kobieta na świecie – Wanda wchodzi na K2 (8616 m). Wspaniały wyczyn, ale dokonany w cieniu tragicznych wypadków: K2 pochłania 17 ofiar śmiertelnych. „Straciłam w górach wielu przyjaciół, ale człowiek nie rezygnuje z takiej pasji jak wspinaczka nawet
wtedy, gdy ma do czynienia ze śmiercią. Życie smakuje najlepiej wtedy, gdy można je stracić”. Wanda udowodniła, że kobiety mogą osiągać w górach to samo, co mężczyźni. Stała się symbolem emancypacji. „Wanda Rutkiewicz wyraża emancypację swoimi czynami i nie musi już o niej mówić. Osiągnięcia Wandy to nie argumenty, tylko dowody” – powiedział z uznaniem Reinhold Messner o największej himalaistce tamtych czasów. Samotniczka. „Alpiniści różnią się od innych, dlatego trudno im znaleźć podobnie myślącego partnera życiowego. Właściwie bardziej podziwiam żony słynnych alpinistów niż ich samych, bo nie mogę sobie wyobrazić, żeby jakiś mężczyzna zgodził się na takie życie”, powiedziała kiedyś Wanda Rutkiewicz. Pierwsze małżeństwo Wandy (z Wojtkiem Rutkiewiczem, synem ówczesnego polskiego wiceministra zdrowia) rozpadło się po trzech latach, w 1973 roku, z powodu braku zrozumienia ze strony młodego małżonka dla graniczącej z fanatyzmem fascynacji Wandy górami. Cele, do których dążyła, nie pasowały do zwyczajnego obrazu małżonki. Drugie małżeństwo (z lekarzem z Innsbrucku, dr. Helmutem Scharfetterem) zawarła po okresie długoletniej przyjaźni, ale także i to marzenie o domowym szczęściu z dwoma pasierbami skończyło się w 1984 roku, po trzech latach związku: „Gdy jest się zakochanym, nie liczy się nic innego. Obie strony akceptują się wzajemnie ze wszystkimi swoimi wadami. A potem dochodzi do konfrontacji z rzeczywistością i stwierdzamy, że wyrządzamy sobie krzywdę. Wychodziłam za mąż, bo myślałam, że małżeństwo i dzieci należą do moich życiowych zadań. Gdy uświadomiłam sobie, że nie czerpię zadowolenia z realizacji obowiązków rodzinnych i nie mogę grać roli, która do mnie nie pasuje, nie widziałam innego wyjścia niż rozstanie”. Uczestnik wypraw wysokogórskich Kurt Lyncke wydawał się wreszcie odpowiednim partnerem dla Wandy Rutkiewicz, ale szczęście skończyło się bardzo szybko: 24 lipca 1990 roku Lyncke, wspinający się zaledwie kilkanaście metrów poniżej Wandy, odpadł od ściany Broad Peak i spadł w 400-metrową przepaść. Wanda nigdy nie poradziła sobie z tą tragiczną stratą. „Podziwiałam go za wszystko, mogłam przy nim rozkwitnąć. Działał na mnie stymulująco. Gdy zginął, po raz pierwszy w życiu nienawidziłam góry”. Życie Wandy w kraju stawało się coraz bardziej chaotyczne. Zawsze miała za mało czasu między powrotami z wypraw a kolejnymi wyjazdami. Ciągle brała na siebie zbyt wiele, pędziła z jednego spotkania na drugie, nie dosypiała i zaniedbywała życie prywatne. Sprawy osobiste i zawodowe załatwiała w ciągłym pośpiechu, najczęściej kilka godzin lub nawet dni później, niż obiecała. Była wiecznie zmęczona, bo noce spędzała w drodze, za kierownicą. Ale wszystko to nie miało wielkiego znaczenia. Przyjaciele, fani i media – wszyscy bez wyjątku – byli oczarowani osobowością Wandy i coraz bardziej się o nią niepokoili. Wanda była uosobieniem braku rozsądku: atrakcyjna, charyzmatyczna, fascynująca i zupełnie nieobliczalna. Dopiero gdy wyrywała się z cywilizacji i rozpoczynała kolejną wyprawę, odzyskiwała spokój i dobre samopoczucie. W 1990 roku
” Wspinacze różnią się od innych ludzi, dlatego trudno im znaleźć partnera, który myślałby w taki sam sposób jak oni ” 47-letnia Rutkiewicz miała już zaliczonych sześć ośmiotysięczników. Jeszcze osiem szczytów i byłaby (po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce, który rok wcześniej zginął na Lhotse) trzecim człowiekiem mającym na koncie Koronę Himalajów. Ale Wanda chciała jeszcze więcej: „Dążę do tego, żeby te osiem szczytów zdobyć w ciągu roku i kilku miesięcy. Nazywam swój plan «karawaną do marzeń», ponieważ próbuję zrealizować coś, co wydaje się możliwe tylko w marzeniach. Będę po prostu przemieszczać się od szczytu do szczytu – tak jak zawsze robiły karawany”. Dzięki takiej niewiarygodnej trasie Wanda mogłaby obniżyć wysokie koszty dojazdów oraz oszczędzić sobie trudów wielokrotnej aklimatyzacji. Długoterminowe ekstremalne obciążenie organizmu bez przerw na odpoczynek miało być możliwe dzięki sile woli, żelaznej kondycji i wieloletniemu doświadczeniu górskiemu Rutkiewicz. Początkowo wszystko szło dobrze. Po dwóch udanych samotnych wejściach w 1991 roku – na Czo Oju (8201 m) i południową ścianę Annapurny (8091 m) – Wanda Rutkiewicz zamierzała zdobyć Kanczendzongę (8586 m), trzeci pod względem wysokości szczyt świata. Carlos Carsolio, z którym się wspinała, był ostatnim człowiekiem, który widział Wandę 12 maja 1992 roku. Jej zwłok do dziś nie odnaleziono. * Autorka: Gertrude Reinisch, ur. 1952 w Piesting (Dolna Austria), austriacka dziennikarka, autorka książek i filmów, instruktorka wspinaczki wysokogórskiej. Ponad trzy lata mieszkała w różnych krajach w regionie Himalajów. Zdobyła wiele szczytów o wysokości do 7800 m. Pierwszy raz spotkała się z Wandą Rutkiewicz w 1986 roku. Brała udział (w 1990 roku, do 6600 m) w polskiej wyprawie Wandy Rutkiewicz na Hidden Peak (Gaszerbrum I). Jest też autorką biografii Wanda Rutkiewicz – Karawane der Träume (wydanie niemieckie w Bergverlag Rother), dostępnej również po angielsku, włosku i łotewsku. ** Po dochodzeniu w grudniu 2010 roku Koreance odebrano tytuł pierwszej zdobywczyni Korony Himalajów i przekazano go Edurne Pasaban (red.).
Strony internetowe współczesnych słynnych himalaistek: edurnepasaban.net oes.chosun.com gerlinde-kaltenbrunner.at
57
a kc ja
Padawan
Minęło zaledwie kilka chwil od czasu, gdy Sebastian Vettel został najmłodszym mistrzem Formuły 1, a już na jego koronę czyhają nawet młodsze gwiazdy. Warto obserwować Jeana-Erica Vergne’a… Tekst: Brendan Thomas, zdjęcia: Richie Hopson
G
iorgio Ascanelli to niezwykły, rozsądny Włoch. Jest jednym z najwybitniejszych technologicznych umysłów Formuły 1, a jego bogate doświadczenie przyczyniło się do sukcesów gwiazd takich jak Ayrton Senna, trzykrotny mistrz świata, i ostatnio Sebastian Vettel, nowy młody król F1. Ascanelli, inżynieryjny guru drugiego zespołu Red Bulla, Scuderia Toro Rosso, zeskakuje z pitwallu na torze Yas Marina w Abu Zabi i maszeruje w stronę garażu zespołu. Zatrzymuje się na chwilę i udaje, że bawi się jakimś sprzętem, a następnie żartobliwie zaczepia mechanika. Szturcha go i zasypuje dowcipami, a w końcu próbuje zrzucić z uszu nieszczęśnika ochraniacze. Ascanelli jest cały w skowronkach. Bez wątpienia zobaczył dziś coś, co go bardzo ucieszyło. Pitlane na torze Yas Marina opanowała atmosfera relaksu – zupełne przeciwieństwo szalonego napięcia, które zdominowało ten obiekt zaledwie dwa dni wcześniej, gdy tworzyła się na nim historia Formuły 1: Sebastian Vettel zgarnął tu najważniejszy tytuł i został najmłodszym do tej chwili mistrzem tego sportu. Miliony widzów przed telewizorami na całym świecie śledziły ten emocjonujący finał sezonu, a ponad 55 000 pojawiło się w miejscu, które na dwie godziny stało się centrum sportowego wszechświata. Gdy mistrzostwa osiągnęły swój punkt kulminacyjny, gwiazdy filmowe, dyrektorzy korporacji, królowie, książęta – i nawet Prince we własnej osobie! – wymieszali się z najlepszymi kierowcami świata. W tłumie tym znalazł się też skromny młody Francuz, który w ciszy bacznie przyglądał się akcji na torze z oazy, jaką okazał się dla niego garaż Toro Rosso. Ci, którzy zauważyli go tego dnia, na pewno go znają, a pozo-
58
stali bez wątpienia w najbliższych latach dowiedzą się, kim jest, i zapamiętają go, ponieważ Jean-Eric Vergne to 20-latek z misją. Podczas weekendu w Abu Zabi podziwiał i analizował niezwykłe osiągnięcie Vettela i w jego umyśle zrodził się plan dążenia do tego samego celu. Na próg F1 przywiódł go program Red Bulla dla młodych kierowców, podąża więc dokładnie tą samą ścieżką, którą zaledwie kilka lat temu w drodze na szczyt przemierzył Vettel, absolwent tego samego programu. Tutaj dzisiaj, w „poburzowym” padoku w Abu Zabi, na którym nieustannie słychać echo 19 rozegranych Grand Prix, kierowcy wyścigowi w końcu odpoczywają; brakuje jednak wielu stałych bywalców. Ale bractwo F1 wciąż prężnie działa – na tle futurystycznego krajobrazu wyspy Yas widać liczne błyszczące bolidy. Zniknęli już celebryci, gwiazdy pop i fani, zostali tylko ci, którzy są najbliżej i najmocniej związani z tym sportem – zespoły mechaników i inżynierów. Jedynymi gwiazdami są tu młodzi, obiecujący kierowcy i zespoły mają teraz szansę na przetestowanie i ocenę możliwości nowego pokolenia talentów. Młodzi pupile natomiast mogą zerknąć w przyszłość i poczuć smak przyszłej kariery, testując bolidy F1. W tych okolicach w powietrzu wciąż czuć zapach zwycięstwa Vettela, ale dziś dla Toro Rosso najważniejszy jest Vergne, ponieważ właśnie dziś nadszedł czas na jego debiut za kierownicą bolidu, a jest to niezwykle znacząca chwila w życiu każdego młodego kierowcy. Jego pierwsze okrążenia są przez wszystkich bacznie obserwowane. Główny mechanik zespołu Toro Rosso, Gabriele Vergnana, donosi, że Jean-Eric nie denerwował się specjalnie swym pierwszym dniem na miejscu kierowcy, nie robił zbyt wielkiego zamieszania. Paryżanin
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Jean-Eric Vergne dodaje gazu
Człowiek z misją: Jean-Eric Vergne przebył drogę od króla kartingu do rekruta Toro Rosso
a kc ja
jest szczupły, ale ma bardzo silne ramiona. Ma także mocny kark, a to dobrze wróży, ponieważ większość debiutantów zmaga się z ogromnymi przeciążeniami przy pokonywaniu zakrętu z prędkością 270 km/h po raz pierwszy w życiu. Vergnana podnosi kciuki w górę i młodzieniec rozpoczyna swój pierwszy w karierze w F1 przejazd. Jakiś czas później pojawia się jego pitboard z informacją, że na razie jest siódmy – całkiem porządny czas okrążenia – i dokładnie w tym samym momencie Jean-Eric dociska pedał gazu V8 o pojemności 2,4 l, osiągając prędkość obrotową równą 18 000 rpm. Następnie hamulec, redukcja biegów i usłyszeć można specyficzny stukot, gdy wspaniała maszyna pokonuje krawężnik z prędkością 145 km/h na zakręcie Turn One. Rusza dalej, coraz szybciej, by zmierzyć się z kolejnym okrążeniem. Tak jak reszta zespołu główny mechanik jest zadowolony z nowego kierowcy i zastanawia się, czy w przyszłości będzie go przygotowywał do wyścigów. W niedzielę wieczorem Vergnana miał okazję ponownie spotkać się z kierowcą, z którym już kiedyś współpracował. Chodzi o Sebastiana Vettela oczywiście... Tak jak niegdyś Vettel Vergne jest najnowszym odkryciem programu Red Bulla dla juniorów, projektu nastawionego na odnajdywanie przyszłych mistrzów świata F1, który z pewnością nie jest organizacją charytatywną. Nie jesteś wystarczająco dobry? Odpadasz. Proste. Vettel zaliczył pierwsze zwycięstwo
Droga na szczyt Wykazuje duży spokój i znany jest z bezwzględności. Od początków kariery – od mistrza kartingu, do Scuderia Toro Rosso – Jean-Eric Vergne ma szansę poznać smak sukcesu...
1 2
„By odnieść sukces w tym sporcie, trzeba się sprawdzać cały czas” dla Toro Rosso podczas Grand Prix Włoch w 2009 roku i w nagrodę na sezon 2009 awansował do Red Bull Racing. Szybko posypały się kolejne zwycięstwa i pole position – a teraz mistrzowski tytuł! Następni w kolejce, by zająć jego miejsce, są obecni członkowie zespołu – Sébastien Buemi i Jaime Alguersuari – ale obydwaj patrzą na poczynania młodego kierowcy z pewną obawą. Wiedzą, że nowa fala aspirujących kierowców może stanowić zagrożenie dla ich pozycji. I choć Jean-Eric dopiero debiutuje, on i rezerwowy kierowca Red Bulla Daniel Ricciardo mają chrapkę na sukces i są gotowi do walki. Wreszcie nadszedł czas, by się wykazać. Popiszesz się przed sędziami (w tym wypadku przed szefem Red Bull Young Driver dr. Helmutem Marko) – i pniesz się w górę. Popełnisz najmniejszy błąd – i zaraz znikasz ze sceny. Zapytany o młodego kierowcę, który niedawno odpadł z programu i którego miejsce zajął, Jean-Eric nie okazuje szczególnego współczucia: „Trzeba się wykazać. By odnieść sukces w tym sporcie, trzeba się sprawdzać cały czas” – deklaruje. „Dr Marko mówi, 60
3
Przystanki kariery: (1) CIK-FIA: Kartingowe Mistrzostwa Świata w Angerville, Francja; dla teamu Sodikart. (2) Debiut jak się patrzy: cztery razy na podium w sześciu wyścigach w Formule Renault 3.5. (3) Zwycięstwo w Silverstone. (4) Praca domowa odrobiona brawurowo: zdobywając 13 zwycięstw, 20 miejsc na podium i najlepszy czas w aż 14 okrążeniach, Vergne jako pierwszy Francuz wygrał brytyjską F3 (tu podczas jednego ze zwycięstw na torze Oulton Park). 4
a kc ja
Zdjęcia: Richie hopson (1), GEPA pictures/Red Bull Photofiles (2), GEPA (1), Sutton Images (1), Getty Images (1)
Pierwsza jazda w Toro Rosso
Imię i nazwisko Jean-Eric Vergne Data i miejsce urodzenia Paryż, Francja 25 kwietnia 1990 Miejsce zamieszkania Milton Keynes, Anglia Wczesne lata Wcześnie zaczął się ścigać dzięki ojcu, który prowadził tor kartingowy na obrzeżach Paryża. Jean-Eric powiedział, że zaczął jeździć, „gdy tylko mógł dosięgnąć pedałów” Inne talenty Oprócz jazdy na rowerze i golfa Jean-Eric kocha muzykę, od klasycznej do popu, i jest utalentowanym pianistą. Może więc pójdzie w ślady innych kierowców F1 – pianistów takich jak Elio de Angelis i Adrian Sutil Bez idola Jean-Eric przyznaje, że nie ma idola, ale szanuje Michaela Schumachera. „Siedem tytułów – godne podziwu. Pokazuje to, że on nigdy nie przestał przeć do przodu, nigdy nie odpuścił, nawet po odniesieniu sukcesu. Imponujące”
że musimy się wykazywać i wygrywać. I tyle. Surowy? Oczywiście, że taki jest, ale pracuje z najlepszym zespołem F1 i mistrzem świata. Czego innego można się spodziewać?”. W tym sezonie Jean-Eric z pewnością się sprawdził i jego nagrodą jest właśnie ten test na torze F1. W 2010 roku został pierwszym Francuzem, który zdobył mistrzowski tytuł prestiżowej brytyjskiej Formuły 3, zaliczając 13 zwycięstw z rzędu. Obserwatorzy zauważyli, że oprócz odpowiedniego tempa Francuz wykazuje się także pewną bezwzględnością. A do tego jest dojrzały. Można by pomyśleć, że każdemu młodemu kierowcy pierwszy przejazd uderzy do głowy. Ale na pewno nie rozsądnemu Jeanowi-Ericowi. „Nie sądzę, by był to najważniejszy moment w mojej karierze” – mówi. „To dobry, ważny krok, ale wiem, że mogę dojść znacznie dalej”. Skupia się na celu ostatecznym. Jest zdecydowany. Główny inżynier Toro Rosso, Laurent Mekies, który nadzoruje debiut 20-latka, dostrzegł wczesne oznaki zdenerwowania, ale zapewnia, że szybko zniknęły. „Wszystko zmieniło się dość drastycznie po jego pierwszym przejeździe” – wyjawia Mekies. „Wrócił do garażu z szeroko otwartymi oczami i myślę, że właśnie wtedy sobie uświadomił, jakie to wspaniałe uczucie prowadzić tak szybki pojazd. Ta chwila oddaliła wszelką nerwowość, jego obawy zniknęły i od tego momentu zaczął się naprawdę cieszyć tym testem”. Przed końcem drugiego dnia Jean-Eric zaliczył 154 bezbłędne okrążenia i zrobił wrażenie na zespole swoim tempem i etyką zawodową. Jego drugi dzień jazdy zakończył się przedwcześnie z powodu usterki silnika, ale doświadczył jazdy z pełnym i prawie pustym bakiem, na różnych oponach oraz testował części do bolidu, które są przeznaczone na sezon 2011. Jednak czy mimo swych referencji i imponującego debiutu jest wystarczająco szybki, by ścigać się z najlepszymi? „Bardzo ciężko jest porównać prędkość, ponieważ sam tor zmienia się podczas wyścigowego weekendu. Nie można stwierdzić, czy prędkość to zasługa kierowcy, czy toru” – mówi główny inżynier Mekies. „Jednak jeśli myślisz, że masz do czynienia z kolejnym Ayrtonem Senną, taki test pokaże, czy jest on gotowy na F1. Współcześni kierowcy muszą przyswoić wiele procedur – skomplikowane przyciski na kierownicy, aspekty silnika i skrzyni biegów – więc taki test pokazuje, czy są na to gotowi. I bazując na tym, co pokazał Jean-Eric, jeśli nadal będzie się sprawdzał, jeśli jest wystarczająco sprytny, by mieć otwarty umysł, i chce się uczyć – nie widzę powodu, by nie mógł w przyszłości zostać kierowcą F1”. Jean-Eric wraca za kierownicę, by zaliczyć ostatni przejazd i zakończyć test. Gdy wyjeżdża z garażu, Giorgio Ascanelli – zarówno przywódca, jak i szef inżynierów – wynurza się z głębi garażu i uśmiecha się do siebie szeroko, zmierzając w stronę pitwallu. Odmawia komentarza na temat Jeana-Erica. I tak wszelki komentarz jest zbędny. Jeśli jest powód, by Giorgio się uśmiechał, to z pewnością jest on dobry. Print 2.0: Portret najszybszego Francuza
61
a kc ja
ZIMNE światło Szwajcarski fotograf Thomas Senf i ekspedycja na Antarktydę rosyjskiego BASE jumpera Walerija Rozowa. Tekst: Thomas Senf, zdjęcia: Thomas Senf i Predrag Vuckovic
AMERYKA POŁUDNIOWA
AFRYKA
ANTARKTYDA
Góry Drygalskiego na Ziemi Królowej Maud (współrzędne 71°45’S, 8°15’E) to łańcuch górski na wschodzie Antarktydy. Nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego badacza Ericha von Drygalskiego. Najwyższymi szczytami tego charakterystycznego łańcucha są: Ulvetanna (2931 m), następnie Kintanna (2724 m) i Holtanna (2650 m). Góry noszą norweskie nazwy, gdyż Norwegia od 1939 roku wnosi roszczenia terytorialne do tych obszarów, nie zostały one jednak nigdy uznane. W listopadzie 2010 r. Rosjanin Walerij Rozow ze swoją siedmioosobową załogą zorganizował ekspedycję w Góry Drygalskiego. Plan Rozowa zakładał wykonanie skoku BASE z góry Ulvetanna. W ekspedycji wziął udział Szwajcar Thomas Senf, który fotografował wspinaczkę. 62
Print 2.0
pl.redbulletin.com/print2.0 Zimny twardziel: film z ekspedycji
Walerij Rozow na szczycie góry Holtanna. Thomas Senf: „Jako fotografa fascynowało mnie w tej podróży to, że mogłem przedstawić na jednym zdjęciu sport i niewiarygodny wymiar tego krajobrazu”. 63
a kc ja
A ntarktyda
Thomas Senf dorastał w Lipsku, w 2002 roku w wieku 21 lat z powodu wielkiej miłości przeprowadził się do Szwajcarii. Chodziło o miłość do gór. Senf jak nikt inny połączył dwie dziedziny: fotografię i alpinizm. Jako wspinacz ma na koncie kilka premierowych wejść (w indyjskiej części Himalajów) wraz z topowymi alpinistami takimi jak Stephan Siegrist i Ines Papert.
„Ulvetanna” w języku norweskim oznacza „kieł wilka” – ta nazwa jest rzeczywiście idealnym opisem góry. Znałem ją już wcześniej ze zdjęć, ale kiedy zobaczyłem ją wtedy po raz pierwszy w naturze, z okna naszego małego samolotu transportowego, to był to widok, którego nigdy nie zapomnę: gdzie nie spojrzeć, setki kilometrów lodowego krajobrazu, a w środku łańcucha Gór Drygalskiego – te dziwnie uformowane monumentalne skały. To był piękny słoneczny dzień, wszystko lśniło i się mieniło. Ekspedycja Walerija Rozowa składała się z ośmiu osób, wszyscy przykleiliśmy się do okien samolotu, nikt nie powiedział w tym momencie ani słowa. To ze szczytu tej góry Walerij miał skoczyć za kilka dni. Podczas ekspedycji na Antarktydę nic nie dzieje się samo z siebie, nic nie jest oczywiste ani w 100 procentach przewidywalne. Wynika to przede wszystkim z nieobliczalności pogody. W kilka minut wspaniały dzień może zmienić się w burzę śnieżną z wiatrem w porywach do 100 km na godzinę. Często decyzje podjęte w kilka sekund mają znaczące następstwa, uczymy się tego, zanim jeszcze postawimy stopę na lodzie: jeśli pilot naszego małego samolotu wyląduje zbyt daleko od podnóża góry – przy samolocie rozbija się obóz – trzeba w następnych dniach przedsięwziąć dodatkowe wielogodzinne marsze. Im bliżej gór wyląduje, tym dłużej obóz będzie znajdować się w cieniu i tym samym będziesz narażony na ekstremalne zimno. Nasz samolocik wylądował w idealnej odległości od łańcucha górskiego, ale lądowanie było twarde. Samolot uległ poważnemu uszkodzeniu, musiał być naprawiony na miejscu, by pod koniec trzytygodniowej ekspedycji mógł nas zabrać z powrotem do cywilizacji.
Dzień Powszedni
W Antarktyce o tej porze roku nigdy nie ma nocy. Można sobie dość dobrze dać z tym radę, jeśli w sposób zdyscyplinowany będzie się trzymać rygorystycznie harmonogramu dnia, chodzić spać i wstawać o względnie stałych godzinach. Istotną różnicą między dniem a nocą jest temperatura: w ciągu dnia 64
Każde wejście na szczyt rozpoczyna się od trudnych decyzji: ile rzeczy muszę zabrać, co mogę zostawić w obozie? Na wszelki wypadek alpiniści powinni mieć ze sobą sprzęt zarówno do wspinaczki skalnej, jak i lodowej. Plecak Senfa ważył 15 kg wraz ze sprzętem fotograficznym. 65
a kc ja
O fotografii i jej historii opowiada Thomas Senf: „Na powyższym zdjęciu widać moją osobę. Autorem fotografii jest Predrag Vucković, Serb, który towarzyszył ekspedycji jako „Head of Photographers”. Podczas skoku Walerija z Ulvetanny Predrag zajął pozycję wyjściową, a ja musiałem poszukać innej, bardziej niezwykłej perspektywy…”.
przez silniejsze nasłonecznienie wynosi –10, w nocy spada aż do –30oC. My mieliśmy w naszej bazie stosunkowo przytulnie: duży namiot jadalny z miejscem wystarczającym do gotowania i jedzenia dla wszystkich, do tego małe namioty do spania. Wokół namiotów wznieśliśmy ściany ze śniegu, by być lepiej chronionymi przed ewentualnym wiatrem. Przy silnych burzach oczywiście nic by to nie pomogło: na Antarktydzie trzeba się liczyć z tym, że całą noc spędzi się na trzymaniu ze wszystkich sił namiotu, żeby nie porwała go wichura. Również o wiele mniejsza siła wiatru silnie daje się we znaki: tak zwany czynnik temperatury odczuwalnej przemienia –10oC nawet już przy lekkiej bryzie w –20, –30oC. To jest nie tylko nieprzyjemne, lecz także niebezpieczne: przy takich temperaturach wspinaczka jest nie do pomyślenia, ponieważ przemarznięte palce tracą czucie. Jeden jedyny raz podczas naszej ekspedycji próbowałem wspinać się bez rękawiczek. Po jednym odcinku linowym (około 50–60 m) dałem sobie spokój. W ciągu dnia słońce jest wprawdzie istotnym czynnikiem dobrego samopoczucia, zwłaszcza dla fotografa; nie tylko ze względu na światło, lecz również dlatego, że jako fotograf bez rękawiczek o wiele lepiej możesz pracować. Jednak nie można go lekce66
ważyć: musieliśmy smarować nasze twarze grubą warstwą kremu dwa-trzy razy dziennie, w przeciwnym razie byłyby porządnie spieczone.
Walerij
Znałem Walerija już z wielu wspólnych przedsięwzięć, między innymi z kilku projektów w Alpach i z wejścia na Elbrus (we wrześniu 2008 roku). Wspiąłem się z nim na szczyt tej najwyższej góry w Europie (5642 m n.p.m.), a potem, po chwili gdy zszedł kilka metrów w dół, aby zająć dogodną pozycję do startu byłem świadkiem, jak skoczył stamtąd jako pierwszy człowiek w historii. Bardzo chętnie z nim podróżuję, jest bardzo profesjonalny i skupiony, a zarazem bardzo skromny. Kto go nie zna i w ogóle o nim nie słyszał, nie domyśli się nigdy, co Walerij w swoim życiu już osiągnął i czego dokonał. Nie jest on człowiekiem, który zaciekle zdobywa cel za celem: dla niego ważne jest też, by napić się wódki ze swoim zespołem w obozie. A w przypadku gdy wyjście w góry jest zbyt ryzykowne, rezygnuje ze skoku. Być w zespole z Walerijem znaczy też wiedzieć, że powodzenie wszystkich, całej ekipy leży mu bardzo na sercu. Ma jednocześnie osobowość przywódczą i ducha gracza zespołowego. To zapewniało nam wszystkim dobre samopoczucie i szybko zespoliło nasz zespół ośmiu mężczyzn z czterech krajów.
Na przygotowanie i zdjęcia nie masz więcej czasu niż dwie–trzy minuty. were at the track as Gdyby skoczek wykonał będąc it spentskok, centre of the sporting już zmarznięty, zbytuniverse. bardzo stars, corporate wychłodziłby Movie sięCEOs, podczas lotu kings, princes –
„…i przywiązałem się do ściany kilka metrów niżej, by uchwycić Walerija w akcji. Z fotograficznego punktu widzenia coś takiego jest bardzo ryzykowne. O wiele pewniej byłoby nacisnąć migawkę w pozycji startowej. W tym przypadku ryzyko jednak się opłaciło, fotografia obiegła cały świat”. 67
Dwa albo trzy razy dziennie musieliśmy nakładać na twarze grubą warstwę kremu
Zwykły dzień na Antarktydzie. Znalezienie odpowiedniego miejsca na obozowisko ma duże znaczenie dla całodziennego pobytu. Zimą nasłonecznienie sprawia, że w nocy będziemy mieli do czynienia z przejmującym zimnem –30oC lub całkiem znośną temperaturą –10oC. Jeśli chodzi o pogodę, to ekspedycja Rozowa miała wielkie szczęście – ani jednej burzy śnieżnej w ciągu trzech tygodni.
a kc ja
Walerij Rozow, multitalent: Rosjanin jest doświadczonym skoczkiem BASE, skoczkiem w stroju wingsuit, trzykrotnym mistrzem skoków spadochronowych z doświadczeniem 7000 wykonanych skoków. Poza tym to wspaniały alpinista…
….i jest na tyle pomysłowy, by przy niewielkich możliwościach przyrządzić coś jadalnego. Fotograf Senf, który zrealizował z Rozowem kilka wspólnych projektów, ocenia go jako „bardzo profesjonalnego i ekstremalnie skromnego sportowca, dla którego liczy się, by wszyscy w jego załodze dobrze się czuli, i który potrafi to zrealizować”.
Walerij Rozow jest jednym z najlepszych skoczków BASE i skoczków w stroju wingsuit. Największe uznanie wzbudził, skacząc z najwyższej europejskiej góry, Elbrusu, oraz z aktywnego wulkanu na Kamczatce. Ten portret Thomas Senf wykonał w Advanced Base Camp wieczorem, na dzień przed wejściem na szczyt Ulvetanna. 69
tion NaA cszczycie prawie nie czujesz ulgi czy szczęścia
Dzięki umieszczonej na kasku kamerze Walerij Rozow wykonał spektakularne zdjęcia ze swoich skoków na Antarktydzie. 70
a kc ja
Masz dwie możliwości zejścia… Rozow wybrał tę szybszą. Senf: „Na lądowisku czeka na Walerija dwóch-trzech ludzi, którzy filmowali skok. Mają dla niego ciepłą odzież i buty. Gdy my, fotografowie, wracamy do obozu, Walerij jest już po kolacji”.
Ulvetanna
Dzień, w którym zdecydowaliśmy się na wejście na szczyt Ulvetanny, rozpoczął się o godzinie szóstej rano wyruszeniem z ABC, czyli Advanced Base Camp, z naszego drugiego obozu. Na kilka dni przed przewidzianym startem zamontowaliśmy na całej trasie stałe niezbędne liny, by być bardziej mobilnymi z wnoszonym przez nas sprzętem fotograficznym i filmowym. Wspinaczka stamtąd szła względnie bez żadnych zakłóceń, już po czterech godzinach dotarliśmy do punktów końcowych stałych lin. Potem musieliśmy jeszcze wspiąć się przez blisko dwanaście odcinków linowych. Na szczycie byliśmy około godziny 17. Na szczycie prawie nie ma uczucia ulgi czy szczęścia – przy ekspedycji takiej jak nasza byłoby to też fatalne, z wielu względów. Bo jako fotograf trzeba być akurat w tym momencie niezwykle czujnym i skupionym: sukces całej naszej ekspedycji, całej podróży, wszystkich wspólnych wysiłków decyduje się dla fotografa dwie, trzy sekundy po skoku sportowca. Bo właśnie w tym momencie musisz wybrać doskonałą perspektywę, najlepszy kadr, a w sprzęcie musi się wszystko zgadzać i w odpowiednim momencie musisz nacisnąć spust aparatu. Jeśli cokolwiek w ciągu tych kilku sekund nie zadziała, to masz naprawdę poważny problem. Do tego wszystkiego dochodzi – wiadomo – presja czasu, który wynika z faktu, że Walerij w swoim cienkim kombinezonie przy antarktycznych temperaturach straszliwie marznie. Dlatego nie masz więcej niż
dwie, trzy minuty na przygotowania i zdjęcia – bo jeśli skoczek skacze już zmarznięty, w ciągu 45 s lotu zbyt bardzo się wychładza, traci czucie w dłoniach, nie może kontrolować skoku... A potem robi się już naprawdę niebezpiecznie.
Przyjemność
Kto towarzyszy BASE jumperowi na szczyt, wraca z natury rzeczy bez niego, taki jest już los fotografa BASE. Byliśmy około północy z powrotem w naszym obozie, gdy Walerij już dawno temu spałaszował kolację. Czasami widzi się w telewizji, że wspinacze cieszą się jak piłkarze po strzeleniu gola, gdy po zdobyciu szczytu wracają do obozu. Prawda, niestety, wygląda dużo mniej spektakularnie: jest się po prostu zmęczonym, wyczerpanym, głodnym i spragnionym. Radość z tego, co nam się wspólnie udało, pojawia się dopiero w kolejnych dniach. Mieliśmy być może nieco niekonwencjonalny sposób wyrażenia naszej radości: ponieważ podczas ekspedycji mieliśmy tak dużo szczęścia do pogody, zostało nam jeszcze kilka dni wolnego czasu. Wykorzystaliśmy je, żeby wspiąć się na dwa mniejsze szczyty, Tungespissen (2277 m n.p.m.) i Holtanna (2650 m n.p.m.), dwie góry umiarkowanie trudne do wspinaczki, za to bardziej ekscytujące krajobrazowo. Walerij skoczył z obu szczytów, więc mieliśmy jeszcze okazję do dodatkowych zdjęć i filmów. Dało nam to dużo satysfakcji. Film ze spektakularnej ekspedycji na: pl.redbulletin.com/print2.0
71
a kc ja
ZMIANA
ZASAD Tekst: Drew Tewksbury, zdjęcia: Emily Shur
UDUJĄCY B . A T N E C ANIACH 50 O POCZYN
ELIŚMY NIC Z S Y Ł S IE ŻN DAWNO JU Ł MAGNAT BIZNESOWY SWĄ MARKĘ PÓŁ AKTOR, PÓ Y TUJE NOWE BiT S E T IE Z D G , IA D K DO STU WRÓCIŁ JEDNA
I ROZMYŚLA NAD PRZYSZŁOŚCIĄ MUZYKI
Za fasadą plaż i butików, ulubionych miejscówek gwiazd i apartamentów wartych miliony dolarów, Santa Monica (w Kalifornii) skrywa tajną historię działań wojennych. Podczas drugiej wojny światowej leżące nad Pacyfikiem miasto było bazą amerykańskiego przemysłu aeronautycznego i odgrywało ważną rolę w życiu amerykańskiej machiny wojennej. Tutaj właśnie planiści i inżynierowie projektowali samoloty bojowe, a spawacze i ekipy robotników sprawiali, że stawały się one rzeczywistością. 60 lat później w hangarach lotniczych i magazynach nie krzątają się już budowniczy powietrznych machin. Panowanie nad kompleksem przejął przemysł artystyczny i zamienił go w studia muzyczne i filmowe; prawdopodobnie w nadziei na odnalezienie innowacji i etyki zawodowej, które niegdyś przenikały każdy zakątek tego miejsca. Gdzieś wewnątrz ogromnego magazynu z 1959 roku niezrównany raper, aktor 72
i przedsiębiorca Curtis James Jackson III, alias 50 Cent, powołuje do życia beaty, które stanowić będą szkielet jego nowego albumu. Dwa czarne Cadillaki Escalade, niczym klubowi ochroniarze, czekają przed drzwiami Red Bull Recording Studio, wewnątrz którego basy dosłownie trzęsą ścianami. Jackson i jego ekipa siedzą w pokoju kontrolnym za najnowocześniejszymi kompresorami, głośnikami, mikserem i niezliczoną liczbą kabli. Ubrany w dżinsy i marynarkę mężczyzna z kamienną twarzą siedzi na kanapie, podczas gdy Jackson zachwala swoje beaty. W jego karierze minął właśnie rok względnej radiowej ciszy. Ponad rok temu ukazał się jego mocno opóźniony ostatni album – „Before I Self Destruct”. Nie licząc garstki remiksów i epizodycznych wystąpień, raper praktycznie zniknął z medialnego radaru. Podczas gdy inni MC tworzą pretensjonalne artystyczne filmy (Kanye), wysyłają więzienne komunikaty (Lil’
Wayne) lub promują swe książki (Jay-Z), Jackson skupia się na karierze filmowej i doskonali brzmienie, które wkrótce pozna cały świat. Jego świta w niczym nie przypomina gangsterów, alfonsów i twardzieli prężących się za nim w teledyskach. Zastąpili ich ludzie stojący za muzyką: pomysłodawcy, producenci i biznesmeni, którzy planują jego kolejne posunięcia. Cenciak naciska play na laptopie i z głośników rozbrzmiewa beat. Jackson kiwa głową w rytm mocno basowego, gwałtownie zmieniającego się rytmu. W czapce z daszkiem przechadza się po studiu i nieustannie sprawdza swój BlackBerry. Jest kompulsywnym fanatykiem Twittera i nawet podczas ściśle tajnych sesji nagraniowych nie może przestać wysyłać swych elektronicznych listów w butelkach. Wyrzeźbione ramiona Jacksona podkreśla dopasowana koszulka YSL. Jego wzrok wpatrzony jest w monitor komputera, a następnie przenosi się na ekipę
74
a kc ja
zgromadzoną w studiu. Niektórzy kiwają głowami, inni gapią się w podłogę, uważnie słuchając świeżutkich dźwięków. Równe uderzenia bębna basowego przeplatają się z tonami werbla, a wszechobecna w magazynie parkietowa energia miesza się z synkopowanym brzmieniem klasycznego hip-hopu. 50 Cent porusza się w rytm perkusji. Prawdopodobnie układa w myślach słowa do owych instrumentalnych nagrań. Wygląda na zmęczonego, ale zdrowego. Prezencja Jacksona różni się dalece od wizerunku widocznego na szokujących zdjęciach, które niedawno obiegły internet – wychudzona twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i zapadniętymi oczami była dowodem na zrzucenie 25 kg. Poświęceniem koniecznym do odegrania roli głównego rozgrywającego szkolnej drużyny futbolowej, który zmaga się z rakiem, w nadchodzącym filmie „Things Fall Apart”. Cenciak wyciąga rękę, by wyłączyć utwór. Przedramiona pokrywają mu tajemnicze blizny. Po ponadgodzinnej prezentacji beatów i tajnych rozmów z producentami ekipa pakuje bagaże na lot powrotny do Nowego Jorku. Miesięczna misja w LA zmusiła Jacksona do oderwania się od jego nowojorskich korzeni. „Jestem tu, by odnaleźć nowe brzmienie” – mówi głosem zaskakująco różnym od rottweilerowego warczenia znanego z jego nagrań. Właśnie zremiksował klubowy hymn „Like a G6” koreańsko-amerykańskiej grupy z Los Angeles, Far East Movement. „To zupełnie inna bajka. Brzmi to jak muzyka dance. Sporo szybkich beatów... dużo szybszych niż te, pod które zwykle nagrywam”. Zmieniły się zasady rapowej gry. Czołówka AD 2010 ledwo przypomina ziomków Jacksona z przełomu tysiącleci. Hip-hop upodobnił się do popu; ozdobiono go dance’owymi rytmami i refrenami wyśpiewywanymi przez gwiazdki dbające głównie o estetykę. Dzieciaki z Inglewood – kołyski gangsta rapu z Zachodniego Wybrzeża – noszą teraz neonowe kolory i spodnie rurki. Chcą wrócić do dawnych czasów rapu, kiedy to electro i hip-hop łączyły się w pochodzących z automatu perkusyjnego TR-808, rytmach Arabian Prince i J.J. Fad. Podobnie jak przed kokainową epidemią późnych lat 80. poziom przestępczości w LA jest stosunkowo niski i dzieciaki wracają do klubów. Los Angeles
bawi się na całego – tegoroczny letni Electric Daisy Carnival zgromadził 80 000 rozentuzjazmowanych imprezowiczów z różnych grup ekonomicznych i rasowych. Podczas gdy Cenciak pozostaje wierny swemu agresywnemu hiphopowemu stylowi, Kanye przerzucił się na art-house, a Jay-Z stał się wzorem do naśladowania dla dzieci. Jacksonowi nieobcy jest trendspotting czy innowacyjność, więc na początku 2010 roku ogłosił, że jego nowy album „Black Magic” będzie skłaniał się w stronę zjednoczenia hip-hopu z europopem. Zaledwie kilka miesięcy później raper sam pogrzebał jednak ten projekt. „Zrobiłem to, ponieważ był to całkowicie mój album” – mówi. „Chciałem to zrobić, więc na spokojnie nagrałem cały krążek. Powstał nowy koncept i teraz tamten jest głęboko schowany. Możliwe jednak, że na jego bazie powstanie kolejny projekt”. Fragmenty „Black Magic”, a przynajmniej ich house’owe wpływy, pojawiają się w przesłuchiwanych w studiu beatach. Na razie są one dopiero wstępnymi szkicami. Nie ujawniono jeszcze tytułu albumu, tracklisty ani daty premiery. Po perturbacjach związanych z „Black Magic” Jackson zrewidował swój proces tworzenia muzyki. Długo zastanawiał się, czy jego projekty filmowe i inne przedsięwzięcia pozostawią mu czas na hip-hop. „Czuję, że musiałbym zmienić tempo” – mówi. „Nie podróżowałbym tak często. Żadnych dużych tras. Proces tworzenia nie trwa u mnie zbyt długo, długo jednak zastanawiam się, co zaoferować światu. Na początku tworzyłem dla ludzi w promieniu 10 przecznic, teraz – dla całego świata”. Osiem lat temu Eminem zaprosił Jacksona do Los Angeles, by zaprezentować umiejętności młodego rapera producentowi Dr. Dre. Wynikiem spotkania był kontrakt na milion dolarów, który w 2003 roku doprowadził do nagrania debiutanckiego albumu „Get Rich or Die Tryin’”. W ciągu zaledwie czterech dni ustanowił on rekord 872 000 sprzedanych kopii. Jego następczyni, płyta „The Massacre”, pobiła ten rekord wynikiem 1,14 miliona kopii sprzedanych dokładnie w tym samym czasie. Nieźle jak na dzieciaka z trudną przeszłością dorastającego w Queens
„NIE PODRÓŻOWAŁBYM TAK CZĘSTO . ŻADNYCH TRAS. NA POCZĄTKU G R A Ł E M W PR OMIENIU 10 PR ZECZNIC, TERAZ – DLA CAŁEGO ŚWIAT A”
75
a kc ja
Fan kina Od czasu częściowo autobiograficznego filmu „Get Rich or Die Tryin’” z 2005 roku kariera Jacksona nie wiązała się ze zbyt wieloma zaproszeniami na rozdania nagród. Większość jego filmów opowiadała o sprzedaży narkotyków i zabawach bronią (jego dotychczasowy dorobek poniżej). Jednak w zeszłym roku Jackson w dziewięć tygodni schudł 25 kg, by zagrać chorego na raka sportowca w filmie „Things Fall Apart”. Jego firma Cheetah Vision Films zgarnęła ponad 200 mln zainwestowanych w film „Set Up”.
Get Rich or Die Tryin’ (2005) Od tego się wszystko zaczęło. 50 wzorował się na „8. mili” Eminema
Kolejne ZdjęciA: Kobal Collection (1), rex features (1)
Twelve (2010) Bogate dzieciaki i narkotyki: Joel Schumacher reżyseruje, 50 diluje
13 (2010) 50 dołącza do Mickeya Rourke’a i Sama Rileya i w pokręconej grze
Gun (2010) 50 jest współtwórcą scenariusza i gra narkotykowego bossa
w Nowym Jorku. Wychowanego w epicentrum kokainowej epidemii lat 80. Jacksona otaczały narkotyki i przestępczość. Jego matka była dilerką. Zamordowano ją, gdy Jackson miał osiem lat. By przetrwać, sam zaczął handlować przynoszącymi krociowe zyski, nielegalnymi specyfikami. Zanim ukończył 19 lat, aresztowano go trzy razy. By uniknąć więzienia, dołączył do programu rehabilitacyjnego dla młodocianych przestępców. Gdy wrócił do Queens, zaczął przywiązywać większą wagę do swoich rymotwórczych umiejętności i w końcu podpisał kontrakt na 65 tys. dol. z wytwórnią Columbia. Zanim jednak w 2000 roku wydał swój debiutancki album, postrzelono go dziewięć razy przed domem jego babci w Queens. Ledwo przeżył. Columbia stwierdziła, że Jackson jest zbyt kontrowersyjny, i rozwiązała kontrakt. Gdy odzyskał siły, wrócił do korzeni, do nagrywania nieoficjalnych mixtape’ów. W 2002 roku jeden z nich wylądował na biurku Eminema. Tego dnia życie Jacksona zmieniło się na zawsze. Osiem lat później przemysł muzyczny ciągle ewoluuje, by utrzymać się przy życiu. Jackson także poczuł presję rynku i opracował nowy plan gry. „Myślę, że nowy biznes muzyczny zweryfikuje to, jak bardzo ludzie cię lubią. Niektórzy lubią cię na tyle, by wydać 99 centów na twój singiel, inni lubią cię wystarczająco, by kupić cały album. Są też tacy, którzy lubią cię tak bardzo, że chcą mieć taką czapkę jak ty, twoje okulary, koszulkę i buty. Chcą wszystkiego, co wiąże się z twoim stylem życia”. „Rzecz w tym” – kontynuuje – „by być związanym z biznesem produkującym owe markowe przedmioty, które słuchacze będą kupować wraz z singlem lub albumem. Artyści stają się tablicami ogłoszeniowymi i musimy tylko wykombinować, kto zapłaci, by umieścić swoje naklejki na tyłkach muzyków”. Hiphopowa osobowość Jacksona przyćmiewa jego prawdziwy talent. Jego prawdziwa moc nie objawia się na scenie, przy mikrofonie czy na ekranie filmowym. Jego największy dar uwidacznia się w sali konferencyjnej. Kiedy mówi o biznesie, zmienia się całkowicie. Jego delikatna niepewność związana z karierą muzyczną znika, a głos emanuje pewnością siebie i elokwencją. Może sprzedać ci wszystko i zrobi to. Nawet w czasach niestabilnej ekonomii w świecie biznesu Jackson ma dotyk
HIPHOPOWA OSOBOWOŚĆ JACKSONA PRAWDZIWY T ALENT. MOŻE on WSZYSTKO I ZROBI TO
PRZYĆMIEWA JEGO
SPRZEDAĆ CI
Midasa. Do jego inwestycji zaliczają się marka odzieżowa G-Unit, firma produkująca filmy, a nawet udziały w kopalni platyny w RPA. Według „Forbesa” w 2008 roku w 12 miesięcy zarobił 150 mln dol. Gotówka posypała się, gdy Coca-Cola kupiła matczyną firmę Vitamin Water – Glacéau za 4,1 mld dol. Jackson otrzymał udziały w firmie po stworzeniu pokrewnej marki napojów nazwanych Formula 50 i to zapewniło mu zysk w wysokości 100 mln dol. W październiku 2010 roku firma producencka Jacksona i jego partnera Randalla Emmetta, Cheetah Vision, podpisała wart 200 mln dol. kontrakt na wyprodukowanie kilku filmów, w tym ich pierwszego – „Set Up”. Jackson siedzi na schodach studia, gdy dzwoni jego agent. „Bruce w to wchodzi” – mówi. Bruce Willis, żeby była jasność. Niegasnąca gwiazda kina akcji zgodziła się zagrać w kolejnej produkcji Jacksona wraz z Paulem Walkerem wystąpi w filmie „Set Up”. Pod koniec tego długiego dnia Jackson w końcu się uśmiecha. Przed wizytą w studiu prowadził rozmowy z Creative Artists Agency (CAA), jedną z największych agencji talentów na świecie. Przeniósł się do CAA, ponieważ przykłada ona większą wagę do filmów niż jego poprzednia agencja, William Morris. „Kocham muzykę, ale w międzyczasie rozwinęła się moja filmowa pasja. Chcę brać udział w coraz większej liczby nowych, coraz lepszych projektów” – mówi Jackson. Jackson upamiętnił ten dzień, cykając zdjęcia sławom srebrnego ekranu, które spotkał w korytarzach. „To ja i Robert Redford, jeden z najlepszych aktorów w historii” – te słowa zamieścił na Twitterze wraz ze zdjęciem, na którym obejmuje gwiazdora ramieniem. „Moim celem jest pojawienie się «Things Fall Apart» na festiwalu w Sundance” – mówi. „Wpadłem dziś na Roberta Redforda, który to wszystko zaczął, i... on już o tym wiedział. Omal nie zemdlałem”. Jackson wpatruje się w zdjęcie z Redfordem na swoim BlackBerry. Ignoruje potrzeby swoich firm, przeciwników i tropicieli plotek. Skupia się na kamerze i uśmiecha się na myśl o możliwości zobaczenia własnego imienia, Curtis Jackson III, w napisach końcowych na projekcji w Sundance. Wtem jego sen na jawie przerywa menedżer wyciągający go ze studia w Santa Monica wprost do stojącego nieopodal Escalade’a. Rozbrzmiewa ryk silnika i świta 50 Centa odjeżdża w dal. Do następnego. Śledź poczynania 50 Centa, jego muzykę i filmy na: www.50cent.com
77
Credit
Zdjęcie: Michael Clark/Red Bull Photofiles
Więcej dla Ciała i Umysłu Jak i gdzie najlepiej spędzić czas.
80 DERBY DLA TWARDZIELI 82 teieLTe – DJ i Producent 83 KUCHARZ I JEGO SEKRETY 84 NA NARTY DO JAPONII 86 ZDOBĄDŹ SPRZĘT DANNy’EGO MACASKILLA 88 DZIEŃ I NOC 98 FELIETON LIZUTA
Credit
Rowerzysta trialowy Danny MacAskill (tu na USS „Midway”) wciąż poszukuje nowych miejsc do zabawy. Jakie wyposażenie zabiera ze sobą w podróże rozpoznawcze na wyprawy odkrywcze, zdradza na s. 86
Mięczakom wstęp wzbroniony. Wyścig konny Mongol Derby to prawdziwe wyzwanie – „bez bajerów”.
Niczym nieograniczone i słabo zaludnione stepy Mongolii nie są zwykłym miejscem na spędzanie letnich wakacji. Ale z drugiej strony osoby decydujące się spędzić sierpniowy urlop, uczestnicząc w wyczerpującym teście wytrzymałościowym na grzbiecie wierzchowca o błędnym wzroku podczas najdłuższego wyścigu konnego na świecie, też nie są przeciętne. Tego typu indywidualistom rozległe stepy dawnego imperium Czyngis-chana zapewniają idealne warunki do jeździeckich przedsięwzięć i dają szansę na zrzucenie kajdan współczesnego świata, mającego obsesję na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa, oraz przeżycie 10-dniowej mongolskiej przygody. A trudno o coś bardziej niesamowitego niż Mongol Derby. 80
Każdego roku XIII-wieczny system pocztowy wynaleziony przez Czyngis-chana jest przywracany do życia, pozwalając zawodnikom pokonać 1000-kilometrową trasę tak, jak robili to dawniej posłańcy: korzystając z szeregu tradycyjnych namiotów zwanych urtuu, ustawionych co 40 km, obsługiwanych przez lokalnych koczowników, wyposażonych w konie, barani gulasz i miejsca noclegowe. Ale pomiędzy tymi oazami istnieją tylko koń i jeździec. Każdego dnia pokonują dystans 100 km, samotnie nawigując w nieprzyjaznym terenie, wystawieni na ostre słońce, wiatr i deszcz, a po zmroku – na temperatury spadające poniżej zera. „Próbujemy odnaleźć tego pionierskiego ducha” – mówi menedżerka imprezy
„Wyścig jest bardzo trudny. Szóstego dnia źle skręciłem i to, co miało mi zająć cztery godziny, zajęło osiem”
Tekst: Ruth Morgan. Zdjęcia: Anya Campbell
Powrót ordy Czyngis-chana
i była uczestniczka derbów Katy Willings z Adventurists, brytyjskiej firmy, która organizuje wyścig. „Jeźdźcy nie podróżują sobie spokojnie z planem w ręku – nikt ich nie pilnuje, nie ocenia ani im nie pomaga. To prawdziwe wyzwanie”. Co roku od 20 do 30 jeźdźców przechodzi rygorystyczny sprawdzian, by dostać szansę na uczestnictwo w derbach, które rozpoczęły się w 2009 roku. By zasłużyć na miejsce, zawodnicy muszą wykazać się doskonałymi umiejętnościami jeździeckimi i być wystarczająco lekcy dla mongolskich koni. Co dziwne, najczęściej w siodle zasiadają amatorzy, a nie zawodowi jeźdźcy. „W wyścigu biorą udział najróżniejsze osoby” – mówi Katy. „Do tej pory mieliśmy czterech olimpijczyków, i to nie jeźdźców. Wielu ludzi chce się przekonać, jak ich fizyczne umiejętności sprawdzą się w tym środowisku przypominającym animowane «Szalone wyścigi»”.
Więce j dla Ciała i Umysłu
Po lewej: młody dżokej gotowy do startu – ceremonia otwarcia derbów; jazda próbna; młody jeździec. Ta strona: Richard Dyer na czele grupy; regulacja siodła; członkowie rodziny; wielu pasterzy ma telewizję satelitarną i komórki
Te pozornie niekończące się pasy trawiastych stepów otoczonych górami, nad którymi unosi się zapach tymianku, sporadycznie zamieszkane przez stada zwierząt i rodziny wędrownych rolników pracujących tu od wieków, doskonale maskują surowość tego terenu. „W dzieciństwie chciałem być kowbojem” – mówi Richard Dyer, 31-letni budowniczy z Guildford, który brał udział w zeszłorocznej edycji wyścigu. „Jednak w Wielkiej Brytanii nie ma szans na jazdę na tak ogromnej otwartej przestrzeni, więc Mongolia jest miejscem wspaniałym, ale i niezwykle wymagającym. Dreszczyk emocji zapewnia wkalkulowane ryzyko. Istnieją pewne środki bezpieczeństwa, ale jednak koniec końców, jesteś sam ze swoim koniem. Od ciebie zależy, czy dotrzesz z punktu A do B”. Jeźdźcy są wyposażeni w systemy nawigacji GPS, coś, z czego kpić mogą koczownicy, ale co firma Adventurists uważa za niezbędne. Każdy jeździec jest także śledzony, więc w razie potrzeby medycy lub weterynarze mogą z łatwością do niego dotrzeć terenówkami lub helikopterem. Jednak ingerencja ograniczana jest do minimum. „Mongolia jest naprawdę wspaniała, ale wyścig – bardzo trudny” – mówi Dyer. „Szóstego dnia źle skręciłem i to, co miało
mi zająć cztery godziny, zajęło osiem. Zacinał deszcz na skalę niemal biblijną, pojawiały się błyskawice i szalał bardzo silny wiatr. Nie ma gdzie się tutaj ukryć. Fizycznie akceptujesz fakt, że przez długie dni będziesz ciągle cały obolały. Chodzi bardziej o stan umysłu – gdy jesteś przemoczony do suchej nitki, zmarznięty i głodny, bez szans na wysuszenie, kontynuowanie wyścigu staje się prawdziwym wyzwaniem”. A gdy jeźdźcy docierają do względnie wygodnego urtuu, mogą być pewni, że w menu pojawi się baranina. Motto Adventurists – „bez bajerów” – odnosi się także do jedzenia. Zawodnicy jedzą to, co przygotują gospodarze, a niezmiennie jest to gulasz barani i szklanka mleka klaczy. „Ma ono wyjątkowy smak” – mówi Richard. „Jest sfermentowane, więc nieco alkoholowe. Nie jest to rzecz, po którą sięgnąłbyś na bezcłówce, ale w tym momencie smakuje wyśmienicie”. Na rok 2011 zaplanowano nową trasę, by zadanie było nadal ekscytujące, ale i równie trudne. Choć niektórzy kończą wyścig na tyle terenówki, większość daje z siebie dosłownie wszystko, by wytrwać do końca i móc z dumą powiedzieć, że zdała test na siłę charakteru. Więcej informacji znajdziesz na: mongolderby.theadventurists.com
MONGOLIA
Ułan Bator
INFORMACJE KTO? Startują tylko bardzo dobrzy jeźdźcy. Każdy, kto odważy się zapisać, będzie musiał przejść przez rygorystyczną selekcję. GDZIE? Dokładna lokalizacja jest trzymana w tajemnicy. By uniknąć jakichkolwiek zwiadów przed wyścigiem, wybrani jeźdźcy przewożeni są z mongolskiej stolicy Ułan Bator do nieznanego im miejsca. KIEDY? 3 sierpnia wybrani jeźdźcy rozpoczynają intensywny trzydniowy trening przedwyścigowy podczas specjalnie zorganizowanego obozu. Rywalizacja rozpocznie się 6 sierpnia o 9 rano, a zwycięzcę poznamy około 16 sierpnia. 81
Więce j dla Ciała i Umysłu
Praca domowa na piątkę Jak świat długi i szeroki, domorośli producenci wychodzą z pokoi, by prezentować swoją wizję futurystycznych bitów. Szeregi amerykańskich i brytyjskich twórców wraz ze swoimi zbasowanymi produkcjami zasilił niedawno płocczanin Teielte.
Brukowana uliczka niedaleko placu Solnego we Wrocławiu. Na schodach naprzeciwko Melin Café grupka ludzi prowadzi zażartą dyskusję na temat dzisiejszego soundsystemu. Z wnętrza klubu dochodzi miarowe dudnienie basu. Kolorowe światło rozjaśnia mrok sali, odbijając się od pokrywających ściany tapet retro. Pierwsze takty dubstepowego remixu, nieśmiertelnego „Witness”, budzą gromki aplauz. Chór gardeł wtóruje Roots Manuvie w podszytym niskimi częstotliwościami wykonaniu brytyjskiego hiphopowego hymnu. Ku radości zebranych Boorgroove, Buszkers i Kindaka nieraz jeszcze sięgają po rapowe płyty. Wokale Busta Rhymesa, Pharoahe Moncha i Ludacrisa w połączeniu z partiami syntezatorów zyskują nową moc. Owa siła zapełnia parkiet klubu, wyciska krzyki i piski z ust zebranych, zmusza ręce do rytmicznych oklasków. Sety wrocławian i poznaniaka rozgrzewają publikę przed live actem gwiazdy wieczoru, płocczanina Teielte. Debiutancki album młodego producenta tchnął nowe życie w uśpioną polską scenę bitową.
„Bębny, bas i sample pomagają mu wprawić tłum w rytmiczny, płynny ruch. Oklaski i okrzyki nie milkną jeszcze po bisie” 82
Inspirowane dokonaniami twórców z Los Angeles „Homeworkz” wywołało falę pochwał w mediach i propsów w środowisku. „Oddając mój materiał w ręce ludzi z labela U Know Me, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Liczba recenzji i wywiadów przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Zaskakują mnie porównania do Flying Lotusa, Take’a czy Onry. Każdy z nich latami pracował na swoją markę, ja jestem dopiero na początku tej drogi” – tak chwilę przed graniem tłumaczy się beat maker. Osiem utworów składających się na „prace domowe” Teielte świadczy o tym, że na owej drodze znajduje się on już dużo dalej. Występ w Melin Café jest natomiast początkiem jego pierwszej trasy koncertowej, na której zagra u boku wydającego w Ubiquity Records wiedeńczyka The Clonious. Pierwsze takty dobywające się ze znanego z występów J Dilli czy Samiyama samplera SP-404 wprawiają ściany w drżenie. 12 przycisków służy producentowi do płynnego łączenia własnych kompozycji z bitowymi szlagierami zagranicznych twórców. Bębny, bas i sample pomagają mu wprawić tłum w rytmiczny, płynny ruch. Oklaski i okrzyki nie milkną jeszcze po bisie. Teielte, wychodząc zaczerpnąć powietrza, wspomina: „Najchętniej grałbym w takich właśnie małych, klimatycznych klubach. Pośród ludzi przybyłych w konkretnym celu łatwiej przymknąć oczy i skupić się na dźwięku”. Najnowsze wieści, dźwięki i propozycje znajdziesz na blogu: blog.junoumi.com
Tekst: Filip Kalinowski; Zdjęcie: Marcin Petkowicz/Red Bull Photofiles
Teielte najlepiej czuje się w małych, kameralnych klubach
Wszystkimi zmysłami Między szałem a wesołością Gościnnie w Hangarze-7
Marcus G. Lindner
Zdjęcia: jürg waldmeier/red bull hangar-7
Każdego miesiąca restauracja Ikarus w Salzburgu przekazuje kulinarne dowodzenie innemu topowemu kucharzowi o międzynarodowej sławie. W lutym jest to szef kuchni lokalu Mesa w Zurychu. Swoją pierwszą gwiazdkę Michelina Marcus G. Lindner zdobył w hotelu Ermitage w Küsnacht. Jednak nigdzie nie czuje się lepiej niż w restauracji Mesa – to jego małe królestwo w centrum Zurychu, w którym gotuje od ponad pięciu lat. „Tu mogę po prostu bardziej być sobą”. Pochodzący z regionu Vorarlberg Lindner zdobywał doświadczenie w restauracji St. Leonhard u Maxa Dicka. Właśnie on miał największy wpływ na Lindnera. „Wyprzedzał swój czas i jednocześnie dużą wagę przykładał do najlepszych tradycji”. Zdobytą u niego wiedzę Lindner przekazuje swojemu zespołowi. „Wymagam poświęcenia, ambicji oraz konsekwencji i sam się stosuję do tych zasad. Uważam, że ludzie wszystko robią lepiej, gdy pracują z pasją”. Wytchnienie po pracowitych dniach Lindner znajduje na łonie natury – razem z synem uprawiają niewielką winnicę. „Na razie zbiory starczają na 40 butelek, ale w przyszłości chętnie wykreowałbym menu do własnego wina”.
Mesa Weinbergstr. 75, Zurych Zarówno w kuchni, jak i w sali musi panować harmonia. „Nie chcemy przytłaczać gości nadmiernymi dekoracjami. Dzięki purystycznemu designowi stwarzamy odpowiednią przestrzeń dla smaku” – tłumaczy Marcus G. Lindner. „Nadmiar szczegółów wzbudza niepokój, a tego w Mesie mieć nie chcemy. Dyskutujemy o wszystkim, od liczby szklanek aż po rozlokowanie sztućców. Sztućce układamy zawsze z prawej strony, gdyż stwierdziliśmy, że goście są do tego przyzwyczajeni i sami je tam przekładają, by mieć więcej miejsca przy stole”.
www.hangar-7.com/www.mesa-restaurant.ch
„Najważniejszą rzeczą w gotowaniu jest charakter dania. Gdy zaczynam kreować potrawę, dość dokładnie analizuję, jakie produkty ze sobą harmonizują. Muszę na podniebieniu poczuć ich zmysłowość”, mówi Marcus G. Lindner. Jego potrawy rzeczywiście mają charakter – w dosłownym znaczeniu tego słowa. Poszczególne dania w menu noszą nazwy: Szał, Upór, Wesołość. I takie właśnie odczucia i wrażenia powinny wzbudzać u każdego gościa. „Jedzenie w naszej restauracji jest jak wellness dla duszy, wizyta ma relaksować po obowiązkach dnia powszedniego. Ludzie powinni znaleźć tu równowagę i spokój, dobrze zjeść i mieć trochę rozrywki. Dla nas Mesa to więcej niż stolik. To znaczy „iść do stołu i posiedzieć przy stole”. Topowy kucharz ma swój udział także w stolikowych konwersacjach. „Inne entrée przygotowuję dla pań, inne dla panów, i już ten fakt jest pretekstem do rozpoczęcia rozmowy w lokalu: goście próbują od siebie nawzajem, wymieniają się daniami i zastanawiają się, dlaczego każdy ma na talerzu co innego”. Gdy klienci degustują np. Upór, który składa się z żaby i ośmiornicy w majonezie ze skorupiakami i ryżem z bazylią, Lindner pitrasi w kuchni nowe dania, wiedziony kolejnymi zmysłami. „Myślę, że sam znajduję się gdzieś pomiędzy wyrafinowaniem i szaleństwem. Z jednej strony moje szaleństwo daje naprawdę nieograniczone możliwości i wolność wyboru. Wszystko można wypróbować, a wolność nie zna ograniczeń. Kto świetnie gotuje, ten może sobie pozwolić na bardzo dużo. A z drugiej strony jednocześnie jestem dość wyrafinowanym kucharzem. Zawsze chcę, by najmniejsze szczegóły były zgrane i bardzo dobrze dopasowane”. Znów wracamy do zmysłowości dań i tym samym krąg się zamyka.
83
Marek Doniec poczuł japoński puch od pierwszego dotknięcia nartami – bardziej w nim pływał i latał, niż jeździł
Kierunek na narty – Japonia Czas mocniej ścisnąć paszport, zapakować większą torbę i ruszyć dalej niż zwykle. „Na Daleki Wschód, na narty tam, gdzie kwitną wiśnie” – mówi narciarz Marek Doniec. Dlaczego Japonia? Przede wszystkim w Japonii jest masa śniegu. Po prostu tony. Miesiąc padających non stop grubych płatów nie jest tu niczym nadzwyczajnym – niedobrze, jeśli ktoś, jadąc tam, liczy na modną opaleniznę z „pandą” od gogli, za to idealnie dla tych, którzy od świtu do zmierzchu (a nawet dłużej) chcą cieszyć się jazdą w puchu po szyję. W Kraju Kwitnącej Wiśni do wyboru jest całe mnóstwo terenów i ośrodków narciarskich, głównie na północnej wyspie Hokkaido. W większości spełniają one wszystkie przyjęte kryteria, do dyspozycji amatorów białego szaleństwa są wszelkiego rodzaju wyciągi, gondole, a stoki są ratrakowane i oświetlone. Baza hotelowa także nie daje powodów do narzekań – od wielopiętrowych multihoteli typu Hilton po klimatyczne lodge, gdzie można poczuć klimat japońskiego życia. Podróż do Japonii jest przygodą sama w sobie, już pięć minut po 84
Miasteczko Kutchan jest raczej puste. Pewnie dlatego, że wszyscy są na nartach
wyjściu z samolotu widać, że ma się do czynienia z zupełnie inną kulturą, a zwłaszcza językiem i znakami. Na szczęście na lotniskach, dworcach i w innych miejscach publicznych zawsze znajdzie się ktoś lepiej (lub gorzej) mówiący po angielsku i bardzo chętnie pomoże odnaleźć się w nowym środowisku. Bardzo ważną rzeczą jest przygotowanie się do takiej podróży: dobrze jest wiedzieć, gdzie się jedzie, jak tam dojechać, ewentualnie do kogo zadzwonić i ogólnie mieć przygotowany plan działania. Dlaczego Hokkaido? Hokkaido jest przede wszystkim znane ze swoich niesamowitych warunków śniegowych. Opady przychodzą tu prosto znad Syberii, śnieg jest supersuchy i jest go bardzo, bardzo dużo. Średnia temperatura w styczniu w okolicach Niseko (główny kurort Hokkaido) to około –5oC, co sprawia, że puch jest cały czas świeży, ani zmrożony, ani mokry, po prostu idealny.
Więce j dla Ciała i Umysłu
Tekst: Wojtek Antonow; Zdjęcia: Wojtek Antonow
„Po to właśnie jedzie się na narty do Japonii: jazda w głębokim puchu po lesie!” Zima Japonii trwa podobnie jak w Europie, od listopada do maja, jednak najlepszą porą jest właśnie styczeń lub luty. Jeśli ktoś w tym właśnie terminie ma wolne, potrzebne środki i fantazję, żeby lecieć na narty na koniec świata, ma zagwarantowane tyle puchu, że można w nim dosłownie pływać. Góry w Japonii nie przypominają tych znanych z austriackich Alp, są bardziej takimi „dużymi pagórkami”. Wysokość nad poziom morza też nie powala, zwykle jeździ się na 1000, maksymalnie 1600 m n.p.m., jednak miejsca, które można tam znaleźć do zjazdów, i przede wszystkim wspomniany już z 50 razy niesamowity śnieg sprawiają, że dusza śpiewa, a narty krzyczą, kiedy tnie się w puchu po pas przez japońskie zbocza. Po to właśnie jedzie się do Japonii – puch i jazda po lesie. Co z zagrożeniem lawinowym w takich warunkach? Co prawda zagrożenie takie jest dużo mniejsze niż w Alpach, lecz idąc w góry i planując jazdę poza trasami, obowiązkowo trzeba być wyposażonym w „piepsy” – sygnalizatory lawinowe. Warto też zawsze być w grupie, a najlepiej z miejscowym przewodnikiem. Ważną rzeczą jest też to, iż mimo że na ogół jazda poza trasami jest w Japonii dozwolona, to zdarzają się też miejsca, w które wstęp jest kategorycznie zabroniony. Niestosowanie się do miejscowych przepisów grozi konfiskatą karnetu, a nawet wydaleniem z ośrodka! Nie mówiąc o kulturowym faux pas, bo w Japonii po prostu nie łamie się przepisów. Kolejnym ważnym doświadczeniem w Japonii jest jedzenie. Przede wszystkim jest bardzo dobre, począwszy od sushi, poprzez zupy takie jak ramen, soba czy miso, wszystkie z kluskami, mnóstwem warzyw i innych dodatków, po takie potrawy z ryżem jak yakitori i okonomiyaki... Długo można by wymieniać kolejne dania. A w zwykłych sklepach spożywczych same przepyszne przekąski niemające nic wspólnego z europejskim trash foodem. Na przykład onigiri – to zawinięte w nori (suszone glony morskie) kulki ryżowe nadziewane różowym tuńczykiem – i zdrowo, i pysznie. Zamawianie jedzenia w restauracjach jest kolejną przygodą, gdy na ślepo wybiera się danie z kolorowej i napisanej wyłącznie po japońsku karty. Jak ktoś boi się eksperymentować, to McDonalda mają dokładnie takiego samego jak u nas. Nie jedzie
Nad okolicą góruje wulkan, zwany górą Yotei. Można zorganizować wycieczkę ze zjazdem na nartach do jego wnętrza JAPONIA
HOKKAIDO Niseko
się jednak do Japonii, żeby szukać tego, co jest znane. Jedziemy poznawać i korzystać z tego, co egzotyczne i nowe. Na każdym kroku spotyka się tu niecodzienne miejsca, ludzi i ich kulturę. Wystarczy mieć odpowiednie, otwarte podejście i spokojnie przyjmować to wszystko, co oferuje Kraj Kwitnącej Wiśni. Japończycy są przyjaźni i pomocni, czasem aż do granic absurdu – gdy zagubiony turysta znajdzie się w miejscowej łaźni i nie zna tamtejszych obyczajów, gotowi są tłumaczyć wszystko jak dziecku (bez słowa po angielsku), a nawet umyć takiemu delikwentowi plecy. Można oczywiście jeździć na narty w setki innych miejsc na kuli ziemskiej, jednak jeśli ktoś chce pojeździć w najbardziej niesamowitych warunkach na świecie, a przy tym poznać ludzi i kulturę, jakich się wcześniej nie znało – Japonia powinna być kierunkiem, który trzeba wybrać. Powodzenia! Wybierając się do Japonii na narty, nie zapomnij sprawdzić strony: www.skijapan.com
Sapporo
Niezbędne informacje Transport: Frankfurt – Tokio (Lufthansa): 3500 zł Tokio – Sapporo (Hokkaido): 800 zł Zakwaterowanie: Klimatyczne schronisko, najmodniejsze wśród poszukiwaczy przygód i profesjonalnych narciarzy – Black Diamond Lodge. Przewodnicy z BDL najlepiej też znają wszystkie warte odwiedzenia i znane z narciarskich i snowboardowych filmów miejscówki – warto się z nimi wybrać na narty (www.bdlodge.com) Koszty: nocleg między 130 a 210 zł za dobę. Dzień z przewodnikiem po Back Country – 280 zł Jeśli ktoś szuka prawdziwego luksusu – proszę bardzo: nocleg w Hiltonie przy wulkanie Yotei – od 1750 zł Narty: informacje na temat najlepszego ośrodka narciarskiego na Hokkaido, Niseko Village – www. niseko-village.com Warunki narciarskie i ceny karnetów: Niseko United – www.niseko.ne.jp/en/ Cena dziennego karnetu na rejon Niseko i okolice: 200 zł Najlepszy termin do wyjazdu do Japonii: styczeń–luty Wrażenia i śnieżny puch, po którym będzie nam dane jeździć: BEZCENNE
85
Zdjęcia: Klaus Thymann (1), Paul calver (1)
Więce j dla Ciała i Umysłu
10
9
1
8
7
86
Więce j dla Ciała i Umysłu
Zdobądź sprzęt
Niezbędnik Danny’ego MacAskilla
2
Jeśli jesteś współczesnym mistrzem rowerowych trików, a trialowy mistrz i supergwiazda YouTube’a z wyspy Skye z pewnością nim jest, będziesz potrzebował najróżniejszych sprzętów, by pokazać, na co cię stać. 1. Rower trialowy Inspired Ten rower pasuje mi pod każdym względem. Przetrwa wszystko. Zamontowałem dłuższy przewód hamulca tylnego, a przewód hamulca przedniego przeprowadziłem przez wspornik kierownicy tak, że mogę wykonywać tailwhipy. Rama i widelce firmy Inspired, koła to 24-calowe obręcze Atomlab i piasty Hope. Przedni hamulec, korby i hydrauliczny hamulec tylny – firmy Shimano Saint. Jeżdżę na oponach DMR Moto RT, a gdy pojawia się błoto – na DMR Moto Digger.
3
4
2. Camper Mój nr 1. Mieszkałem w nim przez całe zeszłe lato – to jak podróżowanie we własnej kuchni/sypialni/dyskotece. 3. Ochraniacze na kolana POC Joint VPD Są świetne. Są naprawdę elastyczne i przez te ostatnie kilka miesięcy używałem ich non stop. Sporo im zawdzięczam. 4. Ubrania Dig Deep Zapewniają mi ciepło i wygodę, a na Skye bluza z kapturem doskonale chroni moją skórę przed muszkami! 5. Kask Red Bull POC Receptor Flow Wygląda na to, że nie jestem w stanie utrzymać się na rowerze, więc kask zawsze się przydaje.
5
6. Buty Five Ten Dobre do wchodzenia na dirtowe skocznie, a do tego przytrzymują moje stopy na pedałach. 7. Kula disco To w kamperze podstawa. I nie ma nudnych wieczorów. 8. Składana łopata To wojskowy demobil. Dla mnie jest niezbędna do porządkowania nierównych podjazdów.
6
9. Rowery Orange Five i Orange 224 DH Kolarstwo górskie to jedyna obok jazdy na rowerze trialowym rzecz, którą uwielbiam, więc te rowery podróżują ze mną. Są idealne do pokonywania wzgórz. 10. Materace Zawsze zabieram je ze sobą. Przydają się podczas próbowania całkowicie nowych rzeczy.
Zobacz najnowsze niesamowite wideo Danny’ego na: www.redbull.co.uk/waybackhome
87
Więce j dla Ciała i Umysłu
Boston Celtics – Los Angeles Lakers 10.02.2011
hot SPOTS
Rajon Rondo i Shaquille O’Neal zagrają przeciwko Kobe Bryantowi, genialnemu zawodnikowi Lakersów – eksdrużyny „Shaqa”. TD Garden, Boston, USA
Zdjęcia: Andreas Schaad/Global Newsroom/Red Bull Photofiles, Getty Images/Red Bull Photofiles, James Dimmock/Red Bull Photofiles, rutger pauw/Red Bull Photofiles
Najgorętsze wydarzenia sportowe tego miesiąca.
Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Freestyle’owym 2–5.02.2011
Mistrzostwa Świata w wyścigach motocyklowych na lodzie 5–6.02.2011
Najlepsi narciarze freestyle’owi zdobywają tytuły mistrzów w takich kategoriach jak: aerials, moguls, dual moguls, halfpipe, skicross i – po raz pierwszy – w kategorii slopestyle. Deer Valley, USA
Dla Franky’ego Zorna to poważna sprawa. W programie znalazły się m.in. pierwsze wyścigi finałowe motocyklowych Mistrzostw Świata na lodzie. Krasnogorsk, Rosja
Simpel Session 3–6.02.2011
Podczas corocznego święta pod znakiem deskorolki i BMX w stolicy Estonii zagwarantowano świetny międzynarodowy program. Dodatkowo uczestnicy mogą wziąć udział w festiwalu filmowym i legendarnych już imprezach klubowych. Saku Arena, Tallinn, Estonia Puchar Świata FIS w narciarstwie biegowym 4–6.02.2011
Drodzy państwo! W mieście, które jest położone 280 km na północ od Moskwy, odbędą się zawody w takich kategoriach jak: sprint, sztafeta, bieg na dochodzenie. Rybińsk, Rosja
Narciarski Puchar Świata FIS Mężczyzn 5–6.02.2011
Hinterstoder po raz pierwszy od 2006 roku powraca do mistrzowskiego kalendarza. Podczas slalomu giganta można – po raz ostatni przed narciarskimi Mistrzostwami Świata – sprawdzić formę. Hinterstoder, Austria Super Bowl XLV 6.02.2011
Super Bowl jest największym jednodniowym spektaklem sportowym w USA. W ubiegłym roku po raz pierwszy pierścień zwycięzcy zdobył grający jako running back Reggie Bush i jego drużyna New Orleans Saints. Cowboys Stadium, Arlington, USA
AMA Supercross 5.02.2011
Mistrzostwa Świata FIS w Narciarstwie Alpejskim 7–20.02.2011
Piąty przystanek amerykańskiej serii zawodów motocrossowych umiejscowiono na kalifornijskim stadionie Angel – w tym samym miejscu, gdzie w styczniu rozpoczął się sezon. Anaheim, USA
Podczas MŚ 2009 w Val d’Isère Lindsey Vonn pokazała prawdziwą klasę w zjeździe i super gigancie. Brakuje jej medalu w slalomie i slalomie gigancie. Garmisch-Partenkirchen, Niemcy
Red Bull Crashed Ice Valkenburg 5.02.2011
Snowboardowy Puchar Świata FIS 8–9.02.2011
Wprowadzenie do zawodów Red Bull Crashed Ice Championship odbędzie się na torze o długości 390 m w Valkenburg. Valkenburg, Holandia
W mieście, które konkuruje o organizacje zimowych igrzysk olimpijskich 2018, odbędą się zawody snowboard crossu i równoległy slalom gigant. Yongpyong, Korea Południowa
88
NASCAR Sprint Cup Series 20.02.2011
Stało się już niemal tradycją, że nowy sezon NASCAR rozpoczyna się zawodami Daytona 500 w słonecznym stanie Floryda. Daytona, USA
Więce j dla Ciała i Umysłu Red Bull Crashed Ice Moskwa 26.02.2011
Być może podczas trzeciego i przedostatniego wydarzenia w stolicy Rosji będzie można wytypować zdobywców tytułów. Moskwa, Rosja
NBA All Star Game 20.02.2011 Biatlonowy Puchar Świata IBU 10–13.02.2011
Druga część transoceanicznych zawodów. Po sprincie, biegu na dochodzenie i wspólnym starcie oczy wszystkich będą skierowane na Mistrzostwa Świata w Rosji. Fort Kent, USA WRC Rajd Szwecji 11–13.02.2011
Sébastien Loeb jest jedynym zwycięzcą, w ponad pięćdziesięcioletniej historii rozgrywanych na śniegu i lodzie zawodów, który nie pochodzi z Północy, Karlstad, Szwecja Red Bull Open Ice 12–13.02.2011
Finał gier hokejowych w ich pierwotnej formie: czterech na czterech na zamarzniętym jeziorze. Mendon Ponds Park, Rochester, USA Puchar Świata FIS w skokach narciarskich 12–13.02.2011
Dopiero w przyszłym roku w Vikersund odbędą się Mistrzostwa Świata w lotach narciarskich. Jednak Björn Einar Romören, właściciel rekordu 239 m, może czuć się zagrożony już teraz – po przebudowie Vikersundbakken. Vikersund, Norwegia Night of the Jumps 18–19.02.2011
Widzowie już teraz mogą szykować się na zapierający dech w piersiach spektakl motocrossowy, czyli na zawody w kategoriach: race & style, highest air, whipcontest i freestyle. Turyn, Włochy
Red Bull Playstreets 19.02.2011
Najlepsi narciarze new school, jak trzej dotychczasowi zwycięzcy: Russ Henshaw, Oscar Scherlin czy Charles Gagnier, zostawią ślady w okolicach Gastein. Bad Gastein, Austria
FC Red Bull Salzburg – Rapid Wien 19.02.2011
Pierwszy mecz na własnym boisku w sezonie wiosennym to prawdziwy przebój. Ostatnio urzędujący mistrz rozstał się z najbardziej utytułowaną drużyną z wynikiem 1:1. Red Bull Arena, Salzburg, Austria
W kulminacyjnym momencie weekendu NBA All Star zagrają ze sobą najlepsi koszykarze Wschodniej i Zachodniej Konferencji. Zawodników „startujących piątek” publiczność wybiera w głosowaniu. Staples Center, Los Angeles, USA Norweskie narciarskie mistrzostwa świata FIS 24.02–6.03.2011
Właśnie do Holmenkollen – historycznego centrum sportów Północy – przyjeżdżają po medale skoczkowie narciarscy, biegacze i zawodnicy startujący w kombinacji. Holmenkollen, Oslo, Norwegia Snowboardowy Puchar Świata FIS 17–20.02.2011
Snowboardowy Puchar Świata zatrzymał się na siedem zawodów w Quebecu. Kobiety i mężczyźni zawalczą w następujących konkurencjach: halfpipe, snowboardcross i slalom gigant, panowie dodatkowo wezmą udział w skokach big air. Stoneham, Kanada Red Bull Zjazd na Krechę 26–27.02.2011
Masowy wyścig snowboardzistów i narciarzy z Kasprowego Wierchu do Kuźnic powraca w wielkim stylu. Czy padnie nowy rekord? Zakopane, Polska Corrida de Bonecos Gigantes de Olinda 26.02.2011
200-metrowy wyścig gigantycznych lalek (do 3 m wysokości) to część rozsławionych uroczystości karnawałowych w jednym z najstarszych miast Brazylii. Olinda, Brazylia ASP World Tour 26.02–9.03.2011
Ferie zimowe się skończyły i w użyciu jest znów krem przeciwsłoneczny. Profesjonalni surferzy rozpoczynają sezon na australijskim Złotym Wybrzeżu. Gold Coast, Australia 89
Więce j dla Ciała i Umysłu
Night spots Okrążamy świat więcej niż jeden raz. Dla wszystkich, którzy nigdy nie mają dość!
Club Transmediale 1–6.02.2011
Berlin to nowa stolica digi świata. Ubogi – ale sexy, przepełniony, ale niezwykle kreatywny. Taką opinią niemiecka stolica cieszy się nie tylko ze względu na Transmediale, festiwal sztuki nowoczesnej, który w tym roku zasilą tacy artyści jak Monolake, Dorian Concept, Kode9 czy The Field. Różne lokalizacje, Berlin, Niemcy Trasa po Wielkiej Brytanii: Twin Atlantic 1–13.02.2011
W 2010 roku chłopcy z Glasgow jechali w trasę jednym autobusem z idolami pop punka Blink 182. W tym roku to Twin Atlantic objeżdża Wyspy Brytyjskie jako gwiazda ze swoimi muzycznymi przystawkami, dając przedsmak drugiego albumu, który ukaże się w kwietniu. Krążek został nagrany w Red Bull Studio w LA przez producenta Foo Fighters Gila Nortona. 1.2. Kingston, Peel 2.2. Cardiff, Ifor Bach 4.2. Plymouth, White Rabbit Daty pozostałych koncertów na www.twinatlantic.com
Zdjęcia: Rex Features, Getty (3)
BLOODGROUP 2.02.2011
„To będzie tegoroczne odkrycie na miarę The xx” – zawyrokowała po jednym z koncertów islandzkiego kwartetu opiniotwórcza amerykańska krytyka. Skandynawowie porównywani bywają też do The Knife czy CSS, a ich autorski miks electro, rocka i popu potrafi porwać do tańca nawet najbardziej zachowawczych i chłodnych mieszkańców Północy. Re, Kraków, Polska 90
The Music of Neil Young 10.02.2011
Ponad 20 artystów złoży hołd legendzie: Patti Smith, The Roots (na zdjęciu) i in. Artyści wykonają utwory Neila Younga we własnych interpretacjach. Carnegie Hall, Nowy Jork, USA NETSKY 11.02.2011
Najmłodszy reprezentant bębniarsko-basowego potentata Hospital Records odwiedzi Gdańsk dwa miesiące po przełomowym dla jego kariery roku 2010. DJ został niedawno nagrodzony przez portal Drum & Bass Arena tytułem najlepszego newcomera i autora najlepszego albumu. Każdym setem i wydawnictwem potwierdza swoje zasługi także dla sceny jungle’owej. CSG, Gdańsk, Polska DJ VADIM & YARAH BRAVO 11.02.2011
Otwarcie nowego warszawskiego klubu swoją obecnością uświetni jedna z najbardziej rozpoznawalnych, „hip-hopowych” par. Industrialne przestrzenie dawnego warsztatu samochodowego rozgrzeje bujająca mieszanka funku, soulu, reggae i rapu. Podczas gdy reprezentant BBE Records zajmie się selekcją i miksem, jego lepsza połowa chwyci za mikrofon. Ósmy Dzień Tygodnia, Warszawa, Polska
Censaios tÉcnicos das escolas de samba 13.02.2011
W marcu karnawałowy pochód zmieni Rio w imprezową stolicę świata. Już próby w szkołach samby są kolorowymi festynami. Sambódromo, Brazylia
Więce j dla Ciała i Umysłu Tinie Tempah, Katy B 22.02.2011
Raper Tinie Tempah był odkryciem 2010 roku. W 2011 wysokie loty ma w planach Katy B (na zdjęciu). Ten funkowy dream team wyrusza razem w trasę po Wielkiej Brytanii. O2 ABC, Glasgow, Szkocja
Trasa amerykańska: Pendulum & Innerpartysystem 16–26.02.2011
W pewnym momencie drum’n’bass znalazł się w ślepym zaułku: wciąż te same beaty i basy z syntezatora. Ratunek przyszedł siedem lat temu wraz z australijskim Pendulum, pierwszym prawdziwym zespołem d’n’b: perkusja, gitara, piosenki gdzieś z pogranicza rocka i elektroniki. Osiągnęli olbrzymi sukces. Podobne organiczne dance’owe brzmienie produkuje Innerpartysystem z Pensylwanii, który będzie supportem Pendulum podczas amerykańskiej trasy. 16.2. Denver, Ogden Theatre 17.2. Salt Lake City, The Venue 19.2. Seattle, Showbox SoDo Terminy kolejnych koncertów: www.innerpartysystem.com Harris 17.02.2011
Musi być pewny swego, skoro nazwał album „Twoja ulubiona płyta”. Ale w przypadku Harrisa przechwalanie się jest uzasadnione, ponieważ tym razem na nowym krążku „Der Mann im Haus” berliński raper razem z kolegą Sido uprawia gry słowne najwyższej próby. B72, Wiedeń, Austria Brendon Moeller 19.02.2011
Techno nie jest weekendowym zajęciem dla stacjonującego w Nowym Jorku muzyka z RPA. Techno to jego religia. Od 1994 roku Moeller pracuje nad eterycznym połączeniem kołaczących bębnów i dubowych wycofanych brzmień. Głębokie wrażenie, niemal duchowe przeżycie. Berghain, Berlin, Niemcy NORTHERN LIVING FESTIVAL 18–19.02.2011
Micro Mutek Festival 9–11.02.2011
Elektroniczny label MUTEK inspiruje Barcelonę, prezentując takich artystów jak Frivolous czy Ikonika (na zdjęciu). Barcelona, Hiszpania
Pierwszą edycję skandynawskocentrycznego festiwalu odwiedzą między innymi José González z zespołem Junip, Luomo i Hans Peter Lindstrøm. Szwedzkie gwiazdy nowego folku dzielić będą scenę z tuzami północnoeuropejskiej muzyki klubowej. Muzyczny line-up wydarzenia dopełnią pokazy filmów, fotografii i designu. Fabryka Trzciny, Warszawa, Polska
Jamie Woon 24.02.2011
Uważa się go za najbardziej obiecującego artystę nowego roku: 27-letni Brytyjczyk to jedno z pięciu nazwisk na liście „BBC’s Sound of 2011”. Na te przedwczesne laury Jamie Woon zasłużył melancholijnymi piosenkami w klimacie soul i dubstep. Świadczy o tym jego debiutancki album „Mirrorwriting”, który ukaże się w kwietniu. Scala, Londyn, Wielka Brytania Ben Sims & Kirk Degiorgio 25.02.2011
Dwie legendy elektroniki, Sims i Degiorgio, rozpoczynają nowy projekt klubowy o nazwie „Machine”. Dokładny adres klubu zostanie ujawniany w ostatniej chwili, znane jest jedynie muzyczne motto – „new and unreleased techno” – oraz pseudonim pierwszego gościa: Luke Slater. TBA, Londyn, Wielka Brytania Rock The Floor 26.02.2011
Jeden na jeden na udeptanej ziemi zmierzą się w Forcie Legionów uczestnicy nowo powstałego turnieju breakdance’owego. Podczas gdy tancerze walczyć będą o tytuły, laury i sławę, mury starej twierdzy we władanie wezmą giganci światowego street-artu. KAWS, London Police czy Flying Fortress to ksywy, które uliczni poszukiwacze sztuki wymieniają jednym tchem wraz z Banksym. Fort Legionów, Warszawa, Polska Source on Ice Festival 26.02.2011
Festiwal na wolnym powietrzu w lutym? W Holandii? Wszystko dzięki rosyjskiemu cyrkowi państwowemu. Właśnie z rosyjskiego cyrku organizatorzy wypożyczyli namiot na jedną noc: poncz, łyżwy, nawierzchnia do tańczenia i najlepsi artyści electro – od Floating Points, poprzez Kyle’a Halla aż po Speedy’ego J. Down Under, Houten, Holandia 91
w Więce j dla Ciała i Umysłu
Niewidzialny Liu Bolin jest artystą, który dosłownie wtapia się w swoją pracę. Poprzez tę subtelną grę w chowanego Bolin chce zwrócić uwagę na bardzo złą sytuację artystów w Chinach.
Liu Bolin dorastał w prowincji Shandong. Po ukończeniu szkoły przeprowadził się do Pekinu, by studiować rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych 92
LIU BOLIN PEKIN
Stojąc na żółtej linii autostrady prowadzącej do Szanghaju pewien mężczyzna i jego ekipa ścigają się z czasem. Horyzont ozdabiają pnące się w górę drapacze chmur, a na drodze pojawia się tajemniczy monolit. Wspomniany mężczyzna zostaje dosłownie wmalowany w tło, słońce znika. Jego ubranie pokrywają kolory i kształty, twarz i włosy idealnie wtapiają się w miejski krajobraz Chin. I wtedy właśnie zostaje zrobione zdjęcie dokumentujące ten spektakularny kamuflaż. Paradoksalnie ten chiński artysta, Liu Bolin, stał się doskonale widoczny na scenie światowej... dzięki umiejętnemu znikaniu. Od czasu pierwszej wystawy w 2007 roku jego kamuflażowe zdjęcia zwróciły uwagę świata sztuki (i nie tylko), zdobyły uznanie krytyków i stały się jego znakiem rozpoznawczym. Dzięki nim pojawił się w wielu miejscach publicznych w jego rodzinnych Chinach, z pomalowanym ciałem i twarzą stając się doskonałym przykładem trompe l’oeil. Zdjęcia nie zostały w żaden sposób zmodyfikowane. „Dla mnie ukrywanie się to strategia. To sposób na zdobycie władzy” – mówi Liu. Zdjęcia będące częścią serii, którą 37-latek nazywa „Ukrywając się w mieście”, początkowo były reakcją na ciężkie osobiste przeżycia. W listopadzie 2005 roku chiński rząd zburzył pekińską artystyczną wioskę Suo Jiacun, pozbawiając Liu i około stu innych artystów dachu nad głową. „Przymusowe zlikwidowanie studia stało się moją inspiracją” – mówi Liu, który urodził się w prowincji Shandong, a rzeźbiarstwa uczył się w Central Academy of Fine Arts w Pekinie. „Chcę pokazać światu cichy opór chińskich artystów”. Pierwsze zdjęcie z serii pokazuje Liu zakamuflowanego w gruzach. Wielu fotografów podążyło jego śladami, dyskretnie w ten sposób komentując pozycję sztuki i społeczeństwa w Chinach. Na kolejnym Liu wtapia się w plakat reklamujący Igrzyska Olimpijskie 2008 w Pekinie. Kilka ujęć pokazuje go na tle miejskich ścian pokrytych wizerunkami chińskich osobistości, graffiti lub postaciami z kreskówek. Znika przy Wielkim Murze, a nawet „ukrywa się” za mężczyznami w chińskich mundurach wojskowych. Ten artysta jest zarówno aktorem, jak i producentem, a to, co robi, uznaje za spektakl. „Podczas występu po prostu stoję bez ruchu, nie myślę zbyt wiele” – objaśnia swą rolę. „Ale przygotowanie zajmuje dużo czasu. Długo myślę nad wyborem tła – muszę jasno przekazać odbiorcom, dlaczego wybrałem właśnie to”. Asystenci malują Liu w ustalony
Tekst: kimberly bradley; Zdjęcia: Caters News Agency (4)
Profil artysty
Bolin najbardziej wtapia się w tło ścian – oplakatowanych, z graffiti lub z namalowanymi postaciami anime
wcześniej sposób najszybciej, jak mogą – zazwyczaj zajmuje to pięć-sześć godzin, ale czasem nawet dziesięć – a następnie fotografują go. Niczym czyste płótno Liu zawsze ma na sobie szary uniform... Taki sam, jakiego chińskie wojsko używa do codziennych treningów. „Jest to tani i popularny cywilny kamuflaż” – mówi. Ostatnie trzy lata obfitowały w grupowe i indywidualne wystawy artysty na całym świecie. Stał się także osobistością znaną w sieci. A teraz wkracza na nowe tereny. Niedawno we Włoszech powstała nowa seria zdjęć, na których artysta znika, wtapiając się w słynne włoskie krajobrazy, jak most Rialto w Wenecji. A jeśli chodzi o bardziej komercyjną, niezwykłą współpracę Wschodu z Zachodem, to firma Oris, producent ręcznie robionych szwajcarskich zegarków, wybrała Liu Bolina na ambasadora marki, wykorzystując jego wizerunek w kampanii reklamowej. Jednak te nowe projekty nie odbiegają daleko od pierwotnej misji artysty. „We współczesnych Chinach sztuka jest nie tylko pretekstem. Celem artystów jest również przekazanie myśli. Mam nadzieję, że poprzez moje prace odbiorcy mogą zrozumieć nasze społeczeństwo” – wyjaśnia. „Mam nadzieję, że każda osoba może sama siebie ocalić, zrozumieć własną wartość i środowisko, w którym żyje, a tym samym zrozumieć, co musi zrobić, by to środowisko ulepszyć”. W czasach, gdy Chiny wciąż ograniczają swych artystów (tylko w tym roku słynny chiński artysta konceptualny Ai Weiwei został skazany na areszt domowy i zmuszony do zlikwidowania swego studia w Szanghaju) – Liu wytrwale pracuje w domu i za granicą. „Niektórzy nazywają mnie niewidzialnym mężczyzną, ale dla mnie właśnie to, co niewidoczne na zdjęciu, w rzeczywistości najlepiej opowiada historię”. Czyż nie ma racji?
Dzięki blogerom, którzy zamieszczali na swoich stronach zdjęcia jak to powyżej, Bolin stał się ikoną internetu
„Number 9” (2006) z serii zdjęć Liu Bolina pt. „Hiding In the City”
Zdjęcia oraz filmy z działań Liu Bolina są dostępne tu: www.elikleinfineart.com 93
Więce j dla Ciała i Umysłu
Krwistoczerwony ekspres do kawy w ulubionej kafejce Nive, Barista, jest równie kolorowy jak domy tworzące krajobraz w jej rodzinnym miasteczku
3
Resident Artist
NUUK RÅDHUS GREENLAND NATIONAL MUSEUM
Nie wszystkie drogi prowadzą do Nuuk. W sumie to żadna nie prowadzi do Nuuk. Artystka Nive Nielsen tłumaczy, dlaczego warto tam zawitać.
94
i skórami na ścianach. Dość surrealistyczny pomysł, bo w Nuuk nie ma koni, a tym bardziej kowboi. Tak więc w jednej chwili pokonujesz zaspy śnieżne, a w drugiej wchodzisz do Mutten i już jesteś na Dzikim Zachodzie. Nuuk ma także swój zakątek barowy. Znajdziesz tu klub bilardowy zwany Daddy’s. Tuż obok mamy kolejny bar, Godthåb. Niby niczym się nie wyróżnia, ale w każdy weekend grają tu cover bandy z Bułgarii i Tajlandii. Tak jest, tajskie zespoły wykonujące grenlandzkie folkowe utwory i stare rockowe klasyki. Lubię rozpocząć dzień w Barista (2), jedynym miejscu w Nuuk oferującym porządną kawę. Nie ma jak pyszna pianka i odpowiednia konsystencja. Espresso jest mocne i smakuje wyśmienicie. Lokal prowadzi moja znajoma i po wyglądzie maszyny do espresso można stwierdzić, że jakość kawy ma dla niej nadrzędne znaczenie. Choć ciężko jest znaleźć dobrą kawę, nietrudno jest złowić smakowity przykład grenlandzkiej kuchni. Na przykład w mojej ulubionej portowej restauracji Nipiza (3) dostaniesz wędzonego renifera, ryby, piżmowoła, gulasz z mięsa wieloryba lub foki oraz suszoną wielorybią skórę. Odwiedzający mnie znajomi uwielbiają lokalne potrawy.
1 2
Saqqarliit
H. J. Rink svej
400 -tal ik
Północne światło Nuuk to miasteczko inne niż wszystkie. Pod wieloma względami. Po pierwsze, nie jest połączone z innymi miejscami na Grenlandii. Przynajmniej nie drogami. Jeśli chcesz opuścić miasto, potrzebujesz łodzi, helikoptera lub śmigłowca. Tak, Nuuk naprawdę znajduje się na odludziu. Z drugiej strony, mamy góry, wybrzeże, mnóstwo wody i gór lodowych. Krajobraz ten fascynuje i jednocześnie inspiruje, przede wszystkim artystów. A jest ich tu wielu. Na przykład mój ojciec – Kasper Skifte. W latach 70. wypuszczał rockowe nagrania, muzykę będącą na topie. Uwielbiam też Ole Christiansona – ostry rock z syntezatorami. Jego surrealistyczne teksty są wspaniałe. Na przykład w jednym z utworów opisuje pokój i dziejące się w nim rzeczy. I dopiero na samym końcu uświadamiasz sobie, że cała piosenka jest o kobiecie. Śpiewa po grenlandzku. Ale jego teksty wystarczały, by zachęcić ludzi do obcowania z naszym językiem. Christianson często występuje w Kristinemut (1) lub Mutten, jednym z najstarszych pubów w Nuuk, który nadal potrafi mnie zaskoczyć, ponieważ wnętrze co jakiś czas przechodzi całkowitą metamorfozę. Obecnie Mutten stylizowany jest na kowbojski saloon z ciemnymi drewnianymi panelami oraz siodłami
NUUK STADION
Aq qu si n er su aq
DRONNING INGRIDS SYGEHUS
FERRY
1 Kristinemut, Aqqusinersuaq 7, 3900 Nuuk 2 Barista, Imanaq 30, 3900 Nuuk 3 Nipisa, Hans Egedesvej 29, 1. Sal, 3900 Nuuk
No, może poza wyjątkiem wegetarian. Ale jest jedna rzecz, którą mogę im polecić. Kuannit Kristinemut to rodzaj 1. selera, ale dużo smaczniejszy niż ten powszechnie znany. Jest nieco kwaśny, 2. Barista więc przed zjedzeniem moczymy go w cukrze. Miejsca jak Qoornoq zapadająNipisa Restaurant 3.takie w pamięci równie szybko jak lokalna kuchnia. To opuszczona wioska na wyspie tuż obok Nuuk. Urodził się tam mój dziadek i jest to najbardziej inspirujące miejsce, jakie znam. Panuje tam wyjątkowy spokój i cisza, nie ma tam nic oprócz kilku domów wakacyjnych. Dojazd na miejsce nie jest problemem – przynajmniej dla tubylców – bo każdy mieszkaniec Nuuk ma swoją łódź. Ale uwaga: chmary komarów stanowią latem poważny problem. Dlatego ludzie używają moskitier podczas wodnych wypraw. Wygląda to zabawnie, ale jak powiedziałam, Nuuk to miasteczko inne niż wszystkie. Pod wieloma względami. Debiutancki album „Nive Sings!” jest dostępny na: nivenielsen.bandcamp.com
Tekst: florian obkircher; Zdjęcia: Barista, Joi Kjartans, www.greenland.com
Nive Nielsen Nuuk
Więce j dla Ciała i Umysłu
Najlepsze kluby świata
Meskalinowe pamiętniki
Zdjęcia: Lance Mercer/Red Bull Photofiles, La Santanera (2)
Są na świecie miejsca, w których styczeń nie oznacza detoksu i hibernacji, ale wylegiwanie się na tarasie. Właściciel Alex Gamez wyjaśnia, dlaczego jego klub jest najlepszy na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Uwielbiamy prowadzić klub w tym mieście, ponieważ... W mieście tym mieszkają ludzie z całego świata, którzy są otwarci na nowe rzeczy. To zainspirowało nas do otworzenia klubu z alternatywną muzyką i sceną klubową. Nazwa klubu odnosi się do... Meksykańskiego synkretyzmu pomiędzy naszymi azteckimi korzeniami a katolickim dziedzictwem. Wznieśliśmy nawet ołtarz dla Jesusa Malverde, świętego, do którego modlą się narcos, ponieważ myślimy, że to niesamowite, że narcos modlą się do świętych. Mieliśmy pomysł, by... Zrobić coś innego i eklektycznego. Rob Garza z Thievery Corporation jest jednym z naszych partnerów i już na samym początku ustaliliśmy, że miejsce to będzie się kręciło przede wszystkim wokół muzyki. Wnętrze klubu wygląda jak... Połączenie Titty Twistera z „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza i pewnych scen z „Matrixa”, zwłaszcza pokoju, w którym Neo decyduje, czy wziąć czerwoną, czy niebieską pigułkę. Zazwyczaj impreza rozkręca się o... Pierwszej lub drugiej w nocy. Pierwszą rzeczą, jaką widzisz, wchodząc do klubu, jest... Przypominające ołtarz rozbłyskujące królestwo DJ-a z posrebrzanymi lustrami i głośnikami ze srebrnymi kratami. Najlepszym drinkiem na początek jest... Mezcal Cinco. Bez dodatków! Z plasterkiem pomarańczy i odrobiną chilli. Najbardziej szalona noc... Na początku działalności klubu – zarząd miasta ogłosił, że każdy klub może działać tylko do trzeciej nad ranem. W weekendy musieliśmy ukrywać około 80 osób w biurze przez 30 minut, zanim inspektorzy nie opuścili lokalu. Powinniśmy także wspomnieć o naszych łazienkach, ponieważ...
La Santanera Playa del Carmen „ Przypominające ołtarz rozbłyskujące królestwo DJ-a z posrebrzanymi lustrami i głośnikami ze srebrnymi kratami” Można tam być nieprzyzwoitym. Klub jest pełny, gdy... Trzeba czekać pięć minut w kolejce do łazienki. Możemy pomieścić 500–600 osób. Najbliższe miejsce, w którym można późną nocą napełnić zalane alkoholem żołądki... El Fogon, miejscówka otwarta 24 h, oferująca taco, a jeśli dasz napiwek, to nawet piwo. A gdy imprezowe szaleństwo zaczyna cię przytłaczać, możesz... Odpocząć na naszym tarasie na górze. To spora miejscówka na świeżym powietrzu z barokowymi sofami i atmosferą relaksu. Taksówka powrotna do centrum miasta kosztuje... Nic a nic. Jesteśmy w samym centrum Plai.
La Santanera, Calle 12 entre 5ta y 10Av, Playa del Carmen, Meksyk, www.lasantanera.com 95
Więce j dla Ciała i Umysłu
The Drums Green Room
I Wanna Go Surfing
KopenhagA
Arktyczny chłód opanowuje Europę, a poszukujący przyzwoitych fal oraz ogniska Nick Amies w Danii znajduje rozgrzewający zimową rzeczywistość zespół The Drums.
Mistrzowie gitar: The Drums wprawiają Kopenhagę w imprezowy nastrój
Wygląda na to, że Kopenhaga nie cierpi tak bardzo jak inne kraje Europy z powodu ataku zimy zmuszającego większą część kontynentu do natychmiastowego wyciągnięcia puchowych kurtek i bielizny termicznej. Duńska stolica naśmiewa się z temperatur oscylujących delikatnie poniżej zera. Jest prawie ciepło, biorąc pod uwagę zanotowaną tu rekordowo niską temperaturę wynoszącą –29°C. Brooklińskie gwiazdki indie The Drums, odwiedzające miasto w ramach europejskiej trasy, podchodzą do grudniowego chłodu równie optymistycznie. „W Brooklynie mamy naprawdę ostrą zimę, więc podoba mi się tu, w Europie” 96
– mówi Jonathan Pierce, lakoniczny lider grupy, wyciągając się na skórzanej kanapie za kulisami areny koncertowej Vega w Kopenhadze. „Wszyscy jesteśmy bardzo wrażliwi na otaczające nas warunki. Tegoroczny upał miał na nas duży wpływ, co słychać w kilku utworach; płyną z nich słoneczne, pozytywne wibracje. Już nie mogę się doczekać powrotu do Nowego Jorku i panującego tam zimna. To dla nas bardzo kreatywne środowisko”. Od czasu spektakularnego debiutu na alternatywnej scenie w 2009 roku wśród pochwał i aplauzu, trzy lata od założenia w NYC, The Drums podbijają obydwie strony Atlantyku swym ostrym, zainspirowanym
latami 80. gitarowym popem. Bazując na brzmieniu The Smiths, The Cure, Joy Division i Orange Juice, zespół powraca do chwalebnych dni ruchu niezależności, okresu, w którym bycie wyrzutkiem nie było tylko kolejnym chwytem marketingowym największych wytwórni. Niektórzy krytycy posuwają się nawet do nazywania tych samozwańczych dziwaków zbawcami indie rocka. Ale tytuł ten nie do końca pasuje do zespołu. „Robisz coś, co kochasz, cały świat kręci się wokół ciebie i nagle każdy zaczyna reagować” – mówi perkusista Connor Hanwick. „Pierwszy album został napisany, jeszcze zanim ktokolwiek o nas usłyszał, znaczy to
Więce j dla Ciała i Umysłu
Struny gitary Jacoba Grahama są mocno napięte...
...a perkusja Connora Hanwicka wypuszcza luźne dźwięki
Tekst: nick amies; Zdjęcia: Lasse Dearman (4)
Dziwne trio: „Jako dzieci wszyscy odbiegaliśmy od normy”
„Mamy naturalną potrzebę szukania równowagi. Nie chcemy tworzyć wesołych piosenek w rzeczywistości opowiadających o smutku” więc, że pisaliśmy piosenki, które nam się podobały. Nie staraliśmy się niczego zbawić, ocalić. Wiemy, że wszystko kiedyś mija. Za rok znów wydarzy się coś wielkiego, pojawi się kolejny dobry zespół. Niezależnie od tego, czy jesteś uwielbiany, czy nienawidzony, pewnego dnia nikogo nie będzie to obchodziło, więc musi chodzić tylko o pisanie świetnych utworów, bo będą się one za tobą ciągnęły aż po grób”. Ten niemal brutalnie realistyczny sposób postrzegania życia i muzyki nie bardzo pasuje do żywiołowości i optymizmu wielu z ich piosenek. Oto dychotomia typowa dla The Drums. „Mamy naturalną potrzebę szukania równowagi” – mówi Pierce. „Nie planujemy tworzenia wesoło brzmiących piosenek, które w rzeczywistości opowiadają o smutku. Ale do takich utworów ciągnie nas przez całe życie; są to nasze ulubione piosenki i taki rodzaj piosenek chcemy pisać. Ale wszystko jest subiektywne; na przykład «Forever and Ever Amen» sprawia, że niektórzy płaczą, podczas gdy inni podskakują z radości. Cieszy nas obcowanie z odcieniami szarości”. Wraz z nadejściem mroku i gwałtownym spadkiem temperatury Vega zapełnia się ożywionymi mieszkańcami Kopenhagi, którzy najwidoczniej nie mają pojęcia o ciemnej stronie The Drums. By osiągnąć pożądaną równowagę, The Drums zwalczają ponurość na zewnątrz, dając show pasujący do entuzjazmu ich publiczności. Wkrótce tłum rozkoszuje się lekkimi melodiami i melancholijnym nastrojem piosenek takich jak „Down by the Water”, „Best Friend” czy „Submarine”, które zamieniają kameralne przestrzenie Vegi w przyjemne nadmorskie miejsce. Idylliczny utwór „Let’s Go Surfing” przenosi publiczność na oświetloną blaskiem ogniska imprezę, na której wirują w boardshortach na brzegu oceanu, podczas gdy wolność płynąca z dźwięków „Book of Stories” rozwiewa włosy tłumu niczym oceaniczna bryza. Kogo obchodzi, czy te na pozór optymistyczne piosenki mają ukryte kolce? Chcąc nie chcąc, The Drums sprowadzili do zimowej Kopenhagi odrobinę lata. Najnowszy album: The Drums (Moshi Moshi Recordings). Więcej na: www.thedrums.com 97
I
co porabiasz w Paryżu? – spytałem piękną Polkę poznaną na artystowskim międzynarodowym bankiecie w szpanerskiej dzielnicy Mares. – Zajmuję się modelingiem – odparła poważnie. Nie zrozumiałem. Intuicja i towarzystwo wokół sugerowały, że moja nowa znajoma zajmuje się jakąś sztuką plastyczną i studiuje na paryskiej akademii. Dopiero później znajomi mi wyjaśnili, że dziewczyna próbuje po prostu znaleźć pracę jako modelka i to się nazywa „modeling”. Wyszedłem na ignoranta. Ratuje mnie tylko fakt, że było to ładnych parę lat temu, bo przecież dzisiaj każde dziecko wie, co to jest modeling. „Główną atrakcją tegorocznej zabawy na naszej uczelni będą wybory miss studentek wydziałów humanistycznych” – przeczytałem na wielkim plakacie tuż przy wejściu na Uniwersytet Jagielloński. Przyszło mi więc do głowy, że Wyższa Szkoła Modelek im. Joanny Krupy podczas swej imprezy zorganizuje dla równowagi dla swoich słuchaczek wesoły konkurs na esej krytyczny dotyczący twórczości Simone de Beauvoir. Z kolei Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk powinien zorganizować zimowy turniej opalenizny. Uniwersytet modelingu powstanie w Polsce, jestem tego pewien. Niedawno przy trójmiejskiej obwodnicy zobaczyłem wielki neon „Akademia Paznokci”, więc wszystko jest na dobrej drodze. Trójmiasto jest dumne ze swej akademickiej tradycji… Praca modelki jest niezwykle ciężka, stresująca, wymaga wielu lat nauki, wyrzeczeń i determinacji. W dodatku – jak udowodnił nam program „Top Model” – do tego zawodu potrzebna jest niebanalna osobowość, inteligencja, znajomość języków. Słowem – wszechstronny talent. Tak, tak! Nie wiem, skąd te sarkastyczne uśmieszki na państwa twarzach. My, Polacy, jesteśmy utalentowani do modelingu jak żaden inny naród. Ile naszych
Felieton Lizuta
Polisz modeling Na światowych wybiegach ostatniego słowa jeszcze nie powiedzieliśmy. dziewczyn błyszczy na światowych wybiegach? I to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo. Tego potencjału nie wolno nam zmarnować. W tym roku będzie kolejna edycja „Top Model”. Do castingów przygotowują się już rzesze młodych zdolnych kandydatek. Godzinami ćwiczą chodzenie, ubieranie, rozbieranie, angielski, francuski i wymiotują po każdym posiłku złożonym z wacików nasączonych wodą. A jury ćwiczy się w ciętych konwersacjach z adeptkami wybiegów. – Dziecko, jak ty się ubrałaś? – mówi do lustra znany stylista. – Idziesz na zabawę taneczno-bokserską w Mławie? W takich szatach możesz znaleźć pracę najwyżej przy jednej z wylotówek, i to też po zmroku. Z kolei fotograf gwiazd notuje: – Zdajesz sobie sprawę, że masz bardzo nieregularne rysy? To nie jest uroda na wybieg. Twarz jakaś taka krzywa.
No i ten nos. Kochanie, z taką kichawą to spokojnie możesz palić papierosy pod prysznicem. Ha, ha, ha, ale wymyśliłem! Idź i popracuj jeszcze. Jestem na nie. – Pokaż cycki, pokaż cycki – powtarza doświadczona celebrytka. – Chcesz być modelką i się wstydzisz? Bo pupę masz fajną, od razu widać. Nawet ci zazdroszczę tego jędrnego zadka. Musisz tylko seksownie nim kręcić. Publiczność telewizyjna nie może się już doczekać. Bo to jest naprawdę fajna rozrywka – patrzeć, jak z szarej gliny lepi się modelki. Jest się z czego pośmiać. Spasiona branża medialno-sponsorska zaciera ręce. Będzie z czego wybierać. Koksik i viagrę trzymajmy w gotowości. Przepraszam, że tak mną telepie, ale gdy znany dziennikarz w finale programu „Top Model” przedstawia się jako „koneser kobiet”, to mam podejrzenie, że swój samochód nazywa „Pussy Wagon”. Oczywiście rozumiem, dlaczego młode kobiety marzą o karierze modelek. W końcu modelki są piękne, zdobią okładki kolorowych magazynów, noszą wspaniałe kreacje najdroższych krawców, podróżują, świetnie zarabiają, pławią się w luksusie, a mężczyźni wariują na ich punkcie. Wiem też, dlaczego telewizja z rozkoszą pokazuje upokarzającą, pełną złych emocji rywalizację zdesperowanych dziewczyn. W końcu nawet casting na kochankę dla 85-letniego Hugh Hefnera, założyciela „Playboya”, transmituje MTV. Niemniej dla mnie te telewizyjne zabawy w targ żywym towarem, oglądanie kobiet jak mięska na steki i wmawianie im, że robią karierę, jest szowinistycznym szczytem chamówy. Sprawy mogą pójść jednak dalej i w sklepach z zabawkami będzie można kupić kolorowy zestaw dla chłopców pod nazwą „Mały sutener”. Mikołaj Lizut (l. 37), dyr. nacz. i programowy Radia Roxy, publicysta „Gazety Wyborczej”, dyr. art. Teatru Radia TOK FM
The Red Bulletin Polska, ISSN 2079-4266: Wydawca Red Bulletin GmbH Redaktor naczelny Szymon Gruszecki Redaktor naczelny wydania międzynarodowego Robert Sperl, Stefan Wagner (z-ca) Zarząd mgr Alexander Koppel, Rudolf Theierl Dyrektor kreatywny Erik Turek Dyrektor artystyczny Markus Kietreiber Szef fotoedycji Susie Forman, Fritz Schuster (z-ca) Sekretarz redakcji Marion Wildmann Redaktor prowadzący Werner Jessner Redakcja Wojtek Antonow, Ulrich Corazza, Filip Kalinowski, Florian Obkircher, mgr Arkadiusz Piątek, Andreas Rottenschlager, Rafał Stanowski Graficy Miles English, Judit Fortelny, Esther Straganz Fotoedycja Valerie Rosenburg, Catherine Shaw Starszy ilustrator Dietmar Kainrath Ilustratorzy Albert Exergian, Mandy Fischer PRINT 2.0 Martin Herz, www.imagination.at Korekta polskiej edycji Karol Weber, Katarzyna Wasilewska Litografia Clemens Ragotzky (dyr.), Christian Graf-Simpson, Claudia Heis, Nenad Isailovic, Karsten Lehmann, Josef Mühlbacher, Thomas Posvanc, Thomas Safranek Przygotowanie do druku Michael Bergmeister Produkcja Wolfgang Stecher Druk Prinovis Ltd. & Co. KG, D-90471 Norymberga, Niemcy Kierownictwo projektu międzynarodowego Bernd Fisa Corporate Publishing Boro Petric (dyr.); Lisa Blazek, Markus Kucera, Christoph Rietner, Dominik Uhl, Nadja Žele Kierownictwo wydania polskiego Anna Czerniecka, Aleksandra Zarychta Projekty specjalne Boro Petric Finanse mgr Siegmar Hofstetter Sprzedaż reklam Marcus Zinn (dyr.), Bernadette Hochstätter, Thomas Hutterer Marketing mgr Barbara Kaiser (dyr.), mgr Stefan Ebner, Christian Gruber, mgr Sabine Gschwentner, Regina Köstler, mgr Klaus Pleninger, Johanna Schöberl, Daniela Schwarz, Helga Strnad Zarząd biura Martina Bozecsky, Sabrina Pichl IT Michael Thaler Reklama w wydaniu polskim Biuro reklamy Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Joanna Kmiecicka, tel.: +48 22 555 63 39, joanna.kmiecicka@agora.pl Siedziba redakcji wydania polskiego Al. Wyścigowa 8a, 02-681 Warszawa Telefon +48 22 331 95 50 Fax +48 22 331 95 60 E-mail: redakcja@redbulletin.com Siedziba firmy Red Bulletin GmbH, Am Brunnen 1, A-5330 Fuschl am See, FN 287869 m, ATU 63087028 Siedziba redakcji Wiedeń Heinrich-Collin-Straße 1, A-1140 Wien Biuro redakcji Londyn 155-171 Tooley Street, SE1 2JP, UK Internet www.redbulletin.pl Cykl wydawniczy The Red Bulletin ukazuje się zawsze w pierwszy wtorek miesiąca jako wydanie niezależne lub we współpracy z następującymi gazetami partnerskimi – w Polsce: Gazeta Wyborcza; w Austrii: Kleine Zeitung, Kurier, Oberösterreichische Nachrichten, Die Presse, Salzburger Nachrichten, Tiroler Tageszeitung, Vorarlberger Nachrichten; Burgenländische Volkszeitung, Niederösterreichische Nachrichten; w Niemczech: Frankfurter Allgemeine Zeitung; w Wielkiej Brytanii: The Independent; w Irlandii: Irish Independent; w Irlandii Północnej: Belfast Telegraph; w RPA: Cape Times, Capre Argus, Daily News, Pretoria News, The Star; w Nowej Zelandii: The New Zealand Herald; w Kuwejcie: Kuwait Times Nakład łączny 3,8 miliona Listy czytelników: listy@redbulletin.com Wydanie 11 Warszawa, luty 2011.
NastępnY NUMER UKAŻe się we wtorek 1 MARCA
Ilustracja: albert exergian
felieton
Reklama nieodpłatna.
Los nie WyBieRa. to taKże mogę Być ja. aLBo ty. Hannes arch,
mistrz Świata Red Bull air Race 2008 oraz ambasador Wings for Life.
URaz Rdzenia KRęgoWego mUsi stać się ULeczaLny. Wspierając najbardziej zaawansowane projekty badawcze skupione na leczeniu urazów rdzenia kręgowego, Fundacja Wings for Life na Rzecz Badań nad Rdzeniem Kręgowym gwarantuje najwyższy poziom medycznego i naukowego postępu.
twoja pomoc ma ogromne znaczenie. Więcej na www.wingsforlife.com
MASOWY WYÂCIG
NARCIARSKO-SNOWBOARDOWY, ZAKOPANE 2011 ELIMINACJE: POLANA SZYMOSZKOWA, 26 LUTEGO, 18:00 WYÂCIG FINA¸OWY: KASPROWY WIERCH, 27 LUTEGO, 8:30 ZGŁOÂ SI¢ JU˚ TERAZ NA WWW.REDBULL.PL/ZJAZDNAKRECHE