ISSN 2633-1292
PROZA
fb:post scriptum
2½/2019
POEZJA
Percepcja koła
PUBLICYSTYKA
SZTUKI WIZUALNE
Święta u A rtystów
ŚWIĘTA ATEISTY
wywiad z Alkiem Rogozińskim
Knapik “DACH”Stowarzyszenia Autorów Polskich Robert Recenzja Krótkiej wymiany ognia Jak święta spędzają KOBIETY NA EMIGRACJI święta Bożego we Francji Święta BożegoNarodzenia Narodzenia we Francji Piotr Jastrzębski “KAWA”
Wigilijny
Jarosław Rybski “BOMBKA KRUCHA”
nowości wydawnicze
POST SCRIPTUM
1
W
Serdecznie
zapraszamy!
lutym otrzymacie do rąk pełny numer. Sto stron podróży do świata sztuki, którą odbędziecie ze wspaniałymi artystami. Będzie fotografka Monika Cichoszewska, będzie spotkanie z literaturą Olgi Tokarczuk, zagości na łamach malarz Sławomir Mikawoz (którego obraz publikujemy), piosenkarka Żanna Gierasimowa i wielu innych niewymienionych, ale równie wspaniałych artystów.
Drodzy, W oczekiwaniu na numer lutowy, w którym znajdziecie wiele smakowitości w postaci kolejnej dawki ciekawych artykułów,
felietonów, prozy literackiej, poezji
i sztuk wszelakich, w którym wielu świetnych artystów opowie Wam o swojej twórczości i zmaganiu się z prozą życia –
https://www.facebook.com/slawomirmikawoz/ https://slawomirmikawoz.wordpress.com/
4 12 14 16 18 20 24 26 30 34 36 40 44 47 50
oddajemy w Wasze ręce numer świą-
Święta u artystów Ewa Rodriquez – ilustracje Bombka Krucha – Jarosław Rybski Święta ateisty - Jarosław Prusiński Percepcja koła Krótka wymiana ognia – recenzja Gwiazdka spadła na DACH Poezja Wywiad z Alkiem Rogozińskim Kawa – Piotr Jastrzębski Grzegorz Ptak – ilustracje Jak spędzają Święta kobiety na emigracji Przy placu MDM – Piotr Jastrzębski Osiem cytatów – Boże Narodzenie we Francji Świąteczne nowości wydawnicze
teczny. To taki prezent, poza normalnym cyklem wydawniczym. Chcieliśmy go dla Was zrobić i... zrobiliśmy. A jest co czytać: przepytaliśmy Alka Rogozińskiego, artyści opowiadają o swoich mniej lub bardziej wyjątkowych świętach, dowiadujemy się jak Boże Narodzenie spędza się na emigracji,
a na deser – garść wierszy i bajkowych
ilustracji w klimacie świątecznym.
Życzymy przyjemnej lektury i radosnego świętowania. Renata Cygan Redaktor naczelna
2
ZESPÓŁ REDAKCYJNY: Iwona Niezgoda, Robert Knapik, Jarosław Prusiński, Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska, Katarzyna Saniewska, Renata Cygan Skład i opracowanie graficzne: Renata Cygan fb: post scriptum email: postscriptum.mag@gmail.com POST SCRIPTUM
NUMER KONTA:
SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160 POST SCRIPTUM
3
Święta u A rtystów Spotkaliśmy się na tradycyjnym przedwigilijnym śledziku,
popijając go wodą (bo to post w końcu, czas umartwiania) w naszych skromnych redakcyjnych progach. Literaci pili wodę z literatek, a inni artyści z kieliszków. Zaprzeczamy kłamliwym pogłoskom, że w szkle było coś innego niż woda. Była woda, chyba że dokonała się magiczna jej przemiana w wino.
W końcu to święta.
Do stołu z widokiem na Big Bena zasiedli artyści, którzy gościli lub
w najbliższym czasie zagoszczą na naszych łamach - pisarze: Małgorzata Warda, Elżbieta Sidorowicz-Adamska, Krystyna
Śmigielska, Maciej Siembieda, Jarosław Rybski, Krzysztof Bochus, malarka – Maja Borowicz, fotografka - Ewa Ćwikła, piosenkarka i aktorka – Alicja Borkowska, aktorka dramatyczna i pieśniarka –
Żanna Gierasimowa. Post Scriptum:
Czy któreś święta Bożego Narodzenia szczególnie zapadły Wam w pamięć? Czy któreś były magiczne?
Małgorzata Warda: Staram się, aby każde święta były magiczne, natomiast najcieplej wspominam te obchodzone w dzieciństwie. Świat widziany oczami dziecka jest pełen magii i olśnień. Pamiętam moją babcię, przepasaną fartuchem, nakrywającą do świątecznego stołu. Mamę i tatę w kuchni, takich młodych, młodszych niż ja jestem dzisiaj. Przypomina mi się siostra, jeszcze wtedy nastolatka, widzę siebie, pospiesznie kończącą pisać rozdział książki w stukartkowym zeszycie. I widzę nasz dom: blask świec, choinkę, nastrój oczekiwania, wiarę, że to magia sprawi, że pod choinką pojawią się prezenty. Mam nadzieję, że moja córka będzie miała podobne wspomnienia ze swoich dziecięcych świąt.
4
POST SCRIPTUM
Jarosław Rybski:
mamie trzeba było wszystko kroić na talerzu, bo już nie dawała sobie z tym rady. Mój brat nie mówił Świętami, które ja wspominam najcieplej są te liczne, o niczym innym, tylko o kłopotach z pracownikami, wielopokoleniowe, kiedy przy wigilijnym stole zasia- siostra z postępującą schizofrenią, wyciągnięta cudały cztery pokolenia mojej rodziny. Prababcia Maria, dem z sanatorium, nie mogła zjeść żadnej potrawy, dziadek Wilhelm i babcia Maria, mama Alicja, tato bo wszystkie jej szkodziły, córka z bratową rozmawiały Bolesław i wujek Leszek. No i ja. Wszyscy zgromadzeni o swoich depresjach, siostra męża do każdego dania w jednym pokoju, w kamienicy w jarosławskim rynku. kategorycznie żądała herbaty, koniecznie w dużym kubku, my z mężem lataliśmy donosząc, pilnując, Dwanaście potraw wigilijnych, sianko pod obrusem krojąc jedzenie, pacyfikując psa i kota, gotując gary i pachnąca lasem choinka. Za oknem prószył śnieg, herbaty, ale właśnie - zatrzymałam się. Spojrzałam na a zapach pyszności przygotowanych przez babcię ludzi przy stole - z ich fiołami, chorobami, maniami, zo-stał ze mną na zawsze. z ich starością - i pomyślałam: jaki to cud. Cud, że udało Kolejnymi świętami, które zapamiętałem były te pod- nam się spotkać, że udało się ich wszystkich zebrać, czas zimy stulecia w latach 70-tych. Wigilia w podob- że mam ich tutaj przy sobie - tych wszystkich, których nym gronie, choć nieco mniej nas było, bo nie wszy- kocham. Bo przecież nie ma magicznych świąt. Bez scy mogli dojechać do Wrocławia. Spałem w czapce ludzi w ogóle nie ma świąt. A magia? Magia jest na głowie, bo był dwudziesty któryś stopień zasilania w każdym z nas. To była ostatnia Wigilia, którą i w domu było zimno jak w psiarni. Nie muszę udało mi się spędzić ze wszystkimi. A w tym roku? Cóż, święta, jak zwykle, będą u nas. dodawać, że bardzo mi się to podobało. Teraz spędzamy święta z mamą i moją Dorotką, Tylko na stole będą już stały trzy puste talerze. bo niemal wszyscy bliscy odeszli. Nie są to jednak smutne święta. Zawsze dają ciepło i otuchę, nadzieję Krystyna Śmigielska: na przyszłość. Zimowe przesilenie to ważny moment, ciężki Elżbieta Sidorowicz-Adamska: do przetrwania zwłaszcza w naszym klimacie. Od najmłodszych lat święta Bożego Narodzenia kojarzą To były święta takie, jak zawsze. Jak zawsze miały się nam z magią, której będąc dzieckiem nie pobyć u mnie, a ja jak zwykle pracowałam do końca, trafimy zdefiniować. W miarę gromadzenia życioto znaczy w dzień wigilijny pozwolono nam wyjść wych doświadczeń zaczynamy rozpoznawać emocje z pracy o 16.00, w drodze wyjątku... Cały poprzed- towarzyszące okresowi przygotowań mających na ni tydzień przygotowywaliśmy z mężem wieczorami celu upamiętnienie przyjścia na świat cudownego kolejne potrawy i sprzątaliśmy dom. W Wigilię byłam dzieciątka. Świadomie nie przytaczam pięknej opojuż tak umordowana, że właściwie marzyłam tylko wieści o narodzinach Bożego Syna, ponieważ jest ona celebrowana wyłącznie przez chrześcijan, a jak o tym, żeby się położyć i wypocząć. wiemy magię świąt odczuwają także ludzie niewieMagia świąt? Jaka magia? Na dworze depresyjna plu- rzący lub będący innego wyznania. Szybko zapadający cha, ani płatka śniegu... Wkurzały mnie te wszystkie zmrok, dotkliwy chłód powodują, że bezpiecznie czugwiazdkowe reklamy, zasypane magicznym śniegiem. jemy się w ciepłym domowym zaciszu, spożywając Wkurzało mnóstwo rzeczy. Przez całą Wigilię latałam w gronie bliskich nam osób obfity posiłek, po którym pomiędzy kuchnią a stołem, donosząc, odgrzewa- możemy spokojnie wypocząć. I ta pierwsza, jasjąc, pilnując psa i kota, gdyż była to dość złodziejska krawo świecąca gwiazda… Rodzi się w nas nadzieja i sprytna spółka z o.o., to znaczy odpowiedzialność na lepszą przyszłość, wiara, że teraz i my będziemy zazwyczaj spadała na psa, bo z racji gabarytów trud- mogli pokonać swoje kłopoty, słabości, dolegliwości. no mu było w ciągu sekundy unicestwić się, co kotu Wzorując się na niezłomności Bożej Rodziny, czujemy przychodziło bez problemu. I nagle, przy którymś jak wypełnia nas radość, przeświadczenie, że jeżekolejnym nawrocie, spojrzałam na stół i ludzi przy li sami nie poradzimy sobie z przeciwnościami losu, nim. Spojrzałam, a potem zatrzymałam się w pędzie. może zdarzyć się cud! I w pewnym sensie mamy rację. Każdy chociaż jeden, jedyny raz, poczuł to Siedzieli tu wszyscy. Wszyscy, których kochałam i którzy byli mi bliscy. Co prawda tata, który miał już dotknięcie Bożego palca, wspierającego nas, pomaganieźle posuniętego Alzheimera, spytał mnie, dlacze- jącego znaleźć odpowiednią drogę. go mój mąż nie jest w mundurze, bo spodziewał się Czy rzeczywiście w moim życiu miała miejsce Boska dużego zgrupowania wojskowego. Co prawda mojej interwencja, tego nie wiem, ale faktem jest, że wtedy POST SCRIPTUM
5
gotowa byłam w to uwierzyć i z wielkim przejęciem, głośno odmawiałam dziękczynne pacierze. Od tej pamiętnej Wigilii minęło już dziesięć lat, a ja nadal zadaję sobie pytanie, czy magia świąt pomogła nam w tej karkołomnej jeździe. Pięknych czasów dożyliśmy, granice przestają mieć znaczenie a ludzie sami wybierają miejsce, w którym chcą mieszkać i pracować. Moje dzieci również skorzystały z szansy osiedlenia się na obcej, ale przyjaznej ziemi. Po uzyskaniu dyplomów magistra bohemistyki, synowa i syn rozpoczęli pracę w Brnie. W pierwsze święta spędzane poza krajem postanowili zaprosić mnie i męża do pięknej stolicy czeskich Moraw. Jechaliśmy podekscytowani, w końcu nie tak często spędza się Boże Narodzenie za granicą. Chociaż nie dzieli nas znaczna odległość, jednak to zawsze inny klimat, inne obyczaje. Spokojnie wyjechaliśmy z Polski. Pogoda na jazdę była wymarzona. Śniegu ani na lekarstwo. Grudniowe słońce świeciło, w samochodzie dmuchawa rozprowadzała rozkoszne ciepło, humory nam dopisywały. Rozłożone na tylnym siedzeniu paczki z prezentami lekko podskakiwały na nielicznych wybojach. Od czasu do czasu w słoiku zabulgotał czerwony barszcz.
6
POST SCRIPTUM
Kłopoty zaczęły się po czeskiej stronie. Słońce niepostrzeżenie, chyłkiem schowało się za widoczne przed nami góry. Zmrok zapadał szybko, tak jak na wigilijny dzień przystało. Zaczęliśmy się śpieszyć. Nie znaliśmy trasy i z trudem orientowaliśmy się, w którą drogę należy skręcić. Małe znaki drogowe jedynie migały w blasku świateł samochodu, po czym pozostawały na miejscach kryjąc przed nami swoje wskazówki. Nocą, w obcym państwie czuliśmy się coraz bardziej zagubieni, niepewni, poruszający się jak ślepcy. Jadąc zgodnie ze wskazaniami GPS-a zaczęliśmy błądzić. Czechy wydawały nam się wymarłą krainą. Jadąc przez wioski, nie napotkaliśmy żywego ducha. W pewnej chwili zauważyliśmy drogowskaz z napisem Brno. Nie mając czasu na dłuższe zastanowienie i możliwości, aby zerknąć na mapę, posłusznie skręciliśmy w lewo i po chwili zaczęliśmy wspinać się ku górze. Droga była wąska, ale nadal dobra, asfaltowa. Na GPS-sie pokazały się niebieskie zygzaki zwiastujące niedalekie serpentyny. Trochę nas ten obraz zaniepokoił, ale w końcu – niejedną serpentynę już przejechaliśmy. Co to dla nas? Pestka! Bułka z masłem! Wyżej i wyżej. Droga stała się niebezpiecznie wąska. Zakręty następowały jeden po drugim. Pojawiła się mgła. Mżawka rosiła szyby, nadal jednak można było dostrzec wierzchołki drzew, co świadczyło o znajdującym się z prawej strony stromym urwisku. Do szczytu góry pozostawał spory kawałek drogi. Mgła gęstniała, a na mokrej jezdni pokazał się szary śnieg. Im dalej, tym gorzej. Pocieszaliśmy się, że łatwiej będzie nam zjechać, a więc – oby na górę – wzajemnie podtrzymywaliśmy się na duchu. Nie zauważyliśmy, kiedy asfalt stał się szutrową, zasypaną śniegiem trasą, na powierzchni której z opadłej mgły powstała gruba warstwa lodu. Po kolejnych skrętach, czując żołądki w gardle, zorientowaliśmy się, że prawdopodobnie minęliśmy wierzchołek góry. Dzięki Bogu – westchnęłam. Mąż jednak nie podzielał mojej radości. Samochód powoli zaczął zjeżdżać po oblodzonych serpentynach. Już nie widzieliśmy drzew, nie było też mowy, abyśmy mogli dostrzec pierwszą gwiazdkę. Mgła oplotła nas dokładnie. Pedał hamulca przestał działać. Auto ślizgało się po szutrowej, pokrytej lodem drodze. Spojrzałam na męża. Przyciskał do piersi kierownicę, starając się wyczuć kolejny skręt. Panująca cisza dzwoniła złowrogo w uszach. Nie było słychać nawet pracy silnika. Siedzieliśmy jak skamieniali, sunąc w swojej blaszanej trumnie wprost ku śmierci. Życie przesuwało się nam przed oczami, jak film puszczony w przyśpieszonym tempie. Zastanawiałam się nad tym, jak trudno będzie wydostać nas z tej przepaści. I już widziałam rozbity słoik po barszczu, dynda-
jące na drzewach pierogi z grzybowym farszem. Tak to się skończy. Będziemy wspinać się po tym urwisku do nieba? – myślałam. – Byleby nie bolało, byleby nie bolało… W pewnej chwili przestałam wytężać wzrok. Oparłam się wygodnie o siedzenie. Już się nie bałam. Przyglądałam się białej jak mleko szybie i twarzy męża, na którą nikłe światło rzucał GPS. Poruszaliśmy się w tym powolnym, przedziwnym tańcu, pokonując skręt za skrętem, objęci ciemnością w białym kolorze. Wszystko stało się proste, jasne. Niczego nie oczekiwaliśmy, nie spodziewaliśmy się niczego tak, jak nie spodziewaliśmy się końca tej drogi. Wydawało się nam, że wieczność spędziliśmy na tej górze. Tak bardzo zapadliśmy w letarg, że długo nie mogliśmy uwierzyć w rozjaśniającą się mgłę, w nieznaczne poszerzenie drogi i czubki drzew kłaniające się nam za oknami. W pewnej chwili lód na szutrze zmienił się w szary śnieg, a trzy zakręty dalej z radością powitaliśmy asfaltową nawierzchnię. Kiedy dojechaliśmy do położonej u stóp góry oświetlonej wioski, zadzwonił syn. – Gdybyście zobaczyli kierunkowskaz na Brno i GPS pokazał wam, żeby skręcić w lewo, nie róbcie tego. Jedźcie prosto. To droga na paskudną górę. Kiedyś, w lipcu, wjechaliśmy na nią. Byłem pewny, że nigdy stamtąd nie zjadę.
– My właśnie z niej zjechaliśmy! – zaśmiał się mąż, a ja głośno odmawiałam pacierz. Święta Bożego Narodzenia to piękny, magiczny czas. Czas prawdziwych cudów!
Maciej Siembieda: Cieszę się, że wyszliście z tego cało. Ja, na szczęście, takich traumatycznych przeżyć nie miałem. Kiedy zestawiam we wspomnieniach przymiotnik z rzeczownikiem, rozpaczliwie szukając „magicznych świąt”, to przychodzi mi do głowy jedynie biała magia. Choć wolałbym czarną. Ma więcej emocji, niesamowitości i nieprawdopodobieństw. Jest bardziej fabularna. Niestety nie przypominam sobie świąt z udziałem wróżek i czarnoksiężników, choć mam wrażenie, że później od innych dzieci przestałem wierzyć w Świętego Mikołaja i wigilijną okazję pogadania z psami, z którymi się wychowywałem. Biała magia była prozaicznym dziełem zimy. Miałem wtedy kilka lat, mieszkałem u podnóża Gór Świętokrzyskich, gdzie Wigilie rozstrzygano systemem pucharowym. Raz były u nas, w przyszłym roku u którejś z ciotek, w następnym u wujka, i tak dalej aż do kolejnego okrążenia. Pamiętam, że gdzieś kiedyś na stole pojawił się karp w galarecie, a ponieważ od wczesnego niemowlęctPOST SCRIPTUM
7
wa byłem fanem jedzenia, wywarł na mnie piorunujące wrażenie smakowe i od tej pory czekałem na Wigilię ze szczególnym, niekoniecznie duchowym natchnieniem. Od jesieni sporo o tym karpiu myślałem. A że w latach sześćdziesiątych w kieleckiej Polsce „B” ryba była rarytasem nie do zdobycia, kolejne Wigilie zamieniały się w kulinarne ruletki. Będzie karp czy nie będzie? Któregoś roku okazało się, że będzie. U ciotki Basi i wujka Dzidka, którzy mieli jakieś tam możliwości czarnorynkowe. Od połowy grudnia odliczałem dni do świąt, ale wraz ze mną odliczała je zima, która serwowała nieludzkie opady śniegu, mrozy i zamiecie. W dzień Wigilii dała największy popis białej magii i szanse na przedostanie się z naszego domu przy ulicy Skalistej do kamienicy na przedmieściu, w której mieszkało wujostwo, okazały się umiarkowane a bodaj nawet żadne. I wówczas pojawił się rycerz w lśniącej zbroi, czyli mój tato, który uznał, że się nie poddamy. Na wieczerzę wyruszyliśmy z łopatą i na zawsze zapamiętam korytarz, który ojciec przekopał w śniegu abyśmy mogli przejść. Ukrywałem radość, bo jednak narodziny Pana Jezusa zobowiązywały i czułem się okropnym grzesznikiem myśląc o karpiu. Dotarliśmy na miejsce około osiemnastej. Wigilia była, jak co roku, składkowa i każda z gałęzi rodziny przynosiła inną potrawę. Telefonów nie mieliśmy, uzgodnienia poczyniono pod koniec sierpnia, a że koordynowała je beztroska babcia Julia – wszyscy uczestnicy Wigilii, łącznie z nami, przynieśli pierogi z kapustą i grzybami. Nic innego. Żadnych barszczy czerwonych, zup grzybowych, śledzi i deserów z makiem. Nic, którego nicość dotkliwie pogłębiał brak karpia. Nikt go nie wyczarował. Wzięliśmy zbiorowy udział w festiwalu pierogów, kolęd, których wykonanie z uwagi na muzykalność rodziny nigdy nie powinno być udostępniane publiczne i wróciliśmy do domu odkopując korytarz popsuty już przez zimę. To było moje pierwsze bolesne zderzenie ze zgubnym wpływem konsumpcjonizmu na osobowość człowieka. Czymś, co prędzej czy później przynosi gorycz rozczarowania. Dlatego co roku, kiedy od początku listopada widzę obite blachą i zasypane lodem stoły gdyńskiej Hali Rybnej, a na nich tony karpia, robi mi się jakoś nieswojo.
Maja Borowicz: Hmmm... przysłuchuję się Waszym opowiadaniom i intensywnie próbuje przypomnieć sobie właśnie te jedyne, wspaniałe święta, o których chciałabym wspomnieć. I muszę przyznać, że w głowie mam pustkę. Nie to, żebym w życiu nie przeżyła żadnych świąt. Problem w tym, że nie były wyjątkowe, warte
8
POST SCRIPTUM
zapamiętania, przeżyte tak jak bym chciała. Zawsze podporządkowane pewnym społecznym rytuałom, takim jak kupowanie prezentów, sprzątanie, gotowanie, ubieranie choinki, spotkania, jedzenie, i tym podobne. I z tymi rytuałami mam problem. Nie lubię podporządkowywania się, jeśli nie rozumiem czemu ma to służyć, lub dlatego, że ktoś tak kiedyś postanowił, bo ludzie tak robią. Zadaję niewygodne pytania i wszystko analizuję. Jeśli nie znajduję mądrych i szczerych odpowiedzi, nie potrafię tak po prostu odpuścić. A święta, wyjątkowo, składają się z szeregu rytuałów i detali, których nie rozumiem lub nie znajduję na nie rozsądnego wyjaśnienia. Nie pasuje mi zamieszanie i chaos związany z wybieraniem i kupowaniem prezentów. Czuję, że to wszystko służy tylko nakręcaniu rynku i sprzedaży. Nie rozumiem, czemu akurat przed świętami należy robić gruntowne sprzątanie. Przecież sprzątać powinno się wtedy, kiedy zajdzie potrzeba, a nie wtedy, gdy ktoś wymyśli że należy... A po tym całym sprzątaniu, brudzi się choinką. To doprawdy irracjonalne. Dalej, pracuję wtedy, kiedy czuję potrzebę. Różnie bywa, ale szczególnie dobrze pracuje się w soboty, niedziele i święta, gdy nikt mi nie przeszkadza, dlatego duży dyskomfort sprawia mi społeczne oczekiwanie, iż 24, 25 czy 26 grudnia porzucę swoje zwyczajne zajęcia, które lubię i będę gotowa spędzać czas tak, jak tego się ode mnie oczekuje. Również jedzenie nie jest specjalną atrakcją. Znika magia pierników, pierogów, ciast, grzanego wina i innych rzeczy, gdy okazuje się, że to wszystko nie dla mnie, bo jako osoba bezglutenowa, jestem ich pozbawiona. Nie jest zbyt komfortowo siedzieć przy wyznaczonej porcji pierogów, których nikt nie ma ochoty tknąć, ponieważ nie są tak dobre jak te normalne, albo dlatego, że szkoda ich mi odbierać, bo przecież innych jeść nie mogę... I oczywiście, to niezmiernie miłe, gdy ktokolwiek fatyguje się przygotować coś specjalnie
dla mnie, ale już dawno przestałam żyć dla jedzenia, które traktuję tylko jako obowiązek dostarczenia sobie odpowiedniej ilości kalorii i witamin, więc przykładanie wagi do szczególnego jedzenia w święta, to również dla mnie niezrozumiały rytuał. A do tego jest zimno i ciemno, jak to zimą, dlatego to doskonały czas, by zakopać się w ciepłą pierzynę i puścić wodze wyobraźni, wymyślać nowy obraz lub szwendać się gdzieś po ciepłych rejonach świata. Ale zamiast tego, trzeba się spiąć i spełnić społeczne oczekiwania. Reasumując, wciąż czekam na swoje święta warte wyrycia w pamięci. Święta, w czasie których nikt nie będzie niczego ode mnie oczekiwał. Święta pozbawione przedświątecznego zgiełku i szukania prezentów oraz napięcia, by wszystko wyszło doskonale, by było czysto, jedzenie gotowe i by paczki z prezentami dotarły na czas. Może to będą święta spędzone w cieple i w słońcu, a może tylko we dwoje, z dala od rodziny? Może będą to święta, kiedy namaluję swój najlepszy obraz? Na te wyjątkowe wciąż czekam.
Alicja Borkowska: To ja trochę tak jak Maja, choć nie wiem, czy akurat na wyjątkowe święta czekam. Przyjemne rzeczy mogą mi się zdarzać cały rok, jestem na nie otwarta i gotowa. Magia świąt nigdy jakoś na mnie specjalnie nie działała. Oczywiście jestem uprzejma i nawet
całkiem przekonywająco potrafię udawać, że lubię. Śpiewam czasem świąteczne piosenki, ludzie się wzruszają, ale mnie samej, to nie rusza za bardzo. Oczywiście świętuję jak wszyscy, na wigilię tradycyjnie chodzę do babci, bo przecież by jej serce pękło, gdybym nie poszła, ale zawsze marzę o tym, żeby gdzieś wyjechać i się z tego wyłączyć. W dzieciństwie nie czekałam na żadne prezenty, rzeczy materialne nigdy nie miały dla mnie znaczenia. To znaczy chciałam kiedyś móc sobie beztrosko tankować do pełna paliwo i nie zastanawiać się, czy mam pieniądze. No i się ziściło, kur...a. Pracę dostałam w korpo. Miałam samochód służbowy i mogłam sobie lać do pełna, płacąc służbową kartą. Jakie to życie bywa złośliwe. Nic tak człowieka nie pogrąży, jak jego własne pragnienia. Szczerze współczuję mojej byłej szefowej, bo ona ze mnie rozpaczliwie próbowała zrobić dobrego korpo-pracownika. Jej starania z góry były skazane na niepowodzenie. Biedna kobieta. Zawsze umiałam wić się między paragrafami. Niby nie było się do czego przyczepić, a jednak nie robiłam tego, czego szefowa ode mnie chciała. W końcu doszłam do wniosku, że praca w korpo nie jest dla mnie. Pełny bak w samochodzie tej konstatacji nie zmienił. Ze świąt pamiętam jedne, gdy mieszkałam w UK. Raz się postarałam dla męża. Na uszach stanęłam, żeby wszystko było na stole własnoręcznie przeze mnie przygotowane. Nawet barszczyk z uszkami (ale nie tymi, co na nich stałam, z innymi). Mąż powiedział, że jego mamusia, to robiła lepszy barszczyk.
POST SCRIPTUM
9
Ożeż ty, sobie pomyślałam, następne święta sam będziesz przygotowywał. No i tak jakoś od tamtej pory mnie nie ciągnęło nigdy, żeby się szczególnie starać. Bo po co?
Ewa Ćwikła:
Nie potrafię od razu z pełnym przekonaniem jednoznacznie powiedzieć, które święta utkwiły mi w pamięci i na czym opiera się ich niezwykłość, ale jedno wiem na pewno – im jestem starsza, tym częściej sięgam pamięcią do dziecięcych lat, kiedy moja mama biegła z kuchni z parującym na talerzu karpiem, który zresztą do dziś jest moim ulubionym przysmakiem, ale po przeprowadzce do Holandii trudno go kupić, a chęci zakupu budzą zaskoczenie. Na szczęście znaleźliśmy firmę sprzedającą karpie i mój mąż zawsze jeździ tam i przywozi go na święta. Jednak wracając do dzieciństwa, pamiętam fajne powroty z wigilii do domu, którym towarzyszyły z jednej strony przejedzenie, a z drugiej, wyjątkowy nastrój i chrzęst śniegu pod butami, ponieważ wtedy były prawdziwe zimy. Kiedy miałam siedemnaście, czy osiemnaście lat, powiedzieliśmy rodzicom, że wybieramy się na Pasterkę, ale tak naprawdę całą noc całowaliśmy się na ławce w parku. Tej wyjątkowej Pasterki nie zapomnimy, bo bardzo często ją wspominamy. Wyjątkowo wspominam także święta w Holandii, które pierwszy raz spędziliśmy w towarzystwie naszych córek i zięciów. To były bardzo fajne chwile: było bardzo sympatycznie i emocjonalnie…tak jak lubię - prosto i szczerze. Cieszyłam się, że mogliśmy dzielić się polskimi potrawami z holenderskimi zięciami. Pamiętam też pierwszy od wielu lat wyjazd z Holandii do Polski na święta: wtedy też było bardzo rodzinnie i emocjonalnie. Dzieci były bardzo szczęśliwe. Był karp i kluski z makiem, które zupełnie inaczej smakują w ojczyźnie, niż na holenderskim gruncie. Staram się przekazywać dzieciom wartości, które jednak coraz częściej są wypierane przez holenderski styl i nowoczesne życie. Z uwagi na to, że jesteśmy oboje z mężem, święta dzielimy na spędzone z dziećmi i z naszymi mamami. W ubiegłym roku byliśmy w Polsce, a w tym zdecydowaliśmy, że spędzimy je całą rodziną w holenderskim hotelu. Mam nadzieję, że moja mama dojedzie. Nie jest to pewne, bo lubi zmieniać zdanie. Nie mam sił, by przygotowywać tyle potraw, a poza tym zajmujemy od roku mniejsze mieszkanie. Choć w Holandii mieszkam dłużej, to jednak – paradoksalnie, więcej wspomnień wiążę z Polską odnosząc wrażenie, że można mieszkać gdziekolwiek na świecie, a serce i tak zostaje przy kluskach z makiem i karpiu…
10
POST SCRIPTUM
Żanna Gierasimowa: A mój stosunek do jakichkolwiek świąt nie jest jednoznaczny. Jeśli spojrzeć na nie z punktu widzenia mego zawodu, to często słowo “święta” mnie denerwuje, bo notorycznie słyszę, że nie w tym czasie ten czy tamten spektakl gramy, bo wkrótce święta albo, że teraz jest krótko po świętach i ludzie nie mają za co kupować biletów. Dodatkowo aktorzy wyjeżdżają do swych rodzin jeszcze przed świętami i wracają nie od razu po. Praca leży. Z drugiej strony – już od dawna nie mam wśród żywych swoich rodziców i ta tradycja świętowania Bożego Narodzenia w kręgu rodziny, którą poznałam dopiero w Polsce, wywołuje u mnie ciepłe uczucia, bo znajduję się z rodziną mego męża. Zawsze na moment wspominam dzieciństwo i własną rodzinę. Los zrządził, że nie zważając na to, iż nie świętowano w moim kraju Bożego Narodzenia, to w naszym domu święto odbywało się co roku, bo jest to dzień... moich urodzin! Tak śmiesznie się zbiegło... Nie mogę powiedzieć, że któreś z tych świąt zapadło mi w pamięć najbardziej, bo ani razu ani pies, ani kotka ze mną nie pogadały, więc po prostu pamiętam choinkę, podniecony nastrój rodziny i piękne zapachy z kuchni... Uważam, że tradycja polska, świętowanie Bożego Narodzenia w kręgu najbliższych jest wspaniała, i chętnie do niej się przyłączam. Życzę wszystkim pogodnych świąt, pełnych miłości...
Krzysztof Bochus: Mam szczególny stosunek do Świąt Bożego Narodzenia. To dla mnie najpiękniejsze dni w roku. Może nie czekam na nie już z taką niecierpliwością jak niegdyś, gdy byłem małym chłopcem, gdyż pewne emocje zmieniają się wraz z wiekiem i coraz częściej wydaje się nam, że kiedyś to było jednak jakoś fajniej… Nadal jednak są to dla mnie dni magiczne, pełne radości, refleksji i celebrowania wspólnych chwil z rodziną. Ciągle też jestem przywiązany do naturalnej choinki: zawsze dużej, pachnącej igliwiem, którą dekorujemy wspólnie z moimi wnukami. A najbardziej magiczne święta? Chyba te sprzed dziesięciu lat, gdy wprowadzaliśmy się do nowo zbudowanego domu. Wznoszący go górale, czwórka braci, mieli skończyć budowę przed świętami. Robota i tak się ślimaczyła. A na dodatek kilka tygodni wcześniej wyrwali się na jakieś wesele w rodzinnych stronach. Impreza się przeciągnęła i to mocno… Wrócili dopiero po kilkunastu dniach, co sprawiło, że planowane wcześniej terminy zakończe-
nia budowy wzięły w łeb. Dom był nieukończony. Dysponowaliśmy tylko prądem budowlanym. Ogrzewanie zapewniała dmuchawa na ropę, wykorzystywana wcześniej przez górali. I kominek, jedyna w pełni ukończona część domu. Nie zrezygnowaliśmy jednak i to była świetna decyzja. Wigilijny stół zastąpiły nam deski przykryte białym obrusem. Zapaliliśmy dziesiątki świec, które zbudowały nastrój. Za oknami było mroźnie i biało. Pachniała choinka. Wszystkie dania świąteczne przywieźliśmy w bagażniku. Była ryba w galarecie i barszcz dotransportowany w termosie.
Łamaliśmy się opłatkiem w salonie, w którym jedynymi meblami były drewniane skrzynki ściągnięte z placu budowy. Było inaczej: bardziej pierwotnie, bez blichtru, prawdziwiej. Miałem wrażenie, że inaczej wybrzmiewały też opłatkowe życzenia: szczere słowa nie potrzebują prezentów, świecidełek ani rozbuchanej oprawy. Byliśmy tego wieczoru naprawdę razem, podnieceni i szczęśliwi, że zrealizowaliśmy swoje wielkie marzenie w postaci nowego domu, ciekawi przyszłości i związanych z tym emocji. Tak, to były niezapomniane święta.
W imieniu redakcji
oraz wszystkich zebranych artystów,
życzymy Wam cudownych, wspaniałych i
co najważniejsze magicznych świąt
Bożego Narodzenia,
czy też Przesilenia Zimowego (co kto woli).
No i przepięknego, idealnego, niezapomnianego,
szczęśliwego
Roku 2020
!
POST SCRIPTUM
11
Eva Rodríguez Zima i Święta okiem hiszpanskiej ilustratorki
www.artworkbyevarodriguez.com
12
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
13
Wiadomo, zimą jest najfajniej. U nas w Jarosławiu jest zawsze mróz i śniegu po pas. Samochody szurają po jezdni zostawiając szarobure koleiny i wzniecając fontanny brudnej brei, a furmanki chybocą się na zakrętach grzechocąc bańkami na mleko. Zimą można iść na sanki nad stary San. Tylko trzeba uważać, bo zjazd jarem w dół – z górki na pazurki – może skończyć się twardym lądowaniem w skutych lodem tatarakach. Ale nikt nie beczy, bo ja i koledzy jesteśmy już prawie dorośli. Tak samo w bitwach na śnieżki. A Franek to nawet znalazł tam tatarski grocik od strzały, tak powiedziała nasza pani. U nas w klasie prawie każdy chce zostać rycerzem, ale to jest stary zawód i niestety rycerzy już nie ma. Franek powiedział, że chciałby zostać takim Gagarinem i polecieć w kosmos, ale dużo uczyć się trzeba, a Franek woli hasać po wandołach i łapać do słoika końskie pijawki. No, znaczy latem, nie zimą. Kiedy wyszedłem z domu po śmietanę było jeszcze ciemno. Hala niedaleko, a na dodatek w kieszeni grzał mnie nowiutki banknot dwudziestozłotowy, co go dostałem od dziadka Cześka. Na Mikołaja dostałem. I teraz nie wiedziałem, co z tym szczęściem zrobić. No bo tak – w kiosku przy hali są plastikowi rycerze, na koniach i piesi. Ale z kolei w hali jest taki jeden pan, co sprzedaje gumowe pająki i węże. I muszę teraz wybierać. Ech, ciężkie jest życie chłopaka. W hali poszedłem do jednej takiej pani, co zawsze u niej babcia śmietanę bierze. Nalała mi całą bańkę. Taką małą chochelką. Zamknąłem szczelnie wieczko i szybko wyszedłem nie patrząc nawet w stronę kosmatych pająków. Przeszedłem podcieniami kamienicy na rogu. Mówią, że jest bardzo stara i zabytkowa. Pani też mówiła, bo Jarosław to starożytne miasto. Zauważyłem coś dziwnego. Przed ratuszem stał taki jeden pan, co wyglądał bardzo szykownie. Miał płaszcz z futrzanym kołnierzem i kapelusz. Przyglądał mi się z uśmiechem, kiedy starałem się nie wywrócić na ośnieżonym chodniku balansując dla równowagi bańką ze śmietaną. Otworzyłem ciężkie drzwi do kamienicy i starannie ostukałem trapery, żeby nie nanieść śniegu. Jeszcze przejechałem ze dwa razy podeszwami po skrobaczce. W środku przez prześwit na dziedzińcu widać było jak wielkie płatki śniegu spadają niespiesznie na ziemię. Na krużgankach nie było nikogo. Święta tuż tuż. Wszyscy się szykują. Wszedłem po schodach. Sąsiadka, pani Imielska znów głośno słuchała radia i wszystko było słychać w naszej sieni. Wszedłem do mieszkania. Taty jeszcze nie było. Mama i babcia krzątały się w kuchni, a dziadek Fryderyk mocował drzewko w donicy. Wysokie aż pod sufit. Z drewnianego odbiornika z zielonym oczkiem sączyła się muzyka Mazowsza, a potem spiker podawał ilość tych, no, kwintali z hektara w tym roku.
14
POST SCRIPTUM
– No, Grzesiu. Teraz pójdziemy na strych po bombki. – powiedział do mnie dziadek mrugając filuternie. Uwielbiałem ten strych. Wielki, dwupiętrowy z całym mnóstwem zakamarków i małych schodków. Dziadek hodował tam gołębie. Babcia zawsze mówiła, że dziadek jak czegoś nie chce zrobić, to mówi, że ma słaby wzrok, ale purcla to wypatrzy ze stu metrów. Na strychu pachniało starocią – nasza kamienica była bardzo zabytkowa i kryła wiele tajemnic. Stare rakiety tenisowe wyprute z żyłek wiszące na drewnianych powałach, zardzewiały rower pamietający austriackie czasy, setki pudeł kryjących przeróżne skarby – to wszystko można było znaleźć na strychu. I można by było tu siedzieć całymi dniami, gdyby dorośli pozwolili, ale bali się, że ktoś zaprószy ogień i strych był dostępny jedynie na krótko i tylko w towarzystwie któregoś z nich. Dziadek zabrał ze stychu wielkie pudła z ozdobami choinkowymi. Były tam lampki z małymi świeczkami, bombki, papierowe kolorowe łańcuchy i anielskie włosy. Jeszcze zapas ogni sztucznych, które zostały z zeszłego roku. Trzeba było mieć dużo cierpliwości, bo trudno się zapalały, ale jak już złapały ogień to roziskrzały się i od razu widać było, że są Święta. Dziadek dał mi kilka pudełek do niesienia. Jedno z nich skrywało Bardzo Ważne Bombki. W delikatnej otulinie leżały w nim dwie zielone szyszki i figurka świętego Mikołaja z sosenką w jednej ręce i workiem z prezentami zarzuconym na plecy. Były to bombki jeszcze z Podola, skąd przyjechali dziadkowie i miały ze sto lat. Z namaszczeniem położyłem to pudełeczko na większym pudle i poszedłem za dziadkiem na dół. Pech chciał, że potknąłem się szpetnie na ostatnim stopniu, zachwiałem się, złapałem równowagę, ale drogocenne pudełko zsunęło się i spadło na ziemię. Rozległ się
chrupot – najgorszy odgłos jaki słyszałem w życiu. Dziadek odwrócił się i zobaczył, co się stało. Po otwarciu pudełka zobaczyliśmy dwie nietknięte szyszki i pogruchotanego świętego Mikołaja. Rozpacz. Delikatne, srebrne płatki z resztkami farby patrzyły na mnie jak wyrzut sumienia. Dziadek pocieszał mnie jak mógł. Mówił, że nic się nie stało, ale po przyjściu do mieszkania nie powiedział nic babci. Zostaliśmy związani tajemnym paktem milczenia. Jak w książkach przygodowych, które tak lubiliśmy z dziadkiem czytać. Innych ozdób było multum, więc może babcia nie zauważy braku Mikołaja? Jutro, w Wigilię, mieliśmy usiąść wszyscy przy rozłożonym stole i rozpocząć świętowanie. Ale jak tu świętować bez Mikołaja? Kończył się już ten przedświąteczny dzień, ale my z dziadkiem dalej mieliśmy nietęgie miny i prawdopodobnie babcia i mama zauważą, że coś jest nie tak. Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzeliśmy z dziadkiem po sobie. Sąsiadka? Często pożyczała cukier na szklanki. Pewnie zabrakło jej do wypieków. Poszedłem za dziadkiem do drzwi przez długi przedpokój. Ku memu zdziwieniu w drzwiach stał ów pan, co go wcześniej widziałem w rynku. Trzymał kapelusz w ręku i widać było, że przyszedł w jakiejś ważnej sprawie. Uśmiechał się życzliwie i wyciągnął do dziadka rękę na powitanie. – Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Leon Słupecki i jestem tu poniekąd przejazdem. Pozwoliłem sobie niepokoić państwa w pewnej dość istotnej sprawie. Otóż prowadzę tu pewnego rodzaju badania, a państwa mieszkanie jest kluczowym elementem tychże. – mówił w kunsztowny sposób, jak to dziadek później powiedział tak „przedwojennie”.
Przybysz pocałował babcię i mamę w dłoń choć ta ostatnia miała całe ręce w mące. Rozejrzał się po pokoju, pokiwał głową. Coś tam zapisał w kajecie. – Widzę, że szykujecie się państwo do Świąt. Nie będę dłużej zabierał państwu czasu. – Ale skoro pan przejazdem to pewnie nie zdąży na Wieczerzę. Zapraszamy serdecznie jutro z pierwszą gwiazdką. – pospieszyła z zaproszeniem mama. - Ależ tak, naturalnie, zawsze jest miejsce dla wędrowca przy wigilijnym stole. – potwierdziła babcia. – Pięknie dziękuję, ale wigilię spędzę we Wrocławiu. No, na mnie już pora, ale mam coś jeszcze, co to było…państwo wybaczą, wiek już nie ten i pamięć czasami szwankuje… Aha. Sięgnął do skórzanej torby zapinanej na dwa zamki i wyciągnął z niej tekturowe pudełko. – Zdaje się, że upuściłeś to kawalerze na schodach. Znalazłem, odnoszę. Spojrzałem na dziadka, a dziadek na mnie. Pod tekturowym wieczkiem w muślinowym kłębku leżała najspokojniej bombka w kształcie świętego Mikołaja z drzewkiem i workiem prezentów. Cała, nienaruszona. Dziadek zbaraniał. – No, tego, bardzo dziękujemy panu, ale… – Nie ma sprawy – jest kolegium – zażartował. – Zapewne pamiątka rodzinna, taki ładny drobiazg. Mam w planach wrócić do Jarosławia wiosną, to może sobie wtedy porozmawiamy dłużej, a teraz już czas na mnie. Zdrowych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia państwu życzę! Moje uszanowanie. Nieznajomy obrócił się na pięcie i wyszedł do sieni zostawiając nas wszystkich w całkowitym osłupieniu. Wybiegłem za nim, ale on już schodził po schodach i po chwili słychać było stukot podkutych butów na dole w korytarzu. Spojrzałem w tę stronę, chcąc go odprowadzić wzrokiem, ale nie dostrzegłem nikogo. Słyszałem tylko to miarowe stuk, puk. I tak zaczęła się moja najwspanialsza przygoda w życiu.
KONIEC
Jarosław Rybski
autor książek zatytułowanych “Warkot i Gromił”
POST SCRIPTUM
15
ŚWIĘTA ATEISTY
Felieton
Jarosława Prusińskiego Jakieś dwie dekady temu, gdym się nieopatrznie przyznał pewnej znajomej, że jestem całkowicie niewierzący, ta bez chwili namysłu odebrała mi prawo do obchodzenia świąt. Skoroś ateistyczna świnia, to wara ci od Bożego Narodzenia – powiedziała. A gdym jej próbował tłumaczyć, że święta
16
POST SCRIPTUM
przesilenia zimowego znane są od niepamiętnych czasów i nasi przodkowie, poganie, obchodzili je jak najbardziej, w dodatku z choinką, świeczkami, prezentami i tym wszystkim, co znamy dzisiaj, dostałem po gębie. Nie potraktowałem tego policzka personalnie, albowiem był to policzek wymierzony w obronie wiary. A wiadomo, że w obronie wiary wszystko uchodzi i powstrzymam się od kąśliwych przykładów. Niech sobie po prostu będzie, że wolno. Nie był to ostatni policzek, który przy okazji świąt mi wymierzono. Wymierza mi się go nagminnie. Dość niezręcznie się czuję, patrząc na wylewające się z każdego kąta i każdej półki sklepowej symbole religijne. Jeszcze bardziej niezręcznie, gdy na rodzinnych wigiliach czytają Biblię. Dość nieswojo, gdy jedzą obowiązkową rybę, pokarm zakazany u Słowian oraz gdy przeinaczają wymowę zwyczajów, które przejęli od swoich pogańskich przodków (na przykład dodatkowe nakrycie nie jest dla żadnego wędrowca, zbłąkanego czy też niezbłąkanego, ale dla zmarłych – dla nich też się paliło świeczki na choince, żeby dusze odnalazły drogę do domu). Rozumiem, że Chrześcijanie mają prawo do obchodzenia starożytnych świąt z własną oprawą, podparte własną ideologią i własnymi wierzeniami. No ich to prawo, jak najbardziej. A jednak, to agresywne zawłaszczenie jest niczym innym, jak policzkowaniem ateistów czy Rodzimowierców. Ale dość już o tym policzkowaniu. Święta w końcu są radosne i na radosnym aspekcie należałoby się skupić. Radość zaczyna się od pre-zentów. Trzeba obdarować dzieci, rodziców, siostrzeńców i bratanków i sto innych osób, którym coś wypada kupić. Najgorzej z dziećmi, bo z reguły wszystko mają i prezent poniżej kilku tysięcy, to generalnie chała i sromota, a nie prezent. Lepiej z byle czym w ogóle nie startować, bo dobry humor diabli wezmą do przyszłych świąt, co najmniej. Poniżej smartfona za trzy tysie, to lepiej do domu nie wchodzić. Dzieci obdarować najgorzej. A kiedy już dostaną te wypasione telefony, to i tak później będzie wojna, żeby je od tych phonów odegnać i zapędzić spać. Skończy się to awanturą i wszyscy zakończą dzień poobrażani. Na bank. Kolejnym orzechem do zgryzienia są rodzice i teściowie. Rodzice nie są tak wymagający, ale zwykle też się nie cieszą. Teściowa po otrzymaniu własnoręcznie namalowanego obrazka oprawionego w ramy podziękuje uprzejmie, a potem powie, że brzydki. Jeszcze Wam każe bezczelnie go do piwnicy wynieść, bo ją nogi bolą z powodu żylaków. Kosmetyki okażą się śmierdzące, a poza tym ona uczulenie ma, biżuteria tandetna, a czytnik ebooków jej się nie przyda, bo i tak nie ma czasu na lekturę. W dodatku oczy ją bolą. Ale oczywiście za każdy prezent podziękuje i będzie Wam wdzięczna. A te uwagi poczyni z sympatii przecież. W rewanżu dostaniecie kosmetyki te same, co zwykle, co to ich szczerze nienawidzicie i zaczynacie się zastanawiać, czy tu chodzi aby na pewno o wymianę prezentów czy przeciwnie – o złośliwości. Po zakupie niechcianych i nietrafionych prezentów przychodzi czas na zakupy poważniejsze, a mianowicie nabycie
dóbr jadalnych, z których będziecie chcieli wyczarować dwanaście wigilijnych potraw, a potem tych prawdziwych – mięsnych na święta… Nie ma najmniejszego sensu posyłać po zakupy męża. Kupi na pewno nie to co trzeba i jeszcze będzie zadowolony z siebie. Zamiast śmietany trzydziestki kupi 12%, bo pomyśli, że ze śmietaną jest jak z betonem – im mniejszy numer tym lepiej. O innych rzeczach lepiej nie wspominać. Kobiety od niepamiętnych czasów muszą się użerać z mężami-idiotami. Takie ich brzemię, niestety. Wyobrażam sobie święta w epoce kamiennej, gdy mąż wtaszcza do jaskini upolowanego dzika: – Tak żeś tego dzika maczugą wyklepał, debilu, że co ja teraz z tego mięsa zrobię? – wrzeszczy niewiasta odziana w skóry – Devolaja, to z tego nie będzie. Mielone co najwyżej. A buraki na barszczyk przyniosłeś? To co masz w garści, to myślisz, że buraki, kretynie jeden? To marchewka! Mówiłam czerwone, a nie pomarańczowe, daltonisto cholerny! Nie wiem na ile to pocieszające, drogie Panie, że wcześniej nie było wcale lepiej, fakt jest jednak taki, że z tymi siatami będziecie się szamotać same. Same je też wniesiecie na czwarte piętro, bo Wasz mąż-idiota umie przewidzieć wyniki spotkań piłkarskich meczów na pół roku do przodu, ale żeby zejść na dół i Wam pomóc dźwigać, żebyście od tych siat nie miały rąk jak szympans, to już nie. Tego przewidzieć nie potrafi, że Wam będzie ciężko. No, dobrze. Załóżmy optymistycznie, że udało Wam się przeżyć robienie zakupów wszelkich. Zawlekłyście z trudem, nie tylko nietrafione prezenty, ale też karkówkę, szynkę, buraki na barszcz, kapustę kiszoną i sto innych produktów, co to ich nawet wymieniać nie warto, bo listę macie jeszcze w głowie. Razem z nieznośnym poczuciem, że czegoś jednak zabrakło, że o czymś zapomnieliście i Wam się przypomni na godzinę przez Wigilią, gdy teściowa już będzie dzwonić do drzwi. Ona dzwoni, a Wam się nagle przypomina – Jezu! Nie kupiłam, karpia, o rany! A wiadomo, że teściowa bez karpia, to nawet do stołu nie usiądzie. Nie ma takiej opcji. Odwróci się na pięcie i pojedzie do innego swojego dziecka, takiego, co to bardziej ogarnięte jest. A Wasz mąż się na Was za mamusię obrazi na rok co najmniej. Oby tylko. No więc macie wszystko na stole z poczuciem, że jednak nie wszystko (karpia macałyście już ze cztery razy – JEST) i co dalej? No dalej, to już tylko gorzej. Trzeba wypucować dom od piwnicy po strych. Ma to swoje zalety, bo zwykle się wtedy znajdują rzeczy, których szukaliście kiedyś przez trzy miesiące, i które były Wam wtedy absolutnie niezbędne, a teraz są po nic. Więc układacie wszystko z powrotem, po wytarciu z kurzu, starając się zapamiętać, gdzie co wkładacie. Oczywiście, bezskutecznie. Za miesiąc znowu będziecie czegoś szukać i za cholerę sobie nie przypomnicie, gdzie to leżało. Nie ma takiej opcji. Jeśli macie mieszkanie, to chociaż raz w roku cieszycie się, że macie 54 metry kwadratowe zamiast 300. Cieszycie się tak aż do chwili, gdy przygotowane specjały trzeba będzie zmieścić w kuchni, co ma dwa na dwa metry. Wtedy radość trochę zblaknie. Kiedyś przy takim sprzątaniu pewna gospodyni domowa
podobno odnalazła dziecko, co o nim była zapomniała, a się w jakimś kącie zakurzonym cudownie odnalazło. Nie bardzo w to wierzę, ale gwoli rzetelności kronikarskiej o tym też nadmieniam. Po pucowaniu domu na błysk, przychodzi czas na tradycyjne potrawy świąteczne i wypieki. Zwykle wtedy w całej okolicy wywala prąd i ciasto Wam oklapuje, jak Wasza radość ze świąt. O ile w ogóle kiedyś była. W ferworze bitwy o święta wydajecie komendy jak generał, dyrygując dziećmi i mężem: śmieci wynieś, po chleb do piekarni leć. Co z tego, że w sklepie taki sam. Z piekarni lepszy. I po raz kolejny obiecujecie sobie, że następne święta, to już nie ma mowy. Nikt Was nie namówi do takiej harówki. W życiu! Na Malediwy se pojedziecie. A co! Nigdy więcej takiego zapieprzu. No way! Koleżanka moja, gdym się z nią ideą tego felietonu podzielił powiedziała, że to powielanie stereotypów, że baba to do garów tylko. A przecież może być cudownie na odwrót. Kobieta może się robić na bóstwo w zaprzyjaźnionym salonie kosmetycznym, a przy garach może siedzieć facet. Jej mąż podobno siedzi i podobno jest zadowolony. Ależ oczywiście, że może być na odwrót. Niczego nie powielam, a jedynie obserwuję rzeczywistość. Za 10 lat, jeśli dożyję, może napiszę felieton o tym, jak faceci tyrają, a ich leniwe żony leżą na kanapie. Na razie to jednak nie jest norma. Póki co jest na odwrót – co jako samiec wstydliwie przyznaję. Sam, prywatnie, nie mam zdania. Czasy się zmieniają i role społeczne także. Teraz coraz mniej rzeczy jest oczywistych. Na przykład: oglądałem niedawno program randkowy, gdzie facet wybiera partnerkę (oglądając wyłącznie miejsca intymne kandydatek – reszta schowana w kapsule). Jedna kapsuła różni się od pozostałych. Prowadząca tłumaczy zdziwionemu bohaterowi programu, że to jest kobieta, choć ma penisa. Wygląda na to, że jestem dość jednak stereotypowy i banalny, bo lubię, gdy kobieta ma to, co mieć powinna. Co się ma oczywiście nijak do całego mojego wywodu o świętach. Wyraz „wywód” dziwnie blisko jest od tego penisa, więc czym prędzej wracam do świąt. Już jesteście po. Dom wypucowany, karp łypie na Was z półmiska, w otoczeniu barszczu i klusków. Są świąteczne dekoracje i pozytywny nastrój, który z siebie wykrzesaliście pomimo przeszkadzania dzieci i męża (lub żony). Upragniona wigilia rozpoczyna się od wzajemnych pretensji, a pies szwagierki (jak zwykle), wtyka Wam nos w krocze pod stołem. Rozpoczynają się tradycyjne spory polityczne. Wujek Janek w pięć minut zdoła się pokłócić z ciotką Haliną, że ta opozycja, to sama nie wie, czego chce. Tak się w swoim zapalczywym wywodzie rozpali i rękami rozmacha, że barszczyk wyląduje Wam na sukience i resztę Wigilii przesiedzicie w bluzie siostrzeńca. Z kapturem. I będziecie marzyć. Nie o prezencie żadnym od Mikołaja Świętego. Tylko o tym, żeby te cholerne święta się już wreszcie skończyły. Tylko o tym. Czego i ja Wam oczywiście życzę! [JP]
Do siego roku! POST SCRIPTUM
17
oła
Percepcja k
,
czyli słów kilka o gdańskiej wystawie współczesnego MALARSTWA
ARTYSTYCZNEGO
P
ierwszym projektem, który zachęcił nas do dalszych działań była wystawa malarstwa z nurtu realizmu magicznego zatytułowana Metamorfoza (www.metamorfoza.info.pl). Pokazaliśmy wówczas prace 48 polskich artystów tworzących współcześnie. Ekspozycja prezentowana była w kilku polskich miastach, gdzie za każdym razem cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Zachęceni frekwencją oraz pozytywnymi opiniami, postanowiliśmy udostępnić kolejną część naszej kolekcji. Zatytułowaliśmy ją Percepcja koła. Tym razem wspólnym elementem wszystkich zaprezentowanych 36 prac będzie kształt – koło, w sztuce określane mianem tonda. Niestety, polska szkoła nie uczy wrażliwości na sztukę. W obecnej rzeczywistości, w której prym wiedzie pogoń za dobrami materialnymi, brakuje miejsca na chwilę refleksji i dostrzeżenie wartości ponadczasowych, dlatego cieszymy się, że możemy mieć niewielki, ale jednak znaczący wkład w popularyzację polskiej sztuki współczesnej, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Zależy nam, aby jak najwięcej osób mogło zobaczyć na żywo, a nie tylko w Internecie, co tworzą współcześni artyści. Żywimy również nadzieję, że kolekcjonerzy skorzy będą wyznawać nasz pogląd na piękno, będące jedną z tych wartości, które się mnożą, kiedy się nimi dzielimy i zechcą pokazać swoje kolekcje. W projekcie Percepcja koła będzie można obejrzeć dzieła artystów z ugruntowaną pozycją, między innymi: Karola Bąka, Mai Borowicz, Tomasza Sętowskiego, Jarosława Jaśnikowskiego, Marcina Kołpanowicza oraz młodych, zdolnych, którzy cieszą się pewnym już dorobkiem jak: Anna Wypych, Alicja Rekowska, Marzena Machaj i wielu innych. [MK]
SERDECZNIE ZAPRASZAMY !
Wstęp wolny!
Małgorzata Krużycka
Wernisaż pierwszej wystawy odbędzie się 1 lutego 2020 roku w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku w Ratuszu Staromiejskim przy ul. Korzennej 33/35 o godz. 17.00
18
POST SCRIPTUM
Obraz olejny “METAMORFOZA, autor: TOMASZ ALEN KOPERA
źródło: www.arteclat.com
POST SCRIPTUM
19
Niedobrzy chłopcy, czyli o trudnej pamięci
Chopy to pijaki, brudasy. Wcześniej czy później zawsze
bez pożytku większego, bez większego, a w końcu
żadnego, córucho
barbelucho.
Niechlubna
pamięć, jedni twierdzą, że potrzebna, pozwala nie popełniać tych samych błędów na przyszłość, inni znowu, i tu jestem chyba zgodny, przekonani są o tym, że pamiętanie, zatrzymanie w bólu i rozpaczy nie przynosi zbyt wiele dobrego. Złe doświadczenia zbyt długo chowane w sobie prowadzą do uprzedzeń, wycofania, niekiedy nawet wrogości, bowiem człowiek zamiast przyjaciół, szuka kolejnego ataku, przygotowany jest na niespodziewany cios. O takiej właśnie zahartowanej do boju niemal siedemdziesięcioletniej kobiecie pisze Zyta Rudzka w swojej książce Krótka wymiana ognia. Nie boję się tego powiedzieć, to wymagająca literatura, czytelnik wyniesie dużo, jeśli sam również wejdzie w interakcję z tekstem, w prozie tej bowiem pełno odwołań do literatury, kultury, można by to dzieło nawet określić jako potężny zbiór anegdot, ciętych dialogów, mocnych
20
POST SCRIPTUM
RECENZJA
Zyta Rudzka
Krótka wymiana ognia W.A.B. Warszawa 2018
spojrzeń na rzeczywistość. Zyta Rudzka znana chociażby z takich powieści jak Białe klisze, Mykwa czy Ślicznotka doktora Josefa, jest również dramatopisarką, (Zimny bufet). Wielokrotnie nagradzana, laureatka Europejskiej Nagrody Radia Deutsche Welle czy Nagrody im. Jarosława Iwaszkiewicza. Przypadła jej w udziale również tegoroczna Nagroda Literacka Gdynia w kategorii Proza właśnie za Krótką wymianę ognia. Niewątpliwie jest to literatura oryginalna, wykorzystująca znane lub mniej znane tropy kulturowe, odwołująca się do trudnego losu kobiety, która za wszelką cenę chce być sobą. Roma Dąbrowska to poetka
w starszym wieku, gryzie się z myślami – jak zauważają czytelnicy – blisko Romie do bohaterek kreowanych przez Elfriede Jelinek, mowa tu między innymi o demaskowaniu stereotypów, kąśliwej, czasem wręcz irytującej postawie wobec otaczającego świata. Roma z pewnością nie należy do kobiet o łagodnym charakterze, jak twierdzi sama Rudzka w rozmowie z Justyną Sobolewską: Oddałam głos kobiecie starej, jest to głos drapieżny, poraniony, ale głos wolny. Roma swoją postawą może irytować, ale jednocześnie uświadamia nas, czytelników, że portret starej kobiety wcale nie musi być utkany z szalików robionych na drutach przez babcie dla wnucząt. Daleko tam także do porad,
które możemy czytać na popularnych kalendarzach, zdzierakach. Być może Rudzka szuka nowej narracji, w pełni kobiecej, wyzwolonej z opresji patriarchatu, gdzie kobieta nie musi być jedynie podporą dla mężczyzny. Roma Dąbrowska sama wybiera sobie partnerów, później ich porzuca, czasami też sama jest porzucana – wojenna i miłosna gra toczy się nieustannie, pomimo tego, że życie Romy obfituje w wiele porażek, nie jest to w stanie zachwiać jej poczucia niezależności i szacunku do samej siebie. Pierwsze pobieżne czytanie Krótkiej wymiany ognia pozwoliło mi dojrzeć niezwykły kunszt językowy, żonglerkę różnymi skojarzeniami czy dialogi wycelowane jak strzały z karabinu. Drugie podejście, próba zrozumienia trudnego losu Romy, zachwiało moim poczuciem bezpieczeństwa. Literatura spod pióra Zyty Rudzkiej nie usypia, drąży, podaje w wątpliwość, zadaje niewygodne pytania. Być może z tego powodu książka ta ma skrajne opinie czytelników, od zachwytu, po rozczarowanie. Raczej nie jest to pisanie lekkostrawne, jeśli miałbym użyć kulinarnych metafor. Roma żyje w poczuciu wiecznej straty, na okrągło odchodzą od niej bliscy, doznaje również wielu niesprawiedliwych uwag od swojej matki, no na przykład na temat pisania: Wierszyki. Wierszyki i wierszyki. Po co to komu? Roma nie jest taka, jaką chciałaby ją widzieć jej matka, od tego narasta w niej poczucie winy, złość i frustracja. Chora zależność od matki nie ma końca, trzeba też stwierdzić, że Roma ma zapewne syndrom DDD (Dorosłe Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych), zabrakło jej troski i wsparcia ze strony rodzica. Stąd zresztą wynikają nieudane związki, bezskuteczne poszukiwanie oparcia w drugim człowieku. Moglibyśmy ulec złudzeniu, że Roma poszukuje tylko przygodnego seksu, kusi ją męski prymitywizm, seks w najbardziej zwierzęcej formie, pojawia się skądinąd skojarzenie z Kochankiem lady Chatterley Davida Herberta Lawrence’a, tam też przecież chodziło o męski, prymitywny in-
stynkt. Nie chcę już żadnych lekarzy, tłumaczy, polonistów. Rozumiesz. Tylko prości chłopcy. Chcę się rozbierać przed konduktorami, leśnikami, technikami obróbki skrawaniem, gdyż afekt mnie dobije. (s. 46). Nie jestem jednak pewny, czy to najważniejsze, niebywałą satysfakcję daje Romie ogrywanie przeciwnika, tak jak w miłosnej grze. Przy krupniku zapytał mnie o imię, przy mielonym o stosunek pracy, po kompocie byliśmy już umówieni na stosunek (s. 89). Miłość ze Stefanem skończyła się tak jak inne: Stefan pragnął miłości dozgonnej, a moją filozofią była fizjologia (s. 92). Oprócz wojennej retoryki, jest nieprzerwanie u Rudzkiej swoista gra słów. Nic się nie wydarzyło. Nic nie było. Każdy wskoczył do swojego okopu. Żadnych śladów walki. Tylko rany wylotowe (s. 62). Takie ubieranie miłosnych wzlotów i upadków w kostium wojenny być może pomaga Romie niejako zdystansować się do poczucia odrzucenia, które ku utrapieniu, towarzyszy jej bez przerwy. Roma nie ma szczęścia do związków, kolejne próby kończą się niewypałem, żeby użyć tej wojennej metaforyki. Związek z Mateuszem kończy się, na horyzoncie pojawia się rywalka Manuela, dzielnie wpisująca się w patriarchalny obrazek. Tam właśnie Manuela będzie sprzątać, piec, wekować, czekać na podjeździe, mocować się z wiecznie zacinającą się bramą, tam będzie rozkładać uda i pobierać pożądany materiał genetyczny (s. 27). Takiego życia prawdopodobnie nie chce Roma, powiedzmy szczerze, bądź co bądź niezależna poetka, kobieta przejmująca ster, sama dostarczająca sobie pokus i podniet. Warto mieć jednak na uwadze, że to jej partner Mateusz odchodzi i znajduje chwile ukojenia przy innej kobiecie - Roma w tej sytuacji mogłaby mieć realne powody do tego, by zadręczyć się takim obrotem spraw. Przeżywa bardzo, chociaż maska przyzwoitości nie pozwala jej na uzewnętrznienie wszystkich odczuć. Żeby tego było mało, jest jeszcze Mamulka, Roma to dla niej niechciane dziecko. Poetka
wykreowana przez Rudzką egzystuje w negacji, jej wartość jest cały czas umniejszana. Córka Romy, Zuzanna, po osiągnięciu dojrzałości, ucieka z domu, Roma nieustająco poszukuje córki, wynajmuje nawet detektywa. Wspomina jej próby – Zuzanna to wybitna pianistka, chociaż wspomnienia te nie przynoszą nic dobrego. Rudzka przyznała, że tworzy nas brak, z braku możemy się wyłonić, ukształtować, dlatego też Romie brakuje dosłownie wszystkiego: drugiego człowieka, wsparcia. Roma żyje w roztrzaskanym świecie, o dziwo, nie brak jej pewności siebie, wiele kobiet załamałoby się w połowie drogi, Roma jest tutaj trochę pomnikowa, ze spiżu. Swoistym paradoksem w Krótkiej wymianie ognia jest to, że Roma będąc poetką stwarza światy równoległe, korzysta z pamięci, ale jednocześnie łapie się na wspominaniu, bolą te powroty. To kokon, z którego nie potrafi się wydrzeć. Tak prezentowana jest Roma na spotkaniu autorskim: Poetka. Podglądaczka istnienia. Doskonała w anatomii przedmiotów. Sekcji rzeczy. Odgrzebywaniu istnień. Dmucha w popiół. Wychwytuje fragment. Ukryty zarys. Nieważny detal. Schowany szczegół. Nieśmiały ślad. Zatartą poszlakę. Zapomniany trop (s. 33). Pisanie, a już szczególnie pisanie poezji, spełnia tu funkcję terapeutyczną, tylko w jaki sposób Roma ma się otrząsnąć z ciężaru przeszłości, powiedziałbym nawet teraźniejszości, poszukuje córki, spotyka się z byłym partnerem po samobójczej śmierci Manueli. Działalność twórcza chyba nie za wiele dobrego wnosi, samej postaci Romy dodaje za to jakiś koturn, w tym swoim poetyckim przedstawieniu Roma jest groteskowa. Mówię niezbornie. Lubią to. Kobieta, która pisze wiersze nie może być normalna. Tworzę legendę i nie pękam. Chociaż nacięcie jak stąd do dzieciństwa (s. 34). Groteskowość, klisze w przedstawianiu poetyckich tematów, pięknie, poetycko, obrazkowo. Można by powiedzieć, Roma Dąbrowska wielką poetką była, i w takiej
POST SCRIPTUM
21
22
POST SCRIPTUM
Renata Cygan
pozie ory i splendory, chyba zastygła, życie prywatne jest jednak to jedrozdźwięk, nak koślawość, życie publiczne, niezdarność, honory defori splendory, macja, matka życie mówi prywatne do Romy to córucho jednak koślawość, barbelucho. niezdarność, Ta sama kobieta, deformacja, zgoła matka odmienne mówisposoby do Romy kreacji, córucho trochę barjak belucho. lustro zmieniające Ta sama kobieta, proporcje, zgoła które odmienne można spotkać sposobywkreacji, lunaparku. trochę jak lustro Chociaż zmieniające jest pokusa, proporcje, aby na które chwilę można odpocząć spotkać od Romy, w lunaparku. nie schodzi ona jednakChociaż z pierwszego jest pokusa, planu, aby narracja na chwilę jest wodpocząć zasadzieod dwutorowa, Romy, nie schoRoma, dzi gwałtowny ona jednak potok z pierwszego myśli oraz Mamulplanu, narracja ka i jej jest nawoływania w zasadzie do studzienki, dwutorowa, powrót Roma, do tragicznych gwałtowny czasów potok myśli wojny. oraz Deficyt Mamulka fabuły,i wątki jej nawoływania gubią się, dialodo studzienki, gi, cięte riposty, powrótwidoczne do tragicznych elementy czasów niczym wojny. ze sztuki Deficyt teatralnej. fabuły, Niebywątkiwałym gubiąwalorem się, dialogi, tej prozy cięte jestriposty, język, w widoczne moim odczuciu elementy na tym niczym zresztą ze sztuki polega teatralnej. koncept tejNiebywałym powieści - nawalorem krótkich zdatej prozy niach, jest które język, jakwprzyznaje moim odczuciu sama Rudzna tym ka, zresztą pisze się polega najdłużej. koncept Wyznaczają tej powieści one krótki – na krótkich oddech zdaniach, bohaterki,które rytm jak wielkiego przyznaje miasta. sama Czasem Rudzka,trudno pisze się nanajdłużej. dążyć za Wyznaczają Romą, błyskawiczne one krótki dialogi, oddech gra skojarzeń bohaterki,i aluzji, rytm wielkiego niespodziewane miasta. puenty, Czasem szermierka trudno nadążyć słowna:za Romą, błyskawiczne Całe noce z jąkającym dialogi, grasię skojarzeń radiem. i aluzji, Głos spikera: niespodziewane puenty, szermierka To brzydki słowna: kraj z piękną historią. To piękny kraj z brzydką historią, odCałe noce z(s.jąkającym się radiem. powiadam 100). Głos spikera: Takich To brzydki „smaczków” kraj z piękną jesthistorią. w tekście o wiele To piękny więcejkraj - mam z brzydką nawet wrażenie, historią, że odpowiadam to sposób na(s.obronę 100). nie tyle przed ludźmi, chociaż Roma została wiele razy zraniona, Takich „smaczków” jest rzecw co przed gorzką tekście o wiele więcejktóre – mam nawet zywistością, życiem, okazało się wrażenie, że toi rozczarowań. sposób na obronę pasmem klęsk Krótkie, nie tyle przed ludźmi, chociażstrzały Roma z błyskawiczne hasła, niczym została wiele razy mierze zraniona, co pistoletu, w jakiejś utrzymuprzed gorzką rzeczywistością, żyją równowagę psychiczną, pozwalają ciem, które okazało się pasmem klęskto na potrzebny dystans. Zapewne i też rozczarowań. kreacja, taKrótkie, proza ażbłyskawiczne kipi od wyrahasła, z ipistoletu, zistychniczym uwag ostrzały świecie ludziach, wnie jakiejś mierzeczyutrzymują wiadomo, to życie wrównopoezji, wagę psychiczną, na po-na a może poezja wpozwalają życiu, przepis trzebny to też i zdrowy, dystans. potrzebnyZapewne balans, harmonię kreacja, proza aż kipi odciągle wyra-jej spokój -ta za tym Roma tęskni, zistych uwag o świecie i ludziach, tego brakuje. nie wiadomo, czy to życiedialogi w poezji, Językowa różnorodność, celne a jak może poezja w życiu, przepis na pociski w samo serce, teatralna zdrowy, potrzebny balans, harmonięnastylizacja, Roma jest tekturowa, i spokój za tym Roma tęskni, ciągle kręcana- jak pozytywka, sztuczność, jej tego brakuje.
Językowa różnorodność, dialogi celne jak pociski w samo serce, teatralna stylizacja, Roma jest tekturowa, nakręcana jak pozytywka, sztuczność, odnosi się wrażenie, że język ma to wszystko roznieść od środka. Kobieta ma nawet wizję swojego pogrzebu, dalej jest tam jednak koturn, szablon, okrągłe pochwalne pieśni na cześć zmarłej poetki, w tym poczuciu pustki jest ogromny, nieuświadomiony być może głód miłości. Brak miłości. Wzięłam sobie Mateusza za męża, tak jak się bierze coś z głodu – szybko, zachłannie, bez zastanowienia (s. 119). Widoczna jest tutaj potrzeba bliskości, akceptacji, Roma dąży do tego bezustannie, potyka się o przeciwności, odrzucenie, w końcu o samą siebie. Kiedyś oddałam mu serce, a on zwrócił mi je tak niechlujnym gestem, jakby wydawał resztę; teraz zaszedł mi drogę (s. 137). Miłość, dlaczego z czasem przeradza się w ból i cierpienie? Roma to wojowniczka, są niezagojone rany, stygmat, teatralne pozy, brak poczucia zakotwiczenia, Roma wiecznie ucieka, nie może oswoić się z dzie-
dziczoną pamięcią, starością, obca pozie chyba zastygła, jest jednak dla siebie. Jak dobrze jednak wiemy, rozdźwięk, życie publiczne, honory i przed sobą uciec się nie da. Kobieta splendory, życie prywatne to jednak jest świadoma starości, nie jest to koślawość, niezdarność, deformacja, dla niej naturalny stan – pokazuje to matka mówi do Romy córucho barjęzyk, deformacja wykoślawienie, odbelucho. Ta sama kobieta, zgoła odwołania do mięsa, rzekłbym nawet, mienne sposoby kreacji, trochę jak że cielesność, erotyka w Krótkiej wylustro zmieniające proporcje, które mianie ognia jest jakaś taka mięsna, można spotkać w lunaparku. podtytuł powieści mógłby brzmieć Chociaż jest pokusa, aby na chwilę odOpowieść o mięsie. Roma jest również począć od Romy, nie schodzi ona jedświadoma śmierci, chociażby przez nak z pierwszego planu, narracja jest okrutne doświadczenia swojej matw zasadzie dwutorowa, Roma, gwałki, która zresztą stwierdza: Przeżyłam towny potok myśli oraz Mamulka i jej i zgniłam. Pojawia się tu trauma nawoływania do studzienki, powrót związana z wysiedleniami Niemców do tragicznych czasów wojny. Deficyt z ziem odzyskanych. Życie to właścifabuły, wątki gubią się, dialogi, cięte wie obumieranie, Roma, wprost riposty, widoczne elementy niczym ujmując, pakuje się na śmierć, przeżyze sztuki teatralnej. Niebywałym wawa śmierć swojej matki, powraca to lorem tej prozy jest język, w moim znamienite ubranie na śmierć, temat odczuciu na tym zresztą polega kontabu w wielu domach. Oswajanie ze cept tej powieści - na krótkich zdaniśmiercią jest chyba też oswajaniem ach, które jak przyznaje sama Rudzz przegraną, bilansem zysków i strat, ka, pisze się najdłużej. Wyznaczają a raczej wiecznej straty. Wracam do one krótki oddech bohaterki, rytm miasta, do mieszkania, do zatyczek wielkiego miasta. Czasem trudno nado uszu, proszków na sen, czopków na dążyć za Romą, błyskawiczne dialogi, hemoroidy, tych wszystkich insygniów gra skojarzeń i aluzji, niespodziewane mowy detronizacyjnej, złożonych na puenty, szermierka słowna: krzyż w szafce nocnej (s.132). Całe noce z jąkającym się radiem. Głos spikera: Pogodzenie ze śmiercią, zawieszona wojna, na szali poTo brzydki kraj z piękną historią. nad zwierzęcym instynktem przeważył rozsądek. To piękny kraj z brzydką historią,Czy odpowiadam (s. 100). pamięć musi aż tak boleć? Człowiek z czasem przy-
zwyczaja się do straty, ubywania, miałkości rzeczy doTakich „smaczków” jest w tekście o czesnych. wiele więcej - mam nawet wrażenie,
że to sposób na obronę nie tyle przed chociażpodarłam Roma zostałaswoje wiele Kiedyś chciałam się zabić,ludźmi, ale tylko razy zraniona, co przed gorzką rzecwiersze. Teraz bardziej wspominam, niż oddycham. zywistością, życiem, które okazało się Częściej skreślam, niż zapisuję. jest Krótkie, moją pasmem Backspace klęsk i rozczarowań. błyskawiczne hasła, niczym strzały z ojczyzną (s. 53). pistoletu, w jakiejś mierze utrzymują równowagę psychiczną, pozwalają Jednoznacznie wynika z tego, że Roma nie chce odziena potrzebny dystans. Zapewne to dziczonej pamięci. Traumy, też urazy, pogarda kreacja, ta proza iażodrzucenie kipi od wyrazistych uwag o świecie ludziach, bolą, pamięć jest przytłaczającym balastem – izamiast nie wiadomo, czy to życie w poezji, pokazywać nowe lepsze rozwiązania – izoluje od lua może poezja w życiu, przepis na dzi, uczy podejrzliwości i nienawiści. Z trudną pamięcią zdrowy, potrzebny balans, harmonię - za tym Roma ciągle trudno się pogodzić. Trudnoi spokój żyć, dlatego życietęskni, Romy to jej tego brakuje.się siebie. Innej nieustanne wymazywanie, pozbywanie Językowa różnorodność, dialogi celne drogi chyba nie ma. jak pociski w samo serce, teatralna
Robert Knapik
POST SCRIPTUM
23
I oto kolejny wigilijny „DACH” ocieplił magią i przeszedł do albumu, jak minione. Uroczysty wieczór petów, muzyków, pisarzy, atystów o różnych pasjach, przytulonych do galerii „Ona” w Warszawie, wieńczący kolejny rok spotkań. Spotkań pod parasolem Stowarzyszenia Autorów Polskich (O/Warszawski II),
skupiającego twórców z całej Polski i wielu krajów takich jak: Anglia, Niemcy, Litwa, Szwecja, Dania, Holandia, Australia.
Gwiazdka spadła na DACH 24
POST SCRIPTUM
Takiej kumulacji „trzynastek” na poetycko-muzycznym „DACHU”, jaki organizowany jest od ponad 8 lat w klubie „Ona” – jeszcze nie było. Spotkanie – 113, odbyło się 13-go ( w dodatku w piątek), odbieraliśmy trzynastą międzynarodową antologię „Poplątane ścieżki”, która właśnie przyjechała z drukarni. Powinien pech wyzierać z każdego kąta. Tymczasem…
Było pięknie. Uroczyście, poetycko, muzycznie, świątecznie, mikołajkowo, wesoło. A w pigułce wyglądało to tak: Pan Paweł Wesołowski z Departamentu Mecenatu Państwa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego uhonorował dwóch naszych kolegów. Eugeniusz Orłow, prezes Rady Głównej SAP, otrzymał Brązowy Medal “Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Kazimierz Linda (Stalowa Wola) otrzymał odznakę honorową “Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
Było zatem niecodziennie. Promowaliśmy naszą XII antologię – „ZADUMA”. Wszystko odbyło się w całkowitych ciemnościach, utwory recytowało ponad 20 autorów – jednym ciągiem, był to szczególny poetycki spektakl. Całkowicie inny odbiór poezji, w skupieniu, bez bodźców zewnętrznych. No i…znakomite ćwiczenie pamięci. Muzycznie ubarwili wieczór bardowie – Joanna Jagiełło, Wojciech Gęsicki i Marek Korzemski, a kiedy pojawił się Mikołaj z workiem pełnym prezentów (do którego każdy miał obowiązek przedtem coś przynieść) – obudziło się w biesiadujących dziecko i świąteczna aura zapanowała do końca spotkania. Spotkania, urozmaiconego – zgodnie z „DACHOWĄ” tradycją. Wyśmienite potrawy, serwowane przez gospodarzy – Grażynę Dąbrowską i Dariusza Kowalskiego, zawsze zaskakuja pomysłowością, smakiem, wyglądem. Na dobranoc – były życzenia, życzenia, jak w zżytej, szanującej się i szczęśliwej rodzinie… Wanda Dusia Stańczak Prezes Stowarzyszenia Autorów Polskich O/ Warszawski II POST SCRIPTUM
25
Anioł zmarznięty
Pstryk!
Pastorałka klubowa
Tryska radością pachnący grudzień świerkowym światłem grzeje prezenty dłonie udają serdeczność wielką tylu szczęśliwych i wniebowziętych
deszcz już nie kapie ścisnął mróz srogi porozrzucała zima puch biały zmarznięty Anioł pogubił drogi błądził po świecie boży dzień cały ujrzał na niebie gwiazdę pod wieczór która nowinę światu głosiła poszedł za światłem choć nóg już nie czuł gwiazda go do nas przyprowadziła
Życzeń lawina wszystko zalewa I nie omija wiedźmy sąsiadki Nie są zdradzane ni zapomniane kochane żony kochane matki
r: usiądź aniele tu między nami gorącym barszczem ogrzej swe ręce wspomóż w kolędzie, otul skrzydłami – nas gdy śpiewamy o dziecinie w stajence
Usta opłatek zamyka szczelnie Kłamstwom obelgom i prawdzie wszelkiej Wielkie wyzwania kurczą się w ciszy A małe słówka stają się wielkie
Wanda Dusia Stańczak
świątecznie miasto skapuje w dłonie snu gęstym syropem aromatem gorzkiej czekolady kolędą wspomnień ciepłem świateł za zimowymi oknami obraz choinki wracającej dzieciństwem obwieszonej radością ulotnością kolorów bielą lukrowanych życzeń opłatkiem najpierwszym słowa milknie na koniuszkach rzęs słodyczą chwili szeptem lampek na śniegu ciszą ciemności mocnym iglastym zapachem na obrzeżach płomienia
Małgorzata T. Skwarek-Gałęska 26
POST SCRIPTUM
Cicha noc Polskie dzieci umierają ze śmiechu przed telewizorami Cicha noc Afrykańskie dzieci umierają z głodu przed pustymi miskami Marek Porąbka
Kolęda Jezusek maluśki nam grzesznym odpuści, bo kocha nas wszystkich i ładnych i brzydkich. I wszystkie dzieci o białych buziach, o czarnych buziach, o śniadych buziach, ślepych, kalekich, w cierniach i w różach. Jezusek naguśki, zrodzony w stajence, zimniutkie ma nóżki, gorące ma serce.
Tryska radością pachnący grudzień Świerkowym światłem grzeje prezenty tyle w nas dobra co życia w lampce pstryk i znikniemy ze świata świętych
posiedział Anioł kolędę nucił ogrzał się wreszcie najadł do syta cieszył się widząc gdzie okiem rzucił jak świat małego Jezusa wita kiedy odpoczął Panu na chwałę poszedł, lecz przedtem obiecał szczerze że będzie czuwać nad nami stale słowa dotrzyma, mocno w to wierzę
Przemysław Wróblewski
Cicha noc
Rodzinne Święta Te rodzinne święta są o tym, jak wypełniać bliskością tęsknoty na Szyndzielni, Magórce czy Błatniej jest dziś jaśniej – tak dziwnie jaśniej, jakby niebo trącało ziemię, więc się ziemio na lepszą przemień i rozkwitaj dobrocią, rozkwitaj, na ulicach, w parkach i w błękitach, i w uśmiechach… Nie tylko od święta zapamiętaj ten czas – zapamiętaj, kiedy błądzisz po krętych ulicach, to zachwycaj się pięknem, zachwycaj, które w bliźnich, w drzewach, w kamieniach… I przemieniaj się w dobroć… Przemieniaj, gdy Dziecina na ziemię przychodzi, by się lepszy człowiek w nas rodził i marzenie odwieczne ziścił o Miłości – bez nienawiści…
Juliusz Wątroba
Do serca tuli dzieci z in vitro, starców w jarmułkach, duchownych z mitrą, tych, co kochają w innych wymiarach, konie na stepach, robaki w szparach, biednych, bogatych, gładkich, tęczowych, wesołków w kratkę i smutne wdowy głodnych za stołem, rannych z Aleppo, tych pod kościołem i tych pod mekką. Czci cyrylicą, kocha abdżadem, wielbi jidyszem, świeci przykładem. Jezusek-dziecina dygocze, jak trzcina, z nadzieją że w ludziach współczucie obudzi.
Renata Cygan POST SCRIPTUM
27
Próżna pastorałka wśród nocnej ciszy nikt jej nie słyszy może bezkarnie do reszty zmarnieć wieść o tym niosę by się jej losem ktoś jednak wzruszył śnieg sobie prószy
Weneckie myśli… wywiesiłem myśli białe pstrokate czyste proste jak pranie na sznurze po samobójstwie bez pętli luźno jak w Wenecji pomiędzy oknami nienawiści miłości one w słońcu odbijają się kolorowym dywanem na wodzie ocierają się o krawędzie domów łodzi ludzi
Grzegorz Spis
dzisiaj w betlejem tyle się dzieje a ja na skróty psu szyję buty
Agnieszka Smugła
Mała syryjska dziewczynka czeka na Pierwszy Znak z Nieba zielone drzewko w Jej myślach spełnia najskrytsze życzenia Chciałaby lalkę, sukienkę... Dorodny kawałek chleba I Pokój, spokój i ciszę Zaklętą w bombce tęsknotę pustynny wiatr ciągle zwiewa
Anna Czachorowska 28
POST SCRIPTUM
Renata Cygan
POST SCRIPTUM
29
mam ze swoimi książkami tak, jak kobiety z dziećmi (…)
najpierw długa ciąża,
a potem
poród,
Kiedyś wpisywano zawód do dowodu osobistego. Co Ty miałbyś wpisane? Pisarz? Chyba miałbym wymowną kreskę. Żeby nazwać się pisarzem, trzeba chyba należeć do jakiejś organizacji zrzeszającej literatów, a ja nawet nie wiem, jak się ona nazywa. Niektórzy autorzy, gdy zaczynają pisać nową powieść, rozpisują wszystko na kartkach, robią plan, a dopiero potem skrupulatnie zapełniają strony tekstem. Inni piszą chaotycznie, a później głowią się, żeby z tego zrobić powieść. Zaliczam się do tej drugiej grupy, a jak jest u Ciebie? Zawsze się śmieję, że mam ze swoimi książkami tak, jak kobiety z dziećmi – najpierw długa ciąża, a potem poród, czasem bardziej, a czasem mniej bolesny. Zbieranie pomysłów, opracowanie fabuły, elementów akcji, stworzenie postaci trwają całymi tygodniami. Zapisuję wtedy miliony karteczek, w których potem z reguły nie potrafię się połapać. Kiedy uznam, że pora przelać ten cały chaos na papier, zasiadam do komputera i wtedy już nie ma przebacz – piszę codziennie, choćby nawet kilka zdań. Napisałeś książkę z Magdą Witkiewicz. Prawdę mówiąc ja bym chyba nie potrafił pracować z kimś do spółki. Pisanie to mój świat, moja przestrzeń. Nie umiałbym ich z kimś dzielić. Jak Tobie się to udało? Dzięki wyjątkowości Magdy, czy po prostu potrafisz wpuścić kogoś do swojego świata?
30
POST SCRIPTUM
czasem ardziej, a czasem mniej bolesny
Marzeniem Alka jest
b
Nie jestem egoistą i lubię się dzielić. Poza tym na etapie, kiedy tworzyliśmy z Magdą Pudełko z marzeniami i Biuro M, nasze światy miały zbiór wspólny. Na tyle duży, że dało się z niego wykreować także ten powieściowy. Pisanie to bardzo samotna robota – jesteś ty, komputer, w moim przypadku też szklanka z mocną, czarną herbatą i mieszanka orzechów, które ponoć dobrze wpływają na pracę mózgu. I tyle. A kiedy piszesz z kimś, to masz wrażenie, że nawet jeśli jest daleko, a w przypadku Magdy dzieliło nas pół Polski, to i tak ci w jakiś magiczny sposób towarzyszy. Lubię to uczucie i dlatego jestem otwarty na dalszą współpracę. Czy zdarza Ci się być utożsamianym ze swoimi bohaterami? Nie zaatakowała Cię na przykład jakaś starsza pani na spotkaniu autorskim tekstem typu: „Wstydziłby się Pan. Jak pan mógł porzucić tę dziewczynę?” Nie pamiętam, żeby ktoś u mnie kogoś rzucał. Moi bohaterowie raczej mordują i nie, raczej nikt mnie nie podejrzewał o dokonanie jakiejś zbrodni. Myślę, że to jest domena aktorów. To oni dają granym przez siebie postaciom swoją twarz, głos, sylwetkę i inne charakterystyczne cechy. A pisarze są na szczęście ukryci za klawiaturą. Może to i lepiej? Rynek pisarski w Polsce jest trudny. Wielu świetnych autorów latami wysiaduje pod drzwiami wydawnictw.
objechać cały świat, a na stare lata zamieszkać na jednej z wysp Morza Śródziemnego.
A tam już tylko pisać, i pisać, i pisać, i pisać…
wywiad z Alkiem Rogozińskim
T
wórca powieści kryminalnych i obyczajowych. W swoich powieściach morduje zawsze z przymrużeniem oka i uśmiechem na twarzy. Zadebiutował w marcu 2015 roku komedią kryminalną Ukochany z piekła rodem, która zdobyła pierwsze miejsce na liście kryminalnych bestsellerów księgarni Empik.com. Jednak prawdziwą popularność przyniosła mu komedia sensacyjna Jak Cię zabić, kochanie?, nominowana przez portal Lubimy Czytać w 2016 roku w plebiscycie Książka roku (kryminał, sensacja, thriller). Rok później podobną nominację zdobyła powieść Do trzech razy śmierć.
D
wie jego książki- Lustereczko, powiedz przecie i Zbrodnia w wielkim mieście – zdobyły pierwsze miejsca w plebiscycie internetowym Zbrodnia z przymrużeniem oka, a w 2019 roku powieść Raz, dwa, trzy... giniesz ty! doczekała się inscenizacji teatralnej. Nakład napisanych przez niego powieści przekroczył już ćwierć miliona egzemplarzy. POST SCRIPTUM
31
a bardziej obyczajowa. Pozwalam sobie czasem na takie skoki w bok. Poprzednio miało to miejsce w Jak Cię zabić, kochanie? i Zbrodni w wielkim mieście. Oczywiście, jest tam wątek kryminalny, ale tym razem nie będzie on najważniejszy. Na pierwszym planie znalazła się kwestia wierności małżeńskiej, zdrady, ukrywania swoich żądz i problem, czy niewierność można wybaczyć. A jeśli nie, to jak ją najlepiej ukarać. Będzie się dużo działo, to mogę obiecać. Magiczne święta Bożego Narodzenia Alka Rogozińskiego. Które wspominasz najczęściej? Mam nadzieję, że takie jeszcze ciągle przede mną. Ale wykorzystam tę okazję, aby złożyć życzenia Czytelniczkom i Czytelnikom. Dużo miłości, zrozumienia, zdrowia, marzeń, które będą się spełniały nie tylko przy pierwszej gwiazdce na niebie oraz, oczywiście, samych tylko pasjonujących lektur! Dziękuję za rozmowę! Jak Tobie udało się je wyważyć? Szczęście czy talent? self-publishingowe zaczną przeznaczać większe nakłady na promocję autorów. O, proszę, w ten sposób Trudno mi to rozstrzygnąć. Swój debiut zawdzięczam zamiast odpowiedzieć na pytanie, wygłosiłem pani Bogusi Genczelewskiej z Wydawnictwa Me- przemowę na temat rynku księgarskiego. Cały ja! lanż, która dostrzegła potencjał w powieści, którą jej wysłałem i postanowiła dać mi szansę, za co jes- Masz jakąś radę dla początkujących pisarzy? tem jej niezmiernie wdzięczny. Plik z pierwszą powieścią wysłałem w sumie do sześciu wydawnictw, Tak naprawdę tylko jedną: piszcie i się nie zniechęw tym jednego, które oferowało wydawanie książek cajcie. Ani odmowami ze strony wydawnictw, ani w trybie tradycyjnym albo za pieniądze autora. złymi recenzjami, ani tym, że nie od razu sprzedaOtrzymałem stamtąd wiadomość, że powieść im cie sto tysięcy egzemplarzy powieści. Jeśli coś wam się bardzo podoba, w związku z tym wydadzą ją w duszy gra i macie przekonanie, że jest to dobre, po za… i w tym miejscu była odpowiednia kwota, którą prostu przelewajcie to na papier i czekajcie na „swój miałbym im zapłacić. Dzisiaj wiem, że za tę sumę moment”. można było wydrukować dwa razy więcej egzemplarzy niż mi zaproponowano i jeszcze by starczyło Wiem, że interesujesz się historią Starożytnego na jakąś małą promocję. Dlatego przestrzegam Rzymu. Kiedy napiszesz książkę o tej tematyce? początkujących twórców: zastanówcie się, zanim się na coś takiego zdecydujecie. Czasem lepiej Zaplanowałem ją na 2021 rok. I choć zdaję sobie poczekać i wydać książkę w tradycyjny sposób, niż sprawę, że jak człowiek coś planuje, to gdzieś tam eksperymentować. Nie mam nic przeciw self-pu- wysoko w Królestwie Niebieskim wszyscy mają bishingowi, ale widzę w nim sens tylko wtedy, kiedy ubaw, to jednak postaram się zrobić wszystko, aby ma się już wyrobioną markę i swoją grupę czytelników. tak się stało i powieść ujrzała wtedy światło dzienne. Doskonałym przykładem jest tu Katarzyna Michalak, której książki kupują tysiące wielbicielek i która Powiesz Czytelnikom kilka słów o swoim najmoże sobie pozwolić na samodzielne ich wydawanie, nowszym projekcie, nad którym teraz pracujesz? bo po prostu lepiej na tym zarobi. W przypadku młodego pisarza nie ma to sensu. No chyba, że wydawnictwa Moja nowa powieść będzie mniej kryminalna,
32
POST SCRIPTUM
Rozmawiał: Jarosław Prusiński
Jduszy eśli coś wam w gra i macie
przekonanie, że jest to dobre, po prostu przelewajcie to na papier i czekajcie na „swój moment”
POST SCRIPTUM
33
P
o kilkutygodniowej, zawodowej podróży, wszedł wreszcie do mieszkania. Od kiedy pamięta, zawsze zacinał się klucz drzwi od domofonu, czasami wystarczało kilkanaście sekund mocowania z zamkiem, a niekiedy już był bliski kapitulacji i miał ochotę zadzwonić do któregoś z sąsiadów. Tym razem zastanawiał się już nad tym od kiedy wysiadł z pociągu. Niby nic, ale pogoda była dosyć nieprzyjemna. Zaczął padać pierwszy grudniowy śnieg. Trochę przedwcześnie i byłoby nawet uroczo, gdyby nie przeraźliwie zimny i silny wiatr. Dlatego kwestia zamka wydawała się tak istotna i urosła w głowie do niewyobrażalnego problemu. Poszło jednak gładko, za pierwszym przekręceniem. Może wreszcie naprawili – pomyślał wspinając się na czwarte piętro. Jeszcze tylko drzwi do mieszkania i już czuł się podobnie jak większość ludzi na wczasach. Od zawsze lubił ten moment. Zamykając drzwi, zostawiał za nimi wszelkie sprawy. Wtedy opadała adrenalina, przychodziła ulga i nieodparta ochota nacieszenia własnym azylem. Wprawdzie przyjechał tylko na kilka dni, ale na początku nigdy nie myśli się o tym, że pojutrze trzeba będzie znowu przekręcić zamki z drugiej strony na kolejne dwa, trzy tygodnie. Jeszcze nie pora by o tym myśleć. Zresztą za niecałe dwa tygodnie znowu przyjedzie i akurat będą święta. Pomieszka trochę dłużej. Może jeden, może dwa dni dłużej. Zobaczymy, nie wykluczone, że wytarguje ze zlecającym cały tydzień. Wchodząc do mieszkania, od lat powtarzał dokładnie ten sam rytuał. Zrzucał
34
POST SCRIPTUM
wszystko – buty zaraz po wejściu, wierzchnie ciuchy z rozmachem na krzesło. Nieważne jak się ułożą, grunt by nie spadły. Robił to w pośpiechu, więc i tak lądowały na podłodze. Zrobione po drodze szybkie zakupy i korespondencję wyjętą ze skrzynki wrzucał na blat kuchenny. Przechodził do pokoju, siadał w wygodnym
fotelu, włączał kanał informacyjny telewizji, od której przez ostatnie kilkanaście dni był odcięty i czekał, aż włączony po drodze czajnik zasygnalizuje głośnym wrzeniem, że można już zalewać kawę. Zwykłą tradycyjną plujkę z fusami, za którą tęsknił bardziej niż za żywymi obrazami kanałów informacyjnych. W podróżach skazany był na dworcowe automaty, sieciowe kawiarnie z dobrym, mocnym espresso i hotelowe zestawy, gdzie też zwykle serwowano jakąś opcję z ekspresu. Bardzo je lubił, lecz domowa zalewajka zasypana fusami do poziomu jednej czwartej kubka – czyli dawny popularny “szatan”, była już rytuałem powrotów i biła na głowę najlepsze espresso świata. Oczywiście, w jego subiektywnej skali. Jeśli się tak zdarzało to po kilkunastu dniach braku zleceń, ponownie tęs-
knił za espresso, ale teraz, ten moment należał do tej zwykłej “małej czarnej”. Nawet jeśli wracał późno, co wielokrotnie się zdarzało, to i tak nie zmieniał kolejności. Zresztą organizm tak przywykł do tego trunku, że nie miał najmniejszych kłopotów, by wypić ją tuż przed snem. Gorzej byłoby, gdyby trafił w miejsce, gdzie o poranku nie może tego zrobić. Tym razem jednak nie włączył telewizora. W ciszy czekał aż się zagotuje woda. Kilka tygodni temu rozstał się z Klaudyną. Do tej pory nie mógł się pozbierać, nie mógł przestać myśleć, czemu odeszła, czemu bez słowa. Po prostu. Gdy wpadł poprzednim razem – doskonale to pamięta, był szósty grudnia – niezły “Mikołaj” - pomyślał zdejmując ze ścian wszystkie jej zdjęcia. Pięknie oprawione portrety, z rożnych etapów ich pięcioletniego związku. To było tak trudne, jakby chował do grobu kogoś najbliższego. Mimo, że dwa lata wcześniej zrobił kapitalny remont mieszkania, z wymianą tynków i malowaniem ścian, to pomimo świeżości ściany, kontury po jej portretach zostały. Przeraźliwie zabolały swą pustką, w każdym widział jej twarz i na każdym inną minę; udawaną srogość, śmiech, usta ułożone w pocałunek, gdy siedzi za biurkiem w pracy, śpi wtulona w poduszkę, czy to gdy pokazała mu język. Nawet gdy jej nie ma, to jest – pomyślał – trzeba będzie zamalować te fragmenty, puste obrysy ramki bolały bardziej, niż niedawne fotografie. Obracał w palcach wyjętego z paczki papierosa. Zapalniczka leżała tuż przed nim, ale zapobiegliwy palacz, ma porozkładane pudełka zapałek po całym mieszkaniu. Kiedy to się zaczęło? – pomyślał, kiedy zaczął się upadek, czegoś tak pięknego? Wzrok zatrzymał na leżących nieopodal zapałkach. Kłóciliśmy się często, ale to były spory personalne, nikt nikomu niczego nie wytykał. Jeśli już to eufemistycznie można to nazwać zaciętą wymianą poglądów. Bardzo
to w niej cenił, dyskutowała na argumenty, merytoryczne nie personalnie, a spierali się o wszystko. Od polityki do klimatu. Daleko im było jednak do powszechnie rozumianych sporów politycznych. Pasjonował ich cały świat, wiec i polityka w kłótniach była szersza niż granice kraju. Oczywiście nie udało się uciec od kłótni o ich własnej przeszłości. Marcin nie był święty, mimo dobrego wykształcenia, spędził jakiś czas w więzieniu, popadł w nałogi, alkohol, narkotyki. To ona wyciągnęła go za uszy z tego bagna. Była z nim w najtrudniejszych momentach. Może to ją przerosło? Znowu poczuł ukłucie, to czuły punkt – zabolała tęsknota. Ta, którą tak wypierał. Akurat ten mechanizm miał opanowany, jako
trzeźwy nałogowiec wiedział jak wyrzucić z pamięci bolesne zdarzenia. Jak “wymazać” z pamięci wszystko, co niewygodne. Ale tego nie potrafił. Wzrok zawiesił się na pudełku zapałek. Zaczęło świtać mu w głowie. Nie, ona nie przestała go kochać, ale wiedziała, że z jego podejściem do świata, nie mają przyszłości. Fakt, był lekkoduchem i mimo, że już dawno przekroczył czterdziestkę, to wciąż chodził w krótkich spodenkach. Nieodpowiedzialny, duży chłopiec. Odchodziła powoli, dopiero teraz to zauważył przyglądając się zapałkom. Odbierała mu siebie, podobnie jak wyciąga się je z pudełka. Z początku nie widać, nikt nie jest w stanie zorientować się, że kilku ubyło. A to rzadsze spotkania, wizyty, tele-
fony. Potem w wirze pracy, któremu oddał się całkowicie, zaprzepaścił szansę. Nie zwracał uwagi, gdy zostało ich już kilka na dnie. Zwalał to, na obowiązki, zarówno swoje jak i jej. Był pewien, że gdy skończy terminowy projekt, to uda się wszystko odbudować. Przecież to właśnie dla niej podjął się tej pracy, chciał już budować powoli zręby bytowej pewności. Mieli swój święty rytuał. Zawsze rano i wieczorem, tuż przed snem,wysyłali sobie pewne symbole, znaki wiadome tylko im. Pierwszy oznaczał “miłego dnia kochany” drugi “śpij dobrze”, każde zawierały wyznanie. Wszystkie nadzieje prysły, gdy wyjęła ostatnią zapałkę. Pewnego wieczoru nie przyszła wiadomość, nie było też rano. Następnego dnia już wiedział, że to koniec… To był bolesny moment, którego nie dało się nie zauważyć, nie dało zrzucić na karb pracy, zajęć i jej zobowiązań. Spojrzał jeszcze na ususzone róże wiszące wokół jednej z lamp w rogu pokoju. Za każdym razem, gdy przychodziła, witał ją tymi kwiatami, zawsze w tym samym kolorze. Nie zawsze mogła je jednak zabrać, wtedy zostawały i je suszył zdobiąc nimi jednocześnie lampkę. Pięć lat wspólnego życia, równie dziwnego, jak dziwny i niespotykany był ten związek. Woda w czajniku zaczynała coraz głośniej bulgotać, znak, że zaraz się wyłączy i najwyższa pora zalać kawę. Poszedł do kuchni – sypiąc ją dostrzegł – w stercie urzędowej korespondencji – tradycyjną kopertę, inną od pozostałych. Odstawił filiżankę, czajnik już się wyłączył, czuł że to od niej. Po prostu wiedział. Szybkim ruchem wyciągnął ją spod pism urzędowych i tych z administracji. Poznał jej charakter pisma. Rozerwał w pośpiechu kopertę, przeczytał i ogarnęła go radość. Były tam tylko cztery słowa: “Czekaj na mnie, wrócę”, a pod spodem dopisek: “PS - Kocham Cię...” [PJ]
Piotr Jastrzębski autor książki pt. “Z dna”.
POST SCRIPTUM
35
Wybrane przez Dianę Żarów –
Mariola i Grzegorz,
to dwie barwne, artystyczne dusze, które połączyła miłość do sztuki i do siebie nawzajem. Malują, prowadzą teatr
Księżyc i Latarnia Magiczna oraz Teatr Tańca Marioli Ptak.
W jednym z najbliższych numerów rozmowa z nimi, a teraz kilka baśniowych obrazów autorstwa
Grzegorza Ptaka.
Więcej informacji na:
www.ptak.art.pl
36
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
37
Grzegorz Ptak
38
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
39
Święta Bożego Narodzenia coraz bliżej,
Irlandczycy z kolei świętują zupełnie inaczej niż my. rodzajów śledzika na przekąskę, zupka (często dwie, jeśli
dlatego myślimy już o ozdobach, prezentach, kolacji wigilijnej i spotkaniach z rodziną. Jak ten świąteczny, magiczny czas spędzają
kobiety na emigracji
?
y się tego dowiedzieć do zwierzeń nakłoniłam pięć przedstawicielek płci pięknej, mieszkających poza granicami naszego kraju. Oto one:
B
WITAM SERDECZNIE DROGIE PANIE!
Daria Skiba – od ponad trzech lat przebywa w Irlan-
Ciekawi mnie bardzo jak organizujecie
Agata Kelso-Burzyńska
I w końcu: czy tęsknicie za Polską?
dii. Autorka, blogerka, pracownik polskiego sklepu, a prywatnie szczęśliwa narzeczona i mama uśmiechniętej Leny.
– od 1992 roku przebywa na emigracji. Wychowała dwoje dzieci. Spędziła dziesięć lat w Londynie, a od 2000 roku mieszka w Holandii z ukochanym partnerem i kotem imieniem Lennon, pracując w ISE (Międzynarodowej Szkole Średniej).
Jolanta Kosowska
– od czternastu lat mieszka
w Niemczech. Jest lekarką od jedenastu lat praktykującą w drezdeńskiej przychodni przyjaznej dla cudzoziemców. Lubi pisać, fotografować i podróżować. Prywatnie mama trójki dzieci, w tym najmłodszego, niepełnosprawnego Piotrusia. Do „rodziny” należy jeszcze: koń Celta, kot Beza i Burunduk Rojber.
Agnieszka Zakrzewska
– od ponad siedemnastu lat mieszka na emigracji w Królestwie Niderlandow. Lubi nazywać Holandię Krainą Tulipanów i Wiatraków, albo jeszcze zabawniej, Deszczowców. Niedoszły prawnik. Z zamiłowania polonistka, z wyboru rekruterka. Jej życiowe motto brzmi: „Im dłużej czekasz na przyszłość, tym będzie krótsza”, dlatego nie czeka, działa i spełnia marzenia.
Agnieszka Ciach – od dziewięciu lat mieszka w UK i
pracuje jako facilitator w National Star College, a po godzinach dodatkowo wciela się w rolę Network marketera Prywatnie matka oraz właścicielka kota o imieniu Mruczek.
40
POST SCRIPTUM
i spędzacie Święta Bożego Narodzenia? Czy zachowujecie polskie tradycje typu: czekanie na pierwszą gwiazdkę i przygotowywanie dwunastu potraw?
Daria: Święta Bożego Narodzenia zawsze były moimi ulubionymi. Pierwsze spędzone w Irlandii były bardzo trudne, chociaż i kolejne do łatwych nie należały. W tym roku Gwiazdkę spędzamy sami i czuję, że to będą najtrudniejsze święta – tylko nasza trójka: ja, narzeczony i nasza córeczka. W Irlandii ciężko jest czekać na pierwszą Gwiazdkę, a to za sprawą mało sprzyjającej aury za oknem – zazwyczaj wtedy pada i niestety nie jest to śnieg, a deszcz. Na wigilijnym stole nie może u mnie zabraknąć czerwonego barszczu z uszkami (wersja z kapustą i grzybami), smażonego karpia, sałatek jarzynowej i śledziowej w śmietanie, bigosu i gołąbków (to na pierwszy dzień świąt). Również zawsze w moim domu jadło się białą kiełbasę z chrzanem lub ćwikłami, a do tego coś słodkiego - piernik, makowiec, albo i karpatka. Zależy na co naszła nas ochota. Kilka dni przed świętami przygotowujemy z córką szybkie pierniczki: Mała uwielbia wycinać kształty foremkami, a później godzinami je dekorować. W Irlandii bardzo szybko rodziny ubierają choinki i przystrajają domy. W domu rodzinnym zawsze w Wigilię ubierałyśmy z siostrą choinkę. Tutaj jednak robimy to wcześniej, bo dłużej można nią nacieszyć oczy. Obchodzimy Święta tak, jak w Polsce, a przynajmniej staramy się: słuchamy kolęd, spotykamy się z bliskimi, dzielimy się opłatkiem i zawsze mamy przy stole dodatkowe miejsce. Również po kolacji wigilijnej obdarowujemy się prezentami.
Wigilia tam to normalny dzień. Mieszkańcy idą do pracy, choć zazwyczaj wtedy pracują krócej. W domach zapalają świece, a wieczorem zasiadają do postnej kolacji. Potrawy rybne są wtedy bardzo mile widziane. W nocy Mikołaj zakrada się do domów i zostawia prezenty. Najważniejszy dla Irlandczyków jest pierwszy dzień świąt. Tego dnia dzieci budzą się zadziwiająco wcześnie, bo pod choinką czekają już na nich upominki. Irlandczycy świętują rodzinnie – spożywają wspólny świąteczny obiad, gdzie na stole nie może zabraknąć pieczonego indyka, szynki i irlandzkiego puddingu. To jedyny dzień (o ile się nie mylę), gdy pozamykane są praktycznie wszystkie sklepy i nawet puby! Drugiego dnia świąt do domów mogą zapukać irlandzcy kolędnicy – Wrenboys. Zbierają oni datki na cele dobroczynne, a według tradycji, jeśli nie przekaże się im pieniędzy – sprowadzi się na siebie nieszczęście w nowym roku.
Agata: Moja rodzina żyje w rozsypce: mama w Polsce, syn w Londynie więc Wigilia jest dla nas ważną okazją do spotkania się… Mam kuku na punkcie choinki: co roku zmieniam projekt i kolor dekoracji. Ostatnio zamieniłam zieloną choinkę na białą. Do wigilijnej kolacji w Holandii zasiadamy o zmroku, o Gwiazdce nie ma co marzyć – zazwyczaj o tej porze roku jest tu bardzo pochmurno… Jeśli chodzi o nasze wigilijne menu, to dwunastu dań raczej nie ma, ale potraw z pewnością tyle się nazbiera: kilka
są goście): grzybowa i barszczyk z uszkami. Rybka – różna, w zależności co się kupi. Z karpia dawno zrezygnowaliśmy: poza Polską nikt chyba nie sprzedawał żywego, teraz być może by się znalazł, ale w naszej rodzinie nikt nie ma ochoty go mordować. Poza tym obowiązkowo kapusta z grochem, mistrzowsko przygotowana przez moją mamę, ziemniaczki, sałatki... z tradycyjnych deserów czasem robimy makuchę (tak się chyba nazywa): deser z mielonego maku, bułeczki i bakalii, lub – jeśli uda się kupić – dobry sernik. Sama nie mam talentu do pieczenia. Próbowałam, wierzcie mi…, ale zawsze kończyło się łzami.
Jolanta: Mieszkam w Niemczech od 2006 roku i jak do tej pory tylko raz spędziłam święta tutaj, bowiem zawsze wtedy jedziemy do Polski, do domu, do swoich. Zresztą nie tylko my. Jak Święta to u siebie, w domu, w Polsce, z tradycyjną wigilią, z dwunastoma potrawami, z nakryciem dla niespodziewanego gościa, z sianem pod obrusem, opłatkiem, ciepłymi życzeniami, prezentami pod choinką, pasterką i kolędami. Tak było u prababci, babci i mamy…W tym roku znowu pojadę na święta do Polski. W Saksonii święta i okres przedświąteczny wyglądają odrobinę inaczej niż w Polsce. Saksończycy cieszą się nie ze świąt, a na święta. Przeżywają i świętują każdą niedzielę adwentu. Ta radość oczekiwania jest dla nich najważniejsza. Czasami mam wrażenie, że ważniejsza
POST SCRIPTUM
41
niż same święta. Czterotygodniowy czas adwentu obfituje w zwyczaje i symbole. Już od pierwszego dnia palą się w oknach łuki adwentowe. Na stołach goszczą wieńce wykonane z gałązek świerku lub sosny, z czterema świecami, które przypominają cztery niedziele adwentu. W pierwszym tygodniu zapala się jedną świecę, w drugim dwie i tak dalej, a obok wieńców stoją piramidy bożonarodzeniowe. Saksończycy ubierają choinki na początku adwentu i rozbierają je zaraz po świętach. Bardzo znana jest drezdeńska Stolla – strucla bożonarodzeniowa: drożdżowe ciasto z rodzynkami i marcepanem. Na saksońskiej wigilii je się sałatkę kartoflaną, różnego rodzaju pieczone kiełbasy i potrawy z kapusty kiszonej. Nie je się karpia. Tradycyjnym daniem w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia jest pieczona gęś. Życzenia są składane bez dzielenia się opłatkiem. Nie ma przy stole miejsca dla niespodziewanego gościa. Pod talerze kładzione są monety, co ma zapewnić dostatek przez cały nadchodzący rok. Muzykuje się wspólnie śpiewając kolędy i pastorałki. Najczęściej słychać „Cichą noc, świętą noc”. („Stille Nacht, Heilige Nacht!”) i „Kling Glöckchen klingelingeling”.
Anglicy uwielbiają kartki.
Wypisują je namiętnie,
dlatego w ich domach zobaczycie całe
wystawki.
Agnieszka: Najbardziej brakuje mi w Holandii polskich świąt. Boże Narodzenie tutaj ma zupełnie inną oprawę i inny smak niż w Polsce. Holendrzy nie celebrują Wigilii i nie dzielą się opłatkiem. Śpiewanie kolęd i Pasterka są im nieznane. Najważniejszym wydarzeniem w grudniu jest przybycie do kraju świętego Mikołaja, zwanego Sinterklaasem. Nie pojawia się on bynajmniej na saniach zaprzężonych w renifery, a na statku przypływającym z.. gorącej Hiszpanii. Wieczorem cała rodzina spotyka się przy kolacji, dzieci śpiewają i recytują specjalnie napisane na tę okazję wierszyki, za które dostają drobne prezenty. Zwykle są to czekoladowe literki (zwyczajowo pierwsza literka imienia obdarowanego), malutkie okrągłe ciasteczka Kruidnootjes i korzenne lub anyżowe kosteczki zwane Pepernoten. Na święta nie przygotowuje się specjalnych potraw. Staram się zawsze zapraszać moich holenderskich przyjaciół w pierwszy dzień Bożego Narodzenia i przyrządzam im ulubione pierogi z kapustą i grzybami oraz czerwony barszcz. W takie dni tęsknię najbardziej. Za zapachem choinki, skrzypieniem śniegu pod butami w drodze do kościoła, za bliskością i kolędami. Lulajże Jezuniu to jedna z moich ulubionych…
Agnieszka Ciach: „To już?!” – tym pytaniem – zdziwieniem, większość ludzi rozpoczyna sezon świąteczny w UK, który wypada coraz wcześniej: w tym roku już końcem sierpnia można było kupić pierwsze bombki czy łańcuchy na choinkę. Po Halloween już istny szał. Wszędzie stawiane są półki,
42
POST SCRIPTUM
Saksończycy cieszą się nie ze świąt, a na święta.
Holendrzy nie celebrują Wigilii i nie dzielą się opłatkiem.
a czasami całe alejki zachęcające do kupowania. Obsesja zakupowa czas start! Ozdoby, światełka, renifery, dziadki do orzechów… Anglicy bardzo chętnie poddają się duchowi konsumpcjonizmu. Znam osoby, które biorą pożyczki, by kupić WSZYSTKO z dziecięcej listy prezentów, a po całej imprezie zostają tylko sterty kartonów i śmieci wylewające się z koszy i wzmożony ruch na grupach sprzedażowych, gdzie można pozbyć się niechcianych upominków. Wymiar duchowy świąt widoczny jest głównie u starszych, którzy stanowią większość obecnych na angielskiej Mszy świętej, albo u imigrantów z krajów katolickich. Młodsze pokolenie raczej nie wybierze się do kościoła i nie podzieli opłatkiem.
Jak zatem wyglądają Święta w angielskiej rodzinie?
Większość domów już na początku grudnia, odwiedza Elf on The Shelf, który szpieguje dla Mikołaja i robi psikusy: rozwija rolkę papieru toaletowego czy rozsypuje mąkę. Elf znika zaraz po świętach, by wrócić następnego roku. Kreatywniejsze mamy robią z dziećmi gingerbread house, czyli domki z piernika przybrane lukrem. Słuchanie kolęd to raczej rzadkość, ale za to hity takie jak All I Want For Christmas Is You w wykonaniu Mariah Carey, czy A Holly Jolly Christmas Michaela Buble, rozbrzmiewają wszędzie. Nie można zapomnieć o sweterkach świątecznych, noszonych bardzo chętnie przez wszystkich, nie tylko przez dzieci. Są one obowiązkowym strojem na imprezach firmowych, które stanowią przyczynek do tego, żeby się zrelaksować i dobrze bawić. Przygotowania do Bożego Narodzenia to głownie zakupy, zakupy i jeszcze raz zakupy. Anglicy uwielbiają kartki. Wypisują je namiętnie, dlatego w ich domach zobaczycie całe wystawki. Na zewnątrz też musi się dziać: światełka, renifery, dmuchany Mikołaj… Im więcej, tym lepiej, jednak niekoniecznie ładniej. Dzień wigilijny spędzany jest w pidżamach, a nowy trend Christmas Eve Box staje się coraz bardziej popularny. W tym „pudełku wigilijnym” znajdują się istne atrakcje: słodkości, gorąca czekolada, film na DVD (Grinch lub Chichitty Chitty Bang Bang u starszego pokolenia), a także jedzenie dla renifera i, oczywiście, pidżama! Dzieci przed pójściem spać, szykują ciasteczka oraz mleczko dla Santy i jedzonko dla Rudolfa. W Boże Narodzenie czeka wszystkich otwieranie prezentów i obiad w gronie rodziny. Na stole, zamiast dwunastu dań, króluje wielki faszerowany indyk, podawany z pieczonymi ziemniakami, brukselką, marchewką i korzeniem pietruszki, a także sos żurawinowy, który jest przepyszny! Na deser Christmas pudding, czyli ciasto z bakaliami, orzechami, czekoladą i rumem. Podczas obiadu często mocno zakrapianego alkoholem, członkowie rodziny dzielą się Christmas Crackers, czyli strzelającą niespodzianką świąteczną. Jest nią kolorowa papierowa tubka z umieszczoną w środku niespodzianką, eksplodująca podczas otwierania. W środku zawsze znajduje się papierowa korona, którą każdy zakłada na
głowę. W drugi dzień świąt, czyli Boxing Day, wszyscy idą na wielkie zakupy. Sklepy robią tak olbrzymie przeceny, że nawet korki na ulicach nie zdołają odstraszyć Anglików. Po świętach czas na odpoczynek: przeliczenie zawartości portfela i czekanie na Nowy Rok. Niektórzy biorą urlopy i jadą w ciepłe miejsca, inni odwiedzają rodzinę. Może się wydawać, że w tym szale zakupów Anglicy zagubili religijny wydźwięk Bożego Narodzenia, jednak jedno muszę im przyznać – wszyscy, nawet największe angielskie marudy zaczynają się w tym czasie uśmiechać i są po prostu milsi.
Boże Narodzenie tutaj ma zupełnie inną oprawę i inny smak niż w
Polsce.
Dziękuję
serdecznie za podzielenie się z nami Waszymi historiami. Muszę przyznać, że się wzruszyłam i poczułam tę tęsknotę…
Przyjmijcie od redakcji Post Scriptum życzenia zdrowych, wesołych i pełnych Świąt Bożego Narodzenia.
miłości
Rozmawiała: Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska prowadząca bloga Zaczytana Ewelka.
POST SCRIPTUM
43
Przy Placu MDM
Choć brzmi to jak bajka, to nią nie jest, wiem, bo
tak się składa, że poniższa historia przydarzyła się akurat mnie, ale zapewne niewielu
z Was w nią uwierzy…
Zdarzyło się to blisko dwadzieścia lat temu, gdy po powrocie z niedawno zakończonej wojny w byłej już Jugosławii, na jakiś czas zrezygnowałem z pracy w dziennikarskim zawodzie. Wspomnienia z tej wojny, tego co tam widziałem, niekiedy uczestniczyłem, były tak mocne, że wszelkie krajowe tematy, pomysły czy reportaże wydawały się niewarte uwagi, a co dopiero pisania o nich. Jedyne, co udało mi się jeszcze zrobić to napisać i w miarę sprawnie wydać książkę traktującą o tym konflikcie. Wydaniem i dystrybucją zajęło się jedno z bardziej prestiżowych wydawnictw, co nie powiem, napawało mnie pewną dumą. Doprowadziliśmy sprawy do końca – książka poszła w świat i zaczęła żyć własnym życiem, a ja powoli i o tym zapominałem. Gdy nie pamiętałem już o niczym, całkowicie się zatraciłem. Dałem się ponieść nałogom. Bez hamulców i asekuracji. Byłem już po rozwodzie i było mi wszystko jedno. Włóczyłem się wiec po świecie, pijąc na umór w rożnych miastach u znajomych w hotelach lub melinach. Póki były pieniądze, wszystko wydawało się w porządku. Bardziej chcąc niż nie chcąc, zapijałam się na śmierć. Marzyłem, by któregoś razu nie ocknąć się po libacji. Nie piszę obudzić, bo zatraciłem pory dnia i nocy. Budziłem się i piłem, piłem tak długo, póki nie zasnąłem. Wylądowałem w końcu w Warszawie - po kilku dniach ostrego melanżu w stolicy spłukałem się wreszcie do zera. Popłynęły wszystkie zarobione wcześniej pieniądze. A nie było ich mało. W końcu stałem wraz z dwoma kumplami na placu MDM bez grosza i patrzyłem z chodnika w okna jakiejś drogiej, eleganckiej restauracji. Pruszył lekki śnieg, nawet miło było popatrzeć, jak ludzie dźwigają zapakowane świąteczne prezenty. Nie znałem dokładnej daty, ale według tego, co widziałem, nadchodziły święta. Ktoś niósł choinkę, w licznych butikach wzmożony ruch, a prawie każdy wychodził z czymś w ładnie zapakowanym pudełku, lub specjalnej torbie z Mikołajami, gwiazdką i tym wszystkim, z czym kojarzą się święta Bożego Narodzenia. Przeszywało mnie upiorne zimno będące konsekwencją zarówno
44
POST SCRIPTUM
niskiej temperatury, mroźnego wiatru, ale – przede wszystkim – ulatującego z organizmu alkoholu. Gapiłem się na tę restaurację przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno sam bywałem w niej gościem. Wpadałem na obiad, albo zapraszałem znajomych. Niedaleko stąd była jedna z kilku redakcji, w której pracowałem, zaliczanych do najbardziej opiniotwórczych, a zarobki przewyższały moje potrzeby. Życie układało się pięknie. Wojna jednak skutecznie przerwała tę sielankę. Nie czułem ani żalu, ani rozczarowania. Tylko ten przenikliwy ziąb. Nie miałem też pomysłu dokąd pójść i kogo odwiedzić. Zresztą i tak, jeśli nie było to pijackim złudzeniem, trafiłem na termin tuż przedświąteczny, co zdawały się potwierdzać pootwierane sklepy, wystrój miasta i ci ludzie z prezentami. Jedyne, co czułem to lekką zazdrość, że mają gdzie pójść, ten obraz w mojej głowie wyidealizował ich rodziny. Taka projekcja własnych pragnień.. Tak czy inaczej, nie był to dobry moment składania niezapowiedzianych wizyt niedawnym znajomym. Tym bardziej, że było nas trzech, przecież nie zostawię kumpli na łasce najbliższej ławki. Galerie handlowe dopiero raczkowały i najbliższa to chyba była Promenada. To też nie miało znaczenia, bo nawet gdyby już funkcjonowały, to i tak nie miałbym o tym pojęcia. Jedyne co nam zostało to dworzec centralny. “Poratuje pan złotówką?” – zapytał mijający mnie żebrak. Popatrzyłem na niego chyba lekko rozbawionym wzrokiem, przecież widać było, że sam jestem mocno skacowany, zżulony, i nie wyglądałem jakbym wyskoczył spod prysznica. Fakt, miałem na sobie markowe ubrania, ale były już mocno zapuszczone po tych wszystkich wcześniejszych podróżach, pociągach, autobusach i melinach. Zdziwił mnie, ale ponieważ zwykle odpowiadam, gdy ktoś się domnie zwraca, to i jemu odpowiedziałem – “Chłopie, nie widzisz, że ledwo się na nogach trzymam? Przecież dałbym sobie rękę obciąć za ćwiartkę, a za piwo palca”. Zatrzymał się i przeszył mnie wzrokiem – “Nie masz pieniędzy?” – zapytał –“Ani grosza” – odpowiedziałem. “To masz” wcisnął mi w dłoń
Włóczyłem się więc po świecie pijąc na umór w rożnych miastach
w hotelach lub melinach.
,
u znajomych
monetę i poszedł dalej. Nie było tego dużo, odebrałem to jako symboliczny gest. W otwartej dłoni przyglądałem się dwudziestogroszówce, którą mi wręczył. Nie wiedziałem, śmiać się, płakać czy pójść do lombardu zastawić ostatnią cenną rzecz jaka mi została, czyli telefon. W trakcie podejmowania decyzji, gdy już byłem skłonny ruszyć jak najszybciej do znanego mi lombardu przy ulicy Emilii Plater, telefon ten zadzwonił. Oczywiście, odebrałem natychmiast. Był to dyrektor wydawnictwa, które wydało moją książkę. Powiedział, że hurtownie przesłały mu część pieniędzy i chciałby się ze mną na bieżąco rozliczyć. Zapytał, kiedy będę w Warszawie, ewentualnie czy wolę przekazem, czy na konto. Niemalże krzyknąłem z wrażenia: powiedziałem mu, że jestem w centrum i w ciągu pół godziny dotrę. Po tym rozliczeniu, kupiłem sobie ćwiartkę wódki, by jakoś dojść do siebie zostawiając część kasy kolegom, którzy cierpieli jak ja, po czym wsiadłem w pociąg i pojechałem do domu, by następnego dnia zgłosić się na odtrucie. To był przełom. Bez trudu odbudowałem pozycję i finansową stabilizację, jednak do zawodu dziennikarza wróciłem dopiero po dziesięciu latach, a po odtruciu i pierwszej terapii zająłem się handlem obrazami. Otworzyłem galerię w Kazimierzu Dolnym. Trafiłem na złoty okres tej branży i naprawdę szybko zarobiłem niewielką fortunę. Ale to już temat na osobne opowiadanie…
Piotr Jastrzębski – autor książki pt. “Z dna” POST SCRIPTUM
45
Osiem cytatów, dzięki którym lepiej poznasz
Francuzów oraz święta Bożego Narodzenia
we Francji
46
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
47
Francuzi
1. « Quand un Français dit du 4. « Ne mettez jamais en mal de lui, ne le croyez pas, il se doute le courage des Français, ce sont eux qui ont découvert vante ! » Edouard Pailleron 1. „Kiedy Francuz mówi o sobie złe rzeczy, nie wierz mu, chwali się!” Edouard Pailleron Pierwsza sztandarowa zasada, jeżeli chodzi o kontakty z Francuzami brzmi: nawet, gdy w Twoim życiu jest wiele nieprzyjemności, to i tak na pytanie: co u Ciebie słychać?, odpowiesz: wszystko w porządku. Gdybyś powiedział, że coś jest nie tak, wówczas uznano by to za coś nietaktownego. Wyjątkiem od tej reguły jest rozmowa z rodziną, gdzie możemy pozwolić sobie na całkowitą szczerość– bez żadnych półprawd i kłamstw.
2. « Connaître une langue à fond cela signifie connaître à fond le peuple qui la parle. » Georg Christoph Lichtenberg
que les escargots étaient comestibles. » Doug Larson
Francuzi są odważni w jednej, fundamentalnej kwestii: w obronie własnego kraju i jego kultury. Jak każdy naród, nie lubią, gdy wytyka się im błędy, ale są mistrzami w celebrowaniu posiłków. Dzień podporządkowują trzem głównym, podawanym o stałych porach (lekkie spóźnienie też się zdarza, gdy gospodyni potrzebuje trochę czasu na ich przygotowanie). Celebracja jedzenia może trwać nawet kilka godzin (sama tego doświadczyłam). Kolacja spożywana dwie godziny jest chlebem powszednim, podczas której trwają rozmowy połączone z delektowaniem się posiłkiem.
Jadąc do Francji, przygotuj się na to, że nie każdy Francuz będzie chciał rozmawiać z Tobą po angielsku – po prostu nie zna tego języka. Nawet, jeśli kaleczysz język francuski to i tak go używaj. Pomogło mi to w sytuacji, gdy niesłusznie miałam zapłacić mandat. Francuzi doceniają fakt, że posługujesz się ich językiem, zgłębiając przy tym tamtejszą kulturę jak i pewne zachowania.
48
POST SCRIPTUM
w obronie własnego kraju
i jego
6. « Noël est là, Ce joyeux Noël, des cadeaux plein les bras, Qui réchauffe nos coeurs et apporte la joie, Jour des plus beaux souvenirs, Plus beau jour de l’année. » Washington Irving 6. „Boże Narodzenie jest tutaj Te święta Bożego Narodzenia pełne prezentów, Ogrzewają nasze serca i przynoszą radość, Dzień najpiękniejszych wspomnień, Najpiękniejszy dzień w roku ”. Washington Irving Podczas Świąt Bożego Narodzenia Francuzi obdarowują się wieczorem dwudziestego czwartego grudnia. Nasze dzieci nie mogą doczekać się rozpakowywania prezentów podczas wigilijnej kolacji, natomiast francuskie, muszą poczekać na nie trochę dłużej – nawet do północy.
3. « Les Français croient qu’ils parlent bien le français parce qu’ils ne parlent aucune langue étrangère. » Tristan Bernard
To zdanie stanowi kontynuację poprzedniego cytatu. Prawdą jest, że Francuzi uważają swój język za najpiękniejszy na świecie, ale który naród twierdzi inaczej? Motto zawiera więc ziarno prawdy, bowiem starsze pokolenie Francuzów posługuje się wyłącznie językiem ojczystym, natomiast młodzież uczy się języków obcych, nie przykładając jednak do tego zajęcia zbyt wielkiej uwagi.
fundamentalnej kwestii:
4. „Nigdy nie kwestionuj odwagi Francuzów: to oni odkryli, że ślimaki są jadalne.” Doug Larson
2. „Dokładne poznanie języka oznacza 5. « Les français parlent vite et dokładne poznanie ludzi, którzy nim się agissent lentement. » Voltaire porozumiewają”. 5. „Francuzi mówią szybko i działają powoli.” Georg Christoph Lichtenberg Wolter
3. „Francuzi uważają, że dobrze mówią po francusku, ponieważ nie znają żadnego języka obcego”. Tristan Bernard
są odważni w jednej,
Będąc we Francji starałeś się zrozumieć rodowitego Francuza, ale nic z tego nie wyszło? Główną przyczyną jest to, że tamtejsi ludzie mówią bardzo szybko. Na pocieszenie powiem, że mnie również na początku przygody z tym językiem, było bardzo ciężko. Przeciwieństwem do szybkiej sztuki mówienia jest powolne życie. Najczęściej można tego doświadczyć na wsi. Droga do piekarni, która zajmuje około 15 minut przedłuża się do godziny z uwagi na spotkania wielu osób, które chcą porozmawiać, by dowiedzieć się, co nowego się u ciebie wydarzyło.
7. « Ce qui compte à Noël, ce n’est pas de décorer le sapin, c’est d’être tous réunis. » Kevin Bright 7. „W Boże Narodzenie nie jest ważne ozdabianie choinki, ale bycie razem”. Kevin Bright
Francuzi, tak jak Polacy, bardzo dbają o relacje rodzinne. Większość więc kolację wigilijną spożywa z najbliższymi, natomiast pozostałe dni świąteczne, poświęca na
kultury
spotkania z dalszą rodziną, przyjaciółmi czy sąsiadami. Polacy nie są aż tak skorzy do utrzymywania kontaktów z sąsiadami, natomiast Francuzi bardzo cenią sobie tego typu stosunki – starają się być dla nich zawsze mili, podtrzymując rozmowę nie tylko w świąteczne, ale przede wszystkim w powszednie dni.
8. « Noël est la seule fête où les enfants reçoivent des cadeaux sans être obligés de dire merci. » Daniel Marchiolli
8. „Święta Bożego Narodzenia to jedyne święta, kiedy dzieci otrzymują prezenty bez konieczności podziękowania za nie”. Daniel Marchiolli Temat sztuki wychowania młodych jest studnią bez dna. Chciałabym zaznaczyć jednak, że francuskim dzieciom nie przypomina się za każdym razem podstawowych zasad kultury, w tym dotyczących podziękowań za otrzymany prezent, bowiem wyrażają je same wręcz automatycznie, co jest efektem nauki savoir-vivre od najmłodszych lat, tak jak mówienie dzień dobry do sąsiadów – francuskie dzieci przywitają się, często zanim dorośli je zauważą.
Aleksandra Duszeńko autorka bloga Francuski przy kawie
POST SCRIPTUM
49
Świąteczne
NOWOŚCI
Wydawnicze 20 grudnia 2019 roku, piątek
Rozdział II Umówili się w restauracji Klemensa. Tak naprawdę tylko zwykli tak to nazywać. Restauracja należała do Melanii, żony Klemensa, wysokiej, chudej kobiety o władczym sposobie bycia. Miała trochę sardoniczne, inteligentne poczucie humoru, które skrzętnie ukrywała przed otoczeniem, sama nie wiedząc dlaczego. Z tego powodu Arkadiusz wysoce ją cenił, ale nie lubił przebywać w jej towarzystwie. Zawsze obawiał się, że Melania nie mówi tego, co naprawdę myśli, a przede wszystkim – że w głębi ducha naśmiewa się z niego tak samo, jak z reszty otoczenia. Elegancki lokal nosił miano: Mokotowska Prowansja. Jej wystrój wpisywał się w modny nurt etno, trochę naturalistyczny, trochę ludyczny. Lniane obrusy w kratę, pola lawendy na rozwieszonych artystycznych fotografiach, przecierane nierówno ściany – wszystko to tworzyło przyjazny klimat, zachęcający do spędzania tu czasu. Melania uwielbiała Prowansję, wielokrotnie odwiedzała fabrykę perfum w Grasse i ślady tej fascynacji można było dostrzec na ścianach, w obrazach przywiezionych prosto z południa Francji. Pola lawendy były oczywistym akcentem, sporo jednak było także czarno-białych zdjęć flakonów perfum, fiolek z zapachowymi ekstrakta-
50
POST SCRIPTUM
mi, tłoków do olejów roślinnych i innych perfumiarskich akcesoriów. Klimat klimatem, Melania wraz z projektantem wnętrz nie zapomnieli także o komforcie klientów. Ba! Zadbali o luksus. A w temacie eleganckiego luksusu Melania była mistrzynią. Tak więc kraciaste obrusy wyglądały na lniane, ale materiał miał domieszkę jedwabiu. Sztućce były ze stali polerowanej, pokrytej specjalną warstwą utwardzającą, dzięki czemu przy nakryciach prezentowały się jak małe lustra. Krzesła obito materiałem sprowadzonym z Prowansji, kanapy zrobiono na zamówienie. Świeczniki, serwetki, stroje kelnerów – najmniejszy detal był dopracowany. Melania miała wyśmienity gust i nie liczyła się z groszem. Efekt był imponujący. Szczególnie o tej porze roku. Mokotowska Prowansja wpisała się w ogólnoświatowy trend bożonarodzeniowych ozdób. Chwilowo elegancja ustąpiła miejsca przytulności, którą w okresie świątecznym Melania uznawała za ważniejszą. Światełka, migotanie, odblaski, błyski. Czerwone i lawendowe kokardy. Nie było choinek, za to kilka efektownych, prowansalskich szopek porozstawianych na stołach przy ścianach. Klimat bardzo sprzyjał miłemu spędzaniu czasu. Z tym że wyłącznie przez tych, którzy po dwudziestym piątym nie wypatrywali tęsknie wypłaty. Melania z Klemensem przywitała Arkadiusza niemal przy drzwiach. Wspólnie skomentowali rozmieszczenie
największej szopki, która witała gości przy wejściu. Była ogromna, każda figurka nosiła ręcznie uszyty strój. Dopracowano najdrobniejsze detale: guziki, marszczenia, łaty i przydeptane buty. Oprócz centralnych postaci Jezusa, Maryi i Józefa, było także kilkunastu świętych oraz ogromny targ, na którym sześciocentymetrowe postaci wykonywały swoje codzienne zajęcia. Był rzeźnik, handlarz win, muzykanci, sprzedawca serów, stragan z warzywami i owocami. Połyskiwały sterty pomarańczy, kusiły różowe plastry salami, wino miało nawet napisy na butelkach. To było dzieło sztuki, które Melania co roku uzupełniała o nowe figurki. Arkadiusz lubił tę szopkę. Z całego świątecznego wystroju uważał ją za najlepiej oddającą prowansalski klimat. Wszystkie inne zabiegi Melanii postrzegał jako komercyjne ukłony w stronę klientów, jedynie szopkę odbierał jako „prawdziwą”. Ucieszył się, że jest rozstawiona, choć właściwie nie powinno go to dziwić. Zgodnie z tradycją rozstawiana była każdego roku czwartego grudnia, i co roku kontynuowano dyskusję o tym, że nie mieści się już w całkiem przestronnym hallu przy wejściu do restauracji. Co roku się mieściła, pomimo nowych figurek. Co kilka lat Melania decydowała się na zupełnie nową szopkę. Coraz rzadziej, ze względu na zajmowane przez nie miejsce. Szopka powinna być odpowiednio wyeksponowana,
jednocześnie nie mogła przeszkadzać gościom. Dlatego też ostatnie zamówienia zwykle ograniczały się tylko do figurek. Jednak w wy-obraźni Melanii wciąż pojawiały się nowe obrazy. Pracowała nad nimi całymi miesiącami, latami nawet, rysowała rozkład, obmyślała postaci, kolory, całe rodzajowe sceny. Figurki i wszelkie inne elementy były drogie, bo gustowała wyłącznie w ręcznie robionych i pochodzących od renomowanych rzemieślników. Każdorazowo był to jej autorski projekt, przemyślany w najdrobniejszym szczególe. Aż do wyrazu twarzy sprzedawcy mięsa na targu i koloru spódnicy mieszczki prowadzącej za rękę kilkuletniego chłopca. Postaci wyglądały jak żywe, a każda szopka miała swój indywidualny rys. Opowiadała historię. A gdy już Melania ją wymyśliła – przed Bożym Narodzeniem pojawiała się nowa szopka, która zawsze sprawiała kłopot, choć Melania teoretycznie wiedziała, gdzie chce ją postawić. W tym roku też złożyła duże zamówienie, nie na kilka zwyczajowych figurek, ale na całą, dużą szopkę. Przewoźnik jednak się opóźniał, jeszcze nie można było zobaczyć nowego projektu Melanii. Klemens poprowadził przyjaciela do przygotowanego stolika, Melania szybko znikła na zapleczu. Zanim panowie zdecydowali się na aperitif, dołączył Michał. – Zimno – powiedział, otrzepując głowę ze śniegu. – Gdybym był twoją mamą, powiedziałbym, że zapomniałeś czapki –
powiedział Arkadiusz po przywitaniu. – Pamiętasz to? – Michał się zaśmiał. – Zawsze tak mówiła. Do każdego z nas – wtrącił Klemens. – I to już we wrześniu. – Odpuszczała tylko w wakacje – uzupełnił Arkadiusz. – Trudno nie pamiętać. – To chyba był jej sposób na miłość – odpowiedział Michał. – Nie nacieszyłem się nią. Raczej na okazanie miłości – sprecyzował w duchu Arkadiusz, ale nie powiedział tego głośno. – Doprowadziła cię aż do matury – powiedział Klemens. – Nawet do studiów – zgodził się Michał. – Ale i tak mi jej czasami brakuje. – Zakładaj czapkę, będzie ci się wydawało, że jest z tobą – rzucił Arkadiusz. – Może masz rację. Zamawiamy coś? – Michał odszedł kilka kroków, by odwiesić kurtkę przy drzwiach. Wieszak też był niezwykły, jak niemal wszystko w tej restauracji. Melania zobaczyła go w pewnej galerii podczas wakacji spędzanych niedaleko Grasse. Wieszak był ogromny. Jego ścianę zrobiono z polerowanego orzecha, a mosiężne haki wykuto w kształty roślinne, typowe dla tego regionu świata. Wymagał przytwierdzenia do ściany, miał dwa metry wysokości i trzy szerokości, a co gorsza – był już sprzedany. Właściciel galerii nie chciał nawet rozmawiać o odstąpieniu przedmiotu Melanii. Otrzymał już zadatek i handlowa godność nie
POST SCRIPTUM
51
52
pozwalała mu na żadne targi. „A wydawałoby się, że za pieniądze można wszystko” – po- wiedziała wtedy Melania, wychodząc niepocieszona ze sklepu. Przeprowadziła śledztwo. Jak domorosły detektyw poczekała, aż do galerii wszedł klient, który dyskutował z właścicielem o wieszaku. Nikt inny nie kręcił się wokół tego mebla, to musiał być kupujący. Ten człowiek. Gdy niewysoki mężczyzna w letnim kapeluszu wyszedł ze sklepu, zaczepiła go, przedstawiła sprawę. Opisała swoją restaurację, miejsce, które właściwie czeka na ten mebel, i robiła mnóstwo proszących min. Wypili razem kawę, a mężczyzna zgodził się na odsprzedanie wieszaka bez specjalnych oporów. Mebel mu się nie podobał, zażyczyła go sobie jego żona. Chętnie go odstąpił, chociaż nie zrobiłby tego, gdyby wiedział, jakie piekło urządzi z tego powodu jego ślubna. Widocznie wieszak działał przyciągająco na kobiety. Michał jednak o tym nie wiedział. Po prostu odwiesił kurtkę, nie przerywając konwersacji. – Coś na rozgrzewkę – odpowiedział Arkadiusz. – Specjalnie przyjechałem taksówką. – Michał się zaśmiał. – Pastis? – zaproponował Klemens. – Jasne – potwierdził Arkadiusz, a Michał kiwnął głową. Kelner uwinął się z zamówieniem w kilka minut. Restauracja była jeszcze pusta, dopiero za dwie godziny spodziewano się natłoku gości. – Polecam sałatkę nicejską, bouillabaisse, małże, a na deser calisson d’Aix. Lub smażone figi – powiedział młody chłopak zawinięty w fartuch z logo restauracji. – Wolałbym coś mięsnego – odpowiedział Michał. – Wołowina? – zasugerował kelner. – Może stek? – bardziej zapytał, niż stwierdził Michał. Kelner kiwnął głową. – Ja z zupy rezygnuję. A na deser crème brûlée – zażyczył sobie Arkadiusz. – Małże mogą być, za to migdały koniecznie. – Z jakich ryb dzisiaj bouillabaisse? –
POST SCRIPTUM
dopytywał Klemens. – Z dorsza, halibuta, łososia i owoców morza – odpowiedział młodzian. Klemens zadał pytanie przede wszystkim po to, by pochwalić się przygotowaniem obsługi. – Dla mnie sałatka i zupa. I obydwa desery dla nas wszystkich, plus crème brûlée dla pana – powiedział Klemens. – Nie protestujcie, będziecie zadowoleni. – W winach zdajemy się na ciebie – powiedział Michał, patrząc na Klemensa. – Wolicie delikatniej czy mocniej? – Wolimy tak, jak wybierzesz. – Do zupy sugeruję kieliszek sherry Fino. Jest mocne, wzmacniane, jego słoność i wytrawność będzie się doskonale komponowała z rybami. Ma lekko wyczuwalną nutę prażonych migdałów, zapach morskości, niektórzy mówią nawet, że czuć w nim morską bryzę… – Klemens, wyluzuj. Wypijemy, co zaproponujesz! – Michał mu przerwał. – Poza tym uważam, że morska bryza nie bardzo kojarzy się z dobrą sherry, a prażone migdały mają smak, nie zapach – dodał Arkadiusz. – Co wy wiecie – westchnął Klemens. – Wszystko ma zapach. A bakłażan w słońcu? Taki świeży, wprost z krzaka? Albo na porannym targu? Morska bryza o poranku, gdy mgła unosi się nad przypływem? Wszystko czuć w winach. Sherry Fino, najjaśniejsza i najbardziej wytrawna ze wszystkich rodzajów sherry, pochodzi z Andaluzji… – Bierzemy! – zadecydował Michał. – Ale masz także inne, z Francji? Nie tylko z Prowansji? Co z Alzacją? – powiedział Arkadiusz, mrużąc odrobinę oczy. Być może wpadł mu w źrenicę promień słońca, które akurat postanowiło upiększyć dość pochmurne grudniowe południe w Warszawie. A właściwie w Mokotowskiej Prowansji. – Mam różne. – Klemens się zaśmiał. Dość nerwowo, co odnotował Arkadiusz, ale tego nie skomentował. – Do drugiego dania proponuję Bandol dla
Michała, a dla ciebie różowe Côtes de Provence. – Pozostanę przy sherry Fino. Piłem je już kiedyś u ciebie, mam całkiem romantyczne wspomnienia. – Arkadiusz przerwał Klemensowi. – Romantyczne? – zdziwił się Michał. – Jakbym się w puchową pierzynę zapadał. – Cóż, to chyba najlepsza rekomendacja, jaką słyszałem. – Klemens się zaśmiał. – W takim razie Bandol dla Michała. Jest hodowane w okolicach Marsylii, dość wytrawne, o pięknym głębokim kolorze. Dominuje w nim aromat trufli i leśnego runa, ale wyczuć też można odrobinę pieprzu. Będzie idealne do steku. A na deser dla nas wszystkich Beaumes de Venise, prawie likierowe, idealne do deseru. Aromatyczne tak, że doprawdy warte grzechu, zobaczycie. Będzie idealne, choć niektórzy bardziej polecają je do serów z niebieską pleśnią. W tym czasie kelner przyniósł im po kieliszku pastis. – Dawno nie piłem anyżówki. – Arkadiusz się zamyślił. – Właściwie to powinniśmy wstać – wtrącił Klemens. – Bo? – zainteresował się Michał. – Bo aperitif pije się na stojąco. Arkadiusz odsunął krzesło. – W takim razie na stojąco! – Uśmiechnął się. – Pamiętacie anyżówkę mojego ojca? – zapytał Michał. – Tego się nie da zapomnieć. – Arkadiusz się skrzywił. – Tak pijany nie byłem potem nigdy w życiu. – Chyba zatruty – wtrącił Klemens. – Na to samo wychodzi – odpowiedział Arkadiusz. – To były czasy – westchnął Klemens. – Młodzi, przystojni i z przyszłością. Z tego wszystkiego tylko przyszłość się przeterminowała – powiedział Michał. – Sugerujesz, że nie ma już dla nas przyszłości? – zareagował Klemens z dość zagadkowym wyrazem twarzy. – Żartuję. – Michał się uśmiechnął. – Możemy ją sobie wciąż wyobrażać. A jaka będzie? – Wzruszył ramionami. – Świetlana – wtrącił Arkadiusz.
– W opozycji do tego, co mówiła nasza polonistka. Jak ona się nazywała? – Piątkowska – powiedział Michał. – Chyba już nie żyje. – Arkadiusz znów się zamyślił. – To było ponad czterdzieści lat temu! – powiedział Klemens. – Nie lubiłem jej – wtrącił Michał. – Postawiła mi kiedyś dwóję, pierwszą w moim życiu. Nie zapomnę tego do końca moich dni. – Przecież na nią zasłużyłeś – odpowiedział Arkadiusz zasadniczo. – Doskonale to pamiętam. Uprzedzała cię kilka razy. – Za gadanie? Zasłużyłem na dwóję? – Oczywiście. Odpytała cię wtedy z poprzedniego tematu, czego nigdy nie robiła. – Odpytała, bo gadałem! – Właśnie. – Przestańcie. Arkadiusz, nie bądź taki zasadniczy. – A poza tym to było pięćdziesiąt lat temu, mój drogi, pięćdziesiąt. Ale nie chodzi o wiek. Jeszcze niedawno widywałem ją na ulicy. Chodziła na spacery, najczęściej pod rękę z jakimś młodym człowiekiem. Ostatnio już jej nie widuję. – Wszystkich nas to czeka – sentencjonalnie stwierdził Klemens, zadowolony, że wymiana zdań nie rozwinęła się w kłótnię. – To była ostatnia osoba, która mówiła do mnie „Arku”. – Faktycznie! Nigdy nie słyszałem, by ktoś mówił do ciebie inaczej niż „Arkadiuszu”. – No właśnie. Stary już za młodu. – Arkadiusz się uśmiechnął. – Nawet w domu tak mówią. – Słuchaj, a wiesz, w łóżku? Podczas bara bara? – zainteresował się Michał. – A pamiętacie Francuzkę? – Klemens zmienił temat. – Ja od niej regularnie dostawałem dwóje. – Przecież po francusku gadałeś jak Anzavour – zdziwił się Michał. – Nie pamiętasz? Tępiła mnie, bo kiedyś wytknąłem jej jakiś błąd. Chyba. – I tak miałeś piątki. – Arkadiusz wzruszył ramionami. – Bo jakby mi postawiła czwórkę,
POST SCRIPTUM
53
to moja matka zażądałaby komisu. A ten zdałbym w podskokach, wolała się nie ośmieszać. A Aznavoura uwielbiała. Jakby mogła, to uczyłaby nas francuskiego na jego piosenkach. – Co w sumie nie byłoby takie złe. Tego dawało się słuchać – powiedział Michał. – Chyba dzisiaj daje się słuchać – skomentował Klemens. – Postarzeliśmy się, to i muzyka się wokół nas postarzała. Być może nasze dzieci też będą kiedyś słuchały The Beatles. – Już słuchają. – Jak ona się nazywała? – zastanowił się Michał. – Ta od francuskiego? – Starkowska – powiedział Arkadiusz. – Starecka – równocześnie powiedział Klemens. Michał wzruszył jednak ramionami, gdyż w tym samym momencie pojawił się w drzwiach kelner z butelką. – A te wina z twojej winnicy? – zainteresował się. Klemens pokręcił głową. – Ja mam winnicę na północy, w Alzacji. W najbardziej wysuniętym na wschód północnym zakątku Francji. – Ale podajesz hiszpańskie i prowansalskie? – zdziwił się Michał. – Melania tak sobie życzy. Prowansalska kuchnia, prowansalskie wino. Hiszpanię ledwie akceptuje, smak jej nie podchodzi. – Klimat faktycznie jest tu fantastyczny. A co z twoimi winami? – Jest w karcie kilka, a trochę sprzedaję w innych sklepach. – Ja bym chętnie kupił – zadeklarował Michał, a i Arkadiusz skinął głową. – Pomyślimy – wymijająco powiedział Klemens. – Polacy wolą wina ciut tęższe, głębokie burgundy na przykład. Świetnie się sprzedaje Châteauneuf-du-Pape, wytrawne czerwone króluje. U mnie głównie produkujemy rieslingi, pinot blanc i muscat, sylvaner, trochę pinot gris. W ogóle zrezygnowaliśmy z uprawy pinot noir, ten szczep nie lubi się z tamtymi glebami. Mamy więc wina białe, raczej krzepkie, chłodne w smaku. Mnie zachwycają delikatnością, rozlewają się po języku jak kropla aksamitu, ale Polacy doceniają trunki mocniejsze. Czasem myślę, że gdybym produkował wódki z mirabelek w sąsiedniej Lotaryngii, byłoby lepiej. Nasze wina są znakowane oczywiście jako Alsace Grand Cru, tylko pięćdziesiąt jeden winnic jest na tej liście, ale to w Polsce nie pomaga. Podwyższa cenę, a Polacy są bardzo czuli na pieniądze. – Tutaj tego nie widać. – Michał rozejrzał się po wnętrzu restauracji. – A widzisz tłum? – Jest piątek przed świętami… – Tak, ludzie dopiero przyjdą. Jest sporo rezerwacji, nie narzekamy. Interes się toczy, nie będę udawał. Ale w winach chciałbym więcej. Zresztą… – Klemens się zawahał. – Co tam będę narzekał. Nasze jedzenie nadchodzi. – Wskazał ręką drzwi od kuchni.
54
POST SCRIPTUM
Sałatki zjedli w milczeniu, popijając winem. Pierwsza butelka znikła w okamgnieniu. – Masz genialnego kucharza – pochwalił Michał przy drugim daniu. – Melania dogląda kuchni. – Widać jej perfekcjonizm. – Taaak – powiedział Klemens, pochylając się nad jedzeniem. – Dawno tak dobrze nie jadłem – pochwalił ponownie Michał, odsuwając pusty talerz. – Wołowina z rekomendowanych hodowli. Małże dziś nad ranem przyleciały do Polski, a bouillabaiss bardziej traktuję jak duszoną rybę niż tylko zupę, jest tak intensywna, gęsta i dobrze przyprawiona. Bagietka do twoich małż też jest pieczona tutaj. – Naprawdę Prowansja w Warszawie – skwitował Michał. – Na Mokotowie – uściślił Klemens. – Lubię to miejsce. – Zupełnie ci się nie dziwię – odparł Arkadiusz. – Aczkolwiek chętnie bym sobie przypomniał, jak smakują cynaderki w twoim wykonaniu! – Ty gotujesz? – zwrócił się Michał do Arkadiusza. – Oj tam, bez przesady. Nauczyłem się od Barbary. Ona to umie gotować! – A co u niej? – ostrożnie zapytał Michał. – Dobrze. – Arkadiusz wzruszył ramionami. – Ułożyła swoje sprawy. Podróżuje. Dostaję od niej zawsze jakiś upominek i co najmniej dwie kartki pocztowe. Wiecie, która się zrobiła godzina? – Wpół do trzeciej! – Michał aż podskoczył, zerkając na zegarek. – Umówiłem się z rodziną w centrum handlowym, ledwo zdążę! Dziękuję. Rachunek? – pytająco spojrzał na Klemensa. – No chyba żartujecie – obruszył się ten ostatni. – Byliście moimi gośćmi! Pożegnali się szybko, choć bardzo serdecznie. Michał i Arkadiusz wyszli razem. Szli wzdłuż Puławskiej spacerowym krokiem. – Śpieszyłeś się? – mało taktowanie zapytał Arkadiusz. – Centrum handlowego nie zamkną, a dziewczyny beze mnie znakomicie sobie poradzą. Nie ma znaczenia, czy będę kwadrans później. Szli w milczeniu kilka minut. – Nie zastanowiła cię opowieść Klemensa o winnicy? – Nie. Dlaczego by miała? – zdziwił się Arkadiusz. – Bo… mimo wszystko… jeśli miałbym winnicę, sprzedawałbym we własnej knajpie własne wina. Inne mogą być dostępne, ale polecałbym własne. – To restauracja Melanii. – Czyli jego żony! Winnica jest także jej, przecież to ich wspólne pieniądze! Arkadiusz milczał. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej. – Wiesz, w sumie winnica nigdy nie była tematem naszych rozmów. Odziedziczył, to ma. Od zawsze kochał wina, i zresztą wszelkie alkohole, całe szczęście, że po-
szedł w winiarstwo, nie w degustację. – Wszyscy mieliśmy ku temu tendencje w młodości. – Michał się zaśmiał. – Pewnie jak większość nastolatków. – Pewnie tak – surowo odparł Arkadiusz. W jego tonie słychać jednak było, że nie widzi usprawiedliwienia dla nadmiernego spożywania alkoholu w żadnym wieku. Zresztą, nie przyznając się do tego, uważał, że współczesna młodzież powinna wysnuć wnioski z młodości wcześniejszych pokoleń i już wiedzieć, że pić nie należy. Zupełnie przy tym nie zwracał uwagi, że jego czas młodzieńczy powinien rządzić się tymi samymi prawami. – Klemens jednak pozostał wierny upodobaniom.
Wina są jego specjalnością, zresztą odbył przecież kurs sommelierski. – Pamiętam, to było jego marzenie. Milczenie zaczynało im ciążyć. – Złapię tutaj taksówkę – powiedział Michał. Pożegnali się krótkim uściskiem dłoni. – Trzeba to powtórzyć – powiedział Michał na pożegnanie. Nie widzieli się wiele lat. Teraz rozmawiało im się dobrze. Miło było się zobaczyć – pomyślał Arkadiusz. – Nie jestem jednak pewien, czy chciałbym je szybko powtórzyć. Bo właściwie po co? Nie do końca rozumiał, po co było to spotkanie. Dlaczego Michał do niego dążył?
Fragment powieści Agnieszki Lis Zapach Goździków
POST SCRIPTUM
55
Świąteczne
NOWOŚCI
Wydawnicze Uwierz w Mikołaja
MAGDALENA WITKIEWICZ To nie będą zwyczajne Święta…
Agnieszka kocha Święta i zawsze spędza je z babcią. Jednak w tym roku starsza pani ma zupełnie inne plany. Nie zważając na nic, rusza do domu babci, położonego w samym środku lasu. Śnieżyca sprawia, że droga do cywilizacji zostaje odcięta. Sytuacji nie ułatwia fakt, że z szopy wprost na nią wychodzi… święty Mikołaj. Pięcioletnia Zosia marzy o choince tak ogromnej jak w centrum handlowym. Jednak tym razem jej Wigilia zapowiada się zupełnie inaczej… Robert, policjant, przyjmuje służbę w Święta, bo jest samotny, więc może się poświęcić. Sam jest też pewien starszy pan z długą siwą brodą, ale jemu to w ogóle nie przeszkadza. Jego żona natomiast ma aż nadto towarzystwa zwariowanych pensjonariuszy pewnego domu opieki Happy End. I choć zdaje się, że nic tych ludzi nie łączy, to magia wigilijnej nocy przyniesie wiele niespodzianek. Jedna świąteczna opowieść, wielu bohaterów. I wiele marzeń do spełnienia. Bo może żeby pięknie spędzić Święta, trzeba uwierzyć w Mikołaja? Czytelnik znajdzie w tej wzruszającej powieści to, co w Świętach jest najpiękniejsze i najważniejsze: miłość, radość i nadzieję. Jest to powieść o potrzebie bliskości, która żyje w każdym z nas. Nawet jeśli się do tego nie przyznajemy.
Każdy z nas ma marzenia. Czasem by je spełnić, wystarczy otworzyć serce na innych. 56
POST SCRIPTUM
Wigilijna przystań Kiedy świat wypełnia magiczna atmosfera, a w powietrzu unosi się zapach świerku i pierników, mieszkańcy nadmorskiego Niechorza rozpoczną świąteczne przygotowania. Przeszkodzą im tajemnice z przeszłości, które wyjdą na jaw w najmniej odpowiednim momencie, oraz kilka niespodziewanych zdarzeń. Czy mimo to wspólne spotkanie przy stole pogodzi ich i sprawi, że miłość zatriumfuje?
SYLWIA TROJANOWSKA Fragment z „Wigilijnej przystani”: Wyszła na dwór. Śniegu było po kostki. Lekki wiatr rozwiewał jej włosy, a mróz kłuł maleńkimi igiełkami w policzki. Nic jej jednak nie przeszkadzało. Nawet to, że znowu ktoś zastawił jej wjazd do garażu. Spojrzała na lewo, w stronę żywej szopki, dumy jej sąsiada, księdza Pawła, i zobaczyła sporą grupkę rumianych jak jabłuszka dzieci ekscytujących się zwierzętami. Wyglądały na bardzo rozemocjonowane. Niektórzy ludzie czekają na święta przez cały rok. Mówią, że na Boże Narodzenie dzieją się cuda, że dobro wlewa się do serc i z serc tych się wylewa. Klaudia w te cuda nie wierzyła, do dziś. Bo właśnie dziś zdarzył się cud! I to nie jeden! Poczuła prawdziwe dobro! Zatrzymała się na skrzyżowaniu z Aleją Bursztynową, która wyglądała naprawdę uroczo o tej porze roku. Niczym wyjęta z amerykańskich żurnali, promieniała niezliczoną ilością świetlnych sznurów, jaśniejących aniołków i reniferów. Atmosferę dopełniały kolędy, rozbrzmiewające ze sklepowych i restauracyjnych głośników. Turyści to uwielbiali. Widziała to po ich uśmiechniętych minach. I ona chyba też polubiła. Teraz, w tym roku. „To będą prawdziwe święta” – prze-mknęło jej przez myśl. Uśmiechnęła się i dotknęła pierścionka zaręczynowego. – „Na pewno!”
Świąteczne
NOWOŚCI
Wydawnicze
POST SCRIPTUM
57
Ania Cygan Ania Cygan
Wesołych Świąt
Ania AniaCygan Cygan
58
POST SCRIPTUM