W numerze gościmy między innymi:
Maję Borowicz, Małgorzatę Wardę, Macieja Siembiedę, Ewę Ćwikłę
Śmiertelność z perspektywy artystów Ciało, jako dzieło sztuki
(performance)
Robiłam wiele, żeby nie zostać artystką
– wywiad z Mają Borowicz
Maja Borowicz jest malarką, grafikiem, artystką. Maluje obrazy techniką olejną wpisujące się w nurt surrealizmu, na granicy realizmu magicznego i realizmu emocjonalnego. Wszystkie dzieła powstają z połączenia wyobraźni, talentu i tradycyjnego rzemiosła malarskiego. Widzowie oprócz doskonałego kunsztu dostrzegają w jej pracach głęboki mistycyzm i emocjonalność odnosząc wrażenie, że ich dusze zostają zabrane w wędrówkę w czasie i przestrzeni, gdzie mogą przeżywać historię bohaterów ukazanych na obrazach artystki. Na swoim koncie ma wiele wystaw indywidualnych I zbiorowych w Polsce i zagranicą. Jest laureatką licznych międzynarodowych konkursów artystycznych, między innymi Art Revolution Tajpej 2014 na Tajwanie oraz Spectrum Miami 2018, USA.
62
Przyznam, że bardzo zależało mi na tym, żebyś zagościła na naszych łamach. Noszę w sobie obrazy, które staram się malować słowami. Niektóre z Twoich dzieł są tym, co jest w mojej głowie, w moim sercu. Ty te obrazy jakimś cudem odnalazłaś i wydobyłaś. Przyjmij wyrazy mojego absolutnego podziwu dla talentu i wra-żliwości, którymi obdarzyła Cię Natura. Bardzo dziękuję za zaproszenie i uznanie. Z tym, że ja wcale nie uważam, że mam jakiś szczególny talent. Bo czym tak naprawdę jest talent? Ty już kiedyś o tym pisałeś, ja uważam bardzo podobnie. To wektor, składający się z drobnych cech, jak cierpliwość, sposób myślenia, zdolności manualne, no i może ta wrażliwość, o której wspomniałeś. Ja tę wrażliwość u siebie często
porównuję do fal tsunami. Takie fale przychodzą, suną powoli przez morza i oceany, nabierają wysokości i prędkości, a docierając do lądu niszczą wszystko na swojej drodze. Nie ma takiej zapory, zbudowanej przez człowieka, która zatrzymałaby tsunami… i ja też jej nie mam. Ta wrażliwość, może być darem lub przekleństwem. Zatem tymi cechami obdarzyła mnie Natura, ale tak naprawdę to nieprzychylność środowiska sprawiła, że całość objawiła się w taki sposób. I wcale mnie nie dziwi, że to, co maluję, to obrazy, które również Ty nosisz w sobie. Ponieważ los rzucił nas w podobne kulturowo i historycznie miejsce. Nie raz obcowałam z twórczością artystów z różnych rejonów świata i doszłam do wniosku, iż twórcy z naszego kręgu kulturowego są obdarzeni wyjątkową w skali światowej wrażliwością, umiejętnością kreowania symboli, tworzenia, wymyślania, opowiadania nieprzeciętnych treści. Jedyny kłopot jaki mamy, to to, że z tymi niezwykłymi przekazami, nie wpisujemy się w ogólnie panujący nurt światowy. Wobec tego, mówię: “trudno, inaczej nie potrafię, co poradzić na to, że cały świat się myli…” Był taki człowiek, nazywał się Kopernik. Jego przykład pokazuje, że czasem cały świat się myli, a jedna osoba może mieć rację. Z tym Kopernikiem, to bym nie przesadzał. Już starożytni Grecy, a nawet wcześniejsze cywilizacje wiedziały to, co Kopernik ogłosił tysiące lat później. Epikur w listach do Herodota (w IV wieku przed naszą erą) wyraził pogląd o nieskończoności wszechświata. Dla astronoma z Torunia kończył się on na Układzie Słonecznym. Ale z pewnością Mikołaj Kopernik miał odwagę iść pod prąd głównego, obowiązującego wówczas nurtu. Dostałaś tak wiele międzynarodowych nagród, że trudno je wszystkie wymienić. Która z nich jest dla Ciebie najważniejsza? To prawda, trochę się uzbierało. Najważniejsza jest ta, dzięki której odbiorcy w ogóle mogli zapoznać się z moim malarstwem. To był Art Revolution Taipei, Tajwan, 2014 rok. Pierwszy raz, gdy pokazałam publicznie to, co maluję i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to właśnie się ludziom podoba. Do tego czasu żyłam w przekonaniu, że to, co tworzę, to nic wielkiego, że przecież każdy może sobie coś takiego wymyślić i namalować. Poza tym ten moment był specyficzny, bo wywrócił moje życie o 180 stopni. Wcześniej wiele robiłam, by nie zostać artystą, a wydarzenia i ludzie, którzy mnie otaczali utwierdzali mnie w tym, że bycie artystką to nie jest dobra droga. Bo artyści są dziwni, bo sobie nie radzą w życiu, bo najważniejsze to mieć stałą pracę i założyć rodzinę! Zmarnowałam na to piękniejszą połowę swojego życia i nic mi z tego nie wyszło. Z perspektywy
czasu mogę przyznać, że to postępowanie było wbrew Naturze. Widząc główne ulice wielomilionowego Taipei udekorowane flagami z moim obrazem, plakaty, bilbordy, osoby wzruszające się nad moimi obrazami i czekające w kolejce po autograf, musiałam przyznać, że jednak jestem artystką. Ten zwrot w moim życiu dał mi poczucie wolności. Przestałam próbować wpasowywać się w cokolwiek, zaczęłam otwarcie zadawać trudne pytania i negować rzeczy narzucane przez kogokolwiek. Ponad to na Tajwanie miałam przyjemność poznać trochę kulturę Tajwańczyków. Okazała się ona tak wysoka, że wbiła mnie w osłupienie. Wzbudziło to mój ogromny podziw. Było jak powiew świeżej bryzy znad oceanu – zrozumiałam, że moja dotychczasowa wiedza o świecie jest niczym. Od tej pory zaczęłam poznawać zupełnie inne osoby, niż przez całe moje dotychczasowe życie. Poczułam się jak słodkowodna ryba, którą właśnie wyjęto ze słonego oceanu i wpuszczono do mazurskiego jeziora. Na swojej stronie pisałaś, że Natura nie tylko obdarzyła Cię dobrymi rzeczami. Jak to zwykle z Naturą bywa, okazała się wredna. Powiesz coś o swojej chorobie? Czy Natura jest wredna? Raczej nie użyłabym tego sformułowania, to ludzie potrafią być wredni, nie Natura. Natura jest… przypadkowa, ale czysta w swoich intencjach. Natura próbuje różnych form i kombinacji, by przetrwać. Jeśli mielibyśmy rozmawiać o chorobach i moim życiu, to musielibyśmy poświęcić na to raczej całą książkę. Nie będę zatem rozwodzić się nad wszystkimi diagnozami, jakie usłyszałam i wpływem, jakie one miały na moje życie. Choć miały podstawowe i ogromne. Ale jedną z najważniejszych rzeczy, jakie dostałam od Natury, to wrodzona nietolerancja na gluten. Ponieważ jednak urodziłam się w mrocznych czasach zacofania, nikt nie potrafił tego zdiagnozować. Więc życie poznawałam od szpitali, przychodni, sanatoriów, bólu i nieustających kłopotów ze zdrowiem. Jeśli dorzucimy do tego okres socjalizmu i przemian po 89 roku, czyli niedouczonych lekarzy, którym i tak pensja się należy, szpitali i sanatoriów przypominających bardziej zakład poprawczy niż instytucje ratujące życie dzieci - mamy gotowy scenariusz na dobry dramat filmowy. Gdyby nie fakt, że to chodziło o moje życie, może nawet chętnie bym ten film obejrzała. Czasem się śmieję, że jestem kolejnym ogniwem ewolucji między człowiekiem a czymś, co jest przyszłością człowieka. Mój organizm traktuje gluten jak arszenik, jak truciznę nawet w śladowych ilościach. Mało kto wie, że aktualnie gluten (czyli cząstki mąki pszennej) jest dodawany prawie do wszystkiego jako “ulepszacz”, np.: do serów, galaretek, soków, wędlin,
63
Poza tradycyjnym malarstwem olejnym próbujesz też innych technik. Co to jest Giclee? Giclee nie jest jakąś szczególną techniką. W skrócie polega na powielaniu za pomocą farb pigmentowych danego obrazu na płótnie przy użyciu odpowiedniego plotera. Przeważnie artyści stosują tę metodę do uzyskiwania limitowanych serii odbitek swoich obrazów. Ale tym przede wszystkim zajmują się wyspecjalizowane drukarnie. To co mnie zajmowało i zajmuje wśród wszystkich technik tradycyjnych, to najbardziej ukochane przeze mnie szkice ołówkiem lub tuszem, tłuste pastele i malarstwo akrylowe aerografem, pozwalające na uzyskanie idealnych przejść tonalnych. Natomiast miałam w życiu przyjemność pracy przy filmach animowanych i fabularnych. Tam to dopiero jest przestrzeń na nowe techniki! By pracować przy filmach musiałam nauczyć się posługiwać wyspecjalizowanymi narzędziami takimi jak: tablet graficzny wacom oraz skomplikowanymi programami służącymi do rysowania, modelowania, generowania efektów specjalnych, składania i ożywiania rysunków w formie nagrań, itp. Świat filmowy i to, co tam się tworzy na potrzeby zachwycenia widza, to
dopiero przygoda! Ale, by w niej uczestniczyć trzeba mieć ogromną wyobraźnię, widzieć obrazy zanim one powstaną na ekranie, mieć wyrobioną rękę i oko oraz posługiwać się tak wyspecjalizowanymi programami, o których istnieniu wiedzą tylko osoby z branży. To dopiero nazywam innymi technikami. Są malarze, którzy w celu szokowania malują własną krwią albo odchodami. Co Maja Borowicz mogłaby zrobić, żeby zaszokować? Czy w ogóle warto iść tą drogą? Sztuka w zasadzie powinna szokować, ale czy za wszelką cenę? Nie zgodzę się z Tobą, że sztuka powinna szokować. Dużo nad tym myślałam (zresztą zawsze nad wszystkim długo myślę, analizuję i uważam, że to jest jedyny słuszny sposób postępowania) i doszłam do wniosku, że rolą sztuki nie jest szokowanie. Rolą sztuki jest mówienie o rzeczach ważnych i istotnych, uczyć, sprawić, by odbiorca zatrzymał się na chwilę i zastanowił. Rolą sztuki jest poruszyć najczulsze struny uczuć odbiorcy tak, by zapamiętał to, co przeczytał lub obejrzał, najlepiej do końca życia. W czasach, w których żyjemy ludziom wydaje się, że zapamiętamy to, co nas szokuje.
I zewsząd, kto tylko może, stara się nas szokować: reklamy, nagłówki gazet, tak zwani celebryci. Zatem szokowanie jest już tylko starym, wytartym schematem, do którego większość ludzi się już przyzwyczaiła. Ale świat idzie do przodu, według mnie trzeba czegoś więcej, by poruszyć ludzkie serca i umysły. Co do “malowania” własną krwią czy odchodami, to nie jest nic nadzwyczajnego. Od tysięcy lat ludzie to robią, od czasów prehistorycznych nasza planeta jest przepełniona krwią, rozlewaną w ten czy w inny sposób, podobnie jak naszymi odchodami. I jakoś nasi mądrzy przodkowie nie musieli nazywać tego sztuką. Na drodze do swojej twórczości spotkałam kilka osób, które zwróciły mi uwagę na pewne rzeczy. Jedną z nich jest taka prawda: „Nigdy nie twórz rzeczy, którą może zrobić ktoś inny, nie twórz rzeczy, które już dawno były”. I tym się kieruję, ponieważ widzę, że to ma wartość - po co mam malować własną krwią, skoro może to zrobić każdy i to już było nawet robione tysiące lat temu? Przykładów tego typu na całym świecie jest pełno. Staram się trzymać z boku i zawsze zadawać sobie pytanie: “Po co ktoś robi to, co robi?“ Jeśli autor może opowiedzieć o swojej sztuce tyle, że “chce szokować”, to nie jest to żadna odpowiedź, bo takiej mogę oczekiwać od reżysera taniej reklamy, ale nie od twórcy, który aspiruje do tego by jego nazwisko było wymawiane w jednej linijce z Michałem Aniołem czy Leonardo da Vinci.
Zatem staram się nie szokować, nie być dostawcą taniej rozrywki. Moje myśli i moje życie jest dla mnie za cenne na takie banały. Staram się stworzyć za to bezpieczną przestrzeń dla siebie i odbiorców, w której będziemy mogli przeżywać i odkrywać podstawowe, ale i najważniejsze wartości w naszych życiach. Są pomysły, którym nie pozwalam wyjść na światło dzienne, np. druga część opowieści o Sumerach, która pokazywałaby bardziej szczegółowo ich podejście do erotyki. Czy Ty nosisz w głowie jakiś obraz, którego nie masz odwagi namalować? Tak, noszę w sobie obrazy, których nie namalowałam i nie wiem, czy kiedykolwiek je namaluję. Ale nie jest to kwestia odwagi, tylko tego, że nie znalazłam jeszcze najlepszej formuły na przekazanie tego. Na przykład: mam w sobie obrazy przedstawiające trudne uczucia frustracji, złości lub gniewu. Ale te obrazy oceniam jako banalne. Nie znalazłam jeszcze sposobu na finezyjne, piękne, mądre, nieoczywiste przedstawienie tych uczuć. Więc daleka jestem od ich malowania. To dotyczy naszej rozmowy powyżej – nie sztuka nabazgrać coś krwią na czerwono, bo czujemy się rozdrażnieni w danej chwili. Sztuka - ubrać to w taką formę, by mimo niepokoju odbiorcy nie mogli oderwać wzroku od tego obrazu. By patrząc na niego mogli przeżywać te trudne uczucia w bezpieczny sposób. By nie pobudzał ich do przykrych
67