Skip to main content

POST SCRIPTUM

Page 1

W numerze gościmy między innymi:

Maję Borowicz, Małgorzatę Wardę, Macieja Siembiedę, Ewę Ćwikłę

Śmiertelność z perspektywy artystów Ciało, jako dzieło sztuki

(performance)


WSTĘPNIAK

Koniecznie, absolutnie, kategorycznie i bezwarunkowo muszę uwolnić się

od roli pisania wstępniaków. Kobiety mnie zmolestowały przy milczącej aprobacie Roberta. Trudno mi odmawiać kobietom, zwłaszcza ładnym, ale następnym razem odmówię. Choćby nie wiem co! Będę odporny na uśmiechy i argumenty, żem przecież pisarz, więc kto jak nie ja. Pisanie prozy to nie to samo, co tworzenie wstępniaków. Jakby tu porównać? Malarz artysta niekoniecznie dobrze pomaluje pokój. I na odwrót. Umiejętność pisania nie oznacza, że napisze się wszystko genialnie. Ja wstępniaków nie lubię pisać, bo jak to zrobić? Jak przedstawić tylu wspaniałych artystów w kilku zdaniach? Pisarkę Małgosię Wardę, genialną malarkę Maję Borowicz, fotografkę Ewę Ćwikłę, która nie robi zdjęć, a po prostu maluje obiektywem i światłem, pisarza, laureata nagrody Brakująca Litera 2018, Maćka Siembiedę? Jak wymienić jednych, a przemilczeć innych – Darka Marszałka, recenzje i reportaż Roberta Knapika, wzruszającą poezję wybraną przez Renetę Cygan? Nie. Absolutnie się nie zgadzam! Ten jeden (a właściwie drugi) raz niech będzie. Ale w grudniu napisze ktoś inny. Już się nie dam. Koleżanki redaktorki - nawet do mnie nie dzwońcie i tymi swoimi zmysłowymi głosiskami mi nie kadźcie, żem taki dobry w pisaniu. Jak widzicie – niezbyt. Ten tekst najlepiej pokazuje, że nie umiem pisać wstępniaków. A w grudniu będzie tak samo źle. Będzie Alek Rogoziński i Kasia Groniec, będzie Alicja Borkowska. Będą sławni i mniej sławni, ale wszyscy absolutnie genialni. No i niech się moje koleżanki męczą same, jak ich wszystkich we wstępniaku pomieścić. Ja się zmolestować nie dam! Słowem się nie odezwę. Nie ma mowy. Nie. No way! Niet. Nie. Jarosław Prusiński w imieniu grona redakcyjnego PS

Zespół redakcyjny: Jarosław Prusiński, Agnieszka Biardzka, Iwona Niezgoda, Renata Cygan, Robert Knapik. Informatyk: Robert Kral Skład: Agnieszka Biardzka strona internetowa: www.magazynps.com e-mail: pscriptum96@gmail.com


PROZA I PUBLICYSTYKA Dwa dni z życia kobiety str. 5 Irenka str. 11 Konkurs na drable str. 14 Tak niedawno... P. Jastrzębski str. 16 Literacko nad morzem str. 18 Feralne dziedzictwo str. 21 Inni ludzie str. 23 Małgorzata Warda - wywiad str. 27 Maciej Siembieda str. 30 POEZJA POLECANE Marcin Kurcbuch NOWOŚCI WYDAWNICZE Część urojona Juliusz Wątroba Błąd w sztuce RECENZJE Danse poeticus A.Sroczyńska WIERSZE NADESŁANE Festiwal poezji słowiańskiej

str. 34 str. 40 str. 42 str. 43 str. 44 str. 45 str. 47

ROZMAITOŚCI Himalaje J. Nordyńska Renata Słomkowska - wywiad

str. 50 str. 57

SZTUKI WIZUALNE Maja Borowicz Darek Marszałek Ewa Ćwikła Koniec czy początek? K. Saniewska

okładka: Maja Borowicz. Ostatnia myśl o wolności.

str. 62 str. 70 str. 75 str. 85


ilustracja Renata Cygan

DWA DNI Z ŻYCIA KOBIETY Renata Cygan, Jarosław Prusiński 15 lipca Idę na tych cholernych szczudłach, a nogi wyginają mi się we wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Ze wszystkich sił staram się nie wyrżnąć mordą o chodnik. Jezu, dziewczyny, czemu to robicie swoim stopom? Czuję, jakby je ktoś ściskał w imadle. Kobiety. To wasze niegasnące pragnienie, żeby pięknie wyglądać i oburzenie, gdy się waszą urodę dostrzega. Jesteście takie niespójne, dziwne, niekonkretne. Wszystko źle. Powiedzieć wam komplement, to już totalna masakra. Obraza majestatu królowej. Nie powiedzieć, też źle. Bo wychodzimy na chamów. Jak w ogóle z wami rozmawiać? O czym? Chcecie, żeby dostrzegać zalety waszego umysłu, a cały wysiłek wkładacie w upiększanie urody. Żebyście jakąś książkę czasem przeczytały! To by lepiej

wpłynęło na waszą atrakcyjność niż ta szpachla, która właśnie zaczyna spływać mi z twarzy. To w ogóle nie jest ładne. Zatracacie unikalne cechy własnej fizjonomii, przerabiacie się na manekiny. Woskowe kukły. W dodatku to jest niesmaczne – jeśli przyjdzie do pocałunku. Tak bardzo, że się odechciewa wszystkiego. Pożądam was, ale nie lubię. Nie rozumiem. Bywacie wredne, agresywne, aroganckie, wyniosłe, niedostępne, zadufane w sobie. Strażniczki własnych majtek, których zaciekle bronicie przed zapędami nieokrzesanych facetów, jednocześnie ich prowokując tymi krótkimi spódniczkami i odkrytymi cyckami. Kobiety! Duży, kudłaty pies do mnie doskoczył z zębami, ale odganiam go torebką. Macham nią jak kiścieniem

5


i w końcu docieram do taksówki. Wciskam się pospiesznie razem z tymi koturnami, długimi nogami (teraz widzę, że to ma nie tylko zalety) i dwukilową, modną torebeczką na tylną kanapę. Ufff. Jestem kobietą od dwóch minut i dwa razy otarłem się o śmierć! Podaję spoconemu, otyłemu taksówkarzowi nazwę hotelu. - Oczywiście, królowo – facet uśmiecha się przebiegle i włącza silnik. Nie podoba mi się ta „królowa”, ale nie komentuję. Cały jestem spocony i w dodatku czuję wilgoć między nogami. Nie wiem, czy kobiety się tam pocą, czy może mam, kurwa, okres? Walczę z pokusą, żeby włożyć sobie w nią palec i sprawdzić. Taksówkarz gapi się na mnie we wstecznym lusterku. Nerwowo rzucam się do torebki. Kobiety noszą chyba w nich podpaski w razie czego? Teraz jest to „w razie czego”. Grzebię, ciągle zawadzając ramionami o piersi. Kurczę, jakie to niewygodne. Ok, ładne, ale niewygodne. - Jaką płeć pan wybiera? - spytała mnie kobieta podczas rejestracji. - A to mogę wybrać?! Kobieta robi minę, jakby dziecko spytało ją o coś najoczywistszego pod słońcem. Chciałem być młodym i przystojnym facetem, żeby laski na mnie leciały. Ale po co ten trud, skoro mogłem mieć wszystko pod ręką? Może lepiej być lesbijką? Zastanowiłem się...

dusznej taksówce. Znajome mi opowiadały takie rzeczy, ale wtedy brałem to za zwykłe babskie fanaberie i ich brak zdecydowania. Bo jak można jednocześnie chcieć i nie chcieć? Lubić seks i oburzać się na komplementy ze strony facetów, którzy chcą im go dać? - Pani jest taką zajebistą dupcią – taksówkarz właśnie wyrzygał z siebie komplement. - Jakbym między te nóżki... Jakbym się między nimi umościł... - Chciał pan pobzykać za trzydzieści cztery złote? podaję mu stówę z grobową miną. - Zwykle biorę tysiąc. Widzę jak facetowi uśmieszek zamiera na wargach. - To pani jest z tych.... Rozrzutnych? Wkurwia mnie, gdy używają słów, których znaczenia nie rozumieją. Pewnie chciał powiedzieć „rozpustnych”, ale nie rozróżnia słów. - A pan z tych oszczędnych, jak widzę. Reszty nie trzeba – udowadniam tym samym swoją rozrzutność. Może panu starczy na coś tańszego? Wódki się pan może napije? Wspominam coś jeszcze o tirówkach. Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie było seksistowskie. Eee tam! Jestem kobietą, to mi wolno! Facet obrzuca mnie epitetem, ale stówę bierze. Nagle stał się chamski, skoro już wie, że nie pobzyka. Z trudem wyciągam swoje kosmicznie długie nogi oraz tyłek o zagadkowym rozmiarze z taksówki. Ruszył zanim zdążyłem zamknąć drzwi. Jak ja nienawidzę takich kretynów!

Nie wiem, czy mam okres. Brzuch mnie chyba nie boli. Ale może nie musi boleć? Stopy napieprzają mnie tak bardzo, że brzucha nie czuję. Nie znalazłem podpaski. A poza tym, jak to się w ogóle zakłada? Te skrzydełka to do skóry, czy do majtek? Staram się przypomnieć sobie reklamy i po chwili mam. Do majtek! Dyskretnie podciągam spódnicę (czy sukienkę? Nigdy nie wiem, co jest czym) i widzę pierwszy problem. Nie mam majtek! Trzeba będzie kupić, ale jaki noszę rozmiar? Jasna cholera! Jakie są rozmiary kobiecych majtek?!

W pokoju hotelowym zrzucam ubranie. Irytacja na taksówkarza opada na podłogę razem z kwiecistą sukienką. Stoję naga przed lustrem i zdaję się unosić w powietrzu. Przepełnia mnie radość. Kobiety od zawsze przeceniają znaczenie wyglądu. A dla nas facetów czasem takie niedoskonałe ciała są bardziej podniecające. To jednak jest doskonałe i w dodatku moje! Patrzę na spore, lekko obwisłe (mmmm) piersi, piękny tyłek i uda. Zanim jeszcze skończyła się procedura, zanim podłączono mnie kabelkami i zacząłem śnić, marzyłem o tej chwili. Żeby rozebrać się do naga i sprawdzić, jak działa kobieca łechtaczka. Widziałem efekty wiele razy: gęsią skórkę na całym ciele, jęki wydobywające się z półprzymkniętych warg, czasem krzyk. A teraz mogłem sprawdzić na sobie jak to działa. Cudnie! Dotykam jej palcami i czuję... Czuję, że mi się nie chce. Straciłem ochotę. Ja pierdzielę! Nie chce mi się! Stałem się kobiecym impotentem! Wchodzę pod prysznic. Dobry nastrój wypłukuje się ze mnie razem z potem i kurzem ulicy. Chce mi się płakać. Nad swoją niechęcią do seksu i nad tym, że sam siebie traktuję przedmiotowo. A przecież mam, kurwa duszę! Gdzieś tam, pod cyckami. No i chyba płaczę. Nie wiem na pewno, bo stoję pod jebanym prysznicem. Dobra, muszę się ogarnąć. To szok hormonalny. Właśnie przestałem otrzymywać kolejne dawki testosteronu z jąder, a dostałem uderzeniową porcję estrogenu. Spokojnie. To

Taksówkarz skręca w prawo, potem znowu w prawo i jeszcze raz. Robi kółko. Ma mnie za idiotkę? Zatrzymuje się pod hotelem. Przez tylną szybę widzę miejsce, skąd mnie zabrał. Ma mnie za kompletną idiotkę! Na liczniku widzę trzydzieści cztery złote. - Nie musi pani płacić – uśmiecha się obleśnie, podając mi swoją wizytówkę. - O osiemnastej kończę pracę. Może kawka? Kawka o osiemnastej, idioto? Jestem kobietą od dziesięciu minut i już stałem się feministką! Czy kobiety naprawdę stykają się z takimi facetami? Chyba zaczynam rozumieć, o czym mówiły mi koleżanki, gdy patrzę w jego rozmazane podnieceniem oczy błądzące po moich udach i dekolcie. Czuję się wręcz gwałcony w tej cholernej,

6


się uspokoi. Zakręcam wodę, wycieram się niedbale hotelowym ręcznikiem, ale moje długie włosy wciąż są mokre. Trzeba kupić suszarkę do włosów. W sumie te włosy mi nie przeszkadzają. Jest upał. Rzucam się na łóżko i staram się nie płakać... Idę nad morze. Wiem, że Matylda Krzemińska… - Nie. Krzemieńska - cały ten dzień spędziła na plaży. Za dwa dni Matylda zniknie, a zrozpaczona rodzina zgłosi ten fakt na policję osiemnastego lipca rano. W realnym świecie minął już tydzień, ale nie jestem teraz w realnym świecie. Śnię wraz z kilkoma innymi pod kontrolą sztucznego, biologicznego super-mózgu, z którym wszyscy jesteśmy połączeni neuroprzewodami. Każdy z nas ma nadzieję odkryć coś pożytecznego dla policji i otrzymać tłustą premię. Każdy z nas śni swój własny, niezależny sen. Jest piętnasty lipca. Czuję już słoną bryzę i mój nastrój gwałtownie się poprawia. Im bliżej morza, tym jestem bardziej radosny. Kiedyś miałem węch jak pies, potrafiłem nawet wyczuć płodne dni u kobiety. Ale to było dawno, a poza tym teraz dysponuję jej zmysłem powonienia, a nie swoim. Las powoli się kończy i już widzę w oddali wielki błękit. Postanawiam jeszcze tylko coś załatwić, korzystając z osłony drzew. Plażowe toy toy, to ostatnia rzecz, do której wejdę. Przykucam, podciągam sukienkę do pasa i robię siku. Niezbyt mi się to udaje, bo trochę poleciało mi po udzie. Kwestia treningu. Nauczę się. To nie burzy mi dobrego humoru. Coś innego zajmuje się moim dobrym nastrojem. Nie mam chusteczek! Facetom to nie jest potrzebne, więc o tym nie pomyślałem. Co za syf! Liściem mam to zrobić? Znowu czuję, że chce mi się płakać... Leżę na piasku z zamkniętymi oczami. Oddycham słonym, wilgotnym powietrzem, a szum fal kołysze mnie do snu. Jaka błogość. Gdzieś w pobliżu słyszę palikowców ogradzających swe grajdołki, jakby zapłacili za te kilka metrów plaży, jakby należały do nich. W oddali krzyczą dzieci, gdzieś szczeka pies. Ktoś się nawołuje, a inny ktoś przebiegł po moim kocyku z latawcem. I to wcale nie dziecko, a dorosły facet! Jestem lekko wkurzona, a ten od latawca rzuca mi maślane spojrzenie i odbiega. Dzieciak z koca obok kopie dół, czuję na piersiach i brzuchu drobinki piasku. Sypie w moją stronę. Byłoby naprawdę błogo, gdyby nie ci ludzie. Hałaśliwi, zawłaszczający, roszczeniowi. Należy im się, bo przecież zasuwali przy tokarce cały rok, po łokcie w smarze. To teraz im się należy. Mają zacięte, naburmuszone twarze. Czekają tylko na pretekst, żeby wybuchnąć, żeby wyładować na kimś roczną frustrację, która się w nich nagromadziła i tokarkę „Poręba”, co się zacina i uchwyt się luzuje, przez co roboty jest więcej niż powinno być. Ojciec chłopaka kopiącego dół nie patrzy jednak na mnie wrogo. Raczej... Cholera!

Ciągle zapominam, że jestem kobietą. Najwyraźniej facet gapi mi się na cycki, a na jego gębie zagościł głupawy uśmieszek. Zaczynam rozumieć, o czym mówiły mi koleżanki. Faceci bywają tacy, kurwa, napaleni. Z drugiej strony go rozumiem, ale czemu gapi się akurat na mnie? Niech się na inne pogapi! I tak nic z tego, bo nie jestem gejem. Przenoszę wzrok na Matyldę. Leży jak leżała. Jak martwa. Od razu, gdy tylko o tym pomyślałem zrobiło mi się nieprzyjemnie. Mam nadzieję, że w realnym świecie ona jednak żyje i ma się dobrze. Zerkam na ojca chłopaka od kopania dołu. Już się nie gapi. Smaruje żonie plecy i coś pokrzykuje do swojego durnego kopacza. Dzieciak przestaje ryć w piasku. To dobrze, bo jeszcze trochę i by mnie żywcem pochowali. Ktoś obserwuje Matyldę. Dość przystojny facet (czy ja naprawdę o tym pomyślałam?) w pomarańczowych szortach. Wygląda na ratownika z tego głupiego filmu z Pamelą Anderson. Stoi i patrzy. Kładę się na brzuchu, żeby lepiej widzieć, ale właściwie nie ma już na co patrzeć. Ratownik mnie dostrzegł, uśmiechnął się i poszedł sobie. Chyba się też do niego wyszczerzyłam. Wyszczerzyłem! Nie. To obrzydliwe. Czuję przypływ złości. Na siebie, na gościa w pomarańczowych gaciach i na sąsiada od żony z plecami i syna, co lubi kopać jak pies. Przyglądam się Matyldzie. Patrzę na jej lekko rozchylone, zgrabne, opalone uda i czuję przypływ pożądania. Całe szczęście, że wciąż jestem hetero. Choć w tych okolicznościach, to raczej jestem lesbijką. W każdym razie nadal lubię cipki. Ta myśl mnie uspokaja. Zamykam oczy i daję się ukołysać szumowi morza. Utulić. Dzisiaj nic się już nie wydarzy. Odpływam... 16 lipca Nad ranem pojawiły się znowu. Obezwładniły mnie, przytłoczyły, zgniotły i wycisnęły jak mokrą szmatę. Sny. Koszmarne, zatykające dech w piersiach, przenikające w głąb najbardziej ukrytych zakątków podświadomości. I ten znajomy strach. Strach o kogoś, o coś, o najbliższą osobę, o największy skarb. Ten sen wraca do mnie co jakiś czas, zazwyczaj wtedy, gdy trwam w pozornym ukojeniu, gdy jestem na granicy poukładania swojego życia. Wtedy uderza ze zdwojoną siłą. A ja głównie uciekam. Biegnę, a raczej próbuję biec, bo przebieram nogami stojąc w miejscu. Wydłużam kroki, próbuję skakać, pomagam sobie rękoma, opadam na czworaki, zaczynam się poruszać jak przestraszone zwierzę. Jestem pumą na łańcuchu, lwicą w klatce, jaskółką z połamanymi skrzydłami. Posuwam się po milimetrze, a goniący jest tuż, tuż… W tym momencie zazwyczaj się budzę. Tak też było dziś rano. Mimo panicznego strachu, spoconego ciała i walącego serca, chciałam go dośnić. Chciałam zatrzymać ten obraz, aby w końcu dowiedzieć się co dalej. Znów się nie udało. Znów się nie dowiedziałam, komu tak zależy na

7


schwytaniu mnie, kto lub co czyha na moje życie, zdrowie, duszę. Budzę się jak zwykle przed budzikiem. Hałas dzwonka zawsze mnie stresował. Jest 7.00 rano, ciepło, choć jeszcze rześko, ale już daje się odczuć, że będzie upał. Otwieram oczy, dochodzę do siebie. Wspomnienie sennej gonitwy powoli się zaciera. Pierwsza myśl: ciągle jestem kobietą. Jestem kobietą. Powtarzam to sobie jeszcze raz – jestem kobietą! Z krwi i kości, ze wszystkimi atrybutami i przypadłościami. Jestem kobietą atrakcyjną, zadbaną i bardzo kobiecą. Jestem kobietą; niewiastą, dziewczyną, apetyczną babeczką, bardzo świadomą swojej urody i mocy. Otacza mnie jakaś tajemnicza aura, czuję, że wiem jak korzystać z tego, czym mnie natura w swojej niezwykłej łaskawości obdarowała. To wspaniałe wrażenie. Mam tę moc, a ona mnie wypełnia pod tymi wszystkimi drogimi szmatkami, które odkryłam w hotelowej szafie. Jest dobrze. Wątpliwości mijają, teraz myślę tylko o tym, że czuję się bardzo seksowna. I dziękuję losowi (?) za to, że podarował mi taką piękną powłokę. No bo przecież, równie dobrze, mogłam obudzić się w ciele kobiety nieatrakcyjnej, z suchymi włosami, złuszczoną skórą i nieogolonymi nogami. Uśmiecham się do własnych myśli. Po koszmarach nocnych nie ma śladu. Idę na tę plażę, ale inaczej. Nie tylko dlatego, że podczas transformacji straciłam dobrych parę kilogramów. Idę tak jakoś podnioślej, idę z miłością, jakby sama czynność stawiania nóg na przemian, była pewnego rodzaju misją. Tak, jakby to moje chodzenie służyło wyższym celom. To takie bujanio - kołysanie. Ni to sunięcie z gracją, ni to taniec. Muszę przyznać, że podoba mi się ta na pozór prozaiczna czynność. To znaczy prozaiczna to ona była, gdy byłam facetem. Teraz nabrała pewnej magii. Bawi mnie ta sytuacja, zaczynam aranżować stopy na piasku, delikatnie obciągam palce, delektując się perfekcyjnym pedikiurem, biodra nieznacznie się bujają, okrągleją jakby, ramiona i ręce współgrają. Szyja się wyciąga, podbródek wędruje lekko do góry. Cała jestem gracją, czuję się jak motyl. Jestem lekka i zwiewna. Przyjemna, morska bryza, bawi się moimi pachnącymi włosami, dodatkowo potęgując tę zwiewność. Uśmiecham się. Po raz pierwszy, z pełną świadomością odczuwam, że podoba mi się bycie kobietą. I to z całkiem zaskakujących względów, a nie dlatego, że mam nieograniczony dostęp do cycków (jak ja nienawidzę tego słowa!), czy tego, co poniżej (czemu nagle mam opory z oczywistym nazewnictwem?). Mam nadzieję, że nie pójdzie mi to w jakąś pruderyjną skrajność. Nie nadążam za własnym mózgiem, nie mam pojęcia cóż on mi tam pod czaszką (i miękkimi, jasnymi włosami), płata. Myśl o seksie z mężczyzną nie jest już wcale obrzydliwa, przyjemna jest nawet, mam ochotę przeciągnąć dłońmi po ciele, od piersi po rozkołysane biodra. Nie robię tego jednak, ale odczuwam zmysłową

8

przyjemność na samą myśl. Jestem sensualna, myślę o jedwabnym kimono pieszczącym moje opalone ciało. Już samo słowo “sensualizm” ma w sobie coś sensualnego. Brzmi jak pieszczota, jest rozkwitającą różą, aksamitem czekoladowego musu na podniebieniu. To słowo muśnięcie, budzące niedosyt przy samym wymawianiu. Skrzydło ważki, morska bryza i obłok. Dżizas, jeszcze zacznę pisać wiersze! Zastanawia mnie, czemu czuję się w tej nowej sytuacji zupełnie normalnie. Skąd u mnie taka znajomość świata kobiecego? Przecież jeszcze wczoraj przeszkadzały mi długie włosy, nogi mi się plątały, uwięzione w szpilkach, pójście do toalety było czynnością pełną zaskakujących zagadek i pułapek. A oto teraz, mój świat diametralnie się zmienił, nagle wszystko stało się jasne, jakbym posiadła jakąś tajemnicę, którą do tej pory ukrywano przede mną, a która była w zasięgu moich wymanikiurowanych dłoni. Déjà vu? Axis Mundi? Czuję, że to już kiedyś przerabiałam. Może to światy równolegle, efekt Mandeli, czy zderzenia kwantowego? Czy to oznacza, że jestem nieśmiertelna? Czy jestem częścią multiwersum, zawieszoną w plastycznej czasoprzestrzeni? Czy jest mnie więcej? Mniekobiet, mnie-mężczyzn, czy nawet mnie-drzew? Może te niezliczone, alternatywne wszechświaty zamieszkane są przez niezliczone kopie mnie samej? Może właśnie tu i teraz jestem najlepszym przykładem na to, że siostrzany wszechświat, trzecia strona kartki, czai się tuż obok? Ale dość tych dywagacji. Nie mam zamiaru zaprzątać sobie głowy w tym momencie. Wracam do „sprawy”, muszę się skupić na obserwacji mojej podopiecznej. Idę pewnie, wiem gdzie ją znaleźć – od kilku dni rozkłada koc w jednym miejscu, trochę na uboczu, trochę z dala od plażowiczów, ale nie na tyle, aby być zupełnie odosobnioną. Już ją widzę. Widzę tę jej bezczelnie, bezpretensjonalnie młodą, świeżą i zgrabną sylwetkę. Ciało, na widok którego mężczyznom przyspiesza puls, a kobiety ogarnia podziw i zazdrość. Ja nie jestem wyjątkiem. Po raz kolejny stwierdzam, że jest idealna. Idealne jest w niej wszystko – jędrne ciało, płaski brzuch, krągłe pośladki (bez grama cellulitu), nie za duży biust, jasne, błyszczące włosy, proporcjonalna twarz. Nie jest klasyczną pięknością, nie ma w niej nijakości modelek z magazynów. Rysy twarzy ma nieco za ostre, co potęgują dodatkowo czarne, mocno zarysowane brwi. Usta trochę za wąskie, jak na obowiązującą obecnie modę „rybich ryjków”. Moim zdaniem są piękne. Wszystko w niej „gra i hula”, nie ma się do czego przyczepić. I to mnie doprowadza do szału. Szybko zwalczam jednak ten napad zazdrości, przywołuję się do porządku i ze stoickim spokojem zajmuję swój kawałek piasku, z którego to punktu widzę doskonale moją jasnowłosą obserwowaną, widzę morze, budkę z piwem i lodami i główną ścieżkę wzdłuż wydm. Mam


oko na całokształt. Rozkładam ręcznik, zdejmuję tunikę, poprawiam stanik, związuję włosy. Smarując ciało kremem z filtrem, stale obserwuję Matyldę. Pojawia się ratownik z wczoraj. Wyrasta znikąd, jakby się gdzieś czaił w pobliżu. Czekał na mnie? Wciąż zabójczo przystojny i wciąż niezwykle apetyczny. Patrzy na mnie i nie jest to patrzenie obojętne. Ale miłe też nie jest. Raczej obłe. Wwierca się we mnie swoim jaszczurczym wzrokiem. Choć odwróciłam głowę, to czuję intensywność tego patrzenia. Bo to nie jest tylko niewinne omiatanie. Czuję, że mnie rozbiera i dotyka. I wcale nie jest to przyjemne. Jest w tym patrzeniu jakiś element dziwności. To moje odczucie jest irracjonalne, kompletnie nie umiem tego wytłumaczyć. Ale czuję, że coś jest nie tak. Kobieca intuicja. No nie wierzę! Ja naprawdę tego doświadczam! To o to ten cały rejwach! To to jest ta tajna broń, ta pierwotna, zwierzęca, niezdefiniowana, irracjonalna umiejętność towarzysząca kobietom na każdym kroku. Zaczynam mu się na nowo przyglądać. Jeszcze raz prześlizguję wzrokiem po tym nienagannym ciele młodego, zdrowego, atrakcyjnego samca. A ten się dalej gapi, aż skóra cierpnie, włoski stają dęba na całym ciele, nawet sutki mi twardnieją. Ale nie przyjemnie, walecznie raczej. Jak dwa miecze gotowe zaatakować. Czuję niepokój, a to już jest konkretny znak. Choć wszystko mi w środku wrze jak w kotle, to staram się zachować spokój i trzeźwe myślenie. A może za bardzo kombinuję? Może to wszystko tylko mi się wydaje? To chyba stres. Spięta jestem za bardzo, muszę się trochę rozluźnić. A czemu nie z nim? Jeszcze raz rzucam okiem na to opalone, silne, pięknie wyrzeźbione męskie ciało. I robi mi się tak jakoś błogo. I miło, bo to przecież mnie wybrał, to na mnie zwrócił uwagę, gdy wokół tyle pięknych, chętnych i młodszych. Mniamuśny jest. A ja wolna. Nie miałabym nic przeciwko bliższemu poznaniu. Choćby tylko kawa albo kino. Daj Boże, żeby był w miarę inteligentny, bo nie zniosłabym kretyna. Choćby średnio inteligentny, nie musi specjalnie błyszczeć erudycją, ani się wymądrzać. Wszystko, czego chcę, to miła, niezobowiązująca rozmowa. Może być nawet o niczym. Byle w miarę interesująca. A potem zobaczymy. Chyba ściągnęłam go wzrokiem. Idzie w moją stronę. Idzie sprężyście i pewnie. Bardzo pięknie idzie, choć ciut przesadnie, jakby grał w teledysku. Uśmiecham się do siebie. Egoistycznie i z satysfakcją. Siada na piasku obok mnie, podpierając się ręką. Na przedramieniu ma wytatuowaną niebieską kotwicę. To chyba symbol marynarzy? Może Ratownik wcześniej pływał na statkach handlowych albo pasażerskich. To może być bardzo interesujący człowiek. -A pani tak tu sama? No i stało się. Powietrze uleciało, nadzieje zwiędły, kolory wyblakły, dzień poszarzał. Kretyn, niestety... Idiotyczne

pytanie idioty. Przecież widać. Jego atrakcyjność w mgnieniu oka przyblakła. Zbladła. Przeminęła z wiatrem. Spłynęła rynsztokiem. Szkoda... Rozczarowanie do potęgi entej. Właściwie nie chodziło o samo pytanie, ale o wyraz jego twarzy. I oczy zdechłej ryby. Nie! - Tak piękna laseczka nie powinna być sama - Ratownik nie gasi uśmiechu na ustach. - Niedługo kończę, to może kawka? Albo lodzik? Ten lodzik! O Jezu. Serio? I znowu czuję na sobie oblepiający wzrok jaszczurki. Mam wrażenie, że za chwilę z impetem wyrzuci w moją stronę, zwinięty w rurkę język pokryty lepkim śluzem, na który mnie złapie, a potem bez mrugnięcia okiem, pożre mlaskając. Brr! -To miłe z pana strony, ale niestety mam plany na dziś. Jestem już umówiona. Zresztą jutro i pojutrze także. Do końca turnusu. Mówię to trochę zbyt wyniośle, za szybko, ale nie umiem się zmusić do woalowania i grania sympatycznej. Jestem rozczarowana, zła na siebie, wstyd mi za głupie myśli i w ogóle szkoda mi czasu. Jak gdyby nigdy nic, przekręcam się leniwie. Ratownik rzuca jeszcze jedno gadzie spojrzenie, omiatające moje nogi i odchodzi. Matylda leży na brzuchu, stanik ma rozpięty, plecy rozpalone do czerwoności. Jakby rozbić jej na tych plecach jajko, to by się niewątpliwie ścięło. Przechodzi mi przez głowę myśl, że po takim opalaniu, za dziesięć lat, to piękne ciało będzie przypominać suszoną śliweczkę. Uśmiecham się wewnętrznie, pojawia się delikatny przebłysk satysfakcji, ale szybko przywołuję się do porządku. Nachodzą mnie refleksje. Jak to się stało, że w tak krótkim czasie zdołałam posiąść większość kobiecych tajemnic? Świetnie poruszam się w tym, tak nowym dla mnie, świecie, czuję go intuicyjnie, nie musiałam się jakoś specjalnie spinać i uczyć obsługi. Nie potrzebowałam żadnych instrukcji, wszystko odbyło się naturalną drogą, bez zbytnich wstrząsów i przyszło dość łatwo. To duży bonus, bo miałam obawy, że w nowej sytuacji będę się musiała uczyć życia na nowo. Ale z jednym wciąż nie mogę sobie poradzić: sprawy fizjologiczne. Głupie siku urasta bardzo często do rangi poważnego problemu. Facet, jak go przyciśnie, to przystaje, znajduje w miarę odludne miejsce (albo i niezbyt odludne), a potem po prostu to robi. A kobieta potrzebuje czystego kibelka, chusteczki, bieżącej wody, mydła, itp. No i właśnie teraz mam ten problem. Jak już mówiłam, do plażowej toy-toyki nie wejdę, a na samą myśl o załatwianiu się w morzu dostaję dreszczy. Wyobrażam sobie te dzikie tłumy, które pluskają się przy brzegu, setki, tysiące kobiet, mężczyzn i dzieci, wchodzących do wody głównie po to, żeby uprawiać urynację turystyczną, ludzkie chmary taplające się gromadnie w tej ciepłej, wspólnej zupce – brrrr! No więc pozostaje mi lasek za wydmami. Muszę się przygotować: zabrać ze sobą torebkę, przykryć

9


ręcznikiem ciuchy i kosmetyki, wziąć chusteczki. Pęcherz aż boli. Czemu zawsze czekam do ostatniej chwili? Tak, jakbym miała nadzieję, że mi się odechce. Jeszcze tylko wsuwam stopy w klapki i szybkim krokiem oddalam się w stronę lasku. Mocne uderzenie powala mnie na ziemię. Nie rozumiem, co się dzieje. Gramolę się oszołomiona na kolana, zaplątuję w pasek od torebki, chcę odwrócić głowę, żeby zobaczyć skąd ten cios. Policzek pulsuje, włosy przykleiły się do spoconej twarzy, odgarniam je i… dostaję kolejny raz. Tym razem w okolice skroni. Lewe oko zaraz mi eksploduje. Nie widzę, kto mnie zaatakował. Jest z tyłu, za moimi plecami. Ramieniem ściska mi szyję. Duszę się. Na karku czuję gorący, przyspieszony oddech o zapachu kiszonych ogórków. Drugą ręką chwyta mnie za udo. Wdziera się pod tunikę, wędruje wyżej. Nie widzę napastnika, widzę tylko drzewo i krzaki przed sobą. Zielone. Beztroskie. Czy to będzie ostatni obraz w moim życiu? Kątem oka widzę tatuaż na przedramieniu mężczyzny. Niebieska kotwica. Chcę krzyczeć, ale nie mogę już wydobyć głosu, nie mogę zawołać pomocy, brakuje mi powietrza… Teraz Wybudzono nas na dzień przed końcem misji. 17 lipca w prawdziwym świecie, w tym świecie, Matylda Krzemieńska zniknęła. Mięliśmy dowiedzieć się, co się z nią stało, kto ją uprowadził. Jestem zaskoczony. Przypływ testosteronu czuję, jak kopnięcie w jądra. Aż się kulę. Policjant uśmiecha się ze zrozumieniem. Jego oczy mówią: „Wiem co czujesz, stary”. Otwiera usta, ale nie mówi o moich jądrach. Omiata wzrokiem wszystkich wybudzanych, którzy są równie oszołomieni jak ja. Jego głos jest donośny i mocny: - Misja skończona. Matylda Krzemieńska lat 23 została odnaleziona martwa w lasku, pięćset metrów od plaży. Została zgwałcona i uduszona. Mamy już podejrzanego, który przyznał się do winy... - Ratownik! – mówię odruchowo. Policjant zamilkł na dłuższą chwilę, a potem wymienił wymownym spojrzeniem z kolegą. - Szczegóły sprawy muszą na razie zostać utajnione – w jego głosie słyszę wahanie. - Dla dobra śledztwa. - Miał tatuaż na przedramieniu? - dopytuję. - Niebieską kotwicę? Policjant kuli się, jakby tym razem to on dostał kopniaka w jądra. Nie wszyscy wierzą w „Śpiących” i w nowe metody śledcze. Ten chyba nie wierzy i właśnie przeżywa dysonans poznawczy. Wiem, że trafiłem celnie. Wiem nawet, gdzie było ciało, ale nie mówię mu o tym. Nie ma sensu. Sprawa zamknięta. Koniec. Rozumiem, dlaczego morderca zaatakował mnie, a nie Matyldę.

10

Nieoznaczoność Haisenberga. Badanie wpływa na obiekt badany. W prawdziwym świecie mnie nie było. Upatrzył sobie Matyldę i to z nią poszedł do lasku. Może pozytywnie zareagowała na jego podryw, a może tylko poszła siku? W każdym razie zaatakował ją, a potem przysypał zwłoki piaskiem. Poszło mu gorzej niż ze mną, bo zrobił to dzień później. Czekał jak sęp. Krążył wokół niej. Możliwe, że szesnastego lipca ofiara skorzystała jednak z Toy-Toya. Albo ktoś go wypłoszył z lasku. Ale czekał cierpliwie i w końcu ją dopadł. Siedemnastego lipca. Nieważne, dlaczego to zrobił. Pewnie podnieca go cierpienie kobiet. Zwykły świr, socjopata, czubek, sadysta. Udusił niewinną dziewczynę. Matyldę. Mnie. Skurwiel. Wychodzimy z sali gęsiego. Jeszcze senni, bo chemikalia wciąż krążą w naszych żyłach, snujemy się trochę jak zombie. Przepuszczam ją w drzwiach i nasze spojrzenia się spotykają. Oczy w nieokreślonym kolorze. I ta twarz! Przecież to… Przecież to ja! To kobiece ja, oczywiście. Widzę to w jej oczach. Ona też zrozumiała. Ja śniłem jej sen, a ona mój. Tak się robi zamianę płci. Zamienia się śpiących krzyżowo. Ludzie z tyłu nas odpychają i zaczynają przechodzić między nami. A my wciąż patrzymy na siebie z niedowierzaniem. Wiem, co ona teraz czuje, bo przecież znam jej ciało. Lekki ucisk w dole brzucha, a może nawet mrowienie między nogami. Takie pulsujące, ciepłe. Ona pewnie domyśla się mojej reakcji. Nadwrażliwości jąder, jakby je delikatnie głaskała jej dłoń i podniecenia rodzącego się gdzieś w okolicy prostaty. Zaczerwieniła się, zdając sobie sprawę z tego samego co ja. Zastanawiam się, co powiedzieć, ale moje myśli są coraz bardziej rozbiegane. Jakoś trzeba zagadać zakłopotanie powstałe z powodu intymnej więzi, jaka się między nami nawiązała. Z powodu wzajemnej świadomości fizjologii naszych ciał. A czasu jest mało. Może trzy sekundy, może pięć? Kiedy sekundy miną, ona odwróci się i wyjdzie przez te drzwi. Prawdopodobnie ma męża, dzieci albo chociaż kochanka i kota. Chce i jednocześnie nie chce ze mną rozmawiać. To też o niej wiem. A gdyby tak zrobić coś głupiego? Dać krok do przodu i pocałować ją? Pierwszy i, być może, ostatni raz? Dotknąć jej warg ustami? Poczuć jej oddech? Nie. Od razu rezygnuję. Odrzucam tę niedorzeczną myśl. Byłoby bardzo niezręcznie. Wszyscy już wyszli. Zostaliśmy tylko my, dwóch policjantów i laborantka, która nas wybudzała, wstrzykując coś w nasze żyły. Jakieś świństwo. Podobne do tego, które nam wstrzyknęli, żebyśmy zasnęli. Wiem, że musimy wyjść. Jeden z policjantów znacząco chrząka, dając nam do zrozumienia, żebyśmy poszli sobie w cholerę. Wtedy czuję jej dłoń w swojej. Wychodzimy razem przez szklane drzwi. Nic nie mówimy. Nie musimy.


fot. Sylwia Łakoma

IRENKA Anna Gratkowska Jutro nie wstanę z łóżka. Zostawię swój krzyż w szafie, niech zjedzą go mole. Przez lata krzyż zrobił się ciężki i nieforemny, a ja stary i niedołężny. Bóg milczy, chociaż wiem, co to znaczy: Przymykam​ oko na twoje grzechy. Możesz grzeszyć, tylko pamiętaj o bliźnich. Najbardziej żal mi Irenki. Zawsze jej żałowałem, bo życie traktowało ją w sposób, w jaki wiejski głupek zwykł traktować swojego psa. Najpierw mąż zapił się na śmierć. Potem syn zginął na motorze. Biedna kobieta! Tyle musiała wycierpieć przez głupich mężczyzn! Żeby jeszcze los jej jakoś zrekompensował te tragedie! A gdzie tam! Irenka była schorowana, a ludzie we wsi nazywali ją czarownicą. - Wiesz jak o tobie mówią? - zapytałem ją kiedyś, gdy siedzieliśmy przed gankiem, gapiąc się w niebo upstrzone gwiazdami, aż od blasku bolały nas oczy. - Wiem. - Dlaczego? - Bo kiedy się złoszczę, to zamiast krzyczeć, wyginam gałęzie drzewa. Nie drążyłem czy to prawda. Przed domem Irenki rosło drzewo, którego członki wykręcały się we wszystkie strony, jakby cierpiało na reumatyzm. Emocjonalne bonsai.

Przyjąłem, że chodziło jej o te gałęzie. Takiego dziwadła nie mogła stworzyć matka Natura, na pewno nie tu, nie w tej wsi, tak bardzo zajęczym łajnem śmierdzącej. Poza tym fakt, że Irena nigdy nie skarżyła się na swój parszywy los, nie świadczył, że nie była na niego wkurzona. Po cichu liczyłem, że prędzej czy później ułoży sobie życie u boku mojego brata. Janusz to skończony kretyn, ale bez nałogów, kredytu i matrymonialnych zobowiązań. Kawaler znaczy się. Co z tego, że młodszy od Irenki o dziesięć lat? Ona mu trochę pomatkuje, on będzie jej przynosił bukiety stokrotek, jakoś się dogadają. Dzieci z tego nie będzie, ale tak zwany związek - czemu nie? Nikt nie musi wiedzieć, że ogień namiętności nawet nie zapłonął, że od razu zaczęło się od przyjaźni i porozumienie dusz jest ważniejsze niż uniesienia miłosne i tym podobne bzdety. Uznałem jednak, że sami się nie zejdą i zdecydowałem, że muszę ich ze sobą zeswatać. Zaaranżowałem więc spotkanie i przez dwie godziny wcale dyskretnie obserwowałem reakcje potencjalnych kochanków. Irena siedziała sztywna, jakby połknęła kij od szczotki. Przez ten cały czas wydusiła z siebie może ze trzy zdania.

11


Wszystkie były pojedynczo złożone, a jedno składało się z dwóch wyrazów: Nie​wiem. Za to Januszowi usta się nie zamykały. Gdybym niespodziewanie powiedział, że JFK zginął w wyniku spisku, to mógłby o tym opowiadać tak długo, aż dalibyśmy wiarę, że widział zabójstwo prezydenta na własne oczy. Później zapytałem Irenę, co sądzi na temat Janusza. W odpowiedzi popatrzyła wzrokiem, jakim nigdy wcześniej ani nigdy później nie zechciała mnie obdarzyć: pełnym politowania, zniecierpliwienia, złości i rozbawienia. Typowo kobieca mieszanka. - Jest ode mnie niższy - powiedziała w końcu. - Zgadza się. - I młodszy. - Tak. - Kobiety szybciej się starzeją. - No cóż… - Poza tym dużo mówi. Znacznie więcej niż ja. - Zaręczam jednak, że potrafi też milczeć. - Myślisz, że byłby ze mną szczęśliwy? - A Ty? Byłabyś z Januszem szczęśliwa? Nie odpowiedziała. Durne pytanie, pomyślałem wtedy. Co szczęście znaczy dla Ireny? Po tym wszystkim przez co przeszła? Wystarczy jej pragnienie, aby nie wyginać drzew, nie wyginać palców, nie wyginać ust w grymasie smutku, ale patrzeć w niebo i ze spokojem rozmyślać o życiu. Po tamtej rozmowie zauważyłem, że dwie gałęzie ze wspomnianego drzewa zaczęły rosnąć pod dziwnym kątem. A Bóg mi świadkiem, że wcześniej były proste jak filozofia Janusza. Postanowiłem dać nam wszystkim szansę. Odłożyłem swój plan na kolejny miesiąc. - Ona jest wpatrzona w ciebie jak w obrazek - Janusz był bardziej bezpośredni i od razu mi wyjaśnił, dlaczego się nie zejdą. - To dlatego, że być może obrazek jest brzydki… albo ma jakąś skazę… rysę na szkle… - tłumaczyłem bratu, dość nieudolnie, zresztą. Janusz był niemądry, jednak nie do tego stopnia, jak bym chciał, aby czasami był. - Och braciszku, to miła kobieta, ale co z tego, skoro niezainteresowana, czy ty uważasz, że to się da poukładać, no dosłownie jak cegły, że da się nas ułożyć jak cegły, jedna obok drugiej, dopasowane, równiutkie, że będzie z tego coś więcej, że może nawet d o m? - wyrzucał z siebie kolejne zdania, coraz bardziej nakręcony, jak katarynka z wiejskiego jarmarku.

12

W końcu trzasnął drzwiami i wyszedł. Po chwili do moich uszu dotarły pierwsze dźwięki “Toccaty i fugi d-moll”. Janusz był organistą i swoje uczucia opisywał za pomocą organowej muzyki. Grał długo i namiętnie, dopóki proboszcz nie wyciągnął go z kościoła upominając, że następnym razem wydali go z parafii. Mój plan sypał się jak dom zbudowany z niedopasowanych cegieł. Nie mogłem pozwolić, by Irena cierpiała po moim odejściu. Musiałem ją do siebie zniechęcić. - Nigdy nie chciałem m ieć żony - wypaliłem więc któregoś razu, gdy siedzieliśmy we dwoje na ganku, a sąsiadki podglądały nas spod falujących firanek. - Dlaczego? - Mam paskudny charakter. Raz w życiu kupiłem sobie psa i on ode mnie uciekł. Nie, nie to, że się zgubił. On uciekł. Nie wytrzymał. Żona też nie wytrzymałaby ze mną długo. Jestem o tym przekonany. -Szkoda. - Dlaczego? - zapytałem po chwili, choć wiedziałem, że to może zwiastować kłopoty: Irena zacznie mówić o sprawach nader osobistych, a ja nie zdołam jej dać wystarczająco dobrej odpowiedzi. - Bo może nie byłbyś wtedy taki zgorzkniały. - O nie, n ie jestem zgorzkniały! - głośno zaprotestowałem - jestem nudny i przewrażliwiony, ale nie zgorzkniały! - Przy mądrej żonie miałbyś więcej powodów do radości. - A przy głupiej? - Mógłbyś bezkarnie narzekać. Prawie się wtedy obraziłem na Irenę. Kpiła ze mnie. Po raz pierwszy od dawna widziałem jak się śmiała. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że tamtej nocy razem z nią śmiały się ze mnie wszystkie bezpańskie koty, wszystkie ćmy krążące wokół lampy i dzikie kaczki taplające się w błocie. Niewykluczone, że ja sam dołączyłbym do tego rozbawionego towarzystwa, ale jak już mówiłem - byłem przewrażliwiony i na każdą nieprzychylną uwagę na swój temat reagowałem jak dziecko. Wytarłem rękawem łzę, potem smarka, Irena ostentacyjnie przewróciła oczami i tak rozstaliśmy się tej nocy - bez słowa wyjaśnienia, jak dwójka gówniarzy przyłapana na kłamstwie. Następnego dnia postanowiłem napisać do niej list. Chciałem wyjaśnić, co zamierzam i jakie są tego przyczyny, oraz że zawsze, niezależnie od miejsca do którego trafię, będę się nią opiekował. W przeciwieństwie do męża i syna, nie zostawię jej na pastwę losu. Droga Ireno! - zacząłem - Los jest taki niesprawiedliwy! Wszystko co najlepsze zdarza się w tak krótkim czasie! Czy najpiękniejsza miłość nie trwa zaledwie


chwilę? Nie mogę znieść myśli, że to, co szykuje nam przyszłość, będzie wtórne do tego co już było, że czas niczym mnie nie zaskoczy i przez to pogrążę się w marazmie. Nie chcę czekać. Nie mam na co czekać. Żyję, chociaż równie dobrze mógłbym już odejść. I beze mnie ta planeta jest skazana na zagładę. Liczę więc, że zrozumiesz... Janusz wszedł do pokoju, w chwili, gdy zastanawiałem się nad pełnym emocji zakończeniem. Nim zdążyłem zaprotestować, przeczytał całość. - Idiota - mruknął w końcu przez ramię i zniknął. Jego komentarz, nader kąśliwy zresztą, utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo brakuje mu kobiety. Mój brat był nieczułym kretynem i tylko Irenka mogła go odczarować. Irena z kolei nie zamierzała udawać, że nic nie wie na temat moich epistolarnych wypocin. - Ja też uważam, że wszystko, co najlepsze mam już za sobą - powiedziała następnego dnia, między drugą a trzecią pestką czereśni. W milczeniu skinąłem głową. Byłem ciekaw co jeszcze powie, choć zarazem bałem się tego jak dziecko. - Ale wszystko, co najgorsze też już mam za sobą. Nic nie jest w stanie mnie złamać, co nie znaczy, że obce jest mi cierpienie. Po prostu wypłakałam wszystkie swoje łzy, moje oczy są suche i nawet gdybym chciała, nic z nich nie poleci. Rozumiesz co mam na myśli? - zerknęła na mnie w taki sposób, że aż ciarki przeszły mi po plecach. Skinąłem głową, choć jak Boga kocham, nic z tego nie rozumiałem. Wywnioskowałem jednak, że muszę odłożyć swój plan na później, muszę dalej mierzyć się z życiem i żyć choćby nie wiem jak nudno i ciężko mi było. Tyle tylko, że wtedy Irena mnie zaskoczyła. - Jestem chora - powiedziała, wpatrując się w Wielki Wóz, jakby chciała do niego wskoczyć i odjechać. - Tak, wiem, masz reumatyzm i nadciśnienie, i jeszcze… - Moja pierś. Moja pierś jest chora - przerwała dziwnie zmienionym głosem - Nie wiem, czy z tego wyjdę. - Jak to? - Lekarze nie są dobrej myśli. - A Ty? - A ja nie mam siły z nimi polemizować. Byłem przerażony. Irena planowała ot tak, po prostu umrzeć? A Janusz? A my? Wkrótce pojechała do szpitala, a ja zostałem sam jak palec. Każdej kolejnej nocy wszystkie bezpańskie koty darły się tak, jakby ktoś zamierzał wyrywać im serca. Janusz grał wyłącznie “Sonatę księżycową”. Proboszcz udawał, że nie słyszy. Chciałem odwiedzić Irenę w szpitalu, zawieźć

pomarańcze i biuletyn gospodyń wiejskich, ale kategorycznie mi zabroniła. - Nie przyjeżdżaj. Czekaj. Jeśli będziesz czekał, to wrócę. Zrobiłem tak, jak chciała. Nie pojechałem. Obiecywałem za to rzeczy niestworzone. Że już nigdy nie będę na nikogo narzekał. Albo że będę dokarmiać koty, zamiast straszyć je śpiewaniem “Traviaty”. Byłem gotów targować się “życie za życie”, co w moim przypadku oznaczałoby całkowitą rezygnację z planu. Bóg musiał mieć ze mnie niezły ubaw. Po miesiącu Irena wróciła. Łysa, wychudzona, blada jak topielica. Znów siedzieliśmy u niej na ganku, gapiliśmy się w gwiazdy i jedliśmy robaczywe czereśnie. Drzewo przed domem Ireny uschło, ale ona żyła. - I co teraz? - zapytałem w końcu, bo trwanie w niepewności doprowadzało mnie do szaleństwa. - Nie wyjdę za Janusza, jeśli o to pytasz. - A za mnie? Za mnie wyjdziesz? - wyrzuciłem rozdygotany, bojąc się, że cokolwiek odpowie, ja i tak rozpłaczę się jak gówniarz. Irena wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Zastanowię się jeszcze - splunęła czereśnią w krzaki, aż wyskoczył z nich czarny kot i zniknął w ciemności nocy. Przytuliłem ją do siebie i pocałowałem w czoło. Zafalowały firanki u sąsiadki, a ja mógłbym przysiąc, że Janusz zaczął grać Mendelsona. Co z tego, że była północ, w dodatku czwartek? Mogliśmy choćby i teraz iść do proboszcza, poprosić o błogosławieństwo, on wiedział, że ani ja, ani Janusz nie byliśmy zupełnie normalni. Na koniec spadła gwiazda. Przecięła niebo i według moich wyliczeń wylądowała w ogródku Ireny. Pewnie to była awaria silnika. A może coś zupełnie innego? - Bóg właśnie puścił mi oczko - Irena lekko się uśmiechnęła. Skinąłem w milczeniu głową. Bóg puszczał nam oczka… Byłem gotów spalić list i zapomnieć o głupstwach, które wypisywałem. Nie myślałem o przyszłości. Nie myślałem o niczym, bo wystarczyło mi siedzenie na ganku, głaskanie kota i planowanie, co zasadzimy w miejscu powyginanego drzewa. Sięgnąłem ręką do torby i wyciągnąłem garść czereśni. Tamtej nocy smakowały jak nigdy.

13


E I C KONKURS Ę I N G Y Z R T Z O R

ROZSTRZYGNIĘCIE KONKURSU NA DRABBLE

Tym razem ciało redakcyjne nie mogło dojść do konsensusu. Choć jest jednym ciałem to ma kilka głów i one - te głowy - się nie mogły zdecydować, którą z wyróżnionych prac opublikować. Prezentujemy zatem wszystkie wyróżnione prace, i sami będziecie mogli wybrać najlepszą. Dodatkowo, poza konkursem, publikujemy piękny tekst Kasi Jamróz, żeby pokazać, jak wiele emocji można zmieścić zaledwie w czterdziestu słowach.

**** Zgubiłam drogę do ciebie musiała mi wypaść z kieszeni razem z pomiętą kartką z numerem telefonu. Nie wiem nawet czy był twój. Nie wiem czy droga była moja. Może włożyłam nie swój płaszcz. Wszystko przez deszcz który spadł tak nagle nie na nas…

Katarzyna Jamróz

Chyba o kawie Rano budzisz się kobietą, tego jesteś pewna. Wbijasz wzrok w drewniany sufit przekonana, że to właśnie z niego pochodzi ciepło. Dłonią sprawdzasz, czy ściana w dalszym ciągu stoi, czy jeden ruch ręką jej nie zburzy. Z ulgą stwierdzasz, że jest solidna i można na niej polegać albo polec (do wyboru). Potem zwracasz się do świata z nadzieją, że jeszcze nie dzisiaj odwróci się od ciebie. Parzysz kawę, chwytasz pierwszy łyk jak pierwszy oddech tuż po narodzinach. Zabielona łagodzi ściśnięty strachem żołądek. Niech zawsze żyje kawa, ta pierwsza, po której wszystkie myśli ulegają przedawnieniu. I teraz możesz iść żyć :) :) Anna Swoińska

14


Dylematy mrówek Biegnie z patyczkiem po ścieżce zapachu, do mrowiska. Nie wie po co. Była kiedyś na końcu łąki, gdzie ta styka się z lasem, ale nawet o tym nie wiedziała, zapatrzona w swój patyczek, listek, larwę. Nie biegnie bo chce, biegnie, bo w środku coś do biegu ją zmusza. Właśnie tak, po ścieżce zapachu, do mrowiska. Nie zna przeznaczenia dla tego patyczka, dla listka ani dla larwy. Nie zna też celu swego istnienia. Zna cel swego biegu. Do mrowiska. Łatwo się z niej śmiać, patrząc z góry. A teraz pomyśl czym jest dla niej nieskończoność... czym jest dla ciebie... Bartek Lewandowski

Przyszła z kubkiem kawy w dłoniach Przyszła z kubkiem kawy w dłoniach. Usiadła na schodach z widokiem na ludzi. Zaciągała się jej aromatem jak papierosem. Lubiła myśleć o swoim nałogu jak o pewnego rodzaju medytacji. Kawa parowała tworząc mgłę. Codzienność biegła zamyślona, trochę zaspana. Niespodziewanie zrobiło się głośno, to młodość roześmiana wtargnęła w sam środek poranka, zaszyfrowana w gestach i słowach. Uśmiechnęła się do dziewczyny po drugiej stronie ulicy… odstawiła kubek i odeszła, najpóźniej jak się dało, wciąż młoda. Ludzie mówili: jakie to niewłaściwe, umierać na schodach z uśmiechem na ustach i rozwianym włosem. A ona już z wiatrem tańczyła wesołego Twista. Małgośka Majkowska

Biuro O piętnastej zadzwonił telefon. Urzędnik podniósł słuchawkę: -Dzień dobry, tu Biuro Straconych Szans. W czym mogę pomóc? - Dzień dobry… rzuciła mnie dziewczyna … -... rozumiem… -... popełniłem straszny błąd. Ale chciałbym go naprawić… proszę o pomoc… Urzędnik ciężko westchnął. - Niestety, to niemożliwe. - Dlaczego? - My tylko spisujemy stracone szanse. Analizujemy każdą sytuację, a pod koniec roku wysyłamy klientowi wykaz błędów, aby mógł on wyciągnąć wnioski na przyszłość.. Nic więcej. - Aha… - mężczyzna zawahał się… - czyli nie tutaj…? Czyli ja…? - nie dokończył. W końcu odłożył słuchawkę. W biurze zapanowała cisza. Urzędnik zapisał coś w notatniku. Uśmiechnął się z satysfakcją. Tym razem poszło naprawdę szybko. Anna Gratkowska

Oszukana Stoję na progu oparta o framugę drzwi. W półmroku, na wprost mnie, siedzę ja. Opieram łokcie o stylową toaletkę. Wyciągam szyję do lustra, starannie wklepując w gładką skórę podkład. Wprawnym ruchem pokrywam powieki grafitowym cieniem. Mocno pociągam czarną kredką wzdłuż dolnej linii rzęs, lśniących od sadzy tuszu. Czerwień szminki erotycznie przylega do ust. Rozczesuję długie, czarne włosy, starannie wybieram butelkę orientalnych perfum. Patrzę, jak patrzę w lustro, wspominając ostatni sen. Stałam w nim na progu i patrzyłam, jak siedząca przede mną ja znika pod warstwą makijażu. Patrzę w swoje oczy, moje usta kształtują słowa: - jestem gotowa. Idę cię (o)szukać. Aleksandra Malarz

15


Tak niedawno,

czyli o zapomnianej erze czytania Piotr Jastrzębski

B

yła epoka lodowcowa, polodowcowa, stara era, nowa era, analfabetyzm, powszechne czytelnictwo i wtórny analfabetyzm. Wyobraźmy sobie, że siedzi grupa ludzi przy stoliku w kawiarni, a każdy z nosem w książce zamiast smartfonie. Nieprawdopodobne, ale jeszcze niedawno świat niemalże tak właśnie wyglądał. Książkę odkładało się podczas rozmowy tylko dlatego, że trudno było się skupić na jednoczesnym czytaniu i konwersacji, gdyby było to możliwe, wcale nie dziwiłoby nas, iż turyści w Wenecji płynąc gondolą, zamiast podziwiać okolice, przeglądają Facebooka. Gdyby dało się jednocześnie czytać książkę i zachwycać się architekturą, takie obrazki nie byłyby kuriozalne. Tylko zamiast papierowych książek, zastąpiły je ebooki. Ebooki to jeszcze pół biedy, świat zdominowały plotkarskie portale, gdzie ludzie czytają same tytuły i na ich podstawie wyrabiają sobie opinię, mimo, że treść jest zupełnie inna, a gdy przejrzą już nowinki ze świta celebrytów, przechodzą do Facebooka lub na Instagram. Wtedy podnoszą wzrok na otoczenie, by wybrać najlepsze miejsce na selfi. Czyli epoka selfi. Przed nią była epoka meblościanek. Mieszkania w blokach były do siebie bliźniaczo podobne. Taki sam rozkład, podobne wspomniane meblościanki,

16

różnica polegała tylko na serii książek znajdujących się na półkach. U jednych były same „Tygrysy”, „BKD” (Bitwy, Kampanie Dowódcy), czyli historia w pigułce, do tego kryminały z kluczykiem lub jamnikiem, ale nade wszystko na głównym miejscu, koniecznie za szybą czterotomowa encyklopedia PWN. No i „Historia Polski” w niezliczonej ilości odcinków. W niektórych mieszkaniach jednak wybór był znacznie szerszy, a ilość książek przewyższała swą liczbą te, które są obecnie w ostatnich gminnych bibliotekach publicznych. Te mieszkania były rajem dla moli książkowych. Ich właściciele gromadzili je latami, a zdobycie każdej pozycji miało swoją historię. Pewnie dlatego większość właścicieli decydowało się na ich podpisywanie. Pożyczanie książek było pewnym rytuałem, pretekstem by wpaść na herbatę, a przy okazji pogadać o sąsiadach i książce. Doskonale bowiem można było połączyć plotki z literaturą popularnonaukową, kryminałem, albo romansem. Ale nawet tam, gdzie były tylko serie z kluczykiem, czy same „Tygryski”, trudno w to uwierzyć, właściciele naprawdę je - czytali. Wiem, wiem że głupio to brzmi, lecz przeciętny człowiek PRL miał tak szeroką wiedzę ogólną, że był w stanie rozmawiać niemalże na każdy temat, nie robiąc zbyt wielkich błędów merytorycznych.


Pomysłem na ten tekst były zapomniane książki sprzed 1990 roku. Czyli te wydane w PRL, gdzie przebijały się perełki, a i literatura niższych lotów też miała swoich zwolenników. Potem przyszedł czas Harlequinow, a następnie rewolucyjny wynalazek zwany Internetem, zabił nawet i te krótkie romanse. Wróćmy jednak do mody na czytanie. Było coś takiego. Ludzie wzajemnie się odwiedzali i wymieniali informacjami co jest obecnie na topie. Tak poznałem Cortazara czy Márqueza. Była wówczas moda na literaturę iberoamerykańską i ktoś, kto nie znał „Gry w klasy” czy „Stu lat samotności” był mało atrakcyjny towarzysko. Podstawą dobrego tekstu jest klimat. Jeśli wywoła jakieś emocje, typu nostalgia, radość, smutek, złość, przygnębienie, to już dobrze, jeśli śmiech to bardzo dobrze, ale jeśli potrafi zabrać nas ze sobą w głąb treści, postawi przy opisywanych postaciach, to idealnie. Wakacje z młodości pamiętam jedynie w migawkach. Mając piętnaście lat, nie było specjalnie istotne gdzie wyjeżdżam. Wystarczyło bajoro, w miarę czyste, kawałek plaży i kiosk gdzie mogłem kupić „Świat Młodych”, a potem już inne gazety. Nie było łatwo, bo nie wszędzie docierały, ale jeśli akurat miejscowy kiosk miał je w swojej rozpisce, natychmiast zakładałem teczkę. Tak, kiedyś zakładało się teczki, gdzie pani kioskarka odkładała zamówione gazety. Potem było „Razem” i oczywiście „Ekspres reporterów”. Ostatnia pozycja była rzadkością ze względu na cykl edycyjny. W popularnych tygodnikach drukowano książki w odcinkach, a treść i poziom reportaży biły na głowę te drukowane współcześnie., choćby Kąkolewski. Mimo obłożenia prasą, gdzie zarówno felietony, jak i reportaże, jak już wspomniałem, były wciągające i pasjonujące podobnie jak współczesne filmy, to i tak zawsze leżała obok książka. Książka nie byle jaka, specjalnie dobrana do okoliczności. Tak więc zimą w Bieszczadach czytałem „Całą jaskrawość” Stachury i „Następnego do raju” Hłaski, wracając do miasta sięgałem po Witkacego, jednak wyczuwałem fałsz przedwojennej bohemy. Udawaną sztuczną egzaltację. Jedyna książka z tamtych czasów, która w jakimś stopniu to obnażyła to „Ostatnia cyganeria” - autora nie pamiętam. W jesienne wieczory czytałem, w zasadzie czytam do tej pory, «Łuny w Bieszczadach» Jana Gerharda. Wydawałoby się idiotyczne, po co czytać książkę, którą znam już na pamięć? A nawet książki, ponieważ jest więcej pozycji, do których wracam przynajmniej raz w roku, ale o tym później. Tak naprawdę nie wiem, jest jedno zdanie, fraza, myśl, która sama w sobie, wyrwana z kontekstu nie ma takiej siły rażenia, jak podczas czytania książki, czyli wejścia w klimat, by się zatracić i z biernego czytelnika stać się czynnym uczestnikiem. Jak Alicja w Krainie Czarów otwierając książkę, przechodzę do innego świata

i biada temu, kto mnie stamtąd wywoła. Zwłaszcza jeśli będzie to „Zły” Leopolda Tyrmanda, bo zawsze tam jestem, gotowy na zagrożenia i pełen adrenaliny. Mogę wiec zareagować impulsywnie zanim zorientuję się, że już nie jestem pod kioskiem Juliusza Kolodenta, czekając na oprychów, którym z tramwajarzem mamy obić mordy, a w swoim mieszkaniu i ktoś chce mi powiedzieć, że ma nową aplikację na smartfona. Jak można przeszkodzić mi w czekaniu na morderców Kuby Wirusa, młodego dziennikarza? Nie jestem fanem kryminałów jako takich, ale wymieniony wyżej „Zły” jest książką, która łączy wiele gatunków, a największą jej zaletą jest to, że zawsze zaczynając ją czytać, ubieram się odpowiednio do pogody i zabieram ze sobą pałkę albo inne narzędzie - oczywiście w wyobraźni. Najgorzej gdy trafiam na fragment o tym jak dwóch kumpli rozpija ćwiartkę goudy w bramie. Głupio się czuję jako trzeci niepijący. Podobnie czytając Gerharda zakładam buty, które nadają się w góry, a przy „Całej jaskrawości” zaopatruję się w pa-pierosy i herbatę. To rodzaj świadomej schizofrenii, którą również świadomie karmię. Tak kiedyś działały książki. Mocne prawda? Chyba żadna gra tak mocno nie działa na wyobraźnię. Opisałem jedynie ułamek swoich ulubionych książek sprzed lat. Mimo, że było ich znacznie więcej, to wbrew pozorom, nie zabierały mi czasu i nie czytałem kosztem gry w piłkę, wędrówek po górach czy dłuższych wyjazdów. Otwierając książki, otwierałem drzwi, w które wchodziłem. Wielokrotnie trafiały się takie, sprawiające, że nie mogłem pogodzić się z tym, iż mają koniec. Chciałoby się by trwały, a świat w nich zawarty czekał aż wrócę z rzeczywistości. Okres PRL był szary tylko dla tych, którzy nie potrafili go sobie ubarwić literaturą. Dwa kanały w telewizji nie kusiły by obejrzeć film, to też pewien plus. Teraz napiszę coś, w co chyba nikt młody mi nie uwierzy. Podczas lekcji, zajęć czy odrabianiu pracy domowej, by wszyscy byli przekonani, że się uczę, wkładałem czytaną książkę w okładkę podręcznika do przedmiotu, który akurat miałem. Tak kiedyś było, pewnie te czasy nie wrócą, ale przyznam szczerze, że pisząc ten tekst przeniosłem się na chwilę w czasie gdzieś do połowy lat osiemdziesiątych. Życzę młodemu pokoleniu, by choćby otarło się o tamte wrażenia, których teraz próżno szukać i trudno odtworzyć. Już nie będę wspominał czytania z latarką pod kołdrą czy w namiocie, bo pora uruchomić wehikuł czasu i wrócić, by wysłać ten tekst. Aha, jeszcze taka konkluzja: większość z książek, tych najbardziej porywających, nie miałby dzisiaj szans zaistnieć na rynku wydawniczym. Szkoda, i naprawdę jest mi żal współczesnego pokolenia. My przynajmniej mamy wspomnienia. Piotr Jastrzębski – felietonista, autor książki pt. „Z dna”

17


LITERACKO

nad morzem Robert Knapik

O ironio losu, spotkać się w nadmorskim kurorcie i rozmawiać o literaturze, marzenie, w obliczu całego mnóstwa spotkań, rozmaitych propozycji spędzenia czasu w doborowym towarzystwie, morze nie jest takie samotne, plaże nie są odludne, wręcz przeciwnie, pełne miłośników słowa pisanego i pochłaniaczy kultury. Emocji i ekscytacji literackich mogliśmy doświadczyć w dniach od 15 do 18 sierpnia w Sopocie. Przechadzając się „monciakiem” zastanawiam się, co rzeczywiście przyciąga ludzi do Sopotu, podejrzewam, że to nie tylko literatura, w epoce wiecznego pośpiechu, nieodłącznych telefonów, życia w blasku i poklasku. Jest tutaj unikalny klimat, światowy gwar, różne języki, zapach gofrów i smażonych ryb, przeczucie, że z Sopotu otwierają się bramy ku niecodziennej przecież, magicznej rzeczywistości literatury. Miasto w czasie festiwalu tętni życiem, we dnie i w nocy, zakochane pary przesiadujące

18

w kawiarniach, grajkowie, panie sprzedające kwiaty, uliczni performerzy, artyści prezentujący swoje pasje. Wśród ogromu kulturalnych przedsięwzięć, nie da się nie zauważyć atrakcji festiwalowych, już na samym dworcu witają nas zwisające dekoracje informujące o trwającym w Sopocie święcie literatury. Tegoroczna edycja festiwalu wzorem poprzednich poświęcona jest konkretnej strefie geograficzno-językowej, tym razem padło na literaturę brytyjską i w związku z tym w przeróżnych sopockich włościach można było spotkać się z uznanymi i nagradzanymi pisarzami, którzy piszą w języku angielskim, reprezentują Wielką Brytanię, oddają kulturę i mentalność tego regionu. Popularnym brytyjskim twórcom poświęcony był cykl rozmów „Londyn calling”, w ramach, którego można było poznać między innymi Katie Green, Sarah Perry czy Sarah Hall. Literackim dyskusjom towarzyszyło spore


zainteresowanie, uczestnicy spotkań zadawali pytania, dzielili się swoimi odczuciami dotyczącymi prezentowanych książek. Na festiwalu szczególnie reprezentowane były kobiety, cytując też hasło Literackiego Sopotu, „sufrażystki, pisarki, aktywistki”, mogliśmy uświadomić sobie, jak dużo zawdzięczamy dokonaniom kobiet, ich niezwykle znaczący wkład w kulturę, literaturę, politykę, równouprawnienie, świadomość społeczną. Podążając tym tropem, organizatorzy przygotowali dla uczestników cykl rozmów „Kobiety piszą przyszłość”, spotkania z Reni Eddo-Lodgge i jej twórczością z literatury faktu, Ntailan Lolkoki piszącej o przemocy wobec kobiet oraz brytyjską korespondentką z Chin Lijlą Zhang. Oprócz dyskusji z konkretnymi pisarzami, Literacki Sopot jest również bogaty w debaty panelowe, tematy literackie „Wokół Frankensteina Mary Shelley” czy żywo dotyczące współczesności „Obywatelstwo w epoce brexitu i swobodnego przepływu osób i towarów”. Wielka uczta intelektualna, nie tylko dla miłośników literatury i kultury brytyjskiej, ale również wszystkich chętnych i ciekawych świata. Oczywiście ciekawi świata są również

polscy autorzy, których na festiwalowych spotkaniach nie mogło zabraknąć. Gościła w Sopocie Małgorzata Rejmer, opowiadając o reportażu „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”. W czasie dyskusji pojawiła się refleksja nad współczesną Albanią, trudem transformacji, zmian społecznych, które ciągle można zaobserwować w tym niewielkim kraju. Na plaży przepytywał swych gości Michał Nogaś, między innymi Łukasza Orbisowskiego na temat świeżej powieści „Kult” czy pisarkę Barbarę Klicką, mowa była o „Zdroju”, debiucie powieściowym autorki. Zaskakuje mnie każdego roku rozmach wydarzeń, o które pieczołowicie zadbali organizatorzy, i o dziwo, nieustannie pozostaję w tej fascynacji. Spotkania z autorami w wielu lokalizacjach na terenie Sopotu. Uczestnictwo w tym pięknym przedsięwzięciu przekonuje mnie, że kultura to splot różnych inspiracji, pomysłów i tradycji. Dlatego literatura koresponduje tutaj z innymi dziedzinami twórczych działań, wskutek czego na festiwalu znajdą coś dla siebie miłośnicy filmu (klasyka brytyjskiej kinematografii z prelekcjami Mateusza Wernera). Literacki Sopot ma też odsłonę muzyczną, a to dzięki IV Nieformalnemu Festiwalowi Piosenki Aktorskiej. Czytanie performatywne „Egzemplarza” Caryl Churchill w reżyserii Małgorzaty

19


Brajner to z kolei ukłon w stronę teatru. Dla dzieci swe wrota otwiera Sopocka Szkoła Magii, warsztaty ilustratorskie, do tego jeszcze warsztaty kreatywnego pisania, które prowadził Jan Carson. Nie sposób wszystkiego wymienić, trzeba po prostu przyjechać nad morze i poczuć prawdziwy kulturalny ferment. Tym bardziej, że Sopot pojawił się nawet w jednym z opowiadań popularnej pisarki Zadie Smith, i jak tu nie wierzyć w siłę literatury. Urokliwy nadmorski klimat i wątpliwości, w czym tkwi siła festiwali literackich, które przecież w okresie letnim proponują gościom niezliczoną ilość atrakcji. Niektórzy określają to zjawisko mianem turystyki kulturalnej, można miło spędzić czas, pozwiedzać, a przy okazji spotkać się z uznanymi twórcami oraz „doświadczać” kultury na żywo. Pojawia się jednak uzasadniona obawa o to, że kultura, literatura, całe spektrum ludzkich dokonań w tym zakresie zostanie pomniejszone, potraktowane przedmiotowo, uznane jako towar, wycenione i podane na tacy przypadkowemu turyście, który być może przejdzie obojętnie, bo przyznać trzeba, że spore grono osób przyjechało do Sopotu aktywnie wypocząć, a na literackie dysputy reagują mimowolnie machnięciem ręki czy ironicznym uśmieszkiem. Czyżby literatura i czytelnictwo stawało się po trochę czymś elitarnym, niedostępnym, wyjątkowym, tylko dla wybranych? To niestety dość pesymistyczna prognoza, mając też na uwadze, że statystycznie mniej niż 40 procent Polaków czyta w ciągu roku przynajmniej jedną książkę. A cała

reszta być może podaje w wątpliwość wszelkie próby i zamierzenia, aby ten stan rzeczy zmienić. Nie chcę być zbyt krytyczny, ale chyba jest to swego rodzaju pozytywny snobizm, promocja literatury, przy okazji też metoda na przyciągnięcie do miasta co bardziej wybrednych plażowiczów. Jaką wagę mają w tym wszystkim gadżety (torby, smycze, ulotki, wszelkiego rodzaju przypinki), nadmorska aura, czy to rzeczywiste pragnienie poznania literatury, możliwość zajrzenia do „kuchni” pisarzy, innych tajemniczych zakamarków? Niebagatelne znaczenie ma tu ekonomiczna strona przedsięwzięcia, wydarzenie tego rodzaju nie odbyłoby się bez wsparcia sponsorów, nie łudźmy się, tak ogromną ilość gości trzeba przenocować oraz zapewnić im godny pobyt w czasie festiwalu. Nie wystarczą jedynie humanistyczne pobudki, szlachetne idee, chociaż to właściwie od nich wszystko się zaczyna. Gra jest jednak warta świeczki, a nóż wśród balonów, bursztynowych naszyjników i cukrowej waty ktoś sięgnie po książkę, po raz pierwszy od dłuższego czasu, pójdzie do biblioteki, włączy się do rozmowy o ważnych dla świata sprawach, odnajdzie w literaturze samego siebie, spokój i wyciszenie. Literatura pozwala przeżyć w tych trudnych, zabieganych czasach. Kolejna edycja festiwalu Literacki Sopot odbędzie w dniach 20 -23 sierpnia 2020 roku.

20


PATRONAT

Feralne dziedzictwo, o „Pokurczu”

Krystyny Śmigielskiej A gdy się zejdą, raz i drugi, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością, bardzo się męczą, męczą przez czas długi, co zrobić, co zrobić z tą miłością (sł. Agnieszka Osiecka)

Krystyna Śmigielska, „Pokurcz”, seria „Ukryte Światy”, powieść dla dorosłych, opublikowana pod patronatem medialnym m.in. Post Scriptum, Wydawnictwo Bibliotekarium, Bydgoszcz 2019.

J

edna z tych historii, które podsłuchało się gdzieś na dworcu albo z okna przy poobiednich rozmówkach. Swojska opowieść, bliskie losy, no i niepowtarzalny urok nadmorskiego kurortu, to wszystko znajdziemy w powieści „Pokurcz” Krystyny Śmigielskiej, Jest to trzynasta z rzędu publikacja, powieść autorki, która z równym entuzjazmem pisze dla dorosłych jak i dla dzieci. Miłym zaskoczeniem był dla mnie sam tytuł. Z określeniem „pokurcz” już się spotkałem, natomiast nie uświadamiałem sobie tak naprawdę znaczenia tego słowa. Termin określa osobę brzydką, niezdarną, pokrakę. W powieści dostajemy taki właśnie portret niedojdy, nie jestem tylko pewien, czy jest on aż tak jednoznaczny, czy czasem nie wymyka się sztywnej kategoryzacji. Bohater powieści, Kacper Rawicz od samego początku budzi we mnie niepokój, te jego piwne oczy, długie włosy, broda, oraz to, że wzbudza zainteresowanie kobiet jest w pewnym stopniu wskaźnikiem dla dalszych wydarzeń. To on ,tajemniczy gość w nadmorskim kurorcie, pracuje jako kelner, poznaje tam Olgę, córkę

właściciela, w której się zakochuje, z początku bez wzajemności, z czasem lody topnieją, chociaż czujemy, że z tą wzajemnością jest coś nie tak. Kochankowie przyrzekają sobie seks bez zobowiązań, relacje typu sexfriends bez wikłania się w tzw. miłość romantyczną. Olga ma przewagę, to ona gra pierwsze skrzypce, jest dla Rawicza wybawieniem w całym kłamstwie, w którym na dobre utkwił, ale czy w tej relacji Rawicz się odnajdzie? Śmiem w to wątpić. Młody mężczyzna razi swoją postawą, nie potrafię zrozumieć jego poczynań, miłość jest silniejsza od niego. Maska pozwala Rawiczowi zachować pozory bezpieczeństwa, dzięki uczuciu wyzwala się w nim jednak jakaś autentyczność, szkoda, że to tylko chwilowa przemiana. Ta sytuacja nie jest dla niego specjalnie wygodna. Taka giętkość, elastyczność, mógłbym rzec nawet - swego rodzaju oportunizm, nie jestem do końca przekonany, co tak naprawdę rządzi tytułowym „pokurczem”, poczucie bezsilności, zagubienia, próba odnalezienia prawdy, być może jednak wyrachowanie i zimna kalkulacja. Kacper Rawicz to człowiek zagadka.

21


Niezwykle istotnym składnikiem powieści są trudne, „rwane”, poszarpane relacje, w dużej mierze nieprzepracowane traumy z dzieciństwa i odziedziczona po przodkach bezsilność, przekonanie o własnej niemocy. Postacią, która stanowi niejako osnowę dla wydarzeń opisanych w powieści, nadając im jednocześnie logiczny ciąg, jest Maciej Zamber, bohater tragiczny, którego samobójcza śmierć generuje całą serię dramatycznych wypadków. Nad całą rodziną Zambrów wisi nieokreślone bliżej piętno, z którego pozostali członkowie chcieliby się uwolnić, ale od feralnego dziedzictwa nie sposób uciec. Można przekroczyć granice kontynentów, można zdobyć wykształcenie, spróbować wyjść naprzeciw oczekiwaniom, wyrwać się z monotonii, ale piętno pozostanie. Jest jak wypalony znak na skórze i jak trucizna dla umysłu.

wszystkim jego bliskim, coś pękło, szczęście na dłuższą metę nie jest tam możliwe do spełnienia, zresztą nie jest chyba w ogóle obecne, to raczej zapomnienie przy kolejnym alkoholowym odurzeniu. Warto wspomnieć jeszcze o postaci starego Zambra, to swoista baza dla całej historii o „pokurczu”, jego natchnienie poetyckie, wizje, jakieś przeczucie śmierci, życiowe „zawieszenie”, ale też czarna wyrocznia, to bardzo cenne dla wymowy całej powieści.

Pętla samobójcy to coś więcej niż kawałek sznura, to krzyk z ciemności, przeczucie, że nie ma nadziei, to ustawiczny lęk i wizja nieuchronnej katastrofy. Wszyscy

Przemawia do mnie, przeszywa dreszczami, ale też wywołuje jakieś uczucie niepokoju, usilna walka, przekomarzanie się ze śmiercią, która jest obok, czai się, nie daje wytchnienia. Kacper Rawicz jest nieustannie podczas takiego wewnętrznego rozchwiania, wyjściem z trudności jest dla niego śmierć, rozrysowuje to przecież w swoim „labiryncie”. To bardzo niebezpieczna gra, Rawicz nie potrafi uwolnić się z dręczących go więzów. Przeszłość pozostawiła mu przeczucie o własnym znikomym losie, w którym cokolwiek by się działo, i tak nie

wtajemniczeni w to mrożące krew w żyłach wydarzenie są też uczestnikami, zabierają ze sobą coś z tej śmierci. Dlatego też losy Włodka Zambra są tak trudne i pełne wewnętrznego rozdarcia. Powoli wychodzi on z niewoli świadomości, zostawia za sobą gorzką przeszłość, by całkiem wyzbyć się siebie, pozwolić sobie na oczyszczenie ze złych emocji. Wdowa po Macieju, Alicja Zamber jest właśnie w takiej malignie, poczuciu skończoności i chyba z demonów przeszłości nigdy się nie uwolni. Alicja jest kobietą o luźnych obyczajach, zmienia partnerów życiowych jak rękawiczki, można by to tłumaczyć pragnieniem bliskości, poszukiwaniem otuchy po tragicznych chwilach. Alicja Zamber jest swego rodzaju symbolem powolnego obumierania, przekonania, że nie ma nic dobrego na tym świecie. Odejścia i powroty jej kochanków uwidaczniają niedostatki emocjonalne, samotność, życie na odludziu, bagaż doświadczeń, wieczną stratę. To strata, której nic nie zdoła zatrzeć. Włodek, czerpiący złe wzorce z zachowań matki nie jest w stanie stworzyć szczęśliwego związku. Podobnie też Kacper w objęciach Olgi jest tylko igraszką, zabawką, którą można dowolnie sterować. Ten miłosny witraż, ułuda, stwarzają pozorne poczucie bezpieczeństwa, dla którego Kacper zrobiłby wszystko, pytanie tylko, czy

zmieni niczego, dalej pozostanie właśnie „pokurczem”. Jest to przykład osoby, która przepracowuje traumy z dzieciństwa. DDA albo DDD to skróty oznaczające dorosłych dzieci alkoholików lub dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. No właśnie, skąd to określenie „dorosłe dzieci” Żyjąc w poczuciu ciągłego lęku, braku poczucia bezpieczeństwa, dorośli ludzie opuszczając rodzinne domy, nie są w stanie stworzyć harmonijnych relacji z innymi, mając po części przekonanie, że ktoś chce ich oszukać, zniszczyć, mierzą się z przekleństwem przeszłości, jest to swego rodzaju projekcja niedobrych wzorców, które zachowali od nie umiejących stworzyć dobrych relacji rodziców. Życie takich osób przypomina taniec na topniejącej tafli lodu, towarzyszy im nieustanny stan alarmu, przeczucie o nieuchronnej katastrofie Próby samobójcze, często niestety udane to wynik zupełnego wycieńczenia, stania na straży zbyt długo, osobom z syndromem DDA nikt nie wyłączył przycisku „czuwania”, lawina śnieżna w końcu spada, organizm odmawia posłuszeństwa, jest za późno. Dlatego też tak ważne jest, aby osoby z lękiem, stanem beznadziei wyrwać ze środowiska, które przepełnione jest frustracją i gniewem. W obliczu mediów społecznościowych, kontaktu, który umożliwia

warto, być może Olga to kobieta, której najważniejszymi przymiotami są wyrachowanie, interesowność i chęć władzy. Zaślepienie mija, chwilowa fascynacja czy prawdziwe uczucie, trudno o szczerą odpowiedź, szczególnie teraz, kiedy blask i nieustanne afiszowanie się własnym ego wyznaczają rytm codziennych znajomości. Samobójcza ofiara Macieja Zambra przyniosła cierpienie

pomoc w nagłych sytuacjach, jest możliwość, aby zadziałać, zagreagować na trudności, dlaczego więc tak dużo dramatów, historii, które nie znajdują szczęśliwego rozwiązania, to z samotności wśród ludzi, największej gangreny naszych czasów. Być może nieco trąci myszką, ale też zachęca do dyskusji, obraz pięknego uczucia, w gruncie rzeczy

22


jednak mit romantycznej miłości, który w postaciach resztkowych ostał się do naszych czasów. Na początku seks bez zobowiązań, erotyka, bezpieczna oaza, w której Kacper chciałby się schować, odizolować od reszty świata. Ułuda, wszystko na tym świecie niestety jest pozorne, Olga ze swą trywialna gierką zaczyna irytować, chociaż Kacper zrobiłby dla niej wszystko. Odzywa się

gorzka przeszłość, która przestrzega przed nadmiernym zaufaniem, drugi człowiek potrafi przecież skrzywdzić, zadać następny cios. Ile ciosów, ile straconych marzeń, a ile prawdy kłującej w oczy, nie pozostaje nic innego jak tylko zajrzeć do „Pokurcza” Krystyny Śmigielskiej. Robert Knapik

INNI LUDZIE

MAJĄ GORSZE RZECZY

G

dzie jest klucz, szukam go, mam już pewność, po chwili zostają ledwo opary. Skąd taki wybór, chyba zostałem zaczarowany, „Masłoska jest BOSKA”, „słuch absolutny”, „demaskatorka współczesności”, „wizjonerka”. Tam gdzie świat kiczu i pozorów zaczyna przypominać tragifarsę, od razu intuicja podpowiada mi, że maczała w tym palce Dorota Masłowska, laureatka między innymi Paszportu „Polityki” czy Nagrody Literackiej Nike. Każdy nowy literacki przysmak od mistrzyni kuchennych melanży wyczekiwany jest przez wielu czytelników. Jest tak zresztą i tym razem, „Innych ludzi” wydano w zeszłym roku, nieustająco jednak powracają w różnorakich dyskusjach, mówi się o tej niebagatelnej literaturze, nowomowie, języku potocznym, ekspresji, ale też swoistym połączeniu różnych gatunków literackich, możliwości ujęcia współczesności w ramach dzieła literackiego.

Dorota Masłowska, „Inni ludzie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Zaskakuje szata graficzna, którą dla książki przygotował Maciej Chorąży. Podobnie rzecz się ma przy „Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu”, zbiorze felietonów Masłowskiej, który ukazał się w Wydawnictwie Literackim. Każda z tych pozycji ma ustalony kształt, literacki zapis dopełnia warstwa ilustratorska, nie są to jednakże ilustracje mające jakiś szczególny wymiar estetyczny, kwestia smaku jest dość luźno potraktowana. Obrazy, kolaże, ale też forma wydania umożliwiają pełniejszą interpretację, dają do myślenia, ale też sprawiają, że kontakt z książką jest

23


czymś niezwykłym, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. „Inni ludzie” to książka przypominająca swoim wyglądem album muzyczny, w dodatku zafoliowany. Na okładce widoczne jest pęknięcie, to metafora niespełnionego, wyjątkowego losu artysty, przynajmniej wynika to w pewien sposób z odczytania „Innych ludzi” jako opowieści, piosenki o trudnym losie człowieka w mieście, który próbuje poradzić sobie z piętnem samotności wśród ludzi. Sam utwór jest w swej istocie nowatorski, z czym może się kojarzyć, być może to piosenka, tak zresztą widzi to sama Masłowska, to hiphopowa nawijka, gdzie slang, mowa potoczna miesza się z bluzgami, językiem nienawiści oraz „plastikiem” trawiącym ludzkie relacje. Po trosze jest to też prawie, że gotowy tekst dramatyczny, gotowy do przedstawienia na deskach teatru, sceny dialogowe rozpisane na konkretne głosy. Dlatego też adaptacją „Innych ludzi” dość szybko zajęły się instytucje teatralne, spektakl „Inni ludzie” w reżyserii Grzegorza Jarzyny miał swoją premierę w Teatrze Rozmaitości. To właśnie dla Teatru Rozmaitości tłumaczył na angielski na potrzeby sztuki teatralnej „Innych ludzi” Marek Kaźmierski. Książka Masłowskiej wywarła na nim niebagatelne wrażenie, szczególnie w warstwie językowej, natomiast nie była jakimś wielkim zaskoczeniem, mając między innymi na uwadze to, że Kaźmierski jest czytelnikiem, który wykładał między innymi na Uniwersytecie w Cambridge. Na co słusznie zwrócił uwagę tłumacz „Innych ludzi”, Masłowska napisała tę książkę raczej nie po to, aby zachwycić krytyków, jak wielu sądzi, ale w celu zwrócenia się do osób, które nie mają w nawyku czytać literatury na co dzień, posługując się też językiem zwyczajnych ludzi („ordinary folks”).Niezwykłą szansą dla Marka Kaźmierskiego była możliwość tłumaczenia „Innych ludzi” na potrzeby spektaklu Grzegorza Jarzyny, Kaźmierski uwielbia bowiem pracować nad rymami w poszczególnych wersach, tak jak w oryginalnej polskiej wersji językowej1. Za co można cenić albo na odwrót nie cierpieć twórczości Doroty Masłowskiej? Nie ma w tym pisaniu patyczkowania się z czytelnikiem, świat, który zostaje przedstawiony na łamach „Innych ludzi” to nie kraina z baśni, a szare blokowiska wielkich miast, rzeczywistość pełna uprzedzeń, wyzwisk, poniżenia i pogardy. To świat przedmiotów, w którym ludzi traktuje się z lekceważeniem. Zaintrygowało mnie nieco nazwanie tej smutnej opowieści „Panem Tadeuszem XXI wieku”, jest rzeczywiście coś ujmującego w takim podejściu, sugestywny obraz współczesnej Polski. Kamil Janik 1. Tłumaczenie własne z języka angielskiego.

24

mieszka razem z matką i młodszą siostrą Sandrą, marzy o karierze muzyka, pragnie nagrać płytę, no i chyba te kolejne zwrotki miejskiej piosenki można traktować jako jego słowa, taką gorzko-śmieszną piosenkę o Polsce. Nikt go nie rozumie, w jego rodzinie nadużywano alkoholu, ojciec zginął tragicznie, matka natomiast spowodowała, że Kamil w życiu dorosłym ma wiele uprzedzeń do kobiet. Znamienny jest kompletny brak komunikacji, ludzie wymieniają komunikaty, ale ze sobą nie rozmawiają, czyżby to nasz język współczesności? „Lepiej powiedz, co z pracą”. „Kurwa, mama. Mówiłem, że lipa”. „Bo, co?” Bo się pytasz. „Gówno tam nagrasz, ty i twoja płyta”. Zdarta płyta. Jak zwykle skrzydła mu obcina. Wyszedł. Zawołał windę… (s.31) Rodzice nie potrafią rozmawiać z dziećmi, zamiast poświęcić im więcej czasu, zalewają potokiem krytyki i upokorzenia. Jak to zresztą u Masłowskiej, ton wypowiedzi jest nieco prześmiewczy, chociaż w gruncie rzeczy to sprawa bardzo poważna i należy ten temat nagłaśniać jak najczęściej. Dziecko od najmłodszych lat skonfrontowane jest z powszechnym systemem oceniania: oceniają nauczyciele, rodzice, rodzina, znajomi, często też sama ocena wynika z nie do końca jasnych pobudek i należy uświadamiać młodych ludzi, aby wszelkich form oceny czy krytyki nie brano wprost do siebie. Cała klasa się śmieje, włącznie z panią, on w ostatniej ławce, z downem i Cyganem, co śmierdzi zbutwiałym praniem, córka nauczycielki, córka kierowniczki stołówki – szóstka, szóstka z kwiatkiem, a Janik Kamil? jedynka z minusem, jedyna z brudnymi uszami i starą kanapką, z samą musztardą, wstań i przyjdź z matką (s.21). Polski system oświaty jest wadliwy, są tak zwani bardziej uprzywilejowani, uczniom z niedostatkami pomaga się, niestety tylko w teorii, praktyka jest już bardziej bolesna, przylepia się etykietki, „bez potencjału”, „mierny”, „próżniak”. Dzieci potrzebują więcej uwagi, ale też wzorców do naśladowania od innych, lepiej radzących sobie w szkole. Zamiast tego mamy podział na „lepszych” i „gorszych”. Mało mówi się o różnorodności, odstępstwa od reguły traktowane są z góry jako wypaczenie. Wyzywanie, przemoc wśród dzieci bierze się właśnie stąd, że nie są one w pełni uwrażliwione na potrzeby innych, odmienny wygląd, zachowanie wywołuje lęk,


skutkuje to oczywiście odruchem obronnym, w ten sposób rodzi się niszcząca społeczeństwo nienawiść pogarda dla tych, którzy nie wbijają się w szkolny rygor. Raczej z przymrużeniem oka pojawia się tu nawiązanie do programów typu „Trudne sprawy” czy „Ukryta prawda”, „polski bigos” w sosie własnym można by powiedzieć. Rzeczywistość pełna uprzedzeń, plotek, przemocy i nienawiści, wzajemnego oskarżania, nieraz wprowadza jednak efekt komiczny, w „Innych ludziach” jest to taka przyśpiewka, swego rodzaju kiepski film klasy B., ludzie się nie słuchają, krzyczą, ciągłe awantury i wyzwiska niczym z wiejskiego folwarku wypełniają skrzętnie każdy dzień. Trudne sprawy, sprawy trudne, sprawy ciężkie, z chujem nie wygrasz, jak na jakąś się uweźmie, wiesz, że jeszcze niezła kaszana może z tego będzie, a poradzić nic nie możesz. To naprawdę trudne sprawy (s.22). Do stanu wiecznego napięcia, zupełnej egzaltacji należy dopisać jeszcze wspomniany wcześniej brak komunikacji, na pewno absurd ludzkich odruchów oraz naturalnie pojawiający się wówczas komizm. Ale słuchała, co mówi i śmiała się z jego żartów (BOCHOŃ: Ha, ha, ha!”). MACIEJ: „Kobiety są głupie, Murzyni są czarni. Pedały to pedały”, BOCHOŃ: „Ha, ha, ha!”). Na to Iwona nie wpadnie. Że dla kogoś może być ciekawy, być obiektem fascynacji (s.96). Pozorność, komunikacja pozbawiona sensu, maski, poczucie, że życie to gotowy szablon, „airmaxy” na każdą okazję, zamiast autentyzmu coraz większa sztuczność. Maciej jest już w drugim związku z Iwoną, Klaudia Bochoń to jego kochanka. Właściwie nie ma tu uczuć, relacje są nastawione na praktycyzm. Ludzi nie łączy uczucie i wspólna troska, a raty kredytu. Iwona chętnie rozwiodłaby się z Maciejem, ale żal jej mieszkania, „to mój projekt”. Przekonanie, że „naprawdę dobrze jeszcze może, dzieciak, być”, które płynie z reklamowych haseł, daje jakieś fałszywe poczucie nadziei. Ludzie otaczają się przedmiotami, miłość do materii wypełnia im całe życie. To przestawienie jest na pewno łatwiejsze, miłość do ludzi czasem bywa niewdzięczna. Świat przytłacza, chwilowy blask, krótkotrwałe szczęście z posiadania kończy się, plastikowe postacie wymieniają się zwrotami niczym z wyuczonej jednoaktówki. Bilboardy, prawdopodobnie część jakiejś kampanii społecznej, wpędzają nas w przekonanie, że tak właściwie, nic złego

się nie dzieje, zmowa milczenia, ot takie sobie rodzinne wojenki. POKAWAŁKOWANY BOBAS Z BILBOARDU: „Moi rodzice też kiedyś żarli się jak psy. Moja Mama też żarła xanax jak kartofle, popijała winem, ale teraz jest całkiem znośnie” (s.102). Aktualny stan rzeczy jest utrzymywany w rodzinach, ale w gruncie rzeczy w ogóle między ludźmi nie ma rozmów, są wzajemne utarczki, przeciąganie liny na swoją stronę, później zostaje poczucie winy, straumatyzowane społeczeństwo, frustracje, brzemię, dojrzewający ropień pełen uprzedzeń i wrogości. Zachowania mające na celu ukryć bezradność, zwątpienie i rozpacz to po prostu teatr masek, kurtuazja, nic nieznacząca wyuczona grzeczność - przykładem jest Maciej, który naciąga swój uśmiech parapogodny. Wielokrotnie w trakcie całego utworu pojawiają się określenia typu „żal mu jej”, albo „Kurwa, to przykre”. I wcale nie chodzi tutaj o żal, to zwykła maska, emocje nie mają tu znaczenia. Iwona wie, że Maciej nie kocha Klaudii Bochoń, zapewne to tylko chwilowy skok w bok, natomiast Leonka, syna Iwony Maciej też nie kocha, nie wiadomo czy kogokolwiek kocha. W spotkaniu z córką Leną z poprzedniego związku dochodzi do uszczypliwości i wzajemnego obrażania, ojciec obraża córkę, w odwecie to samo robi Lena, współczesne życie to nieustanny poligon bojowy, krzywdę, pogardę, poniżanie traktuje się jako zwykłą nieuprzejmość. Wartości nie istnieją, w zamian za to szablony, lajki, ustawiczne poczucie winy, że być może nie sprosta się czyimś oczekiwaniom, spadnie się w rankingu popularności, tak czy siak, pozostaje kamienna twarz. Syndrom chińskiego domu, gdzie przedmioty zabrały szczęście, a ludzie w pogoni za pieniądzem nie zauważyli nawet, że kruchy świat zaczyna się rozpadać. Przekonuje się o tym Iwona: Ale sama pani widzi, my niby mamy lepiej w tej Polsce, a też są ludzie nieszczęśliwi. I nic im nie pomogą tu pieniądze czy niepieniądze (s.130). Podskórny ropień niestety nie chce pęknąć, tężeje można by powiedzieć atmosfera wrogości, winni wszystkiemu są cudzoziemcy, Ukraińcy zabierają Polakom pracę, oddychają „naszym” powietrzem. Winne są też kobiety, nie są dość miłe, czyhają tylko na to, by usidlić mężczyzn, a potem wydawać ich pieniądze. Z łatwością identyfikuje się homoseksualność z brakiem moralności, zupełną rozpustą czy prymitywizmem, pojawia się przekaz jak gdyby to geje i lesbijki okupowały Warszawę,

25


niewytłumaczalna analogia z Powstaniem Warszawskim. Myli się porządki, homoseksualizm łączy się na przykład z chwilowym odruchem, czymś niezrozumiałym, z gruntu przynoszącym zło i zepsucie. Moralny rozkład, poczucie pustki, bezużyteczności to z pewnością jedna z idei przewodnich „Innych ludzi”, zaryzykowałbym nawet, że wiodącą. Świadczy o tym szata graficzna: strony książki wypełnione są przedmiotami, śmieciami, drobiazgami, wprost ujmując, jest to obraz relacji między ludźmi, oparty na tzw. jednorazowości, marności. Nie szanuje się ludzi, traktuje się ich przedmiotowo, ale nie szanuje się również przedmiotów, wzorem jest symbolicznie ukazana choinka. Z jednej strony ozdoba świąteczna, mile się kojarząca, dająca niepowtarzalny nastrój, z drugiej jednak część wystroju, ewidentnie oddaje szablon, pewien schemat, święta to po prostu obrazek, gotowy zestaw zachowań i zwyczajów, coraz mniej w tym wszystkim realności i prawdziwych uczuć. Tak samo jak choinkę, tak i życie traktujemy jednorazowo, bez udziału, bez zaangażowania emocjonalnego. Przygotowania, kupowanie prezentów, fizyczny aspekt świąt wypełnia całą pustkę, natomiast okres świętowania przypomina raczej festiwal obżarstwa, moralne gnicie i nadaje temu wszystkiemu formę przetrwalnikową, tzn., pojawiają się lęki czy aby ktoś nie wypadnie z roli, nie zburzy nastroju świątecznego jarmarku. Ostatecznie wszystko trafia do kosza. MATKA: „W Oszołomie są po milionie!”. Sandra: „Po sto”, KAMIL: „To nawet za więcej. Albo się Sandra w klasie zapyta, czy ktoś odkupić nie chce”. SANDRA: „Ej, weź się, ja się nie będę pytać.” KAMIL: „Będziesz!”, SANDRA: „Ty chyba pojebany jesteś”. KAMIL: „To ja sam sprzedam i całą kasę sam dla siebie”. MATKA: A dla mnie?”, KAMIL: „I dla matki weznę”. Taki był plan generalnie, ale tak jak postawiłem ją w łazience, tak bez wody, to zaraz obschła i na śmietnik matka zwiozła… (s.39). Igły z choinki nieprzypadkowo zapełniają kolejne stronice książki, to próba uświadomienia tego, jaka pustka towarzyszy dzisiejszym świątecznym obrzędom, jak bardzo atmosfera wspólnoty przemieniła się w zu-

26

pełne obumieranie, gnicie, świat bez uczuć. Kontrolę nad ludźmi przejęły gotowe wzorce, modele zachowań, utarte pozy i maski, zastawy stołowe, diety pudełkowe, sztuczne piersi, piękne samochody, wyretuszowane w photoshopie zdjęcia profilowe na Facebooku. Tak samo jednorazowo potraktowana została choinka, kupiona nadmiarowo, później obeschła, wyrzucona na śmietnik. Jednorazowo traktuje się też ludzi. To bardzo istotne przesłanie ekologiczne, bowiem podobnie jest z żywnością, którą kupuje się bez umiaru, a po świętach wyrzuca nie zważając nawet na to, że wiele osób potrzebujących chętnie skorzystałoby z takiej pomocy. Może niektórzy zrozumieją fałsz w powiedzeniu: „Zastaw się, a postaw się”. Okres świąteczny to nie żadne szczęście, a koszmar dla wielu osób trudny do zniesienia. Święta stały się przekleństwem. Tak właściwie, kim są inni ludzie, skąd ta inność, brak zrozumienia i wspólnoty? Dziś każdy kumpel na Wyspach zapierdala i udaje szczęście, w mieszkaniach inni ludzie mieszkają, a przez ściany cienkie dobrze słychać, jak więź międzyludzka pęka. Się rozpada, śnieg zaczyna padać i coś tam, coś tam… (s. 82). Określenie „inni ludzie” pada w utworze przynajmniej kilka razy, zawsze towarzyszy temu pewna tajemniczość, nie do końca wiadomo czy to o nas ta piosenka, czy to o nas ta melodia. I chyba w takich momentach przynajmniej na chwilę znika gdzieś ironia, cały maskowy festyn, przychodzi rozpacz, zagubienie i jakaś beznadzieja. Chyba nie o to wszystkim chodziło, mimo to czarna diagnoza bardzo boli. Jesteśmy dla siebie obcy, życie mija na lansowaniu, przeganianiu się w trendach, markach, nowościach. Utwór można by odczytać jako taki wielki przekaz reklamowy z drwiną w tle. Zamiast uczuć jest obsesja ciałem, tak jak w przypadku relacji Kamila i Anety. Zachwyt nad jednorazowym plastikiem, być może pora się przebudzić. Warto dodać, że adaptację na podstawie utworu przygotowuje znane studio Warner Bros. I chociaż brak „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej w finałowej siódemce Literackiej Nagrody Nike, to z pewnością długo jeszcze będziemy wracać do tej miejskiej samotni, w końcu Inni Ludzie to My. Robert Knapik


MAŁGORZATA WARDA Moim przesłaniem jest, by ludzie częściej patrzyli wokół siebie i dostrzegali osoby, które potrzebują pomocy.

Która z pasji jest najbliższa Twojemu sercu? Co Cię motywuje, a co wycisza? Malarstwo i rzeźba dają mi radość, ale tylko pisząc, wiem, że robię coś ważnego. Oczywiście uwielbiam układać kolory na płótnie, brudzić dłonie gliną albo odgadywać człowieka, rysując jego portret. Książki zabierają mnie jednak w bardziej niezwykłą podróż: mogę być każdą z postaci, którą tworzę, więc żyję wieloma historiami, wypowiadam się w najważniejszych dla mnie kwestiach i to mnie pochłania, sprawia, że czuję się spełniona. Kiedy patrzę na Twoje zdjęcia, widzę pogodzoną ze sobą, szczęśliwą, romantyczną optymistkę.

Zgadzasz się z tym? Do optymistki, w dodatku romantycznej jest mi daleko (śmiech). W powieściach poruszam trudne, emocjonalnie tematy, takie jak: porwania dzieci, zaginięcia bliskich, przemoc domowa czy skomplikowana miłość pomiędzy ojcem i córką. Pracując nad takimi historiami, robię głęboki research: wyszukuję osób, które mają podobne doświadczenia do bohaterów mojej książki, pracuję z policją, z psychologami. Kiedy rozmawia się ze zgwałconymi kobietami albo z chłopakiem, który mieszkał w domu, gdzie panowała przemoc, trudno o optymizm. Praca z policją też otwiera mi oczy na statystyki zbrodni i zaginięć w Polsce.

27


Aby zachować równowagę staram się dostrzegać więc rzeczy piękne, skupiam się na nich i dużo się śmieję. Prowadzisz kursy twórczego pisania dla początkujących. Czy łatwo pokierować uczestnikiem, aby nauczył się operować słowem? Pochodzę z rodziny nauczycieli, więc pewnie mam to we krwi. Moja mama uczyła języka łacińskiego, a tata był wychowawcą młodzieży trudnej. Nauczanie kreatywnego pisania jest dla mnie przyjemnością, uwielbiam rozpalać wyobraźnię kursantów, dzielić się z nimi moją wiedzą, wywracać im teksty do góry nogami i wskazywać łatwiejsze ścieżki. Kiedy moje porady doprowadzają do tego, że powstaje dobra książka czy opowiadanie, autentycznie się tym cieszę. Przyznam, że z uwagą śledzę Twoją stronę autorską na Facebooku i miło mi widzieć, że w bibliotekach prowadzisz warsztaty twórczego pisania. Jak na Twoje działania reaguje młodzież? Młodzież jest fantastyczna. W pracy z nimi mam już doświadczenie, ponieważ dawniej uczyłam sztuki w gimnazjum i liceum. Już wtedy udawało mi się zarazić ich chęcią tworzenia i na naszych zajęciach powstawały bardzo twórcze prace. Na warsztaty przychodzą gotowi do działania, z otwartymi umysłami. Często nie są jednak przekonani do swoich pomysłów albo wstydzą się o nich rozmawiać w grupie. Pracuję wtedy nad tym, by uświadomić im, że nie ma czegoś takiego, jak „pomysły złe”, wszystkie mogą być dobre, jeśli dobrze je opracujemy. Miło jest patrzeć, jak nieśmiałe osoby przełamują się, otwierają, a pod koniec zajęć błyszczą im oczy, bo stworzyły coś naprawdę fajnego. Czy lubisz spotkania autorskie i Targi Książki, gdzie masz bezpośredni kontakt z Czytelnikiem? Uwielbiam! Spotkania z czytelnikami dają mi energię do tworzenia, i pomagają uwierzyć, że idę właściwą drogą. Miałam w przeszłości kilka momentów, kiedy zastanawiałam się, czy to, co robię, ma sens, i to właśnie Czytelnicy pomogli mi podjąć słuszne decyzje. Na Targach, wiadomo, jest mniej czasu na rozmowę z każdym, ale i tak nawiązałam przy nich przyjaźnie

28

z Czytelnikami, które trwają do dzisiaj. Co Cię uszczęśliwia? Czym jest dla Ciebie szczęście? Szczęście to moja rodzina, która – dzięki Bogu – wciąż jest w komplecie. Szczęściem są podróże, które staram się realizować pomimo napiętych terminów. I moje książki, kocham je pisać, więc sprawia mi wielką radość, gdy słyszę, że czytelnicy na nie czekają. Czy masz swoje motto życiowe, którym się kierujesz? Będzie brzmiało banalnie: rób swoje! Co próbujesz przekazać Czytelnikom? Jakie przesłanie mogą odnaleźć w Twoich książkach? Każda powieść to inny temat i oddzielny świat. Zdecydowanie pragnę wypowiadać się w imieniu skrzywdzonych dzieci, ludzi doświadczonych przez los, albo wykluczonych. Moim przesłaniem jest, by ludzie częściej patrzyli wokół siebie i dostrzegali osoby, które potrzebują pomocy. Nie chcę jednak, by moje powieści czytało się trudniej, więc ubieram je w formę powieści obyczajowej albo thrillera. W jakich sytuacjach „dopada” Cię natchnienie? Skąd czerpiesz pomysły? Pomysły czerpię z pierwszych stron gazet albo podsuwają mi je spotkane osoby. Zdarzyło się przy powieści Ta, którą znam, że historia zrodziła się ze spotkania kobiety, która została zgwałcona i wówczas nie zdecydowała się o tym mówić, a po latach okazało się, że nikt już nie chce jej słuchać. Powieść Dziewczyna z gór, tak ciepło przyjęta przez Czytelników, że obecnie piszę jej drugą część, opowiada o porwanym dziecku i zrodziła się w mojej głowie dawno temu, kiedy obejrzałam wywiad z Nataschą Kampusch, dziewczynką przez wiele lat przetrzymywaną przez porywacza. Jeśli temat mnie porwie, nie mam problemów ze złapaniem natchnienia. Czy masz swoje ulubione miejsce do pisania i czy towarzyszą Ci jakieś przyzwyczajenia np.: filiżanka herbaty, muzyka w tle, czy jest Ci to absolutnie obojętne?


Zdarzyło mi się, że sceny akcji w powieści młodzieżowej 5 sekund do Io tworzyłam przy głośnej muzyce. Zdecydowanie jednak wolę ciszę. Absolutną. Żadnego radia, żadnych rozmów w tle i… litości, moi drodzy sąsiedzi, ale żadnego wiercenia w ścianach też mi nie potrzeba! (śmiech). Filiżanka kawy jest niezbędna. Do tego laptop, ulubione biurko i… Uwielbiasz sporty zimowe, prawda? Świetnie jeździsz na nartach. Czy poza nimi jakieś inne dyscypliny Cię interesują? Oj, w tym roku pierwszy raz spróbowałam narciarstwa z moją przyjaciółką pisarką, Mariolą Zaczyńską i to było świetne przeżycie! Jednocześnie już wiem na pewno, że narciarstwo mnie nie „kręci”. Czym innym jest dla mnie zdobywanie szczytów w górach – to prawdziwa przyjemność. Niedawno byłam z mężem pod masywem Olimpu w Grecji i przyznam, że to właśnie szczyt Olimpu, na który wówczas nie byliśmy przygotowani, by wejść, teraz krąży mi po głowie, zamiast uroczych greckich plaż. O czym marzy Małgorzata Warda?

Zdradź, proszę, co dla Czytelników przygotowujesz? Może jakąś książkę świąteczną lub opowiadanie? Pod koniec października ukaże się moja najnowsza powieść dla dzieci, Sylwia i Planeta Trzech Słońc, którą pisałam przy współpracy z moją jedenastoletnią córeczką. To ważna dla mnie rzecz i bardzo na nią czekam, szczególnie, że powieść porusza trudny temat. W grudniu natomiast mam nadzieję skończyć drugi tom Dziewczyny z gór i posłać ją w świat. Natomiast w najbliższym czasie ukaże się bajka dla dzieci, mojego autorstwa, ilustrowana przez zdolną ilustratorkę, Asię Grudnik – napisanie jej zamówił Urząd Miasta Gdyni, a historia dotyczy pięknego pomnika, stojącego na placu Kaszubskim. Ślicznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas. Życzę, Małgosiu dalszych sukcesów w realizacji wszystkich pasji. Z pisarką Małgorzatą Wardą rozmawiała Ewelina Kwiatkowska - Tabaczyńska prowadząca bloga Zaczytana Ewelka

Żebym miała święty spokój. Od wielu spraw, które niepotrzebnie zaprzątają mi głowę. Czy planujesz trasy autorskie? Jest szansa, że odwiedzisz Łódź, w której mieszkam? Na trasie w Łodzi byłam w zeszłym roku i bardzo miło wspominam tamte spotkania. W tym roku będę wędrować na Podlasie i po województwie Pomorskim, mam też w planach Kutno i Braniewo. Spotkań ciągle przybywa więc zapowiada się fajny rok. Gdybyś miała możliwość zdecydować o wyborze swojej książki do ekranizacji, którą byś wybrała i dlaczego? Bardzo chciałabym zobaczyć na ekranie Dziewczynę z gór i Miasto z lodu – to powieści, które w opinii wielu osób, wyglądają jak gotowy scenariusz. Moim marzeniem byłaby też ekranizacja 5 sekund do Io, ale nie wiem, czy w Polsce dysponujemy technologią i pieniędzmi na tak duże przedsięwzięcie.

29


Maciej Siembieda O

to nasz POST SCRIPTUMowy gość: dziennikarz i publicysta parający się reportażem, śledztwami historycznymi i powieściami powstającymi na ich kanwie. Nagrodzony trzykrotnie laurami Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ponad dwudziestokrotnie za reportaż oraz główną nagrodą I edycji niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera 2017, słowem – bezmiernie zanurzony w słowie, pisarz Maciej Siembieda. Z uwagi na niniejszą prezentację, nie mogę nie zacząć naszej rozmowy od pytania, które nasuwa się samo: jacy ludzie i które książki Pana ukształtowały wpływając na wybór niełatwej, dziennikarsko – pisarskiej drogi? Czy od najmłodszych lat zamierzał Pan nią kroczyć? Pomysł na pisanie powieści po południu życia miałem od bardzo dawna. Przez ponad dwadzieścia lat pracy reporterskiej trafiłem na wiele zagadek i tajemnic, które miały się w tych powieściach przydać lub wręcz stać się ich tematem. Niektóre opisałem w reportażach, inne udokumentowałem lub zaznaczyłem w notesie. Te lokaty procentowały przez lata i teraz z nich korzystam zamieniając historie napisane przez życie w kapitał fabularny. Chciałbym konsekwentnie pisać o rzeczach bardzo interesujących i bardzo nieznanych, najchętniej takich, które udało mi się odkryć. Co do drogowskazów pisania to było ich sporo. Zaczynałem pisać reportaże zahipnotyzowany Krzysztofem Kąkolewskim, potem przyszła Hanna Krall, jeszcze później Ryszard Kapuściński. W literaturze pięknej najwyżej cenię Hrabala i Marqueza, w beletrystyce Folletta i Pereza-Reverte. Z fascynacji książkowych najchętniej pamiętam świeże lektury, czyli Poświatę Chabona i Maga Fowlesa (przeczytane po raz któryś, bo lubię wracać do książek).

30

W mediach społecznościowych jakiś czas temu pojawiło się zdjęcie przedstawiające odręczny zapis fragmentu powieści nad którą Pan pracuje. W dobie komputerów to dość nietypowe. Czy to znaczy, że stara szkoła pisania najlepiej się sprawdza? Pisanie na papierze to nie rycie w kamieniu. Można skreślać, robić odnośniki i notatki – bez konieczności uruchamiania jakichś elektronicznych zakładek czy budowania pudełek na słowa. Bardzo lubię i bardzo cenię pisanie na brudno, bo bez niego nie ma pisania na czysto. Komputer służy mi do przepisywania i utrwalania tekstu, choć parę razy zjadł spore kawałki bez ostrzeżenia i bez przyczyny. Poza tym pomaga mi prowadzić research w Internecie i zerkać do mojej ulubionej lektury: Słownika synonimów. Tylko w tym zakresie zapraszam go do pisania. Czy mógłby Pan zdradzić reportażysty przepis na sukces? Reporterskie pióro bowiem w Pana przypadku wpływa znacząco na fabułę pisanych powieści… Pióro w reportażu ma znaczenie, ale drugorzędne. Najważniejsze jest zbieranie materiału. Instynkt ciekawości, szacunek do ludzi i umiejętność rozmowy z nimi, pokora wobec prawdy, anielska cierpliwość i mrówcza praca przy dokumentowaniu. Można mieć talent Kapuścińskiego, ale bez dobrze zebranego materiału na nic się on nie przyda.


Określa się Pana polskim Danem Brownem z czym jednak polemizowałabym, ponieważ w moim odczuciu bliżej Panu, jakkolwiek przewrotnie to zabrzmi – do Carli Montero, która nakreśliła Szmaragdową tablicę. Zna Pan tę książkę? Na jej kartach odnalazłam kilka podobieństw do 444, bowiem hiszpańska pisarka zgłębia sekrety zaginionego Astrologa - obrazu Giorgioni’ego, skrywającego intrygującą zagadkę, tak samo jak Pan odkrywa tajemnice dzieła mistrza Jana… Skąd u pisarzy owa fascynacja malarstwem? Nie są to przecież sztuki pokrewne. Czy występowanie analogii w literaturze współczesnej jest częstym zjawiskiem? Niestety nie znam Szmaragdowej tablicy ale z apetytem ją przeczytam. Motyw obrazu, kodu ukrytego przez malarza, tajemnicy i przesłania jest popularny na tyle, że mógłby stać się tematem dobrego doktoratu z literatury. „Mój” Matejko nie wynikał z jakichkolwiek fascynacji, bo na malarstwie znam się umiarkowanie, a bodaj nawet wcale. Odbieram je z beztroską szczerością: podoba mi się lub nie. Na Chrzest Warneńczyka trafiłem przypadkiem, podobnie jak na inne fascynujące historie, które miałem szczęście zamienić w osobiste przygody. Wiele lat poświęcił Pan Chrztowi Warneńczyka pędzla Jana Matejki. Wiedzy na jego temat przydał niedawno wyemitowany dokument pod tytułem Obraz, w którym Pan zajmująco dzielił się z widzami posiadanymi informacjami wykorzystanymi w pracy nad Czwórkami. Popuśćmy więc wodze fantazji zakładając, że ma Pan możliwość spotkania z malarzem. O co by Pan go zapytał?

Mogłem się na to zgodzić i napisać, że palił cygaretki, ale w czasach reporterskich wpojono mi zasadę Jak ci własna matka powie kocham cię – sprawdź to. Zacząłem szperać. Najpierw dotarłem do informacji, że cygaretki były używką dla bogatych. Palili je, ale żeby nie poparzyć palców, wyrzucali dość duże niedopałki na ulicę. Biedniejsi je zbierali, odkrajali brzytwą nadpaloną część, a resztę tytoniu siekali i zawijali w bibułki. I tak się zaczęła zabawa, która zabiła więcej ludzi niż niejedna wojna. Kiedy Matejko malował Chrzest w 1881 w Krakowie działała już fabryka papierosów. Z niniejszym powieściowym debiutem zapoznałam się w związku z niezależnym plebiscytem na polską Książkę Roku Brakująca Litera 2017, w którym Pan, ku mojej ogromnej uciesze, zdobył główną nagrodę. Jak z perspektywy czasu wspomina Pan moment wręczenia statuetki? Byłem wzruszony i szczęśliwy. Nagrody smakują naprawdę dopiero wtedy, gdy są niespodziewane. Nie rozumiem zjawiska kolekcjonowania nagród, zabiegania o nie, urządzania konkursów, w których z góry wiadomo kto wygra. Wszelka chciwość sukcesu mnie odpycha, bo jest bezrozumna. Im bardziej się za czymś goni, tym bardziej to coś ucieka. W usta Jakuba Kani włożył Pan słowa: Historię tworzą nie jej uczestnicy, ale ci, którzy ją piszą. Czy należałoby więc traktować przemycanie historii między wersy powieściowe jako misję?

Kadr filmu Obraz autorstwa Dagmary Spolniak, który powstał na kanwie powieści 444 wyemitowany w TVP Historia Trzy lata temu zapytałbym Jana Matejkę czy palił papierosy, bo pisząc „czwórki” miałem z tym kłopot. Gdzieś trafiłem na informację, że malarz miał palce zażółcone od tytoniu, ale jeden z ekspertów, którzy czytali książkę na etapie redakcji uparł się, że Matejko nie mógł palić papierosów, bo ich jeszcze nie było. To od czego miał zażółcone palce? – pytam. No właśnie – ekspert na to – od cygaretek. Skręcanych z liści tytoniu, bez bibułek.

Za duże słowo. Po prostu mam olbrzymi sentyment do historii, Dlatego zapraszam ją do książek. Poza tym jest mądra i ma wiele ciekawego do powiedzenia. Kontynuację powieści 444 stanowi Miejsce i imię, gdzie były już prokurator, Jakub Kania poznaje świat holenderskich szlifierzy diamentów więzionych podczas II wojny w obozie pracy na Górze świętej Anny. To bolesny temat, z którym zapewne trudno było się mierzyć… To również, identycznie jak 444, pamiątka czasów reporterskich. Temat oczywiście bolesny – jak cała wojna

31


i zagłada, ale niesłychanie frapujący. O wojnie i obozach napisano setki tysięcy, może nawet miliony stron. Dlatego natrafienie na nieznaną odsłonę tamtych czasów w postaci historii z Góry św. Anny było jak odnalezienie skarbu. Gdybym miał do wyboru znaleźć tę historię lub opisany w niej brylant, bez wahania wybrałbym pierwszą opcję. Mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy, zdradzając, co czeka Jakuba Kanię w trzecim tomie pod tytułem Wotum, który ukaże się, jeśli wierzyć zapowiedzi, w 2020 roku? Przykro mi, ale naprawdę nie mogę. Czas oczekiwania umilił Pan odbiorcom publikując w tym roku Gambit, opowieść skrywającą pod płaszczem szachowego manewru arcyciekawe losy pokolenia, które przemija. Czy mógłby się Pan pokusić o sportretowanie go? Czego pokolenie ludzi takich jak ja, czyli 30+ mogłoby się od niego nauczyć? Nie wiem czy to możliwe ze względów cywilizacyjnych. Pokolenie dzisiejszych trzydziestoparolatków podlega warunkom życia, których nigdy nie zrozumieliby tamci ludzie i odwrotnie. Trudno wyobrazić sobie współczesnego młodego człowieka, który znalazłby się w okupowanej Warszawie i pewnie najpierw zauważyłby brak wi-fi. Jakby się zachował bez systemu wygód, uproszczeń, wyręczeń, wzorów i ułatwień, które go definiują? Wiemy? Nie wiemy. Równie trudno byłoby przenieść w nasze realia jego rówieśnika z tamtych czasów. To nie dwa inne światy, to dwa inne kosmosy. Poza nimi istnieją wartości ponadczasowe: przyzwoitość, uczciwość, patriotyzm, honor. I nie marnowanie żadnej okazji aby uczynić coś dobrego. To są poręcze, których trzeba się trzymać w każdych czasach. Pańskie książki można przyswoić sobie także w formie audio dzięki uprzejmości Panów: Marcina Perchucia i Mariusza Bonaszewskiego. Zapytam więc nieco przewrotnie: czy słuchanie to także czytanie, i czy Pańskim zdaniem podyktowane jest ono pędem życia i wygodą człowieka, który dzięki temu nie musi podejmować się trudu samodzielnej lektury? Audiobooki są suplementami czasu. Idealnymi wtedy, gdy nie możemy czytać, chociażby w czasie kilkugodzinnego prowadzenia samochodu. Poza tym to interpretacja tekstu w wykonaniu świetnych aktorów to też komplement dla pisarza. Nie zapomnę jak się cieszyłem, gdy pan Marcin Perchuć w prywatnych wiadomościach uznał „czwórki” i Miejsce i imię za książki, które dobrze się czyta. To w jego ocenie to komplement i certyfikat. Jak postrzega Pan kondycję współczesnej literatury? Czy autorzy tworzą w pogoni za trendami i pieniądzem,

32

czy przyświeca im poczucie głębszej wartości słowa pisanego? Zacząłem działalność pisarską prawie trzy lata temu z naiwnym przekonaniem, że to przemiłe środowisko ujmujących ludzi, którzy tworzą literaturę, wydają ją i rozmawiają o niej uśmiechając się do siebie. No cóż… Pogląd szybko uległ weryfikacji. Często mówi się, że w Polsce więcej osób pisze niż czyta, a to psuje wydawców. Z drugiej strony trzeba ich zrozumieć. Ich działalność to biznes. Promują to co się sprzedaje i takie są twarde prawa rynku. Nie da się prowadzić działalności gospodarczej dla przyjemności, a zwłaszcza cudzej przyjemności. Tworzy Pan powieści oparte na prawdziwych wydarzeniach, ale czy byłby Pan w stanie odnaleźć się również w innym gatunku – jeśli tak, to w jakim, a jeśli nie, to dlaczego? Chyba jestem za stary na eksperymenty. Poza tym warto robić swoje, coś, do czego przyzwyczaja się Czytelnika. Po co namawiać ludzi, żeby poszli na pizzę do chińskiej restauracji? Dla oryginalności i zwrócenia na siebie uwagi? Nie, nie sądzę abym zmienił gatunek. To sięganie lewą ręką do prawej kieszeni. Otrzymując propozycję napisania książki na cztery ręce przyjąłby ją Pan? Jeśli tak, to z kim najchętniej podjąłby się tego wyzwania? Istnieje kilka polskich nazwisk, które niezwykle cenię, odnosząc się do ich warsztatu z olbrzymią pokorą i podziwem. Oczywiście fajnie byłoby się znaleźć w ich pobliżu na okładce, choć byłoby to świecenie światłem odbitym. O wiele większą trudność sprawiłoby pisanie w duecie. Bo niby jak? Ty pierwszy rozdział, ja drugi? Albo poprawianie w nieskończoność zdań tej drugiej osoby, które mi nie leżą, bo nie są w moim stylu? Brrr… Strach pomyśleć. Z euforyczną radością przeżyłbym burzę mózgów ze znakomitą autorką lub autorem, zabawę w konstruowanie planu, scen, bohaterów, pomysłów. O, to tak. Ale pisanie na cztery ręce chyba nie. Czy poza literaturą ma Pan jakieś pasje, którym z przyjemnością się oddaje, kiedy nie czyta i nie pisze? Tak. Spanie. POST SCRIPTUM, czyli w ostatnim słowie do Czytelników magazynu chciałbym powiedzieć jeszcze… W audycjach radiowych można pozdrawiać. Jeśli u Was też to pozdrawiam – o ile jest to jakaś nagroda za przeczytanie tej rozmowy. Bardzo za nią dziękuję jak również za poświęcony czas. Z Maciejem Siembiedą rozmawiała Iwona Niezgoda – inicjatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera prowadząca bloga Góralka Czyta


POLECANE

MARCIN KURCBUCH

K

ochani, dziś w kąciku poetyckim błyszczy Marcin Kurcbuch. Poznałam go w 2018 roku, na spotkaniu poetyckim w Krakowie – była to promocja antologii, w której miał swój udział. Podczas wieczorku wysłuchałam wierszy lepszych i słabszych, ale to właśnie poezja Marcina wyprostowała mi plecy, poruszyła i zaostrzyła zmysły. Było to niewątpliwie coś innego, coś dobrego. Pogratulowałam mu po spotkaniu, mówiąc, że był gwiazdą wieczoru i zakupiłam jego ostatni tomik „Nasilenie wiosenne”. Uważam, że były to dobrze wydane pieniądze.

M

arcin Kurcbuch, pomimo młodego wieku ma już własny język poetycki, świetne wyczucie słowa, którym sprawnie operuje, potrafi się nim bawić i doskonale zna jego potęgę. Ślizga się, zahacza, przeskakuje, płynie, po to, by robić nieoczywiste zwroty. Jego wiersze dotykają różnorodnej problematyki, a cechują je między innymi: lekkość, dojrzałość i empatia. Lubi przyłożyć, nie boi się kontrowersji, ale - choć często bywa soczyście, a nawet siarczyście, to nigdy nie jest niesmacznie.

T

wórca w swoich wierszach zaciska i puszcza, żongluje, goni króliczka, po to, by go za chwilę wypuścić do lasu. I o to chodzi. Właśnie tego szukam w poezji i tego oczekuję od poetów, a i od szeroko rozumianych artystów. Niby obecnie w poezji nie ma mód, nie obowiązują żadne ramy czy trendy, ale (niestety) i tak przytłaczająca większość pisze tak samo, albo przynajmniej bardzo podobnie – ogólny brak zadziwienia, niedosyt wstrząsów. Rzadko zdarza się sytuacja nagłego olśnienia, oniemienia czy zaskoczenia. A tu, taka sytuacja, (moim zdaniem), właśnie ma miejsce. Polecam poezję Marcina, bo choć młody, to pisze dojrzale, przemyślanie i z polotem. I niewątpliwie wciąż się rozwija, więc jest potencjał i jest na co czekać. Czekam na więcej.

Renata Cygan

Marcin Kurcbuch - poeta, z wykształcenia filolog polski, urodzony w Łodzi 3.12.1990 roku. Napisał i wydał cztery tomiki: Oczyszczenia, Przyglądam się, Operację niebo oraz Nasilenie wiosenne. Miłośnik psychologii i jej praktycznych zastosowań w życiu. Prowadzi swój profil na Instagramie, ponadto będąc pasjonatem fotografii. kiedy się uśmiechasz kiedy się uśmiechasz słońce zaokrągla się we mnie kiedy się uśmiecham drzewo w tobie szybciej kwitnie podziel się uśmiechem obdziel miasto wieś przystanek biuro niech autobus też nie jeździ głodny

34


operacja niebo zerwij dach niech zapachnie górą to jedyna nadzieja dla stłoczonych zmysłów dla problemów bez rozwiązań zerwij ze mnie dach chmury mogą być strychem a komety dachówkami to dopiero początek kosmosu wielkiej budowli którą zamierzam wznieść przebiję atmosferę stratuję stratosferę czubkiem marzeń wyjrzę poza słońce zerwij ze mnie dach by gwiazdy mogły swobodnie wpadać

historia nieocenzurowana Adam kusił Ewę przecież wiadomo penisem dojrzewającymi w słońcu jądrami ona jabłkami którym nie po drodze było do koszyka. owoce w ustach dopiero rozbrzmiewają melodie gdy do ucha wpadną. kusi i kołysze się ich raj kołysze się Adam na łonie Ewy kołysze się Ewa na piersi Adama kołysze się ich raj ziemia też nerwowo się kołysze. obce mandarynki z czasem zawitają do ogrodu inny wąż podąży oplatając sny nektarem. jest kuszenie w pewnym momencie lędźwie i strzały. z kuszy prosto w serce.

35


universe nazywam się niebo mam wszystko co trzeba to ja jestem księżyc i słońce Natalia Przybysz mam słowo tak pojemne by zmieściło wszystkie planety w oczach tyle przestrzeni by dostrzec każde uczucie i roztańczony pył gwiezdny co zostaje po człowieku mam głowę bez granic przepływa przez nią droga mleczna wszczepiłem sobie słońce i kocham nim wszystkich najbardziej ziemian. to nic że miłość spala bo za sześć miliardów lat odetchnę chłodem stanę się surowym bogiem żądnym krwi przy narodzinach gwiazdy nic nie będzie piękne ale to nie szkodzi przecież was estetów pióra miłośników filmu koneserów sztuki dawno już nie będzie

wrażliwość i chlorofeel Bo trawnik zdeptany, jak cześć lub uczucie, jak krew pozostawi chlorofil na bucie. Jeremi Przybora, Nie deptać trawników jeśli chcesz poznać tajemnicę trawnika wsłuchaj się w popołudniowy wiatr lub w poranną mrówkę. zajrzyj źdźbłem w swoim oku głębiej niech zakłuje w płucach ta modlitwa o drobinę wrażliwości i symetrię między polem a tym co dziś jeszcze nazywamy człowiekiem. niech popłynie w tobie krew zielona a poczujesz miętę do każdego. pocałujesz krzewinki biedne staruszki ledwo stojące o własnych siłach dodasz im miłości. na kolanach będziesz płakać i podlewać trawnik gdy zrozumiesz wszechświat jaki w sobie kryje. obyś się zachwycał małym skrawkiem ziemi niepozornym rajem który wyrósł tuż przed tobą. teraz powstań idź i odtąd nie depcz więcej.


alkohole alko ​hole gdy wpadasz w a po drugiej stronie wyrwa w kosmosie lub nie ma drugiej strony jest tylko wyprute tło i napruty człowiek wrześniowe. artyterroryzm czasem muszę rzucić liryczną kurwą to lepsze niż rzucanie granatem lepsze niż wrześniowe zamachy wolę zamachnąć się na jakiś wiersz urżnąć mu co trzeba i gdzie trzeba targnąć się na kilka metafor zrobić spustoszenie w krajobrazie literackim czasem mam ochotę niszczyć światy wtedy sięgam po środki ostateczne ostatecznie stylistyczne stylistycznie ostateczne głowy wieżowce ludzi lista produktów zakazanych nie wiem co znowu jesz że ci opada powieka że znowu masz problemy z zasypianiem że uskarżasz się na rozdrażnienie że świeże powietrze powoduje u ciebie duszności że krwawisz w te dni bez umiaru że masz raka piersi za mało magnezu w organizmie za mało suplementów śmierci na półce wciąż musisz wzmacniać się pamiętaj o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć jakie świństwo kupujesz w tych osiedlowych sklepikach w bardziej ekskluzywnych dyskontach na zdrowym poziomie utrzymujesz niewolnictwo gdyby zbadać wszystko co sprzedają pewnie okazałoby się że tylko książki nadają się do spożycia i może prezerwatywy tak więc kształć się i zakładaj gumki bo inaczej twoje dzieci też będą zjadać na śniadanie apokalipsę

37


dlaczego. głodny wiersz dlaczego poezja karmi się głodnymi wierszami a ludzi karmią słowa bez liter. czy to taka nasza słowiańska karma by pokarmu szukać w spiżarniach opuszczonych do których nie dochodzi światło. ani mysz ich nie kąsa. od lat tak rzadko jemy na ciepło. zachowujemy się jak inteligenci mówimy jak oni i chcemy rozbić zamrożony schab z kością. siedzimy na kamieniach rozprawiamy o szczęśliwym życiu Sokratesa o zadumie Marka Aureliusza o prawie boskim u Sofoklesa. czerpiemy przyjemność z rozsypanego koszyka malin i cierpienia poetów na emigracji tego nauczamy i do takiego życia prowadzimy do życia na śmierć.

polityka to nie jest tak że nie mam własnych poglądów staram się po prostu słuchać i wyciągać wnioski w chwili gdy akurat nie trzęsie się ziemia wychodzę na ulicę korzystam z wolnego powietrza i ptaków przesuwanych na przezroczystych żyłkach do tych trzech sekund opóźnienia można się nawet przyzwyczaić do sztuczności już jednak nie rozmawiam ze sobą i odważnie wycofuję poprzednie poglądy mając pewność że między nami nie padło żadne ważne słowo nigdy nie wyjawiłem w rozmowie w co wierzę i za co nie jestem gotów oddać życia nie jestem gotów oddać czegoś za nic razi mnie śmierć milionów która nie zmienia bo nigdy nie istniała i nie będzie istnieć taka zmienna a znak równości to fantazjomat rysowany na globusie kolorowymi kredkami razi mnie oburzenie na ten dyspatriotyzm dyshonor w literaturze dysproporcje w doborze barw i brak wartości edukacyjnych bo (czyż) człowiek nie rodzi się po to by umrzeć

38


depresja. kilka uwag o męskości statystyki są przerażające

facetom trzydzieści pięć plus wiotczeje i kurczy się. wiotczeje słońce nad horyzontem kurczy się pasja do życia.

depresja męska przychodzi na czarno

suka kostucha odbiera zainteresowania jak zła opiekunka słodycze dziecku

od cukierków robią się dziury w zębach. to jest problem gdy młodemu facetowi opada

poziom zachwytu nad światem. może nigdy nie był dostatecznie dobrze ukrwiony przez poezję i inne podniety.

depresja męska to dziwka nosi małą czarną torebkę i płytę chodnikową wewnątrz. niejednego pod sobą miała

wyczołgiwali się na sterydach i w strzępach. przykre gdy taki młody gość nie dochodzi do wniosku że przed nim wiele

wyzwań wiele zwycięstw. widzi szare niebo chmury nie przywodzą na myśl żadnych kształtów. radziłbym mu jedno. weź do ręki swoje życie. spuść

z łańcucha wolność. sapiąc ze spełnieniem krzycz życie jest piękne.


NOWOŚCI WYDAWNICZE

CZĘŚĆ UROJONA Paweł Biliński

Wydawnictwo: Fundacja Duży Format Projekt okładki: Daria K Kompf Obraz na okładce: Andrzej Biliński

Paweł Biliński - laureat Połowu Poetyckiego (2016), dwukrotny finalista Konkursu Fundacji Duży Format na tomik wierszy (2017 i 2019). Laureat kilku innych ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wielokrotnie wyróżniany i nagradzany w turniejach jednego wiersza. Na przestrzeni lat jego wiersze były publikowane w sieci i drukiem w antologiach. Administrator i jeden z redaktorów - założycieli portalu poetyckiego poemax.pl. Zawodowo związany z branżą nowoczesnych technologii. Warszawiak z pochodzenia i zamiłowania, obecnie zamieszkuje w sąsiedztwie lasów i pól w podwarszawskiej gminie Piaseczno.

przemarzanie najokrutniejszy miesiąc to jednak grudzień jeśli wierzyć słowom piosenki i korzeniom drzew kurczowo wczepionym w martwe trzewia ogrodu w grudniu miłość jest prawie monochromatyczna tak mówi widok za oknem i twoje chłodne oczy gdy padają pytania o początek i koniec zwłaszcza o koniec a przecież mamy jeszcze w sobie ciepłe miejsca więc podejdź przyłóż rękę i spróbujmy uwierzyć że można zostać tak jeszcze przez chwilę zanim przysypie nas zima przykryje ziemia

40


twoje miasto lubię zwiedzać twoje miasto godzinami niespiesznie poznawać łagodne linie rozwidlonych ulic błądzić po gładkich placach wzgórzach i wilgotnych zaułkach w twoim mieście mam ulubione miejsca dobrze mi znane dzielnice których długie sine arterie w godzinach wieczornego szczytu tętnią od słów i płytkich oddechów o tej porze twoje miasto jest pełne drżenia i krzyku głęboko w ciemnych korytarzach szybka jazda pociągami metra trwa aż do świtu przebudzenia rozprysku światła na końcu tunelu credo wierzę w błogość oka wciąż mogącego w twoim ciele widzieć ślady nieba i ziemi rzeczy niewidzialne czynić widzialnymi wiedząc że co już było może zdarzyć się znów bo ty byłaś pierwsza i ty będziesz ostatnia dla ciebie są przedświty i wycieki światła w nasze noce zdyszane pozbawione snów jak światłość ze światłości wyłaniaj się z mroku zamieszkaj w moich ustach dotykaj do boku odbieraj uwielbienie mów mi przez proroków dziel ze mną chwile które pozostały spróbujmy ocalić resztki naszej wiary w ciała dopieszczenie śniętych obcowanie grzechów powtórzenie żywot wieczny zamęt

zgrzeszyłem wiem, zgrzeszyłem treścią strofą przecinkiem i rymowaniem moja wina, ale niestety nie żałuję ciekawe, jak wygląda piekło poetów

41


Juliusz Wątroba Juliusz Wątroba ur. w 1954 w Rudzicy, na Śląsku Cieszyńskim. Ukończył Politechnikę Łódzką. Poeta, prozaik, satyryk, kabareciarz… Debiut liryczny w RADARZE (1977), satyryczny w SZPILKACH (1977), książkowy w WYDAWNICTWIE ŚLĄSK (Chwila przemienienia – Katowice 1983.) Opublikował 48 książek (wiersze lityczne i satyryczne, fraszki, felietony, opowiadania, reportaże, aforyzmy). Autor musicali, spektakli, programów kabaretowych, tekstów pieśni i piosenek, felietonów… Setki jego wierszy ukazało się w pismach literackich, kulturalnych, satyrycznych i w edycjach zbiorowych. Laureat około stu konkursów literackich. W latach 1989 – 2004 współpracował z Polskim Radiem, gdzie jego utwory interpretowali najwybitniejsi autorzy. Członek kabaretu TON, założyciel i autor kabaretu FANaberie… Za twórczość literacką otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m. in. medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2016). Członek ZLP, ZAiKS-u, SAP-u. Wydawca: Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej. Okładki i ilustracje: Marek Mosor Widget. Dręczące pytanie Jeśli wszyscy są od Boga, skąd dokoła tylu pogan? Dieta cud O, ty mój biedny świecie, bądź na bezkrwawej diecie. Zagubiony W pięknych kobietach zatracam się stale, a potem nie wiem jak mam się odnaleźć. Grzeszne szczęście Z propozycji niemoralnych mamy przyrost naturalny. Wymarzony prezent Święty Mikołaj to będzie świętym, gdy spłacić zdoła me alimenty. Niewierny opad Grad zdrad. Marzenie nabożnej Bożeny W niebo ruszę z wikariuszem, bo z proboszczem tylko poszczę. Balonik Śmiał się do rozpuku póki się nie ukłuł.

44

Beztalencie Że był marnym aktorzyną w polityce grywał jeno. Nieprzemakalny Po impregnacjach prawdoodpornych kandydat do wyborów zdolny. Władza idealna Czy doczekam takiej władzy, co się sama w areszt wsadzi??? Ambitny plan Przeciwników zaorać po wygranych wyborach. Populista Kiedy w tłumie szczekać umie. Na szczęście Żadna dyktatura nie powstrzyma pióra. To jasne Świetlanej przyszłości mrokiem nie wymościsz W samą porę Pan Bóg będzie sponsorem, gdy się w niebo wybiorę…


BŁĄD W SZTUCE Mariusz S. Kusion

Drugi plan zbudowano już zegarek z meteorytu chronologia koroduje w bezimienne dni po niewidzialnym deszczu trzeba zdrapywać kałuże po samą motywację ostre krople drążą konstrukcję nośną życiodajna wilgoć pochłania elektronikę aż fabuła się rozpuści zgęstnieją materie baterie trzeba ładować – tak mawiają ci co traktują siebie dość przedmiotowo

wyd. FONT, Poznań 2019,

red. Łucja Dudzińska, ilustracje Renata Cygan

Mariusz S. Kusion – publicysta, poeta, animator kultury, działacz organizacji pozarządowych. Jego wiersze były publikowane w pismach literackich, antologiach, wydawnictwach pokonkursowych, na poetyckich pocztówkach oraz prezentowane na wystawach w wielu polskich miastach. Były także tłumaczone na język angielski i włoski oraz prezentowane na wystawach. Zainteresowany fenomenem syntezy sztuk, w swojej poezji inspiruje się mocno muzyką i malarstwem. Swoje wiersze o tańcu określa jako choreopoezja. Pisze teksty piosenek, a dla higieny psychicznej również artykuły naukowe. Nagradzany w konkursach poetyckich, prozatorskich i recenzenckich, także o zasięgu międzynarodowym. Zainteresowania dzieli między literaturę, fotografię, międzynarodowe stosunki polityczne oraz poznawanie ludzi i (zwłaszcza współczesnej) historii.

Moje dwumiasto urodziłem się w mieście przechodnim nawet Chopin wyjechał tędy za granicę Zegadłowicz urodził się tutaj w drodze gdy rodzice wracali po sekretnym ślubie zawsze była tu rzeka i jakaś granica nawet pierwsza linia kolejowa w Polsce gdy Polski nie było na mapie może dlatego emigruję z siebie Niezbędnik bankowe love story skończyło się nagle wraz z drobną czcionką w kolejnym aneksie kupiłem instrukcję montażu rzeczywistości jak mebli z Ikei (aby żyło się lepiej) łatwiej je sprowadzić niż cud gospodarczy do państwa nadopiekuńczego gdzie złote żyły prowadzą donikąd orientalne bogactwa wylewają się z serialu w najlepszym czasie antenowym można spotkać siebie prawie na żywo dzięki tanim lotom do światów równoległych umysł powoli przeżuwa i przeżywa od nowa każde słowa które nie padły choć powinny podczas publicznej debaty o nowelizacji w prawie pracy dla zbędnych inteligentów

43


RECENZJA

Danse poeticus

Recenzja tomu poetyckiego Mariusza S. Kusiona pt. Błąd w sztuce.

Agnieszka Sroczyńska

M

ariusz S. Kusion w swoim drugim tomie Błąd w sztuce wkręca nas w niezłe tango epoki antropocenu. A zaczyna… mocnym obuchem w głowę (szczególnie w głowę pisarza), przywołując słowa osoby prowadzącej spotkanie autorskie: “Jesteśmy dinozaurami”. Czyli w najbardziej pozytywnej interpretacji – pisarze (w tym poeci) są gatunkiem wymierającym. Następnie stawia gorzką tezę, że: „sztuka/ dawno temu przedawkowała nadzieję” i pozostał nam pop show 24 h na dobę, co gorsza z aktywnym naszym udziałem. Rządzą nim prawa rynku. Przykazanie pierwsze na drodze do odniesienia sukcesu (również literackiego) brzmi – „sprzedaj siebie”. „nie od dziś znamy podstawy przedsiębiorczości/ personalny coach wiedzie online przez barykady/ prorok lajfstajlu radzi na blogu – nie pracuj długo/ tylko wydajnie łap balans lans hajs hejt fejm show” (XYZ). Poeta, zanurzony po uszy (po przepisy) w tym świecie „sprzedaj-kup”, wyciąga ironię jak ostatnią broń w walce o treści. Wylewa się ona z tych wierszy obficie i pozostawia posmak goryczy. „Kwaśniejemy”, czytając znajome treści: „demony piszą pamiętniki w wysokich nakładach” (kwaśnEgo); „rapperzy mamroczą przez diamentowe zęby/ na temat zasiłku i ojczyzny w szarej strefie” (Korespondencje); „tańczymy/ społecznościowo w tańcach indywidualnych” (XYZ). Poeta zaprzęga do wyrażenia swoich – niemainstreamowych myśli – rymy. Ale nie stosuje ich regularnie, tylko podrzuca je to tu, to tam, oddając nimi klimat top-życia „szybko, łatwo i przyjemnie”. Styl narracji – ironiczno-rymowany – jest dla mnie najbardziej wyrazistą cechą tego tomu. Tyle, że nie chce mi się ani śmiać, ani tańczyć z autorem, bo ten taniec coraz bardziej kojarzy się z danse macabre. Szczególnie po takich 44

frazach jak te: „umrzemy jak tarocista po festynie disco/ zanim stworzymy dzieło na umowę zlecenie” (XYZ); „nie zabijam czasu, zrobił to sam” (Skrót myślowy). Za to chętnie usiadłabym z poetą gdzieś w ciszy, z dala od medialno-miejskich szumów (czasem bombardowań), które opisuje, i porozmawiała z nim. I chyba właśnie tego ode mnie, jako czytelniczki, oczekuje. Zaprasza bardziej do dialogu niż do tańca (indywidualnego czy zbiorowego), kiedy stawia czytelnikowi pytania: „za co przehandlujesz ostatnią niedzielę/ z którą twarzą umówisz się na dziewiątą” (Stopklatka). W innym miejscu pyta bardziej ogólnie: „czy ktoś jeszcze (p)oszukuje treści”? (Nadrealizm). Czasem zwraca się wprost z gotową radą: „przytul kicz poluzuj wąskie horyzonty/ zawsze dostajemy coś kosztem czegoś” (Nadrealizm). Punktem zwrotnym w tym „tańcu szaleńców” staje się dla poety ona – „skomplikowana i bliska jak Bliski Wschód” (XYZ). Wiersze poświęcone kobiecie są jedynymi, w których poeta pozwala sobie na trochę subtelnego liryzmu, ale nie rezygnuje do końca z poprzedniego, lekkiego tonu: „bądź moim natchnieniem/ spisem treści dobrych wieści/ zachętą obłędną puentą czasem/ dokonanym nad ranem cichym/ przekonaniem ramię w ramię” (XYZ). Wiersz kończy się piękną puentą: „pokaż mi/ swój labirynt”. Poeta przypomina nam, że w świecie wszechobecnych kamer, podsłuchów, satelit, które znajdą nas wszędzie, istnieją jeszcze miejsca dla nich niewidoczne – głęboko w nas. Tylko miłość, bliskość otwiera do nich drzwi. „piszę w tobie nowe narracje/ znaczenia umykają z dreszczem/ po krzywiznach i liniach papilarnych” (Przeciwległe kontury).


WIERSZE NADESŁANE PRZECIEŻ JESTEM przyfrunęłaś w moje życie i zmieniłaś świat mój cały gdy zbudziłem się o świcie twoje oczy spoglądały przyfrunęłaś lotem ptaka rozjaśniona gwiezdnym pyłem tak spokojna ufna taka przecież jestem przecież byłem gwiezdny pył wciąż jeszcze świeci światłem srebrnym i wesołym wokół rozbawione dzieci wokół ptaki wokół pszczoły i ten spokój w sercu w duszy wyrażany każdym gestem nic ufności tej nie skruszy przecież jestem przecież jestem nie obawiaj się jesieni że coś zniszczy że coś zmieni nie obawiaj się agonii zaciśniętych mocno dłoni wspólne modły odczynimy przed starością i obłędem nie obawiaj się złej zimy przecież jestem przecież będę --Tadeusz Knyziak “Coobus” (CHWILE)

GDY PADA Za oknem ziąb a komórka prawie parzy rozmawiamy tylko o deszczu że pada i mokro a wiatr chłodny nas w słowach nie ma i nagle mówisz „ubierz się ciepło” i czuję jak rośnie odporność na wszystkie odległości świata

Wanda „Dusia” Stańczak, z tomiku „Biała koszula”

45


*** wiesz jak się całuje i ja wiem chyba to robiłam w życiu najlepiej choć wydawało mi się że więcej piszę tony papieru ze szlaczkami liter coraz bardziej dalekich rozbiegających się jak mrówki z rozgrzebanego mrowiska ktoś włożył do niego kij żeby przepłoszyć słowa a może to ja lepsze są żywe pocałunki usta i tak się kiedyś zamkną nie tylko nie wpuszczą ciebie ale ani jednego słowa które przywoływałam żeby opisać miłość bo przecież o nią chodzi kiedy siedzę naprzeciw i czekam aż ktoś zdmuchnie kartkę i zniknie cały świat oprócz nas przecież po coś z tych pocałunków zeszliśmy na ziemię Barbara Gruszka-Zych

TYMCZASEM Nie znając innych alternatyw Nie wierząc w lepsze możliwości Żyjemy w biegu i na raty Nie rozumiejąc za czym pościg Dni popręgami wiążą myśli Gdy gniew zbyt częstym bywa gościem Bo trzeba wygrać każdy wyścig Podobno żyć jest wtedy prościej Lecz w karuzeli ważkich zdarzeń Jak mucha w sieci gubiąc wątki Zmieniamy prostą na wiraże Myśląc – za późno na początki.. Tymczasem w prawie grawitacji I eugenicznej woli wielkich Jest zaprzeczenie wyższej racji I wciąż zapada błędny werdykt Czas jest wartością drugorzędną Jakbyśmy mieli go w nadmiarze A przecież nie jest wszystko jedno Z jaką nadzieją lgniesz do marzeń Danuta Zasada „D@Nuta” (Szwecja)

46


FESTIWAL

POEZJI SŁOWIAŃSKIEJ

CZECHOWICE-DZIEDZICE 2019 Renata Cygan

W

rzesień i październik były bogate w wydarzenia poetyckie. Wśród nich - trzy wyjątkowe festiwale poezji, w których miałam przyjemność uczestniczyć. Pierwszy, to festiwal w Londynie, pod nazwą „Słowiańska Brosza”, organizowany już od 7 lat, przez Grupę Artystyczną KaMPe, którą założył i kieruje Aleksy Wróbel. Drugi, wyjątkowy i niezwykle egzotyczny, międzynarodowy festiwal poezji odbył się w Indiach. Teraz tylko króciutka wzmianka, bo tak wyjątkowe wydarzenie zasługuje na oddzielną, rzetelną relację, która ukaże się w następnym numerze Post Scriptum. A dziś parę słów, na świeżo, z głową pełną wrażeń, o Festiwalu Poezji Słowiańskiej w Czechowicach-Dziedzicach. Była to już piąta edycja. Aura nam sprzyjała, w pięknych okolicznościach kolorowej, jesiennej przyrody mogliśmy poczuć się jeszcze bardziej poetycko i melancholijnie. Festiwale poezji słowiańskiej na Podbeskidziu zawdzięczamy Ryszardowi Grajkowi - poecie, prezesowi SAP-u (oddz. Bielsko-Biała), wspaniałemu koledze, znakomitemu organizatorowi. Dał tego dowód po raz kolejny w tym roku. Program był bogaty, zjechali zacni goście z kraju i zagranicy. Zaszczycił nas swoją obecnością znany krakowski poeta Józef Baran, którego zachwyciła niezwykle rodzinna atmosfera festiwalu, a nas zachwyciła jego obecność. Z Bułgarii przyleciał Ganu Ganev (poeta, artysta, właściciel bajkowej galerii w Belozem, niedaleko Płowdiwu) i Teresa Moszczyńska-Laza-

rowa (tłumaczka). Z Ukrainy dojechali Mykoła Martyniuk – poeta, prozaik, dziennikarz, krytyk literacki oraz profesor Dmytro Chystiak, który czarował śpiewną interpretacją swoich wierszy. Mnie przypominało to mantrowe recytacje Josifa Brodskiego (którego nota bene uwielbiam). Z Anglii dofrunęli Błażej Szuman i Dorota Gorczynska-Bacik – poetka, aktorka, malarka i animatorka kultury polskiej w UK, z Włoch – Joanna Kalinowska, a z Polski cała plejada pięknych, utalentowanych, cudownych poetów i poetek, nie sposób ich wszystkich tutaj wymienić. Festiwal trwał trzy dni. Było intensywnie, było gęsto od interesujących spotkań, było ciekawie. W trzech szkołach w Czechowicach-Dziedzicach i w Bielsku-Białej uczniowie reagowali na poezję zaskakująco pozytywnie. Dla takich chwil warto pisać i pokazuje, że poeci i poezja wciąż podejmują dialog ze światem. Młodzież (zachęcona przez nas w poprzednich latach) nabrała odwagi do pisania wierszy, ujarzmiania własnych emocji, do wyjścia z ukrycia, do pokonania własnych barier. To niezwykłe uczucie, gdy można się przekonać, że to nasze poezjowanie służy także innym, szczytnym celom. I tutaj pojawia się refleksja: nawet dla jednej osoby warto pisać. Zwieńczeniem festiwalu, przysłowiową wisienką na torcie, była możliwość zaprezentowania

47


własnej twórczości w legendarnej i magicznej Piwnicy pod Baranami. Trudno słowami opisać wyjątkowość tego miejsca. Wciąż czuje się ducha wspaniałych piwnicznych artystów, z Piotrem Skrzyneckim na czele. Mówi się, że poeta poecie wilkiem, że jest to środowisko hermetyczne, napuszone i nadmuchane, że dwóch poetów nie może iść tą samą stroną ulicy. Wisława Szymborska w odczycie noblowskim napisała: „Dzisiejszy poeta jest sceptyczny i podejrzliwy nawet, a może przede wszystkim, wobec samego siebie”. My na tych spotkaniach udowadniamy, że wcale tak nie musi być. Że poeci mogą się ze sobą przyjaźnić, a nawet pracować przy wspólnych projektach, że nie są chmurni i nadęci, umieją się śmiać i czerpać radość z bycia razem. I tego właśnie, na koniec, życzę wszystkim środowiskom literackim.

48


16


H

imalaje... najwyższe dosłownie i w przenośni wyzwanie dla wielu ludzi. Szczyty marzeń, szczyty wzruszeń, szczyty zuchwałości. Dla tych, którym się udało je zdobyć - również szczyty szczęścia i satysfakcji. Moja fascynacja górami zaczęła się, podobnie jak większość innych, we wczesnym dzieciństwie, gdy tylko posiadłam umiejętność czytania. Wychowywał mnie Tata, który był dla mnie największym autorytetem i guru w wielu dziedzinach, z artystyczną oczywiście na czele, jako że sam był artystą. On kształtował moją wrażliwość na piękno i naturę, ale także uczył pokory wobec losu i umiejętności psychicznego radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Z domu wyniosłam przekonanie, że niezależnie od sytuacji dam sobie radę. Zapewne wielką zasługą Taty w rozpalaniu mojej wyobraźni było podsuwanie mi odpowiednich książek, nie tylko artystycznych, ale i przyrodniczych czy historycznych. W domu sporo było też książek podarowanych przez zaprzyjaźnionych autorów - żeglarzy, podróżników, alpinistów. Były wśród nich takie pozycje jak Ludzie przed ścianą, Śniegi pokutujące i Każdemu według marzeń Andrzeja Wilczkowskiego - inżyniera mechanika, wykładowcy PŁ, wynalazcy, taternika i alpinisty (między innymi kierownika wypraw w góry Etiopii i w Hindukusz) i współtwórcy Studenckiego Teatru Satyry Pstrąg, z którym związani byli też moi rodzice. Pamiętam rozmowy o wyprawach Wilczkowskiego oraz innych znajomych z Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Dodam, że rodzice sami też byli ludźmi o sportowym zacięciu, co siłą rzeczy przechodzi z pokolenia na pokolenie. Suma opowieści, przeczytanych książek i obejrzanych filmów, w tym reportaży Jerzego Surdela i Szymona Wdowiaka dała fajny konglomerat zainteresowań. Był nawet taki moment, że pod wpływem tych reportaży zapragnęłam zostać operatorem wypraw - dość irracjonalne wówczas marzenie. Tata, który sam zaczynał karierę jako operator, dość szybko mnie od tego pomysłu odwiódł. W tamtych czasach byłaby to długa i całkiem niepewna droga do celu, szczególnie trudna dla kobiety. Poddałam się. Dla człowieka z nizin kontakt z górami jest zwykle sporadyczny, więc nie było żadnej naturalnej pokusy, by po nich chodzić, ani się wskrabywać. Jeśli jeździliśmy w góry, to raczej zimą na narty. Jednak kiedyś zdarzyło się, że Tata wysłał mnie na zimowisko w rejon Jury Krakowsko - Częstochowskiej. Tam „poczułam zew”. Dziecięca wyobraźnia, jak wiadomo, podpowiada czasami głupie pomysły.

Pewnego razu wraz z trzema koleżankami oddaliłyśmy się niepostrzeżenie od grupy chcąc spenetrować grotę w ścianie skalnej. Powiązałyśmy ze sobą cztery robione na drutach szaliki (modne były wtedy takie dłuuuuugie), i użyłyśmy takiego zestawu jako liny zabezpieczającej. Cud, że nikomu nic się nie stało. Ja na dodatek chwilę później obsunęłam się na małym piargu i rozpędziłam się na tyle niebezpiecznie, że oczami wyobraźni ujrzałam swój marny koniec w kamiennej szczelinie. I tym razem szaliki się przydały. To zdarzenie było dla mnie tak emocjonujące, że utkwiło w pamięci na długo jako ostrzeżenie. Przez wiele lat góry oglądałam przez cudzy obiektyw, albo z tras narciarskich. Na chodzenie po górach właściwie nie było czasu, bo latem zwykle się żeglowało. Naczytałam, się, naoglądałam, ale nie miałam wystarczającej determinacji, by góry zdobywać. W końcu przyszedł czas i na nie, jednak w wysokich górach raczej już wspinać się nie będę. Nie mam takiego imperatywu i odstrasza mnie konieczność bardzo dobrego przygotowania, a także wiele niedogodności, choćby zimno. Natomiast niższe partie są na pewno nadal w zasięgu możliwości i chęci. Właśnie wróciliśmy z mężem z Dolomitów, gdzie jest sporo górskich tras o różnym stopniu trudności. Mamy też następne plany. Prawdopodobnie Ladakh.

Wracając do Himalajów... Rokrocznie kilkaset osób próbuje swoich sił w najwyższych górach świata. Dotychczas na 14 najwyższych szczytów (10 z nich znajduje się w Himalajach), wdrapało się w przybliżeniu 25 tys. osób, z czego tylko na Mount Everest - 5 tys. Od pierwszego udanego wejścia w 1953 roku góra ta pochłonęła jednak około 300 ofiar. Góra gór przyciąga coraz więcej śmiałków, a w tej grupie jest niestety sporo osób, które nie znają tak naprawdę granicy swoich możliwości. Inne szczyty również są celem wspinaczy i także ich zdobywanie dla wielu skończyło się tragicznie. Trudno ocenić, gdzie jest granica rozsądku, jeśli agencja zapewnia, że oferuje wszystko, co będzie potrzebne, aby zdobyć szczyt - tragarzy, jedzenie, tlen, pomoc medyczną itd. Oczywiście nawet najlepszym zdarzają się tragiczne wypadki, ale ich liczba szybko rośnie wśród osób słabo przygotowanych. Co odważniejsi wstają zza biurka i po uiszczeniu stosownej kwoty ustawiają się w kolejce do wejścia. Takich to praktycznie wnoszą na szczyt (jeśli jakimś cudem organizm wytrzyma), ale się nazywa, że był. Góry są bezlitosne, należy im się najwyższy respekt. Ciężko jest wyobrazić sobie wspinaczkę w tak trudnych

47


warunkach siedząc w ciepłym domu. Żaden film, ani tym bardziej zdjęcia nie oddadzą do końca potęgi gór, ani warunków tam panujących. Tego trzeba doświadczyć osobiście. Jeśli jest to pasja rozwijana latami, to zapewne przechodzi się przez kolejne stopnie wtajemniczenia i jest się przygotowanym do zmierzenia się z najwyższymi górami, ale jeśli nie... to najlepszą metodą zbliżenia się do nich jest wybór wariantu „szczebel niżej”, czyli trekkingu.

Najbardziej popularną trasą jest przejście do bazy pod Everestem. Obecnie pokonują ją już tłumy turystów, choć biorąc pod uwagę specyfikę himalajskiego klimatu (najlepszymi porami trekkingowymi są miesiące kwiecień i październik), to i tak jest to ułamek procenta ludzkości. Jest to trasa stosunkowo prosta, nie wymagająca niczego więcej poza dobrą kondycją fizyczną, a jedyną prawdziwą przeszkodą zdrowotną staje się tu wysokość. Choroba z nią związana zwykle objawia się powyżej


3,5 tys. metrów, ale niektórym może dokuczać nawet już powyżej 2 tys., co w praktyce oznacza, że od początku, albowiem lotnisko w Lukli znajduje się na wys. 2 860m. Należy tu dodać, że samo lotnisko już w pewnym stopniu weryfikuje odwagę delikwenta, jako że jest ono na I miejscu w rankingu najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata z powodu usytuowania pomiędzy górami i, co jest z tym także związane, krótkiego pasa startowego (zaledwie 400 m, nachylonego pod kątem 12 stopni). Jest w tym trochę przesady moim zdaniem, bo przy złych warunkach pogodowych samoloty po prostu nie latają. Cóż wtedy? Są trzy opcje. Jedna to przeczekać, ale nikt nie zagwarantuje, że się załapiesz na jakiś lot, bo wszystkie są zwykle w całości wykupione, a ty trafiasz na koniec kolejki. Druga -helikopterem, które choć próg pogodowy mają nieco wyższy, to i cenę zdecydowanie też, a trzecia - pokonać trasę lądem, co zajmuje ok. 4 dni - częściowo jeepami, ale spory fragment jednak pieszo. Jeśli już dotarliśmy do naszego punktu wyjścia, czyli początku kilku tras trekkingowych możemy pozbierać ostatnie praktyczne rady od powracających i chętnie dzielących się wrażeniami turystów. Naładowani dobrymi emocjami wyruszamy na trasę i już po 2 dniach stajemy oko w oko z jedną z najpiękniejszych gór świata - Ama Dablam, co w tłumaczeniu z sanskrytu oznacza klejnotnaszyjnik matki, w domyśle matki gór. Od tego momentu

idziemy wśród ośnieżonych gór, których urok i potęga... no właśnie... chciałoby się powiedzieć, że zapierają dech, ale za to jest odpowiedzialne coraz bardziej wraz z wysokością rozrzedzone powietrze. Trasa do Base Camp w obie strony zajmuje średnio 14 dni, w tym 2 dni aklimatyzacyjne. Jeśli nie chcemy wracać tą samą drogą, możemy zrobić pętlę wokół doliny Solo Khumbu wybierając na przykład trasę przez trzy przełęcze to jest Kongma La (5535m), Cho La (5420m) i Renjo La (4790m), ponoć najbardziej spektakularną na świecie, ale i dość trudną. Może nie technicznie, raczej chodzi o wytrzymałość. Kto wszedł na Zawrat - może być spokojny. Na tę trasę należy przeznaczyć trzy tygodnie, ale będą to niewątpliwie jedne z najpiękniejszych tygodni w życiu. Trasę można pokonać w obydwu kierunkach. Pamiętajmy jednak, że wejście to dopiero połowa sukcesu, bo zejście bywa równie trudne. Dodatkowo może nas zaskoczyć „własne życie” gór, a dokładniej lodowców. Chcąc przejść przez lodowiec może nas zdziwić powstanie nowego jeziorka, które uniemożliwi dalszy marsz wybraną trasą i będziemy musieli nadłożyć drogi, by je okrążyć. Zdarzyło nam się to po zejściu z przełęczy Kongma La, gdy trawersowaliśmy lodowiec Khumbu. Wioska Lobuche wydawała się już na wyciągnięcie ręki. Poszliśmy skrótem, ale w rezultacie napotkania wody i konieczności powrotu na właściwy szlak dotarliśmy

53


dużo później, niż planowaliśmy. Są też miejsca, w których trzeba szczególnie uważać, bowiem roztapiający się w ciągu dnia lód przestaje być spoiwem dla kamieni i mogą one się przesuwać lub spadać. Tak jest na przykład na przełęczy Cho La, gdzie powinno się być w miarę wcześnie z tego właśnie powodu. Mała dygresja a propos wejść i zejść: nawet jeśli mamy do

54

pokonania w ciągu dnia niewielką różnicę wysokości, to zanim dotrzemy z punktu A do B, de facto zrobimy 2-3 razy tyle, choć przewodnik powiedział, że będzie almost flat. No i oczywiście kiedy nam się wydaje, że już docieramy na upragniony szczyt wzniesienia, za chwilę pokazują się za nim następne, często jeszcze wyższe. W niższych partiach gór musimy jeszcze uwzględnić częste postoje wymuszane przez kawalkady mułów i jaków. Spotkanie z takim obładowanym zwierzęciem może być bardzo bolesne, dlatego lepiej zejść im z drogi. Zasadą jest, że puszczamy je „po zewnętrznej”, aby nie zostać strąconym. Bezwzględne pierwszeństwo należy im się także na niezliczonych wąskich wiszących mostach. Przyciśnięcie do poręczy grozi na przykład pogruchotaniem żeber. Trzeba sobie przy tym uświadomić skalę tego transportu. Wszystko, co jest potrzebne do życia w górach, poza


niewielkimi plonami, jest wnoszone przez tragarzy i zwierzęta, ewentualnie przywożone helikopterem, co jest niestety bardzo drogie. Do tego dochodzi ca-ły ekwipunek wszystkich wypraw. Ponadto paliwo i zaopatrzenie dla coraz większej ilości turystów. TONY! Te 3 tygodnie wiążą się z jeszcze jednym wyzwaniem, dla niektórych całkiem poważnym. Jest to brak toalet na trasie i kiepskie zaopatrzenie w bieżącą wodę, o ciepłej nawet nie wspominając. Wody wokół w zasadzie pod dostatkiem, jest jednak pewien szkopuł - zamarza. Bywa, że w schroniskach zwanych z angielska lodżami, nawet woda stojąca w beczkach wewnątrz pomieszczenia zamarza. Pewnego dnia rano sięgnęłam do plecaka po bidon z piciem...pragnienia jednak nie zaspokoiłam. Spojrzałam w okno, a na szybach od wewnątrz piękne mroźne witraże. Należy przy okazji docenić hart ducha mieszkających tu Sherpów, żyjących w niezwykle tru-

dnych warunkach, a mimo to miłych i uśmiechniętych. To jednak jest temat na odrębną opowieść. Zatem, wracając do higieny, często ogranicza się ona do mokrych chusteczek. No to teraz wyobraźcie sobie spanie w namiocie i siusianie przy -40°C, a często i wichurze, albo śnieżycy. Prysznic jest odległym marzeniem, a samo zaśnięcie w takich warunkach stanowi wyczyn. Naprawdę podziwiam wszystkich, którzy idą jeszcze wyżej, niezależnie od tego, czy z miłości do gór i niepohamowanego imperatywu zdobycia szczytu, czy z nieświadomości i chęci sprawdzenia się. W tym momencie mogę jedynie zaprosić do obejrzenia paru zdjęć, które mogą rozbudzić wyobraźnię, ale, jak wcześniej wspomniałam, nigdy nie oddadzą one wrażeń z osobistego kontaktu z tymi przepięknymi górami. Fotografie wykorzystane w reportażu wykonała Joanna Nordyńska

18


RENATA SŁOMKOWSKA

„Nie biorę za to kasy” - rozmowa z Renatą Słomkowską, managerką zespołów rockowych

Renata Słomkowska urodzona w latach siedemdziesiątych (w drugiej połowie) we Włocławku, gdzie też obecnie mieszka i pracuje. Na co dzień jest pedagogiem, psychologiem i logopedą. Muzyka towarzyszy jej od dzieciństwa w domu zawsze jakaś rozbrzmiewała. Jako mała dziewczynka rozpoczęła naukę gry na pianinie i dość długo w tym trwała. Potem przyszła kolej na flet, a po nim bas. Prócz muzyki zgłębia szeroko rozumiany rozwój duchowy.

57


Jak się zostaje menagerem zespołów rockowych? Hmm … zapewne trzeba być znanym z obrotności i gadulstwa (śmiech). U mnie przebiegało to trochę inaczej. W październiku 2017 roku zobaczyłam ogłoszenie, że pewien chłopak – Dawid, szuka basisty, aby stworzyć zespół. Akurat miałam „na stanie” jednego basowego, więc odezwałam się. Szybko, bo tego samego dnia, przyjechali we trzech: Dawid wokal, Przemo - gitara i Kamil perka. No i się zaczęło (śmiech). Przemaglowałąm ich w jaki sposób chcą ten zespół tworzyć, co chcą grać, skąd teksty itd. Oni chcieli tylko grać. Więc ja zajęłam się tworzeniem - od nazwy zespołu, poprzez logo, repertuar, no i oczywiście teksty. Przychodzi mi to, bo od zawsze pisałam wiersze. Tak powstał Now We. Oczywiście jestem zołzą (śmiech) i mocno zagoniłam panów do roboty. Po miesiącu zagraliśmy pierwszy koncert i to z sukcesem. Potem w ciągu następnych miesięcy dochodziło do wymiany składu, ponieważ chłopaki mieli swoje życie, które kolidowało z bardzo częstymi próbami. Skład całkowicie się zmienił. Drugi zespół powstał na prośbę znajomego. Chciał śpiewać Niemena. Jednak wśród naszych włocławskich młodych muzyków to nie te klimaty. Powstał za to Heaven Rock, zespół coverowy, gdzie gramy dobre kawałki rockowe typu Lady Punk, Wanda i Banda, Perfrct, Oddział Zamknięty, Bajm i Manaam, który równie szybko wypuściłam na rynek. W obu zespołach grają młodzi ludzie, a mają takie przyłożenie, że ludziom dech zapiera (śmiech). Po drodze miałam jeszcze kilka propozycji bycia menagerem znanych już zespołów w Polsce, ale to nie jest to, na czym chcę się skupić. Cieszy mnie pomaganie młodym, utalentowanym, którzy potrzebują tej pomocy. Niestety, jeśli nie mają osoby, która wypchnie ich w świat - większość będzie grała w garażu. 58

Czy z tego da się wyżyć? A z czego w Polsce da się godnie żyć? Nie, myślę, że nie da się. Menager bierze 20-30% z zarobku, z koncertu. Pomijając disco polo, zobacz po ile chodzą bilety znanych zespołów, takich jak Kobranocka, Sztywny Pal Azji, Proletaryat i inne - przecież to na nich wzrastaliśmy. W Polsce nie ceni się artystów. Ludzie myślą, że to bogaci, nieodpowiedzialni ludzie, a niestety realia są dość brutalne. Taki miłośnik rocka niechętnie chce zapłacić 50 zł za bilet, ale już disco polo bierze nawet i 200 zł. A ja? Nie, nie jest to dla mnie forma zarobkowa. Nie biorę za to kasy, dla mnie ważna jest satysfakcja, że ci młodzi ludzie mają szansę zaistnieć. Oni często protestują, a ja się wtedy śmieję, że jak będą gwiazdami zarabiającymi dużooo, to wtedy ich podliczę (śmiech). Moja stajnia? Jest jak rodzina. Oba zespoły przyjaźnią się ze sobą i spędzają dużo czasu. Jak już wspomniałam na początku Now We to zespół, który gra autorskiego rocka. Jak to się odbywa? Chłopaki przyjeżdżają, rozstawiają instrumenty, oczywiście u mnie w domu, i zaczynają grać. Jeden zapoda jakiś rif, drugi podłapuje potem dołączają kolejni i powstaje muzyka. A ja piszę teksty. Nieraz podkładamy tekst, który jest gotowy pod muzykę, a nieraz - jak to w przypadku barowej dziewczyny, czy grzecznych chłopców i niegrzecznych dziewczynek - słyszę muzę, rify i zapala mi się lampka. Biorę papier, ołówek i piszę na biegu, w trakcie, kiedy oni grają. Inaczej jest z Heaven Rock. Tam gramy covery rockowe. Zespół nie wymaga aż takiej inicjatywy z mojej strony, choć lubią, gdy jestem z nimi (śmiech). Na to, że mogę dobrze spełniać się w roli menagera, wpływa to, iż znam się z wieloma już obytymi muzykami i zespołami, a przy tym


mam zdolności komunikacyjne i jak to na kobietę przystało - gdzie wypchną mnie drzwiami, tam wejdę przez dziurkę od klucza. Ekscesy muzyków? Oj to temat rzeka, a jednocześnie bardzo kontrowersyjny. Mogłabym przytoczyć setki ekscesów różnych zespołów. Ale wbrew opiniom, z wiekiem wszyscy dorośleją i większość tych niegrzecznych chłopców dorasta i po koncertach grzecznie wraca do rodzin. Jak się odnajduję? Wcale. Nie bawi mnie to. Może już nie ten wiek, może wysoka świadomość...

I inna kultura. Mam duży szacunek do siebie i nie przebywam w takim towarzystwie. Jestem oczywiście tolerancyjna i jeśli ktoś ma potrzebę takiego spędzania czasu po koncertach - rozumiem, ale ja nie muszę w tym uczestniczyć. U nas to się odbywa inaczej. Od początku dbam o to, aby moi podopieczni wiedzieli, że do tworzenia i świętowania sukcesu nie potrzebne są używki w nadmiarze. Próby zawsze są bezalkoholowe - to warunek konieczny i bezdyskusyjny, zresztą oni sami wiedzą, jak się kończy koncert pod wpływem. Często ich zabieram na różne koncerty innych zespołów i tych, gdzie muzycy wychodzą na


scenę pod mniejszym lub większym wpływem. To widać i słychać. Moi muzycy są dalecy od tego i wierzę, że te lekcje zachowają na przyszłość. Inaczej sprawa się ma po koncertach. Tak, świętujemy, ale delikatnie - oczywiście ci pełnoletni. Robimy wtedy after party u mnie lub zostajemy w swoim gronie tam, gdzie gramy. Małe piwko i omawiamy koncert, co było dobre, co zawalone. Na bieżąco, pod wpływem emocji. Ha! Sprostowanie – oni piją piwko, ja wodę, bo zwykle prowadzę busa (śmiech). Moje marzenie? Hmm, zawodowe, oczywiście dotyczy zespołów. Chcę, aby byli rozpoznawalni, aby osiągnęli sukces, ale też, by przy tym nie zgubili zdrowego rozsądku. A prywatnie ...To ciężkie pytanie. Moje życie prywatne od jakiegoś czasu nie istnieje. Smutne to, ale takie są realia - 24h na dobę jestem na łączach, sprawy z zespołami, załatwianie koncertów, nagrywanie płyt itp. Kontakty z innymi ludźmi z branży, gdzie zazwyczaj to mężczyźni, jak wiesz, nie ułatwiają życia prywatnego. Tak - marzę o stabilizacji i spokojnej przystani. Dlatego też nie podejmuję się innego zespołu. Moje „dzieci” są już na etapie samodzielności i wkrótce będę mogła ich opuścić. Znaleźć swoją przystań. Hahaha! Zdradzić coś pikantnego, mówisz? Ależ nie ma takich rzeczy. Jestem zimna jak lód i twarda jak skała. A tak poważnie, nie pozwalam sobie na pikanterię. Jeśli ktoś z racji tego, że jestem kobietą nie traktuje mnie poważnie i stosuje jakieś umizgi, szybko sprowadzam go na ziemię. Widzisz, nie jestem zabawna. Ale jest anegdotka, która krąży po sieci, a którą często przytaczam. Jak ktoś pyta, co robi taki menager zespołu, to zawsze odpowiadam: załatwi koncert, zbiera kasę i ucieka z dziewczyną frontmena (śmiech).

60

Oczywiście wielu nie rozumie, bo owa anegdota tyczy się menegerów płci męskiej. Talent? Talent mają nieliczni. Wielu młodych muzyków jest zafascynowanych życiem gwiazd, które pokazują w sieci i TV. Nie znają realiów. Biorą instrument, uczą się grać, tworzą zespoły i myślą, że im też się uda. No i niektórym się udaje. Czemu? Właśnie tu chodzi o znajomości, zarówno po stronie ich samych, jak i menagera. Tak powstają zespoły jednego sezonu. Nagłe buuum, a potem cisza w eterze. Ja wolę powoli, krok po kroku a do celu długotrwałego. Jestem świadoma, że przed moimi muzykami jeszcze sporo zgrania, ćwiczenia i obycia. Jak wygląda mój dzień? To zazwyczaj praca zawodowa, a po niej jest „maneger”. Choć często się zdarzało, że musiałam załatwiać coś na biegu, maile, telefony. Ale nie jest źle, wbrew pozorom mam dużo czasu też dla siebie. Jestem dobrze zorganizowana. Moi synowie na tym nie cierpią - chyba. Sprawy muzyczne załatwiam między innymi czynnościami. Wymaga to oczywiście stałego kontaktu z telefonem lub laptopem, ale da się wszystko pogodzić, trzeba tylko chcieć. Najwięcej czasu zajmują próby i pisanie tekstów. Tu już muszę być na wyłączność. Ciężko jest też w sezonie z jakimikolwiek wyjazdami prywatnymi. Akurat ten sezon był obfity, miałam oddech raptem jeden weekend. Jednak przede mną perspektywa długiego wypoczynku. A co potem? Czas pokaże. Dziękuję za rozmowę. Z Renatą Słomkowsk rozmawiał Jarosław Prusiński.


Robiłam wiele, żeby nie zostać artystką

– wywiad z Mają Borowicz

Maja Borowicz jest malarką, grafikiem, artystką. Maluje obrazy techniką olejną wpisujące się w nurt surrealizmu, na granicy realizmu magicznego i realizmu emocjonalnego. Wszystkie dzieła powstają z połączenia wyobraźni, talentu i tradycyjnego rzemiosła malarskiego. Widzowie oprócz doskonałego kunsztu dostrzegają w jej pracach głęboki mistycyzm i emocjonalność odnosząc wrażenie, że ich dusze zostają zabrane w wędrówkę w czasie i przestrzeni, gdzie mogą przeżywać historię bohaterów ukazanych na obrazach artystki. Na swoim koncie ma wiele wystaw indywidualnych I zbiorowych w Polsce i zagranicą. Jest laureatką licznych międzynarodowych konkursów artystycznych, między innymi Art Revolution Tajpej 2014 na Tajwanie oraz Spectrum Miami 2018, USA.

62

Przyznam, że bardzo zależało mi na tym, żebyś zagościła na naszych łamach. Noszę w sobie obrazy, które staram się malować słowami. Niektóre z Twoich dzieł są tym, co jest w mojej głowie, w moim sercu. Ty te obrazy jakimś cudem odnalazłaś i wydobyłaś. Przyjmij wyrazy mojego absolutnego podziwu dla talentu i wra-żliwości, którymi obdarzyła Cię Natura. Bardzo dziękuję za zaproszenie i uznanie. Z tym, że ja wcale nie uważam, że mam jakiś szczególny talent. Bo czym tak naprawdę jest talent? Ty już kiedyś o tym pisałeś, ja uważam bardzo podobnie. To wektor, składający się z drobnych cech, jak cierpliwość, sposób myślenia, zdolności manualne, no i może ta wrażliwość, o której wspomniałeś. Ja tę wrażliwość u siebie często


porównuję do fal tsunami. Takie fale przychodzą, suną powoli przez morza i oceany, nabierają wysokości i prędkości, a docierając do lądu niszczą wszystko na swojej drodze. Nie ma takiej zapory, zbudowanej przez człowieka, która zatrzymałaby tsunami… i ja też jej nie mam. Ta wrażliwość, może być darem lub przekleństwem. Zatem tymi cechami obdarzyła mnie Natura, ale tak naprawdę to nieprzychylność środowiska sprawiła, że całość objawiła się w taki sposób. I wcale mnie nie dziwi, że to, co maluję, to obrazy, które również Ty nosisz w sobie. Ponieważ los rzucił nas w podobne kulturowo i historycznie miejsce. Nie raz obcowałam z twórczością artystów z różnych rejonów świata i doszłam do wniosku, iż twórcy z naszego kręgu kulturowego są obdarzeni wyjątkową w skali światowej wrażliwością, umiejętnością kreowania symboli, tworzenia, wymyślania, opowiadania nieprzeciętnych treści. Jedyny kłopot jaki mamy, to to, że z tymi niezwykłymi przekazami, nie wpisujemy się w ogólnie panujący nurt światowy. Wobec tego, mówię: “trudno, inaczej nie potrafię, co poradzić na to, że cały świat się myli…” Był taki człowiek, nazywał się Kopernik. Jego przykład pokazuje, że czasem cały świat się myli, a jedna osoba może mieć rację. Z tym Kopernikiem, to bym nie przesadzał. Już starożytni Grecy, a nawet wcześniejsze cywilizacje wiedziały to, co Kopernik ogłosił tysiące lat później. Epikur w listach do Herodota (w IV wieku przed naszą erą) wyraził pogląd o nieskończoności wszechświata. Dla astronoma z Torunia kończył się on na Układzie Słonecznym. Ale z pewnością Mikołaj Kopernik miał odwagę iść pod prąd głównego, obowiązującego wówczas nurtu. Dostałaś tak wiele międzynarodowych nagród, że trudno je wszystkie wymienić. Która z nich jest dla Ciebie najważniejsza? To prawda, trochę się uzbierało. Najważniejsza jest ta, dzięki której odbiorcy w ogóle mogli zapoznać się z moim malarstwem. To był Art Revolution Taipei, Tajwan, 2014 rok. Pierwszy raz, gdy pokazałam publicznie to, co maluję i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to właśnie się ludziom podoba. Do tego czasu żyłam w przekonaniu, że to, co tworzę, to nic wielkiego, że przecież każdy może sobie coś takiego wymyślić i namalować. Poza tym ten moment był specyficzny, bo wywrócił moje życie o 180 stopni. Wcześniej wiele robiłam, by nie zostać artystą, a wydarzenia i ludzie, którzy mnie otaczali utwierdzali mnie w tym, że bycie artystką to nie jest dobra droga. Bo artyści są dziwni, bo sobie nie radzą w życiu, bo najważniejsze to mieć stałą pracę i założyć rodzinę! Zmarnowałam na to piękniejszą połowę swojego życia i nic mi z tego nie wyszło. Z perspektywy

czasu mogę przyznać, że to postępowanie było wbrew Naturze. Widząc główne ulice wielomilionowego Taipei udekorowane flagami z moim obrazem, plakaty, bilbordy, osoby wzruszające się nad moimi obrazami i czekające w kolejce po autograf, musiałam przyznać, że jednak jestem artystką. Ten zwrot w moim życiu dał mi poczucie wolności. Przestałam próbować wpasowywać się w cokolwiek, zaczęłam otwarcie zadawać trudne pytania i negować rzeczy narzucane przez kogokolwiek. Ponad to na Tajwanie miałam przyjemność poznać trochę kulturę Tajwańczyków. Okazała się ona tak wysoka, że wbiła mnie w osłupienie. Wzbudziło to mój ogromny podziw. Było jak powiew świeżej bryzy znad oceanu – zrozumiałam, że moja dotychczasowa wiedza o świecie jest niczym. Od tej pory zaczęłam poznawać zupełnie inne osoby, niż przez całe moje dotychczasowe życie. Poczułam się jak słodkowodna ryba, którą właśnie wyjęto ze słonego oceanu i wpuszczono do mazurskiego jeziora. Na swojej stronie pisałaś, że Natura nie tylko obdarzyła Cię dobrymi rzeczami. Jak to zwykle z Naturą bywa, okazała się wredna. Powiesz coś o swojej chorobie? Czy Natura jest wredna? Raczej nie użyłabym tego sformułowania, to ludzie potrafią być wredni, nie Natura. Natura jest… przypadkowa, ale czysta w swoich intencjach. Natura próbuje różnych form i kombinacji, by przetrwać. Jeśli mielibyśmy rozmawiać o chorobach i moim życiu, to musielibyśmy poświęcić na to raczej całą książkę. Nie będę zatem rozwodzić się nad wszystkimi diagnozami, jakie usłyszałam i wpływem, jakie one miały na moje życie. Choć miały podstawowe i ogromne. Ale jedną z najważniejszych rzeczy, jakie dostałam od Natury, to wrodzona nietolerancja na gluten. Ponieważ jednak urodziłam się w mrocznych czasach zacofania, nikt nie potrafił tego zdiagnozować. Więc życie poznawałam od szpitali, przychodni, sanatoriów, bólu i nieustających kłopotów ze zdrowiem. Jeśli dorzucimy do tego okres socjalizmu i przemian po 89 roku, czyli niedouczonych lekarzy, którym i tak pensja się należy, szpitali i sanatoriów przypominających bardziej zakład poprawczy niż instytucje ratujące życie dzieci - mamy gotowy scenariusz na dobry dramat filmowy. Gdyby nie fakt, że to chodziło o moje życie, może nawet chętnie bym ten film obejrzała. Czasem się śmieję, że jestem kolejnym ogniwem ewolucji między człowiekiem a czymś, co jest przyszłością człowieka. Mój organizm traktuje gluten jak arszenik, jak truciznę nawet w śladowych ilościach. Mało kto wie, że aktualnie gluten (czyli cząstki mąki pszennej) jest dodawany prawie do wszystkiego jako “ulepszacz”, np.: do serów, galaretek, soków, wędlin,

63


przypraw, itp. Wobec czego zmuszona jestem odrzucać niemal wszystkie produkty, które można znaleźć na półkach w supermarketach, więc na pewno nie dam się wykończyć firmom produkującym żywność. W dzisiejszych czasach, dobie niby dostępu do wszelkich dobrodziejstw, takie restrykcyjne ograniczenia uczą pokory. Odkryłam, że jem po to by przeżyć, a nie żyję po to by jeść. Odkryłam też, że nie ma czegoś takiego, jak równość i sprawiedliwość. Odkryłam również, że jedyną słuszną i najlepszą drogą jest branie odpowiedzialności za siebie i swoje czyny. Moje potrzeby są tak niecodzienne i indywidualne, że nie ma takiego programu socjalnego, którym ktokolwiek byłby w stanie mnie przekupić. Z tego jestem dumna. Wiem też, że to ludzie (a nie Natura) i systemy przez nich stworzone zafundowali mi ogrom przykrych doświadczeń oraz napiętnowali mnie dziwnymi etykietami, które ciężko zliczyć. Większość życia spędziłam na terapiach, ucząc się patrzeć na świat oczami otaczających mnie ludzi. Tę lekcję też odrobiłam, niejednokrotnie zyskując zachwyt nad moją osobą (osobowiścią), jakobym była najnormalniejszą osobą na świecie, z którą chce się przebywać i przyjaźnić! Zawsze mnie to bardzo bawi, ponieważ osobiście nie znam osoby z większym bagażem doświadczeń w dziedzinie zdrowia psychicznego niż ja sama.

64

Rozmawialiśmy jakiś czas temu o tym, że Twoja droga do profesjonalnego malowania nie była usłana różami. Starałaś się o jakieś granty z Ministerstwa Kultury? Moja droga do profesjonalnego malowania zaczęła się dosyć wcześnie, gdy nie zostałam przyjęta do liceum plastycznego. Wtedy zrozumiałam, że bycie artystką, to coś więcej niż talent. To sztuka spełniania pewnych ról społecznych, umiejętność wpisywania się w pewne ramy. Zrozumiałam też, że nie wpiszę się w te ramy, a tym samym zrozumiałam, że nie będę nigdy artystką. Potem już robiłam wszystko, by nią nie zostać. No i prawie mi się udało. Gdyby nie to, że pewnego dnia w 2014 roku odbiorcy pokochali moje obrazy. I tu jest jedna z rzeczy, których nigdy nie zrozumiem w społeczeństwie - dużo osób daje mi wsparcie, chcą oglądać moje obrazy, chcą żebym malowała. Ale z drugiej strony - stworzyliśmy system społeczeństwa, w którym odrzuca się takie jednostki jak ja. Odrzuca się je za nasze ciężko zarobione podatki, czyli sami sponsorujemy to, że ludzie są odrzucani, segregowani i spisywani na straty. To jest dla mnie niezrozumiałe, to się po prostu nie składa. Tak. Wiele razy poszukiwałam wsparcia w systemie dla moich artystycznych działań. Szczególnie przy wygranych konkursach, czy w kontakcie z innymi artystami i or-


ganizacjami. Zarówno na poziomie lokalnym, jak i na najwyższym (mam na myśli Urząd Prezydenta II RP). Niezależnie od zdobytych wyróżnień, wystaw i jakości, którą tworzę, nigdy nie otrzymałam wsparcia od żadnej państwowej instytucji dedykowanej działaniom artystycznym, a było tego co najmniej kilkanaście prób. To nauczyło mnie, że jedyną wartością jest wsparcie od osób i inicjatyw indywidualnych. Na przykład mam zaprzyjaźnioną Fundację Twoje Dziedzictwo, która zajmuje się unikatową Kulturą Polską i która mnie wspiera w miarę możliwości. Mam też rosnące grono kolekcjonerów, właścicieli galerii oraz odbiorców, którzy również okazują mi ogromne wsparcie. W ten sposób zrozumiałam, że ważniejsi są indywidualni ludzie niż instytucje, które zmuszani jesteśmy sponsorować w podatkach. I życzyłbym sobie, by w przyszłości pieniądze, za które sponsorujemy owe instytucje, zostawały

wyświetla mi się obraz, jak widzę jakiś napis, np.: „koń”, to od razu w głowie wkleja mi się zdjęcie konia - bez tego obrazu samo słowo nic nie znaczy. Więc mam w głowie same obrazy, umysł wypełniony zdjęciami i ilustracjami na wszystko. Tak jak mówisz, one same przychodzą. Tyle tylko, że już nie muszę ich opisywać.

w naszych kieszeniach. Wierzę w mądrość i wolność ludzi. Wierzę, że odbiorcy sami wiedzą, co im się podoba, co chcą czytać i oglądać i nie potrzebują do tego żadnych odgórnych instytucji, które wskażą im, czym mają się zachwycać, a czym nie. Zanim usiądę do pisania układam sobie w głowie sceny. Właściwie one same do mnie przychodzą, a ja staram się je tylko zapamiętać, potem opisać. A jak to jest u Ciebie? Myślę, że jest podobnie tylko ja nie muszę ich opisywać. Jest taka teoria, na temat tego, jak każdy z nas widzi świat. Niektórzy ludzie “widzą” go za pomocą słów, inni obrazów, a jeszcze inni jako ciąg zdarzeń, czy według tego, co usłyszą, itp. Ja każdą rzecz widzę za pomocą obrazu, np. jak czuję złość, to w głowie

Muszę je za to wydobyć na światło dzienne, malując… i tu jest zderzenie z rzeczywistością, bo ciągle uważam, że moje umiejętności manualne są zbyt niedoskonałe, by oddać to, co mam w głowie. Zdaje mi się, że Ty również tak pisałeś o swojej twórczości. Z pokorą przyjmuję to i wciąż się uczę, jak malować lepiej.

65


Poza tradycyjnym malarstwem olejnym próbujesz też innych technik. Co to jest Giclee? Giclee nie jest jakąś szczególną techniką. W skrócie polega na powielaniu za pomocą farb pigmentowych danego obrazu na płótnie przy użyciu odpowiedniego plotera. Przeważnie artyści stosują tę metodę do uzyskiwania limitowanych serii odbitek swoich obrazów. Ale tym przede wszystkim zajmują się wyspecjalizowane drukarnie. To co mnie zajmowało i zajmuje wśród wszystkich technik tradycyjnych, to najbardziej ukochane przeze mnie szkice ołówkiem lub tuszem, tłuste pastele i malarstwo akrylowe aerografem, pozwalające na uzyskanie idealnych przejść tonalnych. Natomiast miałam w życiu przyjemność pracy przy filmach animowanych i fabularnych. Tam to dopiero jest przestrzeń na nowe techniki! By pracować przy filmach musiałam nauczyć się posługiwać wyspecjalizowanymi narzędziami takimi jak: tablet graficzny wacom oraz skomplikowanymi programami służącymi do rysowania, modelowania, generowania efektów specjalnych, składania i ożywiania rysunków w formie nagrań, itp. Świat filmowy i to, co tam się tworzy na potrzeby zachwycenia widza, to

dopiero przygoda! Ale, by w niej uczestniczyć trzeba mieć ogromną wyobraźnię, widzieć obrazy zanim one powstaną na ekranie, mieć wyrobioną rękę i oko oraz posługiwać się tak wyspecjalizowanymi programami, o których istnieniu wiedzą tylko osoby z branży. To dopiero nazywam innymi technikami. Są malarze, którzy w celu szokowania malują własną krwią albo odchodami. Co Maja Borowicz mogłaby zrobić, żeby zaszokować? Czy w ogóle warto iść tą drogą? Sztuka w zasadzie powinna szokować, ale czy za wszelką cenę? Nie zgodzę się z Tobą, że sztuka powinna szokować. Dużo nad tym myślałam (zresztą zawsze nad wszystkim długo myślę, analizuję i uważam, że to jest jedyny słuszny sposób postępowania) i doszłam do wniosku, że rolą sztuki nie jest szokowanie. Rolą sztuki jest mówienie o rzeczach ważnych i istotnych, uczyć, sprawić, by odbiorca zatrzymał się na chwilę i zastanowił. Rolą sztuki jest poruszyć najczulsze struny uczuć odbiorcy tak, by zapamiętał to, co przeczytał lub obejrzał, najlepiej do końca życia. W czasach, w których żyjemy ludziom wydaje się, że zapamiętamy to, co nas szokuje.


I zewsząd, kto tylko może, stara się nas szokować: reklamy, nagłówki gazet, tak zwani celebryci. Zatem szokowanie jest już tylko starym, wytartym schematem, do którego większość ludzi się już przyzwyczaiła. Ale świat idzie do przodu, według mnie trzeba czegoś więcej, by poruszyć ludzkie serca i umysły. Co do “malowania” własną krwią czy odchodami, to nie jest nic nadzwyczajnego. Od tysięcy lat ludzie to robią, od czasów prehistorycznych nasza planeta jest przepełniona krwią, rozlewaną w ten czy w inny sposób, podobnie jak naszymi odchodami. I jakoś nasi mądrzy przodkowie nie musieli nazywać tego sztuką. Na drodze do swojej twórczości spotkałam kilka osób, które zwróciły mi uwagę na pewne rzeczy. Jedną z nich jest taka prawda: „Nigdy nie twórz rzeczy, którą może zrobić ktoś inny, nie twórz rzeczy, które już dawno były”. I tym się kieruję, ponieważ widzę, że to ma wartość - po co mam malować własną krwią, skoro może to zrobić każdy i to już było nawet robione tysiące lat temu? Przykładów tego typu na całym świecie jest pełno. Staram się trzymać z boku i zawsze zadawać sobie pytanie: “Po co ktoś robi to, co robi?“ Jeśli autor może opowiedzieć o swojej sztuce tyle, że “chce szokować”, to nie jest to żadna odpowiedź, bo takiej mogę oczekiwać od reżysera taniej reklamy, ale nie od twórcy, który aspiruje do tego by jego nazwisko było wymawiane w jednej linijce z Michałem Aniołem czy Leonardo da Vinci.

Zatem staram się nie szokować, nie być dostawcą taniej rozrywki. Moje myśli i moje życie jest dla mnie za cenne na takie banały. Staram się stworzyć za to bezpieczną przestrzeń dla siebie i odbiorców, w której będziemy mogli przeżywać i odkrywać podstawowe, ale i najważniejsze wartości w naszych życiach. Są pomysły, którym nie pozwalam wyjść na światło dzienne, np. druga część opowieści o Sumerach, która pokazywałaby bardziej szczegółowo ich podejście do erotyki. Czy Ty nosisz w głowie jakiś obraz, którego nie masz odwagi namalować? Tak, noszę w sobie obrazy, których nie namalowałam i nie wiem, czy kiedykolwiek je namaluję. Ale nie jest to kwestia odwagi, tylko tego, że nie znalazłam jeszcze najlepszej formuły na przekazanie tego. Na przykład: mam w sobie obrazy przedstawiające trudne uczucia frustracji, złości lub gniewu. Ale te obrazy oceniam jako banalne. Nie znalazłam jeszcze sposobu na finezyjne, piękne, mądre, nieoczywiste przedstawienie tych uczuć. Więc daleka jestem od ich malowania. To dotyczy naszej rozmowy powyżej – nie sztuka nabazgrać coś krwią na czerwono, bo czujemy się rozdrażnieni w danej chwili. Sztuka - ubrać to w taką formę, by mimo niepokoju odbiorcy nie mogli oderwać wzroku od tego obrazu. By patrząc na niego mogli przeżywać te trudne uczucia w bezpieczny sposób. By nie pobudzał ich do przykrych

67


czynów, ale żeby zobaczyli, że nie tylko oni przeżywają trudne uczucia, że każdy ma do tego prawo i że tu mają na to bezpieczną przestrzeń, przyzwolenie, by przeżyć je w piękny sposób nie czyniąc nikomu krzywdy, nie szokując i nie obrażając. Myślę, że to bardzo trudne wyzwanie, bo w dzisiejszych czasach nie ma przyzwolenia na bunt, na złość, na agresję. A to są też normalne, ludzkie uczucia, które potrzebują przestrzeni na swoją ekspresję. Pogubiliśmy się gdzieś w tym, że trzeba wszystko tolerować tak bardzo, że wstydzimy się przyznawać do trudnych uczuć z obawy, że kogoś obrazimy i zostaniemy napiętnowani społecznie. Stworzyć piękną przystań dla takich uczuć i emocji odbiorcy to mega wyzwanie dla mnie, któremu nie wiem, czy podołam. Natomiast swoją drogą uważam, że erotyka to nie jest nic niezwykłego, nic czego ludzie nie znają i czego należałoby się obawiać, wręcz przeciwnie. Piękna erotyka to sztuka. I być może sztuką jest zatrzymać się na tej cienkiej granicy między erotyką a zwykłym seksem, i tu zgodzę się, że może to stanowić nie lada wyzwanie dla twórcy. Kim jest Maja Borowicz prywatnie? Wybacz, ale Czytelnicy zabiliby mnie, gdybym o to nie spytał. Jaki jest Twój ideał partnera? Poza głównym wymaganiem, żeby nie pękał.

Ha! Doskonałe pytanie, na które próbuje odpowiedzieć od jakiś…30 lat. Myślę, że moja prywatność ma znaczenie o tyle, o ile wpływa na moje malarstwo. Czyli bardzo duże. Nie byłoby obrazów, gdyby nie moje prywatne doświadczenia. Na co dzień staram się być zwykłym człowiekiem, któremu jednak nie udaje się spełniać ról społecznych. Przez większość życia próbowałam być normalna, jakoś się wpasować w różne grupy, instytucje, mieć pracę na etat, przyjaciół, dom, rodzinę itp. Ale ta droga zawsze doprowadzała mnie do rozpaczy i na stan załamania. Długo nie mogłam zrozumieć, czemu tak bardzo się staram i tak bardzo mi nie wychodzi. I pewnego dnia, tuż po wygraniu konkursu na Tajwanie, pomyślałam, że może po prostu nie jestem normalna i dlatego mi nie wychodzi. Tak po prostu. Gdy dopuściłam takie myśli, dziwnym zbiegiem okoliczności poznałam mojego męża, który jest niewątpliwie artystą (o zgrozo!) i wyjątkową osobą będącą w stanie mnie zrozumieć jak nikt inny. On też jest moim ideałem i najlepszym przyjacielem. Nie wymaga, bym była matką, kucharką, sprzątaczką, piękną, bogatą ani normalną. A ilekroć tego potrzebuję, cierpliwie tłumaczy mi mnóstwo niezrozumiałych dla mnie zachowań. Nie miałam nigdy wymagań, by nie pękał i jako człowiek doświadczony nosi w sobie blizny z całego życia, podobnie jak bohaterowie moich obrazów. Jak długo malujesz jeden obraz? Czy to zależy od weny, czy po prostu masz to we krwi i nawet rozbudzona w środku nocy potrafisz namalować takie cudeńka, jak choćby te zamieszczone obok? Słyszałem, że klienci długo czekają na Twoje obrazy. “Wena to nagłe uczucie inspiracji i ochoty do zrobienia czegoś” - podążając za tą definicją, to u mnie jest inaczej. Owszem, jako dziecko, ciągle miałam ochotę coś narysować. I to faktycznie przychodziło nagle, malowałam i rysowałam wszystko, różnymi technikami: ludzi, zwierzęta, martwe natury, kwiaty, architekturę, itp. Najgorzej było na lekcjach w szkole, bo rysowanie kompletnie wyłączało mnie ze świata zewnętrznego, zawsze i wszędzie. Nie umiałam nad tym zapanować. Jednak w miarę upływu czasu, zaczęłam wartościować, budować hierarchię rzeczy ważnych i mniej ważnych. Nauczyłam się analizować, świadomie wybierać, decydować i brać za te decyzje odpowiedzialność. To z kolei pozwoliło mi wypracować pewien system polegający na weryfikowaniu tego, co warto namalować. Noszę w wyobraźni obrazy, którym się przyglądam i analizuję ich emocje i przesłanie. Poddaję je surowej ocenie, czy są one na tyle wartościowe, by pokazać je światu? Jeśli odpowiedź brzmi: “tak”, to ze spokojem przyjmuję wtedy swoją rolę rzemieślnika, który mozolnie dzień po dniu wydobywa na światło dzienne dany obraz

68


z umysłu artysty. I jako rzemieślnik muszę spać w nocy, by móc pracować w ciągu dnia. Jeden obraz maluję od 4 do 8 tygodni, zależy od wielkości obrazu, tematyki, itp. Trudno znajduje się kompromis między rzemieślnikiem a artystą, który wciąż jest spragniony ujrzeć doskonałość, pomimo braku doskonałych narzędzi do pracy. A gdybyś dostała zamówienie np. z Watykanu, namalowałabyś obraz religijny? Michał Anioł nie byłby znany, gdyby nie poszedł w sztukę sakralną. Za to wielu wybitnych artystów zostało zapomnianych, bo chcieli być wierni tylko sobie. Jaki jest Twój stosunek do zawierania kompromisu pomiędzy sztuką, a sponsoringiem? Two-rzyłabyś dla przypodobania się władzy, tak jak to robił np. Majakowski? Ha, ha! Z pewnych źródeł już dowiedziałam się, że maluję obrazy religijne. Co oczywiście trochę mnie zszokowało, ponieważ nigdy nie było to moją intencją. Ale pokornie przyjmuję interpretację odbiorców. Natomiast rozumiem, że nie chodzi tu akurat o religię, ale w ogóle o malowanie na zlecenie. Generalnie staram się tego nie robić. Zwykle, jeśli pozwolę, by umysł sam generował wizje tego, co chcę namalować, to takie obrazy łatwiej i szybciej się maluje. Ale znajduję czas i przestrzeń na pewien kompromis, na który i druga strona musi się zgadzać. Choć w zasadzie określenie kompromis

tu nie pasuje, ponieważ wtenczas obie strony muszą z czegoś zrezygnować i obie trochę tracą i obie wychodzą z tego niezadowolone. Tu nie ma na to miejsca. Dlatego nazwałabym to raczej pewnymi granicami. Określam na co mogę się zgodzić w granicach mojego malarstwa, a osoba zamawiająca zgadza się na to lub nie. To są czyste i jasne zasady. Granice nie wymagają rezygnacji z czegokolwiek. A czy tworzyłabym dla przypodobania się władzy? (śmiech) Dla mnie liczą się jedynie poszczególni ludzie: marszandzi, kolekcjonerzy, prywatne inicjatywy, jak wspomniana fundacja, którzy zamieniają swój czas i pracę na mój obraz, czym dają mi przestrzeń do życia oraz wszyscy ci, którzy chcą powiesić moje prace na ścianie albo przyjść do galerii, żeby je zobaczyć. Ci ludzie zasługują na mój szacunek i na każde uderzenie pędzla na moim obrazie. Ale nawet im nie umiem się przypodobać. Tworzę w harmonii z własną duszą. To, że czasem udaje mi się podbić ich serca, to tylko bonus od losu. Chyba częściej niż czasem, Maju. Dziękuję za rozmowę. Dziękuję również. Z Mają Borowicz rozmawiał Jarosław Prusiński

Wybrane wystawy i wyróżnienia: 12.2018 – Wystawa i wyróżnienie The best of the Show Expo Spectrum Miami, USA; 05.2018 - Wystawa zbiorowa, Muzeum im. J. Malczewskiego w Radomiu, Polska; 04.2018 - I miejsce w międzynarodowym konkursie Artavita, USA; 12.2017 - Wystawa zbiorowa, Parlament Europejski, Bruksela, Belgia; 12.2017 - Palm Art Award 2017 - Certificate of Exellence, Niemcy; 09.2017 - „Ostatnie iskry nadziei” - I miejsce w kategorii Futurism, „Policzony czas” - I miejsce w kategorii Surrealism, American Art Award, „Czułość przeznaczenia” - II miejsce w kategorii Male, American Art Award, Hollywood, USA; 07.2017 - „Policzony czas” - III miejsce w międzynarodowym konkursie artystycznym „Femininity”,Toronto, Kanada; 09.2016 - Wystawa indywidualna, Festiwal Fantastyki Twierdza w Giżycku, Polska; 06.2016 - Wystawa indywidualna, Międzynarodowy Festiwal Fantastyki w Nidzicy, Polska; 05.2016 - “Kuźnia” - I miejsce w międzynarodowym konkursie artystycznym „All scapes”, Toronto, Kanada; 04.2016 - Wystawa zborowa na międzynarodowym „Expo Art New York”, USA; 10.2015 - Wyróżnienie, międzynarodowy konkurs “Mind, Spirit & Emotion II”, USA; 05.2015 - Wystawa zborowa na międzynarodowym „Expo Art Revolution Taipei”, Taiwan; 04.2014 - I miejsce i wystawa zbiorowa na międzynarodowym konkursie artystycznym Art. Revolution Taipei, Taiwan;

69


DAREK MARSZAŁEK Być artystą znaczy być sobą, być kreatorem własnego życia.

D

Obecnie nie rozgraniczam już życia na tak zwaną codzi-

arek Marszałek - grafik komputerowy, artysta ma-

enność i sztukę. Dla mnie wszystko stanowi integralną

larz, poeta, performer. Która z tych ról jest Ci najbliż-

całość i mogę powiedzieć o sobie, że „uprawiam” sztukę

sza i dlaczego?

życia. Ktoś kiedyś pięknie powiedział: “Myślę, że wszystko w życiu jest sztuką”. To, co robisz, jak się ubierasz,

Grafika komputerowa (autorskie obrazy cyfrowe oraz

sposób w jaki mówisz, piszesz, pijesz herbatę i jak ko-

współpraca z agencjami fotograficzno-reklamowymi) jest

chasz. Jak dekorujesz swój dom, czym się otaczasz i jak

na tę chwilę moim podstawowym źródłem utrzymania.

odczuwasz wszystko. Życie jest Sztuką.

atomiast ukochana forma ekspresji artystycznej, to ma-

A co znaczy być artystą? To znaczy być sobą, być

larstwo - życiowe powołanie.

kreatorem własnego życia.

Twórczość – czym jest dla Ciebie? Co

Co jest inspiracją w Twoim procesie twórczym?

dla Ciebie znaczy „być artystą”?

Duchowe doznania, emocjonalne wzruszenia czy przyziemna doczesność?

70


Inspirację stanowi dla mnie nieograniczona wyobraźnia

dzień. Materiał zrealizowaliśmy w intrygujących zaka-

oraz życie jako takie, wraz z tym wszystkim, co przynosi

markach i na ulicach głównych Bielska- Białej, a począt-

w każdej chwili. W poetycki sposób ująłem to kiedyś tak:

kowe i ostatnie sekwencje, to widoki na Lipową - malown-

„Dotykaj gwiazd, stąpając po ziemi. Niech twoje myśli,

iczą miejscowość koło Żywca, gdzie wychowywałem się

jak kolorowe motyle, piją magiczną rosę z kwiatów codzi-

do jedenastego roku życia. Szerzej o samym projekcie

enności”. Jeśli powyższe brzmi zbyt ogólnikowo, to pow-

oraz kwestiach przesłania i DMT (dimetylotryptaminy)

iem, że największą inspirację stanowią dla mnie ludzie,

napisałem w artykule:

którzy pojawiają się w mojej przestrzeni: znajomi, przyja-

http://www.taraka.pl/dmtwalker_bohater_tysiacu_

ciele, rodzina, artyści, szamani, jogini. A jeszcze konkret-

twarzy, do lektury którego serdecznie zapraszam.

niej: Martyna - miłość mojego życia, Salvador Dali, Alex Grey oraz Bob Marley.

Jakie jest Twoje artystyczne marzenie?

Poruszyła mnie Twoja akcja artystyczna DMT WALK-

Artystyczne marzenia, to jednocześnie konkretne pla-

ER. Obejrzałam film z zapisem tego projektu. Jest

ny na najbliższe lata: wideo-projekt AURATUS (taniec,

niezwykle poruszający i dramatyczny. Ty, jako żywy

bodypainting i muzyka), wystawa malarstwa w ENTHE-

obraz pełen barwnej obfitości, spacerujący wśród za-

ON - Sanktuarium Sztuki Wizyjnej - które Alex Grey (www.

bieganych, szarych ludzi zajętych swoim przyziem-

alexgrey.com) wznosi na terenie swojej posiadłości pod

nym życiem. Poruszający kontrast!

Nowym Jorkiem oraz cykl wizyjnych obrazów WIELKIE ARKANA & PODRÓŻ BOHATERA (moja własna wersja

DMT WALKER to projekt multimedialny, alchemiczny

22 pierwszych kart Tarota).

tygiel łączący elementy malarstwa, performance, sztuki ciała, szamańskiego rytuału, fotografii, wideo oraz muzy-

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę nieustannego

ki. To swoisty autoportret - opowieść o pasji życia, miłości

wzrostu artystycznego. Dla naszych Czytelników, którzy

do sztuki i miejsc bliskich mojemu sercu. Kiedy przygot-

zechcą zapoznać się z twórczością Darka, podajemy

owywałem się do realizacji projektu, pewni znajomi zap-

adres strony na której można obejrzeć film z akcji DMT

roponowali mi abym udał się gdzieś daleko na Wschód,

WALKERS www.valcari-art.com

znalazł tak zwane Miejsca Mocy i tam nakręcił wideo. Dla mnie Miejsce Mocy to miejsce, gdzie żyję na co

rozmawiała Agnieszka Biardzka


EWA ĆWIKŁA


Ewa Ćwikła Z pochodzenia Polka, lecz od wczesnych lat 80-tych mieszkająca i pracująca w Holandii. Jej pierwsze doświadczenia z fotografią sięgają nastoletnich lat, kiedy mieszkała w Polsce. Znaleziony w domu stary aparat fotograficzny Zenith, gdy miała 15 lat, pozwolił na eksperymentowanie podczas pozalekcyjnego, licealnego kursu fotograficznego. W ten sposób powoli, ale zdecydowanie rozwinęła się jej wizja fotografii. Kiedy Ewa miała 22 lat wyprowadziła się z Polski do Holandii, gdzie rozpoczęła pracę w sklepie fotograficznym w Schagen. W roku 1985 podjęła decyzję przypłaconą trzema bezsennymi nocami, aby kupić sklep i studio fotograficzne od lokalnego fotografa. Podczas kolejnych lat, Ewa doskonaliła warsztat, stając się nadzwyczajnym fotografem. W 2014 roku zakończyła działalność handlową i skupiła się wyłącznie na pracy w studiu i fotografii. Ewa Ćwikła skupia się przede wszystkim na pracy twórczej. Pracy w jej unikalnym stylu, kreując własną, niepowtarzalną atmosferę.

Witaj Ewo, niedawno poznałam Twoją twórczość. Urzekł mnie klimat Twoich fotografii i zapragnęłam przybliżyć go naszym Czytelnikom. Na początku opowiedz nam proszę: skąd wzięła się Twoja miłość do fotografii? I kiedy rozpoczęłaś swoją przygodę z fotografią artystyczną? W 2014 roku postanowilam zrezygnować z komercji, zerwać ze sprzedawaniem aparatów fotograficznych. Zwolniłam personel, zamknęłam sklep i powiedziałam sobie: „robię tylko fotografie dla siebie”. Teraz 90% tego, co tworzę jest dla mnie, a tylko 10% to zlecenia dla klientów. I sprawia mi to ogromną przyjemność. Nie wyobrażam sobie pracy bez ludzi, codziennie muszę mieć z nimi kontakt. Chciałabym non-stop być w studiu z drugim człowiekiem, to dla mnie taka uczta! Takie święto! Bardzo lubię to robić. Mam mnóstwo niedokończonych pomysłów. Teraz czytam biografię Leonarda da Vinci, on też miał 20 projektów rozpoczętych naraz. Czemu portret jest głównym tematem Twoich prac? Co Cię inspiruje, ciało czy dusza? Jak widzę modela, to inspiruje mnie jego wygląd, aparycja. A kiedy zaczynam robić zdjęcia, to zajmuję się bardziej duszą. Nigdy nie było tak, że zrobiłam do końca to, co miałam zaplanowane. Chyba, że model przychodzi drugi raz, to już wtedy czuję jego energię. U mnie wszystko odbywa się na poziomie czucia, a nie tylko widzenia. Bardzo jest to ciężkie czasami, bo modele przychodzą w różnych stanach psychicznych, a ja to wyczuwam. Przez to, że jest taki kontakt między mną

76

a modelem, wydaje mi się, że moje portrety mają duszę. Bo ta dusza jest obecna wtedy, gdy te zdjęcia robię. Tak więc ostatecznie inspiruję się duszą. Twoje fotografie są jak obrazy XVII-wiecznych mistrzów holenderskiego malarstwa: Vermeera i Rembrandta. Czy wybór takiej stylistyki ma jakiś związek z tym, że mieszkasz i tworzysz w Holandii? Zajmuję się fotografią od 25 lat, ale dopiero kiedy odkryłam światło Rembrandta i Vermeera zaczęłam się czuć „u siebie”. Gdy patrzę na swoje fotografie z przeszłości, z perspektywy czasu widzę, że to była fotografia komercyjna. Cieszę się, że moim klientom podobały się moje prace i byli nimi zachwyceni, ale dopiero teraz, kiedy przestałam zarabiać na fotografii, przyjmując klientów, tworząc fotografie światłem Rembrandta i Vermeera czuję się spełniona. Kiedy spojrzę na modela w moim studio, widzę każdy fragment światła, wszystkie szczegóły. I to jest dla mnie niezwykle piękne. Fakt, że mieszkam w Holandii ma może tylko takie znaczenie, że szybciej zetknęłam się z malarstwem holenderskich mistrzów. Ale marzę też o tym, żeby robić fotografie w stylistyce Jana Matejki. Bardzo bym chciała to zrealizować. Ostatnio otrzymałam książkę od Pani Zofii Weiss o malarstwie jej dziadka Wojciecha Weissa. On malował takie piękne obrazy! Jak tylko nadgonię zaległości w obróbce zdjęć, to biorę się właśnie za malarstwo Wojciecha Weissa. No więc nie wiem czy to, że mieszkam w Holandii ma wpływ na moja sztukę. Nie wiem, co by było, gdybym mieszkała w Polsce.


Jak długo mieszkasz w Holandii? Jak to się stało, że właśnie tam się osiedliłaś? Czy atmosfera tego kraju sprzyja twórczości artystycznej? W Holandii mieszkam już ponad 33 lata....długo. Wyjechałam z kraju w poszukiwaniu lepszego życia. Gdyby mi ktoś kazał zrobić to jeszcze raz, to bym tego nie zrobiła, bo było bardzo ciężko. Jestem w Holandii bardzo szczęśliwa, uwielbiam ten naród. Czuję się tu

bardzo wolna i mam mnóstwo przyjaciół. Chociaż, gdy jestem w Polsce, to też dobrze się czuję. Myślę, że to, co człowiek dookoła siebie tworzy, robi niezależnie od kraju. Na pewno Holandia pozwoliła mi być bardziej wolną i swobodną. Holendrzy są niezwykle bezpośredni, ja też jestem bezpośrednia. Taka zawsze byłam w Polsce, co niestety nie było mile widziane. A tu jest to tak normalne, że ja się czuję jak ryba w wodzie. Mówię to, co myślę, zwracając oczywiście uwagę na to, żeby nikogo nie


zranić i nie być niegrzeczną. Czy atmosfera tego kraju sprzyja twórczości artystycznej? Nie wiem. Myślę, że to nie ma znaczenia. Wydaje mi się, że w Polsce mieszka więcej wspaniałych fotografów i artystów niż w Holandii. Może tu jest łatwiejszy dostęp do pewnych rzeczy, może Holendrzy mają więcej pieniędzy na płatne pokazy i wy-

stawy czy zamawianie dużych odbitek. W Polsce nie każdego na to stać. Ale czasami myślę, że gdybym była w Polsce, to osiagnęłabym więcej. Myślę, że to nie ma znaczenia, gdzie się mieszka i gdzie tworzy. Moim zdaniem oczywiście.

81


Czy często robisz wystawy swoich prac? Dopiero od tego roku zaczęłam pokazywać swoje prace na wystawach, bo uważałam, że nie mam takich prac, które mogłabym pokazać.Tak więc wystawy to świeży temat. Wystawiałam swoje prace: w Paryżu, w Londynie, w Polsce - oczywiście w Krakowie w galerii Zofii Weiss, a teraz w Szczyrku, w galerii Bator Art. Jestem w trakcie rozmów z galeriami: w Warszawie, Berlinie i Hamburgu. Zaczyna się coś w tej materii dziać. Bardzo bym chciała wystawić swoje prace w Nowym Yorku.

Jesteś mistrzynią w swojej dziedzinie, czy w związku z tym prowadzisz czasem warsztaty dla fotografów? Za słowa, że jestem mistrzynią w swojej dziedzinie chciałam Ci serdecznie podziękować, bo sama tego nie czuję. Zawsze uważałam, że jeszcze muszę dużo się nauczyć. Tak jak każdy artysta mam dni, gdy wydaje mi się, że wszystko potrafię i jestem super, a innym razem, że nic nie potrafię i w ogóle, co za nędza . Ale słyszę od swoich znajomych artystów fotografów, że też tak mają, więc … zdrowa jestem w sposobie myślenia o swojej


pracy (śmiech). To co umiem, przekazuję na warsztatach. Warsztaty lubię robić 1 na 1, dlatego że mam wtedy bardzo fajny kontakt z taką osobą. Wyjątek robię tylko raz w roku, gdy jadę do Złodziejewa, to miejscowość koło Bydgoszczy. Jest tam piękny pałac, który prowadzi Marcelina Oczkowska. To miejsce eteryczne, w którym ja też kiedyś byłam na warsztatach i pozostał mi sentyment do tego miejsca. W Złodziejewie jestem raz do roku. Tym razem będę 4-6 maja przyszłego roku. Można się jeszcze zgłaszać na warsztaty. Gdybym chciała kupić jedną z Twoich prac, gdzie mogłabym ją nabyć?

Moje prace można kupić bezpośrednio u mnie. Mam też agentów w Polsce i Holandii, których skieruję do zainteresowanych i oni załatwią wszystko, co niezbędne. Prace można też kupić w galerii TON w Holandii. W Polsce nie ma jeszcze galerii, która zajmowałaby się sprzedażą moich prac, ale jesteśmy w trakcie rozmów i być może wkrótce to się zmieni. Dziękuję Ci Ewo serdecznie za rozmowę i poświęcony czas. Życzę sukcesów artystycznych i spełnienia marzeń. z Ewą Ćwikłą rozmawiała Agnieszka Biardzka


Koniec czy początek? Śmiertelność z perspektywy wybranych realizacji sztuki współczesnej - wybór subiektywny z cyklu O SZTUCE Katarzyna Saniewska

- Patrz, jakie te muchy mają piękne kolory! - wykrzyknął z zachwytem, mój pięcioipółletni syn, dopadłszy rozparcelowanego na chodniku gołębiego truchła, które w upale aż kipiało od wezbranego w nim „mikro życia”, przykryte ruchliwą kołdrą metalicznie połyskujących much. Ta niespodziewana refleksja estetyczna nieco mnie zaskoczyła głównie z racji tego, że większość ludzi, automatycznie, odbiera wszelkie kwestie związane z «materialnie» postrzeganą śmiertelnością, jako raczej odstręczające niż piękne. Ponadto, zaczęłam zastanawiać się, z czysto biologicznego punktu widzenia, nad tak zwanym „końcem i początkiem”. Nad momentem, gdy kres jednego organizmu staje się wręcz miodowym okresem dla miliardów innych, które będą się w jego wykreślonym z rejestru żywych ciele, w swoich rytmach i cyklach, mnożyć i budować swoje mikroświaty. Spojrzenie człowieka, uzbrojonego dodatkowo w okular estetyzacji, nie wychwyci w tym raczej nic pięknego. Zwłaszcza, jeżeli uruchomimy prócz zmysłu wzroku, również zmysł węchu. Poza tym, stajemy przed pytaniem, rozważanym przez najtęższe umysły, z perspektywy filozoficznej, ale i etycznej: gdzie właściwie przebiega granica między tym, co ożywione, a nieożywione? W którym punkcie możemy wyznaczyć cezurę pomiędzy tym, co piękne i obrzydliwe? Myślę, że wybrane wizje człowieka śmiertelnego w sztuce, mogą, jeżeli nie dać odpowiedzi, to przynajmniej wyrwać z automatycznego przyporządkowywania śmierci, trupa i rozkładu, wyłącznie do kategorii „obrzydliwości”... i zaryzykuję stwierdzenie: dać trupowi nowe życie.

Według jednego z wariantów mitologii, śmierć to moment odwrotny niż wykluwanie się. Nie pęka żadna skorupa, aby życie mogło wydobyć się na zewnątrz. To raczej moment implozji, zapadania się w sobie, powrotu do wnętrza, do głębi. Akt mający w sobie coś z wężowej wylinki, kiedy to zewnętrzna skorupa, czyli ciało pozostaje niczym pusta wydmuszka, która niebawem ulegnie destrukcji. Śmierć to dziwny twór, zrodzony przez węża Uroborosa, który połykając własny ogon, zamyka czas, niczym ósemka zakreślająca nieskończoność. Jak mówi pewna z legend melanezyjskich, był w historii ludzkości taki czas, kiedy nie znano śmierci. Ludzie zamiast starzeć się i umierać, niczym węże zrzucali swoją zniszczoną przez czas skórę i powracali do młodzieńczego wyglądu i formy. Zdarzyło się jednak raz, że matka wracając do domu po takiej transformacji, nie chciała przestraszyć dziecka, które mogłoby jej nie rozpoznać w nowej postaci. Przed wejściem do domu włożyła zatem z powrotem swoją starą skórę. Podobno, od tej właśnie pory, ludzie zaczęli starzeć się i umierać. Według mitologii babilońskiej jednak, umieramy dlatego, że wąż kradnie nam ziele nieśmiertelności1. Wężem pożerającym to ziele jest czas. W większości znanych mitologii śmierć i narodziny przenikają się w swoich znaczeniach. Są momentami granicznymi, bramami prowadzącymi z jednej na drugą stronę życia. Według freudowskiej psychoanalizy, pierwotny lęk przed śmiercią wywodzi się z tego samego źródła, co lęk przed opuszczeniem bezpiecznego łona

1. W. Kopaliński, Słownik symboli, Wydawnictwo Wiedza powszechna, 1990. 85


matki. Tam trwamy w błogiej nieświadomości a przez śmierć wracamy do tego stanu. Łączenie symboliki porodu z symboliką śmierci ma też swoje źródło w tym, że śmierć często wyobrażana jest jako kobieta. Tym samym trup staje się jej dzieckiem, a zatem Ziemia, mająca przyporządkowane wszystkie atrybuty żeńskości: płodna, dająca życie i zarazem chowająca z powrotem do swojego wnętrza ciała swych dzieci, również pokazuje podwójną symbolikę śmierci i porodu. Stąd prawdopodobnie rozpowszechniony w wielu kulturach zwyczaj grzebania zwłok w pozycji płodowej2. Chciałabym w tym miejscu odwołać się do twórczości niemieckiej artystki Claudii Böhme, fotograficzki operującej symboliką śmierci rozumianej, jako owoc związków Erosa i Thanatosa. Zwłaszcza jej praca zatytułowana „Leibesfrucht”, ukazująca niemowlę mające zamiast buzi trupią czaszkę, przywołuje symbolikę wręcz średniowieczną i ukazuje bezpośrednią łączność pomiędzy symboliką narodzin i śmierci. Co więcej, odnaleźć można w pracach artystki wątek ostatecznej ekstazy. Symbolika ekstazy i agonii spaja się w jedno, szczególnie mocno w pracy zatytułowanej „Gib mir deinen Hönig”, ukazującej postać kobiecą, upozowaną niczym zwłoki złożone na marach, z trupią czaszką ułożoną na wzgórku łonowym, zdającą się być źródłem wiecznej rozkoszy. Nie na darmo zatem orgazm porównywany jest ze śmiercią, skoro w obydwu przypadkach przestaje istnieć orbita czasu. Ta estetyka rodem z filmu „Zimny pocałunek”3 najbardziej symbolicznie oddziałuje w pracy pod tytułem «Milch und Hönig”, ukazującej kruka, symbol śmierci, chcącego skosztować mleka z piersi kobiecej. Kruk jest karmiony przez śmierć - tu jako symbol, w naturze jako padlinożerca. Taki eschatologiczny deser to również praca Aliny Szapocznikow, zatytułowana „Deser III” (1971) w dość surrealistycznej manierze ukazująca paterę wypełnioną poukładanymi na niej, niczym ciastka, obciętymi, kobiecymi piersiami. Jedne mają żywą, zdrową barwę, inne przywołują na myśl chorobę i rozkład. Nasze oczy mogą skosztować śmierci. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podziwiając twórczość Aliny Szapocznikow uprawiamy rodzaj wzrokowego kanibalizmu. Przekraczamy tym samym barierę tego, co dozwolone. Artystka bezustannie żongluje pojęciami takimi, jak cielesność, erotyzm, zjadanie, choroba, śmiertelność, kanibalizm. Kanibalizm

zaś, to jedna z tych form posługiwania się ciałem, która budzi jakiś pierwotny lęk i wstręt. To coś gorszego od samej śmierci. W swojej książce zatytułowanej „Praktyki cielesne”, Jacek Maria Kurczewski uznaje kanibalizm za przeciwieństwo porodu4. Kanibalizm jest bowiem wchłanianiem w siebie drugiego człowieka, czynienia go częścią siebie, jednak w akcie unicestwienia, nie zaś kreacji. W wypadku prac Szapocznikow kanibalizm ma znaczenie podwójne. Artystka chorując na raka, tworzy niejako swój nowotwór, karmi go własnym ciałem i sama jest przez niego pożerana. Tym samym personifikując i portretując swojego raka, daje widzom do skonsumowania kawałki swojego ciała. Zaklina w ten sposób swoją chorobę ukazując ją w serii prac „Nowotwory”. Jak pisze Susan Sontag: „Choroba jest nocną półkulą życia, naszym bardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada jakby dwa paszporty, przynależy zarówno do świata zdrowych, jak do świata chorych. I choć wszyscy wolimy przyznawać się tylko do pierwszego z tych światów, prędzej czy później, chociażby na krótko, musimy uznać nasz związek z tym drugim”5. Szczególnie dojmujące wrażenie robi praca pod tytułem „Krużlowa”(1971), będąca wstrząsającym przykładem nadawania przez artystkę tożsamości guzom nowotworowym. Ukazuje ona na poły abstrakcyjne, obłe formy, budujące kształt symbolizujący tkankę nowotworową. W każdej z tych form - guzów zatopiona jest twarz Pięknej Madonny z Krużlowej. W żywicy, z której wykonana jest praca, zanurzone zostały również skrawki gazy opatrunkowej, które nabierają tu wręcz symboliki całunu. Wszystko poprzerastane jest formami piersi, które zdają się skapywać niczym łzy, płacząc same po sobie. Szapocznikow przełamując tabu choroby, częstuje widzów niesamowitymi obrazami, spajającymi w jakiś przedziwnie afirmujący życie sposób: wszystko to, co w ciele ludzkim piękne i straszne, śmiertelne i nieśmiertelne. Jej twórczość od samego początku wiązała się z ukazywaniem kruchości bytu. Było to częściowo zdeterminowane przez biografię artystki, która dzieciństwo i wczesną młodość spędziła najpierw w hitlerowskich gettach w Pabianicach i Łodzi, następnie w hitlerowskich obozach koncentracyjnych w Auschwitz, Bergen - Belsen i Teresinie. Takie prace, jak „Ekshumowany” (1955), czy powstający niedługo przed śmiercią artystki „Zielnik” (1972 -73) są w pewien sposób autobiograficzne. Opowiadają o różnych obrazach, jakimi

2. L.V. Thomas, Trup, przeł. J. Kocjan, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź, 1991. 3. Zimny pocałunek, reż. L. Stopkiewich, Kanada, 1997. 4. J.M. Kurczewski, Praktyki cielesne, Trio, Warszawa, 2006. 5. S. Sontag, Choroba, jako metafora. Aids i jego metafory, przeł. J. Anders, Warszawa, 1999, s.7.

86


nasiąkała jej pamięć i stanowią dowód niesamowitego wyczulenia na kwestie pomiędzy jeszcze-bytem a... już-nie-bytem. Iza Kowalczyk widzi w pracach Aliny Szapocznikow oswajanie abjectu (rozumianego w sensie pojęcia, zaproponowanego przez Julię Kristevę)6. Abject to coś, co jest odrzucająco wstrętne i odpychające. Lata 50-te w twórczości Szapocznikow to ukazywanie ciała i uświadamianie sobie siebie w nim. To okres odlewów i odwzorowań przy użyciu żywic syntetycznych. Natomiast lata 60-te i 70-te to czas znikania i zapadania się w sobie. Widać to w zanikaniu form ciała w masie użytego poliuretanu. Takie prace, jak seria „Fetysze” (1972), czy gigantyczne nałożone na siebie odlewy brzuchów, niczym zawieszone w przestrzeni uśmiechy Buddy („Grand Ventres,” 1968), bądź multiplikacje ust („Autoportret dwukrotny”, 1967) to bezustanna afirmacja życia ukazanego w nieuchronnie powiększającym się cieniu śmierci. Afirmacja ciała w wykonaniu Szapocznikow przywodzi na myśl jakiś przewrotny kult religijny, ma w sobie wręcz pierwiastek magiczny. Artystka tworzy rodzaj relikwiarzy w kształcie swojego, skazanego na pewną zagładę, ciała. To zakochanie się w swoim ciele przywodzi na myśl mit o Narcyzie, który ujrzał swoje odbicie w nurtach Styksu. Jacek Waltoś pisze tak: „Trudno jest nie kojarzyć jej wyobraźni z procederami barokowymi XVII wieku. Przypominają się dewocjonalne rzeźby-lalki, przykłady rozpadu ciała i marności ziemskiego piękna. Przypominają się wota: srebrne i złote serca, nogi, ręce. Przypomina się kult relikwii”7.Co więcej, przypomina się kult świętych umierających męczeńską śmiercią. Śmiercią, która znów przedziwnie stawała się symbolem życia, gwarantowała bowiem życie wieczne. Warto zauważyć, że cechą wspólną wszystkich hagiografii jest przecież zaczynanie ich od końca... to znaczy od końca ziemskiego żywota. Koniec jest jednocześnie początkiem. Odlewy piersi Aliny Szapocznikow to nic innego, jak ukazane na tacy obcięte piersi świętej Agaty, stanowiące atrybuty jej męczeństwa. Pozostając przy temacie relikwii, chciałabym nawiązać do serii fotografii autorstwa Andresa Serrano, zatytułowanej „Kostnice”. Zdjęcia wykonane zostały w amerykańskich kostnicach i przedstawiają wykadrowane fragmenty martwych ciał ludzkich. Patrząc nie można odnieść wrażenie kontynuowania tematyki związanej z relikwiami, z tym, że przeniesionej w czasy współczesności, gdzie zamiast katowskiego topora, na

czyjąś głowę spada grad policyjnych kul. Wyjątkowość ciał pokazanych przez Serrano definiowana jest nie przez samą śmierć, lecz przez jej rodzaj. Tak samo, jak w wypadku świętych, którzy określani są w ikonografii poprzez atrybuty męczeństwa. W odwiedzonej przez Serrano kostnicy widzimy: spuchnięty fragment ciała topielca, o skórze pokrytej wybroczynami; oglądamy stopę z okropnym, wykonanym skalpelem, nacięciem, która przypomina ranę sondowaną paluchem niewiernego Tomasza, należącą do osoby otrutej strychniną; patrzymy na pokryty zwęgloną skórą łokieć osoby, która zginęła w pożarze. W taki sam sposób spoglądając na średniowieczne ołtarze szafowe widzimy: Świętego Wawrzyńca upieczonego na ruszcie, Świętą Apolonię trzymającą w obcęgach swoje wyrwane zęby czy Świętego Bartłomieja trzymającego własną skórę, z której go obdarto. Wśród fotografii Serrano jedno zdjęcie zwłaszcza wryło mi się w pamięć. Chodzi o fotografię twarzy, zastrzelonej przez policję Jane Doe8, której głowa wygląda niczym fragment strzaskanego posągu z brązu. Śmierć i plamy opadowe nie odebrały jej urody, a raczej - paradoksalnie, przydały pewnej szlachetności. Chciałabym w tym momencie zastanowić się nad dualizmem reakcji wywoływanych przez ludzkie szczątki, czy wydzieliny. Z jednej strony potrafią budzić niesłychane kontrowersje natury estetycznej, a z drugiej szacunek, czy wręcz uwielbienie. Można zaryzykować sformułowanie tezy, że skoro życie ludzkie jest świętością, to żadne ludzkie części, czy płyny nie powinny budzić odrazy. Kultura popularna uczyniła z ciała przedmiot kultu, wręcz relikwię. Kultura popularna pasożytuje na ciele, rozmnaża się i przeobraża dzięki temu, że zamieszkuje w ciele, niczym larwa i w najlepsze żywi się ciałem. Warto w tym kontekście wspomnieć o pracy Joanny Rajkowskiej z serii „Satysfakcja gwarantowana” (2000). Możemy tam doszukać się nawiązań do rytualnego kanibalizmu w odniesieniu do kanibalizm kulturowego. Rajkowska pokazuje zamknięte, w kojarzących się z masową produkcją spożywczą opakowaniach, opatrzonych etykietami, ze szczegółową informacją o składzie, ludzkie (swoje) płyny ustrojowe. Wracając jednak do tematu męczeństwa, można zaryzykować stwierdzenie, że ono samo i łączące się z nim skupienie na maksymalizacji doznań dręczonego i patrzącego, miało w sobie jakiś perwersyjny, wręcz

6. Magazyn Artmix, dostęp: www.obieg.pl 7. Cyt. za: A. Krzysztofiak, Alina Szapocznikow i deformacja ciała, Aorta Magazine. 8. Warto wspomnieć, że kobiece nazwisko Jane Doe, bądź jego męski odpowiednik John Doe to w amerykańskiej terminologii policyjnej i sądowej synonim polskiego NN, bądź w mniej kryminalnym kontekście, Jana Kowalskiego.

87


orgiastyczny pierwiastek. Wyczuwamy bliskość Erosa i Thanathosa, obecnych na miejscu kaźni. Jak pisze Morawski, mamy w tym momencie do czynienia z przekroczeniem dwóch rodzajów tabu: śmierci i seksualności. Obydwa zawieszane są tylko w trakcie ofiary albo w trakcie orgii. Mieszając się ze sobą sprawiają, że ofiara staje się orgią9. Każdy akt okrucieństwa jest w istocie głęboko erotyczny, jego opis zaś i epatowanie okrucieństwem są na wskroś pornograficzne. Powracamy zatem do motywu połączenia agonii i ekstazy. Takie myśli przywołuje praca Aliny Szapocznikow zatytułowana «Wielki Nowotwór I”(1969). Bryła guza ma twarz artystki, wykrzywionej w grymasie, trudno powiedzieć bólu, czy rozkoszy. Czy istnieje zatem coś takiego jak piękno śmierci? Czy też odseparowanie od bezpośredniego kontaktu ze śmiercią, z umierającym, (wynikające z całkowitego zmedykalizowania całego procesu i wyrugowania go ze sfery domowej) w kulturze ponowoczesnej, zaszło już tak daleko, że jesteśmy w stanie widzieć, jedynie... trupa. Trupa w znaczeniu, jakie opisuje Louis Vincent Thomas, czyli w postaci ochłapu materii toczonej przez skomplikowane procesy rozkładu. Trupa w po-staci dalekiej od wzniosłości, a bliższej raczej kategoriom obrzydliwości i zagrożenia. Jak pisze Kundera: „Śmierć ma dwie postaci: Po pierwsze oznacza niebyt. Po drugie zaś oznacza przerażający, materialny byt trupa (...) Jeszcze przed chwilą bronił człowieka wstyd, świętość nagości i życia prywatnego, a potem wystarczy sekunda i oto po śmierci ciało wydane zostaje na łaskę kogokolwiek.

Mogą je obnażać, oglądać jego wnętrzności, zatykać z obrzydzenia nos przed jego smrodem, wrzucać do lodówki, albo i do ognia”10. Z przyjęciem do wiadomości faktu bycia śmiertelnymi oraz tak materialnie nietrwałymi, ludzie zanurzeni w kulturze współczesnej mają pewien problem. Co zastanawiające, nie mieli go artyści osiemnastowieczni, czy dziewiętnastowieczni, o czym świadczyć może notatka sporządzona ręką francuskiego rzeźbiarza Jean-Marie Bonasieux: „(...) dzielę się z doktorem Terasse obiektami, za które płacimy po 3-4 franki. On bierze tułów, ja zaś członki”11.

9. P. Morawski, Corona Martyrii, Corona Vitae, Punkt po punkcie. Koniec. Zeszyt siódmy, Stowarzyszenie pisarzy polskich, Wydawnictwo Słowo/Obraz/Teryrytoria, Gdańsk, 2006, s.20. 10. M. Kundera, Księga śmiechu i zapomnienia, przeł. P. Godlewski, A. Jagodziński, Warszawa 1983, cyt.za: W. Kuligowski, P. Zwierzchowski, Śmierć jako norma, śmierć jako skandal, Wydawnictwo Akademii Bydgoskiej, Bydgoszcz 2004, s.11. 11. Cyt.za: A. Pingeot (red.), La sculpture francaise au XIX siecle, Paris, q986 (katalog wystawy), s.29, [w:] A. Pieńkos, Okropności sztuki, Wydawnictwo Słowo/ Obraz, Terytoria, Gdańsk, 2006, s.129.

88


Podobnym przykładem może być Theodore Gericault, który w swojej pracowni układał prawdziwie martwe natury, złożone z odciętych ludzkich kończyn, czego dowodem jest obraz zatytułowany po prostu „Odcięte kończyny” (Montepelier, Musee Fabre). Natomiast przygotowując szkice do swojego sztandarowego dzieła „Tratwa meduzy”, wynajął specjalne pomieszczenie na tyłach szpitala, w którym nie zważając na trupi odór, niestrudzenie szkicował studia zwłok12. W dzisiejszej dobie umieranie staje się czymś wysoce nieprzyzwoitym, wstydliwym i kłopotliwym. Chociaż obecnie śmierci uporczywie nakłada się czapkę niewidkę, a zwłoki oddala z pola widzenia, oddając je w ręce wyspecjalizowanych fachowców, trudno oprzeć się wrażeniu, że takie traktowanie umierania i martwego ciała, w pewien sposób godzi w nas samych. Śmiertelność traktowana jest jako frontalny atak na ludzką wszechmoc13. Co więcej, odbiera się śmierci prawo do jej właściwego imienia, tak jakby wypowiedzenie na głos słowa „Śmierć”, mogło ją przywołać, niczym złego ducha. Śmiertelność jest na wszelkie sposoby eufemizowana. Dzieli się ją na drobne puzzle chorób, które można zwalczyć, czy zmian, które można skorygować.

marionetkowy. W pracy Kozyry symbolika śmierci, jako źródła życia i ofiary, jako odrodzenia, zostaje pokazana niczym w gabinecie krzywych luster. Artystka w swojej instalacji wideo ukazuje wyschnięte ciała, uchwycone w konwulsyjnych, agonalnych pozach, fotografowane na leżąco, na gładkich tłach. Dodatkowo, niczym nieubłagana dłoń czasu, zabiera ciałom płeć, zamienia przynależne jej atrybuty. Pokazuje to, co czyni starość, odcinając dobroczynny dopływ hormonów, sprawiając że ciała kobiet i mężczyzn stają się do siebie podobne... można rzec - powoli tracą atrybuty dorosłości postrzeganej przez pryzmat cech płciowych. Jak daleko jesteśmy od traktowania śmierci, jako jedynego zjawiska, co do wystąpienia którego możemy mieć stuprocentową pewność, dowodzi fakt, że w latach 70-tych XX wieku, w szkołach amerykańskich koniecznością okazało się wprowadzenie zajęć o nazwie» Starość i umieranie»14.

Śmierć jako moment ostateczny, wykraczający poza nasze pojmowanie i możliwość interwencji, jest nieustannie odsuwana z pola naszej świadomości i wymazywana z publicznego dyskursu. Zapominamy o tym, o czym mówi praca Katarzyny Kozyry „Święto wiosny”. Jest ona ilustracją faktu, że śmierć wszystko i wszystkich sprowadza ostatecznie do wspólnego mianownika. Instalacja „Święto wiosny” stanowi przedziwną parafrazę baletu Igora Strawińskiego, o tym samym tytule. Rytuał przywołania wiosny, czyli budzenia świata do życia, zostaje tutaj przemieniony w Danse Macabre, odtańczony przez zasuszone ciała starców.

Rozluźnienie więzów rodzinnych, brak kontaktu z osobami starszymi, brak możliwości obserwacji naturalnej przemiany pokoleń, spowodowały, że zupełnie niezrozumiały stał się eufemizm : „to pass away”. Nie mówiąc już o tym, że czasownik „to die” w zasadzie w ogóle nie funkcjonował, słownie niedotykalny, niczym imię demona. Nasuwa się tutaj pytanie, czy owo wyparcie śmierci ze świadomości nie jest kolejnym krokiem stawiania się człowieka ponad naturą? Czy nie jest również postawieniem się człowieka ponad stwórcą? W zadziwiający sposób zmieniła się kategoryzacja śmierci we współczesnej kulturze. Umieranie stało się czymś niewygodnym i kłopotliwym. Żałoba natomiast, niczym więcej niż krępującym otoczenie epatowaniem prywatnymi odczuciami. Wszystko to w proteście przeciwko publicznemu uświadamianiu kruchości ludzkiego życia.

Strawiński tworząc „Święto wiosny”, inspirował się prasłowiańskim rytuałem, podczas którego starszyzna wioski wybierała młodą dziewczynę, polecając jej poświęcić życie po to, by mogło się odrodzić życie przyrody. Innymi słowy, aby rytuał mógł się wypełnić, dziewczyna miała tańczyć do upadłego, do utraty zmysłów i sił. Wacław Niżyński w swojej pracy nad tym baletem kładł nacisk na to, by uwidocznić wysiłek i znużenie, ostateczne wyczerpanie tym tańcem tak, aby prawie słychać było jęk pracujących mięśni. Taniec staje się więc finalnie sztywny, konwulsyjny, wręcz

Chciałabym w tym miejscu odnieść się do twórczości Konrada Kuzyszyna, a szczególnie do przejmującego cyklu fotograficznego, zatytułowanego „Kondycja ludzka” (1983-85). W pracach tych przemyślenia dotyczące przemijania i kruchości życia zilustrowane zostały za pomocą obrazów utrwalonych w Collegium Anatomicum łódzkiej Akademii Medycznej. Kuzyszyn prezentuje „portrety” ludzkie w różnym stopniu wypreparowania skłaniając do zastanowienia się nad tym, kim jest człowiek w obliczu śmierci, i co dzieje się, gdy ta już nastąpi. Skłania do refleksji nad tym, czym staje się człowiek, czy

12. A. Pieńkos, op. cit. 13. Z. Bauman, Śmierć i nieśmiertelność o wielości strategii życia, rozdz.4, Nowoczesność czyli dekonstruowanie śmiertelności, PWN, Warszawa, 199 14 E. Kuryluk, Podróż do granic sztuki, rozdz. Studiować śmierć, Warszawa, 2005, s.92.

89


raczej już tylko ciało ludzkie, w rękach nauki. Którędy przebiega granica między tym, co święte, a tym, co obrzydliwe? Jak to się dzieje, że relikwiarz w kształcie głowy świętego (prawdopodobnie zawierający szczątki tejże głowy), nie przejmuje nas dreszczem obrzydzenia, podczas gdy głowa anonimowego męczennika nauki, zanurzona w formalinie, niezmiernie nas zniesmacza? Kiedyś śmierć, podobnie jak narodziny, celebrowano i uważano za niezwykle doniosły moment w trwaniu każdej jednostki - początek i koniec pewnego etapu. Były to chwile, gdy najzwyklejszy człowiek zyskiwał absolutną uwagę otoczenia. Umieranie, odchodzenie w wieczny sen odbywało się we własnym łóżku, w otoczeniu osób, z którymi konający chciał się pożegnać, bądź wydać im ostatnie dyspozycje. Obecnie umierający, umieszczony w szpitalnym łóżku, staje się petentem, który musi podporządkować się procedurom administracyjnym. Jak twierdzi Elisabeth Köbler-Ross, wyizolowanie i samotność są dodatkowymi źródłami cierpienia dla umierających 15. Co więcej - proceduralne podejście do choroby i umierania odziera je z aury wyjątkowości i jednostkowości. Odbiera to śmierci rangę ostatecznej przemiany w życiu człowieka. Wpisuje go za to w obraz niczym z fabryki Forda, gdzie pracowano metoda taśmową. W szpitalu również istnieje pewna taśmowość postępowania. Umierający przeszkadza i wybija z rytmu, zatem powinien dokonać żywota w miarę dyskretnie. Także żałoba powinna być w miarę nienachalna. Jak pisze Tomasz Sahaj: „Dziś widok kobiet w czerni kojarzy się bardziej z islamskim fundamentalizmem niż ze śmiercią, czy żałobą”16. Trudno również zaprzeczyć17 słowom Aries, który stwierdza:”(...) teraz łzy żałoby upodobniono do wydzielin chorego. Jedne i drugie są obrzydliwe”. Zagadnienia te porusza Grzegorz Klaman w swojej pracy zatytułowanej „Emblematy”. Wieloelementowa instalacja składa się z podświetlonych gablot-relikwiarzy prezentujących fragmenty ludzkiej anatomii: między innymi mózg, czy jelita. Cała wystawa była eksponowa-na w częściowo działającym a częściowo zdesakralizowanym kościele, przy czym wiele prac znalazło się w nawie głównej. To, co proponuje Klaman, to całkowicie obca czasom współczesnym kontemplacyjna

poetyka śmierci. Na tyle obca, że tego typu sztuka, musi czasem stawać się spiskiem. Aby możliwa była zagraniczna ekspozycja wszystkich elementów wystawy związana z artystą, Aneta Szyra, bardzo ceniona polska kuratorka sztuki, musiała we własnej torebce przemycać niektóre eksponaty. W charakterze podsumowania moich rozważań, chciałabym zaproponować refleksję nad pracą „Widziałam własną śmierć» Zuzanny Janin. Artystka przeprowadza eksperyment artystyczny na własnym życiu, aranżując fotografie ukazujące rozmaite okoliczności, w jakich mógłby nastąpić jej zgon. Widzimy zatem Janin samobójczynię, z podciętymi żyłami, leżącą w wannie. Oglądamy Janin - martwą - narkomankę, zwiniętą gdzieś na dworcowym korytarzu. Możemy przeczytać nekrologi, które faktycznie ukazały się 5 kwietnia 2003 roku w „Gazecie Wyborczej”, zamieszczone przez jej krewnych oraz pewną galerię niezależną. Dowiadujemy się z nich, że artystka „odeszła”, a pogrzeb odbędzie się 7 kwietnia 2003 roku na Warszawskich Powązkach. Przede wszystkim jednak, możemy obejrzeć film z jej pogrzebu, w której to uroczystości Zuzanna Janin wzięła udział, jednak nie jako główna bohaterka, ale postronny widz. Praca Zuzanny Janin to opowiadanie o doświadczeniu niemożliwego. Dokumentacja doświadczenia własnej nieobecności. Pokazanie momentu nieodwracalnego zamknięcia się, przynależnych nam ram czasowych, tu i teraz. Prawdopodobnie tylko sztuka daje możliwość spojrzenia na własny pogrzeb. Jak to wygląda już z innej perspektywy, tej realnej, dowiemy się...”w swoim czasie”. Teraz należałoby zapytać: Co jest po drugiej stronie? Chciałabym, aby moje rozważania poświęcone wizjom człowieka w sztuce zakończyły się próbą przedstawienia kilku wizji ukazujących figurę, która stoi na pograniczu świata ludzkiego i boskiego, będąc jednocześnie jednym z uniwersalnych wzorców kobiecości. Czy jest nim naprawdę? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w następnym numerze Post Scriptum.

15. E. Kübler -Ross, Rozmowy o śmierci i umieraniu, przeł. .J. Doleżał - Nowicka, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa, 1979, s.43-105. 16. T. Sahaj, Człowiek istota śmiertelna. Filozofia. religia. Medycyna. Sport, rozdz, Wiek XX i XXI. Perypetie współczesnego człowieka ze śmiercią, Poznań, 2004, s.201. 17. P. Aries, Człowiek i śmierć, przeł. E. Bąkowska, Warszawa, s.569.

90


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook