Skip to main content

POST SCRIPTUM

Page 1

POST

NIEZALEŻNY KWARTALNIK LITERACKO-ARTYSTYCZNY

SCRIPTUM PROZA

POEZJA

PUBLICYSTYKA

SZTUKI WIZUALNE fb: post scriptum

KRZYSZTOF BIELIŃSKI ART YSTĄ ROKU 2020! Obrazy rodzą się same

PIOTR KAMIENIARZ A DA M W I DE Ł K A Jestem pastelistą

2 / 2021 (12)

Fotograf tańca

PIOTR LECZKOWSKI Gość specjalny

Uwaga: bomba zegarowa! FELIETON JULIUSZA WĄTROBY

AURÈLE RICARD

„LOST DOG” – pies w kolorze nadziei

Barbara Gruszka-Zych: poezja

BRONISŁAW KRZYSZTOF – Jestem wierny sobie 1 POST SCRIPTUM


DRUK NA ŻYCZENIE: 24,95 zł

ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI: https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:

https://www.yumpu.com/xx/document/ view/65729479/post-scriptum-2-2021

PARTNERZY MEDIALNI

https://issuu.com/home/published/post_scriptum_2_2021

SPIS TREŚCI: 42. 56. 62. 94. 98. 4. 12. 26. 30. 44. 66. 74. 84.

29. 40. 60. 72. 82. 90. 96.

PROZA:

Arcydzieła Literatury – Marcin Laskowski Białe sny – esej Darii Galant Uwaga: Bomba zegarowa! – Felieton Juliusza Wątroby List do R. – Katarzyna Brus-Sawczuk – opowiadanie Kobieta w kwiecistej sukience – Marcin Laskowski

SZTUKI WIZUALNE:

ARTYSTA ROKU 2020 – artykuł o Krzysztofie Bielińskim Wywiad Juliusza Wątroby z rzeźbiarzem Bronisławem Krzysztofem Co odebrała ci pandemia? –Jarosław Prusiński Piotr Kamieniarz w rozmowie z Renatą Cygan Piotr Leczkowski, fotograf tańca – GOŚĆ SPECJALNY Adam Widełka – wywiad Jarosława Prusińskiego Aurele Ricard, LostDog – Katarzyna Brus-Sawczuk Misterium współodczuwania. Mark Rothko – Renata Szpunar Kubczyk

POEZJA:

Józef Baran – wiersz Marek Wołyński – wiersze Kącik satyryczny Poezja – polecane – Barbara Gruszka-Zych Wiersze nadesłane Agnieszka Masalyte – wiersze Wierszopiosenki Przemysława Wróblewskiego

ROZMAITOŚCI:

92. Żółty świat Oli – Wanda Dusia Stańczak 100. Radosław Jaśnikowski – Giclee, czyli łatwiej dostępna sztuka.

ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

2

Renata Cygan (redaktor naczelna), Jarosław Prusiński, Katarzyna Brus-Sawczuk, Joanna Nordyńska, Juliusz Wątroba, Izolda Kiec, Marcin Laskowski, Wanda Dusia-Stanczak, Renata Szpunar Kubczyk. Gościnnie: Daria Galant i Radosław Jaśnikowski Rysunek satyryczny: Konrad Wieczorkowski. Korekta: Agnieszka Woźniak, Aleksandra Krasińska i Żaklina Sielska. Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan. Skład i opracowanie graficzne: Renata Cygan POST SCRIPTUM


WSTĘPNIAK

Foto na okładce: Piotr Leczkowski tancerka: Natalia Trafankowska

„A miało być tak pięknie, wywiady miały być”. No właśnie… U nas trochę tak, jak w Seksmisji – miała być wystawna gala (jako zwieńczenie naszego plebiscytu na Artystę Roku 2020), miało być uroczyście i szumnie, miało być dużo gości z kraju i zagranicy, miały być media, patroni medialni, wydawcy, itp. Niestety, przedłużająca się w nieskończoność pandemia, dała radę nas pokonać… To jest ta zła wiadomość. A dobra jest taka, że nie do końca. Bo ostro zawalczyliśmy i uroczystość wręczenia statuetki dla zwycięzcy plebiscytu jednak się odbędzie. W okrojonej formie, online, ale się odbędzie. Śledźcie nasz fanpage na Facebooku, tam będą się ukazywały informacje. Zapraszamy do oglądania relacji. A jeśli idzie o wywiady, to jak zwykle mamy ich w tym numerze sporo. Bo – jak wielokrotnie powtarzałam – wywiady są siłą Post Scriptum. Zapraszam do przeczytania rozmowy z naszym gościem specjalnym, fotografem tańca, Piotrem Leczkowskim. Jego zdjęcia to czysta (ze szczególnym naciskiem na słowo „czysta”) poezja! Katarzyna Brus-Sawczuk zarejestrowała niezwykle ciekawą rozmowę z artystą z Francji – Aurèle Ricardem – znanym jako Aurèle LostDog. Dlaczego LostDog? – dowiecie się z tekstu. Jarek Prusiński skłonił do zwierzeń pastelistę – Adama Widełkę. A Juliusz Wątroba przedstawia wywiad-rzekę ze wspaniałym rzeźbiarzem Bronisławem Krzysztofem. Jak zwykle, znajdą Państwo u nas dużo ilustracji, obrazów i zdjęć. A skoro jesteśmy przy obrazach, to warto wspomnieć o bardzo ciekawym artykule Renaty Szpunar Kubczyk o Marku Rothce. A w nim, między innymi, rozważania na temat tego, dlaczego nie wszyscy rozumieją jego sztukę. Przy okazji tego materiału, miałam przyjemność zapoznać się z malarstwem Marka Rothki „osobiście” – po raz pierwszy oglądałam jego prace na żywo, w Tate Gallery, w samym sercu Londynu. Muszę przyznać, że robią spektakularne wrażenie. Nie tylko jeśli chodzi o gabaryty, ale jest w nich coś, co przykuwa uwagę i wzbudza niepokój. Niepokój wzbudzają też prace Piotra Kamieniarza. Zachęcam do zapoznania się z jego obrazami malowanymi (rysowanymi?) bardzo ciekawą techniką. Zapraszam również do czytania wierszy, których zawsze u nas dużo. Bo dobrej poezji wszak nigdy dość. I – jak to u nas – poezja zazębia się z malarstwem, proza przeplata z fotografią, a wszystko się płynnie uzupełnia i współgra, tworząc interesującą całość. I na koniec (choć artykuł znajduje się na samym początku tego numeru) polecam Państwu materiał na temat zwycięzcy naszego plebiscytu na Artystę Roku 2020 – fantastycznego fotografa teatralnego i abstrakcyjnego – Krzysztofa Bielińskiego. Krzysztofa gościliśmy już na naszych łamach. Tym razem, po raz kolejny, przybliżamy sylwetkę tego nietuzinkowego artysty, który nazywany jest fotografem ciszy. Artysty, który stara się, aby każda fotografia była osobnym dziełem sztuki. I znakomicie mu się to udaje.

Życzę Państwu przyjemnej lektury.

Redaktor Naczelna

fb: post scriptum email: postscriptum.mag@gmail.com NUMER KONTA:

IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60 UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160 POST SCRIPTUM

3


Fotografia, grafika, piktorializm, fotografika, fotomontaż, luksografia, rayografia, czy fotogram — to określenia opisujące działania fotograficzne. Wszyscy, zapewne z łatwością, odpowiedzą na pytanie, czym jest fotografia. Tak, to sposób utrwalenia momentu z rzeczywistości, czyli zrobienie zdjęcia. Niegdyś służyło temu m.in. malarstwo, którego zasadniczą cechą było oddanie rzeczywistości, bez upiększeń i innych ingerencji twórczych. Fotografia to technika, która poniekąd zastąpiła malarstwo realistyczne czy naturalistyczne, a o której istnieniu można mówić od czasu połączenia ze sobą kilku wynalazków. Przede wszystkim sposobu naświetlenia, utrwalenia obrazu na materiale światłoczułym oraz sposobu przekazania na ten materiał obrazu rzeczywistości za pomocą aparatu fotograficznego. Techniki fotograficzne już w XIX w. oprócz służenia utrwalaniu kadrów, były również narzędziami do eksperymentów wizualnych. Tak powstała np. rayografia (twórcą był Man Ray), czyli metoda uzyskiwania obrazu za pomocą naświetlania materiału światłoczułego bez użycia aparatu fotograficznego, a jedynie za pomocą oświetlania reagującego na światło tła poprzez mniej lub bardziej transparentne „przeszkody”. W ten sposób powstawały fotogramy. Niemniej fotografia przez lata postrzegana była jako metoda odtwórcza, reporterska. Jednak ambicje niektórych fotografów wybiegały poza rzemieślnicze ramy i tak w latach 70. XIX w. narodził się piktorializm. Ruch ten wywodzi się z Wielkiej Brytanii, gdzie w 1869 roku Henry Peach Robinson opublikował książkę Pictorial Effect in Photography. Autor twierdził, że prawdziwy artysta powinien własnoręcznie kreować swoje dzieło. Wówczas postawiono na fizyczną ingerencję w materiał źródłowy, czyli kreację sytuacji. Rozwój fotografii szedł od tej pory dwutorowo. Podstawowy nurt to ten dokumentacyjny, drugi to artystyczny, który przeobraził się w fotografikę, czyli połączenie fotografii i grafiki, choć to pojęcie jest raczej polskim mianem określającym fotografię artystyczną. Obecnie, po wynalezieniu metod cyfrowych, mamy ogromny wachlarz możliwości artystycznej ingerencji w zdjęcie czy fotografię na każdym etapie ich tworzenia, poczynając od drobnej korekcji ekspozycji do skomplikowanych przetworzeń barwnych i graficznych. Efekt końcowy zależy od wrażliwości i potencjału twórczego autora. Oczywiście nadal są zwolennicy „czystej” fotografii, która ma być dowodem zaistniałej faktycznie sytuacji i która pokaże prawdziwy kunszt fotografa, ale fotografika daje o wiele większe możliwości kreacyjne. Fotografia teatralna to szczególny rodzaj fotografii dokumentalnej. W latach 50. ubiegłego wieku nakreślono formułę wykonywania zdjęć teatralnych. Miały one być jak najbardziej neutralne, ukazujące spektakl w ramach sceny, z widoczną scenografią, a postacie miały być fotografowane w całości, aby było widać kostiumy. Zenobiusz Strzelecki określił to w ten sposób: „Widz oglądający fotografie winien widzieć przedstawienie tak, jak je widzi widz na widowni”. Z czasem okazało się, że taka służebna fotografia, choć może daje pogląd na spektakl, nie jest dziełem samym w sobie. Fotosista robi zdjęcia z planu filmowego, prób teatralnych czy spektaklu w celach dokumentacyjnych, natomiast kreacja fotograficzna na potrzeby reklamowe to już domena fotografika. Inspirującą w tej dziedzinie okazała się twórcza otwartość Edwarda Hartwiga, który uznawał słuszność fotografii subiektywnej w teatrze.

4

POST SCRIPTUM

Artysta Roku 2020

Mamy zaszczyt i przyjemność przypomnieć naszym Czytelnikom sylwetkę znakomitego polskiego fotografa teatralnego i abstrakcyjnego, zwycięzcę organizowanego przez naszą redakcję plebiscytu na Artystę Roku 2020. Plebiscyt zmobilizował ponad 120 tys. artystów i odbiorców sztuki nie tylko z Polski, ale też: UK, USA, Indii, Australii, Rosji, Japonii i Włoch. Z dwudziestki finalistów wyłonionych przez grono ekspertów i redaktorów Post Scriptum na najwyższym stopniu podium stanął Krzysztof Bieliński. Jeszcze raz serdecznie gratulujemy wszystkim nominowanym i laureatowi i czujemy się zaszczyceni, że zdołalismy zgromadzić na naszych łamach tylu wspaniałych gości.


Krzysztof

Bieliński „(…) Uzbrojone w możliwość i konieczność kadrowania oko fotografa widzi spektakl inaczej. W wypadku Krzysztofa Bielińskiego widzi go chyba tak, jak chciałby swoje dzieło pokazać widzom sam reżyser. W sposób widmowy, chwytający mikrostany emocji i sytuacji, skondensowany i skupiony (…) Sekunda spektaklu, która ma w sobie jego całą intensywność. Każda kolejna fotografia jest takim emocjonalnym ekstraktem.” Piotr Gruszczyński (fragment tekstu „Mieszczuchożerna donkiszoteria” z albumu „Lupa/Teatr”)

Krzysztof Bieliński, rocznik 78. Zamierzał zostać wokalistą i aktorem, ale jak to często w życiu bywa, okazało się, że los zaplanował dla niego zupełnie inną rolę. Podczas prób do spektaklu Krystiana Lupy sięgnął po aparat, żeby zrobić kilka zdjęć na własny użytek. Od tego się zaczęło. Lupa zobaczył jego fotografie i zachwycił się nimi. A Krzysztof Bieliński zaczął badać możliwości, jakie daje zderzenie fotografii z teatrem i zaczął poszukiwać w fotografii wolności. Jego miłość do teatru, opery, malarstwa i fotografii okazały się czynnikiem niezbędnym do tworzenia aparatem. Tworzenia dzieł sztuki, malowania obiektywem. Poza miłością potrzebny jest talent,

pomysł, a na końcu umiejętność, technika. Krzysztof Bieliński ma wszystkie te cechy i nieustannie dąży do perfekcji. „Teatr trzeba fotografować w bardzo subiektywny sposób, w pełni angażując swoją wrażliwość. Często powtarzam, że trzeba umieć zawłaszczyć sobie przestrzeń teatru i poczuć ją jako własną wizję, a następnie przelać tę wizję na fotografie. Zdjęcia, które są wypełnione znaczeniami, symboliką, emocjami, które są osobistą wypowiedzią, są w stanie przykuć uwagę odbiorców, ale też mogą funkcjonować jako autonomiczne, oderwane od teatru dzieła”. (Post Scriptum, rozmowa z Renatą Cygan)

POST SCRIPTUM

5


FOTOGRAF CISZY

6

POST SCRIPTUM


B ieliński

„ okazał się fotografem fantastycznym. Bo ze zdjęciami „artystycznymi” jest tak jak ze wszystkim w sztuce: albo są dobre i wtedy artysta wygrywa, albo złe i do widzenia. Zdjęcia Bielińskiego nie tylko są piękne same w sobie. (…) Niektóre szepczą jednym szczegółem wydobytym z otchłannego tła, inne krzyczą ostrym gestem, wyrazistą barwą kostiumu bądź dekoracji, konwulsyjnym układem ciał aktorów.“ Tadeusz Nyczek „Czytanie na trawie… albo Lupa mistrzowsko opstrykany”, „Przekrój” 07/2010

POST SCRIPTUM

7


„Wariactwo, komedianctwo i cierpienie – ma to tu swój nagi, radykalnie groteskowy wymiar. Aktorzy – pięknie bezwstydni. Tak, to również cecha obserwacji, upartych, cierpliwych obserwacji Krzysztofa Bielińskiego – obrazy, dokumenty ludzkiego bezwstydu aktorów. Aktor – jako ecce homo. Aby uzbierać taki zestaw fotografii, trzeba śledzić teatralne momenty jak ukryte życie płochliwych ptaków. Tu na nic się nie przydają standardowe, pozowane zdjęcia. Tu nie chodzi o zgrabne kompozycje, które można wywiesić w oszklonych witrynach. Zdjęcia Bielińskiego są dla mnie poruszającym ludzkim dokumentem. “ Krystian Lupa w albumie „Lupa/Teatr” (fragment ekspresji na temat fotografii Krzysztofa Bielińskiego z albumu „Lupa/Teatr”)

Nie myśli o spektaklu jako o serii fotografii, a o samej fotografii teatralnej jako dokumencie. Krzysztof stara się, aby każda fotografia była osobnym dziełem sztuki. Tworzy nastrój, wyzwalając migawkę w konkretnym momencie i ten decydujący moment ma tu ogromne znaczenie. Fotografie Krzysztofa są jak opowieść: wielowarstwowe, wielowymiarowe, o nieskończonych możliwościach interpretacji. „(…) Rok temu w rozmowie redakcyjnej „Teatru” Krzysztof Bieliński przyznał: „Obłęd, cisza, pustka – to interesuje mnie najbardziej. Stany ekstremalne, ale nie sama eksplozja, raczej stan na chwilę przed lub chwilę po wybuchu. Ciekawią mnie postaci zagłębione w swoim własnym świecie, będące w stanie wytrącenia, na krawędzi czy w nieumiejętności bycia z drugim człowiekiem”. (…)

8

POST SCRIPTUM

„Jak uwidocznić pustkę i w jaki sposób przekształcić ten akt w formę? (…) Autor jakby czekał na moment wymownego zachwiania równowagi, kiedy można przyłapać rzeczywistość nieupozowaną w sytuacji, która wymyka się spojrzeniu nawet najbardziej uważnego widza. Fotograf osadza świat w obrazie i powiększa pustą, znikającą, odległą rzeczywistość. Bieliński świadomie odrzuca rolę kopisty dostarczającego klatki, które dokładnie rejestrują otoczenie. Umożliwia mu to pójście za głosem abstrakcji.” (…) Susan Sontag nazywa fotografię cytatem. Jednak zdjęcia Bielińskiego są tak dalece przetworzonym przedstawieniem rzeczywistości scenicznej reżysera, że zyskują właściwie rangę autorskiej wypowiedzi. Piękna kompozycja i starannie dobrana perspektywa tworzą osobny spektakl, niemieszczący się w ramach teatru. (…) Autor nie dokumentuje bezdusznie i mechanicznie rzeczywistości, co często zarzuca się


Fotografie Krzysztofa są jak opowieść: wielowarstwowe, wielowymiarowe, o nieskończonych możliwościach interpretacji.

autorom zdjęć scenicznych. Udowadnia, że fotografia teatralna może być buntem przeciwko tendencyjnym sposobom patrzenia i zasługuje na taki sam szacunek jak malarstwo.” Paweł Dobrowolski „Za głosem abstrakcji” (Teatr, 7-8/2010) (fragment recenzji albumu „Lupa/Teatr”) Krzysztof Bieliński jest autorem fotografii do blisko 700 spektakli krajowych i zagranicznych, twórcą plakatów teatralnych oraz albumów fotografii teatralnej: „Lupa/ Teatr”, „Staniewski. Gardzienice. Antyk”, „Treliński”, „BTL/Lalki”, „Warlikowski/Teatr” (współautor), „Kudlicka. Volume I” (współautor). Z wykształcenia muzyk i wokalista. Współpracował z uznanymi reżyserami teatralnymi – m.in. z Krystianem Lupą, Włodzimierzem Staniewskim, Grzegorzem Bralem, Mariuszem Trelińskim i Krzysztofem Warlikowskim,

fotografując w takich teatrach jak: Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie, Teatr Narodowy w Warszawie, TR Warszawa, Nowy Teatr w Warszawie, Teatr Dramatyczny w Warszawie, Teatr Studio w Warszawie, Stary Narodowy Teatr w Krakowie, Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Gardzienice, Teatr Pieśń Kozła czy Opéra National de Paris. Od 2008 r. jest stałym fotografem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Współpracuje również na stałe z kilkunastoma innymi teatrami w Polsce. Wykładał fotografię teatralną oraz plakat w Warszawskiej Szkole Filmowej i na Fotografii UW. Nominowany do Teatralnej Nagrody Muzycznej im. Jana Kiepury za najlepszy plakat 2017 roku. W 2019 roku został jurorem V Konkursu Fotografii Teatralnej, organizowanego przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego. W 2020 roku prowadził pierwsze w Polsce Master Class z fotografii teatralnej online we współpracy z Instytutem Teatralnym im.

POST SCRIPTUM

9


09_Transcendencja_2012

FOTOGRAFIA

Bieliński o wolności w fotografii abstrakcyjnej:

„W fotografii abstrakcyjnej sam decyduję o wszystkim, a wizja może być przelewana

bezpośrednio na papier fotograficzny, kliszę czy matrycę aparatu, może być przemieniana w obraz bez żadnych ograniczeń. I tak jak Pani powiedziała, jedynie wyobraźnia może stanowić tu jakąś barierę. W moim sposobie pracy nad fotografiami abstrakcyjnymi wychodzę od wizji, a nie od technik tworzenia obrazu czy eksperymentu, mimo że to właśnie eksperyment jest dla mnie najważniejszym sposobem w pracy artystycznej. Od ponad dziesięciu lat tworzę cykl obrazów, dla których inspiracją były stany doświadczane pomiędzy jawą a snem, momenty, w których zasypiamy albo się budzimy. Chciałem zapisać na zdjęciach to, co dzieje się pod powiekami. Żeby oddać te senne wizje, majaki, powidoki, zacząłem szukać takich narzędzi, przy pomocy których mógłbym właśnie taki obraz stworzyć. Eksperyment i poszukiwania podążały za wizją. W kolejnych przetworzeniach dochodziłem do coraz bardziej wyrafinowanych obrazów. Do stworzenia każdej fotografii budowałem specjalne konstrukcje, czasem bardzo skomplikowane instalacje, które pozwalały mi osiągnąć zamierzony, wymarzony efekt.” culture.pl – wywiad z Martyną Kowalewską

10 10

POST SCRIPTUM


02_Opętanie_2009

ABSTRAKCYJNA Zbigniewa Raszewskiego zakończone wystawą w Starej Galerii ZPAF. We wrześniu 2020 roku, na łamach pisma Teatr, ogłosił Manifest Twórczej Fotografii Teatralnej. Obecnie otwiera pierwszą na świecie Szkołę Fotografii Teatralnej. Jest twórcą cenionym i rozpoznawalnym. Dzięki psychologicznemu podejściu do każdego wyzwania teatralnego jego prace są bardzo ekscytujące. Przedstawienie charakteru i klimatu spektaklu obrazem jest niezwykłą umiejętnością. Jeśli tylko medium w postaci fotografii zostanie uwolnione ze stereotypowych ram, artysta dostaje szansę na własną wizję artystyczną, wytwarzanie iluzji. Krzysztof Bieliński świadomie przekształca sceniczną rzeczywistośc, aby uchwycić efemeryczność teatru nakładając na zastaną realność filtr swojej wrażliwości, w poszukiwaniu ulotnej natury teatru. Najbardziej pociągają go trudne do uchwycenia stany emocjonalne, jak obłęd albo z drugiej strony wsobność czy inercja. Ilość sztuk scenicznych prezentowanych okiem Krzysztofa Bielińskiego jest dowodem zaufania wielu

08_Obsesja_2015

twórców scenicznych. Bieliński, jak sam o tym mówi, obsesyjnie poszukuje skrajnych emocji. Fascynuje go analiza tych stanów i możliwość pokazania ich poprzez fotografię. Podobnie jest z fotografią abstrakcyjną, tutaj również poszukuje tego, co nieuchwytne, ukazując przy pomocy fotografii złożone stany emocjonalne, a jednocześnie zgłębiając stany doświadczane między jawą a snem. Jest kolorystą. Zwolennicy fotografii czarno-białej podkreślają siłę ekspresji kontrastów graficznych. On natomiast upatruje tej ekspresji w intensywnych kolorach oraz efektach ruchu i multiplikacji. Nadaje indywidualny rys swoim fotografiom, nie pozbawiając ich wyrazu charakteryzującego dany utwór. Lata pracy z aktorami i solistami operowymi zaowocowały doświadczeniem ułatwiającym znalezienie najwłaściwszych kadrów i ujęć postaci, a wrażliwość plastyczna dopełnia kreację artystyczną. Relację z wirtualnej uroczystości wręczenia statuetki (zaprojektowanej i wykonanej przez bułgarskiego rzeźbiarza, Iliana Szarkova) pokażemy na naszych łamach oraz w zaprzyjaźnionych mediach partnerskich. [PS]

POST SCRIPTUM

11


BRONISŁAW KRZYSZTOF 12

POST SCRIPTUM

Muzyka


M

oje

rzeźby

mogą funkcjonować w każdej przestrzeni.

POST SCRIPTUM

13 13


03_GWIAZDA A, 165 cm, brąz, 2002

14 14

POST SCRIPTUM


Leopardy

ZAWSZE WIERNY SOBIE

B

Juliusz Wątroba

ro n i s ł a w KRZYSZTOF

Bronisławie, inspiracją do tej rozmowy stała się lektura znakomitej biografii Michała Anioła Udręka i Ekstaza Irvinga Stone’a. Gdy tylko zabierałem się do czytania kolejnych rozdziałów tej pasjonującej książki, widziałem… Ciebie, a właściwie Ciebie w Twoich rzeźbach – naprawdę. Urodziłeś się i pierwsze lata spędziłeś w Mszanie Górnej, urokliwej wsi, otoczonej szczytami Beskidu Wyspowego i Gorców. Jak wspominasz tamten czas, klimat, ludzi, pejzaże – miejsce, gdzie kształtowała się Twoja osobowość?

W domu byłem do trzeciego roku życia, potem znalazłem się w Zakopanem na ponad trzy i pół roku, następnie wróciłem na parę kolejnych lat do Mszany, a jako piętnastolatek opuściłem dom i już więcej tam nie wróciłem… A książkę, którą wspominasz, znam, zaczytywałem się w niej i to było wielkie przeżycie. Wiedziałem, że kiedyś bywało trudno, choć wydawało się, że Leonardo czy wspomniany Michał Anioł mieli w życiu łatwiej, a okazało się, że klientów mieli też, tak jak my, z dużymi kłopotami realizacyjnymi. Artysta musi mieć realizacje, bo bez nich nie ma artysty, a z samego mówienia nie zawsze coś wynika.

Ale z tamtych lat w Mszanie coś w Tobie zostało?

To są moje ulubione wspomnienia. Podobno z wiekiem ludzie wracają myślami do czasu młodości i te 10 lat spędzonych w mojej miejscowości pozostanie ze mną na zawsze. Później znalazłeś się w Zakopanem – w legendarnej Szkole Kenara, instytucji wyjątkowej w kształceniu przyszłych artystów. Mnie, laikowi, kojarzy się ona głównie z Władysławem Hasiorem, Antonim Rząsą czy Karolem Stryjeńskim. Ty, nie dość, że miałeś szczęście do niej uczęszczać, to jeszcze później w niej przez jakiś czas wykładałeś. Co było niezwykłego, wyjątkowego w tej szkole?

Z reguły wszystkie szkoły artystyczne to szkoły lokalne, a tutaj uczyli się koledzy, którzy pochodzili z całej Polski. Wielu wykładowców także pochodziło spoza Zakopanego. Gdyby nie mieszanka kulturowa – bo każdy region ma swoje, może mikro, ale jednak cechy – to nie byłoby tego charakteru, wymiany informacji i tej atmosfery. Człowiek dowiadywał się o wartościach, które wyznaje ktoś z okolic

POST SCRIPTUM

15


Dlaczego młodzież z całej Polski chciała tam uczęszczać? Dlatego że szkoła miała tradycyjne osiągnięcia, które się datowały jeszcze przed wojną. Ostatnia przed wojną wystawa, z której prace nigdy nie wróciły do Polski, odbyła się w Ameryce, w Chicago. Szkoła zdobywała też złote medale na wystawach światowych, m.in. w Paryżu, i to stwarzało mit, że jakość jest gwarantowana. A przecież góralscy nauczyciele (na przykład Wojciech Brzega) kończyli zachodnie akademie. To byli ludzie wykształceni poza granicami Polski.

14_BŁĘKIT II, h 140 cm, 2019, brąz

17_DOTYK, brąz, h 204 cm, 2020

Następnie pożeglowałeś na wielkie wody, do stolicy, by zakotwiczyć w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie

nie umiemy: nie umiemy rysować, nie umiemy malować, nie umiemy rzeźbić. Wszystkiego trzeba się było zacząć uczyć od nowa. Na szczęście, część z nas chciała się uczyć, część chciała pracować ponad siły. Ja chciałem. Ale też miałem niezwykłe szczęście do profesorów. Pytam o to dlatego, że staram się razem z Tobą dotrzeć do chwili, gdy już wiedziałeś, że będziesz rzeźbiarzem! I to takim, który wybierze najtrudniejszą bodaj technikę – rzeźbę w brązie, która wymaga perfekcyjnej znajomości skomplikowanego warsztatu, ale jest za to prawie niezniszczalna! Jak to się stało, że głównie brąz zawrócił Ci w głowie?

Musimy wrócić do początków, czyli do Szkoły Kenara. Dyrektorem placówki był wtedy Kazimierz Fajkosz. Często opowiadał nam o tym, co widział we Francji

10_TY II, 155 cm, brąz, 2015

Wrocławia albo z Pszczyny czy z Cieszyna. Ta kulturowa wymiana między uczniami a nauczycielami, a także tolerancja, stanowiła niewątpliwą siłę tej uczelni.

Rzeczywistość trzeba zamienić w nierzeczywistość. na Wydziale Rzeźby, którą ukończyłeś z wyróżnieniem. Jak się odnalazłeś w wielkim mieście? Jak tam odnaleziono Ciebie?

Było kiedyś tradycją szkoły, że najlepszym doradzano, do jakich akademii powinni się udać, aby kontynuować edukację. Wtedy istniały tylko dwie akademie: w Warszawie i Krakowie. Myśmy poszli z koleżanką i kolegą do Warszawy. W tamtym systemie pedagogicznym wmawiano ci, że jesteś orłem, sokołem, bażantem… takim genialnym rzeźbiarzem czy malarzem. I młody człowiek w to szalenie wierzył. Co to dawało? Z jednej strony było pozytywne, a z drugiej fatalne. Udaliśmy się do Warszawy, przekonani, że jesteśmy najlepsi i genialni. Byliśmy bezczelnie odważni, w związku z tym warszawskie problemy nas nie dotyczyły. Uważaliśmy, że jesteśmy ponad to. A tu się okazało, że nic

16

POST SCRIPTUM

i we Włoszech. A widział odlewy antyczne i często opowiadał o tym najzdolniejszym uczniom. Próbowaliśmy odlewać już w Zakopanem, ale nic nam z tego nie wychodziło. Gdy przyszliśmy na studia, chcieliśmy realizować swoje prace w czymś, co było prawie nieosiągalne w Polsce, czyli w brązie czy w aluminium. Chodząc po wystawach rzeźby w tamtych czasach, dało się zauważyć, że większość prac stanowiły gipsy patynowane. Rzadko kiedy można było spotkać kamień i jeszcze rzadziej odlew w brązie, robiony zresztą bardzo nieudolnie. Wynikało to z faktu, że nie było u nas dostępu do kultury technicznej, do odlewu rzeźb na wysokim poziomie, i nikt w tej technologii nie umiał pracować. Kompletnie nikt. W związku z tym z dziką pasją rzuciliśmy się z kolegami do wykonywania wszelakich prób, bo nie było żadnych podręczników opisujących


06_z cyklu KATEDRA III, h 129 cm, brąz, 2008

13_JEŹDZIEC V, brąz, h 195 cm, 2018

05_z cyklu KATEDRA II, h 136 cm, brąz, 2008

P

róbuję, za pomocą wszelakich możliwych środków, zaangażować , żeby chciał dokładnie przyjrzeć się mojej pracy.

odbiorcę

taki proces. Żeby przeprowadzać próby, musieliśmy uzyskać specjalne pozwolenie od dziekana na naukę poza programem. Bez zgody mogliśmy najwcześniej robić to programowo na trzecim roku, a chcieliśmy od pierwszego, bo czuliśmy potrzebę realizacji, która daje gwarancję jakości. To nie było takie łatwe i cała edukacja zajęła nam w gruncie rzeczy parę lat, a skończyła się śmiesznie, dlatego, że w pewnym momencie nasz kolega, profesor na Wydziale Rzeźby, zresztą też po „Kenarze”, wysłał dwóch moich kolegów do NRD, do Berlina. Tam w ciągu trzech dni nauczono ich tego, czego myśmy się uczyli przez pięć lat, jeżdżąc po całej Polsce. Wcześniej, gdy tylko słyszeliśmy, że gdzieś odlewają techniką traconego wosku, gnaliśmy galopem do pociągu, a okazywało się, że to tylko propaganda, że nikt nie umie tego robić. Wszyscy zapomnieli albo mieli jakieś stare, przedwojenne odlewy i udawali, że to jest ich. My działaliśmy metodą prób i błędów. Raz wychodziło, raz nie wychodziło. Wtedy funkcjonowały jeszcze tzw. tajemnice zawodowe. Musieliśmy mieć na zajęciach zeszyty, by wpisywać do nich uwagi odlewnika, który nie miał zielonego pojęcia o odlewaniu. Czyli wyważaliście otwarte drzwi!

Tak, ze względu na socjalizm, na biedę. Główną przeszkodę stanowiła u nas tajemnica zawodowa, a na akademii enerdowskiej w Berlinie w ciągu trzech dni wszystko chłopakom pokazano. I od tego czasu

odlewamy. Sam nauczyłem odlewania co najmniej dwudziestu kilku rzeźbiarzy, żeby oni nie mieli takich dylematów, tyle zmarnowanego wysiłku i czasu, co my. Nie bawiłem się nigdy w tajemnice zawodowe, które były główną przeszkodą w naszym dochodzeniu do wiedzy. No właśnie, powiedz, jak to wygląda od strony plastycznej.

Wszystko zaczyna się od pomysłu. Potem robię dużo szkiców, które stanowią jakby selekcję pomysłów. Następnie, gdy mam już koncepcję, trzeba ją odwzorować w materiale, który pozwala zrobić formę do odlewu. To może być cokolwiek: glina, drewno, kamień, ale musi powstać rzeźba, którą chcemy odlać. Kiedyś się bawiłem, odlewałem liście, ptasie piórka, kwiatki, robiłem wprawki, żeby sprawdzić, na ile to jest możliwe. Jeśli masz już rzeźbę, musisz przygotować formę, by powstały modele woskowe. W unikatowej technologii traconego wosku, musi powstać model z wosku. Gdy już go mamy, przygotowujemy do odlewu formy ceramiczne, z których trzeba wytopić wosk. W powstałej w ten sposób przestrzeni umieszcza się brąz, który trzeba stopić, by zalać tę formę, a gdy ostygnie, rozwalić ją, wydobyć odlew i dalej cyzelować, patynować, spawać czy łączyć. Można mieszać różne materiały ze sobą. Są trzy gatunki brązu, a można go mieszać również ze stalą nierdzewną czy ze srebrem. Brąz można złocić, srebrzyć, polerować, malować… Po prostu wszystko można.

POST SCRIPTUM

17


Wróćmy jeszcze do Kenara.

JEŹDŹCY APOKALIPSY

U Kenara każdy pracował na siebie. To był kolejny, inny świat. Wieś była jednym światem, może najbardziej bajkowym, dziecięcym, bez zobowiązań. W momencie, kiedy idziesz do szkoły zawodowej, pewne rzeczy chcą z tobą zrobić na skróty i wiele się traci. Oczywiście, razem z paroma kolegami tworzyliśmy grupę działającą ponad program. Zawsze tworzą się takie grupy. Zawsze też należałem do takich grup, by robić coś dodatkowego. Moja postawa i moje pomysły były zauważane i akceptowane poza obszarem szkoły. Słynny Rząsa tylko mnie pozwalał rzeźbić w swojej pracowni. Mogłem też rzeźbić w internacie, a on przychodził i robił korekty. Wtedy za rzeźbienie w internacie można było z niego wylecieć, bo gdyby ktoś wbił sobie dłuto w rękę, odpowiadałby kierownik. Dodatkowo otrzymywaliśmy informacje z zewnątrz. Słynny Hasior jeździł po Europie, poza granicę socjalizmu i przywoził setki kolorowych slajdów. Później pokazywał to, co widział w muzeach i w przestrzeniach publicznych. To był dodatkowy atut tej szkoły.

R zeźba musi mieć przez cały czas swoje życie, musi angażować nie tylko twórcę, ale i odbiorcę.

Na studiach nie było tak radosnego podejścia, tylko profesjonalizm – konkretne rzeczy, konkretne korekty. W szkole Kenara, gdy ktoś sobie nie dawał rady, profesor pomagał mu rzeźbić i pokazywał. Tu byłeś odpowiedzialny sam za siebie. To był kolejny, inny świat. Każdy robił błędy na swój rachunek. Miałeś jednak szczęście, że mimo tych trzech światów, uchroniłeś siebie w sobie.

Tak, bo chcieliśmy więcej. Wielu moich kolegów pochodziło ze wsi. Praca była dla nas czymś naturalnym. Nasze zainteresowania wykraczały poza czas zajęć szkolnych. Mówiąc szczerze, jestem oszołomiony Twoją kreatywnością, wszechstronnością. Szczególnie tu, w Twoim niezwykłym domu, gdzie zewsząd spogląda mi w oczy artyzm i w każdej rzeczy widzę ślady Twojej ręki, a może jeszcze bardziej intelektu i serca. Jak wyglądają poczęcia Twoich dzieł, zanim jeszcze się urodzą, zmaterializują idee, zamysły? WIATR

18

POST SCRIPTUM

Musi być czynnik, który uruchamia całą procedurę realizacyjną. Tym czynnikiem jest inspiracja, czyli często jakaś symbolika, którą człowiek sobie przypomni i chce


Do swoich zabiegów artystycznych używam ciała, całej architektury wewnętrznej człowieka.

POST SCRIPTUM

19


18_JEŹDZIEC, granit

19_ DAMA, granit

zinterpretować na nowo. W moim przypadku jest to bardzo często utwór muzyczny. Muzyka stale we mnie gra. Moja rodzina, począwszy od dziadków, po młodsze ode mnie pokolenie, gra na skrzypcach i wszyscy są w tym mistrzami. Natomiast mnie Bozia nie dała szans, żebym to robił, a uważam że muzyk ma to szczęście, że w ułamku sekundy może wydać z siebie emocje, które towarzyszą mu w trakcie tworzenia procesu twórczego. Rzeźbiarz musi całe emocje podzielić na etapy. I muszą to być szalenie mocne emocje, żeby od pierwszej iskry, która uruchamia proces myślowy, napięcie wytrzymało do samego końca i nie osłabło, tylko najlepiej jeszcze się rozwijało w trakcie realizacji. A zainspirować może wszystko: rozmowa, spotkanie, ładny widok landszaftowy. Trzeba mieć tylko możliwość interpretacji tego w głowie. Nie ma wskazówek, że jeśli widzimy przysłowiowy zachód słońca, to musimy się tak, a nie inaczej zachowywać. Trzeba tak zinterpretować rzeczywistość, żeby stała się twoją rzeczywistością, twoim światem. W moich rzeźbach chcę tworzyć mój własny świat, nierealny, nierzeczywisty, żeby rzeźbę zamknąć w jakimś wymiarze, ale też żeby to było wielointerpretacyjne. Jednocześnie, jeżeli rzeźba trafia do odbiorcy w różnych kulturach, to żeby każdy znalazł jakiś istotny pierwiastek dla siebie. Przejdźmy wreszcie do konkretów. Oto mamy przed sobą rzeźbę – finalny, zmaterializowany obiekt Twojej wyobraźni zamknięty w kształt.

Rzeczywistość trzeba zamienić w nierzeczywistość. Wiadomo, że brąz jako materiał, rzeźba jako koncepcja twórcza, musi zostać zmaterializowana w jakiejś bryle, w jakiejś przestrzeni, i to jest rzeczywistość, a emocje, jakie to dzieło powinno wywołać, mają być nierzeczywiste, nienaturalne, niestandardowe. Musimy dać szansę interpretacji indywidualnemu odbiorcy. Moim celem jest znalezienie drogi w danym temacie, choć nie tylko temat jest inspirujący, nie tylko muzyczna chwila, o której wspomniałem wcześniej. Każdy element można przekuć na dzieło sztuki, tylko trzeba mieć cel. Po co to robimy? Dla kogo? I czy jesteśmy w stanie rozwiązać problem w formie artystycznej, środkami artystycznymi? Czym się posłużymy? Żeby zdematerializować prace, które mają swój ciężar, swój kształt, swoją fizyczność, używałem przeróżnych, artystycznych zabiegów: operowanie światłem, nie tylko zewnętrzną formą, ale i wewnętrzną, mobilnością rzeźb – po prostu dematerializowałem je, rozkładając na czynniki pierwsze.

20

POST SCRIPTUM

21_POMNIK DNA, granit

20_ SEN, granit

Albo też zmiana kolorów – kontrastowałem patyny, by nadać nastrój, bo człowiek musi się z rzeźbą dobrze czuć. Wiadomo, nie zadowolisz wszystkich, nie będziesz miał poklasku tysiąca osób, ale wystarczy, że znajdziesz choć jednego odbiorcę, który zrozumie. To już duży sukces i wystarczy. Głównym tematem Twojej twórczości jest człowiek. Skomplikowany byt, każdy inny, niepowtarzalny, jedyny. I takie są Twoje rzeźby, którymi próbujesz ogarnąć, zrozumieć te niepojęte istoty. Czasami tylko podpowiadasz odbiorcy tytułami pojedynczych prac czy też cykli, w jakim kierunku mogą za Tobą podążać albo szukać własnych dróg czy bezdroży.

To jest dosyć proste, dlatego że musisz się poruszać w jakimś obszarze kulturowym. Musisz wiedzieć, do kogo swoje rzeźby adresujesz. Wiadomo, że na świecie są biegunowo różne koncepcje życia, bycia, podziałów społecznych. Ale nawet tu, w Europie, mamy potworne kontrasty kulturowo-społeczne i trzeba wybrać pewną grupę, do której swoje prace adresujesz. Oczywiście, najlepiej żeby to było czytane przez wszystkich, ale jeżeli używasz elementów z kultury łacińskiej, tylko część ludzi to zrozumie. Najlepsza w tym wypadku jest abstrakcja, bo abstrakcja tworzy kompozycję. Ja posługuję się ciałem ludzkim w sensie konstrukcyjnym, ale trzeba powiedzieć, że żadna moja rzeźba, gdyby ktoś umiał ją ożywić, nie mogłaby chodzić ani siedzieć. To złudzenie optyczne właściwych proporcji. Człowiek nie jest tak zbudowany. Do swoich zabiegów artystycznych używam ciała, całej architektury wewnętrznej człowieka. Dlatego często pojawiają się obcięcia. Jeżeli uważam, że ręka czy głowa utrudnia przekazanie pewnych treści, idei – to jest niepotrzebna. Chcę skupić uwagę na rzeczach istotnych. Oczywiście, jeżeli trzeba, mogę komuś zrobić portret. Mam wiele rzeźb wykonanych całopostaciowo, ale czasem pojawia się problem kompozycyjny, żeby głowa, nogi czy ręce były w tym, a nie innym miejscu. Cały czas bawię się kompozycją za pomocą zestawiania form, które iluzjonistycznie pokazują, że to jest postać figuratywna człowieka. Nie robię rzeźb z detalem, typu dziewiętnastowiecznej anatomii, choć anatomię bardzo dobrze znam. Wykorzystuję ją jednak w moich celach artystycznych. Rzeźby są statyczne, tkwią w niezmienności. Lecz cechą charakterystyczną, wyróżniającą Twoje prace, jest ruch –


– i ten dosłowny, wynikający z ruchomych części składowych, i ten w domyśle, będący efektem wewnętrznych napięć, dynamiki czy zaklętej w brązie energi, która wylewa się daleko poza skończone kształty. Czasem jeszcze bardziej podkreślone światłem, błyskającym z polerowań czy złoceń…

To jest szukanie sensu swojej pracy, twórczości. Próbuję za pomocą wszelakich możliwych środków zaangażować odbiorcę, żeby chciał dokładnie przyjrzeć się mojej pracy. Żeby jej dotknął, żeby mógł uczestniczyć w odbiorze, w sensie nastroju, bo może wziąć odlew, by przestawić element. Wtedy zmienia się kompozycja, zmienia się automatycznie nastrój. Uruchamia się nowe środki wyrazu, często buduje się na nowo formę, choćby poprzez wpuszczanie światła do wnętrza. Ważne jest, żeby zaangażować człowieka, żeby nie tylko obszedł rzeźbę dookoła i stwierdził, czy mu się podoba, czy nie, ale też by zastanowił się, po co ten element jest ruchomy, jaką funkcję pełni, z czego ta idea wynika, z czego jest ta baza. Uważam, że można to porównać do sytuacji w fotografii, gdy trzeba wiedzieć, kiedy zrobić zdjęcie. W rzeźbieniu przychodzi taki moment, impuls, gdy wiesz, że tak rzeźba powinna wyglądać. Wtedy trzeba, jakby za pomocą rzeźby, zrobić zdjęcie tego szczególnego momentu, uwiecznić go tak, żeby był po prostu realny i niematerialny. Rzeźba musi mieć przez cały czas swoje życie, musi angażować nie tylko twórcę, ale i odbiorcę. Nie tylko twórca powinien być zadowolony z efektu. Również odbiorca powinien przez cały czas uczestniczyć i czerpać przyjemność z przebywania przy rzeźbie, brać udział w tworzeniu nastroju. Jedyny problem to fakt, że rzeźba jest materializacją pewnej koncepcji, natomiast malarstwo to jej dematerializacja. W malarstwie to my możemy umieścić przysłowiowy przedmiot dziesięć kilometrów dalej. Perspektywa działa inaczej, wrażenia są bardziej przestrzenne, mimo że obrazy pojawiają się na płaskiej powierzchi. Ale to jest też kwestia postrzegania. Na tym polegał między innymi spór Michała Anioła z Leonardem. Da Vinci twierdził, że to malarstwo jest szczytem, natomiast Buonarotti – – że rzeźba. I obaj mieli racje. Swoje!

Z tym, że na pewno rzeźba ma większe szanse. Trzeba to tylko umieć zrobić. Ja się staram, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Już wyszło! I… zaszło tak daleko! Bronku, znamy się od trzydziestu lat. O Twoim istnieniu dowiedziałem się w 1984 roku, gdy w Bielsku-Białej pojawił się w przestrzeni publicznej niezwykły monument (660 cm wysokości!) Twojego autorstwa: Poległym za Polskę. Ten pomnik, znany też pod nazwą Tors gorejący, wykonany z miedzi, robi na mnie do dziś niesamowite wrażenie, choć widziałem go setki razy. Dlatego tę mini (z konieczności) prezentację Twoich dokonań zacznę od „dużych formatów”, eksponowanych na okrągło pod słońcem i księżycem. Powiedz, proszę, o realizacjach innych Twoich prac.

Nie stworzyłem za dużo realizacji przestrzennych, ale te, które zrobiłem, zaistniały. Cieszę się z tego, tym bardziej, że mieszkam w Bielsku-Białej, która nie jest

centrum kulturowym, mimo, że ma świetne osiągnięcia, zwłaszcza w dziedzinie muzyki. Lokalizacja powoduje, że docierające do mnie zamówienia są ograniczone. Skąd się brały zamówienia w przeszłości? Dzisiaj jest to bez znaczenia, ale dawniej jeśli było oficjalne zamówienie, lądowało na jednej z dwóch akademii: w Krakowie lub w Warszawie. Było to ułatwienie dla zamawiającego – dany profesor gwarantował jakość. Gdy ktoś znajdzie w antykwariacie książki o rzeźbie z tamtych czasów, zauważy, że dziewięćdziesiąt procent rzeźbiarzy prezentowanych w wydawnictwach, to profesorowie akademii. Rzadko pojawia się osoba niezwiązana z uczelnią. Z tego powodu w tamtych czasach miałem tylko jedną pracę w przestrzeni publicznej. Wygrałem konkurs, a gdybym go nie wygrał, nie otrzymałbym zamówienia. Późniejsze realizacje to również wygrane konkursy. Gdy zmieniły się czasy, po tym jak częściowo upadł komunizm, mogła się w Polsce pojawić forma zamówień publicznych. Mówimy tutaj o skali realizacji, której rzeźbiarz prywatnie w Polsce nie udźwignie. Nie ma sponsora prywatnego czy firm, jak na Zachodzie, a ktoś musi za to zapłacić. U nas jeszcze się to nie wykształciło. Dzięki jednemu z zamówień, zrealizowałem piękny pomnik DNA w granicie, rzecz kompletnie niestandardową, postawioną we Wrocławiu, w przestrzeni publicznej. To było wyzwanie z punktu widzenia technicznego. Połączenie nici DNA, wychodzącej z postaci kobiety i mężczyzny, i światło – szalenie trudne do wykonania. Prócz pomników, stworzyłem wiele rzeźb, które teraz stoją w moim domu, a wcześniej brały udział w wystawach. Trzy lata temu zrealizowałem na zamówienie Szkotów rzeźbę poświęconą generałowi Stanisławowi Maczkowi w Edynburgu. Jako jeden z nielicznych Polaków wykonałem też elementy rzeźbiarskie na Père-Lachaise, dla rodziny Ornano. Trzeba wiedzieć, że Père-Lachaise mieści się w pierwszej czwórce najbardziej oglądanych obiektów w przestrzeni Paryża. Na tym cmentarzu są setki rzeźb, a miliony ludzi przychodzą tam jak do muzeum. Poza tym, wygrałem konkurs na rzeźbę Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Zrobiłem też rzeźbę do parku rzeźb przy Polskim Komitecie Olimpijskim w Warszawie, a w tym roku zostanie postawione popiersie Georgesa Clemenceau, również w stolicy. Jest tego trochę, nie o wszystkim wspomniałem. Realizacje przestrzenne są bardzo ważne, bo mówią o możliwościach i wszechstronności artysty. Tworzę także mikroskopijne rzeczy, ale potrafię zrobić nawet wielometrowe. Dużą realizacją, w którą jestem teraz zaangażowany, jest projekt Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Ciągnie się od dwudziestu pięciulat. Niestety, nie mogę go ukończyć z powodu braku finansowania. Większość Twoich prac to rzeźby figuratywne, jak chociażby te w Twojej galerii, ale i te nabywane przez muzea i do prywatnych kolekcji przez możnych tego świata. Czy w procesie tworzenia ortodoksyjnie trzymasz się swoich nieugiętych zasad, czy jednak idziesz na kompromis? I gdzie granice tego kompromisu, jeśli już musi być?

Na kompromisy raczej nie idę, co nie jest dobre w dobie poprawności politycznej w jakiej obecnie żyjemy. W pewnym sensie miałem szczęście, bo moje

POST SCRIPTUM

21


22

04_GWIAZDA B, 179 cm, brąz, 2003

16_z cyklu JAKI PIĘKNY, h 206 cm, brąz, 2010

Indywidualizm to najwyższa cena, jaką się płaci.

POST SCRIPTUM 12_JUŻ IDĘ II, 102 cm, brąz, 2013

08_JUŻ IDĘ IV, 98 cm, brąz, 2014


wychowanie i wykształcenie zaczęły się w epoce, kiedy istniały wartości uznane za standardowe. Nikt nie podważał, nie obrażał i nie bluźnił na pewną symbolikę czy pewne wartości. Później szalenie istotnymi bodźcami, które budowały moją psychikę było to, że jednak warto się o coś bić, bo całe życie musiałem mocno walczyć z potworną głupotą i brakiem wyobraźni, które dominują w przestrzeni publicznej. Na przykład to, że nie można wykształcić żadnego społeczeństwa na poziomie wyższym. Nie ma tak bogatego państwa i nigdy nie będzie. A często najmniejsi mają najwięcej do powiedzenia. Miałem szczęście, że wśród moich odbiorców dominowali ludzie bardzo dobrze wykształceni, o szerokich horyzontach myślowych, wykształceni na tych samych podstawach, na których ja byłem wykształcony, którzy potrafili czytać moje prace jak książkę. Nie stanowiło to dla nich problemu, wręcz przeciwnie – to była dla nich przyjemność. Kim byłem, gdy zacząłem startować na Zachodzie? No nikim! Kolejnym Polakiem, który może się zajmować w Ameryce pracą w masarni, przy azbestach czy układać kafelki u Niemca. Tak byliśmy klasyfikowani, nie ma się co oszukiwać. Nikt nie spodziewał się po Polaku osiągnięć artystycznych. W związku z tym musiałem trafić do grupy osób, którzy przyjęli mój sposób myślenia, zaakceptowali mnie ponad poziomem i obiegową opinią na temat Polaków. Możemy sobie politycznie opowiadać, że jesteśmy sercem Europy, ale żaden przeciętny Niemiec, Francuz, Włoch czy Anglik tego nie powie. My jesteśmy Wschodem. I tak faktycznie, fizycznie jest. Czy kiedyś zostanie odwrócony ten sposób myślenia? Wtedy, gdy państwo będzie bogate. A jak może być bogate, gdy nie dba o kulturę? Nigdy nie będzie! Przecież nie będziemy się ścigać o jakość samochodu, tylko o jakość kultury. Nie męczyć się, idąc do teatru, czy kina, a zrelaksować się. A kiedy to możesz zrobić? Kiedy jesteś bogaty. Biedak nie pójdzie. Może by chciał, ale nie pójdzie. Kto ma to zrobić, skoro w Polsce nie ma pieniędzy, by uruchomić te procesy? Dlatego biłem się na Zachodzie, musiałem się tam odnaleźć. Naprawdę było ciężko, ale nigdy nie załamywałem się do końca. Gdy było tragicznie, zawsze znajdywał się ktoś sprzyjający temu, by się udało. To budowało, dodawało siły do kolejnego działania, pokazywało, że jednak warto. I tak przeczołgałem się do dziś. Dotknęliśmy rzeczy niezwykle istotnej. Artysta to skazany za wrażliwość na dożywocie osobnik, który lepiej lub gorzej, zazwyczaj jednak gorzej, radzi sobie z życiem w tym życiu. Jak Ty sobie z tym radzisz?

Trzeba być dyplomatą, to jest główna cecha, która powinna towarzyszyć każdemu artyście. Ja miałem to szczęście, że byłem w iluś środowiskach, w iluś krajach, i często poznawałem w grupach decyzyjnych kogoś, kto lubił i kupował to, co robię. Stanowiło to dla mnie carte blanche i było przepustką do innych uczestników tej grupy. I tak w Ameryce miałem na przykład szczęście do właściciela Sotheby, pana Alfreda Taubmana.

Współpracowałem też z Peterem Marino, uznanym w Nowym Jorku designerem i architektem światowej sławy. Jedną z rzeźb sprzedałem panu Gustavowi Cisnerosowi, który ma potężną kolekcję sztuki. Istnieje zresztą fundacja sztuki Cisneros w Toledo. Mógłbym wymienić nazwiska szalenie ważne, dobrze znane na świecie. Nazwiska kolekcjonerów, takich jak Basil i Elise Goulandris. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce tylko nieliczne grono kilku osób może znać Ornano, Ferré czy innych. No chyba że pana Valentina Garavaniego, dla którego również tworzyłem na zamówienie. Miałem szczęście pracować dla wielu ważnych osób. To było gwarancją dla mnie i dla innych, że to, co robię, jest coś warte. Skoro zajmował się mną Jan Krugier, wielki marszand Picassa i Giacomettiego, to znaczyło, że reprezentuję jakąś wartość. Miałem szczęście do ludzi, ale wysiłek był potężny. Musiałem się dostosować do reguł gry i walczyć o siebie. Niestety, jestem sam. Nie miałem na zachodzie nikogo, kto by mnie wspierał w fizyczny sposób. Wspierano mnie tylko dobrym słowem czy przez gest zamówienia i kupienia czegoś ode mnie. Ale cały wysiłek organizacyjny, fizyczny, marketingowy, to była nasza, domowa działka, nasze działania. Wspierała mnie żona i moi najbliżsi. Poznałem wielu kolekcjonerów, spotykałem się z nimi osobiście, miałem szansę podziwiania ich kolekcji, ale nikt na świecie nie dał mi nigdy ani dolara, ani euro. Dostawałem tylko dobre słowo i wielkie zaufanie, którym mnie darzono. To jest oczywiście największa wartość, ale jednak pieniądze ułatwiłyby mi funkcjonowanie. Znam drogi i kariery wielu słynnych rzeźbiarzy, którzy nie zrealizowaliby niczego, gdyby nie pomoc finansowa. Ale jedni mieli szczęście, bo mieli sponsorów, a inni dostali dobre słowo… I talent – na szczęście. Małe jest piękne. Mam na myśli medale i plakietki. Tak jak i w większych obiektach nie ma w Twoich realizacjach miniaturek przypadkowości – proponujesz oryginalne rozwiązania zadanych tematów. Jak przypuszczam, znaczna część tych prac to zamówienia, ale i tu bronisz się znakomicie pomysłowością i formą, przedstawiającą konkret. Najbardziej podobają mi się te medale, które choć wykonane w metalu, stwarzają iluzję niemal zmysłowej lekkości i miękkości delikatnych tkanin. To coś niesamowitego! Inne miniaturki to korki do znanych perfum. Jakiego trzeba wyczucia i przeczucia, by oddać zapach i wczuć się w kobiecą mentalność tak, by panie chciały nabywać perfumy dla samego tylko… korka Twojego autorstwa! Od monumentu do miniaturki. Czy te przeskoki nastręczają Ci trudności? A może ten „płodozmian” korzystnie na Ciebie wpływa?

Mam wielką łatwość wymyślania różnych tematów. Są to na przykład Czterej Jeźdźcy Apokalipsy czy okazjonalne medale dla Muzeum w Mińsku Mazowieckim zatytułowane Bitwa Warszawska. Nie mam problemów ze zmianą skali. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę to, że rzeźba ma czemuś służyć. Jeżeli ktoś życzy sobie i określa skalę, to znaczy, że musisz się

POST SCRIPTUM

23


w tej skali, ze wszystkimi twoimi koncepcjami, zmieścić. Interesująca musi być zarówno malutka, jak i duża rzecz. Niemniej, u mnie zawsze jest to rzeźba. I być może tylko dlatego, że tak do tego podchodzę, to rzeczy, które stworzyłem w przypadku flakonów czy korków były na tyle intrygujące, że uzyskałem na Zachodzie miano designera, o którym się wykłada – ku mojemu zdumieniu – nawet w Nowym Jorku. Nie podczepiałem się pod wartości uznawane przez określone grupy społeczne. Chciałem być zawsze sam i ponosić za to konsekwencje. Wykonałem potężny wysiłek, żeby zachować wszystko to, co chciałem. Jesteś tak wszechstronny, że w jednej rozmowie nie sposób wszystkiego ogarnąć, ale nie mogę pominąć tak prozaicznie brzmiących rzeczy jak: stoły, stoliki, krzesła. To niezwykłej urody obiekty – wykonane najczęściej z brązu i kryształu, czysta poezja artyzmu na najwyższym poziomie.

One wynikają z mojej prostej niewiedzy. W szkole podstawowej byłem małym orlątkiem, a studia skończyłem jako orzeł, który musiał się wszystkiego nauczyć. Okazało się, że połowa rzeczy na studiach nie miała sensu, żadnego znaczenia. Gdy rodzina Ornano obdarzyła mnie wielkim zaufaniem i zaproponowała, żebym zaprojektował korek do perfum, byłem niemalże zdumiony: jak to ja, taki rzeźbiarz, mam się zajmować jakimiś korkami? A dzisiaj jestem znany w kilkudziesięciu krajach dzięki designerskiej twórczości, związanej z firmą Sisley. Sama firma też zyskała szalenie na inności, ponieważ z reguły to się wszystko opiera na powielaniu form, a tutaj pojawiło się coś innego i niestandardowego. Potem – ponieważ ludzie widzą, że łatwo mi przychodzi wymyślanie i realizowanie pomysłów – zaproponowano mi zrobienie konkretnego mebla. Meble robię do dzisiaj tylko na zamówienie, ale robię wszystko tak, by mogły pojawić się na wystawie, a nie tylko były schowane w domu. Muszą pełnić funkcję publiczną i sprawdzić się w każdej sytuacji, muszą być dziełem sztuki, a dzieło sztuki w każdej sytuacji się obroni. Wiem, że muszę podejść do tematu tradycyjnie, jak w swoich rzeźbach. Nie kopiuję nikogo, ale i mnie nikt nie skopiuje. Połączyłem lany kryształ z brązem, co się okazało hitem. I część moich słynnych klientów kupiło moje unikatowe prace, a one obroniły się na świecie jako coś niestandardowego, coś, czego nie można znaleźć u kogoś innego. Ale jest też duża wada takiego zamówienia. Gdy dzisiejszy designer tworzy produkt, cały dowcip polega na tym, żeby móc go sprzedać w milionach egzemplarzy. A ja wykonuję tylko jeden, jedyny egzemplarz. Jeżeli śpiewasz i wydajesz płyty, możesz wydać ich miliony i dzięki temu mogą cię poznać miliony. Ale jeżeli zrobisz stół, żyrandol, lampę, fotel czy cokolwiek, co jest unikatowe, widzi to tylko jeden klient i jego rodzina. Nie zrobię na tym nazwiska, (zresztą mi na tym specjalnie nie zależy), ponieważ jest to adresowane do bardzo wąskiej grupy odbiorców, którzy potrafią to docenić i wolą oryginalność od unifikacji, powielania. W Polsce panuje tragiczna moda na minimalizm. Nie dość, że jesteśmy biedni, pozbawieni wielu elementów kulturowych w przestrzeni publicznej, to nowe domy muszą być czarno-szaro-białe.

24

POST SCRIPTUM

Tak samo wnętrza. Jak weźmiesz do ręki gazety z projektami wnętrz, zauważysz, że to pełna unifikacja. Może, ewentualnie, pojawiają się jakieś bibeloty, ale nie ma tam porządnej rzeźby, porządnej sztuki projektowanej. Więc jak ja mam się przebić czymś oryginalnym, z najwyższej półki? Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju – historia Twojego artystycznego życia wydaje się potwierdzać tę ponadczasową mądrość. To wprawdzie nic nowego, ale smutno, że Ty – Europejczyk, obywatel świata, którego dzieła są ozdobą najbardziej prestiżowych muzeów i prywatnych kolekcji, wśród swoich jesteś niemal anonimową postacią. Czy potwierdzasz moją gorzką konstatację?

No niestety… Tak, wystawiam w muzeach, ale niezbyt wielu. Pojawiam się w bardzo ważnych kolekcjach. Moje prace mają często drugie życie, bo ktoś je odsprzedaje. Ma prawo. Tak, że dzieła są w ciągłym ruchu, zmieniają miejsca. Nie mam złudzeń, że będę popularny w Polsce z tego prostego powodu, że nie chcę łapać wszystkich srok za ogon. Mając minimalne środki i małe możliwości, musiałem zdecydować w pewnym momencie, o co się bić. Dawniej w Polsce nie byłem w stanie przebić się, a nie należałem do organizacji, które to ułatwiały. Gdy czasy się zmieniły, było już za późno, bo nie mieszkałem w centrum, a dla człowieka działającego w mojej branży wiele więcej możliwości stwarza Warszawa niż Bielsko-Biała. W związku z tym, gdy zaczęły się otwierać okienka na Zachodzie, poszedłem walczyć o Zachód, o siebie. W Polsce miałem wiele wystaw indywidualnych, ale zbyt mało, żeby o mnie ktoś specjalnie pamiętał. Jakieś pięć lat temu postanowiłem, że będę tu, ale tylko w jednym miejscu, w Warszawie. Trudno mi latać po całej Polsce, choć uwielbiam Kraków, Wrocław, i te trzy miejsca mi w zupełności wystarczają. To nie spowoduje jakiegoś aplauzu czy wielkiego zainteresowania. Rynek sztuki, który jeszcze w Polsce nie istnieje, został opanowany przez ludzi, którzy absolutnie nie akceptują nośnika kulturowego, jaki wytwarzam. Jestem dla nich obiektem archeologicznym, a to, co robię, to jakaś XIX-wieczna czy XX-wieczna zapaść, a nie sztuka współczesna. Dzisiaj są inne narzędzia w sztuce, decydujące o ważności danego artysty. Ja w tym nie biorę udziału, mimo że potrafię w każdej dyscyplinie coś zrobić. Potrafię namalować, narysować, zrobić plakietkę, płaskorzeźbę. Jestem w stanie podjąć każdy temat. Tylko uważam, że pewne tematy i pewne postawy artystyczne stwarzają możliwość wtórności. Natomiast to, co robię, nie pozwala mi na wtórność, mogę być zawsze oryginalny. Jeżeli kiedyś będę tworzył fotografie czy instalacje, będą ciekawe. Kiedyś już to robiłem, więc wiem o czym mówię, ale wtedy nazywało się to inaczej. Dzisiaj słowotwórstwo jest ważne. Dzisiaj są to instalacje, a dawniej nazywano je happeningami. Kto dzisiaj używa słowa „happening”? Nikt! Kiedyś się mówiło projektowanie – dzisiaj, jeśli nie powiesz, że to jest design – to znaczy, że nie jest. Słowotwórstwo, a nie artysta, ma kreować od razu wartość sztuki. Jeżeli robisz w Polsce fotografię, to znaczy, że jesteś artystą współczesnym, a jeżeli realizujesz rzeźby w brązie, to jesteś w głębokim średniowieczu. Takie jest myślenie w Polsce, natomiast na Zachodzie jest tak,


Z

Bronisław Krzysztof www.krzysztof.art.pl

ajmuje się realizacją rzeźb w przestrzeni publicznej oraz przeznaczonych do wnętrz. Dyplom Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie otrzymał w 1981 roku. Realizuje swoje prace w takich obszarach sztuki jak: rzeźba w różnych materiałach, malarstwo, medalierstwo, rysunek, biżuteria. Realizuje też unikalne meble oraz obiekty sztuki przeznaczone do wnętrz. Od ponad 25 lat współpracuje z firmą SISLEY, realizując dla niej obiekty sztuki. Projektuje dla niej również flakony i korki do perfum. Pierwszy udział w wystawie zbiorowej miał w Grand Palais w Paryżu, a pierwszą wystawę indywidualną w Galerii ZPAP w Bielsku-Białej. Pierwszym marszandem była Helen de Borchgrave, Londyn. Jego prace były eksponowane w ponad 150 wystawach zbiorowych w takich krajach jak: USA, Anglia, Japonia, Francja, Niemcy, Litwa, Włochy, Niderlandy, Szwajcaria, Słowacja, Węgry, Portugalia, Bułgaria. Jest autorem ponad 50 wystaw indywidualnych w Europie. Artysta współpracował z marszandami i designerami realizując prace dla m. in.: Petera Marino, Jeana-Marie Rossiego, Claude’a Bernarda, Alberta Pinta, Jana Krugiera. Realizował indywidualne zamówienia dla Susie Sainsbury, Hilary i Galena Westonów, Alfreda Taubmana, Davida Rothschilda, Alexis de Redé, Dodie Rosekrans, Rolanda de L’Espé, Valentina Garavaniego Jego prace znajdują się między innymi w zbiorach: Marchioness of Salisbury, Sir Tatton Sykes, Ann i Gordona Gettych, Gustava Ciesnerosa, Emilia Botína III, Huberta i Isabelle d’Ornano, Maryll Lanvin, Elise Goulandris, Francisa Ferrego, Stephen K. Schera, Józefa Grabskiego. Prace artysty znajdują się w miejscach publicznych i muzeach takich jak: British Museum w Londynie, Muzeum Sztuki Współczesnej Basil Elise Goulandris w Andros, Muzeum Monet i Medali w Kremnicy, Muzeum Miejskie we Wrocławiu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Miedzi w Legnicy, Muzeum Narodowe w Krakowie, Muzeum Miejskie w Bielsku-Białej, Muzeum POLIN w Warszawie. Wybrane realizacje w przestrzeni publicznej znajdują się również w Paryżu, Palermo, Kolonii, Warszawie, Wrocławiu, Bielsku-Białej, Edynburgu.

że artyści najbardziej uznani i znani dalej korzystają z drewna, kamienia, brązu, stali nierdzewnej i nikt nie mówi, że są z XIX wieku. Jeśli ktoś w Polsce tego nie rozumie, powinien popatrzyć na prace Jeffa Koonsa oraz innych wielkich artystów, nie tylko rzeźbiarzy, bo to nie są artyści jednokierunkowi, ale wszechstronni. Na koniec filozoficzne niemal pytanie: w którym miejscu teraz jesteś? Czy dalej próbujesz doganiać przewrotny i pędzący, nie wiedzieć dokąd, świat? Czy też świat chce doganiać Ciebie – człowieka wielkiego talentu, pracowitości, poszukiwań, konsekwencji, uporu i wierności sobie?

Dalej będę pracował. Nie będę się załamywał ani wpadał w depresję, jak często moi bardzo zdolni koledzy. Poznałem świat, wiem, jak to funkcjonuje i nie pozostaje mi nic innego, jak robić to, co robiłem – jak najlepiej. Wiadomo, że gdy dzisiaj patrzę na swoje prace sprzed trzydziestu lat, widzę, że to świadkowie tamtych czasów, ale ja jestem zawsze artystą współczesnym i muszę cały czas się rozwijać, robić współczesne rzeczy. Nie wpadłem w manierę, we wtórność, tylko się rozwijam. Dalej mam dużo pomysłów, które mogę realizować. Pomysły przychodzą i jestem w stanie kontynuować problemy artystyczne, a co najważniejsze, nie zostałem niewolnikiem układu i to ja decyduję o tym, co robię. To moje największe osiągnięcie.

że artysta przemawia dziełami, a w Twoich dziełach, prócz tego, o czym rozmawialiśmy, zawarte są też tajemnice, nie do odsłonięcia. I może również to stanowi o niezwykłości Twojej Sztuki?

Wydaje się, że w życiu zrobiłem dużo, ale to świadczy tylko o tym, że zrobiłem niezbyt wiele, bo można zawsze zrobić więcej. To nie jest takie pustosłowie. Różne sytuacje powodują, że można czas tak czy inaczej wykorzystać. Jestem uparty w swoich przemyśleniach i w celach realizacyjnych. Dlatego wracam często do tematów, uważam, że mogę coś zrobić lepiej. Na dany moment wydawało mi się, że coś jest bardzo dobre, ale po upływie paru lat stwierdzałem: mogę to zrobić lepiej – – zawsze mogę poprawić siebie. Rzeźby muszą wytrzymać i być aktualne choć przez parę lat. Powinny przetrwać dłużej, niż będę żył, i być ciągle aktualną siłą w czasach, w jakich przyjdzie im funkcjonować. Wbrew przeciwnościom robię to, co chcę. Moje rzeźby mogą funkcjonować w każdej przestrzeni. Część kolegów mówi, że mi zazdrości, część podziwia, ale znaczna część milczy… Indywidualizm to najwyższa cena, jaką się płaci, ale to nie koniec. Bronku, dziękuję pięknie i życzę pozytywnego sensu Twojej indywidualności, która jest przecież najważniejszą cechą [JW]

Może chciałbyś, na zakończenie spotkania dodać jeszcze coś, czym warto się podzielić z czytelnikami? Wiem dobrze,

POST SCRIPTUM

25


Co odebrała ci pandemia?

K

iedy idę ulicami prawie pustego miasta, myślę o tym, że zwrócę się z tym pytaniem do kilkorga znajomych artystów. Jakaś zamaskowana kobieta z dzieckiem, patrząc na mnie podejrzliwie, czmycha w boczną uliczkę, jakbym był trędowaty. Za to dziarski emeryt z maseczką opuszczoną pod wydatnym nosem idzie tuż za mną, dysząc mi w plecy. Przyspieszam kroku i emeryt zostaje w tyle, najwyraźniej niezadowolony. Dyszy jeszcze bardziej, a nawet zaczyna charczeć. Co za dziwne czasy! Ciekawe, co o pandemii powiedzą artyści. Docieram do domu, włączam komputer i zaczynam nagabywać znajomych. Kiedy wrócą czasy spotkań twarzą w twarz? Przytulania na powitanie i buziaków w policzek? Zapachu perfum koleżanek i wody kolońskiej kolegów? Jesteśmy zwierzętami stadnymi, takie zwyczajne interakcje są nam potrzebne. Dodają nam sił. Tej wymiany pozytywnych fluidów nie ma, gdy kontaktujemy się jedynie przez sieć. Znika gdzieś w elektronicznych synapsach Internetu. Patrzę w zadumie na pojawiające się ikonki znajomych artystów. Witamy się, a potem zadaję swoje pytanie: – Co odebrała Ci pandemia? – Mnie? – dziwi się malarka Maja Borowicz. – Absolutnie nic. Robię to samo, co robiłam

26

POST SCRIPTUM

wcześniej, nie widzę wokół siebie żadnych zmian. Co najwyżej więcej osób pieprzy głupoty o rzeczach, na których się nie zna, udając ekspertów. Nie zauważyłam żadnego wpływu pandemii na moje życie, ani pozytywnego, ani negatywnego. Chociaż nie… Paliwo było przez jakiś czas tańsze – śmieje się. „Teraz za to wszystko jest droższe. Musisz się przejść na zakupy.” – myślę, ale nie komentuję na głos, bo wiem, że Maja powiedziała to z przymrużeniem oka. – Przebywanie w domu to najlepszy czas na kreację – wyjaśnia Krzysztof Konopka, malarz. Jest skupiony, szuka odpowiednich słów. – Przestrzeń tworzy naszą świadomość, „uważność” jest podstawą tworzenia. Lepiej poświęcić się sztuce, niż tracić czas na osoby o niskim poziomie energii życiowej, które próbują wciągnąć nas w swój nierzeczywisty świat. Martwię się tylko tym, że „syndrom łagru” pozostanie w nas po pandemii. Przez długie lata. – Po wojennych doświadczeniach jestem gotowa każdego dnia, żeby odejść, a że jestem wierząca, to czekam na to ze spokojem – mówi pisarka i tłumaczka Joanna Stovrag. – Obawiam się tylko o dzieci i młodzież, bo przyszło im spędzać młodość – najlepszy okres w życiu – w odosobnieniu, bez kontaktu


Zdjęcia: Pixabay z rówieśnikami. – Pandemia odebrała mi bardzo dużo. Zawód aktora, reżysera, pieśniarza. Odebrała mi teatr, który kocham najbardziej. Sztuka sceniczna nagrana na video czy puszczona on-line nie jest teatrem ani filmem, ani nawet teatrem telewizji. Nie ma tu tej energii, jaką się otrzymuje od widza, interakcji z publicznością. Transmisje przez Internet to nie teatr. To jakiś żenujący substytut. Ale może to jest czas na przemyślenia, nabranie dystansu do życia? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – komentuje Żanna Gierasimowa, aktorka, pieśniarka, dyrektorka teatru. Uśmiecha się lekko, jakby wbrew temu, co ją boli.

Nie wszystko musi być politycznie poprawne. Gdzie jest miejsce dla szczerości, spontaniczności? Zostawię jej oryginalną wypowiedź, bo była naturalna i autentyczna. Wyłączam komputer i patrzę w okno. Dwóch mężczyzn rozmawia ze sobą, gwałtownie gestykulując. Mają maseczki, jak nakazuje przepis, ale na brodach, jak nakazuje wygoda. Myślę o moich przyjaciołach artystach. Zazdroszczę Mai i Krzysztofowi ich spokoju, Joannie – wiary. Mam nadzieję, że już wkrótce świat wróci na zwyczajne tory i znowu zaczniemy się spotykać realnie, a nie wirtualnie. A ludzie wrócą do galerii, kin, teatrów i czytelni. Oby jak najszybciej. [JP]

– Avant Art Festival w Warszawie i wystawę we Wrocławiu. – Fotografka Monika Cichoszewska wymienia bez chwili zastanowienia, jednym tchem. – I odwołali nam lot do Portugalii na plener z modelkami. – Możliwość swobodnego podróżowania – mówi pisarz Alek Rogoziński. – To był zawsze ważny, inspirujący element mojej pracy. Nie mówiąc już o tym, że wyrwanie się na kilka dni pomagało mi zachować higienę psychiczną, przewietrzało umysł. – Ale nie napiszesz tego, co powiedziałam? – upewnia się Maja Borowicz. – Gadałam bez zastanowienia. Muszę pomyśleć, żeby to było mądre i politycznie poprawne. Zapewniam ją, że nie przytoczę jej „surowej” wypowiedzi. A potem myślę, że czemu nie? POST SCRIPTUM

27


28 28

POST SCRIPTUM


Józef Baran AUTOPORTRET Z OPUNCJĄ W TLE ocalałem choć tylu silniejszych zabiła ta potworna wrażliwość z latami wyrosła mi gruba skóra wypuściłem chitynowe pazury przetrwałem biedę borzęcką grypę azjatycką parę nerwic wylizałem się z niejednej rany z raka z wypadku ulicznego z zapicia się na amen ocalałem i doniosłem siebie do hotelowego lustra w tym słabo odpornym naczyniu światłoczułym które wypełnia się co świt kosmosem w tej kruchej łupince ulepionej ze sprzeczności narażonej na pęknięcia wstrząsy na wieczne rozsypanie się ocalałem ja homo sapiens poeticus wymierający gatunek w epoce elektronicznej mam automatyczne skrzydła zatrzaskiwane błyskawicznie w razie potrzeby w pokrowcu o barwach ochronnych epoki z latami nauczyłem się skutecznie bronić przed samym sobą strzec do siebie przystępu jak kolczasty i kłujący z wierzchu opuncji owoc ocalałem to prawie cud po wielu latach stoję w hotelowym lustrze żywy i cały dziwiąc się sobie foto: Renata Cygan

bo przecież tyle razy wydawało mi się że nie udźwignę w tej kruchej łupince duszy zdanej na kaprysy oceanu nawet jednego dnia

POST SCRIPTUM

29


30 30

Na smyczy POST SCRIPTUM


Narcyz II A K R Y L - P I Ó R KO - K R E D K A - O ŁÓ W E K - A K R Y L - P I Ó R KO - K R E D K A - O ŁÓ W E K - A K R Y L - P I Ó R KO - K R E D K A - O ŁÓ W E K

PIOTR KAMIENIARZ POST SCRIPTUM

31 31


Jeźdźcy apokalipsy

Piotr Urodził się w 1964 roku, mieszka i pracuje w Salominie (woj. lubelskie). Nie ma wykształcenia plastycznego, mimo to rysowanie i malowanie jest jego pasją. Od 1994 roku bierze udział w wielu wystawach w Polsce i za granicą. Od 1996 roku na stałe współpracował z Galerie KK w niemieckim mieście Essen. W 2007 roku brał udział w wystawie zbiorowej, na której zobaczyć można było m.in. prace słynnego pisarza i rysownika, Rolanda Topora oraz Gottfrieda Helnweina, którego twórczością pasjonuje się Marylin Manson. Od kilku lat prezentuje swoje prace głównie w Polsce, na wystawach w galeriach oraz na aukcjach sztuki.

32

POST SCRIPTUM


Niech nie zmyli Was kaczuszka, lalkarz, arlekin, koń na biegunach, sprzedawczyni jabłek, królowie czy kochankowie złączeni plecami „na dobre i na złe”. Baśniowy i balladowy nastrój prac Piotra Kamieniarza jest jedynie piękną maską (tak częstym motywem twórczości artysty) za którą skrywają się: okrucieństwo, ból, przerażenie i nasze wstydliwe przywary. Te poetyckie rysunki, w niepowtarzalny sposób łączą w sobie dziecięcą niewinność i mroczną seksualność. Nie unikają poruszania częstokroć drażliwych tematów tabu, jak i czułości. Całość podszyta elementami groteski pozbawia je ciężkostrawnego patosu, dojmującego dramatyzmu, czyniąc z Piotra artystę świadomego swojej sztuki, ale także niezwykle wrażliwego obserwatora drugiego człowieka i życia. Kasia Tchórz Tekst pochodzi z „sZAFy”

Wystawy: 1994 - Wystawa indywidualna Volkshohschule w Essen; 1995 - Wystawa indywidualna Westdeutsche Allgemeine Zeitung Galerie Katholishes; 1996 - początek stałej współpracy z Galerie KK Esten; 1997 - Wystawa indywidualna w Miejskim Domu Kultury w Stalowej Woli; 1998 - Indywidualna wystawa w Galerie KK Essen; 1998 - Wystawa zbiorowa “Arbeiten auf Papier” w Galerie KK Essen; 2000 - Wystawa zbiorowa “Auf den Hund gekommen” w Galerie KK, Essen; 2000 - Wystawa indywidualna w Galerie Streitenfeld, Oberursel; 2001 - Wystawa indywidualna “Menschen, Engel, Vögel” w Galerie Gallus Zentrum, Frankfurt am Main 2001 - Wystawa zbiorowa “Markwurdige Bilder” w Galerie KK, Essen; 2002 - Wystawa indywidualna “Piotr Kamieniarz - Neue Arbeiten” w Galerie KK, Essen; 2003 - Wystawa indywidualna w Galerii Bohema, Kazimierz Dolny; 2004 - Wystawa indywidualna w Galerii Szarej, Kraśnik; 2006 - Reprezentacja Galerii KK Essen w Międzynarodowych Targach Sztuki, Köln; 2007 - Wystawa zbiorowa “Spitzentreffen” (Rolad Topor, Rudi Hurzmeier, Gottfried Helnwein) Galerie Fahre Bad Saulgau; 2008 - Wystawa zbiorowa “Ansichten von ich” w Galerie KK, Essen; 2008 - Nominacja do nagrody w prestiżowym Międzynarodowym Konkursie Rysunku Satyrycznego “Satyrykon” Legnica, udział w wystawach Satyrykon 2008; 2009 - Udział w wystawach Satyrykon 2009; 2009 - Wystawa indywidualna w Gminnym Ośrodku Kultury w Trzydniku Dużym. Stała ekspozycja w Erotik Art Museum, Duisburg (Niemcy). 2010 - wspołpraca z Galeria Leonardo w Kazimierzu Dolnym 2011 - udział w wystawie poplenerowej w Galerii Szur w Krasnobrodzie 2015. Indywidualna wystawa Galeria KK Essen -Maskenspiele Panopktikum des Piotr Kamieniarz 2015 - Wspołpraca z Galeria Art ZPAP Lublin 2016 - Zbiorowa wystawa w galerii Altes Kloster -Bad Saulgau (Niemcy) 2016 Reprezentowanie Galeri KK na Międzynarodowych Targach Sztuki w Karlsruhe 2016 - Nominacja do nagrody - Satyrykon 2016 Legnica

POST SCRIPTUM

33


Hamlet

Ewa

„ Artysta – tuszem, ołówkiem i kredką – stwarza groteskowe światy zamieszkałe przez wzbudzające grozę arlekiny i lalki z pustymi oczodołami” Taunus Zeitung (2000)

Obrazy rodzą się same Renata Cygan Od jak dawna Pan maluje i jak to się zaczęło? Tak naprawdę zacząłem rysować w latach 90. Jeszcze jako uczeń LO nie miałem pojęcia o sztuce. Na zaliczenie z plastyki malował dla mnie mój kolega. Jakoś intuicyjnie jednak czułem, że sztuka to ogromnie ważna rzecz. Pamiętam, jak na kronice filmowej zobaczyłem obrazy Dalego i Beksińskiego. To było jak uderzenie młotkiem w głowę! Pierwsze moje rysunki to ołówek. Potem poczułem, że stanąłem pod ścianą i że muszę sięgnąć po coś innego. Od tego czasu zaczęła się moja przygoda z piórkiem. Podkreśla Pan często, że jest Pan samoukiem, że nie odebrał Pan formalnego plastycznego wykształcenia.

34

POST SCRIPTUM

Na ten temat krążą różne opinie, wśród nich taka, że wykształcenie jest ważne, ale też może stanąć na drodze do indywidualności. Jakie jest Pana zdanie w tej sprawie? Narażę się tu trochę nauczycielom i profesorom – sam jestem nauczycielem (śmiech). Jak Pani powiedziała, jestem samoukiem. Na początku mojej drogi byłem przekonany, że nie nadaję się do szkoły artystycznej, bo nic nie umiem i nie mam zdolności w tym kierunku. Myślę, że szkoła może pomóc w walce z materią, czyli w opanowaniu dobrej, bardziej różnorodnej wiedzy z zakresu techniki. Ale tak zwanej „iskry bożej” nie wskrzesi. Istnieje nawet spore niebezpieczeństwo, że autorytet profesora


Don Kichote

Uskrzydlony

„Z umiłowaniem szczegółu wskazuje Kamieniarz w swych doskonałych technicznie rysunkach bolączki współczesnego świata. W swej twórczości jawi się jako poszukujący filozof.” Westdeutsche Allgemeine Zeitung (2000)

może stanąć na drodze do indywidualnego rozwoju. Bo zawsze pojawia się relacja wielkiego z mniejszym, doświadczonego z niedoświadczonym, władzy i uległości. Nawet studiując germanistykę, spotkałem się z autorytarną postawą niektórych wykładowców. Bo przecież wykładowca ma zawsze rację (nawet jeśli się myli). A sztuka to przecież indywidualne spojrzenie na świat, na kolor, na kreskę. Tu nie może być ingerencji typu: tej kreski nie może tu być. Właśnie, że może, bo to jest moje spojrzenie i moje widzenie świata. Sumując, szkoła na pewno jest w stanie wykreować dobrego rzemieślnika, ale czy artystę? Nie sądzę. Ale nie jestem żadnym autorytetem w tej dziedzinie. To tylko takie moje własne przemyślenia i obserwacje. Nawet jeśli się ma talent, to bez pracy i tak z tego nic nie będzie. A pracując bez pomocy nauczyciela, na pewno jest wolniej, mozolniej, ale i jest większa satysfakcja, że osiągnęło się coś samemu. Dla mnie jest to ważne.

Ja sama jestem samoukiem, więc znam to zagadnienie z „własnego podwórka”. Zgadzam się z Panem w tej kwestii, ale u mnie czasami pojawia się frustracja, że trzeba wyważać otwarte drzwi, mozolić się w pojedynkę nad rzeczami, które dla innych mogą być oczywiste. Ale to prawda – satysfakcja tym większa. Jak nazwałby Pan swój styl malarski? Surrealizm? Realizm magiczny? Nie wiem… Surrealizm to moja pierwsza fascynacja sztuką. Realizm magiczny? Nie wiem... Realistycznie nie rysuję. Pokazuję świat realny, przefiltrowany jednak, widziany moimi oczami. Ale magii tam chyba nie ma? Moim zdaniem jest tam dużo magii… Tylko ja jej nie widzę 🙂 To realistyczny, ale zamaskowany, zniekształcony świat, przedstawiony

POST SCRIPTUM

35


Gorzka miłość to u mnie odbywa się to chyba na zasadzie, (jak kiedyś śpiewał Lubomski): Mam ręce w kieszeni, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się. Obrazy rodzą się same. Po prostu tak mam — — nie wiem skąd. Nie potrzebuję żadnych dopalaczy czy stymulatorów. To jest we mnie. Pewne rzeczy się ma albo nie. Tak samo jest ze specyficznym patrzeniem na świat. Pana obrazy mają niesamowite, oryginalne tytuły. Czy tytuł rodzi się przed czy po powstaniu obrazu? Czy dzieło jest starannie zaplanowane i przemyślane przed chwyceniem za ołówek, czy daje się Pan ponieść emocjom i to ręka Pana prowadzi? Najczęściej wiem, co mam rysować. Jeśli nie wiem, to siadam, biorę kartkę papieru i już po pierwszych kreskach zaczynam wiedzieć, co z tego będzie. Na początku może być jeszcze forma niewiadoma, natomiast treść jest jak najbardziej jasna. Oczywiście czasami coś do tego dochodzi, co rozwija rysunek. To samo z tytułem. Tytuł też mam w głowie, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, ale, jak Pani zauważyła, moje rysunki stwarzają pole do interpretacji, to i tytuł może się zmieniać, żeby dobrze korespondował z obrazem. Nie wiem, czy dobrze jest nadawać tytuły, bo to jest sugerowanie interpretacji dla odbiorcy. U Beksińskiego trochę jednak brakowało mi tytułów, jako podszeptów do interpretacji. Ale może trzeba się trochę wysilić i bardziej zdać na własne myślenie? Nie wiem, co lepsze. Chyba wybrałem drogę pośrednią, starając się nadawać tytuły nie do końca oczywiste. Ale może mi się tak tylko wydaje?

„ W świecie rysunków Piotra Kamieniarza wszystko kręci się wokół seksualności i śmierci. Ten polski artysta obchodzi się z tematem tabu w sposób bezceremonialny.” Westdeutsche Allgemeine Zeitung (1998)

nieco przewrotnie, trochę z humorem. Humor czy groteskowe postacie są po to, żeby rozładować ciężkość tematu. Myślę, że poczucie humoru to podstawa ludzkiej egzystencji. Nie pozytywne patrzenie na świat, lecz patrzenie właśnie z poczuciem humoru. Pomijając Pana doskonałość warsztatową (która jest oczywista) tworzy Pan w swojej sztuce wspaniały, intrygujący świat. Każdy z obrazów jest odrębną historią, zostawiającą jednak szeroko otwarte drzwi do interpretacji. Skąd się biorą te historie? Dobre pytanie. Co do doskonałości warsztatu to bym mocno polemizował. Jeśli zaś chodzi o historie,

36

POST SCRIPTUM

No właśnie, porównywano Pana prace do malarstwa Dudy-Gracza, Stasysa Eidrigeviciusa, Topora czy Beksińskiego. Kto jest Pana mistrzem? Co lub kto Pana inspiruje? To nawet chyba jest komplement, jeśli jest się porównywanym do Mistrzów. Myślę, że jakakolwiek twórczość zazwyczaj ma swoje korzenie w fascynacjach, może nawet w sumie fascynacji. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto pisze książki, nie przeczytał w życiu żadnej książki. Wydaje mi się, że na początku drogi szukamy jakiegoś ideału, mistrza, czasem jest ich kilku. Potem w trakcie tej podróży dochodzi się do czegoś własnego, czego byśmy nie osiągnęli bez tych fascynacji. Nie można ruszać w podróż, zaczynając od środka albo od kresu podróży. Mój galerysta w Niemczech, który przyjaźnił się z R. Toporem, stwierdził, że jesteśmy mentalnie podobni, mamy podobne poczucie humoru, ale kreska jest zupełnie inna. Beksiński to fantastyczna kreska w rysunkach, Duda Gracz – fantastyczne plamy. Mówię to


oczywiście przez mój punkt widzenia. Do tego dochodzi jakiś indywidualny, wolny sposób patrzenia na świat. Na marginesie powiem (nawiązując trochę do wcześniejszego pytania), że takie fascynacje wpływają lepiej na twórczość niż sugestie profesorów na Akademii. Dowodem na to może być E Schiele, którego wyrzucono z akademii, a był niesamowitym malarzem. Nie wiem, czy mam jednego Mistrza. Fascynują mnie różni ludzie sztuki, ale nigdy pod kątem techniki, bardziej ich twórczości w ogóle i jak ona na mnie działa. Jest Pan niezwykle skromnym, pełnym pokory człowiekiem, choć odniósł Pan już wiele artystycznych sukcesów, miał Pan sporo wystaw w Polsce i za granicą, sprzedaje Pan swoje obrazy na całym świecie. Która wystawa była najważniejsza? Nie lubię zarozumiałych ludzi i sam nim nie jestem. Nie mam takiej potrzeby. Ponadto ktoś mądry powiedział, że zarozumiali ludzie najczęściej nie mają powodu do tego, żeby nimi być. Pokora jest, moim zdaniem, ważna. Nie jesteśmy pępkami świata i nie jesteśmy the best of the best. Im dłużej człowiek czegoś się uczy, tym bardziej zdaje sobie sprawę, jak dużo ma do nauczenia. Ta świadomość, że się mało wie i mało umie, popycha do tego, żeby starać się jeszcze bardziej i pracować jeszcze ciężej. To prawda, miałem kilka wystaw. Wystawy, ich ilość, nie jest jednak wyznacznikiem wielkości i talentu, czy nawet włożonej pracy artysty. Można nie mieć żadnej i być świetnym artystą. Myślę, że to kwestia potrzeby zaistnienia w świecie artystycznym. W obecnych czasach można dzielić się swoją sztuką, nie ruszając się z domu. Świat idzie do przodu, większość życia płynie w sieci, ale żywe wystawy są jednak czymś, co podnosi ważność artysty w oczach (zwłaszcza) kupującego. Podobnie wykształcenie, miejsce wykształcenia czy nazwisko profesora. Czasami mam wrażenie, że dla niektórych sztuka to tylko lokata kapitału albo chęć posiadania oryginalnego przedmiotu w domu. Często wcale to nie wynika z miłości do sztuki. Jest to towar luksusowy, więc ludzi mniej zamożnych po prostu na nią nie stać, mimo że ją naprawdę kochają. Cóż, jak to Niemcy mówią: „życie jest twarde, ale za to niesprawiedliwe” Moja pierwsza zbiorowa wystawa miała miejsce w galerii KK w Essen. To było wyborowe towarzystwo, śmietanką tej galerii byli: R. Topor, G. Helnwein, V. Stelzmann. J. Grutzke i inni. A ja – tak prosto z ulicy. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. Nie myślałem nigdy, że znajdę się w tak doborowym towarzystwie. W galeriach w Polsce rzadko się to zdarza. Pierwsze pytanie, jakie mi zadano w galerii w Krakowie, to „Czy studiował pan na ASP?” Jeśli odpowiedź brzmiała „nie”, to nie było nawet oglądania

Salome III

obrazów. Podobnie w Warszawie. Ludzie w galeriach nie zadają sobie nawet trudu, by poznać twórcę. Nie mają w sobie ciekawości, żeby zobaczyć, co kryje się w teczce człowieka, który chce im coś pokazać. Nawet dla zabicia nudy. Ale czasem (rzadko, bo rzadko) zdarzają się galerie otwarte na artystów z tzw. ulicy. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że Pana prace budzą lęk. Na pewno są niepokojące, złowieszcze, nawet czasem upiorne, ale dzięki temu przemawiają wprost do uczuć, bo jednocześnie są bardzo wyraziste, poruszające i zapadają w pamięć. Jednym słowem – – nie można przejść obok Pana twórczości obojętnie. To chyba największy komplement dla artysty? Tak, to niesamowity komplement. Nie bardzo jednak rozumiem, czemu budzą grozę. Na pewno nie jest to dobrze, jeśli chce się takie obrazy sprzedawać. Ludzie bardziej lubią pozytywne, milutkie i ładniutkie rzeczy. To, o czym Pani powiedziała, tzn. o tej grozie w moich obrazach, to myślę, że jest to argument przemawiający

POST SCRIPTUM

3737


Wycieczka konna za tym, że nie jest to jednak realizm magiczny, który, przynajmniej mnie, kojarzy się z pogodnym, bajkowym nastrojem pozbawionym treści z tzw. pazurem lub bez treści w ogóle. Zdradzi nam Pan sekrety techniczne? Jak przebiega proces powstawania obrazu od strony czysto technicznej?

38

Ja podchodzę do rysowania i malowania intuicyjnie i prawie zawsze eksperymentuję. Jeśli w czerni i bieli czuję się jak ryba w wodzie, to w kolorach trochę jak dziecko we mgle. Zaletą tego jest, że wciąż jest dużo rzeczy do odkrycia. Zasadnicze środki to akryl, piórko i kredki akwarelowe lub nawet farba akwarelowa. Rysunek powstaje na moim ulubionym

POST SCRIPTUM

papierze – fabriano accademia 200 mg. Najpierw powstaje szkic, na to nanoszę farbę akrylową „biel antyczna”. Później przychodzi piórko, kredka, Ścieranie nożykiem powstałego obrazu, potem znów nanoszenie kolejnej warstwy. Słowem – zabawa jest przednia. Jak długo powstaje jeden rysunek? Kiedyś trwało to dłużej, teraz mam więcej wprawy. Technika, którą uprawiam, jest dość czasochłonna, precyzyjna. Ponadto nie można się spieszyć. Średnio to ok. trzy dni w zależności od tego, ile się dzieje na obrazie. Ostatnio pracuję w formacie 63×45 cm, który jest dla mnie idealny, bo nie czuję znużenia pracą, a można więcej narysować.


Zalotnicy

„Życiu i miłości towarzyszą nieodłącznie okrucieństwo, poniżenie i cierpienie. Mroczne rysunki artysty ukazują otchłanie ludzkiej egzystencji. Wiele spośród jego prac zawiera wyłącznie rysy przerażenia. Jednak od czasu do czasu przebłyskują z nich elementy komizmu, które ujmują całości nieco ciężaru i dramatyzmu” Frankfurter Rundschau (2001) Czy wierzy Pan w wenę?

Wena? A co to takiego?

Wróćmy do prezentowania prac w warunkach wirtualnych. Wiem, że przedstawia Pan swoje obrazy na Facebooku. Jaka jest Pana opinia na temat mediów społecznościowych? Internet daje niesamowite możliwości pokazywania swoich prac. Artysta nie potrzebuje, na dobrą sprawę, galerii, żeby być oglądanym. Kiedyś, dla ludzi mieszkających z dala od galerii, od większych miast, pozostawała przysłowiowa szuflada. Teraz, mieszkając na końcu świata, nawet w maleńkiej wiosce, można zaprezentować swoją

twórczość na całym świecie. Bez wychodzenia z domu. To jest niesamowite z różnych względów. Do galerii przychodzą nieliczni, najwięcej na wernisaż, ale wciąż mówimy tu o niewielkiej liczbie odwiedzających. W Internecie nasze prace widzi tysiące ludzi. I nawet nie chodzi tu o sprzedaż, ale o uczucie, że jest się oglądanym, że nasza sztuka dociera do szerokiej publiczności. To motywuje i jest dla każdego artysty bardzo ważne, bo nie tworzymy dla siebie. Nawet mieszkańcy mojej miejscowości dowiedzieli się właśnie z Internetu, że jestem artystą. Dziękuję za rozmowę. [RC]

POST SCRIPTUM

39


M A R E K W O ŁY Ń S K I UKOCHANA Urzekła go na pierwszej randce I chociaż była zimna wyzuta z wrażliwości bez choćby jednego miłosnego drżenia – od zawsze go zachwycała Miała bowiem w sobie ogromną moc a przed sobą – przepaść Mijały dni zmieniały się pory roku upływały lata – a on każdego dnia przychodził i powierzał jej swoje tajemnice Kiedy już był bardzo stary słaby i schorowany spotkał się z nią ostatni raz Wtedy po raz pierwszy się przytulił wypowiadając jedno jedyne zdanie – zawsze cię kochałem Chwilę później umarł A skała pękła i urodziła źródło

40

POST SCRIPTUM

ZMIERZCH

CHMURNOŚĆ

Jakbyś czuł że jest ciebie coraz mniej a twój świat cały czas się kurczy

Tyle deszczu z nieba ile kropli w słowach o nim

i kawałek po kawałku znika wszystko co kochałeś i nie ma już niczego do pokochania Jakbyś był samotnym drzewem które już się poddało i jesienią zrzuca ostatnie liście

a w myślach wciąż za mało słonecznych promieni by nimi niebo przeniknąć


JESIENNA RANDKA Z WIATREM Dziewczyna ma włosy rozwiane – z wiatrem rozmawia o miłości Wiatr skrzydłami podpiera deski skrzeczącego pomostu Ona wodę z jeziora podnosi do ust a później obmywa twarz On po jeziorze przebiega i fale w pięciolinie zamienia — na nich nuty układa z liści rozebranych drzew Jeszcze nocą chór ptaków o tym śpiewa Kwiaty płatki tulą do samego świtu

ZAMKNIĘCI W DŁONIACH Zakochani zamiast łez mają w oczach krople rosy – a w nich kolory ogrodów

KATHARSIS Zerwałem maskę z twarzy Wysypały się jak spod kory starego drzewa – ruchliwe kłamstewka kawałki spróchniałej hipokryzji a nawet resztki zmurszałego wstydu

Kosztują siebie jak soczysty owoc Zamykają się wtedy dłońmi i cząstka po cząstce obierają

I już po chwili usłyszałem krzątającą się z radosnym śpiewem po wysprzątanym domu duszę

Środek smakuje im zawsze najbardziej – no i smakują pestki bez których nie byłoby kolejnych pokoleń zakochanych

Zdjęcia: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

41


CZARNOBYLSKA Śledztwo: Stanisław m Lem o w kryminalnej d l i t odsłonie wa SWIETŁANA Rok 1986, 26 kwietnia, godzina 1.23. Miasto Prypeć na Białorusi sąsiadujące z ukraińskim Czarnobylem. Strażacy, w tym młody chłopak dopiero po ślubie, zostali wezwani do pożaru w elektrowni. Zrzucali radioaktywny grafit z dachu. Łopatami. Bez kombinezonów ochronnych. Białoruś. Biała Rosja. Wszyscy słyszeli o Ukrainie i Czarnobylu, nikt nie słyszał o Białorusi. Musimy jeszcze opowiedzieć o sobie. Tak Swietłana Aleksiejewicz zaczyna swój reportaż. Historia zaczyna się zwyczajnie. Młoda kobieta miała rano pojechać do rodziców na sadzenie kartofli. W nocy jej mąż (strażak) został wezwany do pożaru. Nic w tym niezwykłego. Nie pierwszy to raz. Ot wezwanie, jak każde inne. A jednak tym 42 42 POST SCRIPTUM

ALEKSIEJEWICZ

razem było inaczej. Zupełnie inaczej. Rano ogłoszono ewakuację, a jej mąż nie wrócił do domu. Szybko się okazało, że Wasilij został napromieniowany i trafił do szpitala razem ze swoimi kolegami. Pobiegła, ale tam milicja, nie wpuszczali. Znajoma lekarka powiedziała, że muszą pić dużo mleka, więc pojechała na wieś i kupiła mleko. Takie prosto od krowy. A potem znowu pod szpital i płakać, błagać, prosić. Jakaś pielęgniarka się zlitowała i wpuściła ją na oddział po kryjomu. Chłopcy byli w dobrej kondycji. Śmiali się, żartowali, puszczali oko do Wasi, że ładną ma żonę i taką troskliwą. Ulżyło jej, że nie jest tak źle, jak niektórzy mówili. Nosiła mu mleko, gotowała zupy. Ale stan Wasilija się pogarszał. Już nie mógł jeść ani pić. Strażacy zaczęli umierać. Pierwszy był Szaszenok. Po nim inni. Wasilij umierał w foliowej

klatce. Nikt tam nie chciał wchodzić, nawet pielęgniarki. Bały się. Ona wchodziła i zmieniała mu bandaże, które odchodziły razem ze skórą. Kiedy strażacy umarli, ze szpitala wyrzucono cały sprzęt. Skuto nawet tynki. Bo napromieniowane ciało jest zagrożeniem dla innych. Nadal promieniuje. Wtedy mówiło się i dziś się mówi, że zawinili ludzie. Jakieś dziwne eksperymenty w nocy robili i przez to bieda wyszła. To gadanie, a fakty? Cały świat stosuje podobne normy techniczne. Po każdym większym remoncie wymaga się ruchu próbnego na 110% wydajności nominalnej. Dotyczy to zarówno niewielkich kotłów gazowych, bloków elektrowni konwencjonalnych


Rysunek: Piotr Kamieniarz jak i reaktorów jądrowych. Tak też było w Czarnobylu. Wykonano remont układu chłodzenia bloku nr 4 i przepisy wymagały przeprowadzenia próby. Zrobiono ją w nocy, 26 kwietnia 1986 roku, kiedy zapotrzebowanie na moc jest najmniejsze (i można odłączyć blok od sieci). Z powodzeniem osiągnięto 110% mocy nominalnej, co odnotowano w dokumentach, i zaczęto zmniejszać intensywność reakcji poprzez zanurzanie prętów grafitowych w rdzeń reaktora. Do dziś nie wiadomo do końca dlaczego reakcja łańcuchowa zamiast się wyciszać, wzrosła. Po jakimś czasie reaktor nr 4 osiągnął moc 20 GW (z nominalnych 6 GW) i nadal się rozpędzał. Pręty grafitowe (służące reakcji jak hamulec w samochodzie) stopiły się, a temperatura rdzenia wciąż rosła. Wydano jedyną możliwą,

racjonalną dyspozycję: zwiększyć ilość wody chłodzącej. A jednak temperatura rdzenia była tak wysoka, że woda (H2O) rozszczepiła się na tlen i wodór, który następnie wybuchł. Tak to wyglądało w skrócie. Na Białorusi zostało napromieniowanych 485 wsi, 23% kraju zostało skażone. 8553 likwidatorów zmarło wskutek choroby popromiennej, w tym Wasilij, bohater opowieści. Czarnobylska modlitwa, to książka o niezwykłych ludziach. Nie papierowych i zmyślonych, tylko o prawdziwych bohaterach, którzy poświęcając własne życie zapobiegli ekologicznej katastrofie i uratowali wiele istnień ludzkich. Gdyby grafit dostał się do ziemi, do wód gruntowych… Lepiej o tym nie

myśleć. Nie zapomnijcie oddać hołdu prawdziwym bohaterom. Zwykłym chłopakom z: Ukrainy, Białorusi, Rosji. Wielu z nich wiedziało, co się z nimi stanie. Nie wszyscy byli nieświadomi. A mimo to szli z łopatami, żeby usuwać grafit. Dla swoich kobiet i dzieci. Dla nas i dla naszych dzieci. Nie ma większego męstwa. Nie karabin, ale łopata jest atrybutem bohatera. Czarnobylska modlitwa, to też książka o miłości. Tej prawdziwej, wielkiej. Takiej, co jest w mleku prosto od krowy i domowych zupach, choć on już nie mógł jeść. Ale Ludmiła musiała przecież coś robić. Jakoś pomóc. Robiła co mogła, co umiała. Gotowała zupy, a potem zmieniała bandaże i modliła się... Po prostu polecam. [ML]

POST SCRIPTUM

43


F O T O G R A F I A Tancerka: Marta Bart

44 44

POST SCRIPTUM

Piotr Leczkowski urodzony w Warszawie w 1971 r. Studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Przy wyborze drogi zawodowej zwyciężyła jednak jego pasja do projektowania graficznego i fotografii. Od ponad 20 lat zajmuje się grafiką (jako właściciel i dyrektor artystyczny agencji reklamowej Formacja.pl) oraz fotografią architektury i wnętrz. Od wielu lat zajmuje się również fotografią artystyczną. Jej bohaterami są tancerze, szczególnie tancerze klasyczni. Ma szczęście i wielki honor współpracować z najważniejszymi nazwiskami polskiej sceny tańca, w szczególności członkami Polskiego Baletu Narodowego. Prace Piotra Leczkowskiego zostały wielokrotnie nagrodzone i wyróżnione na międzynarodowych konkursach fotograficznych. Ostatni sukces to wygrana Sony World Photography Awards – Poland National Awards 2019r. – konkursu znanego w branży jako Oscary fotografii. Fotografie Piotra zyskują uznanie nie tylko wśród jury konkursów. Swoim pięknem pobudzają zmysły zarówno samych tancerzy, jak i osób niezwiązanych z tańcem. Jego prace trafiają do kolekcjonerów sztuki w Polsce i za granicą.


P I O T R LECZKOWSKI Tancerka: Dominika Krzymowska

45 POST SCRIPTUM

45


Tancerka: Yuka Ebihara

46 46

POST SCRIPTUM


PIOTR LECZKOWSKI FOTOGRAF tańca

Zacząłeś fotografować już w liceum, po czym porzuciłeś tę czynność na 15 lat. Jednym z powodów był fakt, że (jak powiedziałeś) aparat odgradza od życia, że koncentrując się na robieniu zdjęć, nie czuje się tego, w czym się uczestniczy. Dlaczego więc wróciłeś do fotografii? Wróciłem, bo myślę obrazami. Fotografia daje mi możliwość wypowiedzi i bardzo za nią tęskniłem. Prawdą jest, że nie odłożyłem aparatu zupełnie na tych 15 lat. Miałem krótkie powroty i odwroty, fotografowałem rodzinę, robiłem zdjęcia w podróży. Jednak już nie noszę aparatu zawsze ze sobą, jak kiedyś. Wróciłem do fotografii jako przyjemności samej w sobie. I to całkowicie zmienia postrzeganie. Znalazłeś swoją niszę w postaci fotografii ruchu i tańca. Jak długo poszukiwałeś swojego tematu? Czy pamiętasz, co Cię skłoniło do pójścia w tę stronę? Powrót do fotografii nastąpił trochę z potrzeby zawodowej – zacząłem fotografować architekturę. Długi czas czułem się zaspokojony jako fotograf, ale potem okazało się, że brakuje mi czegoś więcej. Tu przypadek sprawił, że zacząłem się więc umawiać na sesje “beauty”. Zdjęcia były nawet ok, ale miałem poczucie, że te fotografie nie do końca stroją ze mną. To nawet trudno ująć mi w słowa, ale nie miałem sto procent pewności, że robię to, czego pragnę. Nie był to oczywiście czas zmarnowany, miałem dużo radości i bardzo rozwinęły się moje umiejętności. Nauczyłem się pracy w studio fotograficznym, współpracy z modelami,

improwizacji na planie. W końcu, idąc dalej tą ścieżką, trafiłem na pierwszą tancerkę – Natalię. I po raz pierwszy w życiu poczułem, że jestem na swoim miejscu. No właśnie, z wykształcenia jesteś architektem, zajmowałeś się robieniem zdjęć urbanistycznych, to trochę odległe od fotografii tańca? Tak, obiekty architektoniczne są cierpliwe, nie zmieniają swojego położenia i, przede wszystkim, nie onieśmielają. Ale okazuje się, że mają też wiele wspólnego. Światło potrafi wydobyć z nich ich zalety. Zarówno budynek, jak i wyrzeźbione ciało pokazują swoje piękno odpowiednio oświetlone. Zasady kompozycji również są uniwersalne, więc ten przeskok nie jest tak odległy, jak może się wydawać. Dla mnie największa różnica to kontakt. Z budynkiem ciężko się zaprzyjaźnić. Wspomniałeś, że myślisz obrazami. Powiedziałeś też: „Fotografuje się okiem, a nie aparatem”. Co to oznacza? Tu przypomniał mi się świetny film Amator z Jerzym Stuhrem w roli głównej: główny bohater – fotograf – w kluczowych życiowych momentach widział je właśnie kadrami, które wyznaczał sobie dłońmi. W tym wypadku nie płynęła z tego pozytywna historia, ale coś w tym jest… Tak, fotografia jest bardzo głęboko zespolona ze mną, na co dzień „fotografuję okiem” – nie noszę przy sobie aparatu, a tego w komórce używam niezwykle rzadko, ale bardzo często łapię się na tym, że przymykam oko,

POST SCRIPTUM

47 47


Tancerka: Nathalie Sonnenschine

F

OTOGRAFIA TAŃCA to trochę praca snajperska – muszę wiedzieć, kiedy nacisnąć spust, by sfotografować dokładną, doskonałą .

pozę

48 48

POST SCRIPTUM


M

oja fotografia bierze się z podziwu dla niezwykłych możliwości ludzkiego ciała, dla harmonii.

Tancerka: Polina Rusetskaya

49 POST SCRIPTUM

49


B ardzo ważne jest każde , najdrobniejsze ustawienie ciała .

P rawidłowa pozycja stopy, dłoni , odpowiednie wykręcenie , kąt uniesionej nogi . 50 50

Tancerka: Lillet Lamour

POST SCRIPTUM


komponuję kadr w głowie. Niektórzy znajomi to zauważyli i jest to nawet powód do żartów. „Jak wyszłam?”– pyta mnie czasem ukochana. Niekiedy obcy ludzie zwracają uwagę, że jakoś dziwnie na nich patrzę. „Fotografowanie tańca jest wymagające i obnażające. Nie wystarczy być dobrym fotografem. Taniec, oprócz tego, że musi być pięknie sfotografowany, to przede wszystkim musi być poprawnie sfotografowany” – co to oznacza dla Ciebie jako fotografa? Gdy zacząłem fotografować tancerzy moim przekleństwem był brak głębszej wiedzy z zakresu baletu. Nie zdawałem więc sobie sprawy, jak bardzo ważne jest każde, najdrobniejsze ustawienie ciała. Prawidłowa pozycja stopy, dłoni, odpowiednie wykręcenie, kąt uniesionej nogi. Robiłem zdjęcie dla mnie idealne: piękna kompozycja, idealnie uchwycona poza, a mój model nie dość, że nie był zachwycony, to nie pozwalał na publikację, bo np. w skomplikowanej pozycji układ palców dłoni był absolutnie nie do przyjęcia. To może być frustrujące. Co ułożenie małego palca zmienia w postrzeganiu pięknej, skomplikowanej pozycji ciała w skoku szpagatowym?! Ale tak właśnie jest. W balecie liczy się właśnie najmniejszy detal. Dlatego każdy tancerz przez całe swoje zawodowe życie godzinami ćwiczy, powtarzając te pozycje. Tysiące, setki tysięcy powtórzeń, codziennie, by osiągnąć perfekcję. Dlatego na moich fotografiach pozy muszą być idealne. To dość rozległa wiedza, a nauczenie się jej to jak nauka obcego języka. Efektem ubocznym jest „zboczenie” w drugą stronę. Na sesji fitness czy sportowej często myślę, sprawdzając kadry, że hmm… stopa niedociągnięta, musimy poprawić to ujęcie! Opowiedz nam o projekcie „Sezon”. Teatr! Jako nastolatek chciałem zostać chemikiem i aktorem. Wiem, wiem, to są zupełnie różne drogi życiowe, ale w obu zawodach pociągała mnie „magia”. Nie odważyłem się zdawać do szkoły teatralnej, natomiast na drugim roku chemii zrozumiałem, że ten zawód nie ma w sobie nic teatralnie magicznego. Zrezygnowałem. Teatr to jest Magia! Fascynujące jest, jak z kilku drewnianych

Tancerze: Masha Zhuk i Patryk Walczak

listew, papieru i farby można wyczarować wspaniałe pałace. Teatr to maszyna. Jest taka fotografia, którą zrobiłem z tyłu sceny w kierunku widowni. Tam widać granicę, jaką wyznacza krawędź sceny. Widownia, eleganckie wnętrze, w którym widz ma czuć się ekskluzywnie, i wnętrze sceny – stal, aparatura, trochę jak dziewiętnastowieczne ilustracje maszynowni. Mam zaszczyt współpracować z wieloma najwybitniejszymi tancerzami Polskiego Baletu Narodowego, zapragnąłem, marzyłem o tym, by zobaczyć ich przy pracy. Jestem szczęśliwcem, bo udało mi się uzyskać zgodę na projekt dokumentujący sezon pracy baletu. Fotografowałem tancerzy na sali baletowej, tam, gdzie codziennie ćwiczą, w garderobach, podczas charakteryzacji. Fotografowałem podczas prób scenicznych, zarówno z widowni, jak i z kulis i to właśnie tam, za kulisami, znalazłem wymarzony

POST SCRIPTUM

51 51


plan dla moich zdjęć. To miejsce, gdzie dzieje się drugi spektakl skąpany w niesamowitym teatralnym świetle. Świat, który w ten sposób odkryłem, był niezwykły: zawieszony pomiędzy realnym życiem a przedstawieniem scenicznym, wydawał się nawet bardziej baśniowy niż ten na scenie, a przecież to było prawdziwe życie! Zwieńczeniem projektu była wystawa „Kulisy” w Teatrze Wielkim. Odkryłam Cię na Facebooku. Wiem także, że regularnie prezentujesz swoje prace na Instagramie. Jak ważne są obecnie media społecznościowe w sztuce? Jeśli chcesz zaistnieć w tym rozpędzonym świecie, jeśli chcesz, by Twoja sztuka była rozpoznawalna, to media społecznościowe są nieodzowne. Szczególnie teraz, gdy zwyczajnie nie ma innych możliwości obcowania ze sztuką. Wygrałeś konkurs znany w branży jako Oscary fotografii. Mówię o Sony World Photography Awards. Opowiedz nam o zdjęciu, które zdobyło tę prestiżową nagrodę. Zdjęcie zostało zrobione w kulisach Teatru Wielkiego

52 52

POST SCRIPTUM

podczas próby generalnej przedstawienia Twój Chopin. Para tancerzy Bianca Teixeira i Dan Ozeri odpoczywała między wejściami na scenę. Przedstawienie baletowe to seria wyjść na scenę. Czasem tancerz jest tam tylko minutę, ale występ jest forsowny jak sprint (dodatkowo, scena w Teatrze Wielkim jest jedną z największych na świecie – jej rozmiar to 36,5 m x 28 m!). Podszedłem. Widok, który ujrzałem, był przenikliwie piękny. Nie zauważyli mnie (to chyba wymarzony moment dla fotografa), a ja stałem oniemiały. Zapomniałem zupełnie, że mam aparat, że jestem tu, by fotografować. To była jedna z tych chwil, kiedy zupełnie zapomniałem o świecie. Trwała może kilka sekund, dla mnie bardzo długo. Prawie nie pamiętam, jak udało mi się jednak podnieść aparat do oka, jak to się stało, że mnie nie zauważyli, ale dzięki temu udało mi się uchwycić ten niezwykły moment skupienia i ciszy pomiędzy rzeczywistością a sztuką, w jakiej moi bohaterowie mieli za chwilę wystąpić. Czy dalej wysyłasz swoje zdjęcia na konkursy? Tak, jeśli zrobię zdjęcie, które jest dla mnie zachwycające (a tu poprzeczka z każdym następnym udanym zdjęciem się podnosi). Konkursy to ważna część mojego


Tancerz: Gregor Giselbrecht

fotograficznego życia. Lubię ten dreszcz oczekiwania na wynik. Nagroda, bądź wyróżnienie, dodaje energii do dalszego działania. Trzeba mieć jednak nie tylko talent, ale również szczęście. Myślę, jak wielkie mam szczęście, że moja fotografia została zauważona. W tym roku na konkurs Sony nadesłano 330 tysięcy fotografii! Czy tancerze Ci pozują? Tak, moje fotografie są pozowane, co wcale nie jest łatwiejsze. To wymaga dużego skupienia zarówno od mojego modela, jak i ode mnie. Zwykle umawiamy się na 3-godzinną sesję. Może to wydawać się mało, ale przypominam, że podczas spektaklu tancerz, nawet solista, nie jest na scenie cały czas. Oczywiście, wyjścia na spektakl to w terminologii biegowej sprint, a sesja fotograficzna jest biegiem na długi dystans. Na sesję zwykle przygotowuję pomysły na ujęcia, tancerz również często ma swoje inspiracje i marzenia, co chciałby zrobić, ale są one punktem wyjścia, by tworzyć razem. To wspaniałe, że mogę pracować z tak wieloma wspaniałymi artystami, bo każdy ma inną osobowość i temperament.

Czy wolisz pracę w studio, czy podczas występu na żywo, w teatrze, gdzie emocje buzują, a reakcje są nieprzewidywalne? Chyba częściej pracuję w studio, ale te dwie drogi to awers i rewers jednego medalu. Zacząłem od zdjęć studyjnych, teatr doszedł później, ale jako konsekwencja mojej drogi i fascynacji. Teraz już nie potrafię rozstrzygnąć, co wolę – jak muszę wybierać, wybieram obie drogi. Twoje zdjęcia są nieskazitelnie czyste, pozbawione tła. Głównym motywem jest postać w ruchu, widać każdy napięty mięsień, draperie stroju i emocje na twarzy. Dzięki temu Twoje prace są rozpoznawalne. Jak długo pracowałeś nad wykreowaniem własnego stylu? Od początku pracy z tancerzami interesuje mnie człowiek, jego ciało i możliwości. To powód, dlaczego umieszczam swoich bohaterów w nieokreślonej, czystej przestrzeni. Mówię – popatrzcie, to jest czyste piękno. Ogromnie mnie cieszy, że udało mi się wypracować rozpoznawalny styl.

POST SCRIPTUM

5353


T

o była jedna z tych chwil, kiedy zupełnie zapomniałem o świecie.

Zwycięskie zdjęcie w konkursie Sony World Photography Awards: Poland National Awards 2019.

54

POST SCRIPTUM

Tancerze: Bianca Teixeira i Dan Ozeri


Fotografia kolorowa czy czarno-biała? Twierdzę, że moje fotografie same wybierają, czy będą kolorowe, czy czarno-białe. Gdyby jednak ktoś policzył moje zdjęcia, to te czarno-białe będą w większości. Czy jesteś jednym z tych artystów-szczęściarzy, którzy żyją ze swojej pasji? Nie jestem pewien, czy życie z pasji jest szczęściem? Pewnie przez moment tak, ale potem prawdopodobnie przestaje to być pasją, a może zostać kalkulacją. Wyobrażam sobie, że można wpaść w pułapkę produkowania tego, co lepiej się sprzedaje. Mam to szczęście, że mogę, ale nie muszę – zarabiam na fotografii, ale mając również inne źródło dochodów, nie muszę fotografować, gdy nie mam na to ochoty. To wydaje się być zdrowe dla mojego samopoczucia. Oczywiście bardzo chętnie przyjmę stan, w którym to „nie muszę” będzie wystarczające do utrzymania rodziny. „Fotografowanie to dla mnie święto” – rozwiń, proszę, tę myśl. To wiąże się z poprzednim pytaniem – skoro fotografuję, to znaczy, że mam na to wielką ochotę i pomysł na nową realizację. Czasami jestem tym spięty, czasami zestresowany, ale to dobre cechy, świadczące o odkrywaniu czegoś nowego, twórczego. Są sesje, które nie dają mi spać na wiele dni przed zdjęciami, ale jak wchodzę do studia, wszystkie obawy mijają. Działam na 100%. Jak powstała galeria „The Fence”? Skąd ten pomysł? Pomysł zrodził się sam – skoro zamknięte są galerie, skoro odwoływane lub przesuwane w czasie są kolejne wystawy, a ludzie narzekają na brak dostępu do sztuki, to można zrobić galerię w miejscu, które w normalnych warunkach nie byłoby brane pod uwagę. W moim wypadku mini galerią stało się ogrodzenie mojego domu.

Tancerz: EL Garouaz

i może spokojniejszy. W środku ciągle jestem tym samym Piotrem, pełnym nadziei, planów, wątpliwości. Jako sposób na życie wybrałem kontrolowany dryf – daję się porwać prądom i dzięki temu dopływam w miejsca nieoczekiwane. To dla mnie bardzo ekscytujące, a doświadczenie mówi mi, że mogę być spokojny. Żyjemy w rozpędzonym świecie, w którym króluje powierzchowność i rozproszenie, w którym brak namysłu i skupienia. Jakich rad udzieliłbyś młodym, zagubionym artystom, którzy poszukują swojej drogi? Bycie artystą to nie stan portfela i ilość lajków na Facebooku, to wewnętrzna satysfakcja z tego, co robisz. Trzymaj się tego. To nie zawsze przyniesie ci wymierne korzyści, zyskasz jednak spełnienie. Czym jest dla Ciebie sztuka? Sztuka jest pięknem dla naszych zmysłów. Pięknie dziękuję za rozmowę. [RC]

Kończysz w tym roku 50 lat. Jakieś refleksje? Wszystko, co najlepsze właśnie się wydarza. I tak od 50 lat… Niezależnie od wieku, w jakim jestem, lubię go, bo jest najlepszy. Kolejne lata sprawiają, że jestem dojrzalszy, pełniejszy od doświadczenia

POST SCRIPTUM

55 55


Białe Sny DARIA GALANT

ESEJ

O słowiańskiej wyobraźni literackiej rejonów Kurpiów Białych i moim domu.

D

om, w którym mieszkam, znajduje się w Puszczy Białej, etnograficznie przynależnej do Kurpiów Białych. Dworek wraz z folwarkiem „Olchowe łąki” to niezwykłe miejsce, ponieważ granice tej posiadłości ziemskiej wytyczone są przez przyrodę w jej znaczeniu najważniejszym kulturowo – czyli w „sacrum”. Dom usytuowany jest bowiem pomiędzy rzeką i lasem, czyli dwiema przestrzeniami mediacyjnymi. Według wierzeń Słowian, a potem transformacji tej wyobraźni na folklor ludowy i jego wyobraźnię literacką, to granice dzielące przestrzeń człowieka (fizyczno-duchową) od przestrzeni niewidzialnej (tajemnej i nieznanej). Rzeka jest symbolem czasu i zmienności. Granica (koniec lub początek czegoś) na rzece – według wierzeń kulturowych – to ochrona życia i bezpieczeństwo ziemskiego trwania. To spokój, wodopój, życie. Życie dlatego, bo nie grozi susza. Płynąca woda jest bowiem symbolem przetrwania i opieki przyrody. Stwarza granicę mediacji. Na jej brzegu staje się w ważnych chwilach życia: urodziny i chrzest – początek. Oraz śmierć i przeprawa na „tamtą stronę”– koniec a zarazem początek nowego życia, nowej drogi. W wodach obmywa się ciało po chorobie, woda zmywa złą pamięć. Woda koi, przywraca pamięć i zdrowie. Granicę mojego domu od strony północnej zamyka las. Ściana zielonej toni stanowi świątynię (bożnicę według Słowian), w której do Boga modlą się ptaki swoim

56

POST SCRIPTUM

śpiewem, drzewa wspierają ziemię i siebie wzajemnie układem skomplikowanych korzeni. Zwierzęta kryją się w tym zielonym domu, tworząc ekosystem z rozproszonymi przez słońce mchami, duktami, ścieżkami. Las to tajemnica. Duchowość przyrody i wiara w jej moc. To też ciemność i nocna przestrzeń. Odgłosy nieznanych mieszkańców, podróże drapieżników, które wyszły właśnie na żer. Ale las to też życie – jak woda gasi pragnienie, tak las oddaje człowiekowi to, co wytwarza – – pożywienie. „(…) W palący dzień słońca (…)”1 daje wytchnienie swoim cieniem. Pomiędzy rzeką a lasem falują łąki. Przecinają je arterie śródłąkowych strumyków, które to pojawiają się, to znikają. W zależności od pory wiosny, faz księżyca, intensywności słońca. Łąki konstytuują teren człowieka. Na nich stoi bowiem mój biały dom i owo miejsce krajobrazowo na postawienie domu było przynależne. To przestrzeń ludzi: do upraw, do spacerów, do zasiedlania, do zbierania siana. Latem wesołe, pełne kwiatów i kolorowe. Jesienią zadumane i mokre. Zimą uśpione, zaszyte gdzieś w głębi. Wczesną wiosną łąki ożywają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Śpiewy ptaków o świcie, wesołe 1 fragment wiersza Darii Galant „Niezwykłość” z tomu Syrena słowiańska, wyd. Poligraf, 2018


OLCHOWE ŁĄKI

(poemat)

Przesunęły się chmury nad lasem Pociemniałe gniewem wiatru Pocieszone śpiewem ptaków Na chwilę Idziesz w tej otchłani przyrody I będziesz szedł Dopóki twoje kroki stąpają po ziemi A potem napotkasz światło Chmur słońca i łuny księżyca Zalśni Zabłyśnie Otuli jak ciepło Uniesie cię z dala od olszyn i kwiatów Zginanych przez wiatr Od słów padających jak strzały Od myśli trujących jak rozum Uniesie cię Uniesie Na skrzydłach przygodnego ptaka Umieści cię w przestrzeni Bez gwiazd I echa bez głosów Daleko (Daria Galant: Syrena słowiańska – – zbiór wierszy)

przebudzanie się. Jak w bajce. Łąki te są niewątpliwie wytchnieniem dla światła i gospodarowania człowieka. Tu nie ma tajemnicy. Tu jest dynamika życia. Rzeka zamyka folwark „Olchowe łąki” ze strony południowej, a las – od strony północnej. Pomiędzy tymi granicami jest światło – wschód i zachód słońca. Dom mój ustawiony jest na osi światła: wschód–zachód i osi granicznej: północ–południe. Jest w przestrzeni świata – w centrum natury i jej struktur.

WIARA Rejon Kurpiów Białych to nie tylko region etnograficzny, ale też kulturowy. Bardzo rozległy w odczuwaniu. Mieszkam na tych terenach od 1998 roku i z bliska mogłam przypatrzyć się sytuacjom kulturowym, badając je. Również podczas spotkań autorskich, dokonując

Powraca chęć życia. Powrócą wraz z nią

B I A Ł E

S N Y

swoistych wglądów w niezwykłą materię tych rzeczy. Granica pomiędzy słowiańskością a folklorem (polskością) jest niejednoznaczna. W zasadzie jej nie ma. Okalająca przyroda, wiara w świat nadprzyrodzony, bliskość zjawisk natury i trwałe wpisanie się w kontekst kulturowy obrzędów z dziedziny „zaklinania rzeczywistości” powodują, że moc wiary w duchowość natury jest tu niezachwiana. Silne związki mieszkańców Puszczy Białej z przyrodą przekazywane są z pokolenia na pokolenie i powodują swoisty stosunek człowieka do zjawisk duchowości natury. Bo burzę prosi się o spokojne odejście, ulewne deszcze (które mogą zniszczyć plony) o łagodne potraktowanie („Rzeko – zabierz swojego rozszalałego brata i ukój go lub zgań.”2) Wierzenia słowiańskie są tu bardzo trwałe. Przetransformowane zostały na folklor i literacką wizję 2 Daria Galant: Deszcz – pieśni modlitewne.

POST SCRIPTUM

57


światowej niemieccy żołnierze byli wysyłani do pilnowania jej. Dlaczego? Ponoć, aby nikt nie zatruł wody… Najstarsi mieszkańcy pamiętają stojące tam patrole. I łunę księżyca, która padała niezwykłym blaskiem na stare lipy wokół studni. Tymczasem informacja jest tu powszechna, że przedtem i potem pobierano tę właśnie wodę do wykonywania chrztów, stosowano ją również jako lekarstwo, na ciężkie schorzenia. Teren mediacji z życiem.

świata, lecz mają głęboką tradycję w folklorze europejskim i światowym. Przede wszystkim jest to wiara w drzewa magiczne. To czarny bez, lipa, choinka, dąb (bożnice słowiańskie). Wywary z kwiatów lipy tu do dziś stosuje się na choroby dróg oddechowych. Wierzy się, że czarny bez chroni przed złem, pomaga, uzdrawia, stanowi kadzidło. Witkami z czarnego bzu (jeszcze przed kwitnieniem) okadzano pomieszczenia przed nadejściem wiosny („Niech zimowe złe sny zwiędną, niech odejdą, niech przejdą. Radość nową wprowadzam. Czarnym bzem okadzam”3).

LIPY U MNIE, CZYLI „MIEJSCE MOCY” Wielkie lipy wyznaczały centra wszechświata – jak pisze w Leksykonie Znaki świata Piotr Kowalski4. Tym samym określały miejsca, które odpowiednie były do sprawowania sądów i odpowiednich dla społeczeństwa obrzędów. Drzewo chroniło znajdującą się przy nim studnię. A to, że studnia akurat znajduje się przy starych lipach oznaczało, że jej woda ma niezwykłe właściwości. Tak jest w „Olchowych łąkach”. Od dawien dawna znajduje się tu krąg starych lip. Ten krąg otacza właśnie studnię. Starzy ludzie mówią, że ta studnia była obdarzana szczególną troską. Do tego stopnia, że podczas II wojny 3 Daria Galant: Rytuał wiosenny- czarny bez – pieśni modlitewne. 4 Piotr Kowalski: Leksykon znaki świata. Wyd. PWN Wrocław- Warszawa, str. 285

58

POST SCRIPTUM

W moim domu znajduje się miejsce z lipami, które nazwałam „Miejscem mocy ”. Ma szczególne znaczenie. Tu naprawdę się wypoczywa, ale w sposób podnoszący energię. W sposób konstruktywny. Gdy jesteś zmęczony – usiądź pod lipami w „Olchowych łąkach”. Od razu zaczyna się chcieć działać. I umysł jest spokojny i twórczo zmotywowany. Powraca chęć życia. Powrócą wraz z nią białe sny. W opowieści o domu pomiędzy rzeką a lasem jest też miejsce na opowieść o białych snach. Ten termin usłyszałam dwa lata temu od Jana Długołęckiego – – człowieka niezwykle zacnego, erudyty, humanisty w starym stylu, polonisty, poety, społecznika. Pochodzi z terenów Puszczy Białej i chociaż mieszkał na zachodzie Polski przez długi czas, powrócił tu jednak wiele lat temu. Opowiadał mi wtedy, że ostatnio śni na biało. Czyli? „Kolory w tych snach są łagodne. Treści wspierają, nie ma tam obawy i lęku. Jest raczej wiara i nadzieja. Jest jasno. I spokój, że wszystko będzie dobrze”. – Co zrobić, by śnić „na biało” – pewnie wtedy zapytałam. A odpowiedź przychodzi za każdym razem podczas spacerów pomiędzy granicami mojego domu: lasem a rzeką. Uwierzyć w duchowość natury i pozwolić sobie na to, by być jej częścią. Śnijmy więc na biało. [DG]

O autorce: Daria Galant – pisarka, poetka, dramatopisarka i reżyser. Autorka koncepcji artystyczno-filozoficznej Teoria białej emocji . Do swoich esejów i dzieł pisanych maluje obrazy i tworzy fotografię kontemplacyjną.

DARIA GALANT


Zdjęcia: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

59


yrzeka

w dów się lę g z w ówi,

rasicki K y c a – Ign

m rawdę p a r y t Sa

MISTRZ KOTECKI Miasto drewniane, wojewódzkie, dwie armie starły na popioły. Ocalał bruk na Nowogródzkiej, hrabiowski pałac i kościoły.

Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec

BOGUCKA

60

Lat miałem pięć, a może siedem. Ach, jak zawodna pamięć ludzka! Jak jej na imię było – nie wiem. Pamiętam tylko, że Bogucka. Z Bogucką mnie łączyły sprawki i uniesienia nienazwane. Wspólne wyprawy nad sadzawkę, za internatem przedszkolanek. Zgodne milczenie o poranku i plucie na zieloną rzęsę, gdzie wygrzewały się kijanki. Malutkie, jak dziecięce szczęście. Nasz świat wyglądał, jak obrazek z pięknej historii hollywoodzkiej. I nagle plusk! Panika ważek. Na wodzie kręgi po Boguckiej. Ja, za Bogucką, plum! W płaszczyku. A potem zapalenie płucka. Dziś opisałem to w haiku. Tak mnie natchnęła ta Bogucka. * sadzawka plusk Boguckiej płoszy kijanki

Innych powoli zapominam a pana, panie Janie wskrzeszam. I nawet nie w tym tkwi przyczyna, że pan okropnie mnie uczesał. Pan sam się czesał “na pożyczkę”. Jednak nie o tym będzie mowa. Wzrokiem pan wskazał na tabliczkę. Jak dorosłego potraktował. Bo, czy się mogłem poczuć dzieckiem, gdy mi pan kazał czytać maczkiem, pan, mistrz fryzjerski, Jan Kotecki, „Proszę pluć tylko do spluwaczki”? Powtarzam często, jak zaklęcie. Słów nauczyłem się na pamięć. Tyle żyjemy, co w pamięci. Gdzie pan dziś strzyże, panie Janie?

Adam Gwara

* Że to nie Basho? Że nie w kucki? Nie wiem. Odsyłam do Boguckiej

Adam Gwara

POST SCRIPTUM

Wyrwa po ludziach. Ale o tym napiszę kiedyś. Nie chcę teraz. Dziś mam sześć lat i kilka złotych. I tuż przy Złotej mam fryzjera.


BĘDĄC NARWANĄ STARUSZKĄ kiedy już będę w takim wieku że wszystko będzie mi wypadać zadzwonię z prośbą do sąsiada by mi choć zęby pomógł wkładać a jeśli powie że się nie da że zęby trzeba wbić gwoździami zgodzę się – w końcu nie mam wyjścia przecież nie będę jeść dziąsłami

PARADOKS KOTA Z KROMKĄ POSMAROWANĄ MASŁEM Kot ponoć spada zawsze na cztery łapy właśnie sprytny zwierz a kromka chleba z masłem masłem w dół (choć masz za złe) czy chcesz czy nie cóż by się stało otóż gdyby przytroczyć kotu naturze wbrew posmarowany zgrabnie masełkiem z zewnątrz ładnie do grzbietu chleb? Śmiem mniemać (znając koty) że czyniąc takie loty wylizałby masełko w kocim locie i upadł w półobrocie puszczając łzy doszłoby (nie bez racji) do antygrawitacji i zmiany ról paradoks kota z kromką wierzeniom przeczy gromko lecz bawi tłum

Renata Cygan

a gdy się będą zbytnio ruszać bo gwoździe nagle strzelą focha pokażę zębom gdzie ich miejsce albo mi z gęby precz wynocha i wstawię sobie szczękę zgrabną lśniącą błyszczacą porcelaną na powrót stanę sie powabną i przez mężusia całowaną gdy mężusiowi też wypadnie ostatni ząbek – będzie składnie, albowiem żadną jest to męką dzielić się z mężem sztuczną szczęką

Yvonne Maria Nowak

Rysunki:

Konrad Wieczorkowski

*** Po powrocie do domu pan z Faro spytał żonę: Skąd tutaj cygaro? Zza okiennej zasłony szept się rozległ stłumiony – Powiedz mu, że z Hawany, Barbaro! *** Rzekła żona do Jana z Juraty: Już cię mężu spisałam na straty. Stale chodzisz pijany. Chcę rozwodu, kochany. Zdziwił się – To ja jestem żonaty?! *** Na maturze Małgosi z Ponikła przydarzyła się wpadka niezwykła. Ślęcząc tępo nad testem Gosia „myślę, więc jestem” przeczytała zdziwiona... I znikła. *** Mawiał grabarz z małego Kikoła: Już mnie w życiu nie cieszy nic zgoła. Wciąż się martwię o pracę, czy jej kiedyś nie stracę, a gdy w końcu ją mam, to mam doła

Adam Gwara POST SCRIPTUM

61


ULA DZWONIK ,,GRY ULICZNE”

Juliusz Wątroba

Uwaga: bomba zegarowa! Nie znajdziesz już bezpiecznego miejsca pod słońcem i księżycem na udręczonej przez ludzi matce ziemi. Zaślepieni swoim geniuszem naukowcy bawią się w kreatorów, stwarzając a to lepszą, bo bardziej śmiercionośną bombkę, a to niewinną, choć bardziej krwawą grę komputerową. Grzebią w atomach i w genach. Wszystko to ponoć dla dobra ludzkości, ale zło musi być w równowadze, więc ludzkość ma się coraz gorzej. Bo i Nobel, wymyślając dynamit, chciał dobrze! Tak to jest, gdy chęci poznania czy zysku przesłaniają zdrowy rozsądek i zagłuszają instynkt samozachowawczy, ostrzegający przed niebezpiecznymi „zabawami”. To straszne, że ludzie tak sami siebie otumanili, że najdosłowniej baranieją! Wybaczcie poczciwe czterokopytne. Rozwój cywilizacji, zatruwającej atmosferę (w sensie dosłownym i metaforycznym), wodę i ziemię, degradującej ekosystem, od lasów, po rafy koralowe, to już coś normalnego,

62

POST SCRIPTUM

codziennego, nieodwracalnego… Faszerujemy się też, z własnej przecież (swa)woli (decydentów) wszelakimi truciznami z tablicy Mendelejewa – od konserwantów, po plastiki. Toksyczne związki znajdowano nawet w skorupkach jaj pingwinów na Antarktydzie. Co się jeszcze musi wydarzyć, by ludzkość przestała się samounicestwiać??? Może czas pandemii to także czas dany nam na przemyślenia i opamiętanie? Nie chcę dzisiaj pisać o systematycznym, metodycznym(?), perfidnym i globalnym zabijaniu nas na raty, z wolna, nieustannie, acz skutecznie, o globalnych i lokalnych zagrożeniach, o efekcie cieplarnianym, o dwutlenku węgla, o pyłach zawieszonych, o tlenkach, o siarczkach, o ołowiu… W „konkurencjach” na najbardziej skażone miejsca zajmujemy niechlubne od lat najwyższe pozycje, mimo „dobrych zmian”, a nasz piękny kraj to czerwona plama na mapie skażeń i nie jest to powód do dumy. Chcę się podzielić niepokojem, wynikającym z zagrożeń

nagłych, a niespodziewanych, wykluwających się w szalonych mózgach terrorystów różnej maści, od fanatyków religijnych, przez radykałów politycznych, po apolitycznych wariatów, materializujących się w zamachach, wybuchach, czy innych aktach barbarzyństwa i nieludzkich poczynań. Byłem w Turcji. Egzotyka. Seraje – ociekające złotem sułtańskie pałace. Piękne tancerki, którym za fikuśne staniki wsuwaliśmy dolary. Żółwie porozrzucane jak niemieckie hełmy w mojej wsi po straszliwej wojnie. Hałaśliwe targi, gdzie wszystko, a nie tylko to, co się świeci. Na nabytym tam mosiężnym młynku do dzisiaj, w wyjątkowych chwilach, mielę czarne ziarenka, by, zaparzone, pobudzały do intensywniejszego (z)myślenia. Widzę jeszcze pogardliwe i politowania pełne spojrzenie dromadera, któremu wdrapuję się na grzbiet w turbanie, by na fotce patrzeć dostojnie z wielbłądziego grzbietu w siną dal. A wszędzie skrupulatne kontrole, bo zagrożenie terrorystyczne. Szok przeżyliśmy już na początku


naszej eskapady, gdy w trakcie zebrania organizacyjnego, które odbywało się w reprezentacyjnej sali wielogwiazdkowego hotelu, dokładnie przetrzepano nasze bagaże. Nie zniknęło z nich nic, prócz… alkoholi, które zabraliśmy przezornie ze sobą, by jeszcze bardziej kolorowe zdały się tureckie atrakcje. Spowodowało to powszechne i zrozumiałe oburzenie. Już mieliśmy dzwonić do ambasady, by interweniowała gdzie trzeba z powodu tak „gościnnego” traktowania, ale ktoś przytomnie i rozsądnie myślący zadał krępujące pytanie z jednoczesną odpowiedzią: „A jak nam podrzucą narkotyki, to co??? Z pierdla do końca życia nie wyjdziemy!”. Zamilkliśmy i zrezygnowaliśmy ze swoich buńczucznych zamiarów, a złość i frustrację wynikającą z bezprecedensowych przeszukiwań prywatnych bagaży utopiliśmy w… alkoholu, ale… kupionym w hotelowym barze za wielkie pieniądze. Oczywiście – „taktowni” gospodarze tłumaczyli, że to dla naszego dobra, bo zagrożenie, bo może ktoś przemycał bombę zegarową! Zgrzytaliśmy ze złości i bezsilności na naturalnym uzębieniu (kto jeszcze je miał), ewentualnie na protezach (kto już musiał je mieć). „Jakie to szczęście, że żyję w Europie” – pomyślałem z ulgą. Byłem w Paryżu. Od dzieciństwa marzyłem o tym, by zobaczyć Luwr z Mona Lisą za pancerną szybą, czy Wenus z Milo – – ideał antycznego piękna, wprawdzie bez rąk, ale ważniejsze części jej ciała szczęśliwie przetrwały. Niestety, nie podziwiałem tajemniczego uśmieszku sprzed wieków, ani marmurowej zmysłowości. Pewnie bym to zobaczył, gdyby nie fakt, że pracującym w muzeach żabojadom ponurym zachciało się akurat w tym samym czasie… strajkować! Widziałem wprawdzie Moulin Rouge, Centrum Pompidou i Muzeum Salvadora Dali, włóczyłem się po Montmartre w towarzystwie duchów podchmielonych artystów, lustrowałem Pałacu Inwalidów, z wieży Eiffla podziwiałem miasto,

a nocny rejs Sekwaną dopełniał dzienne wędrówki, ale niedosyt i niesmak pozostały… Zastanawiałem się też zdumiony, czemu na reprezentacyjnej Szanse li ze, choć czyściutko, nie uświadczysz koszy na śmieci. Wyjaśniono mi, że to dla bezpieczeństwa, bo kosze są znakomitą skrytką na ładunki wybuchowe. I choć co chwilę wybuchałem… złością na protestujących muzealników, z zadowoleniem pomyślałem:

służb mundurowych. Pozamykano nawet ulice. Pocztą pantoflową błyskawicznie przekazywano informację, że jakiś wariat przygotował zamach bombowy na Sejm i inne ważne osobistości. A więc i na mnie! „Jakie to szczęście, że stolicą mojego powiatu jest Bielsko-Biała” – pomyślałem zadowolony o swoim bezpiecznym miejscu pod słońcem, otoczonym łagodnymi Beskidami. Byłem w Bielsku-Białej. W sądzie. Na szczęście, nie

ULA DZWONIK ,,ŁAPACZ RYB NIE ZAWSZE JEST WĘDKARZEM” „Jakie to szczęście, że urodziłem się nad Wisłą!”. Byłem w Warszawie. Przywitała mnie Syrenka, machająca zalotnie ogonem i dumnie wypinająca pierś. Taksówkowej mafii (o naiwności moja!) za krótki kurs musiałem zapłacić dziesięciokrotnie wyższą kwotę, od tej, jaka się faktycznie należała. Gdy po ekscytujących spotkaniach w stolicy, szedłem na dworzec, niedaleko zrobił się tumult i zamęt, z aktywnym udziałem

mnie sądzili. Miałem być tylko niewiarygodnym świadkiem. Na nieszczęście, w pewnej chwili zrobiło się wielkie zamieszanie i trzeba było ewakuować wszystkich z gmachu, bo ktoś zatelefonował, że w zacnym przybytku sprawiedliwości lokalnej podłożono bombę! Uciekaliśmy z budynku w popłochu, szybko jak strusie afrykańskie przed kłusownikami. „Jakie to szczęście, że urodziłem się i mieszkam w spokojnej, pięknej i wesołej wsi” – pomyślałem szczęśliwy

POST SCRIPTUM

63


ULA DZWONIK ,,SYNERGIA”

tak, jakbym już był w siódmym niebie, i poczłapałem na dworzec autobusowy. Siedzę w domu. Wyglądam przez okno. Po drugiej stronie ulicy działka, smutna, opuszczona. Kiedyś stał tu biały domek. Z różnokolorowymi malwami od południowej strony. Mieszkała w nim stara sąsiadka, której baliśmy się, będąc dziećmi, bo miała wygląd rasowej czarownicy, z nosem wielkim jak gasidło, którym mogłaby w naszym zabytkowym kościele spokojnie gasić świeczki. Później została tu jej córka, po niej wnuczka, a gdy wnuczka szczęśliwie wyszła za mąż, nieszczęśliwie porzuciła biały domek, który straszył czarnymi oczodołami okien. Zarastał pokrzywami i tylko malwy były tak samo piękne jak kiedyś. Domek zaczęto wynajmować: najpierw pani spod Tarnopola, ze wschodnim akcentem i czołem tak niskim (jak u australopiteka), że włosy niemal dotykały brwi. Po niej – młodemu małżeństwu z dzieckiem. A później już nikomu… Oburzona takim obrotem spraw chałupinka zaczęła się chylić

64

POST SCRIPTUM

ku upadkowi, aż wreszcie przyjechali właściciele i sami litościwie rozebrali rozpadający się zabytek. Została tylko kupka dachówek, desek, blach i rurek… Powiało jeszcze większym smutkiem. Ale przed kilkoma dniami pozostałościami po domku zainteresował się okoliczny menel, który codziennie penetrował stertę, wybierając co cenniejsze rzeczy: a to kawałek przewodu, arkusz blachy, czy oheblowaną deskę w całkiem dobrym stanie. Przynajmniej robił porządek. Dzisiaj też był. Mocował się z jakąś rurką wystającą prowokująco z ziemi. Nie miałem jednak czasu siedzieć w oknie i gapić się na okolicę. Nagle zadzwonił telefon, to sąsiad Romek, poinformował mnie przerażonym głosem, że słyszy „podejrzane syczenie” i czuje gaz! Okazało się, że nieproszony gość tak zapamiętale grzebał w poszukiwaniu „skarbów”, że wyrwał rurę od gazu, którą chciał zanieść do skupu złomu! Sąsiad poprosił o numer pogotowia gazowego, zadzwonił na policję i wezwał odpowiednie służby. Menel gonił dookoła wyrwanego przewodu jak „żyd po próznym sklepie” (jakby

przed półwieczem powiedziała moja babcia Jadwiżka) i dla uspokojenia… zapalił papierosa! Przecież my też możemy wylecieć w powietrze! I to nie w Turcji, nie w Paryżu, nie w Warszawie, nie w Bielsku, ale w mojej Rudzicy – wsi „spokojnej i wesołej”. Przyjechał samochód pogotowia gazowego. Na szczęście zdążyli! Przyjechała Policja ochraniać pogotowie gazowe. Odetchnęliśmy spokojem. A sprawca tego zamieszania? Ulotnił się jak gaz z wyrwanej rury. Ja zaś uświadomiłem sobie, że nie ma już miejsca na tym świecie, gdzie byłoby naprawdę bezpiecznie. Pozostały nam tylko zaświaty… Tym bardziej, że po wszystkich dramatycznych przygodach nie czuję się bezpieczny już nawet z samym sobą. Moja skołatana głowa stała się nagle, a niespodziewanie bombą zegarową, nie wiem kiedy wybuchnie, a jeszcze nie wymyśliłem sposobu, jak ją rozbroić! [JW]


ULA DZWONIK ,,WYSPY PRAWIE BEZLUDNE”

POST SCRIPTUM

65


Marzenie wodnika

66

POST SCRIPTUM


ADAM WIDEŁKA POST SCRIPTUM

67


Druga tożsamość czerwonego kapturka

NIE UWAŻAM, ŻE ZALICZAM SIĘ DO JAKIEGOKOLWIEK NURTU.

JESTEM

PASTELISTĄ

Jarosław Prusiński Pana obrazy są urzekające. Mają w sobie to coś, jakiś magnetyzm. Kobieta w kapeluszu wygląda, jak prześwietlona fotografia. Inny obraz, jakby miał oddarty kawałek płótna. Kobieta bez rąk i nóg. Skazy na doskonałości. Dlaczego właśnie tak? Wizje moich obrazów przychodzą do mnie niespodziewanie. Nie zastanawiam się, czy kobieta w kapeluszu będzie wyglądała jak prześwietlona fotografia, czy inny obraz będzie miał obdarty kawałek płótna itd., itd. Cała wizja obrazu jest już dopracowana, gdy „przychodzi” do mnie. Jednak głównym celem tworzenia i równocześnie źródłem największej satysfakcji są dla mnie emocje wyzwalane w odbiorcach pasteli. Nie czekam na pochwały, ważne jest dla mnie to, czy dany obraz zaskoczył odbiorcę. Pragnę, by odbiorca dostrzegał

68

POST SCRIPTUM

w nim wielość wyrazu, lecz zarazem, by udzielał mu się wspaniały nastrój towarzyszący oglądaniu dzieła. Staram się rysować tak, by wywołać największą rozkosz zmysłową dla oka. I to się Panu udaje doskonale! Jakim malarzem jest Adam Widełka? Jaki nurt Pan reprezentuje? Nie uważam, że zaliczam się do jakiegokolwiek nurtu. Jestem pastelistą. To wspaniała rzecz – tworzyć, uruchamiać wyobraźnię i przenosić swoje pomysły na papier, karton, deskę, ścianę. I rzecz bardzo ważna – oczarować widza, zaskoczyć... Zachwycić końcowym efektem! Chciałbym też, aby widz stał i patrzył, patrzył, patrzył, patrzył i nie chciał odejść. I wracał oczami wyobraźni do moich prac.


Dorothea (dar boga)

Adam Widełka, rocznik 1961. Zajmuje się malarstwem pastelowym, rysunkiem oraz malowaniem pastelami na tynkach wewnętrznych i zewnętrznych. Jego największy sukces zawodowy to zdobycie złotego medalu na III Ogólnopolskim Biennale Pasteli – Nowy Sącz 2000. Równie ważne i przełomowe osiągnięcie to udział w Międzynarodowym Festiwalu Pasteli we Francji w 2007 roku. Prace artysty znajdują się w prywatnych kolekcjach w Polsce i za granicą.

I opowiadał innym, co widział i jakie emocje nim targały. To są moje marzenia, które, żeby mogły się spełnić, muszą być realizowane przez konkretne działania. Posłużę się cytatem Olgi Boznańskiej: „Trzeba kształcić oko, dużo pracować, by pogłębić swoje widzenie i równocześnie wiedzę; przecież na malarstwo nie ma recepty; artysta musi mieć olbrzymią wiedzę malarską, by mógł coś zrobić.” Jak Pana doświadczyła pandemia? Nie pytam o osobę, ale o malarza. Pandemia zmieniła mój punkt widzenia odnośnie czasu, który jest bardzo ważnym elementem w twórczości. Czas na tworzenie został zagrożony. Jest takie powiedzenie: „Kamień, który się nie toczy,

obrasta mchem”. Bałem się, że jeżeli zachoruję, to moja twórczość zostanie zablokowana. Człowiek chory nie ma w sobie radości życia. Ja, jako artysta, muszę mieć tę radość, aby móc tworzyć. Moje książki dręczą mnie na długo przed tym, zanim wystukam pierwsze zdanie. Widzę sceny, poznaję bohaterów i próbuję ich zrozumieć. Jak jest u Pana? Najpierw wizja, a potem pastel, czy może odwrotnie? Nigdy nie tworzę wstępnych szkiców do swoich prac. Siadam do sztalugi i od razu na czystym formacie płyty lub kartonu tworzę to, co jest zapisane w mojej głowie. Pomysły przychodzą niespodziewanie, trochę z zaskoczenia. Trudno to wytłumaczyć. Od 25 lat nie zmarnowałem ani jednego formatu kartonu lub płyty.

POST SCRIPTUM

69


Portret z bezsensownym szparagiem

POMYSŁY PRZYCHODZĄ NIESPODZIEWANIE,

TROCHĘ Z ZASKOCZENIA

Pana najlepszy obraz? Wiem, że to wredne pytanie i nawet domyślam się odpowiedzi (coś w stylu „sp*****aj dziadu”). ;) Tak źle nie będzie (śmiech). Mój najlepszy obraz? Mam wybrać swój najlepszy obraz? Hm… Odpowiem humorystycznie na to pytanie. Zacznę od kuchni. Tutaj powiesiłbym pastel z motywem jajka sadzonego lub jajka surowego. Posiadam w swojej twórczości takie obrazy. W pracowni powiesiłbym portret mojej żony. A dlaczego? Bo to dla mnie najpiękniejsza i najmądrzejsza kobieta w moim życiu. Mobilizująca mnie do bardzo konkretnego działania w sferze życia i tworzenia. Przedpokój: tu akurat nic bym nie powiesił, bo nie posiadam tak małych formatów swoich pasteli. Sypialnia: to ulubiony obraz mojej żony – praca o tytule:

70

POST SCRIPTUM

Rdzą rysowana, mówiąca o przemijaniu życia. Pracownia mojej żony: to obraz, który jest wizytówką naszej współpracy. Mam tu na myśli łączenie naszej twórczości – pastel o tytule Urodziny atramentu. To portret miłej dla oka dziewczyny, w uchu której widnieje klips, przedstawiający szklany kałamarz z atramentem i zanurzony w nim mały metalowy kwiatek. To biżuteria, którą stworzyła moja żona. Element trójwymiarowy przytwierdzony do powierzchni obrazu. Obraz i klips tworzą całość (żona i ja też tworzymy całość). Łazienka: tu powiesiłbym pastel o tytule Marzenie Wodnika, przedstawiający portret pięknej dziewczyny w kartonowym kapeluszu, na którym poustawiane są szklane naczynia wypełnione wodą.


Leda? Pomyłka Zeusa

CHCIAŁBYM, ABY WIDZ STAŁ I PATRZYŁ, PATRZYŁ, PATRZYŁ,

I NIE CHCIAŁ ODEJŚĆ Spróbuję Pana namówić na trochę szerszy opis jednej z prac. Chodzi mi o Pomyłkę Zeusa. Co Pana zainspirowało? Leda z łabędziem – popularny motyw w sztuce, szczególnie renesansu, pochodzący z mitologii greckiej. Leda to żona króla Sparty Tyndareosa. W dziewczynie, według legendy, zakochał się Zeus, który zamienił się w łabędzia, by ją uwieść i posiąść. Po tym akcie Leda zniosła dwa jaja, z których przyszło na świat czworo dzieci. To tak dla przypomnienia. Dla Zeusa ludzie byli wcieleniem niedoskonałości, najniższą z najniższych form. Naturalnie, momenty słabości zdarzają się nawet najlepszym. Pod wpływem chwilowych kaprysów, bogom zdarzało się grzeszyć ze śmiertelniczkami.

Mój obraz to scenka z naszego współczesnego życia. Są w nim Zeusi – mężczyźni, którzy uważają się za bogów i przybierają postać pięknych łabędzi, aby uwieść kobiety. Nie zagłębiają się w ich wnętrze, liczy się tylko powierzchowność wybranki. Jest piękna i to wystarczy (nieważne, że już kogoś ma). W naszym życiu zdarzają się też Ledy – piękne kobiety bez bogatego wnętrza, które pomimo że już kogoś mają, ulegają wdziękom Zeusów. Przeważnie z tych związków są dzieci. Pierwsze zauroczenie mija i jest problem. To są właśnie pomyłki naszych współczesnych Zeusów.. Bardzo dziękuję za rozmowę. [JP]

POST SCRIPTUM

71


foto: Marek Truszkowski

POEZJA

Polecane

Barbara Gruszka-Zych Poetka, od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, pisarka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio Mój cukiereczek (2020). Jej zbiorek Szara jak wróbel (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle, Zapisz jako…, oraz książki wspomnieniowe: Mój poeta o Czesławie Miłoszu, Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara a także wywiad-rzekę Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wiersze oraz wywiady i reportaże, m.in. nagrody poetyckiej Ks. Jana Twardowskiego i nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem. Wybory jej wierszy zostały wydane po litewsku i rosyjsku w Kownie, Wilnie, Petersburgu. Była stypendystką wiedeńskiej fundacji Janineum (2002), Fundacji Jana Pawła II w Rzymie (2003), Fundacji „Heinrich & Jane Ledig-Rowohlt” w Lavigny w Szwajcarii (2014).

72

POST SCRIPTUM


POEZJA miłość

***

lubiłeś nosić moje torby plecak a w nich ciężary których nie było widać nikt ich dotąd nie wyjął zostały gdzieś czym były naprawdę nie wiadomo wypuszcza się w podróż wyobraźnia stok łagodne długie podejście znów zabierasz mi plecak i niesiesz a ja czuję ciężar twojej nieobecności

Praga dlaczego jeżdżą autobusy kiedy my się kochamy przymierzamy nasze ciała czy do siebie pasują i okazuje się że tak brakuje tylko skrzydeł które przywarłyby do siebie każdym piórem i uniosły nas nad Vinohrady szpital cmentarz krematorium tylko skrzydła mogą uratować nas od spalenia dlatego wsuwam swoje ramiona pod twoje a ty unosisz mnie nad lądowiskiem prześcieradła potem w łazience miłość spływa do więziennego okienka metalowej kratki zamiast we mnie krążysz w ciemnych obręczach rur z pulsem przejeżdżających autobusów nad głową z tomiku Zapinając kolczyki (2000)

***

pod koniec życia powinnam sobie kupić przyrząd do uzdatniania wody pić ją kilka razy dziennie z myślą że jest mnie coraz więcej czystszej szlachetniejszej usypiać spokojnie wierząc że wypłukuje wszystkie brudne myśli dać się porwać z jej nurtem zerwać tamy ciała wpaść w głęboką ziemię jak w koryto rzeki

ktoś rozbił nade mną dzban pełen ognia z tomiku Napić się pierwszej wody (1989)

***

w pociągu wszyscy przechodzący mężczyźni patrzą na dziewczynę obok mnie jestem obrażona na samą siebie że pozwalałam na wszystko czasowi może pomogłoby gdybyśmy zmieniły się miejscami? z tomiku Pali się mój próg (1997)

***

obudziłam się w nocy natychmiast zjadłam kromkę z sardynkami tak zajętemu organizmowi nie przyjdzie na myśl by umrzeć z tomiku Pali się mój próg (1997)

***

w popielec piłeś tylko czarną kawę jak czarną rozpacz po tych co umarli po długim i ciężkim cierpieniu teraz ciężkie powieki zamknęły się nad twoją kawą wystygłą przed zaparzeniem nie wskrzeszę filiżanki i warg najpiękniejszych z „Pieśni nad pieśniami” nawołujących – nie uciekaj pij mi z ręki nieśmiertelnie gładkiej – stukają kopytka smukłej łani po kamienistej ścieżce zostawionej na ziemi żeby trafić

z tomiku Przyrząd do uzdatniania wody (2015)

POST SCRIPTUM

73


74

POST SCRIPTUM


AURÈLE RICARD

POST SCRIPTUM

75


76

76

POST SCRIPTUM


A rè u le R ca i rd

Aurèle Ricard to francuski artysta plastyk postindus-

trialny, który o sobie mówi: amator, znany jako Aurèle LostDog, urodził się w Paryżu 24 października 1963 roku. Imponująca jest jego droga artystyczna, ilość wystaw, projektów, instalacji, których był autorem lub współautorem w ciągu dwudziestu pięciu lat (ponad 120 wystaw indywidualnych i zbiorowych). Żyje i pracuje pomiędzy Francją, Dalekim Wschodem, zafascynowany jest również Ameryką Północną. Jest znany ze swojej kreatywnej, charakterystycznej rzeźby Lost Dog – gigantycznych rzeźbionych bulterierów, które odzwierciedlają utratę ludzkości, w tym kryzysy związane z: wojnami, plagami, nierównością, wyzyskiem, religią i środowiskiem. Rozmiary rzeźby stale się powiększają. W 2006 roku jego gigantyczny bulterier Giant Lost Dog został zaprezentowany w Grand Palais w Paryżu we Francji, a ogromny The Lost Dog CO2 stworzony z samoregenerujących się, oddychających, oczyszczających powietrze roślin – był punktem przewodnim World Expo w 2010 roku w Szanghaju. Artysta planuje zbudować The Lost Dog Museum, gigantyczne muzeum sztuki zawierające rzeźbę bulteriera o wysokości 80 metrów, w ramach koncepcji krytyki społeczeństwa ludzkiego, które ma obsesję na punkcie materialnych wartości. POST SCRIPTUM

77

77


Spotykamy się oddaleni od siebie tysiące kilometrów – mój bohater Aurèle Ricard – artysta postindustrialny, aktywista, człowiek orkiestra, w gorącym o tej porze roku Los Angeles, nasza tłumaczka i równocześnie artystka Ella Klemensowicz w wiosennym Paryżu i ja – w zimowej i śnieżnej Warszawie. O Aurèle, artyście samouku i jego artystycznej drodze oraz osiągnięciach można znaleźć imponującą ilość publikacji na całym świecie, nie tylko w rodzimej Francji, ale wszystkie, nawet w odległych krajach, publikowane były w języku angielskim lub francuskim. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że materiał, który ukazuje się właśnie w czerwcowym wydaniu „ Post Scriptum” jest pierwszym i unikalnym – w języku polskim. Kilka dni temu artysta otworzył w Mieście Aniołów swoją kolejną, indywidualną wystawę „Lost in Los Angeles” w jednej z nowych, lecz zauważonych galerii sztuki współczesnej – Athenessa La Gallery, której fundatorem i kustoszem jest Vanessa Virag. (www.athenessagalery.com, www.vanessavirag.com) Internet wprawdzie pozbawia rozmowę intymności osobistego spotkania, ale przynajmniej zachowuje realia rzeczywistego czasu.

Katarzyna Brus-Sawczuk

LOST DOG pies w kolorze nadziei Przede mną, na ekranie komputera facet o zmierzwionych włosach, otwartym uśmiechu, charakterystycznym, namiętnym, francuskim „r” i twarzy intelektualisty. Widać, że w Mieście Aniołów jest gorąco, nad jego głową kręci się wentylator, a Aurèle z wytatuowanym i opalonym torsem wygląda tak, jakby przed chwilą wyskoczył z basenu. W takich okolicznościach atmosfera od razu staje się mniej formalna. Gestykuluje – na jego dłoniach widzę staranny manicure i dobrane kolory lakieru do paznokci. „Niebieski bardziej niż niebieski” i ulubiony żółty. Mówią o Tobie artysta postindustrialny, Ty określasz się samoukiem? Kim jest Aurèle? Stanowczo jestem artystą amatorem, samoukiem, jednak sztuka i jej środki wyrazu wciągnęły mnie na dobre ponad ćwierćwiecze temu. Do tego, że określają mnie w mediach, publikacjach – artystą postindustrialnym przyzwyczaiłem się i rzeczywiście obiektywnie z takim nurtem sztuki się utożsamiam. Pierwsza moja praca, określona jako projekt po okresie industrializmu, powstała w 1987 roku i była prezentowana w Paryżu. Doczekała się bardzo prostej nazwy: Pierwsze postindustrialne dzieło sztuki.

78

POST SCRIPTUM

Twoja droga jako artysty jest zadziwiająca. Imponująca ilość wystaw ze szczególnym społecznym przesłaniem, międzynarodowe projekty, prace realizowane na Dalekim Wschodzie, m. in. w Szanghaju, Japonii, Indiach, Stanach Zjednoczonych, Europie, nagrody. W 2016 roku zostałeś uhonorowany przez Ministerstwo Kultury Francji Orderem Sztuki i Literatury. Które z Twoich osiągnięć było dla Ciebie najważniejsze? Stanowczo udział z projektem The Lost Dog CO2 na World Expo 2010 w Szanghaju. Temat wystawy „Lepsze miasto, lepsze życie” zainspirował mnie zmierzeniem się z tematem zrównoważonego rozwoju i „nowych” technologii środowiskowych w obszarach miejskich. Efektem mojego pomysłu i pracy było stworzenie, wraz z chińskimi inżynierami, gigantycznej rośliny- rzeźby: psa pokrytego instalacjami filtrującymi powietrze z wykorzystaniem samoregenerujących się roślin (więcej o projekcie: https://www.youtube.com/ watch?v=BFQCzVdYDO4 – film w języku francuskim z angielskimi napisami, przyp. red). Nagroda dla rzeźbiarza roku była dla mnie nobilitująca, jednak paradoksalnie pomysł ten, w którym inspirowałem się rzeźbą Puppy Jeffa Koonsa (1992), obrócił się przeciwko mnie, bo w kuluarach spekulowano o plagiacie. Moja rzeźba-roślina była zupełnie inna i miała ekologiczne przesłanie dla ludzkości, możliwość odradzania się,


dawania życia. Owszem – była psem. Jeff przede wszystkim jest artystą uprawiającym kicz, docenianym często przez nowobogackich miliarderów. Rzeźba, którą stworzył pokryta jest kolorowymi kwiatami, jeśli jakikolwiek z nich ginie, zostaje natychmiast zastąpiony nowym. Nie ma w niej nic z idei ratunku dla planety, czy jej samoodradzania. Do dzisiaj jest w ekspozycji na wolnym powietrzu w Muzeum Guggenheima w Bilbao i chociaż ma strzec sztuki współczesnej, bo tak jest rozumiane jej przesłanie, to jednak sporo kwiatów umarło… Jesteś aktywistą – czy to sztuka wyzwoliła taką potrzebę, czy byłeś nim od zawsze? Byłem aktywistą od najmłodszych lat. Sztuka pojawiła się później. Potem wszystko biegło równolegle i nieodłącznie. Dlaczego Lost Dog? I dlaczego to jest bulterier? Pewnego dnia, wiele lat temu natknąłem się na powieszony na słupie latarni plakat – ogłoszenie o poszukiwaniu zaginionego psa imieniem Bob. Właściciel oferował 100 dolarów uczciwemu znalazcy psa, który przyprowadzi go z powrotem do domu. Naiwny rysunek bulteriera ujęty w słowa: „100 $ za zaprzyjaźnionego Boba – poszukiwanego bulteriera”. Wtedy pomyślałem o człowieku – bezdomnym, bezimiennym, zagubionym, niewartym niczyjej troski,

niemającym żadnej wartości. Złamanego dolara, a nawet centa. Tak zaczęła się historia. Mój pies to alegoria zagubionego, samotnego człowieka, a równocześnie utraconego człowieczeństwa. Dajesz jednak swojemu zagubionemu psu-człowiekowi odnaleźć się, w różnych odległych miejscach na świecie, pokazujesz nam drogę do niego? Tak. My jako cywilizacja pogubiliśmy ludzkie cechy, zwróciliśmy się do konsumpcjonizmu. Nadzieja, że potrafimy odnaleźć w nas człowieka pozwala nam przetrwać, szukać celu, zmian na lepsze. Więc pozwalam mojemu zagubionemu psu zostać odnalezionym w różnych miejscach świata. Zawsze z jakimś aktualnym, cywilizacyjnym przesłaniem. Lost Dog sprawia, że ludzie się uśmiechają, ale z niepokojem zastanawiają się nad obecną sytuacją na świecie. Wiara w niematerialne powinna dawać siłę. Powiedziałeś: In Dog we trust… Ku ironii – słowa, a tym samym motto USA: „In God We Trust” widnieją na wszystkich aktualnych banknotach dolarowych. W 1957 roku pojawiły się po raz pierwszy na jednodolarówce1 (śmiech). 1 „In God we trust ” to oficjalne motto Stanów Zjednoczonych Ameryki i stanu Floryda. Zostało ono przyjęte przez Kongres Stanów Zjednoczonych w 1956 r.

POST SCRIPTUM

79


Skąd żółty kolor? Byłem zafascynowany tym, że Yves Klein, jeden z awangardowych francuskich artystów przyjął ultramarynowy błękit jako kolor doskonały i uzyskał na niego patent. Od końca lat 50. stosował już praktycznie tylko wynaleziony przez siebie błękit. Ten niebieski bardziej niż niebieski Klein nazwał „IKB” (International Klein Blue). Byłem pewien, że nadzieja jest kolorem żółtym. I tak się potoczyło. Wynaleziona przez Ciebie chromowana żółcień uzyskała patent w 1989 roku i została zarejestrowana przez Narodowy Instytut Własności Przemysłowej (INPI) jako Międzynarodowy Żółty Aurèle” (IAY). Mam nadzieję, że zrobiłem piękną rzecz dla przyszłych pokoleń. Kolor nadziei TM. (śmiech) Nadzieja jest ludzka? Jest w nas. Znałeś Andy’ego Warhola. Czy on miał wpływ na Twój artystyczny rozwój? Chciałeś zrealizować z nim wspólny projekt? Andy’ego Warhola poznałem w latach osiemdziesiątych. Miałem entuzjastyczną wizję wspólnej artystycznej pracy nad wizerunkiem psa. Miała to być seria sitodruku. Niestety finalizację rozpoczętego projektu uniemożliwiła śmierć Andy’ego... 2 Jednak z całą pewnością mogę 2 Po śmierci Warhola Aurèle Ricard wystawił w Paryżu plakat „zaginionego psa” zbudowanego ze stopionej smoły i kawałków metalu odzyskanych i poddanych renowacji. Jest to hołd dla pioniera pop-artu, „pies zagubiony w smole” został opisany jako „pierwsze postindustrialne dzieło sztuki”.

80

POST SCRIPTUM

stwierdzić, że ten artysta miał wpływ na moją artystyczną drogę i przesłanie dla ludzkości. W hołdzie Andy’ emu Warholowi, w 1991 roku oświetliłeś obelisk Concorde na żółto. Z tego spektaklu powstał film Żółty obelisk. Teraz zapytam Cię o Grand Palais? Aaaah… Giant Lost Dog. To był monumentalny pies pokryty płatkami złota i równocześnie wirtualny projekt „Lost Dog Connection”. Jest to ponadto zbiór filmów odpowiadających na proste, ważne pytanie: „A ty co straciłeś?”. Katastrofa nuklearna w Fukushimie i jej następstwa – jakie miała dla ciebie znaczenie? W latach dziewięćdziesiątych byłem związany z Japonią. Katastrofa w Fukushimie to jedna z przerażających katastrof naszej cywilizacji. Zgubiliśmy po raz kolejny coś jako ludzkość. Zaangażowałem się w serial Singing in the rain poświęcony kwaśnym deszczom w Fukushimie. Moje Lost Dogs płakały prawdziwie błyszczącymi łzami. Miałem świadomość, że to my jako cywilizacja musimy się nad swoją przyszłością zastanowić. Płacz jest tylko symbolem. Potem były jeszcze wystawy: „Lost Dog No more Fukushima” i „Fukushima mon Amour” w 2014 i 2015 roku, obie w Paryżu. Wracając do dzisiaj. Kilka dni temu miałeś wernisaż wystawy w Mieście Aniołów: „Lost in Los Angeles”. Czy pies się odnalazł? Cel: mobilizacja ludzi, aby odnaleźli siebie!!!


L udzie uśmiechają się na widok mojego

Z agubionego P sa , on odpłaca się tym samym . Jakie są Twoje plany?

Prywatnie: jesteś psem czy kotem?

Nanny Dog, ale nie chciałbym być w skórze tego, który chciałby zrobić krzywdę dziecku. W jednym z internetowych serwisów o sztuce, NoHo Arts District, pojawia się recenzja wystawy „Lost in Los Angeles”: „Bulteriery Aurèle przedstawiają obecny stan ludzkości: wędrowne, urocze, ale jednocześnie niebezpieczne”.

Psem naturalnie.

Czyl twój Lost Dog potrafi pokazać zęby?

Czytając o rasie: nie jest to łagodny piesek. Czy bulterier może ugryźć?

Już pokazał.

Na chwilę zostanę w Stanach Zjednoczonych, dobrze się tutaj czuję. Mam w planach kolejne wystawy, między innymi na Dalekim Wschodzie. Świat boryka się z nowymi problemami, mój bulterier musi być czujny.

Każdy pies oddaje dobro ludziom, którzy traktują go dobrze. Ludzie uśmiechają się na widok mojego Zagubionego Psa, on odpłaca się tym samym. Można spokojnie zostawić dziecko pod jego opieką, to prawdziwy

Dziękuję za rozmowę Aurèle [KBS]

POST SCRIPTUM

81


GDY KWITNĄ CZEREŚNIE

PRZEDJUTRZE

Coraz więcej nóg. Słońce świeci między nimi. Coraz wyżej i wyżej... Aż po brzeg koronek. Aż do spocenia pni wiekowych drzew czereśni. Aż po korek flaszki złotego rumu z miodem.

Późny poranek. Szare jezioro. Tępy dźwięk strzału. Lód pękł pod łyżwą. Suchy szuwar szemrze. Szron strzepuje. Kręcę piruet onomatopeją.

Cmentarna ławka. Stary pijaczek Wspomina kumpli. Kos dźga dżdżownicę, Wiewiórka drapie lastrikowy krzyż, Pszczoła zapyla więdnące kwiaty. Tutaj najlepiej czuje się powrót Życia. Jeszcze kruchego, bladego... Z kilkoma kreskami termometru, Z kłuciem w płucach, ze sroczym skrzeczeniem.

Jutro już tu nie zatańczę. Jutro Południowy wiatr wypełni żagiel. Pomkniemy białą łodzią donikąd, Obsypani pierwszym kwieciem wiosny. Ugotujemy młodą pokrzywę. Z jajkiem - jak szpinak. Z młodym ziemniakiem. Bocian znowu da kotce duży brzuch. Głośniki odgrzeją album Jarre’a. Wzujesz lżejszy but. Zakaszlesz wierzbą. Odmaluję zmęczoną sypialnię.

A tam, w mieście, wyprzedaż zajączków, kurczaczków, Baba na dworcu handluje pęczkami kotków. Trotuary puchną od żonkili, wron, psich srak. Odkryte kabriolety wonieją Paryżem.

Ale to jutro. Dziś rękawiczką Wydrapię w śniegu serce. Niech grzeje.

Alex Sławiński

W opróżnionej flaszce wylądował Skradziony krokus. Świeżo sprzątnięty Nagrobek Janka wygląda godnie. Pijak odchodzi. Jutro tu wróci.

Alex Sławiński

Ü rozdarłeś mnie na papier na kredę i kamień otwartą dłonią która spadła z lustra wprost w moje oczy w kilka chwil od niczego może mój akord był fałszem być może zgubiłam ścieżkę i cień może przerosły mnie gamy pasaże pełne usterek być może zabolała myśl o kobietach które mogłyby zostać moją biologiczną żoną a szły przeklinając historię silną jak biodra być może twoja mama gdzie była wtedy w pobliżu kiedy kopałeś to zwierzę dobrze ułożone w znak zapytania w liść rododendronu w paprotkę i umlaut

Iza Smolarek

PAST nie chcę urazić twojej dumy lekkiej jak pergamin porozkładanej między modną zastawą nie ma dostępu powietrze nie chowa się tu dań w czystych papilotach na straży od wczoraj siedzę na środku stołu z okiem w kieszeni staram się nie płakać nie ma się o co oprzeć to prawda żyrafy te panie śpią na jedno oko gibbony zajmują nam dwie trzecie rozmowy i tylko wyolbrzymiamy środek podczas gdy skóra rozkwita boli płynie kiedy dotyka się czasu przeszłego żywych byłych byłych

Iza Smolarek

82

POST SCRIPTUM


MOŻE TAK BYĆ (?) już od pewnego czasu nie interesuje mnie co w polityce i tv gdzie mecz jest sprzedany a benefis przypomina tort wyskakuje naga hostessa ze złotą szarfą obchodzę coraz mniej świąt nieruchomych ruchome ustanawiam sama piję wytrawne czerwone zachody słońca gorzkawy likier gwiazdy łaskoczą w podniebienie czasem z przyjaciółką z Warszawy pijemy wino opowiada historię o Różewiczu był jak skowronek jego nuta trafia do nieprzerobionych na masę papierową towarową towarzyską tacy ludzie boją się ściśniętego gardła a dla Różewicza literatura nie była zabawą z rzężącym jamnikiem który chowa się pod szafę nie zamykał nie kneblował wierszy nie perfumował głosu takich historii nie słyszałam wiele takich nut nie powtórzą ci co myślą że są poetami starają się usilnie czasem wydają oszczędności i tomik własnym sumptem w drukarni od reklam z nośnym tytułem i okładką też nieznośną moja przyjaciółka nie musi się starać kiedy unosi kieliszek – smakuje zachód słońca w pokoju pachnie Toskanią i wiatrem znad Valle del Maipo może tak być że wino nabiera jedwabistej tekstury dzięki rzece Maipo której źródło znajduje się w Andach na zboczach wulkanu Maipo może tak być że gleba pełna mułu i gliny nadaje bardziej owocowy smak naszym rozmowom o poezji może tak być że moja przyjaciółka jest zdolna czuć więcej i mówić co myśli bo przeszła w życiu niejedną grań i nie były one z tektury ale milczenie o tym uznałabym za bardziej wymowne może tak być że Różewicz też by o tym milczał

WIERSZE NADESŁANE

Małgorzata Anna Bobak Końcowa

POST SCRIPTUM

83 83


Misterium współodczuwania. Mark Rothko Renata

Szpunar

Kubczyk

Gdy zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie. Friedrich Nietzsche Niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem jest jedną z największych męk życia na ziemi. Maria Dąbrowska

Z

anim Mark Rothko wykrystalizował swój bardzo osobisty i niepowtarzalny język wyrażania myśli i emocji poprzez obraz wizualny – długi czas rozmyślał, studiował dzieła greckich starożytnych klasyków i Narodziny tragedii Friedricha Nietzschego. Czy to stamtąd, od starożytnych Greków zaczerpnął swoją ideę tworzenia obrazów przepełnionych energią misteryjnego cyklu dionizyjskiej tragedii ludzkiego życia, podległego nieubłaganemu fatum, które nie zwiastuje niczego dobrego? Tymi, których Mark Rothko podziwiał byli m.in. Rembrandt van Rijn i William Turner. Obaj zafascynowani zjawiskiem światła w obrazie. Turner dodatkowo mocno osadzony w teoriach greckiego filozofa przyrody – Empedoklesa. Tego, który za pramaterię wszechświata - ἀρχή (arche) - uważał cztery żywioły: powietrza, wody, ognia i ziemi. Wydaje się, że spośród wszystkich żywiołów Mark Rothko pozostawił w swoich obrazach tylko powietrze i światło, jako energię życia, która jest na początku – u źródła. Jego dzieła to przedstawienie stanu kiedy świat jeszcze nie powstał, nie określił się w formie. Być może jest to stan pierwotnego chaosu – braku wszelkiej materii. Bezmiernej pustki, pierwotnej próżni, z której ostatecznie wyłonił się w pewnym

84

POST SCRIPTUM

momencie porządek świata – κόσμος (kosmos). Mark Rothko szukał prostoty tam, gdzie świat wydawał się skomplikowany – w samym centrum rozwijającego się Nowego Jorku. Swoją osobistą wizję ładu na płótnie doprowadził do kwintesencji – żywioły zamienił w ciszę, a formę sprowadził do minimalnych podziałów. Stając naprzeciw jego obrazów, odczuwamy bezradność umysłu. Nie ma tu już odniesień do czegokolwiek, co znane i nazwane.

W momencie gdy owo „jak” obejmuje emocje artysty i jest również w stanie wyrażać subtelniejsze przeżycia, jego sztuka staje u początku drogi, na której niechybnie odnajdzie z czasem zagubione „co” – to „co”, które będzie duchowym pokarmem świtającego wewnętrznie przebudzenia. Owo „co” nie będzie już materialne i przedmiotowe, jak w epoce pozostawionej za nami, lecz stanie się treścią artystyczną, duszą sztuki, bez której jej ciało („jak”) nigdy nie będzie mogło żyć pełnym i zdrowym życiem. (W. Kandyński)

Dlaczego wokół malarstwa Marka Rothki narosło tyle kontrowersji – o tak bardzo rozpiętym kolorycie? Jedni widzą w nim wręcz mistyka, a inni – hochsztaplera. Jedni zarzucają mu przystawanie do poglądów marksistowskiego komunizmu, a inni – bratanie się ze światem amerykańskiego kapitalizmu, opartym na sprytnym marketingu. Jedni mitologizują tę postać, czyniąc z niego ostatniego wielkiego romantyka w malarstwie, inni zaś widzą go przez pryzmat przyprawiających o zawrót głowy sum, które osiągają na aukcjach dzieł sztuki jego obrazy. Gdzie zatem leży w miarę obiektywna prawda o malarstwie Marka Rothki? I czy w ogóle w tym przypadku istnieje? Co tak naprawdę chciał wyrazić swoimi obrazami ten, niewątpliwie jednak, wielki artysta? Ja, w swoim rozważaniu na temat tego malarstwa, skupię się na własnych odczuciach, które zapamiętałam z bezpośredniego spotkania z dziełami autora, ponieważ uważam, że w przypadku tego rodzaju sztuki – która bazuje na odwoływaniu się do subtelnego świata naszych emocji – indywidualny kontakt z dziełem artysty odgrywa rolę kluczową. Szczególnie mocno wryły mi się w pamięć jego ostatnie obrazy, jedne


z cyklu tych, które zawisły w kaplicy w Huston. Wszystkie namalowane w jednym z moich ulubionych kolorów – szarości Payne’a. Kilka z nich wisiało obok siebie na jednej muzealnej ścianie, tworząc potężną płaszczyznę przytłaczającego smutku. Coś we mnie zarezonowało z nimi tak mocno, że musiałam natychmiast opuścić tę salę. Dopiero później dowiedziałam się, że Mark Rothko niedługo po namalowaniu tych obrazów, po wieloletniej depresji, popełnił samobójstwo – wiosną 1970 roku, tydzień przed moimi narodzinami.

Zawsze mam w głowie tragiczny sens obrazu. Nie umiem tego wskazać. Nie ma tam czaszek ani kości… (Mark Rothko)

Skąd we mnie taka silna reakcja na obrazy, które były po prostu potężną przestrzenią prostokątów płótna, równo aż po krawędzie zamalowaną delikatnie laserunkową, głęboką, ciemną, nieruchomą i przytłaczającą szarością, bez najdrobniejszego przebłysku światła? Czy tak zadziałał na mnie ten brak poruszenia w obrazie, który był tylko duszną nieruchomością niedającą żadnej nadziei?

Widz czuje, że jest uwięziony w sali. A wszystkie drzwi i okna są zamurowane. Można już tylko walić głową w mur… Bez końca. (M. R.) Dlaczego obrazy Marka Rothki tak silnie uderzają w naszą emocjonalną nieświadomość? Czy to kwestia ich wielkości, kolorów, ich wewnętrznego światła lub mroku, kształtów ich prostych form, ich niezwykłej wibrującej barwami powierzchni? Zapewne to za sprawą wszystkich tych czynników – stąd taka siła ich oddziaływania. Dlaczego więc tak się dzieje tylko u niektórych odbiorców tych dzieł? Może dlatego, że obrazy Marka Rothki działają jak lustro.

Black on Maroon, 1959, olej, akryl i tempera na płótnie; Tate Gallery; foto: Renata Cygan

Wydobywają z nas, poprzez rezonowanie emocjonalno-uczuciowe wywołane kolorem, te stany, które już w nas są. I tylko, lub może raczej, aż tyle. Być może przez te obrazy zaglądamy tak naprawdę w głąb siebie. Do swoich ukrytych uczuć. I jeśli ty widzisz w tych obrazach medytacyjny spokój – to może w tobie jest pokój i medytacja. A jeśli ja widzę smutek lub niepokój – to jest on mój. Gdyby go we mnie nie było, to by tak się nie zadziało. Może więc magia oddziaływania tych obrazów polega na naszym indywidualnym rezonansie z tym, co jest w nas?... Ich wibrujący kolor jest bodźcem, który działa, skojarzenia zaś pochodzą z naszego wnętrza. Może... W tym momencie muszę sięgnąć do wiedzy z zakresu dyscypliny naukowej zwanej neuroestetyką, na którą składają się badania nad neurobiologią, psychologią

i fizjologią naszej percepcji wzrokowej – bo to tutaj, być może, jest ukryta odpowiedź na pytanie: dlaczego jedni przed obrazami Rothki doświadczają przeżyć wręcz z gatunku mistycznych, a inni zaledwie estetycznych? Przypuszczalnie to w zróżnicowanej indywidualnie anatomii i biochemii naszych mózgów, oraz różnej wrażliwości neuronów na bodźce wzrokowe, np. kolory, tkwi rozwiązanie tej zagadki. Stąd jedni widzą większe ich spektrum, a inni mniejsze. Posiadamy różnie wykształcone i rozbudowane obszary mózgu, np. ciało migdałowate, które decyduje o naszej empatii. Dlatego nie da się nakazać sobie widzenia w zgodzie z opinią drugiego człowieka, bo to się nigdy nie pokryje i nie uda. Można wówczas jedynie przeżywać rodzaj jakiejś konsternacji, że się czegoś nie widzi, lub przeciwnie – widzi więcej niż inni.

POST SCRIPTUM

85


Istnieje również gałąź neurobiologii nazwana neuroteologią, która bada hipotezę, iż posiadamy w mózgu tzw. ośrodek boga – obszar odpowiedzialny za przeżycia religijne, uniesienia i ekstazy. Dlatego niektórzy są z samej swojej natury religijni, a inni ateistyczni, ponieważ w różny sposób aktywizujemy obszary związane z duchowością. Sztuka wizualna wymyka się obiektywnemu opisowi, ponieważ nie można przeczytać czyjegoś opisu, a potem zobaczyć i poczuć to samo. Owszem, można zrobić odwrotnie – najpierw przeżyć doświadczenie wzrokowe, a potem je opisać – ale to nigdy nie pozwoli naprawdę zobaczyć tego samego, co autor tekstu. W tym świetle wiedzy należałoby stwierdzić, że wszyscy mają rację, bo każdy widzi według własnych możliwości poznawczych. I nie możemy wykazać – kto widzi obrazy Marka Rothki najbardziej podobnie jak on sam. To dlatego, że w tym przypadku trzeba bazować na swoim własnym widzeniu, ponieważ nie ma w tych obrazach nic takiego, co dałoby się raz na zawsze zdefiniować jako określoną stałą konkretnego opisu, niezmienny pewnik, bo nie ma tam zawartej żadnej narracji. Nic nie dzieje się w obszarach logosu naszego umysłu – czyli obszarach działania logiki i słowa, pewnego typu matematycznego myślenia. Przed tymi obrazami ta część mózgu zapewne jest najmniej aktywna z uwagi na prostotę ich kompozycji, brak bodźców o graficznym oddziaływaniu. I to pewnie potwierdziłby rezonans elektromagnetyczny. Najbardziej niepotrzebne, moim zdaniem, jest doszukiwanie się ideologicznych przesłanek w działaniu tego artysty. To, czy Rothce bliżej było do kapitalizmu, czy do komunizmu, nie ma przecież żadnego wpływu na działanie jego obrazów. Ta sztuka jest

86

POST SCRIPTUM

zdystansowana od spraw tego świata. W moim odczuciu, przy tak wielkich formatach malowanych w ten sposób, artysta zanurza się bezwiednie w tzw. stan flow – przepływ. Stąd być może Rothko pisał o swoich przeżyciach “religijnych” w trakcie tworzenia... Może określał tak stany medytacyjne, lub euforyczne, które towarzyszą artyście w takich chwilach. Dzisiejsza neurobiologia bada te zjawiska fizjologii mózgu z pomocą rezonansu magnetycznego, odkrywając różnorodność stanów naszego umysłu w zależności od przepływających przezeń fal elektromagnetycznych. A w jaki sposób te indywidualne stany udzielają się odbiorcy poprzez obrazy? Niektórzy dają im się unieść i ponieść, jakby odbierając je całymi sobą. W ten sposób głęboko empatyzują z artystą.

Ludzie, którzy szlochają przed moimi obrazami, doświadczają tego samego religijnego przeżycia co ja, kiedy je maluję. (M. R.) W świetle aktualnej wiedzy z dziedziny neuroestetyki można wysnuć wniosek, że teoretyzowanie na temat sztuki wizualnej – która bazuje głównie na przekazie emocjonalnym – jest bezcelowe, ponieważ próba

zawarcia doświadczeń z obcowania z dziełem sztuki w obrębie słowa, zamyka i zawęża odbiorcy pole do swobodnego przepływu informacji pozaintelektualnych, emocjonalnych. Trzeba rozumieć bowiem, że emocjonalność nie jest kwestią naszego intelektu – lecz spontaniczną i instynktowną reakcją przedrozumową naszego mózgu i całego naszego ciała na napływające do niego bodźce – wizualne, dotykowe, energetyczne, lub inne. A nasze emocje są po prostu złożonymi reakcjami automatycznymi. Być może słuszne byłoby w takim razie porównanie działania tych obrazów do zwizualizowanej muzyki medytacyjnej, np. koncertu na misach tybetańskich, gdyż jest to czysta medytacja kolorem i światłem. Black on Maroon, 1958, olej, akryl i tempera na płótnie; Tate Gallery; foto: Renata Cygan

Jednak żeby wejść w tak głęboki stan wewnętrznej koncentracji, oglądając je, muszą być spełnione konieczne warunki zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne samego odbiorcy. Nie mamy żadnych szans na ten rodzaj przeżycia, widząc je na zatłoczonej wystawie. Oglądający musi się tym obrazom poddać, stracić nad sobą kontrolę. Być im całkowicie uległym. To jakby położyć się swobodnie na falującej powierzchni morza...


Czy zatem Mark Rothko słusznie klasyfikowany jest do twórców amerykańskiego nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego? Tak, ponieważ w jednej z jego gałęzi - color field painting (malarstwie barwnych płaszczyzn) elementem, który z założenia ma najmocniej oddziaływać na emocje odbiorcy, jest właśnie kolor – w kontrolowany sposób rozciągnięty na dużych przestrzeniach płótna – inaczej niż w action-painting (malarstwie gestu), które wynikało z instynktownego i spontanicznego działania twórcy, w głównej mierze bazującego na podświadomości. To nie samo niepodleganie procesu twórczego kontroli umysłu definiuje przynależność do nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego (expressio łac. wyrażać) – lecz to, co jest w nim najistotniejsze – siła oddziaływania obrazu na emocje odbiorcy – jego celowe mocne poruszenie. A tego działania płótnom Marka Rothki w żaden sposób nie można odmówić. U niego w barwach toczy się potężny dramat obrazu. Rothko kolory nazywał aktorami. To one odgrywały w jego dziełach ponadczasową grecką tragedię ludzkiego życia. W moim pojmowaniu, ekspresja to wszelki ruch – życie, emocja – raczej odczuwane tak, jak określił to Friedrich Nietzsche (będący wykładowcą filologii klasycznej na Uniwersytecie w Bazylei) w swojej pierwszej, debiutanckiej książce Narodziny tragedii albo Grecy i pesymizm. Tę książkę czytał Mark Rothko... I może to stąd właśnie wywodził swoje pojmowanie dramatu w obrazie. Chciał wywołać uczucie niepokoju w odbiorcy, bo podobnie jak Nietzsche był zwolennikiem takiej postawy wobec świata. Chodziło mu o przebudzenie uśpionej uwagi oglądających do aktywnego poznania swojej ludzkiej kondycji, o wyrwanie ich ze strefy komfortu, o świadomość własnej egzystencji. O bycie głębokie. W tym przypadku abstrakcyjny ekspresjonizm Marka Rothki –

to nietzscheańska dionizyjskość, misterium przejścia, wtajemniczenia, inicjacji w cykl życia i śmierci, zamknięte w apollińską formę doskonałej sztuki. Uciszony i poskromiony przez człowieczy talent nieokiełznany żywioł, który jest pramaterią i samą istotą życia, pierwotną nieokreślonością i chaosem samego początku. Stanem szalonego upojenia i ekstazy, który niekiedy umożliwia człowiekowi inne, głębsze doświadczenie i zrozumienie rzeczywistości, niż stworzony przez niego samego apolliński pozór uporządkowania i panowania nad materią tego świata. W misteryjnych rytuałach antycznej Grecji – odbywanych na cześć Dionizosa, boga dzikiej natury oraz wiecznego cyklu odradzania się życia ze śmierci – pokazywane były przeciwstawne sobie, lecz zwarte w jednym uścisku pierwotne siły wszechświata, jednoczesne popędy ku konstrukcji i destrukcji. W obrazach Marka Rothki zawiera się więc, według mnie, pewna sprzeczność. I to być może właśnie ona tworzy to, co w sztuce tak cenne i zawsze niezwykłe – napięcie pomiędzy przekazem a formą. Głębokie i silne jak przepaść pomiędzy Erosem a Tanathosem. Ponieważ ten malarz osiąga w obrazach stan idealnej harmonii form i kolorów – nietzscheańską apollińskość: umiar, rozsądek, porządek, opanowanie płótna ludzkim intelektem – a mówi do nas przecież o sprawach przeciwnych – o tym nieuchronnym i dramatycznym elemencie nieopanowanej dionizyjskości, którym jest nieubłagane zmierzanie wszystkiego, co żyje, ku śmierci. By obraz posiadał siłę ekspresji, czyli wyrazu, nie trzeba aż dramatycznego formalnie przekazu, drapieżności i brutalizmu kolorów i kształtów. By oddać dramat gwałtu i wojny nie potrzeba aż krzyku. Dramat ciszy, milczenia i pustki bywa także czeluścią. Cisza też ma swoją ogromną ekspresję. Ona także bywa przemocą. Choć pozornie jest brakiem wszelkiego gwałtu. Markowi Rothko chodziło nie tyle

o analityczne kontemplowanie jego obrazów, ale raczej o głębokie ich przeżywanie całą pełnią swego człowieczeństwa. Przed jego pozornie harmonijnymi, wręcz medytacyjnymi płótnami, ludzie niekiedy doznają silnych i gwałtownych emocji, takich jak głęboki smutek, niepokój i rozpacz. Niektórzy wręcz szlochają. Jakby ten malarz, poprzez swoje dzieło, potrząsał widzem i przywracał nas samym sobie.

Ludzka reakcja jest jedyną rzeczą, która może dać satysfakcję artyście. (M. R.) I właśnie to odczuwanie, a szczególnie współodczuwanie, czyni nas ludźmi. Im silniej i głębiej czujemy, tym bardziej stajemy się człowiekiem. Mark Rothko skupiał się na przekazywaniu tych najmocniejszych emocji – ekstazy, cierpienia, pożądania i lęku. Tym samym swoimi dziełami wciąga nas w głąb przeżywania, w głąb czucia. Rozwija w nas głębię istnienia.

Chcę pokazywać tylko podstawowe ludzkie emocje: cierpienie, ekstazę, ból… Fakt, że ludzie załamują się i płaczą. kiedy stają przed moim obrazem świadczy, że umiem te emocje przekazać. (M. R.) Te monumentalne obrazy, skierowane bezpośrednio do naszych emocji potężnym krzykiem koloru, lub stłumionym jego szeptem, wyrażając dramat egzystencji człowieka, są jak rozpięcie przestrzeni naszego życia pomiędzy dwoma kolumnami: narodzin i śmierci. Rothko twierdził, że to początek podróży do kresu. A te potężne płótna – to miejsce, z którego przyszliśmy, lub w które odejdziemy. Aranżował powierzchnię obrazu poprzez wibrujące płaszczyzny barw, które zdają się wychodzić nam naprzeciw i zagarniać nas w nieskończoną, nieznaną, być może kosmiczną sferę, lub do innego wymiaru.

POST SCRIPTUM

87


To ten właśnie sposób – całkowicie bezpośredniego i silnego oddziaływania na nasze emocje, nie poprzez intelektualną analizę, lecz poprzez zmysł wzroku i głębokie wzruszenie, bezpośrednie dotknięcie naszych uczuć, odczuwane ponad wszelką spekulacją umysłu – to jest ten najważniejszy, według mnie, powód do zaklasyfikowania tego twórcy do nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Ducha prowadzącego do krainy jutra można należycie ocenić tylko przez uczucie (do czego niezbędny jest talent artysty). Teoria jest latarnią oświetlającą skrystalizowane formy dnia wczorajszego, wczorajsze perspektywy. […] Sztuka nigdy nie postępuje za teorią, ani nie wyprzedza praktyki, tylko odwrotnie. Szczególnie zaś na początku wszystko jest kwestią wyczucia. Tylko opierając się o wrażliwość, zwłaszcza na początku drogi, można dojść do prawdy artystycznej. Ogólna konstrukcja dzieła może powstać na przesłankach czysto teoretycznych, ale zysk, będący fundamentem prawdziwej inspiracji twórczej (i jakby jej istotą), nie mógłby nigdy być osiągnięty lub wypracowany, gdyby nie został tchnięty w dzieło przez unoszące nas uczucie. Ponieważ sztuka działa na uczucia, może tego dokonać tylko przez uczucia. Przy najświetniejszych proporcjach, przy najsubtelniejszym wyważeniu, z samych mózgowych wyliczeń i dedukcyjnych deliberacji nigdy nie wyjdzie nic prawdziwego. Właściwe proporcje nie wynikają z obliczeń i nie można znaleźć gotowych, odpowiednich do tego odważników. Proporcje i odważniki są nie na zewnątrz, lecz w artyście; są tym, co można nazwać wyczuciem granicy, artystycznym taktem– cechami artyście wrodzonymi. Spotęgowane przez zachwyt stają się genialnym objawieniem. (W. K.)

Czym w takim razie jest kolor? Z punku widzenia fizyki – wąską częścią widzialnego widma promieniowania, emitującego określone rodzaje energii

88

POST SCRIPTUM

w zależności od długości fali. Dlatego nieświadomie wpływa na nasze emocje i uczucia. Kolory w różny sposób stymulują nasz mózg i już Egipcjanie i Chińczycy łączyli ich wpływ z ideą uzdrawiania, zachęcając do poddawania się ich wpływom na wywoływanie w sobie pewnych stanów świadomości, bądź emocji. Nie jest więc kolor wyłącznie zjawiskiem optycznym, ale niesie z sobą także ciężar emocjonalny. Barwy posiadają przynależne im znaczenie, oddziałując na nasz mózg. W ten sposób sztuka bardzo często prowadzi nas do miejsc, gdzie kończy się już świat czystej logiki i zaczynają przestrzenie emocji.

Kolor bezpośrednio wpływa na duszę. Kolor to klawiatura, oczy to młotki, dusza to fortepian z wieloma strunami. Artysta jest ręką, która gra, dotykając tego czy innego klawisza celowo, aby wprawić struny duszy w drgania. (W. K.) Poezję można tworzyć tylko poprzez układanie kolorów, tak, jak można przekazywać słowa pocieszenia poprzez muzykę. (Vincent van Gogh) Czym jest ta ludzka reakcja na wizualny dramat obrazów Marka Rothki? Być może jest to całkowicie spontaniczna i natychmiastowa emocjonalna odpowiedź płynąca z głębi naszych ciał, na określenie której Grecy posiadali jedno słowo– σπλαγχνίζομαι (splanchnizome) – poruszenie wnętrzności. Właśnie to słowo zostało użyte po raz pierwszy w języku greckim przez św. Łukasza Ewangelistę w nowotestamentowej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie… Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, poruszyły się w nim wnętrzności: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając

je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. (Łk 10, 30-37) Grecy wykazali się tutaj niezwykłą intuicją, którą potwierdza współczesna nauka, dowodząc, że nie tylko mózg jest odpowiedzialny za nasze życie emocjonalne, ale także właśnie i nasze wnętrzności – jelita, które są po mózgu najbardziej unerwioną częścią naszego ciała, tzw. drugim mózgiem, ponieważ to one zawiadują produkcją ważnego neuroprzekaźnika, serotoniny – i serce, o którym naukowcy dziś już wiedzą, że reaguje na nasze uczucia, posiada własną pamięć i może podejmować własne decyzje, od mózgu niezależne. Serce wysyła informacje bezpośrednio do ciała migdałowatego – części mózgu odpowiedzialnej za naszą empatię. Niezwykłe jest to, udowodnione naukowo, współbrzmienie serca z naszą uczuciowością. To właśnie z tego powodu tak głęboko, często wręcz całym organizmem, odczuwamy wszelkie wzruszenia emocjonalne. Może i dlatego także, nie potrzeba nam analiz umysłem, by zareagować empatią na ból bliźniego. To właśnie σπλαγχνίζομαι powoduje, że zanim spekulatywny umysł rozważy opłacalność przedsięwzięcia przez nas czynów – człowiek instynktownie broni, lub ratuje drugiego człowieka. Bo poruszenie wnętrzności aż boli, przeszywa jakby na przestrzał, i nie pozwala na bierność. I może to właśnie σπλαγχνίζομαι– instynktowna reakcja głębokiej empatii całego naszego ciała na komunikat płynący ze strony drugiego człowieka – jest największą szansą bliskiego z nim porozumienia. Nie tylko poprzez mózg, którego zdolności poznawcze neurobiologia mocno wśród nas różnicuje, nie poprzez logos – lecz poprzez emanację całego naszego ciała mamy możliwość doświadczyć bliskości porozumienia z drugim człowiekiem.


O to właśnie chodziło Markowi Rothce – o poruszenie naszych wnętrzności, potrząśnięcie nami mocno - aż do głębi naszej ludzkiej istoty, o dotknięcie wprost serca. O niepokój, spowodowany dogłębnym współodczuwaniem. Jest to możliwe poprzez sztukę, lecz jedynie wtedy, gdy zaangażujemy w proces poznawczy całych siebie – poddamy się tym obrazom w zupełności.

[…] ludzie wrażliwi nie mogą przebywać w pokoju, w którym znajdował się człowiek im nieprzyjazny, nawet jeżeli zupełnie nie wiedzieli o jego obecności. (W. K.)

Obraz żyje dzięki towarzystwu. Rośnie i ożywa w oczach wrażliwego obserwatora. Tak też umiera. Dlatego ryzykowne i bezwzględne jest wysyłanie go w świat. (M. R.) Faktyczny dramat Marka Rothki zaczyna się więc w chwili, gdy jego obrazy opuściły pracownię– bo okazuje się, że wymykają się jednoznacznemu odbiorowi. Jakby w nich samych był już zawarty ludzki dramat niemożności pełnego porozumienia z drugim człowiekiem– dramat braku współodczuwania. I utopijne pragnienie tego, co wydaje się często niemożliwe, a co tak bardzo stara się przezwyciężyć w nas Sztuka.

Sztuka przemawia specyficznym językiem od rzeczy do duszy. Jest dla duszy chlebem powszednim, którym możemy karmić się tylko w tej formie. Jeżeli sztuka uchyli się od tej misji, pozostanie po niej niewypełniona luka, nic jej bowiem nie może zastąpić. W czasach, gdy ludzie żyją intensywniej duchowo, także i ona jest żywotniejsza, a to dlatego, że ludzki duch i sztuka powiązane są wzajemnie przez wielorakie wpływanie na siebie i uzupełnianie się. Natomiast w czasach, kiedy dusza jest lekceważona i otępiana przez materializm, niewiarę i płynące stąd zainteresowanie wyłącznie praktycznymi celami, rzecz ma się inaczej. […] Więzy łączące sztukę z człowiekiem zostają przez to na pół zerwane. Mści się to natychmiast, ponieważ artysta i publiczność (dialogujący za pomocą tego duchowego języka) przestają rozumieć się; ta ostatnia odwraca się plecami do malarza, widząc w nim najwyżej kuglarza podziwianego za efektowną zręczność i pomysłowość. O uzdrowienie sytuacji powinien starać się przede wszystkim artysta uznający swe zobowiązania wobec sztuki, a przez to i wobec siebie. […] Artysta musi mieć coś do powiedzenia, ponieważ jego głównym zadaniem nie jest opanowanie formy, ale dostosowanie jej do treści.(W.K.)

Kiedy byłem młodszym, sztuka była samotna. Nie było galerii, kolekcjonerów, krytyków, ani pieniędzy… A jednak to były złote czasy. Bo nie mieliśmy nic do stracenia, za to wizję do przekazania. Dziś nie jest tak samo – to czas paplaniny, ruchliwości, konsumpcji… Jaki stan jest lepszy dla świata – nie będę dyskutował. Wiem jednak, że wielu z tych, których sprowadzono na ten świat, desperacko poszukuje oaz ciszy, gdzie mogliby się zakorzenić i rosnąć. Musimy wszyscy wierzyć, że je znajdziemy… (M.R.) Być może uda ci się kiedyś opuścić tłum i stanąć zupełnie samotnie przed obrazem Marka Rothki – zrób wtedy to, o co prosił ten artysta: stań bardzo blisko jego obrazu, by ten wypełnił całe twoje pole widzenia, otoczył cię sobą wokół… Byś był w nim. Wpatruj się w niego długo… Tak bardzo długo, aż ten, położony wieloma delikatnymi warstwami, postrzępiony miękko na krawędziach kolor, przestanie dla ciebie być pospolitym tworzywem– i zacznie falować, unosić się, wzdymać i wypływać z płótna substancją wszechświata ku tobie, i pochłaniać cię w głąb siebie. Poddaj się temu bezgranicznie ufnie i pozwól sobie zanurzyć się w niego głęboko. I daj unieść się tam, gdzie nawet nie wyobrażasz sobie, że pójść możesz… I wówczas, być może, uda ci się doświadczyć zespolenia z drugim człowiekiem za sprawą jego dzieła. Spełnić największe marzenie artysty. [RSK]

RENATA SZPUNAR KUBCZYK Black on Maroon, 1958, olej, akryl i tempera na płótnie; Tate Gallery; foto: Renata Cygan

Black on Maroon, 1958, olej, akryl i tempera na płótnie; Tate Gallery; foto: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

89


AGNIESZKA MASALYTĖ Agnieszka Masalytė – ur. 10 lutego 1995 w Wilnie. Ukończyła Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Wilnie. Już od lat szkolnych brała udział w konkursach recytatorskich, pisała wiersze, uczestniczyła w konkursach literackich, które dały możliwość pierwszym próbkom literackim ujrzeć światło dzienne. Debiutowała w 2011 wierszem Nadzieja w „Rocie“ – dodatku do „Tygodnika Wileńszczyzny“. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Wileńskim. Swoją pracę licencjacką poświęciła analizie zjawiska i twórczości grupy literackiej Wileńszczyzny „Nowa Awangarda Wileńska”. W 2016 wiersze poetki ukazały się w antologii młodych poetów Wileńszczyzny W zakolu Wilii. Jej wiersze były publikowane m.in. w „Zeszytach Ciechanowskich” i kwartalniku „Znad Wilii” i przełożone na języki: litewski oraz grecki. Od 2018 tłumaczy poezję z języka litewskiego na polski oraz z polskiego na litewski.

RANDKA Z WILNEM Tu wąska uliczka, tam dach łaskocze chmury. Nieudane graffiti, odłamki baroku, Wilia leniwie płynąca, nie ma dokąd się śpieszyć, ty też przy niej chętnie zwalniasz kroku. Siadasz pod starym drzewem i z dala od ludzi. Nucisz dawną piosenkę sprzed wielu laty. Pieścisz okiem łakomie wysmukłość gotyku, gubisz rzeczywistość, zapominasz daty. Jesteś na randce z Wilnem. Nikogo ci nie trzeba. Wolisz go bardziej niż zamorskie skrawki nieba.

KTO NIE CZYTA POEZJI Kto nie czyta poezji, nie naraża się na niebezpieczeństwo. Nie uzależnia się od przeczytanych strof, nie zapamiętuje rymów, nie wierzy, że poezja to most łączący ludzi, którzy mają do powiedzenia tak dużo i w tak krótki sposób. Kto nie czyta poezji, nie boi się spojrzeć w oczy dniu jutrzejszemu, nie tonie w otchłaniach białych niezapełnionych pól, nie rani go czasem ostra czcionka zbyt miękkich słów, które zostają w pamięci tak długo.

90

90

POST SCRIPTUM


Foto: Renata Cygan

91 POST SCRIPTUM

91


ŻÓŁTY

świat Oli

To normalne, że dzieci i młodzież uczestniczą w konkursach literackich. Zdobywają nagrody. Są dumą szkoły. Dlatego być może nie było nic szczególnego w tym, że Ola Wilk, uczennica warszawskiego gimnazjum, zdobyła nagrodę za wiersz „Inny tancerz”. Ale ona wie, że od tego się wszystko zaczęło. I dlatego za szczególne wydarzenie uznać to wypada.

W

czoraj Ola skończyła 19 lat, za dwa dni zdaje maturę. Ale chce się spotkać, książki niech odpoczną. Ona też. Przyjedzie. Czekam z kawą. Na pierwszy ogień idzie Inny tancerz. Pytam o tekst. Ola zaczyna recytować. „on tańczy ze mną ale nikt nie wierzy że zna kroki prowadzi mnie za rękę ale nikt nie wierzy że mnie nie zgubi ma ruchy inne niż wszyscy mają intrygujące zwinnie przechodzi z jednej do drugiej pozycji wszyscy patrzą na niego ale nie z podziwem czy nie widzą jak dobrze tańczy…”

92

POST SCRIPTUM

Tworzyły razem z nią świat magiczny, tajemniczy, niezwykły. Powieść leży do dziś w szufladzie, nie było warunków, by ją wydać. Ale w każdej złej chwili sięgała po nią i przenosiła się w lepszy świat. To wszystko, co przelewała na kartki, pomagało jej pokonać smutek, ból, uciec od codzienności trudnej, przytłaczającej, w jakiej przyszło jej spędzać dzieciństwo. Rozmawiamy otwarcie, ale stawiam barierę. Proszę, by wyznaczyła granice, które uszanuję.

Konkurs na wiersz ogłoszony został przez Stowarzyszenie Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa „Bardziej kochani”. 13-letnia Ola zmierzyła się z tym wyzwaniem. Z sukcesem. Sprawdziła się w niełatwym temacie. Przez kolejne 6 lat, jakie od tego czasu upłynęły, sprawdzała się, pokonywała bariery, a nawet przeciwstawiła się naturze… No właśnie. Natura. Stworzyła ją jako osobę praworęczną. Ale Ola lubi burzyć bariery. Kupiła książeczki ze szlaczkami. Nie dała lewej ręce próżnować. Ćwiczyła, ćwiczyła, aż wyćwiczyła. Do tego stopnia, że obecnie w zeszycie po lewej stronie pisze lewą ręką, po prawej prawą. Nie męczy się, operuje obiema bardzo sprawnie. A to było bardzo ważne, bo… No właśnie, ważne, bo Ola zaczęła wtedy pisać powieść. Zainspirował ją sen z dzieciństwa, a jego fabuła nie chciała odejść w zapomnienie. Wyobraźnia zaczęła pracę na pełen etat. Młoda autorka widziała rzeczy, których nie ma.

– Nie. – Uśmiecha się. – Rozmawiajmy o wszystkim, jestem bardzo otwarta. Chcę, żeby to wszystko wyszło, to ważne. Dlatego nie będę nic ukrywać. Rodzina była bardzo poprawna na zewnątrz, pełna, dzieci dobrze ułożone, uczyłam się gry na skrzypcach, gram na pianinie. Ale to było na pokaz. Tylko. W środku natomiast – wszystko bardzo toksyczne. Bardzo. Rodzice niesamowicie się niszczyli. Trzeba było uciekać. Choćby w wyimaginowany świat. Robię drugą kawę, a Ola uderza w struny gitary. Pięknie, melodyjnie. Lubię też, jak gra na skrzypcach. I na pianinie. I jak gra na scenie. Bo gra. W kabarecie, który założyłam i od siedemnastu lat prowadzę. Jest świetna. Ale teraz słucham jej gitary. I odgaduję, że zaraz dotknie bardzo bolesnego tematu, dlatego próbuje muzyką złagodzić piętrzące się myśli. – Dusia – mówi opanowanym głosem – dziękuję, że mogę zaśpiewać Żółte kwiaty na scenie. One są chyba lekiem. Może pomogą, tak myślę… Oczywiście, że zaśpiewa. W najbliższym programie. I tu zdradzę coś za zgodą Oli, a może nawet na jej prośbę. Chociaż nawet jak piszę, nie czuję się komfortowo. A co dopiero ona musiała czuć, przeżywać, pokonać. Tata popełnił samobójstwo. Kilka dni po jej osiemnastych urodzinach, dokładnie w jej imieniny. Kiedy próbował rok wcześniej, dokładnie w siedemnaste


urodziny Oli, informując ją telefonicznie, ubłagała go, by przyjechał. Wtedy go uratowała. Tym razem nie miała takiej możliwości. Ale obarcza się winą. – Wiesz – cicho mówi Ola – tak strasznie mi go brakuje. Życie bym oddała, żeby był znowu. I śni mi się co noc. Pewnie zapytasz, dlaczego żółte kwiaty. Uprzedzę pytanie. Żółty jest dla mnie najpiękniejszy. Jak mam na sobie coś żółtego albo żółty jest w pobliżu, to czuję wielkie szczęście. Ukochany kolor. Wszystko, co fascynujące, musi być żółte. I ja tacie chcę te kwiaty podarować piosenką… Oto fragment: „żółte kwiaty dla ciebie uszyję z pozostałości gwiazd na niebie na żółtej podam je tacy przyprawię żółtą kokardą podpiszę żółtym markerem żebyś nie miał cienia wątpliwości i zostawię gdzieś pod drzewem w czasie burzy (…) żółte kwiaty są uszyte tylko po to by nie zwiędły” Rozmawiamy jeszcze długo. Ale tu zostawiamy ten wątek. Uważam go za zbyt osobisty. W dalszą podróż po meandrach życia zabieramy tylko kolor żółty. I dodajemy jeszcze kilka. Po to, aby można było zapowiedzieć Wojnę Kolorów. – Denerwuje mnie – Ola kręci głową – że ludzie narzucili pewne filtry. Jak czarny, to człowiek smutny, żałoba. Zresztą na pogrzebach niemal obowiązkowy. W innych sytuacjach podpowiadają, że tu koniecznie w tym, a w tym nie wypada. Powstał we mnie bunt. I stąd wziął się najpierw wiersz, który był inspiracją do napisania powieści. O kobietach i czterech kolorach, z którymi nierozerwalnie

były połączone ich cechy, charaktery, wizerunki. Ten wiersz zainspirował powieść, którą właśnie kończę. Nie do szuflady. To, co zadziało się w głowie młodej autorki, to był dla mnie, przyznam, kosmos. Tyle pomysłów, tyle różnych zdarzeń, malowanych oczami wyobraźni. Ograniczę się tylko do kilku zdań. Książka ma się bronić sama, a sięgać po nią należy – jak po każdą – niczym po tajemnicę. Czytelnicy znajdą się więc w czterech królestwach-światach, którymi rządzić będą: Lady in Yellow, Lady in Blue, Lady in Green i Lady in Black. A główna bohaterka, Emili, jest bez koloru. Ola zabiera się do drugiego tomu i po maturze robi rok przerwy, by zrealizować najważniejsze plany. Potem studia w Wielkiej Brytanii. Ale plany najbliższe to… Oczywiście książka. A także… stworzenie własnej marki odzieżowej. Modele będą przeznaczone dla wszystkich chętnych, oczywiście, ale projektując, chce mieć na uwadze przedział wiekowy 18-30 lat. Kolory – łatwo się domyślić. Będą to kolekcje Lady in Yellow, Lady in Blue, Lady in Green, Lady in Black i dodatkowo Lady in Red oraz Lady in White. Żadnego innego koloru u Oli się nie kupi. Ale to nie koniec planów. Do każdego modelu wraz z metką zostanie dołączona koperta z historią. A ta historia to będzie opowiadanie, w którym rolę istotną odgrywa ta konkretna sztuka odzieży. Natomiast filmiki promujące kolekcje będą nierozerwalnie powiązane z książką. I nie na modelkach będzie się oglądać i podziwiać projekty. Filmy będą się składać ze scenek z postaciami z Wojny Kolorów, a w scenki wpleciona zostanie promocja kolekcji. Ola opowiada mi o tym z taką pasją, że nie mogę ani przez chwilę wątpić w sukces jej planów. O filmiki się nie martwię, robi ich mnóstwo, kończy szkołę o profilu filmowym. A reszta?

O resztę też jestem spokojna. W jej otoczeniu są ludzie o przeróżnych zainteresowaniach, o różnych profilach, bardzo się wspierają. Ola zdradziła mi, że już jej podpowiadają, szukają kontaktów, pomagają przetrzeć szlaki. To ludzie twórczy, niesztampowi. Na moje pytanie, czy nie za duże to wyzwanie, czy da radę – odpowiada: „Dusia, jak przyjaźnisz się z pięcioma milionerami, to będziesz szóstym”. Zaciekawiła mnie kolekcja Lady in Black. Mój kolor. Ale na razie czekam na książkę. W dodatku napisaną z pokonaniem jeszcze jednej bariery. Ola musiała nauczyć się pisać na maszynie. Bo jej książka tak ma się właśnie rodzić. Najpierw maszyna, zupełnie inny klimat przetwarzania myśli, a potem dopiero klawiatura laptopa. I tu klawiatura i tu klawiatura, a jaka ogromna różnica. Metaforycznie gaszę światło. Zapalam żółtą lampkę dla Oli. Na szczęście… [WDS]

Wanda Dusia Stańczak

POST SCRIPTUM

93


LIST DO R. Katarzyna Brus-Sawczuk „– Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Romeo tak szybko połknął truciznę. Mógł trochę poczekać. – W tamtych czasach to było normalne.”1 Romanie, Mój mężczyzno, z którym chciałam spędzić życie. No właśnie. Jaki miał być ten mężczyzna, z którym pragnęłam się dzielić troskami, sprawami dnia codziennego, także tymi wzniosłymi; wspierać, starzeć z dumą i bez wstydu, że mija czas? Ostatnie dni wzbudzają we mnie dużo refleksji. Zewnętrzny świat nie skłania do radości, zmęczenie potrafi rodzić konflikty. Odpowiadając na postawione pytanie: Szalony, bo nie lubię ludzi bezbarwnych, źle się z takimi czuję i momentalnie okazuję im, że mnie nie interesują. Inteligentny, bo wszystko zaczyna się w mózgu, a seks przede wszystkim tam ma swoje korzenie. Silny psychicznie. Pragnęłam, aby był mocniejszy ode mnie – pani Siłaczki, choć czasem miewam też słabe chwile. Chciałam, aby mnie rozumiał. Aby pomagał mi realizować się w życiu – rzecz jasna, ja byłam gotowa na dawanie tego samego. Aby był dla mnie murem z prawdziwej cegły. Wiem, że w związkach najważniejsze jest obustronne zaufanie. Mężczyzna, który miał dać mi wszystko, a nie tylko trochę. 1 John Travolta, Karen Lynn Gorney – Gorączka Sobotniej Nocy.

94

POST SCRIPTUM

W moich związkach dawałam więcej, niż dostawałam. Być może dawałam więcej, niż oczekiwałam. Związek jest szczęśliwy, jeśli obie strony dają tyle samo dobrego i tyleż samo otrzymują. Chciałam otrzymywać tyle samo, a może nawet odrobinę więcej…

zatrzymał się, a telefon milczał. Po miesiącu pojawił się bunt. Potłukłam sporo naczyń, wyżywałam się na psie i kocie, na znajomych i współpracownikach. Nie zostawiłam suchej nitki na córce. Następnie przyszedł czas podsumowań.

Szczególną wartość ma wspólne spędzanie czasu. Radość z takich chwil. Oczy, w których obie strony widzą swoje odbicie. Rozświetlone blaskiem.

Nie wiem, co się wydarzyło. Nie dałeś mi szansy, abym zrozumiała. Brak informacji jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać zakochaną kobietę. Zniknąłeś, nie czując się zobowiązanym do żadnego tłumaczenia. Najwyraźniej kochałam cię bardziej, a ty być może niedostatecznie. Stało się, a moja wyobraźnia już nie musi sobie nic wyobrażać. Przyznasz mi rację, że jeśli to ja zniknęłabym, to ty – gwałtownik, mężczyzna pierwotny – wyobraziłbyś sobie kataklizm. A może tylko tak mi się wydaje? Lub chciałabym w to wierzyć. Mierząc mnie inną miarką niż siebie (a może wiedząc coś o sobie – miarką domyślną i adekwatną), gdybym to ja zniknęła, od razu wykreśliłbyś mnie całkowicie ze swojego życia. Przerysowane? Może.

Najlepszym jednak sprawdzianem dla związku jest problem, sytuacja ekstremalna. Mój mężczyzna powinien akceptować moje poczucie wolności. Nie oznacza to akceptacji nielojalności. Powinien mądrze mnie kochać. Jestem szalona, ale wiem, że posiadam w sobie rozsądek i poczucie niezachwianej odpowiedzialności. Chciałam, aby on był również odpowiedzialny w naszym związku. Z takim mężczyzną pragnęłam stworzyć dobry dom. Czy to byłeś ty? Przeczytaj uważnie to, co napisałam. Zniknąłeś. Nie miałam z tobą kontaktu przez miesiąc. Krótko czy długo? Wypłakałam łzy, chyba nie ma już ani jednej. Zanim przyszły przemyślenia, chodziłam jak nieprzytomna. Nie mogłam spać, ani jeść. Nie chciałam kontaktu z przyjaciółmi. Z trudem zmuszałam się do pójścia do pracy. Świat

Uciąłeś skutecznie kontakt z kilkoma kobietami przede mną. Tę pierwszą zmusiłeś do tego, aby to ona była stroną, która podjęła decyzję o rozstaniu. Drugą stopniowo „odzwyczajałeś” od siebie przez ponad dziesięć lat. Trzeciej pozbyłeś się nie na ścieżce wojennej – wyeliminowałeś ją swoją ignorancją. Za każdym razem proces przebiegał na twoich warunkach.


NOWOŚCI

WYDAWNICZE

Pokazałeś mi to swoim zachowaniem. Tego, czego nie pokazałeś, domyślam się, bo jestem dobrym obserwatorem. Choć niestety moja intuicja zawiodła mnie z kretesem. Nie jestem kobietą bez zainteresowań i bez celów w życiu, poza jedynym celem którym miałbyś być ty. Nie jestem również osobą bez przyszłości. Mam pasję, cieszy mnie wiele rzeczy i choć jestem wrażliwa, to silna. Mam pracę, a życie, które postawiło mnie wiele razy w trudnych sytuacjach, pokazało, że radzę sobie z nimi. Płaczę, oczyszczam się i staję do nowej walki. Żałoba jest procesem. W którymś momencie dobiega końca. Zrozumiałam – historia lubi się powtarzać. Nie byłam kimś lepszym lub gorszym. Byłam nimi wszystkimi. Tymi kobietami. Imiennymi i bezimiennymi. Musiałam przejść drogę, aby dojść do punktu, w którym ze spokojem do ciebie piszę. Jeśli przeczytasz– dobrze, jeśli nie – również wspaniale.

MAGDALENA PIEKORZ DZIENNIK POETYCKI Wydawnictwo: Austeria Projekt okładki: Sabina Wojtasiak

BARBARA GRUSZKA-ZYCH MÓJ CUKIERECZEK Wydawnictwo: Działania wizualne Projekt okładki: Dalibor Momcilovic

KROPLE Z PARASOLA Międzynarodowa Antologia SAP Redakcja: Wanda Dusia Stańczak Wydanie, skład i redakcja techniczna: Kazimierz Linda Projekt okładki: Renata Cygan

DANUTA BLASZAK i ANNA MARIA MICKIEWICZ

DO ZOBACZENIA (Literary Waves, Londyn 2021 we współpracy z wydawnictwem Dreammee Little City, USA), Projekt Okladki: Agnieszka Herman

Mój mężczyzna powinien być jednoznaczny. Powinien umieć podejmować decyzje i być za nie odpowiedzialny. Przed podjęciem decyzji nikt nie wie, jakie będą jej konsekwencje. Mężczyzna,który jest dobry dla mnie, nie przeoczy rzeczy ważnych. Więc to ja dzisiaj podejmuję decyzję. Julka. PS. Temu wymarzonemu dam czerwone jabłko. Będę go kusić i pójdzie za mną. Świadomie. Tam, gdzie jest raj, zaczekam na niego. [KBS]

JULIUSZ WĄTROBA, RENATA CYGAN OLŚNIENIA Wydawnictwo: Związek Literatów Polskich Oddz. Katowice Projekt okładki: Renata Cygan

WANDA DUSIA STAŃCZAK KROPLE SŁÓW Wydanie, skład i red. techniczna: Kazimierz Linda Projekt okładki: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

95


WIERSZOPIOSENKI PRZEMYSŁAWA WRÓBLEWSKIEGO

BEZ WŁAŚCIWOŚCI za oklejoną folią szybą tylko zarysy bez konkretów ten nieistotny chyba widok świt przypomina albo wieczór kiedy niepewny światła migot zarys człowieka rys postaci ruch wytłumiony jakby stygnął nie całkiem jasne co on znaczy bez właściwości jego wygląd trudno to jakoś wytłumaczyć porusza się lecz jakby nie żył żyje lecz życiem pożyczonym choć nie rozumie własnych przeżyć próbuje dostrzec jasne strony tak by nie wierząc móc uwierzyć tak aby pojąć rzeczywistość która rozmywa jego postać zaakceptować oczywistość faktu że musi tu pozostać i więdnąc mimo wszystko kwitnąć często zastyga w niemożności ciężar refleksji go przygniata przekora tonie w uległości wobec wieczności wobec świata w którym tak trudno się umościć w którym nie dane nic na stałe staje się z czasem tylko mitem nieuprawnionym w sercu żalem wśród śpiewu wiosny cichym zgrzytem bez właściwości niemal wcale

96

POST SCRIPTUM

COKOLWIEK ZNACZY cokolwiek znaczy zakochanie pragniesz go jak niczego przedtem jak nigdy i niczego potem o czym byś mógł powiedzieć szeptem cokolwiek znaczy słowo miłość tęsknotę po nim nosisz w sobie głęboko czułą i najczystszą zamkniętą w jednym prostym słowie cokolwiek znaczy w niej wytrwanie dopóki tli się w środku płomyk do łzy ostatniej kropli walczysz oddając serce swe na dłoni cokolwiek znaczy ból rozstania nieznośny jak na skórze cięcie próbujesz płynąć z wodą w płucach by nie pogrążyć się w odmęcie cokolwiek znaczy niecierpliwość co dławi wszędzie albo nigdzie to jedno trzyma cię przy zmysłach wiara że kiedyś znowu przyjdzie a kiedy otrzesz się o niebyt zanim cię złe ogarną cienie pomyśl że może to uczucie cokolwiek znaczy ma znaczenie


PIOSENKA PRZYTULNA

PEJZAŻ WEWNĘTRZNY (za A. Stasiukiem) obrazy myśli i idee ciągle kolejne i następne na duszy ryją ślad i ciele postępujące i podstępne wijąca rzeka na równinie podmywa brzegi żłobi wąwóz zagłębia się jak język w ślinie dodając wodzie odcień brązu zjawiają się by szybko zniknąć ludzkie postacie znów po stracie coś chcą powiedzieć jednak milkną zostając w swoim dylemacie winy nie mają tu znaczenia są nieistotne jak zasługi ktoś trwa choć świat się wokół zmienia kogoś zabiorą deszczu strugi wyborem wolność jest wyboru w tym wymyślonym krajobrazie własny niepokój osią sporu gdy się spokojnie w poprzek kładzie trochę leniwie nie od razu świętoszkowaci bo nie święci poczęte dzieci krajobrazu bohaterowie bez pamięci mogą się nagłej oddać cnocie albo upodlić zgubnym czynem ich wolna wola jest w istocie tym co stanowi praprzyczynę ukształtowani przez krajobraz zarysem prostym i odręcznym dla zrozumienia własnych doznań szkicują pejzaż swój wewnętrzny

na deszczowe chłody gdy nadchodzi jesień na zawroty głowy gdy się szarość niesie kiedy dzień tak krótki że nam niknie w oczach na krople za oknem i na ciepło koca przytulmy się! mimo ryzyka mimo że strzyka miło gdy ciało się z ciałem styka przytulmy się! na ten schyłek lata coraz bardziej słotny który czas zamiata motywem ulotnym na mgiełki na polach i rosę na niebie samotni w niedolach podejdźmy do siebie, i przytulmy się! mimo ryzyka mimo że strzyka miło gdy ciało się z ciałem styka przytulmy się! na zakręty życia na niedługie proste na małe odkrycia możliwie radosne bądźmy blisko siebie tak często jak można żeby nas uniosła krótka chwila doznań przytulmy się! mimo ryzyka mimo że strzyka miło gdy ciało się z ciałem styka przytulmy się!

CZTERY DNI (W. Bonowiczowi) od nadziei poranka do zmęczenia wieczoru oczekiwań i potrzeb wśród zatargów i sporów pośród tego co drażni i rokuje złowieszczo kiedy światło zanika i odchodzi w zaprzeszłość od porannej depresji do wieczoru w zwątpieniu kiedy cele majaczą lub chowają się w cieniu gdy samotność przygniata swoim butem do ziemi nie wiadomo jak duszę choć w połowie dotlenić od zmęczenia po nocy do euforii wieczoru gdy się myśli zmieniają i tabletki pospołu gdy jak pisarz napisał czując życia ukłucie nie pieniądze lecz chemia daje szczęścia poczucie od skowronków o świcie do wieczoru w radości gdy już wszystko co przykre nie przenika do kości coś się w końcu układa by nie myśleć o końcu chce się życie pochłaniać sześć tygodni w miesiącu

POST SCRIPTUM

97


Kobieta w kwiecistej sukience czyli opowieść zapisana w bliznach Marcin

K

obieta opiera się o płot. Wysoka, szczupła. Całe ramię ma pokryte bliznami. Uśmiecha się. Wygląda zwiewnie, dziewczęco w tej krótkiej, kwiecistej sukience, którą ma na sobie. Tylko twarz do niej nie pasuje. Pokryta siecią zmartwień, jakby należała do znacznie starszej kobiety. – Panie Marcinie... – Zna moje imię, choć ja nie znam jej. Wiem, że mieszka gdzieś w pobliżu. Mówimy sobie „dzień dobry”. Nic więcej o niej nie wiem. – Eksmitują mnie. Mój były mąż, pijak, mnie załatwił. Gdzie ja się podzieję z dziećmi? – Mąż pijak jest jedną z blizn na jej ramieniu. A może wszystkimi? – Chodziłam, pytałam po domach, czy ktoś jakiej przybudówki nie ma do wynajęcia, ale nikt nie chce. Mieszkania nie wynajmę. To teraz tysiąc czterysta złotych. A ja tyle mam pensji na miesiąc. Wcześniej dorabiałam na sprzątaniu, ale teraz to już nie mogę. Kręgosłup mi wysiadł. Lekarz mówi, żeby ciężko nie pracować. I tak pracuję ciężko, na zmiany. Co on wie o życiu? Jak mam nie pracować? A za co jedzenie kupić? Węgiel na zimę za co? Te pięćset dostaję, ale tylko na młodsze dziecko, bo starszy już osiemnaście lat skończył, choć jeszcze do technikum chodzi. Żyć jakoś się da, ale na wynajem nie mam. Mieszkanie socjalne mam dostać we wsi, trzydzieści kilometrów stąd. Patrzyłam. Warunki straszne. Milknie na chwilę, jakby zbierała siły. – Łazienki nie ma. Córka szkołę będzie musiała zmienić. Koleżanki zostawić. Z synem będziemy dojeżdżać do miasta, to i pieniądze na dojazdy pójdą. Żebrać mi przyjdzie. W jej oczach zaszkliły się łzy. Dotyka mnie dłonią. Właściwie się oparła o moją pierś. Jakoś tak

98

POST SCRIPTUM

Laskowski

odruchowo chyba. Zawstydzona chowa rękę za siebie i uśmiecha się nieśmiało. Znowu wygląda dziewczęco. – Mówiłam dzieciom, że to jak wakacje. Że to taka przygoda. Nie wierzą. Córka płacze, syn się nie odzywa… – Ona też milknie. Patrzy gdzieś w dal. Wtedy ja się odzywam, pieczołowicie wypełniam ciszę słowami, staram się coś doradzić. Staram się być użyteczny. – Mówi pan, żeby faceta znaleźć? Albo kobietę? Kawalarz z pana, panie Marcinie. – Znowu kładzie dłoń na mojej piersi, jakbym miał złożyć jakąś przysięgę. – Kto mnie zechce z dwójką dzieci? No, ciało to mam jeszcze całkiem. – Przytakuję. Ciało ma całkiem. Zgrabna jest. – Tak pan myśli? Żeby do tej knajpy iść, gdzie samotne kobiety chodzą? A pan jako moja przyzwoitka by był? – Kręci głową niepewna.– Wystraszyłby mi pan adoratorów. To już lepiej samej iść. Tylko, że się wstydzę – wzdycha. – Do internetu ogłoszenie? Toć w tym internecie to sami zboczeńcy. Wiem, bo jedna koleżanka przez internet szukała. Jakie propozycje od tych facetów miała, to wstyd nawet powtarzać. Lepiej nie. Nie. Co to, to nie. Nie! Jestem normalną kobietą. Zwyczajną. Ani brzydka, ani ładna, nie cnotka i nie rozpustnica. Wiem skąd się biorą dzieci, sama dwójkę urodziłam, to wiem. Seks nawet lubię, wie pan, ale taki zwyczajny. Żeby patrzeć w oczy i się cieszyć sobą. – Patrzy na mnie tak, że aż mi po plecach przeszły ciarki. – Rozumie pan, co mam na myśli? – Odrywa dłoń od mojej piersi i dyskretnie przeciera oczy. – Tylko, żeby w ciążę nie zajść, bo przerwać przecież nie można, a ja z kolejnym dzieckiem sobie


RC nie poradzę. To chyba lepiej niech będzie, jak jest. Pomarzyć tylko sobie, ot i tyle. O bliskości, czułości… Marzenia sobie, a życie sobie. – Znowu wzdycha.– No, to pójdę już. Zakupy wyszłam zrobić. To pójdę. Do widzenia, panie Marcinie. Odchodzi szybkim krokiem. Ona zawsze chodzi szybko, jakby miała na głowie za dużo pilnych spraw. Pewnie tak jest. Patrzę na nią, gdy idzie wzdłuż ulicy. Nawet się wychylam, żeby odprowadzić ją wzrokiem, aż jej kwiecista sukienka zniknie w bocznej uliczce. „Ani brzydka, ani ładna”. Zapomniałem zaprzeczyć. Zdecydowanie ładna. Tylko ten smutek w oczach dodaje jej lat. I sieć drobnych zmartwień na twarzy. Biorę szpadel i wracam do przerwanej pracy. Ziemię trzeba skopać w jednym miejscu, wyrównać

i zasadzić świeżą trawę. Wbijam szpadel. Gleba jest czarna, oleista, oporna, pełna kamieni. Kopię jak moi przodkowie, ich przodkowie i przodkowie ich przodków. Powoli, z mozołem, do bólu pleców. W powietrzu czuć wiosnę. Przecieram ramieniem czoło i wracam myślą do tej kobiety w kwiecistej sukience, której imienia nie pamiętam. Ile jest takich kobiet i podobnych historii? Ile opowieści zapisano w bliznach? Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Ciemne chmury zbiły się w jedną całość i zastygły tuż nad moją głową. Zaczyna siąpić deszcz. Wracam do kopania. Ziemia jest czarna, oleista i pełna kamieni. [ML]

POST SCRIPTUM

99


GICLÉE łatwiej dostępna sztuka

Radosław Jaśnikowski

N

a wstępie postawię jeszcze do niedawna dość kontrowersyjną tezę, że polska sztuka malarska ma się bardzo dobrze. Teraz już coraz trudniej z nią polemizować. Ceny oryginalnych obrazów polskich artystów wciąż idą w górę. Bliski mi surrealizm czy realizm magiczny bardzo zyskują na popularności w ostatnich latach. Kolejne aukcje sztuki tylko potwierdzają tę tendencję. Obrazy czołowych polskich artystów jak Maja Borowicz, Jarosław Jaśnikowski, Tomasz Alen Kopera, Maksymilian Novak-Zempliński czy Marcin Kołpanowicz wyceniane są na 30, 50, 70, a nawet i 100 tysięcy złotych. Stać Cię na taki zakup? Jeśli tak, to świetnie! A taki obraz, poza niesamowitymi walorami wizualnymi, to trafiona inwestycja, nawet pomimo wydania takiej kwoty. Jestem tego pewien. Ale jeśli Cię nie stać lub po prostu uważasz, że wydanie takiej kwoty na obraz jest trochę szalone, a chciałbyś mieć takie piękne dzieło na swojej ścianie, wtedy z pomocą przychodzi Ci… GICLÉE!

że wydano 10 egzemplarzy tego giclée, a ten jest oznaczony numerem 6. Zauważymy też brak widocznej farby lub innego nośnika geniuszu artysty, w końcu to wydruk. Ale w giclée też jest dusza artysty, też jest jego udział, i to niemały. Artysta powinien nadzorować proces powstawania giclée praktycznie na każdym etapie, a już na pewno podczas wydruków. To on ocenia, czy ustawienia kolorów na specjalnych drukarkach są odzwierciedleniem oryginału. Ciężko odwzorować kolorystykę 1:1, ale zadaniem artysty i osoby obsługującej drukarkę (ploter) jest stworzenie wydruku jak najbardziej zbliżonego do oryginału. Jest to czasochłonne zadanie, ale efekt końcowy musi być perfekcyjny.

Wielu z Was wie co to jest, ale dla przypomnienia – giclée to bardzo wysokiej jakości wydruk obrazu na płótnie, podpisany przez artystę, wydany w ograniczonej liczbie (więcej nie będzie). Do giclée powinien być dołączony certyfikat autorski potwierdzający autentyczność. Giclée oprawione w pięknej ramie i passe-partout ciężko odróżnić od oryginalnego obrazu, na pierwszy rzut oka. Po bliższym przyjrzeniu się dostrzeżemy numer, np. 6/10, oznaczający,

100

„Rdzą rysowana” Adama Widełki

POST SCRIPTUM

Nie wiem, jak inni artyści podchodzą do tematu tworzenia giclée, ale moje doświadczenia z tak wybitnymi artystami jak Jarosław Jaśnikowski, Marcin Kołpanowicz czy Adam Widełka tworzą wizję profesjonalnego, wręcz perfekcyjnego procesu powstawania tego swoistego dzieła sztuki. Nic nie zastąpi oryginalnego obrazu, ale giclée też potrafi zachwycać, również pięknie się prezentuje, ma charakter inwestycyjny i tak jak oryginał, nie może powstać bez udziału artysty. Jest jeszcze jeden istotny aspekt przemawiający za giclée. To cena. Oryginalne obrazy Jaśnikowskiego czy Kołpanowicza kosztują kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ich giclée – kilka tysięcy złotych.


Możemy wyodrębnić kilka charakterystycznych cech i korzyści giclée: 1. Bardzo wysokiej jakości wydruk obrazu na płótnach fine art. 2. Artysta osobiście nadzoruje proces tworzenia giclée, żeby wydruk był jak najbardziej zbliżony do oryginalnego dzieła. 3. Giclée wydane są w ograniczonych seriach. 4. Giclée są sygnowane przez artystę. 5. Artysta dołącza swój certyfikat potwierdzający autentyczność każdego giclée. 6. Giclée są oprawiane jak oryginalne obrazy, ich wizualność niewiele odbiega od oryginałów. 7. Giclée są średnio dziesięciokrotnie tańsze niż oryginalne obrazy – kolekcjonerem świetnej sztuki mogą zostać osoby o średnim statusie majątkowym. 8. Z tej formy kolekcjonowania sztuki korzystają również doświadczeni i zamożni kolekcjonerzy, wykupując pewne serie obrazów lub wybierając giclée obrazu, który nie jest już dostępny w sprzedaży. 9. Giclée to świetny pomysł na udekorowanie biur lub pokoi hotelowych. 10. Charakter inwestycyjny giclée – krótkie serie determinują wzrost cen w przyszłości; po wyprzedaży wszystkich egzemplarzy giclée staną się trudno dostępne i ich cenę będzie regulował rynek. Na wzrost cen giclée wpływ ma również rosnąca pozycja artysty na rynku sztuki (vide Jaśnikowski). 11. Wzrastająca popularność tej formy kolekcjonowania sztuki – coraz większa liczba artystów wydaje swoje giclée, wpisując się w trendy z bardziej doświadczonych rynków sztuki na świecie. 12. Sztuka takich artystów jak Borowicz, Jaśnikowski, Kołpanowicz, Kopera czy Widełka, którzy mają zamówienia na swoje obrazy na kilkanaście miesięcy wprzód, może trafić do szerszego grona odbiorców w krótkim czasie. 13. Poszczególny egzemplarz giclée może mieć swój unikatowy domalunek wykonany przez artystę, co stwarza jeszcze większą wyjątkowość każdego egzemplarza – takie giclée z domalunkami artystów ma w swojej ofercie firma Goldenmark.

POST SCRIPTUM

101 101


„Rozbitek” Marcina Kołpanowicza (z numerem i podpisem) oraz z domalunkiem na giclee – – w tym egzemplarzu to krab.

Wydawca giclée Jarosława Jaśnikowskiego, Wydawnictwo Lux Artis, ma je w swojej ofercie w cenie 3000 lub 3500 zł, ale już w niezwykle ciekawym projekcie artystycznym z firmą Goldenmark giclée w wersji exclusive kosztują min. 7200 zł. W takiej samej cenie znajdziecie tam giclée Marcina Kołpanowicza. Czy to dużo? Niech każdy sobie odpowie na to pytanie. Trzeba jednak mieć na względzie również charakter inwestycyjny. Ograniczona ilość giclée powoduje, że po wyprzedaniu całego nakładu będą one trudno dostępne, a tym samym ich cena będzie wzrastać. Na cenę wpływ ma również pozycja samego artysty na rynku sztuki. Jeszcze w 2020 roku giclée z serii podstawowej obrazów Jaśnikowskiego kosztowały 2800 zł, teraz nie znajdziecie ceny niższej niż 3500 zł. Goldenmark przyjął jeszcze inną metodę regulacji ceny giclée, wydanych tylko w 7 egzemplarzach. Po każdym sprzedanym giclée cena następnego wzrasta o 800 zł, sprawiając, że pierwszy nabywca

102

POST SCRIPTUM

„Gigapolis” Jarosława Jaśnikowskiego (z numerem i podpisem). Obraz, dzięki któremu wygrał główną nagrodę Grand Prix na festiwalu Safadore we Francji.

automatycznie zawyża cenę rynkową tego giclee. Poza tym numery 1/7 i 7/7 są najdroższe, najbardziej elitarne i one od samego początku mają wyższe ceny niż numery środkowe. Giclée obrazów wydanych wspólnie przez Lux Artis i Goldenmark można obejrzeć w oddziałach tej firmy w całej Polsce oraz na stronie internetowej. Tam też można zamówić bezpłatny katalog, gdzie w interesujący sposób jest wszystko przedstawione. Przekonałem Cię do takiej formy obcowania ze sztuką? Moim głównym celem był aspekt edukacyjny, przekazanie mojego doświadczenia jako wydawcy giclée wybitnych polskich artystów, zaprezentowanie nowego trendu w sztuce i uświadomienie korzyści,

jakie dają nam certyfikowane, elitarne i podpisane przez mistrza reprodukcje. Jak już wspomniałem, żadna reprodukcja nie zastąpi oryginalnego obrazu, ale pięknie wydane giclée może cieszyć nasze oko i zdobić nasze ściany przez wiele, wiele lat, za pieniądze, które jesteśmy w stanie wydać. A jeśli nie giclée, to może reprodukcja na magicznej jakości papierze? W świecie sztuki nazywamy to inkografią, serigrafią, printem. Też jest wydana w ograniczonej ilości, też podpisana i certyfikowana przez artystę i też pięknie wygląda, np. za szybą muzealną, na płycie kompozytowej dibond, w gustownej ramie i dopasowanym passe-partout. Ale o inkografiach jeszcze Wam kiedyś opowiem… [RJ]

Au t o r a r t ykułu : Radosław Jaśnikowski (ur. 1980 r.) - pasjonat i promotor

polskiej sztuki, właściciel Wydawnictwa Artystycznego „Lux Artis”, obejmującego swym patronatem wiele wydarzeń kulturalnych, związanych głównie z magicznym realizmem.


QUADRIENNALE BETESDA

II MIĘDZYNARODOWY K O N K U R S I W Y S TAWA S Z T U K I WSPÓŁCZESNEJ

Czy zastanawialiście się kiedyś, co w Was potrzebuje odnowy? Jaką ziemią jesteście? Żyzną, suchą, poranioną czy wydającą piękne plony i owoce? Gdzie w Was można odnaleźć piękno, dobro i blask światła? Organizatorzy zapraszają do udziału w II Międzynarodowym Konkursie Sztuki Współczesnej w takich kategoriach sztuki jak: malarstwo, grafika, rysunek, rzeźba, ikony, sztuka synkretyczna, happening, instalacje, taniec, fotografia, plakat, ilustracja, grafika komputerowa, muzyka, film, video art, poezja.

Quadriennale Betesda – cykliczne wydarzenia artystyczne organizowane co cztery lata, skupiające międzynarodowych Twórców i Artystów różnych wyznań i poglądów. Twórcy zostają zaproszeni do artystycznej dyskusji i wzięcia udziału w Konkursie Pro Quadriennale Betesda dla Profesjonalistów, Open Quadriennale Betesda, Śpiewaj z nami dla wszystkich. W składzie Jury zasiądą m.in. Piotr Młodożeniec, Piotr Dmitrowicz, Steve Hauk, Artur Majka, Giorgi Kobiashvili, Marek Sajduk, Larry Flynn, Piotr Ostrowski, Marta Carillon, Piotr Zarębski, Artur Wąsowski, Daniele Bettuzzi i Georg Siebert. Laureaci i zwycięzcy wezmą udział w wystawach pokonkursowych.

HOLY_SPIRIT2_ANN_KATE_ART

Podczas Quadriennale Betesda zobaczymy też sztukę zaproszonych gości m.in. Marka Jaromskiego, Jacka Hajnosa, Mai Borowicz, Krzysztofa Sokolovskiego.

Prace na konkurs można zgłaszać do 31.07.2021 roku na adres: office@betesdaart.com

Więcej na oficjalnej stronie www wydarzenia: www.betesdaart.com Fb: https://www.facebook.com/Betesdaart/

POST SCRIPTUM

103


104

POST SCRIPTUM


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
POST SCRIPTUM by POST.SCRIPTUM - Issuu