Issuu on Google+


WSTĘPNIAK WSTĘPNIAK Kiedy piszę ten wstępniak, z jednej strony rozpala mnie wewnętrzny ogień zaangażowania i zapału, a z drugiej ogarnia mnie strach przed dźwiganiem ciężaru obowiązków związanych z nowym stanowiskiem oraz obawa przed zawodem, którego, mam nadzieję, nie sprawię ani redakcji, ani czytelnikom. Liczę na to, że ta „zupa” uczuć nie opuści mnie szybko, ponieważ motywuje mnie do działania – zupełnie jak piękna pogoda i śpiew ptaków motywują mnie do biegania. Dwudziesty numer QFantu stał się niepodważalnym faktem, który odciśnie swoje piętno na historii. Z tej okazji pragniemy zrobić coś zarówno dla Was, jak i dla siebie. Mowa o nowym portalu, który jest jedynie początkiem pakietu zmian, które przygotowaliśmy. Mam nadzieję, że spodoba się Wam to, co dla Was szykujemy, i nie będziecie zawiedzeni. Numer dwudziesty jest pełen świetnych tekstów! Dwa z nich to finałowe opowiadania z ostatniej edycji naszego konkursu Horyzonty Wyobraźni. Prezentujemy także trzy teksty , które nadesłano na konkurs o niebanalnej tematyce: Moje ciało, moje więzienie. Na deser mamy dla Was jeszcze jeden literacki rarytas, a mianowicie „Władców motyli” Piotra Adamczyka. Osobom, którym ból nie jest obcy, z pewnością spodobają się dwa niezwykle ciekawe teksty publicystyczne, które wywołują ciarki na plecach. Pierwszym z nich jest „Sąd nad inkwizycją” Bartosza Ćwira, pozwalający zagłębić się w średniowieczny klimat polowania na czarownice. Drugi to „Cykl zmysłowy. Część pierwsza: O bólu” Ewy Szumowicz, który delikatnie niczym kat wyjaśni nam istotę najgorszego z uczuć. I na końcu felieton o długim tytule „Chłopiec stajenny, Aes Sedai, jednorożec i inni, czyli jak w fantasy twarz tworzy tożsamość bohatera…”, który niemal łopatologicznie wyjaśnia nam tematykę tekstu. Przyjemnego czytania! Łukasz Kuc

Wstępniak

Redakcja QFANT ZARZĄD Redaktor naczelny: Łukasz Kuc / lukasz.kuc@qfant.pl / Z-ca redaktora naczelnego: Marta Konopko / martakonopko@qfant.pl / Sekretarz redakcji: Anna Celska-Palutkiewicz / anna.celska@gmail.com / Koordynator numeru: Katarzyna Radziej Mail: redakcja@qfant.pl Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadsyłanych tekstów i nie odpowiada za treść reklam. DZIAŁ REDAKCJI JĘZYKOWEJ Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / DZIAŁ GRAFICZNY Magdalena Mińko / minkomaga@gmail.com / DZIAŁ PUBLICYSTYCZNY Łukasz Szatkowski / lukaszszatkowski@qfant.pl / REDAKCJA PORTALU QFANT.PL Marta Konopko / martakonopko@qfant.pl / WYDAWCA HUGO Paweł Wojewodzic / wydawca@qfant.pl / DTP: Agata Sienkiewicz Projekt okładki: Joanna Materek & Agata Sienkiewicz Ilustracja na okładce: Joanna Materek Ilustracje: Tomasz Bełzowski, Arkadiusz Kryj, Magdalena Mińko, Krzysztof Trzaska, Konstanty Wolny, Ewelina Kaczmarska Opracowanie językowe: Agnieszka Łobik-Przejsz, Paulina Koźbiał, Iga Pączek, Katarzyna Tatomir, Ewa Wojdyńska, Aleksandra Żurek

3


SPIS TREŚCI SPIS TREŚCI PUBLICYSTYKA Weronika Łaszkiewicz Chłopiec stajenny, Aes...

5

Ewa Szumowicz O bólu

7

Bartosz Ćwir Sąd nad Inkwizycją

10

Łukasz Szatkowski Żuław pod ostrzałem

13

Pisanie to choroba - Wywiad z Andrzejem Ziemiańskim

14

OPOWIADANIA

18

Andrzej Boruszewski Izolda

18

Paweł Mateja Koszmar przy ulicy Chopina

29

Grzegorz Piórkowski Moje drugie samobójstwo

36

Paweł Rejdak Słowo Honoru

43

Marcin Knoppek Święto pływów

57

Piotr Adamczyk Władca motyli

66

Justyna Grabarczyk Ziemniaczany baron

72

RECENZJE

55

Celia S. Friedman Dziedzictwo królów (Krzysztof 82 Dworakowski) K. J. Parker Składany nóż (Łukasz Szatkowski)

83

Haruki Murakami Zniknięcie słonia (Nelliusz Frącek) 84 Philip K. Dick Czas poza czasem (Katarzyna Tatomir) 85 Witold Jabłoński Słowo i miecz (Grzegorz Gajek) 85 Raymond E. Feist Gniew szalonego boga (Anna Perzyńska) 86 Gavin Smith Crysis: Eskalacja (Kamil Dolik)

87

Francesco Fioretti Sekretna księga Dantego 88 (Katarzyna Tatomir) Jeffrey Ford Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy (Łukasz Szatkowski) 89 Marie Lu Wybraniec (Maryla Kowalska)

90

James Dashner Próby ognia (Beata Tomaszewska)

91

4

SPIS TREŚCI


Publicystyka

Weronika Łaszkiewicz Chłopiec stajenny, Aes Sedai, jednorożec i inni, czyli jak w fantasy twarz tworzy tożsamość bohatera… W bogatym świecie literatury, fantasy jest hybrydą, która swobodnie czerpie z innych gatunków, nurtów i tradycji. I tak dla przykładu, wysoka fantasy często bazuje na quasiśredniowiecznych światach, które opisuje z kronikarską dokładnością, a jej dbałość o szczegóły codziennego życia mieszkańców poszczególnych krain jest godna etnografa, a nie pisarza-fantasty. Wiele innych książek fantasy nie powstałoby w ogóle, gdyby ich autorzy garściami nie czerpali ze światowych mitologii, zapożyczając od nich wzorce bogów i herosów oraz podpatrując różne motywy i rozwiązania fabularne. Jeszcze inne książki przeplatają elementy fantastyczne z treściami religijnymi, aby w rezultacie przekazać czytelnikowi religijne prawdy i wartości, tak jak np. „Opowieści z Narnii”. A jeszcze kolejne włączają w książkową fabułę aktualne treści, co sprawia, że książka fantasy zamienia się w odautorski komentarz o współczesnym świecie i społeczeństwie. Do tego możemy dalej dodać romance fantasy, w której miłość jest głównym elementem napędzającym całą historię, dark fantasy, która pod względem grozy i napięcia może konkurować z niejednym horrorem, czy wreszcie fantasy bazującą od początku do końca na humorze i ironii, które zamieniają książkę w parodię gatunku (tak, tak, Pratchett). Fantastyka swobodnie czerpie również z zagadnień psychologii. Jednym z wyraźniejszych zapożyczeń jest zainteresowanie fantastyki psychicznym rozwojem i dojrzewaniem jej bohaterów oraz budowaniem ich indywidualnej tożsamości w trakcie całej gamy niesamowitych przygód. Te wewnętrzne przemiany i kreowanie tożsamości można w interesujący sposób prześledzić na przykładach tego, jak w fantasy wykorzystywana jest ludzka twarz. Twarz jest tym, na co zwracamy uwagę w drugim człowieku (zaraz przed lub – czasami niestety po − jego ubiorze). To właśnie twarz jest dla nas głównym wyznacznikiem piękna lub przeciętności, a często stanowi też podstawę do wydawania opinii o czyimś charakterze: czy komuś „źle patrzy z oczu”, czy ma przy ustach zmarszczki od częstego śmiechu czy też bruzdy na czole od gniewu i zmartwień. Takich zabiegów używają pisarze z bardziej konwencjonalnych nurtów literatury, gdzie zgryzota i trudy życia w realistyczny sposób odciskają swoje piętno na twarzy postaci. Jednak pisarze-fantaści wzbijają się ponad takie zwykłe opisy. Dla nich twarz bohatera i zachodzące w niej zmiany są nie tylko przydatnym narzędziem do tworzenia jego tożsamości, ale również sposobem na zaakcentowanie obecności „fantastyczności” w fabule. Pierwszym przykładem niech będzie cykl Dave’a Duncana „Człowiek ze słowem”. Głównym bohaterem jest Rap, stajenny zakochany w księżniczce Inosolan z Krasnegaru,

Chłopiec stajenny, Aes Sedai...

niespodziewanie wplątany w wielką politykę i czary. W czasie coraz to bardziej karkołomnych przygód Rap stopniowo odkrywa własną moc, a także miłość do Inosolan, oraz dojrzewa do odpowiedzialności. Innymi słowy − z chłopca staje się mężczyzną. Jedną z pierwszych przygód Rapa, po tym jak po raz pierwszy opuszcza swoje rodzinne miasto, jest uwięzienie przez gobliny w ich wiosce. Rap zostaje wciągnięty w pojedynek z synem wodza, pojedynek, który według goblińskich tradycji zamienia chłopca w wojownika i pełnoprawnego członka społeczeństwa. Rap zwycięża w ostatniej chwili, jedynie dzięki swojej nadprzyrodzonej mocy. Rozmiłowane w okrucieństwie i sile gobliny uznają, choć niechętnie, jego wyższość nad pokonanym. W rezultacie Rap jest potraktowany jak każdy młody goblin i jego twarz zostaje wytatuowana (w jakiś wzór dookoła oczu, który sprawia, że Rap wygląda jak szop). Tak oznaczony, Rap opuszcza goblinią wioskę i rusza w dalszą trasę. Tatuaż na twarzy jest symboliczny: pokazuje, że Rap wyrósł już ze swojej starej roli chłopca stajennego i zaczyna zmieniać się w kogoś innego. Kogo? To okaże się na koniec cyklu. Należy dodać, że ostatecznie obdarzony ogromną mocą Rap postanawia pozbyć się tatuaży – zwyczajnie usuwa je z twarzy za pomocą magii. Jest to kolejny moment przełomowy, bo chłopak samodzielnie dokonuje decyzji o swojej tożsamości (a jego twarz ma być tego odzwierciedleniem). Świadomie buduje własny wizerunek i odcina się od tego, co nie jest mu już potrzebne lub co nie oddaje jego prawdziwego charakteru. W końcu każdy goblini chłopiec zdobywał tatuaż na znak zwycięstwa w krwawym pojedynku, a Rap nie jest człowiekiem ani złym, ani okrutnym. Następny przykład na to, jak twarz jest wykorzystana do budowania tożsamości bohatera i atmosfery fantastyczności znajdziemy w sadze „Koło Czasu” Roberta Jordana. Słynne Aes Sedai to kobiety, których twarze nie zdradzają oznak starzenia się. Nie są ani dziecinnie młode, ani stare, po prostu dojrzałe i pozbawione zmarszczek. Jest to wynik parania się Jedyną Mocą. Aes Sedai to zatem kobiety silne, wpływowe i piękne, a nawet jeśli nie piękne, to obdarzone wieczną świeżością (lifting idealny). Twarz jest atrybutem i znakiem rozpoznawczym każdej doświadczonej Aes Sedai, dlatego wszystkie nowicjuszki marzą, by upodobnić się wyglądem do starszych sióstr, ponieważ wraz z wiecznie młodą twarzą przychodzą prestiż i władza, a także poczucie przynależności do silnej i wpływowej grupy. Niestety, wiecznie młoda twarz to nie tylko korzyści. Tak naznaczona kobieta przestaje być anonimowa, zaczyna wyróżniać się pośród reszty społeczeństwa, co nie raz naraża ją na ataki i śmiertelne niebezpieczeństwa oraz na zwykłą nienawiść ze stron innych ludzi, którzy obawiają się tego, co inne

5


publicystyka i niezrozumiałe – a przecież Aes Sedai są wyniesione ponad zwykłe śmiertelniczki, którym przeznaczone jest zestarzeć się i umrzeć. Poza tym, twarz Aes Sedai to maska, pod którą kobieta może ukryć swoje uczucia i dotychczasowe życie, poświęcić swoją indywidualność, aby stać się kolejną cząstką Białej Wieży. Z premedytacją lub nie, Jordan sprawił, że kobieca twarz stała się narzędziem wyznaczania pozycji społecznej i budowania wizerunku. Co ciekawe, w świecie Koła Czasu zmiany twarzy wydają się dotykać jedynie kobiet, mimo że mężczyźni też potrafią się posługiwać Jedyną Mocą. Czyżby w ten sposób została podkreślona kobieca próżność? A skoro już wspomnieliśmy o maskach... Pojawiają się one u Jordana nie tylko symbolicznie w postaciach Aes Sedai, ale także bardziej dosłownie w przypadku Aielów. Aielowie, wytrawni wojownicy z Pustkowi, gdy szykują się do walki i zabijania, naciągają na twarz materiał zwany shoufą. W ten sposób z człowieka zdolnego do uczucia i miłości jak każdy inny, Aiel (zarówno mężczyzna, jak i kobieta) staje się bezlitosnym, zamaskowanym zwiastunem czyjejś nieuchronnej śmierci. Podobny zabieg wykorzystał Patrick Rothfuss w „Kronikach Królobójcy”. Główny bohater, Kvothe, trafia do krainy zwanej Ademre, zamieszkanej przez lud, który byłby godnym rywalem Aielów. Ubrani w szkarłatne stroje Ademowie są mistrzami walki, przestrzegają własnej filozofii i preferują porozumiewanie się za pomocą gestów a nie słów i min. Dlatego dla ludzi z zewnątrz twarze Ademów wydają się wyprane z emocji niczym maski. Z kolei dla Ademów praktyki spoza ich krainy wydają się czystym barbarzyństwem lub w najlepszym wypadku − dowodem ignorancji. W ten sposób twarz znowu staje się narzędziem, za pomocą którego zostają rozdzielone nie tylko konkretne grupy wewnątrz jednego społeczeństwa (Aes Sedai), ale też całe narody (Aielowie, Ademowie). Nie możemy przy tym zapomnieć o całej fantastycznej menażerii potworów, które bardzo często nie posiadają własnej twarzy, jak np. Myrdraale u Jordana (te bezokie stwory są zawsze płci męskiej i ich szczątkowe rysy twarzy są takie same u każdego przedstawiciela) lub jedynie powykrzywiane zwierzęce pyski, będące namiastką ludzkiej fizjonomii. W ten sposób podkreślony jest brak tożsamości tych stworzeń: nie są one indywidualnościami, a jedynie narzędziami spełniającymi polecenia jakiejś wyższej siły. I znowu następuje ogólny podział na „my”, czyli ludzi, i „oni”, czyli nieprzypominające nas istoty stanowiące dla nas zagrożenie. Kolejny ciekawy przykład wykorzystania twarzy i masek pojawia się w „Lavondyss” Roberta Holdstocka. „Lavondyss” stanowi jeden z kilku tomów, w których centralnym elementem są tzw. lasy ożywionego mitu, na przykład Las Ryhope. Siły działające w Ryhope wyciągają z ludzkiej podświadomości symbole, archetypy i mityczne wzorce, by następnie przekształcić je w żywe istoty, mitotwory. Dlatego podróż każdego z bohaterów do wnętrza Ryhope jest nie tylko podróżą w czasie i w przestrzeni, ale i w głąb siebie, jest to odkrywanie nieuświadomionych treści ukrytych w ludzkiej pamięci. W „Lavondyss” główna bohaterka, Tallis Keeton, zanim wyruszy do lasu, tworzy kolejno dziesięć masek. Każda z nich wykonana jest w inny sposób, z innego gatunku drewna, ma inne imię (np. Gaberlungi, Falkenna, Sinisalo) oraz inne zastosowanie. Maski pomagają Tallis stopniowo zagłębiać się w strukturę Lasu, odkrywać nowe mitotwory i zamierzchłe krainy oraz zdobywać wiedzę niedostępną zwykłym zmysłom. Maska – ta namiastka prawdziwej twarzy

6

– jest więc u Holdstocka symbolem mocy, a także katalizatorem przyspieszającym wewnętrzną przemianę Tallis, która ostatecznie umożliwi dziewczynie wejście w Las i stanie się jego częścią. Relacje pomiędzy twarzą, maską i mocą pojawiają się też w książce „Ostatni Jednorożec” Petera S. Beagle’a. Jednorogini wyprawia się na poszukiwania swoich pobratymców i w czasie wędrówki mierzy się z Czerwonym Bykiem, który zapędził inne jednorożce do morza na polecenie Króla Nędzora. W czasie pierwszej konfrontacji Jednorogini nie jest w stanie stawić Bykowi czoła, więc towarzyszący jej Czarodziej Szmendryk, który chcąc ją ocalić, zmienia to mityczne stworzenie w ludzką kobietę. Kobieca twarz i ciało stają się maską, która skrywa przed innymi legendarną, nieśmiertelną istotę, ale również przyczynia się do wewnętrznej przemiany Jednorogini. Będąc w ludzkim ciele, Jednorogini po raz pierwszy doświadcza miłości, smutku i pragnienia, coraz bardziej zapominając o swojej pierwotnej egzystencji. Ta zmiana zaczyna odbijać się w jej oczach, tym zwierciadle duszy, które nieuchronnie traci swą nieprzeniknioną głębię. W końcu dochodzi do tego, że Jednorogini chce pozostać kobietą. Ludzkie ciało i twarz z chwilowej maski stają się drogą ucieczki od dotychczasowego życia i trosk. Ostatecznie Jednorogini wraca do swego pierwotnego kształtu, stawia czoła Bykowi i uwalnia inne jednorożce. Jednak doświadczenia ludzkiego ciała i ludzkich emocji na zawsze pozostaną w jej pamięci. Zmiana postaci przyczyniła się do zmiany ducha. Te wszystkie przykłady wyraźnie wskazują na to, że fantasy jest zainteresowana psychologią i tożsamością swoich bohaterów oraz że – tak jak klasyczna literatura – wykorzystuje twarze, by tworzyć ich charakterystyki. Jednak fantasy wykorzystuje ten prosty zabieg na swój własny i oryginalny sposób, bo przecież oprócz tego, że twarze w fantasy pozwalają dostrzec głębię w tożsamości bohatera, są to twarze napiętnowane magią i kulturą wyimaginowanych krain, czyli naznaczone czystą fantastycznością.

Weronika Łaszkiewicz

Urodziła się i mieszka w Białymstoku. Na co dzień pracuje na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, gdzie uczy na kierunku filologia angielska. W przerwach od uczenia przygotowuje rozprawę doktorską na temat religii w amerykańskiej literaturze fantasy (starając się przełożyć przyjemne, czyli miłość do fantastyki, na pożyteczne). W czasie wolnym rysuje, pisze i tworzy biżuterię.

Weronika Łaszkiewicz


Publicystyka

Ewa Szumowicz Cykl zmysłowy

Część pierwsza: O bólu Zadawanie bólu bohaterowi jest bardzo rozpowszechnione w szeroko rozumianej literaturze. Istnieje nawet internetowy mem głoszący, że bohater sponiewierany ma dodatkowe sto punktów do bycia bohaterem idealnym. Nie mniej popularny jest wątek zadawania bólu przez bohatera innym osobom. W obu przypadkach wiedza o naturze tego odczucia okazuje się bardzo przydatna, a często jest mocno niekompletna. Wydawałoby się, że akurat to uczucie łatwo opisywać, w końcu każdy (pomijając przypadki upośledzenia uwarunkowanego genetycznie albo w wyniku choroby, np. trądu) raz na jakiś czas go odczuwa, z różnych przyczyn. Jednak to zdawałoby się proste uczucie, ma skomplikowany mechanizm fizjologiczny i jest dużo bardziej złożone niż mogło by się wydawać na pierwszy rzut oka. Warto więc pogłębić wiedzę o bólu, by zwiększyć wiarygodność opisywanych emocji i reakcji. Aktualna definicja bólu według Międzynarodowego Towarzystwa Badań nad Bólem głosi, że jest to nieprzyjemne doznanie czuciowe i emocjonalne, związane z aktualnym, potencjalnym lub domniemanym uszkodzeniem tkanek organizmu. Z fizjologicznego punktu widzenia jest to odrębny zmysł, który ma bardzo duże znacznie dla organizmu żywego – pełni funkcję ostrzegawczo-ochronną, sygnalizuje potencjalne lub rzeczywiste uszkodzenia tkanek. Z tego względu jako jedyny ze zmysłów nie podlega habituacji, czyli w jego przypadku nie następuje stopniowy zanik reakcji na powtarzający się bodziec. Przedstawię praktyczną ilustrację zjawiska na przykładzie zmysłu węchu, w celu wyjaśniania tego skomplikowanie brzmiącego hasła. O habituacji mówimy na przykład kiedy dłuższą chwilę przebywamy w miejscu, gdzie coś wydziela nieprzyjemną woń. Na początku zapach jest silny, drażniący, jednak po jakimś czasie przestajemy go tak mocno odczuwać, czasem zobojętnienie na bodziec jest tak duże, że w ogóle się go nie rejestruje. Zmysł jak gdyby wyłącza się na bodziec. W przypadku bólu, taki proces nigdy nie ma miejsca – przyzwyczajanie, przywykanie do bodźca ma zupełnie inny mechanizm, związany z kontrolą rdzeniową i nardzeniową, centralnymi mechanizmami tłumienia bólu. Jak każdy zmysł, także ból ma swoje własne receptory, zwane nocyceptorami, które są licznie rozprzestrzenione w organizmie. Nie posiadają odrębnego, wyspecjalizowanego narządu, jak oko czy ucho – są to po prostu zakończenia nerwowe dwóch rodzajów włókien nerwowych: C i Aδ. Włókna C są włóknami bezmielinowymi, więc przewodzą sygnały wolniej. Ich zakończenia reagują przede wszystkim na bodźce termiczne, w zakresie temperatur od 41 do 49 st. C, reagują też na bodźce mechaniczne, ale znacznie słabiej. Odbierają także bodźce chemiczne. Jak widać, ten jeden rodzaj re-

O bólu

ceptora może przyjmować sygnał z wielu różnych źródeł. Włókna Aδ to cienkie włókna mielinowe, więc przewodzą sygnały szybciej od C. Są też bardziej wyspecjalizowanymi receptorami. Zasadniczo odbierają bodźce mechaniczne, choć istnieją wyspecjalizowane grupy receptorów włókien Aδ, reagujące na gorąco albo oziębienie tkanki. Ze specyfiką szybkości przewodzenia włókien wiąże się swoiste odczuwanie bólu. Najpierw pojawia się silny, krótkotrwały ból – to sygnał od receptorów Aδ. Dopiero po chwili pojawia się długotrwały, słabszy ból – to dotarł sygnał z receptorów C. Wydłużenie odczuwania bólu związanego z tymi receptorami wynika nie tylko z wolniejszego przewodzenia, ale też z ich wrażliwości na cytokiny (m.in. bradykininę), wydzielane przez uszkodzone tkanki, które to związki drażnią zakończenia nerwowe włókien C, pobudzając je i modyfikując. Podział na ból szybki (z włókien Aδ) i wolny (z włókien C) jest dość znaczący, bo te sygnały mają odrębne ścieżki przewodzenia i odrębne ośrodki w ośrodkowym układzie nerwowym. Zanim jednak sygnał z receptorów dotrze do ośrodkowego układu nerwowego, po drodze musi przedostać się przez tak zwaną bramkę rdzeniową. Zgodnie z nazwą, jest ona zlokalizowana w rdzeniu kręgowym i stanowi najważniejszy ze sposobów modyfikowania i odczuwania bólu przez organizm. To tu następuje wygłuszenie sygnału, przez co tylko część impulsów dociera do wyższych ośrodków bólowych. Na działanie bramki rdzeniowej, której mechanizm jest bardzo złożony i wciąż nie do końca poznany, mają wpływ zarówno włókna Aβ, czyli włókna niosące sygnał ze zmysłu czucia, jak i sygnały zwrotne z ośrodkowego układu nerwowego. Cały skomplikowany system wygłuszania ma tylko jeden cel – nie pozwolić, by do wyższych ośrodków nerwowych dotarł zbyt silny sygnał, ale i nie wyłączyć go całkowicie. Neurony czuciowe II rzędu zmysłu bólu – te, które odpowiadają za bramkę rdzeniową – odpowiadają też za odruchy bezwarunkowe związane z odczuwaniem bólu. To one łączą się z motoneuronami zlokalizowanymi w rdzeniu kręgowym, dzięki czemu występują odruchy obronne, takie jak np. nagłe cofnięcie kończyny po ukłuciu. Sprzężenie to wykorzystywane jest przy badaniu zmysłu bólu oraz skuteczności leków przeciwbólowych. W przypadku badań na zwierzętach (najczęściej są to myszy lub szczury), wykorzystuje się tak zwany test gorącej płytki, czyli stawia się zwierzę na płytce o temperaturze 50-55 st. C i obserwuje, jak szybko zacznie się otrząsać i lizać łapki. Alternatywnym testem jest obserwacja, jak szybko nastąpi odruchowe cofnięcie ogona badanej myszy lub szczura, potraktowanego skoncentrowanym źródłem ciepła, np. wiązką laserową. Badania zmysłu bólu przeprowadza się także na ludziach,

7


publicystyka między innymi metodą encefalograficzną. Ze względu na specyficzny rozkład potencjałów oraz reakcji organizmu na bodziec bólowy, wywoływany u badanego ochotnika, ból musi być możliwie krótkotrwały i wyraźny. W tym celu stosuje się drażnienie prądem nerwu czuciowego, zęba albo różnego rodzaju bodźce mechaniczne i cieplne (te ostatnie szczególnie podczas badania bólu wolnego, ze względu na opisaną już wyższą wrażliwość włókien C na bodźce termiczne). By uśrednić wyniki, bodźce są wielokrotnie powtarzane. Powtarzanie jest dlatego ważne, że o ile ból szybki daje wyraźny sygnał, o tyle na potencjał wywołany przez ból wolny nakładają się już inne, będące efektem pojawienia się odczucia – na przykład charakterystyczna reakcja wzbudzenia. Oprócz obiektywnej rejestracji obrazu encefalograficznego ważnym uzupełnieniem jest ustne, subiektywne sprawozdanie słowne badanego ochotnika o intensywności odczuwanych wrażeń. Do tego celu wykorzystuje się dziesięciostopniową skalę albo kwestionariusz McGill, opracowany do opisu bólu patologicznego, związanego ze stanem chorobowym. Po pokonaniu bramki rdzeniowej sygnał z nocyceptorów trafia do ośrodkowego układu nerwowego. Przewodzenie odbywa się trzema drogami: rdzeniowo-wzgórzową, rdzeniowosiatkową oraz rdzeniowo-śródmózgowiową. Pierwsza droga dochodzi do wzgórza, gdzie znajdują się odbierające sygnały specyficznie zorganizowane grupki neuronów. Charakterystyczne dla nich jest tworzenie izolowanych, rozproszonych wysepek, z których każda odbiera sygnał tylko z tego samego, ściśle określonego regionu ciała. Dlatego organizm, mimo że nie posiada wyspecjalizowanego narządu do odbierania zmysłu bólu, jest w stanie określić, skąd przyszedł impuls, i przekazać tę informację wyżej, do odpowiedniego ośrodka czuciowego w korze mózgowej. Jako ciekawostkę w tym miejscu mogę dodać, że stwierdzenie, iż mózg nie boli, bo nie ma receptorów bólowych nie jest do końca prawdziwe. Może nie jest to ból stricte mózgu, ale istnieje coś takiego, jak bóle talamiczne, związane z uszkodzeniem wzgórza i znajdujących się w nim ośrodków zmysłu bólu. Są to potwornie silne, napadowe bóle całej połowy ciała, niedające się znieść żadnym lekiem przeciwbólowym, nawet opioidowym. Druga z wymienionych przeze mnie ścieżek przewodzenia impulsów bólowych, droga rdzeniowo-siatkowa, prowadzi do tworu siatkowatego w rdzeniu przedłużonym, a stamtąd łączy się z innymi jądrami podkorowymi. Rola tworu siatkowatego w odczuwaniu bólu jest bardzo skomplikowana. To on odpowiada za powstawanie charakterystycznego dla bólu stanu wzbudzenia organizmu, który może utrzymywać się długo i utrudniać zaśnięcie. Odgrywa też rolę w komponencie emocjonalno-afektywnym bólu. Poza tym ma też łączność z ośrodkowym systemem tłumienia bólu, zlokalizowanym w śródmózgowiu, przez co może bezpośrednio blokować bramkę rdzeniową i hamować przewodzenie bólu, na zasadzie sprzężenia zwrotnego ujemnego. Może też modulować odruchy nocyceptywne bezpośrednio oraz pośrednio, przez przesłanie informacji do móżdżku. Ostatnia z dróg przewodzenia, droga rdzeniowo-śródmózgowiowa, prowadzi bezpośrednio do centralnego ośrodka tłumienia bólu, którego głównym elementem jest istota szara okołowodociągowa zlokalizowana w śródmózgowiu, połączona z jądrem okołokomorowym podwzgórza. Jak sama nazwa wskazuje, głównym zadaniem tego układu jest wyłączanie odczuwania bólu, co robi przez bezpośredni wpływ na

8

bramkę rdzeniową (częściowo też pośrednio, kiedy sygnał przechodzi po drodze przez układ siatkowaty). Centralny ośrodek tłumienia bólu połączony jest też z licznymi tworami mózgu m.in. ze wspomnianym tworem siatkowatym rdzenia przedłużonego oraz z układem limbicznym. Powiązanie z innymi strukturami mózgu, w tym z układem limbicznym, ma odbicie w różnych fizjologicznych reakcjach analgetycznych. Hamowanie bólu występuje w sytuacjach silnego pobudzenia emocjonalnego, takiego jak silny stres (np. u żołnierzy na polu walki czy u osób po wypadkach) albo pobudzenie seksualne, ale też wywoływane jest przez czynniki psychiczne np. występuje podczas zwiększonego wysiłku umysłowego (ochotnicy poddawani badaniu odczuwania nocyceptywnego zmuszeni do wykonywania zadania arytmetycznego, polegającego na liczeniu co trzy wstecz od dwustu, subiektywnie słabiej odczuwali ból i mieli osłabione odruchy bezwarunkowe, czyli obiektywny wskaźnik reakcji bólowej). W tym miejscu warto omówić niezwykle ciekawą metodę tłumienia bólu, jakim jest leczenie akupunkturą. Zabieg ten ma skomplikowany mechanizm analgetyczny, oparty na trzech składowych. Pierwsza z nich oparta jest na wspomnianym przeze mnie wyżej blokującym wpływie czuciowych włókien Aβ na bramkę rdzeniową. Igła albo impuls elektryczny (przy elektroakupunkturze) pobudza włókno czuciowe i w ten sposób hamuje przewodzenie bólu. Drugą składową jest bezpośredni impuls płynący z podrażnionego miejsca do centralnego układu tłumienia bólu i wywołanie hamowania zwrotnego ujemnego. Trzecią składową jest pobudzanie centralnego ośrodka tłumienia bólu przez uwolnienie z przysadki β-endorfiny. Hamowanie odczuwania bólu, czyli analgezja, może mieć dwa mechanizmy: bezpośredni i pośredni. O bezpośrednim, polegającym na blokowaniu ośrodków rdzeniowych przez sprzężenie zwrotne (przy udziale tworu siatkowatego albo bezpośrednio przez włókna noradrenergiczne wychodzące z centralnego układu tłumienia bólu), już mówiłam. Teraz poświęcę trochę uwagi blokowaniu pośredniemu, zwanemu też opioidowym. Układ tłumienia bólu, poza bezpośrednią impulsacją, prosto z rdzenia kręgowego, podlega skomplikowanej kontroli za pomocą specyficznych neuroprzekaźników. Szczególne znaczenie ma to w przypadku tak zwanego bólu patologicznego. Bólem patologicznym nazywamy ból zwiastujący uszkodzenie tkanki. Najczęściej dotyczy to różnego rodzaju urazów mechanicznych (np. rany, złamania), termicznych (oparzenia), chemicznych, stanów zapalnych różnego pochodzenia, stanów związanych z niedokrwieniem (np. ból przy chorobie wieńcowej serca), nowotworami czy stanami skurczowymi różnych narządów (np. kolka nerkowa). Szczególnymi aspektami bólu patologicznego są bóle toniczne, będące rezultatem uszkodzenia tkanek w wyniku zabiegu operacyjnego, bóle neuropatyczne związane z uszkodzeniem nerwów (w tym bóle fantomowe, powstające po utracie kończyny), bóle o podłożu nerwicowym oraz niektóre postacie migreny, gdzie nieznana jest anatomopatologiczna przyczyna jego powstania. W odróżnieniu od bólu fizjologicznego, który ma głównie funkcje ostrzegawcze i zazwyczaj szybko ustępuje po zaniku bodźca, ból patologiczny może utrzymywać się długo. Poparzona skóra jeszcze długo pobolewa, mimo że już dawno nie ma kontaktu z gorącym przedmiotem. Przyczyną tego zjawiska są zmiany w strukturze receptorów bólowych pod wpływem substancji wydziela-

Ewa Szumowicz


Publicystyka nych przez uszkodzoną tkankę (np. wspomnianej wyżej bradykininy). Zmiany te mogą prowadzić do powstania nadwrażliwości, czyli obniżenia progu, w którym wrażenie odebrane zostanie jako bolesne. Dla przykładu: ogrzanie poparzonej skóry do 41 st. C wywołuje takie samo odczucie bólu, jak ogrzanie zdrowej skóry do 49 st. C. Bóle neuropatyczne są o tyle specyficzne, że może im towarzyszyć zjawisko allodynii, które można określić jako graniczną nadwrażliwość. W przypadku allodynii każdy bodziec, nawet lekki dotyk czy ciepło, wywoła uczucie bólu. Nazwa „mechanizm opioidowy” na neurochemiczną kontrolę układu tłumienia bólu ma dość ciekawą przyczynę. Od dawien dawna ludzie wiedzieli o tłumiącym ból działaniu opium, czyli soku z niedojrzałych główek maku lekarskiego. Dość szybko zostało określone, że głównym składnikiem analgetycznym opium jest morfina, a w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku zostały odkryte bardzo specyficzne receptory reagujące na ten związek. Stanowiło to nie lada zagadkę, bo morfina jest wprawdzie syntetyzowana w organizmach ssaków, ale w ilościach naprawdę śladowych (nawet jak na standardy hormonu), więc nie mogła stanowić głównego neuroprzekaźnika – nie miałaby szans wysycić receptorów. Dlatego wykryte później związki, które okazały się tak poszukiwanymi przekaźnikami nazwano – przez analogię do pierwszego związku o takim działaniu na receptor – endorfinami, czyli endogennymi morfinami. Chemicznie endorfiny stanowią grupę peptydów o zróżnicowanej budowie zawierających od 31 (β-endorfina) do 4 (endomorfina) aminokwasów. Ich synteza przebiega w przysadce mózgowej oraz w podwzgórzu. Mechanizm działania polega na hamowaniu neuronu poddanego ich działaniu. Niekoniecznie jest to jednoznaczne z hamowaniem reakcji, bo równie często neuron poddany hamowaniu sam jest hamującym, czyli powstaje coś w rodzaju hamowania hamowania –rezultatem jest pobudzenie. Istnieją trzy rodziny specyficznych receptorów dla endorfin oznaczane δ, κ i μ. Znajdują się głównie w układzie tłumienia bólu, ale nie tylko. Zlokalizowane są też między innymi w rdzeniu kręgowym, gdzie pełnią podobną funkcję jak w ośrodkowym układzie tłumienia bólu, w rdzeniu przedłużonym (depresyjne działanie morfiny na układ oddechowy właśnie taki ma mechanizm) oraz innych ośrodkach mózgu, w tym w układzie limbicznym – tym tłumaczy się działanie euforyczne morfiny oraz analgetyczne działanie pobudzenia seksualnego. Przy omawianiu receptorów opioidowych nie wypada nie wspomnieć o uzależnieniu od opiatów, czyli związków (o bardzo różnorodnej budowie chemicznej), które wpływają na te receptory. Stosuje się je jako silne leki przeciwbólowe, ale także jako używki. Z ich zastosowaniem wiążą się bezpośrednio dwa mechanizmy – tolerancji i uzależnienia. Tolerancja to zjawisko polegające na utracie wrażliwości neuronu na działanie neuroprzekaźnika (albo substancji go naśladującej), przez utratę funkcjonalności receptora. W wyniku tego procesu, by wywołać określoną reakcję organizmu, konieczne jest podawanie coraz wyższych dawek. Uzależnienie zaś to złożony zespół reakcji behawioralnych związanych z przymusem przyjmowania leku w celu wywołania efektu psychicznego lub usunięcia dyskomfortu wywołanego jego brakiem. W przypadku leków opioidowych sprawa jest o tyle skomplikowana, że o ile stosowanie ich jako narkotyków można dość jednoznacznie określić jako

O bólu

szkodliwe, o tyle często są to jedyne leki zdolne wytłumić długi, uporczywy ból (poza oczywiście wspomnianym wyżej bólem talamicznym, który omija układ tłumienia bólu i od którego nie ma żadnej ucieczki) i zapobiec rozwojowi niekorzystnych efektów psychicznych z nim związanych. Fizjologia bólu jest jak widać bardzo złożona i ten krótki artykuł stanowi właściwie tylko wprowadzenie do całej tematyki, przedstawienie najważniejszych zagadnień. Ból jest dla organizmu żywego bardzo ważnym zmysłem, jednym z najbardziej podstawowych, kluczowym w jego ochronie i w ogóle dla przetrwania. Jako dowód warto sprawdzić, jakie szanse dożycia do starości w porównaniu z innymi osobami upośledzonymi mają osoby z genetycznie uwarunkowanym brakiem tego zmysłu – a żyją przecież w bardzo wygodnych warunkach i są obdarzone inteligencją, która jeszcze dodatkowo ułatwia skompensowanie braku, oraz posiadają wszystkie inne, wydawałoby się, ważniejsze zmysły. Nic więc dziwnego, że organizm posiada tak wiele skomplikowanych mechanizmów odbioru, przetwarzania, analizy i modyfikacji sygnałów. Nic też dziwnego, że tak łatwo popełnić przy opisywaniu bólu różnorodne błędy rzeczowe. Mam cichą nadzieję, że informacje, które przedstawiłam, zachęcą osoby piszące do zapoznania się z tematem, bez opierania się tylko na doświadczeniu, które zdradliwie sugeruje w przypadku bólu coś prostego i łatwego do opisu i przedstawienia. Bo błędy rzeczowe w tekście literackim – niezależnie, czego dotyczą – bardzo bolą…

Ewa Szumowicz

Urodziła się i wychowała na Mazurach w pięknej miejscowości Pisz. Absolwentka Akademii Medycznej w Gdańsku, wydział farmacji, aktualnie zamieszkała w Szczytnie (choć akurat to się może szybko zmienić, bo nie lubi długo mieszkać w jednym miejscu), prowadzi jedną z tamtejszych aptek. W wolnym czasie czyta, głównie polską fantastykę, oraz sama próbuje swoich sił na tym polu, bez większych sukcesów. Interesuje się wszystkim, od gotyckich zamków (zwiedziła ich ponad trzydzieści i planuje w najbliższym czasie zwiększyć tę liczbę co najmniej trzykrotnie), przez fizykę kwantową, po językoznawstwo, choć jej największą miłością na zawsze pozostaną rośliny lecznicze. Niepoprawna i nieuleczalna kociara.

9


publicystyka

Bartosz Ćwir

Sąd nad inkwizycją Mit – słowo, które nam, Polakom, wykształconym w tradycji pohelleńskiej, przywodzi na myśl w szczególności starożytną Grecję. Opowieści o sławnych herosach i wielkich wyzwaniach, rzuconych im pod nogi często przez nieuchwytne fatum (znane wszak z greckiego dramatu o Edypie), czy o bogach Olimpu, wśród których na czoło wysuwa się gromowładny Zeus, obiły się o uszy chyba (zaryzykuję to stwierdzenie) każdemu mieszkańcowi ,,kraju nad Wisłą”. I nic w tym zresztą dziwnego. W niektórych głowach zrodził się obraz Grecji (zauważmy, że często uważanej za jedną całość na kształt współczesnych państw) wyidealizowanej, powiedzieć można – szkolnej. I tak oto czytając pewną stronę internetową, natknąłem się na człowieka z niezwykle wybujałą wyobraźnią (bo inaczej nie sposób tego nazwać), który dałby sobie głowę odrąbać za to, iż w owej starożytnej Grecji kobiety traktowano niemal z namaszczeniem. Zestawił ów obraz z „ciemnotą średniowiecza”, więc nie trudno się domyślić, jak karkołomne wyniki osiągnął. Oczywiście autor owych teorii nie zdawał sobie zupełnie sprawy z homoseksualnych ciągot Greków ani z faktu ich ogromnego zdziwienia, gdy przyszło zetknąć się im ze staroegipską kulturą i zobaczyć na ulicach samotne kobiety, chodzące bez nadzoru mężczyzn. I tak oto wychodzimy od mitu do mitu, bowiem po głębszym zbadaniu sprawy trudno jest realnie mówić o greckiej starożytności jako najdoskonalszym momencie dziejów. Mamy zatem do czynienia z zupełnym zmitologizowaniem historii, przekształceniem jej w ładną bajkę, którą zresztą – co ciekawe – zgrabnie wciska nam się w gimnazjach czy liceach. I tak oto ta popularna ,,legenda peloponeska” plasuje się obok legend o ogromnej władzy staroegipskich kapłanów, wielkim okrucieństwie wypraw krzyżowych, ukrytym skarbie templariuszy, husarskich skrzydłach, samurajskich katanach, polskich pilotach walczących o Wielką Brytanię czy ,,polskich obozach śmierci”. W wyliczance tej zabrakło jeszcze jednego elementu – najbardziej i najskuteczniej oczernionego – Świętej Inkwizycji. Opinii na temat tego organu działalności Kościoła katolickiego możemy nasłuchać się szczególnie z ust wszelkiej maści antyklerykałów, tak dziś zresztą głośnych. I w zasadzie od nich wzięła swój początek owa czarna legenda. Nieustannie natykamy się na kolejne sądy o tym, jakoby czas wzmożonej działalności Inkwizycji stanowił czarny okres w dziejach świata. Co ciekawe (i jak najbardziej warte podkreślenia) okres czerwony wcale nie wypadł lepiej, a w zasadzie ze spokojnym sumieniem mogę oznajmić, że wielosetletnia działalność Inkwizycji wypada wyjątkowo blado przy zbrodniach popełnionych przez komunistów w przeciągu niespełna setki lat. Dodajmy, że ci ostatni rea-

10

lizowali swój plan przecież zaledwie kilkadziesiąt lat temu (i realizują go nadal), w okresie po ,,oświeceniu”, w czasach, jak się powszechnie uważa, cywilizowanych. Żeby nie być gołosłownym – działalność Józefa Stalina, znana nam jako ,,zbrodnia katyńska”, według szacunków pociągnęła za sobą ponad 20 000 ofiar. Z kolei w uważanym za szczególnie ,,gorący” okręgu Bajadoz w latach 1493-1599 spłonęło na stosach całe... 20 osób. Różnica wydaje się drastyczna, jednakże nie jest to żadne złudzenie czy mistyfikacja. Przeciwko tym faktom żadną miarą nie może być skuteczny argument o domniemanej ,,propagandzie Kościoła”, aczkolwiek zdaje się, że dla niektórych ,,racjonalistów” dowód ten bije na głowę wszelkie fakty. Źródła watykańskie, udostępnione przez papieża Jana Pawła II na temat Świętej Inkwizycji ukazują rzeczywistość nie tak straszną, jak się ją powszechnie maluje. Oczywiście pojawia się gros prób podania w wątpliwość najnowszych badań i w ruch idzie tłumaczenie, jakoby Inkwizycja celowo dokonała destrukcji dużej części dokumentacji. Być może taka jest prawda, lecz jak dotąd nie odnaleziono ani jednego tekstu z epoki, który ukazywałby dane różne od tych pochodzących ze źródeł watykańskich albo w jakikolwiek sposób podawałby je w wątpliwość. Inkwizycja jawi się obecnie jako najbardziej krwiożerczy twór minionych epok, którego zbrodni nawet mroki średniowiecza skryć nie mogą. A to głównie za sprawą sławnego ,,polowania na czarownice”, którego twórcą i największym propagatorem miało być właśnie Sanctum officium. Faktycznie zaś, według szacunków Briana B. Levacka, w wieku XVI w całej Europie spalono za czary około 300 tysięcy osób, głównie kobiety. Dwie trzecie z nich zginęło w protestanckich Niemczech, a około 70 tysięcy w oderwanej od Kościoła katolickiego Anglii. Zatem jeśli znów mielibyśmy posłużyć się porównaniem, to okrzyczana Inkwizycja po raz wtóry wypada dość marnie na tle innych, podobnych działalności. Warto tu również nadmienić o procesach cywilnych i tzw. ,,krwawej Carolinie” – prawie cywilnym utworzonym w Niemczech za panowania cesarza Karola V. Sąd cywilny napawał tak wielkim strachem, iż są ponoć znane przypadki osobników, którzy mieliby sami siebie oskarżyć o czary. Wszystko po to, by stanąć przed trybunałem inkwizycyjnym zamiast państwowym i trafić do inkwizytorskich lochów, gdzie warunki bytowe wykraczały znacznie ponad standardy świeckie. Współcześni ,,bajkopisarze historii” zdają się o tym zapominać. Podobnie wygląda kwestia powszechnych plotek na temat najsłynniejszych przedstawicieli Inkwizycji. Gdzie o nich słyszymy? Przykładowo w powieści znanego pisarza Umberto Eco (na podstawie której nakręcono później film)

Bartosz Ćwir


Publicystyka pt. ,,Imię Róży”. Na kartach książki spotykamy bohatera imieniem Bernard Gui – postać jak najbardziej historyczną – który słynie w dzisiejszych czasach jako przykład fanatycznego sadyzmu średniowiecznych Inkwizytorów (bo tak też zostaje ukazany przez Eco). Tymczasem mamy szansę przeczytać wyjęte ze źródeł słowa samego Bernarda, zalecającego inkwizycyjnym śledczym, by zawsze zachowywali spokój, nie dawali się ponieść złości ani oburzeniu, zmniejszali w miarę możliwości surowość kar (ponad którymi również wyrosła odrębna legenda) i w szczególności nie wydawali wyroków dyktowanych pożądaniem lub okrucieństwem. Ciężko dopasować tę ,,wiązankę” do chorego umysłowo mordercy. Równie trudno jest uczynić to samo z szacowaną liczbą ofiar. Najnowsze badania podają, iż Bernard Gui wydawał jeden wyrok skazujący (nie musiał wcale oznaczać śmierci!) na sto procesów. Mordercza inkwizycja? Według moich skromnych badań wszyscy, którzy tak twierdzili, zapytani o szczegóły, nie byli w stanie podać żadnych konkretnych liczb. Spójrzmy nieco bliżej na kolejną postać sławnego ,,sadysty-fanatyka”. Tomasz de Torquemeda – od roku 1483 Generalny Inkwizytor hiszpańskiej Supremy – postrzegany jest jako ,,fanatyk, rozmiłowany w sadystycznym podejściu do swoich ofiar”. Miał posłużyć za pierwowzór postaci Wielkiego Inkwizytora w jednej z powieści Fiodora Dostojewskiego. W książce Doroty Lis Tajemnice historii Europy (cytowanej powyżej) czytamy ponadto, iż Torquemeda był ,,bezdusznym, pozbawionym wyobraźni biurokratą”. Wystarczy kilkakrotnie natknąć się na tego typu emocjonalne podejście do sprawy, żeby samemu zacząć wierzyć i odczuwać podobnie. Jednakże o prawdziwym obrazie osobowości brata Tomasza świadczą między innymi jego własne słowa skierowane do innych Inkwizytorów, gdzie nauczał: ,,(...) aby sędziowie nie ulegali gniewowi ani łatwym uproszczeniom, aby pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie grzeszników”. Idźmy dalej. Ten sam Torquemeda, którego określa się mianem ,,bezdusznego biurokraty” żył wszak w surowej ascezie, a cały swój majątek rozdał ubogim – w dużej mierze rodzinom ludzi skazanych przez jego trybunał. Oczywiście są tacy, którzy nieświadomie przypisują bratu Tomaszowi dar jasnowidzenia, bo miałby on jakoby przewidzieć czasy ,,oświeconych” antyklerykałów i umyślnie spisać w swoich osobistych pamiętnikach cytowane wyżej słowa w celu zmylenia przyszłych pokoleń oraz zatuszowania zbrodni. Sprawą, która ma łączyć wszystkie czarne charaktery Świętej Inkwizycji jest przede wszystkim ich okrucieństwo, przejawiające się w wyrokach śmierci (co nie zgadza się zupełnie, jak dowiedliśmy powyżej) oraz metody. O domniemanych torturach słyszał chyba każdy, ponieważ między nimi a trybunałem Sanctum officium stawiano (i stawia się) częstokroć znak równości. Wystarczy chwila logicznego myślenia, by argument ten obalić bez konieczności sięgania do źródeł. Przyczyna jest prosta – torturami zajmowali się kaci, a w tych wcale nie obfitowały dawne czasy. Każdy mistrz małodobry (bo tak ich dawniej nazywano) obłożony był infamią, wydzielony poza społeczność i powszechnie pogardzany. Wedle współczesnych mniemań pracy dla owych oprawców winno być na pęczki, skoro niemalże każde oskarżenie o herezję czy czary równałoby się poddaniu długotrwałym mękom. Teksty źródłowe ostatecznie rozstrzygają spór (który mimo tego dalej trwa) i wypada stwierdzić, że tortury przy sądach inkwizycyjnych stosowane

Sąd nad inkwizycją

były raczej rzadko. Fakt ten nie powinien dziwić. Za przykład służy słynny proces templariuszy, gdzie papież Klemens V zmuszony został do wszczęcia drugiego śledztwa z powodu niemiarodajności poprzedniego – przeprowadzonego z powszechnym użyciem tortur (żeby nie było wątpliwości – był to proces cywilny, zainicjowany przez króla Filipa, choć w obecności inkwizytorów). Identycznie rzecz wyglądała w przypadku wcześniejszych oraz późniejszych rozpraw przed inkwizycyjnymi trybunałami. Sprawa Zakonu Templum zahacza o jeszcze jeden, niezwykle znamienny element działalności Inkwizycji. Od zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w Koronie Polskiej, a później Rzeczypospolitej Obojga Narodów, sądy sławnej ,,antyheretyckiej” organizacji występowały tak sporadycznie. W jakimś stopniu zjawisko to można tłumaczyć odległością dawnej Polski od Rzymu, jednak mamy tu do czynienia ze zbyt płytkim rozumieniem tematu. Okazuje się bowiem, że kluczem do aktywności Inkwizycji pozostaje nie podejście papieża, biskupów czy innych elementów ówczesnego kleru, lecz władzy świeckiej. To w państwach o ciągotach totalitarnych potrzebowano centralnego systemu nadzoru, który w jakimś sensie spełniałby zadanie zapewnienia porządku społecznego (który z reguły mieli na celu burzyć autentycznie heretycy, o czym uporczywie się milczy, kreując ich wizerunki jako ,,tych dobrych”). Pisze o tym wielu autorów, również ateistów (np. znany religioznawca A. Nowicki) nastawionych nieprzychylnie do Kościoła katolickiego, chociaż powszechnie uważa się Sanctum officium za przejaw fanatyzmu związanego wyłącznie ze sferą religijną. Tymczasem w Rzeczypospolitej przez długi okres jej istnienia sądownictwo opierało się na prawie skargi, co spowodowane było dążeniami wolnościowymi szlachty. Zarówno o torturach, jak i o więzieniu szlachetnie urodzonych nie mogło być mowy, ponieważ tego typu czynności zabraniały królewskie przywileje. Mity na temat Świętego Oficjum w przeważającej mierze rozpowszechnia literatura oraz film. Trudno w tym wypadku obwiniać pisarzy czy twórców filmowych, bo jakby nie patrzeć od sztucznego przepisywania pozycji czysto naukowych chroni autorów licentia poetica. Korzystając z tego przywileju, mogą znacznie naginać fakty albo wręcz zupełnie je wykoślawiać. Tak też postąpił Andrzej Sapkowski w swojej Trylogii Husyckiej, co zresztą sam wprost przyznaje, mówiąc w wywiadzie ze Stanisławem Beresiem wydanym pod tytułem Historia i fantastyka, że świadomie na kartach swoich książek przecenił jej siłę, bo takiej właśnie potrzebował do swojej historii. Z kolei Jacek Piekara umieścił jednego ze swoich głównych bohaterów bezpośrednio w roli inkwizytora, jednakże saga o Mordimerze Madderdinie (bo o nim tu mowa) dalece odbiega od jakiegokolwiek czerpania z historii. Nie sposób złożyć na barkach prozaików ignorancji niektórych czytelników biorących fantastykę za rzetelne źródło informacji na temat przeszłości naszego globu. I choć jak do tej pory na tego rodzaju wypaczone pojmowanie literatury się nie natknąłem, to nie ogarnęłoby mnie specjalne zdziwienie, gdybym jednak został potraktowany przytaczaniem w dyskusji podobnych ,,źródeł”. W każdym razie takich, co literackim obrazom uwierzą, jest jak mniemam dość, więc i obecna (nie)sława Sanctum officium jakieś uzasadnienie ma. Pozostaje zadać sobie jeszcze jedno, ostatnie pytanie: czy Święta Inkwizycja, będąca częścią Kościoła katolickiego,

11


publicystyka miała prawo w ogóle zaistnieć z perspektywy Pisma Świętego? Ilekroć przyszło mi rozważać rozmaite odpowiedzi, tylekroć nie znajdowałem żadnego sensownego wyjaśnienia. W nauczaniu Jezusa Chrystusa nigdy nie było miejsca na zabijanie za wiarę i sądzę, że marnym usprawiedliwieniem jest twierdzenie, jakoby to nie Inkwizytorzy wykonywali końcowe wyroki. Mimo to, swego rodzaju ,,wybielanie” Sanctum officium jest jak najbardziej wskazane. Przyznać wprost należy, że czarna ,,prawda” na temat antyheretyckich trybunałów w rzeczywistości przyjmuje odcień dość jasnej szarości, a ci, którym zależy na obiektywnym postawieniu sprawy, nijak nie mają prawa skłaniać się ku dalszemu potakiwaniu plotkom. Walka z opinią publiczną bywa ciężka, jednak wyzwanie podjąć jak najbardziej warto.

Bibliografia: A. Abramski. J. Konieczny. Justycjariusze. Hutmani. Policjanci. Z dziejów służb ochrony porządku w Polsce. Katowice 1987. A. Nowicki. O Świętej Inkwizycji. B.m. 1959. D. Lis. Tajemnice historii Europy. Poznań. http://www.historycy.org/index.php?showtopic=16416, stan z dnia: 23.02.2013.

12

Bartosz Ćwir

Urodziłem się w Świdniku w 1992 roku. Aktualnie studiuję religioznawstwo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz piszę artykuły o tematyce historycznej (publikowałem m.in. w internetowym czasopiśmie Fahrenheit). Z zamiłowania jestem historykiem, zajmującym się w szczególności dziejami Zakonu św. Jana, a także wszelkimi aspektami militarnymi, w szczególności z XVII wieku.


Publicystyka

Łukasz Szatkowski Żuław pod ostrzałem

Nagrody literackie od zawsze budzą wiele emocji i zwykle są w swych środowiskach szeroko komentowane. Wiąże się to z niewymierzalnością literatury i, co za tym idzie, subiektywizmem w jej ocenie. O ile w przypadku takich wyróżnień jak np. Bestsellery Empiku, które przyznawane są po prostu najchętniej kupowanym książkom, można co najwyżej polamentować nad gustem mas, gdyż ciężko dyskutować z samym werdyktem, o tyle sytuacja większości nagród prezentuje się zgoła inaczej. Uwarunkowania historyczno-środowiskowe nagród z zakresu fantastyki spowodowały, że największą obecnie popularnością i prestiżem cieszą się wyróżnienia czytelników, zwykle w pewien sposób wyselekcjonowanych (np. fizycznie obecnych na najważniejszej w roku branżowej imprezie). Ma to z jednej strony zapobiegać oszustwom i obniżaniu poziomu przez tak nielubianą egalitarną masowość, a z drugiej być jednak w pewnym stopniu wyznacznikiem popularności w ścisłym środowisku. Możliwie zelitaryzowanym, ale jednak vox populi, a nie wysublimowanym do obrzydzenia głosem snobistycznych krytyków, których zresztą w początkowym okresie rozwoju fantastyki zwyczajnie nie było. Nawet w fantastyce istnieją jednak nagrody przyznawane przez inne niż te stricte czytelnicze gremia. Jedną z nich jest Nagroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego, w której skład jury wchodzą literaturoznawcy zajmujący się w swej działalności naukowej właśnie tym gatunkiem literatury, a utwory nominowane wybierane są przez opiniotwórczych krytyków w liczbie kilkudziesięciu. Nie tak dawno ogłoszono nominacje, które na branżowych portalach i forach dyskusyjnych wywołały małą burzę. Zarzuty są od lat te same. Najbardziej klasyczny przykład to powątpiewanie w wartość poszczególnych książek – dlaczego ta słaba, schematyczna powieść znalazła się na liście, a ta ambitna, wybitna (czyt. ta, która spodobała się MNIE) nominacji nie dostała? Po co nam ta nagroda, skoro i tak pokrywa się z Zajdlem? Przecież to miała być nagroda z misją, novum w środowisku, miała nam odkryć nieznane talenty, a tu wciąż te same nazwiska i miałkie przygodówki. Jak to możliwe, że językoznawcy wybierają często tak, jak szarzy czytelnicy? Poza tym coraz częściej pojawiają się spory klasyfikacyjne – co jeszcze jest fantastyką, a co już nią nie jest? Ostatnio spory te dotyczą głównie twórczości Szczepana Twardocha i Wita Szostaka, którzy lawirują na pograniczu fantastyki i głównego nurtu, i zapewne dlatego ich twórczość uważana jest za bardziej wysublimowaną, godną nagrody literaturoznawców. Ten tok myślenia to zapewne wynik kompleksów, których niektórzy fantaści nie mogą się pozbyć do dzisiaj. W tym roku nominowana została „Fuga” Wita Szostaka reklamowana jako „pełna ciepła i humoru opowieść o przegranym życiu”. „Fuga” jest trzecią częścią trylogii, obie poprzednie również były nominowane do Żuławskiego, a pierwsza część – „Chochoły” – zdobyła nawet główną nagrodę. Zdania co do fantastyczności „Fugi” są podzie-

Żuław pod ostrzałem

lone, choć chyba przeważają te powątpiewające, a i jej zwolennicy muszą się mocno gimnastykować, żeby uwypuklić mocno dyskusyjne i raczej peryferyjne fantastyczne motywy. Co ciekawe, mało brakowało, by i jeszcze bardziej niefantastyczna (o ile tę cechę można stopniować) „Morfina” Szczepana Twardocha otrzymała nominację, znalazła się bowiem tuż za stawką. Spowodowane jest to zapewne otrzymaniem przez Twardocha Paszportu Polityki. To drugie takie wyróżnienie dla pisarza kojarzonego z fantastyką, pierwszemu udało się to Andrzejowi Sapkowskiemu w roku 1997. Trzykrotnie bliski zdobycia paszportu był Jacek Dukaj, ale żadna z nominacji nie zamieniła się w nagrodę. Nawet ta za „Lód”, który zgarnął nie tylko większość nagród branżowych z Zajdlem i Żuławskim na czele, ale również Nagrodę Fundacji im. Kościelskich oraz Europejską Nagrodę Literacką. Wracając do Twardocha i jego „Morfiny” – cóż, zawsze to miło, gdy „nasz człowiek” coś zdobędzie poza fandomem, nawet jeśli za powieść, która z fantastyką nie ma nic wspólnego. Co jednak nie znaczy, że z automatu należą mu się wszystkie „nasze” nagrody. Miło, że podobnie myśli na tyle znacząca część elektorów Żuławskiego, by powieść Twardocha musiała obejść się smakiem. Choć niewiele brakowało. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że już po ogłoszeniu nominacji do Żuławi, zarówno „Fuga” jak i „Morfina” otrzymały nominację do najbardziej rozpoznawalnej polskiej nagrody literackiej – Nike. Jak widać, im mniej fantastyki w fantastyce tym większym uznaniem cieszy się w środowiskach, które niektórzy określają ironicznym mianem „salonów”. Tak czy inaczej w tym roku Szostak nie ma chyba zbyt dużej szansy na głównego Żuławia. Nominujący elektorzy najwyżej ocenili „Czarne” Anny Kańtoch, poza tym wśród nominowanych znajdują się jeszcze powieści Wegnera, Orbitowskiego, Huberatha i Grzędowicza. Zobaczymy, co najbardziej spodoba się jury.

Łukasz Szatkowski

Kierownik Publicystyki, Największy Złośliwiec Wśród Recenzentów Qfantu, ateista, student bibliotekoznawstwa na UMK, org Toruńskich Dni Fantastyki, członek PTTK, abstynent. Entuzjasta samotnych górskich wycieczek i planszowania w dobrym towarzystwie. Rzadko widywany bez książki pod ręką.

13


publicystyka

Pisanie to choroba - wywiad z

Andrzejem Ziemiańskim Rozmawiał Maciej Lewandowski

Na kontynuację pierwszej trylogii – a tak naprawdę pierwszego tomu – długo czekaliśmy, a to jeszcze nie koniec historii... Po pierwszej trylogii musiałem wziąć głębszy oddech. Nie sądziłem, że taka gruba wyjdzie. W tym czasie napisałem kilka innych książek, których tematy mnie frapowały, a które nie były zbytnio powiązane z fantastyką. Teraz, mam nadzieję, przygotowałem się lepiej kondycyjnie. I efekty widać. Nie mogę się zmieścić w trzech tomach, napiszę czwarty. A ciągle nie jestem jeszcze na bezdechu. Czy istnieje szkic całej Achai, pilnie strzeżona kartka notatnika z wypisanymi kluczowymi elementami? Nie ma czegoś takiego. Wszystkie moje notatki dotyczące trzech tomów „Pomnika…” mieszczą się na jednej kartce wielkości dłoni. Są tam zapisane głównie imiona, żeby mi się nie myliły, i nazwy geograficzne. Nic więcej. W tej chwili, na przykład, kończę tom trzeci i nie mam zielonego pojęcia co będzie w czwartym. Wiem, że nie wszystko wyjaśniłem, nie wszystkie wątki są skończone. Ale będę je poznawał w trakcie pisania. W pewnym sensie razem z czytelnikami, tyle że trochę wcześniej. Drugi tom drugiej serii to polityka, zarówno ta oficjalna, jak i zakulisowa. Do tego dochodzą złoża ropy. Chwilowa potrzeba zabawy polityką, czy też planuje Pan zwiększyć skalę snutej historii? Polityką się nie interesuję, ale nie sposób od niej uciec. Jest w nas, jest wokół nas. Bieżąca mnie nudzi, zresztą patrzenie na to co rozgrywa się wokół jest jałowe i nudne. Nie widać konsekwencji. Dlatego też lubię rozpatrywać historie, ukryte mechanizmy zjawisk, których zakończenie znam. Wszystko co piszę o polityce to nauka, jaką wyciągnąłem z lektury książek o historii. Często podkreśla Pan, że bohaterowie żyjący na kartach powieści mają swe odbicie w rzeczywistym świecie. Kim zatem jest Shen lub Tomaszewski? Shen jest typową ofiarą. Chciałaby dobrze, ale za bardzo idealistycznie. Dlatego daje się nieść wydarzeniom, ponieważ jej idealistyczne wysiłki nie odnoszą żadnych skutków w brutalnej rzeczywistości. Gorzej, nie są nawet zauważane. Znam całą masę takich ludzi. Właściwie to oni chcieliby dobrze, ale zamiast zrobić coś ze sobą albo wokół siebie, udają, że porywają się na cel, jakim jest naprawa

14

społeczeństwa. Ponieważ to się siłą rzeczy nie udaje to się obrażają na świat. I już. Na szczęście Shen w powieści dysponuje trochę większymi środkami niż zwykli ludzie, więc może się jej uda. Nie wiem. Zobaczymy. Natomiast Tomaszewski jest zwykłym człowiekiem, postawionym wobec niemożliwego. Jak więc się zachowuje? Jak każdy z nas. Udaje, że rzeczy niemożliwych nie ma. Kobiety, sex, broń, historia rusznikarstwa w pigułce i przygniatająca rewolucja technologiczno-wojskowa. A co z kulturą, poezją, sztuką nie służącą do podpalania świata? A co z kulturą, poezją czy sztuką? Dokładnie to samo co z kulturą, poezją i sztuką u nas! Światy Achai i nasz są bardzo podobne, by nie rzec identyczne. Dlatego i u nas, i tam w powieści, sztukę się marginalizuje. Aczkolwiek bohaterowie przecież podziwiają piękne rzeźby i wspaniałą architekturę. A i o bibliotekach publicznych mówię niezwykle ciepło. Darowałem opisanemu światu tylko jednego. Nie ma tam „Faktu” ani „Pudelka” w roli czynników kulturotwórczych, tak jak jest u nas.

copyright © by A.Mason

„Jestem dla siebie wymagającym szefem, ale ponieważ jestem też przewodniczącym związków zawodowych i komitetu strajkowego, potrafię też ten nacisk z góry skutecznie sparaliżować.“

Jest Pan pisarzem, ale zawód wyuczony to architekt. Nie kusi Pana czasem, aby zaprojektować jakiś most albo wieżowiec? Nie kusiło. We współczesnej architekturze nie projektuje bowiem żaden tam architekt tylko księgowa. W dodatku dostała teraz do ręki okropną broń: ustawę o zamówieniach publicznych i wyłanianiu wykonawców w drodze przetargu. Dlatego też nasze otoczenie wygląda jak wygląda. A w dodatku, jak to w życiu bywa, zlecenia niekoniecznie musi zbierać najlepszy. Tak, że współczesny Michał Anioł z kolegami nie dostałby przy swoim projekcie zlecenia na bazylikę Świętego Piotra. Myślę, że nawet nie wygrałby przetargu na biuro-

Andrzej Ziemiański


Publicystyka wiec ZUS-u. Dlatego też wolę literaturę. Tu każdy pomysł nie musi przechodzić przez sito skomplikowanej procedury przetargowej. Jaki był powód wkroczenia na drogę, która przywiodła Pana do pierwszego Zajdla? Nie było powodu, bo ja tej drogi nie wybrałem. Ona wybrała mnie i nie dała ani możliwości wyboru, ani ucieczki, ani podjęcia jakiejkolwiek innej decyzji. Pisanie to choroba, na którą się cierpi. Dobrze jeśli można z pisania żyć, bo wtedy leczenie można połączyć z wykonywaniem zawodu. Ale dawniej, w momentach zastoju na rynku, kiedy nikt nie chciał wydawać Polaków, pisałem do szuflady i nic nie mogło tego zmienić. Każdy pisarz ma swój warsztat, ulubione narzędzia i techniki tworzenia opowieści. Pana proza jest bardzo charakterystyczna, jak przebiega proces tworzenia zdań i całych akapitów? Ma Pan określone godziny pracy, normy ilościowe czy wszystko sprowadza się do porannej kawy a reszta to zwykła magia? Każdy pisarz, dla którego literatura jest zawodem, ma własne rytuały i sposoby na okiełznanie magii. Znam gościa, który codziennie rano wybiera się do pracy, wkłada garnitur, wychodzi z domu, jedzie autobusem z kilkoma przesiadkami i ląduje... z powrotem w domu. Ale już w charakterze pracownika, który musi odbębnić osiem godzin.

Wywiad

Znam takich, którzy określają sobie dzienną normę napisanych stron. A potem oszukują sami siebie zwiększając rozmiar czcionki albo odstęp między liniami, ewentualnie zawężają marginesy. Jeśli chodzi o mnie to bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo jest i tak, i tak. Bardzo chcę się wdrożyć do stałych godzin pracy, ale to trochę syzyfowa praca. Jestem dla siebie wymagającym szefem, ale ponieważ jestem też przewodniczącym związków zawodowych i komitetu strajkowego, potrafię też ten nacisk z góry skutecznie sparaliżować. :-) Fantastyka to pojemna kategoria. Myślał Pan o napisaniu np. horroru? Nie umiem pisać horrorów. Ponieważ, żeby napisać go uczciwie, trzeba by opisać swój własny, autentyczny strach. A ja nie mam żadnych doświadczeń w tym zakresie. Nie ma po prostu zbyt wielu rzeczy, których się boję. A te co są... są mało literackie. Cóż to byłby bowiem za horror o lękach związanych z urzędem skarbowym? Pomysły na historie długo dojrzewają, ma Pan jakieś archiwum niewykorzystanych numerów w różnym stadium rozwoju, dojrzewających do opuszczenia szuflady? Ile potrzebowała Achaja? Realizacja książki skutecznie zaciera pamięć o jej powstawaniu. Nie wiem ile to trwało. A co gorsze, nie wiem ile

15


publicystyka CO trwało. Nie planując, nie pisząc konspektów ani projektu pracy, nie jestem nawet w stanie powiedzieć, jak długo pisze się powieść. Bo co liczyć? Samo stukanie w klawisze można ściśle określić liczbą dni. Ale czy klawiaturowe bębnienie to naprawdę powstawanie powieści? Nie wiem.

Andrzej Ziemiański

Pomysł w szufladzie, który jest projektem-marzeniem, ale na razie będący poza zasięgiem obecnych technik produkcyjnych manufaktury A. Ziemiański. Bardzo spodobało mi się określenie manufaktura w odniesieniu do autora. Bardzo celne w stosunku do sytuacji w Polsce. A co do problemów realizacyjnych to marzy mi się przewodnik po Wrocławiu, ale nie zatrzymujący się na jednym czasie, nie opisujący jedynie rzeczy, które naprawdę miały miejsce. Fakty powinny się w nim łączyć z literacką fikcją. Fotografie domów i ulic z rysunkami niezrealizowanych nigdy budowli. To co znalazło się na kartach podręczników historii i literatury pięknej. Jak Pan ocenia aktualny rynek pisarski w Polsce? Jest to biznes opłacalny, czy raczej ciężki kawałek chleba, wymagający szczęścia? Tak, można z pisania żyć. Ale pytanie dotyczące oceny całości raczej nie powinno być adresowane do mnie. Chyba, że odpowiem ogólnikowo. Z pisaniem w Polsce jest jak z biznesem w Polsce. Jedni potrafią robić biznes, inni nie. Identycznie jest z pisaniem. Jedni potrafią z tego żyć, inni nie. To chyba tak samo, jak w całej reszcie świata. Ale nie mnie oceniać.

Preferuje Pan bardziej krótką formę opowiadania czy kaliber książkowy? W której formie bardziej się Pan realizuje? To się zmienia razem z wiekiem. Najpierw bardziej pasowały mi opowiadania, a z biegiem czasu zacząłem woleć powieści. Ale problem leży też w czymś innym. Rynek wymusza pewne formy wypowiedzi. Czasy się zmieniają błyskawicznie, warsztat pisarski również. Pracuje Pan obecnie nad czymś, czy wszystkie siły skupia na Achai? W październiku ukaże się zbór opowiadań. Od czasu zakończenia bloga o kolei, szukam swojego miejsca również na tym polu. Patrzę tu i tam, jestem podatny na różne inspiracje. Zobaczymy. Kończąc – gdzie we Wrocławiu leją najlepsze piwo? Najlepsze piwo leją w gardła studenci, bo właśnie są juwenalia. A gdzie je leją? Wszędzie!

copyright © by Michał Mucha

Gdyby ktoś zapytał Pana jak pisać, jak budować fabułę i tworzyć soczyste dialogi, byłby Pan w stanie udzielić kilku zwięzłych wskazówek, czy to zadanie niewykonalne? Tak, byłbym w stanie. Prowadziłem wiele warsztatów literackich, uczyłem kreatywnego pisania na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego (to zresztą ewenement – architekt na uniwersytecie). Można ułożyć spis zwięzłych wskazówek, można kreatywnego pisania nauczyć, można nabyte umiejętności wytrenować. To wszystko jest zadaniem wykonalnym. Żeby miało sens, taki proces powinien trwać dość długo i mieć charakter regularnych zajęć. Zaistniał dzięki decyzji trzech wielkich mocarstw podjętej w Jałcie. Inaczej, jego rodzice nie spotkaliby się. Gdyby nie to fatalne w skutkach porozumienie, mogłyby więc nigdy nie powstać powieści takie jak „Wojny urojone“, „Bramy strachu“, „Dziennik czasu plagi“, „Zabójcy szatana“, „Nostalgia za Sluag Side“ (dwie ostatnie wspólnie z Andrzejem Drzewińskim) oraz „Przesiadka w przedpieklu“ (pod pseudonimem Patrick Shoughnessy). Zobaczywszy co uczynił, pisarz zamilkł na ponad dekadę. Jednak jego mroczny charakter dał znać o sobie, a produkty takie jak „Bomba Heisenberga“, „Autobahn nach Poznań“, „Achaja“, „Zapach szkła“, „Waniliowe plantacje Wrocławia“ czy „Legenda“ zaowocowały licznymi nagrodami literackimi. Autora uhonorowano Nagrodą Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla (dwukrotnie), nagrodą Sfinksa (pięciokrotnie), Nautilusa (dwukrotnie). Uczy kreatywnego pisania na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Źródło: http://fabrykaslow.com.pl/

16

Andrzej Ziemiański


Boisz się ciężkich książek ?

Irytują cię szeleszczące kartki i postrzępione okładki ? Spróbuj E- Booka! Portal eClicto i Bez Kartek. Już w Marcu!

“ Testimonium “ Jana Maszczyszyna teraz dostępna w formacie E- Booka!


opowiadania

Andrzej Boruszewski Izolda Ilustracja: Ewelina Kaczmarska

Wszedłem na parapet otwartego okna, ukucnąłem na nim i obejrzałem się na leżącą na łóżku Elkę. Widok jej nagiego ciała sprawił, że zapragnąłem wrócić. Dziewczyna odgadła to z mojego spojrzenia i ruchu ciała. Gestem ponagliła odejście i równocześnie przykryła się kołdrą, chociaż na pewno wciąż było jej bardzo gorąco. Jej zachowanie ostudziło moje zapędy skutecznie. Westchnąłem jeszcze tylko i zaraz potem zeskoczyłem niezdarnie na ziemię. Dwa wina, jedno wypite z kumplami, drugie z Elką, sprawiły, że straciłem równowagę. Podniosłem się, przeklinając pod nosem, i poczłapałem chwiejnym krokiem w stronę domu. Wolałem tam dotrzeć przed świtem, bo chociaż byłem dorosły, to matka wciąż mi gderała, gdy nie wracałem o porze, którą ona uznawała za przyzwoitą. Szło mi się ciężko nie tylko z powodu wina, ale i ciemności, noc była bowiem bezksiężycowa i chmur nazbierało się tyle, że zasłoniły wszystkie gwiazdy. Z doświadczenia wiedziałem, że zaraz zacznie padać i nie będzie to mały deszcz. Przyspieszyłem kroku i wkrótce dotarłem do gęstej zabudowy wsi. Szedłem chodnikiem. Chociaż głośno stukałem butami, to przynajmniej nie potykałem się o nierówności polnej drogi i kamienie. Za to szansa, że ktoś mnie zobaczy, zrobiła się znacznie większa. Wolałem z niej nie skorzystać, więc jak tylko usłyszałem podejrzany dźwięk, od razu przytuliłem się do muru jednego z budynków starej cukrowni. Kiedyś dawała pracę dziadkowi, dzisiaj daje schronienie mi. Prawdę mówiąc, obawiałem się tylko jednego człowieka: Janka Wróbla, oficjalnego narzeczonego Elki. Wciąż oparty o mur, szedłem bokiem, patrząc za siebie i nasłuchując, gdy wtem o coś się potknąłem. Przewróciłem się na to coś i stwierdziłem, że jest duże i miękkie. Równocześnie zaczęło padać. Chociaż deszcz ponaglał, nie wstawałem. Byłem ciekaw, co przeszkodziło mi w powrocie do domu. Pomacałem ręką, wytężyłem wzrok i już wiedziałem. Na pewno jakiś pijak, pomyślałem z dezaprobatą, chociaż sam w tej chwili do trzeźwych na pewno nie należałem. Wprawdzie był środek lata, ale nie mogłem go tutaj zostawić. Zagadałem do niego i szarpnąłem za ubranie, jednak to nic nie dało. Było to dziwne, bo sam deszcz powinien ocucić mężczyznę, a co dopiero moje zabiegi pielęgnacyjne. Wyciągnąłem z kieszeni komórkę, włączyłem latarkę i oświetliłem twarz domniemanego pijaka. Jego otwarte oczy nie patrzyły ani przyjaźnie, ani wrogo; nie były ani zaciekawione, ani znudzone. Były martwe. Szybko wstałem i rozejrzałem się wokoło. Nawet jeśli w pobliżu ktoś był, to ciemność i deszcz skutecznie uniemożliwiały zobaczenie albo chociaż usłyszenie go. Pokonując strach, ukląkłem obok ciała i jeszcze raz, tym razem dokładniej, oglądałem je w świetle latarki telefonu komórkowego. W końcu doszedłem do wskazującego palca prawej ręki. Był do połowy czerwony. Pomysł był idio-

18

tyczny, ale oświetliłem mur. Nic nie zobaczyłem, ale mnie to nie zraziło. Badając kawałek po kawałku, posuwałem się w górę. Mniej więcej na wysokości trzydziestu centymetrów natknąłem się na BYŁA. Skierowałem latarkę w lewo i… I latarka zgasła. Nie zdążyłem przekląć, gdy zapaliła się ponownie. W jej migającym świetle szybko odszukałem napis. Deszcz zacinający akurat w tę stronę nieco go już rozmazał, ale wciąż był czytelny. I czerwony. Jakby tego było mało, gdzieś w oddali grzmotnął piorun. Przełknąłem ślinę i resztkami odwagi zmusiłem rękę, by przesunęła się kawałek dalej, a właściwie wstecz, bo w lewo. Wolno minąłem TO i nie znajdując więcej wyrazów, zacząłem dla odmiany posuwać się w prawo. Musiałem się śpieszyć, bo deszcz był coraz mniej litościwy i dla napisu, i dla latarki, która migała coraz bardziej. Nim zgasła zupełnie, jeszcze raz przejechałem po BYŁA i przeczytałem ostatnie słowo: IZOLDA. Kończył się jakimś bazgrołem zjeżdżającym w dół pionową kreską, co wskazywało na to, że właśnie w tym momencie autor napisu pożegnał się z życiem. Mężczyzna nie żył, latarka nie działała, podobnie zresztą jak i pozostałe funkcje telefonu, deszcz wciąż padał, było tak ciemno, że niemal nic nie widziałem – czy miałem inne wyjście, jak stamtąd jak najszybciej odejść? Uznałem, że nie. W domu zobaczyłem krew na dłoniach, więc poszedłem do łazienki ją zmyć. Myślałem o tym, czy mnie ktoś widział i czy powinienem powiadomić policję. Te dwie sprawy wiązały się ze sobą, bo nie chciałem, żeby Janek, pracujący w drogówce narzeczony Elki, dowiedział się, że byłem u niej w nocy, a tak by się stało, gdybym zeznał na policji, skąd wracałem. A przecież musiałbym tak zeznać, bo tylko w ten sposób wyjaśniłbym moją obecność w nocy na chodniku przy cukrowni. Takie zeznanie zatem, chociaż zgodne z prawdą i dające mi alibi przynajmniej na część nocnych zdarzeń, zdecydowanie nie było mi na rękę i chociaż jeszcze nie podjąłem względem niego ostatecznej decyzji, to już zastanawiałem się, czy jest szansa, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, że znalazłem ciało mężczyzny i przeczytałem, prawdopodobnie przez niego napisane i prawdopodobnie napisane krwią, trzy słowa. Te wszystkie myśli huczały mi w głowie i pewnie dlatego nie usłyszałem, jak za moimi plecami stanęła matka. Zapytała, co robię, a ja z wrażenia uderzyłem się dłonią w kran. Na szczęście czerwona woda już spłynęła do zlewu. Matka powtórzyła pytanie, a ja opryskliwie odpowiedziałem, że chyba widać. Westchnęła i wyszła z łazienki. Umyłem twarz w zimnej wodzie i chwiejnym krokiem, teraz bardziej z powodu trupa niż alkoholu, też wyszedłem. Na szczęście nie czekała na mnie, więc nie niepokojony jej gderaniem poszedłem do siebie.

Andrzej Boruszewski


opowiadania Rano powietrze było, jak to po burzy, przyjemnie rześkie. Niewiele mi to pomogło – wciąż miałem kaca. Leżałem przy otwartym oknie i zastanawiałem się, czy trup piszący własną krwią po ścianie cukrowni mi się przyśnił czy też był realny. Z bólem serca stwierdziłem, że tak. Miałem nadzieję, że nie majaczyłem przez sen, a jeśli tak, to nie wtedy, gdy była tu matka i otwierała okno. W tym momencie uświadomiłem sobie, że jeśli padnie na mnie jakikolwiek cień podejrzenia, to ją zapytają o mnie, a wtedy wyda się, o której tak naprawdę wróciłem do domu, bo przecież nie będzie mnie kryła. Zwłaszcza że nie zamierzam jej o to prosić. Pierwsze, co bym usłyszał, to że mówiła mi już dawno, żebym się nie szlajał po nocach, bo nic dobrego z tego nie będzie. I tak to usłyszę. Przecież ona już wkrótce dowie się o nieboszczyku spod cukrowni, skojarzy to z moim nocnym powrotem i długim myciem rąk, i zacznie wypytywać. Co wtedy jej powiem? Przecież nie prawdę, bo trupy byłyby dwa. Wbrew pozorom matka jest wrażliwą kobietą. Gwałtownym ruchem odrzuciłem kołdrę i wstałem. Od razu nadepnąłem na kapcie. Kopnąłem je ze złością, bo dobrze wiedziałem, skąd się tutaj wzięły, i poszedłem do kuchni. Po drodze humor nieco mi się poprawił, za to wzmogło się pragnienie. Bez słowa otworzyłem lodówkę, wyjąłem mleko w kartonie i zacząłem łapczywie pić, nie zważając na gardło. Gdy skończyłem, rzuciłem do stojącej przy oknie rodzicielki, że setki razy mówiłem, żeby nie wchodziła do mojego pokoju, ale lodówkę zamknąłem po cichu, chociaż w takich sytuacjach zazwyczaj nią trzaskałem. Matka zamiast mi coś odpowiedzieć, zapytała, czy nie wiem, co się stało, że wszyscy ludzie idą w jedną stronę. Nie od razu jej odpowiedziałem. Najpierw podszedłem do okna i dopiero tam burknąłem, że nie mam pojęcia. Nie dawała spokoju i głośno zastanawiała się nad fenomenem jednokierunkowego spaceru mieszkańców naszej wsi, którzy o tej porze powinni być zajęci robotą, a nie spacerami, jak jakieś emeryty albo miastowe. Nie niedziela, żeby szli do kościoła, zresztą to nie w tę stronę; nie pali się, bo idą, a nie biegną, poza tym straży nie słychać, więc co? Wiem, ale nie powiem, pomyślałem, potem wzruszyłem ramionami i zacząłem wychodzić z kuchni, zerkając na matkę ukradkiem. Ona to zauważyła i przypomniawszy sobie mój nocny powrót, zmarszczyła brwi i zapytała, czy czego w nocy nie odmalowałem. Chciałem krzyknąć, że i owszem, na ścianie cukrowni, ale w porę ugryzłem się w język i tylko machnąłem ręką, i poszedłem do łazienki. Gdy się umyłem, wiedziałem już, co zrobię. Spotkam się z Elką i wszystko jej powiem. Niech ona zadecyduje, czy mam ją mieszać w tę sprawę, czy też obydwoje będziemy siedzieć cicho i czekać na rozwój wypadków. Moja matka nie miała zamiaru czekać. – A ty dokąd? – zapytałem, znieruchomiawszy w drzwiach łazienki, widząc, jak szykuje się do wyjścia. – Wszystkie idą, to i ja. A ty nie idziesz? W jej pytaniu słyszałem wyraźnie nie tylko zdziwienie, ale i podejrzliwość. Odpowiedziałem, że później, co zresztą było prawdą, po czym ubrałem się, wysuszyłem komórkę suszarką do włosów (co o dziwo pomogło), zapaliłem papierosa i dopiero wtedy poszedłem tam, dokąd tego dnia zmierzała cała wieś. Po drodze spotkałem Marka, jednego z chłopaków, z którymi wczoraj piłem przed pójściem do Elki. Zapytałem go, czy wie, co się stało. Marek nie wiedział. Nie minęło

Izolda

dziesięć minut i staliśmy w tłumie gapiącym się na leżące na chodniku pod cukrownią ciało jakiegoś mężczyzny. Od ludzi odgrodzone było kilkoma policjantami i taśmą, która zakreślała całkiem spory teren. Gapie wypytywali się nawzajem o tożsamość nieboszczyka. Ja wypatrywałem śladów, które mogłem wczoraj zostawić. Z miejsca, gdzie stałem, niewiele było widać, więc zacząłem się przeciskać do przodu. Zatrzymałem się w miejscu, w którym wyraźnie widziałem, że po wczorajszym napisie zostały tylko rozmyte, spływające w dół, niewyraźne, bladoczerwone kształty nie wiadomo czego. Jeszcze jeden powód, by się zdenerwować. Prawdopodobnie tylko ja wiem, że na murze był napis, nawet wiem jaki, więc jeśli nie opowiem wszystkiego policji, mogą mnie oskarżyć o utrudnianie śledztwa, zatajanie dowodów albo coś innego, równie niebezpiecznego. Z drugiej strony, zwłaszcza widząc przy policyjnym samochodzie Janka Wróbla, spowiadać się z nocnych wypadków też nie miałem ochoty. Pocieszając się, że jeszcze mam czas, skupiłem się na prawie suchym chodniku. Nie miałem pojęcia, jak daleko zaszła technika w policji, ale nie sądziłem, żeby po deszczu zostały jakiekolwiek ślady mogące naprowadzić policję na mój trop. Mimo to w żołądku czułem niepokój. A pod żebrami łokieć Marka. Odwróciłem się do niego i zapytałem: – O co chodzi? – O ten tramwaj – odpowiedział, a potem, wskazując głową na nieboszczyka, zapytał: – Znałeś go? Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z faktu, że pod murem cukrowni leżą zwłoki mężczyzny, którego do tej pory nigdy nie widziałem. W nocy nie miałem szans go rozpoznać, ale teraz na pewno bym poznał, gdyby to był ktoś stąd. Odpowiedziałem, że nie, nie znałem, a potem obydwaj spojrzeliśmy w stronę samochodu, który właśnie zatrzymał się nieopodal. Wysiadło z niego kilku mężczyzn i jedna kobieta. Musieli to być jacyś ważniejsi funkcjonariusze, bo mundurowi od razu nabrali wigoru i zaczęli pokrzykiwać, żeby się rozejść. Nieoczekiwanie jeden z przybyłych kazał wszystkim chwilę zaczekać. Pierwszego z brzegu zapytał, czy zna nieboszczyka, a po uzyskaniu negatywnej odpowiedzi, o to samo zapytał jeszcze kilku innych gapiów. Nikt go nie znał. Ważniacy z samochodu przez chwilę naradzali się, co robić. Stwierdzili, że mają do wyboru: albo rozpędzić towarzystwo, albo przepuścić je rządkiem koło denata, celem uzyskania wiedzy na temat jego tożsamości. Druga myśl była kusząca, bo mężczyzna pozbawiony był nie tylko życia, ale i dokumentów, jednak pierwsza chroniła miejsce ze zwłokami przed zadeptaniem, na co zwrócił uwagę najstarszy z przybyłych. Wprawdzie nie bardzo było co zadeptywać, ale fakt pozostawał faktem: wpuszczenie ludzkiego stada na miejsce przestępstwa było sprzeczne z tym, czego ich nauczono. Zaraz potem padł argument, że wśród tłumu może być morderca i lepiej by było, żeby o sprawie wiedział jak najmniej. Z tym nie zgodziła się jedyna kobieta w całym towarzystwie, zauważając, że morderca mógłby się czymś zdradzić, więc nadal uważa, że to nie jest zły pomysł, żeby w sposób kontrolowany i w pewnej odległości od ciała przeszli wszyscy, którzy tu teraz są. Niewiele słyszałem z całej tej dyskusji, ale wystarczająco dużo, żeby domyślić się kluczowych problemów, jakie w niej zostały poruszone. Przez to nadstawianie ucha znowu straciłem kontakt z Markiem, więc ten kolejny raz przypomniał mi o swojej obecności bolesnym kuksańcem.

19


opowiadania – Czego? – zapytałem niezbyt grzecznie. – Od dziesięciu minut do ciebie gadam, a ty jak ten obraz. – Że co? – Że jajco. – Przepraszam, zagapiłem się na tego tutaj. Mógłbyś powtórzyć pytanie? – To nie teleturniej – odparł obrażony i odszedł. Zaraz potem ogłoszono, że wszyscy proszeni są o przejście na lewą stronę, następnie gęsiego, spokojnie i powoli mają przechodzić wzdłuż taśmy i bacznie przyglądać się leżącemu pod murem mężczyźnie. Jeśli ktoś go kiedykolwiek widział albo cokolwiek o nim wie, proszony jest o natychmiastowy kontakt z obecnymi tu funkcjonariuszami. Czekając w tłumie na swoją kolej, wypatrywałem Elki i swojej matki. Elki, bo miałem z nią do pogadania, a matki, bo nie byłem pewien, czy starej nie przyjdzie do głowy zakomunikować Blondynie, jak zacząłem w myślach nazywać policjantkę, o moim późnym powrocie i dziwnie długim myciu rąk. Elki nie udało mi się wypatrzyć, w czym nie było nic dziwnego, bo mieszkała na skraju wsi i prawdopodobnie jeszcze o niczym nie wiedziała, natomiast matka nigdzie się nie wybierała, grzecznie stała w kolejce. Zastanawiające było tylko to, że cały czas była na jej końcu. Czyżby miała zamiar złożyć na mnie donos, gdy już pójdę do domu? Zatrzymałem się na wysokości trupa, jeszcze raz popatrzyłem na niego, na ścianę i na chodnik, następnie spojrzałem w pytające oczy Blondyny i przecząco pokręciłem głową. Potem stanąłem kilka kroków dalej i czekałem, obserwując matkę. Pół godziny później wracaliśmy do domu razem. Gdy w pobliżu nie było nikogo, matka zapytała, na co czekałem. Odpowiedziałem, że nie na co, tylko na kogo, i że na nią. – A odkąd to się zrobiłeś takim czułym synem? – A odtąd, odkąd we wsi razem z deszczem spadają trupy. Przed samym domem odwróciłem się na pięcie i twierdząc, że mam coś do załatwienia, wsiadłem w samochód stojący pod domem i pojechałem do sklepu, w którym pracowała Elka. Miałem szczęście, była sama. Udała, że mnie nie zna i zapytała, czym może służyć. Nachyliła się przy tym tak, że gdybym nie wiedział, jak wyglądają jej piersi, to mógłbym się teraz tego dowiedzieć. W innych okolicznościach wykorzystałbym to i odpowiedział, że może mi służyć całym swoim ciałem, choćby tu i choćby zaraz, ale teraz powiedziałem poważnie, że musimy porozmawiać. Nachmurzyła się i rzuciła krótkie pytanie: – Janek? – Nie, nie Janek. – Matka? – Też nie. – Więc o co chodzi? Szybko opowiedziałem, co się stało. Dziewczyna poczerwieniała na twarzy, założyła ręce na piersiach i powiedziała z wyrzutem: – Ale mnie załatwiłeś. – Ciebie?! Przede wszystkim załatwiłem siebie! Już dawno powinienem siedzieć na posterunku i wszystko grzecznie wyśpiewywać, a tymczasem jestem tu, bo chcę ciebie chronić, a ty mi mówisz, że załatwiłem ciebie?! – Więc co zrobimy? – odpowiedziała pytaniem. Westchnąłem rozgoryczony, bo to było moje pytanie, a ona miała na nie odpowiedzieć, a nie je zadawać, po czym uroczyście odparłem, że to zależy od niej. Nad swoją

20

decyzją myślała tak intensywnie, że obsługując klienta, który w tym czasie wszedł do sklepu, pomyliła się dwa razy. Ledwie zamknął za sobą drzwi, miała rozwiązanie: – Najlepiej będzie, jeśli będziemy milczeć. Gdyby za jakiś czas wydało się, że tej nocy byłeś u mnie, to przecież powodów, żeby to zataić, mieliśmy aż nadto. Na pewno nam uwierzą i zrozumieją. Co do tego ostatniego miałem sporo wątpliwości, ale zapytałem o co innego: – A co z napisem? – O tym zapomnij – odpowiedziała. – W życiu nie możesz się przyznać, że znalazłeś ciało i nie powiadomiłeś o tym policji. – A jeśli jakimś cudem się dowiedzą? – Cudów nie ma. Był środek ciemnej nocy i do tego lało, więc nikogo tam nie było, a jak był, to cię nie rozpoznał. Niby wszystko się zgadzało, ale dręczył mnie niepokój. Przecież nie da się wykluczyć, że w swoich rozważaniach coś pominęliśmy. Poza tym być może swoim milczeniem spowoduję, że morderca nigdy nie zostanie schwytany, czego nie daruję sobie do końca życia. Postanowiłem powiedzieć to głośno: – Jeśli zataję informację o napisie, który być może jest wskazówką, przeze mnie mogą nigdy nie złapać mordercy. Elka zaśmiała się sztucznie i powiedziała: – Większych problemów nie masz? Masz, więc nie zawracaj sobie głowy mordercą. To problem policji, nie twój. Po tej uwadze przyszło mi coś do głowy. Była to obrzydliwa myśl i musiałem ją tak przekazać dziewczynie, żeby nie poczuła się urażona. Otóż jej oficjalny narzeczony lada dzień miał z drogówki przejść do dochodzeniówki. Młodszy aspirant Wróbel mógłby nam nieświadomie służyć jako źródło wiedzy o śledztwie. Wystarczyłoby, żeby Elka od czasu do czasu się z nim przespała i wykorzystując miłą atmosferę, pociągnęła nieco za język. Tylko jak jej o tym powiedzieć? Wiedziała, że ja wiem, że z nim sypia, ale co innego to tolerować, a co innego robić z tego atut. Tego mogłaby mi nie wybaczyć. Niespodziewanie wyręczyła mnie sama Elka. Nie wchodząc w szczegóły, powiedziała, że będzie trzymała rękę na pulsie. Janek przechodzi do dochodzeniówki i na pewno od czasu do czasu coś chlapnie, bo lubi się popisywać, więc będziemy mogli na bieżąco reagować na rozwój wypadków. Dzięki temu, że do sklepu wszedł kolejny klient, nawet nie musiałem udawać niezadowolenia. Szybko kupiłem kilka bułek, masło, pasztet i dwa piwa, powiedziałem „do widzenia” i wyszedłem. Do domu wracałem weselszy i na pewno nieco trzeźwiejszy, niż z niego wyjeżdżałem. Być może zmieściłbym się w przepisowych dwóch dziesiątych promila, ale na szczęście i tym razem nie przekonałem się, jaki naprawdę jest skład chemiczny mojej krwi. Tego dnia policja miała na głowie zdecydowanie poważniejszy problem niż trzeźwość kierowców, więc nawet jak kogoś zatrzymywała, to interesowała ich jedynie zawartość bagażnika. Szukano bliżej nie sprecyzowanego ostrego, długiego narzędzia. Ktoś w nocy zakłuł nim na śmierć mężczyznę, którego tutejsi mieszkańcy wcześniej nigdy w swoim życiu nie widzieli. Tak w każdym razie zapewniali. Tydzień później leżałem obok nagiego ciała Elki i myślałem o tym, co od niej usłyszałem. Policji w końcu udało się odcyfrować część napisu na ścianie cukrowni. Dla mnie nie było tajemnicą, że zawierał imię Izolda, ale dla stróżów

Andrzej Boruszewski


opowiadania prawa było to prawdziwą niespodzianką i wyzwaniem zarazem. Wprawdzie spodziewali się czegoś w rodzaju wskazania mordercy, ale nie dość, że nie myśleli, że będzie to kobieta, to najbliższa Izolda mieszkała ponad sto kilometrów stąd i miała doskonałe alibi, więc to wskazanie mordercy – o ile był nim właśnie napis – nic im nie dawało. Następna informacja, jaką uzyskałem od kochanki, była bardziej niepokojąca. Po przesłuchaniu wszystkich mieszkających blisko cukrowni i wobec fiaska tego posunięcia, postanowiono przesłuchać także tych mieszkających dalej. Liczono na to, że w krzyżowym ogniu pytań polegnie co najmniej ważny świadek, jeśli nie sam morderca. Ostatnia informacja dotyczyła tożsamości nieboszczyka. Nie był notowany, więc po odciskach palców nie można go było zidentyfikować. Nikt też nie zgłosił jego zaginięcia. Krótko mówiąc, tożsamość denata wciąż była nieznana. Nad tym wszystkim rozmyślałem, opierając głowę na dobrze rozwiniętym udzie Elki i brzdąkając na gitarze. Nie grałem niczego konkretnego, raczej improwizowałem, zdając się na podświadomość, która przechowywała wiele melodii zasłyszanych tu i ówdzie. W pewnym momencie dziewczyna poprosiła o replay, ale żebym najpierw zamiast B zagrał B7, a potem D#. Nie od razu zrozumiałem, o co jej chodzi. Dopiero jak mi konkretnie wytłumaczyła, które akordy mam zastąpić tymi podanymi przez nią, zagrałem tak, jak chciała. Jak tylko skończyłem, wstała, nie wiadomo czym podekscytowana, i zabrała mi gitarę. Nie protestowałem, bo widok nagiej dziewczyny z gitarą był miły memu oku, poza tym byłem ciekaw, do czego Elka, ta najbardziej zwariowana dziewczyna w całej wsi, zmierza. Zagrała kolejno B, B7+, B7, D# i zapytała, czy teraz rozumiem? Nie rozumiałem, więc zagrała jeszcze raz, teraz dodając d# i B. Musiałem przyznać, że melodię kojarzyłem, ale nie wiedziałem z czym. W końcu mi powiedziała: – To była Izolda. A właściwie samo Izolda. Wciąż nie rozumiałem. – Piosenka! – wyjaśniła, będąc już na granicy wytrzymałości. – Jest taka piosenka. Widocznie wciąż wyglądałem jak półgłówek, bo w końcu nie tylko mi zagrała, ale i zaśpiewała. To była Izolda, smutniejsza od łez, niebieska jak ziemi tło. Teraz pojąłem. Teraz sobie przypomniałem, faktycznie, jest taka piosenka. Ale co z tego? – To z tego – odpowiedziała, wciąż wściekła na moją głupotę – że trzeba gdzieś znaleźć ją całą, przynajmniej tekst, i przeanalizować! Dopiero teraz pojąłem, w czym rzecz. – Myślisz, że… – zacząłem, ale Elka mi przerwała: – Nie wiem, ale spróbować warto. Spróbowałem następnego dnia. Pojechałem do miasta, w kawiarence internetowej usiadłem przed komputerem, w wyszukiwarkę wpisałem frazę: To była Izolda, wszedłem na pierwszą stronę z długiej listy linków, co od razu okazało się strzałem w dziesiątkę, po czym poprosiłem obsługę o wydrukowanie. Kilka minut później siedziałem w samochodzie i czytałem. Najbardziej zaintrygował mnie fragment: Dzisiaj widziałem ją. Ta smutna, ta nieśmiała, szara pani,

Izolda

czy to ona? Przecież nie ja – to czas okazał się tak nieżyczliwy dla niej. To nie ona. Widziałem ją. Widziałem ją. Elka zdecydowanie nie była głupia. Miała nosa. – Masz? – zapytała w sklepie, między jednym klientem a drugim, gdy zjawiłem się tam po powrocie z miasta. – Mam – odparłem i zaraz dodałem: – Ale nie dam. O dwudziestej, tam, gdzie zawsze. Tam, gdzie zawsze, czyli pod lasem za wsią, czekałem na nią ponad godzinę. Do samochodu wsiadła w wyraźnie złym nastroju i od razu powiedziała, że ma okres. – Czy to zemsta? – zapytałem, podając jej kartkę. – Co przeskrobałem? Odpowiedziała, że jestem głupi i zajęła się czytaniem z takim zapałem, jakby to był najnowszy przepis na odchudzanie. Gdy skończyła, tonem zwycięzcy zapytała: – I co o tym myślisz? Bo według mnie tu czarno na białym jest napisane, że morderczynią jest jakaś smutna, nieśmiała, szara kobieta. Spotkał się z nią tego dnia, gdy został zamordowany. Brzmiało to jak wróżenie z fusów, ale musiałem przyznać, że miało sens. W zasadzie musiałem przyznać więcej: myślałem dokładnie tak jak Elka. Gdyby nieboszczyk napisał samo imię, mogłoby chodzić o to, o co posądzała go policja: wskazuje imię mordercy; informuje, że to była Izolda. Wtedy wystarczyłoby sprawdzić alibi znanych mu Izold. Ponieważ jednak napisał całą frazę, chodziło mu o piosenkę. To w niej jest opis mordercy. Policja tego nie wie, bo odczytała tylko imię. Pewnie myślą, że reszta to nazwisko. Ostatnia myśl spowodowała, że pojawiła się pewna wątpliwość. Wyraziłem ją głośno pytaniem: – Dlaczego mężczyzna z Wrocławia nie napisał imienia i nazwiska mordercy, tylko kawałek tekstu piosenki? Gdyby napisał samo imię, można by to wytłumaczyć tym, że był osłabiony i czuł, że nie da rady napisać także nazwiska, ale przecież napisał aż trzy wyrazy. Elka chyba już wcześniej nad tym myślała, bo natychmiast wyrecytowała: – To, że je napisał, to fakt i na pewno nie bez znaczenia. Po co by je pisał, jeśli nie chciał w ten sposób nic przekazać? Najbardziej prawdopodobne jest, że chciał przekazać informację o mordercy. Musimy przyjąć, że z jakichś powodów nie wymienił go z nazwiska, ale opisał słowami wskazanej przez siebie piosenki. Może nazwiska nie znał? Uśmiechnąłem się do dziewczyny, a chcąc podkreślić, jak bardzo cenię jej inteligencję, zacząłem ją całować. Szybko powstrzymała moje zapędy i przypomniała, że ma okres. Zaraz potem poprosiła, żebym ją odwiózł do domu, bo Janek niedługo kończy służbę i przyjedzie ją odwiedzić. Gdy wróciłem do domu, matka jeszcze nie spała. Stała nad zlewem i pucowała go, chociaż w całej wsi nikt nie miał czystszego. Patrząc na jej spracowane ręce i smutną twarz, przypomniała mi się szara pani z piosenki. Pomyślałem, że moja matka też kiedyś była młoda. O jej względy na pewno zabiegało wielu chłopców, w tym ten jeden, któremu uległa, mój ojciec. A teraz jest smutną, nieśmiałą kobietą. Życie

21


opowiadania zniszczyło w niej i młodość, i radość. Bez dwóch zdań – ja też dołożyłem do tego kilka ciężkich cegieł. Zapytałem, czy pomóc, a ona jak zwykle nie odpowiedziała, tylko wskazała kanapki przykryte drugim talerzem, żeby nie wyschły. Podziękowałem, wziąłem talerz i poszedłem z nim do siebie. Tam, targany wyrzutami sumienia, sięgnąłem po album ze starymi zdjęciami. Zupełnie jakbym w ten sposób chciał przywrócić matce młodość. Te z jej lat dziecinnych przejrzałem szybko. Dłużej zatrzymałem się na tych z czasów, kiedy chodziła do szkoły. Najpierw podstawowej, potem średniej. Tej ostatniej nie było na miejscu i wysłano ją do rodziny do Włocławka. Żałowano tego bardzo, bo któregoś roku wróciła z brzuchem. Nigdy się nie dowiedziałem, kto jest moim ojcem. Być może ten chłopak, którego dziadek dawno temu powycinał ze zdjęć z tamtego okresu. Sądząc po otworach, był wyższy od matki. Tyle o nim wiedziałem. Reszta była milczeniem przestrzeganym surowo jak Wielki Post. Zamknąłem album i wróciłem do kuchni. Zapytałem, czy naostrzyć noże i nie czekając na odpowiedź, otworzyłem szufladę. Były tylko dwa. Zapytałem, gdzie jest trzeci, ten stary, zupełnie cienki od wieloletniego ostrzenia. Złamał się i wyrzuciła. – Zdarza się. Najważniejsze, że nic sobie przy tym nie zrobiłaś. Matka jak zwykle nie była chętna do rozmów. Przytaknęła tylko i skupiła się na swoich drutach. Kolejny sweter, którego nie będę chciał nosić. I wtedy to się stało. Spadło na mnie, jak woda z nagle odkręconego prysznica. Kobietą z piosenki jest moja matka. To o siebie się bała, patrząc na mnie podejrzliwie, gdy poszliśmy oglądać zwłoki, a także wcześniej, gdy wróciłem tej pamiętnej deszczowej nocy. Tak wiele to tłumaczyło… Chociaż nie wszystko się zgadzało. Na przykład Wrocław – nie przypominam sobie, by była tam kiedykolwiek. Uczyła się we Włocławku. To nic nie znaczy. Zamordowany mężczyzna mógł się tam uczyć, ale wyjechać po tym, jak matka zaszła w ciążę. Czyli ją zostawił. Czy dlatego go teraz zabiła? Może przyjechał po latach, zobaczyła go, przypomniała sobie wszystko, nie wytrzymała i go zabiła? Już prędzej dziadek. Przecież ona nie miałaby siły, żeby dorosłego mężczyznę zanieść pod nieczynną cukrownię. To dziadek najbardziej go nienawidził. Chyba, że zakłuła go tam, gdzie go znaleziono. Ale po co by tam poszli? Na spacer. Z nożem? Jeśli morderstwo zaplanowała, nie było w tym nic dziwnego. A może jednak to dziadek? Tylko jakim cudem, skoro od tygodnia leży w szpitalu? Z takimi myślami ciężko jest ostrzyć noże i się nie skaleczyć. Mnie to się nie udało. Matka jak zwykle zwymyślała mnie od oferm, ale też raz dwa i fachowo wzięła się za opatrywanie rany. Gdy obwiązywała mi rękę bandażem, zapytałem, czy bardzo nienawidziła ojca? – Nienawidziła? – zdziwiła się. – Może kiedyś, na początku, ale od dawna już nie. – To dlaczego po ojcu zostały tylko dziury w fotografiach? – Przecież wiesz, dziadek go powycinał. Dziadek – człowiek, który w naszym domu rządzi nawet ludźmi na zdjęciach… Powinienem go odwiedzić. Tylko po co? Żeby mi znowu gadał, ile zawdzięczam matce i że winien jej jestem oddanie i posłuszeństwo? – Nienawidził go? – zapytałem. Matka milczała. Przełknąłem kartofla i zadałem pytanie, do którego zmierzałem od początku: – Czy nienawidził tak bardzo, że mógłby zabić? Czy ktoś mógł go zabić z nienawiści?

22

Przestała opatrywać rękę i powiedziała: – Mówisz głupstwa. Zresztą… Dobrze, powiem ci. Twój ojciec nie żyje od dwóch lat. – Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – Bo to bez znaczenia – odparła i poszła sprzątać posprzątaną kuchnię. Fakt, jakie znaczenie może mieć śmierć dziury w fotografii? Chyba tylko takie, że zdejmuje z matki podejrzenie o bycie smutną panią z piosenki. Kto nią jest, nadal pozostaje tajemnicą. Dwa dni później opowiedziałem wszystko Elce. Do tego stopnia bez świadków, że wygnała z pokoju nawet kota. Jej rodzice wyjechali już wcześniej i dobrowolnie. Mieli wrócić dopiero następnego dnia. Cała noc była nasza i cała była pijana. Pierwszego z dwóch szampanów, które z sobą przyniosłem, wypiliśmy nadspodziewanie szybko. Zaczęliśmy go przy stole i ubrani, ale skończyliśmy już w łóżku i nadzy. W trakcie otwierania drugiego zacząłem opowiadać, jak moja matka oczyściła się z zarzutów. Elka, zamiast typować którąś z pozostałych mieszkanek naszej wsi na Izoldę, zapytała, jak to jest odkryć, że matka to także kobieta. Odpowiedziałem, że mamy poważniejszy problem i dobrze by było, gdyby przestała filozofować. Chwilę na mnie patrzyła i – być może z litości – zmieniła temat. – A jeśli wyszliśmy z błędnego założenia? – zapytała, opierając się na łokciu i patrząc mi wyzywająco w oczy. – Że niby co? – No właśnie to: błędne założenie. Wysiliłem mózg, nalałem do kieliszków pieniącego się, jasnego płynu i po chwili zaskoczyłem. – Myślisz, że…? – To całkiem możliwe. Jeśli myślisz o tym, co ja. Sposób, w jaki to powiedziała, oraz sposób, w jaki przy tym na mnie spojrzała, nie pozostawiały wątpliwości: oczekuje, że natychmiast powiem, co wymyśliłem. Zaryzykowałem. – Myślisz, że to Wodecki? – Kto?! – niemal krzyknęła. Wyglądało na to, że ryzyko nie opłaciło się. Nie było jednak wyjścia, jak brnąć dalej. – No Wodecki. Ten piosenkarz od Izoldy. – Zwariowałeś? – Niby czemu? Skoro tekst piosenki nie opisuje mordercy, to może wskazuje go w inny sposób, na przykład taki, że… – Bardziej znane są te idiotyczne Chałupy – przerwała mi moja pulchna kochanka, a ja na chwilę zamilkłem, więc wyjaśniła: – Chałupy to tytuł bodaj jego największego przeboju. – Bodaj? – zapytałem z głupia frant, na co Elka nieco się roz-gniewała, prawdopodobnie z powodu uśmiechu, jaki dodałem do pytania. – O co ci chodzi? Nie znasz takiego słowa? – Znam, ale… – Jak znasz, to się łaskawie przymknij, zdejmij łapę z cycka, a przynajmniej przestań się nim bawić jak dziecko guzikiem na pufie, uzupełnij braki w kieliszkach i słuchaj. Otóż, jak już powiedziałam, Wodecki bardziej został zapamiętany jako wykonawca idiotycznych Chałup niż przyzwoitej Izoldy. Bardziej go kojarzą z pszczołami niż z Bachem… Wiedziałem, że się narażam, a mimo to zamiast o Bacha, zapytałem o pufę: – Na jakiej pufie? – Nie wiesz, co to jest pufa? Coś ty dzisiaj taki nic niewiedzący?

Andrzej Boruszewski


opowiadania Niby wiedziałem, a nie wiedziałem. Chyba powiedziały to moje oczy, bo Elka westchnęła, wskazała wzrokiem pufę stojącą przy ławie i wyjaśniła, że roczny synek jej starszego brata lubi przy niej stawać i bawić się jej guzikami, po czym zaproponowała, żebyśmy wrócili do – jak się wyraziła – pana Zbigniewa. Zrobiłem to z ochotą. – Myślisz więc, że słowo Chałupy bardziej wskazywałoby Wodeckiego niż słowa To była Izolda? Wyobraźmy to sobie… Zgodnie z przewidywaniami moje pytanie dało dziewczynie do myślenia. Milczała chyba z minutę. W końcu przyznała mi rację. – Wygrałeś. – Mogłabyś więc zasugerować swojemu umundurowanemu narzeczonemu, żeby sprawdził alibi pana Zbigniewa. – Nie, nie – zaprzeczyła ze śmiechem. – Nie w tej sprawie wygrałeś. Ten jej śmiech nie brzmiał przyjaźnie. Miałem ochotę zapytać, skąd w wiejskiej sklepowej tyle mądrości, ale na szczęście nie byłem aż tak pijany, żeby być takim głupcem. – Więc nie zgadzasz się z moją wersją? – zapytałem. – Ani trochę. – Przedstaw lepszą. Przedstawiła ją od razu. Zupełnie jakby tylko czekała na to, żeby móc wreszcie popisać się przed publicznością numerem, który specjalnie na tę okazję przygotowała. Jednooso-

Izolda

bowa publiczność, czyli ja, była zasmucona. Zawsze jestem zasmucony, gdy okazuje się, że nie wpadłem na to, na co inni wpadli. Dlaczego to nie mi przyszło do głowy, że napis na murze cukrowni wykonał morderca, a nie zamordowany? Chciał w ten sposób podsunąć policji fałszywy trop, przecież to oczywiste. Pełen uznania dla inteligencji mojej kochanki, ucałowałem z szacunkiem i uwielbieniem najpierw jej obydwie piersi, a potem całą jej resztę, pomijając w sumie najwyżej dziesięć kwadratowych centymetrów. – Podejrzewasz kogoś konkretnego? – zapytałem mniej więcej pół godziny później, gdy leżeliśmy spoceni i zmęczeni jak diabli. – Nie, ja tylko tak ogólnie powiedziałam. A ja podejrzewałem konkretnie. Czy nie mając żadnych dowodów, powinienem był mówić na głos kogo? Takie pytania nie mają sensu. Stało się, powiedziałem i nic już tego nie zmieni. Niczego, co się stało, nie da się zmienić, więc po co to rozpamiętywać? A jednak myśleć o tym będę do końca swoich dni. – Dlaczego akurat jego podejrzewasz? – zapytała. – Po pierwsze dlatego, że po naszej nocnej libacji wracając do domu, musiał przechodzić obok cukrowni, a po drugie, dziwnie się zachowywał wtedy, gdy cała wieś się zleciała, żeby zobaczyć trupa. – A konkretnie?

23


opowiadania – A konkretnie to uciekł stamtąd, jak tylko policja powiedziała, żeby wszyscy przeszli obok nieboszczyka i postarali się go rozpoznać. Jak mogłem być tak naiwny, żeby łudzić się, że już następnego dnia o moich podejrzeniach wobec Marka nie dowie się Jan Wróbel, oficjalny narzeczony mojej dziewczyny, a jednocześnie policjant? Wiedza nabyta przez niego w sposób tak oczywisty, że nie wymagający wyjaśnienia, zaowocowała przesłuchaniem mojego kumpla od butelki. Musiał się porządnie zaplątać w zeznaniach, skoro zabrali go ze sobą do miasta. Tam zmiękł do tego stopnia, że postanowił się odplątać, pogrążając mnie, swojego przyjaciela, o czym wkrótce się przekonałem. – Więc twierdzi pan – wolno mówił nieznany mi policjant, przybyły do mnie razem ze znanym mi Janem Wróblem – że zaraz po skończonej libacji w tak zwanym parku poszedł pan do domu? – Tak jest – odparłem hardo. – Zaraz po tym, jak obaliliśmy ostatniego winiacza, poszedłem do domu. – W takim razie – do rozmowy wtrącił się Wróbel – dlaczego dwie godziny po tym, jak powinieneś smacznie chrapać w swoim łóżku, widziano cię pod cukrownią? Dwie sprawy nie podobały mi się w pytaniu Wróbla. Po pierwsze, podkreślenie słowa „swoim”, gdy mówił o łóżku; po drugie fakt, że najwyraźniej wiedział, że w czasie, o który pytali, byłem pod cukrownią, a nie w domu, jak przed chwilą zeznałem. Bez większego namysłu poprosiłem przełożonego Wróbla o kilka słów na osobności. Nie od razu się zgodził, ale w końcu dopiąłem swego. – Jest taka sprawa – szeptałem konfidencjonalnie – Wróbel z przyczyn obiektywnych nie może być obiektywny względem mojej osoby. – Powód? – krótko zapytał policjant. – Powód jest taki – odparłem równie szybko – że narzeczona Wróbla jest moją kochanką. Policjant popatrzył na mnie chwilę jak na wariata, a potem głośno powiedział: – Wróbel, kontynuujcie przesłuchanie świadka. Jest wasz. Na kontynuacji najlepiej wyszedł Darek. Wypuszczono go, a jego miejsce zająłem ja. I tak oto z detektywa amatora, będącego w posiadaniu istotnych dla śledztwa informacji, stałem się głównym podejrzanym. Wiedziałem, że za upojne noce z Elką przyjdzie mi kiedyś zapłacić, ale nie sądziłem, że aż tyle. A wystarczyło trzymać gębę na kłódkę, nie popisywać się przed dziewczyną, a domino dalej stałoby sobie spokojnie. Przesłuchanie kontynuowano jeszcze tego samego dnia, zapewne na zasadzie, że żelazo trzeba kuć póki gorące. Panowie policjanci nie mylili się: istotnie było mi gorąco. I ściskało mnie w żołądku. Bardzo szybko uzmysłowiono mi, jak poważna jest moja sytuacja. Komedia zaczynała zamieniać się w dramat. Nie miałem wyjścia, jak iść na współpracę i opowiedzieć wszystko zgodnie z prawdą. Miałem nadzieję, że Elka mi to wybaczy. W końcu znalazłem się w sytuacji wyższej konieczności. Z każdym przesłuchaniem moi rozmówcy wiedzieli coraz więcej. Oczywiście nie na temat morderstwa, ale na temat mojej kochanki. Im więcej podawałem szczegółów z naszego intymnego pożycia, tym wiarygodniejsza stawała się moja opowieść o tym, jak znalazłem trupa pod cukrownią, więc

24

chociaż czułem się jak Judasz, to w sumie nie było mi z tym aż tak źle. Znacznie gorzej przeżywał to Jan Wróbel. Czułem, że bardzo chętnie, bez żadnych skrupułów, wrobiłby mnie w zabójstwo. Na szczęście, chociaż jego niebiescy koledzy wyraźnie mu współczuli (co niestety odbiło się na tym, jak mnie traktowano), to od męskiej solidarności wyżej cenili sprawiedliwość i w końcu mnie wypuszczono. – W samą porę – przywitała mnie matka. – Zaraz żniwa, trzeba kombajn załatwić. Jak na okoliczności było to dość dziwne powitanie, dlatego zapytałem: – Nie zapytasz, dlaczego mnie zamknęli i dlaczego wypuścili? – A po co? Przecież wiem, że nie ty zabiłeś. Byłem ciekaw, skąd to wie, ale nic nie powiedziałem. Zjadłem obiad i pojechałem do sklepu. Oczywiście tego, w którym sprzedawała Elka. Matce powiedziałem, że jadę zamówić kombajn. Dziewczyna przywitała mnie chłodno. Wyjaśniłem jej, że nie miałem wyjścia i swoją wersję wydarzeń musiałem uwiarygodnić szczerością, na co ona rzekła niemal z pogardą: – I myślisz, głupcze, że dlatego cię wypuścili? – Ponieważ milczałem pytająco, kontynuowała: – Wypuścili cię, bo wpadli na jakiś trop. – Jaki? – zapytałem bez namysłu. – A skąd mam to wiedzieć? – odparła obrażona, a przy tym spojrzała na mnie z takim wyrzutem i żalem, że od razu zrozumiałem: Janek Wróbel już nie jest jej narzeczonym. – Posłuchaj – powiedziałem, kładąc dłoń na jej dłoni. – Bardzo mi przykro, ale może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? – Spojrzałem przy tym w jej oczy głęboko i wzrokiem mającym powiedzieć jej więcej niż słowa. – Przecież wiesz, że nic by z tego nie wyszło. – Usłyszałem w odpowiedzi. To była prawda, której na szczęście nie musiałem potwierdzać, bo do sklepu wszedł klient. Westchnąłem smutno, pożegnałem się i wróciłem do domu. Po wyjściu z samochodu przypomniało mi się, że miałem zamówić kombajn. Okno kuchni było otwarte i słychać było krzątanie się matki, więc zadzwonić poszedłem do stodoły. Nie chciałem, żeby wypytywała, gdzie byłem tak długo, skoro sprawę załatwiam dopiero teraz i to przez komórkę, a na pewno usłyszałaby, o czym rozmawiam. Wszedłem więc do stodoły, przymknąłem drzwi i wybrałem numer Mirka Gąski. Czekając, aż odbierze, rozglądałem się, nie wiedzieć po co. Akurat wtedy, gdy odebrał, zobaczyłem dziwny błysk obok drabiny prowadzącej na sąsiek. Cały czas rozmawiając, podszedłem tam i schyliłem się po to coś, co przyciągnęło mój wzrok, jakbym był jakąś głupią sroką reagującą automatycznie na wszystko, co się świeci. Po chwili trzymałem w dłoni cienki nóż z wyraźnymi śladami krwi na ostrzu. Z miejsca mnie zamurowało. Do słuchawki powiedziałem, że muszę kończyć i na drżących nogach, z nożem w garści poszedłem do domu. Matka nawet się nie odwróciła, gdy wszedłem. Czystość garnków wciąż była w jej życiu niezwykle ważna. – Co to jest? – zapytałem. O dziwo spojrzała. Widocznie w moim głosie musiało być coś, co ją zaalarmowało. – Nóż – odpowiedziała spokojnie. – A co, myślałeś, że grabie? To i nie dziwota. Tak cię gospodarka interesuje, że niedługo… – Przecież widzę, że nóż – syknąłem przez zęby.

Andrzej Boruszewski


opowiadania – To o co ci chodzi? Cały czas mówiła spokojnie i patrzyła przy tym na mnie i na nóż z autentycznym brakiem zrozumienia dla moich niepokojów. Jeżeli czymś się niepokoiła, to moim zachowaniem. Stałem bez słowa i zastanawiałem się, czy matka jest genialną aktorką, czy też ja jestem skończonym kretynem. Odpowiedzi szukałem, rozglądając się po kuchni. Wybór padł na największy garnek, w którym coś się gotowało. Podszedłem, podniosłem pokrywkę i odetchnąłem. W garnku bulgotała czernina. – A ty myślałeś, że co? – zapytała matka. – Że głowa Lenina? – Że nic – odpowiedziałem, rzucając nóż na stół i wyszedłem na dwór. Jeśli jest jakiś sposób, żeby nie zwariować, to ja go nie znam, a jeśli nie ma, to już po mnie – tak mniej więcej brzmiała wtedy moja diagnoza. Nie dość, że nie była zbyt oryginalna, to w dodatku była nieszczera. Przecież dobrze wiedziałem, że uratować mnie może wykrycie sprawcy morderstwa pod cukrownią. Nie oszukiwałem siebie zbyt długo. Nie minęło dziesięć minut, a znowu jechałem samochodem i znowu do Elki. – Nie martw się – zacząłem głupio – nie przyjechałem prosić cię o rękę. – Elka poczerwieniała, ale nic nie powiedziała. – Powiedz mi wszystko, co wiesz – kontynuowałem. – Wszystko, co ci Janek powiedział, zanim… No wiesz. – Paweł R. Tak się nazywał ten spod cukrowni. Przyjechał tu z Wrocławia. Jeśli dobrze pamiętam, dwa dni temu był jego pogrzeb. To wszystko co wiem. – Dzięki. – Zaczekaj – zatrzymała mnie, gdy byłem już przy drzwiach. – Nie zastanawiałeś się, co Marek robił pod cukrownią, gdy i ty tam byłeś? – O ile wiem, jest czysty – odparłem. – No właśnie, więc co tam robił? – Nie mam pojęcia – przyznałem. – Nie rozmawiałem z nim od… Od dawna. – A ja rozmawiałam. To było coś nowego. Zawróciłem. Stanąłem przed Elką, a ona najpierw popatrzyła na mnie zwycięskim wzrokiem, a potem powiedziała: – Śledził cię. A wiesz dlaczego? Bo się we mnie kocha. – Powodzenia – odparłem i wyszedłem. Zanim udałem się w długą drogę do Wrocławia, w najbliższym mieście odwiedziłem kawiarenkę internetową. O wyszukiwaniu informacji w internecie miałem blade pojęcie, ale postanowiłem spróbować szczęścia, bo innych możliwości znalezienia adresu nieboszczyka przychodziło mi do głowy niewiele. Tak, jak uczył mnie Marek, jeden z nielicznych posiadaczy stałego łącza w naszej wsi, wpisałem w wyszukiwarkę podane przez Elkę imię i nazwisko i wcisnąłem Enter. Lista stron nie miała końca. Puknąłem się w głowę i dopisałem: Wrocław. Niewiele to pomogło. Marek z pewnością poradziłby sobie lepiej, w końcu to informatyk, ale nie było go wtedy ze mną. Tak samo jak Janka Wróbla. Przyszło mi do głowy, że było nas trzech, a poróżniła nas dziewczyna, za której twarz żaden z nas nie dałby się zabić. Nie miała twarzy Poli Raksy, to fakt. Nie była wierna jak Penelopa, to też fakt, a jednak już za nią tęskniłem. Wszedłem na Naszą Klasę, żeby popatrzeć na jej zdjęcia i wtedy drugi raz puknąłem się w głowę. Że też nie wpadłem na to wcześniej…

Izolda

Wyszukiwarka Naszej Klasy pokazała tylko dwóch Pawłów R. z Wrocławia. Pierwszy mnie nie interesował, bo miał piętnaście lat; drugi, lat trzydzieści pięć, też był za młody, ale co mi szkodziło kliknąć? Na moje szczęście mogłem zobaczyć jego zdjęcia. To nie był on. Za młody. Wylogowałem się, odszedłem od stanowiska, zapłaciłem, wyszedłem na ulicę, wsiadłem do samochodu i zapłakałem nad swoją naiwnością. Jak mogło mi przyjść do głowy, że właśnie w taki sposób, tak banalnie prosty, że nawet nasi powiatowi niebiescy chłopcy by na niego wpadli, wykryłbym mordercę? I dlaczego, skoro już byłem w internecie, nie wyszukałem numerów telefonów do wrocławskich zakładów pogrzebowych? Wystarczyło je obdzwonić i, udając krewnego, wypytać o miejsce pochówku Pawła R., a przy okazji adres wdowy, bo jeśli takowa istnieje, to być może mi powie, po co jej mąż pojechał do naszej zabitej dechami wsi oddalonej od Wrocławia o prawie dwieście kilometrów? Bo przecież nie po śmierć. Tę mógł znaleźć znacznie bliżej. Tylko jak taki cymbał jak ja miał sprawić, by się mi zwierzyła? Ten problem postanowiłem rozwiązać później. Teraz wróciłem przed komputer celem naprawienia błędu, czyli odszukania i wydrukowania telefonów wrocławskich zakładów pogrzebowych. Po tym jak Wróbel rzucił Elkę, czego konsekwencją było i moje z nią rozstanie, szczęście wreszcie zaczęło mi dopisywać. Polonez w drodze do Wrocławia nie popsuł się ani razu i już piąty z obdzwanianych zakładów okazał się tym właściwym, w dodatku jego personel był nadzwyczaj przyjaźnie nastawiony do każdego, kto wydawał u nich pieniądze. Myśleli, że już po interesie – wszak pogrzeb odbył się dwa dni temu – a tu trafił im się klient, który nie tylko kupi wieniec na grób, ale i kwiaty dla wdowy, więc jak mu nie podać zarówno nowego, jak i starego adresu nieboszczyka? Przecież nie po to jechał setki kilometrów do wdowy po dalekim krewnym, żeby nie złożyć kondolencji tylko dlatego, że nie wie, gdzie ona mieszka. Drzwi mieszkania na trzecim piętrze bloku tak wielkiego, że pomieściłby wszystkich mieszkańców wsi całej naszej gminy, otworzyła mi kobieta na oko czterdziestoletnia. Przemowę przygotowałem sobie wcześniej, ale teraz stałem i nie wiedziałem, co robić. Byłem zdziwiony swoją bezczelnością, odwagą, szczęściem oraz – nie bójmy się tego słowa – głupotą. – Pan w jakiej sprawie? – przerwała moją autoanalizę. – Przepraszam, że nie przyjechałem wcześniej – odpowiedziałem i podałem jej kwiaty. Przyjęła je odruchowo i od razu zapytała: – Pan krewny? Przepraszam, że tak idiotycznie pytam, ale nie znam. Nie kojarzę. – Nic dziwnego – odparłem. – Nigdy nas sobie nie przedstawiono. – Proszę, niech pan wejdzie. Idąc za nią, mówiłem: – Na pogrzeb nie przyjechałem celowo. Nie chciałem wprowadzać zamieszania. – Ach tak – powiedziała niepewnie, będąc już w drzwiach pokoju. Tam wskazała mi fotel i sama usiadła w drugim, stojącym po drugiej stronie ławy. – Dziwnie to zabrzmiało, wiem. – Milczała wyczekująco, więc mówiłem dalej. – Jestem przyrodnim bratem pani męża. Kobieta niespodziewanie wybuchła śmiechem. Po chwili wyjaśniło się dlaczego.

25


opowiadania – Przyrodni brat męża nie żyje. Zmarł kilka lat temu. Dokładnie trzy. – W tym momencie wstała i tonem, jakim się żegna gości, dodała: – Kimkolwiek pan jest, kiepsko się pan przygotował. Trzeba było wymyślić inną bajeczkę. – Trudno wymyślić inną rodzinną bajeczkę, gdy nie zna się swojej rodziny – odparowałem, też wstając. – Nie wiem zresztą, czy pani chciałaby słuchać prawdy. W każdym razie starałem się tego uniknąć. – Właściwie to kim pan jest? – Jestem… Jestem… Może lepiej będzie, jeśli pani usiądzie. – Młody człowieku, dwa dni temu pochowałam męża. Czy sądzi pan, że mogę usłyszeć coś, co zwali mnie z nóg? – Obawiam się, że tak. – No to spróbujmy. – Jestem nieślubnym synem pani męża. – Jak pan widzi, stoję. – Wiedziała pani o mnie? – Nie, ale ta informacja mnie nie zaskoczyła. Dziwi to pana? – Nie wiem. Nie znałem swojego ojca. Kobieta usiadła, z paczki papierosów leżącej na ławie wyciągnęła jednego i przypalając go, gestem poprosiła, żebym zajął fotel, z którego przed chwilą wstałem. Potem zapytała, czy wiem, dlaczego mnie jeszcze nie wygnała. Nie wiedziałam. – Bo ciekawa jestem, po co pan odgrywa tę komedię – odpowiedziała. – Bo chyba pan nie myśli, że panu wierzę? W jej głosie słychać było groźbę i pewność siebie. Zdecydowałem, że czas najwyższy zmienić strategię. – Kilka dni temu wyszedłem z aresztu – zacząłem. Ponieważ kobieta nie sięgnęła ani po telefon, ani po kij bejsbolowy, mówiłem dalej. – Byłem podejrzany o zamordowanie pani męża. Mieszkam w tej wsi, gdzie znaleziono jego zwłoki. Gdyby tylko o mnie chodziło, nie ryzykowałbym przyjazdu tutaj, ale niemal od początku o zabicie pani męża podejrzewam swoją matkę. Najgorsze jest to, że tak naprawdę nic na to nie wskazuje, a mi ta myśl nie daje spokoju. Muszę dowiedzieć się tyle, żebym raz na zawsze oczyścił siebie i matkę z tych absurdalnych zarzutów. Mnie podejrzewa policja, matkę ja – to jest tak chore, że nie wiem, co może być gorszego. Dlatego, jak pani to nazwała, gram komedię. – Wie pan co? – zapytała po chwili. – To jest tak głupie, że panu wierzę. Zapali pan? – Nie, dziękuję, nie palę. – Niech mi pan odpowie na jedno pytanie: ma pan siostrę? – Nie, jestem jedynakiem. – W takim razie pańska matka nie zabiła Pawła – odparła, wstając i podchodząc do barku. Stamtąd wyciągnęła napoczętą butelkę koniaku i dwa kieliszki. Jeden jeszcze nosił ślady niedawnego używania. – Napije się pan? – zapytała, z powrotem siadając w fotelu. – Nie, dziękuję, jestem samochodem. – A ja się napiję, jestem człowiekiem. Więc jak mówiłam, pańska matka nie zabiła mojego męża. Nie miała powodu. Sądząc po pana wieku, jest za stara, żeby mój mąż chciał ją dołączyć do swojej kolekcji porzuconych kochanek, a ponieważ nie ma córki, nie mógł jej uwieść, więc sam pan rozumie. – Sądzi pani, że mordercą jest albo jakaś jego kochanka, albo ktoś z jej rodziny? – Albo narzeczony, albo cichy wielbiciel… Pamięta pan, że powiedziałam, że nie zdziwiło mnie, że miał nieślubne dziecko?

26

– Pamiętam. Z tego, co pani mówi, wynika, że pani mąż… No, że pani mąż… – Że mój mąż był kobieciarzem. Nałogowym, uzależnionym od romansowania kobieciarzem. – Seksoholikiem? – Nie – oburzyła się. – On nie był uzależniony od seksu tylko od romansowania. Od plecenia słodkich andronów, uwodzenia… Rozumie pan? On lubił zdobywać i lubił być zakochany. To drugie pomagało mu w tym pierwszym. – Nie bardzo rozumiem. – Naprawdę? Przecież to takie proste. No ale być może pan jest za młody, żeby to rozumieć. Nie pali pan, nie pije, to może i nie… Przepraszam. No więc to idzie tak: nawet jeśli się nie zakochiwał, to sobie to wmawiał. Miał taką potrzebę, a jednocześnie to pomagało mu w uwodzeniu, bo jak kobieta widzi zakochanego w niej mężczyznę, to szybciej ulega. – No tak. Teraz rozumiem. I sądzi pani… – Tak. Tak właśnie sądzę. Nie widzę innej możliwości. Tak też powiedziałam policji. Jeżeli jest pan od nich i cała ta komedia jest po to, żeby… – Powiedziałem już pani, kim jestem – przerwałem szczerze oburzony, sięgając do saszetki. – Jeśli pani nie wierzy… – Wierzę panu, wierzę. Niech pan schowa te dokumenty. Właściwie to mi wszystko jedno, kim pan jest. – Rozumiem. – Czyżby? Nieważne. Wróćmy do tematu, zanim upadnę tak nisko, że zacznę się panu zwierzać. Bo pewnie pana interesuje, dlaczego nie zerwałam z Pawłem, tylko przy nim trwałam, jak wierny pies, a raczej suka? Chrząknąłem zakłopotany i powiedziałem, że pół kieliszka mi na pewno nie zaszkodzi, więc jeśli jej propozycja jest aktualna, to chętnie się troszeczkę napiję. Przyjęła to z zadowoleniem, a potem wyznała, że teraz powie mi coś, o czym nie powiedziała nawet policji. Niemal nie udusiłem się koniakiem, który wleciał nie tam, gdzie trzeba, tak mnie tym zaskoczyła. Zaśmiała się, ja przeprosiłem, a potem usłyszałem to, czego nie usłyszał Jan Wróbel i jego koledzy z pracy. – Najpierw powiem panu, dlaczego zataiłam to przed tymi, którzy mnie przesłuchiwali. To wredne, ale nie chciałam, żeby złapali tego, kto zrobił to, na co ja nie zdobyłam się przez te wszystkie lata. Poważnie. Jak pan chce, może to pan powiedzieć na policji, bo już mi przeszło. Oni przyszli za wcześnie, pan przyszedł w sam raz, więc należy się panu nagroda. Proszę się nie obawiać, nie w postaci mnie, nie zaproponuję panu siebie. Zawstydziłam pana? Przepraszam. O czym to ja mówiłam? A, już wiem, o nagrodzie. Nagrodą będzie informacja, że mój mąż kolekcjonował swoje zdobycze. Nie wiem gdzie, to mówię od razu, nie wyciśnie pan tego ze mnie w żaden sposób, ale kolekcjonował, to fakt. – Kolekcjonował w sensie: podrywał? – Ma pan taką inteligentną twarz, a czasami gada pan takie głupoty… – Fakt, moja twarz potrafi wprowadzić w błąd. – O, jaki obrażalski. Doszedł pan do wniosku, że już nic więcej nie usłyszy, więc może być niemiły dla starej Anki? Już wcześniej zacząłem podejrzewać, że wdowa próbuje mnie uwieść. Teraz nabrałem pewności. Nie wiedziałem, jak ocalić cnotę i jednocześnie zdobyć brakujące informacje. Bo to, że jakieś są, było pewne. Albo tylko to, że kobieta chce, żebym tak myślał. – Pani Anno – powiedziałem – nie musi pani tego robić.

Andrzej Boruszewski


opowiadania – Czego? – zapytała oschle. – Ani jednego, ani drugiego. Ani mścić się na mężu, dwa dni po tym, jak go pani pochowała, idąc do łóżka z obcym facetem, ani uwodzić mnie obietnicą kolejnych informacji. Mścić się pani nie musi, bo on nie był tego wart, a tego drugiego nie musi pani robić, bo jest pani na tyle interesującą kobietą, że poderwie pani faceta, o tak. Tę ryzykowną przemowę zakończyłem pstryknięciem palcami. Anna jednym haustem wypiła kolejny kieliszek koniaku, a potem spojrzała na mnie wzrokiem, który prześwietlał jak rentgen, i powiedziała: – Wiesz, co ci powiem? – niespodziewanie przeszła na ty. – Mógłbyś być jego synem – masz gadane. I mógłbyś być tym jego cholernym przyrodnim bratem, który z was trzech gadkę miał najlepszą. I kto wie, może i nim jesteś. Kochanki miał w całej Polsce. – Pani mąż? – zapytałem głupio. – Piotr. Jego brat. Przecież o nim mówię. Pawłowi chyba się uroiło, że musi przejąć po nim pałeczkę. Dwuznacznie to zabrzmiało, co? Zaśmiałem się razem z nią, a potem zapytałem: – To był przyrodni brat, tak? – Przyrodni, ale byli zżyci ze sobą jak rodzeni. – Więc mieli inne nazwiska? – Zgadza się. Piotr nazywał się P. Paweł czasami przedstawiał się tym nazwiskiem. Nienawidziłam tego. Tak samo jak tych jego małp. – Znaczy się kochanek? – Magda małpa, Irena małpa, Małgorzata małpa, Dagmara małpa… Ale zaraz, ty myślisz, że ja je wyzywam od małp? A to dobre – znowu się zaśmiała. – Taki młody, a nie kuma. On z nimi wszystkimi najpierw mailował. Rozumiesz? Poznawał je przez internet i mailował z nimi – dlatego były małpami. Teraz rozumiałem. I od razu też przypomniał mi się gryzmoł na końcu Izoldy. Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy… – Fajnie to pani ujęła: Magda małpa, Dagmara małpa, Izolda małpa… – Izoldy nie wymieniłam, ale była taka, fakt. O nią zresztą pytała policja. – I co im pani powiedziała? – Że jestem już zmęczona i żeby sobie poszli, panie cwaniak. Ton głosu i wzrok mu towarzyszący nie pozostawiały cienia wątpliwości: przestałem być mile widziany. Nie było sensu się upierać. Wstałem, przeprosiłem i ruszyłem ku wyjściu. Gdy otwierałem drzwi na korytarz, usłyszałem za sobą głos Anny: – Zajrzyj jeszcze kiedyś do mnie. Może będę w lepszym humorze i w lepszej formie. A może chcesz, żebym została twoją małpą? Anna alkoholiczka małpa Interia pl. Nie dowiedziałem się wszystkiego, ale i tak więcej, niż mogłem przypuszczać. Pawła R. zamordowała albo dziewczyna mająca adres mailowy Izolda@cośtam, z którą romansował i do której przyjechał, albo ktoś w jakiś sposób związany z tą dziewczyną. Jak twierdziła Anna, mógł to być narzeczony dziewczyny, cichy wielbiciel, mąż, brat… Bardzo możliwe, że Paweł R. umówił się z Izoldą w nocy pod cukrownią, a ona przyszła i go tam zadźgała nożem, ale jeszcze bardziej prawdopodobne, że zamiast dziewczyny przyszedł ktoś inny i załatwił sprawę na amen. Nie przewidział tylko, że nasz kochliwy Pawełek wprawdzie za

Izolda

życia przegrał bitwę, ale zza grobu – przerobiwszy w ostatnich minutach życia wskazujący palec na pióro, a krew na atrament – wygra wojnę. Po wyjściu z bloku w głowie miałem tylko jedną myśl: najważniejsze to dowiedzieć się, która z dziewczyn z naszej wsi używa adresu Izolda@cośtam. Tylko jak to zrobić? Odpowiedzi udzielił mi szyld po drugiej stronie ulicy: Kawiarenka Internetowa Freak Out. Poszedłem tam, wykupiłem godzinę i od razu wpisałem w wyszukiwarkę frazę Izolda@. Nic, zupełnie nic mi to nie dało. Przez chwilę miałem ochotę dać sobie spokój, wrócić do wsi i popytać znajomych, czy wiedzą, kto używa interesującego mnie adresu, ale stwierdziłem, że na to mam zawsze czas. Chyba z piętnaście minut siedziałem, nic nie robiąc, tylko myśląc gorączkowo, w jaki sposób zidentyfikować moją Izoldę. W pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, że obsługa i inni klienci kawiarenki muszą mnie uważać za wariata. Myślą o mnie jak o psycholu! Wyszedłem stamtąd czym prędzej. W drodze do domu poważnie zastanawiałem się nad swoim stanem psychicznym. Pocieszała mnie myśl, że nawet jeśli nie byłem zupełnie normalny, to mojemu szaleństwu daleko było do szaleństwa Pawła R. Ten to dopiero był wariat! Kolekcjonował kochanki jak inni znaczki pocztowe i to prawdopodobnie tylko dlatego, iż ubzdurał sobie, że po śmierci brata musi kultywować tradycję rodzinną. Kto wie, może nawet wydawało mu się, że jest swoim nieżyjącym bratem. W tym momencie oczami wyobraźni zobaczyłem siebie siedzącego w kawiarence internetowej, z której uciekłem, i logującego się na Naszą Klasę. W jej wyszukiwarkę wpisuję Piotra P. i od razu trafiam w dziesiątkę: Paweł R. ukrył swoją kolekcję na koncie brata nieboszczyka. W Znajomych ma same dziewczyny. Jest ich naprawdę dużo. Jest ich tyle, że konto prawdopodobnie zawiera wspólną kolekcję obydwu braci. Teraz wystarczy tylko dokładnie przejrzeć ich zdjęcia: na którymś na pewno rozpoznam dziewczynę z naszej wsi, a wtedy znalezienie mordercy będzie już tylko formalnością. O tak, to ma sens, myślałem. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej? Lepiej późno niż wcale. Nie czas żałować czegoś tam, gdy coś tam. Po drodze nie sprawdzę swojej najnowszej hipotezy, bo za dużo czasu zajęłoby mi szukanie kawiarenki internetowej w nieznanym mieście, a wszystkie mijane takie będą, ale przecież jutro też jest dzień! Zaczął się od milczenia matki. Niewiele dały przeprosiny i tłumaczenie, że tak naprawdę to jej wina, bo uparcie nie chce kupić sobie telefonu komórkowego, więc nie miałem jak powiadomić jej o nagłym wyjeździe na cały dzień w ważnych sprawach, o których dowie się w odpowiednim czasie. Powiedziała tylko chłodno – a ja wiedziałem, że nie żartuje – że powinienem się modlić, żeby to było coś naprawdę ważnego, bo jak nie… Nie dokończyła, ale to wcale nie poprawiło mi humoru. Nie raz zostawiałem całą gospodarkę na jej głowie, ale wyglądało na to, że zrobiłem to o jeden raz za dużo, taka była wściekła. Wcale się jej nie dziwiłem, dziadek od dawna był w szpitalu i do pomocy miała już tylko mnie, a tymczasem, jak się okazało kolejny raz, na mnie liczyć nie mogła. Ale czy to moja wina, że załatwiła mi miejskie geny nieznanego ojca, które z upływem lat wzmagały we mnie niechęć do rolnictwa na rzecz miłości do bliżej niesprecyzowanych przygód, jeśli już nie wielkomiejskich, to chociaż małomiasteczkowych? Sama jest sobie winna, że zafundowała sobie mieszańca wiejsko-miejskiego.

27


opowiadania Tak się usprawiedliwiając, dojechałem do miasta, żeby wreszcie zasiąść przed komputerem w kawiarence internetowej i zacząć odliczać czas, jaki mnie dzielił od zwycięstwa, czyli od schwytania mordercy Pawła R. Nie musiałem odliczać długo. Już po kilku minutach okazało się, że odliczany czas jest czasem dzielącym mnie od klęski. Konto Piotra P. nie istniało tak samo, jak nie istniało konto Pawła R. Jeżeli trup spod cukrowni faktycznie gdzieś miał kolekcję swoich podbojów sercowych, to nie na Naszej Klasie, a przynajmniej nie pod znanym mi nazwiskiem. Wściekły wsiadłem w poloneza i niechętnie ruszyłem ku tak strasznie zaniedbywanym przeze mnie obowiązkom syna rolniczki. Po drodze postanowiłem zatrzymać się przy sklepie Elki. Na gwałt potrzebowałem wsparcia chociaż jej życzliwej duszy, skoro na życzliwość ciała liczyć nie mogłem. – Co słychać? – zapytałem, gdy zostaliśmy sami. – To nie wiesz? A, no tak, nie było cię. I czego się dowiedziałeś w tym Grudziądzu? – Ciekawych rzeczy. Nawet bardzo ciekawych. – Na przykład? – Na przykład takich, że nieboszczyk był niepoprawnym kobieciarzem, wprost kolekcjonerem. – No, no, gratuluję. – Nie nabijaj się. Jego żona… – A czy ja się nabijam? – przerwała mi. – Szczerze gratuluję, a ten mi tu… – Chwila – teraz ja jej przerwałem, bo przypomniały mi się jej wcześniejsze słowa. – A co tu się wydarzyło? W tym czasie, gdy byłem w Grudziądzu. – Znowu aresztowali Marka. Powiem ci w sekrecie, że teraz to już na długo, a może nawet na jeszcze dłużej. – Skąd wiesz? Milczała bardzo wymownie. Znaczyć to mogło tylko jedno: pogodziła się z Jankiem Wróblem. Nawet było mi to na rękę. – No dobra – kontynuowałem. – Co wiesz jeszcze? Chyba możesz mi powiedzieć? Wiesz, że nie puszczę pary z gęby. Myślała tylko chwilę. Po niecałej minucie powiedziała: – Wiesz, dlaczego ci pogratulowałam, gdy powiedziałeś, że nieboszczyk był kolekcjonerem? Bo nim był. Na komputerze, który policja zarekwirowała w jego mieszkaniu w Grudziądzu, miał ukryty katalog ze zdjęciami wszystkich swoich kochanek. Jedną z nich była Mirka, siostra Marka. – Izolda małpa coś tam. – Skąd wiesz? – Domyśliłem się. – Domyślny jesteś – pochwaliła mnie. – Czego jeszcze się domyśliłeś, Sherlocku? – Marek kontrolował pocztę siostry, a gdy odkrył, że miała romans z Pawłem R. i że umówili się na kolejne spotkanie, tym razem w naszej wsi, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. – Niezupełnie. Ale byłeś blisko. Włamał się na konto Mirki, podszył się pod nią i w jej imieniu umówił się z facetem, który – jak dowiedział się z korespondencji – pozbawił jego siostrę cnoty. – Niech zgadnę. Umówił się nie po to, żeby zabić, ale żeby nastraszyć. Tak się jednak porobiło, że zabił. – Tak twierdzi. – Kiedy się o tym wszystkim dowiedziałaś? – Czy to ważne? – Ważne. – Tak?

28

– Tak. – W takim razie dobrze, skoro to takie ważne, to ci powiem: dzisiejszej nocy. Zadowolony? – Jak cholera. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko patrzyła na mnie badawczo. W końcu stwierdziła: – Ty nie żartujesz. – Ani trochę. A wiesz dlaczego? Bo teraz znowu będziemy się spotykać. – Chyba chory jesteś – powiedziała głosem, w którym ktoś, kto jej nie zna, dopatrzyłby się oburzenia. – Nawet jeśli, to nie tylko ja – odparłem, a ona poczerwieniała. – Ale wiesz, że będziemy musieli bardzo uważać? – ni to zapytała, ni to stwierdziła i oparła się łokciami o ladę sklepową. – Zawsze uważamy – odpowiedziałem, zaglądając w jej głęboki dekolt. – Nie to mam na myśli, głupku. – No pięknie, przed chwilą byłem Sherlockiem, a teraz jestem głupkiem. – Będziesz trupem, jeśli Janek nas przyłapie. – I jeśli zaraz nie załatwię kombajnu. Zaśmiała się głośno i nieco chrapliwie. Znałem ten dźwięk. Podniecała ją sama myśl o posiadaniu kochanka i spotykaniu się z nim po kryjomu. Na moje szczęście (a może nieszczęście?) nie było jej wszystko jedno, kto nim będzie. KONIEC

Andrzej Boruszewski

Za młody, by umrzeć, za stary na złudzenia – parafrazując tytuł jednej z piosenek Jethro Tull, tak bym siebie scharakteryzował. Nie mam złudzeń, że wyrośnie ze mnie nowy Dostojewski, czy chociaż Chandler, ale nie zamierzam z tego powodu być tylko czytelnikiem, skoro lubię pisać i są chętni, by to czytać. Na sumieniu mam kilkadziesiąt anonimowych opowiadań wydrukowanych w różnych czasopismach, kilka pod własnym nazwiskiem, wyróżnienie w I Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Augustyna Barana organizowanym przez Polskie Muzy (za opowiadanie kryminalne „Łoś”), trzy e-booki („Zakład”, „Łoś”, „Powrót Łosia”) – część z tego do posłuchania na www.przeczytamy.pl. Skutecznie uprzykrzam życie jednej żonie, dwójce dzieci, jednej wnuczce, dwóm psom i jednemu kotu. Od wielu lat ten sam fioł – Frank Zappa. Strona autora: http://andrzejboruszewski.pl

Andrzej Boruszewski


opowiadania

Paweł Mateja Koszmar przy ulicy Chopina Ilustracje: Konstanty wolny Pierwszej nocy, którą Wistuba spędził w mieszkaniu przy ulicy Chopina, za ścianą urodziło się dziecko. Zza okna wpadało światło reflektora umieszczonego na podwórzu, rozciągając cienie waliz i kartonów, które walały się po podłodze. Za każdym razem, gdy mężczyzna przewracał się pod kocem, sprężyny materaca skrzypiały przenikliwie. Zda się, że wcześniejsza lokatorka musiała być gruba. Z pewnością nie trzymała porządku, bo ściany były brudne, pewnie malowane z dekadę wcześniej. Kamienica była stara, od lat nie remontowana. Na klatce schodowej ciągnęło chłodem i wilgocią, okna miały szczeliny na tyle duże, by wiatr mógł w nich gwizdać, a przez ściany słuchać było krzyki kobiety. W wielkim bólu bluźniła Bogu, przeklinała na czym świat stoi. Odpowiadała jej przygłucha starowinka, pewnie matka. Godzina druga w nocy. Krzyki nieregularnie się powtarzały, ale w pewnym momencie rodząca przeszła na obcy język, którego Wistuba nie potrafił rozpoznać, ale który wydał mu się niezwykle odrażający. Coś uderzyło o podłogę, starka wzywała Ponboczka i bluźniła na przemian; po chwili do chóru dołączył jakiś męski głos, który wykrzykiwał pojedyncze słowa. Wiele różnych odgłosów przedostawało się przez ściany. Jakieś uderzenia, brzęk tłuczonego szkła, tupot nóg, zatrzaskiwanie drzwi, śpiew starowinki, krzyki i modlitwy w obcych językach. Nowy lokator nie rozumiał wcale ich sensu, ale przeczuwał, że to jakieś nieznane mu gusła, które miały wspomóc rodzącą, czy może zachęcić dziecko do wyjścia na świat. Wistuba nie zasnąłby pewnie do rana, zagryzając zęby we wściekłości, wstając nagle, by przechadzać się po nieumeblowanym pokoju. Zwieszony w stanie półuśpienia nie mógł skupić się już na niczym, tylko starał się nie myśleć o tym, że pierwszego dnia pracy nie będzie w stanie należycie jej wykonać, że będzie wyglądał i czuł się jak somnambulik. Wzburzony nie skonstatował w pierwszym momencie, że hałasy ucichły. Zaraz jednak przysiadł zbladły na tapczanie i zmówił szeptem krótką modlitwę za zmarłych. Przeżegnał się i złożył głowę do snu, wyczekując znowu dźwięków; niecierpliwie, raz po raz kreśląc w powietrzu znak krzyża. Świeżo narodzone dziecko nie zapłakało jednak. Historia życia Wistuby – choć dramatyczna – nawet jemu samemu wydawała się pełna zdarzeń raczej odstręczających, niż mogących mamić swoim mrocznym urokiem. Nim w wieku trzydziestu lat wprowadził się do kawalerki po jednej z dalszych krewnych, urodził się w jednym ze smutnych i szarych bloków na gliwickim Zatorzu, gdzie spędził niemal całe swoje smutne i ubogie życie. Jako dziecko zapowiadał się dobrze. Choć urodził się szkaradny, jak to bywało wielokroć w jego rodzinie, choć chodził raczej człapiąc, to był brzdącem normalnym. Gdy

Koszmar przy ulicy Chopina

nie grał w piłkę na osiedlowym podwórku, wychodził na spacery, zagłębiając się w okoliczne lasy albo wędrował pod wieżę radiostacji gliwickiej, której wysokość zawsze przejmowała go dziwnym drżeniem. Włóczył się po mieście, zahaczając o dworzec kolejowy, na którym gapił się na odjeżdżające pociągi albo chował się między budynkami pobliskich zakładów. Miał niemal osiemnaście lat, gdy wydarzył się koszmar i zniszczył to wszystko. Wracając z rzeźni, zjadł skromny obiad w tanim barze, mieszczącym się w suterenie, na rogu Jana Pawła i Nowego Świata. Tłoczno było między białymi ścianami, gwarno, ludzie z plastikowymi talerzami, okutani w płaszcze i kurtki, maczali pierogi w tłustej cebuli, siorbali gorącą zupę, kroili jednorazowymi sztućcami wielkie kotlety, spoczywające przy ziemniakach i kaszy. Wistuba wcisnął się w wolne miejsce w samym rogu sali. Czuł odór bydlęcej krwi, którym cały przesiąkł i którego nawet prysznic nie wyrugował do końca. Był we włosach, w oddechu, w bieliźnie – ale nikt nie zdawał się mieć nic przeciwko temu. Mężczyzna wstydził się jednak przede wszystkim własnej twarzy – kostropatej cery i nieregularnej łysiny, która z wiekiem stawała się coraz większa. To był rzadki defekt skóry i choć miał już miejsce w rodzinie, to nigdzie poza nią nie był lekarzom znany. Na szczęście, gdy tonął w tłumie oblegającym salę, nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Zagubił się później między ulicami, które w okolicach Rynku zakręcają pod dziwnym kątem; zapadająca ciemność zrównała ze sobą ścieżki i zakamarki, gdy znajdował się w okolicach Dolnych Wałów. Latarnie rozbłyskiwały kolejno pomarańczowym światłem, gdy przechodził obok. Ciężka zupa wypełniała skurczony z wysiłku żołądek, a naprędce i niedokładnie pogryziony gołąbek zdawał się sięgać niemal przełyku. W torbie podręcznej mężczyzna trzymał puszkę piwa, którą planował wypić natychmiast po powrocie, nim jeszcze siądzie do porządkowania swoich nowych czterech kątów. Gdy wychodził wcześnie rano, czuł jak bardzo przez noc zdążył przesiąknąć już zapachem, tworzącym się przez lata, które spędziła tam uprzednia lokatorka. Teraz pozostał tylko odór juchy bydlęcej, jaki osiadł na nim po pierwszej dniówce, którą mężczyzna spędził głównie na czyszczeniu szlauchem sal ubojni. Skręcił wreszcie we właściwą ulicę, mijając szkołę, kilka sklepów i knajp. Z okien długiego rzędu połączonych bloków sączyło się światło i kolorowe blaski bijące z telewizorów. Zdało się słyszeć jakieś krzyki i rozmowy, ktoś rzucił o bruk pustą puszkę w odległej części podwórka. Pierwszy segment bloku stał cały czarny, okna były zamurowane. Niegdyś postawiono przed budynkiem tabliczkę informującą o tym, iż grozi on zawaleniem. Ktoś ją ukradł, więc następną przykręcono do szarej

29


opowiadania i brudnej ściany. Zdawało się, że i ze środka tego budzącego niepokój molochu dochodzą jakieś dźwięki. Mieszkanie Wistuby mieściło się w segmencie następnym, ściana w ścianę. Zdyszał się, wchodząc na trzecie piętro i chwilę przystanął przed drzwiami. Zdawało mu się, że ktoś obserwuje go z sąsiedztwa przez judasza, ale na klatce panowała przejmująca cisza. Wistuba stawiał kroki ciężko i topornie, później długo szukał klucza. Zaczęło mu się wydawać, że słyszy zza sąsiednich drzwi ciche i płytkie dyszenie, jakby osoby o chorych płucach. Gdy znalazł się już za drzwiami, wcale nie poczuł się wiele bezpieczniej. Kawalerka była zagracona przedmiotami, które przytargał z poprzedniego lokum, ale problemem były nade wszystko rzeczy pozostałe po ciotce. Miała skromny pogrzeb, zjawiło się na nim, prócz Wistuby, tylko kilka osób, których nigdy wcześniej nie widział. Trumna była zamknięta i nawet po śmierci nie zobaczył aparycji tej, która zostawiła mu wszystko w spadku. Słyszał niegdyś o Gertrudzie Panek, pamiętał jej nazwisko jeszcze ze swoich młodych lat i budziło w nim jedynie skojarzenia mroczne, niedostępne szerzej pamięci. Pamiętał niepokój, jaki towarzyszył rozmowom rodziców, gdy padało ono nagle. Sam nigdy nie widział ciotecznej babki, słyszał o niej ostatni raz niedługo przed tym, kiedy matka, ojciec i siostra zmarli. Pamiętał jak przez mgłę tę noc, gdy wylądował w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Nie wiedział wtedy, gdzie jest ani co się stało, świat wirował a ból rwał wszystkie stawy – żyłami płynęła wrząca krew. Wcześniej: ojciec wrócił z pracy. Matka podniosła się z łóżka, choć od kilku dni tego nie robiła. Chłopiec z trudem powstrzymał okrzyk, tak fatalnie wyglądała. Blada tak, że niemal zielona, o zmienionej skórze i wielkich błyszczących oczach. Gdy siadała przy stole, miała na sobie odświętny strój. Jedli późno, bo ojciec pracował na drugą zmianę. Usiedli w skupieniu, nawet Anielce udzieliła się powaga, dziewczynka nie wierciła się wcale i nie grymasiła. Mama podała obiad, kluski, rolady i modrą kapustę. Później kompot. Później zaczęły się zawroty głowy i ból w żołądku, jakby wszystkie wnętrzności popękały. Jak przez mgłę widział rodzinę wijącą się po podłodze wśród jęków i płaczu. Matka obok ojca, trzymali się za ręce, ściskali Anielkę między sobą i szeptali jej coś w ucho. Tato, krzywiąc się z bólu, spojrzał na chłopca, wyciągnął do niego rękę. Słyszał słowa cedzące się przez zaciśnięte zęby. „Przepraszom, wia że to boli, ale przystanie. Zaroz wszystko się skończy. Przepraszom synuś, myśmy musieli, pódź tutej, co my rozem umrzymy”. Odsunął się wtedy jak najdalej – był przerażony, czuł że traci przytomność. Włożył sobie palce do gardła i wymusił falę wymiotów, która spryskała dywan. Krzyknął z całych sił i otarł łzy, strumykiem płynące z oczu, otarł palcami, które całe usmarowane były śliną, treścią żołądka i krwią. Krzyczał, dopóki ktoś nie zaczął walić w drzwi i w końcu zemdlał.

Zanurzony w gorącej wodzie czuł, jak napięcie całego dnia, wszystkich tych stresów, wszystkich wspomnień i trudów odpływa na moment. Mięśnie relaksowały się, nerwy koiły, skóra oczyszczała z zapachów ubojni. Żelazisty zapach krwi zmieszał się z wonią mokrej rdzy i mydlin. Nowy lokator miał zamiar następne dni spędzić na porządkowaniu mieszkania, inspekcji wszystkich zakamarków, licząc, że nie tylko wygospodaruje pośród rupieci miejsce dla siebie, znajdzie coś o sporej wartości, co będzie w stanie nieco zabezpieczyć jego finanse – i wreszcie dane mu będzie dowiedzieć się, kim właściwie była Gertruda Panek. O tym, że jest jedynym jej spadkobiercą dowiedział się w dniu jej śmierci, tak jak zaznaczyła w testamencie. Zarówno w kościele, jak i na samym pogrzebie poruszał się na skraju grupki zupełnie sobie nieznajomych ludzi. Teraz zdawało mu się, że kilkoro z nich mogło być jego aktualnymi sąsiadami. Ale wtedy czuł się nie tylko niekomfortowo w swoim wyobcowaniu, ale też niepokoiła go beznamiętność, jaka towarzyszyła pochówkowi. Niemal zdawało mu się, że znajduje się w kiepskim przedstawieniu, w którym zatrudniono tanich i mało zaangażowanych aktorów. Próżno było szukać uczucia żalu czy smutku na twarzach tam obecnych. Choć sam Wistuba wspominał ten czas jako przyprawiający o grozę, zdawał się oddawać im sprawiedliwość – sam nie czuł wielkich emocji związanych ze śmiercią ciotki. Nie było mu dane nawet zobaczyć jej twarzy, bo już w kościele – zgodnie z wolą denatki – trumna była zamknięta. Nie dowiedział się nawet, jaki był powód jej śmierci. Wiedział tyle, że dożyła sędziwego wieku w tym mieszkaniu i to w nim zmarła któregoś dnia. Zdawało się – co wyrażał z pewną bojaźnią – że była do tego wcześniej znakomicie przygotowana. Zabezpieczyła swój - skromny na pierwszy rzut oka – majątek i w całości przekazała Wistubie. Obudził się nagle w wystygłej już wodzie. Obudził go odgłos chlupotu, dochodzący z niedaleka, może ze snu, którego resztki nie wywietrzały mu z głowy. Przez moment, jeszcze nie do końca przytomny, miał uczucie przebywania w głębi i zimna, które przenikało aż do rdzenia kości i dalej – do duszy. Szybko otrząsnął się z mar i wyszedł na chybotliwych nogach z wanny, z której wyciągnął gumowy korek. Opuścił łazienkę mokry i nagi – i przez chwilę zdawało mu się, że pośród szumu uciekającej rurami wody rozległ się znów ten zimny i nagły chlupot, dobiegajacy zza ściany, za którą – co uświadomił sobie z niepokojem – znajdował się pion z zamurowanymi oknami. Tego wieczoru – mimo solennego postanowienia – nie miał Wistuba siły ani ochoty, by inwentaryzować bibeloty i utensylia. Zamiast tego rzucił się na łóżko, które jęknęło niemiłosiernie pod jego ciężarem.

W karłowatych rozmiarów łazience zainstalowana była ogromna wiekowa wanna na nóżkach, od której emalia odpadała przez lata płatami wielkości paznokci. Nie było żadnego systemu podgrzewania wody, więc Wistuba nosił ją w garnkach z kuchni, gdzie na dwóch palnikach kuchenki grzała się w starym dymfrze. W gorącej wodzie rozpuścił nieco mydła, bo kosmetyków zostało po poprzedniej lokatorce niewiele. Nic nie wyniesiono z mieszkania po jej odejściu. Na byfeju leżał jeszcze uschły kawałek chleba, flaszka po wódce. Ubrania w szafie, dawno niepodlewany bratek na stole, stosy książek i do tej pory jeszcze nie zbadane kufry i szafy.

Oto, co słyszał tego wieczora i w następującą po nim noc, nim, po wielogodzinnych zmaganiach, zasnął wreszcie: Spontaniczne skrzypienie starych mebli. Odległe odgłosy nocnego życia, które dochodziły zza uchylonego okna. Czasem w sąsiednich ulicach ktoś odpalał samochód albo krzyczał; rozmawiano głośno, kopano w napotkane śmietniki. Około godziny dwudziestej trzeciej z sąsiedniego mieszkania zaczęły dochodzić odgłosy krzątaniny. Przytłumione głosy mieszkających tam kobiet, kroki, czasem śmiechy – tak nieprzyjemnie brzmiące w kontekście poprzedniej nocy.

30

Paweł Mateja


opowiadania Ciężkie i niezgrabne kroki, mieszające się z nawracającymi co dłuższą chwilę echami chlupotu, które zdawały się dochodzić ze ślepego pionu. Rytmicznie kapiąca z kranu woda, której dźwięki przeniknęły wreszcie do snu Wistuby i stały się w nim dzwonem bijącym w odległej wieży. Przebudził się o godzinie czwartej, godzinę przed alarmem budzika, lepiąc się od potu. Uchylił mocniej okno i chwilę wpatrywał się w czerń nocy, która jeszcze trwała. Wsłuchiwał się w ciszę jej finału, tego czasu, kiedy śpią już niemal zupełnie wszyscy, ulice są absolutnie puste. W bloku naprzeciw okna były całe czarne, gdzieś wśród drzew zbudził się z koszmaru gawron. Jakieś pół godziny spędził później Wistuba, leżąc w zmiętej pościeli w oczekiwaniu na ostatki snu. W tej sytuacji mężczyzna przysposobił się o pół godziny wcześniej do pracy i pozostały przed wyjściem czas spożytkował na zlustrowanie zawartości niewielkiej komody stojącej pod oknem. Górna szuflada nie zawierała nic poza imponującym zbiorem magazynowanych przez długi czas paragonów, z których wiele było już tak wyblakłych, że wręcz zupełnie nieczytelnych. W środkowej szufladzie, poza zbiorem mało istotnych bibelotów, starych grzebieni, lusterek i nożyczek do paznokci, leżała szpulka nici, kilka wstążek i innych drobiazgów, które uznał od razu za zupełnie zbyteczne. Z dolnej zaś wydobył kilka starych pierścionków, kolczyków i naszyjników, których wartości nie potrafił wycenić, ale których odkrycie ucieszyło go ogromnie. Uwagę jego zwrócił zwłaszcza sporych gabarytów medalion przyczepiony do zniszczonego, rozpadającego się w palcach rzemienia. Rzecz stworzona była z jakiegoś ciężkiego złocistego kruszcu. Płaskorzeźba wielkości zaciśniętej dziecięcej pięści

Koszmar przy ulicy Chopina

przedstawiała twarz fantastycznej istoty, niczym wyrwanej z kart jakieś opowieści grozy. Ni to ludzka, ni rybia, budziła niepokój już samym sposobem wykonania. Rzecz sprawiała wrażenie wiekowej, ale jednocześnie podziw budzić mogła drobiazgowość i plastyka wykonania, sprawiająca że monstrum wyglądało niemal niczym żywe i obecne od wieków, zaklęte w kawałek metalu i jednocześnie stale świadome. Trzymając medalion w dłoni, Wistuba poczuł dziwne drżenie, a usta wypełnił smak snu, który wyparował z jego głowy nad ranem. Snu o czymś starszym niż Ziemia, przedwiecznym i budzącym grozę, którą nie sposób wyrazić w żadnym z ludzkich języków. Popołudniem, gdy wyszedł już z pracy, kupił w knajpie tackę gorących pierogów, które zdążyły już nieco wystygnąć w drodze. Lekki mróz szczypał w policzki i zmieniał oddechy w mlecznobiałą mgiełkę. Na klatce schodowej spotkał Wistuba młodą dziewczynę, która schodząc popatrzyła na niego wymownie, może nieco zalotnie. Miała dziwnie wąską twarz i mały nosek, usta skromnie uśmiechnięte. Poruszała się powoli, jakby stawianie kroków sprawiało jej problem. Wistuba domyślił się więc, że oto zobaczył swoją sąsiadkę, która powiła dwa dni wcześniej martwe dziecko. Spotkanie to pewnie mocno by go poruszyło, ale myślał już tylko o szperaniu w szafach i szufladach. Odczuwał niezwykłe pragnienie dotknięcia znalezionego nad ranem medalionu. Upewnienia się, że nadal tam jest, że nikt go nie ukradł, że nie rozsypał się w złoty pył, że nie była to tylko fantazja nierozbudzonego umysłu. Usiadł przy małym stoliku w kącie kuchni i jedząc obiad obserwował starożytną ozdobę. Gładził ją, obracał, wąchał i studiował powierzchnię z największą uwagą. Im dłużej wpatrywał się w drobne zdobienia, tym więcej szczegółów był zdolny wyłapać. Rewers ozdoby był wykonany delikatniej niż przód, ale z równą kunsztownością. Zdawało się, że przedstawia jakąś dziwną i ogromną rybią postać, wokoło

31


opowiadania której zgromadził się tłum. U góry, na szerokim niebie jaśniały gwiazdy, piękne i jasne, jakby dopiero powstały, jakby jeszcze świat był młody. Istota, która stanowiła centrum, była cyklopowych rozmiarów i podobnie jak składający jej hołd, choć nieco przypominała czy to człowieka, czy morskie stworzenie, zdawała się starszym niż wszystkie inne znane ludzkości. Praszczur Charybdy otoczony groteskowymi syrenami. Wokoło wzburzone wody, raz za razem zalewające swymi falami wielką i mroczną górę, na której odbywał się rytuał. Było w tym coś przerażającego swoją przedwiecznością i mocą, idea zupełnie jakby zapomniana przez człowieka, historia sprzed potopu, sprzed czasów gigantów z Nefilim i wszelkiego Boga. Wistuba ocknął się nagle nad talerzem zupełnie już ostygłego jedzenia. Schował wisior na jego miejsce i po niechętnym dokończeniu posiłku, pogrążył się w dalszej eksploracji schedy. Wiele ze zgromadzonych w kawalerce rzeczy było dla niego zupełnie bezużytecznych. Z ochotą miał zamiar zabrać się w najbliższych dniach za opróżnienie szafy wypełnionej sukienkami, płaszczami i innymi elementami garderoby starszej pani. Sterty bielizny, chustek, nocne koszule i kapelusze. O wiele łaskawiej przyjął treść niewielkiej kuchni, która choć skromna, to zaplanowana była nad wyraz użytecznie. Koronkowe obrusy, kilka słoików kiszonych ogórków, aluminiowe sztućce. W małej biblioteczce alfabetycznie poukładane były rzędy tanich romansów, na które tylko rzucił okiem. O wiele ciekawszego znaleziska dokonał, wyciągając zza nich kilka wyjątkowo wiekowych woluminów i kilka zeszytów pełnych długich i niezrozumiałych odpisów. Za ciężkimi skórzanymi okładkami kryły się tytuły takie jak „Necronomicon” Abdula Alhazreda i kilka innych tytułów, których ani treści, ani nawet tytułów nie był w stanie odczytać. Tomiska owe ogromnie mu zaimponowały, odłożył je więc na bok. Poniżej znalazł jeszcze kartonowe pudełko, w którym zgromadzone były dziesiątki zdjęć i listów. Nim jednak Wistuba zdążył je choćby z grubsza przejrzeć, usłyszał pukanie do drzwi. Przez wziernik zobaczył twarz spotkanej wcześniej na klatce schodowej kobiety. Otworzył drzwi i wraz zdał sobie sprawę, że do tej pory nie zzuł nawet butów, że nadal ma na sobie strój robotniczy tak przesycony odorem martwych tusz. Dziewczyna przedstawiła się, przy tym zerkając natrętnie we wnętrze kawalerki. – Bydziecie sam tera mieszkać? Żech znała waszo Oma, celkie życie mojo sąsiodka. – Możno. Teroz sam siedza, coby uporządzić sam trocha. Wpatrywała się ze skupieniem w jego twarz, stawało się to już lekko męczące. Słychać było jak woda mantrycznie kapie z kranu, kaszel kogoś, kto przekręcał klucz w zamku piętro niżej. – Dobrzeście ją znali? – Nigdych nawyt jej nie widzioł. – Wzruszył ramionami i żachnął się. – Ja, ale zostawiła mnie wszystko, nikogo wińcyj chyba nie mioła. – Blank takie same oczy mocie – rzekła w końcu, ważąc każde słowo. – Ta sama krew. – Zawahała się dłużej. – Żeś je spode znaku ryb? Wistuba otworzył szerzej oczy, wyraźnie zaskoczony. – O co pytocie? – Czyście spod znaku ryb są. Zaprzeczył gwałtownie, mając wrażenie, że coś mu w tej rozmowie umyka. Wzruszyła ramionami z źle ukrywanym rozczarowaniem i skinęła głową na pożegnanie.

32

– Ja, bajtla musza nakarmić. Miejcie się. – Zniknęła za drzwiami obok. Wistuba zabrał ze sobą do łazienki pudełko pełne listów i fotografii. Wstawił na piecyk gar, ale nie miał cierpliwości czekać aż woda się zagotuje, i po kilku minutach zdjął ją z gazu. Ledwie ciepła, ale choć na krótką kąpiel winno to wystarczyć. Przysunął do siebie karton i zaczął przeglądać losowe adresy, z których nadano korespondencję. Papier wielu był pożółkły, inne stemplowane były jeszcze w ostatnich miesiącach. Jedne przyszły z Gdańska, inne gdzieś jeszcze z Czechosłowacji, Francji; kolejne zza oceanu, z amerykańskich miast Providence czy Salem. Wistuba przeglądał koperty niedbale, bez otwierania. Nie znał obcych języków, nie znał tych nazwisk. Wraz jednak zdarzyła się jedna, na widok której mocniej zabiło mu serce. List nigdy nie opuścił nawet Gliwic. Nadany został z poczty na Zatorzu, a adresowany był ręką jego matki. Drżącymi dłońmi wyjął z koperty wymiętą kartkę. Kilka zdań zaledwie, kreślonych nerwową ręką. Nie. Nigdy. Gardzę tym. Nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie zrobię, by ich wszystkich przed tym chronić. Nie chcę już nigdy Cię widzieć, to koniec, nie chcę Twoich pieniędzy, nie potrzebujemy Twojej pomocy. Już sama myśl o tym, co opowiadałaś napawa mnie takim wstrętem, że chciałabym umrzeć. Nie pozwolę, byś kiedykolwiek choćby zbliżyła się do moich dzieci, do mojej rodziny. Kawałek papieru upadł na podłogę. Woda całkiem ostygła, ale wcale nie wydawała się przez to mniej przyjemna dla skóry. Wistuba odkręcił kurek i lodowata struga trafiła go w brzuch. Mimo iż czuł jak zmarznięte jest jego ciało, uczucie to wcale nie sprawiało mu przykrości. Zamknął oczy. Zza ściany usłyszał płacz niemowlaka. Zza ściany usłyszał chlupot wody. Zza ściany usłyszał niezgrabne kroki. Rozmowę w nieznanym sobie języku. Trzaskanie drzwiami. Krzyk. Zza ściany słyszał, jak w niezamieszkałym pionie rozbrzmiewa jakaś dziwna melodia, jak śpiew bez słów, nietrzymający się znanych ludzkości harmonii. Wróciły do niego wspomnienia tego fatalnego popołudnia, w które wraz z rodziną miał umrzeć. Przypomniał sobie wielki ból, jaki czuł przez te wszystkie następujące dni, miesiące i wreszcie lata, bo ból – choć z wiekiem malał – nie chciał zniknąć. Ile razy Wistuba zadawał sobie pytanie: dlaczego? Stempel na liście do Gertrudy Panek wskazywał, że musiało wystąpić między matką a ciotką jakieś ogromne spięcie, którego do tej pory zupełnie nie był świadomy. Całe lata proces następował przed jego oczyma, ale będąc dzieckiem nie zdawał sobie z tego zupełnie sprawy. Matka wpadała w dziwne nastroje, podczas których zamykała się samotnie w pokoju, milczała całymi dniami. Przychodził do niej lekarz, wieczorami szeptem rozmawiała w kuchni z obcymi ludźmi. Od młodości słyszał, że w domu nie ma pieniędzy, że ledwie na chleb wraca. Później matka wychodziła na długie godziny, wracała obładowana zakupami. Wtedy wybuchały awantury. Ojciec palił papierosy na balkonie, słychać było jego tłumiony szloch.

Paweł Mateja


opowiadania Wistuba rozmyślał też o niemowlaku zza ściany, który milczał od czasu narodzenia. Czuł, że nagromadziły się wokół niego dziwne siły. Zanurzył się głębiej. Oto, co pamiętał rano ze swoich snów: Białą salę ubojni, w której znalazł się nagi, trzymając w dłoni tylko szlauch do zmywania krwi; miejsce było wielokroć większe niż w rzeczywistości, wokoło leżały wieprzowe półtusze, które najwyraźniej pospadały z haków. Zmywał cieknącą z nich krew w kratki odpływowe, ta jednak wypływała ciągle i ciągle, przez co praca była jałowa. Rozpoznawał wśród mięsa kawałki swoich współpracowników, przerżniętych w pół. Zbliżała się piętnasta. Chodząc tu i tam w zaaferowaniu, utknął nogą w zniszczonej kratce odpływowej i nie mógł dalej się ruszać. Wtedy zjawiła się matka, wyrzucając mu, że nie wykonuje należycie swojej pracy. Zarzekała się, będzie musiała go zwolnić za podobne niedbalstwo. Wokoło rozrzucone były ryby, w żałosnych drgawkach próbujące znaleźć się choć trochę bliżej tworzącej się kałuży. Było już dawno po północy, gdy zbudził go dźwięk dochodzący ze ślepego pionu. Słyszał jakąś rozmowę. Żadnych śmiechów i krzyków, trzasków tłuczonego szkła, jakie zwykła powodować pijana młodzież. Zdawało mu się, że dochodzi go odległa melodia, niosąca jakieś pierwotne i mistyczne treści. Otwarły się drzwi mieszkania sąsiadek i Wistuba słyszał ciężki oddech starszej kobiety, gdy ta zatrzymała się na korytarzu. – Nie, nie wytrzymom już bez wody – żaliła się, a jej córka mruknęła coś w odpowiedzi. Powoli schodziły po schodach, zatrzymując się niemal co stopień. Wistuba wyszedł z wanny i zbliżył się do drzwi, nasłuchując. Później podszedł do okna i zobaczył kilka postaci zbliżających się do wejścia. Latarnie o tej porze były już wygaszone, ale księżyc był w pełni i świecił mocno. Jedna z osób spojrzała przez moment w okno obserwatora, ale ten nie był w stanie w ciemności odczytać wyrazu odległej twarzy. Choć sylwetki zniknęły po chwili za rogiem, domyślał się, gdzie mogły się udać o tej przedziwnej porze. Coś dziać się musiało w ślepym pionie. Chwycił więc leżące na krześle ubrania i wciągnął na jeszcze mokre ciało. Trzasnął drzwiami i już miał zbiec na klatkę schodową, gdy dotarło do niego, że przybyłe towarzystwo było na dole. Zamarł więc w bezruchu i nasłuchiwał wstępujących po schodach. Już miał się wycofać, gdy kroki ucichły. Stara mówiła coś głośno, ale echo rozmyło słowa, rozległ się trzask otwieranego zamka w drzwiach a później łomot. Były tam drzwi wykonane z metalu, ciężkie i toporne, wbudowane w boczną ścianę piwnicznego korytarza. Zamknięte na głucho. Wistuba zaaferowany wrócił do mieszkania i zaczął przetrząsać przedpokój w poszukiwaniu kluczy. Z pęku, który otrzymał, wcześniej wyciągnął te do drzwi frontowych, ale były wśród nich i ciężkie toporne klucze, które mogłyby teraz właśnie się przydać. Znalazł je w komodzie, wśród innych rzeczy, których wartości i użyteczności nie miał jeszcze czasu poznać. Chwycił więc pęk wraz z medalionem, który pośród nie się zaplątał. Nagle wydało mu się, że to drobne dzieło sztuki w jakiś sposób może mu pomóc w rozwikłaniu tajemnicy, która snuła się wokoło. Uwiesił rzemyk na szyi i cichaczem przemknął do piwnicy. Starał się pracować jak najciszej, ale nie mógł uniknąć metalicznego trzasku obracanego mechanizmu, gdy trzeci czy czwarty z kluczy w końcu zadziałał. Czując rosnące po-

Koszmar przy ulicy Chopina

dekscytowanie połączone z wzmagającym się przerażeniem, Wistuba wstąpił w wilgotną ciemność korytarza. Na ścianach nie było żadnych przełączników, zebrał się jednak na odwagę i zamknął za sobą drzwi, tonąc w ciemności. Dziwne wibrujące dźwięki, które brał wcześniej za wygłuszoną muzykę, zdawały się być bardziej intensywne. Tu i ówdzie na betonową posadzkę kapała woda. Poza tym panowała cisza, ani śladu człowieka. Trzymając się lewą dłonią ściany, Wistuba powoli szedł przed siebie, ostrożnie stawiając stopy i badając wyciągniętą ręką przestrzeń. Musiał być już w środku ślepego pionu. Posuwając się kopnął nagle jakieś wiadro, które stać musiało na środku wąskiego przesmyku. Echo zwielokrotniło jęk żelaza, dźwięk zdał się powtarzać bez końca. Nim ucichł, Wistuba usłyszał, jak coś porusza się w głębi budynku. Szedł dalej, aż natrafił na klatkę schodową, i dalej w dół. Szybko odkrył, że stopni jest o wiele więcej, niż można by się spodziewać. Poręcz zniknęła już po kilku krokach, gdy znalazł się na poziomie piwnicy, później ściany i podłoże stały się bardziej nieregularne. Złuszczającą się farbę olejną zastąpił szorstki kamień, glina i wodne zacieki. Z dołu, z otchłani, ku której Wistuba zmierzał, ciągnęło okropnym chłodem i wilgocią. Wibrujące dźwięki nasilały się. Gdzieś w bardzo odległej perspektywie, na dnie czeluści jaśniało coś anemicznie. Schodził cicho i ostrożnie, ale coraz szybciej, pędził go bowiem zarówno strach, jak i przemożna ciekawość i podniecenie. Cała ta nocna wyprawa zdawała się być zapętlonym snem. Wistuba szedł jak w transie, aż nagle usłyszał, gdzieś daleko za plecami, niesiony przez echo odgłos niezgrabnych kroków. Serce zaczęło bić mu jeszcze szybciej – teraz nie mógł już zawrócić. Czuł znużenie, ale nie miał odwagi się zatrzymać. Światło stawało się coraz bardziej wyraźne i jasne, Wistuba ze zdumieniem odkrył, jak bardzo się przeliczył, gdy wcześniej patrzył z góry schodów na jasną plamę. Oto miał przed sobą ogromną komnatę. Trudno wręcz wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy spostrzegł kilka postaci stojących u początku schodów. Gdy był bliżej, dostrzegł że środek komnaty wypełnia podziemne i zaskakująco rozległe jezioro, wokół którego zgromadziły się ciemne sylwetki. Nisko stojące, przygarbione i zastygłe w oczekiwaniu. Można było dojrzeć jak starowinka z mieszkania obok idzie, wspierając się na ramieniu córki. Źródłem światła były pochodnie, swobodnie ustawione w komnacie. Postaci musiało być kilkadziesiąt. Widział ich nienaturalnie wąskie głowy, dziwnie wykręcone ciała. Wulgarna pieśń rozbrzmiewała zwielokrotnionym echem. Przysiadł na boku, mając pod sobą jeszcze kilkadziesiąt metrów do podziemnego zbiornika. Trudno mu było złapać oddech, tak ciężkie i nieświeże było powietrze. Siedział długie minuty, niczym zahipnotyzowany słuchając muzyki i patrząc na przedziwny spektakl. Postacie poruszały się powoli w jakimś niezrozumiałym porządku. Mimo to miał wrażenie, że gdzieś w głębi duszy wszystko to jest mu niebezpiecznie bliskie. Istota, która schodziła za nim po schodach, nagle znalazła się tuż obok i przeszła bez słowa, ślepo zdążając ku celowi. Wistuba znał tego człowieka z widzenia, mieszkał niemal po sąsiedzku. Teraz jednak niewiele zostało w nim z mrukliwego pana w dresie. Istota ta, w mdłym świetle przypominała raczej płaza o groteskowo zdeformowanych kształtach. Naga, o szpetnej i kostropatej skórze, obwisłych ramionach. Sąsiad był już na dole, gdy powierzchnia wody zafalowała. Jedna z istot, najmniejsza i najbardziej przygarbiona, wkroczyła w taflę, która po kilku krokach sięgała jej do pasa i dalej, do piersi,

33


opowiadania

34

Paweł Mateja


opowiadania do szyi i czubka głowy. Zniknęła i dłuższą chwilę nic się nie działo, tylko rytuał trwał dalej w niezmienionym porządku, dalej w tym samym rytmie i kakofonicznej melodii. Mogło to wszystko trwać pięć minut, jak i godzinę, aż nagle woda zafalowała powtórnie i wyłaniać się z niej zaczął czarny i błyszczący kształt. Początkowo mała wysepka w centrum, szybko wybrzuszyła się i podniosła. Wistuba patrzył na to z rosnącym przerażeniem, podskórnie przeczuwając rozmiar i formę tworu, który wyłaniał się ciągle i ciągle, rozlewając wodę dookoła. Nim ze zgrozy stracił przytomność, chwycił za medalion zwisający z rzemienia i zacisnął go w dłoni tak mocno, że krawędź przebiła skórę. Nim stracił przytomność, mógł jeszcze zobaczyć oczy kolosa, które porastały ciało niczym rafa koralowa. Obudził się w całkowitej ciemności. Był nagi i leżał w starej wannie pełnej lodowatej wody. Nie miał ochoty wychodzić. Zamknął oczy, by wrócić do snu, by czekać na nawrót wizji. W marach zwiedzał podmorskie głębiny, pradawne miasta nie mające nazwy w ludzkich językach, widział cyklopowe bestie i rzeczy, których ludzki rozum nie potrafi pojąć. Czuł przerażająco potężną tęsknotę. Chlupot wody rozległ się gdzieś z niedaleka. Wistuba przebudził się nieco z odrętwienia i stanął na posadzkę z brudnego i zimnego betonu. Chwycił za rurę wystającą ze ściany i chwiejnym krokiem starał się przejść kawałek. Natrafił na drugą wannę, trzecią i czwartą. Gdzieś zza ściany rozległ się nagle przytłumiony płacz dziecka. Tuż obok czuł obecność czegoś żywego, pogrążonego w niespokojnych marach. Zbliżył się i zanurzył dłoń w cieczy. Wyczuł zimne ciało, które lekko poruszyło się pod dotykiem. Skóra była chropowata, jakby pokryta łuską, bezwłosa. Wistuba cofnął się ze wstrętem. Gdzieś w odległym końcu pomieszczenia coś zachlupotało. Zszedł po krętych schodach na parter i tak długo błądził, aż w końcu trafił na metalowe drzwi. Wcześniej, nieomal skierował się ponownie w stronę otchłani, ale zimny i wilgotny powiew sprawił, że prawie zemdlał z przerażenia na myśl o tym, co zobaczył w czarnym jeziorze. Drzwi były zamknięte, więc zaczął w nie walić z całej siły. Uderzał długo, szarpał klamkę i krzyczał jak opętany. Po kilku minutach w końcu usłyszał klucz obracający się w mechanizmie. Za drzwiami stała młoda sąsiadka z dzieckiem na rękach, delikatnie uśmiechnięta. Zdawała się zupełnie nie być zaskoczona czy zażenowana jego nagim i brudnym ciałem. Otworzyła drzwi na oścież i odsunęła się, przepuszczając Wistubę. Było tam też kilka innych osób, wszyscy obserwowali go w milczeniu. Zdał sobie sprawę, że wszyscy są w jakiś sposób do siebie podobni, co wcześniej uszło jego uwadze. Że i on sam wygląda jak część ich rodziny. Ciężkim krokiem udał się do swojego mieszkania, odprowadzany spojrzeniami. Drzwi były otwarte, ale zdawało się, że nic nie zniknęło. Usiadł w starym fotelu i owinął się ręcznikiem. Siedział tak długo, nie ruszał się, patrzył przed siebie. Zjawiła się młoda sąsiadka z małym emaliowanym garnuszkiem. Usiadła obok na krześle i w milczeniu podawała mu letnią owsiankę. Nie bronił się, jadł beznamiętnie. Gdy wychodziła, wyszeptała mu w ucho „Jesteście spod znaku ryb” i poklepała go delikatnie po ramieniu. Był to poranek, godzina ósma. Wistuba nie poszedł do pracy, długo nie ruszał się z fotela, aż w końcu wstał by wyciszyć

Koszmar przy ulicy Chopina

wariującą komórkę. Nawet nie spojrzał na wyświetlacz. Ubrał się i wyszedł na miasto. Był w aptece na Zygmunta Starego, w Staromiejskiej, innej na rynku; w jakimś obskurnym sklepie monopolowym przy osiedlu kupił pół litra spirytusu. Około godziny dziesiątej zaczął padać deszcz ze śniegiem. Na Placu Rzeźnika Wistuba patrzył na starą bramę miasta, zastanawiając się kiedy cień, który czuł w swoim sercu, spadł na te domy i ich mieszkańców. Patrzył na twarze przechodni, które wyglądały tak normalnie. Raz tylko zdawało mu się, że idzie ktoś kulawy, o wąskiej twarzy i rybim spojrzeniu. Cień ten mógł być starszy niźli nie tylko mury, ale i drzewa, i skały, które do ich zbudowania służyły. Zaległ w rudymentach miasta, a raczej to ono wyrosło może na nim nieświadome, co kryć mogą bagniste lasy, które kiedyś tam stały. Był na ulicy Wolności, która z rynku ciągnęła się na Dworzec Główny, dalej skierował się na Zatorze, przeszedł obok centrum handlowego, stanął przy szarym osiedlu, które pamiętał z dawnych lat. W starym mieszkaniu wszystko zostało niemal jak wcześniej, tylko Wistuba czuł, jakby nie był tam długie lata. Włączył światło, zrzucił kurtkę i przeszedł się po pokojach. Później usiadł na kanapie, wyjął z siatki kilka paczek tabletek przeciwbólowych i zaczął je wyłuskiwać z listków. Rozrobił spirytus z syropem malinowym, żeby złagodzić nieco jego smak. Połykał garść i pił tak długo, jak był w stanie. Później znów i znów, aż pigułki się skończyły. Zamknął oczy, starając się powstrzymać narastające torsje. Tym razem nie trząsł się na podłodze, nie rzucał w przerażeniu, nie krzyczał i nie próbował przerwać umierania. Wiele było rzeczy, od których zbyt mocno pragnął uciec.

Paweł Mateja

Redaktor serwisu Carpe Noctem, informatyk w branży ebookowej i wolnościowy Ślązak za dużo myślący o Bogu. Urodzony w roku 1986 w Polskiej Cerekwi, obecnie z żoną mieszkający na gliwickim osiedlu. Od wielu lat wielbiciel weird-fiction i horroru, opublikował kilka własnych historii niesamowitych w prasie i antologiach.

35


opowiadania

Grzegorz Piórkowski Moje drugie samobójstwo Ilustracja: Tomasz Bełzowski Już tak dwie godziny. Jem – je za mnie kroplówka podłączona do żył – i patrzę przez okno. I wydalam – wydala za mnie rurka podłączona do woreczka, przynajmniej mocz. A może ponad dwie godziny. Nie widzę zegarka. Widzę okno. Na zewnątrz park. Zieleń, drzewa, wariaci i lekarze. Niektórzy sami, inni w stadach, tam paru lekarzy patrzy na wariata, wymieniają jakieś uwagi, wskazują go sobie palcami i długopisami, bo oto wariat się zachowuje agresywnie, macha rękoma, pokazuje coś na lekarza, tamten gestykuluje, ale wariat nie słucha, i po chwili trzymają go wszyscy, po kolejnej chwili już się nawet nie wyrywa, idzie z nimi grzecznie, coś mu jakiś doktor tłumaczy, wątpię, żeby rozumiał. Czy to ma sens? Te ich terapie. Oni tak chodzą, ci naprawdę chorzy, ci upośledzeni. Po tym niby ogródku. I co im to daje? Popatrzą na trawkę i motylki, i o, jakakolwiek poprawa? A może to interesuje łapiduchów? Wariackie wariatów zwyczaje? Jak powie na muchę, jak na pszczołę? Jak się zachowa w takiej sytuacji, a w tamtej? A może nic lekarzom to nie mówi (bo i co?). Może po prostu tak ich puszczają dla zdrowia. Żeby nie gnili tak cały dzień w środku. Jak ja. Ale wiem, że nie będę gnił przez cały dzień. Zaraz przyjdzie, ma dyżur. Więc patrzę jeszcze – nie mogę robić nic innego. Ja wcale nie wyglądam dla nich lepiej. Ja jestem zamknięty. Mnie już nawet nie ma po co wyprowadzać. Większość tak myśli. Większość lekarzy. Żaden z nich tego nie przyzna, a nie, niektórzy przyznają, kiedy ona nie słyszy. Ale ja słyszę, chociaż to nic, dla nich mogę słyszeć, dla nich nie jestem człowiekiem. Bo przy człowieku by nie powiedzieli, nie ci mistrzowie psychiatryczni, ci lekarze dusz, oni nigdy by nie powiedzieli czegoś takiego przy kimś żywym i przytomnym, nawet używając swoich bezsensownych terminów, których normalny człowiek nie rozumie. Nie mówią takich rzeczy też przy wariatach (za często). Bo wariat to też człowiek (jeszcze trochę). Ja już człowiekiem nie jestem. Jest, wchodzi, trzaskają drzwi. – No, skończyłam – słyszę od wejścia, głos znam bardzo dobrze, słyszę go ciągle, w snach nawet. – Wybacz, musiałam, ktoś komuś coś źle przepisał, od razu cyrk, wielka afera, ale nikomu nic się nie stało. Zdążyłam naprawić. I staje przede mną, kuca – zawsze tak robi. Uśmiecha się, a uśmiech obrysowany różową szminką, jasne loki, biały fartuch, oczy umalowane. W dłoniach trzyma gazetę. – Pewnie już się dosyć napatrzyłeś. O tak. – Ale jest taka ładna pogoda, chodź na dwór. Masz ochotę? I tak nie było tu co robić. Przecież mnie nie wypuścicie. A nawet jeśli, nie byłoby żadnej różnicy. Tak naprawdę nigdy nie ma. Gdziekolwiek bym się nie znalazł, gdziekolwiek nie

36

znalazłoby się moje ciało – ja zawsze jestem w tym samym miejscu. Tylko krajobraz za oknem się zmienia. – To chodźmy. Wstaje i znika za mną. Okno odjeżdża trochę, a potem zmieniamy kierunek, widzę pokój. Na podłodze głęboki dywan w liściaste motywy, przede mną regał z książkami, na nim porcelanowe słonie, trzy, i lusterko. Kładzie mi gazetę na kolanach. – Potrzymasz? To super. Śmieje się. Ja też bym się śmiał. Regał znika, obracam się dalej, przeszklona gablota, w niej poupychane jakieś dziwne zabawki, piramidy, trójkąty, pluszak – miś w białym stroju z czerwonym krzyżykiem – na gablotce leży teczka ważnego lekarza – Ebendorfa – a w teczce jak w trumnie leżą pacjenci, na kartach – już jakby zgonu – powyliczane ich dawki leków, trucizny ich dnia powszedniego. Po chwili znika i gablotka, pojawiają się drzwi, bez progu. – Najadłeś się, mam nadzieję – odpina kroplówkę. – Starczy, później wrócimy na obiad. I jedziemy dalej, przez drzwi. – Wiesz, ja myślę, że ty się jednak z tego cieszysz. No, z tych kroplówek. Ja bym się cieszyła. Przynajmniej żaden wariat na stołówce nie obrzuci cię żarciem. Jechaliśmy szerokimi korytarzami, słońce wlewało się przez okna. Wzrok miałem skierowany głównie na podłogę, białą, wyślizganą, niedawno umytą przez wysokiego, brodatego ciecia. – No a ty nie bardzo masz jak ich obrzucić jedzeniem w ramach rewanżu. Poprawiła mi humor. Czasem się zastanawiam, ilu takich jak ona naprawdę próbuje pomóc tym ludziom. Ilu nieczułych i niekompetentnych idiotów – są tu tacy, jest mnóstwo – przypada na jedną jak ona, mój anioł miłosierdzia. Żyję dzięki niej. No, może nie do końca tak. To już nie jest wybór – czy chcę tak żyć, czy nie. Wybrać nie mogę, jak długo będzie ktoś, kto mi podłączy kroplówkę do żył, jak długo będą mi pompować te wszystkie eliksiry długowieczności w organizm, tak umrę tylko ze starości. Nie wstanę przecież, nie skoczę z okna, nie podetnę sobie żył. Ale przynajmniej dzięki niej nie mam ochoty na skakanie i podcinanie. Jak wielu jest tych zwykłych – mijamy właśnie jednego, chrząknął coś, jakieś pozdrowienie, odpowiedziała mu rezolutnie, i zaraz znowu zaczyna do mnie szczebiotać – jak wielu, na taką jedną? Jak wielu takich jak ja pragnie właśnie umrzeć, gdzieś tam, w samotności, w pokoju, którego tę jedną ścianę znają już tak dobrze, te wszystkie na niej pęknięcia, plamy. Wielu, myślę sobie, nie zdaję sobie sprawy jak bardzo wielu. – Myślałam żeby zmienić tapety w twoim pokoju. Prawda? A jakie? A, masz rację, zostaw wszystko kobiecie.

Grzegorz Piórkowski


opowiadania Ty też sobie nie zdajesz sprawy, moja droga. Stukot kół na kamiennej ścieżce, bo ładne tu jest to wszystko. Takie wszak skupisko doktorów nie może pracować w brzydkim otoczeniu. No bo nie dla wariatów to przecież. Im pewnie wszystko jedno. Wokół nas ludzie, spacerują, fartuchy i pacjenci. Zatrzymujemy się koło ławki, ona siada na niej, rozkłada gazetę. – Poczytać ci? Och. Wyjmuje chusteczkę, nachyla się, wyciera mi brodę. Prawie mogę złapać jej oczy. Prawie. – Od razu lepiej. O czym chcesz poczytać? Nowy film w kinie. Chciałbyś kiedyś iść do kina? Chciałbym. – Kiedyś się wybierzemy. Czyta. Że taki i taki polityk, że taka i taka partia. – Nie, to cię chyba nie obchodzi, co? Ma rację, nie obchodzi mnie. W ogóle nie lubię gazet, wolę, jak zabiera książki. Ale lubię słuchać jej głosu, w jakiejkolwiek formie. Czyta jakiś artykuł. Nudny. Ma ładny głos. To byłoby całkiem okrutne, gdyby nie miała. Bo przecież to ona ciągle mówi. Czasem, pod koniec dnia, i rankiem następnego, ma porządną chrypę. Zjada wtedy tabletki od bólu gardła całymi opakowaniami. I mówi, mówi do mnie dalej. Kroki na ścieżce, biegną trzy osoby. Wstaje z miejsca, odkłada gazetę. Widzę ją kątem oka, widzę pół szpalty, widzę cenę, widzę datę. – Pani Vogelvauer – wołał już z daleka któryś z biegnących. – Niedobrze – drugi, jak już są na miejscu. – Co? – spytała. – Nie tu. Joanno – – No ale – – Proszę iść. – Widzą panowie – – Z nami. – Tam i tak jest pusto – mówi jeden, najmocniej zziajany. – Chodź kobieto, nie ma cza – Nie skończył, uderzyła go, zaraz poruszenie, szamotanina – proszę się uspokoić! – i po chwili już są spokojni, tylko ona oddycha ciężko, najciężej. – Sądziłem, że w takim miejscu… – zaczyna ten, który dostał. – Idziemy. Nie ma czasu. To naprawdę ważne. Wszystko inne może poczekać – mówi ten pierwszy. – Zaraz wrócę – odzywa się Joanna, i wiem, że to do mnie. I zostaję sam, bo oddalają się szybko, po drodze coś jej tłumaczą, tłumaczy ten, który odzywał się po imieniu, jedna osoba idzie krok, dwa kroki za nimi, pewnie ten co mnie obraził, co dostał od niej w policzek. Cichną. Słychać krzyki, słychać owady. Słychać rozmowy w oddali. Ptak jakiś ćwierka na gałęzi. Na górce, której część mam w zasięgu wzroku, jakiś wariat biega za piłką i pokrzykuje głupio, a dwóch lekarzy obok patrzy na niego i skrzętnie coś notuje w notatnikach. Ktoś się zbliża, być może jakiś lekarz zainteresował się cudzą zgubą. Ciekawe, czy zechce mnie o coś zapytać. – Witaj Juliuszu – mówi stojąc za mną. – To potrwa jednak trochę dłużej, zanim wrócą. Dopilnowałem tego. Musimy porozmawiać – i milknie, a ja zastanawiam się, kim może być. Na mnie nikt nie patrzy, przynajmniej nie tamci na górce. Dobrze, że nigdzie mnie nie zabiera. – Powiem wprost. Ta wiedźma chce pana zabić. Mówi o Joannie. O kobiecie, dzięki której jeszcze żyję.

Moje drugie samobójstwo

– Dlatego sądzę, że powinien pan się ratować. Te leki, które panu daje, te igły wbijane trzy razy dziennie, o, te – i wyjął fiolkę z płynem, którym zazwyczaj kobieta napełnia strzykawkę, postawił na skraju ławki, tak, że łapię ją wzrokiem – to dzięki temu masz takie problemy z poruszaniem się. Ze wszystkim. Bo widzisz, nie może cię tak zwyczajnie ukatrupić. Bo ktoś mógłby dojść do prawdy. Ty musisz zginąć śmiercią naturalną. Najlepiej, jakby upozorować samobójstwo, ale drugi raz się na to przecież nie nabiorą. Zostaje wypadek. Słucham go tylko. – Niefortunny upadek ze schodów. Zostawienie cię w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednich rękach, cokolwiek. A bo mało tu wariatów? Zwali na któregoś. I tyle. Musisz się ratować, Juliuszu. Ja ci pomogę. I zabiera fiolkę. Bzdura. Kimkolwiek jest, to bzdura, nie zrobiłaby czegoś takiego, nie moja Joanna. – Pewnie myślisz sobie, że bzdura, nie zrobiłaby czegoś takiego, nie twoja Joanna. Cóż. Pokażę ci wszystko. Później. Przyjdę do ciebie, ale teraz mam jeszcze coś do zrobienia. Nie martw się. Nie umrzesz. Nie ze mną. Jestem tu, żeby cię uratować. I odchodzi, tak po prostu, mój wybawca niedoszły. Kim może być? Zapewne wariatem. Jest ich tu pod dostatkiem. Nietrudno zauważyć, że ona często ze mną jeździ, że spędza tyle czasu. Odczuwam niepokój. Bo przecież to świr. Jest zdolny do wszystkiego. Najgorsze jest to, że nie ma jak jej ostrzec. Choćbym chciał, nie ma jak. Oczywiście, takie groźby są tu na porządku dziennym, bo to mało psychopatów mówi swoim lekarzom prowadzącym, że ich pozabijają? Ma doświadczenie – pocieszam się – gdyby nie miała, to by jej nie posłali do wariatkowa, żeby pilnowała tej hołoty. Ale mimo tego – niepokój. Słyszę jego kroki przez chwilę, aż nikną, i zostaje tylko śpiew ptaka i pokrzykiwanie wariatów. *** Zastanawiam się nad tym co powiedział. Bzdury, wszystko bzdury. Oczywiście odetchnąłem z ulgą, gdy w końcu zabrała mnie z parku, szczęścia jednak nie mogłem nijak okazać, oczywiście. Teraz zaś zastanawiam się nad tym, co powiedział. Co za bzdury. Ten anioł złotowłosy, to wcielenie dobra, jedyny powód, dla którego jeszcze chce mi się żyć – ona chciałaby mnie zabić. Patrzę jak się krząta, jak w swoim gabinecie przekłada z miejsca na miejsce ciężkie encyklopedie, grzechoczące ampułki, grube monografie – kładzie stos książek przede mną, na kilku jej nazwisko wytłuszczone – tak zawsze w jej gabinecie, ten bałagan, przekłada papiery, szuka, szuka, grzebie, aż wreszcie wyciąga spod biurka tryumfalnie w górę dłoń z teczką. – Jest! Otwiera, kartkuje. – Ktoś narobił bałaganu. Dorwał się do teczki doktora Ebendorfa. Poprzemieniał niektóre leki, dawki. Mogło się skończyć źle. W sumie, skończyło się źle. Ale mogło gorzej. Edward, wiesz który Edward? Wiem. – Mogłoby go już z nami nie być. Muszę znaleźć ich teczki, wcześniejsze, przynajmniej te, które mam, i poprzydzielać im od nowa wszystko, bo tak tam nagryzmolone, że nie wiadomo co, gdzie i kiedy. Przynajmniej u tych, którymi sam się zajmował. Dawki reszty personel pamięta. A nie sposób się

37


opowiadania do niego dodzwonić. Jest za granicą chyba. Śpią tam teraz, noc. Pewnie telefon wyłączył. Może by spróbować do hotelu. I ona miałaby planować moją śmierć. Nawet jeśli, wystarczyłoby zrobić właśnie coś takiego. Dać mi końską dawkę leków. Zwalić winę na kogoś innego. Czemu nie? – Nie widziałeś może mojej… – Sprawdza po kieszeniach fartucha. – Miałam ją jeszcze dziś rano, jak byliśmy w parku. I spogląda na mnie, unosi głowę tak nagle, kosmyk włosów spływa jej na nos i zostaje tak krótką chwilę, i wtedy mogę spojrzeć jej w oczy, jeden z tych rzadkich momentów – gdybym tylko mógł – przez chwilę bardzo chcę odwrócić wzrok, ale zaraz się uśmiecha. – Nie zabrałeś przypadkiem? – śmieje się, wracając do szukania. Mnie też to rozbawiło. Wyczuwa to? Że nie obrażam się o takie żarty, że nie dąsam potem w środku, tylko śmieję razem z nią? Nie wiem. Może. Mam nadzieję. Tak samo jak ona ma nadzieję, że ja wciąż tu jestem, za tą barierą z mięśni, ścięgien i krwi. To działa w dwie strony, Joanno. Ja też się łudzę, że ty naprawdę mnie rozumiesz. – No cóż. Idę po nową. Zostań tu. – Puściła mi oko, znowu się śmiejąc. Zamknęła drzwi, i wtedy się odezwał: – Ty wiesz, po co ona idzie. No tak, oczywiście. Wiem. Po ten specyfik, po zastrzyk dla mnie. Po lek, który dziś rano widziałem w dłoniach osoby stojącej właśnie za mną. Jakim sposobem wślizgnął się do jej gabinetu. Kim on jest? – Po lek, tak. Żeby ci się aby nie polepszyło. Nie znasz się na lekach, co? Ale nie martw się. Ja się znam. I uwierz mi,

38

lepiej będzie, jak skończy się faszerowanie tym świństwem. I nie martw się. Wróci z pustymi rękoma. Już ja się tym zająłem. Słyszę kroki, chyba chce wyjść, ale zatrzymuje się, obraca. – Ach, mógłbym tu dużo zrobić. Napsuć jej krwi, oj tak. Ale to zbyt niebezpieczne. Zorientowałaby się. I koniec, wtedy kaplica. A, Juliuszu. Mam dla ciebie niespodziankę. Staje za mną. Teraz mnie zabije – myślę, nie wiedzieć czemu. A potem czuję jego dłonie na barkach. – Dam ci się napawać tą chwilą w spokoju. Przecież nikomu nie wygadasz. Klepie mnie jeszcze w ramię, wychodzi. Poczułem. Poczułem jego dłonie na ramionach. Pierwszy raz od tylu długich miesięcy cokolwiek poczułem. *** Wieczorem oglądam telewizję, przyprowadziła mnie tu akurat pielęgniarka. Joanna zniknęła później, może nadal szuka tych leków. Nie mogłem przestać o tym myśleć, o tych zastrzykach, o tym, jak je odstawiłem, o tym, że ten ktoś – kimkolwiek jest – mówi prawdę, że to przez te świństwa nie mogę się ruszać, paraliżują mnie. I dotyk na moich ramionach, czułem dłonie, obie. Jeśli to prawda, jeśli to te leki – to czy ona robi to specjalnie? Dlaczego? Ale przecież – ona by nigdy. Nigdy – myślę, i pierwszy raz od nie pamiętam już kiedy, drgają mi lekko palce, gdy chcę zacisnąć je z przyzwyczajenia w pięść. Drgają. Nikt oczywiście nie widzi, wokoło czuby wpatrzone w ekran telewizora, ja go nie widzę całego, nie usadziła mnie dobrze pielęgniarka, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi, wiem to. Ruszyłem palcami. Mam nadzieję, że naprawdę nikt tego nie widział. Bo być może ona też nie powinna. Wiedzieć, że robi mi się lepiej, gdy nie ma leków. I tak samo skupiam się na tym, by z niczym się nie zdradzić, gdy jesteśmy razem w pokoju, gdy stwierdziła, że jeszcze mi coś poczyta, książkę, ostatnio nie czytamy tyle książek, co kiedyś. Może jej się trochę znudziło – albo próbuje różnorodności, bo nie wie, co lubię, więc musi strzelać, musi rozkładać wszystko po równo. Nie powiem jej nijak. Tak samo nie zdradzę się z palcami. Jeszcze nie. – Dobre wieści – mówi, sięgając ręką do kieszeni. – Mam. Buteleczka lśni w świetle żarówki, macha nią, stawia na stoliku. Nurkuje gdzieś w szafkach, szuka strzykawki. W końcu wyjmuje, otwiera, rozrywa opakowanie. – Martwiłam się trochę już, wiesz? To nie jest powszechny lek. Nie mamy go zbyt dużo, trzeba było iść do magazynu, a weź tu zdobądź coś z magazynu, zanim wydadzą, a po co, a zapas się skończył, a jak to ukradli, nikt tu nic nie kradnie, jak ukradli, to poczekać na nowy przydział. Tak, dokładnie takiego personelu w magazynie nam potrzeba. Cóż za przyjazny wszystkim przybytek. Lekarzom najbardziej, naprawdę, czasem wolałabym być pacjentem. Niczym bym się nie musiała martwić – puszcza mi oko, bierze sobie taboret i siada obok, nabiera płynu do strzykawki. – Ale mam. Postraszyłam, że ktoś może zginąć przez nich. To ich oczywiście nie ruszyło, ale że ich za to z roboty wywalą, bardziej. Nie wiedziałem, że to takie trudne – pozostać w zupełnym bezruchu. Nawet, kiedy do życia wróciły tylko niewielkie partie mięśni, i to sporadycznie, bo na pewno są słabe od

Grzegorz Piórkowski


opowiadania kompletnego nieużywania, to i tak ogromnym wysiłkiem jest pozostanie w kompletnym bezruchu, kiedy ktoś wbija mi w ciało igłę. – O, i już. Po kłopocie. Martwiłam się, wiesz. Bardzo. Bierze ten taboret, ustawia go przede mną, ale nie patrzy na mnie – nie patrzymy na siebie – zwiesza głowę w dół, dłonie też, włosy spływają po czole, po twarzy dziewczyny. – Martwiłam. Bo najmniejsza przerwa w kuracji. Może ci się coś stać. Coś poważnego. A jakby mi się stało, to ja bym sobie… ja bym… I odwraca się, sięga po ręcznik papierowy, składa na pół, na ćwierć, ociera sobie oczy, i wtedy na mnie spogląda, i natychmiast przestaje ocierać oczy, bo widzi, widzi, że mogę ruszyć palcami. – Julek! – zrywa się. – Ty - ty - ty - ty ruszasz palcami! Wiedziałam, wiedziałam, że to zadziała! Że to pomoże, że w końcu się uda! Nie mówiłam ci, nie chciałam robić fałszywych nadziei, ale teraz, tak, teraz – ty będziesz chodził! Chodził, mówił, wszystko! Wszystko! O ile tylko nie przerwiemy kuracji – zadbałam o to, nie przerwiemy! Wszystko! Rozumiesz? Rozumiem. Bardzo dobrze rozumiem. Trzyma już moją rękę, a ja próbuję z całej siły ścisnąć jej miękkie palce. Próbuję też otworzyć usta, ale mi się nie udaje. Nawet nie marzę o dobyciu głosu. Ręka, tak, priorytetem jest ręka. Jeśli będę mógł coś napisać, to może dam radę ją ostrzec. Postanawiam sobie w duchu ćwiczyć, męczyć te mięśnie, aż któryś da odpowiedź zadowalającą – te drgania palców to jeszcze za mało, ale Joanna cieszy się z tego małego sukcesu jak dziecko. Ćwiczyć, aż będę mógł w jakiś sposób ostrzec ją – napisać, powiedzieć – bo któryś z tych wariatów, Joanno najdroższa, chce cię zabić. *** Pokój mam dla siebie. Nie bardzo wyobrażała sobie, jak może być inaczej – cudem jest zresztą, że wyrwała mnie ze szpitala, że nie leżę przykuty na wieczność do łóżka, wpatrzony w wyciszony telewizor, traktowany jak ktoś w śpiączce. Cudem. Teraz patrzę na sufit. Świta, szarość wpycha się przez okno, obłazi wszystkie kształty, wyłania się lampa, okrągła i mała. A potem trzaskają drzwi, i wiem już, kto wszedł do mojego pokoju. Nie chce mnie zabić – myślę, gdy słyszę jego kroki, a on jeszcze nic nie mówi. Nie chce, bo już dawno by to zrobił, tyle miał okazji. Leżę bezbronny. Zawsze jestem bezbronny, to nic trudnego. Nie, jemu się wydaje, że ratuje mi życie. Że chce mnie chronić. Chociaż – tak, oczywiste. Zabije ją, a wtedy umrę też ja. Nie od razu. Powoli. Bardzo powoli. Żyjąc bez niej. – Zdobyłem małą niespodziankę, przyda się później – mówi, chodzi przez chwilę po pokoju, otwiera szafkę, wysuwa szufladę, wstaje, kuca, zagląda wszędzie, gdzie może, w końcu bierze wózek, przyprowadza pod łóżko i siada na nim, słyszę charakterystyczny trzask, tak się zawsze ugina siedzenie, oparcie, zupełnie jakbym ja na nim usiadł. – A ty, biedaku mój, ty myślisz, że ona cię ratuje. Że to dzięki niej żyjesz jeszcze. Że dzięki tym jej lekarstwom ruszasz kończynami, że te drgawki ledwo widoczne palców, to jej sprawka. Nie, nie jej. Ale ona sobie z tym poradzi. Wkrótce nie będziesz już ruszał palcami. Przez te jej lekarstwa właśnie. Przyniosła je, są w magazynie. Trochę zniszczyłem,

Moje drugie samobójstwo

trochę wyrzuciłem. Najważniejsze – napełniłem kilka solą fizjologiczną. Nic ci nie zrobią. Odzyskasz sprawność. Nie zorientuje się. Za szybko. Pochyla się, wspiera na łóżku. – Skoro naprawdę myślisz, że to dzięki niej, to powiedz, czemu teraz? Czemu to twoje cudowne ozdrowienie nastąpiło, gdy schowałem te leki, hm? No? I rzeczywiście się zastanawiam. Mimowolnie. Bo nie mogę się odezwać – struny głosowe za słabe jeszcze, ale mogę mocniej wciągnąć powietrze, wciągam więc – ale nie mówię nic, a skoro nie mogę mu przerwać, zakrzyczeć, że ona nigdy, to zastanawiam się. Bo nie mogę też zasłonić dłońmi uszu. – Wiesz, nie mam pojęcia, czemu ona ci to robi. Czemu cię tak trzyma na tym świństwie, czemu robi z ciebie warzywo. Ale musisz się ratować. Trzeba spierdalać. Trzeba. To nie ma sensu. No bo dlaczego? Czy czerpie z tego jakąś sadystyczną przyjemność? Tyle razy zostawaliśmy sami, mogła się znęcać, pastwić, nic bym nie powiedział, nikomu nie wygadał – ale ona nic. Zupełnie nic. Jest dla mnie miła, jak nikt na świecie. Nienaturalnie wręcz. Od momentu, w którym usiłowałem popełnić samobójstwo. A może lubi tak smakować, o to chodzi, o to uczucie, że jest się panem życia i śmierci? Ale to nie jest życie. Nawet z żalu nie mogę pięścią uderzyć w ścianę. Krzyknąć. Nie jest życie. – Tak właśnie – mówi ten mój wybawca, widać też do swoich myśli, bo milczał przez chwilę. – Tak. Możliwe. Ale wiesz dobrze, że powody są nieważne. Trzeba spierdalać. Zabić ją, i wiać. Nie obawiaj się, ze mną wszystko się uda. Jak myślisz, czemu tak się tu skradam wszędzie, wchodzę bezszelestnie? Bo ja się umiem kamuflować, wtapiać w otoczenie. Żeby nie wyróżniać się tu z tłumu, pozostać niezauważonym, trzeba być wariatem. Ja dobrze udaję wariata. *** Myślę o tym cały czas. Gdy patrzę na jej dłonie, które wchodzą w moje pole widzenia, by poprawić koc, bo jest zimno, bo wieje wiatr (zupełnie jakbym mógł to poczuć, a lekki wietrzyk mnie nie wyziębi przecież, równie dobrze może na mnie tego koca nie kłaść). Myślę, gdy zmienia mi kroplówkę, gdy siada naprzeciwko i mówi, gdy zakłada okulary i czyta książkę, gdy już chrypnie, robi pauzę, sięga po wodę, pije i pije, ech, zmęczyłam się, chodź, chodź porobimy coś innego. I robimy coś innego, a ja myślę o tym, czy on rzeczywiście wie, że jest cokolwiek tu, we mnie. Że ja tu jestem. Bo kim on jest naprawdę? Wariatem? I wariat mógłby się tak na lekach znać? Bo to on poprzemieniał te wszystkie dawki w teczce doktora Ebendorfa, jestem pewien. Chociaż, jeśli tylko nie ma pomieszane w głowie, to widzi co kto bierze, wie, jak co działa, czego za dużo, czego za mało, rozmowy pielęgniarek, lekarzy – czasem nas, ich, czasem ich lekceważą, bo przecież co z tego ich medycznego bełkotu zrozumie normalny człowiek, a świr co dopiero. Co zrozumie? I czemu to robi? Chce mnie ratować? Moje palce – poruszam, gdy ona nie patrzy, gdy rozpakowuje sobie kanapkę, odwraca się na chwilę, uśmiecha, moje palce zamierają, chwilowo nie chcę jej nic pokazywać, na wszelki wypadek, tak po cichu przyznaję przed sobą, że jednak zasia�� ziarno niepewności. Nie wierzę w to, że chce mi zrobić krzywdę. Ale jeśli to przez jej leki nie mogę się ruszać – a ona o tym nie wie – to może rzeczywiście lepiej, żebym ich nie dostawał. Może jak-

39


opowiadania by zobaczyła jakoś, że to dzięki temu, że przestałem brać leki – no ale jak jej powiedzieć? I najważniejsze – co on zrobi? Przecież może ją skrzywdzić. Przecież chce ją zabić. A ja jedyne co mogę, to podnieść rękę. I to wtedy, kiedy jednak nie znajdzie lekarstwa rano, tylko to spreparowane. Na pewno jej tym pomogę. Myślę o tym jak jej nie ma, jak sobie siedzę w słońcu przy drzewie i patrzę na park. Znowu na to, jak ganiają się w kółko pomyleńcy. Brzydnie mi to, czekam zimy, wtedy nie wychodzimy na dwór, nie muszę ich tyle oglądać. Ale ona nie wie, co lubię – chociaż powinna się domyślić, że takie wgapianie się w wariatów chyba przez nikogo nie jest specjalnie lubiane. No, oprócz niej. I jej kolegów. Tam się jacyś ganiają w kółko, jeden chodzi wokół ławki i jęczy głośno, z głową zadartą do góry, drugi goni ptaki, zebrały się po jakieś okruchy, niektórzy je tu karmią, teraz rozfrunęły się na wszystkie strony, a jeszcze inny wariat biegnie w moją stronę. Urwał się komuś, ktoś zostawił niepilnowanego, czemu nie pomyślała, przecież ten wariat może mnie zabrać gdziekolwiek, może nie powozi mnie długo, ale co mi strachu napędzi, to będę wiedział tylko ja. Podbiega, zaśliniony. Odejdź wariacie. Doktorze, proszę go zabrać. Pacjent panu zwiał. Ten zaśliniony. No nie ma, nie ma nikogo. Dyszy ciężko, patrzy się tępym wzrokiem na mnie, potem w lewo, w prawo, mruga dwa razy, jakoś mu się wygładza oblicze, ślinę zbiera językiem. – By-by-by-byłem – jąka się, i patrzy teraz na mnie, prostuje w miarę, jak może. – W-w-widziałem. Przynajmniej nie chce mi nic zrobić. – W-w-w teczkach co pokazałeś, tam było wszystko, i czcz-cz-czytałem, czytałem, umiem czytać, nie czyta n-n-n-nnikt, jak ja, czytałem kiedyś najwięcej, tak du-du-du-dużo, i dlatego tu jestem, podobnie jak t-t-t-t-t-ty. Patrzę na wariata i słucham jego bełkotu. Niech się wygada, skoro chce tak bardzo. – Ale t-t-t-t-ty się opie-pie-pierałeś bardziej. Im. Dlatego, wy-wyczytałem, właśnie dla–dla–dlatego próbowałeś się zabić. Oni. Przez nich. To nie-nie-nie było samobójstwo. Nie takie zwy-zwy – Cóż mówi wariat? Że nie chciałem się zabić? Że widział – co? Moje teczki? A może zmyśla tylko? Przecież – powiedział jak kazałem – ja nic mu nie kazałem. Jeszcze długo potrwa, zanim ja cokolwiek powiem. – Zwykłe. Przez leki. Da-da-dajesz człowiekowi lek, a on chce się zabić. I dlatego. Ty-ty-ty-ty czułeś potrzebę realną zupełnie. Oni to wymyślili, że-że-żeby nas wszystkich – i tu przeciąga sobie po gardle palcem, krztusi się przy tym, zapluwa, ślina mu z brody cieknie, zaraz ją wyciera rękawem. – Wszy-wszy-wszystko ona. Bo zbyt niebezpieczny byby-byłeś. Racja, co opo-po-powiadałeś. Oni nas tu. Wszystkich. Prędzej czy później. Niektórych później. Cie-cie-ciebie, mnie. Bo może wiemy coś. Bo może wyciągną. A potem. I znowu się zapluwa, jeździ palcem po szyi, wykrzywia w okropnym przy tym grymasie. Ślina leci na ziemię, odrywa się od jego wykrzywionych warg. – Artur! – słyszę, woła jakiś lekarz. Artur, świr przede mną, zaraz gnie się do ziemi bardziej, zapluwa znowu, pluje i pluje, i już mu bliżej wyglądem do wariata, już po samym spojrzeniu nie wierzę, że to człowiek,

40

który przed chwilą powiedział mi to wszystko, już sam niemal sądzę, że to właśnie tylko jego urojenia, że sobie to obmyślił, że mu to jego wariacki umysł kazał powiedzieć, i tyle w tym prawdy. Ale jeszcze patrzy na mnie wymownie. Jeszcze tym swoim spojrzeniem zwyczajnym, zanim mu wzrok mgłą zachodzi. Zanim znowu przybiera pozę wariata, i ucieka, a lekarz biegnie za nim – Artur się zaśmiewa, wiejąc pokracznie, tak, rzeczywiście, jeśli można grać wariata, czemu nie czerpać z tego chociaż trochę przyjemności? *** Dawno pogodziłem się z bezsilnością. Przy niej jakoś łatwiej. Ma dar, prawdziwy dar. Gdy tak się krząta, gdy tańczy wokół mnie, gdy odprawia ten rytuał poprawiania kroplówek, rytuał rozmowy i wykonywanych podczas niej gestów – a tym razem czuję je wszystkie, i czasem się wzdrygam nawet, a ona zauważa, cieszy się, że postęp, i opowiada mi, jak to niedługo będziemy spacerować po tym parku pod rękę, jak będziemy rozmawiać – nie może się doczekać aż coś w końcu powiem, aż usłyszy mój głos, bo przecież go nie słyszała jeszcze, zastanawia się: – jaki masz głos? A, nie mów! Będzie niespodzianka. A jak się dowiedzą, że jednak miałam rację! Niektórzy już mówią, że też tak myślałem, że on tam był cały czas, ha, pokazałam im, mylili się, a ja miałam rację! I tak rusza maszyna pierwszej między nami komunikacji, i wewnątrz cieszę się jak dziecko, a to tylko proste: rusz palcem na tak, rusz palcem na nie, rusz palcem jeśli to, lubisz, nie lubisz, chodźmy, zostańmy, chcesz, nie chcesz, ładne, brzydkie, wszystko na skinienie mojego palca. Jest co najmniej tak szczęśliwa jak ja, biega, robi notatki, rozmawiamy – prawie rozmawiamy – jeśli sądzisz to a to, porusz palcem raz, jeśli to, dwa, nie jesteś zmęczony? Raz na tak. Nie jestem. Długo czekałem na komunikację, a ona już planuje wystukiwać tym moim nieszczęsnym palcem alfabet morsa, a on jeszcze i tak nie zawsze działa, nie zawsze mogę nim ruszać. A kiedy w końcu będziesz mógł mówić! – zachwyca się. Ale ja nawet jeszcze nie mogę otworzyć ust, więc niespodzianki żadnej nie ma. Ruszam palcami, próbuję ścisnąć jej palce, mięśnie na plecach drgają pod dotykiem jej dłoni, i na tym koniec, czasem coś gdzieś się ruszy. Potem wyjmuje cudem znalezioną buteleczkę leku, a ja się zastanawiam, czy to przez nie jestem chory, czy może przez prawdziwe, rzadkie zastrzyki zdrowieję. Zastanawiam się jednak tylko przez chwilę, bo potem wsłuchuję się w jej głos, czasem mi opowiada o pracy – bo nie ma komu. I tak słucham, jak się cały dzień użerała z wariatami. Różnymi, tymi w kitlach, tymi w kaftanach. Też się użerałem z wariatem, moja droga. Mówił, że spisek, że moje samobójstwo wcale nie było moje. I tak mówi i mówi, aż wreszcie to zdanie: – A poza tym ostatnio… Cichnie. Ostatnio, a mi drga palec, potem znowu, i mięsień na plecach, ale nie widzi, bo wpatrzona jest we własne splecione na podołku dłonie, i patrzy tak i patrzy, nie na mnie, długo nie na mnie. Aż w końcu. – Coś jest nie tak. Te kradzieże leków, te wszystkie problemy ostatnio. To nie jest normalne, tu tak nigdy. I to widać. Nie wiem, kto to robi. Niepokoję się. O ciebie też. Teraz, powiedz – nachyla się nade mną, jej delikatne palce obejmują moją dłoń. – Wiesz coś? – szept. – Porusz raz, na tak.

Grzegorz Piórkowski


opowiadania Cieszę się. Cieszę, że tylko ten palec, że nie mogę zdradzić się z ekspresją twarzy, że ruchem brwi nie mogę wydać wszystkich moich myśli, że nie mogę mimowolnie podzielić się z nią moimi wątpliwościami. Ale w końcu – bo tak się patrzy na mnie, bo się martwi, oczywiście, że lepiej jej powiedzieć, bo ona może więcej niż ja, nie ochronię jej przecież, nie zrobię nic z człowiekiem, którego nie widziałem nigdy – sprytne to było z jego strony, przewidział, że będę mógł się ruszać? Nie mogę zrobić nic, ale ona, jeśli będzie mogła się ratować, jeśli powiem. Z drugiej strony, może zrobić jej krzywdę. Jeśli się dowie, że powiedziałem, skrzywdzi ją. Długo trwają moje palce w bezruchu, zauważa, przysuwa się, patrzy i patrzy, i żałuję, że nie mogę zamknąć oczu, odwrócić wzroku. – Bo ktoś mi ostatnio utrudnia pracę, wiesz? Nie wiem jeszcze kto. Ale się dowiem. Tak jakby… jakby ktoś bardzo chciał, żebyś nie wyzdrowiał. Taka twarz zatroskana, oczy jej smutne, kuca przy mnie i zagląda od dołu. – Martwię się. Ja też. – Możesz mi powiedzieć. I przysuwa się jeszcze bliżej, przytula, teraz już czuję jej całe niemal ciało na sobie, dłonie wokół karku, usta tuż przy uchu, i tak mi mówi: – Jaki to musi być ciężar. Ja wiem, ja rozumiem wszystko. Tak bardzo ciężko. Że ja, o to chodzi. Że mnie chronić. Ale nie musisz. To ja tu mam się tobą zajmować. Ja cię od zła ratuję. Od rozpaczy najczarniejszej. Nic ci przy mnie nie grozi. Ale – jeśli wiesz – musisz, musisz mi powiedzieć. Bo bez tego mogę się spóźnić. Mogę przyjść chwilę za późno. I przysuwa się jeszcze mocniej. – Albo mogę nie przyjść w ogóle. Któregoś dnia, gdy nie zejdę na dół z książką, gdy przyjdzie po ciebie ktoś inny, pielęgniarka, i zamknie w pokoju, nic nie mówiąc. Poznasz, że coś się stało, oczywiście, że poznasz. I od razu poznasz co, bo przecież w innym wypadku zaraz bym do ciebie przyszła. Tak więc coś stało się mi – pomyślisz sobie. I dobrze pomyślisz. Któregoś dnia mogę nie zejść na dół z książką. Powiedz, powiedz proszę. I mówię jej wszystko. Ruchem palca, tak i nie, o co tylko zapyta. – Ale nie bój się – odzywa się, ściska moją dłoń trochę mocniej. – Damy sobie radę. Coś wymyślimy. I ja też próbuję ścisnąć jej dłoń.

znajdujesz się pod wpływem tej wiedźmy, co za tupet, impertynencja. Okazać człowiekowi w twojej sytuacji uczuć trochę, trochę współczucia, i tak go sobie przywłaszczyć – bo przecież zakochałbyś się w każdej kobiecie, która uwierzyłaby, że tam, w środku, coś jednak jest. Jakie to prymitywne. Chodzi teraz w kółko, słyszę jego kroki, wyobrażam sobie, że mówiąc wymachuje rękoma. – To chyba nawet gorsze, twoje serce zakute w najcięższe kajdany. Dlatego nie słuchasz mnie w ogóle, dlatego ignorujesz ostrzeżenia, rady, dlatego nie chcesz uciekać, dlatego będziesz się bronił przed ratunkiem. Ale to mnie nie powstrzyma, ocalę cię czy tego chcesz, czy nie. Podziękujesz później. Zatrzymuje się. Dłoń na moim ramieniu. – Spójrz prawdzie w oczy. Wiesz, że mam rację. Widzisz. Zrobiłbyś dla niej wszystko, bo tylko ona okazała ci miłosierdzie, litość, tfu. Nie widzisz, że to przez nią, że to jej wina. Bierze głęboki wdech, wypuszcza powietrze, i milczy. Milczy dłuższą chwilę, zdejmuje dłoń z mojego ramienia, i staje przede mną. Jest ciemno, światło zgaszone, widzę jego korpus, widzę szlafrok, powyciągany, stary, ale nie widzę twarzy. – To wiedźma. Musimy ją zabić. Największą niespodziankę zachowałem na koniec. Oj, zdziwi się nasza pani doktor, oj zdziwi. Ale damy sobie radę. Bo jaką masz alternatywę, zastanawiałeś się nad tym w ogóle? Nie wie-rzysz chyba, że lepiej ci dzięki tym jej lekom? Nie, widzę, że nie. Dłoń ci drży. A może ty tego chcesz? Zostać tak na zawsze. Po kres swych dni być zdany na jej łaskę i niełaskę, może cię zostawi, może nie, może znajdzie sobie innego pupila, może bardziej atrakcyjnego, może takiego,

*** Słucham muzyki. Światło wyłączone – prosiłem, żeby zgasiła wychodząc. Słucham muzyki cicho, zasypiam tak prawie, wiem, niedługo przyjdzie, i zabierze mnie do pokoju. Teraz jestem w pomieszczeniu, gdzie zazwyczaj zabiera się dzieci, gdzie jest wieża stereo, gdzie leżą po kątach zabawki, gdzie stoi duże lustro, w którym można się przejrzeć od stóp do głowy. Ja jestem odwrócony w stronę okna, patrzę na cienie wypełzające z wszelkich zakamarków, wykluwają się wieczorem, wyłażą spod cieni, malowane księżycowym światłem. Do rzeczywistości przywołuje mnie jego głos. Stoi za mną, jak zawsze. – Tak oto, Juliuszu, nadszedł koniec twojej niewoli, oto przybyłem cię uratować. Niewoli podwójnej, raz, że w okowach tego trupa, którego próbuję ostatnio rozruszać, a dwa, że

Moje drugie samobójstwo

41


opowiadania który mniej się ślini, a zresztą, może takiego, który więcej, jeśli to ją podnieca – może znajdzie kogoś, kto więcej razy próbował się zabić, jakiegoś seryjnego samobójcę? Nie wiesz, nie wiesz tego, liczysz, że będziesz zawsze tym jedynym, ale ona nie ma tylko ciebie, ma innych pacjentów, skąd wiesz, co robi, gdy jej przy tobie nie ma? Może akurat przypisują jej kogoś nowego, może czyta jego teczkę, może zastanawia się, komu cię oddać, może myśli, jak się pozbyć? Przecież ci nie powie. Możesz tylko mieć nadzieję. Że ten uśmiech, gdy na ciebie spogląda, to uśmiech dla ciebie, a nie dla kogoś innego. Zbliża się trochę, widzę zarośniętą szczękę, kształt nosa, ciemne plamy zamiast oczu, jeszcze dwa kroki i wejdzie w światło księżycowe, dwa kroki i go zobaczę, będę mógł rozpoznać. – Albo gorzej. Poznała kogoś normalnego. Kto nie jest wariatem. Kto może ruszać wszystkimi kończynami. Kto nie ma nie po kolei w głowie, kto nie próbował się zabić – co z tego, że ty też nie próbowałeś, że to tylko oszustwo? Tak, ja wysłałem tego wariata. Żeby ci powiedział, co wyszperał w kartotekach. Tak cię załatwiła. A teraz – na pewno czasem o tym myślisz – teraz może właśnie spotyka się z kimś normalnym? Z jakimś lekarzem, kimś ze swojej ligi? Nie sądzisz chyba, że ona będzie z tobą na zawsze. Że zostanie tak przy tobie do końca życia, o nie. Jesteś jakimś projektem naukowym, jednym z wielu. Udowodni coś, i wróci do życia, do prawdziwego mężczyzny, z którym spędzi resztę życia. Tobie nie zostanie nawet bezsilne zaciskanie pięści, nie będziesz mógł nawet tak ruszać palcami, o. Tak cię lekami nafaszeruje, że pewnie ledwo będziesz myślał. Ale ja – ja przyszedłem cię uratować. Jedna dłoń zza pleców wyciągnięta, błyska w niej ostrze noża, a ja dostaję niemal drgawek, zarżnie mnie tu, zarżnie, to będzie ten jego ratunek, pozbawienie mnie wszystkich problemów, dokończenie mojego niedoszłego – udawanego być może – samobójstwa. Ale on nic nie robi, nie wbija mi noża w serce, nie podrzyna gardła, nie podcina żył. Mówi. – To konieczne. Chcesz żyć, prawda? Tak, chcesz. Żyć. Jakkolwiek. Nawet to co masz, miałeś, do tej pory. Lepsze niż śmierć. Wszystko jest lepsze niż śmierć, mój drogi. Dlatego to zrobisz. Dlatego ją zabijesz. Żeby żyć. Albo ty ją, albo ona ciebie. Zabijesz. Nie. Nie. Nie. – Dużo spędza z tobą czasu. Sama. Wystarczy odpowiednie miejsce, dam ci nóż, schowasz, odwróci się, spojrzy gdzieś, a ty ciach, po gardle! Żeby nie krzyczała. Nie. Nie. – Mam plan. Weźmiemy jej przepustkę, klucze. Tu nie ma tak dużo osób. Poradzimy sobie ze strażnikami, wiem jak, wiem którędy. Dużo o tym myślałem. Bardzo dużo. Gdy będzie już martwa, będziemy wolni. Zdziwi się, oj, zdziwi, a gdy zrozumie, co przez ten cały czas ci wstrzykiwała, zamiast tych swoich trucizn, będzie za późno, już będzie miała nóż w gardle. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie – – Nie… Ale on nic nie mówi. Tylko mój głos – nie głos, skrzek, przeciągły jęk, jęk starej, zardzewiałej furtki, trzask dartego materiału, chyba tylko ja rozumiem to słowo, tylko ja rozumiem, co ono znaczy. Ja i on. – Nie! I łapię za dłoń z ostrzem, a w ostrzu lśni księżyc, podnoszę się, uderzam na ślepo, on też, i lądujemy na dywanie, ja, on, zaraz się zrywamy, znika w ciemności, pojawia się za mną, ale ja już uderzam, na ślepo, trafiam, on trafia, czuję ból, tak dawno nie czułem bólu, jakby ktoś oblał mnie kubłem lodowatej wody, i cieszę się, przez chwilę przychodzi mi na myśl,

42

że to najwspanialsze uczucie na świecie, że to cudownie tak dostać w szczękę, w brzuch, uderzyć plecami o podłogę – a potem wstaję, i szamoczemy się znowu. Nie czuję nigdzie wilgoci, jeszcze mnie tym nożem nie przebił. Przewracają się jakieś zabawki, stojaki, trzymam kurczowo jego dłoń, przysuwamy się do ściany, leci jakiś obraz, tłucze się szkło, a potem on uderza plecami w ścianę, we włącznik światła, i oślepia nas obu, nagle nie widzimy już nic, i jak wzrok wraca – jego twarz, jego dłoń, jego nóż, jego nóż w mojej dłoni, zrywam się, a całe światło świata chce się wlać w moje nieprzywykłe do jasności oczy, i tak oto wstaję, z nożem w dłoni, gotów bronić jej kosztem mojego życia, kosztem jego życia, staję na nogi, a przede mną tylko to duże lustro, w którym można się przejrzeć od stóp do głowy, i tak też się przeglądam, stojąc z ukradzionym ze stołówki tasakiem. Ja. Tylko ja. Zaraz potem otwierają się drzwi, i wbiega, i nie zdążam zrobić nic, bo przypada do mnie, i miga mi strzykawka, i zaraz igła wbita w moje gardło, widzę jak wciska tłok delikatnym kciukiem, i już nie mogę nic zrobić, nie mogę unieść ręki z nożem, i tak w jej ramionach wiotczeję, i z brzękiem upada na podłogę narzędzie mordu, a ona dyszy mocno. – Jakiś ty ciężki – i kładzie mnie delikatnie. Potem siada obok, pod ścianą, zapala papierosa. – Zdążyłam. Już, już po wszystkim. Patrzę na nią, próbując zrobić cokolwiek, ruszyć choćby tymi palcami, którymi mogłem ruszyć najwcześniej, ale nic. – Prawie ci się udało. Prawie. Gdyby nie to dziwne rozdwojenie jaźni, w ogóle by ci się nie udało, ale też przez to – przez to się zorientowałam, przecież powiedziałeś mi potem wszystko, przecież komu miałbyś się zwierzyć, jak nie mnie? Wydać samego siebie w ręce najgorszego wroga. A jak się domyśliłeś? A, nieważne. Nie dowiem się i tak. A teraz, widzę, nie do końca chciałeś mnie zabić. Część ciebie nie chciała. I jaki tasak rzeźnicki, rozprułbyś mnie jak wieprza. A ja taka dobra byłam dla ciebie. Juliuszu. Wstaje. – To tak nie może zostać. Jesteś zbyt niebezpieczny. Nie sądziłam, że się domyślisz kiedykolwiek. Ale tu, z tym nożem. No i poprzednio też, prawie ci się udało – a wiesz, że nie chciałeś w ogóle się zabijać za pierwszym razem? Znaczy, uczucia były prawdziwe, nie chciało ci się żyć, ale to przez leki. No a teraz, cóż. Fajnie byłoby jeszcze przetestować parę rzeczy. Ale mogę skończyć z tym w brzuchu. – Pokazuje na nóż. – A teraz, jak już puściłam parę artykułów, jak ta banda idiotów uwierzyła, że to moja terapia przywróciła ci władze w członkach – cóż, okazało się, że jednak za mało, jednak zbyt małe szanse na wyzdrowienie rokowała kuracja. Stąd druga próba samobójstwa, Juliuszu. Twojego samobójstwa. Tym razem skuteczna. Nie bój się. Nic nie poczujesz. Delikatne palce to ostatnia rzecz, którą widzę – zamykają mi powieki.

Grzegorz Piórkowski Urodził się w 1988 roku. Oficjalnie zajmuje się studiowaniem filologii angielskiej i pisaniem, które to rzeczy wychodzą mu ze skutkiem rozmaitym. W życiu prywatnym jest wiecznie niezadowolonym marudą, na dłuższą metę trudnym do zniesienia.

Grzegorz Piórkowski


opowiadania

Paweł Rejdak Słowo honoru Ilustracja: Magdalena Mińko Nad doliną Andanu królował amarantowy zmierzch. Słoneczny żar powoli dogasał, rozlewając na zachodzie kałuże purpury i granatu. Jeszcze nim zapadły ciemności, nad Borgaanem zapłonęły rozsypane gwiazdy, a srebrzysty księżycowy sierp zalśnił wysoko pośród nich. Wieczorny wiatr omiatał ciepłem urodziwą twarz, rozdmuchując jasne włosy. Nivia, okuta w pancerz smoczego rycerza, spoglądała na artyzm matki natury z nieskrywanym zachwytem. Jako Smoczy Lansjer z bractwa Czarnej Orchidei przybyła tutaj, na południowy archipelag, by chronić morskie terytoria Imperium przed zakusami Sułtanatu i barbarzyńskimi najazdami piratów. Jednak dziś wieczór wbijała w niebiosa swe daktylowe oczy i pełna podziwu chłonęła teatr, jakim było nadejście zmierzchu i nastanie nocy. Zawsze była wrażliwa, a teraz, kiedy jej serce płonęło z miłości, emocje wprost targały całym jej jestestwem. Spokój i piękno natury roztaczały aurę wzniosłego majestatu. Choć dowodziła chorągwią blisko stu kamiennych smoków i mogła wymazać z annałów niejedną piracką legendę, to tak naprawdę nie rwała się do tego, by walczyć. Po części dlatego, że nie było z kim. Od kilku lat na Diabelskim Jęzorze – jak nazywano ten archipelag wysp – było bardzo spokojnie. Poza tym w pewnym stanie nawet rycerzom nie wypada walczyć. Nivia była bowiem brzemienna. Biorąc pod uwagę to, że była kobietą rasy ludzkiej, jej zachowanie zaskakiwało – była w ósmym miesiącu ciąży, a wyglądała i poruszała się tak, jakby kompletnie jej to nie dotyczyło. Ktoś zbliżył się do niej, nie wzbudzając uwagi. Stanął tuż za nią, a silne, choć delikatne dłonie zakryły jej oczy. Drgnęła lekko zaskoczona. – Ile jeszcze zajdzie słońc, zanim powiesz, że mnie kochasz? – Ciepły męski głos przywołał uśmiech na jej twarz. – Desturiussie… – szepnęła, odchylając głowę do pocałunku. – Tęskniłam. – Ja także. – Musisz jechać? – spytała, chowając mu głowę w ramionach. – Przecież znasz odpowiedź… – Przepraszam – odparła, wtulając się jeszcze mocnej. – Wolałabym, abyś został. – Nie mogę. – Przecież wkrótce rodzi się twój syn… – Wy, Smoczy Lansjerzy, nigdy nie będziecie paladynami. – Desturiuss wypowiedział te słowa z dumą, a jednak uśmiechnął się pod nosem. – O phi! – Odwróciła się z nadąsaną miną. – Ty znowu o tej swojej „misji”. Lepiej mi powiedz, kiedy mnie opuszczasz... – O świcie. – Kogo podkusiło, żeby porywać mało dziecko z orczej wioski? To bez sensu.

Słowo honoru

– Nie tak całkiem bez sensu. To wybraniec. – O ile mi wiadomo, to nie należy do twoich obowiązków. Ochrona tej wsi. – Westchnęła. Desturiuss objął ją ramieniem. – Ale przyszli do mnie, a do mnie należy czynienie dobra. – Twoje słowa napełniają me serce smutkiem i dumą… jednako. Desturiuss tylko się uśmiechnął. Zakutą w stal rękawicą odgarnął tak typowe dla każdego srebrnego elfa platynowe włosy i zatopił wzrok w palecie gasnącego zmierzchu. W stalowoszarych oczach karmazyn powoli zamieniał się w purpurę, a złoto rozlane pośród chmur na zachodzie bledło, obracając się w szarzejący popiół. *** Na boskim półplanie Zdarzeń coś właśnie miało się wydarzyć. Meleghorn – Pan zła i wszelkiej nieprawości (a także wielu innych paskudztw) – międlił w palcach tajemniczą figurkę. Niby przyglądał się Boskiej Mapie Światów i rozległym krainom Borgaanu, niby to z uwagą oglądał figurki przedstawiające siły dobra, prawa i neutralności, niby wiedziony czystym zainteresowaniem wtykał swój kościany, haczykowaty nos w skupisko sił zła, co jakiś czas znacząco zerkając w stronę Szal Równowagi, ale tak naprawdę cały czas uważnie łypał na wszystkie strony, „patrząc, czy nikt nie patrzy”. Już miał drżącą ręką dostawić wymiętoloną w palcach figurkę i cichaczem prysnąć przez tylne wyjście, gdy poczuł na sobie czyjś palący wzrok… Niewiele trzeba było, by Bóg-Paladyn, zwany Jedynym Sprawiedliwym, zoczył swego największego rywala, jak ten na paluszkach zakrada się do Mapy i próbuje przemycić jakieś świństewko. Crus-Haddor ryknął z oburzenia i skoczył ze swego niebiańskiego tronu prosto w dół. Pruł niebo niczym kometa, przedzierał się przez czas i światy, kierując w stronę boskiego półplanu Zdarzeń, gdzie emisariusze bogów tworzyli rzeczywistość przy zachowaniu równowagi pomiędzy siłami światła i ciemności. Bóg-Paladyn uderzył w ziemię niczym naładowany energią meteor. Fala mocy rozeszła się na boki, zmiatając głazy i wiekowe skały daleko poza horyzont. Jedyny Sprawiedliwy stanął wyprostowany i rozłożył swe dziewięcioramienne skrzydła. Ulepione z gwiazd i celestialnego blasku skrywały w sobie wszystkie konstelacje, które nocami migotały nad światem Borgaanu. Crus-Haddor był srogi i piękny. Panoszące się wkoło ciemności pierzchły przytłoczone niebiańskim blaskiem, by skryć się za plecami swego pana – Meleghorna. Teraz nawet i on sam lekko mrużył oczy na widok mocy, jaką władał jego przeciwnik.

43


opowiadania Crus-Haddor przeszył go srogim spojrzeniem, po czym odezwał się, a jego głos można było porównać do tysiąca grzmotów i ryku rozszalałego, burzowego wichru. – Czego tu chcesz?! – Och, ja? Yyy… nic. Tylko coś sprawdzam. – Sprawdzasz?! Majstrujesz przy Szalach Równowagi! – Ja? Co? Skąd! Przecież to zakazane. Jak możesz, CrusHaddorze? Ranisz moje uczucia tym fałszywym osądem. – Po twoich rozbieganych oczkach widzę, że coś kombinujesz… Bóg-Paladyn podszedł do Mapy i omiótł całość wzrokiem, jednak wszystko wydawało się być w należytym porządku. Nawet Szale Równowagi pozostały nietknięte od ostatniej narady. – Crus-Haddorze – odparł po chwili Meleghorn – tylko wietrzysz wszędzie podstęp, a jak sam widzisz, tylko się przyglądałem. – Napatrzyłeś się już? – No w sumie… – To do widzenia! Jak wiesz, żaden z nas nie może tutaj przebywać sam. – Ale teraz jesteśmy razem, a nasze wpływy się równoważą, toteż możemy jeszcze chwilę zostać, prawda? – Ja już wychodzę, więc ty też. Proszę, pozwól, że puszczę cię pierwszego. – Crus-Haddor wykonał gest dłonią. – Mam cię tu niby samego zostawić? – żachnął się Meleghorn. – Nigdy! Kto wie, co się tu stanie, jak mnie nie będzie. – CO?! Wątpisz w moją uczciwość? Ależ ty potrafisz być bezczelny, Meleghornie… – Ja się stąd nie ruszam bez ciebie – rzucił Meleghorn. – Więc razem – wysyczał przez zęby Crus-Haddor. Bóg zła kiwnął głową na zgodę i zrobił pierwszy krok. Crus-Haddor odwrócił się w stronę portalu i w tym momencie Meleghorn błyskawicznym ruchem dłoni postawił figurkę czarnego kruka gdzieś na Mapie Borgaanu. Obaj Bogowie oddalili się, zostawiając półplan, gdzie tkano rzeczywistość, całkowicie pusty. Szala Równowagi nieznacznie przechyliła się na stronę zła. *** Chmury, jak gęste białe pióropusze, dumnie wędrowały po lazurowym niebie. Choć od drugiego postoju minęło wiele godzin, to słońce wciąż wisiało wysoko, lejąc niemiłosierny żar na opancerzonych rycerzy. Okolica nie należała do przyjaznych, a nastrojów pośród zbrojnych nie poprawiał fakt, że zbliżali się do Doliny Łez, owianej złą sławą niecki, gdzie Umarły rycerz, lord Shandor, wzniósł niegdyś swój ostatni bastion, broniąc się przed atakiem barona Texa – paladyna w służbie Świątyni Słońca. Tex pokonał nieumarłego lorda, jednak tak on, jak i jego ludzie padli ofiarą straszliwej klątwy, która od setek lat nie straciła swojej mocy. Każdy, kto chciał skrócić sobie drogę z ziem Andanu do Czerwonej Puszczy, musiał liczyć się z ryzykiem, że nieprzewidywalna magia z domeny chaosu nagle się przebudzi, by uwięzić podróżnych w kamiennych słupach, skazując ich na niemal nieskończoną udrękę. Zmierzchało, kiedy orszak biskupa Desturiussa, paladyna Crus-Haddora, zatrzymał się na wzniesieniu. Pod kopytami koni znana z podań i legend posępna dolina otwierała swą paszczę. W dole, jak na wyciągnięcie ręki, dziesiątki milczących menhirów tonęło w jeziorze mgły. Przyroda ucichła, jakby bała się nadszarpnąć delikatną tkaninę ciszy. Wokoło zapanował nienaturalny spokój.

44

Wydawało się, że coś przyczaiło się nieopodal i tylko czeka na właściwy moment, by zaatakować. Desturiuss zrównał konia z przednią strażą. – Odradzam – odezwała się Sharii, młoda magini, która kilka lat temu dołączyła do pocztu Desturiussa i od czasów bitwy pod Narra’Dur nie odstępowała biskupa na krok. – Zaryzykujemy, zjeżdżamy – rzucił niedbale i, dając przykład swoim rycerzom, ruszył stępa w dół zbocza. Szmer niedowierzania przebiegł pośród zbrojnych, ale żaden z wojowników światła nie śmiał sprzeciwić się rozkazom biskupa. Żaden paladyn Crus-Haddora nie znał przecież uczucia strachu. Ostrożnie, prawie jak na szpilkach, naprężeni i gotowi do walki rycerze poczęli zjeżdżać w stronę wijącego się na dole traktu. Wjechali na polanę powoli, niemal jeden za drugim. W ciszy i skupieniu zanurzyli się w oparach mgły, jaka unosiła się pośród menhirów. Mówią, że nawet głazy czasami potrafią płakać. Cóż, te na pewno płakały. Poznaczone dziwnymi symbolami zdawały się wytwarzać dziwny wibrujący dźwięk, podobny do ludzkiego szlochu. Większość kamiennych słupów milczała, jednakże jeden z nich zdawał się aż krzyczeć za pozostałe. Desturiuss położył dłoń na kamieniu. W błysku wspomnień przed oczami przemknęły mu straszliwe sceny. Biskup Crus-Haddora nagle zrozumiał znaczenie głazów. To były więzienia. Trzymały w kamiennych trzewiach swe ofiary, by nocami straszliwe nieumarłe bestie mogły chłeptać ich energię życiową. A te bestie były tutaj. Magia menhirów potrafiła utrzymywać nieszczęśliwców przy życiu przez dziesiątki lat, dając tym samym pokarm wiecznie nienasyconym martwiakom. Wyglądało na to, że wiele więzień stoi pustych i czeka właśnie na nowych „dawców”. Desturiuss odwrócił się do swoich i krzyknął. – To pułapka! Nagle zerwał się wściekły wiatr i rozlał w dolinie przenikliwe zimno. Po krótkiej chwili Dolina Szlochu zatonęła w zimnym i odpychającym półmroku. Wilgoć, jaka osiadła na pancerzach, błyskawicznie zmieniła się w szron, a spod hełmów buchnęły parujące oddechy. Wirujące opary mgły podniosły się, otaczając poczet Desturiussa ciężkim i lepkim pierścieniem. Wzmagający się wiatr tłumił i ucinał głosy, a ogarnięte paniką konie nie chciały ustać w miejscu. To właśnie wtedy Desturiuss dostrzegł je jako pierwszy. Dzikie purpurowe ślepia zapłonęły wokoło i otoczyły ich ciasnym kordonem. Potem przez wiatr przedarł się nieludzki skowyt, jakby stado umarłych ruszało na rzeź. I faktycznie ruszało. Zmrocze. Jedne z najgroźniejszych nieumarłych. Półmaterialne niczym mgliste cienie rzucały się na wszystko, co żywe, pożerając witalność swych ofiar, póki nie pozostało już nic. Martwiacze bestie były wściekłe, mordercze i poruszały się z nadludzką prędkością. W czasie, gdy paladyni Desturiussa robili jeden krok, zmrocz robił ich dziesięć. Na nieszczęście rycerzy nie było mowy o uczciwej walce. Wystarczyło bowiem, że martwiak przeniknął przez ciało nieuważnej ofiary, która nie zdołała się osłonić lub uchylić. Taki atak wykradał siły życiowe, przeszywając paladynów porażającym ruchy zimnem i błyskawicznie postarzając ich o kilka lat. – Dawać, panowie, bo czeka nas randka z kostuchą! – ryknął Desturiuss i chwycił za miecz. Biskup stanął naprzeciwko zmrocza. Nieumarły był ledwie wspomnieniem swej dawnej postaci. Ohydne kły i szpo-

Paweł Rejdak


opowiadania ny dymiły od przenikliwego mrozu, a wykręcone martwiczym głodem ślepia zdradzały nienawiść do wszystkiego, co żywe. Zmrocz zaskowyczał i rzucił się na łatwy łup. Desturiuss tylko na to czekał. W ostatniej chwili wykonał półobrót i wirując z mieczem niczym baletnica, przechlastał pędzącego potwora na dwoje. Tuż obok był drugi. Paladyn wybił się z obu nóg i w locie rozpłatał nieumarłego, poczynając od dołu. Wylądował kilka kroków dalej. Wokoło było pusto, miał więc chwilę, aby rzucić okiem na pole bitwy. Było źle. Większość jego rycerzy została już wielokrotnie zraniona przez rozszalałe martwaki. Kilku porażonych martwiczym dotykiem ledwo trzymało się na nogach. Biskup Desturiuss próbował zaprowadzić porządek w szeregach, wykrzykiwał rozkazy, unikając atakujących umarłych, ale wydawało się, że nic nie jest w stanie opanować zamętu wywo-łanego przez nagły atak zmroczy. Wtem kątem oka dostrzegł, jak jeden z martwych próbuje podejść tkającą czary dziewczynę. Desturiuss mimo płyt pancerza był nadal niesłychanie zwinny. Skoczył w stronę Sharii i mocnym szarpnięciem ściągnął ją z konia. Oboje upadli na ziemię. Rozwścieczony martwiak rozpruł powietrze szponami. Madar Gorn, jeden z młodych paladynów, nie miał niestety tyle szczęścia. Oszalały ze strachu rumak zrzucił go przed chwilą na ziemię. Paladyn próbował wstać. Już wspiął się na jedno kolano, gdy nagle na oczach Desturiussa i Sharii kilkanaście zmroczy uderzyło w niego, przenikając na wylot. Paladyn zadrgał, a spod płyt pancerza zaczął wysypywać się popiół. Po chwili cała zbroja runęła na ziemię z głuchym chrzęstem. – Kurwa jego mać. – Sharii zadrżała. – Dest, zrób coś, bo nas zapierdolą! Paladyn zwinął się w kłębek, unikając ciosu szarżującego zmrocza. Eteralne szpony smagnęły go po włosach. Desturiuss poczuł nieziemski chłód. Przyklęknął na jedno kolano i wyprowadził pchnięcie. Martwiak zawył i z paskudnym skowytem rozpłynął się we mgle. – Pamiętasz, jak pod Narra’Dur ratowałeś mi życie? – spytała magini, podnosząc się z ziemi. – Pamiętam. Dolicz dzisiejsze do rachunku. – Mówiąc wtedy, że pójdę za tobą wszędzie, nie sądziłam, że wdepnę w takie gówno. Desturiuss potoczył wzrokiem po polanie. Kilku jego rycerzy zdążyło już odejść na wcześniejszą emeryturę, zamieniając się w popiół. Choć część martwiaków zginęła w walce z paladynami, to wciąż było ich bardzo wiele. Właśnie teraz kilka z nich zaczęło otaczać biskupa i jego czarodziejkę, skowycząc niczym wygłodniałe psy. Desturiuss zaklął pod nosem. Póki co udało mu się położyć dwóch czy trzech nieumarłych, a wymagało to dzikiej zwinności i diabelnego refleksu. Raz czy dwa można było mieć szczęście, ale teraz wszystko zapowiadało, że oboje wyjdą z tej imprezy nogami do przodu. Sharii, choć ubóstwiała magię żywiołów i była zwolenniczką domeny Życia, nie miała wielkiego wyboru. Nie zamierzała zdechnąć w imię ideałów, koniec końców nie była paladynem. Sięgnęła do woreczka przytroczonego przy pasie i wydobyła zeń duży, perlisty kryształ. Uniosła go wysoko w dłoni i wykrzyczała słowa antycznego zaklęcia. Krew buchnęła jej z nosa, a z oczu polały się łzy. Magia Śmierci przynosiła szybkie efekty, ale za konkretną cenę. Sharii przygryzła język, gdy strumień mocy przepłynął przez

Słowo honoru

nią, gruchocząc jej kości. Fala energii napełniła kryształ, budząc go do życia. Wraz ze słowami pradawnego zaklęcia z serca klejnotu buchnęło palące, słoneczne światło. Półmrok zawył i zasyczał. Zwinął się w kłębek i rozpłynął w złocistym blasku wylewającego się z kryształu słońca. Martwiacze bestie ledwo zdążyły wrzasnąć, nim roztopiły się w promieniach magicznego światła. Wystarczyło kilka chwil, by wszystkie zmrocze odeszły w zapomnienie. Światło w krysztale zgasło, a wyczerpana czarodziejka upadła wpół żywa na ziemię. Desturiuss syknął, gdy spojrzał na jej rękę. Spopielony kikut sięgał daleko poza łokieć, wiele powstałych w dziwnych miejscach sińców wskazywało na liczne podskórne wylewy i złamania. Sharii była w fatalnym stanie. Desturiuss wiedział, że w leczeniu obrażeń magii Śmierci potrzeba czasu, czasu i jeszcze raz czasu i nawet najsilniejsza magia kleryczna niewiele tu pomoże. Nie zaszkodzi jednak spróbować. Biskup wykreślił w powietrzu kilka znaków i po chwili z jego ust wypłynęły kolorowe symbole. Runy zawirowały nad ciałem czarodziejki i spadły na nią niczym świetlisty deszcz. Obraz po walce nie przedstawiał się zbyt imponująco. Zginęło aż pięciu z siedemnastu rycerzy, którzy wyruszyli z Desturiussem z Andanu, a wielu innych znacznie się postarzało. Na szczęście dla nich był jeszcze ratunek. Silne zaklęcie, znane jako regeneracja witalności, potrafiło przywrócić zaatakowanym przez zmrocze rycerzom utracone siły i młodość. Niestety dla tych, którzy w ten sposób umarli, nie było już ratunku. Choć niebezpieczeństwo minęło, biskup rozkazał wycofać się z doliny i na skraju pomarańczowego gaju urządził swym braciom należyty pochówek. *** Zmierzch przegnał światło dnia daleko poza horyzont, pozwalając rozpanoszyć się wszędobylskim ciemnościom. Na tle fioletowego nieba gwiazdy zapłonęły ostrym, zimnym blaskiem. Desturiuss modlił się wiele godzin, prosząc o łaskę dla tych, którzy oddali dziś życie w starciu ze śmiertelnym wrogiem jasności. Gdy skończył, usiadł na chwilę obok posłania czarodziejki i z zadowoleniem odkrył, że odzyskała już przytomność. – Dlaczego aż tak ryzykowałaś? Przecież mogłaś spróbować innych czarów. – Nie ma za co. Desturiuss uśmiechnął się i położył dłoń na jej zmierzwionych włosach. – Dziś nie tylko ja, ale my wszyscy jesteśmy twoim dłużnikami. – Zapamiętam to sobie – zażartowała. – Mimo wszystko powiedz, czemu akurat magia Śmierci? Nie było innego wyjścia? – Mogłam użyć czarów z innych szkół, ale one przywołałyby tylko światło, ale nie blask słońca. Pramagia, czyli domeny Życia i Śmierci, to filary, na których wyrosły wszelkie znane dziś szkoły magii. Były na długo przed nowoczesnymi czarami i będą na długo po nich. Po prostu te dwie siły są najpotężniejsze, choć mało kto pamięta dziś, jak ich używać. – Zawsze mnie to ciekawiło. – Desturiuss spojrzał w rozgwieżdżone niebo.

45


opowiadania – Co takiego? – Ta cała magia. Jak to się dzieje, że możesz stworzyć blask słońca. – Niczego nie stworzyłam. Ten kryształ był kiedyś przez wiele lat wystawiony na działanie słońca. Ja nie wyczarowuję światła. Po prostu tkając zaklęcie, proszę kryształ, aby je sobie przypomniał. – Ładnie powiedziane. *** Świt wstawał za horyzontem. Pierwsze promienie rozlały bursztynowy blask po zielonych wzgórzach i spłynęły w dół, wypełniając dolinę. Wiatr szeptał cichutko pośród traw, a po niebie leniwie płynęły welony białych chmur. Orszak biskupa był gotów, by ruszyć w dalszą podróż, która miała potrwać jeszcze wiele dni. Słońce ozłociło właśnie posępne i zimne menhiry, kiedy do uszu podróżnych dobiegł silny, wibrujący dźwięk. – Znów płacze – odezwała się Sharii, która po wydarzeniach wczorajszej nocy ledwo trzymała się w siodle. – Jeśli tego nie sprawdzę, do końca swoich dni będę żałował. – Odradzam. – Mam wrażenie, że już to gdzieś słyszałem. – Aha, i miałam rację. – Ano miałaś, ale mimo wszystko spróbuję. – Uparty jesteś jak osioł. – Jest dzień. Martwe tak łatwo nie wypełznie z nory, gdy stoi za nami potęga słońca. – Naiwniak. – Defetystka. Desturiuss wstrzymał swoich ludzi, a sam zjechał w głąb doliny. Gdy stanął pod menhirami, nie było tam już ani śladu mgły, która oblepiała je wczorajszego wieczora. Biskup zeskoczył z konia, który dziś wydawał się nadzwyczaj spokojny. Ostrożnym krokiem zbliżył się do kamiennego słupa i położył na nim dłoń. Był zimny i lekko wilgotny. Szorstka faktura ocierała się o jego rękę. Nagle Desturiuss poczuł dziwne ukłucie, a wibracje głazu zwiększyły się, przechodząc w upiorny szloch. Na skraju doliny rycerze biskupa wskoczyli na konie i dobyli broni, by przyjść z pomocą swojemu dowódcy, biskup jednak zatrzymał ich gestem. W pamięci szybko przywołał kolejne fazy starego zaklęcia i przystąpił do inkantacji. Na polanie kamieni znów zbudził się zimny wiatr. Wraz ze słowami zaklęcia, które wypowiadał Desturiuss, wkoło głazu trysnęły fontanny srebrnozłotych iskier. Dłonie biskupa kreśliły w powietrzu kolorowe znaki. Runy wirowały przez chwilę w mistycznym tańcu, by nagle uderzyć w kamień i w kolorowej eksplozji barw wsiąknąć w jego wnętrze. Głos rzucającego zaklęcie Desturiussa wznosił się i opadał, aż w końcu stał się tak donośny i potężny, że wypełnił po brzegi całą dolinę. Wtedy nagle zapadła śmiertelna cisza. Wszystko zamarło. Z czystego, bezchmurnego nieba prosto w nasączony magią menhir runęły błyskawice. Gromy, jeden po drugim, uderzały w głaz, odłupując jego kawałki, aż nie pozostało nic, a wielki kamienny słup zamienił się w gruz i popiół. Gdy odpadł kurz, w miejscu kamienia stała niezwykła postać. Królewski minotaur przywitał wolność donośnym, basowym rykiem. „Olbrzym” to było dla niego odpowiednie

46

słowo, szczególnie, że mógł poszczycić się muskulaturą gladiatora. Potężne ciało oplatały sznury grubych ścięgien i żylaste mięśnie. Szerokie plecy i ramiona formowały jego sylwetkę w trójkąt, nogi zaś były tak masywne, że wyglądały niczym antyczne kolumny podtrzymujące jakieś wielkie sklepienie. Gdy spojrzał na Desturiussa spod swoich skręconych w dół, naostrzonych rogów, ten nie miał wątpliwości, że minotaur ma ponad trzy krady wzrostu. – Komu zawdzięczam swoją wolność? – zadudnił głęboki bas. – Desturiuss Stormbringer, paladyn w randze biskupa Kościoła Jedynego Sprawiedliwego Crus-Haddora – odrzekł rycerz. – Wreszcie rycerzyki pokazały, że się do czegoś nadają. – Rad jestem, żeś taki szczęśliwy – odparł Desturiuss, z lekka się uśmiechając. – Jak ty się zwiesz, wojowniku? – Drhun Vorglath. I nie jestem wojownikiem, jestem gwardzistą. – Aaa, w takim razie, chyba będę miał dla ciebie robotę. Drhun nie miał się dokąd udać. Jak zdążył biskupowi opowiedzieć, uwięziono go w tych głazach ponad rok temu wraz z kupiecką karawaną zmierzającą na zachodnie wybrzeże. Z karawany i kontraktu za jej ochronę nie pozostało oczywiście nic, toteż minotaur chętnie przyjął propozycję Desturiussa, aby podróżować razem, przynajmniej do uwolnienia chłopca z rąk Łowców Skalpów. Kościół Crus-Haddora nie płacił zbyt wiele, ale lepsze to niż skubać trawę na wzgórzach niczym krowa. Póki co praca dla Kościoła, a potem się zobaczy. *** Nad lasem Taga’nnor wstawał krzepiący świt. Powoli otwierał swoje świetliste oczy i rozlewał bursztynowy blask po całej okolicy. Natura właśnie budziła się ze snu. Polana tonęła w półmroku. Kilkanaście namiotów dzikiego klanu ogrów trwało w nocnym odrętwieniu, niczego nie podejrzewając. Prawie każdy namiot i każda żerdź ozdobione były garściami górskich kryształów i pękami kolorowych piór. Na północy, obok wielkiego czerwonego ołtarza poświęconego półbogowi ludojadowi – Sarr’Katechowi – stał naszpikowany ziołami kocioł. – Co to za badziew? – spytał Drhun. – Zaprawka. – Jaka zaprawka? – No marynata. – Sharii nie odrywała czujnych oczu od namiotu wodza-szamana. – Po co? – Żeby ugotować małego. – Co? – Drhun wybałuszył gały. Sharii zachichotała. – Ano – odpowiedziała – to plemię wierzy, że jak kogoś zeżre, to zyskuje jego moce. Na tę okoliczność przygotowuje się cały rytuał. W tych rejonach to wielkie wydarzenie. – Chcą wszamać tego małego huncwota? – No. Szaman chce mieć jego wizje. – Jak mu przykrochmalę kamsztorem w czerep, to zaraz będzie miał wizje. – Hi, hi. Będziesz miał okazję. Zobacz tam. – Czarodziejka wskazała na ozdobny namiot. – To jego chawira. Gramolącemu się właśnie z bambetli szamanowi plemienia Łowców Skalpów nie przeszło nawet przez myśl, że

Paweł Rejdak


opowiadania będzie to jego ostatni poranek. Ziewnął pełną gębą i wychylił swój wielki niczym wiadro łeb na zewnątrz. Choć miał już na karku wiele wiosen i zeżarł całkiem sporo ludzi, to na widok zamachującego się Desturiussa postawił oczy w słup. Dwuręczny miecz runął na niego ze świstem, odrąbując głowę i posyłając ją wysoko w górę. Zdziwiona gęba uzbrojona w dziesiątki kolczyków i ozdób wirowała w powietrzu, ciągnąc za sobą strumień krwi. W tym samym czasie magia konwersji zamieniła namiot wodza w parę wodną, a zaklęcie piorunów, które wystrzeliło z palców czarodziejki, spopieliło więzy pętające młodego chłopca. Sharii chichotała, kreśląc w powietrzu znaki, które wypluwały trzeszczące kule ognia. Gdy taka kula trafiła w namiot śpiących wojowników, to po krótkiej chwili i głośnej eksplozji ze środka wypadały dobrze wypieczone kotlety. Drhun Vorglath też był w swoim żywiole. Jako że ważył tyle, co spora wiejska stodoła, skakał, ryjąc kopytami w sam środek namiotów. Jęk bólu i chrupot kości oznajmiał wyraźnie, któ-rzy z wojowników klanu już dziś nie powalczą. Drhun bił też pięściami, na które uprzednio zapiął ciężkie żelazne kastety. Trafiło się paru, którzy się na to nadziali. Niestety nie przeżyli, by móc o tym opowiedzieć. Zęby wyleciały im tyłem głowy. Potem do akcji wkroczyli paladyni, posiłkując się kapłańską magią. Wystarczyło kilka chwil i klan ludojadów, wyznawców Sarr’Katecha, dosłownie przestał istnieć. Desturiuss podszedł do małego orkowego chłopca, który jak na taką jatkę zachowywał całkowity i wręcz nienaturalny spokój. Mały miał dwa lekko koślawe uszka i nieco zadarty nosek, który przy sporej głowie wyglądał jak ziarenko pieprzu. – Jesteś odważny, młodzieńcze. – Wiedziałem, że mnie uratujesz. Widziałem to w ogniu. – To ciekawe. Czasem sam chciałbym cię zapytać, co jeszcze tam widziałeś. Życie byłoby łatwiejsze. – Wcale nie. – Kto wie, być może, jednak czasem po prostu chce się wiedzieć. – Ty nie chciałbyś wiedzieć. – Teraz to mnie zaintrygowałeś – odparł biskup Desturiuss. – Niepotrzebnie moja matka prosiła cię o ocalenie. – Dlaczego… Ale czekaj, skąd wiesz, że… Zaraz, zaraz, to proste. Jak matka mogłaby nie prosić o uratowanie syna? To naturalne. A prawie dałem ci się nabrać. – Nie prosi się o przysługi u diabła. – Słucham??? – Desturiuss, mimo zdziwienia, wybuchnął radosnym śmiechem. – Chyba z kimś mnie pomyliłeś. – Zatem sprawdzimy. – Dobrze, czekam. – Zawsze dotrzymujesz danego słowa, rycerzu? – Oczywiście, tak nakazuje mi rycerska tradycja i honor. – Zawsze? – Zawsze. – Niezależnie od okoliczności, tak? – Niezależnie, zawsze, choćby świat miał się zawalić. Słowo rycerza to świętość. Dlatego dziś tu jestem – uśmiechnął się biskup. – Dałem słowo. – Dlatego umrzesz, aby narodzić się dla ciemności – odpowiedział chłopiec.

Słowo honoru

Kamienna powaga, z jaką wypowiadał słowa ten mały wróżbita, zgromadziła wszystkich. Zapanowała krótka cisza, jednak każdy dopatrywał się w tym dziwacznego żartu. Desturiuss Stormbringer był bowiem znanym od dziesiątek lat sługą Crus-Haddora, paladynem o czystym i cnotliwym sercu, który w pełni oddany był służbie w imię dobra i prawości. – Jak cię zwą, fatalisto? – spytał w końcu biskup. – Dreghor. – Te, mały – odezwał się Drhun, wychodząc naprzód – a może ja też, tak jak biskup, jestem przeznaczony ciemności? – Minotaur uśmiechnął się kącikiem pyska. – Nie – odrzekł chłopiec. – Ty jesteś przeznaczony śmierci. Strzeż się dwóch noży, minotaurze, bo to one zgubę ci przyniosą. – Hah! – ryknął Drhun. – Nożami to ja se dłubię w zębach, dzieciaku. Coś ci się chyba klepki poprzestawiały, jak zobaczyłeś, że cię mają w tym garze ugotować. *** Słońce tonęło w ciemnościach tuż za krawędzią dnia, rozmazując na linii horyzontu bursztynowe światło. Orszak biskupa był w drodze do domu. Zbliżali się właśnie do starego druidowego gaju, kiedy Desturiuss zarządził postój i rozbicie obozowiska. Wszyscy zajęci byli przygotowywaniem obozu, kiedy do samotnie siedzącego biskupa zbliżył się zwalisty minotaur. Drhun rozejrzał się wokoło, na czym by tu usiąść, aby przypadkiem niczego nie zepsuć, po czym zdecydował się oprzeć o starą, ognistą sosnę. Biskup uśmiechnął się i gestem zaprosił minotaura, aby się do niego przyłączył. Zachód słońca był urzekający i przez chwilę w milczeniu podziwiali go obaj. Drhun miał się już odzywać i zagadnąć do paladyna na temat jakichś ploteczek. Sposobił się też, aby zbliżyć się nieco do skały szczerzącej swe zimne zębiska, na której przysiadł Desturiuss. Jedną ręką zza pleców wyjął manierkę i dwa kubki i, robiąc głupie oczy, zapytał: – Wy, ten, no, rycerze Kościoła, możecie sobie czasem żłopnąć? Desturiuss buchnął śmiechem i wystawił dłoń po kubek. – No to po „bombie” – rzucił zadowolony minotaur i nalał wódki po brzegi. Drhun po prostu kochał się ostro nawalić. – Nieźle kopie… – skrzywił się biskup. Wtem zaszeleściły chaszcze i z zarośli wyłoniła się postać czarodziejki. Zawsze uśmiechnięta i lekko wesoła tym razem miała szarą, wręcz kamienną twarz. – Co się stało, Sharii? – spytał Desturiuss. – Przyszła magiczna depesza z Andanu. Z kwatery Smoczych Lansjerów. W oczach Desturiussa pojawiło się nieme pytanie. – To są bardzo złe wieści, Desturiussie… *** Desturiuss czuł się tak, jakby był martwy. Strzępki wspomnień majaczyły gdzieś na skraju świadomości sparaliżowanej przez rozpacz. Nie pamiętał wiele z tego, jak się tutaj znalazł, ledwo bowiem postrzegał otoczenie. Odrętwiały, niczym stara zjawa, przemierzał korytarze siedziby bractwa Orchidei. Ledwo dostrzegł główny hol, gdzie przez strzeliste okna do środka zaglądał miedziany zmierzch. Przeciął zimne, ka-

47


opowiadania mienne korytarze, przeszedł przez rozpromienioną barwami witraży bibliotekę, przemknął obok dormitorium i wyszedł na krużganek, gdzie zachodzące słońce zostawiło po sobie jeszcze kilka kałuż światła. Siłą ramion pchnął okute żelazem wrota i zatonął w korytarzu, który zwijał się niczym wąż, prowadząc biskupa prosto do podziemi. W sali namaszczeń stało kilku zakapturzonych braci, którzy pod ozdobnymi półpancerzami, tak jak wszyscy Smoczy Lansjerzy, mieli czerwone mnisie habity – typowy strój dla czasu żałoby w ich bractwie. Srebrzone naramienniki z dystynkcjami ozdobiono symbolami smoków i stopniami starszeństwa. Byli tu Bracia, Emisariusze, Niszczyciele i sam Mistrz. Dla Desturiussa nie miało to jednak żadnego znaczenia. Liczyło się tylko jedno. Jego wzrok spoczął na runicznym stole, gdzie złożono ciało kobiety okryte czarnym, żałobnym suknem. Desturiuss podszedł do ciała. Zdecydowanym ruchem ręki, jakby chciał odegnać zły sen, zerwał zasłaniający twarz czarny jedwab. Teraz uwierzył. Nivia nie żyła. W serce paladyna uderzył straszliwy grom, przynosząc ból i strach. Poczuł, jak coś chwyta go za gardło i wciąga na samo dno otchłani, gdzie nie ma już nadziei. Żal, jaki skrywał za stalową maską swej wytrenowanej woli, zamienił się w rozpacz i wybuchł w kawalkadzie łez i niewypowiedzianego bólu, w jakim pogrążył się Desturiuss. *** Minęło wiele czasu, nim zdołał dojść do siebie na tyle, by móc usłyszeć ciepły i wyważony głos Mistrza Aratmana. – Czy możemy coś dla ciebie zrobić, biskupie? – Tak. Powiedz mi, jak to się stało – wyjęczał przez załzawione oczy. – Nie wiemy. Nagle pogorszył się jej stan, sprowadziliśmy szpitalnika, a następnie kapłanów, ale i oni rozłożyli bezradnie ręce. Wydaje mi się, że była to potężna klątwa o dziwnym pochodzeniu. Tylko tak mogę to wyjaśnić. Wybacz nam, zrobiliśmy, co było w naszej mocy, ale byliśmy bezradni. – W depeszy wspomnieliście, że mój syn… – Tak. Urodził się naznaczony klątwą. Musi to być jednakie źródło. Niestety nie wiemy, co to jest. Z każdą chwilą ucieka z niego życie. Mimo wysiłków, jakie podejmują nasi kapłani. – Muszę go zobaczyć – rzekł Desturiuss. – Zaprowadź mnie tam. – Oczywiście. *** Ołtarz Jedynego Sprawiedliwego błyszczał od świec. Miedziany płomień pływał po ostrzu pięknego skrzydlatego miecza, który jako symbol wiary Crus-Haddora został umieszczony w centrum. Desturiuss nie odrywał od niego wzroku już od wielu dni. Będąc paladynem w randze biskupa traktował częste modlitwy niczym oddychanie, ale to było coś innego. Już pięć dni pościł i tonął w kontemplacji, szukając wsparcia u Boga Światłości. Od świtu do zmierzchu i, jeśli udało mu się przezwyciężyć słabość, to również od zmierzchu do świtu. W ciszy i skupieniu tonął w modlitwie, słuchając szmeru anielskich skrzydeł, które zwiastowały nadejście wysłanników

48

Crus-Haddora, jednak ani oni, ani On sam nie przybyli do wznoszącego błagania paladyna. Sharii stanęła na linii pierwszych ław. W kaplicy panował przyjemny chłód. Słupy bursztynowego blasku wpadały ukośnie przez zawieszone pod sufitem okna. Desturiuss nie życzył sobie widzieć nikogo, a nawet gdy ktoś przybył, to paladyn traktował gościa jak powietrze. Nic nie miało takiej rangi, jak życie jego jedynego syna. Sharii nie odzywała się ani słowem. Postawiła niedaleko klęczącego biskupa nowy dzban wody, która to od kilku dni stanowiła jego jedyne pożywienie. Sharii także widziała niemowlę. To był straszny widok. Dziecko leżało w podziemiach należących do bractwa, w sali run, które próbowały bronić maleńkiego chłopca przed wpływem straszliwej klątwy. Magiczne znaki aż wykrzywiały się od mocy, jaka próbowała się przez nie przecisnąć, jakby cała otchłań rzuciła się na dziecko niczym wygłodniały ogar. Inskrypcje i glify płonęły kolorami purpury, ognia i szkarłatu, zdradzając najpodlejsze połączenie magii Zła i Chaosu. Choć wysiłkami kapłanów i potęgą ochronnych run udało się osłabić jej wpływ, to nie było mowy o całkowitym odgrodzeniu dziecka od tej paskudnej energii. Każdego dnia niemowlę było coraz słabsze, a jego skóra ciemniała i otwierała się w żywe jątrzące rany. Wszyscy wiedzieli, że nie ma ratunku. Pomóc mogli tylko bogowie. Ci jednak pozostawiali obojętni na rozpaczliwe wołanie swego najwierniejszego sługi. Desturiuss słyszał, jak Sharii wypowiada kilka zdań, ale był tak pogrążony w modlitwie, że słowa czarodziejki zdawały się dobiegać z wielkiej odległości. Biskup skończył modlitwę. Tysięczną z kolei, a może było ich dużo więcej. Sięgnął po dzban, by napić się wody, i wtedy do jego uszu dobiegł trzepot skrzydeł. Spękane wagi uśmiechnęły się, obnażając zęby w nieco diabolicznym uśmiechu. Twarz wykrzywił ból i troska, a głód i brak snu poznaczył ją wyraźnymi bruzdami, jednak to wszystko nagle zniknęło z oblicza Desturiussa, który z nadzieją i uśmiechem radości odwrócił się za siebie, wypatrując wysłannika niebios. Czyżbym miał zwidy? – spytał sam siebie, kiedy za plecami ujrzał jedynie opustoszały, zimny hol. Trzepotanie rozległo się ponownie i przez półotwarte drzwi do środka wleciał duży, czarny kruk. Skrzecząc, przeleciał przez cały hol i przysiadł na modlitewnej ławie tuż obok zaskoczonego Desturiussa. Zdziwienie było tym większe, że ptaszysko miało przywiązaną do jednej z łapek zwiniętą w rulon wiadomość. *** Niewielkie miasteczko tonęło w ciepłym, wieczornym świetle. Ulice szybko pustoszały, a nadchodząca noc rozciągała cienie do granic absurdu. Mrok wypełzł z zakamarków i chciwie spijał z ulic resztki słonecznego blasku. Po tej stronie Borgaanu noc zapadała nadzwyczaj szybko, toteż Desturiuss, przemierzający w pośpiechu ulice, ledwo minął główny targowy plac, a już niewielkie miasteczko zaczęło pogrążać się w ciemnościach. Biskup skręcił w prawo z ulicy Piorunów i szybkim krokiem wszedł na promenadę prowadzącą wzdłuż urokliwego brzegu. Noc szybko wzięła w objęcia dolinę Andanu, budząc na niebie srebrzysty księżyc i migotliwe gwiazdy. Spienione fale z przyjemnym szumem uderzały się o kamienisty brzeg. Chłodna bryza zrzuciła kaptur biskupa i rozdmuchała jego

Paweł Rejdak


opowiadania platynowe włosy. Desturiuss spojrzał na horyzont. W oddali, w zimnej księżycowej poświacie przesuwał się samotny statek. Północny wiatr napełniał jego żagle i pchał go do portu. Paladyn wyjął zwitek z kieszeni i przyjrzał się skreślonej wprawną ręką wiadomości. Mogę ci pomóc. Jeśli naprawdę pragniesz uratować swego syna, przybądź na promenadę tuż po zapadnięciu zmroku. Odszukaj zaułek Ślepych Wron. Będę tam. Oschłych zdań nie wieńczył żaden podpis. Desturiuss domyślał się, że może to być jakaś paskudna podpucha, ale gdy na szali ważyło się życie jego dziecka, gotów był zaryzykować i sprawdzić, co się kryje za tajemniczym listem. Zaułek Ślepych Wron wyglądał wyjątkowo nieprzyjaźnie. Pusta aleja biegła prosto, oddzielając od siebie dwie wysokie kamienice. Kamienne mury obrośnięte dziką winoroślą niknęły w mroku, sprawiając wrażenie ginącego w nicości tunelu. Ktoś głośno się zaśmiał. Gdzieś skrzypnął zawieszony na łańcuchu szyld starej oberży. Kilka ulic dalej właśnie zapalano zdobne, uliczne latarnie. Tutaj jednak panowała martwa cisza. Desturiuss zdecydował się i dał jeden krok. Wtedy usłyszał znajomy trzepot skrzydeł i nagle otoczyła go prawdziwa ciemność. Spomiędzy atłasowej czerni do jego uszu dotarł ciepły, przyjemny głos. – Bądź pozdrowiony, paladynie Desturiussie. Wybacz środki ostrożności, jednak nie chciałbym, aby ktoś nas razem widział. To mogłoby mocno mi zaszkodzić. Tobie zapewne również. – Sądząc po efektach wizualnych, domyślam się, że nie jesteś sługą światła. – Lubię określenie „indywidualista”. – Jakąkolwiek pułapkę przygotowałeś, wiedz, że ci się nie powiedzie. – To żadna pułapka, to uczciwa oferta. – Jak każda oferta wypowiedziana ustami sług zła i nieprawości. – Czy wszyscy noszący czerń muszą być padalcami? – Faktycznie nie, ale ty chyba nie należysz do grona tych, z którymi chciałbym rozmawiać. – Mogę cię jeszcze zadziwić, Desturiussie. Poprosiłem cię o spotkanie – głos odezwał się po chwili przerwy – gdyż możemy sobie nawzajem pomóc. Widzisz, ja wiem, co za cholerstwo dopadło twojego małego i… – A skąd to niby wiesz?! – warknął biskup, wchodząc rozmówcy w pół zdania. – Wiele jest w tym miasteczku kruków, więc i ja mam uszy wszędzie. Chciałbym złożyć ci ofertę.. – Zgoda. Pozwolę ci się wygadać, zanim rozpruję cię na kawałki… – wysyczał Desturiuss. – Hmm… Zasmuca mnie twoje podejście, choć częściowo je rozumiem. Pozwól zatem, że powiem, co mam do powiedzenia, a jeśli ci się to nie spodoba, każdy z nas będzie mógł odejść w swoją stronę i obiecuję ci, że nigdy nie będę cię nagabywał. Desturiuss tkał już w pamięci zaklęcie, które obok widowiskowych efektów świetlnych potrafiło tak konkretnie przypiździć sługusom ciemności, że tamci tylko podkulali ogon i spierdzielali, gdzie pieprz rośnie. Jednak, aby zyskać na czasie, paladyn kiwnął głową, by móc dokończyć inkantację. – Potrzebuję paladyna – rzekł tajemniczy głos. – Kogoś, kto nigdy nie złamie danego słowa i kto bezpiecznie pomoże mi dostać się na granicę z północą. Ktoś taki potrafiłby ominąć wiele niebezpieczeństw. Potrzebny mi ktoś wysokiej

Słowo honoru

rangi, aby nikt nam po drodze nie przeszkadzał. To proste, że potrzebuję ciebie. W zamian za twoją pomoc powiedziałbym ci, jak uleczyć twego syna i, co więcej, pomógłbym ci w tym aż do samego końca. Jednak ostateczna decyzja należy do ciebie, Desturiussie. – Owszem! – ryknął paladyn i wypchnął ręce przed siebie, składając je w kapłański znak. Rozległ się straszliwy huk i promień światła rozdarł magiczną ciemność na strzępy. Sypnęło złotymi iskrami, gdy podmuch mocy huknął nieznajomym o ścianę. Biskup skreślił kolejny znak. Mentalny Młot spadł z niebios, paraliżując wolę nieznajomego. Dla pewności chwilę potem Desturiuss splótł palce, szepcząc coś pod nosem, a gdy wkoło jego dłoni zamanifestowało się błyszczące zimnym srebrem zaklęcie Okowów, pchnął je w kierunku ofiary, zamykając ją w potrójnym splocie wiary oraz magii. Na ziemi, opleciony łańcuchem srebrnych run, leżał młody mężczyzna. W jego oczach wciąż migotały resztki Mentalnego Młota, a spalona klatka piersiowa świadczyła o tym, że promień trafił w cel. Nieznajomy był niczym czarny anioł. Piękny, dostojny, wręcz majestatyczny. Kredowobiała cera kontrastowała z kaskadami atramentowoczarnych włosów, które sięgały mu do pasa. Dłonie. Smukłe i zgrabne niczym dłonie pianisty świadczyły wyraźnie o szlacheckim pochodzeniu. Desturiuss nie poczuł tego wcześniej, ale teraz był już prawie pewien. Choć nieznajomy nie emanował energią zła, biskup wiedział, z kim ma do czynienia. Przyklęknął i nachylił się nad skrępowaną ofiarą. Kciukiem odchylił mu wargi. Wtedy spomiędzy zębów wystrzeliły błyszczące wampirze kły. *** Księżyc kładł na krużganku srebrzysty blask. W siedzibie bractwa Czarnej Orchidei mimo później pory panował ożywiony ruch. Kilku odzianych w stal paladynów CrusHaddora prowadziło zakutego w runiczne kajdany więźnia. Biskup wiedział, że bractwo Smoczych Lansjerów ma doskonale przygotowane „pokoje” dla specjalnych gości, a ten jegomość był z całą pewnością znaczącą personą. Paladyni zniknęli za drzwiami prowadzącymi do wieży, gdzie na jednym z pięter znajdowała się Cela Światła – wypełniona magią i wolą kapłanów sala, w której przetrzymywano najgroźniejszych nieumarłych. Odkąd martwiacze hordy przegnano wieki temu za północną granicę, Cele Światła, jak ta tutaj, stały puste i częściowo zapomniane. Desturiuss cieszył się, że było coś takiego w pobliżu, miał bowiem zamiar ciepło i otwarcie porozmawiać sobie z młodym wampirem na różne tematy, a biskup Desturiuss znany był jak Borgaan długi i szeroki z tego, że bardzo lubił „rozmawiać”. Paladyn miał właśnie wracać do kaplicy, by znów zanurzyć się w modłach, prosząc swego Boga, Jedynego Sprawiedliwego Crus-Haddora, o wsparcie i łaskę, gdy nagle wpadł na niego lekko podchmielony Mistrz Orchidei Revan-Grun. – Och, wybacz! – krzyknął. – Dobrze, że cię widzę, Desturiussie. Przyszła właśnie magiczna depesza z twierdzy Hasar-Dur. Z jej mitycznych lochów uciekł znany książę wampirów Malveran Zeliarach, zwany popularnie „Krukiem”. Proszę cię, Desturiussie, abyś miał na wszystko baczenie, szczególnie, jeśli masz zamiar wychodzić gdzieś po zmroku.

49


opowiadania To bardzo niebezpieczny wampir, niemal legenda. Kto wie, może już tutaj jest. – Co ty nie powiesz… – Biskup zostawił zaskoczonego Revana, odchodząc w stronę kaplicy.

Desturiuss był nie tylko przemęczony. Gorzej – był na krawędzi. W duchu zganił się za obcesowe potraktowanie Mistrza bractwa i obiecał sobie sowicie mu to wynagrodzić. Ledwo dotknął głową posłania, a już zapadł w sen.

***

Paladyn nagle otworzył oczy. Sklepienie kaplicy zniknęło, a na jego miejscu pojawiło się piękne, rozgwieżdżone niebo. Soczysty granat zmieszany z odrobiną królewskiej purpury wyglądał wprost bajecznie, a wiszący na tym tle księżyc odcinał się odeń wyraźnym zimnym blaskiem. Nagle nad głową rycerza coś się pojawiło. Wielki kruk, czarniejszy niż węgiel i atrament, zawirował nad leżącym Desturiussem i sfrunął w dół, przemieniając się w postać. Malveran Zeliarach usiadł w jednej z ław. – Nawet nie pamiętam, ile to już lat, odkąd siedziałem w ławie przeznaczonej do modlitwy. – Odejdź, maro, to sen, ty nie możesz tu być, to niemożliwe… – Niemożliwe. Chroni cię potęga tego miejsca, chronią cię runy w mojej celi, a jednak tu jestem. – Przybyłeś pożywić się śpiącym? Co, bestio? W mieście odnaleziono podobno dwie twoje ofiary. – To możliwe, polowałem dwukrotnie. Ale chyba nie zarzucasz mi morderstwa? – Morderstwo postawiłoby na nogi gwardię i Smoczych Lansjerów. Wzięliby cię w kleszcze. – Sam sobie nie wierzysz. Nie znajduję radości w mordowaniu. Pożywiam się tylko po to, by przetrwać. Dla mnie to nie zabawa. Zostawiam swoje ofiary przy życiu. Uważam, że tak należy. – Wierzę, bo muszę… – Nie interesuje mnie, czy mi wierzysz. Prawda i tak pozostanie prawdą, więc skończmy tę jałową dyskusję. Desturiuss zbudził się z krzykiem na ustach. Była późna, gwieździsta noc. Paladyn zdał sobie sprawę, że przespał cały dzień, ale teraz nic nie mogło go już powstrzymać. Wierzył, że Crus-Haddor go wysłucha. Przygotował się do modlitwy i rozpoczął ją zgodnie ze wszelkimi prawidłami sztuki i nauki kapłańskiej. Całą noc, aż do samego świtu wzywał imię Jedynego Sprawiedliwego i powtarzał setki, tysiące razy kleryczne zaśpiewy i zwroty. Jednak jego Bóg wciąż się nie pojawiał…

Za oknami wstawał rześki, złocisty świt. Szum zbudzonego ptactwa wpadał przez okna kaplicy wraz ze smugami porannego światła. Desturiuss układał właśnie posłanie, na którym miał spocząć po całonocnych modłach. Tuż pod samym ołtarzem. Skrzypnęły stare drzwi. W progu stanął Mistrz bractwa Revan-Grun. – Dzień dobry, biskupie. – Dzień dobry, Mistrzu. – Wystarczy „Revanie”. – Wystarczy „Desturiussie”. Revan-Grun uśmiechnął się lekko. – Wczoraj zaskoczyłeś mnie swoim wyczynem. Moje ostrzeżenie zabrzmiało chyba dość komicznie. – Nie. To moja wina. Powinienem był ci powiedzieć, ale byłeś zajęty. Tak mi przekazano. – Każdy ma jakieś swoje słabości – odparł zawstydzony Revan. – Ja czasem lubię sobie wypić. – Bractwo to bractwo, nie zakon. Nie oczekuje się od was tyle, co od paladynów. Revan z trudem przegryzł tę jawną obelgę. – Przyjmij moje gratulacje, Desturiussie. Schwytałeś wampira-legendę, który ma prawie siedem tysięcy lat. – Możliwe. – Ponoć jest najbieglejszym z alchemików, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemiach Borgaanu. – Nie zapominaj o tym, że jesteś rycerzem. My, bracia w stali, nie wywyższamy nieumarłych. – Nie zapominam – Revan lekko syknął. – Po prostu dokonałeś wielkiej rzeczy. – Łatwo poszło – odrzekł lekceważąco Desturiuss. – Właśnie. – Revan łapał ciśnienie. – Czy nie uważasz czasem, że zbyt łatwo? – Nie. Nie uważam. – Czy to przemawia Desturiuss Stormbringer, czy też jego pycha? – Licz się ze słowami, Revan-Grunie. Kto obraża paladyna, ten obraża samego Crus-Haddora. – Znany jest mi ten zapis w waszej Świętej Księdze. Jest ich tam wiele – odgryzł się Revan paladynowi – ale nie przyszedłem tu po to, aby się kłócić. Pragnę cię zawiadomić, że stan twojego syna znów się pogorszył. Sama Sharii przyłączyła się do kręgu i zasila go swoją mocą, ale… – Dziękuję ci. Dziękuję i jej, ale teraz pomóc może jedynie modlitwa. – Widzę, że zdecydowałeś się odpocząć. – Wiara jest dobra, a modlitwa słuszna. Jednak aby się modlić, potrzebuję pozostać przy życiu. Niczego nie uczynię, jeśli będę martwy. – Słuszna uwaga. Zostawię cię zatem, Desturiussie, z twoją modlitwą i odpoczynkiem. Sam na sam. Revan-Grun wyszedł, przymykając za sobą drzwi. Przez szparę do środka wpadała smuga światła. W jej blasku wirowały drobiny świątynnego kurzu.

50

*** Minęło wiele dni, a może tygodni. Desturiuss wyglądał niczym upiór. Post odebrał mu siły i sparaliżował umysł. Biskup ledwo funkcjonował i wszyscy zaczynali się o niego poważnie obawiać. Odprawiał modły, śpiewał psalmy i tkał kapłańskie zawezwania po kilkanaście godzin dziennie, co jakiś czas odwiedzając tylko swojego syna. Sharii, najbliższa przyjaciółka Desturiussa, widziała, że życie ich obu stacza się w otchłań i jeśli coś się nie wydarzy, to wszystko zakończy się ogromną tragedią. Nic jednak nie mogło przerwać rutyny zdeterminowanego paladyna. Aż przyszedł ten jeden dzień… Zaalarmowany przez szpitalnika Desturiuss wpadł do komnaty. Ropne wrzody wykwitły na ciele malucha i sączyły dziwny płyn. Niemowlę co chwila zanosiło się krwawym kaszlem, a jego skóra sczerniała, jakby ją pokryto sadzą. Biskup ukrył twarz w dłoniach i zaniósł się szlochem. Każdy ma

Paweł Rejdak


opowiadania swoje granice. Desturiuss Stormbringer był twardy niczym stal, ale nie był potworem. Miał serce. Płakał głośno i długo, nie pozwalając nikomu na protekcjonalne objęcie ani słowa pocieszenia. Sharii medytowała pośród run. Była wyczerpana i bliska omdlenia. Z nosa ciekła jej strużka krwi, ale wystarczyło jej sił, aby obdarować biskupa przyjacielskim spojrzeniem, kiedy tylko ich oczy spotkały się na chwilę. – Dziękuję za wszystko, co zrobiłaś. Dziękuję wam wszystkim. To niczyja wina. Zrobiliście, co w waszej mocy, widać Crus-Haddor oczekiwał ode mnie takiego poświęcenia… Nie rozumiem tylko, DLACZEGO. Trzasnęły drzwi. Desturiuss wyszedł na dziedziniec. Słońce, niczym złoty dukat, płonęło na zachodzie czerwienią i pomarańczem. Skłębione chmury, jak białe puszyste dywany, zanurzały się w barwach otulającego dolinę zmierzchu. Noc nadchodziła szybko i zaciągała nad Borgaanem ciemne, granatowe sukno. Zapłonęły właśnie pierwsze konstelacje, rozrzucone niedbale po satynowym niebie, gdy Desturiuss Stormbringer, paladyn w randze biskupa Kościoła Crus-Haddora, postawił stopę na schodach prowadzących do wieży. *** – Jest aż tak źle? – spytał wampir. – Naprawdę przykro mi to słyszeć. Bardzo chciałem ci pomóc. – Przyszedłem, żeby cię rozerwać na strzępy! Wiem, że to wszystko to podstęp. Twój podstęp! I dowiem się, po co i DLACZEGO. – Rób, co musisz i co uważasz za słuszne. Może jestem nieumarłym, ale nie jestem bestią. Nie mam z tym nic wspólnego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami, Desturiussie. Biskup złapał wampira za gardło i przycisnął do świetlistych krat, aż smród oznajmił mu, że przypiekł go odpowiednio. Tamten jednak nawet nie pisnął. Paladyn miał w sobie tyle żalu, że mógłby nim napełnić ocean. Ten żal zaś łatwo obracał się we wściekłość, którą trudno powstrzymać. Nikt by zresztą nie próbował, bo nikogo tu nie było. Bojowe glify, Słowa Mocy, Zaklęcia ze szkoły Młotów i Święte Znaki stanowiły potężny oręż tak do walki, jak i do tortur. Dziś wieczór Desturiuss wybrał to drugie. Trochę to trwało i chwilami samemu biskupowi wydawało się, że zaraz jego magia rozerwie Malverana na strzępy. Kaleczył go zaklęciami, szarpał i palił Znakami, wwiercał w niego Słowa Mocy, a nawet wybebeszył wampira całkowicie. I nic. Cały czas Kruk patrzył na niego smutnym, pełnym współczucia wzrokiem. Nie bronił się i nie krzyczał, choć przy tym, co robił mu biskup, płakałby nawet smok. Kiedy Desturiussowi zabrakło już pomysłów, jak zadać nieumarłemu nowy ból, cisnął skatowanym ciałem o ścianę i pełen rezygnacji upadł na kolana. Nie trwało to długo, może kilka, kilkanaście minut. Wampiry są potężne i potrafią się błyskawicznie regenerować. Malveran Zeliarach usiadł pod ścianą i spojrzał na łkającego biskupa, który już od wielu dni ślizgał się na krawędzi szaleństwa. – Czy teraz możemy już porozmawiać, czy chcesz wrócić do tego, co ze mną robiłeś? Biskup oprócz rezygnacji poczuł palący wstyd.

Słowo honoru

– Odkąd cię tu sprowadziłem, co noc włazisz do mojej głowy i zatruwasz mi sen swoją podstępną trucizną… – To nie ja cię dręczę. Tylko rozmawialiśmy. Za obecny stan rzeczy możesz podziękować swojemu Bogu. – Nie masz prawa osądzać! – ryknął Desturiuss, wbijając w wampira palec. – Nikt z nas nie ma prawa osądzać CrusHaddora. Jesteśmy tylko sługami… – Czyli jesteśmy trzodą idącą na rzeź, bo tak każe wielki pan? – Wy zawsze idealnie potraficie wypaczyć prawdę i nadać kłamstwu nowy sens. – Każda istota zasługuje na szacunek, Desturiussie, każda. Choć zapewne patrząc na mnie myślisz, że jest odwrotnie. – To się nazywa odwracanie kota ogonem. – Wiem, że nigdy cię nie przekonam – odrzekł wampir. – Poza tym uwierz mi, nie mam takiego zamiaru. Chcę tylko zaoferować ci pomoc, w zamian za twoją. To uczciwa oferta. Biskup przygryzł sobie język. Przed oczami zamajaczył mu obraz pożeranego przez klątwę niemowlęcia. „Panie, wybacz mi” – wyszeptał. – Czego chcesz? – spytał, nie patrząc nawet w stronę wampira. – Prostej rzeczy. Jak brzmi wasze motto? – Słucham? – Motto rycerzy Crus-Haddora. Jak ono brzmi? – Prawość. Honor. Męstwo. – Do tych świętych słów jest też pewna przysięga, prawda? – Jest – syknął Desturiuss. – Jeśli dasz mi swoje słowo, Słowo Honoru rycerza CrusHaddora, i ślubować będziesz na swoje motto, że pomożesz mi we wszystkim, w każdy znany ci sposób, aby tylko bezpiecznie odtransportować mnie przez ziemie Imperium aż do granicy z północą i nie zawahasz się użyć wszelkich dostępnych środków, aby wyprawa ta się powiodła, wtedy, drogi Desturiussie, wtedy mamy umowę. – Nie będę się mógł wycofać, wiesz o tym. – Wiem i właśnie na to liczę. – Oczekujesz ode mnie zdrady. Zdrady przyjaciół, braci i mojej zakonnej rodziny. Nie wspominając o honorze paladyna, który ma pomagać nieumarłemu plugastwu! – Patrząc na to, co spotkało twoją niewinną żonę i dziecko, wydaje mi się, że nie jesteś już nikomu nic winny. – A ty wystawisz mnie do wiatru? – Nie. Zanim wyruszymy, dostaniesz ode mnie coś w rodzaju antidotum. To zamknie twoje chore dziecko w magicznym krysztale, odcinając je od wrogich wpływów i upływu czasu – ale na krótko, więc musimy się spieszyć. Potem powiem ci, jak je uratować, i jeśli będziesz chciał, pomogę ci w tym. – Zatem mam ci pomóc w ucieczce? – Masz mi służyć, aż dotrzemy do granicy z północą, i zadbać o moje bezpieczeństwo. To było straszne. Biskup trawił słowa wampira w milczeniu. Po kilku chwilach wbił w niego swoje stalowe oczy i skinął głową na znak zgody. Wstał, odrzucił swój płaszcz i przyklęknął na jedno kolano. – Ja, Desturiuss Stormbringer, paladyn w randze biskupa Kościoła Crus-Haddora, składam tobie, Malveranie, przysięgę na Prawość, Honor i Męstwo, którą to pieczętuję swoim Słowem Honoru. Odtąd żadna siła ani moc nie powstrzyma mnie od wypełnienia przyrzeczenia… ***

51


opowiadania Nocne niebo lśniło urzekającymi okruchami gwiazd. Zajazd „Zielony Smok” wznosił się nieopodal traktu, jakąś godzinę drogi od portu, w którym pod osłoną nocy wylądowali Desturiuss i Malveran. Podróż nie należała do łatwych, a misji mógł się podjąć tylko szaleniec. Biskup udawał prostego mieszczucha i przemycał księcia wampirów w beczce po winie, starym wozem zaprzężonym w dwa konie. Dla niepoznaki dorzucił do ładunku kilka beczek południowej gorzałki i skrzynie z egzotycznymi owocami, które to miał niby sprzedać kupcom w miastach na północy. Ta bujda ledwo trzymała się kupy, ale ktoś doprowadzony do ostateczności jest gotów zgodzić się na wszystko. Nocami podróżowali razem, zaś przez całe dnie skryty pod kapturem Desturiuss powoził bryczką i wypatrywał albo pogoni, albo oddziału paladynów, zaalarmowanych nagłym zachwianiem równowagi na korzyść zła, którzy to dość często podróżowali w sprawach Kościoła po ziemiach Imperium. Desturiuss wiedział, że jedno takie spotkanie i koniec trasy. Opuszczając siedzibę bractwa, ułożył naprędce mało wiarygodną historię o uzdrowicielu żyjącym na dalekim południu, głęboko za granicami Sułtanatu, który ponoć mógł pomóc dziecku. Nikt nie podejrzewałby biskupa Crus-Haddora o uwolnienie wampira, ale ten chciał być mimo wszystko pewien i w razie czego mieć szansę, aby zmylić pogoń. Mikstura faktycznie zadziałała, zamykając niemowlę w przepięknym górskim krysztale o barwie akwamaryny. Desturiuss nie miał wyboru – musiał też okłamać swoją najlepszą przyjaciółkę Sharii, wciskając jej kit, że kryształ to dar od Jedynego Sprawiedliwego. Ale Sharii była doświadczonym magiem, poza tym nie była głupia. Gdy Desturiuss odchodził, prosząc, by na czas poszukiwań zajęła się dzieckiem, zgodziła się, a na odchodne powiedziała mu tylko jedno – „odradzam”. – Powinniśmy się tu zatrzymać, Desturiussie. – Przed nami cała noc, szkoda tracić cenny czas – odrzekł biskup siedzącemu obok wampirowi. – Muszę zapolować, a raczej się pożywić. Biskup pokręcił tylko z niedowierzaniem głową. Nie spodziewał się, że upadnie tak nisko. – Widzę, że ci to nie w smak – rzekł wampir. – A co mam powiedzieć? Idź i baw się dobrze? – Zrozum, biskupie, że nie pożywiałem się, odkąd opuściliśmy gościnę u twych braci w dolinie Andanu. Minęło wiele dni. Lecę już na resztkach tkanki tłuszczowej. – To nie było śmieszne. – Nie miało być. Ty musisz jeść. Zrozum i mnie. – Dobrze, zaprowadzę wóz do stajni i przyjdę za chwilę, tylko bądź ostrożny, bo jeśli coś pójdzie nie tak, kariera nas obydwu drastycznie szybko się zakończy. – Rozmawiasz z mistrzem subtelności i podstępu. – Tego się właśnie obawiam. Pewnie poza urażoną dumą i zdeptaną ambicją Desturiussa, który pozwalał wampirowi zaszaleć, nie stałoby się nic takiego. Ot, może trup jakiegoś wieśniaka czy dwóch. Nic wielkiego w skali wieczności. Niestety nie był to szczęśliwy dzień. Los chciał, żeby w środku bawili się podróżujący akurat na południe trzej rycerze bractwa Srebrnego Gryfa, specjalizujący się w polowaniu na nieumarłych. Biskup tylko wszedł do stajni, spojrzał po pozostawionych tam koniach i od razu rozpoznał symbole bractwa, wyszyte ozdobną nicią na eleganckich derkach.

52

Kiedy wybiegł na dziedziniec, w środku już wrzało, jakby ktoś wrzucił diabła do kotła z wodą święconą. Jeden z rycerzy właśnie wypadł przez okno, drugi rzucił przez salę stołem, celując w wampira, ale tylko skutecznie zatarasował wyście. Przypadkowi podróżni, krzycząc, próbowali uciekać oknami i tylnym wyjściem. Kruk, widząc, że ma zdrowo przesrane, zdecydował się wziąć zakładników. To też się nie udało. Ithat – przywódca w randze Niszczyciela bractwa Srebrnego Gryfa – widząc, do czego sposobi się przeklęty nieumarły, wyszeptał słowa zaklęcia i nagle podmuch energii huknął w wampira, rzucając nim o ścianę. Desturiuss stał na dziedzińcu, przypatrując się, jak czereda ogarniętych paniką ludzi ucieka konno byle dalej od przeklętej karczmy. Czuł, jak wątpliwości rozdzierają jego serce na pół. Jeśli pomoże tym młodym rycerzom, może jeszcze uda mu się wyjść z tej całej draki obronną ręką, kto wie, może zostanie nawet bohaterem. Ale jeśli nie uratuje wampira od pewnej zguby, to jego syn… Telekinetyczny cios Malverana odbił spadający miecz, wyrywając go z dłoni jednemu z atakujących. Broń poszybowała w górę, przecinając linę, na której wisiał opasły kandelabr. Wampir zarechotał, obnażając kły. Płonący dziesiątkiem świec kandelabr z hukiem spadł na ziemię. Złocisty płomień natychmiast polizał drewnianą podłogę. Kruk zamachnął się szponami. Magiczna zbroja zgięła się i podarła jak papier. Pozbawiony broni rycerz jęknął i chwycił się za gardło. Świeża krew bryznęła na podłogę. W chrzęście pance-rza wraz z ostatnim tchnieniem jeden z bractwa runął na ziemię. Pozostali krzyknęli z wściekłości. Zaatakowali razem, szepcząc to samo zaklęcie. Magia Okowów oplotła księcia wampirów, powalając go na kolana. Wtedy jęknęły drewniane wrota i w chmurze drzazg do środka wpadł Desturiuss z obnażonym mieczem. Gdy w powietrzu świstał już oręż Ithata, pędząc w kierunku nieumarłego, biskup zmiótł jego druha, wpadając w niego barkiem, i w os-tatniej chwili odbił spadający miecz. Ogień z kandelabru rozprzestrzeniał się szybko. Gdy Desturiuss i dwaj łowcy nieumarłych skrzyżowali miecze, płonęła już większość przybytku. Biskup walczył zakapturzony. Przynajmniej w ten sposób mógł ocalić honor. Oczywiście w oczach innych, bo przed samym sobą był już całkowicie przegrany. Rycerze tańczyli taniec wojny pośród strzelających płomieni. W brzęku stali, chrzęście zbroi i urywanych oddechach krzyżowały się miecze. Desturiuss był wspaniałym szermierzem, ale dwóch świetnie wyszkolonych przeciwników i szalejący wkoło pożar nie szły mu z pomocą. Do tego wyrzuty sumienia. To one obciążały jego serce i ciało, czyniąc ruchy powolnymi i niezbyt celnymi. Niezdecydowanie mogło kosztować go ��ycie i Desturiuss sam się zastanawiał, czy może nie jest to dobry moment, by odejść z tego świata. Nagle klingi skrzyżowały się, krzesząc złociste iskry. Metal zatrzeszczał przy głowniach, gdy potężne ramiona naparły na siebie w walce. W polerowanej stali Ithat, mimo kaptura, dostrzegł odbicie przeciwnika. Choć oblicze zamajaczyło w klindze tylko przez chwilę, to rycerz był pewien. Rozpoznał Desturiussa – elfa-legendę w zakonie Crus-Haddora. Zaskoczony otworzył ze zdziwienia usta, poluźnił uścisk. Stracił czujność. Ta chwila go zgubiła.

Paweł Rejdak


opowiadania Ostatnie, czego chciał Desturiuss, to śmierć tych rycerzy, ale broń sama ześlizgnęła się po słabnącej gardzie i dosłownie odrą-bała Ithatowi pół twarzy. Biskup usłyszał wtedy świst. Kątem oka dostrzegł spadające na niego ostrze. Wyszkolone przez lata ciało zareagowało błyskawicznie. Nim biskup zdążył pomyśleć i wyważyć swój uczynek, ciało już go dokonało. Desturiuss wpakował przeciwnikowi sztych w pierś, przebijając serce. Bryznęły strumienie krwi. Mózg Ithata rozchlapał się na ziemi. Łowcy Nieumarłych właśnie przechodzili na drugą stronę. Desturiuss opuścił miecz i ryknął z wściekłości. Wkoło buchały czerwone płomienie. Chciał skończyć ze sobą w ich objęciach. Wiedział, że stał się potworem. Nie chciał śmierci niewinnych, ale z drugiej strony nie potrafił sobie wyobrazić śmierci swojego dziecka. Czuł, że spada w otchłań szaleństwa, a stamtąd nie ma już odwrotu. Gdy ogień zaczął lizać jego ciało, a trzeszczące belki stropu miały się właśnie zawalić, czyjeś silne ramię chwyciło go i wyciągnęło na zewnątrz. – Musisz jeszcze trochę pożyć, biskupie – rzekł wampir. – W końcu mamy umowę. – Nie nazywaj mnie tak, nie jestem już biskupem CrusHaddora, jestem nikim. – Mylisz się, jesteś biskupem. I będziesz nim tak długo, póki nikt się nie dowie, co się tu dziś stało, a to już zależy od ciebie. Ja będę milczał jak grób – uśmiechnął się Malveran. Rozległ się wieki huk. Wybuch karczmy poznaczył niebo czerwonym żarem. Eksplozja wyrzuciła w nocne niebo ogniste jęzory. Jeszcze długo po tym, jak obaj, książę wampirów i Desturiuss Stormbringer, odjechali w kierunku północy, na horyzoncie widać było majaczące warkocze pomarańczowych płomieni.

– Więc nie dość, że zrobiłeś ze mnie bydlę, to jeszcze próbujesz wykrzesać z mojej rezygnacji nienawiść do mojego Boga? – Nic od ciebie nie chcę, po prostu mi ciebie żal. Gdybyś wiedział… – Więc mi powiedz. – Dobrze, chociaż to pewnie nic nie zmieni. Nie zadawałeś sobie nigdy pytania, dlaczego cię to spotkało? Żona, syn? – Zadawanie sobie takich pytań prowadzi do potępienia. – Ależ cię zindoktrynowali… Nie masz za grosz rozsądku, jesteś bezmyślną maszyną w rękach zaślepionego własną jasnością Crus-Haddora. – Licz się ze słowami. Nasza umowa nie toleruje bluźnierstw. – Byłeś wzorem dla innych, o krok od zostania czempionem światłości, a jednak mrok wkradł się gdzieś w twoje życie. Mam naprawdę uwierzyć, że nigdy nie spytałeś się w duchu, dlaczego? – Spytałem, niejeden raz, i nic z tego nie rozumiem. – No właśnie. Ty i ja jesteśmy tylko zabawkami. Kartą przetargową w grze toczącej się pomiędzy bogami od eonów. Myślisz, że coś dla niego znaczysz? – Zdeptałem wszystko, co dla mnie święte. Zniszczyłem samego siebie w imię ojcowskiej miłości, której ty nigdy nie zrozumiesz, potworze! – warknął Desturiuss. – Zabieraj się już stąd i wsadź sobie w dupę te swoje gierki! – Jak sobie życzysz, ale umowa to umowa, a ja słowa dotrzymuję. Malveran wręczył biskupowi kościaną tubę na pergaminy, zalaną lakową pieczęcią.

*** Wiał zimny wiatr, a noc przemknęła po niebie, naciągając na nie woal utkany z ciemności. Z zachodu nadpłynęły posępne, burzowe chmury. Natura przycichła, tuż przed nadchodzącą burzą. Desturiuss ściągnął uzdę. Wraz z Malveranem zatrzymali wierzchowce na najeżonym skałami urwisku. Przed nimi jak okiem sięgnąć rozpościerała się mroczna panorama północnych rubieży. Spękana ziemia, rachityczna roślinność, powykręcane erozją skały, wyjący upiornie wiatr i ani żywej duszy. Nic dziwnego. Rubieże były ziemiami należącymi do umarłych. To na tej granicy siły dobra walczyły z potęgą zła. To tutaj światłość ścierała się z mrokiem w swej odwiecznej walce o dominację nad światem Borgaanu. Desturiuss, paladyn w randze biskupa, wojownik światła, eskortował dziś istotę mroku, by dobić z nią targu. Paladyn wiedział, że zaprzedał wszystko, w co kiedykolwiek wierzył i o co kiedykolwiek walczył. – Uznaję umowę za wypełnioną, a twoje słowo za dotrzymane – rzekł wampir, rozglądając się po okolicy. Nawet teraz Desturiuss czuł, jak jego moc maleje, a potęga wampira drastycznie wzrasta. Jego głos stał się donośny i tubalny, a ciemności spłynęły do niego, by uformować się w lejące szaty. – Widzę smutek na twojej twarzy i w twoim sercu. Im szybciej zrozumiesz, że ci na górze grają nami jak pionkami na szachownicy, tym lepiej dla ciebie. Inaczej się wykończysz.

Słowo honoru

53


opowiadania – W środku znajdziesz zaklęcie. Nie zrozumiesz go, bo to antyczny język, ale nie obawiaj się – pergamin jest tak umagiczniony, że zdołasz je odczytać bez znajomości treści. – Kolejna pułapka? – Żadna pułapka. Magia na klątwę, po prostu. Jak plaster. – Co? – Nie ma innego sposobu. Klątwa, która spadła na twoją żonę, zdołała dokonać tego, do czego ją stworzono, ale możesz jeszcze uratować syna. Decyzja należy do ciebie. Aby ci się to udało, musisz magią tego zaklęcia odepchnąć tamto. Nie masz wiele czasu. Na twoim miejscu już bym wyruszał. Desturiuss miał w głowie wiele pytań, ale wszystkie wydały mu się bezcelowe. – Żegnaj, Malveranie – rzekł Desturiuss. – Obyśmy się już nigdy nie spotkali. – Oby tak było, Desturiussie. Wampir zawrócił konia na ścieżkę i ruszył prosto w kierunku przeklętej ziemi. – Nie spodziewałem się, że dotrzymasz słowa – rzucił z oddali Desturiuss. – Wiem – odparł wampir. Biskup spoglądał jeszcze długo na odjeżdżającego Kruka. Nie usłyszał, jak ktoś do niego podjechał. Drgnął, gdy obok na koniu pojawiła się postać znajomej czarodziejki. Miał coś powiedzieć, ale to nie miało sensu. Spojrzał na nią tylko jeden raz i zrozumiał, że ona o wszystkim wie. – Czy ktoś jeszcze zdaje sobie z tego sprawę? – spytał po dłuższej chwili milczenia. – Przeceniasz tamte zakute łby. Co dzień odwalają modlitwę za to, żeby Crus-Haddor uchronił twoje dziecko od klątwy. Widzą cud w tym diabelskim kamieniu. – To straszne, co mówisz. Stałem się potworem. – Jakim znowu potworem? – Wprowadziłem mrok do domu Pana. – Gówno prawda. Jesteś paladynem, ale jesteś też ojcem. Zrobiłeś, co musiałeś, ja jakoś nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w bogów. Wierzę raczej w swój umysł i to, co mogę dzięki niemu zdziałać. Bogowie mają nas w dupie. – Jestem skończony. – Nie zamartwiaj się. To, co dźwigasz, to zbyt ciężkie brzemię. – Dlatego przepraszam, że cię tym obarczyłem. Proszę, wybacz mi. – Daj spokój. Nie ma czego wybaczać. – Jest – odrzekł Desturiuss i położył dłoń na mieczu… Wampir był daleko, ale mimo wszystko lekko się uśmiechnął. Sharii drgnęła. Przez chwilę poczuła się tak, jakby ostrze Desturiussa było przeznaczone dla niej. Biskup wyciągnął broń i skierował ostrze w stronę odjeżdżającego. – Jeśli mnie oszukasz, znajdę cię wszędzie, choćbym miał zejść do samego piekła! – krzyknął, a jego głos zimny wiatr poniósł daleko po rozległych wzgórzach. – Nie pękaj. Jakby co, dorwiemy chuja. – Sharii uśmiechnęła się do siebie w myślach i zganiła za głupie pomysły. – Oby nie było potrzeby. Teraz wracajmy. Mam lekarstwo. – Wierzysz mu? – Nie, ale nie mam wyjścia. To jedyne, co mi pozostało. – Odradzam. – Albo to, albo śmierć. – Kto wie, co lepsze. – Nadzieja.

54

– Zatem w drogę. Sharii nie wiedziała, że Desturiuss Stormbringer całą drogę katował się myślami o niej. Pokuta dyktowana przez sumienie była straszliwa. Co chwila odtwarzał w myślach tamtą chwilę, gdy sięgał po broń, a przez myśl przemknęło mu, że może powinien się pozbyć niewygodnego świadka… *** Desturiuss użył tajemniczego zaklęcia i choć w momencie inwokacji poczuł jego mroczne i odpychające korzenie, nie zrezygnował i doczytał inskrypcję do końca. Chłopiec cudownie ozdrowiał, a jego ocalenie poczytano za wpływ potęgi światłości. Biskup jednak czuł, że było inaczej i każdego dnia wypatrywał ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić za to, co uczynił. Przyszedł taki dzień. To było niczym scena rodem z najgorszego koszmaru. Gdy młodzieniec dojrzewał, zaczęły objawiać się pierwsze symptomy spaczenia. Biskup sam zbadał syna i z przerażeniem odkrył, że klątwę zastąpiono klątwą. Wraz z antycznym zaklęciem do ciała niemowlęcia przeniknęło wilkołactwo, odpychając automatycznie wszelkie uprzednie złe wpływy. Niewiele mogło być gorsze od domeny Chaosu i klątwy Barona Azgharona, zwanego Srebrnym Diabłem. Moc praojca wilkołaczego rodu biegła teraz w żyłach młodego, niczego nierozumiejącego chłopca. Desturiuss nie potrafił zabić własnego syna, choć jako paladyn powinien był to uczynić. Prawo Zakonu było surowe i stanowiło jasno. Jego syn musiał zginąć i zginęliby wszyscy ci, którzy próbowaliby temu przeciwdziałać. Zasada Czystości obowiązywała każdego. Przebiegły wampir dał biskupowi czas na to, by mógł posmakować szczęścia, ale nie dość, by zachować je na zawsze. Taki żal łamał serce i rozpruwał duszę. Biskup wiedział, że choćby czynił cuda, okrutne prawo Zakonu nie pozostawia mu wyboru. Musi wydać swego syna. To była jego kara, kara za wszystko, czego się dopuścił. Sharii weszła do pokoju, w którym Desturiuss klęczał na rozpalonych węglach. – Ta pokuta nic nie pomoże – rzuciła ostro. – Kto wie, może masz i rację. Już za późno na wszystko. – Może spróbujemy jakiegoś fortelu? – Już próbowałem fortelu parę ładnych lat temu, zobacz, do czego mnie to doprowadziło! Ta kara powinna spotkać mnie, a nie moje dziecko. Czym ono komukolwiek zawiniło?! – wrzasnął i natychmiast zamilkł, czując że zbliża się do bluźnierstwa. – Powiedz, co mam zrobić? – spytała Sharii. – Uczynię wszystko, aby ci pomóc. – Nie jestem mordercą, nie jestem bestią! – Wiem. – Przecież nie wydam inkwizytorom własnego syna! – Wiem. – Nie potrafiłbym go skrzywdzić, nawet pomimo tego, że jest tym, kim jest. To akurat jest moją i tylko moją winą. – Co robimy? – Jesteś moją ostatnią deską ratunku – rzekł paladyn, wstając z rozpalonych węgli. Sharii zrobiła dziwny grymas, widząc wypalone rany na nogach paladyna. – Nim klątwa zawładnie nim całkowicie, minie wiele miesięcy. Chcę, abyś do tego momentu go chroniła. To pozwoli mi kupić czas, czas na zdjęcie tego paskudnego zaklęcia. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz. – Możesz na mnie liczyć.

Paweł Rejdak


opowiadania – Wywieziesz go na południe. Głęboko za granicę sułtanatu. Jak najdalej od każącej ręki Zakonu… – wysyczał z niechęcią. – Kiedy ruszamy? – O świcie, nie ma co tracić czasu. Przygotuję wszystko, a ty bądź gotowa do wyjazdu jeszcze przed brzaskiem. – Dobrze, ale wiesz, że oni się dowiedzą. Będziesz na widelcu. Będą cię ścigać wszędzie. – Wiem. Nie mam wyboru. Przed drzwiami do kwatery Desturiussa zadźwięczały zbroje. Okuta w stal pięść załomotała mocno. – Wejść. Czterech gwardzistów zakonnych weszło do kwatery biskupa, oddając mu wszelkie honory. Ich posępne twarze zdradzały jednak, że stało się coś złego. – Biskupie – zaczął dowódca. – Twój syn został zatrzymany z rozkazu Inkwizytorów pod zarzutem posiadania oznak spaczenia i piętna ciemności. Desturiuss wciągnął głośno powietrze. Sharii zrozumiała, że to koniec. *** Słońce znikało powoli za ostrym horyzontem, zabierając ze sobą ciepły, złocisty blask. Desturiuss stał w swej komnacie niczym posąg, z twarzą pooraną cierpieniem, i wbijał nieobecny wzrok w linie falujących wzgórz. Sharii weszła do środka cicho i niepostrzeżenie. Chwilę przyglądała się okaleczonej przez nieszczęście postaci i choć coś ściskało ją w gardle, zdecydowała się powiedzieć to, co miała na myśli. – Wiesz, co się teraz stanie? – spytała. – Wiem. Jak tylko słońce zajdzie, będą go torturować w imię prawa i sprawiedliwości. Wystarczy kilka prostych zaklęć i roz-poznają ciążącą na nim klątwę, a wtedy jego mękom nie będzie końca. – Aż tak źle? – Znaki, pokuty i egzorcyzmy zrobią z jego ciała i umysłu sieczkę, a wszystko po to, by dotrzeć do tego, co nasz wspaniały Zakon nazywa PRAWDĄ! – Desturiuss zacisnął pięści. – Czy jeśli użyją tego całego arsenału, o którym mówisz, to mogą przeczesać mu tak dogłębnie umysł, że odkryją, kto przed laty rzucił na niego feralne zaklęcie? – Jest to możliwe. – Przerażasz mnie, Desturiussie. Możecie obaj skończyć na inkwizytorskim stosie. – Mnie się to należy. Powinienem tak skończyć. Może pójdę tam i wszystko im powiem. – Odradzam. Zginiesz, a to nie pomoże twojemu dziecku. – A co mu teraz pomoże?! – ryknął w bezsilności Desturiuss. – Czy jest jakaś szansa, by go uratować? – spytała Sharii, gdy biskup nieco się już uspokoił. – Żadnych. – Porwanie i uprowadzenie? – Z lochów Zakonu? Nie bądź śmieszna. Nie ujechalibyśmy dnia drogi. – Czy znasz sposób, aby skrócić jego męki? – spytała i pożałowała tego. – Wiesz w ogóle, o czym mówisz?! Nie jestem bestią, jak ten skurwysyński wampir, który zgotował nam ten los! – Wiem, że nie… – odrzekła i wyszła z komnaty. – …Ale masz mnie – dodała cicho.

Słowo honoru

*** Czas był nieubłagany. Klasztorne dzwony wybiły godzinę dziewiątą i wraz z zapadającym zmierzchem inkwizytorzy udali się do celi przesłuchań, by egzaminować piętno i naturę spaczenia, jakie nosił w sobie nastoletni chłopiec. Desturiuss nieraz uczestniczył w takim przesłuchaniu i choć sam nie był inkwizytorem, to zdarzało się, że wraz z nimi niejedno prowadził. Wiedział, jaka kaźń czeka jego jedynego syna, i nie mógł powstrzymać napływających do oczu łez. Nie chciał dopuścić do siebie słów Sharii, ale nie miał żadnych złudzeń. Jeśli ktoś nie skróci chłopcu cierpień, czekać go będzie prawdziwe piekło. *** Sharii miała łzy w oczach, kiedy schodziła do podziemi. Młodzieniec był naprawdę przerażony. Jego szeroko otwarte oczy zdradzały, że nic z tego nie rozumie. Nie wiedział, czemu zamknięto go w śmierdzącym lochu jak pospolitego zbira i nie wiedział też (na szczęście), co dla niego szykowano. Czarodziejka uwielbiała tego chłopaka, niestety nie było innego wyboru. Zawczasu przygotowała magiczny wywar z wilczomleczu, który z licznymi magicznymi dodatkami stanowił śmiertelną, acz bezbolesną truciznę dla wszystkich z klątwą wilkołactwa. Ufny młodzieniec wypił przygotowany napar i szybko poczuł się senny. Kiedy kładł się na posłaniu, obdarzył jeszcze Sharii uroczym, chłopięcym uśmiechem, którego nie zapomniała do końca swoich dni. Z trudem tłumiła w sobie płacz. Jedynie kilka łez wyślizgnęło się z uchwytu jej stalowych nerwów i spłynęło po policzkach. Chłopiec zasnął. Już nigdy się nie obudził. Pochowano go na zielonych wzgórzach na cmentarzu dla rodzin zakonnych. Padał wtedy silny, gorący deszcz. Na trumnę rzucano wiele białych i czerwonych kwiatów. To właśnie tego dnia Desturiuss zwątpił w swego Boga po raz pierwszy. Wtedy też, stojąc nad trumną swojego jedynego dziecka, poprzysiągł księciu wampirów krwawą i okrutną zemstę. Desturiuss i Sharii nigdy o tym nie rozmawiali, ale oboje wiedzieli. Gdyby przyszło do tortur, Desturiuss prędzej odebrałby sobie życie, niż pozwolił skrzywdzić swojego chłopca. Kochał Sharii i dziękował jej w duchu za to, co uczyniła, tak samo mocno jak nienawidził cały świat za to, że należało tak postąpić. Przesłuchanie oddalono, a Zakon nigdy się o niczym nie dowiedział. *** Choć życie rodzinne biskupa zakończyło się tragicznie, to jego nowy cel – prywatna wojna – dopiero nabierał rozpędu. Walki na północy trwały kilkanaście miesięcy. Paladyni Crus-Haddora toczyli nierówny bój z istotami mroku. Szał, wściekłość i determinacja Desturiussa nie miały jednak sobie równych i już wtedy swoją walecznością i męstwem położył podwaliny dla swej własnej legendy. Biskup, gdyby go zapytać, sam nie wiedział, przeciwko komu walczy. Czy przeciwko złu, czy po to, by coś udowodnić swojemu Bogu, czy może toczył tę batalię przeciw samemu sobie? To nie miało znaczenia. Liczyła się tylko zemsta. Paladyni przeczesywali przeklęte ziemie w poszukiwaniu Kruka, aż w końcu go dopadli. Daleko od granicy, gdzie pot-

55


opowiadania worne bestie szalały na diabelskiej smyczy, a demony tylko czekały, by pożreć dusze nierozważnych. Na wzgórzach DalAran, gdzie niegdyś było cmentarzysko smoków, wznosiła się pokraczna i straszliwa wieżyca zbudowana z kości tych mitycznych bestii. Biskup wydał rozkaz ataku. Mimo wsparcia mrocznych energii i potężnej mocy, pomimo setek sług i emanacji przeklętej ziemi, książę wampirów, Malveran Kruk Zeliarach, nie mógł się mierzyć z potęgą Desturiussa. Napędzany nienawiścią i zemstą biskup spadł na wroga niczym grom. Zaklęciami wyrywał dziury w szeregach jego sług, chłostał ich spaczone dusze biczem pokuty, a jego Słowa Mocy obracały w popiół przybywające z otchłani demony. Kiedy stanęli oko w oko, Desturiuss nie tracił czasu na umoralniające wywody. – Nie różnimy się jednak od siebie tak bardzo, Desturiussie… – rzekł Kruk, nim biskup w szale nienawiści rozerwał go na strzępy. *** Mijał czas. Desturiuss dokonał zemsty, ale jego serce pozostało nienasycone. Każdego dnia biskup pogrążał się we własnych myślach i coraz częściej przyłapywał się na tym, że zgadza się z filozoficznym podejściem Kruka do spraw, które niegdyś uważał za bezdyskusyjne. Coraz częściej niewzruszony rycerz światła miewał wątpliwości. Choćby nie wiem, co uczynił, nie potrafił pozbyć się ze swojego serca żalu i poczucia krzywdy. Raz po raz wracał myślami do tego feralnego dnia, kiedy wszedł w układ ze starym wampirem, i przetrawiał to od początku do końca, szukając potwierdzenia swej winy. Coraz częściej dostrzegał, że jej tam nie było. Opłakiwał żonę i syna przez wiele długich lat. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu do jego serca powoli wdzierało się przekonanie, że światłość nie miała prawa wymagać od niego tak wielkiej ofiary. Źli bogowie i ich sługi zawsze postępowali nikczemnie i podle, taka była bowiem ich natura. Desturiuss nie mógł mieć do nich o to pretensji, choć żaden paladyn nie powinien się głośno przyznawać do takich konkluzji. Co innego stać po ciemnej stronie barykady i być łotrem, a co innego być uosobieniem cnót i pozwolić na to, by nieszczęścia deptały wiernego sługę światłości. Tego Desturiuss nie mógł wybaczyć swojemu Bogu. Nigdy nie uważał się za świętego, ale wiedział, że niczym sobie nie zasłużył na to, aby czyjś kaprys niszczył jego życie, a marzenia obracał w gruzy. *** Desturiuss już nigdy nie czuł się ikoną wiary. Czas jednak goi rany, a srebrny elf miał go bardzo, ale to bardzo wiele. Nigdy nie wybaczył swojemu Bogu, ale też nie potrafił wyrzucić go z myśli i serca. Kiedy więc nad Imperium zawisły ciemne chmury i nadeszła wojna z północą, Desturiuss stanął na czele wojsk, pragnąc w szaleńczej i wyniszczającej walce znaleźć tylko jedno – własną śmierć. Paladyn wierzył, że to przyniesie mu prawdziwe ukojenie. To właśnie drwina z niebezpieczeństw i nieopisana wręcz, szaleńcza odwaga odziały go w bardowskie pieśni i pancerz nieśmiertelnej sławy. Zakon widział w nim siłę i potęgę, choć on sam dostrzegał w sobie jedynie smutek i gorzki popiół.

56

Zmierzchało, a zimny wiatr trzepotał flagą wywieszoną na blankach niewielkiego kasztelu. Valyghar przysiadł obok zapatrzonego w horyzont Desturiussa. – Czego szukają twe oczy, panie? – Śmierci. – Myślisz, że właśnie stamtąd przybędzie? – Oby. – Dziwią mnie twoje słowa, panie. – Mnie już nie. Po czasie wszystko wydaje się nic niewarte. – Pamiętasz, panie, Garamora? – spytał Valyghar, zmieniając temat rozmowy. – Tego idiotę, co po wódce wyskoczył przez okno magowskiej wieży, bo myślał, że jest na parterze? – Tak. – Oczywiście, że pamiętam durnia. Kiepski koniec jak na paladyna. – Jego kuzynka kocha się w tobie od blisko stulecia, jeszcze jak byłeś żona… wybacz, nie chciałem cię dotknąć. – Nie dotknąłeś, to było tak dawno… Obaj zamilkli na kilka chwil. – Jak ma na imię ta desperatka? – Desturiuss przerwał ciszę. – Luna. – Ładne imię. – Ponoć imię nie dorównuje jej bajecznej urodzie. Może powinieneś o tym pomyśleć, panie? – Może…

Paweł „DarkAraghel” Rejdak

Prozaik tworzący głównie w nurcie fantasy. Laureat wielu prestiżowych, ogólnopolskich nagród literackich m.in. Nagrody Specjalnej Ministra Kultury (2011), Świętokrzyskiej Nagrody Kultury (2011). Zdobywca I miejsca na Literackiej Olimpiadzie QFant (2010). Debiutował na rynku w 2009 r. zbiorem opowiadań pt. „Oko Węża Opowieści z Borgaanu t. I”. Książka spotkała się z szerokim przyjęciem i aprobatą wielu czytelników, nie tylko tych gustujących w fantasy, co zaowocowało całkowitym wyczerpaniem kilkutysięcznego nakładu. Paweł Rejdak w swoich utworach ceniony jest przede wszystkim za doskonale zbudowane intrygi, barwne i bogate słownictwo oraz zaskakująco prowadzoną narrację i dynamikę utworu.

Paweł Rejdak


opowiadania

Marcin Knoppek Święto Pływów Ilustracje: Krzysztof Trzaska – Czemu posłali tam nas? – zastanawiał się na głos Ulrik Hayden, ostatni narybek Wydziału, obserwując przez okno krajobraz nocy. – Jaki możemy mieć z tym związek? Komisarz Jesper Dyrseth w skupieniu operował kierownicą. Nie chciał zgubić drogi. Zalewisko, przez które brnęli, było grząskie jak moczary, a pobocze wciąż lśniło od słonej wilgoci morza. Radiowóz podskakiwał na wyrwach, kamieniach oraz grudach błota, testując wytrzymałość felg i podwozia. Dyrseth nie przejmował się samochodem, ale nie chciał utknąć w mule ani tym bardziej na przylądku Forsvinnøy, gdy ocean ponownie upomni się o dolinę, zamykając za nimi drogę powrotną. Musiał jechać jednocześnie ostrożnie i szybko, co wymagało stałej koncentracji. – Co o tym myślisz, komisarzu? Czemu my? – nie zamykał buzi Hayden. Dyrseth uciszył podwładnego jednym spojrzeniem. Następnie przeniósł wzrok na horyzont, pokazując młodemu policjantowi majaczącą na ciemnym wzgórzu poświatę. – Mają w miasteczku prąd – stwierdził, mrużąc w kontemplacji oczy – więc to nie awaria. *** Gdyby zapytano mnie, czy jestem wyspiarzem, odpowiedziałbym: „Raz tak, raz nie”. Trudno w to uwierzyć, ale zdarza mi się zasypiać późnym wieczorem na stałym lądzie, a budzić się wcześnie rano na wyspie. Tej niezwykłej nocy zawsze szaleje sztorm lub odwilż, a bywa, że jedno i drugie. Morze zalewa wówczas wiecznie podmokłą dolinę Sørum, odcinając przylądek Forsvinnøy od reszty Norwegii. Półwysep staje się wyspą – przynajmniej do czasu, gdy poziom wody opadnie. Od przylądka swoją nazwę wzięło drobne miasteczko, spoczywające w jego głębi. Forsvinnøy to jedno z tych niedostępnych miejsc, do których trafić można wyłącznie przypadkiem lub z kimś, kto zna właściwą drogę. Na dodatek tylko wtedy, gdy fale oceanu nie przelewają się akurat przez dolinę Sørum, broniąc dostępu do serca skalistego cypla. Od strony Morza Norweskiego nie ma żadnego sposobu zejścia na ląd. Wysoka faleza obiega półwysep niczym kamienna fortyfikacja średniowiecznych twierdz i jedyna droga dla łodzi wiedzie przez wspomnianą, cyklicznie zalewaną dolinę. Wiąże się to jednak z ryzykiem zderzenia z podwodnymi skałami lub utknięcia na mieliźnie. Słowem, nie jest to miejsce przystępne dla turystów, o których – mówiąc delikatnie – mieszkańcy Forsvinnøy wcale nie zabiegają. Żyjemy w harmonii z żywiołem, który nas otacza i nieustannie wpływa na arytmiczny tryb funkcjonowania naszej mikrospołeczności. To kaprys wód decyduje o tym, kiedy możemy przekroczyć Sørum pieszo lub samochodem, a kiedy

Święto Pływów

niezbędna jest nam łódź. On też reguluje naszą rzeczywistość zawodową, kreśląc grafiki i przyznając urlopy. Nie narzekamy jednak. Ocean to w Forsvinnøy główny pracodawca. Dzięki niemu w okresie odpływów możemy założyć kalosze i całymi rodzinami wyjść na zalewisko, grzebiąc w błocie w poszukiwaniu bursztynów. A znajdujemy ich całe wiadra. Po powrocie do domów wszystkie znaleziska opłukujemy, segregujemy według rozmiarów, barw oraz ewentualnych inkluzji i sprzedajemy na wagę kupcom, którzy następnie rozwożą je gdzieś po Norwegii. Wystarczy dodać, że Sørum to również królestwo krabów, a pobliskie wody wręcz cierpią na przegęszczenie ryb, by stało się jasne, jak wiele zawdzięczamy naturze. Dzięki niej jesteśmy samowystarczalni, a nasza gospodarka kręci się niezależnie od toczących kraj chorób finansów publicznych. Ten stan rzeczy panuje tu, od kiedy tylko sięgają pamięcią najstarsi spośród nestorów Forsvinnøy. Nie oznacza to jednak, że nie idziemy z duchem czasu. Od wielu lat można oglądać ponad Sørum linie elektroenergetyczne przewodzące w otulinie chmur prąd do miasteczka. Mamy pub z kilkoma markami piwa, małą bibliotekę i dom kultury z projektorem kinowym. Uwspółcześniliśmy też podejście do tradycji. To chyba znak firmowy naszych czasów, że regionalne zwyczaje ulegają deprecjacji w imię postępującego globalizmu i nie inaczej ma się sprawa w Forsvinnøy. W całej Europie młodzi ludzie, przedstawiciele nieznanej dotąd światu generacji kosmopolitów, w obliczu gwałtownego skoku cywilizacyjnego uwalniają się spod jarzma narzuconych im w domach obyczajów i wierzeń. Wbrew temu, co się mówi, jest to podejście zdroworozsądkowe, rozumowe. To ich ojcowie i dziadkowie, stający w obronie tradycji, którą nauczyli się szanować i czcić, słuchają swoich serc. W końcu nie tak łatwo wymienić rodzime dziedzictwo na wypierającą je behawioralną papkę z odległych stron świata. Kultura masowa jest jak supermarket powstający w okolicy dotąd zdominowanej przez drobnych przedsiębiorców. Niektóre produkty się pokrywają, ale tylko sprzedawane w odpowiednio wielkiej masie są w stanie zadowolić wszystkich konsumentów. Tu wreszcie przechodzę do meritum. Dotychczas Forsvinnøy, uwarunkowane grymasami przyrody, utrzymywało paradoksalnie jednostajne tętno życia miejscowej ludności. Stale przygotowani na niespodzianki, nauczyliśmy się balansować na granicy krótkoterminowych planów i trzeźwej przezorności. Ostatnimi czasy jednak to społeczne ciśnienie raptownie wzrosło wraz z wystąpieniem kilku tajemniczych zdarzeń. Los chciał, że ja, z powołania historyk, potrafiłem spojrzeć na nie z właściwej perspektywy. Długo zajęło mi powiązanie ich z pewną starą, miejscową tradycją, ale gdy już na to wpadłem, wiedziałem, że muszę usiąść przy biurku i zacząć pisać… ***

57


opowiadania Radiowozy wjechały między dwa rzędy domów, w blask ulicznych latarni. Ciemna noc spowiła już ogrody i budynki, lecz w niektórych oknach wciąż broniło się przed mrokiem światło. Na chodnikach i jezdni nie było żywego ducha. Do uszu policjantów docierał jedynie odgłos rozbijających się na klifach fal. Od strony morza delikatnie dął rześki, przesycony jodem wiatr. Dyrseth rozglądał się uważnie, próbując wypatrzeć jakąkolwiek anomalię w małomiasteczkowej scenerii, jednak wszystko wyglądało zwyczajnie. Ot, układająca się do snu nadmorska mieścina. Żadnych śladów potencjalnej tragedii. Spokój i cisza. Dlaczego więc nie odbierali telefonów, myślał. Radiowozy zatrzymały się przy wjeździe na skrzyżowanie, na środku którego postawiony był biały samochód terenowy, blokując przejazd dla wszystkich czterech kierunków jazdy. – Wysiadamy – zakomenderował Dyrseth, gasząc silnik. – Co za palant tak zaparkował? – Hayden nie przepuścił okazji, żeby coś powiedzieć. Nie doczekał się od szefa odpowiedzi. Opuścili radiowóz i poczekali, aż Ness i Malmberg wysiądą ze swojego. Na ich zmęczonych twarzach wypisane było pytanie: „Co my tu właściwie robimy?”. Dyrseth jeszcze nie potrafił na nie odpowiedzieć, więc poprowadził podwładnych do tarasującego krzyżówkę jeepa. – Ktoś się prosi o mandat – zagwizdał Hayden, badając wzrokiem tablicę rejestracyjną. – Jeśli po to tu jechaliśmy taki kawał, to się naprawdę wkurzę – syknął Erik Malmberg i potarł z zimna dłonie, a następnie wsunął je w tylne kieszenie mundurowych spodni. – Was naprawdę nie dziwi, że ktoś zostawił swoje auto na środku skrzyżowania, czy tylko udajecie idiotów? – spytał protekcjonalnie Dyrseth, zaglądając przez szybę do środka samochodu. Następnie bez wahania otworzył drzwi kierowcy i wpełzł do kabiny, by chwilę później wynurzyć się z niej z kluczykami w ręce. – Jak myślicie, panowie… – kontynuował z nutą ironii w głosie – komuś się tak bardzo chciało szczać, że zaparkował auto byle gdzie, zostawiając w stacyjce klucze, czy też może coś tu cholernie śmierdzi? – Śmierdzi – stwierdził krótko Jørgen Ness, manipulując nerwowo palcami. Dyrseth skinął głową w podzięce za rzeczową odpowiedź. – Zanim zaczniemy budzić mieszkańców i wypytywać o brak kontaktu z nimi w czasie ostatniego przypływu, proponuję odnaleźć posterunek. Powiedziano mi, że ktoś powinien tam siedzieć. Powinien, bo też nie odbiera. Jakieś inne sugestie? Trzech młodszych policjantów pokręciło głowami. – Komisarzu… – odezwał się po chwili Ness. – Może powinienem był powiedzieć o tym wcześniej, ale jakoś tak nie było okazji… – Nieważne, mów. – Bo ja tu już kiedyś byłem. Kilka razy. Przyjeżdżałem do nieżyjącej od paru lat babci. Niewiele pamiętam z tego czasu, ale może się na coś przydam. Dyrseth spojrzał w niewinne, jakże charakterystyczne dla początkujących policjantów oczy. Wyczytał z nich stres, a nawet niepokój. Zastanowił się, czy to syndrom pierwszej poważnej akcji, czy efekt nazbyt wybujałej wyobraźni. Nietrudno jest dać się ponieść fantazji, gdy przemierza się nocą malutkie, niedostępne miasteczko, do którego od kilku dni nie można się dodzwonić.

58

– Dobrze, że mówisz. Możesz się przydać od razu, jeżeli powiesz nam, gdzie jest posterunek policji. Ness wzruszył ramionami. – Niestety nie pamiętam. Byłem mały, jak tu przyjeżdżałem. Ale raczej łatwo znajdziemy. To skrzyżowanie to pępek miasteczka, odchodzą od niego cztery główne drogi. Jestem pewien, że przy którejś z nich jest posterunek, bo raczej nie mieści się on w żadnym zaułku. Wystarczy więc sprawdzić te cztery odnogi. Tak myślę. – Dobrze kombinujesz – pochwalił go Dyrseth. – Tak zrobimy, chłopcy. Każdy z nas pójdzie jedną z dróg. Jak znajdzie posterunek albo trafi na jakiegoś sensownego mieszkańca, to niech włączy stroboskop. Wtedy wszyscy wracamy do radiowozów i działamy. Wszystko jasne? Policjanci pokiwali głowami. Spodobało mu się ich profesjonalne zachowanie, choć doskonale wyczuwał kiełkującą w niezahartowanych sercach niepewność. Jego też dręczył niepokój, bo sprawa była co najmniej dziwna, ale czuł, że nieodebrane połączenia da się jakoś racjonalnie i w prosty sposób wytłumaczyć. Zagadkę tę mogli rozwiązać bardzo szybko, budząc i przesłuchując mieszkańców pierwszego lepszego domu, ale nie było to zgodne z literą prawa. Poza tym Dyrseth chciał czegoś nauczyć swoich podwładnych, a druga tego typu sytuacja mogła się szybko nie powtórzyć. – Świetnie – mruknął zadowolony. – No to słuchajcie. Ja pójdę ulicą na zachód, na wybrzeże. Ness bierze północ, a Malmberg południe. Hayden idzie na wschód. – Wschód?! – zaprotestował policjant. – Przecież stamtąd przyjechaliśmy! Nie było tam żadnego posterunku! Dyrseth kolejny raz tego dnia go zignorował, kierując się do zachodniej przecznicy. Szedł żwawo pod wiatr wiejący od morza. Po przejściu kilku kroków uśmiechnął się, wyobrażając sobie irytację na twarzy Haydena. Nie zamierzał uczyć go niczego pożytecznego, dopóki nie wyrobi w nim nawyku zachowywania przynajmniej niektórych myśli dla siebie. Sierp księżyca przysłoniły chmury, a oddalających się od siebie umundurowanych mężczyzn dosięgły cienie. *** Wszystko zaczęło się od serii zaginięć. Najpierw stary, cierpiący na schizofrenię flisak, który kiedyś przeprawiał ludzi przez dolinę Sørum, zniknął nocą ze swojego domu. Trzy dni później wdowa po słynnym w okolicy kapitanie szkunera zaginęła na wybrzeżu, dokąd udawała się każdego dnia wspominać zabranego przez fale męża. Wreszcie z upływem kolejnych trzech dni dwunastoletni chłopiec, uczęszczający do szkoły w jednym z pobliskich miast, nie wrócił do domu na obiad. Co ciekawe, tego popołudnia został podwieziony do Forsvinnøy przez rodziców kolegi z klasy. Wystarczyło, żeby dzieciak przeszedł trzysta metrów, aby znaleźć się w bezpiecznym mieszkaniu, lecz nigdy do niego nie dotarł. Ten nieszczęsny tydzień musiał wstrząsnąć fundamentami naszej świątyni spokoju, tego cichego zakątku świata, w którym nigdy nic się nie działo. W sprawie zaginięć pojawiło się natychmiast mnóstwo rozmaitych teorii i zdawać by się mogło, że każdy mieszkaniec miasteczka ma na ten temat odrębne zdanie. Najczęściej padającym słowem było jednak: „porwanie”. Tyle że o ile nietrudno racjonalnie wytłumaczyć uprowadzenie dwunastolatka, o tyle porwanie emeryta i ubogiej wdowy budziło zasadne wątpliwości. Podejrzewam więc,

Marcin Knoppek


opowiadania

Święto Pływów

59


opowiadania że po przemyśleniu sprawy zwolennikom koncepcji porwań musiała w pewnej chwili w głowach zacząć migotać czerwona lampka z napisem: „morderstwo”. O takiej ewentualności nie mówiło się jednak głośno. Dotąd nie staliśmy przed obliczem nawet w połowie tak tragicznych zdarzeń. Seryjny morderca grasujący w Forsvinnøy nie tylko podeptałby nasze poczucie bezpieczeństwa, ale także sprofanowałby nasze beztroskie podejście do życia, wolne od dotychczas nierealnych problemów zewnętrznego świata. Zamiast koncepcji mordercy niektórzy z mieszkańców forsowali zatem teorię samobójstw – poprzez skok z klifu do morza – która po pierwszym czy nawet drugim zaginięciu wydawała się prawdopodobna, ale w obliczu targnięć się na swoje życie przez trzy różne osoby brzmiała zupełnie nieprzekonywująco. Większość mieszkańców opowiedziało się natomiast za tym, że wszystkie te zniknięcia to zrządzenie losu w postaci potwornego zbiegu nieszczęśliwych wypadków, wskutek których trzy ciała spoczęły gdzieś w odmętach Morza Norweskiego. Było to zupełnie nieprawdopodobne, ale nie przeszkadzało kilku osobom – które podchwyciły koncepcję zbiegu okoliczności – podnieść teorii o ucieczce zaginionej trójki z miasta. Pojawiły się nawet głosy, że wdowa mogła zakochać się ze wzajemnością w o trzydzieści lat starszym flisaku albo o trzydzieści lat młodszym uczniu szkoły podstawowej i uciec z którymś z nich w nieznane, ale na dowodzenie absurdalności tego pomysłu wręcz szkoda mi papieru. Ja wiedziałem jedno. Nikt z zaginionych nie uciekł z Forsvinnøy, bo stąd nie można uciec. Nie, jeśli tu się urodziło lub zakosztowało dobrodziejstw tutejszej przyrody. Ktoś powie, że to pyszałkowate gadanie zapatrzonego w swoją ojcowiznę zarozumialca, ale ja nie staram się panegiryzować, wychwalając pod niebiosa walory estetyczne Forsvinnøy. Nie mówi się o tym i nikt z miejscowych się do tego nie przyzna, ale prawda jest taka, że półwysep, na którym żyjemy, to więzienie, a nasze ciała to cele. My nie możemy opuścić tego miejsca, choćbyśmy pragnęli stąd uciec najbardziej na świecie, bo tych murów żaden podkop nie pokona. Nie jesteśmy skazani z natury prawa, lecz prawem natury, którego celem nie jest sprawiedliwość, ale równowaga. W tym przypadku równowaga między błogosławieństwem obfitej i przekleństwem bezwzględnej przyrody. Żaden naukowiec tego nie zbadał i już pewnie nie zbada. O niewidzialnej smyczy, która trzyma mnie przywiązanym do surowych skał Forsvinnøy, przekonałem się na własnej skórze. Jak już wcześniej wspomniałem, jestem z powołania historykiem. Historia, szczególnie Norwegii, interesowała mnie od dziecka tak bardzo, że pomimo polityki burmistrza Fjelstada, a potem Holta, promującej wizję miasteczka jako jednej, nierozłącznej rodziny, postanowiłem wyjechać na studia do Oslo lub Bergen. Nie spodziewałem się, że moje plany spotkają się z tak daleko idącym zbiorowym potępieniem ze strony wszystkich starszych mieszkańców Forsvinnøy, włączając w to moich rodziców i dziadków. Już wtedy wyczułem, że coś jest nie tak, bo z podobnie solidarną i stanowczą reakcją całego miasteczka nie miałem do czynienia nawet wtedy, gdy brutalnie odrzuciłem zaloty rówieśniczki imieniem Kiki. W czym rzecz zrozumiałem dopiero wtedy, gdy nie ugiąłem się pod naporem wyzwisk pokroju „niewdzięcznika” czy „zdrajcy” i nie odstąpiłem od planów wyjazdu na studia historyczne. Ton głosu Forsvinnøy gwałtownie się wówczas zmienił. Wszyscy wciąż mnie ostrzegali, ale – ku memu zaskoczeniu – byli mili i troskliwi. Twierdzili, że się rozczaruję, że prędko wrócę. Że zrozumiem, dlaczego nikt stąd nie wyjeżdża i nie spodoba mi się to.

60

Rzeczywiście. Po dwóch tygodniach mieszkania na przedmieściach Bergen zacząłem źle się czuć. Cierpiałem na permanentną biegunkę, wymiotowałem co dwa, trzy dni. Oczy boleśnie mnie piekły, a nocami trawiła mnie gorączka. Żadne leki nie pomagały. Dopiero gdy pojechałem do Forsvinnøy, żeby spotkać się z rodziną, wszystkie objawy nagle ustały. Sądziłem, że to siła przyzwyczajenia do rodzimego klimatu i pewnie miałem sporo racji, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak wielka to siła. Po powrocie do Bergen już pierwszego dnia wszystko zaczęło się od początku. Uwielbiałem te studia, ale nie mogłem tam zostać. Czułem się coraz gorzej. Musiałem wrócić do jedynego miejsca, gdzie moje ciało nie protestowało, nie wydzierało mi zdrowia jak szkodnik, który zamieszkał gdzieś głęboko pod skórą. Zrozumiałem, że miejsce moich narodzin nie jest – jak wcześniej sądziłem – cudowną krainą obfitości, bezdennym dzbanem, z którego można bez umiaru czerpać wonny miód. Nawet Matka Natura nie jest bezinteresowna. Za wszystko przychodzi nam płacić… *** Wąskie strugi latarnianego światła rozpływały się po asfalcie, zalewając odcinki rynsztoku i jezdni. Większa część ulicy, jak również brukowany chodnik tonęły w mroku. Pojedyncze konary drzew, obwiedzionych ozdobnym płotkiem, stękały chrzęstliwie, gnąc się pod naporem morskiej bryzy. Im bliżej wybrzeża rosły, tym mocniej szarpały gałęziami. Odgłosy odwiecznych zmagań fal i skał przybierały na sile. Dyrseth szedł środkiem ulicy, chłonąc świeże, wilgotne powietrze. Rozglądał się bacznie, by nie przeoczyć posterunku policji, który w tak małej mieścinie mógł wizualnie odbiegać od standardów krajowych. Myślał nad zadaniem. Nie tylko Haydena zastanawiało, dlaczego przydzielono je akurat ich wydziałowi. Zajmowali się zaginionymi ludźmi i owszem, słyszeli, że niedawno w Forsvinnøy parę osób „rozpłynęło się w powietrzu”. Nie oznaczało to jednak, że za nieodebranymi połączeniami stało zaginięcie kolejnych stu osób. Brzmiało to co najmniej irracjonalnie. Sprawa była nagląca i komendant słusznie uczynił, nie zwlekając z nią ani chwili, ale powinien był wysłać do miasteczka zwykłych funkcjonariuszy, żeby sprawdzili doniesienia. Po co od razu angażować jednostkę specjalną? Oprócz zaparkowanego na środku skrzyżowania jeepa, Forsvinnøy nie różniło się niczym od innych sobie podobnych mieścin. Na końcu ulicy, na granicy blasku rzadko rozstawionych latarni, majaczyła ludzka sylwetka. Dyrseth zmrużył powieki, by jej się przyjrzeć, lecz stała zbyt daleko. Nie chcąc stracić okazji do rozmowy z kimś miejscowym, zerwał się do biegu. Próbował nie spuścić postaci z oczu. W połowie drogi skonstatował, że sylwetka należała do kobiety. Długa suknia spływała po jej smukłym ciele, a ciemne kosmyki włosów opadały na ramiona. Tkwiła w bezruchu z rozłożonymi na boki rękoma i spoglądała w stronę nadbiegającego mężczyzny. – Proszę się nie bać! – zawołał, zwalniając kroku. – Nazywam się Jesper Dyrseth! Jestem komisarzem policji! Chciałem zadać… pani… kilka… Serce na moment zamarło mu w piersi. Zatrzymał się. Sowimi źrenicami wpatrywał się w nieludzką, lecz okrutnie podobną do człowieka kukłę, przytwierdzoną drutem do szczytu klifu. Na namokłe, skaliste podłoże szeroką połą

Marcin Knoppek


opowiadania opadała jej długa, granatowa suknia. Wiatr dawno już ją podarł, zamieniając w trzepocącą niczym zużyta chorągiew szmatę. Sękate ręce kukły rozstawione były szeroko w groteskowo serdecznym geście, a jej oślizgłe jak wodorosty włosy lepiły się do pozbawionej rysów, wełnianej twarzy. Czarne, rybie oczy patrzyły się przenikliwie. *** Człowiek podobno nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest spięty, dopóki wprawione, zręczne dłonie masażystki nie tkną jego karku. Ze mną było tak samo, tylko bez cienia przyjemności, gdy po osiemnastu latach mojego życia jakaś pierwotna siła pociągnęła mnie nagle za wspomnianą niewidzialną smycz. Smycz przy obroży, którą – jak się wówczas okazało – nosiłem na karku, od kiedy byłem małym chłopcem. To było niepojęte uczucie, odkryć kraty w oknach własnego domu. Z początku źle to znosiłem, na granicy wściekłości, rozpaczy, obłędu. Z czasem jednak udało mi się zmienić perspektywę i spojrzeć na tę osobliwą przecież niewolę przez pryzmat własnej pasji. Dla tego celu zrezygnowałem z szerokich zainteresowań historycznych, oddając się hobbistycznie dziejom Forsvinnøy i tajemniczemu piętnu tego półwyspu. Stało się to moją obsesją, której poświęciłem całe lata badań. W tym czasie wertowałem archiwalne gazety, czytałem doktoraty i artykuły naukowe, przeprowadzałem syntezę i analizę setek wydarzeń, przepytywałem najstarszych i śledziłem życie najmłodszych mieszkańców miasteczka. Dopiero jednak niedawno dopuściłem do siebie myśl, że to nie sama, w gruncie rzeczy bezmyślna, przyroda jest naszym dobroczyńcą i oprawcą. W mojej głowie wykrystalizowała się koncepcja szarej eminencji, świadomego bytu, który więzi nas w okowach natury. Wysnułem tę teorię w trakcie chaosu, wybuchłego po zniknięciu młodego Kima Gundersena, o czym pisałem już wcześniej. Nauczony, dzięki praktykowaniu swojej pasji, sztuki dedukcji, zestawiłem ze sobą dwa najgłośniejsze tematy dyskusji społecznej ostatnich dni. Pierwszy temat dotyczył oczywiście trzech zagadkowych zaginięć, drugi jednak był ściśle związany z miejscową tradycją. Od niepamiętnych już czasów na kartach historii Forsvinnøy pojawia się przy wielu okazjach tajemnicze imię – Mærine. Widnieje ono w kronikach, pamiętnikach, listach, ale także w dokumentach handlowych czy pismach urzędowych. Fragmenty te w oczach niewtajemniczonych byłyby prawdopodobnie traktowane w kategoriach swoistego żargonu, oscylującego wokół bogactwa naturalnego okolic. Jedynie tutejsi rozumieją wagę tych sformułowań, chociaż niechętnie opowiadają o tym obcym. O Mærine nie przeczyta się również w Internecie ani nawet w kompletnym przewodniku po tym rejonie Norwegii. To nasza lokalna bohaterka i do niedawna traktowaliśmy ją jako coś więcej niż tylko symbol obfitości. Legenda głosi, że kilkaset lat temu Forsvinnøy nie było lądem łatwym do okiełznania. Morze poczynało sobie śmielej, a mieszkańcy wioski, która leżała w miejscu dzisiejszego miasteczka, co dzień walczyli z żywiołem o przetrwanie. Któregoś dnia molochy fal rozrosły się do takich rozmiarów, że cała osada stanęła przed obliczem zagłady. Trwający w duchu pogańskim mieszkańcy twierdzili, że to sam Ægir, bógolbrzym z podwodnego królestwa, kara ich za niewdzięczność. Zesłał im przecież nieprzeliczone morskie dary, za które nie otrzymał w podzięce zupełnie nic. Postanowiono więc oddać

Święto Pływów

mu najpiękniejszą spośród miejscowych niewiast, by ten mógł zabrać ją do swojego pałacu, leżącego na dnie oceanu. Miało to zmiękczyć serce olbrzyma, a co za tym idzie – uratować wioskę. Plan prosty, ale nie pozbawiony wad. Marit bowiem, bezkonkurencyjnie najpiękniejsza dziewczyna w Forsvinnøy, była zakochana. Nie potrafiła zdecydować między dobrem wioski a miłością. Przebiegli mieszkańcy postanowili więc jej trochę pomóc i pod byle pretekstem zamknęli w turmie na wybrzeżu wybranka jej serca. By go uratować przed grożącym całej osadzie dzikim żywiołem, Marit dała się zamknąć w klatce i spuścić z klifu na linie w głąb morza. Gdy po tygodniu wyciągnięto z wody klatkę, po dziewczynie nie było ani śladu. Ocean tymczasem uspokoił się i widmo zalania nie dosięgło już więcej wioski. Przeciwnie, nastąpił prawdziwy wysyp owoców morza i bursztynów na skalę niespotykaną w tej części Skandynawii i stan ten trwa po dziś dzień. Tę hojność przypisuje się właśnie Mærine, bogince o rybich oczach i włosach miękkich jak wodorosty. Kim jest ta tajemnicza postać? Do końca nie wiadomo, gdyż po Forsvinnøy krąży kilka, bazujących na rodzinnych przekazach, wersji legendy, z których żadna nie musi być prawdziwa. Prawdę dawno przykrył bowiem pył stuleci. Jedna z wersji głosi, że Mærine to nie kto inny tylko Marit, przyjęta w pałacu Ægira i ogłoszona przez niego dziesiątą, choć przybraną córką. W miasteczku dominuje jednak przekonanie, że Mærine to córka Marit. Spór dotyczy natomiast tego, czy ojcem boginki był ukochany Marit, Orjan, czy sam władca podwodnego królestwa, Ægir. Zwolennicy pierwszej teorii twierdzą, że Marit przed spuszczeniem w klatce do morza była w zaawansowanej ciąży i błagała o jeszcze dzień zwłoki, by mogła urodzić i tym samym uratować swoje dziecko. Mieszkańcy nie pozwolili na to i dziewczyna wydała na świat potomkinię już pod wodą. Mówi się, że w każdej baśni jest ziarno prawdy. Jako historyk muszę przyznać, że wierzę w tę opowieść. Nie w olbrzyma, zasiadającego na tronie z morskich skorupiaków, ale w tragedię dziewczyny, która poświęcona została morzu. Wierzę, że furia natury zmusiła mieszkańców wioski do ostateczności – składania swoim bogom ofiar. Wybrano więc młodą, piękną dziewczynę i utopiono w imię wyższych racji. Czy była w ciąży? Dotąd myślałem, że stąd właśnie wzięła się historia Mærine jako dziecka morskich odmętów i symbolu poświęcenia jednostki dla ogółu. Zmieniłem zdanie. Dziś wiem, że Mærine naprawdę istnieje. Jest częścią półwyspu i otaczającego go morza – nie jako personifikacja naszego dobrobytu, ale jako forma życia. Zaczynam nawet wierzyć opowieściom różnych osób, które rzekomo widziały ją wśród fal. Uważam, że obecność dysponującej świadomością istoty, którą przez setki lat udało się ująć w wyobrażeniu Mærine, tłumaczy wszystkie zagadkowe zjawiska w Forsvinnøy i wkrótce postaram się to udowodnić. To nawet nie jest nieracjonalne. Głębiny mórz i oceanów nie zostały przez naukowców prawie w ogóle przebadane, skąd więc mamy czerpać wiedzę o tajemnicach w nich skrywanych? Z postacią Mærine ściśle związana jest miejscowa tradycja. Kiedyś, na długo przed luterańską nawałnicą, mieszkali tu sami poganie. To oni złożyli swojemu bóstwu w ofierze Marit i oni co roku o tej samej porze składali mu kolejną ofiarę – już nie z człowieka, lecz z kozy, mimo że sam obrządek wyglądał niemal identycznie. Z czasem religijny rytuał przerodził się w zwyczaj, o którego korzeniach mało kto pamiętał. Ja też dowiedziałem się o tym dzięki zamiłowaniu do historii,

61


opowiadania

62

Marcin Knoppek


opowiadania a nie od dziadków czy rodziców, którzy nie mieli na ten temat pojęcia. Ważne w tym wszystkim jest to, o czym pisałem na samym początku. We współczesnym świecie tradycja to relikt przeszłości, której nikt nawet nie stara się pamiętać, zaś kasta niepostępowych konserwatystów to już wymierający gatunek. Właśnie to był – obok zaginięć – drugi najgłośniejszy temat dyskusji społecznej ostatnich dni. Nowy burmistrz, Sven Graham, to typ reformatora, który za wszelką cenę dąży do tego, by przyszłe pokolenia wiązały z jego nazwiskiem wszelkie epokowe przemiany na półwyspie. Wystartował nieźle. To jemu zawdzięczamy choćby dom kultury z projektorem kinowym. Jest też ojcem lokalnego recyklingu. Jednakże jako skrajny postępowiec, hołdujący ideom odcięcia się przez Norwegów od barbarzyńskich korzeni, Graham walczy ze starymi tradycjami w Forsvinnøy. Tydzień temu, po raz pierwszy od setek lat, nie obchodziliśmy przez niego Święta Pływów, podczas którego zwykliśmy oddawać Mærine kozę jako wyraz naszej wdzięczności za hojne morskie dary. Podobno obrządek ten wykształcił się w rok po pamiętnym poświęceniu Marit, tak na wszelki wypadek, by nie dopuścić do ponownej manifestacji gniewu Ægira. Mimo że z czasem rytuał religijny przekształcił się w symboliczny zwyczaj, esencja tej tradycji pozostała niezmienna. Zdrową kozę, zwykle młódkę, zamykało się w klatce i spuszczało do wody na dziesięć dni. Jeżeli po wyciągnięciu klatka była pusta, oznaczało to, że ofiara została przyjęta i zapowiadał się obfity rok. Jeżeli wyłowione zostały szczątki zwierzęcia, to przesąd nakazywał przygotować się na skromne połowy i potyczki z żywiołem. W praktyce zwykle wyciągaliśmy pustą klatkę, bo jej konstrukcja umożliwia prześlizgnięcie się przez kraty obgryzionej do kości kozy. Burmistrz Graham stwierdził, że to niehumanitarne topić żywe zwierzę i zlikwidował Święto Pływów, które, nawiasem mówiąc, jeszcze rok wcześniej hucznie obchodził. Wybuchła wrzawa, a miasteczko podzieliło się na dwa wrogie obozy. Sytuacja była bardzo napięta i kto wie, czy nie doszłoby do rękoczynów, gdyby nie zaginięcie starego Eidhagena, a potem dwóch kolejnych osób. Mnie również, początkowo zaciekle broniącego Święta Pływów, w pełni pochłonęły rozważania dotyczące znikających ludzi. Dopiero wczoraj skojarzyłem ze sobą obydwa wydarzenia. Przeanalizowałem wszystko i mam pewność – Mærine nas ostrzega. Przez setki lat, zawsze tego samego dnia roku i o tej samej porze, otrzymywała ofiarę. Czekała na nią i tym razem. Pierwsze zaginięcie nastąpiło dzień po zlikwidowanym Święcie Pływów. To było zarazem pierwsze ostrzeżenie. Do drugiego doszło czwartego dnia, a do trzeciego – moim zdaniem ostatniego – ostrzeżenia siódmego dnia od święta. Dzisiaj mija dziewiąty dzień. Jest godzina dwudziesta trzecia szesnaście. Jutro powinna zostać wyciągnięta klatka z wody. Sęk w tym, że nie została do niej w ogóle spuszczona, nie poświęcono też żadnej kozy. To właśnie dlatego jutro wydarzy się coś strasznego. Cały dzisiejszy dzień próbowałem przestrzec przed tym ludzi i przekonać ich do mojego odkrycia. Na próżno. Współczesny człowiek na dobre opuścił krainę wierzeń w siły nadprzyrodzone czy po prostu zjawiska nieznane nauce. Czego nie widzi, tego nie uznaje. Nawet jeśli czuje na sobie oddech niepojętych bytów. Na szczęście nie rozebrano jeszcze dźwigu. Jutro pójdę kupić kozę i złożę ją w ofierze Mærine. Kimkolwiek by ona nie była. ***

Święto Pływów

Dyrsethowi udało się wreszcie oderwać wzrok od kukły i spojrzeć w dół klifu. Nie dostrzegł tam jednak nic oprócz kotłującej się u podnóża skał białej piany. Morze i niebo skąpały nocne czernie, a prześwitujące przez chmury i odbijające się na powierzchni wody gwiazdy niczym błędne ogniki zwodziły wzrok, by po chwili bezpowrotnie zgasnąć. Dyrseth zadrżał i odsunął się od krawędzi falezy. Czytał, że każdy w mniejszym lub większym stopniu ma lęk wysokości. Należał do tej drugiej grupy, od kiedy sięgał pamięcią. Rozejrzał się po ulicy. Z tej perspektywy w oczy od razu rzuciły mu się zakratowane okna wznoszącego się nad samym klifem budynku. Na ścianie obok drzwi tkwiła pordzewiała tablica z napisem: „POLICJA”. Ledwo zdążył postawić krok, a do jego uszu dotarło ciche, urywane rzężenie, które natychmiast przyprawiło go o gęsią skórkę. Chciał zlokalizować jego źródło, lecz dźwięk ginął pośród odgłosów miotających się na morzu fal. Wydawało mu się jednak, że dobiegał gdzieś od strony posterunku. W tym momencie w oddali rozbłysły czerwone i niebieskie koguty któregoś z zaparkowanych w mroku radiowozów. Dyrseth momentalnie zapomniał o tajemniczym rzężeniu i skierował się w stronę skrzyżowania. Jeden z jego podwładnych musiał spotkać jakiegoś mieszkańca Forsvinnøy, więc warto było wykorzystać sposobność i uzyskać odpowiedzi na wszystkie dręczące ich pytania. Już z daleka zobaczył, że ktoś wychodzi mu naprzeciw. To był Malmberg. Poznał go po tęgiej budowie ciała i niezgrabnym chodzie. – Szefie! Szybko! – wołał tamten rozemocjonowany. – Co jest?! – Tam jest trup! Jakaś kobieta nie żyje! Serce Dyrsetha zaczęło nagle bić jak szalone. – Jak to?! – spytał niedowierzająco, docierając do podkomendnego. – Gdzie?! – Poprowadzę… – Malmberg był przerażony. – Wygląda strasznie… Jakby czołgała się we krwi… Pobiegli na południe, przecinając rozświetlone przez stroboskop skrzyżowanie. Nie zamienili w tym czasie ani słowa – obaj byli w szoku. W oddali, pod jednym z domostw, kręcił się nerwowo Hayden. Mruczał coś pod nosem, włócząc nogami wzdłuż muru. Na ziemi, tuż przed wejściem na posesję, leżało ciało. Obijała się o nie metalowa, kołysana wiatrem furtka. – Nnie żyje, komisarzu… – zdołał wybełkotać Hayden, gdy zauważył przełożonego. – Widzę. Dyrseth podszedł do leżącej na brzuchu denatki i przykucnął. Próbował zachować profesjonalizm, chociaż z trudem powstrzymywał drżenie kolan i szczękanie zębów. Pokiereszowane ciało należało do starszej kobiety o rzadkich, siwych włosach, okręcających się wokół jej szyi. Dłonie, łokcie oraz nogi kobiety były zdarte do krwi, której zaschnięte smugi ciągnęły się przez ogród aż po drzwi budynku. – Czołgała się… – stwierdził Malmberg, z trudem łapiąc oddech. – Posuwała się naprzód na łokciach. Nogi wlokła za sobą. Stąd tyle krwi, obdarła je ze skóry. Tylko dlaczego? – Nie to mnie martwi – powiedział Dyrseth, wpatrując się w profil wciśniętej w bruk twarzy kobiety. – Tylko? – Ona nie żyje od kilku dni. Zapadła cisza, permanentnie mącona szumem okalającego półwysep morza. Mrużąc powieki, Dyrseth spoglądał

63


opowiadania w okna sąsiednich domów. W wielu z nich paliło się światło. Zrozumiał, co go niepokoiło, od kiedy tylko tu przyjechał. Było późno, a mimo to tutejsi wciąż nie kwapili się, by pójść spać. O tej porze nawet całe dzielnice dużych metropolii rozpływają się w ciemności, lecz z jakiegoś powodu nie to miasteczko. – Co robimy?! – pierwszy odezwał się Hayden, wystraszony jak szczeniak, którego zabrano matce. Kolejny raz tego dnia, choć tym razem bez premedytacji, Dyrseth zignorował podwładnego i szybkim krokiem udał się do radiowozu. Młodsi policjanci ruszyli w ślad za nim. Gdy dotarł do samochodu, mieniącego się niebieskoczerwonym blaskiem, wydobył z bagażnika megafon, który w tym wydziale policji należał do standardowego wyposażenia większości radiowozów i przyłożył go do ust. Skierował tubę głośnika w stronę najbliższych zabudowań. – UWAGA, MIESZKAŃCY FORSVINNØY – usłyszał swój głos o zwielokrotnionej sile. – NAZYWAM SIĘ JESPER DYRSETH I JESTEM KOMISARZEM POLICJI. PROSZĘ O NATYCHMIASTOWE OPUSZCZENIE SWOICH DOMOSTW. NIESUBORDYNACJA BĘDZIE KARANA. POWTARZAM, PROSZĘ OPUŚCIĆ DOMOSTWA I WYJŚĆ NA ULICĘ. NIESUBORDYNACJA BĘDZIE KARANA. Odłożył megafon i z nerwicowym kłuciem w żołądku przeskakiwał wzrokiem od drzwi do drzwi okolicznych budynków. Malmberg oraz Hayden patrzyli na niego podejrzliwie, ale bez słowa wyczekiwali razem z nim pierwszej osoby, która opuści swój dom – w papciach na gołych stopach i kurtce zarzuconej na przewiewną piżamę. Nie doczekali się nikogo. Minęło kilka minut, lecz ulica pozostała pusta. Dyrseth zacisnął pięści, próbując stłumić napływające emocje. Rozejrzał się. – Gdzie jest Ness? – spytał stanowczo. – Miał iść na północ… – przypomniał nieobecny duchem Hayden, wciąż wypatrujący ludzi. – Szukajcie go – polecił Dyrseth i wsiadł do radiowozu. Odpalił silnik i ruszył ostro na zachód. Na horyzoncie ponownie ujrzał upiorną kukłę, która wyglądała tak, jakby ledwo co wyszła z morza i wspięła się na klif. Zaparkował tuż przed nią, unikając spojrzenia jej rybich, bezdusznych ślepi. Opuścił radiowóz i pobiegł prosto na posterunek policji. Drzwi były otwarte. Wewnątrz panował półmrok. Na biurku jarzyła się jedynie pojedyncza lampa, obok której rozłożona była gazeta. Stał tam też telefon, którego Dyrseth poszukiwał, lecz co innego przykuło jego uwagę. W ciemnej części pomieszczenia tkwiły w ścianie pionowe kraty celi, na których swój ciężar ciała opierał uwięziony po drugiej stronie mężczyzna. – Halo? – zagaił do więźnia, podchodząc ostrożnie. Niemal natychmiast zrozumiał, że odezwał się na próżno. Nieznajomy klęczał na podłodze, trzymając kurczowo kraty w bladych jak kreda dłoniach. Jego wciśnięta między stalowe pręty twarz zamieniła się w krwawą miazgę, na której ledwo dało się wypatrzeć oczy i usta. Wyglądała tak, jakby więzień za wszelką cenę próbował przecisnąć ją między kratami. Dyrseth odwrócił z niesmakiem wzrok i wtedy na pryczy w głębi celi rzuciły mu się w oczy ręcznie zapisane kartki papieru. Bez dłuższego namysłu wrócił do biurka tutejszego stróża prawa i poszukał właściwego klucza. Znalazł go w szufladzie, dokładnie tak jak przypuszczał. Policjanci są wszędzie tacy sami, pomyślał i otworzył celę, pozwalając nieżyjącemu więźniowi opaść na zaschniętą kałużę własnej krwi. Następnie zebrał z podłogi zapiski,

64

włączył przytroczoną do munduru latarkę i zagłębił się w lekturze, mając nadzieję, że pozwoli mu ona zrozumieć, co wydarzyło się w miasteczku. *** Dorwali mnie, a było tak blisko! Któryś z wiernych psów Grahama musiał pognać do tej tępej kupy mięcha, pseudoszeryfa Knudsena, który nie zawahał się mnie zapuszkować do czasu wyjaśnienia sprawy. Zabawne, że wystarczy wykreślić z kalendarza święto, by nagle przypomnieć sobie paragraf o znęcaniu się nad zwierzętami. Widocznie żywe tradycje serwują immunitety na poszczególne rodzaje przestępstw. Wszystko stracone. Knudsen nie chce mnie wysłuchać, wyśmiewa moje obawy. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, choć podejrzewam, że w chwili naszej śmierci obaj usłyszymy tylko rechot mew. Już blisko, czuję to. Za chwilę rozlegnie się wołanie. To samo, które usłyszało przed śmiercią troje zaginionych. Usłyszą je wszyscy nieszczęśnicy, którzy na swoją zgubę kosztowali w Forsvinnøy dobrodziejstw przyrody. Wszyscy poczują ciężar kajdan, z którymi żyli i które pociągną ich na samo dno oceanu. Nasze ciała nie należą do nas, lecz do Mærine. Posłuchają jej, nie nas. A ona, głodna ofiary morska bogini, wezwie nas do siebie. Nie odczytaliśmy ostrzeżeń, zaślepieni wizją nowoczesnej Norwegii, wolnej od obyczajowych reliktów przeszłości. Jak już wcześniej pisałem, za wszystko przychodzi nam płacić. Za ignorancję także. To będzie nieludzki głos, przypominający szum morza lub świst wiatru. Zapragniemy pójść za nim jak marynarze wodzeni przez syreni śpiew. Nasze ciała odpowiedzą na zew, kierując nas na wybrzeże. Będziemy rzucać się z klifu w objęcia fal, niczym kochankowie zabijający się z miłości do pani naszych serc. Jedni z nas roztrzaskają się o fale, inni uduszą się w lodowatych odmętach oceanu. Co czeka mnie, skoro nie mogę stąd wyjść? Co z małą Heidi Øigarden, która nie potrafi samodzielnie opuścić kołyski? Co ze starą Idą Skoller, która jest sparaliżowana od pasa w dół? Być może przetrwamy, by umrzeć kilka dni później z pragnienia i głodu. A może ktoś zdąży *** – A może ktoś zdąży – mruknął pod nosem Dyrseth, odrzucając kartki na nieposłaną prycz. Przypomniał sobie rzężenie, które usłyszał, gdy po raz pierwszy zawędrował w okolice posterunku. Czy to możliwe, że wtedy autor notatek jeszcze żył? Podszedł do okna i przez zardzewiałe kraty spojrzał na klif, za krawędzią którego ziała lodowata ciemność. Myślał o tym wszystkim, co przed chwilą przeczytał, a bryza muskała jego kędzierzawe włosy. W zasięgu jego wzroku pojawił się ludzki kształt, zmierzający powoli w stronę morza. Dyrseth potrzebował tylko chwili, by się przyjrzeć. – Hej, Ness! – zawołał przez okno, starając się przekrzyczeć świst wiatru. – Ness! Słyszysz mnie?! Nie słyszy, odpowiedział sobie w myślach. Opuścił celę, a następnie więzienie i podążył za młodym policjantem. – Gdzie leziesz, Ness?! – pytał Dyrseth. Na próżno. Nie doczekał się żadnej reakcji podwładnego, który równym krokiem pokonywał ostatnie metry dzielące go od klifu.

Marcin Knoppek


opowiadania Usłyszą je wszyscy nieszczęśnicy, którzy na swoją zgubę kosztowali w Forsvinnøy dobrodziejstw przyrody. Dyrseth zadrżał ze strachu. Chłopak wspominał, że odwiedzał na przylądku babcię. – Zatrzymaj się, Ness! Rozkazuję ci, do cholery! Z braku jakiejkolwiek odpowiedzi czterdziestoośmioletni komisarz wystrzelił jak rakieta, wyprzedzając podwładnego i zastawiając mu drogę. Dopiero wówczas ujrzał załzawione, jakby przepełnione tęsknotą oczy Nessa, wpatrzone w jakiś odległy punkt na smoliście czarnym morzu. – Ocknij się! – wrzasnął Dyrseth, rozkładając szeroko ręce. – Tam nic nie ma! Zabijesz się! Słyszysz mnie?! Zderzyli się. Młody policjant parł naprzód, nie dając po sobie poznać, że dotarły do niego jakiekolwiek słowa. Komisarz stęknął z wysiłku i spróbował przepchnąć podwładnego z dala od krawędzi klifu. Chwilę później obaj leżeli już na kamienistej ziemi, siłując się jak na policyjnych szkoleniach. Ness był wyraźnie silniejszy i wydawał się nie znać zmęczenia. Dyrseth musiał podjąć ryzyko. Marnując bezcenne ułamki sekund, wydobył spod paska kajdanki i pierwszą obręcz zdołał zapiąć na swoim nadgarstku. Zabrakło mu milimetrów, by skuć się razem z podwładnym. Jørgen Ness rzucił się w przepaść, na której dnie czekały na niego ostre garby skał. Pierwsza fala porwała go w objęcia morza. Dyrseth ryknął z wściekłości i krzyczał tak długo, aż nie opadł z sił. Wtedy, ciężko dysząc, stanął na skraju klifu i zapatrzył się w wodę. Bryza szeptała mu do ucha głosem pożądania, a fala rozdzierała się fałdami granatowego płaszcza. Czuł na sobie wzrok setek morskich stworzeń. Wzrok pusty, nieludzki i głodny.

Marcin Knoppek

Urodzony w 1990 roku. Pisarz, poeta, muzyk. Studiuje prawo na UAM. Od 2010 publikuje wiersze w poznańskich „Dialogach poetyckich”. W ostatnich latach tworzy głównie prozę, pozostając wierny takim gatunkom jak horror, thriller i weird fiction. Laureat wielu konkursów literackich. Jego pisarskimi autorytetami są Stanisław Lem oraz Stephen King.

65


opowiadania

Piotr Adamczyk Władca motyli Ilustracja: Arkadiusz Kryj Londyn w 1666 roku nie bardzo różnił się od innych stolic w Europie. Może tylko rzeka przepływająca przez miasto miała nieco większe znaczenie. Towary z całego świata mogły dopływać bezpośrednio do londyńskich nabrzeży. Wołowina, pszenica, miód i węgiel drzewny z Polski, cukier z Jamajki, przyprawy z Indii i Cejlonu, porcelana i jedwab z Chin. Mieszkańcy szybko się bogacili; szczególnie ci, którzy zajmowali się importem i handlem. Nic dziwnego, że do miasta ściągało coraz więcej ludzi z całej Brytanii. Szukali pracy i mieli nadzieję na poprawę swego często żałosnego bytu. Jednak jedna rzecz odróżniała Londyn od innych stolic. Od kilku lat działała tu druga w Europie kawiarnia. Pierwszą otwarto w Oksfordzie – ale ponieważ niewielu ludzi wiedziało, czym jest kawa, więc jest to informacja nie mająca wpływu na tę opowieść. Gdzie są pieniądze, tam są także dziwki, złodzieje i różni artyści, którzy chcą uszczknąć dla siebie choćby najmniejszą część cudzego bogactwa. Kiedy tłumy mają już chleb, potrzebują igrzysk albo chociaż linoskoczków, komedii lub tresowanych małp. Nic więc dziwnego, że do Londynu przyjechał człowiek nazywany później przez londyńczyków Lord of Butterflies, Władca Motyli. Nikt nie wiedział, jak się naprawdę nazywał, bo na niewielkich ulotkach przyczepianych w różnych miejscach miasta była wyłącznie informacja o niezwykłym magicznym przedstawieniu, które szanowna publiczność będzie mogła obejrzeć w Globe Theatre codziennie wieczorem. Oczywiście nie wszyscy byli w stanie przeczytać informację o występie, z prostej przyczyny – nie potrafili czytać, ale wieść o ciekawym przedstawieniu przenosiła się z ust do ust. Magik przyjechał do Londynu prosto z Paryża, wcześniej był w Rzymie, Dreźnie i Madrycie. W tym ostatnim mieście dawał przedstawienia dość krótko. Życzliwi ludzie doradzili mu, żeby szybko opuścił Hiszpanię, gdyż za bardzo interesowało się nim Święte Oficjum. Lepiej było przerwać pokazy cieszące się ogromnym zainteresowaniem, niż znaleźć się w lochach Inkwizycji. Nie podróżował sam. Towarzyszyła mu mała dziesięcioletnia dziewczynka, bardzo do niego podobna. Można więc przyjąć, że była jego córką. Drugą osobą był służący lub asystent, a w zasadzie i jedno, i drugie. To on załatwiał wszystkie sprawy, gdyż magik nigdy nic nie mówił. Nie wiadomo, czy był niemową. Być może był. Tak czy inaczej to asystent zapowiadał występy, ustalał z karczmarzem czas i miejsce posiłków, załatwiał formalności związane z podróżami i zajmował się finansami całej trójki. Magik po przyjeździe do Londynu większość czasu spędzał w swoim pokoju, w gospodzie znajdującej się niedaleko Globe Theatre. Opuszczał go tylko na czas występów

66

i zaraz po nich niezwłocznie wracał do swojej pustelni. Nie przyjmował gości i sam, pomimo wielu zaproszeń, nikogo nie odwiedzał. Był wysokim, szczupłym, czarnowłosym mężczyzną z twarzą oznaczoną wyraźnymi cechami, charakterystycznymi dla ludzi z okolic Morza Śródziemnego. Mógł być Grekiem, Turkiem lub Egipcjaninem. Twarz ozdabiała krótka broda. Krótko ostrzyżona czupryna wyglądała bardzo egzotycznie w krajach, gdzie wszyscy nosili długie włosy. Na głowie miał malutką, okrągłą, czarną czapeczkę, ozdobioną czarnosrebrną jedwabną taśmą. Podczas występów ubrany był w długą, prostą, sięgającą ziemi szatę ze stójką zamiast kołnierza. W Globe pokazywano oprócz sztuk Shakespeare’a także inne atrakcje. Publiczność domagała się wciąż nowych spektakli. Największy teatr w Londynie doskonale nadawał się do tego, żeby magik mógł zaprezentować wymagającej publice swoje pokazy. Londyńczyków trudno było zadowolić. Widzieli połykających miecze Turków, Hindusów hipnotyzujących węże, chińskich akrobatów, niedźwiedników z Rosji i linoskoczków z Włoch. Pierwszego wieczoru spektakl magika w teatrze poprzedziła miniaturowa opera włoska o tematyce antycznej. Tenor nie był wysokiej klasy, ale dawał sobie radę z karkołomnymi koloraturami. Po krótkiej przerwie wystąpił żongler, po nim treser z dwiema małpami i gruba śpiewaczka z pudlem. Nadeszła pora na magika. Pierwszy na podwyższenie wyszedł asystent i w krótkich słowach przedstawił swojego pana. Nie wymienił jego imienia, ale podkreślał, że wielkie sukcesy przedstawień w innych stolicach europejskich zachęciły magika, żeby pokazać swoją sztukę tak wymagającej londyńskiej publiczności. Prosił, aby w czasie pokazu zachować spokój i ciszę, żeby niektóre szczególnie niebezpieczne sztuki nie wymknęły się spod kontroli maga. Zgromadzona dookoła sceny publika była bardziej zajęta sobą niż słuchaniem tego, co im mówił asystent. Eleganci adorowali nadmiernie upudrowane panie, kryjące się za wachlarzami. Prowadzili błahe rozmowy o lekkim zabarwieniu erotycznym. Spotkanie w teatrze dawało możliwość bliskiego kontaktu. Spektakl był wyłącznie pretekstem do wyjścia z domów. Dawał możliwość pokazania się, zaprezentowania, oczarowania, dawania do zrozumienia gestem, ruchem wachlarza. Bogaci siedzieli na balkonach, biedniejsi stali wokół sceny. Mało kto zauważył wejście na scenę magika. Stanął i spokojnie czekał, aż ucichną rozmowy, a publika zacznie patrzeć na niego, a nie sobie w oczy. W końcu nawet ci najbardziej aroganccy i zapatrzeni w siebie dandysi ucichli. Pokaz zaczął się od sztuczki z kwiatami, które pojawiały się w rękach magika pojedynczo, nie wiadomo skąd. Wkładał

Piotr Adamczyk


opowiadania je do dużej chińskiej wazy, którą wyczarował jako pierwszą. Podobało się, ale takie sztuki już tutaj widziano. Następnie wyjął z kieszenie dużą, cienką tkaninę. Rozłożył na scenie, złapał delikatnie za jej środek, powoli zaczął ją unosić i w końcu szybko pociągnął. Na scenie ukazała się dziewczynka w stroju pasterki. Ponownie rozłożył tkaninę, powoli uniósł i wyczarował białą owieczkę z różową wstążką na szyi. Publiczność była zachwycona. Stojący koło sceny zaglądali pod nią, spodziewając się ukrytych kolejnych niespodzianek. Pasterka z owieczką przeszła dookoła sceny, kłaniając się widzom, po czym odeszła za kulisy. Magik wysoko podwinął szerokie rękawy swojej szaty, klasnął dwa razy i w jego rękach znalazł się niewielki gołąb. Ptak wyfrunął, ciągnąc za sobą długą, białą wstążkę. Usiadł na balustradzie balkonu, wzbudzając radość i westchnienia wśród dam. Po chwili poleciał nad scenę. Magik schwycił wstążkę i lekko szarpnął. Ptak zmienił się w jedwabną chustkę, która powoli opadła prosto w jego ręce. Zwinął ją i rzucił w tłum stojących wokół sceny. Jedwabna kulka wpadła pomiędzy widzów parteru. Zrobił się ruch, bo wielu chciało ją złapać. Rzucili się na, wydawałoby się, łatwy łup. Jeden z widzów chwycił ją i podniósł zaciśniętą dłoń ponad tłum. Zaczął nią potrząsać uszczęśliwiony. Rozchylił palce, żeby wszyscy widzieli jego zdobycz, ale zaskoczony zobaczył w swoim ręku ropuchę. Widzowie zaczęli śmiać się, rechotać i kumkać. Wszystkich rozbawił ten niewinny żart. Zwykle obojętna publiczność poczuła do maga sympatię. Był już wieczór, więc scenę oświetlały nieliczne kaganki. Widzowie siedzieli w półmroku. Asystent przyniósł butlę z długą szyjką i małą pochodnię. Mag przytknął szyjkę naczynia do ust i prysnął płynem przez ogień. Ponad lekko przestraszoną publiką przelatywały płomienie w kształcie ptaków. Zaskoczenie było zupełne, lecz zanim ktokolwiek ochłonął, już na wysokości pierwszego balkonu szybował jeden, a za nim kolejny płomienny gołąb. Z góry spadł na nie płomień w kształcie jastrzębia. Publiczność oszalała z zachwytu. Oklaski były coraz głośniejsze, ale magik nie przerwał pokazu i zademonstrował ostatni numer z ogniem. Szybko obrócił się, rozpryskując płyn butli, i przy pomocy pochodni podpalił go. Oczom widzów ukazał się wielki chiński smok, który, wijąc się wokół sceny, wznosił się aż na wysokość dachu i w końcu znikł. Oklaskom nie było końca. Magik stał spokojnie, nie kłaniał się jednak – nie był to bowiem jeszcze koniec jego przedstawienia. Uniósł dłoń, dając znak publice, żeby się uspokoiła. Miał zamiar rozpocząć finałowy pokaz. Asystent wniósł na scenę misę i poinformował widzów, że jest w niej zwykły piasek. Podszedł do najbliżej siedzących osób, które mogły zanurzyć w naczyniu dłonie, sprawdzając, że w nie ma w nim nic poza ziarenkami grubego piachu i drobnego różnokolorowego żwiru. Magik wziął misę, przesunął nad nią dłoń, podniósł nieco piachu w palcach. W teatrze panowała cisza, wszyscy patrzyli na scenę, nie wiedząc, czego mogą się spodziewać. Magik powoli podniósł wysoko dłoń. Delikatnie strzepnął piach, który zamienił się w żółtego motyla. Niewielki owad skupił na sobie wzrok setek widzów. Latał przez chwilę nad sceną, aż w końcu usiadł na ramieniu maga. Widzowie oczekiwali czegoś bardziej spektakularnego. Zanim mogli wyrazić swoje rozczarowanie, magik wziął w dłoń więcej piachu i wyrzucił go wysoko ponad publiczność. Pojawiło się kilkadziesiąt różnokolorowych motyli,

Władca motyli

a po kolejnym rzucie latało ich jeszcze więcej. Kiedy magik podniósł dłoń, motyle zbliżyły się do niej. Przeszedł po scenie, jakby ciągnąc je za sobą. Złączył dłonie nad głową. Motyle zebrały się w kulę. Powoli wykonał rękami obroty. Motyle podzieliły się i, podążając za dłońmi, utworzyły dwa żywe, toczące się koła. Wydawało się, że po scenie przesuwa się rydwan. Magik rozłożył szeroko ręce. Owady przyleciały bliżej i usiadły na jego ramionach. Publiczność zaczęła klaskać, ale nie był to koniec pokazu. Magik machnął lekko rękami, jakby chciał je strzepnąć. Motyle poleciały wysoko ponad scenę, widownię parteru, aż do najwyższego balkonu i nagle zaczęły spadać. Na publiczność opadły nie owady, a płatki róży. Publiczność klaskała, dziękując za piękne przedstawienie, ale magik, nie wiadomo kiedy, zniknął ze sceny i pomimo owacji nie wrócił. Wieść o niezwykłym przedstawieniu nieznanego z imienia magika szybko obiegła Londyn. Każdego wieczoru przybywało chętnych, żeby obejrzeć kolejny pokaz Władcy Motyli, jak go nazwano. Magik wzbudził sensację i był niewątpliwie sensacją sezonu. Wielu miejscowych bogaczy wysyłało mu zaproszenia na kolacje i bale w ich salonach. Nie skorzystał z żadnego z nich. Wielu obraziło się na niego, ale nadal odwiedzali Globe Theatre i nigdy nie wyszli rozczarowani, ponieważ każdy kolejny pokaz różnił się od poprzednich. Po Londynie krążyły próbujące wypełnić zupełny brak informacji plotki na temat maga, jego pochodzenia, samotniczego życia. Ludzi zawsze fascynuje tajemniczość, a jednocześnie niepokoi ich ona na tyle, że chcą ją jak najszybciej wyjaśnić. Sława i plotki dotarły w końcu na królewski dwór. Król i dworzanie udali się na początku lata do Windsoru, żeby ustrzec się kolejnej epidemii dżumy. W poprzednim roku ogromna populacja szczurów w Londynie spowodowała wybuch choroby i śmierć wielu mieszkańców. Król zainteresował się tajemniczym artystą i wyraził chęć zobaczenia jego sztuki. Magik dostał zaproszenie – a takiego zaproszenia nie można było zignorować. Magik spakował większość swoich magicznych przedmiotów i dał ostatnie przedstawienie w Globe Theatre. Oprócz wielu zaskakujących sztuk, takich jak znikające w powietrzu wachlarze, monety wpadające do butelek o szyjkach zbyt wąskich, żeby pieniążek przez nie włożyć, publiczność zobaczyła motyle, które w powietrzu stworzyły żywy portret Karola II. Był to ukłon w stronę monarchy i być może generalna próba przed pokazem w Windsorze. Publiczność ponownie nie czuła się rozczarowana. Wieczór zakończył się sukcesem. Następnego dnia do gospody przyjechał zamówiony wóz, mający przewieźć bagaże magika. Woźnica i służący znosili kolejne skrzynie podróżne. Gdy ustawiali je na platformie wozu, jedna spadła z hukiem. Pękła, a jej zawartość wypadła na bruk. Spomiędzy rozsypanych drobnych pudełek i części garderoby ze skrzyni wystawała mała dłoń. Woźnica i służący cofnęli się odruchowo, ale po chwili jeden z nich pochylił się nad rozbitą skrzynią i rozgarnął rzeczy zasłaniające ciało dziecka. Jakaś kobieta krzyknęła, ktoś wybiegł z gospody, zaczęli się zbiegać okoliczni mieszkańcy. Na ulicy leżały zwłoki. Chłopiec mógł mieć około dziesięciu lat. Na szyi widać było wyraźne plamy wskazujące na duszenie, a korpus w wielu miejscach przebito jakimś ostrym przedmiotem.

67


opowiadania Tłum gęstniał. Asystent magika wybiegł z gospody i kiedy zobaczył, co się stało, wrócił szybko do swojego pana, żeby poinformować go o dziwnym wydarzeniu na ulicy. Magik natychmiast zszedł, stanął koło wozu i patrzył z kamienną twarzą na dziecko. Wkrótce ulicą przybiegła lamentująca kobieta. Rzuciła się na ciało syna. Podniosła je, przytuliła do piersi i wykrzykiwała oskarżenia w kierunku maga. Tłum był coraz bardziej agresywny i tylko dzięki interwencji straży miejskiej nie doszło do samosądu. Mag i jego służący zostali uwięzieni w Tower. Sprowadzono tutaj także ich wszystkie rzeczy. Dziewczynkę podróżującą z magiem umieszczono w niedalekiej piekarni Thomasa Farrinera. Piekarz dostarczający pieczywo do więzienia zgodził się zaopiekować dzieckiem za niewielką odpłatnością, uregulowaną z pieniędzy znalezionych w rzeczach maga. Cała fascynacja i uwielbienie, którymi cieszył się magik, zamieniła się w nienawiść. Pojawiły się najróżniejsze plotki na temat tajemniczego mężczyzny i śmierci dziecka bogatego handlarza pięknymi koronkami belgijskimi z Brukseli i Brugii. Jedna z plotek głosiła, że magik jest wyznawcą jakiejś okultystycznej religii, a ciało i krew niewinnej istoty były mu potrzebne do czarów, mających na celu sprowadzenie demonów pomagających mu w spektaklach. Po mieście krążyły niewielkie grafiki, przedstawiające karykaturę magika z wielkimi szpilkami w rękach. Wokół niego fruwały dzieci ze skrzydełkami motyli. Kilkoro z nich było nabitych na szpile. Napis ponad magiem głosił: Pójdźcie, dzieci, do mojej kolekcji motyli. Przestano go także nazywać Lord of Butterflies, złośliwie przekręcając jego przezwisko na Lord of Deadflies – Władca Martwych Muszek. W innej plotce magik był szpiegiem papieża, a zabite dziecko podsłuchało plan zabicia króla Karola II, głowy kościoła anglikańskiego, znienawidzonego przez Watykan. Po aresztowaniu magika i jego asystenta rozpoczęło się śledztwo. Przeszukano skrzynie z przedmiotami należącymi do aresztowanych. Rzeczy dziecka odesłano do piekarza. Omyłkowo dołączono niewielką skrzynię z piaskiem, z którą nie wiedziano, co zrobić. Zatrzymano do dalszych badań magiczne przybory i przyrządy, niewielką lalkę, kilka listów oraz rzeczy osobiste maga i asystenta. Początkowo podejrzewano, że lalka była używana do rzucania uroku ligatury, czyli zawiązywania. Ten niezwykle ostatnio popularny w Europie czar mógł spowodować trudności w oddychaniu, problemy z wypróżnieniem, niechęć wzajemną małżonków lub niemoc w spełnianiu powinności małżeńskich, a także niedowład dowolnej kończyny. Jednak lalka okazała się wyłącznie zabawką. Co ciekawe, nie znaleziono ani jednego motyla, a przecież te owady były zawsze bohaterami najciekawszej części pokazów. W trakcie badania zawartości kilku butli zdarzył się wypadek. Jedna z nich przewróciła się i pękła. Opary cieczy zapaliły się od ognia pochodni trzymanej przez jednego ze strażników. Biedak został dotkliwie poparzony, ale kamienna podłoga i szybka reakcja pozostałych strażników, którzy zasypali piachem rozchodzący się płomień, uchroniły Tower od pożaru. Najpierw poddano badaniu asystenta. Pomimo tortur nie dowiedziano się niczego, co mogłoby rzucić światło na przyczyny śmierci dziecka. Ani podciąganie na linie, ani

68

łamanie kołem czy zaciskami liny z węzłami nie zachęciło towarzysza magika do przyznania się lub oskarżenia jego pana. Dowiedziano się natomiast, że przed trzema laty badany spotkał maga na targu w Salonikach. Widząc jego talent, zaproponował mu swoją pomoc w organizowaniu pokazów na większą skalę i dla bogatszej publiczności. Dotychczas badany imał się różnych zajęć. Zdał sobie sprawę, że posiadając zdolności lingwistyczne był w stanie polepszyć jakość życia maga, jego dziecka i swojego. Zorganizował wyjazd do Turcji. Wkrótce, po kilkunastu pokazach w Istambule, mag został zaproszony do pałacu Topkapi na prywatny pokaz dla sułtana Mehmeda IV z dynastii Osmanów. Podróżowali kolejno do Egiptu, Cyrenajki, Tripolitanii, Malty, a następnie Hiszpanii, dając pokazy dla możnych i koronowanych głów. Te wiadomości nic nie wniosły do wyjaśnienia sprawy. Postanowiono oddać do tłumaczenia i badania listy, żeby sprawdzić, czy nie są to zaszyfrowane wiadomości. Listy okazały się podziękowaniami za pokazy dla wielu znamienitych widzów. Matematycy nie znaleźli w nich żadnej zaszyfrowanej wiadomości. Następnie rozpoczęto przesłuchanie maga. Próbowano najpierw ustalić jego personalia. W listach i dokumentach występowało greckie nazwisko Kazantzakis. Przyjęto, że może to być nazwisko maga, ale ta informacja także nie wnosiła nic do śledztwa. Magik równie dobrze mógł się nazywać Schmidt lub Taylor. Próbowano uzyskać jakiekolwiek informacje od samego magika, jednak ten nadal nie powiedział ani jednego słowa. Jedynie z poczucia obowiązku i żeby niczego nie zaniedbać, pytano go o pobyt w Rzymie i innych krajach. Aby go zachęcić do zeznań, zastosowano lekkie tortury, jednak nie spodziewano się odpowiedzi, biorąc pod uwagę ciągłe milczenie. Zajęto się wątkiem ewentualnego zamachu politycznego, mającego na celu zabicie króla Karola II. Sam pomysł takiego zamachu był niewiarygodny, bo Karol II był powszechnie znany ze swojej tolerancji religijnej i prób złagodzenia sporów pomiędzy anglikanami i papistami. Jednak z drugiej strony ktoś mógł chcieć ponownie wywołać niepokoje religijne, a może nawet wojnę, która mogła ostatecznie przywrócić władzę papieża w Anglii. Przecież w 1605 roku miała miejsce próba zabicia Jakuba I, w celu wywołania powstania antykrólewskiego i antyanglikańskiego. Tamten spisek, zwany „prochowym”, nie powiódł się, ale należało zachować czujność. Sam król zgodził się na zastosowanie tortur wobec podejrzanych, a jak powszechnie wiadomo, tego typu środki przymusu były stosowane niezwykle rzadko. Nie znaleziono niczego, nawet najmniejszej poszlaki na potwierdzenie tej teorii. Próbowano udowodnić ewentualny okultyzm, a szczególnie nekromancję, następnie czarnoksięstwo badanego. Zresztą, jeżeli wierzyć Bougetowi, autorowi „Rozprawy o czarownikach”, tortury nie mają sensu, bo nie czynią im krzywdy. Z kolei, jeżeli wywołują u nich cierpienie, może to być dowodem, że nie są czarownikami. Zrezygnowano z tego wątku dochodzenia, bo, po pierwsze, nie znaleziono niczego, co można by powiązać z okultyzmem, a po wtóre, nie można wierzyć Bougetowi, francuskiemu prawnikowi, który przed sześćdziesięcioma laty wydał wątpliwej jakości dzieło. Jedno było pewne – zwłoki dziecka były w rzeczach osobistych magika. W związku z brakiem postępów śledztwa, jakichkolwiek zeznań maga i nieistotnymi zeznaniami asystenta posta-

Piotr Adamczyk


opowiadania

WĹ‚adca motyli

69


opowiadania no-wiono zakończyć dochodzenie. Wkrótce zebrał się sąd i pomimo braku jednoznacznych dowodów za zabójstwo dziecka skazał obu oskarżonych na śmierć przez powieszenie. Londyńczycy, którzy domagali się szybkiego ukarania winnych, spodziewali się dodatkowo publicznego okaleczenia przed powieszeniem. Jeżeli magik byłby zdrajcą i królobójcą, z pewnością nie ominęłaby go tradycyjna kara, która była trzyetapowa i stopniowała cierpienie. Zdrajców najpierw delikatnie podnoszono na sznurze, tak aby dusili się, wisząc. Nazywano to tańcem wisielców. Kiedy zaczynali tracić przytomność, opuszczano ich i przymocowywano do stołu. Tu nacinano im brzuch i patroszono, nawijając jelita na rożen. Kto chciałby to sobie lepiej wyobrazić, powinien zobaczyć obraz Dirka Boutsa pod tytułem „Męczeństwo św. Erazma”, który znajduje się w kolegiacie Sint-Pieterskerk w mieście Leuven. Tu z detalami widać technikę patroszenia. Po usunięciu jelit, ale nie innych organów, do jamy brzusznej wsypywano rozpalone węgle. W tym momencie cierpienie skazanego było już tak wielkie, że najczęściej tracił przytomność. Zatem dalsza kaźń nie miała sensu i wykonywano cios łaski, odcinając zdrajcy głowę. Londyńczycy byli rozczarowani łagodnością kary zabójców dziecka, ale i tak chętnie zgromadzili się koło Tower, żeby zobaczyć wykonanie wyroku na niezwykle popularnym magiku. Była sobota 1 września Roku Pańskiego 1666. Tłum wokół szubienicy gęstniał od rana. Sprzedawcy angielskich pasztecików i bułeczek przeciskali się przez ludzi, namawiając do kupna swoich wyrobów. W pewnym oddaleniu stały wozy, z których sprzedawano piwo, wędzone ryby, kiełbaski, orzechy w miodzie i inne smakołyki mogące umilić czas oczekiwania na kaźń. Około południa brama twierdzy została otwarta. Najpierw usłyszano rytmiczny głos bębnów. Potem zobaczono doboszów poprzedzających wóz ze skazańcami. Tuż za nimi szedł pastor przyciskający do piersi Biblię oraz sędziowie, którzy prowadzili dochodzenie i wydali wyrok. Czterech strażników Tower otaczało pojazd ciągnięty przez dwa konie. Krótki przejazd przez most nad fosą i drogę prowadzącą na najbliższy pagórek był spowolniony przez gęsty tłum ludzi, którzy chcieli stać jak najbliżej trasy przejazdu. Każdy chciał z bliska spojrzeć w oczy morderców i wykrzyczeć im coś obraźliwego. Ktoś rzucił grudką zeschniętego błota, ktoś inny jajkiem. Krzyki, wrzaski i głos bębnów brzmiały do czasu, kiedy na podest szubienicy wprowadzono skazańców. Odczytany został wyrok. W imieniu miłościwe panującego króla Anglii i Szkocji etc., etc. Karola II, w związku z niepodważalnymi dowodami winy – co oczywiście było nieprawdą – sprawcy mordu niewinnego dziecka zostali skazani na śmierć przez powieszenie, a także na wieczne potępienie. Ciała ich zostaną spalone, a prochy wrzucone do Tamizy. Nikt nie zwracał uwagi na dziewczynkę, której udało się przepchnąć przez tłum w pobliże miejsca straceń. Nikt nie poznał w niej pasterki ze sceny teatru Glob. Zauważył ją mag, który nie słuchał odczytywanego wyroku. Spojrzał na nią. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Mag delikatnie kiwnął głową, zupełnie jakby wydał jej jakieś polecenie. Dziewczynka odwróciła się i znikła w tłumie. Odchodząc, słyszała odgłos bębnów, a potem okrzyk tłumu, ucieszonego powieszeniem najpierw jednego skazańca, i kolejny okrzyk satysfakcji, kiedy powieszono drugiego. Odeszła, nie oglądając się. Noc była spokojna. Wiał niezbyt silny wiatr ze wschodu. Dwie godziny po północy zapłonęła piekarnia Farrine-

70

ra. Następnie budynki przy Pudding Lane i kolejne budynki w mieście. Ogień szalał trzy dni. Spłonęło ponad trzynaście tysięcy domów, osiemdziesiąt siedem kościołów, katedra św. Pawła. O dziwo, zginęło tylko sześć osób i prawie cała populacja szczurów roznoszących ostatnio zarazki dżumy. Lewobrzeżna część Londynu w zasadzie przestała istnieć, bo z osiemdziesięciu tysięcy mieszkańców siedemdziesiąt tysięcy straciło swoje domy. Pożary w miastach zdarzały się i zdarzają, ale ten był wyjątkowy. Być może złożyły się na to drewniana zabudowa, słomiane strzechy na dachach, wyjątkowo suche dni poprzedzające tragedię. Zwłoki magika i jego asystenta wisiały przez cały czas pożaru. Zapomniano o nich, nie spalono ich, bo ognia i tak było w mieście za dużo. W martwych, półprzymkniętych oczach trupów odbijało się czerwone światło pożogi. Nieliczni świadkowie początku tragicznego pożaru twierdzili, że widzieli na Pudding Lane małą dziewczynkę, która szła środkiem uliczki, niosąc misę z piachem. Co pewien czas rzucała go w górę, a on zamieniał się w motyle. Owady podobno leciały w kierunku dachów, wlatywały przez uchylone okna do mieszkań i tam zamieniały się w niewielkie płomienie, wzniecając kolejne zarzewia ognia. Ci sami ludzie rozpowiadali, że była to ta sama dziewczynka, z którą występował magik, i że pożar miasta był zemstą za powieszenie go poprzedniego dnia. Te informacje były tak absurdalne, że równie dobrze można by przyjąć, że nad Londyn przyleciały smoki i ziejąc ogniem spowodowały gigantyczny pożar. Faktem jest, że dziewczynki, która podróżowała z magikiem, nie widziano od tego czasu. Podobno po pożarze z szafotu zniknęły także zwłoki magika, ale to można łatwo wytłumaczyć. Studenci medycyny zawsze poszukują zwłok. Nikt się tymi faktami czy plotkami nie przejął, bo cóż znaczy jedna dziewczynka i jeden trup, gdy praktycznie przestało istnieć jedno z największych miast w Europie. Dwa lata później wyjaśniona została tajemnicza śmierć syna handlarza koronek. Okazało się, że właścicielka gospody, w której mieszkał mag, miała syna. Pewnej nocy złapano go koło gospody, gdy próbował okaleczyć kolejne zaduszone dziecko. Syn karczmarki był wychowywany w odosobnieniu. W ten sposób próbowano go uchronić przed okrucieństwem ludzi. Miał zniekształconą twarz. Niektórzy zabobonni ludzie mogli go wziąć za demona z piekła rodem. Dzisiaj zdiagnozowano by jego chorobę jako naczyniak jamisty twarzy. Chłopiec nie wychodził za dnia z gospody i jedynym zajęciem, któremu się oddawał, było wycinanie figurek z drewna. Zawsze miał przy sobie nóż. Był nadwrażliwy, nerwowy i niestabilny emocjonalnie. Aresztowano go i poddano przesłuchaniu. Pomimo wady wymowy spowodowanej kalectwem, zdołano zrozumieć, że pierwsze dziecko zabił przypadkiem. Syn handlarza belgijskich koronek zakradł się do gospody i prawdopodobnie szukał w rzeczach maga czarodziejskich przedmiotów albo chciał poznać kilka tajemnic magicznych sztuk. Niestety, natknął się na ułomnego chłopca i widząc jego twarz, zaczął krzyczeć z przerażenia. Te wrzaski tak zdenerwowały syna karczmarki, że chwycił go za gardło, starając się uciszyć. Trzymał go tak długo i tak mocno, że chłopiec umarł. Karczmarczyk wpadł w panikę i w swoim chorym umyśle próbował zaradzić sytuacji, robiąc nożem dziury w klatce piersiowej i korpusie, aby ofiara mogła znowu oddychać. W końcu zdał sobie sprawę, że dziecko naprawdę nie żyje. Zaciągnął je do pokoju ma-


opowiadania gika. Wyjął ze skrzyni część spakowanych rzeczy i schował tam zwłoki dziecka. Nikt nie dowiedziałby się o jego zbrodni i winie, gdyby nie to, że dwa lata później spotkał w czasie samotnej nocnej wyprawy inne dziecko, które wymknęło się z domu. Był teraz starszy i silniejszy. Stwierdził, że tamta zbrodnia sprawiła mu przyjemność i była czymś niebywale różnym od jego samotniczego życia w ukryciu. Tym razem zabójstwo miało miejsce na ulicy. Ktoś usłyszał krzyk dziecka i postanowił to sprawdzić. Zabójcę złapano z nożem w ręce nad trupem uduszonego chłopca. Został skazany na śmierć, podobnie jak jego matka, którą podejrzewano o ukrywanie poprzedniego przestępstwa syna. Oboje po szybkim procesie powieszono w tajemnicy. Nie chciano, aby wydała się sprawa bezcelowego i niesprawiedliwego wyroku na magiku i jego asystencie. Cóż, omyłki sądowe zdarzają się do dzisiaj. Niech ich dusze po śmierci zaznają ukojenia w ogrodach Edenu. W miejscu, gdzie rozpoczął się wielki pożar Londynu, postawiono obelisk w kształcie kolumny. Londyńczycy nazywają go w skrócie Monument. Wybudowano go na gruzach kościoła św. Małgorzaty, sześćdziesiąt dwa metry od piekarni Farrinera. Jeśli zatrzymasz się tu na chwilę i cierpliwie poczekasz, może zobaczysz zabłąkanego motyla szukającego swojego pana.

Piotr Adamczyk

Warszawiak w czwartym pokoleniu. Młodszy nieco ponad rok od Pałacu Kultury i Nauki. Dla ułatwienia – rocznik 1956. Z wykształcenia grafik designer ASP Warszawa. Z zamiłowania malarz, rysownik, a ostatnio także pisarz krótkich form literackich. Autor dwóch książek o staropolskich nalewkach i staropolskiej kuchni. Nielegalny poszukiwacz „skarbów” i legalnych anegdot historycznych.

71


opowiadania

Justyna Grabarczyk Ziemniaczany baron Ilustracje: Magdalena Mińko I – „Baron Marcus Gravedi: Syn Thomasa II z rodu Gravedi, władca Dogrowl i terenów mu podległych, twórca katedry Serca Pańskiego i założyciel szkoły Rycerzy Honoru” – czy taki zapis jaśnie panu odpowiada? – zapytał maester Jacob, podnosząc wzrok znad papieru. – Tak, może być. Chciałbym, żeby na nagrobku znalazły się również informacje o mojej rodzinie. Coś w stylu: Ojciec Pierworodnego księcia Thomasa, który nosi imię po swym potężnym dziadzie Baronie Thomasie II. Świetnie brzmi, prawda? – Marcus zachwycił się swoim pomysłem. – Wybacz mi, Panie, moją śmiałość, ale… czy takie informacje nie pasują bardziej do kroniki rodowej? Mam na myśli, że to będzie grób i… – Mój syn zostanie królem! Będzie potężniejszy niż ja, a świat padnie przed nim na kolana. Chcę, by wszyscy wiedzieli, że jest MOIM synem. – Uniósł się i gniewnie spojrzał na maestra. Baron podszedł do wypłowiałego regału i wyjąwszy z niego ciężką kronikę rodową, rzucił ją z pogardą pod nogi starego maestra. – Masz! Przeczytaj, co jeszcze masz umieścić na nagrobku. – Odwrócił się, a jego czerwony płaszcz zatoczył krąg razem z nim. Baron opuścił pracownię maestra. Jacob wyprostował się z ukłonu, w jakim trwał pokornie. Podniósł księgę i przeczytał jej fragment na głos: – „(…) Drugiemu synowi nadano imię Gregor – na część Gregora Żelaznego. Najmłodsze dziecko, córkę, ochrzczono Lilly (…)”. – Pokręcił głową. Nigdy nie słyszał o szlachcicu, który by sam sobie planował nagrobek. Baron Marcus bardzo bał się swojej śmierci, choć był zdrowym, pięćdziesięcioczteroletnim mężczyzną. Maester Jacob służył Baronowi od 29 lat. Ich drogi zeszły się wkrótce po objęciu rządów przez Marcusa. Znał go więc na wylot. Był przy nim, gdy rodziły się jego dzieci. Był, kiedy wzniósł katedrę Serca Pańskiego i gdy przegrał bitwę z markizem Orlowem, który odebrał mu miasto Gras. To on zamawiał mu dziewki na noc, to on biegł w nocy do zielarza, gdy Baron zaraził się rzeżączką. Znał wszystkie sekrety tego zamku i rodu Gravedi. Kim był maester Jacob? Dla poddanych był prawą ręką Barona, dla Baronowej uczynnym staruszkiem, dla jej dzieci popychadłem i niewyczerpaną studnią życzeń, a dla samego Barona był śmieciem. A kim był Marcus dla Jacoba? Chaotycznym panem, który uważał się za wielkiego wizjonera, władcę i uczonego.

72

A choć ze wszystkich sił starał się być szanowany, często sam wystawiał się na pośmiewisko… Pospólstwo nazywało go między sobą „Ziemniaczanym Baronem” i było to spowodowane historią, kiedy sam Baron Marcus pouczył wieśniaka, jak należy sadzić ziemniaki. A cóż może wiedzieć o kartoflach nieskalany pracą pan? Jednak nie zawsze Baron by�� publicznym pośmiewiskiem. Jego ojcem był Thomas II Gravedi – Baron władający włościami, które były przystosowane tylko do siania i zbierania plonów. Ze względu na to, iż Thomas II uratował wojska księcia Gregora Żelaznego przed głodem podczas Bitwy Pięcioletniej, książę podarował mu swą córkę Camille, a że nie miał innych dzieci, po jego śmierci władzę przejął Marcus – mąż księżnej Cristiny. Początkowo starał się być dobrym panem dla swoich ludzi, ale później wszystko się zmieniło. Na prośbę swej fanatycznie wierzącej matki zbudował katedrę Serca Pańskiego. Miał także dobre intencje wtedy, gdy pomógł odbudować strawione przez ogień domy rolników. Jednak im więcej spotykało go zachwytów i wdzięczności, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest wspaniałym, wyjątkowym i nadzwyczajnym władcą. Niesiony swoją chwilą chwały zbudował szkołę o wzniosłej nazwie „Rycerze Honoru”. Bardzo szybko przywdział się w ten honor, pozostawiając szkole tylko wojowników bez cnót. Baronowi to nie przeszkadzało, gdyż myślał o sobie jak o nadczłowieku. Miał władzę nad ludźmi i ich losem i upajał się swoją pozycją. Kiedyś nawet w kłótni z żoną krzyknął, że jest samym Bogiem. Tak…, maester Jacob dobrze pamiętał tamtą noc. To wtedy zrywał nocą liście babki, by przyłożyć je do spuchniętego oka Baronowej. Z biegiem lat inni monarchowie zaprzestali kontaktów z Marcusem. Jego panowanie doprowadziło do potwornego zadłużenia skarbca i zamek zaczął podupadać. Zmniejszyła się liczba służących i prestiż rodu Gravedi. Opuścili go nawet przyjaciele, a ci, którzy go otaczali na dworze, byli w większości nieudacznikami. Wielu rozmyślało o podbiciu zamku, lecz jak często powtarzał sobie w duchu maester: „Głupi ma zawsze szczęście”. Włości Dogrowl nie liczyły się politycznie, a zamek poprzez swoje umiejscowienie i teren, na którym stał, był nie do zdobycia. Nie była to zasługa Barona Marcusa, lecz Barona Thomasa II, po którym odziedziczył zamek i to właśnie jemu zawdzięcza się jego bezpieczeństwo. Ziemia siewców – tak w myślach maester Jacob nazywał Dogrowl. Na jego ziemi poddani siali zboże, a Baron zasiewał w ich sercach strach, ale była jednak jeszcze jedna osoba w zamku, która dysponowała ziarnem lęku. Była nią matka

Justyna Grabarczyk


opowiadania Marcusa, starucha, która rankiem i wieczorem sączyła synowi truciznę do ucha. Jacob wielokrotnie słyszał ich rozmowy: – Marcusie, ja ci mówię: musisz uważać. Oni wszyscy są przeciwko tobie! Widziałam, jak twoja żona rozmawiała z kucharzem. Mówili szeptem! Oni coś knują, ja ci to mówię. – I Kiedy padały te słowa, Baron pił wino, a myśląc o nich, jeszcze bardziej zatracał się w alkoholu. Zaczął ufać tylko swojej matce, wierząc, że jest jedyną przychylną mu osobą na świecie, resztę traktując jak potencjalnych zdrajców. Tak zmarł mąż, ojciec i Baron, a narodziła się bestia. Władca absolutny, ogarnięty żądzą wielkości i ukrywający swój lęk przed zdradą za pasmem okrucieństwa i tyranii. Maester Jacob odłożył księgę na półkę i spojrzał na papier, ciężko wzdychając. Założył ręce za siebie i podszedł do okna, które wpuszczało do pokoju letnie promienie słońca. Swój wzrok pokierował na drzewa, które rosły nieopodal. Zwrócił uwagę, że jabłka dojrzały i można zacząć je zrywać. Spojrzał dalej i jego wzrok utkwił na rodzinnym cmentarzu. Spoczywał tam Baron Thomas II, zmarły niedługo po ślubie Marcusa i Camille. Obok znajdował się świeży grób matki Barona. Maester Jacob uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Odczuł wielką ulgę, gdy Bóg zabrał ją do siebie. Była stara, ale potrafiła wywołać językiem taką burzę, jak morskie prądy w okresie wiosennym. Baron słuchał się jej we wszystkim, a ona korzystała z jego uwagi, by ostrzec go przed swoimi przeczuciami... Staruszek odszedł od okna i podszedł do misy z wodą, która stała na zdobionej, ciemnobrązowej komodzie. Odświeżył twarz i przejrzał się w lustrze. Zmarszczki nadawały mu bardzo poważnego wyglądu, zaś siwe i rozczochrane włosy sprawiały zgoła odmienne wrażenie. Był ubrany w kasztanową, wypłowiałą od prania szatę i gdy już kończył osuszać brodę, do pokoju weszła jaśnie pani Lilly: – Maestrze, zajrzyj do mej matki i sprawdź, jak się dziś miewa – rozkazała mu oschle. – Oczywiście, pani – złożył jej ukłon – natychmiast udam się do jej komnaty. Młoda baronowa wyszła, a maester odłożył ręcznik. Lilly była najmłodszym dzieckiem Marcusa i Camille. Była niezwykłej urody, ale spojrzenie jej zielonych oczu napawało strachem. Złote włosy zawsze miała upięte w grube warkocze. Słynęła z gwałtownych zachowań i tak jak jej ojciec pragnęła w życiu tylko złota. Wiek dziewiętnastu lat nakazywał jej już myśleć o ożenku, ale niestety przez poczynania swego ojca nie mogła liczyć na dobre zamążpójście. Maester Jacob udał się schodami do Baronowej. Odruchowo zapukał do jej drzwi, ale jak każdego dnia nikt mu nie odpowiedział. Wszedł z pokłonem, nie śmiejąc spojrzeć na lady Camille. Baronowa przebywała w ciemnościach, ponieważ ciężkie, bordowe zasłony oddzielały ją od świata zewnętrznego. Siedziała na dębowym krześle, patrząc na żółtą świecę, która jaśniała na stole. Pani Camille wszystkie dnie spędzała na patrzeniu w płomień. Nie robiła nic innego, nie wychodziła z komnaty ani z nikim nie rozmawiała. Jacob spojrzał na kobietę. Jej oczy zdradzały nieskończoną pustkę, a blada cera kazała myśleć, że w tym ciele już nikogo nie było. Maester westchnął ciężko. Baronowa trwała w tym stanie już od ponad trzech lat. W tym czasie jej niegdyś

Ziemniaczany baron

czarne, grube, sięgające do pasa włosy zdążyły zsiwieć i dziś przypominały porzucone ptasie gniazdo. Nie miała po co żyć. Była uwięziona w zamku, jej mąż był tyranem, a dzieci były bezduszne i niewdzięczne. Baron sypiał raptem komnatę obok. Mało tego, że nie interesował się żoną w najmniejszym stopniu, to jeszcze nie miał za grosz przyzwoitości, sprowadzając z wioski dziewki. Maester Jacob nie raz słyszał jego nocne amory, podobnie jak Baronowa, która spała tuż za ścianą. Kiedy Marcus po raz pierwszy przyprowadził opłaconą kochankę, Jacob był tak spłoszony, że nie wiedział, jak ma ukryć ten fakt przed Baronową. Lady Camille zerwała już wtedy kontakt z rzeczywistością, ale i tak maester siedział z nią przez długie godziny, opowiadając jej o plotkach ze świata możnych. Nie uchroniło jej to przed usłyszeniem wyczynów swego małżonka, ale też nie zareagowała, jakby była mrocznym obrazem patrzącym ze ściany. Wtedy maester Jacob mimowolnie zastanowił się, czemu Baronowa jeszcze nie targnęła się na swoje życie, lecz szybko zganił się, że mógł pomyśleć o jej śmierci i to jeszcze w taki sposób. Kiedy jeszcze była w pełni władz umysłowych, była przez niego najbardziej lubianą osobą w całym zamku. Niestety, nie był w stanie jej pomóc. Sprowadzał medyków i znachorów, ale wszyscy tylko bezradnie rozkładali nad nią ręce. Jak co kilka dni dotknął jej ręki, by sprawdzić puls i temperaturę ciała. Miała lodowate dłonie i cerę umarlaka. Rozejrzał się po pokoju, aby upewnić się, że jada regularnie posiłki, które jej przynoszono. Momentami zdawało mu się, że kobieta nic nie je, ale przecież wtedy by nie żyła. Złożył jej wyrazy szacunku i opuścił komnatę. Zatrzymał się na schodach w chwili, w której dobiegł go jakiś hałas. Ktoś krzyczał. „Tak, to Baron” – pomyślał maester. Dźwięki dochodziły z głównej sali zamkowej i udał się tam czym prędzej. W sali był też obecny najstarszy syn, Thomas, i córka Lilly. Baron miotał się i rzucał wszystkim, co wpadło mu w ręce: – Co to jest?! Kto mi to przysłał?! – ryczał wściekle. – Panie, co się stało? – spytał maester z przejęciem w głosie. – Jeszcze się pytasz?! Gdzie byłeś, łajdaku jeden? Masz! Patrz i czytaj! – grzmiał, wciskając mu zwiniętą kartkę w nos. Maester cofnął głowę, zachowując spokój, bo przywykł do takiego traktowania. Odczytał po cichu list: Twój lud się z Ciebie śmieje, a najgłośniej drwi z Ciebie Twój syn Gregory. Jeśli nie wierzysz, to zajrzyj do gospody Pod Wilkiem. Staruszek nie rozumiał, kto i po co mógł to napisać. Po rozmiarach kartki i jej zwinięciu poznał, że tą wiadomość przyniósł gołąb. Była przeznaczona dla Barona. – Gdzie jest Gregory? – spytał Baron Marcus, ale rodzeństwo milczało. – Straż! Za mną! Baron Marcus osobiście pofatygował się do miasta. Chciał przekonać się na własne oczy, czy list mówił prawdę. Zszedł z konia i wkroczył do tawerny, a ci, którzy go zauważyli, natychmiast zamilkli i zgięli się w pokłonie. Gregory siedział przy stole tyłem do drzwi, więc nie miał szansy zobaczyć ojca. Miał dwadzieścia jeden lat, ciemne włosy, zgrabną sylwetkę i urodę, którą panny uwielbiały. Akurat był w trakcie opowiadania czterem niewiastom historii z polowania. – …I mój pan ojciec uciekł na drzewo! Tak, ha, ha! Zraniony dzik zaczął na niego szarżować, a jemu zabrakło od-

73


opowiadania

74

Justyna Grabarczyk


opowiadania wagi, aby ponownie strzelić z łuku, ha, ha! – Dziewczęta aż trzęsły się ze śmiechu. Marcus nadął się i wyprostował. Wypiął brzuch niczym bęben, który miał spełniać rolę tarana, i gniewnym krokiem zaszedł Gregoryego od tyłu, nieoczekiwanie uderzając z hukiem w stół jego głową. Kobiety uciekły z piskiem, a na drewnianym stole pojawiły się krople krwi. Gregory był zamroczony, ale wstając od stołu chwycił za miecz. Gdy chciał się odwrócić do napastnika, otrzymał cios w skroń. – Ty bękarcie! – zacharczał Baron Marcus. – Ty zepsuty psie! Do lochu z nim! – wydał rozkaz straży, która cały czas trwała przy jego boku. Gregory był przerażony i próbował wytłumaczyć się: – Ależ ojcze! Ja tylko… – nie dokończył, ponieważ ojciec uderzył go pięścią w żołądek, gdy był trzymany przez straż. Chłopak zapłakał, gdy zbrojni wywlekali go na zewnątrz. Baron obrzucił wszystkich obecnych miażdżącym, zmieszanym z goryczą wstydu spojrzeniem i głucho tupiąc o posadzkę, opuścił tawernę Pod Wilkiem. Jacob rozmyślał o minionych wydarzeniach jeszcze do późnej nocy. Zastanawiał się, kto mógł napisać list i dlaczego? Kto wiedział, że Gregory będzie w tawernie i co będzie w niej robił? II Następny dzień rozpoczął się równie ponuro. Był blady świt, kiedy Baron wybiegł na dwór, mając na sobie jedynie nocną szatę. Krzyczał i pomstował tak głośno, że swoimi krzykami obudziłby zmarłego. Przebiegł obok okna maestra i wyrwał gwałtownie starego Jacoba ze snu. Nikt nie wiedział, co się stało. Maester ubrał się w pośpiechu i wybiegł za Baronem, by zobaczyć swego pana przy grobach. Jego oczom ukazał się iście potworny widok. Świeży grób matki Barona był rozkopany, a zwłoki staruchy były rozsmarowane po całej trawie. Wnętrzności rozwieszono po gałęziach jabłoni i choć sytuacja była drastyczna, maester myślał nadzwyczaj trzeźwo. „Gdzie głowa? Gdzie jest głowa?” – Coś go tknęło, by spojrzał za siebie, na zamek i znalazł brakującą część. Głowa kobiety była ustawiona na parapecie komnaty Barona. Marcus padł przed grobem matki na kolana, z twarzą wykrzywioną przerażeniem, i maestrowi wydawało się, że zaraz zacznie płakać, ale z jego oczu nie popłynęła ani jedna łza. Trwoga nie pozwoliła mu na nic. Staruchę pochowano w takiej ilości, w jakiej udało się ją zebrać. Ubrudzona krwią trawa została wyrwana do gołej ziemi, aby ani jedna cząstka ciała kobiety nie została zbezczesz-czona. Nawet drzewo okaleczono, odcinając mu gałęzie z wi-szącymi na nich jabłkami. Później wyszło na jaw, że na czole rozczłonkowanej kobiety był wydrapany napis: „Zostaniesz zdradzony”. Doniósł o tym pachołek Barona, który był zmuszony usunąć głowę i zwymiotował, jeszcze nim jej dotknął. Całość zasypano w starym grobie, a na jego wierzch położono potężny głaz. Kilka godzin po powtórnym pochówku maester Jacob przyuważył swego pana nad grobem matki. Postanowił podejść do Barona, a gdy był już na trzy kroki od niego, wyczuł mocną woń alkoholu.

Ziemniaczany baron

– Czy wiesz, co powiedziała mi moja matka tuż przed śmiercią? – zaczął Baron. – Nie, mój panie. – Powiedziała… że po jej śmierci mam wypędzić dzieci w świat i ożenić się na nowo, z inną kobietą. – Uniósł kielich i wypił z niego łyk wina. – Czemu to było jej ostatnim życzeniem? Jeśli mogę zapytać – dodał pośpiesznie. – Bo wiedziała, że umiera. Powiedziała, że rodzina mnie zdradzi, że wszyscy spiskują przeciwko mnie i tylko czekają, kiedy zdechnę i zostawię im swój majątek, ale… choćbym miał spalić zamek do gołej ziemi, to jest mój i nikt go nie dostanie…! Tylko matka mnie wspierała. Zawsze! A Baronowa? Phy! Wiecznie trzęsąca się beksa! – powiedział z pogardą. – Żona powinna ogrzewać męża w łożu! Powinna słuchać o jego czynach i być wdzięczna, że ma co żreć! Baronowa i moje dzieci… – Splunął na ziemię. Maester milczał, nie umiejąc znaleźć słów, by podtrzymać rozmowę. Baron przerwał ciszę. – Ech, Jacobie… życie jest krótkie i niesprawiedliwe… Pamiętaj o moim nagrobku. – Zmienił ton i zagroził mu: – Pamięć o mnie musi przetrwać! – Baron opróżnił butelkę do dna. – Brakuje mi rozmów z matką. To była dobra kobieta… Późnym popołudniem Baron zgromadził w głównej sali Thomasa, Lilly, Gregoryego, maestra Jacoba i dowódcę straży, kapitana Paules’a. Thomas, najstarszy syn, jako pierwszy zabrał głos na zebraniu. Miał jasne włosy, które sięgały mu do ramion, i twarz dwudziestosześciolatka, pokrytą dorosłym zarostem. – Ojcze, daj mi ludzi, a znajdę tego potwora, który zbezcześcił ciało mej babki! Znajdę go i zrobię z nim dokładnie to samo! – przekonywał z młodzieńczym zapałem. Z charakteru był podobny do swojego ojca, choć delikatną urodę odziedziczył po matce. Zawsze udawał ważną osobistość, podczas gdy jego młodszy brat myślał tylko o zabawie. Miał powód do do tego, by czuć się lepszym od reszty rodzeństwa, bo był pierworodnym, co dawało mu prawo do dziedziczenia. – Nie, Thomasie, tym zajmie się kapitan Paules – odparł Baron, nerwowo skubiąc zębami dolną wargę. Dowódca straży Paules był drugim największym pijakiem w całym Dogrowl. Pierwsze miejsce należało do Barona. – Mój najjaśniejszy panie. Obiecuję, że cię nie zawiodę. – Kapitan schylił głowę i stuknął się piętami. Pod pachą miał hełm, który teraz założył na głowę. Thomas wstał wzburzony od stołu i unosząc wysoko głowę w geście wielkiego urażenia, udał się do swej komnaty. Baron w tym czasie roztaczał nad zebranymi wizję śmierci osoby, która była odpowiedzialna za ten haniebny czyn. Pił łapczywie wino, a mówiąc o tym, aż kipiał ze złości, ale nikt nie miał odwagi mu przerwać. Wszyscy byli zmuszeni słuchać jego bełkotu. Rozwijając swoje długie opowiadanie, zachowywał się tak, jak gdyby właśnie zabijał tego wynaturzeńca. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz nagle podskoczył na krześle i pobladł na buraczanej twarzy. Jego wzrok utkwił w oknie. Wszyscy spojrzeli w tamto miejsce i dostrzegli białego gołębia, który gruchał łagodnie i przechadzał się ptasim krokiem po kamiennym parapecie.

75


opowiadania Baron złapał go w poczerwieniałe dłonie i w sekundę skręcił kark, by następnie rzucić nim o podłogę i zdeptać. Wszyscy zebrani usłyszeli dźwięk strzelających kości, podobny do miażdżonej kupki piasku. Maester Jacob jako jedyny wstał od stołu i podszedł do Barona: – Za pozwoleniem, panie. – Pochylił się i podniósł pokrwawioną kupkę piór. Z ocala��ej łapy gołębia odpiął wiadomość i przeczytał ją w myślach. Twój pierworodny spiskuje przeciwko Tobie. Właśnie pisze list do Twoich wrogów. Ja ci to mówię, zostaniesz zdradzony. Maestra oblał zimny pot i zakłuł go dotkliwie żołądek. Baron wyrwał mu wiadomość z ręki i sam ją przeczytał. Zamarł. Upuścił wiadomość, która poleciała ukośnie i upadła tuż za nim. Maester znał tylko jedną osobę, która wszystko zaczynała i kończyła tym samym zdaniem: „ja ci to mówię”. Była nią matka Barona… Jadowita starucha, której zwłoki zostały zbezczeszczone kilka godzin wcześniej. – Ale jak to możliwe? – rozmyślał gorączkowo. Znał opowiadania, w których zmarli wstawali z grobów, ale nigdy nie słyszał o czymś takim, co spotkało matkę Barona. „Czyżby jej duch się mścił? A może to jakiś podstęp? Tylko kto i dlaczego miałby to robić? Gdyby ktoś pragnął skrzywdzić rodzinę Barona, to po co zadawałby sobie tyle trudu? Baron zawsze rozmawiał ze swoją matką na osobności, więc kto prócz niego mógł wiedzieć, jak mawiała starucha?” – w głowie roiło mu się od pytań. Nim zdążył się otrząsnąć ze swoich rozmyślań, Baron Marcus zdążył się już skierować jak w transie do komnaty Thomasa. Zamknięte drzwi wyważył kopnięciem i swym gwałtownym wtargnięciem zaskoczył syna, który siedząc przy biblioteczce, trzymał w ręce pióro. Gdy Thomas wstawał, potrącił kałamarz i głęboki odcień granatu zalał cały pergamin. Baron rzucił się na Thomasa z pięściami: – Ty parszywa gnido! Jesteś moim synem, a zdradzasz mnie jak sukę?! Do kogo pisałeś?! – Złapał go za gardło. Obaj przewrócili się na łoże z baldachimem. – Ojcze! – zacharczał chłopak. – Ja… pisałem do wybranki swego serca… – jego głos był ledwo słyszalny. – Ty… nie masz… kobiety!!! – warknął do niego tymi słowami i zacisnął dłonie na jego szyi mocniej. Twarz płonęła mu od napompowanej krwi, a oczy były nieprzytomne z szału. Między odsłoniętymi zębami wyleciała mu kropla śliny, która spadła i wchłonęła się w koszulę Thomasa. Maester Jacob, widząc Barona, rzucił się na ratunek chłopakowi. Był jednak za stary, aby móc uwolnić go z uścisku ojca. Po chwili dobiegła do nich Lilly, piszcząc i płacząc, próbowała tego samego. Bez skutku. Thomas w końcu przestał się rzucać. Jego ruchy ustały, a oczy zastygły w jednym punkcie. Siostra zaniosła się histerycznym płaczem i skuliła się w kącie. Maester Jacob przeżegnał się drżącymi dłońmi, choć nie był głęboko wierzący. Baron Marcus zwolnił palce z szyi syna i wstał z łóżka, by wytrzeć się dłońmi o swój brzuch. Stał tak, sapiąc i ocierając dłonie, patrząc z wyszczerzonymi zębami, jakby nie rozumiejąc sytuacji. III Wiadomość o śmierci Thomasa miała być utrzymana w tajemnicy. Mimo starań rodziny na pogrzebie zjawił się

76

brat Barona – Lucius. Był o rok młodszy od Marcusa. Nie wiodło mu się najlepiej. Spłodził szóstkę dzieci, a cały dobytek, jaki zgromadził ich ojciec, przeszedł w ręce Marcusa. Ożenił się ze zubożałą Baronetą Klarą. Wiedli skromne życie, gdzieś na pograniczu królestwa. Póki grabarze przygotowywali dół, rodzina Gravedi przebywała osobno w swoich komnatach. Lucius nie dociekał ich zachowania, nie lubił ich i ze wzajemnością. Odnalazł brata w jego komnacie. – Bracie. Przybyłem, by złożyć ci kondolencje z powodu śmierci twego pierworodnego syna. – Podszedł, by uściskać Marcusa. – Nie zapraszałem cię, Lucius – powiedział ten nieprzyjaźnie, więc Lucius zrezygnował z uścisku. – Wiem, ale pomyślałem, że w takich chwilach rodzina powinna być razem. Powiedz, jak to się stało? – mówił, jakby powtarzał formułkę, witając gości na balu. Baron nie odpowiedział. Zignorował go, opuszczając komnatę. Lucius zmarszczył brwi i westchnął, ale zachowanie brata zdawało się być mu obojętne. Również wyszedł z komnaty, ale nie po to, aby dogonić Marcusa. Podążył korytarzem i bardzo powoli otworzył drzwi od gabinetu Barona. Wszedł. Nie miał wprawy we włamaniach, toteż nie zauważył maestra Jacoba, który widział całe wydarzenie, stojąc na drugim końcu korytarza. Staruszek zakradł się pod drzwi, które były lekko uchylone, i nasłuchiwał. Oczyma wyobraźni widział wszystko, co robił Lucius. Usłyszał szelest papieru. Najpewniej były to zwoje leżące na biurku Barona. Później poznał dźwięk otwieranej szuflady. Zawsze skrzypiała szorstkim chrobotem. Gdy szmery zrobiły się mniej słyszalne, maester Jacob przysunął głowę bliżej i usłyszał charakterystyczne cyknięcie zamka. Poznał, że była to szkatułka Barona z ważnymi dokumentami i postanowił wejść. Lucius odskoczył od niej i próbował udawać, że wszystko jest w porządku: – Ekch… Ty… eee… Przynieś mi coś do picia. – Machnął władczym gestem. – Nie powinno pana tu być – odpowiedział maester. Chciał zareagować stanowczo, ale w końcu był tylko służącym. – Uważaj, do kogo mówisz. Jestem bratem twojego pana, staruchu! Choć sytuacja była jasna, maester Jacob ulegle spuścił głowę, a Lucius uniósł swoją jeszcze wyżej. W przeciwieństwie do maestra Jacoba, który miał tylko rację, Lucius miał tytuł barona i wrodzoną pewność siebie. Nieproszony gość w końcu opuścił gabinet, a Maester rozejrzał się w pośpiechu, aby upewnić się, czy nic nie zginęło. Wiedział, że dobrze postępuje, ale z drugiej strony – nie wolno mu było ruszać rzeczy swego pana, zwłaszcza, że cały pokój był wypełniony przedmiotami, na punkcie których Baron był wyjątkowo przewrażliwiony. Marcus zastawiał nawet pułapki, by sprawdzić, czy ktoś nie grzebie w jego szafkach. Polegało to na włożeniu zapałki między drzwiczki szafki. Jeśli by wypadła lub byłaby włożona w inny sposób, Baron natychmiast wiedziałby o tym. Maester Jacob prędko wyszedł z gabinetu. Długo myślał o tym, jak powiedzieć swemu panu o Luciusie, lecz komplet-

Justyna Grabarczyk


opowiadania nie nie czuł się na siłach. Miał tak mało pewności siebie, że zaczął nawet myśleć, iż to się nie wydarzyło, że to on coś źle zinterpretował. W ceremonii uczestniczyli wszyscy poza Baronem Marcusem. Lilly wyprowadziła matkę z pokoju, żeby mogła pożegnać się z synem, lecz ten dzień niczego nie zmienił w jej życiu, a Baron zamknął się w piwnicy z winem, gdzie łagodził trunkami swój smutek. Lucius wyjechał tuż po pogrzebie. Najbliższa rodzina rozeszła się, a staruszek wrócił do komnaty Thomasa. Podszedł do biblioteczki, na której leżała kartka: poczerniała, sztywna i wygięta w łuk od atramentu. Było na niej coś napisane, ale nie mógł nic odczytać. Można było zaledwie dojrzeć dolne zawijasy liter. – Myślisz, że oszalałem? – Maester usłyszał za sobą przepity głos Barona. Odwrócił się do niego. – Nie panie… ja… – Oszczędź mi tych łgarstw – przerwał mu stanowczo. Oparł się ciężko o ramę drzwi, trzymając w ręku butelkę. Nos mu czerwieniał i się świecił. – Thomas zawsze starał się mi zaimponować. Kiedyś, gdy kazałem odciąć dłonie złodziejom, ten chłopak poprosił, bym się wstrzymał. Myślałem, że jest miękki, jak matka… ale on przyprowadził jeszcze służkę… To był zdolny chłopak… Dziewka skradła kiełbasę. Normalnie bym ją dosiadł i zapomniał o całej sprawie, ale to Thomas miał ciąć im łapy. – Wziął głęboki łyk. – Łgała, że dostała ją od Thomasa, ale przecież wiadomo było, że kłamała… Czemu mnie zdradził?! – krzyknął niespodziewanie. – Czemu mój własny syn stanął naprzeciw mnie?! – zapytał dobitniej i rzucił butelkę na podłogę. – To wszystko prawda, Jacobie. Gołębie nie przynoszą pokoju… one… one… one niosą prawdę… Ktoś tam na górze czuwa nade mną… – Z obłędem w oczach uniósł brwi, by spojrzeć w górę.

W głowie kołatała mu tylko jedna myśl: „szaleństwo”. Zapadło milczenie. Baron czekał na wieści przy oknie i nie zwracał uwagi na maestra, więc Jacob wycofał się po cichu. Szybkim krokiem przeszedł przez korytarz, zszedł po schodach i wyszedł na dwór. Rozejrzał się po ogrodzie. Na trawie leżało kilkanaście martwych ptaków. Rozpoznał kruki, szpaki i kilka sokołów, a nawet jedną kaczkę. Gorączkowo zastanawiał się, co ma zrobić, co jest w stanie zrobić. Jego pan popadł w obłęd, lady Cramilla zachowywała się jak nieboszczka, a Thomas, pierworodny, został zamordowany. Teraz jedyną władną osobą, która mogłaby przejąć rządy, był Gregory.

Baron zatoczył się wolnym krokiem w swoją stronę, mrucząc coś pod nosem. Maester Jacob długo nie mógł dojść do siebie po jego słowach.

Staruszek złapał za dół szaty, by sprawniej biec, i ruszył do jadalni, w której jego państwo spożywali wszystkie posiłki. Zastał tam tylko Gregoryego, ale to właśnie jego potrzebował teraz najbardziej. – Panie, proszę o wysłuchanie – zadyszka zmiękczyła mu głos. Chłopak w tym czasie spoglądał lubieżnie na służkę i mamlał w ustach chleb. – Twój ojciec, panie… on… wybacz, że to powiem, ale boję się, że ktoś miesza mu w zmysłach! – Taa… On zawsze był… – Zatoczył palcem koła przy czole. – Cóż zrobić? – odparł, lekceważąco kładąc nogi na stół. – Ależ, paniczu…! – Zamilczże wreszcie! Odbierasz mi apetyt… – zirytował się dziecinnie. – Ojciec zrobi, co będzie chciał, i wiesz co? Nie interesuje mnie to, dopóki Dogrowl nie jest moje, a na razie – siarczyście klepnął służkę w udo – marnujesz mój czas. Czekają mnie inne plany – ściszył złowieszczo głos. Pulchna dziewczyna zacisnęła usta i pobladła. Maester był wstrząśnięty zachowaniem Gregorego. „Co za zepsuty do szpiku kości bachor!” – pomyślał gniewnie. Nagle rozległ się wrzask Barona. Krzyczał: – Jest! Maaaaam! Był przejmujący, a momentami przypominał ryk zwierzęcia. Serce chciało się staruszkowi wydrzeć z piersi. Wiedział, że zaraz nastąpi coś strasznego, że to zapowiedź czegoś okropnego. Może za chwilę znów ktoś straci życie. Tylko kto?

IV Jacob przyszedł do Barona z samego rana. Miał naglącą sprawę, która dotyczyła pojmania złodzieja, winnego kradzieży na zamku sprzed kilku tygodni. Na domiar złego podejrzany twierdził, że srebra i klejnoty kupił od panienki Lilly. Baron Marcus stał w oknie swej komnaty i wyglądał, jakby nie spał przez całą noc. Szare zmarszczki, które zawsze miał pod oczami, teraz spuchły jeszcze bardziej i spęczniały na wzór przejrzałego buraka. – Panie, proszę o możliwość posłuchu. – Zamknij się – wyszeptał. – Możesz go spłoszyć! – rozejrzał się nerwowym wzrokiem za oknem, jakby wyczekiwał kogoś. Maester zastygł w bezruchu. Starał się zrozumieć sytuację, ale nie był w stanie. – Myślisz, że było ich więcej? Okolica pełna jest drapieżnych ptaków… może któryś gołąb nie doleciał? – Niemal zadrżał na samą myśl. – O świcie kazałem łucznikom wejść na dach i strzelać do każdego ptaka, który nie jest gołębiem – zakończył ciszej z napięciem w głosie.

Baron wparował do jadalni w samych majtkach i w zarzuconym na siebie czerwonym płaszczu: – Gdzie ta dziwka, twoja siostra? – zaryczał wolno. – Nie wiem, ojcze – bąknął Gregory, wstając ze zgarbioną sylwetką. – Jedliśmy razem śniadanie, a potem wyszła. – Skulił się jeszcze mocniej. Baron Marcus uśmiechnął się krzywo, po czym odwrócił się i wyszedł. Wiedział, gdzie jest Lilly. Maester Jacob nie zamierzał dopuścić do kolejnej tragedii. Dogonił swojego pana: – Panie! Co chcesz zrobić? – Baron nie zwolnił kroku. – Straciłeś już jedno dziecko! Nie możesz wierzyć tym listom! Ktoś tobą, panie, manipuluje! – mówiąc to, zastąpił mu drogę. Baron Marcus odepchnął go gwałtownie i staruszek upadł boleśnie na ziemię. Znajdowali się już na dworze, w pobliżu stajni. Maester ujrzał wówczas, że leżał obok wiadomości, która wypadła Baronowi z ręki, gdy go odpychał. Natychmiast rozwinął ją i przeczytał: – Twoja córka jest w stajni. Rozłoży nogi przed służącym i spłodzi Ci bękarta. Ja ci to mówię, będziesz dziadkiem bękarta.

Serce staruszka zabiło jak oszalałe. Rozejrzał się bezwiednie po komnacie. Szukał jakichś słów, ale ich nie znalazł.

Nim maester zdołał się podnieść, Baron Marcus wytargał za włosy swoją córkę na zewnątrz i przeciągnął ją kilka met-

Ziemniaczany baron

77


opowiadania rów po kurzącej się ziemi. Trzymając ją za warkocz, przejrzał różne metalowe narzędzia, które były oparte o drzwi stodoły. Bez wątpienia chciał ich użyć. Maester Jacob dobiegł do niego, choć czuł, że na biodrze miał rozerwaną skórę: – Panie! Zaniechaj tego, co chcesz uczynić! To twoja córka, twoja krew! – To ladacznica! – gruchnął, szarpiąc ją mocniej za włosy. Dziewczyna pisnęła. – Brudna, śmierdząca ladacznica… – Jego wzrok skierował się na widły, a potem na siekierę. Maester dostrzegł, że stał za nim Gregory, ale młodzieniec trząsł się i nie zamierzał mieszać się w awanturę. – Panie, jeśli zabijesz swoją córkę, to klnę się na Boga, że ludzie zbuntują się przeciwko tobie! Stracisz tytuł i ziemię! Przestaniesz być Baronem i zabiorą ci zamek! Te słowa sprawiły, że Baron Marcus zawahał się. Dotarło do niego, że może stracić to, na czym mu najbardziej zależało. Staruszek wiedział, co powiedzieć. Znał go bardzo dobrze, ale do końca nie miał pewności, czy te słowa uratują życie Lilly. – Precz, wywłoko! – wrzasnął i puścił warkocz dziewczyny. – Wynoś się z mojej ziemi! Jeżeli zobaczę cię raz jeszcze, to rozpruję ci brzuch z bękartem w środku! Wynoś się! – grzmiał nieludzko. Lilly leżała twarzą do ziemi i łkała. Staruszek nagląco pomógł jej wstać. – Wstań, dziecko! Musisz uciekać! Natychmiast! Dziewczyna wstała i szlochając, wybiegła przez główną bramę. Nie odwróciła się ani razu. Baron Marcus wrócił do zamku, aby zamknąć się w swojej piwnicy z winem. Staruszek rozejrzał się, ale Gregory zniknął równie szybko, jak się pojawił. Maester pokuśtykał do stajni. Chciał sprawdzić, kogo tam znajdzie. Gdy tylko wszedł, do jego nogi podbiegł czarnobiały szczeniak, ale nie był to pies rodziny Gravedig. Po chwili usłyszał kilka pisków. Zbliżył się do stogu siana i odkrył za nim jeszcze dwa łaciate szczeniaki, które obgryzały świeży udziec barani. Głaszcząc dokazujące psy, pochylił się i zrozumiał wtedy, co zaszło. Było to dokładnie to samo jedzenie, które jadł dzisiaj Gregory. „Lilly przyszła tutaj, żeby w tajemnicy nakarmić szczenięta. To był cel jej wizyty”– pomyślał. Maester Jacob rozejrzał się jeszcze, ale nikogo więcej tu nie było. Drugie drzwi w stajni były zamknięte na łańcuch, więc nikt nie mógł tędy wyjść, a stał na tyle blisko, że zauważyłby, gdyby ktoś wychodził główną bramą. Opuszczając stajnię, natknął się niespodziewanie na młodą dziewkę, która stała ze spuszczoną głową i przestępowała z nogi na nogę. – Kim jesteś? – zapytał, ciężko oddychając. Nie znał jej i w tej chwili nie miał głowy, by wysłuchiwać spraw wieśniaków. – Mam na imię Elena, panie… – Rozpłakała się, czerwieniąc się na twarzy. – Ja przyszłam tu błagać, bym mogła się pożegnać… Proszę, panie! Nie odmawiajcie mi tego! Muszę! Ten ostatni raz… – Padła przed nim na kolana. – Pożegnać? Z kim chcesz się pożegnać? – zapytał zdumiony. – Z moim ukochanym… Panicz Thomas… pan mnie kochał, a ja jego! Nie jestem szlachetnie urodzona i… ukrywaliśmy naszą miłość, a on teraz… nie żyje! – Łkała głośniej. – Pisaliśmy do siebie listy. Tak czekałam na następny… ale nigdy nie przyszedł. Maester Jacob wyprostował się i spojrzał tępo przed siebie. To było dla niego za dużo. Patrzył na coś w oddali i ruszył wolnym, bezmyślnym krokiem. Pytania roiły mu się w głowie jak chmara

78

kąsających os. „A więc wszystkie listy kłamią? Nie, pierwszy list był prawdziwy… Tylko że każdy, kto choć trochę znał Gregoryego, wiedział, że chłopak lubił śmiać się z ojca i codziennie przebywał w karczmie… A Thomas? Chłopak mówił prawdę… O Lilly list również kłamał. Pierwsza wiadomość była prawdziwa, by Baron uwierzył we wszystkie następne. Ktoś usuwał po kolei członków rodziny Gravedi. Ale kto i po co?”. Zostawił za sobą płaczącą dziewczynę. Nic już nie słyszał ani nie widział. To było dla niego stanowczo za dużo. V Przez cały poranek padał rzęsisty deszcz. Późnym popołudniem wyszło słońce, ale tylko po to, aby za chwilę zejść z nieba. Pod wieczór do zamku przybył strażnik ze smutną wiadomością. Znaleźli Lilly. Zauważył ją w lesie myśliwy. Wypędzona z domu i wyklęta przez rodzinę, powiesiła się na gałęzi. Maester Jacob, choć nie lubił jej, uronił łzę. Była krnąbrną i złą kobietą, ale nie zasłużyła na taki los. Niedługo po tych wieściach do zamku zawitał Lucius. Baron podjął brata przy kolacji. – Po coś tu znów przyjechał? – rozpoczął wrogo i odgryzł z udźca kawał mięsa. – Po pogrzebie zostałem w mieście. Ludzie… mówią straszne rzeczy o śmierci Thomasa… – Tak. Udusiłem bękarta – nawet nie mrugnął okiem. – A więc to prawda, co mówią mieszkańcy?! Nie wierzę… jak mogłeś zabić własnego syna?! – Córkę ladacznicę też zabiłem, tylko nie własnoręcznie… – Przełknął mięso i odgryzł następny kęs. – Powiedz, bracie, czy przyjechałeś, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycham? – Że co? Marcusie, o czym… – Dogrowl jest moje! Wyrżnę wszystkich, jeśli będę musiał, ale nie pozwolę, by ktokolwiek spiskował za moimi plecami! Zdrada jest karana śmiercią, tak stanowi prawo! Wiem, czemu wszyscy szepczą za moimi plecami… bo nie chcą, abym doszedł do czegoś wielkiego! Chcą ściągnąć mnie na dno, zabrać, co moje, ale ja im na to nie pozwolę!!! – O kim ty mówisz…? – Myślisz, że nie wiem, po co przyjechałeś?! Knujesz przeciwko mnie i węszysz jak kundel za moimi bogactwami. Chcesz zająć moje miejsce, ale nie uda ci się! Ja sam zapracowałem na swój sukces, a ty przyjeżdżasz zabrać to, co moje, ale ja się nie dam, oj nie! Mam oczy dookoła głowy! Strzegą mnie niebiosa! Niebiosa i sam Bóg!!! – Ja… ja nie zostanę tu chwili dłużej! Jesteś szaleńcem! – Nie! Szaleni są ludzie, którzy myślą, że uda się im mnie przechytrzyć! Lucius gwałtownie wstał od stołu i wyrwał z rąk służącego płaszcz. Nie zważając na późną porę, opuścił posiadłość Barona. Maester Jacob stał nieopodal i postanowił skorzystać z sytuacji, aby porozmawiać z bratem Marcusa. Gdy Lucius wsiadał do powozu, zatrzymał go. – Panie. Jestem maestrem Barona Marcusa. Spotkaliśmy się na pogrzebie Thomasa. – Czego chcesz? – Porozmawiać, panie. Czy wiedziałeś cokolwiek o gołębiach, które przynosiły Baronowi wiadomości? Staruszek postanowił dociec prawdy, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu. Lucius wsiadł do powozu, poczym nachylił się nad maestrem i odpowiedział nikczemnym tonem: – Nie boisz się tu spać, maestrze?

Justyna Grabarczyk


opowiadania

Ziemniaczany baron

79


opowiadania Zamknął mu drzwiczki przed nosem i dał sygnał woźnicy, by ruszyć. Maester Jacob odprowadził wzrokiem znikającą w ciemnościach dorożkę. Jego myśli biły się ze sobą: „Może to Lucius przysyła te gołębie? Zna obsesję brata… Nienawidzą się. Może ma tu swoich szpiegów, którzy mu o wszystkim donoszą?”. Wszedł powoli do zamku, będąc pogrążonym w myślach. „Tylko jak znaleźć dowód? Jak przekonać Barona, by się opamiętał? Czy uwierzy mi na słowo w związek Thomasa i Eleny? Czy da wiarę w szczenięta Lilly?”. Postanowił spróbować porozmawiać z Marcusem. Nie zastał go w jadalni, więc poszedł w stronę jego komnaty. Zauważył go na schodach i zawołał, ale ten nie odwrócił się. Baron już miał wejść do swojej komnaty, gdy nagle zatrzymał się. Staruszek dogonił go i stanął za nim. Nabrał już powietrza, by zacząć rozmowę, ale ujrzał, że do drzwi była przybita kartka. Kozik z drewnianą rączką sprawił, że maestrowi zrobiło się słabo. Baron zerwał ją i przybliżył lampę naftową. Obaj odczytali zwartość wiadomości w tym samym czasie: Gregory okradł Cię. Zabrał ci złoto i teraz upija się Twoim winem. Ja Ci to mówię, że jutro ukradnie Ci także zamek i ziemię. Zostaniesz nikim! Baron, wydając z siebie wściekły warkot, wbiegł na schody i gnał jak pasterz, który słyszy, że wilki pożerają mu owce. Staruszek wyjął z drzwi kozik i instynktownie schował go za pasek. Próbował nadążyć za swoim panem, krzyczał, aby Baron się zatrzymał, ale nic to nie dało. Baron Marcus pokonał szybko kolejne schody, które prowadziły do piwnicy z winem. Zastał tam swojego syna Gregoryego, który leżał nieprzytomny na podłodze. Jego głowa opierała się o półkę wypełnioną po brzegi czerwonym i białym winem. Baron dyszał nad nim, pałając żądzą mordu. Staruszek pokonywał już ostatnie stopnie do winnicy. Jeszcze ich nie widział, ale słyszał oddech Barona, więc krzyczał i rozpaczliwie wołał swego pana. Baron uniósł rękę, w której trzymał lampę, i cisnął nią w głowę Gregoryego. Szkło rozprysło się na kawałeczki, a nafta rozlała się po twarzy i ubraniu młodzieńca, wnet zajmując się ogniem. Obudzony bólem Gregory wstał z rozdzierającym krzykiem na ustach. W tej samej chwili kozik z drewnianą rączką przeszedł na wylot przez gardło Barona. Krew najpierw popłynęła leniwie spod ostrza, a potem wytrysnęła bordowymi strumieniami i ciało Marcusa upadło ciężko na posadzkę. Za nim stał maester Jacob. Spojrzał spłoszonym wzrokiem na swego martwego pana i zadrżał po popełnieniu mordu. W oczach miał łzy. Ze stanu otępienia wyrwały go wrzaski panicza. Młodzieniec płonął żywym ogniem i zdawało się, że alkohol płynący w jego krwi wzniecał płomienie, potęgując jego agonię. Jacob był śmiertelnie przerażony, ale szybkim ruchem zerwał z ciała Barona płaszcz i rzucił go na palące się ciało Gregoryego. Młodzieniec szalał i wił się. Maester próbował go ugasić, lecz chłopak w opętańczym szale walki o życie wpadł na regał z winem. Mebel zachwiał się i po chwili runął, przygniatając palącego się chłopaka. Białe i czerwone wina zmieszały się, tworząc śmierdzące kałuże. Być może pomogły ugasić ogień, a być może tylko unieruchomiły ciało, w ten sposób nie pozwalając ogniowi nasycić się powietrzem w ruchu. W jednej z tych kałuż leżał bez oznak życia Gregory. Maester Jacob rozpłakał się wniebogłosy, po raz pierwszy od kilkunastu lat. Klęcząc, próbował wydobyć młodzieńca spod regału, ale jego skóra jeszcze miejscami tliła się. Staruszek

80

usiadł obok i załkał z bezradności. W ciągu kilku dni widział więcej śmierci niż przez całe życie. I wtedy zobaczył coś, na co nie był przygotowany, kogoś, o kim w życiu by nie pomyślał. Przed nim, na ostatnim stopniu schodów, stała Baronowa Camille. Była ubrana w czarną, masywną suknię, a jej nieczesane przez lata włosy były teraz upięte w surowy kok. Usta malowane głęboką czerwienią były zaciśnięte, a oczy… oczy niegdyś puste i bez duszy, teraz miały kolor krwi i biła z nich prawdziwa potęga. – Moja pani, dlaczego…? Dlaczego?! – wystawił do niej błagalnie rękę. – Drogi Jacobie. Nie wierzyłam, że byłbyś w stanie odebrać komuś życie. Dziękuję, że mnie wyręczyłeś. – Kopnęła z pogardą głowę Barona. – Przypatrz się. Wyglądam jak twoja Baronowa, ale nią nie jestem. Ona mnie tu sprowadziła, modliła się do mnie, a ja jej wysłuchałam. – To były twoje dzieci! – krzyknął, nie zwracając uwagi na to, co powiedziała wcześniej. – Nie! Nie, Jacobie. To były pomioty – zniżyła głos, podchodząc do Maestra. – Czy człowiek byłby w stanie znaleźć rozrywkę w ucinaniu rąk innym? Czy córka okradałaby własną matkę? Czy syn byłby zdolny zgwałcić tuzin dziewcząt? Nie, Jacobie. To nie byli ludzie. To były potwory. Matka znała prawdę o nich. – Ale… skąd wszystko wiedziałaś…? Zaśmiała się. – Jacobie, jestem szeptem i krzykiem, myślą i czynem, darem i przekleństwem. Mam wiele imion: Zemsta… nienawiść… gorycz… Twój pan lękał się tylko o siebie. Drżał na myśl, że ktoś go zdradzi, więc wykorzystałam te lęki. Widzisz, drogi Jacobie, pióro jest silniejsze od miecza. Twój nędzny Baron sam się zgładził w tej wojnie, którą toczył wewnątrz siebie. Staruszek nie rozumiał jej słów. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, których nie mógł uspokoić. Cały jego świat zawalił mu się w tej jednej chwili. – Jest jedna rzecz, o którą chcę cię prosić, Jacobie, i pozwolę ci odejść. – Wręczyła mu papier, który przyjął trzęsącymi się rękami. – Są na nim słowa, które umieścisz na grobie swego pana, pani, a także ich dzieci. Baron pragnął pamiątki po sobie, więc ją otrzyma. Maester spojrzał na kartkę, a gdy uniósł wzrok, kobiety już nigdzie nie było. Jacob odwrócił się i spojrzał na zwęglone ciało Gregoryego. Nie mógł tu dłużej zostać. Wstał i chwiejnym krokiem opuścił piwnicę. Gdy dotarł na zewnątrz, deszcz padał gęsto, a pioruny rozświetlały niebo. Brnął w błocie, nie zważając na porywisty wiatr i późną porę. Nie czuł zimna ani zmęczenia. Jego piesza wędrówka trwała bardzo długo, nim ujrzał pierwszą miejską latarnię. Gdy dotarł już do miasta, udało mu się natknąć na strażnika. – Nie żyją… wszyscy nie żyją… – wysapał nieprzytomnie. – Kto? Starcze, uspokój się! – Baron Marcus… jego dzieci… Strażnik zebrał kilkoro swoich ludzi i wszyscy udali się do posiadłości barona. Jacob był na wpół przytomny, gdy dotarli do zamku. Został zmuszony, by wejść raz jeszcze do piwnicy i opowiedzieć wszystko strażnikom, choć zapierał się rękami i nogami. Nie dowiedzieli się zbyt wiele. Staruszek był tak wstrząśnięty, że większość tylko pokazywał rękoma i dukał niezrozumiałe słowa. Strażnicy w końcu dali mu spokój i rozeszli się po zamku. Maester został zaprowadzony do ja-

Justyna Grabarczyk


opowiadania dalni, gdzie pilnował go jeden ze strażników. Do posiadłości wszedł kapitan straży Paul, który został poinformowany o całym zajściu. Oddelegował wartownika i siadając obok Jacoba, zwrócił się do niego: – Strażnicy znaleźli zwłoki Barona i spalone ciało Gregoryego, a we wsi ludzie gadają, że to Baron zabił Thomasa! Jego córka powiesiła się na gałęzi brzozy! Co tu się stało, na Boga?! Maester patrzył tępo przed siebie, jakby nie rozumiejąc słów kapitana. Paul potrząsnął nim gwałtownie – Mów do mnie, maestrze! Co tu się wydarzyło?! – Lady Camille ich zabiła… ona oszalała… zabiła wszystkich… – Kapitanie! – zawołał strażnik z pierwszego piętra. Kapitan Paul puścił maestra i wytarł pot z czoła, obrzucając Jacoba podenerwowanym spojrzeniem. Poszedł na górę, do wołających go ludzi. Zrozpaczony Jacob złapał się za głowę i niewiele brakowało, aby zsunął się z krzesła. Wtem usłyszał za sobą głos: – Jacobie, musisz opuścić ten dom. Maester rozpoznał głos Baronowej i poderwał się gwałtownie. – Pani, są tu strażnicy! Musisz odpowiedzieć za swoje czyny! – Jacob zaczął się cofać, podpierając się niepewnie o okoliczne meble. Kobieta zmrużyła oczy i przemówiła zniecierpliwiona: – Śmiertelniku… jestem Aryniah, demon zemsty i klątw. Gdy człowiek myśli o zemście, ja jestem tą, która go słucha. Jeśli jego pragnienie jest szczere i silne, ja stawiam na drodze jego wroga śmierć. Twoja pani miała w sobie tak wiele nienawiści i żalu, że postanowiłam przybyć i położyć kres jej cierpieniom…

– Thomas Gravedi – był katem. Lilly Gravedi – była złodziejką. George Gravedi – był gwałcicielem. Na końcu przeczytał tabliczkę, przy której sam zakopywał trumnę: – Baronowa Camille Hover Gravedi, córka księcia Gregora Żelaznego. Za życia straciła wszystko, lecz zwrócono jej to po śmierci.

Justyna Grabarczyk

Jacob poczuł ukłucie na szyi – to jego krew tak pulsowała. Przerażony zerwał się do ucieczki i choć był stary i otępiały zdarzeniami, biegł po schodach jak szalony, wołając kapitana. Słyszał ich chaotyczne rozmowy, które dochodziły z komnaty Lady Camille. Gdy i maester tam wbiegł, nogi ugięły się pod nim. Kapitan Paul podszedł do niego i złapał go za ramię: – Starcze! Ta kobieta nie żyje od co najmniej dwóch lat! Wargi Jacoba zadrżały i zaprzeczył głową temu, co zobaczył. Rozkładający się szkielet Baronowej siedział przy stole, na którym stała zgaszona świeca. Miał włosy upięte w kok i był ubrany w czarną, długą i ciężką suknię. VI Starszy grabarz o szpakowatych włosach złapał pewnie ręką za trzonek łopaty. Kończył już zasypywać grób. Sypnął czarną ziemią na kupkę i przyklepał sztychem. Zwrócił się do swojego młodszego pomocnika: – Ej! Czytałeś nagrobek Barona? Rodzina musiała go nienawidzić, skoro tak go upamiętnili. – Nie, a co mu napisali? – zapytał młodzieniec, który nieopodal zrzucał ziemię na sosnową trumnę. Przeczytał wolno, z problemami początkującego ucznia: – Tu leży ścierwo tyrana, Barona Marcusa Gravedi, syna Barona Thomasa II. Zamordował swych synów i córkę, ciemiężył lud i zyskał przydomek „Ziemniaczany Baron”. – Patrz, tu też są jakieś dziwne nagrobki! Pomocnik grabarza odczytał pozostałe tabliczki:

Ziemniaczany baron

Rocznik 1985. Wrocławianka z urodzenia i miejsca zamieszkania. Studiowała w Wyższej Szkole Bankowości na wydziale Zarządzania Zasobami Ludzkimi. Od listopada 2011 roku nagminnie obgryza paznokcie wyczekując wydania The Winds of Winter G.R.R. Martina. Lubi spać do południa (jej rekord to 05:01 p.m.), siekać toporem niemilców w grach RPG i pisać przy klimatycznej muzyce. Swoją przyszłość najchętniej związałaby z pisaniem scenariuszy do action RPG-ów, a jeśli technologia by na to pozwoliła, z wgraniem siebie samej do świata gier.

81


Recenzje

Recenzje Celia S. Friedman „Dziedzictwo Królów“

Data wydania: 14.03.2013 Wydawnictwo: Prószyński Media Tytuł oryginału: Legacy of Kings Tłumaczenie: Piotr Staniewski, Grażyna Grygiel ISBN: 978-83-7839-479-2 Liczba stron: 624 Z niektórymi seriami wyjątkowo ciężko się rozstać. Są niczym wierni przyjaciele, których odejście wyszarpuje wielką dziurę w sercu. Gdy się kończą, niezwykle trudno jest znaleźć coś, co skutecznie zapełni powstałą pustkę. Zupełnie jak opakowanie czekoladowych ciasteczek. Czy właśnie takim pudełkiem słodkości była trylogia Magistrów autorstwa Celii Friedman? Z mojego punktu widzenia zdecydowanie tak. Oryginalne pomysły pisarki, intrygująca fabuła oraz rozbudowane, wielowarstwowe postacie budowały klimat tej opowieści, przykuwając uwagę czytelnika na długie godziny. Z tego też powodu trylogia Magistrów zasłużyła na niepowtarzalne, epickie zakończenie. Jednak czy właśnie takiego się doczekała? Kamala przeszła daleka drogę od początku swojej przygody w „Uczcie dusz”. Z nic nie znaczącej prostytutki stała sie postacią, której działania zmieniają losy świata. Pokazała także, że związek z nią to zabawa równie bezpieczna jak berek z piłą tarczową. Ścigana przez błędy przeszłości w końcu musi zatrzymać sie i stawić im czoło – zwłaszcza, że znany świat powoli chyli sie ku upadkowi. Duszożercy – stworzonka spijające ludzkie dusze niczym spasiony Amerykanin

82

colę – wraz ze swoimi jeźdźcami coraz chętniej emigrują do południowych krain. Sama ich liczebność sprawia, że wszelki opór wydaje sie bezcelowy. Jak bowiem walczyć z istotami, których sama obecność może sparaliżować tysięczne armie? Na to pytanie nasi bohaterowie będą musieli znaleźć odpowiedź – oczywiście jeśli planują przetrwać. „Dziedzictwo Królów” oferuje nam rozwinięcie kilku poruszonych w poprzednich tomach wątków. Poznajemy tu prawdziwą genezę kasty Magistrów oraz powody, dla których wewnętrzne prawo stanowi tak istotny element ich życia. Rozwiane zostają także tajemnice, które do tej pory spowijały przeszłość Colivara. Zarówno on, jak i wspomniana powyżej Kamala, stają się najistotniejszymi postaciami opowieści. Friedman poświęca im większość swojego czasu, zaniedbując odrobinę pozostałych bohaterów. Nie znaczy to jednak, że autorka ignoruje ich kompletnie. W miarę ciekawie obserwuje się rozwój króla Salvatora, który z zatwardziałego religijnego fanatyka przeistacza się… w odrobinę mniej zatwardziałego religijnego fanatyka. Sporym rozczarowaniem okazuje sie natomiast wątek królowej Gwynofar, która po bardzo mocnym początku szybko zostaje zdegradowana do roli militarnej króliczej łapki. Historia opowiedziana w ostatnim tomie trylogii nie należy do najgorszych. Samą książkę czyta sie szybko i przyjemnie, ochoczo przekładając kolejne strony. Jednak na tym kończą się pochwały. „Dziedzictwu Królów” brak jest uczucia epickości, którego oczekiwałem po zakończeniu cyklu. Niemożliwe do zrealizowania i wręcz samobójcze zadanie szybko okazuje się niedzielnym spacerkiem po parku. Sporym rozczarowaniem może okazać się także rozwiązanie niektórych wątków oraz ostateczny los ważnych dla fabuły postaci. Są to jednak sprawy indywidualne, które każdy czytelnik będzie odczuwać inaczej. Co mogę w ramach podsumowania powiedzieć o „Dziedzictwie Królów”? Jest to bez wątpienia pozycja interesująca, którą każdy fan serii koniecznie powinien przeczytać – nawet po to, by poznać ostateczne losy ulubionych bohaterów. Według mnie książce zabrakło jednak tego czegoś, co wyróżniałoby ją spomiędzy dziesiątek podobnych produktów. Stanowi dobre, jednak nie wybitne zakończenie trylogii, na które bez wątpienia zasługiwali jej wierni czytelnicy. Być może książka padła ofiarą moich nadmiernie rozbudowanych oczekiwań. Całkiem możliwe, że znajdziecie w niej, drodzy Czytelnicy, wiele pozytywów, których ja nie potrafiłem docenić. Celia Friedman nie zatraciła przecież swoich umiejętności pisarskich. O tym jednak będziecie musieli przekonać się sami. Krzysztof Dworakowski

Recenzje


recenzje K.J. Parker „Składany nóż”

Tłumaczenie: Michał Jakuszewski Tytuł oryginału: The Folding Knife Wydawnictwo: MAG Data wydania: luty 2013 ISBN: 978-83-7480-285-7 Liczba stron: 640 „Składany nóż” K.J. Parkera brałem do recenzji trochę w ciemno. Autor to bowiem bardzo tajemnicza postać, ukrywająca się pod pseudonimem i oficjalnie nie wiadomo o niej zasadniczo nic, z płcią włącznie. W jednym z newsletterów, który otrzymuję regularnie z pewnej księgarni internetowej zasugerowano, że jest w Polsce znany pod swym prawdziwym nazwiskiem, a pisze „zabawne” książki fantasy. Może zatem to i lepiej, że użył pseudonimu, bo pewnie w innym przypadku ominąłbym tę książkę wydaną przez Maga szerokim łukiem. A byłaby to wielka szkoda. Basso jest synem pierwszego obywatela. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku ojciec wysyła go do pracy w swoim banku, raczej po to, by nie lenił się całymi dniami, niż po cokolwiek innego. Młodzieniec wykazuje jednak niesamowite uzdolnienia w obracaniu pieniędzmi i w niedługim czasie wynosi rodzinny bank na szczyty, co w perspektywie lat również zapewni mu tytuł pierwszego obywatela. Diablo przenikliwy Basso rozwija swój kraj do lokalnej potęgi w niesamowitym tempie, nikt jednak nie jest doskonały, a przy stawianiu co i rusz wszystkiego na jedną kartę, w końcu musi się powinąć noga… Basso na własnej skórze przekona się, jak mocno boli upadek z tak wysoka.

Recenzje

Po naprawdę sycącej lekturze „Składanego noża” naszła mnie refleksja, dlaczego ta świetna książka ma stosunkowo niskie oceny w sieci? Być może powodem jest to, że w tej powieści nie ma ani grama magii ani innych nadnaturalnych zjawisk. Fantastyczność polega tu wyłącznie na oryginalnie wykreowanym świecie – gdyby miast w fikcyjnej Republice Wesańskiej umieścić akcję w jakimkolwiek funkcjonującym historycznie państwie, można by mówić o powieści historycznej, tudzież historii alternatywnej. Zapewne część czytelników po powieści fantasy spodziewała się charakterystycznych dla gatunku magicznych motywów, a gdy takie nie nastąpiły − rozczarowani postanowili obniżyć ocenę. To jedyne co przychodzi mi na myśl jako wyjaśnienie. Powieść Parkera jest bowiem książką, którą pochłania się z wypiekami na twarzy, a która jednocześnie ma dość specyficzny przebieg. Nie ma tu bowiem żadnej pędzącej akcji, śledzimy jedynie poczynania głównego bohatera, głównie ekonomiczne, ale także powiązane z nimi polityczne i militarne, choć przebieg toczonych wojen, podobnie jak Basso, znamy tylko z listów. Stricte ekonomiczne ukierunkowanie fabuły jest bardzo ciekawym zabiegiem, z którym ostatnio spotkałem się w „Smoczej drodze” Daniela Abrahama – tam było to jednak przedstawione nieporównywalnie bardziej powierzchownie niż w „Składanym nożu”. Myśl przewodnia powieści brzmi: zarabiaj (nie kradnij, małe doprecyzowanie dla niektórych naszych polityków) pieniądze dla siebie, a państwo też na tym zyska. Przy tym, niejako mimochodem, dzięki temu uleczyć można poważne bolączki społeczeństwa, jak głód, bezrobocie czy ksenofobię. Dobrze ukierunkowana prywata, cynizm, wyrachowanie i pragmatyzm może być zbawienne dla ogółu; altruistów i wszelkiej maści idealistów wcześniej czy później rozniesie na widłach rozgniewana tłuszcza, nie zważając na ich wzniosłe pobudki. Moja filozofia życiowa nareszcie znalazła się w dobrej książce. W opozycji do sukcesów w sferze finansowo-politycznej pozostają porażki i trudności Bassa w stosunkach z najbliższymi. Kontakty z rodzicami należy określić jako przyzwoite, choć dość oziębłe. Ukochana siostra pała do niego niegasnącą, raczej niezrozumiałą dla mnie nienawiścią, od kiedy w obronie własnej zabił jej męża, przyłapanego w sypialni ze szwagierką. Fakt, że następnie zabił w amoku i zdradziecką żonę, oddalił go emocjonalnie od własnych dzieci. Jedyną pociechą dla pierwszego obywatela pozostaje siostrzeniec, bystry, choć odznaczający się pewną nonszalancją i słomianym zapałem chłopak, który w pełni odwzajemnia uczucia wuja, mimo intensywnego sprzeciwu matki. Od początku wiadomo, że główny bohater straci dokładnie wszystko, cała zabawa polega na wyczekiwaniu kiedy i w jaki sposób odwróci się jego wspomagane kompetencjami szczęście. Mimo tej wiedzy czytelnik nie ma prawa się nudzić, bowiem i z największych kryzysów Basso potrafi wyjść nie tylko obronna ręką, ale wręcz jeszcze silniejszy. Jaka więc katastrofa i w jaki sposób rzuci go w końcu na kolana? Końcówka jest naprawdę przejmująca i pozostawia nas, mimo przygotowania, w nielichym szoku i smutku. Gorąco polecam i liczę, że polski wydawca zainteresuje się również innymi powieściami tego autora. Łukasz Szatkowski

83


Recenzje Haruki Murakami „Zniknięcie słonia”

Wydawnictwo: MUZA Liczba stron: 373 Cena z okładki: 39,99 Trudno przejść obojętnie obok prozy Harukiego Murakamiego. Grono miłośników autora „Norwegian Wood” gwałtownie się powiększa, a sam pisarz w ubiegłym roku był jednym z najczęściej typowanych kandydatów do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Z autopsji wiem, że nie wszyscy są w stanie przyswoić specyficzny styl twórcy. Osobiście, jako fan Franza Kafki, mam bardzo pozytywne wspomnienia związane z książkami Murakamiego, które są skarbnicą absurdalnego humoru. Do tej pory z uśmiechem na twarzy przywołuję w pamięci przedziwną „Kronikę ptaka nakręcacza”, groteskowy „Koniec świata i hard-boiled wonderland” oraz autobiograficzny zbiór esejów „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, w których autor japońskiego pochodzenia rozprawia o swoich sportowych fascynacjach. Na dniach wziąłem pod czytelniczą lupę „Zniknięcie słonia”, które jest zbiorem krót-szych form. Jakie są moje refleksje po lekturze? Wyobraźcie sobie, że nagle, w środku nocy, dopada was ogromny głód, a w całym domu nie ma niczego zdatnego do jedzenia. Albo inaczej: napotykacie mężczyznę, którego pasją jest spalanie stodół lub tańczącego karła, będącego ściganym przez carskie służby. A może wolelibyście poznać TV People, którzy niespodziewanie wtargną do waszych spokojnych mieszkań z telewizorem w ręku? Nie, to jeszcze nie

84

to. Jest wiosenny dzień. Idziecie ulicą i nagle spotykacie stuprocentowo idealną dziewczynę. I co wy na to? „Zniknięcie słonia” jest zbiorem zakręconych opowiadań, w których absurd goni absurd. Przez cały czas lektury byłem przyklejony do fotela i z zapartym tchem śledziłem losy plastycznych bohaterów, którym przytrafiają się sytuacje kosmicznego kalibru, czego przykładem jest chociażby pojawienie się w ogrodzie zielonego zwierza zakochanego we właścicielce posesji. Oczywiście w „Zniknięciu...” występują także kawałki, które nie mają nic wspólnego z fantastyką i surrealizmem, a jednak budzą niegasnącą fascynację. Osobiście najbardziej w antologii urzekło mnie „Milczenie”, „Sen” oraz opowiadanie „Tańczący karzeł”. Warto nadmienić, że w zbiorku pojawia się również „Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety” − krótka forma, która dała podwaliny najsłynniejszej powieści Murakamiego. Autor kształtuje rzeczywistość na swój sposób i sprawia, że nasza definicja normalności w czasie lektury ulega deformacji. Pochylając się nad książką, zapominamy o wszelkich problemach i przenosimy się do świata, w którym nie istnieją żadne granice. Domyślacie się już, co czeka was podczas przedzierania się przez kolejne strony „Zniknięcia słonia”? Ostra jazda bez trzymanki. Pamiętacie pojęcie papierowych bohaterów? W tym momencie możecie o nim w zupełności zapomnieć, ponieważ postacie u Murakamiego są z krwi i kości i daleko im do tego pejoratywnego określenia. Autor dokonuje dokładnej analizy bohaterów, zagłębiając się również w ich psychikę. Stadia psychologiczne postaci w „Zniknięciu...” bywają frapujące, a efekt potęgowany jest przez formę narracji pierwszoosobowej, która towarzyszy nam w praktyce przez całą książkę. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że zbiór ten to wybuchowa mieszanka uczuć. Nigdy w życiu nie czytałem w jednej antologii równie romantycznego opowiadania jak „O tym, jak w pewien kwietniowy poranek spotkałem stuprocentowo idealną dziewczyną” oraz poruszającego stadium ludzkiej natury w „Milczeniu”, opowiadaniu będącym licealnymi wspomnieniami boksera, a także wstrząsającego „Snu”, którego pointa do dziś mnie zastanawia… Styl, jakim operuje Murakami jest wyjątkowy. Jego proza napisana jest pięknym, bogatym językiem, a do tego przyprawiona gawędą, która sprawia, że przez kolejne opowiadania po prostu się płynie. Osobiście jestem zwolennikiem pierwszoosobowej narracji, która moim zdaniem pozwala na przekazanie znacznie większej dawki uczuć bohaterów i zapewne dlatego właśnie zostałem oczarowany przez sposób, w jaki autor prowadzi czytelnika przez swoje utwory. Przyznam szczerze, że trudno jest mi opowiadać o prozie Murakamiego. Są takie powieści i opowiadania, które po prostu trzeba samemu przeczytać i to właśnie jest jedna z tych pozycji. Sięgając po „Zniknięcie słonia”, byłem nastawiony na opowieści, które zetną mnie z nóg i zachwycą w każdym calu. Po lekturze mogę stwierdzić, że zbiór ten okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. „Zniknięcie...” powinno spodobać się każdemu miłośnikowi ambitnych short stories. Gorąco polecam! Nelliusz Frącek

Recenzje


recenzje Philip K. Dick „Czas poza czasem” Tytuł oryginalny: Time Out of Joint Data wydania: 19 lutego 2013 Autor: Philip K. Dick Przekład: Robert Reszke Wydawca: Rebis ISBN: 978-83-7510-835-4 Format: 288 s., 150 × 225 mm; oprawa twarda, obwoluta Cena: 47,90 Główny bohater „Czasu poza czasem”, Ragle Gumm, jest czterdziestoparoletnim starym kawalerem, który ciągle żyje ze swoją siostrą oraz jej mężem i synem, a żeby było jeszcze bardziej cudacznie – pracuje na swoje utrzymanie, codziennie rozwiązując drukowane w gazecie łamigłówki. I jest w tym najlepszy. Jego niezwykły talent, umiejętność logicznego myślenia, a może nadnaturalna intuicja sprawia, że od lat niezmiennie króluje w rankingu graczy, a jego twarz zna cały kraj. Do napisania „Czasu poza czasem” zainspirowało Dicka małe, niepozorne wydarzenie. Banał: jest zwykły dzień, Dick wchodzi do łazienki, chce zapalić światło. Sięga więc ręką po przewód zapalający lampę, ale… natrafia na pustkę. W jego łazience nie ma i nigdy nie było żadnego przewodu czy kabelka, który trzeba pociągnąć, tylko standardowy przycisk, pstryczek na ścianie. Przeciętny człowiek machnąłby na tę pomyłkę ręką i po chwili o niej zapomniał. Ale nie analizujący wszystko filozof, którym był Dick. Skąd wziął się nierozsądny odruch ciała, dlaczego ręka chciała pociągnąć jakiś przewód, dlaczego automatycznie sięgnęła w pustkę? Skąd nieświadoma pamięć o przewodzie, który przecież nigdy nie istniał? A może… a może jednak istniał? Witold Jabłoński „Słowo i miecz” Wydawca: superNOWA Data i miejsce wydania: Warszawa 2013 Stron: 648 Oprawa: miękka ISBN: 978-83-7578-040-6 W swej najnowszej powieści, „Słowo i miecz”, Witold Jabłoński przenosi nas do XI-wiecznej Polski (choć może należałoby powiedzieć Polanii albo Krainy Słowian), gdzie po chrzcie i tyrańskich rządach pierwszych Piastów żywioł pogański właśnie podnosi głowę. Na jego czele stoi kapłanka pradawnej bogini Mokoszy, Żywia, która gotowa jest zawrzeć pakt z siłami ciemności, aby tylko pognębić „wrażych krystowierców” i pomścić własne krzywdy. Żeby osiągnąć swój cel, wraz z grupką dzielnych mężów wyrusza do Nawii, mrocznego Zaświata.

Recenzje

Cały Dick. I zanim ktoś rzuci jakiś głupi komentarz o przyjaźni Dicka z narkotykami – kiedy powstawał „Czas poza czasem”, Dick nie miał jeszcze zielonego pojęcia o LSD. Co zresztą i tak nie ma żadnego znaczenia. Powątpiewanie w istotę otaczającej rzeczywistości Dick przeniósł na Ragle’a Gumma. Bohater „Czasu poza czasem” odkrywa, że ze światem jest coś nie tak. Rzeczywistość rozpada się na jego oczach. Może to halucynacje? Wszyscy go rozpoznają – no tak, przecież jest znany. A może nie chodzi o to, może wszyscy go rozpoznają, bo jest najważniejszą osobą na świecie, bo jest centrum wszechświata? Paranoiczny niepokój w stosunku do rzeczywistości towarzyszy mu przez całą powieść, popychając akcję do przodu i nakręcając do tego, by badał, sprawdzał, prowokował świat tak jak dziecko drażni patykiem leżącego na grzbiecie żuka. Tylko że dziecko robi to z czystej ciekawości, a nie z obsesyjnego pragnienia poznania prawdy. Do idei ułudnych światów zafascynowany nią Dick będzie powracał wielokrotnie, dzięki czemu powstaną takie dzieła jak „Ubik” albo „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”. W porównaniu z nimi, „Czas poza czasem” jest książką lżejszą, gładszą, nie ma tych wszystkich wystających kantów, o które zahacza umysł w trakcie lektury jego dojrzalszych dzieł. Wszystko w tej powieści jest pięknie wyjaśnione, wszystkie luźne końce zostają zawiązane, a pytania otrzymują odpowiedzi. Nie odmawiam utworowi drugiego dna czy głębszych treści, ale na pewno nie robi aż takiego mętliku w głowie jak późniejsze dokonania pisarza. Muszę też dodać, że ogólnie na tle pozostałych powieści Dicka, „Czas poza czasem” wychodzi raczej przeciętnie (co dziwić nie powinno – w latach 50. Dick ma dopiero przed sobą swoje najlepsze utwory), ale dla kogoś, kto jeszcze nie zna tego genialnego pisarza, „Czas…” będzie doskonałym wyborem, przygotowującym do rzucenia się na głębokie wody. Katarzyna Tatomir Historia sama w sobie jest ciekawa. Epoka, w której autor postanowił umieścić akcję książki, od lat fascynuje zarówno historyków, jak i pisarzy. Głównie dlatego, że brak źródeł i umyślne przemilczenia kronikarzy sprawiły, iż tak naprawdę nie wiadomo, jak się ówczesne wydarzenia rozegrały. Atutem powieści jest również jej klimat. Swojskie słowiańskie mity, magia, potwory – myślę, że wielu polskich czytelników fantastyki jest spragnionych właśnie takiej mieszanki. Dodatkowo całkiem nieźle sprawdza się wprowadzenie przez Jabłońskiego pewnego ekwilibrium wątków przygodowych i politycznych. W „Słowie i mieczu” dworskie spiski splatają się z awanturniczymi perypetiami. W tym miejscu niestety muszę zakończyć pochwały, gdyż powieść ma kilka poważnych wad. Przede wszystkim przeszkadzała mi jej tendencyjność. „Słowo i miecz” to opowieść z tezą, a ja osobiście nie lubię takich historii (w liceum męczyło mnie nieludzko czytanie Orzeszkowej). Poglądy Jabłońskiego bynajmniej nie są mi obce i nie rażą mnie, jednak ich nadmierne wyeksponowanie zaszkodziło książce. Zaważyło m.in. na kreacji postaci, które zostały po prostu spłaszczone przez czarno-biały podział. Zasadniczo w świecie stworzonym przez autora poganie są wolni, tolerancyjni, szlachetni, natomiast chrześcijanie to ok-

85


Recenzje rutni, zwyrodniali hipokryci. A gdybyśmy jeszcze mieli jakieś wątpliwości co do ich natury, to pamiętajmy, że ci pierwsi są piękni i czyści, a ci drudzy brudni, śmierdzący, na domiar złego obarczeni olbrzymim bogactwem fascy-nujących cielesnych deformacji. Być może Jabłoński nie posunął się do jednoznacznego stwierdzenia, że wyznawcy starszych bogów są dobrzy (chwała Perunowi, też czasem grzeszą i igrają z mrokiem), a „krystowiercy” źli, ale niewiele mu w sumie zabrakło. Najsłabszą stroną powieści są moim zdaniem dialogi – często zbyt mało naturalne, przesadnie informatywne. W ich przypadku tendencyjność również pogorszyła sprawę, gdyż

momentami rozmowy bohaterów przemieniają się w pochwały pogaństwa tudzież wyraz niezwykłej nikczemności chrześcijan, którzy otwierają usta głównie po to, aby kłamać, drwić lub knuć. Pomimo powyższych niedoborów myślę, że „Słowo i miecz” jest w stanie się obronić. Powieść czyta się szybko, akcja wciąga. Oczywiście znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że ich uczucia religijne są obrażane, ale z drugiej strony gdzieś tam kryją się przypuszczalnie także jacyś wyznawcy Swarożyca, którzy będą w siódmym niebie.

Raymond E. Feist „Gniew szalonego boga”

i Kapłani Śmierci szykują się do przejścia przez szczeliny łączące obie rzeczywistości. Imperium Tsuranich nie ma szans odeprzeć wroga nie tylko silniejszego, lecz także dysponującego znaczną przewagą liczebną. Zamęt sieje też Leso Varen, nekromanta, który tym razem ukradł ciało Wielkiego (maga Tsuranich). Jak to u Feista bywa, historię ową poznajemy z perspektywy wielu bohaterów, wydarzenia dzieją się jednocześnie w kilku krajach, na trzech światach i dwóch poziomach rzeczywistości. Od dawna fascynuje mnie zdolność Feista do łączenia wątków i odsłaniania kolejnych zagadek stworzonego przez siebie uniwersum. Fascynujące biografie postaci, takich jak Macros Czarny, Pug czy Nakor, z tomu na tom stają się coraz bardziej zrozumiałe. Wiele wydarzeń przedstawionych w poprzednich częściach widzimy w zupełnie nowym świetle. Autor nie zapomina również o wprowadzaniu nowych bohaterów – aby mogli w kolejnych historiach zająć miejsce tych, którzy stanęli przed obliczem Lims Kragmy, bogini śmierci. Poza tym odkrywa też kolejne fragmenty historii Wojen Chaosu, Valheru i odwiecznej walki z Bezimiennym o równowagę we wszechświecie. „Gniew szalonego boga” nie różni się zbytnio od innych książek Feista. Jest tu miejsce na humor, ironię, akty bohaterstwa, poświęcenie, filozoficzne rozmyślania, walkę i sztuczki. Częste odwołania do gry w szachy – w które namiętnie grywa i Kaspar z Olasko, i generał z Novidiusa – są swoistym kluczem do odczytania działań Konklawe cieni. Jak w życiu – czasami trzeba podejmować trudne decyzje. Najbardziej chyba cenię Feista za to, że choć jego książki są fascynujące, pomysły niesamowite, a połączenia wątków zaskakujące, nie ucieka się on do prostej zasady, każącej autorom z dobrych bohaterów robić złych – co nie znaczy, że stworzone przez niego postacie są czarno-białe. Nie. Po prostu efekt zaskoczenia można uzyskać również w inny sposób. Chwała wszystkim bogom wszystkich światów, że są jeszcze pisarze rozumujący w ten sposób! „Gniew szalonego boga” zakończył sagę „Wojny Mroku”. Pozostaje tylko czekać, aż wydawnictwo podejmie się wydania dwóch kolejnych serii opowiadających o tym uniwersum. (Najwyższy czas, aby fani z Polski mogli zapoznać się z zakończoną sagą „Demonwar”). Nie ukrywam również, że chętnie przeczytałabym wciąż niewydane tomy (dwa z czterech) należące do „Dziedzictwa Wojny Światów” oraz „Legendy Wojny Światów”. Tymczasem pozostaje mi tylko powiedzieć – parafrazując Gombrowicza – że Feist wielkim pisarzem jest, i polecić wszystkim „Sagę Wojny Mroku”.

Wydawca: Rebis Numer wydania: I Data premiery: 2013-02-05 Język wydania: polski Język oryginału: angielski Ilość stron: 400 Tłumaczenie: Szmidt Robert J. Rok wydania: 2013 Zakończenie wielkiej rozgrywki „Wiesz, jak się gra w szachy... czasami trzeba poświęcić jakąś figurę!” – Masashi Kishimoto Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów „Gniewu szalonego boga” pomyślałam, że to Feist jest szalony, po skończeniu lektury byłam pewna, że tak właśnie jest. Szalony i genialny, w każdej kolejnej książce potwierdzający, że nie bez powodu uznaje się go za mistrza fantastyki przygodowej. Z niecierpliwością czekałam na pojawienie się ostatniego tomu tej trylogii, zwłaszcza że końcówka „Wyprawy do Imperium Mroku” (część druga) pozostawiła mnóstwo pytań bez odpowiedzi. W trzecim tomie „Wojny Mroku” oba światy – Midkemia i Kelewan – stają przed realnym zagrożeniem przychodzącym ze świata Dasatich. Jego Mroczność, sycący się energią życiową bóg Dasatich, jest już gotowy do planowanej inwazji. Kości zostały rzucone, a Wojownicy Śmierci

86

Grzegorz Gajek

Anna Perzyńska

Recenzje


recenzje Gavin Smith „Crysis: Eskalacja”

Data wydania: luty 2013 Wydawnictwo: Insignis Tłumaczenie: Przemysław Bieliński Data wydania polskiego: 2013-02-20 ISBN: 978-83-63944-01-8 Wydanie: I Strony: 304 Oprawa: miękka Praca recenzenta ma swoje jasne i ciemne strony. Tą pierwszą jest bez wątpienia możliwość szybszego, przedpremierowego zapoznania się z długo wyczekiwanym tytułem. Co prawda, wiąże się z tym szybki termin wywiązania się z zadania (przez co – zamiast spokojnie delektować się utęsknionym dziełem, trzeba się nieraz mocno sprężać z czytaniem), ale wiadomo – coś za coś. Ciemna strona tego fachu ujawnia się, kiedy do recenzji trafi się (po)twór literackopodobny. A czasem się trafia – nieprzemyślany, płytki, napisany bez polotu, i usypiający Czytelnika już po paru pierwszych stronach (w wersji hardcore: wywołujący rwanie włosów z głowy po paru akapitach). I trzeba taki tytuł zmęczyć od deski do deski, pomimo iż z półki kuszą znacznie ciekawsze pozycje. Oj tak, życie recenzenta bywa usłane zarówno różami, jak i minami. W ostatnich latach zaobserwować można wysyp powieści opartych na motywach gier komputerowych. W ciągu lat utarł się stereotyp, że z literaturą taką trzeba szczególnie uważać – nietrudno trafić tu na wspomniane wyżej (po)twory, które nierzadko powodują zniesmaczenie miłośników

Recenzje

literatury (a czasem – o zgrozo – zatwardziałych fanów danej gry). „Crysis: Eskalację” miałem na oku praktycznie od chwili, kiedy w odmętach sieci wyczaiłem pierwsze informacje na jej temat. I od pierwszej chwili była to dla mnie wielka niewiadoma. Na początku czekało mnie miłe zaskoczenie: książka nie dubluje fabuły znanej z gier komputerowych. Wręcz przeciwnie, próbuje rozwijać zawarte w niej wątki, dzięki czemu stanowi prawdziwy rarytas dla graczy, którzy cyfrowe perypetie Proroka, Psychola i spółki znają już na wylot. Autor nie poszedł po linii najmniejszego oporu, tylko umiejętnie wykorzystał znane z komputerowych Crysisów postacie i wydarzenia (operacje sił specjalnych, nanokombinezony, inwazję Cepidów, rosnące wpływy korporacji CELL), tworząc szereg mniej i bardziej rozbudowanych opowiastek, które – zebrane razem – tworzą mroczny i przejmujący obraz przyszłości naszej planety. Wizję, która – co ciekawe, jak na opowieść opartą na stosunkowo prostej fabule gry akcji – potrafi zafrapować i zachęcić Czytelnika do rozmyślań (np. na całkiem przyziemny temat niekontrolowanego rozwoju wielkich korporacji). I która to potrafi niejednokrotnie wywołać ciarki na plecach. Takie potraktowanie „Crysis: Eskalacja” przez Autora, nadanie drugiego dna całej opowieści sprawia, że staje się ona atrakcyjna nie tylko dla graczy (chociaż mam wrażenie, że osoby nieznające realiów gry mogą się tu poczuć z początku nieco zagubionymi – nie będą również miały radochy z odkrywania powiązań między fabułą książki i fabułą cyfrowego pierwowzoru). Zarówno gracze, jak i pozostali miłośnicy opowieści sensacyjnych z pewnością docenią zawartą w tomie różnorodność historii oraz bohaterów. Raz towarzyszymy walczącemu w południowoamerykańskiej dżungli oddziałowi komandosów, by już za chwilę, już za kilka stron, stać się świadkami ostatniego kowbojskiego zrywu pewnego generała w domowym zaciszu. Witamy też na pokładzie futurystycznego, niemal niewykrywalnego dla przeciwnika, okrętu wojennego, jak i w rejonie uderzenia legendarnego meteorytu tunguskiego. Co więcej, akcja poszczególnych opowiadań jest rozrzucona nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – sięga nawet lat sprzed operacji na wyspach Lingshan (dla nieobeznanych – o tej operacji opowiadała fabuła pierwszego Crysisa). Z początku takie poszatkowanie może wydawać się chaotyczne, z biegiem kolejnych opowieści Czytelnik zaczyna zauważać atuty tego rozwiązania – wśród nich możliwość przyjrzenia się konfliktowi z kilku, naprawdę różnych, perspektyw oraz fakt, że dzięki tej różnorodności nie sposób się przy „Eskalacji” nudzić. Kolejna pochwała dla Autora należy się za bohaterów. Obok postaci znanych z gier pojawiają się tutaj całkiem nowe – wszystkie zaś zostały opisane z odpowiednią dozą wiarygodności. Nie są papierowe (jak to w paru innych tego typu wydawnictwach bywało), a mają wyraziste charaktery, własne cele, przemyślenia i metody działań – są różnorodne, ludzkie, przekonujące. Reasumując, „Crysis: Eskalacja” pozytywnie mnie zaskoczył. Ten zbiór zręcznie utkanych sensacyjnych opowiadań jest pozycją, z którą warto się zapoznać. Nie muszę chyba dodawać, że dla miłośników gier CRYTEKA jest to pozycja obowiązkowa? Kamil Dolik

87


Recenzje Francesco Fioretti „Sekretna księga Dantego”

Wydawnictwo: REBIS Oprawa: miękka Wymiary: 135x215 Ilość stron: 344 ISBN: 978-83-7510-967-2 Sensacyjnie zredagowany opis na okładce znowu wprowadza w błąd. Nietrudno po jego lekturze narobić sobie smaku na porywający thriller pełen przygód, łamigłówek i historycznych odwołań, który tak spopularyzował Dan Brown swoim „Kodem Leonarda”. Nie czas i miejsce, by rozprawiać o twórczości tego autora, ale faktem jest, że rodzaj powieści, który uprawia – przygoda, sensacja, zagadki plus wielkie tajemnice historyczne – jest bardzo atrakcyjny. Łatwo więc po lekturze opisu na okładce „Sekretnej księgi Dantego” nastawić się na tego typu historię, tylko umiejscowioną w średniowieczu, ze znajomymi Dantego od „Boskiej komedii” w roli głównej. Tak, tego bardzo

88

zapragnęłam, tego oczekiwałam, po to z bijącym sercem i wielkimi chęciami sięgnęłam po powieść Fiorettiego. Zawiodłam się srogo. Recenzowana książka nie jest pozbawiona ciekawych wydarzeń, tajemnic, łamigłówek ukrytych w wersetach „Boskiej komedii”, podejrzanych śmierci i śledztw, jednak są one za bardzo wtopione w inne wątki. Tak naprawdę „Sekretna księga Dantego” jest powieścią historyczną – po prostu z elementami sensacji. Więcej w niej przedstawień wyglądu średniowiecznego świata, rozkładu sił politycznych czy kościelnych, więcej odpowiedzi na pytania kto kogo chciał zwalczyć, jakie zagadnienia filozoficzno-światopoglądowe były dyskutowane. Więcej w „Sekretnej księdze Dantego” psychiki głównych bohaterów, ich problemów, miłości, poszukiwania celu życia, naprawiania błędów młodości. W międzyczasie, owszem, zastanawiają się, czy Dante umarł śmiercią naturalną, czy jednak ktoś przyczynił się do jego zgonu, i szukają ukrytego przekazu w „Boskiej komedii”. Niestety, kiedy już dojdzie do rozwiązywania łamigłówek, kiedy jedna z postaci zasiądzie przy stoliku i przy świeczce będzie próbowała roztrzaskać zagadkę Dantego, czytelnikowi nie pozostanie niestety nic więcej, jak biernie przyglądać się jej rozumowaniu i tępo przytakiwać. Przeciętny odbiorca nie ma wystarczającej wiedzy (historycznej, lingwistycznej, filologicznej), by zweryfikować działania bohatera, by sprawdzić, czy faktycznie dobrze liczy te sylaby w wersach, czy faktycznie ma rację co do wielości znaczenia jakiegoś słówka, itd., więc czytelnik musi bohaterowi po prostu zawierzyć. Frajda z tego – jak można się domyślić – żadna. Nie zarzucam autorowi, że napisał powieść, która ma łamigłówki zbyt trudne dla większości ludzi, chodzi mi o sposób przedstawienia ich rozwiązania – nie ma w nim nic fascynującego, czytelnik nie ma możliwości wykazania się, złapania bakcyla, może tylko biernie się przyglądać, jak na tablicy samo rozwiązuje się niezrozumiałe równanie. To, co odczuwam po lekturze „Sekretnej księgi Dantego”, to niezadowolenie – ale nie z tego, że książkę przeczytałam. Nie, jestem niezadowolona, ponieważ nie otrzymałam tego, na co tak gorąco liczyłam. Gdyby nie te oczekiwania, wrażenia byłyby całkiem inne, ponieważ – i nie ma w tym żadnej przesady – powieść Fiorettiego jest powieścią dobrą i czasu jej poświęconego nie żałuję. Niczego autorowi nie można zarzucić, jeśli bierzemy pod uwagę ukazanie epoki, jej ludzi, realiów życia, przestrzeni, poglądów. Nie można nie docenić pracy, jaką włożył w poznawanie wielkiego Dantego oraz jego dzieła i pasji, która bije ze stron powieści. „Sekretna księga Dantego” jest wartościową książką i jeżeli ktoś nastawi się na powieść historyczną, jeżeli sięgnie po nią ze względu na zainteresowanie średniowieczem czy postacią Dantego Alighieri, ten na pewno będzie zadowolony z tego wyboru. Katarzyna Tatomir


recenzje Jeffrey Ford „Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy”

Tłumaczenie: Robert Waliś Tytuł oryginału: The Portrait of Mrs. Charbuque. The Fantasy Writer‘s Assistant Seria/cykl wydawniczy: Uczta Wyobraźni wydawnictwo: MAG data wydania: styczeń 2013 ISBN: 978-83-7480-286-4 liczba stron: 528 Jeffreya Forda kojarzyć możecie z trylogii „Dobrze Skonstruowane Miasto” oraz kilku opowiadań w Nowej Fantastyce i paru antologiach. Tym razem, zainteresowało się nim wydawnictwo Mag wydając w Uczcie Wyobraźni jego zbiór opowiadań „Asystentka pisarza fantasy” oraz powieść „Portret pani Charbuque” na zasadzie dwa w jednym. Miło, że są jeszcze wydawcy, którzy potrafią połączyć książki zamiast każdą dzielić na niezliczoną ilość tomów. Ten interesujący dwupak otwiera zbiór opowiadań. Znajdują się tu utwory naprawdę różnorodne, fantasy, science fiction i różne pośrednie dziwolągi trudne do zaklasyfikowania. Podobało mi się zwłaszcza „Zombie Mathusiana” łączące motyw doktora Frankensteina z intrygami szpiegowskimi rodem z powieści Roberta Ludluma,

Recenzje

a na dodatek zaskakujące błyskotliwym zakończeniem. Równie ciekawy jest intertekstualny „Jasny poranek”, w którym autor prowadzi szalenie zabawną, nieco metaliteracką grę z czytelnikiem odznaczając się przy tym dużymi pokładami autoironii. Z opowiadań science fiction warto wspomnieć o „Dalekiej oazie” przedstawiającej w intrygujący, lecz mocno uproszczony sposób, możliwość sterowania doborem naturalnym dla osiągnięcia własnych celów, a także fakt, że często nie wychodzi nam to na zdrowie. Trochę śmieszna, trochę tragiczna historia. Jednak są w zbiorze także opowiadania, które do mnie zupełnie nie trafiły, tak jak na przykład pozbawiona puenty „Kobieta, która liczy swoje oddechy” czy absolutnie dziwna i niezrozumiała „Pansolapia”. Jest też kilka utworów dość przeciętnych, ale zestaw jest na tyle zróżnicowany, że prawie każdy powinien znaleźć coś dla siebie, co jest niewątpliwą zaletą „Asystentki…”. Dodatkowo każde opowiadanie wieńczy krótki komentarz autorski, swoiste posłowie, z którego dowiedzieć się można różnych ciekawostek odnośnie jego powstania, zawartych elementów biograficznych, niekiedy proponowaną interpretację. Jednak opowiadania opowiadaniami, a dla mnie i tak najważniejsza jest zawsze powieść. „Portret pani Charbuque” opowiada o wziętym malarzu, który otrzymuje nietypowe zlecenie – ma namalować portret kobiety wyłącznie na podstawie jej opowieści, nie widząc jej ani przez chwilę. Początkowo, oczywiście bohater stuka się w głowę, jednak znaczna suma pieniędzy i chęć ucieczki od miałkich prac portretowania możnych tego świata skłania go do podjęcia wyzwania. Pod wieloma względami „Portret…” przypomina „Drooda” Dana Simmonsa. Choć miejsca akcji rozdziela Atlantyk, to ich czas jest bardzo zbliżony. W obu przypadkach mamy do czynienia ze specyficznym środowiskiem twórców, acz różnych profesji. I jedną i drugą powieść ciężko jednoznacznie przyporządkować do fantastyki, obie bowiem lawirują na granicy kryminału i grozy, dzięki czemu odznaczają się charakterystycznym rysem, klimatem niesamowitości, który o fantastykę się ociera, lecz tak subtelnie, że nadprzyrodzoność sytuacji jest mocno dyskusyjna i zależna od kąta pod którym się spogląda. Bowiem o fantastyczności bądź jej braku świadczy postać tytułowej pani Charbuque. Wszystko zależy od tego, czy uznamy ją tylko za ekscentryczną introwertyczkę, ukrywającą się przed całym światem, oszustkę zarabiającą na życie fałszywi wróżbami, czy też autentyczną wyrocznię obdarzoną nadnaturalnymi zdolnościami, a przy tym swego rodzaju wampirzycę wysysającą moce twórcze z usiłujących namalować ją artystów, czym prowadzi ich do upadku i szaleństwa. Jest nadprzyrodzonym starożytnym złem czy tylko zwyczajnie szalona jak Kapelusznik? Jedno jest pewne – Uczta Wyobraźnia dorobiła się kolejnej bardzo dobrej pozycji. Jeffrey Ford dobitnie pokazuje, że jest wszechstronnym pisarzem odnajdującym się doskonale w wielu różnych konwencjach. Łukasz Szatkowski

89


Recenzje Marie Lu „Wybraniec”

Tytuł oryginalny: Prodigy Wydawnictwo: Zielona Sowa Data wydania: marzec 2013 Liczba stron: 368 Pomysł stworzenia wybrańca mogącego ocalać świat lub sprowadzać na niego zagładę nie jest rzeczą nową. W co drugim filmie czy książce fantastyczno-przygodowej można natrafić na głównego bohatera, który jest jedyną nadzieją dla ludzkości. Co więc może zaoferować czytelnikowi książka Marie Lu, o wiele mówiącym tytule? Z początku tego nie widać, ale powieść pełna jest tytułowych wybrańców. Z początku wydaje się że chodzi o Daya, wybrańca „pełną gębą”. Był w końcu cudownym dzieckiem z idealnym wynikiem Prób, a potem wrogiem numer jeden, pierwszym buntownikiem Republiki, wybranym przez tłumy, które chciały za nim podążać. W drugim tomie to magiczne słowo, często nadużywane przez bohaterów amerykańskich filmów, jeszcze nabiera znaczenia. Nowy Elektor wiąże z Dayem wyjątkowe plany. Przywódca rebeliantów, Razor, uważa, że jedynie

90

ten chłopak jest w stanie postawić całe państwo na nogi i wywołać rewolucję. Jednak wbrew pozorom Day nie jest tym Jedynym – a w każdym razie, nie tylko on. Równie dobrze wybrańcem można określić June, która porzuciła swoje dostatnie życie w Republice, żeby pomścić swoją rodzinę i pomóc Dayowi. Podobnie jak ona szczyciła się najlepszymi wynikami testów, sprawnością fizyczną i inteligencją. Po wyeliminowaniu Daya przez naukowców została obywatelem numer jeden. Można przypuszczać, że zdrada stanu zamknęła jej drogę do kariery w Republice... Rozwijając wątki związane z głównymi bohaterami, autorka ani na chwilę nie pozwala zapomnieć o dwóch przywódcach, między którymi toczy się walka o państwo. Nowy Elektor i przywódca Rebeliantów traktują parę buntowników jak pionki, przesuwane po planszy w ostatecznej rozgrywce. Obydwaj na zmianę kryją i ujawniają swoje karty, tak, że do końca niemal nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Z każdą sekundą czytelnik oczekuje na zdradę, sztylet, cios zadany w plecy Dayowi albo June. Wybrańcy władzy grają o najwyższą stawkę, przy której życie jednostek, takich jak młodzi wojownicy, jest igraszką. W posłowiu Marie Lu wyznaje, że kreacje bohaterów i świata przedstawionego z czasem zaczęły stawiać przed nią coraz poważniejsze wyzwania. I szczerze mówiąc nie dziwię się: „Rebeliant” był książką dobrą, ale nie zapadającą szczególnie w pamięć. „Wybraniec” jest bardziej skomplikowany, cięższy. Nie wszystko jest tak oczywiste, jak w pierwszej części: czasami bohaterowie podejmują decyzje nieprzemyślane albo wycofują się w połowie akcji, rujnując cały plan. Dzięki temu nie wszystko da się przewidzieć. Jak zauważyła autorka, jej własne postacie zaczęły wyrastać z foremek, które im przygotowała i zmusiły ją do poważniejszego przemyślenia pewnych kwestii. Działa to zdecydowanie na plus powieści. Podobnie jak przedstawienie świata, w którym żyją Day i June. Tak jak w poprzedniej części, mamy wyraźny podział na piekło (Republika) i niebo, czyli opiewane w legendach Kolonie, opisywane jako ostatnia ostoja ludzi wolnych, ziemia obiecana. I podobnie jak poprzednio, te opinie trzeba będzie skonfrontować z rzeczywistością. Na Ziemi nie ma bowiem miejsc idealnych, ale też nienaprawialnego piekła. W wymuskanych pokojach szpitala w Koloniach mogą kryć się skrytobójcy, a jedyne ocalenie – w pałacu republikańskich oficjeli. „Wybrańca” opisałabym jako książkę będącą grą wybranymi motywami: portretem „tego jedynego”, mogącego ocalić świat, i kontrastami pomiędzy światami. Powieść naprawdę wciąga, a bohaterowie ze strony na stronę stają się coraz bardziej skomplikowani i prawdopodobni psychologicznie. Po i tak dobrej pierwszej części mogę powiedzieć tylko jedno: polecam. Maryla Kowalska

Recenzje


recenzje James Dashner „Próby Ognia”

Tytuł oryginału: The Scorch Trials Wydawnictwo: Papierowy Księżyc Data wydania: listopad 2012 Seria: Trylogia Więzień Labiryntu, tom II Format: 123 x 195 mm Tłumaczenie: Agnieszka Hałas Ilość stron: 420 Aby wydobyć z bohatera wszystko, co możliwe – najlepsze i najgorsze – trzeba go rzucić na kolana, upodlić i dodać do tego mnóstwo kopniaków. Podobno. A przynajmniej tak wygląda sprawa według Jamesa Dashnera, który nawet na moment nie odpuszcza postaciom swoich książek. Nie inaczej jest w „Próbach ognia”, drugiej części trylogii o walce z chorobą, która zdziesiątkowała ludzkość. Streferzy po uwolnieniu z labiryntu i przewiezieniu w bezpieczne miejsce, spędzają spokojną noc w łóżkach, wykąpani i najedzeni, z myślą, że oto ich koszmar się skończył. Ta sytuacja nie trwa jednak długo. Gdy następnego ranka budzą się z niejasnym poczuciem, że coś jest nie tak, jadalnia, w której poprzedniego dnia spokojnie napełniali brzuchy, wypełniła się wiszącymi ciałami ich wybawców a Teresa – jako jedyna kobieta umieszczona w osobnej sypialni – zniknęła. Na jej miejscu pojawił się Aris. A na plecach każdego z chłopców – tatuaż, mówiący bardzo wiele o hierarchii w grupie sztamaków.

Recenzje

Przyszły również instrukcje. Pojawiający się znikąd, ubrany na biało mężczyzna o szczurzej twarzy informuje grupę, że zostali zarażeni Pożogą i że jedyną szansą na wyleczenie jest przejście przez najbardziej wypalony pas ziemi i dotarcie do bezpiecznej przystani, gdzie otrzymają lekarstwo. Mają na to dwa tygodnie. Rozpoczęła się Faza Druga. Próby Ognia. Trzeba przyznać, że książka od razu rusza z kopyta. Nie ma wyjaśnień czy streszczeń poprzedniej części, jest rzut na głęboką wodę, która okazuje się być bagnem pełnym najgorszych koszmarów. Pomiędzy bieżącymi wątkami przewijają się wspomnienia Thomasa, realistyczne sny i koszmary, które nieco wyjaśniają, ale równie mocno gmatwają – i tak już zapętloną – fabułę. Nie ma chwili oddechu, tak dla czytelnika, jak i bohaterów. Ale przez ten zabieg, nie czuje się w ogóle upływu czasu w trakcie czytania. To niestety okazuje się momentami męczące, a książka, jak rzadko która wciągająca pozycja, wymaga czasem od czytelnika odpoczynku i złapania oddechu. Nieco przeszkadzała mi naiwność bohaterów, którzy dość nietypowo reagowali na zaserwowane bodźce, zachowując się niekiedy jak niedoświadczone kmiotki, a nie jak ludzie – w większości dość młodzi, tak, ale jednak – po drastycznych przejściach i próbach, które niejednego doprowadziłyby do szaleństwa i bezradności. Jeśli chodzi o pomysł, to niesamowicie zaciekawiło mnie, dokąd zmierza cała trylogia, jak będzie przedstawiał się finał – bo po tym co dotychczas nam zaserwowano, musi to być naprawdę mocne BUM i to z przytupem. Inaczej cała misternie budowana intryga i napięcie weźmie w łeb, a ja będę bardzo, bardzo zawiedziona. A byłoby szkoda, bo obraz, jaki wyłania się z mętnych wspomnień Thomasa i jeszcze bardziej mglistych informacji podrzucanych przez DRZESZCZ (Departament Rozwoju Eksperymentów, Strefa Zamknięta: Czas Zagłady) to wielowymiarowa układanka w przestrzennym formacie. Nieco skonfundowana byłam odnośnie wieku bohaterów, którzy raz odnosili się do siebie jak równe wiekiem nastolatki, a za chwilę sugerowali, że ten z tamtym to już trochę życia mają za sobą. Jednak same postacie uważam za wykreowane bardzo wiarygodnie. Bez problemu mogłam sobie wyobrazić wyraz twarzy, emocje, postawę każdego z nich oraz to, jak musieli się czuć, przez co przechodzili. To istotny element, prowadzący do sympatii, bądź antypatii czytelnika, ale przede wszystkim – zmuszający do zaangażowania się w lekturę. W ogólnym rozrachunku książka wypada bardzo na plus, szczególnie z powodu skomplikowania fabuły i ciekawych bohaterów. I pomimo, że dedykowana i przeznaczona jest raczej dla nastoletnich czytelników, daje dużo przyjemności nawet tym nieco starszym. Wciąga, zaprasza do przystąpienia do gry, zaskakuje. Jednak: Jeśli mogę wam coś dzisiaj powiedzieć, to żebyście nigdy, przenigdy nie wierzyli własnym oczom. Ani własnemu umysłowi. I niech to będzie ostatnim z argumentów za sięgnięciem po „Próby ognia”, bądź jak najszybszym odłożeniem książki z powrotem na półkę , bez czytania. Beata Tomaszewska

91



qfant-20