ISSN 2633-1292 ISSN ISSN 2633-1292 2633-1292
PROZA POEZJA PROZA POEZJA PROZA POEZJA
PUBLICYSTYKA SZTUKI WIZUALNE PUBLICYSTYKA WIZUALNE PUBLICYSTYKA SZTUKI SZTUKI WIZUALNE fb: post scriptum
3/2020 3/2020 2/2020
fb: scriptum post scriptum fb:post
Wokółtwórczości
Olgi Tokarczuk Jak się fotografuje TEATR KRZYSZTOF BIELIŃSKI
?
Gość specjalny Post Scriptum Polscy poeci wIndiach XII Międzynarodowy Festiwal Poezji w Guntur
Wrażliwa strona silnego charakteru MIŁOŚĆ WSZTUCE
MAGDALENA PIEKORZ
EkologiaczyEkologizm? SŁAWOMIR MIKAWOZ CO TO JEST ORAPIZM?
KATARZYNA PAKOSIŃSKA Słów kilka o kosmosie DrMACIEJ MAREK STANISLAW PIEPRZYCAŻBIK
Dwie Katarzyny, dwa opowiadania. JAMRÓZ i SANIEWSKA - debiuty
UNIKALNA METODA OBRAZOWANIA TEATR SZTUK Haruhisa Terasaki
LOUI JOVER:
Gość specjalny: PROF. IZOLDA KIEC
Tusz, gwasz i stronice starych książek
O Ginczance
ŚWIATY ALTERNATYWNE w malarstwie Jarosława Jaśnikowskiego
Abchazja jest moim wspomnieniem TAMARA RAVEN- o muzyce i nie tylko
Co to jest ŁOZOWSKO WIELKIE?
Cały urok leży w prostocie
1 DARIUSZ KLIMCZAK: Fotografia POST SCRIPTUM
Foto: Krzysztof Bieliński
DO POBRANIA ZA DARMO:
ZAPRASZAMY
https://www.yumpu.com/xx/document/view/ 63157100/post-scriptum-1-2020
SPIS TREŚCI: PROZA:
18. 36. 48. 60. 76. 82.
Sarny – debiutanckie opowiadanie Katarzyny Saniewskiej Tiki tiki – fragment książki Katarzyny Jamróz Arcydzieła Literatury – Stanisław Lem Mistrz i Troglodyci – felieton Juliusza Wątroby Delikatność – opowiadanie Hanki Mody Życie spisane patyczkiem – recenzja książki Józefa Fronta
20. 30. 38. 68. 80. 86.
Loui Jover – stare książki, tusz i gwasz Orapista Krzysztof Konopka w Wenecji – relacja Co to jest Łozowsko Wielkie? – Wywiad z Krzysztofem Łozowskim Marta Julia Piórko – malarstwo Master Class Krzysztofa Bielińskiego – relacja z wystawy Dariusz Klimczak – fotografia
4. 16. 50. 66. 84. 96. 100.
Prof. dr hab Izolda Kiec – O Zuzannie Ginczance Lubomir Lewczew – bułgarski poeta Alex Sławiński, Iza smolarek – wiersze Kącik satyryczny Wiersze – Arco Van Ieperen, Katarzyna Brus-Sawczuk Poezja – polecane – Grażyna Orlińska Poezja – Ela Adamiec
11. 32. 52. 62. 98.
SZTUKI WIZUALNE:
POEZJA:
ROZMAITOŚCI:
Czarny Kruk z Abchazjii – Tamara Raven Maciej Pieprzyca – striptiz intelektualny Teatr Sztuk – wywiad z Eweliną Ciszewską i Robertem Balińskim Wywiad z Katarzyną Pakosińską Relacja z obchodów pierwszej rocznicy Post Scriptum – Książnica Beskidzka, Bielsko-Biała 102. Relacja z Literackiego Sopotu
Okładka - Foto: Dariusz
ZESPÓŁ REDAKCYJNY: Renata Cygan (redakror naczelna), Jarosław Prusiński, Katarzyna Brus-Sawczuk, Joanna Nordyńska Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska, Katarzyna Saniewska, Robert Knapik, Marcin Laskowski, Juliusz Wątroba. Rysunek satyryczny: Konrad Wieczorkowski Skład i opracowanie graficzne: Renata Cygan fb: post scriptum 2 POST SCRIPTUM email: postscriptum.mag@gmail.com
WSTĘPNIAK
Wciąż (niestety) zamaskowani i pandemicznie zdezorientowani, prześlizgujemy się przez życie bez uważności i namysłu. Żyjemy w świecie rozpędzonym, skoncentrowani na rzeczach błahych, nazbyt często zapominając o wnętrzu. W świecie, w którym popkultura (a często podkultura) zdominowała kulturę wyższą. A nierzadko – kulturę, po prostu. Pandemia unaoczniła nam tę miałkość i nieistotność wyścigu szczurów. Stoimy w osłupieniu, bo ktoś zabrał nam bieżnię, na której ścigaliśmy się, drepcząc w miejscu. W tym dziwnym świecie to właśnie Sztuka pozwala nam przetrwać. Film, książka, obraz czy poezja. Jakże bardzo nam tego teraz potrzeba!
NUMER KONTA:
Przygotowaliśmy dla Was, Drodzy Czytelnicy, kolejny numer magazynu, w którym znajdziecie artystyczne perełki. Starając się zachować charakter ogólnoartystyczny, przedstawiamy Państwu zróżnicowany materiał, w myśl zasady „dla każdego, coś dobrego”. Jak zagrać atom? Co to jest Łozowsko Wielkie? Dlaczego kwadrat? Kto napisał książkę patyczkiem? Jak dać drugie życie zniszczonym książkom? Ile wizytówek ma Katarzyna Pakosińska? Na te i inne pytania odpowiadamy na kolejnych kartach tego numeru. Gościem specjalnym jest Pani Profesor Izolda Kiec, która specjalnie dla Post Scriptum napisała artykuł o legendzie warszawskiej cyganerii dwudziestolecia międzywojennego – poetce Zuzannie Ginczance. To dla nas ogromne wyróżnienie i zaszczyt. O mistrzu i troglodytach, opowiada w swoim felietonie Juliusz Wątroba, którego (ku naszej ogromnej radości) udało nam się namówić do stałej współpracy. Mamy nadzieję na kolejne interesujące felietony. Warte wspomnienia są opowiadania – tym razem aż trzy, w tym dwa debiuty, nigdzie niepublikowane, które po raz pierwszy ujrzały światło dzienne właśnie u nas. Jest jeszcze dużo, dużo innych artystycznych doznań w postaci obrazów, wierszy, fotografii, czy całkiem nowego kącika satyrycznego. SERDECZNIE ZAPRASZAMY! Renata Cygan – Redaktor Naczelna
IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60 UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160 POST SCRIPTUM
3
Izolda Kiec o Ginczance
„A za mną smugą surową
wiersze
znaczą mój ślad”, Aleksander Rafałowski, Portret Zuzanny Ginczanki, 1937 (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie; wolna domena)
CZYLI O ZUZANNIE GINCZANCE Przetrwała jako legenda warszawskiej cyganerii dwudziestolecia międzywojennego. Jako egzotyczna piękność, która w połowie lat 30. rzuciła znudzoną stolicę na kolana. Mężczyźni rywalizowali o jeden spacer w towarzystwie urodziwej panny, kobiety mówiły o niej z przekąsem. Jan Kott wiele lat po wojnie napisał: „Miała jedno oko tak czarne, że aż tęczówka zdawała się przesłaniać źrenicę, a drugie brązowe z tęczówką w złote plamki. Wszyscy zachwycali się jej wierszami, w których jak w jej urodzie, było coś z kasydy perskiej”. Przez lata była obecna niemal wyłącznie we wspomnieniach pisarzy oraz poetów, także tych najwybitniejszych. Juliana Tuwima, który uchodził za jej promotora. Witolda Gombrowicza, którego pociągała jej tajemnicza osobowość. Józefa Łobodowskiego, który sobie próbował przypisać zasługi upamiętnienia współczesnej Sulamity. 4
POST SCRIPTUM
Kim była naprawdę? Dziewiętnastolatka, która w debiutanckim – jedynym – tomiku swoich wierszy zamieściła i ten – Obcość: Patrz: purpurowy trubadur święto obwieścił surmami – kupcy rozdają szkarłat i maści pachnącej miarki – na szklanych szczudłach sopranu chwieją się mdlejąc pieśniarki – tancerzom dzwonią torsy i ud błyszczący ornament – – a tyś spowszedniał sobie ulicą mierzoną co dzień, a w tobie jest śmierć nieuchronna jak igła krążąca w żyłach. Radość przepływa z dala w różowej świątecznej łodzi daleką obcą rzeką z ultramaryny i z iłu. Powiedzą o twoim żalu: „płaskostopy i karłowaty” powiedzą o twoim smutku: „bielidło, olejek, róż”. Ni liryka z tkliwych batystów ni ciężki epos z brokatu nie wyzna ciebie nikomu domysłem zza siedmiu mórz.
Izolda Kiec o Ginczance
Moje malutkie miasto Zuzanna Polina Gincburg urodziła się 9 marca 1917 roku w Kijowie. Prawdopodobnie już pod koniec roku jej rodzice – Cecylia (z domu Sandberg) i Szymon – podjęli decyzję o przeprowadzce do Równego Wołyńskiego, gdzie mieszkali Chaja i Abram Sandbergowie. I to właśnie oni, dziadkowie, wychowywali dziewczynkę, gdy jej ojciec wyjechał do Berlina, a matka na nowo układała sobie życie (kilka lat przed wybuchem II wojny wyszła za mąż za czeskiego piwowara Waltera Rotha, z którym wyemigrowała do Hiszpanii). Państwo Sandbergowie mieszkali przy głównej ulicy miasta – 3 Maja 132, w okazałym, jednym z niewielu tutaj murowanych domów. Jego parter zajmował skład apteczny – sklep, w którym można było kupić dosłownie wszystko: od lekarstw po bilety do kina. Sanka – bo tak mówiono na Zuzannę w domu – miała specjalne zadanie wyznaczone przez babcię. Oto, jak wspominał Kazimierz Brandys: „przed każdymi świętami Bożego Narodzenia ozdabiała wystawę sklepu swojej babki jako anioł. Klęczała w białej sukience, ze skrzydłami, srebrną przepaską na czole, a może złotą, i w białych pantofelkach”. To nie był dom ortodoksyjnych Żydów. Chaja była kobietą – dziś powiedzielibyśmy – nowoczesną, filantropką i działaczką organizacji kobiet żydowskich. Nic dziwnego, że zadbała o wykształcenie wnuczki, która uczęszczała do francuskiego przedszkola Madame Sauvage, pobierała lekcje muzyki i rysunku, prenumerowała lwowskie oraz warszawskie pisma literackie. Wreszcie – została uczennicą najlepszego rówieńskiego gimnazjum – polskiego Państwowego Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki. Dla dziewczyny wychowanej w domu, w którym mówiono wyłącznie w języku rosyjskim, musiało to być prawdziwe wyzwanie. Zuzanna sama uczyła się języka polskiego. Co więcej – będąc uczennicą klasy Vb zadebiutowała jako poetka. W gimnazjalnej gazetce „Echa Szkolne” Zuzanna Gincburżanka opublikowała wiersz zatytułowany Uczta wakacyjna: Na talerzu szarym ziemi, malowanym w zieleń trawy, Mam sałatkę, przyrządzoną z kwiatów wonnych i jaskrawych I z naczynia w kształcie słońca, które formy swej nie zmieni, Leje lato na nie ciepły i złocisty miód promieni. W innej misie z szkła czarnego, niby nocnych chwil kryształy Leży banan półksiężyca żółty, gruby i dojrzały; Lipiec suto obsypuje wnet firmament półksiężyca Cukrem gwiazdek, których pełna jest wszechświata cukiernica. Z przeźroczego dzbanu piję niebo z pianką chmur – oczyma; Lokaj – lato na swej tacy złotą dynię słońca trzyma. Wgryzam się zębami uczuć w kraśne jabłka dni czerwonych I do kosza serca chowam skórki wspomnień już zjedzonych.
Te oficjalnie ogłaszane w szkolnym piśmie wiersze dotyczyły rzeczywistości szkoły, lekcji, lektur. Zdradzały niezwykły talent i ujawniały wyjątkową poetycką wyobraźnię. Ale to była tylko namiastka możliwości twórczych nastolatki. Ich skalę poznamy znacznie później – gdy w latach 90. ubiegłego wieku wydane zostaną z rękopisów najwcześniejsze utwory młodziutkiej równianki. Utwory, w których ujawnione zostaną nieprzystające wówczas nastoletniej dziewczynie: refleksja nad funkcjonowaniem własnego ciała, biologizm i żywioły natury. Więcej – zapowiedź prawdziwej rewolucji nastoletnich dziewcząt, Bunt piętnastolatek:
My chcemy konstytucji, my chcemy swego prawa, że wolno nam bez wstydu otwarcie w świat wyznawać prawdziwość krwistych burz, że wolno wcielać w słowa odruchy chceń najszczerszych, że wolno nam już wiedzieć, że mamy ciepłe piersi prócz eterycznych dusz, – my chcemy konstytucji i praw dla siebie pełnych, że wolno nam zrozumieć: mężczyzna, to nie eunuch i wielbić mięśni hart, że wolno nam już pojąć, jak miłość ludzi wiąże, że wolno nam nie chować pod stos różowych wstążek biologicznych – prawd! –
W 1934 roku Zuzanna wzięła udział w Konkursie Młodych Poetów Wiadomości Literackich. Ponoć za namową samego Tuwima, jemu to bowiem mama Sanki (albo i ona sama) wysłała wcześniej do oceny kilka wierszy. Debiutująca poetka otrzymała wyróżnienie za wiersz Gramatyka, który ujawniał jej zainteresowania językiem, traktowanym zmysłowo, cieleśnie niemal, i zapowiadał świadomą swojego rzemiosła twórczynię. Nic dziwnego zatem, że zaraz po maturze Zuzanna – już jako Ginczanka – przeniosła się do Warszawy…
W samym śródmiejskim sercu stolicy Jako ulubienica Tuwima młoda Kresowianka bywała na pięterku w kawiarni Mała Ziemiańska przy ulicy Mazowieckiej w towarzystwie skamandrytów. Publikowała głównie w Skamandrze, a już w 1936 roku wydała tomik O centaurach, który, choć wcale nie wzbudził wielkiego zainteresowania krytyki, budował legendę bywalczyni warszawskich salonów. Z recenzji, jakie ukazały się w prasie po publikacji zbioru wierszy Ginczanki, wynika, że doceniano rzemiosło autorki, że dostrzeżono już wówczas odmienność, osobność
POST SCRIPTUM
5
Izolda Kiec o Ginczance Zuzanna Ginczanka, Anna Nogid (ciotka Zuzanny), Maria Zenowicz, (zona K.Brandysa). Równe 1938 (własność I. Kiec)
i przepychanek sporo było w jej „szpilkowych” wierszach spraw obyczajowych, celnych obserwacji społecznych, ale też sporo obaw. Wiadomo bowiem ze wspomnień, że Ginczankę niejeden raz dotykały antysemickie napaści – na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiowała pedagogikę, i wśród podejrzanych literatów oraz „panów dziennikarzy” zatrudnionych w brukowych pismach. Ci ostatni – anonimowi redaktorzy warszawskiej gazety „Wiem Wszystko” – opublikowali w lutym 1937 roku obrzydliwy tekst pt. Koleżanko Gincburżanko! Nie bądźcie… Ginczanką. Być może odpowiedzią, przejmującą, na ten i inne ataki był wiersz Łowy: W gąszcze przeszłości, w zamierzchłe dzieje, w groźne, zawiłe bory i knieje, z dłonią wplecioną w uprząż i grzywy czarni na koniach pędzą myśliwi. Nozdrza rozdęte, tułów schylony usta zacięte, wzrok wytężony – pędzą jak wichry czarnym galopem za wątłym śladem, za nikłym tropem. Jakiż to zapał wzrok im rozszerza? Czegoż szukają? Jakiego zwierza? Jakiż to poryw pierś im wypręża godny rycerza i godny męża?
tej poezji. Kobiecość, która wymykała się wzorcom dopiero co stworzonym przez Marię PawlikowskąJasnorzewską. I wydaje się, że te elementy, które dzisiaj cenimy i podziwiamy w poezji autorki O centaurach, stanowiły kłopot dla recenzentów. Kłopot, z którym nie bardzo umieli sobie poradzić. Więc traktowali protekcjonalnie albo dyskredytowali. Jak choćby Stefan Napierski: „Przez każde zdanie jej dymi bowiem gorąca magma biologiczna, a pogański niepokój każe jej tworzyć dzikusoską kosmogonię, w której z Biblii pozostała jeno duszność i dekoracyjność Pieśni nad Pieśniami. Ta temperatura rozpławiania się, roztapiania, nie dla każdej wrażliwości będzie znośna, a zbyt zgęszczona esencjonalność takiej barbarzyńskiej w istocie miazgi przeżyciowej może wywołać reakcje niechęci – pomimo niepospolitych piękności artystycznych”. Być może dzięki znajomości z Tuwimem Zuzanna znalazła się w kręgu młodych twórców, którzy na przełomie 1935 i 1936 roku zaczęli wydawać tygodnik satyryczny Szpilki. Redaktorem naczelnym pisma był Zbigniew Mitzner, najważniejszymi ilustratorami: Eryk Lipiński, Andrzej Siemaszko, Jerzy Zaruba, Henryk Tomaszewski, nadwornymi poetami: Światopełk Karpiński, Janusz Minkiewicz, Stanisław Jerzy Lec, Andrzej Nowicki, Edward Szymański. I w tym męskim gronie satyryków jedyna kobieta – Ginczanka. Oprócz towarzyskich żartów
6
POST SCRIPTUM
Pędzą myśliwi w zamierzchłe dzieje, gdzie ślad porasta i trop czernieje, w gąszczach przeszłości z uporem mrówki babki szukają, babki-żydówki, babki-żydówki bliźniego swego, wroga ciętego, druha dobrego, a gdy wywęszą babkę jak łanię, to w surmy, w trąby, w rogi i granie! O łowy piękne! O, dumne łowy w tajnych, sekretnych dziejach alkowy! O, wielkie, harde, wzniosłe tropienia, godne rycerzy i godne pienia!
Krótko przed wybuchem wojny Zuzanna czuła się chyba najlepiej w towarzystwie młodych twórców skupionych wokół Witolda Gombrowicza, spotykających się w kawiarni Zodiak. Byli w tym gronie m.in.: Stanisław Piętak, Kazimierz Brandys, Stefan Otwinowski, Giza Ważykowa – grono wyznawców filozofii „pana Witołda”, akceptujące szczególne „stolikowe” formy i reguły gry. Być może rzeczywistość wykreowana przez ekscentryka
Izolda Kiec o Ginczance
Okładka tomiku “O centaurach” Warszawa 1936)
“Echa Szkolne” – debiut Zuzanny Gincburżanki, 1931
i dziwaka pozwalała Ginczance na choćby krótki moment zapomnieć o łowach, wierzyć, że dzięki literaturze, dzięki artystycznej kreacji – można ocaleć? „Przypomniało mi się – pisał już po wojnie Witold Gombrowicz do Stanisława Piętaka – jak kiedyś na Mazowieckiej wracając do domu z Zodiaku tłumaczyłem Ginie, że na tę zbliżającą się wojnę trzeba koniecznie zaopatrzyć się w truciznę. A ona się śmiała”…
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica W czerwcu 1939 roku Zuzanna wyjechała na wakacje do babci. Nie sądziła, że do Warszawy już nie wróci. Na początku 1940 roku przeniosła się do Lwowa, gdzie mogła być bliżej owego literackiego świata, za którym musiała bardzo tęsknić. W pismach wydawanych przez Związek Pisarzy Polskich i Ukraińskich publikowała własne wiersze oraz tłumaczenia (utworów m.in. Lesi Ukrainki, Pawła Tyczyny, Włodzimierza Majakowskiego). Ale podjęła też istotne decyzje dotyczące życia prywatnego. Wyszła za mąż za Michała Weinziehera – prawnika z wykształcenia, krytyka sztuki z zamiłowania. Choć dziwne to było małżeństwo, prawdopodobnie zawarte z rozsądku, a może lepiej powiedzieć – z chęci ratowania babci. Michał bowiem był znaną wśród sowieckich dygnitarzy osobistością, a Zuzanna chciała zapewne pomóc babci, przesiedlonej przez nową władzę z pięknego rodzinnego domu do niewygodnej przybudówki. Udało się, bo zaraz po ślubie wnuczki Chaja wróciła do mieszkania nad sklepem. Lecz to nie Michał Wienzieher był w owym czasie miłością Zuzanny. Janusz Woźniakowski – grafik, absolwent krakowskiej ASP i działacz komunistycznego podziemia – towarzyszył poetce w owych najtrudniejszych, najbardziej dramatycznych chwilach. We Lwowie, gdy po wkroczeniu
Poezje zebrane; Wyd. Marginesy, Warszawa 2019.
do miasta wojsk hitlerowskich i po utworzeniu getta Ginczanka (teraz jako Ormianka o imieniu Marysia) ukrywała się w mieszkaniu w kamienicy przy ulicy Jabłonowskich 8a, oraz w Krakowie, gdzie zginęli oboje. Ucieczka ze Lwowa do Krakowa wymuszona została pogarszającą się sytuacją Zuzanny. Była dozorczyni kamienicy, w której mieszkała poetka, Zofia Chominowa, antysemitka i konfidentka, kilkakrotnie donosiła na gestapo, że w jej domu ukrywa się Żydówka. Uciekali stamtąd wszyscy znajomi Zuzanny – ona wciąż wracała do pokoju pilnie obserwowanego przez Chominową. To wtedy napisała swój ostatni wiersz, nawiązujący do Testamentu mojego Juliusza Słowackiego, a rozpoczynający się frazą z Horacego: Non omnis moriar – moje dumne włości, Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych, Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie. Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, Donosicielko chyża, matko folksdojczera. Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym. Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię. Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie. Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo: Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze – Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach. O, jak będzie się palić w ręku im robota, Kłęby włosia końskiego i morskiego siana, Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie; To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.
POST SCRIPTUM
7
Izolda Kiec o Ginczance Eryk Lipiński, Karykatura Zuzanny Ginczanki (własność I. Kiec).
1944 gestapo zabrało Ginczankę do więzienia przy ulicy Montelupich, a następnie przy Czarnieckiego. Kobietom przebywającym z nią w celi mówiła, że wydała ją gospodyni, z którą była skłócona. Z powodu sukienki, a może innej, mało ważnej „rzeczy żydowskiej”… Ostatnie ślady Zuzanna Ginczanki to podpisane przez nią zapotrzebowania na żywność i odzież, wysyłane z więzienia do Polskiego Komitetu Opiekuńczego Kraków-Miasto. Najpóźniejsze z nich datowane jest na 18 kwietnia 1944 roku. Wiele wskazuje na to, że poetka została przewieziona ostatnim transportem więźniów z Krakowa do obozu w Płaszowie i tam rozstrzelana 5 maja 1944 roku.
Post scriptum
Zuzanna i Janusz opuścili Lwów, gdy dotarła do dziewczyny informacja o śmierci babci – Chaja Sandberg zmarła na atak serca w drodze do miejsca straceń w Zdołbunowie albo w Sosenkach. Nic już nie zatrzymywało Sanki w rodzinnych stronach. Rozpoczął się najbardziej dramatyczny, ostatni etap ucieczki. W Krakowie Zuzanna początkowo ukrywała się przy ulicy Zyblikiewicza w mieszkaniu państwa Güntnerów, gdzie mieszkał już Michał pod przybranym nazwiskiem Danilewicz. Następnie kobieta przeniosła się do podkrakowskich Wróblowic i tutaj na początku 1944 roku zastała ją informacja o aresztowaniu Woźniakowskiego, które nastąpiło podczas przypadkowej łapanki albo w wyniku prowokacji mającej na celu likwidację komunistycznego podziemia w stolicy Małopolski. Zuzanna wróciła wówczas do Krakowa i znalazła schronienie u znajomej krakowskich artystów Elżbiety Mucharskiej przy ulicy Mikołajskiej. Stąd właśnie w lutym
8
POST SCRIPTUM
Po wojnie pisał Julian Tuwim do Zbigniewa Mitznera: „Innych, którzy zginęli, codziennie wspominam, co dzień wzdycham po nich, przede wszystkim po biednej mojej przyjaciółeczce Ginczance…” I Gombrowicz do Piętaka: „Proszę cię, napisz mi kiedy, jaka była śmierć tej biednej Giny. Dlaczego piszesz, że ją męczono?” Jan Śpiewak, Kazimierz Wyka i Juliusz Wiktor Gomulicki rozpoczęli przygotowania nad wydaniem wierszy wybranych Zuzanny Ginczanki. Julian Przyboś opublikował w Odrodzeniu jej ostatni wiersz – który już wkrótce stał się dowodem w procesie Zofii Chominowej, „donosicielki chyżej”, oskarżonej o wydawanie Żydów niemieckiej policji. Jednak obrady Szczecińskiego Zjazdu Pisarzy w 1949 roku nie były dla Zuzanny sprzyjające. Nazwano ją „Tuwimem w spódnicy”. burżuazyjną poetką, epigonką skamandrytów. Postanowiono zapomnieć. I dopiero lata 90. przywróciły Zuzannę naszej literaturze i świadomości czytelników. Wydane zostały wszystkie utwory Ginczanki – także te, których rękopisy ocalił Eryk Lipiński, likwidując warszawskie mieszkanie Zuzanny we wrześniu 1939 roku. Ukazała się monografia poetki, zaczęły powstawać liczne prace artystyczne inspirowane jej biografią i twórczością. Po ukazaniu się w 1991 roku pierwszego po wielu latach wyboru poezji Ginczanki Wacław Oszajca urwał w pół zdania myśl, że bez wierszy los tej młodej dziewczyny… Dopowiem zatem za autora: bez wierszy tego losu by nie było. Zuzanna Gincburg byłaby jedną z milionów, anonimową, pozbawioną imienia, nazwiska, pozbawioną indywidualnych rysów i indywidualnej historii, ofiarą ludobójstwa. Czy to właśnie, dramat własnej śmierci i moc poezji, przeczuwała autorka pięknego i smutnego Żar-Ptaka, pisząc: „a za mną smugą surową wiersze znaczą mój ślad”? [IK]
Izolda Kiec o Ginczance
Izolda Kiec
Izolda Kiec; fot. A. Wykrota
(1999),
ZNACZY NIEWINNA
Edytorka twórczości Zuzanny Ginczanki, Romana Tadeusza Wilkanowicza i Felicji Kruszewskiej. W 2015 r. wyróżniona przez minister kultury odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. W 2016 i 2020 r. stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatura. W roku 2017 stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego.
Wyd. Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2019
na życie (2000), – Wyprzedaż teatru w ręce błazna i arlekina, czyli… o kabarecie (2001), – W kabarecie (2004), – W szarej sukience? Artystki i wokalistki w poszukiwaniu tożsamości (2013), – Historia polskiego kabaretu (2014), – Czy chce pan być powieszony w sympatycznem towarzystwie? Czyli poznańskie kabarety artystyczne w dwudziestoleciu międzywojennym (2015), – Szoszana znaczy Niewinna. Wokół poezji i biografii Zuzanny Ginczanki (2019), – Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt (2020).
SZOSZANA
– Złodzieje szczęścia, czyli Agnieszki Osieckiej sposób
GINCZANKA
Wyd. Marginesy, Warszawa 2020
– Zuzanna Ginczanka. Życie i twórczość (1994), – Halina Poświatowska (1994), – Teatr służebny polskiej emigracji. Z dziejów idei
NIE UPILNUJE MNIE NIKT
Izolda Kiec - prof. dr hab. w zakresie kulturoznawstwa; literaturoznawczyni i teatrolożka; prezeska Fundacji Instytut Kultury Popularnej, zatrudniona w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu (w Katedrze Kuratorstwa i Teorii Sztuki). Autorka artykułów i monografii książkowych poświęconych literaturze i teatrowi XX wieku oraz formom kultury popularnej, m.in.:
POST SCRIPTUM
9
Tamara Raven 10
POST SCRIPTUM
foto: Natan Petrelli
CZARNY KRUK Czasem śpiewam sobie przejmującą melodię abchaskiego płaczu, sylaby układające się w zawodzenie
foto: Elina Papaskiri
Tamara Woronowa (pseudonim sceniczny Raven – z ang. Kruk) to filigranowa brunetka obdarzona potężnym głosem i olśniewającym uśmiechem. Skromna, chociaż świadoma swojego talentu. Multiinstrumentalistka, ale to głos jest jej najcenniejszym instrumentem. Urodzona w Abchazji, długo szukała swojego miejsca pod słońcem. Początkowo w Moskwie, później w Warszawie, a od dwóch lat tworzy i śpiewa w Londynie. Po ukończeniu studiów na wydziale wokalno-aktorskim prestiżowej Rosyjskiej Akademii Szkoły Teatralnej w Moskwie (GITIS), rozpoczęła karierę jako śpiewaczka operowa. Jednak już w trakcie studiów zaczęła aktywnie występować na scenie jazzowej i klubowej. W 2010 roku wydała swoją pierwszą płytę Few of my Favourites, której promocja odbyła się w jazzowym Tygmoncie, klubie doskonale znanym z perfekcyjnego repertuaru i światowych muzyków. Mimo, że sentyment podpowiada jej rytmy jazzowe, chciałaby uniknąć zaszufladkowania, dlatego nie unika szerszego repertuaru. Płyta, nad którą obecnie pracuje, to właśnie różnorodność. POST SCRIPTUM
11
foto: Elina Papaskiri
Abchazja jest moim wspomnieniem, czasem bywa w mojej muzyce. Tamaro, jak to się stało, że nie mieszkasz już w Abchazji? W reportażu, emitowanym w 2006 roku przez program 1 Polskiego Radia, zatytułowanym Miejsce pod słońcem, opowiadacie z bratem (Nikolaiem Woronowem, mieszkającym i pracującym w Warszawie jako stomatolog – przyp. red) swoją historię „Apsny” – kraina duszy. Kaukaski temperament i równocześnie niezwykła wrażliwość. – Brak Ci Abchazji? Tęsknisz? Abchazja jest moim wspomnieniem, czasem bywa w mojej muzyce. Tęsknię, bo tam nadal jest moja rodzina, ale z drugiej strony wiem, że teraz jestem w dobrym miejscu i dobrym momencie mojego życia. Londyn to tygiel, który daje ogromne możliwości. Muzyka jest generalnie bardzo wymagająca, potrzebuje ogromnej samodyscypliny, codziennego ćwiczenia, dbania o głos. Czasem ważny też jest łut szczęścia, np. spotkany przypadkowo człowiek. Historia mojej rodziny jest długa i burzliwa. Mam korzenie polskie, rosyjskie, gruzińskie, ormiańskie, greckie… Ojciec prababci, pochodzący z Wilna,
12
POST SCRIPTUM
po Powstaniu Styczniowym został zesłany na Kaukaz, zwany wtedy południową Syberią. Moja rodzina tam pozostała. Do dzisiaj część posiadłości (utraconej podczas wojennych zawirowań) istnieje wysoko w górach. Polacy, którzy mieli okazję odwiedzić to miejsce mówią, że jest to kaukaski przyczółek dawnej polskości. Wojna z Gruzją spowodowała, że nasza rodzina musiała uciekać. Znaleźliśmy się, jako uchodźcy, w Moskwie. Potem wiele lat tam mieszkałam, skończyłam szkołę średnią i studia. W 1996 roku mój brat dostał się na studia medyczne w Polsce. Moskwa była dla mnie zbyt trudnym do życia miastem, dołączyłam do brata. Zawsze chciałam wyjechać na zachód. Polskie korzenie pomogły mi odnaleźć się pod tym kawałkiem nieba. Przez wiele kolejnych lat mieszkałam i tworzyłam w Polsce. Tutaj też nagrałam i promowałam moją pierwszą i dotychczas jedyną płytę. Jak się dorasta w umuzykalnionej rodzinie, dobrze wykształconej, nobilitowanej? Twoja piękna mama, to nauczycielka muzyki, babcia również,
ojciec — wybitny historyk, specjalista od spraw Wschodu, obdarzony także mocnym i ciekawym głosem, założyciel Związku Polaków w Abchazji. Jako historyk zapraszany był na różne kontrakty zagraniczne, prowadził wykłady, ale na stałe nie chciał opuścić Abchazji. Od 1991 roku angażował się aktywnie w politykę, co w efekcie doprowadziło go do piastowania funkcji wicepremiera kraju (zginął tragicznie, zastrzelony 11 września 1995 roku; sprawców ujęto, jednak nigdy nie osądzono – przyp. red). W Waszym domu gościło dużo znanych i ciekawych ludzi. Tak, mama wiedziała o muzyce wszystko – miała świetny słuch, ale nie potrafiła dobrze śpiewać. Tata obdarzony był świetnym głosem, z kolei nie miał słuchu. Obydwoje doskonale się uzupełniali. Prawdopodobnie udało mi się odziedziczyć po nich ich najlepsze cechy… Rodzice od początku chcieli zainteresować mnie muzyką, która w sposób naturalny była w naszym domu. Mój brat, mimo iż poszedł zawodowo w zupełnie innym kierunku, również śpiewa, gra przepięknie na pianinie. W czasie działalności politycznej mojego taty, było niestety trudniej. Często byliśmy obserwowani, „na świeczniku”. Rodzina miała mniej czasu dla siebie. A potem, wskutek zmiany sytuacji politycznej, musieliśmy uciekać. Poszukać innego miejsca. Czasem śpiewam sobie przejmującą melodię abchaskiego płaczu, sylaby układające się w zawodzenie: „O-ua-ri-raa-o” „o- raj-da -ri”. To pewnie mój płacz nad Abchazją. Masz staranne wykształcenie. Szkoła średnia przy Konserwatorium Moskiewskim im. Piotra Czajkowskiego w klasie skrzypiec, studia w Rosyjskiej Akademii Sztuki Teatralnej. Kim miała zostać Tamara? Aktorką? Piosenkarką? Skrzypaczką? Chyba jednak od początku najwięcej serca miałam do śpiewu i to najbardziej grało mi w duszy. Początkowo myślałam o karierze operowej. Wielu muzyków i krytyków muzycznych zauważa, że ten element możliwości wokalnych jest obecny w mojej twórczości i że to odróżnia mój głos od innych kobiecych głosów. Teraz bardziej po drodze mi z jazzem, ale w swoim repertuarze, mam różnorodne piosenki: funk, r’n’b, house, disco, pop i rzecz jasna utwory klasyczne, a nawet rosyjskie romanse, a także piosenki w wielu innych językach. Mówisz biegle kilkoma językami: rosyjskim, polskim, angielskim. Masz jakieś marzenie,
Ja muzykę czuję, dotykam jej.
foto: Elina Papaskiri
w jakim jeszcze języku chciałabyś zaśpiewać? Poza ormiańskim – krew ormiańska jest w moich korzeniach – chciałabym zaśpiewać po hebrajsku. Taki mam plan. To emocjonalny język duszy. Niesie niesamowitą ekspresję. Jesteś multiinstrumentalistką. Skrzypce, fortepian, do tego piękny głos. Moim instrumentem jest stanowczo głos. Często śpiewam, akompaniując sobie przy fortepianie. Myślę, że potrafię zagrać na wielu instrumentach. Od skrzypiec na jakiś czas odeszłam, teraz wracam do nich. To dodatkowa umiejętność, szczególnie tutaj ceniona wśród muzyków (w Londynie – przyp. red). Głos jednak, według mnie, daje najcudowniejszą możliwość niesienia emocji. To jednak równocześnie ciężka praca i codzienne ćwiczenie. Teraz, na co dzień mam możliwość nagrywania w profesjonalnym studiu. POST SCRIPTUM
13
Czy Ty „widzisz” muzykę? Ja muzykę czuję, dotykam jej. Muzyka to emocja. Masz słuch absolutny? Nie…, słuch mam dobry, prawie absolutny, lecz nie absolutny. To przeszkadza czy pomaga? Często przeszkadza, bo słyszę niedociągnięcia, jakieś fałszywe nuty. Szczególnie, kiedy występuję z nowymi muzykami, z którymi nie znamy się dobrze, a ponadto każdy ma swoje własne ograniczenia. W Londynie jest ogromny potencjał, ale nie oznacza
— Sting stanowczo jest moim pragnieniem, w kontekście muzycznym oczywiście. Poprzeczka wysoko postawiona, ale cele, nawet te, wydawałoby się na dany moment nierealne, mobilizują do działania. A sala koncertowa? Jest miejsce w którym chciałabyś zaśpiewać? Nie mam wątpliwości — Wembley. Ilość miejsc na widowni to 1% mieszkańców Londynu. To byłoby coś! A sala? (zastanowienie) — Royal Albert Hall. I byłaby to opera? Raczej nie. Choć opera czasem pojawia się w moich sennych marzeniach. Tak poważnie... głos
od początku najwięcej serca miałam do śpiewu
foto: Elina Papaskiri
to, że każdy, nawet ten, który miał okazję grać z największymi, jest tak samo starannie wykształcony, że muzycznie jest na najwyższym poziomie. Współpracowałaś z wieloma znanymi postaciami. Wśród nich: Toni Cimorosi, Nicole Henry, Juliusz L. Green, Igor Butman, Boris Frumkin, Anatolij Gierasimow, Didier del Aguila, Adam Lewandowski, Wojciech Gogolewski. Jakie jest Twoje marzenie, z kim chciałabyś zaśpiewać/zagrać? Z żyjących jazzowych artystów odnalazłabym się na scenie z Bobbym McFerrinem. Uwielbiam improwizację. Wśród moich marzeń jest też artysta, z którym chyba każdy z muzyków chciałby zaśpiewać
14
POST SCRIPTUM
operowy trzeba ćwiczyć, a ja jestem różnorodna, chcę robić muzykę dla różnej publiczności. Ważne, aby ta publiczność była wymagająca. Nie lubię kompromisów, nie lubię chodzenia na łatwiznę. Nauczyłam się też cierpliwości i systematyczności w swoich zawodowych działaniach. Jaki jest Twój ulubiony instrument? Jaki powinien być w zawsze na scenie? Moim ulubionym instrumentem jest chyba bas. Wymagający. Zdarzyło mi się zagrać koncert jedynie przy akompaniamencie basu. Oczywiście każdy instrument może być szczególny, dawać coś niepowtarzalnego. Ważne, kto jest mózgiem danego instrumentu. Ja osobiście lubię grać na fortepianie,
ale teraz wracam do skrzypiec. Wiele lat temu nie były moim instrumentem. Czułam, że do gry na nich zostałam w jakiś sposób zmuszona. Podkreślasz, że potrafisz zaśpiewać wszystko. Nie chcesz się ograniczać, zostać zaszufladkowana. Wiem, że ostatnio robi furorę w internecie Twoje nagranie operowe do muzyki filmowej. Zgłosiłaś to nagranie do konkursu (https://www.youtube.com/ watch?v=VGcZl2thsCM). Marzenia się spełniają. Tak, miałam przyjemność wyprodukować ten utwór z moim znajomym kompozytorem i faktycznie widzę, że pojawiło się duże grono tzw. followersów w mediach społecznościowych. Dodam, że operowym głosem nie śpiewałam już chyba 10 lat. Jesteś niesamowicie skromna. I olśniewająco piękna. Powiedz, czy w opanowanej w wielu sytuacjach przez mężczyzn branży muzycznej jesteś postrzegana jako charyzmatyczna, obdarzona niesamowitym głosem, zdolna Tamara Raven, czy raczej próbują traktować Cię jak piękną maskotkę? Niestety zdarza się, iż mężczyźni, zwłaszcza w branży aktorskiej, muzycznej, telewizyjnej, nie chcą widzieć umiejętności. Traktują artystki powierzchownie i bez należytego profesjonalizmu. W czasach #metoo, coraz więcej kobiet, sławnych i wartościowych, przyznaje się do doświadczeń molestowania czy złego traktowania. Staram się ucinać znajomości, które nie przynoszą profesjonalnej współpracy. Stwarzam dystans. Oddalam się. Jestem więc postrzegana jako artystka z trudnym charakterem. Ostatnio nawet słyszałam o sobie, że jestem harda (śmiech). To oczywiście jest nieprawda, choć upór i stawianie granic odziedziczyłam po przodkach. Z drugiej strony jestem bardzo emocjonalna. Tamaro, 7 marca tego roku, tuż przed pandemią i całkowitym lockdown odbył się niezwykły koncert. Tu wracam do Twojego ulubionego instrumentu. Zaśpiewałaś przy akompaniamencie jedynie gitary basowej, na której grał francuski basista Didier del Aguila. To Wasz drugi wspólny koncert. Inicjatorka przedsięwzięcia zgromadziła na nim ludzi wielorako uzdolnionych, z pasją. Kilka dni później świat wyglądał zupełnie inaczej, a dystans społeczny stał się najważniejszą zasadą egzystencji. W wydarzeniu uczestniczyło kilkadziesiąt osób, dwoje z Was przyleciało specjalnie z zagranicy. Nikt nie zachorował. Szczęście? Dobra energia?
szczęścia, że praktycznie w ostatniej chwili przed pandemią wydarzenie doszło do skutku. I było cudowne. Mimo tego, że ja już miałam problemy z drogą powrotną do Anglii i moja podróż trwała bardzo długo, to nie żałuję. Ostatni koncert na żywo, przed innym światem. Nie zapomnę go. Mam też nadzieję, że publiczność bawiła się doskonale. Plany na przyszłość? Nowa płyta czy media internetowe? Płyta na pewno. Różnorodna. Ostatnio współpracuję z różnymi muzykami i producentami, dużo nowych projektów jest w realizacji. W międzyczasie trwa promocja nowych utworów na platformach internetowych. Internet to potężne medium, a we współczesnym świecie szczególnie dobre narzędzie promocji. Zapraszam przy okazji na moją internetową stronę: www.tamararaven.com. Tamaro, kim jest dla Ciebie Mila? (Szeroki, ciepły uśmiech). Mila to moja polska babcia. Najserdeczniejsza dla mnie osoba. U Mili, a w zasadzie Emilii, obecnie 91letniej prężnej i pięknej kobiety o artystycznej duszy bywało, że abchaska młodzież grała na fortepianie Chopina. Po wojnie z Gruzją Mila zaangażowana była w pomoc uchodźcom. Los zesłał Milę mojemu bratu. Zaproponowała mu zamieszkanie w jej pięknym, podwarszawskim, artystycznym domu, kiedy po studiach przyjechał do Warszawy, aby robić specjalizację. Centralnym punktem tego domu jest do dzisiaj fortepian. Mila często siada do niego i gra. Jak gra! Ogromne okna sprawiają, że zielony ogród wchodzi do środka, a muzyka płynie… Sąsiedzi przyzwyczaili się, że mają koncerty za darmo. Do Mili przyjeżdżam, jak do swojego domu. Ona tworzy jego niezwykłą atmosferę. To moje polskie miejsce pod słońcem. A ona traktuje mnie i mojego brata, i moją córkę, która urodziła się w Polsce i spędziła dzieciństwo w tym domu, jak najbliższą rodzinę. W tym roku, jeśli tylko będzie możliwość zamierzam przyjechać do niej z córką. Ona też uwielbia Milę. Muzyka jest dla Ciebie…? Życiem. Poszukiwaniem. Trzymam za Wembley. [KBS]
Myślę, że dobra energia przede wszystkim. I sporo POST SCRIPTUM
15
LUBOMIR LEWCZEW
„ROZŁĄKA NIE CZYNI CIĘ WOLNYM”
„Stary dom dziadka miał dach z kamiennych płyt. I nawet pamiętam, że rosły jakieś trawy tam wysoko… -Gdzie jest – pytam się, stary dom dziadka?”
16
Redaktor: Елка Няголова Wydawcy: KaMPe i Akademia Słowiańska
Tymi słowy rozpoczynają się „Dachy” Lubomira Lewczewa, wybitnego bułgarskiego poety, pisarza i myśliciela, który pozostawił głęboki ślad nie tylko w bułgarskiej, lecz również w europejskiej kulturze. Wiersz ten powstał w roku 1971, a więc na długo przed moim pierwszym bliższym spotkaniem z Bułgarią, jej kulturą, językiem, tradycjami i wszystkim tym, co składa się na dzisiejszą „bułgarskość”. Bułgarskość, która na przestrzeni lat stała mi się niezmiernie bliska i w pewnym stopniu wymieszała się z moją „polskością”. I choć wiem, że „Dachy” osadzone są w zupełnie odmiennym kontekście, czytając słowa otwierające ten utwór, dokonuję swoistej „parafrazy myśli” w nim zawartej i powracam do czasu spędzonego w Bułgarii – wpierw Warnie, do której wraz z moją rodziną przybyłem przeszło 20 lat temu, by objąć funkcję Konsula Generalnego RP, a następnie w Sofii, gdzie spędziłem cztery wspaniałe lata, piastując urząd Ambasadora RP. Był to bardzo ważny okres w moim życiu, nie tylko zawodowym, lecz również prywatnym. W Warnie oraz w Sofii poznałem bowiem wiele osób, które zostały i wciąż są moimi przyjaciółmi. Ten „Stary dom dziadka” przypomina mi chwile spędzone z moimi bułgarskimi przyjaciółmi w ich starych, rodzinnych domach „na wsi”, czy to pod Warną, czy to koło Sofii. Był to też okres wytężonego poznawania wspomnianej „bułgarskości”. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Lubomira Lewczewa, który zwrócił moją uwagę metaforycznością języka, pewnym mistycyzmem oraz stylem, które udało mi się docenić dopiero po upływie lat, gdy moja znajomość języka bułgarskiego była już na tyle dobra, by uchwycić jego niuanse. Dziś z nieskrywaną przyjemnością i – przyznaję to – po dłuższej przerwie, mogę powrócić do tych czasów dzięki niniejszemu tomikowi. I choć Lubomir Lewczew był już tłumaczony na język polski, to od tego czasu upłynęło wiele lat. Dlatego cieszy mnie, iż nie tylko ja, lecz również wszyscy polscy czytelnicy będą mieli okazję ponownie zapoznać się z twórczością poety, co niezmiernie ważne, w bardzo dobrym przekładzie autorstwa Aleksego Wróbla i Teresy Moszczyńskiej-Łazarowej. Cieszy mnie też, że literatura bułgarska jest w ostatnich latach coraz częściej tłumaczona na język polski, dając nam możliwość bliższego poznania Bułgarii, która, jak sam się o tym przekonałem, jest krajem nie tylko pięknej przyrody lecz również bogatej kultury nieustępującej swoim bardziej znanym europejskim „kolegom”. I zanim pozostawię czytelników sam na sam z twórczością Lubomira Lewczewa, pozwolę sobie na jeszcze jedną parafrazę jego myśli zawartej w wierszu „Bez łez”, gdzie czytamy, iż „rozłąka nie czyni cię wolnym”. Albowiem, choć z Lubomirem Lewczewem rozstaliśmy się na zawsze w 2019 r., to ku naszemu szczęściu, to pożegnanie nie stanowi rozłąki z jego twórczością.
Krzysztof Krajewski Dyrektor Protokołu Dyplomatycznego MSZ RP Konsul Generalny RP w Warnie (1998 - 2003) Ambasador RP w Bułgarii (2014 - 2018) Kawaler Orderu Stara Płanina I Stopnia (2018) Honorowy obywatel Warny i Aksakowa
POST SCRIPTUM
Fotografie udostępnione przez rodzinę Lubomira Lewczewa
Lubomir Lewczew Любомир Левчев Pora samotnego świerszcza Сезонът на самотния щурец PIEŚŃ O GARCII LORCE
PO WYPITYM KONIAKU
KAPRYS № 1
Gdy umrę… pochowajcie mnie z gitarą… (F.G. Lorca)
Teraz idźcie sobie wszyscy życzliwi, doradcy, zatroskani kim będę!… …Chcę być blaszanym kapslem od butelki z lemoniady. Chcę, by moja córka, ubierając się rano, schowała mnie w kieszonce fartuszka. Aby w przedszkolu miała przy sobie coś z domu. Ponieważ tam nie wolno wnosić takich rzeczy. A są tak niezbędne!… W razie potrzeby nagle zabłysnę – zębaty, srebrny niczym gwiazda. A moja córka się uśmiechnie… Złamiemy ten zakaz!
Jeśli kiedyś zrobię karierę (a twierdzą, że to nieuniknione) gdy zajdę tak wysoko, że z zewsząd będą dzwonić, wtedy śmierć uczynię moją sekretarką. I gdy będziecie mnie szukać, ona odpowie, że mnie nie ma. – Ale mimo wszystko… tylko na chwilę… – Nie! – powie. – W ogóle go nie ma! A ja przez całą tę nieskończoność czasu będę patrzył przez okno jak spadają liście lub rozkwitają zielenią, jak odległa kopuła kościoła przypomina filiżankę kawy, odwróconą do wróżenia, jak dziewczyny przeglądają się w szklanych drzwiach i jak wy myślicie, że mnie już w ogóle nie ma.
Gdzie jest ta krwawa Grenada? Gdzie jest twój grób? Kogo mam zapytać? Czyżby ogierów, które rżą i ryją kopytami piasek, czy orłów białobrodych zе szczytów Nevady… Daleko, daleko jest Grenada!… Czy niebo jest tam błękitne? A mirty zielone?… Nie wiem. Ale ty przecież umarłeś za Grenadę. Tam, gdzie śpiewają seguidillę, w tej ziemi hiszpańskiej zgniły skrwawione koszule moich braci. Daleko, daleko jest Grenada!… Ale ty jesteś bliski! Nie szukam twojego grobu, by cię opłakiwać. Nad twoim grobem zaśpiewam pieśń, gitara zabrzmi wesołą nutą. A na twojej nagrobnej płycie naostrzę kastylski sztylet – na następny bój! Tłumaczenie z języka bułgarskiego: Teresa Moszczyńska-Łazarowa i Aleksy Wróbel POST SCRIPTUM
17
ochał sarny. Były takie piękne i miały takie ufne oczy. Onieśmielały go tą swoją ufnością, oddaniem, gdy tak leżały bez ruchu, czekając aż z nimi skończy. Kiedy pierwszy raz strzelił do sarny, poczuł, że ona wie o nim wszystko i przeraziło go to bycie prześwietlonym na wylot w swoim człowieczeństwie. W domu nigdy nie opowiadał o pracy. Żaden z nich nie opowiadał. Między sobą zresztą też nie rozmawiali o robocie. Bo robota, to była wielowymiarowa śmierć. Z zaskoczenia, zza węgła, z ręki starej kobiety w przeżartych brudem szmatach, z ręki dziecka
jedynie trofeami, które ktoś, na wojnę z kim cię wysłali, i kto tę wojnę prowadzi, wypreparuje z wyższych sensów, opluje i powiesi na ścianie. Ciągły strach to rak. To erozja umysłu. Wyższe uczucia redukują się do zera. Liczy się instynktowna umiejętność odczuwania mikro-sygnałów, niczym pająk, który wie, że w sieci właśnie znalazła się ofiara. Ważne staje się to, by nawet we śnie cenzurować swoje myśli. Taki strach wchodzi w fazę przewlekłą, wydawałoby się wręcz oswojoną. Robi z naszej twarzy szczelną maskę, a z oczu kamery, rejestrujące wszystko, co może stać się potencjalnym zagrożeniem. Ciało zamienia w napiętą sprężynę, gotową do skoku zawsze, nawet w chwili największego odurzenia, czy to seksem, czy wódką. Tyle emocji. Adrenalinowy haj. Później nic już nie cieszy. Wszystko
i zawiązać na supeł, żeby płynne ekskrementy, nie zalały tuszy. Przecinam skórę i mięśnie brzucha, od spojenia łonowego aż do mostka. Całuję jej brzuch. Język wędruje po delikatnej skórze, wślizguje się w zagłębienie pępka. Żeby nie przeciąć jelit w otwór po cięciu przy spojeniu łonowym wsuwam dwa palce, odciągam skórę i tnę ją nożem prowadzonym do dołu między palcami. Przecinam przeponę wzdłuż żeber. Sięgam w głąb klatki piersiowej, wyrywam tchawicę, przełyk, płuca i serce. Pieszczę jej sutki, słyszę miarowy i coraz szybszy stukot pod jej żebrami, rwący się oddech. Wkładam ręce w ciepłe ciało. Łania. Jedwabisty porządek wnętrzności, po dotknięciu którego ręce pachną jeszcze przez długi czas
o uśmiechniętych oczach, czaiła się w szepcie na bazarze i w twarzy urzędnika konsulatu. Żeby zagłuszyć nieprzyjemne szumy w świadomości i dać wyobraźni pożywkę inną, niż wizja krwawej pulpy, w którą potrafi zmienić się ciało, gadali, wygłupiali się, klęli, snuli wciąż doprawiane detalami opowieści o tym, jak się kozakowało, jadąc na kolejną akcję, jak się piło, co się paliło, jak się bajerowało miejscowe dupy, jak zakładając po trzy prezerwatywy, drżało się ze strachu, że wszystkie na pewno mają hifa, bo za hifa dostaje się tutaj paczki żywnościowe, a lepiej przecież kojfnąć na hifa niż z głodu. Zgorzkniałym, wytrawionym przez stres futerałem na ego. Tym się stał. Umięśnionym, gibkim i wielozadaniowym pokrowcem, na broń, którą jest zimna kalkulacja i wygimnastykowany intelekt. O kilka razy za wiele udawał, że strach to tylko emocja. Szkolą cię tak, byś miał przeświadczenie, że jesteś myśliwym, a okazujesz się być zwierzyną łowną. Tak, jak cała twoja kultura i ideały, w które wierzyłeś. One stają się
jest zbyt mało ekscytujące. Nawet ból. Jest. Po prostu zwykły, do zniesienia. Panowanie nad sobą to podstawa. A ciało wymusztrowane w wykonywaniu poleceń, bez sprzeciwu potrafi zwyczajnie zepchnąć go w najdalszy kąt świadomości. Tylko, że z bólu nie rodzi się nic. Nic, prócz przeświadczenia, że ciało, ten niezawodny instrument nagle się zacina, zawodzi. To niebezpieczne. Niebezpieczne, ponieważ rozwiera się pustka. A taka pustka, to pole do przemyśleń i wątpliwości. Do pytań. Świat przestaje być jasny. Się ściemnia. Bezkompromisowa zerojedynkowość zostaje przesłonięta cieniem klepsydralnej ósemki, która położyła się na nieskończoność. Ciało sarny. Ułożone na grzbiecie. Ostry nóż. Podłużne cięcie od mostka do gardła. Mała leży pode mną na plecach. Język sunie po szyi, okrąża obojczyki i wraca w zagłębienie pod żuchwą... Krtań, tchawicę i przełyk należy wyciągnąć i odciąć przy samej głowie. Przełyk oddzielić od tchawicy
bardzo intensywnie – mieszaniną tego, co odrażające i pociągające zarazem. Tak, jak po wyjęciu palców z ciała kobiety. Mówił do nich “suko”. I wszystkie się karnie zgadzały. Od tlenionej cycatej z barku przy sejmie, przez długonogą z poczty, po panią doktor z kliniki szoku wojennego. Ta trochę się opierała, że to wulgarne i odczłowieczające, ale gdy brał ją od tyłu, trzymając za włosy tylko nabijała się na niego mocniej, jęczała i odwracała głowę, jak ranna sarna, która spojrzeniem prosi by ją dobić. – Zrób mi tak jeszcze – mówiły, wyginając się w łuk pod jego dotykiem i pod jego słowami. Lubił kiedy na nim siadały, wpadały w ten swój galop. Każda inaczej. Tańcząc na nim, kreśląc biodrami ósemki, po swojemu uciekając przed niespełnieniem. Bawiło go to, że wydaje im się, że nad nim panują, że mogą go na chwilę ujarzmić. Ale to on je kontrolował. I kontrolował siebie, ani na chwilę nie zamykając oczu, ani na mgnienie nie spuszczając z nich wzroku. Wydawał polecenia. Krótko,
K
18
POST SCRIPTUM
Obraz Marty Julii Piórko zwięźle. Jak do psa. Ale dotykał ich delikatnie, prawie z czułością, jak cennych trofeów, których nie chce się zepsuć nieodpowiednim ruchem ręki czy cięciem. Lubił kiedy były takie gładziutkie, dziewczęco niewinne, wydawały się wtedy bardziej uległe. Obielone sarny. Kochał strzelać. Do nich i w nie. I tylko to go jeszcze było w stanie ucieszyć. Gdyby je tak wszystkie ułożyć obok siebie, pokotem, zostałby niekwestionowanym królem polowania. Jednak w emocjach był zdecydowanie królem pudlarzy. Kiedyś wyobraził sobie, jak Mała pieści się z inną kobietą, a on patrzy na nie, a później jest raz w jednej, raz w drugiej. Ich smaki i zapachy mieszają się, a one na przemian kosztują to jego, to siebie nawzajem. Opowiedział o tym Małej. Strasznie się obraziła. A przedtem zapytała go, z przekąsem, czy nie wolałby jednak pary, bo ona też chętnie popatrzy, jak jakiś fajny koleś robi mu dobrze. Było mu głupio, bo pierwszy raz tak bardzo odkrył się przed kimś ze swoimi fantazjami i od razu dostał za to po głowie. Patrzyła na niego długo, tymi wilgotnymi, czarnymi oczami. Wszystko przez to, że kiedyś uległ durnemu czułostkowemu impulsowi i poprosił ją, żeby go podrapała po plecach, poczuł się wtedy taki rozkosznie bezbronny, ufny. Wszystko przez to, że bez sensu zabrał ją ze sobą do lasu, pokazał jak się podkłada jedzenie sarnom, pozwolił prowadzić po wertepach swojego terenowego Forda, aż piszczała z radości, a wieczorem naprawił z kolegami dymiący kominek i w domku myśliwskim siedzieli sobie przy rażącej w głowę śliwowicy. Chłopaki przechwalali się historiami z polowań i starali się nie kląć. Potem po chłopaków poprzychodziły ich żony, wkurzone, że ich mężowie gdzieś się zawieruszyli. Na widok Małej stroszyły się nieprzyjaźnie, ale po drugiej lufie zwierzały jej się z problemów małżeńskich i rodzicielskich, narzekały na swoich wielkich, muskularnych i kanciastych chłopów, jakby byli małymi niesfornymi dzieciakami, których trzeba wychować, a ona mrugała do niego porozumiewawczo i co jakiś
czas podchodziła żeby się przytulić. Kiedy towarzystwo się już rozchodziło, Grzesiek, jego serdeczny przyjaciel, odwrócił się nagle i pogłaskał Małą po rozczochranych włosach. – Pilnuj się, dobrze? – powiedział do Małej, a jemu pogroził palcem. A potem siedzieli jeszcze we dwoje, w ciepłym świetle, nad ciepłą wódką, a on jej opowiadał, o swoim psie, suce którą ojciec mu zastrzelił, bo słuchała się tylko jego, a nie ojca, o miejscach w których był i o strachu, o tym że nigdy nie mógł mówić bliskim dokąd jedzie, i że zawsze czuł się jak w podróży dokądś, i że to było po coś, dla kogoś, a teraz podróżuje bez celu, drogą donikąd i strasznie się tej bezcelowości boi. – Wiesz, co mnie zachwyciło? Że nigdy nie pytałaś o nic… Nigdy nie naciskałaś, żebym ci o czymś opowiedział, czekałaś aż sam powiem… A jednocześnie, po prostu wiedziałaś o mnie wszystko. Całowała go wtedy tak czule, liżąc jego usta i, badając każdy skraweczek skóry na karku. Przypomniała mu, jak to jest po prostu odczuwać. Zamknąć oczy i wsiąknąć w czyjeś ręce, zapominając o narzuconym sobie podziale na sfery dotykalne i niedotykalne, na niezgłębione strefy, w które nigdy nie pozwalał wślizgnąć się niczyim palcom, czy językowi, trwać tak, aż do momentu, gdy gorącą strugą wybuchnie się,
między ciepłymi piersiami, a ktoś otuli wargami i otoczy językiem najwrażliwsze, pulsujące miejsce i pozwoli ci tak zasnąć. Obudził się na kanapie sam, otulony kocem. Mała spała na antresoli, w podwójnym łóżku. Była śliczna, zakopana w kołdrę po uszy, z policzkami zaróżowionymi od snu. Podszedł. Patrzył na nią długo. Zalała go czułość. Wyciągnął rękę w kierunku jej twarzy. Cofnął. Zerwał z niej tę kołdrę jednym gwałtownym ruchem i nie czekając aż się obudzi zerżnął ją od tyłu, wciskając jej głowę w poduszkę i nie pozwalając na siebie spojrzeć. Leżała całkiem nieruchomo. Jak manekin. Nie płakała. Nie odzywała się. Bał się jej od pierwszego momentu, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. Bał się kiedy wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Pomyślał, że tak mogłaby w zasadzie wyglądać jego śmierć. Tyle razy nosił ją na rękach. Mała bez jednego słowa patrzyła wprost na niego. Kochał ją. Była taka piękna i miała takie ufne oczy. Onieśmielała go tą swoją ufnością, oddaniem, gdy tak leżała bez ruchu, czekając aż z nią skończy. [KS]
POST SCRIPTUM
19
LOUI JOVER 20
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
21
22
POST SCRIPTUM
Loui Jover
Loui Jover, australijski artysta i utalentowany portrecista, urodził się w 1967 roku w niewielkim europejskim mieście, w małym domku z zielonymi drzwiami. Wraz z rodzicami wyemigrował do Australii jako małe dziecko. Maluje i rysuje od najmłodszych lat, a jego sztuka jest żywa i klarowna, pełna spontanicznej świeżości. Tusz, gwasz, pożółkłe stronice starych książek, zestawienie mocnych, czarnych atramentowych linii z rzędami wydrukowanych słów, nadają jego pracom niezwykłej głębi, wydają się nabierać dodatkowego znaczenia. Wzajemne oddziaływanie tych środków wyrazu wywołują napięcie w kompozycji, tworzą emocjonalne historie, nawet jeśli elementem jest tylko twarz. Zwykle jest to twarz kobieca — piękna, intrygująca, niepokojąca. Kobiety na obrazach Jovera niosą miłość, są silne, pewne siebie, świadome swojej urody, ale jednocześnie pełne delikatnego wdzięku i ulotnego powabu. W kameralnych ujęciach kryje się melancholia oraz zawoalowana, a przez to intrygująca erotyka.
Ile znaczeń może się mieścić w kobiecym portrecie? POST SCRIPTUM
23
24
POST SCRIPTUM
F iguratywizm
z pewną skłonnością do
Swoją przygodę ze sztuką rozpocząłeś od klasycznego oleju na płótnie, ale w pewnym momencie postanowiłeś przerzucić się na malowanie tuszem na papierze. Dlaczego? Dawno temu malowałem w zupełnie innym stylu, używając farb olejnych, ale szybko doszedłem do wniosku, że bardziej lubię rysować niż malować. Malowanie jest żmudne i pracochłonne, wymaga dużo więcej cierpliwości, której mi brak. Rysowanie jest szybkie, płynne, atrament wysycha prawie natychmiast i nie trzeba długo czekać na efekt końcowy. Mówisz, że Twoje rysunki nie zawierają historii. Ja definitywnie widzę w Twoich pracach wzruszające opowieści. Nawet jeśli dzieło przedstawia tylko twarz lub jej fragment.
abstrakcji Są w nich emocje, jest pasja, jest ruch. Zauważyłam też, że na wielu Twoich pracach pojawia się mały niebieski ptaszek. Oczywiście każdy artysta opowiada jakąś historię, bez względu na to, czy używa minimalnych środków, czy całego ich zestawu. Chodziło mi bardziej o to, że nie narzucam interpretacji. Niech widz tworzy swoją własną opowieść. Lubię sztukę, która pozwala odbiorcy wyobrazić sobie własną historię. Niebieski ptaszek (Bluebird) stanowi przeciwwagę dla postaci, które czasami mogą wydawać się samotne, oderwane, pogrążone w smutku. Ptak symbolizuje nadzieję. W niektórych pracach stanowi także element tajemnicy, a i dodaje kolorytu monochromatycznym rysunkom. Jest to też taki mój „znak firmowy”. POST SCRIPTUM
25
Czy utrzymujesz się ze swojej sztuki? Tak, zarabiam na życie rysowaniem. Jestem szczęściarzem, bo mój zawód jest jednocześnie moją pasją. Ale mam w sobie dużo pokory, nigdy nie traktowałem tej sytuacji jako pewnik. Wiem, że w każdej chwili fortuna może się obrócić w całkiem inną stronę. Rysujesz mnóstwo pięknych kobiet — głównie twarze. Kim one są? Czy ludzie pozują do Twojej sztuki? Czy pracujesz z modelami? Zostawiam sobie dużo swobody, jeśli idzie o tematykę, ponieważ interesuje mnie sam rysunek, a przede wszystkim proces jego powstawania. Moje postaci/ twarze czasami są rysowane life, przy pomocy pozującego modela/modelki, czasami inspiracje czerpię z otaczającego mnie świata, także z mediów, a bardzo często są one po prostu zmyślone, wyobrażone w mojej własnej głowie. Dla mnie najbardziej ekscytująca jest sama podróż, a nie cel. Gdzie tworzysz? Czy masz własne studio?
26
Pracuję w dwóch studiach: jedno przeznaczone jest do tworzenia większych prac, znajduje się ono niedaleko mojego domu, a to drugie, mniejsze, gdzie powstają drobniejsze rysunki, jest w moim ogrodzie. POST SCRIPTUM
Domyślam się, że miłośnicy książek mogą być zszokowani, że rysujesz na stronach wyrwanych z książek. Wiem, że używasz do tego celu tylko starych i zniszczonych książek, którym tak naprawdę dajesz drugie życie. Ale dlaczego książki? Skąd ten pomysł? Wpadłem na pomysł rysowania na stronach książek wiele lat temu, kiedy zauważyłem, że lokalny sklep charytatywny wyrzuca góry niechcianych, starych, zniszczonych, niepotrzebnych nikomu książek, które zwykle były przekazywane przez krewnych zmarłych właścicieli domów. Zainteresowałem się tymi książkami, zbierałem je ze stosów śmieci i zacząłem na nich szkicować. Tak to się zaczęło. Czyli uratowałeś je od zniszczenia… Kiedyś powiedziałeś, że tworzysz swoją sztukę na pożółkłym, delikatnym papierze ze względu na jego kruchość: „wiatr może je w każdej chwili zdmuchnąć”. Czy nie przeszkadza Ci myśl, że Twoje kreacje nie wytrzymają próby czasu? Nie chodziło mi o „dosłowne” zdmuchnięcie. Chodziło mi tylko o to, że prace, które tworzę, mają ten swoisty eteryczny, kruchy wygląd. Zawsze pociągały mnie rysunki mistrzów z odległej historii. Mają taki wyblakły koloryt, a to jest coś, co mi się podoba. Moje zamierzenie było takie, by zaczerpnąć trochę tego POST SCRIPTUM
27
Sztukę trzeba utrzymywać
w stanie snu, w przeciwnym razie stanie się ona tylko bezdusznym rzemiosłem lub co gorsza, bezsensowną komercją.
28
POST SCRIPTUM
klimatu i przełożyć na swoją własną twórczość. Być może źle sformułowałem tę myśl, co mi się często zdarza, ale nie robię tego celowo (śmiech). Poza tym uważam, że nic nie jest wieczne i tak jest to tylko kwestia czasu, zanim rzeczy się rozpadną i odrodzą w elementach, z których zostały stworzone. Wiele dzieł muzealnych wymaga ciągłej uwagi, wyglądają one świeżo i żyją wiecznie dzięki wielu osobom, które na co dzień o nie dbają i chronią przed zniszczeniem. Moje prace są spryskiwane utrwalaczem odpornym na promieniowanie UV i zawsze zalecam, aby szkło UV na pracach w ramach nie było wystawiane na bezpośrednie działanie słońca, dotyczy to wszystkich dzieł sztuki. Zwłaszcza teraz, gdy słońce jest coraz silniejsze. Którego ze znanych artystów na świecie podziwiasz najbardziej? Kiedy byłem dużo młodszy, podziwiałem Picassa za jego pomysłowość i zdolności twórcze, ale z biegiem czasu doceniałem różnych artystów, których jest zbyt wielu, by ich wymienić. A i moje gusta ciągle się zmieniają. Jakie jest Twoje zaplecze edukacyjne? Co studiowałeś? Mam dyplom z komunikacji wizualnej, w młodości studiowałem sztukę komercyjną, w wojsku byłem ilustratorem, a także uczestniczyłem w kursach z grafiki i modelarstwa. Przez pewien czas pracowałem jako grafik i brałem udział w zajęciach z praktyk sztuki współczesnej. To jest wszystko, do czego wystarczyło mi cierpliwości. Opowiedz nam o swojej służbie w armii australijskiej. Służyłem w Royal Australian Survey Corp, będącym częścią armii australijskiej. Byłem ilustratorem reprograficznym i zajmowałem się tworzeniem map, grafiką wizualną i fotografią, ze wszystkimi procedurami w ciemni. Jak opisałbyś swój styl? Figuratywny z pewną skłonnością do abstrakcji. Mieszkasz w Australii, w Twoich żyłach płynie węgierska krew, ale gdzieś wyczytałam, że urodziłeś się w Serbii. Jaka jest Twoja historia? Moja matka była Serbką, mój ojciec jest węgierskiego pochodzenia, wyemigrowali do Australii, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. To cała moja historia. Pięknie dziękuję Ci za rozmowę i życzę samych sukcesów. [RC] POST SCRIPTUM
29
Wystawa Aqvart orapista
RELACJA
w pałacu Scuola Grande di San Teodoro
W e n e c j a 2020
30
POST SCRIPTUM
J
ako magazyn artystyczny promujący kulturę, jesteśmy wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego i wartościowego. Tym milej nam, jeśli dotyczy to kogoś, kto gościł na naszych łamach. We wrześniu w Wenecji odbyły się trzy równoległe wydarzenia: festiwal filmów, wystawa niezwykłego malarstwa oraz historyczne regaty. Przepiękne dwa polskie akcenty: Małgosia Szumowska w konkursie głównym 77 Festiwalu Filmowego i nasz Orapista, Krzysztof Konopka, na otwarciu Międzynarodowej Wystawy Aqvart, w pałacu Scuola Grande di San Teodoro. Materiał autorstwa Katarzyny Brus-Sawczuk o Krzysztofie Konopce ukazał się w poprzednim numerze Post Scriptum. Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie zajrzyjcie. Warto, bo Orapizm jest nowym oficjalnym głosem w sztuce abstrakcyjnej. Co działo się w Wenecji? Wystawa Aqvart narodziła się z potrzeby podkreślenia, jak ważna była od zawsze woda w rozwoju urbanistycznym miasta. Została zainicjowana przez architekta i krytyka sztuki Margheritę Blonską Ciardi, która od wielu lat prowadzi Studio Artemisia zajmujące się sztuką i architekturą. Woda dawała życie, umożliwiała rozwój, handel i przemysł, a przemyślana konstrukcja i forma budynków połyskujących w świetle słońca, znajdowała odbicie w wodzie. Cała sztuka wenecka powstawała dzięki bliskości człowieka i wody. A woda od wieków była inspiracją malarzy. W pałacu San Teodoro, który jest jednym z najstarszych budynków Wenecji i równocześnie miejscem koncertów muzyki Vivaldiego, swoje obrazy zaprezentowali twórcy z USA, Izraela, Polski, Luksemburga, Anglii, Szwecji, Chorwacji. W sobotę, 5 września, niezwykłą wystawę, przy dźwiękach muzyki Ennio Morricone, otworzyła czerwona, plastyczna kreacja galowa zainspirowana Orapizmem – obrazem “Podróże weneckie” Krzysztofa Konopki. Pokaz mody florenckiego atelier Alta Moda Giuliacarla Cecchi i prezentowane obrazy zachwyciły znakomitych gości. Wystawa, która została umieszczona na liście narodowych wydarzeń kultury włoskiej nazwanych “ Le citta’ in festa” (“Miasto Sztuki “), odbyła się pod patronatem Miasta Wenecji. Jednym z gości honorowych był architekt i artysta Gianni Arico, autor fasady weneckiego teatru Goldonii i pomników dedykowanych Vivaldiemu. Wydarzenie było transmitowane przez telewizję wenecką. Towarzyszyły mu nocne koncerty Vivaldiego grane przez weneckich muzyków ubranych w siedemnastowieczne kostiumy. Mimo wielu ograniczeń związanych z pandemią, do miasta przyjechało wiele ważnych osobistości ze świata sztuki, kina i kultury, a także dużo turystów. Udowadnia to jeszcze raz, że dla Włochów życie jest silniejsze od śmierci, a maksyma humanistów “carpe diem” jest głęboko zakorzeniona w tutejszej kulturze. Wystawa została entuzjastycznie przyjęta przez publikę – obecną na miejscu i tę online. Może do Wenecji? Krzysztofie dziękujemy Ci, że mogliśmy Cię gościć na naszych łamach. [PS]
POST SCRIPTUM
31
Striptiz intetektualny Rok 2013 – powstaje wzruszający film o młodym człowieku, którego umysł zamknięty jest w niewładnym ciele. Temat, który pojawiał się już na ekranie. Trudno jest zagrać taką rolę, jeszcze trudniej prowadzić aktora, który ma grać niewładnym ciałem, niewładnym głosem, a jeszcze trudniej, kiedy bohater w wielu scenach filmu gra jako dziecko. Z tym wyzwaniem zmierzył się jeden z charyzmatycznych polskich reżyserów – Maciej Pieprzyca, a niepełnosprawnego chłopca po porażeniu mózgowym zagrało dwóch aktorów – w wieku dziecięcym Kamil Tkacz, a rolę dorastającego chłopca odtworzył Dawid Ogrodnik. Skąd pomysł na ten poruszający film? Czy trudno go było zrobić? (Pytam Macieja w trakcie naszej rozmowy na zoomie). Film ten jest dedykowany Ewie Pięcie. To koleżanka, młoda reżyserka, która w latach dziewięćdziesiątych zrobiła dokumentalny film Jak motyl. Była to historia chłopca z porażeniem mózgowym. Nagle, tragicznie zmarła. O swoim projekcie opowiadała mi wielokrotnie, miała też nadzieję, że może kiedyś na bazie tego dokumentu powstanie film fabularny. Kilka lat później zobaczyłem jej film, przypomniałem sobie nasze
32
POST SCRIPTUM
rozmowy i pojawił się pomysł… Długo dokumentowałem, zbierałem informacje, spotykałem się z bohaterem filmu Ewy, ale również z rodzinami, które miały dzieci z porażeniem mózgowym. W mojej pracy i warsztacie reżyserskim generalnie ta cała droga dokumentacyjna przed filmem jest długa i najważniejsza. Bardzo starannie przygotowuję się, analizuję całą historię, pracuję też długo z aktorami. Praca na planie jest jedynie konsekwencją tych przygotowań. Trzeba było zastanowić się, jak opowiedzieć ten film, żeby ktoś chciał go wyprodukować i ktoś go chciał oglądać. Główny bohater ani nie mówił, ani nie chodził, więc trudne jest skupienie zainteresowania widzów przez dwie godziny nad taką historią. Nie było łatwo na początku przekonać producentów do tego filmu. Ponieważ proces ten trwał długo, więc aby samemu ułożyć sobie to w głowie, zacząłem pisać książkę (o tym samym tytule Chce się żyć przyp. red), Zygmunt Miłoszewski, którego znałem, a który był już wtedy znanym pisarzem, przeczytał scenariusz filmu i powiedział Beacie Stasińskiej z wydawnictwa WAB, że jest taki scenariusz i pomysł, ona skontaktowała się ze mną i zaproponowała mi napisanie książki. Wtedy powstała pierwsza, jeszcze surowa wersja. Zacząłem realizację filmu i zarzuciłem pisanie. Książkę dokończyłem po zrealizowaniu filmu.
Maciej Antoni Pieprzyca
Maciej Pieprzyca i Katarzyna Brus-Sawczuk
– polski reżyser filmowo-telewizyjny scenarzysta, dziennikarz dokumentalny. Profesor sztuk filmowych. Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach (1989), Studium Scenariuszowego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi (1990) i reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego (1993). Reżyseruje filmy dokumentalne, fabularne, sztuki filmowe, seriale. Filmy w reżyserii Macieja Pieprzycy były wielokrotnie nagradzane na licznych festiwalach polskich i międzynarodowych.
nie od razu wiedziałem, że chcę być reżyserem Dlaczego powierzyłeś tę rolę Dawidowi Ogrodnikowi? Dawid Ogrodnik był świeżo upieczonym absolwentem Akademii Teatralnej w Krakowie. Przyszedł na zdjęcia próbne. Był najlepszy wśród grupy 70/80 młodych aktorów, których sprawdzaliśmy do tej roli. Przygotowania do filmu trwały długo. Ponadto oprócz dorosłego aktora musieliśmy znaleźć odtwórcę młodocianego Mateusza i muszę powiedzieć, że było to dużo trudniejsze. Musiałem przesuwać termin zdjęć, bo długo nie miałem kandydata, który dałby radę zmierzyć się z rolą niepełnosprawnego dziecka. Myślę, że miałem duże szczęście, iż trafiłem na Kamila Tkacza, który zagrał małego Mateusza w sposób niesamowicie wiarygodny. Obie role przejmujące. Masz swoich ulubionych charakterystycznych aktorów. Jakie trzeba mieć cechy, żeby być aktorem Macieja Pieprzycy? Myślę, że nie będę oryginalny, jeśli powiem, że zwykle reżyserzy, jeśli pracowało im się dobrze z jakimś aktorem, lubią do niego wracać. Rzecz jasna, jeśli mają dla niego propozycję roli. Nie wszystkie role są odpowiednie dla konkretnego aktora. Jak reżyseruję, to cały oddaję się filmowi, więc równocześnie oczekuję tego samego od aktorów. Lubię pracować z aktorami, którzy są kreatywni, bardzo poważnie traktują to, co robią i podchodzą do odtwarzanej postaci indywidualnie, Lubię ten proces,
jak przygotowują się do roli na długo wcześniej, zanim wejdą na plan filmowy. Czy aktorzy odgrywający rolę pensjonariuszy ośrodka opiekuńczego to prawdziwi pacjenci? Tak, było to możliwe dzięki temu, że współpracowaliśmy z ośrodkiem opiekuńczym w Międzylesiu, za zgodą rodziców i opiekunów wystąpili oni w filmie. Znaliśmy ich, spędziliśmy z nimi sporo czasu, więc chcieliśmy, żeby zagrali w filmie. Dlaczego reżyserię skończyłeś w Katowicach? Ja nie od razu wiedziałem, że chcę być reżyserem, raczej chciałem pisać. I od dziennikarstwa zacząłem. Potem dowiedziałem się o studium scenariuszowym w Łodzi i tam wysłałem swoje opowiadania. Zakwalifikowałem się do egzaminów, zdałem i to był pierwszy krok w kierunku filmu od strony literackiej. I wtedy złapałem bakcyla, postanowiłem, że jednak moje życie nie będzie związane z dziennikarstwem. Uświadomiłem sobie, że chcę robić filmy. Dlaczego Katowice? Tam na reżyserię można było zdawać już po studiach. Kiedy zdawałem miałem 24 lata i edukację w dwóch szkołach wyższych, nie chciałem konkurować z maturzystami.
POST SCRIPTUM
33
Masz jakiegoś szczególnego nauczyciela, którego wspominasz? Który wpłynął na to, jaką poszedłeś drogą? Studiowałem w trudnych czasach, na początku lat 90. Na naszych oczach zmieniał się ustrój, stare zasady finansowania uczelni artystycznych upadły, a nowych jeszcze nie było. Zmieniały się też zasady finansowania szkół artystycznych. Brakowało pieniędzy na realizację etiud filmowych. Przez dłuższy czas nie robiliśmy żadnych praktycznych ćwiczeń, nie realizowaliśmy etiud. Jednak oczywiście byli mistrzowie, którzy mieli na mnie wpływ. Szczególnie wspominam Wojtka Marczewskiego, z którym miałem zajęcia na ostatnim roku w szkole. Rozmowy z nim na pewno wpłynęły na moją pracę i sposób, w jaki tworzę filmy. Jeżeli chodzi o film dokumentalny, to ważna dla mnie była postać ówczesnego dziekana Andrzeja Jurgi, pod którego opieką zrobiłem swój pierwszy w życiu film – Inna. Twoje filmy były wielokrotnie pokazywane na festiwalach polskich i międzynarodowych i nagradzane. Jaka nagroda była dla Ciebie najważniejsza? Najważniejsza nagroda…? W 1993 roku na Międzynarodowym Festiwalu filmowym w Turynie dostałem pierwszą nagrodę za mój debiut dokumentalny – Inną. Myślę, że pozostanie dla mnie jedną z najbardziej cennych. Dała mi wiarę i motywacją do tego, by wytrwać w postanowieniu, że chcę, jednak i mimo wszystko, robić filmy. Rynek pracy w drugiej połowie lat 90. dla debiutantów był trudny. Z mojego roku, ja jako jedyny robię filmy. A jaka byłaby najważniejsza? (Śmiech).
Współpraca z aktorami to z jednej strony profesjonalizm, z drugiej strony umiejętność stworzenia dobrej atmosfery. Reżyser i aktor grają do tej samej bramki, obu stronom zależy na jak najlepszym filmie. Zwykle w okresie przygotowawczym do filmu prowadzę z aktorami rozmowy, wspólnie oglądamy materiały dokumentalne, filmy, podpowiadam źródła, które pomogłyby odtwórcy głównej roli ją zbudować. Przed samymi zdjęciami, to aktor wie o roli więcej niż reżyser. Przepuszcza ją przez swoje własne doświadczenia. Staje się graną przez siebie postacią. To aktor obnaża się w swojej roli. Jest to trochę jak intelektualny striptiz. Ja mogę tylko pewne rzeczy korygować na planie, pomagać. Najważniejszy jest dobrze przepracowany okres przygotowawczy. Proces powstawania filmu to długa i pracowita droga. Ale owszem, pomiędzy reżyserem a aktorami powinna być też chemia. Macieju, Twoim pierwszym, pełnometrażowym filmem fabularnym były Drzazgi (2008). Scenariusz napisałeś ze ś.p. scenarzystą Bartoszem Kurowskim. Czy trudno Ci było wejść na rynek z filmem fabularnym? To był film dość niszowy, a kina takich filmów nie lubią. Większa publiczność obejrzała go później, w telewizji. Historia dzieje się w jednym ze śląskich miast, w ciągu kilku dni. Specyficzny klimat. Życie trójki bohaterów jest uporządkowane i przewidywalne, jednak każdemu z nich przydarza się coś, co każe mu poważnie się zastanowić nad dotychczasowym sposobem myślenia o sobie i swojej przyszłości. To nie był łatwy film. Jednak został zauważony. I nagrodzony za debiut reżyserski na 33 Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni (2008). Film wzbudził emocje, było sporo recenzji.
To trudne pytanie. Tych nagród prestiżowych jest bardzo dużo. Ale pewnie podświadomie każdy reżyser marzyłby, jeśli nie o Oskarze, to przynajmniej o nominacji do niego.
„Pieprzyca miesza realizm magiczny z opowieścią o dojrzewaniu w pejzażu jakże ukochanego przez polskich filmowców Górnego Śląska. Film zgrabny, momentami zaskakujący”. (Michał Burszta)
Czyli nie obraziłbyś się? Z jakim aktorem zagranicznym chciałbyś popracować? Kto mógłby u Ciebie zagrać?
„W debiucie fabularnym Macieja Pieprzycy Drzazgi, istotny element filmu stanowi trójka młodych aktorów: Karolina Piechota, Marcin Hycnar i Antoni Pawlicki. Dzięki tej trójce aktorów, trzy z pozoru przeciętne pod względem fabularnym nowele nabierają ciepłego, magicznego charakteru. To za pośrednictwem aktorów i ich umiejętności film ogląda się z niekłamaną przyjemnością, mimo że zaprezentowane w filmie historie nie są czymś niezwykłym lub oryginalnym”. (Katarzyna Magiera WP. film)
Jest wielu znakomitych aktorów. Trudno wymienić jednego, bo to jest kwestia historii, którą chce się opowiedzieć. Role męskie, które wywarły na mnie w ostatnim czasie ogromne wrażenie to Joaquin Phoenix w roli Jokera i Casey Affleck w filmie Manchester by the sea. Czy współpraca z aktorami może być trudna?
34
POST SCRIPTUM
Ten mój pełnometrażowy fabularny debiut był późny. Zrealizowałem wcześniej dwa filmy telewizyjne,
ale nie pełnometrażowe (Inferno i Barbórka), robiłem sztuki teatralne, czy seriale. W tym zawodzie często tak bywa, że na taki prawdziwy pełnometrażowy debiut trzeba poczekać, dorosnąć do niego. Taki był też taki czas, że nie przyszło to łatwo.
po realizacji Inferno (2001), ten scenariusz również pisaliśmy z Bartkiem, Teatr Telewizji zaproponował mi realizację jakiegoś projektu. Wpadłem na pomysł, że mógłby to być Fryzjer. Tak scenariusz filmowy zmienił się na teatralny.
Zrealizowałeś też seriale. Skąd pomysł na Kruka?
Z ciekawości: Rynek miasteczka to Pszczyna? (Śmiech).
Dobry kryminał, który ma osadzenie psychologiczne, to bardzo ciekawy gatunek filmu. Kruk nie jest moim autorskim pomysłem. W 2016 roku zrealizowałem film Jestem mordercą. Był to thriller polityczno-psychologiczny. Film został bardzo dobrze przyjęty, miał dobrą oglądalność. Bardzo spodobał się Piotrowi Dzięciołowi z firmy producenckiej Opus i on zaproponował mi projekt, który ostatecznie stał się Krukiem. Nie byłem więc autorem scenariusza, ale znalazłem swój pomysł na ten serial. Zżyłem się z nim. Film Jestem mordercą zdobył liczne nagrody. W uzasadnieniu Grand Prix festiwalu w Tarnowie: za “imponująco konsekwentny artystycznie, zanurzony w świecie lat 70., a jednocześnie uniwersalny i bardzo dziś aktualny portret człowieka zarażonego złem”. Obraz ten został doceniony w Polsce i za granicą, był wielokrotnie nagradzany: należy wspomnieć Srebrne Lwy na Festiwalu Filmowym w Gdyni, uzyskał także nagrodę za najlepszy scenariusz, Cottbus na Festiwalu Młodego Kina Wschodnioeuropejskiego za reżyserię, w Szanghaju na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym dla najlepszego reżysera. Muszę powiedzieć, że masz imponujące wykształcenie. Dziennikarz, scenarzysta, reżyser mający w swoim dorobku filmy dokumentalne, fabularne, sztuki teatralne, seriale. W roku zostałeś profesorem sztuk filmowych. A więc również nauczyciel. To jest wypadkowa wielu rzeczy. Dla mnie jako praktyka, moja praca na uczelni polega na uczeniu przede wszystkim warsztatu, praktycznej reżyserii. Prowadzę zajęcia ze scenariusza, dramaturgii i reżyserii filmowej. A ta profesura to konsekwencja długiej drogi uczelnianej. Jesteś również autorem sztuki telewizyjnej Fryzjer – to twój debiut reżyserski w Teatrze Telewizji (2003). Zgrabnie opowiedziana historia kryminalna „z życia”, zakorzeniona w środowisku małego śląskiego miasteczka. Scenariusz napisaliście wspólnie ze wspomnianym wcześniej Bartoszem Kurowskim. Doskonała rola Krzysztofa Pieczyńskiego. Fryzjer był nietypowym teatrem telewizyjnym. Scenariusz, który napisaliśmy z Bartkiem, to był pomysł na film, jednak nie mogliśmy go zrealizować. I dopiero
No tak, ryneczki śląskich miast są podobne i dość charakterystyczne Nie – to Toszek koło Rybnika. Tak, ostatnio na podobnym rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, w trakcie festiwalu filmowego Kino na Granicy, w Cieszynie. Żal tych spotkań festiwalowych na żywo… Ostatnia twoja fabularna produkcja to znów rola Dawida Ogrodnika (Ikar – legenda Mietka Kosza 2019). I nagroda. Kolejne Srebrne lwy. Czy to była od początku rola dla Dawida? Historia Mieczysława jest prawdziwa. To był wybitnie uzdolniony ociemniały pianista, który pod koniec lat 60. stał się objawieniem na polskiej scenie jazzowej. Podświadomie, od początku widziałem w tej roli Dawida. Było nawet pewne fizyczne podobieństwo pomiędzy nim, a Mietkiem Koszem. Wiedziałem również, że Dawid ukończył szkołę muzyczną, co też jest istotne, jeśli ma powstać film o muzyku. I co dalej? Powiedziałeś mi, że w przyszłym tygodniu wchodzisz na plan. Co to będzie i kiedy możemy spodziewać się czegoś nowego? Po trzech latach wracam do Kruka. Pierwszy Kruk podobał się widzom, więc powstanie drugi sezon serialu. Spodziewam się, że produkcja zostanie zakończona w styczniu, więc publiczność jeszcze chwilę musi zaczekać. Przede mną pracowity czas. Co potem?
Chciałbym wydać swoje opowiadania.
Pewnie jeszcze wielokrotnie nas zaskoczysz. [KBS]
POST SCRIPTUM
35
TIKI TIKI
– Mamy dosyć powiększoną macicę. Nie wiem. Nie jestem pewien, ale... nie wykluczam ciąży. Doktor S. patrzył na mnie zatroskanymi oczami zza zamglonych okularów. Pod okularami rozpościerały się sumiaste wąsy, a pod wąsami... moje bladosine z przerażenia i dyskomfortu całej tej sytuacj, kolana... – To niemożliwe. Mam przecież spiralę. Sam mi pan ją zakładał... – Tak, pamiętam... Ale, wie pani, pani Ewo, że zawsze jest jakieś ryzyko, jakiś margines błędu... A poza tym jej nie wyczuwam... Poczułam, że albo natychmiast ucieknę albo zemdleję. Jedno i drugie było słabym rozwiązaniem, zważywszy na pozycję, w której leżałam, wróć. Siedziałam? No, w każdym razie tkwiłam... – Nie dam sobie głowy uciąć, ale raczej mamy tu ciążę. „No pewnie, że nie dasz , Doktorku, bo to ja, osobiście, zaraz ci tę głowę zmiażdżę kolanami!“–
36
POST SCRIPTUM
Renata Cygan
Katarzyna Jamróz
RC
to były moje chwilowe, kryminalne marzenia, ale żadne mądre słowa nie przychodziły mi do głowy. A poza tym jacy „my“, do cholery?! To moja macica, mój brzuch, moje nerwy!!! No i moja ciąża... Nie! To żart!!! – przecież to wszystko niemożliwe!!! – Jeżeli ma pani czas, pani Ewo, to zrobilibyśmy USG i KTG w szpitalu. Mam dzisiaj dyżur. Dobrze się składa. Nic się dobrze nie składało, ale za parę minut jechałam już za skodą octavią Doktora S. Kraków o tej porze był już trochę wyciszony. No, może nie do końca. Ale przejezdny. Nie wiem kiedy i którędy dotarłam pod szpital. Zaparkowałam obok skody Doktora S. Piękny budynek, stary , monumentalny szpital ze starodrzewiem przed frontem, i klimatem sprzed lat. Wciągnęłam sporą dawkę czerwcowego powietrza, nasyconego akacjami, jaśminem i całą resztą alergenów, i przypomniałam sobie natychmiast po co tu przyjechałam...
Z uchylonych okien na drugim piętrze dobiegały jęki i krzyki kobiet, a co chwilę wtórował im płacz i krzyk tych... dopiero co urodzonych tych… noworodków, osesków, czy jak to się, do cholery, nazywa... No, w każdym razie, kurwa, sielankowy nastrój!!! Doktor S. był już na drugim piętrze, a ja z trudem pokonywałam stare schody. Na półpiętrze złapałam zadyszkę... To z nerwów. Na pewno z nerwów, no bo z czego innego. Kondycję mam niezłą. Zasapana weszłam do szpitalnego gabinetu. – O, jest pani, pani Ewo! – Tak, trochę zabłądziłam po schodach. Doktor S. usiłował ukryć rozbawienie moim kłamstwem, ale chyba nie miał świadomosci, że zdradzały go, podskakujące rytmicznie wąsy! – Czy mam się rozebrać? – Nie, pani Ewo. Proszę się położyć i tylko odsłonić brzuch. „Tylko odsłonić brzuch“– czyli spokój, zwłaszcza, że już wcześniej w gabinecie odsłoniłam absolutnie wszystko, co się dało. No, to teraz zupełny luz i relaks. Gabinet szpitalny był wysoki, wypełniony sprzętem, zupełnie inny od prywatnego gabinetu Doktora S. Tam były na ścianach jakieś kojące obrazki, kwiaty. Tam przede wszystkim były ściany!!! Tu królowały wszechobecne białe kafelki. Kafelki, wypalane chyba jeszce za komuny, rządziły. Dosłownie wszędzie. A tam, gdzie z jakichś powodów nie dało się ich położyć, całości dopełniała smutnozielona lamperia. – Może być teraz przez chwilę uczucie zimna na brzuchu. – „Ależ oczywiście... Byleby to już było ostatnie na dzisiaj ekstremalne uczucie“– pomyślałam. Doktor S. starał się, jak mógł. Chciał zrobić wszystko, żebym poczuła sie jak w gabinecie odnowy biologicznej albo jakimś innym SPA. – „Tikitikitikitikitikitikitikitikitkitikik“– doszło z głośników KTG. – Boże! Co to jest??? – Serduszko! – Jak to? – lamperie z kafelkami wirowały mi przed oczami. Było mi niedobrze. – Jakie serduszko?? W brzuchu??!! – może nie było to najmądrzejsze pytanie, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, ale przecież trudno zadawać mądre pytania, gdy się człowiekowi nagle wali sufit na głowę! Doktor S. patrzył na mnie spokojnie odparowanymi już okularami. Jemu się wszystko zgadzało. Pewnie już nie takie rzeczy widział. – Tak. Gratuluję. Jesteśmy w ciąży. Boże! Znowu to „ MY“! Co oni sobie myślą, do ciężkiej cholery... To mój brzuch! Moje życie! I Moje...
– „Tikitikitikitikitiki“– rozległo się w tym wykafelkowanym, do bólu zmywalnym, gabinecie. To było „tikitiki“ dziecka. Mojego dziecka. *** Deszcz padał w zasadzie bez przerwy. Od rana do rana. Groźba powodzi była coraz bardziej realna. Po ciężkiej i, co tu dużo mówić, nudnej próbie, do jakiegoś kolejnego oratorium na głosy aktorskie, orkiestrę symfoniczną i wytrzymałość całego kworum, wsiadłam w samochód i ruszyłam do stolicy. Tam czekał na mnie Bartek. I rozwiązanie wszystkich problemów, jakie do tej pory spędzały mi sen z powiek. Rozmowa na temat „tiki tiki“ była dosyć krótka. Bartek nie był przygotowany na „tiki tiki“, a jego mama, której do tej pory wciąż nie poznałam, nie była gotowa do roli babci. No cóż… Trzeba więc będzie „załatwić sprawę“. Jechałam jak w malignie. W mózgu wszystko już miałam, dzięki Bartkowi, poukładane. W sercu miałam totalną rozsypkę. Jutro o dwunastej nie będzie już problemu. Nie będzie „tiki tiki“. Tak! Tak będzie dobrze! W każdym razie lepiej dla wszystkich. Lepiej dla Bartka, dla mnie, dla jego, niedojrzałej do roli babci, mamy, dla wszystkich! Sting śpiewał, że kobiety tańczą same. „They dance alone... they dance alone...“. Płyta działała terapeutycznie. Tylko ten deszcz. Ten deszcz. Ciągle padał. Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale nagle moje volvo zaczęło tańczyć po autostradzie. Uderzyło w słupek, zaczęło się obracać w różnych kierunkach, nie miałam poczucia, że to ja prowadzę, to było coś innego. „Nie wolno ci hamować!, Pamiętaj, że nie wolno hamować, musisz... musisz ratować... swoje...“. Huk był straszny. Wreszcie udało mi się zatrzymać samochód. Patrzyłam na to, co wyrosło przed moimi oczami. Na klapę od maski mojego samochodu, która rozprzestrzeniała się przed przednią szybą niczym głaz narzutowy. Zaraz to zamknę i pojadę dalej. Nie ma problemu. Trochę mi się nogi trzęsą i jest mi słabo. Ale to normalka w takiej sytuacji. Chyba. [KJ] Fragment niewydanej powieści.
POST SCRIPTUM
37
38
POST SCRIPTUM
ŁOZOWSKO WIELKIE ZAKOCHAŃCE WODA ŁĄKA BYŁO SOBIE DRZEWO MAKOWE DAMY ZALOTNIKI
KRZYSZTOF SYLWESTER
ŁOZOWSKI Urodził się w 1970 roku w Sosnowcu. Po ukończeniu Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Katowicach studiował animację filmową w Policealnym Studium Artystycznym w Bielsku-Białej. Jest także absolwentem plastyki w Studium Nauczycielskim w Katowicach. Studia z malarstwa i rysunku rozpoczął w 1993 roku na Wydziale Artystycznym w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Śląskiego, które z dyplomem ukończył w 1998 roku. Artysta zajmuje się wieloma technikami: malarstwo olejne i akrylowe, rysunek, malarstwo na starym drewnie, akwarela, (eksperymenty z papierem czerpanym z całego świata), projektowanie lalek, techniki autorskie, fotografia, projektowanie graficzne. Stworzył wiele cykli, m.in.: Miasto Łozowsko Wielkie, Makowe damy, Wybierz swoje drzewo, Bajki dla dorosłych, Drewniany świat, Woda. Jest autorem wielu indywidualnych i zbiorowych wystaw w kraju i za granicą. Ponadto jego prace znajdują się w prywatnych kolekcjach na całym świecie. Art Gallery www.lozowski.art.pl lozowski.krzysztof@gmail.com
POST SCRIPTUM
39
40
POST SCRIPTUM
“Blejtramy są stanowczo za małe, by zamknąć w sobie magię Miasta Łozowsko Wielkie. To miasto-paleta, rozlewa się szeroko poza granice płótna, wodzi na pokuszenie wyobraźnię i bawi się zagadkami. Posłuchaj tylko, jak szepcze, śpiewa, chichocze... Rozjarzone opiekuńczymi Duszkami powietrze, jest leciutkie, jak one same. W ulicach, kipiących rozdokazywanymi kolorami, Mamidła bawią się w chowanego, Ptaki-Pokraki gadają z księżycem, a westchnienia Makowych Dam mieszają się z niewinnymi kłamstewkami, przycupniętymi na długim nosie drewnianego chłopca. Nie wiadomo, czy istnieje tu noc, bo nawet fiolety, zawieszone nad dachami pędzlem artysty, są ledwie zapowiedzią zmysłowego zmierzchu. To Baśniowa Kraina. Kraina obietnic, pokus, ale i tajemnic zamkniętych w drzemiących, w półuśmiechach, domach. Domy – nie domy żyją, oddychają... W półśnie na jawie, śnią Łozowsko Wielkie. Zajrzyj w źrenice ich okien. Przyłóż ucho do ich sekretów. Którym Domem jesteś...?”
Grażyna Orlińska
MIASTO ŁOZOWSKO WIELKIE Domy mogą być ludźmi, kwiaty w kapeluszach
mówią, śmieją się, pajace mają zbyt duże buty i nosy. POST SCRIPTUM
41
WODA
Jak to się stało, że zostałeś artystą-malarzem? Będąc dzieckiem przyglądałem się, jak brat maluje i rysuje. Janusz jest 12 lat starszy, jest malarzem. Bardzo mi się podobało wyciskanie farb olejnych z tub i proces powstawania czegoś na białym płótnie. Nic nie było i nagle jest. Zapełniałem bazgrołami wszystko, co tylko możliwe: kartki, okładki zeszytów, stoły, ściany. Pamiętam, że poprawiałem obrazy wiszące na ścianach kredkami świecowymi. Pewnego dnia wywołałem sporą awanturę – zniszczyłem bezpowrotnie kilka religijnych obrazów. Postanowiłem dodać im dynamiki i dorysowałem ogień wokół postaci.
historii sztuki. Ustawiałem sztalugę, paletę i jak on stawałem się malarzem. I tak zostało do dzisiaj. W świecie, który wtedy sobie stworzyłem, mogłem budować przeróżne domy, miasta, mówiące zwierzęta, ptaki opowiadające bajki. Mogłem się tam bawić do woli. Rzeczywistość, w której się wtedy znajdowałem, była bardzo trudna dla dziecka, a świat malowania pozwalał uciec i znaleźć się w bezpiecznej krainie. Kim są mieszkańcy Łozowska Wielkiego?
Miasto Łozowsko Wielkie to świat fantazji, niespełnionych marzeń, radości i smutku. Dzieje Zawsze, jak sięgam pamięcią, było to się tu wszystko. Narodziło się w smutnym i bardzo bardzo impulsywne bazgrolenie, wręcz rzucanie, trudnym okresie dzieciństwa. Nie ma tu reguł, niszczenie. Śpiewałem przy tym, krzyczałem. To był wszystko jest możliwe. Domy mogą być ludźmi, taki mały dziecięcy teatr malowania. Gdy chciałem kwiaty w kapeluszach mówią, śmieją się, pajace mają narysować prostą wieżę, a zawsze w którąś stronę zbyt duże buty i nosy. Myśli się przenikają, chmury się przechylała, za karę rysowałem ją do góry nogami. śpiewają, ludzie spacerują po obłokach. W ścianach Albo ludzi umieszczałem do góry nogami. tajemniczych kamienic mieszkają przeróżne głosy, Brat widząc moje zainteresowanie, podsuwał mi patrzą na nas przez setki niedomkniętych okien. kartki papieru, zadawał tematy do namalowania, Może oceniają, może chcą dać dobrą radę, czekają, wyszukiwał konkursy (do tej pory zachował się jeden obserwują, wpatrują się. Okna będące czekaniem obraz z tego okresu). Może to właśnie pierwsza na kogoś, kto przyjdzie, przejdzie obok, zatrzyma się, praca cyklu Miasto Łozowsko Wielkie. Podczas popatrzy ukradkiem. Zdobędzie się na odwagę nieobecności brata oglądałem wszystkie albumy, i wejdzie do domu z Miasta Łozowsko Wielkie. jakie miał o malarstwie oraz książki poświęcone Ptaki Pokraki przywitają go mową nigdy nie słyszaną,
42
POST SCRIPTUM
N iekończąca się woda w milionach odcieni,
malowana szeroko,
różnymi rodzajami szpachli
kot popatrzy znudzonym wzrokiem i ostentacyjnie się odwróci. Ktoś robi pranie, ktoś szuka motyli, ktoś obserwuje wszystko z daleka. Może miasto to my sami, samych siebie tam możemy zobaczyć. Własne radości, nadzieje, kłamstwa, intrygi i próżność. Może Miasto tylko z pozoru wydaje się krainą radości… Zdaniem krytyków Twoja twórczość jest ekspresyjna. Jak Ty sam określiłbyś swój styl? Mój styl to przede wszystkim ekspresja. Duża dynamika pociągnięć pędzla, szpachli, ołówka, chlapanie, rozcieranie. Wszystko jest możliwe: każde narzędzie, owoc, warzywo może być farbą czy ołówkiem. Każda powierzchnia jest dobra na stworzenie obrazu. Zniszczenie kartonu w czasie malowania nie jest niczym złym, po prostu papier mało współpracował, trzeba go bardziej przekonać, przekupić. Czasami zdarza się, jak to nazywam, „przysypianie”: małe i dokładne pociągnięcia pędzla, również bardzo potrzebne. Jednak bez konieczności staram się ich unikać. Przebudzić się i szybko, bez zbędnego zastanawiania się godzinami, np. jakiego użyć koloru, malować. To ja rządzę płótnem, a nie ono mną. Jednocześnie bardzo ważne jest dla mnie szukanie harmonii koloru tak, aby każdy pojawiający się w obrazie współgrał z pozostałymi. Tworzył całość. Cykl obrazów „Woda”, nad którym obecnie pracuję, POST SCRIPTUM
43
daje mi takie możliwości – niekończąca się woda w milionach odcieni, malowana szeroko, różnymi rodzajami szpachli. „Piekło artysty to wieczne szukanie siebie” – na ile ten cytat dotyczy Ciebie? Cytat bardzo ważny i prawdziwy. Szukam siebie przez całe życie. Jak wspominałem wcześniej, wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Zagubiony mały człowieczek chciał się schronić, znaleźć bezpieczne miejsce. I zaczął budować swój świat z wieloma pytaniami. Dlaczego tak jest, dlaczego oni tacy są, dlaczego tutaj jestem? Co będzie jutro, czy będzie jakieś jutro? Wieczna niepewność, strach, lęk. Z jednej strony proces twórczy cały czas popycha do szukania nowych rozwiązań, nowych odpowiedzi, tematów. Powstaje wiele cykli obrazów, jednak w jednej chwili mogą się oblec w szarość. Coś pcha mnie, aby dalej szukać, myśleć, nie poddawać się, i cały czas podnosić. To taka niekończąca się opowieść. Powiedziałeś mi, że dużo jest Ciebie prawdziwego w Twoich rysunkach. Twoje rysunki są mroczne i ponure. Widzę w nich strachy, złośliwe twarze, wścibskie oczy, czarne drzewa mają szponiaste dłonie. Widzę niepokój i nieprzystosowanie.
44
POST SCRIPTUM
Czy dobrze czytam? Co myślisz o mojej interpretacji? Rysunki są bardzo ważne. Powstają przez całe moje życie nieprzerwanie od dziecka. Był czas, kiedy nie malowałem przez dłuższy czas, a rysunki powstawały. To się dzieje bez mojej specjalnej uwagi jak picie herbaty czy kawy. Przychodzi samo. Najpełniej oddają moje nastroje, wszystkie stany ducha. Są prawdziwe: kreska sama szaleje po papierze, buduje, kreśli, rozdziera, często krzyczy. Zwykle pojawiają się przeróżne głowy, typy, jak je nazywam, o wydłużonych twarzach, wielkich nosach, w kapeluszach, opatulone wielkimi kołnierzami i z wielkimi dłońmi. Czy to strachy dzieciństwa, a może i dorosłego życia, nie wiem, ale są cały czas ze mną. Wychodzą z mojej głowy. To często straszne sny, ponure myśli. Autoportrety, cykl Było sobie drzewo dziwią i cieszą, płaczą i zadają pytania. Jesteś magikiem, malujesz z pasją, masz ciekawość świata i świeże spojrzenie dziecka. Chyba wciąż dużo w Tobie małego chłopca... Jak wynika z wcześniejszych wypowiedzi, cały czas jestem małym chłopcem. Teraz już ze świadomością, że nie chcę do końca dorosnąć, stać się poważnym panem. Dziecięce spojrzenie
...kreska sama szaleje po papierze, buduje, kreśli, rozdziera, często krzyczy.
na świat jest czymś wspaniałym, rodzi dziesiątki ciekawych pytań, a odpowiedzi jak bardzo potrafią być zaskakujące i wręcz niewyobrażalne. Zarówno w sztuce, jak i we wszystkich innych dziedzinach. Każdego namawiam, aby stał się trochę dzieckiem, rozluźnił się, pozwolił sobie na odrobinę szaleństwa, powyginał się w lewo i prawo, czasami niespodziewanie krzyknął, zaśpiewał mało umiejętnie. W ten sposób często zderzają się przeciwstawne idee, a to może być początkiem czegoś nowego i wspaniałego. Bądźmy dziećmi na ile jest to możliwe.
Cały czas poszukuję nowych technik, nowych możliwości wyrazu. Bardzo lubię wyzwania. Lubię się uczyć, krok po kroku zdobywać nowe umiejętności. Pozwalają mi one później na swobodne poruszanie się w moich nowych tematach i cyklach. Aktualnie pracuję szpachlami. Maluję szybko, spontanicznie. Szukanie harmonii, o co zawsze się troszczę, jest jak układanie z klocków. To szpachle dają możliwość budowania z takich „klocków”. I oczywiście nieodłączne ołówki: noszę je w każdej kieszeni. Nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakuje mnie jakiś rysunek
W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Tworzę bez dni i godzin” – czy możesz rozwinąć tę myśl?
Od dłuższego czasu śledzę i podziwiam Twoją twórczość. W Twoich obrazach słychać muzykę i dzieje się teatr. Ile jest w Twojej sztuce planowania a ile czystej improwizacji? Chodzi mi o opowieść. Czy zasiadając przed czystym płótnem, masz w głowie gotową historię?
Zdarza mi się całkowicie zatracić w tworzeniu. Dni i godziny przestają istnieć, a wszystko jest podporządkowane pracy twórczej. Taki stan może całkowicie pochłonąć. Życie niejako przenosi się do obrazu, tam jest codzienność. Tam są również dyskusje i kłótnie. Może się to wydawać szaleństwem, ale tak właśnie wygląda proces twórczy. Parasz się rysunkiem, karykaturą, tworzysz akwarele, malujesz akrylami, olejem, na desce, płótnie, pędzlami, szpachlą. Czy masz ulubioną technikę?
Jak to trafnie określiłaś „czysta improwizacja”, szaleństwo, wariacje i próby dominują w mojej sztuce. Nie szkicuję przed malowaniem – od razu kładę farby. Nie boję się białego płótna. Często daję się prowadzić pędzlom czy szpachli. Tylko wtedy wychodzą najbardziej zaskakujące efekty, całkowicie nieprzewidywalne, czy wręcz niemożliwe. Harmonia pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Przed malowaniem staram się wyciszyć umysł,
POST SCRIPTUM
45
Jeśli mam możliwość wybieram się na łąkę lub do lasu. niejako odsunąć od siebie otaczającą mnie rzeczywistość. Musi przyjść odpowiedni czas, by pomysły, które tkwią w mojej głowie, mogły zaistnieć na papierze czy płótnie i ja temu nie przeszkadzam. Raczej czekam na odpowiednią chwilę, nie przyspieszam. Tak czeka na przykład cykl rysunków poświęconych dzieciństwu. Dodam jeszcze, że każdy obraz „prowokuje” powstanie następnego. Myślę, że w głowie mam pomysłów na kilka żyć. Ulubiony artysta Krzysztofa Łozowskiego? Ci ulubieni zmieniali się przez lata. Zawsze pociągali mnie Bosch i Bruegel oraz ich wizja świata. Sposób, w jaki obnażali lęki, słabości i ułomności ludzkie. Przeglądając albumy, odwiedzając muzea, zwracam uwagę na kolor, a raczej na zestawienie kolorów. Tutaj ukłony w stronę Claude’a Moneta.
46
POST SCRIPTUM
Tam tworzę. Wśród ptaków i mrówek. Czym dla Ciebie jest sztuka?
Sztuka to mój sposób na życie. Trwać pomimo lęku i zła, które były i będą. Sztuka to uśmiech, radość. To poczucie spełnienia. To również oczekiwanie jutra, szczególnie poranku. Często wstaję bardzo wcześnie i od razu zaczynam malować. Wtedy mam ciszę i spokój. Obrazy powstają, rozmawiają – o tak wczesnej porze można je usłyszeć. Gdzie najchętniej malujesz? Maluję i malowałem właściwie wszędzie, aktualnie najczęściej w pracowni. Jeśli mam możliwość wybieram się na łąkę lub do lasu. Tam tworzę. Wśród ptaków i mrówek.
Jesteś artystą bardzo płodnym. Czy wiesz, ile obrazów namalowałeś? Prowadzisz jakąś ewidencję?
Chyba dużo. Nie znam jednak liczby namalowanych przeze mnie obrazów. Jak wspomniałem, najwięcej jest ich jeszcze w mojej głowie, czyli tych, które dopiero powstaną. Jak długo powstaje jeden obraz? Pierwsze próby malarskie z dzieciństwa
Ostatnie obrazy powstały bardzo szybko. Mam wrażenie, że im mniej poprawek, tym lepiej. Bywa, że złoszczę się na płótno, coś zmieniam, by ostatecznie wrócić do tego, co było na początku. Czasem obraz, aby zaistnieć, potrzebuje jednej godziny, a czasami całego dnia. Nie lubię poprawek. Wolę zacząć coś od nowa. Zawsze jest możliwość, że tym razem pojawi się coś całkiem nowego, niespodziewanego, a ja sam zostanę przez obraz zaskoczony. Życzę Ci samych zaskoczeń. [RC] POST SCRIPTUM
47
ŚLEDZTWO Śledztwo:
Lem
Stanisław Lem w kryminalnej odsłonie – Stanisław w kryminalnej odsłonie
Z
anim zabiorę się za opisywanie tej książki, chcę się Wam do czegoś przyznać: Nie lubię kryminałów! Są po temu dwa powody. Pierwszy jest taki, że wyleczyłem się z romantycznej wizji dzielnych inspektorów, takich jak: Columbo czy Kojak, którzy bazując na swojej niezwykłej inteligencji pieczołowicie rozwikłują, rozsupłują najbardziej zmyślne przestępcze intrygi i w końcu, po nitce do kłębka, demaskują czarny charakter, gdy się tego najmniej spodziewał. To miła, ale niestety naiwna wizja czerpana z filmów i książek. Mając na karku kilka dekad wiem, że prawdziwi policjanci działają trochę inaczej. Zwykle wsadza się do aresztu pierwszego z brzegu delikwenta, który miał kontakt z ofiarą (przyjaciela, męża, żonę, rodzica), a potem stara mu się udowodnić winę za wszelką cenę. W życiu realnym rzuca się protestujące kobiety na bruk
48
POST SCRIPTUM
i dociska kolanem albo aresztuje demonstrującą panią wraz z rowerem, powołując się na (zdaje się niezgodny z Konstytucją) zakaz zgromadzeń, choć kobieta była (uwaga!) sama, zgromadzona jedynie z własnym pojazdem mechanicznym, jednośladowym. ympatyczny porucznik Columbo nie występuje w naturze, za to występują inni. Ci inni występują z krzaków (w pięknych okolicznościach przyrody) z radarem przy oku, bo choć teren zabudowany kończy się oficjalnie sto metrów dalej, to akurat w tym miejscu jedyne zabudowania, to drzewa i krzewy. Oni to wiedzą i kierowcy to wiedzą, ale przecież nie chodzi o wiedzę, czy zdrowy rozsądek, ale o przepisy i statystyki (żeby ilość wykrytych przestępstw się zgadzała, bo nic nie daje takiego szybkiego efektu, jak kierowca co przekroczył). iedząc o tym wszystkim, co napisałem powyżej,
S
W
przestałem lubić (a może nigdy na dobre nie zacząłem?) kryminały i zachwycać się niezwykłą bystrością umysłów wymyślonych policjantów. Wolałbym, żeby tacy występowali w przyrodzie. No, dobrze – nie chcę się czepiać. Pewnie występują i tacy, ale są okazami niezwykle rzadkimi, a ich działania zwykle nie przebijają się do mediów. drugi powód jest taki, że nie lubię też śledzić poczynań przestępców, których nie cierpię daleko bardziej od najmniej lotnego, policyjnego umysłu. Te dwa powody powodują, że omijam kryminały szerokim łukiem. Na szczęście czasem, to moje omijanie nie jest wystarczająco staranne. Dzięki temu w moje ręce wpadły: Chemia Śmierci, Simona Becketta, trylogia Roberta Galbraitha (pseudonim J.K.Rowling) oraz (i o tej ostatniej książce chcę teraz napisać – o dwóch pozostałych też bym chciał, ale w jednym
A
photo: Pixaby artykule nie starczy na to miejsca) Śledztwo, Stanisława Lema. ą dwa powody, dla których nie lubię kryminałów i trzy powieści, które temu przeczą. Stanisław Lem przenosi nas do XIX wiecznego Londynu. Dzielny inspektor dostaje do rozwikłania zagadkę, która nie daje się rozwikłać. prosektoriów zaczynają znikać zwłoki. Na początku jedynie się przemieszczają. Jedne zwłoki tylko spadły ze stołu sekcyjnego, inne znaleziono przy oknie, jakby próbowały się wydostać. Zjawisko się nasila, każdy kolejny incydent jest dziwniejszy od poprzedniego. Hipoteza postawiona przez Scotland Yard jest taka, że ktoś usiłuje ukraść zwłoki w sobie tylko znanych celach, ale z powodu nieudolności, to mu się nie udaje. Policja obstawia wszystkie prosektoria w okolicy, ale to nie powstrzymuje złodzieja ciał. Zagadka wciąż nie daje się rozwiązać, w świetle nowych
S
Z
dowodów upadają kolejne, całkiem prawdopodobne hipotezy. rcyciekawa i przewrotna jest scena rozmowy inspektora z przyjacielem. W mieszkaniu policjanta od jakiegoś czasu słychać trudne do wyjaśnienia szurania, które wdzierają się, ku wyraźnemu zakłopotaniu gospodarza, w racjonalną, naukową dysputę o możliwych przyczynach przemieszczania się ciał. Te szurania stanowią wyraźny dysonans między światem racjonalnych argumentów i światem mistycznym, światem wierzeń i zabobonów. ie będę Was trzymał w niepewności. Zagadka zostanie na koniec rozwiązana. Jednak czy aby na pewno? Lem pozostawia uchylone drzwi do innych interpretacji, do innego wyjaśnienia całej sprawy. Czytelnik sam musi zdecydować, w co chce
A
N
wierzyć. Czy przekonają go racjonalne argumenty, czy podda się zabobonnym lękom? Sami musicie to sprawdzić. hoć powieść kryminalna Stanisława Lema stanowi wyjątek w jego twórczości pozostaje jednak wybitnie „lemowska”. Jest to powieść niezwykle inteligentna, zadająca mnóstwo pytań, nie dając w zamian ani jednej rozstrzygającej odpowiedzi. Dokładnie tak, jak to bywa w życiu. powodu swojej niezwykłości, zręcznie oddanego klimatu opowieści, jakby wzorowanej na powieściach Doyle’a i filozoficznych rozważań o naturze świata, książka Lema trafiła do Arcydzieł Literatury naszego magazynu. szystkim, którzy nabrali ochoty na Śledztwo, życzę przyjemnej lektury. [ML]
C
Z
W
POST SCRIPTUM
49
ALPERTON
ZA KURTYNĄ
Pół księżyca tonie w ścieku. Kaczka z puszką gra w pokera. Wszystko płynie: papier, szmata... Dumny Londyn tonie w gównie. Pierwsza kwadra. Jasna ścieżka Prowadzi wzdłuż Regents Canal. Kaszlesz w krzakach... I już lepiej. Butelki lądują w wodzie.
Moje buty na deszczu piszczą jak myszy. Każdy nieco inaczej. W antykadencjach.
Ciągle budujemy nowe, lepsze światy. Otwieramy małe okna ciasnych kanciap, Z których nigdy nie wyjdziemy, oglądając Świat płynący tuż za progiem. Tęskniąc, marząc... Geniusz leży w płytkim grobie. Zapomniany. Na cmentarzu, po drugiej stronie kanału. Westminster nadal roi się od łajdaków, Dlatego wolę opłotkowe zadupie. Lubię te ciepłe, letnie noce. Mogłyby być choć trochę dłuższe. Zbędna bielizna ginie w krzakach. Obserwujemy blade gwiazdy. Nad mrocznym ściekiem unosi się mgła. Po twojej nodze wędruje robak. Stadion w Wembley pojaśniał. Kończymy. Zmęczone nogi niosą na stację.
Alex Sławiński
50
POST SCRIPTUM
Mam dziurawe lato. I nielepszą wiosnę. Granatowe światy jakoś mi nie służą. Oglądam obłoki. Kot też patrzy w niebo. Właśnie tutaj znalazł najpiękniejsze chmury. Deszczowa kurtyna cięższa od stalowej. Kolejne dni spędzam w malutkim więzieniu. Mogę każdą książkę nasączyć olejem I poprawić wszystkie błędy tego świata. I filozofować z pieprzonym sierściuchem, Kręcić porno, szydełkować, dźgać patelnię. Czas tonie w rynsztoku. Piwo wywietrzało. Cisza, harmonia i śmierć. Labilny układ. But suchy. Nie piszczy. Niebo czyste. Chcę wyjść. Nie mam dokąd. Już nie umiem spojrzeć w słońce.
Alex Sławiński
R Y S U N K I
Alexa
Sławińskiego BORDEAUX jak jest kiedy zaprzyjaźniona kobieta obca od końca do końca przechadza się po szpitalnym korytarzu krokiem zbitej przez życie kotki najpierw wygłodzonej a potem rudej odrywa ciebie od framugi od pędzla niczym wytrawna zielona papuga woła albo inna wiewiórka przekonując mnie że nie to wstrętne co się na wstręcie kończy i już zaczynam ją lubić ale potem powstaje coś co sprawia że po raz dwunasty wchodzę do rzeki tej samej w której na trzeźwo nigdy nie zanurzyłabym nawet palca Iza Smolarek
POST SCRIPTUM
51
SEKRETY SZEKSPIRA, foto: Przemek Wiśniewski
Ewelina Ciszewska
– aktorka, mim, lalkarka. Absolwentka Wydziału Historii Sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2006 r. ukończyła Wydział Lalkarski Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, filia we Wrocławiu (PWST) , w maju 2009 r. uzyskała tytuł doktora, a we wrześniu 2014 r. habilitację. Od 2006 r. związana z uczelnią, w której obecnie jest dziekanem Wydziału Lalkarskiego. Laureatka Stypendium przyznawanego „Młodym, utalentowanym Wrocławianom”. Debiutowała w 1998r., w autorskim spektaklu J.Markockiego Alternacje przestrzeni. /Teatr Formy, Poitiers, Francja 1998/. Od kilku lat zajmuje się sztuką performance /Survival Sztuki, czyli Przegląd Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach we Wrocławiu: pre-tekst /2004, akt 168 /2005, uczta romska /2008 r. zrealizowany wspólnie z Moniką Konieczną, powtórzony w BWA Tarnów podczas TAJSA 2014/, Z głową w chmurach /Festiwal Rity Baum/, Sympatyczna Pani Krysia/mieszkanie Gepperta, Wrocław, Ommaggio Russolo/Dalla Pologna, Rzym 2014/. Jako reżyserka zadebiutowała w maju spektaklem Love story czyli defekt miłości (Wrocław 2004). W marcu 2011 r. wyreżyserowała spektakl Pinokio w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu, a rok później monodram Maria S., który przyniósł jej kilka nagród i wyróżnień. Jako choreografka współpracuje z wieloma teatrami w Polsce. Jest laureatką Nagrody
52
POST SCRIPTUM
za choreografię podczas 22’Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej do spektakli: Smoki w Połońskiego (Teatr Maska w Rzeszowie) oraz Księga dżungli w reż. E. Piotrowskiej (Teatr Lalek Banialuka, Bielsko-Biała). Prowadzi warsztaty pantomimy i ekspresji ruchowej w kraju i za granicą.
Robert Baliński
– operator filmowy, reżyser, dokumentalista, performer, twórca teledysków i wizualizacji do przedstawień teatralnych, operowych. Laureat nagrody Yach za zdjęcia do teledysku O sole mio. W 2002 otrzymał wyróżnienie za reżyserię w „VIII Ogólnopolskim Przeglądzie Filmów Ekologicznych” /Przysieka/. W 2003 r. został nagrodzony Złotą Maską za najlepszą oprawę scenograficzną sezonu 2002/2003 – reżyseria światła i efekty filmowe wykreowane w spektaklu Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem /reż. Ł. Kos, Teatr Wielki w Łodzi/. W 1989 r. ukończył Wydział Operatorski i Realizacji Telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi. Od tego czasu na zlecenie Programów 1 i 2 TVP zrealizował ponad 100 filmów dokumentalnych, m.in.: W drodze. Allen Ginsberg w Łodzi /1993/, Konstrukcja w procesie - Izrael /1995 zdjęcia, w reż. M. Waśko/ oraz filmy autorskie, wśród nich: Mózg - ludzkie poznanie /1999/, Angelo Pistoletto /1996/, czy Przestrzeń wolności /1998/. W latach
SEKRETY SZEKSPIRA, foto: Przemek Wiśniewski
1992 - 1999 współpracował przy realizacji cyklu programów p.t. „ART NOC” PR.2 TVP / realizacja artystycznych form filmowych/. Wyreżyserował 100 odcinków teleturnieju Nowożeńcy oraz 40 filmów dokumentalnych z serii Przyrodnicy. Swoje ambicje muzyczne spełniał realizując teledyski dla takich artystów jak: Urszula Dudziak, Magda Femme, Tadeusz Nalepa, Mathias Reim, Michał Wiśniewski, Sambor Dudziński oraz dla zespołu T-Love czy Dezerter. Od kilkunastu lat specjalizuje się w tworzeniu obrazu filmowego i reżyserii świateł do oper (współpraca m.in. z M. Łazarkiewiczem, Ł. Kosem, H. Baranowskim, Phaon, M. Weiss), do przedstawień baletowych (G. Veredon, R. Komassa, B. Vollack, M. Munso), teatralnych (J. Klata, J. Szczepkowska, A. Grabowska, G. Bral) oraz koncertów (Pociąg Towarowy - Warszawska jesień 2002). Jest autorem i kuratorem widowisk multimedialnych, wśród nich: Mandala Sztuki, Dech Łodzi, Wariacje operowe (Falstaff, Purytanie, Halka, Nabucco), Wiersz medialny, Koncert na 4 słowa, Scena wirtualnej Galerii Ciała. Od kilku lat reżyseruje Oscary Jazzowe w Teatrze Wielkim w Łodzi.
Teatr Sztuk został założony przez
Ewelinę Ciszewską i Roberta Balińskiego w 2007r. z potrzeby połączenia światów znajomych i odkrywania nowych, tych jeszcze nierozpoznanych. Teatr Sztuk (w domyśle wielu sztuk) zaprasza do współpracy artystów z różnych dziedzin wierząc, że ta artystyczna fuzja stworzy nowy język na polu sztuki. Teatr ma na swoim koncie sporo realizacji i prezentacji festiwalowych. Wyreżyserowany przez Roberta Balińskiego i Ewelinę Ciszewską spektakl p.t. AKT 1925 na podst. Procesu F. Kafki zdobył w grudniu 2010 r. Grand Prix Festiwalu oraz nagrodę za najlepszą reżyserię na Międzynarodowym Festiwalu SKEPNA UP FESTIVAL (Kosovo, Prishtina 2010). www.teatrsztuk.pl
POST SCRIPTUM
53
FRUWAJĄCY WIERSZ - performance Teatr Sztuk + OSJAN fot.Robert Baliński
TEATR SZTUK maria s - fot. Robert Baliński
Teatr Sztuk – co to takiego? Kto go tworzy?
E: Teatr Sztuk powołaliśmy do
życia wspólnie, tj. ja i Robert, ponad dziesięć lat temu. To taki twór wynikający z naszych potrzeb artystycznych, duchowych, z potrzeby zetknięcia w obszarze sztuki czegoś, co znamy z czymś, co jest nowe. Doświadczenia, które wcześniej nabyliśmy, ja na polu pantomimy i teatralnej formy, a Robert w dziedzinie filmu i performance’u, postanowiliśmy ze sobą połączyć i tak powstał związek wielogatunkowy nazwany przez nas Teatrem Sztuk. Taka fuzja różnych światów.
54
POST SCRIPTUM
maria s - fot. Robert Baliński
R: Inaczej ujmując, jest to platforma
do spotkań różnych dziedzin sztuki, nauki i w ogóle wielu aspektów życia. Studiowałaś historię sztuki. Co skierowało Cię w stronę aktorstwa? Czy to było Twoje ukryte marzenie i jak studia uniwersyteckie wpłynęły na obecną pracę?
E: Zawsze ciągnęło mnie do
aktorstwa. Ciekawiło mnie chowanie się za jakąś postacią i zderzanie własnego ja z innym punktem widzenia czy odczuwania. Nie poszłam jednak na egzaminy do szkoły teatralnej. Dostałam się na historię sztuki, ale cały czas ta potrzeba we mnie tkwiła. Uczeń
Omaggio a Russolo, Foto Adam Pietrusiak
Henryka Tomaszewskiego, Józek Markocki, prowadził wówczas warsztaty z pantomimy we Wrocławiu. Poszłam na nie i odkryłam, że można wyrażać siebie poprzez ciało i że to ciało, jeśli je dobrze poznam, może być fascynująca podróżą. W końcu odważyłam się i po skończeniu historii sztuki, w wieku 25 lat zdawałam na dwa kierunki – lalkarski i aktorski. Dostałam się na Wydział Lalkarski we Wrocławiu. Pytasz, czy korzystam z tej wiedzy wyniesionej z pierwszych studiów? Oczywiście tak. Napatrzyłam się na setki dzieł sztuki, przyglądałam się proporcjom i wszystkiemu, co w tej dziedzinie
Byłam tempem, rytmem, byłam muzyką, dynamiką, energią
Omaggio a Russolo, Foto Adam Pietrusiak
– ZWIĄZEK WIELOGATUNKOWY wymyślili wielcy tego świata. To w człowieku zostaje i tworzy pewien poziom estetyki i refleksji. Wykorzystałam to przy pracy nad monodramem Maria S., do którego zaprojektowałam kostium, będący jednocześnie scenografią. Dodam, że to bardzo ciekawy i wielokrotnie nagradzany spektakl, do sukcesu którego przyłożył się także Robert piękną grą świateł. Pantomima jest z gruntu niemym, a zatem ponadnarodowym językiem wyrazu. Braliście, i to z sukcesem, udział w różnych międzynarodowych festiwalach teatralnych. Czy mimo różnic kulturowych i mentalnych wasze spektakle są wszędzie jednakowo dobrze rozumiane, czy może z założenia kierujecie je do konkretnej publiczności?
E: Pantomima jest bardzo
uniwersalna, bo operuje znakiem, symbolem, ale przede wszystkim my, jako ludzie, komunikujemy się za pomocą naszych ciał, energii,
gestu, spojrzenia. To przecież tzw. pierwsze wrażenie, a zatem język do odkodowania pod każdą szerokością geograficzną. To sztuka wizualna, ale wymagająca od aktora techniki, a od widza skupienia, zatrzymania i gotowości na taki odbiór. Tu nie można zamknąć oczu, bo umknie ważny szczegół... Czyli musicie być także dobrymi psychologami, by ten twórczy zamysł najpierw zakodować.
R: W wieku szesnastu, może
siedemnastu lat trafiłem na „swój” pierwszy spektakl Tomaszewskiego, w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Oglądając pantomimę niczego wtedy nie rozumiałem. Postanowiłem jeździć na te przedstawienia, by pojąć ich sens. Zakochałem się w tym gatunku sztuki. Co do uniwersalizmu języka pantomimy, mam teorię, że pantomima wbrew pozorom jest sztuką najbardziej współczesną w dzisiejszych czasach, czasach komunikacji obrazkowej.
Jest sztuką wirtualną. Wyobraźmy sobie taki prosty przykład: gdy aktor dramatyczny wchodzi na scenę i udaje, że trzyma w ręku szklankę, widz mu nie wierzy. Podobnie w filmie. Natomiast, kiedy robi to mim, albo więcej – udaje, że coś z niej pije, to widz nie tylko potrafi to sobie wyobrazić, ale też odczuć pragnienie. Totalna magia. Czyli mózg ludzki tak pracuje, że uzupełnia sobie brakujące puzzle, co w przypadku pantomimy jest dużo łatwiejsze niż w przypadku przekazu aktora dramatycznego, w którym widz odbiera rolę całościowo, łącznie z tekstem?
R: Tak, w pantomimie wspaniałe jest
to, że jest jakiś rodzaj obrazu, którego tak naprawdę nie ma, a który tworzy się wewnątrz, w człowieku, w nas, a co ciekawsze – w każdym zapewne nieco inaczej.
E: Tak, ale pamiętaj, że za sztuką
pantomimy stoją setki godzin treningu. To jest konkretna technika
POST SCRIPTUM
55
Pantomima rozgrywa się
na poziomie wyobraźni, czyli… mogę być ciastkiem z kremem, wodą, mogę też być atomem.
wyobraźni człowieka, poruszamy ją, dając widzowi możność indywidualnej interpretacji. Gdyby przekaz był całkiem jednoznaczny, byłoby to najzwyczajniej nudne. Ewelina, wspomniałaś o godzinach technicznej pracy nad ciałem, o lustrzanych neuronach. Opowiedz, jak przygotowywałaś się do jednej z najbardziej zaskakujących ról, jakie można sobie wyobrazić, mając nawet zdolność myślenia abstrakcyjnego, czyli do roli atomu.
E: To jest właśnie fascynujące
CZŁOWIEK MOŻE by_KDziedzic
jak np. identyfikacja z przestrzenią czy z przedmiotem, tj. gdy moja ręka przyjmuje kształt trzymanego przedmiotu lub kiedy moje ciało przyjmuje ciężar jakiegoś przedmiotu. Inaczej przecież będę się poruszała z jedwabnym szalem, a inaczej z kamienną kulą. Stopień mojej identyfikacji wpływa na widza, na jego postrzeganie sytuacji. Jest oczywiście pewien rodzaj umowy pomiędzy widzem a mimem. Widz chce widzieć to, czego nie ma. Chce też wyobrazić sobie jakąś historię. W świecie nauki istnieje teoria, że ruch mima uruchamia tzw. neurony lustrzane. Taki przykład: jeśli ja zatrzymam w napięciu rękę płasko w powietrzu, to widz zobaczy blat stołu, a jeśli tak ułożoną dłoń ustawię pionowo, widz zobaczy jakąś barierę w przestrzeni, ścianę lub okno, zależnie od kontekstu i ustawienia ciała. Na stopień rozumienia wpływa też ogólna percepcja świata (zmysły),
56
POST SCRIPTUM
którą każdy z nas posiada. Stwarzamy coś, ale na finalny obraz w wyobraźni widza mają wpływ również jego wcześniejsze przeżycia i doznania. Jest to duża kreacja po obu stronach i odwołanie się do życiowych doświadczeń, które kolekcjonuje nasza pamięć. No właśnie! A przy tym jeszcze Teatr Sztuk z zasady łączy wiele form kreacyjnych, zarówno muzycznych, jak i wizualnych. Widać, że nie zależy Wam na konkretnym przekazie, ale raczej na indywidualnym odbiorze, przeżyciu estetyczno-filozoficznym, czy tak?
R: Bardziej mnie intryguje ta różnica.
Jeśli porozmawiamy z kilkoma czy kilkudziesięcioma osobami, to okazuje się, że każdy z nich zobaczył de facto co innego. Są ogromne różnice w odczuciach i indywidualnej narracji i to jest wspaniałe. Mnie to właśnie fascynuje, że dotykamy
w pantomimie, że możesz być wszystkim. Pantomima rozgrywa się na poziomie wyobraźni, czyli… mogę być ciastkiem z kremem, wodą, mogę też być atomem. Atom to mój debiut. W Poitier, we Francji. Miałam być najmniejszą, elementarną cząstką kosmosu, dryfować ciałem w przestrzeni. Byłam tempem, rytmem, byłam muzyką, dynamiką, energią. Bardzo ciekawe przeżycie. Aktor „ściągnięty” do roli czegoś niewidocznego, a z drugiej strony bardzo konkretnego. To abstrakcja, ale ciało bardzo dobrze ją znosi. Współistnieliśmy zespołowo kreując, na szczęście, też jakąś bardziej rozpoznawalną materię. Byliśmy drzwiami, stołem, pulsującą magmą. To była wymagająca, ale fascynująca praca zespołowa. Czujecie kiedy budzicie w widzach taki poziom wrażliwości, że oni reagują współodczuwaniem Waszych emocji? Czy to widać? Współgrają z Wami?
E: W momencie rozpoczęcia
spektaklu pomiędzy widzem i aktorem powstaje rodzaj umowy, porozumienia. Jeśli swoje ciało wypełnię prawdziwą emocją, a nie będzie to beznamiętny zestaw wyuczonych gestów, istnieje szansa, że dotknę czułego punktu, tego co „boli”. Każdy ma w sobie jakiś obszar bólu, a ból jest zjawiskiem uniwersalnym. Teatr zawsze traktuje o miłości, o nienawiści, o śmierci, o lęku. Eksploatujemy
to od tysiącleci. Przyzwolenie widza na wspólne przeżycie lub odczucie tego w sobie jest wyzwaniem i obcowaniem z delikatną materią. Tak, to porozumienie może być odczuwalne. Powietrze staje się wtedy gęstsze i wszystko wokół jakoś tak szlachetnieje.
METAlive fot. Robert Baliński
Jesteśmy ostatnio w środku pandemii, kiedy to część teatrów przechodzi w miarę możliwości na transmisje on-line. Czy teatr może istnieć bez widza? Kiedyś przecież powstawały spektakle w Teatrze Telewizji.
R: Dla nas jest to bardzo trudne.
Spontaniczna reakcja, oddech widza, jego uwaga to dla nas konkretna zwrotna energia. Istotą naszych działań jest performowanie tu i teraz. Musimy się czuć nawzajem. Ekran tego nie zapewnia. Granie przed kamerą to już inny gatunek przedstawienia. Znaleźliśmy się w niezwykle trudnej sytuacji w tym momencie. Ewelina, czy jako pedagog, przekazując swoje doświadczenie w pracy nad ruchem i ciałem, liczysz także na kontynuację swoich twórczych eksperymentów w działaniach młodego pokolenia? Wymaga to abstrakcyjnego, a jednocześnie syntetycznego myślenia. Czy młodzi ludzie są na to gotowi, czy to dłuższy proces kreacyjny?
E: Jako pedagog lubię prowokować
i obserwować, ale nigdy nie stosuję żadnej presji. U każdego taki proces przebiega inaczej. Każdy samodzielnie i w różnym czasie odkrywa w sobie różne potencjały. Ja uchylam drzwi, ale zdaję sobie sprawę, że mój świat wcale nie musi spotkać się z innym światem. Jeśli dochodzi do takiego spotkania, staje się n o w e. Absolutnie nie chciałabym, żeby ktoś mnie kopiował. To złe zjawisko, a w pantomimie szczególnie szybko widoczne. Pożyczone ruchy mogą niechcący stać się manierą. Jeśli uda mi się uruchomić w kimś potrzebę
Inspiracja może pojawić się całkiem niespodziewanie, nawet w banalnych sytuacjach. eksperymentu, jakiegoś przekraczania, to uważam to za swój sukces dydaktyczny. Stąd już tylko krok do szaleństw. Dla studentów to Ty jesteś autorytetem, a czy Wy sami też opieracie się na jakichś autorytetach? Czy ktoś jeszcze poza Henrykiem Tomaszewskim wywarł na Was wpływ w sensie artystycznym?
E: Kantor zawsze budził moją
fascynację. Czuję tę estetykę i jego sposób opowiadania o świecie. Podoba mi się temporytm jego spektakli, mantrowe przywoływanie tematyki śmierci, a stąd z kolei blisko do prozy Schulza czy Kafki i pojęcia czasu. Schulz, Kafka, Kantor – tak, z nimi czuję mocną duchową więź...
R: Z racji mojego wykształcenia
mam oczywiście swoich mistrzów filmowych, ale nie tylko. Uwielbiam klimaty Davida Lyncha, podziwiam Arystotelesa, bardzo podobają mi się działania niedawno zmarłego Christo. Mógłbym wymieniać dalej, ale to, że podoba mi się czyjaś twórczość, nie oznacza, że czerpię z niej pomysły dla siebie. Uważam, że mistrz to nie
jest ktoś, kogo należy naśladować. Rozszerzając tę myśl, tzw. mistrzem może być np. trawa w ogródku, pogoda, takim mistrzem bywa przypadkowo spotkany człowiek, który mnie zafascynuje i utkwi w pamięci. Rozumiem, że to są wasze inspiracje, coś co was stymuluje artystycznie.
R: Tak, oczywiście. Ja raczej uciekam od tych ludzkich mistrzów, żeby się od nich za bardzo nie uzależnić.
E: No właśnie, inspiracja może
pojawić się całkiem niespodziewanie, nawet w banalnych sytuacjach. Padnie słowo – klucz, które nagle otwiera ci głowę, daje impuls.
R: Teatr Sztuk powstał m.in. po to, żeby nie szukać inspiracji w takim sensie, o jakim mówisz. Nasz teatr nie ma spektakli repertuarowych. Poza kilkoma, z założenia nasze spektakle są performatywne. Wrócę do określenia „platforma spotkań”. To agora dla różnych artystów, różnych dziedzin sztuki. Chodzi o to, aby tworzyć sytuacje, tworzyć spektakl, w którym różni
POST SCRIPTUM
57
ludzie dopowiadają coś od siebie, interpretują po swojemu to, co chcemy razem opowiedzieć. Wiem, że pora dnia i nocy nie ma dla Was znaczenia, jeśli chodzi o twórcze pomysły. Zapraszacie do siebie różnych artystów i prowokujecie do wyzwalania kreatywnej energii. Czy zatem praca nad kolejnymi performatywnymi tworami przebiega już na etapie takich spotkań poprzedzających to zasadnicze, czy jest to działanie na deskach teatru z wcześniej opracowanym scenariuszem w ręku?
R: To nie jest improwizacja w sensie
spontanicznych, chaotycznych ruchów. Wcześniejsze dyskusje z twórcami biorącymi udział w naszym spektaklu są po to, by omówić jego „kręgosłup”. My ten szkielet czy ideę tworzymy wcześniej i przedstawiamy artystom instrukcję obsługi, ale każdy z nich ma świadomość tego, że trzymając się wyznaczonego pomysłu może dodać od siebie tyle, ile sam uważa za stosowne. To rodzi dialog, ktoś zadaje pytanie, ktoś odpowiada.
Otóż poprosiliśmy go, żeby w trakcie spektaklu wypowiadał tylko dwa słowa „tak” i „nie” w momentach, w których poczuje taką potrzebę, ale też jeśli uzna, może dodać swoje teksty. Jan Nowicki pisze poezję. I tak się stało. Fragmenty swoich wierszy wykorzystał w tym spektaklu tworząc dodatkowe konteksty idealnie pasujące do całości. Podobnie dzieje się z innymi artystami, którzy znając tylko „kręgosłup”, kreują interaktywnie całe wydarzenie. Wkładają w to całe swoje doświadczenie, swoją wrażliwość. To jest w naszym teatrze najciekawsze. Nie obawiacie się porażki?
E: Zawsze istnieje jakieś ryzyko mniej
poczucie bezpieczeństwa. Ponadto zapraszamy artystów, do których mamy zaufanie, których osobowości znamy i znamy ich potencjały. Pamiętasz spektakl Parada, prawda? Na każdej próbie Lars Danielsson grał co innego i wcale nie chodziło o to, żeby powtarzał coś z gotowej partytury. To jest niewątpliwie miara profesjonalizmu, czyli umiejętności wykreowania sztuki w nieznanej sytuacji.
E: Powiem więcej. To „nie wiem”
jest ekscytujące, ale może budzić lęk. Człowiek w swoim instynkcie samozachowawczym najpierw posługuje się tym, co zna, a jeśli się ośmieli, potrafi wykrzesać
E: Jeśli np. spotykamy się z Kiniorem
czy Antymosem Apostolisem, nie wiemy, jakie dźwięki finalnie usłyszymy na scenie. Mam więc wyznaczoną przestrzeń i np. przypisany do mojego działania instrument. Do tego dochodzi wypowiadany przez kogoś tekst, którego też nie znam i projekcja. Obserwujemy siebie nawzajem. To spotkanie na najwyższych obrotach skupienia, odczuwania i gotowości do działania i reagowania. Tak było np. w Metalive (9 aktorów na scenie, 3 muzyków plus video live) czy w Paradzie. Umówione tylko punkty styczne.
R: Przytoczę taką anegdotę. Kiedyś
zaprosiliśmy pana Jana Nowickiego, przedstawiliśmy mu nasz zamysł, ten „kręgosłup”, a on na to: „Słuchajcie, ja nic z tego nie kapuję, ale podoba mi się idea, więc zrobię to”. Efekt był zaskakujący, ale rewelacyjny.
58
POST SCRIPTUM
TEATR_SZTUK__198_by_KDziedzic
udanych akcji, ale to jest bardzo ludzkie. Pozornie ta słabość właśnie może okazać się atutem, może być ciekawsza niż perfekcyjne wykonanie. Widz jest obserwatorem zdarzeń i nawet jeśli czuje, że coś nie wyszło, to mając świadomość, że to się dzieje „tu i teraz”, okazuje rodzaj wsparcia i zaczyna podświadomie kibicować jak na zawodach sportowych.
R: Nasze spektakle performatywne
nie odbywają się na zasadzie jam session. To nie jest tak, że mamy temat, a wy teraz róbcie, co chcecie. Mamy główną linię scenariusza. Po to ją tworzymy, aby dać artystom
z siebie o wiele więcej, niżby się tego spodziewał. To fascynujące. Kiedyś, podczas otwarcia Dalla Polognia w Rzymie (Festiwal Isola del Cinema), tworzyliśmy performance oparty na partyturze Bogusława Schaeffera. Jako mim potrzebuję zawsze jakiegoś konkretu, punktu wyjścia. Marcin Krzyżanowski, wybitny muzyk, który performował tego wieczoru ze mną, nie przekazał mi wcześniej żadnych wskazówek! Na godzinę przed występem nie wytrzymałam i pytam: „Marcin, co ja mam robić?”, a on wyjmuje ksero partytury. Zdębiałam. Ta partytura nie składała się z nut!…
Kółko, szlaczek, krzyżyk, trójkąt. No i co ja mam z tym zrobić???, a Marcin tylko: „no co – GRASZ!”. Publiczność siedząca dookoła fotoplastikonu podglądała nas przez szczelinę. Napięcie rosło. Samo podglądanie jest już aktem przekraczania czyjejś intymności. Spoglądałam na partyturę i improwizowałam na temat tych znaków. Tworzyłam nowy język. W ogóle wszystko tego wieczoru było totalnie nowe.
TEATR_SZTUK__198_by_KDziedzic
R: Dotyczyło to każdego z nas
biorących w tym udział. Piotrek Żyła, który grał dziwne dźwięki, skreczował, Paulina Owczarek grała na saksofonie, czy wreszcie ja robiąc wizuale, musieliśmy zinterpretować tę partyturę i przełożyć na swoje obszary twórcze. Wracając do idei Teatru Sztuk chodzi nam właśnie o to, aby każdy z zaproszonych twórców miał prawo do wyrażenia w nim siebie. To jaki „kręgosłup” teraz przygotowujecie?
R: Teraz nie wiemy do końca, co
nas czeka, ale przygotowujemy dwie rzeczy: Ewelina pracuje nad swoim monodramem, a ja myślę o pewnym szerszym projekcie, wymagającym obecności wielu osób, więc pewnie najwcześniej uda się to zrealizować pod koniec roku, ale w tym momencie nie będę jeszcze zdradzał kulis. Minimum ruchu – to taka kanwa. Zarówno na scenie, jak i w życiu prywatnym jesteście partnerami. Nawzajem się uzupełniacie, a to, że funkcjonujecie po przeciwnych stronach kamery pewnie akurat pomaga w spięciu całości. Czy kłócicie się w trakcie pracy?
R: W trakcie tworzenia scenariuszy
dyskusje miedzy nami są bardzo żywiołowe, bywa że dochodzi do kłótni, ale przynajmniej nie trzaskamy drzwiami, bo ich nie mamy (śmiech).
Spontaniczna reakcja, oddech widza, jego uwaga to dla nas konkretna zwrotna energia. A co się dzieje u Was poza teatrem? Czy macie jakieś wspólne pozaartystyczne pasje?
opisy jako sztukę samą w sobie. Dlatego je zbieram.
E: Odkąd przyjęłam funkcję dziekana
A jak spędzacie wakacje? Lubicie wyjeżdżać? Potraficie spędzać czas w oderwaniu od sztuki?
Wydziału Lalkarskiego w AST we Wrocławiu, czas mam całkowicie wypełniony. Ale tak... zdarza się, że jadamy wspólnie! W tej chwili żyjemy trochę technicznie, ale jeśli uda nam się wspólnie usiąść i porozmawiać o sztuce lub odpłynąć w stronę nowych projektów, oddychamy głębiej. To jest nasza pożywka, chwilowo dość luksusowa niestety, ale mam nadzieję, że wrócimy do naszych rozmów.
R: Rozmawiamy nie tylko o sztuce...
z punktu widzenia kosmosu, cokolwiek robimy, nie ma znaczenia, jest niewidoczne. Generalnie jest tak, że często dokumentuję nasze rozmowy. Robię skany rysunków, którymi czasami się porozumiewamy, zapisuję słowa, by później wykorzystać je w pracy, ale też traktuję te nasze kartkowe
E: Piękne są Mazury. Może uda nam się tam znowu wyjechać i złapać oddech. Namiot, kajak, łódka... to działa. Dobrze przewietrzyć głowę. Nie mamy na koncie egzotycznych podróży.
R: Ja podróżuję we śnie.
Nie przepadam za dalekimi wyjazdami. Nie myślę o tym. Nie planuję.
E: Ja zaś nie znoszę rutyny i cieszę się z sytuacji nieoczekiwanych.
Czyli wasze życie też jest rodzajem sztuki performatywnej. Życzę zatem wielkiego oddechu i kolejnych wspaniałych zdarzeń artystycznych. [JN]
POST SCRIPTUM
59
K
Mistrz i troglodyci
ultury i taktu nie da się nauczyć w żadnej szkole i na żadnym uniwersytecie. Można się co najwyżej dowiedzieć, jak maskować wrodzone i nabyte naganne ciągoty. Bo też chamem może być i prostaczek, i profesor, i sprzątaczka, i minister. Dobre wychowanie jest jedynie kamuflażem pierwotnych instynktów i nic nie można na to poradzić. Fałsz tak się w nas wtopił i zrósł z nami w jakiejś dziwnej symbiozie, że aż trudno sobie wyobrazić bliźnich i siebie jako istoty: szczere, bezpośrednie, taktowne, tym prawdziwym taktem, który jest zawsze – niezależnie od okoliczności, nawet najbardziej sprzyjających, by o nim zapomnieć i wskrzesić w sobie jaskiniowca z maczugą, likwidującego przeciwników skutecznie, krwawo lub bezkrwawo acz definitywnie. Opowiadał mi kiedyś wybitny intelektualista z Warszawy, internowany w stanie wojennym, jak wyglądało jego pierwsze zetknięcie z aresztem. Kilkunastu zatrzymanych zaprowadzono do wieloosobowej celi. Tam skazani rzucili się jak głodne lwy na pierwszych chrześcijan, by dorwać się do … jak najlepszych prycz: a to przy oknie, by było jasno, a to na dole, nie na piętrze, bo tak wygodniej. „Pomyślałem sobie wtedy – mówił mój rozmówca – że tak samo jak o te prycze, będą się bić o stanowiska w nowej Polsce”. Prorok czy jasnowidz? Co skłoniło mnie do takich kategorycznych stwierdzeń? Wiele sytuacji, w których uczestniczyłem, bądź jako postronny obserwator, bądź aktywny winowajca. I to w każdej dziedzinie życia, bez wyjątku. Nawet w kolejce do skarbca na Jasnej Górze, tuż pod czujnym spojrzeniem Matki Boskiej Częstochowskiej, wierni tak się przepychali, by jak najprędzej wejść do środka i takich używali słów, że to nie do wiary, choć byli wiernymi. Nawet w kościele, gdzie przeciwnicy polityczni, wierzący w tego samego Boga, na Jego oczach dosłownie by się pozarzynali, gdyby uwierzyli, że dzięki temu przejmą władzę i dokopią poprzednikom! By jednak nie poruszać się po grząskim terenie polityki, która jest najwdzięczniejszym obiektem felietonistów, będę wędrował po bardzo mi bliskim poletku kulturalnym. W one dni zostałem zaproszony do odległej metropolii, wraz z precyzyjnie wybranymi i starannie wyselekcjonowanymi przez zaradną rodzinę osobnikami, na jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin Wybitnego Artysty. Artysta był zaiste wyjątkowy – tak w swoich oryginalnych dziełach
60
POST SCRIPTUM
(choć niewielu z obecnych wiedziało, o co w nich tak naprawdę chodzi, ale za to krytycy wiedzieli), jak i w wyglądzie – nosił zawsze pochylony na jedną stronę beret i pełną fantazji siwą brodę. Co jeszcze odróżniało go od innych artystów? Jego radość i optymizm: był zawsze pogodny, uśmiechnięty oraz pogodzony ze sobą i ze światem. Jeżeli mówi się o złotej jesieni życia, co jest najczęściej wierutnym nadużyciem i kłamstwem, nasz Wybitny Artysta był żywym przykładem, że tak w istocie może być. Wolnostojący domek na przedmieściach tonął w zieleni, w kwiatach oraz w błękicie nieba, na którym właśnie malowniczo zachodziło słońce. W progu przywitał nas sam bohater spotkania z otwartymi rękami i sercem… Zaś mieszkanie tonęło w obrazach Artysty. Znajdowały się one dosłownie wszędzie: obraz przy obrazie: na ścianach, szafach, sufitach… Każdy centymetr kwadratowy powierzchni, za wyjątkiem podłóg, zajmowały obrazy… Gdy to zobaczyłem, przypomniało mi się mieszkanie znanego, stołecznego literata. Było ono podobne, lecz w miejscu wiszących obrazów stały książki. Znajdowały się w każdym pomieszczeniu, łącznie z kuchnią, przedpokojem i łazienką, w której prócz książek, wyeksponowane były… akty jego kolejnej żony. Wróćmy jednak do naszego spotkania. Kogoż tam nie było!? Wszyscy ważni, z tytułami i funkcjami. W związku z ograniczoną pojemnością mieszkania Mistrza, na wyjątkowe święto zaproszeni zostali rzeczywiście tylko najważniejsi. Moja obecność była, można rzec, przypadkowa, choć też niezbędna, bo Córka Mistrza wymyśliła (i słusznie!), że imprezę może ubarwić nieco wiersz i obecność lichego poety, który przeczyta i uroczyście wręczy Jubilatowi specjalnie na tę wyjątkową okazję napisany utwór. Wszystko odbyło się z precyzyjnie zaplanowanym scenariuszem: kwiaty, przemówienia, wzruszenia, wspomnienia, prezentacja dorobku, popis wokalny diwy operowej, wierszyk, życzenia, kwiaty, odznaczenie, toast, dwieście lat… Później sam leciwy i dobrotliwy Mistrz, głaszcząc siwą brodę, czerstwym i rześkim głosem opowiadał z wielkim przejęciem o swoim długim i niełatwym życiu oraz pracy twórczej. Po zaprezentowaniu obrazów na parterze wybitny Gospodarz zaprowadził nas na strych, gdzie miał pracownię i dalszą ekspozycję imponującego dorobku. Opowiadał zajmująco o powstawaniu kolejnych
dzieł, o miłości do Sztuki, o swoim przygodach z pędzlem i bez pędzla… Wybrani, na najwyższym poziomie goście (dzisiaj by się powiedziało, że towarzystwo z górnej półki) słuchali zauroczeni formą fizyczną i psychiczną Artysty, pamięcią krótkotrwałą i wsteczną, swadą, z jaką rześki staruszek, gestykulując żywo jak staroświecki aktor, opowiadał. Właśnie wspominał pożar pracowni, gdy spłonęło kilkadziesiąt jego obrazów, aż się popłakał, gdy mówił: - To była kara boska za to, że przed tym nieszczęściem sprzedałem święty obraz do kościoła, zamiast go podarować – tu otarł białą chusteczką łzy skruchy za popełniony grzech, czy też może łzy żalu za utraconymi ostatecznie dziełami – od tamtej pory wszystko, co maluję dla Kościoła, robię na Chwałę Bożą i nieodpłatnie, za darmo… I oto nagle, a niespodziewanie, z dołu rozległo się wołanie: - Wjechała świnka! Zapraszamy! Na te słowa zebrane towarzystwo rzuciło się do schodów tak nagle, jakby wybuchnął kolejny pożar, by tylko być pierwszym i zająć jak najlepsze miejsce w kolejce po świeżą wieprzowinkę. Docent wyprzedził profesora, wiceprezydent staranował prezydenta, pan przy tuszy odepchnął brutalnie filigranową śpiewaczkę, która przykleiła się do jeszcze nie wyschniętego płótna… Słowem Sodoma i Gomora… Wtedy to okazało się, że pieczone niemowlęce zwłoki prosiaczka z wetkniętym w niewinny martwy ryjek jabłkiem są po stokroć ważniejsze niż sam Mistrz. Jego dostojny wiek i wyjątkowe dzieła. Wszyscy jak jeden mąż (i jedna żona, partnerka czy kochanka) widzieli już tylko jedno: smaczne zwłoki nieszczęsnej, zamordowanej u progu życia świnki… Leciwy Mistrz, którego wyjątkowo barwna opowieść została przerwana w najtragiczniejszym miejscu, zdębiał albo zbaraniał, bo nie wiedział co się stało. Czy podłożyli bombę? Czy obwieścili kolejny koniec świata? Zrobiło mi się wtedy naprawdę bardzo smutno. Wielka Sztuka przegrała z maleńką świnką, wysoka kultura musiała ulec najniższym instynktom najwyżej postawionych osób w mieście, a osłupiały Mistrz został na „placu boju” w swoim królestwie zupełnie sam jak palec, jak pędzel malujący na płótnie, jak zużyta tubka farby wyrzucona w kąt, jak pęknięta, niepotrzebna już paleta, łkająca wielobarwnymi łzami. A chciał się tym królestwem podzielić z okazji dziewięćdziesiątych urodzin… Próbowałem pocieszać malarza jak umiałem najlepiej. Czułem się zawstydzony i zażenowany zachowaniem (typowym?) ludzi wysokiej kultury,
a niskich obyczajów, którzy zjawili się tu, by złożyć hołd Wielkiemu Człowiekowi, zacnemu Obywatelowi i dumie tego miasta. Niestety, złoty cielec, a właściwie świnka, przypieczona na złoto, jeszcze raz zatriumfowała. Mistrzowi opadły skrzydła i sztuczna szczęka, a mnie ręce i ochota na spotkania z oficjelami, dla których świnia – tak im podrzucona – była najważniejsza i sprawiła że po świńsku się zachowali. Pan Tadeusz, bo tak miał na imię ten zacny człowiek, pokazał mi rzeźbę Chrystusa, którą stworzył dla siebie, by po jego śmierci rodzina postawiła ją na grobie. Wtedy też pierwszy i ostatni raz rozmawiałem z Mistrzem… I nie była to wesoła rozmowa. Gdy schodziliśmy ze strychu do pomieszczeń na parterze, skąd dochodził gwar i mlaskania, po śwince został już tylko dymiący szkielecik, a po spotkaniu z niezwykłą postacią, niesmak, mimo smakowitego (jak przypuszczam) poczęstunku…
Artysta zmarł wkrótce po hucznie obchodzonym jubileuszu. Było to jakiś czas temu, lecz do dzisiaj męczy mnie pytanie: jaki wpływ na stan jego zdrowia miała tamta impreza? Czy Mistrz żyłby dłużej, gdyby nie niekulturalne, nietaktowne, bezczelne i chamskie zachowanie ludzi ze świecznika, na którym świeczki musiał zapalać chyba tylko sam diabeł… [JW]
POST SCRIPTUM
61
62
POST SCRIPTUM
foto: Dominika Woźniak
Scena na żywo,
to mój żywioł totalny. Dzięki niej chyba nigdy mentalnie się nie zestarzeję. To niezapomniane, jedyne w swoim rodzaju,
spotkania z publicznością.
Kim jest Katarzyna Pakosińska? Aktorką, artystką kabaretową, piosenkarką, czy może pisarką? Przede wszystkim sobą. To mój największy sukces. Pomimo tylu doświadczeń życiowych udało mi się osłonić swoją wrażliwość, empatię i mnóstwo „-izmów”, jak optymizm, romantyzm, idealizm… Oj, lista długa. Niekoniecznie popularna w dzisiejszych czasach. Jestem więc sobie Katarzyną Pakosińską. Mam wielką satysfakcję, kiedy na przykład podczas telewizyjnych wywiadów pojawia się dylemat, jak podpisać mnie na tzw. pasku. Aktorka? Artystka komediowa? Dziennikarka? Pisarka? Animatorka? Nawet filantropka! Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała w tej sytuacji: „niech cię po prostu podpiszą z imienia i nazwiska. Jesteś marką”. Dodam, że pracuje ona w korporacji i wie, co mówi I chyba jest to rozwiązanie. Sama nie potrafię wskazać najbliższej mi wizytówki, choć myślę, że wszystkie moje aktywności łączy słowo i próba pogodnego opisania świata. Zgadzam się. Katarzyna Pakosińska, to bezdyskusyjnie marka. Wiem, że wszyscy o to pytają, więc ja nie spytam, jak Pani wspomina czas spędzony z chłopakami z Kabaretu Moralnego Niepokoju. No, chyba że jakiś komentarz się Pani wymknie, to zamieszczę. Przyznam, że swego czasu był to mój najulubieńszy kabaret (nie do przecenienia jest Pani wkład w tę moją niegdysiejszą afektację). No, może był jeszcze jeden ulubiony, ale o tym Ani Mru Mru. Niedługo minie dziesięć lat odkąd nasze drogi się rozeszły, a często jeszcze słyszę o sobie „moralna Pakosa”. Wspólnie spędzony czas wspominam wspaniale, pełnia młodzieńczości i entuzjazmu, zdobywanie szlifów w byciu satyrykiem. Dziś po dwudziestu pięciu latach mogę stwierdzić, że uprawiam naprawdę fenomenalny zawód. Param się profesją tak misterną i metafizyczną, że nawet sami jej twórcy mają często problem z jej definicją. Ostatnio postanowiłam zmierzyć się z niemożliwym i uchylić rąbka tajemnicy wielbicielom tej sztuki.
Także tym, którym marzy się kariera estradowca. Napisałam ebook pod tytułem: Jak strugać wariata. Minikompendium sztuki kabaretowej. Jak najpoważniej. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że to było tylko założenie. Pisząc nawet najbardziej serio o tej ulotnej twórczości, od anegdot i podróży po przeżyciach osobistych, uciec się nie da. Zachęcam więc do przeczytania. Zaraz sobie wygooglam i zamówię. Brzmi arcyciekawie. Czy tęskni Pani za kabaretem? Wydaje mi się, że to „akwen” wręcz dla pani stworzony, dający możliwość pokazania: inteligentnego humoru, talentu aktorskiego, ale też zdolności wokalnych. Nie tęsknię, bo ze sceny kabaretowej nie zeszłam. Teraz nawet spełniło się moje największe marzenie – zostałam szefową warszawskiej sceny satyrycznej. Raz w miesiącu, w każdy drugi czwartek, zapraszam publiczność do Sceny Relax na Złotą 8, na premierowe Wytworne Wieczory Satyryczne. Każde spotkanie jest indywidualnie przygotowywane z moim gościem. Zenon Laskowik, Jacek Federowicz, Artur Andrus to pierwsze nazwiska. Emocji i dobrej zabawy mnóstwo. Stworzyłam również tamże specjalne miejsce dla młodych talentów. Będą mieli szansę zaprezentować się widzom… Napisałam „tamże”? Muszę popracować nad komunikacją. Sztuka kabaretowa na pewno wiele z moich pasji połączyła. Prócz pisania tekstów, budowania postaci, śpiewania – bardzo lubiłam myśleć zawsze o warstwie muzycznej, plastycznej, o pięknej scenografii. Proszę przypomnieć sobie pierwszy plakat Kabaretu Moralnego Niepokoju, czarnobiałe postaci w poświacie księżycowej. Specjalnie wymyślone liternictwo. Magia. Kostiumy pomagała nam wówczas projektować Viola Śpiechowicz, reżyserował Andrzej Chyra. Dziś również mam wspaniały, utalentowany zespół. Scena na żywo, to mój żywioł totalny. Dzięki niej chyba nigdy mentalnie się nie zestarzeję. To niezapomniane, jedyne w swoim rodzaju, POST SCRIPTUM
63
M
am marzenie o dobrych ludziach. Dobrym świecie. O byciu razem, w jakiejś
wspierającej się wspólnocie, która potrafi ze sobą
rozmawiać
64
POST SCRIPTUM
foto: Dominika Woźniak
spotkania z publicznością. Podróże, przejechane tysiące kilometrów, znajomość wszystkich stacji benzynowych na polskich drogach. To także zmęczenie, które znika, gdy widzi się efekt swojej pracy – uśmiechniętych ludzi z nową, dobrą energią. Wiem oczywiście, że nie zeszła Pani ze sceny kabaretowej. Chodziło mi o to, że kiedyś mogła się Pani skupić wyłącznie na satyrze, a teraz jest przed Panią tyle nowych wyzwań, jak aktorstwo chociażby. No i wyszło na to, żem głupiec, co się nie przygotował do rozmowy, ale to nic, to się pozmienia i wyjdzie lepiej. Sobie tylko zapiszę: „przeredagować pytanie o kabaret”. O! Już. Gdyby mogła pani cofnąć czas, to co zmieniłaby Pani w swoim życiu? A może odtworzyłaby Pani każdy dzień dokładnie taki jakim był, tylko bardziej doceniając ulotne chwile? Niczego bym w swoim życiu nie zmieniła. Wszystko, co mnie spotkało, zbudowało świat, który mnie teraz otacza. I sukcesy i lekcje pokory, bo tak nazywam wszelkie potknięcia życiowe. I to tu i teraz bardzo mi się podoba. Moja rodzina, przyjaciele, znajomi, moje zajęcia, a najbardziej niezależność. I taki spokój, który przyszedł z wiekiem. Łatwo mi podejmować dziś decyzje, dążyć do efektu, który chcę uzyskać, odpuszczać kiedy trzeba. Gdyby mnie jednak Niemcy gonili, to przyznaję, że chciałabym wcześniej jeszcze zaufać swojej intuicji, bardziej wierzyć w siebie i w swoją siłę. No i na pewno przykładniej podeszłabym do gry na instrumencie. Ukończyłam klasę fortepianu, ale z tej gry niewiele zostało i czasem bardzo za nią tęsknię. Czego nie wiedzą inne media o Katarzynie Pakosińskiej? Przyznaję, że nigdy o media nie zabiegałam. To dobrze i źle. Ale wynikało to w dużej mierze z mojej nieśmiałości. Mówiłam sobie, kto chce mnie poznać – zobaczy mnie w akcji. Na scenie, na ekranie, na kartkach pisanych książek. Jednak o tym trzeba mówić, a przy okazji odsłaniać ciut prywatności, bo takie są zasady. Nie pasowało mi to. Może dlatego media często hulały w swoich domysłach na mój temat. Najzabawniejszą rzecz jaką przeczytałam o sobie było o moim rzekomym kryzysie, cytuję: „znajoma gwiazdy donosi o załamaniu artystki, gdyż widziała ją na balkonie, gdy melancholijnie patrzyła w dal”. Toż mi robotę dowcipnisie zabierają, pomyślałam. Ale melancholijna jestem, przyznaję. Przez dłuższy czas chroniło mnie przekonanie, że satyryka się nie tyka. Zainteresowanie totalne pojawiło się, gdy odłączyłam się od grupy Moralnej. Myślę, że wciąż pokutuje na forach mój wizerunek śmiejącej się panny z kabaretu. Na szczęście jestem cierpliwa. Odkąd pojawiły się media społecznościowe osoby publiczne mogą z lepszym skutkiem
foto: Dominika Woźniak
kontrolować przepływ informacji na swój temat. Mogą również bardzo szybko skomentować jakiś „gorący news”, dać dobrej jakości zdjęcie. To duży plus Instagrama czy Facebooka. Marzenie Katarzyny Pakosińskiej? Mam marzenie o dobrych ludziach. Dobrym świecie. O byciu razem, w jakiejś wspierającej się wspólnocie, która potrafi ze sobą rozmawiać, szanować odmienne poglądy. O tym, by do normalności i oczywistości wróciły pewne zachowania międzyludzkie: wdzięk, klasa, szlachetność, dobre słowo. Niepoprawna optymistka? Zawsze. Jak to pięknie Pani powiedziała! To ja się dopisuję. Gdzie w najbliższym czasie można będzie zobaczyć Katarzynę Pakosińską? Nie pytam oczywiście o balkon. :) Zachęcam do odwiedzenia Sceny Relax w Warszawie. I Wytwornych Wieczorów Satyrycznych, które proszę wierzyć, nie kończą się wraz z opadnięciem kurtyny. Na scenach w całej Polsce pojawiam się w kabaretowym monodramie lub jak kto woli: „one woman show” pt. Dobry wieczór z Pakosińską. Wkrótce również w projekcie muzycznym z grupą Poparzeni Kawą Trzy. Zapraszam też do oglądania TOK SHOŁ w Superstacji w każdy wtorek i czwartek o 18.30, gdzie prowadzę rozmowy na niezwykle intrygujące i poważne tematy, a ponieważ od natury nie da się uciec…coś wam tam pokażę. [JP]
POST SCRIPTUM
65
yrzeka
w dów się lę g z w ówi,
rasicki K y c a – Ign
m rawdę p a r y t Sa
66
Utopiłbym się, utopił chociażby w łyżce wody. Lecz z wodą ostatnio krucho, więc mnie ominie ta słodycz. Powiesiłbym się na sznurku – to nie zuchwała przechwałka – ale chłop by mnie przeklął i jego snopowiązałka! Położyłbym się na torach, by pociąg mnie przejechał, ale znam nasze koleje: pewnie bym nie doczekał… Z chęcią bym sobie w łeb palnął, wszak tęskno mi do nieba, ale mnie w wojsku uczyli: naboi oszczędzać trzeba! Otrułbym się, że aż miło, aby się od was uwolnić, ale że wszystko zatrute zdążyłem się uodpornić. Odziany w sweter rozpaczy wódkę goryczy piję, więc mi musicie wybaczyć, że piszę i jeszcze żyję.
POST SCRIPTUM
Juliusz Wątroba
Rysunki: Konrad Wieczorkowski
Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec
Wariacje na temat
JERZY HANDZLIK DIETETYK Mag Od wag.
Buchnęli babci nóż Ciepełko pełga i się snuje słońce rozgrzewa pelargonie babcia w ogrodzie znów króluje lecz wzrok w bok błądzi niespokojnie ktoś babci buchnął nóż!
P
ADAM GWARA
ewien rogacz nieszczęsny z Kadzidła, gdy do reszty chęć życia mu zbrzydła, po wielokroć zdradzony, skacząc z okna głos żony słyszał – Głupku, masz rogi, nie skrzydła!
P
ewien krętek, co mieszka nad Padem, prokreuje już trzecią dekadę. Swojej progenitury dając obraz ponury, bo te krętki są wciąż, kurcze, blade!
C
hciał wziąć sobie Jan żonę nie z Ręczna, gdyż nie lubił on Ręczna, a wręcz na Ręczno wypiął się raczej. Ale wyszło inaczej. Sytuacja, przyznacie, niezręczna...
T
aką płaską ma żonę Maks z Laxen, że nie sposób nie zgodzić się z Maksem, kiedy twierdzi, że taniej i wygodniej jest dla niej, gdy na wczasy wysyła ją faksem.
M
awia pewien marynarz z Nairobi – Nic tak bardzo mężczyzny nie zdobi, jak ze słoniem tatuaż, który kończy się tu aż... Długość trąby różnicę tu robi.
G
dy przez Bydgoszcz przepływa Brdą kra, wrona kracze zdziwiona: “wkra, wkra”! Czasem ptak sobie ubrda, że to Wkra. Wrono, tu Brda płynie w kranie, a Wkra nie. To Brda.
J
est poetka z Dąbrówki Szlacheckiej rozkochana w poezji niemieckiej. Wielbiąc język i kraj ten, w wiersza rytm – reiten, reiten! galopuje w pozycji jeździeckiej.
P
ewna pani - ogólnie Trójmiasto, ma z lenistwa kochanka. Niech was to nie oburza – skromnego. On chce tylko jednego. Nie jak mąż. Zupa, drugie i ciasto.
nie dla niej brzytwy sekatory nożyce z utwardzonej stali miała swój nożyk niezbyt spory lecz go ukradli i nawiali bezczelnie wzbiwszy kurz! babcia z nożykiem w pocie czoła parła na oślep jak z maczetą tnąc i pustosząc dookoła z iskierką w oku i podnietą któż jej nóż buchnął któż? bez tego noża pozarasta chaszczem i perzem i pokrzywą i z gąszczy się nie wykaraska i pozamartwia głowę siwą trzeba jej oddać nóż! teraz nieboga niewydajna ręka bezwiednie szuka trzonka i złość dopada biedną skrajna żółć ją zalewa myśl się błąka by odwet wziąć i już! więc zaczaiła się w krzaczorach nienawiść szczerą w trzewiach płożąc tężeją mięśnie dusi zmora rośnie chęć by złodziei noży rozłupać wszerz i wzdłuż! już się sposobi niczym ninja (walki wręcz nie są babci obce) barwy wojenne w ręku klinga postanowienie zemsty mocne trwóż się złodzieju trwóż!
OSTRZEŻENIE Jak już raz jej dasz nazwisko, Potem sama weźmie wszystko. OPOWIEŚĆ PREZERWTYWY O POCZĄTKACH ŻYCIA NA ZIEMI Och!!! Ach!!! Trach!!! *** Ja tylko chciałam twojego dobra. Kobra. *** Najbardziej boli Utrata woli. I TAK WSZYSTKO Z AZJI To dopiero wybór i adrenalina, Czy lepsza chińska kopia, czy chiński oryginał. DENTYSTKA To niezatarte są wspomnienia: Dobrała mi się do korzenia. ADORATOR Najpierw kląkł, Potem wsiąkł NARZECZONY Gdy nastał świt, Prysł jego mit. A ONA MU WIERZYŁA Mowił, że ma kasę, Lecz problem był taki, Że miał zaskórniki, A nie zaskórniaki. MOTTO ALKOHOLIKA Co ci w grobie Po wątrobie?
łypie z przyczajki wsród gałęzi głucha na drwiny i uśmiechy czeka na tego co nóż zwędził aby rozpłatać mu bebechy i wrócić do swych róż Renata Cygan
POST SCRIPTUM
67
Malarka urodzona w Gdańsku.Jest autorką epickich portretów. Dzięki połączeniu przekonywającej, realistycznej techniki z pop-surrealistyczną narracją, wykreowała niepowtarzalny styl.O bok portretów ludzi w jej pracach pojawiają się przedstawienia zwierząt. Dzięki personifikacji artystka przedstawia ludzkie uczucia i namiętności. Jej pracom towarzyszy aura subtelnego niepokoju i melancholii. Są to sugestywne wizje, w których, jak w marzeniach sennych przeszłość miesza się z teraźniejszością, a postaci z różnych epok odnajdują się w tej samej przestrzeni dzięki wspólnym obawom i pragnieniom. Swoje umiejętności doskonaliła w pracowni prof.M.Świeszewskiego. Jest absolwentką Wydziału Malarstwa Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych.
68
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
69
70
POST SCRIPTUM
i tajemniczej naturze, kobieta jest bardziej interesującym tematem malarskim. Nie jest jednak tak, że maluję tylko kobiety. Inspiruję się między innymi fotografią z epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej. Podpatruję stroje z tamtych czasów, mnogość dekoracji i koronek, które uwielbiam malować. Moje obrazy są pełne detali, maluję kwiaty, zabytkową biżuterię, haftowane suknie, koronkowe kryzy, ornamenty. Taka estetyka pasuje mi bardziej do postaci kobiecych. Mężczyzna w moich pracach zazwyczaj pojawia się jako nieco wycofany, stonowany dżentelmen, kontrastujący z rozbudowanymi postaciami kobiecymi. Nie jest on jednak pozbawiony fantazji, ma swoje ukryte żądze i pragnienia. Czy jesteś malarką na pełen etat? Udaje Ci się z tego przeżyć?
Dziś naszym gościem jest przepiękna kobieta malująca cudowne, zachwycające, pełne detali obrazy. Jej płótna są jakby z innej epoki, pokazują świat, którego już nie ma. Świat do którego tęsknimy: nasycony formą, naturalnym światłem, dbałością o szczegóły. Z największą przyjemnością przedstawiamy Martę Julię Piórko. Twoje obrazy są bardzo wyraziste, emocjonalne, wręcz erotyczne. Czy erotyka jest dla Ciebie ważna?
W czasach schyłku kultury wysokiej, takie pytanie rzeczywiście ma sens. Tak, jestem malarką na pełen etat i żyję z malarstwa. Myślę, że jest to kwestia znalezienia sobie odpowiedniej niszy. Wiem, że moje obrazy nie będą podobać się każdemu. Są ekscentryczne, wyraziste, tajemnicze, niekiedy mroczne z nutką makabry, ale jest grupa odbiorców, która właśnie takiego klimatu poszukuje. Te osoby nie poprzestają na kupnie jednego obrazu, budują całe kolekcje tego typu sztuki. Ważne jest, żeby artysta miał osobowość i indywidualny, rozpoznawalny styl. Jak powstaje obraz? Czy zanim weźmiesz pędzel do ręki, pojawia Ci się w głowie gotowe dzieło, które należy jedynie odtworzyć jak na kopiarce, czy ono tworzy się podczas malowania?
Cieszę się, że te prace nie pozostają obojętne. Tematem moich obrazów jest człowiek, a erotyka jest częścią naszej natury. Przyznaję, elementy zmysłowości pojawiają się na moich płótnach. Nie maluję jednak wyzywających aktów. Przedstawiam nagie części ciała, ale tylko we fragmentach. Resztę pozostawiam wyobraźni widza. Bardziej podpowiadam pewne sugestie niż pokazuję wszystko. Jest to obietnica czegoś, co może się zdarzyć, ale wcale nie musi.
Nigdy nie miałam takiego momentu, że stoję bezradna przed białym płótnem. Pomysłów mam zbyt dużo. Zbieram inspiracje przez cały czas. Uważnie obserwuję otaczający mnie świat. Swoje spostrzeżenia „kolekcjonuję” w głowie, układam z nich historie i kompozycje na zasadzie kolażu. Kiedy mam już wszystkie elementy, zabieram się za malowanie. Nie jest to mechaniczne przenoszenie wizji na płótno. Proces kreacji nadal trwa. Nie zmieniam ogólnej koncepcji, raczej rozbudowuję całość kolejnymi elementami.
Tematem Twoich prac są głównie kobiety. Dlaczego?
Czy masz jakieś głęboko skrywane marzenia?
Motyw kobiety w sztuce jest niezwykle popularny. Prawdopodobnie, dzięki swojej zmiennej
O tych głęboko skrywanych marzeniach nie opowiada się w wywiadach, prawda (śmieje się)? POST SCRIPTUM
71
Tematem moich obrazów jest człowiek, a jest częścią naszej natury.
erotyka
72
POST SCRIPTUM
A tak na poważnie, to mam marzenia podróżnicze. Od kilku lat marzy mi się Islandia, gdzie miałam okazję być tylko przez chwilę. Wydaje mi się, że krajobrazowo jest to najpiękniejsze miejsce na świecie. Bardzo inspirujące dla artysty. Pełne surowości, zróżnicowanych tekstur i wyszukanych barw. Ostatnio eksploruję też Włochy. Zupełnie inne niż Islandia, słoneczne, tętniące życiem, z pysznym jedzeniem i wspaniałą sztuką. Miejsce, w którym chciałabym zamieszkać. Z takich podróży wracam pełna natchnienia nie tylko do pracy twórczej, ale też do tego jak lepiej i piękniej żyć. Kim byłaby Marta Julia Piórko, gdyby nie została malarką?
Od zawsze byłam malarką. Mówiłam, że jestem malarką, od kiedy nauczyłam się mówić.
Muszę robić coś kreatywnego: tworzyć, malować, przerabiać, poszukiwać piękna. Gdyby mi to zabrać, byłabym nikim. Czy podglądasz prace swoich kolegów i koleżanek po pędzlu (jakkolwiek to brzmi)? Kogo cenisz najbardziej z polskiego podwórka, ale też z europejskiego i światowego?
Uważam, że uczyć należy się od najlepszych. Jeżeli już kogoś podpatruję, to są to dawni mistrzowie malarstwa. Ostatnio lubię niderlandzkie martwe natury przedstawiające bukiety kwiatów, które symbolizują przemijanie. Inspirują mnie obrazy z motywami Vanitas: czaszki, przejrzałe owoce, gasnące świece, zwierzyna łowna, kolekcje kuriozów, wszystko co dziwne, tajemnicze i z dreszczykiem. Tematów szukam w baśniach, mitach, zabobonach, przedmiotach kultu religijnego. Religia chrześcijańska POST SCRIPTUM
73
74
POST SCRIPTUM
realistyczna technika połączona z pop-surrealistyczną narracją
jest prawdziwą kopalnią tego typu makabrycznych opowieści, np. Święta Łucja, która wyłupiła sobie oczy, aby pozostać czystą. Zwróciłam uwagę na ten motyw podczas moich podróży do Włoch. Zainspirował mnie do tego stopnia, że powstał obraz. Interesują mnie takie zestawienia, rodem z powieści gotyckiej, niewinność kontra okrucieństwo, jasność kontra mrok.
Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy wielu sukcesów w pracy twórczej. No i tego, o czym tak pięknie powiedziałaś chwilę wcześniej; pełnego i pięknego życia. Ja też dziękuję. Pozdrawiam Czytelników i redakcję Post Scriptum. [PS]
POST SCRIPTUM
75
D ELIKATNOŚĆ HANKA V. MODY
Zgubiłam kubek. A raczej sam zniknął. Przetrząsnęłam wszystkie szafki w kuchni, i nic. W zmywarce też nie. W końcu przeszłam przez wszystkie pokoje i pozaglądałam we wszystkie kąty. Kubka brak. A chciałam zrobić sobie herbatę. Nie, to nie tak, że mam w domu tylko jeden kubek, a jego brak powoduje, że nie ma w czym zrobić napoju. Kubków są setki, małe i duże, poupychane na półkach i w szafkach kuchennych. Tylko wiecie jak to jest, gdy wymyślicie sobie, że właśnie w tym konkretnym chcecie dziś pić herbatę, najlepiej earl grey, i czytać książkę przed kominkiem. Wszak sam środek zimy zobowiązuje. Do tego koniecznie ciepłe skarpety. No i koc na kolanach. Znacie ten sielski obrazek? Wprawdzie nie wiem, jak to zrobię, bo dom ma ogrzewanie i jest dość ciepło, kominek podgrzeje atmosferę jeszcze bardziej, więc pod kocem i w skarpetach mogę się ugotować. No i ten nieszczęsny kubek, którego nie ma. To wcale nie oznacza, że jest on jakoś szczególnie wyjątkowy. Nie dostałam go od ukochanego czy nieżyjącej babci, ani nie przywiozłam z dalekich podróży. Przeciwnie, podróż była niedaleka. Wybraliśmy się z Niemężem do miasta i tam zaszliśmy do biedronki, by poczynić zapasy. Tam też, w jakimś koszu z przecenami, były kubki świąteczne. W choinki, mikołaje i hoł hoł hoł. Ponieważ było już po świętach, więc kubki jakby się zdewaluowały i staniały na miarę naszych kieszeni. – Bierzemy! – krzyknęłam uradowana i spojrzałam z nadzieją na Niemęża. – Nie mamy kubków? – zapytał, co było do przewidzenia, bo przecież mamy. Mamy masę przeróżnych kubków. Pytał, choć przecież wiedział, że w tej sprawie nie da się nic zrobić. Ale są pytania, które po prostu trzeba zadać. Same cisną się na usta i pozostawione tam mogą powodować ucisk i problemy w oddychaniu. – No takich jeszcze nie mamy – odrzekłam zgodnie z zasadami tej gry i uśmiechnęłam się do niego, starając się jak najbardziej przypominać dziewczynkę, która musi, po prostu musi mieć właśnie te kubki, bo jak nie, to położy się na podłodze i będzie walić rękami i nogami, płacząc w niebogłosy. – Jak nie mamy, to weźmy – westchnął zrezygnowany, ale w kącikach jego ust zadrgał uśmiech, a w szarych oczach zobaczyłam czułość. Tak naprawdę
76
POST SCRIPTUM
te kubki były duże i mieściło się w nich duuużo herbaty. Potrzebowałam ich. No i właśnie teraz pragnęłam zaparzyć sobie ten cudowny napar w jednym z nich. W drugim już była herbata, ale inna. English breakfast, czyli mieszanka gatunków assam i cejlon. Mogłam ją pić na zmianę z bergamotkowym earl greyem, nie zważając na to, czy jest to śniadanie czy może już obiad. W każdym razie było już dawno po kolacji. Wyjrzałam przez okno. Na wsi ciemność jest dwa razy ciemniejsza. Przekonałam się o tym, gdy wprowadziliśmy się do tego starego, pruskiego domu gdzieś na granicy Warmii i Mazur Zachodnich. Mało kto wie, że istnieje taka kraina jak Mazury Zachodnie. Wszyscy wiedzą, gdzie są Mazury i wielkie jeziora, a nikt nie wie, że jest jeszcze zachodnia ich część. Równie piękna i malownicza. Mało kto wie także, że Warmia jest takim malutkim cyplem wdzierającym się pomiędzy nie. I nikt naprawdę nie wie, gdzie to dokładnie jest. Nasz dom stoi na granicy. To znaczy tak nam się wydaje, bo trudno ocenić to z dokładnością do jednego metra. Ale mogę spokojnie mówić ludziom, że nasze jabłka są z Mazur i jednocześnie z Warmii. Jabłonie Schrödingera. Teraz jabłonie majaczyły w ciemności, wyglądając jak zawsze złowieszczo. Deszcz, który spływał po szybach, rozmywał ich obraz w moich oczach. Spojrzałam jeszcze na termometr zewnętrzny. Pięć stopni na plusie. Czyli wszystko w normie jak na koniec stycznia. Dziwię się ludziom, których wciąż jeszcze zaskakuje brak śniegu w Boże Narodzenie. – Ojej, znów nie będzie śniegu na święta – mówią zdumieni, a przecież to jest już norma. Śniegu nie ma od dobrych paru lat i raczej nie spodziewałabym się nagłego powrotu dawnego klimatu. Osobiście nie narzekam. Przeżyłam w swoim życiu kilka zim ze śniegiem. Z całym tym odśnieżaniem samochodu. Najpierw trzeba zrzucić to wszystko z pojazdu, a później jeszcze przebić się przez zaspę, którą się samemu stworzyło. Pal licho, jeśli to tylko nasza zaspa, gorzej gdy sąsiad kilka minut wcześniej zostawił swoją. Więc trzeba było wstać pół godziny wcześniej i wyjść, by odczynić to, co trzeba odczynić. Do tego cały ten zimny puch wciskający się pod ubranie i do butów. Od kiedy skończyłam wiek, gdy z entuzjazmem zjeżdżałam na sankach, śnieg nie był już taką radością. Wszystkie zimy spędziłam w mieście, ale na szczęście
na moim osiedlu istniało sporo górek, z których można było radośnie zjeżdżać.Najpierw chodziłam z tatą, a później z dzieciakami z osiedla. Człowiek wracał zmarznięty i zadowolony. Teraz zadowolona jestem, gdy śniegu nie ma. Na wsi to dopiero byłaby radocha. Odśnieżać cały podjazd, by dostać się do drogi trzeciej, czyli żadnej kategorii odśnieżania. Dziękuję, pomoknę. Tym bardziej, że cała ta zabawa zapewne spadłaby na mnie. Żyję z facetem, którego nie ma. I nie jest to jakiś mój wyimaginowany przyjaciel. Jeszcze nie zwariowałam. Po prostu Niemąż nie ogarnia rzeczywistości. Nie, jego także nie dopadła choroba psychiczna ani inna niemoc, wręcz przeciwnie, jest nad wyraz inteligentny i żyje w niedostępnym zwykłym śmiertelnikom świecie swojego umysłu. Umysłu oraz obowiązków pozadomowych. W świecie wykładów i wystaw. Inteligent i artysta w jednym. Wyobraźcie sobie tę mieszankę.
Gdy stanął pod moim oknem z książką w ręku i winem, jeszcze tego nie wiedziałam. Wiedziałam natomiast, że zupełnie mnie zaskoczył. A byłam w dresie, z tłustymi włosami, bez makijażu i z łuszczącym się lakierem na paznokciach. Cud, że nie śmierdziałam. Wszystko za sprawą tego, że lubię wylegiwać się w wannie z solą i pianą, co też uczyniłam, zanim się pojawił niespodziewanie. Rozmawialiśmy od jakiegoś miesiąca zupełnie niezobowiązująco na fejsie, i nagle się zmaterializował. Postanowił odnaleźć mnie w mojej małej mieścinie, co było wystarczająco romantyczne, zważywszy, iż nie znał mojego adresu, a był jedynie posiadaczem zdjęć z mojego balkonu. Wybrał do tego wolny grudniowy dzień tuż po świętach. Normalnie kazałabym mu stać tam pod blokiem, zanim się nie ogarnę do warunków umożliwiających pokazanie się ludziom, ale oświadczył, że chce mu się siku. Nie mogłam trzymać go w tym stanie na deszczu. A że wcale nie oczekiwałam, że zostanie miłością mojego życia, zlitowałam się nad nim i wpuściłam do mieszkania, tak jak stałam. Może i to mało odpowiedzialne wpuszczać obcego faceta do domu, ale ja dobrze rozumiem, co znaczy chęć zrobienia siku. Nie nawykłam do znęcania się nad ludźmi. Tak więc wszedł i został. Zupełnie jak mój kot, którego też znalazłam zimą. Wtedy naprawdę padał śnieg i było potwornie zimno, ale to było czternaście lat temu. Zrobiłam mu herbatę. Niemężowi, kot pija wodę z kranu. Tak siedzieliśmy przy tej herbacie z cytryną i rozmawialiśmy. Godzinę, dwie, trzy. Świat naprawdę przestał istnieć. Faktycznie w takich chwilach wszystko dookoła blednie, a wzrok i słuch ogniskujesz na tej jednej osobie. Na jego szarych oczach, łysej głowie i lekkim uśmiechu. Słyszysz i rozumiesz każde słowo. RenaI nie widzisz, że wcale nie jest tak wysoki jak wymarzony książę czy ma trochę za duży brzuch. Myślę, że ta sama siła zadziałała tak, że on nie zobaczył mojego dresu czy braku makijażu, o tłustych włosach nie wspomnę. Później dowiedziałam się, że za to doskonale zobaczył moje cycki, ale kulturalnie udawał, że nie widzi. Czyli wszystko w normie, ja oszalałam na punkcie jego oczu, głosu, intelektu i opowiadanych historii, a on na punkcie moich cycków. Tak mu zostało do tej pory, za co Bogu dziękuję, bo nie zauważa, gdy palnę jakąś głupotę. Nasz związek jest zakałą dzisiejszego feminizmu. To ja piorę, gotuję i sprzątam. Nie tam, że lubię sprzątać, ale po prostu zaroślibyśmy brudem. Sprzątać nie lubię, ale żyć w syfie też nie. Niemężowi zupełnie nie przeszkadza dziesięć kubków, pięć talerzy i skarpetki oraz kubek po jogurcie i ogryzek na jego biurku. Zdaje się tego w ogóle nie zauważać. On jest od wyższych celów, ja jestem od prania tych skarpet. Wiem, zgroza i olaboga. Do tego nigdy nie wiem, gdzie jest i kiedy wróci, bo może
POST SCRIPTUM
77
S tałam tak przed tym mokrym zimowym oknem bez
kubka i gorącej herbaty, w piątkowy, styczniowy wieczór, aż zadźwięczał telefon... właśnie ratuje świat, lub przekazuje studentom prawdy tego świata, a oni słuchają go z otwartymi ustami. Bo właśnie tak potrafi mówić. Ma dar porywania tłumów, a do tego talent i ciepło, które sprawia, że ludzie chcą być blisko. Za to my, fizycznie, jesteśmy ciągle daleko. „Bo męska rzecz być daleko, a kobieca…”, ale ja też mam swoją pracę i swoje wyjazdy. I jedna rzecz w tym wszystkim jest niezmienna. Nasze łóżko, do którego wracamy, i w którym się spotykamy. W którym mówimy sobie dobranoc i w którym witamy się pocałunkiem. W którym budzimy się leniwie, ja zanurzając palce w jego włosach na klacie, a on gładząc moje piersi. Od kilku lat nic zupełnie się w tej kwestii nie zmienia. Dryfujemy tam sobie, oderwani od świata, a on pyta niezmiennie „Jak ci minął dzień?”. I słucha, co do niego mówię. Tych wszystkich opowieści, że byłam z kotem u weterynarza, a nasz biały pies upaćkał się w błocie, bo przecież taka zima, że tylko błoto. I że tęskniłam, mówię mu, a on bierze mnie w ramiona i kołysze. I wtedy przychodzi kot, kładzie się obok i mruczy nam swoje historie. Tylko nie ma komu wstać zrobić herbaty, więc pijemy tę zimną, którą postawiliśmy wieczorem na szafce nocnej i śmiejemy się. Bo przecież mamy siebie i nie trzeba odśnieżać samochodu. Stałam tak przed tym mokrym zimowym oknem bez kubka i gorącej herbaty, w piątkowy, styczniowy wieczór, aż zadźwięczał telefon. – No hej – uśmiechnęłam się do niego, choć nie mógł tego widzieć. – Wracam do domu, będę za godzinę – usłyszałam, że jest bardzo zmęczony. – A skąd? – zapytałam ciekawa, bo mógł być wszędzie.
78
POST SCRIPTUM
– Z Warszawy, załatwiałem wystawę, musiałem się spotkać z kilkoma ludźmi. – Kiedyś bym się zdziwiła, bo gdy wychodził rano, jechał na wykłady do Gdańska, a teraz wraca z Warszawy. Głodny, zmęczony i zestresowany. Przez kilkanaście godzin był w innym świecie, ale teraz wraca do naszego, tego pośrodku. „Jesteś moją axis mundi”, powtarza mi czasem i ja mu wierzę. – Jak się czujesz? – pyta mnie. – Dobrze, opowiem wszystko, zrobić ci herbaty? – też go pytam, choć wiem, że tak. Zawsze chce, a ja zawsze chcę mu ją zrobić. Będzie chciał też kąpiel. Zanurzyć się w ciepłej wodzie i oczyścić głowę. Zabierze mnie tam ze sobą i będziemy tak nurzać się w milczeniu i bliskości. Po prosu. – Poproszę, jeśli możesz, to zrób, dziękuję. – Zawsze grzeczny, zawsze ciepły. – Tylko jest jeden problem – przypomina mi się – gdzie jest jeden kubek, który kupiliśmy ostatnio w biedronce? – Męczy mnie ten temat, jakby od tego zależały losy świata. – Ach – wzdycha. – Potłukłem, spadł z biurka. – I nawet posprzątałeś dowody zbrodni? – zaczepiam. – Przecież kot albo pies mogły się zranić – odpowiada. Śmiejemy się. – Już niedługo będę – szepcze. – Czekam – odpowiadam.
OGŁOSZENIE PŁATNE
FACE DRAW
ART
Profesjonalne portrety ze zdjęć
na zamówienie Portrety indywidualne, rodzinne lub portrety ukochanych zwierząt. Rysowanie ołówkiem na wysokiej jakości papierze lub malowane na płótnie farbami akrylowymi lub olejnymi. Doskonała pamiątka lub prezent dla ukochanej osoby. Wiecej informacji na Facebook:
Face Draw Art
Kontakt: agnihapainting@gmail.com
POST SCRIPTUM
79
POZA RZECZYWISTOŚCIĄ „W naturze teatru leży ulotność, a fotografia jest najczęściej wykorzystywana do rejestrowania rzeczywistości. Jaka powinna być fotografia teatralna, żeby przybliżyć nas do efemerycznej natury spektaklu? Nakładając na zastaną realność filtr własnej wrażliwości, świadomie ją przekształcając i tworząc własną narrację, a nie jedynie rejestrując rzeczywistość, jesteśmy w stanie uchwycić ulotną naturę teatru. Temu przyglądaliśmy się przez 10 tygodni trwania Master Class online, zgłębiając temat wolności twórczej i odkrywając wrażliwość uczestników warsztatów, ich sposób widzenia świata i obrazowania. Pandemia narzuca pewne ograniczenia, jednak samoograniczenie daje możliwość skupienia i rozwoju autonomicznej wypowiedzi oraz poszukiwania głębszych stanów emocjonalnych. Efekty tych poszukiwań możecie Państwo obejrzeć na wystawie, na którą serdecznie zapraszam.” Krzysztof Bieliński, kurator wystawy
Piotr Kubic
Andrzej Wencel
M A S T E R
Radosław Hebal
80
POST SCRIPTUM
C L A S S
Anna Tomczyńska
FOTOGRAFIA
Paweł Janicki
P L A K A T
Olga Cieślar
Renata Cygan, Krzysztof Bielinski, Katarzyna Brus-Sawczuk
WYSTAWA FOTOGRAFICZNA w Starej Galerii ZPAF, Warszawa, Pl. Zamkowy 8
Renata Cygan, Katarzyna Brus -Sawczuk
Marianna Kulesza
Małgorzata Wakuluk
M
aster Class Krzysztofa Bielińskiego, (mistrza fotografii teatralnej, gościa specjalnego ostatniego numeru Post Scriptum) doczekało się wystawy złożonej z dzieł uczestników wirtualnego kursu fotografii. 24 wybrane osoby, 10 tygodni spotkań online, na których zgłębiano fotograficzne techniki, sztuczki i tajemnice pod okiem mistrza, zaowocowały tą wyjątkową ekspozycją, której wernisaż miał miejsce 13 września, w Starej Galerii ZPAF-u. Iwona Bandzarewicz, Joanna Draszawka, Maciej Dziaczko, Olga Cieślar, Joanna Gałuszka, Greg Goodale, Grzegorz Gut, Radosław Hebal, Paweł Janicki, Tomasz Jeziorski, Jacek Kadaj, Kinga Klimczak, Sylwia Księżopolska, Piotr Kubic, Marianna Kulesza, Marcin Osman, Izabela Rogowska, Dawid Stube, Wojtek Szabelski, Agnieszka Świat, Anna Tomczyńska, Małgorzata Wakuluk, Andrzej Wencel, Barbara Woźniczka to autorzy zdjęć zaprezentowanych w Starej Galerii. Przedstawione prace są niezwykle intrygujące, zróżnicowane stylem i pełne niedomówień. Widać, że uczestnicy czerpali inspiracje nie tylko od samego Krzysztofa Bielińskiego, nie tylko od polskich fotografów takich jak Edward Hartwig, ale również od mistrzów malarstwa. Obrazy są niejednokrotnie przekształcone przy użyciu współczesnych technik. Ale techniki to sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest indywidualne uchwycenie tematu i przefiltrowanie go przez własną wrażliwość artysty. Widać tu przekraczanie granic, jest gra na nieuświadomionych emocjach odbiorcy, tworzenie własnej, niepowtarzalnej artystycznej narracji i zaskakujące, nowe zasady budowania obrazu. Sukcesem każdego dzieła sztuki jest prawda i wierność sobie. Pomimo że uczestnicy warsztatów tworzyli swoje dzieła pod „jedną banderą”, to można zauważyć, że starają się mówić własnym głosem, co jest niewątpliwą zasługą prowadzącego, bo właśnie zerwanie z kanonem, wyjście poza strefę własnego komfortu było głównym celem Master Class. Serdecznie gratulujemy Krzysztofowi Bielińskiemu, studentom i organizatorom. Wystawę można oglądać do 11 października, kto nie był – niech przybędzie. Naprawdę warto. [PS]
POST SCRIPTUM
81
W połowie czerwca Wydawnictwo Feniks ogłosiło nabór na recenzentów książki pod tytułem Życie spisane patyczkiem. Po zapoznaniu się z opisem książki, bardzo chciałam ją przeczytać. Z radością przyjęłam fakt, iż znalazłam się w gronie recenzentów.
Oto kącik Zaczytanej Ewelki, czyli naszej koleżanki redakcyjnej – Eweliny KwiatkowskiejTabaczyńskiej. Ewelina dzieli się z nami swoimi fascynacjami literackimi, przedstawiając książki, które są według niej warte pokazania na łamach Post Scriptum i godne polecenia.
ŻYCIE
Serdecznie zapraszamy.
SPISANE PATYCZKIEM
A
utobiografia Józefa Stanisława Fronta, który wskutek niefortunnego skoku do wody złamał kręgosłup. 16 lipca 1973, mając 19 lat, pod wpływem chwili podjął złą decyzję. Choć przeczucie szeptało, aby tego nie robił, skoczył do jeziora. Dwóch chłopaków wyciągnęło go na brzeg, został przewieziony do szpitala powiatowego, gdzie lekarze i pielęgniarki dopuścili się ogromnych zaniedbań. Czytałam i nie wierzyłam, jak można tak traktować człowieka w takim poważnym stanie.
N
ikt nie wróżył mu długiego życia, sam podupadał psychicznie, przechodził załamania, próbował odebrać sobie życie. Jednak odnalazł w sobie siłę, żeby żyć. Spotkał na drodze wielu pomocnych, opiekuńczych i troskliwych ludzi. Zafascynowana osobą Józefa postanowiłam dotrzeć do ludzi, którzy otoczyli go opieką i zapragnęłam poznać go bliżej i dowiedzieć się, jak doszło do wydania książki. Dotarłam do dwóch pań: Martyny Ryś i Iwony Czarnynogi, prowadzących na Facebooku profil. „Poznałam go na przełomie stycznia/lutego 2006 roku podczas dwutygodniowej praktyki studenckiej w Domu Pomocy Społecznej Św. Anny w Tychach. Od chwili rozpoczęcia praktyki zostałam zapoznana z mieszkańcami tego Domu, między
82
POST SCRIPTUM
innymi z Józefem Frontem. Po wejściu do Sali Mieszkańca zostałam przedstawiona Józefowi, a on przyjął mnie mile, z uśmiechem, obserwując mnie swoimi intensywnie niebieskimi oczyma. Od razu wywiązała się rozmowa na różne tematy i od pierwszego kontaktu znajomość zaczęła się rozwijać w przyjaźń”. – wspomniała Iwona Czarnynoga. „Pewnego dnia, słuchając z zaciekawieniem jego opowieści o perypetiach zdrowotnych, pomyślałam, że jego życie byłoby dobrym materiałem na książkę o nietypowej niepełnosprawności. Nigdy nie spotkałam się z takim przypadkiem całkowitej
niepełnosprawności i nietypowym położeniem, a przy tym dużą aktywnością życiową i samodzielnością, przy mocno ograniczonych możliwościach. Byłam pod wielkim wrażeniem tego człowieka. Ku mojemu zaskoczeniu, po jakimś czasie otrzymałam od niego pierwszy, wystukany rozdział. Od tego momentu wspierałam go w dalszym pisaniu kolejnych rozdziałów, aż do zakończenia tworzenia. Z trudem powracał myślami do tego koszmarnego, początkowego okresu załamania powypadkowego. Wróciły złe wspomnienia: ból i ogromny żal do samego siebie za spowodowanie życiowego błędu. Z każdym kolejnym rozdziałem było coraz lepiej i z niecierpliwością czekałam na zakończenie”. – mówi Iwona.
J
ózef dał się poznać jako wyjątkowy człowiek. Góral z Zawoi, którego silny i twardy charakter przeplatał się z pogodą ducha, cierpliwością i wrażliwością na piękno przyrody. Największą radość sprawiało mu przebywanie w górach, na łonie natury, a później w miejskim ogródku DPS-u. Józef był łącznikiem pokoleniowym. Łączył zwaśnioną rodzinę przy jednym ognisku, łączył także młodych ze starszymi. Swym doświadczeniem i pogodą ducha wzbudzał zaufanie, otwartość i szczerość, okazując wparcie drugiemu człowiekowi. Duchem był zawsze młody i pełen energii. Dostosowywał się do zmian społecznych i ciągle uczył się nowości.
...podupadał psychicznie, przechodził załamania, próbował odebrać sobie życie. Ania Siwa:
Martyna Ryś: „Poznaliśmy się z Panem Józefem przez panią ze szkolnego wolontariatu w gimnazjum. Od zawsze lubiłam pomagać. Pewnego razu poszliśmy całą grupą do Domu Pomocy Społecznej Św. Anny w Tychach. Organizowaliśmy zabawy, „Martynę znałam jako ycie spisane patyczkiem, odwiedzaliśmy osoby starsze początkującego blogera, dopiero to książka z przesłaniem – to w pokojach. Na sam koniec poszliśmy zaczynała stawiać swoje pierwsze niezwykła opowieść o niezwykłym do Józefa. Za każdym razem kroki w blogosferze. Od początku człowieku, który w obliczu śmierci wracałam do Józefa. Zaczęłam się zaprzyjaźniłyśmy, to taka moja stoczył heroiczną walkę o godny chodzić do niego nawet w czasie mała siostrzyczka. Wspaniała byt, wybrał życie, by swoją biografię wolnym. Bardzo go polubiłam. Mimo osoba. Podczas którejś rozmowy spisać trzymanym w zębach swojej niepełnosprawności cieszył wspominała o Józefie. W tym czasie drewnianym patyczkiem. Wystukał się życiem i zarażał uśmiechem. dostałam propozycję współtworzenia ją na klawiaturze komputera, leżąc Słyszałam, że często odwiedzali Wydawnictwa Feniks. I tak od jednej na brzuchu. Autor pokazuje nam, że go absolwenci szkoły, do której rozmowy do drugiej, zachęciłam bez względu na to jak ciężko los nas chodziłam. Poznałam wtedy Iwonę, Martynę do przesłania propozycji doświadcza, nie należy się poddawać. która uczęszczała tam na praktyki wydawniczej. studenckie. Dowiedziałam się, że Józef pisze książkę. Jak skończył, podarował „Na tej drodze spotkały mnie różne przeciwności lecz mi ją w wersji papierowej. nawet niekompetentni lekarze, pielęgniarki, nieżyczliwi Przeczytałam. Z Iwoną spotkałam ludzie, nie mogli wygrać z moją siłą życia i dobrem się poza DPS i stwierdziłyśmy jakiego doświadczyłem. Dostałem kolejną szansę by żyć. razem, że zaproponujemy Józefowi, Musiałem nauczyć się wielu rzeczy na nowo. Była to droga powrotu do równowagi ducha po bardzo głębokim upadku.“ żeby ją wydać, aby wspomóc go finansowo. Pierwszą myślą była zrzutka. Szukałam wydawnictwa, które zgodziłoby się wydać te książkę. Wiedziałam, że nie jest to lektura ochani, serdecznie polecam Wam Było ciężko, ale się udało. Książką łatwa, pożądana na rynku. A to ze przeczytanie tej wartościowej zainteresowało się Wydawnictwo względu na sposób wykonania bądź książki. Jest to przepiękne Feniks. Niestety, nie zdążyłyśmy samą treść… Jednak nie mogliśmy świadectwo niełatwego życia Józefa jej wydać przed śmiercią Józefa. przejść obok tej historii obojętnie. Stanisława Fronta. Dzięki wspólnej pracy wielu osób Razem z Anią przeczytałyśmy Z całego serca dziękuję Wszystkim możecie teraz czytać Życie spisane całą biografię. Łzy nam ciekły za podzielenie się z nami opowieścią patyczkiem”. strumieniami, a i śmiechu było o tym niesamowicie wytrwałym co niemiara. Anna Fiałkowska- Niewiadomska: mężczyźnie. Stwierdziłyśmy, że musimy to wydać, „Niestety, nie znałam osobiście Martyna Ryś – za rozmowy, bo lektura ma wartościowy przekaz. Józefa. Z propozycją wydawniczą wymieniane wiadomości, za czas To taki intymny zapis czyjegoś zgłosiła się do nas Martyna Ryś. trudnego życia. Nie poznałam i za dobre serduszko. Wraz z mężem przeczytaliśmy zapiski jeszcze do tej pory drugiego takiego Iwona Czarnynoga – dziękuję pana Fronta i podjęliśmy decyzję człowieka, może dlatego, że Józef był za przemiły kontakt. o wydaniu. Wzbudziły one w nas idealnie nieidealny. Ze swojej strony Ania Siwa – za całokształt, to co wiele emocji i gdy dowiedzieliśmy mogę tylko dodać, że mało kto ma robisz i z jaką pasją, jest fascynujące się, że nikt wcześniej nie chciał ich odwagę powiedzieć, a co dopiero i niezmiernie motywujące. wydać, stwierdziliśmy, że zrobimy ubrać w słowa, że coś „spieprzył” Pani Ania Fijałkowskiato my. Chociaż pośmiertnie, ale w swoim życiu. On tak potrafił, za to Niewiadomska – za otwartość spełnimy jego największe marzenie. należy mu się szacunek. I ze względu i wyłowienie tej perełki. Nie ingerowaliśmy zbytnio w tekst, właśnie na szacunek i ogromny Dziękuję. [EKT] zostawiając go w większości tak podziw, postanowiliśmy nie zmieniać surowym, jakim był. Chcieliśmy, jego historii, niech będzie taka jak On. aby jego przesłanie dotarło do Prosta, szczera i z błędami. Bo kim my Czytelników tak, jak sam tego chciał”. jesteśmy, by poprawiać czyjeś życie?”
Ż
K
POST SCRIPTUM
83
RZEKA płynie przeze mnie niewidzialna rzeka. codziennie bezskutecznie próbuję odnaleźć jej brzegi i spinające je mosty które by połączyły mnie ze sobą. jak to uczynić gdy co chwila odnajduję nowe dorzecza ? moja rzeka nie ma źródła ani ujścia. jest tylko rwącym strumieniem obaw i lęków których nie potrafię oswoić przejść ponad nimi. patrzę na swoje odbicie w lustrze i widzę zmęczonego życiem człowieka. w nocy budzę się z krzykiem. rozpaczliwie szukam łódki na której mógłbym przedostać się na brzeg którego nie ma . muszę więc odnaleźć drogę do ujścia lub do źródła. JULIA julia ma osiemdziesiąt siedem lat. ciągle pamięta potajemne schadzki z romeo i kradzione pocałunki na parkowej ławce. jej ukochany wyjechał tak daleko gdzie światy się kończą lśniącym karawanem. czasem czyta od niego listy ukryte pod marmurową płytą. niekiedy przychodzi do niej kobieta z dwójką dzieci mówiąc że to jej prawnuki. podsuwa kolorowe cukierki na lepszą pamięć. julia chowa je na dnie wazonu z zasuszonymi kwiatami które dostała od ukochanego. nie ma prawnuków ani problemów z pamięcią. ciągle jest młodą dziewczyną. przed oczyma ma wciąż roześmianą twarz swojego romeo który powróci
TADEUSZ
ZAWADOWSKI
lśniącym karawanem.
MOJE WIERSZE coraz częściej to ja jestem pisany swoimi wierszami. nie pytają mnie o zgodę. wydzierają mi komputer i bawią się słowami. czasem wysyłają się do moich znajomych podszywając pode mnie mnie. innym razem lądują w pocztach redakcyjnych by następnie przeglądać się w stronicach pism literackich. w nocy budzi mnie ich chichot gdy przychodzi im ochota po raz kolejny zadrwić ze mnie. kiedy indziej opowiadają mi do znudzenia swoje dzieciństwo i zapomniane miłości. moje wiersze piszą mnie swoimi oczyma. coraz częściej.
84 84
POST SCRIPTUM
Renata Cyg
gan
ARCO Van IEPEREN GAME OVER mój czas w tej grze dobiega końca. nie dam już rady być częścią społeczeństwa w którym brak miejsca dla odłamów. mózg wciąż przegrzany niewygodnymi myślami. nie spełniam oczekiwań – twoich, moich, czyichkolwiek. mam emocjonalne zaparcie. jestem tak pełny słów, że zaraz pęknę. niedługo zasypię świat czarnymi wierszami; gorzkie, ciężkie, załadowane bagażem, którego nie mam siły dźwigać. myślałem, że umiem grać jak reszta, lecz znajduję się na straconej pozycji. wyloguję się.
KATARZYNA BRUS-SAWCZUK Sygnał międzymiastowej nauczył go czekania co drugi piątek późnym wieczorem w jej strefie czasowej było dopiero południe los rozdzielił ich dla rozsądnego bytu nieznanej przyszłości braku dnia dzisiejszego wyrwane słowa wyobrażenia bez seksu z powtarzanym rytmicznie odgłosem podsłuchu dziś na końcu wirtualnego światłowodu pozostaje samotność można wszystko [ODLEGŁOŚCI]
Renata Cygan
Po dziesięciu latach zanim odleciał do ciepłych krajów z zamiarem niezamorskiego ptaka powiedział ty nie masz nic do stracenia wrażliwość najwyżej boli mocniej nie traci się i nie znika do stracenia mam tylko czas całe mnóstwo nie zawraca nie zagina się jak obiecywali fizycy w przemnożeniu na morskie mile powoduje oddalenie świetlne lata nie wraca jak te ptaki [MIGRACJE] POST SCRIPTUM
85 85
86 86
POST SCRIPTUM
DARIUSZ KLIMCZAK
POST SCRIPTUM
8787
Cały urok leży w prostocie Dariusz Klimczak urodził się w 1967 r. w Sieradzu. Jest malarzem, dziennikarzem, poetą, muzykiem i fotografikiem. Ma na swoim koncie udział w wystawach zbiorowych oraz kilkanaście indywidualnych wystaw fotograficznych w kraju i za granicą. Ostatnie dziesięciolecie to praca nad surrealistycznymi fotomontażami na bazie własnych zdjęć. Artysta preferuje kwadratowe kadry oraz kontrasty czerni i bieli, choć nie stroni też od koloru. W swoich “fotomanipulacjach” poszukuje nastroju, anegdot i uniwersalnych symboli, które będą w stanie poruszyć oglądającego, zmusić go do refleksji lub uśmiechu.
88
POST SCRIPTUM
Nie wierzę w natchnienie,
ale w regularną Dziennikarz, malarz, aforysta, były perkusista w zespole rockowym, kompozytor. Jak do tego doszło, że poświęcił się Pan fotografii? Fotografuję od ponad 30 lat. Zaczynałem oczywiście analogowo, zenitem z jednym obiektywem. W liceum plastycznym eksperymentowaliśmy w ciemni z nakładaniem na siebie kilku klatek filmowych, a nawet z tworzeniem fotomontaży. Brakowało im jednak precyzji, jaką można osiągnąć dzięki komputerom. Kiedy dostrzegłem możliwości Photoshopa, dość szybko przestawiłem się na zdjęcia cyfrowe i ich obróbkę. Zaczęło się od zabawy – wkleiłem koledze głowę psa. Wyglądało to na tyle realistycznie, że postanowiłem iść tym tropem i kreować własne światy na podstawie powycinanych ze zdjęć obiektów. Od samego początku zależało mi na stworzeniu wiarygodnej iluzji. W świecie internetu, komputerów i masowego dostępu do darmowych zdjęć stockowych, właściwie każdy mógłby sobie tworzyć fotomontaże, używając Photoshopa lub innych programów. Pan uczynił z fotografii/
pracę.
fotomanipulacji sposób na życie. Na czym polega Pana sukces? Myślę, że na konsekwencji i systematyczności. I na tym, że z tego żyję. Rzadko robię prace na zamówienie, nie fotografuję ślubów ani komunii. Kilkanaście lat temu postawiłem sobie za cel stworzenie jednej kompozycji dziennie, choćby się waliło i paliło. Nie wierzę w natchnienie, ale w regularną pracę. Z czasem – w miarę nabierania wprawy w obsłudze Photoshopa, mojego głównego narzędzia – tych kompozycji powstawało dziennie nawet kilka. Wychodzę z założenia, że skoro ma to być fotografia autorska, wszystkie elementy muszą być sfotografowane przez mnie. Nie korzystam z żadnych darmowych zdjęć. Otwarta przestrzeń, wolność, harmonia, czystość, przejrzystość obrazu, magia, contrast w tonacji i kompozycji – tym charakteryzują się Pana prace. Jak określiłby Pan styl swojej twórczości? Nazwałbym go chyba neosurrealizmem. Bazuję na klasyce, co widać choćby w kompozycji wielu moich POST SCRIPTUM
89
prac. Nie lubię chaosu, przeładowania pracy zbyt wieloma elementami. Rzeczywiście dążę do harmonii, staram się, by moje opowieści były klarowne i czytelne. I proste, bo cały urok leży w prostocie. Nawiązuję do surrealizmu, znam dokonania większości z jego twórców, ale żadnym z nich się nie inspiruję. Proszę nam opowiedzieć jak powstają Pana dzieła. Interesuje mnie proces. Najczęściej zaczynam od pejzażu. Szukam w nim jakiegoś punktu zaczepienia – rytmu, ciekawej faktury, niezwykłości. Następnie wklejam chmury, które fotografuję wręcz obsesyjnie. Staram się, by dopełniały wizualnie to, co się dzieje na ziemi. Lubię powtarzalność rytmów. Kolejnym etapem jest poszukiwanie głównego elementu (człowieka,
„Na bazie symboli i obrazowych archetypów staram się kreować , opowiadać historie, dawać widzowi początek bajki, której rozwinięcie dopowie sobie sam. Jeśli uda mi się kogoś zmusić do refleksji lub uśmiechu uznaję, że osiągnąłem swój
własne światy
artystyczny cel”.
zwierzęcia, rośliny), wokół którego zbudowana będzie anegdota. Szukam prostych symboli, zrozumiałych dla każdego. Zależy mi na tym, by nie były to przypadkowo wklejone elementy, ale takie, które ze sobą korespondują, tworzą napięcie lub się wzajemnie uzupełniają. Co to jest fotografia kolekcjonerska? Fotografia to twórczość powtarzalna. Z oryginalnego, cyfrowego pliku można zrobić setki, a nawet tysiące wydruków, tak jak kiedyś z jednej kliszy można było wykonać wiele odbitek. To wpływa na cenę (im więcej, tym taniej). By taki powielony obraz miał wartość dla odbiorcy, dobrze, żeby tych kopii było jak najmniej. Zdarzyło mi się kilka razy, że sprzedałem unikatowy, pojedynczy egzemplarz danej pracy. Kolekcjoner ma wtedy przeświadczenie, że jest
90
POST SCRIPTUM
posiadaczem jedynej kopii. Najczęściej jednak oferuję serie 30 sygnowanych egzemplarzy. Dlaczego kwadrat? Z dwóch powodów. Pierwszy, to sentyment do formatu 6x6cm, jaki oferowało wiele analogowych aparatów z mojej młodości (m.in. Start, Pentacon Six, Rolleiflex). Taki format łatwiej zakomponować. Drugi jest taki, że kwadrat ma w sobie spokój, harmonię, której – jak wspomniałem wcześniej – szukam w twórczości. No i kwestia wyróżnienia się, gdyż większość aparatów ma klatki prostokątne. Jest Pan twórcą nowych, surrealistycznych światów, skąd czerpie Pan inspiracje? Najczęściej z natury. Wiele podróżuję, wciąż szukam nowych motywów do swoich prac, a przyroda jest
tak różnorodna i bogata, że jestem pewien tego, że inspiracji mi nie zabraknie. Mam kilka swoich ulubionych miejsc w Polsce, które za każdym razem wyglądają inaczej i wciąż mnie zaskakują. Pierwszym z nich są wydmy w Czołpinie k. Łeby. Byłem tam już kilkadziesiąt razy, o różnych porach dnia i roku, za każdym razem znajdując pomysły do nowych kompozycji. Drugie z tych miejsc, to okolice zalewu Jeziorsko na Warcie. Wyjątkowy krajobraz, czasem wręcz nierealny. Posłużył mi za pożywkę dla wielu prac.
Bardzo lubię malarstwo Jacka Malczewskiego, jego wykorzystanie czerwieni w cieniach jest wyjątkowe. Uwielbiam Beksińskiego, z którym też niektórzy porównują moje mroczniejsze prace, co jest dla mnie wielkim komplementem. Oczywiście lubię impresjonistów, ale też Francisa Bacona. Lista jest bardzo długa, nie sposób wymienić wszystkich.
Pana twórczość jest porównywana do malarstwa Salvadora Dali, czy ma Pan lubionego artystę?
Mówi się, że jeden obraz potrafi zastąpić tysiąc słów. Tym sposobem, używając prostych obrazowych symboli, typu drzewo czy drzwi, można dotrzeć do bardzo różnorodnych odbiorców, nie znając nawet ich języka. Esperanto miało być w założeniu językiem uniwersalnym, jak kiedyś łacina. Pozwalało się porozumieć ludziom z każdego zakątka globu.
Tak, spotkałem się z takimi opiniami, choć bliżej mi zdecydowanie do René Magritte’a. Przez wiele lat byłem malarzem, wykorzystuję teraz te doświadczenia w pracy przed komputerem.
Przeczytałam gdzieś, że Pana prywatną ambicją jest stworzenie wizualnego esperanto. Proszę rozwinąć tę myśl.
POST SCRIPTUM
91
HARMONII
Dążę do , staram się, by moje opowieści były klarowne i czytelne.
92
POST SCRIPTUM
kwadrat ma w sobie spokój POST SCRIPTUM
93
“Najczęściej spotykanym błędem, jaki zauważam u ludzi tworzących montaże, jest – jak ja to nazywam - Kraina Dwóch Słońc. Co ciekawe, zdarza się nawet najlepszym. Polega on na tym, że obiekt wstawiony na tło oświetlony jest z innej strony niż ono. Taki zabieg od razu dyskwalifikuje pracę w moich oczach. Wynika to prawdopodobnie z pośpiechu i zaaferowania samą wizją. Autor, zachwycony tym, co mu w duszy gra, zapomina w ferworze tworzenia o podstawowych prawach fizyki. Zdarzały mi się podobne wpadki, dlatego jestem na nie wyczulony. Owszem, surrealizm rządzi się swoimi prawami, zaburza proporcje, nagina grawitację, ale w moim przekonaniu nawet latające hipopotamy powinny być oświetlone z tej samej strony, co pejzaż, nad którym się unoszą. Od początku przygody z komponowaniem obrazków moim celem było stworzenie iluzji rzeczywistości. Tak wiarygodnej, by oglądający nabrał wątpliwości, czy ogląda fotomontaż.”
94
POST SCRIPTUM
Moje prace wiszą na ścianach w domach niemal na każdym kontynencie, więc chyba muszą być zrozumiałe i przemawiać nawet do egzotycznych odbiorców. Pana fotografie, czy raczej obrazy, wymagają niezwykłej cierpliwości, realistycznej precyzji, dbałości o detal. Jak długo powstaje jeden obraz? Wielką uwagę przykładam do tego, by poszczególne elementy były wycięte jak najprecyzyjniej. Oglądam je w dużym powiększeniu, sprawdzam każdy fragment krawędzi, żeby nie zdemaskować iluzji. Po latach pracy nabrałem biegłości, a nawet pewnej rutyny, dzięki czemu udaje mi się skończyć pracę w ciągu jednego dnia. Jednak, jeśli elementów składowych jest więcej, wymaga to dłuższego czasu. Mój rekord to 7 dni, ale musiałem wtedy poukładać w kadrze kilkaset postaci. A teraz pytanie techniczne: Jakiego aparatu i obiektywów Pan używa? Od lat jestem wierny Canonowi. Posiadałem już kilka modeli, obecnie pracuję na Canonie 5D Mark 3. To pełna klatka, oferuje świetną plastykę i jakość. Do moich potrzeb w zupełności wystarczy. Nie jestem „sprzętowcem”, korzystam tylko z dwóch obiektywów: portretowej 50-tki ze światłem 1.4 i zwykłego canonowskiego kit-a 24-105mm, którym fotografuję pejzaże. Artystyczne plany na przyszłość? Przez ostatnie kilkanaście lat nie oszczędzałem się, pracowałem świątek-piątek, więc teraz postanowiłem nieco zwolnić. Skoncentrowałem się na promocji i sprzedaży tego, co już mam w magazynie. Chciałbym w najbliższym czasie wydać dwa kompleksowe albumy fotograficzne (jeden czarno-biały, drugi kolorowy), podsumowujące mój dotychczasowy dorobek. Pięknie dziękuję za rozmowę i czekam na albumy. [RC]
POST SCRIPTUM
95
POEZJA
Polecane
Grażyna Orlińska
– poetka, autorka tekstów piosenek, scenarzystka, jurorka festiwali muzycznych, członek ZAKR i ZAiKS. Muzykę do jej tekstów tworzyli m.in.: Ryszard Poznakowski, Włodzimierz Nahorny, Mirosław Czyżykiewicz, Marcin Nierubiec, a piosenki z jej tekstami ma w swoim repertuarze wielu czołowych wykonawców polskiej estrady (m.in. Zbigniew Wodecki, Andrzej Zaucha, Maryla Rodowicz, Halina Frąckowiak, Andrzej Dąbrowski, Bohdan Łazuka). Spod jej pióra wyszło wiele popularnych przebojów (m.in.: Chałupy welcome to, Baw się lalkami, Dla mnie ty, czy Nie bój się żyć). W swoim dorobku ma 9 płyt autorskich (i wiele współautorskich), 5 tomików poezji (Kształt nieistnienia, Życie do dna, Herbaciany zapach róż, Lubczyk sopocki i Naga) oraz 3 dramy muzyczne. W tym roku świętuje 35-lecie pracy twórczej.
96
POST SCRIPTUM
* * * przekolebał się dzień bez obiecanego zmartwychwstania
POEZJA
kap kap zapłakał kieliszek zdrowaśkami
*** któreś z nas jest tylko zmyśleniem
(anieli słyszeli lecz nie przylecieli)
cieniem rzuconym nie wiadomo czemu
draśnięty naskórek rozlazł się purpurową pajęczynką odejdź spod drzwi
a może wymyśliłeś mnie tylko po to żeby kształt nadać
nosorożec już tu nie mieszka
* * * ostatni raz zgaszę światło wcisnę pod głowę kamień poduszki pomodlę się do strzępu księżyca dopijając miętowy czas musnę cię kołysanką ostatni raz wtedy się obudzisz
* * * wilkołaczę za twoimi plecami każdej pełni wgryzam się we własne nadgarstki by nie ranić twego snu nie słyszysz gdy wyję ci kołysanki
* * * u kresu bezkresu czekaj dopłynę do końca ślepa rozpoznam cię po milczeniu którego płacz mój nie zranił otrząsnę się z życia i trawę
* * * dziś będę silna i opowiem ci swoją niemoc położę głowę na twoim dalekim ramieniu (nie bój się ledwie je musnę kamienną gorączką) a potem jeśli starczy ci odwagi uratujesz mnie przed sobą
* * * nie rymuję się ze światem białym wierszem bywam czasem w którym rym za rymem gubię labirynty niedomówień garby znaków zapytania za pointę martwe zdania co wczorajszy rozum tracą nim narodzą się już płaczą w krajobrazie z bratem-katem nie rymuję się ze światem
* * * nie myślcie o mnie za wiele zawodzę spóźniam się zapominam lub nie chcę pamiętać zaczynam nie kończąc kończę na początku bez związku z wami ze sobą bez związku zza horyzontu zdarzeń nie rzucam cienia nie myślcie o mnie za wiele bo może mnie już nie ma
POST SCRIPTUM
97
Reportaż z obchodów pierwszej
rocznicy
RELACJA
działalności POST SCRIPTUM
Książnica Beskidzka, Bielsko-Biała
Osiem numerów pisma,
trzy języki, kilkudziesięciu artystów, kilkaset stron materiału Po roku działalności wyszliśmy z wieku niemowlęcego i dumnie wkroczyliśmy w wiek dziecięcy. Co się zdarzyło w ciągu tego roku? Pięć numerów Post Scriptum w języku polskim, dwa po angielsku i jeden w języku rosyjskim. Dziesiątki artystów z kraju i ze świata, setki stron materiału. Pisały o nas gazety, mówiono o nas w radiu. Ten rok działalności, to też ludzie tworzący pismo. Ludzie z pasją, zaangażowaniem, poświęcający swój czas całkowicie za darmo, tylko po to, żeby promować Sztukę. Poza aktualnym składem redakcji warto wspomnieć przy tej okazji: Agnieszkę Biardzką – założycielkę pisma, Iwonę Niezgodę oraz tłumaczy: Annę Król i Magdalenę Lesiak. Wspomnieć i podziękować za wszystko, co zrobiliście dla pisma i dla promocji Kultury. Dziękujemy! Dzięki przemiłym pracownikom Książnicy Beskidzkiej,
98
POST SCRIPTUM
którzy otworzyli dla nas drzwi biblioteki, udało się tę naszą rocznicę świętować w odpowiedniej oprawie. Dziękujemy przede wszystkim pani Katarzynie Ruchale (to kobietaanioł: piękna, cierpliwa, inteligentna, rzeczowa, wrażliwa) i panu dyrektorowi Książnicy Beskidzkiej, Bogdanowi Kocurkowi. Dziękujemy też wszystkim Czytelnikom, którzy pomimo pandemii odważyli się przyjść, żeby świętować z nami oraz tym wszystkim (a było ich prawie dwa tysiące), którzy oglądali nas on-line. Mieliśmy przygotowany drobny poczęstunek, ale niestety pandemiczne obostrzenia nie pozwoliły wyciągnąć tego wszystkiego z torby. Ciasteczka i czekoladki spożyliśmy sami, ale za rok, mamy nadzieję, będzie już normalnie, bez wirusa, za to z ciasteczkami i kawą. Już teraz wszystkich zapraszamy, choć nie wiemy jeszcze gdzie.
Dziękujemy naszej Redaktor Naczelnej – Renacie Cygan. To na jej barkach przede wszystkim spoczywa ciężar prowadzenia pisma. To dzięki jej: talentowi, zaangażowaniu, pasji i nieprzespanych nocach możemy pochwalić się tym, co mamy: wybitnymi artystami, którzy opowiadali dla Was o swojej Sztuce, prozą, poezją, fotografią, malarstwem i wieloma innymi dziedzinami Sztuki. A wszystko to w pięknej oprawie graficznej. Dziękujemy darczyńcom i sponsorom. Każdemu, kto wpłacił, choćby 50 zł, żebyśmy mieli z czego pokrywać bieżące rachunki. A jak to wyglądało możecie Państwo obejrzeć na fotografiach obok, dzięki uprzejmości pana Andrzeja Omylińskiego z Gwiazdki Cieszyńskiej. Dziękujemy za to, że nas czytacie, wspieracie i jesteście z nami. To dla Was robimy ten magazyn. [PS]
Autor zdjęć: Andrzej Omyliński (Gwiazdka Cieszyńska)
Robert Knapik i Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska
Do zobaczenia za rok! [PS] J. Prusiński R. Knapik, E. Kwiatkowska-Tabaczyńska, J. Nordyńska, K. Brus-Sawczuk, R.Cygan
Renata Cygan
Katarzyna Brus-Sawczuk Dyrektor Książnicy Beskidzkiej; Bogdan Kocurek, Joanna Nordyńska, Renata Cygan Joanna Nordyńska
Jarosław Prusiński
K.Brus-Sawczuk, R.Cygan, E. Kwiatkowska-Tabaczyńska, R.Knapik, J. Prusiński
Robert Knapik
POST SCRIPTUM
99
liść na dłoni kołysankę nucę dla siebie samej znam kształt rzeczy wagę serca i kamienia nie zamykam dnia nie zamykam pór roku słucham czasu spacerując mleczną drogą jesień pachnie jabłkami i cynamonem główną ulicą wędrują samotni ludzie to tutaj ziszczają się tęsknoty w noc dojrzałą wszechwiedzącą mądrą rodzącą jesień ptaki kładą na wadze małe piórko odlatują wrócą gdy będę rzeczywista niepłosząca myśli noc się ulatnia jak zapach kwiatów jeszcze tylko gwiazdy pasą się na trawie gdzieś tam ognisko pachnie na polanie zapach chleba i wosku w kandelabrach na dłoni mały liść kolorowy dar jesieni ciebie nie ma a moje włosy wierszem się stają
Ela Adamiec 100
POST SCRIPTUM
RC
POST SCRIPTUM
101
zdjęcia: Renata Cygan
B iegnij koniku przed siebie, uciekajmy... RELACJA
102
Tętent końskich kopyt. „Biegnij koniku przed siebie, uciekajmy z Montrealu”. Psychodeliczne, powtarzane przez aktorów zdania, a przy tym urzekająca sceneria skansenu archeologicznego – Grodzisko w Sopocie nieoczekiwanie wpisujące się w tajemniczą aurę z dramatu kanadyjskiego pisarza Daniela Damisa Kamień i popioły w reżyserii Justyny Bartoszewicz. Historia wydawałoby się, jak wiele innych, nieco być może powikłana i pełna zakrętów, ale również emocjonalnych blizn, z którymi mierzą się porozrzucani po terenie skansenu artyści. Clermont, w tej roli Marek Tynda, próbuje pozbierać się po śmierci ukochanej żony Eleonory. W tym celu wyjeżdża z miasta razem z córką Pascale (Agata Wożnicka) w gruncie rzeczy po to, aby odzyskać siebie na nowo, postarać się o inne spojrzenie na gorzkie doświadczenia. Gdzieś w tle rzucają się w oczy nieustannie układane kamienie. Clermont siedzi i buduje, być może wyimaginowane schronienie, które pomoże mu odzyskać siły. Wymowa tego działania, ale też nagłe zawalenie się leciwej wieżyczki, ma zapewne znaczenie symboliczne. Clermont jest kamieniarzem, jego zadaniem jest budowanie, stwarzanie czegoś stałego. Niestety, przeciwieństwo stanowi jego życie, któremu towarzyszy bezustanny rozpad i zwątpienie. Uciekajmy koniku, uciekajmy, ale od siebie nie da się uciec. Całe rozczarowanie życiem, zwątpienie w sens jakichkolwiek poczynań podkreślone jest jeszcze przez zapach palonego drewna, dym unoszący się znad ogniska w sopockim grodzisku. O tej pustce opowiada między innymi Pascale. O nieistniejących relacjach z ojcem, trudzie komunikacji, czy kłopotliwych doświadczeniach z własną seksualnością. Można nawet podejrzewać, że niezwykle trudne kontakty z ojcem rzutują na obraz partnerów Pascale. Spustoszenie w życiu dziewczyny, to też rezultat braku matczynej opieki. Pascale przygotowuje się do egzaminów, potrzebuje wsparcia w trudnym okresie dorastania, musi się zakotwiczyć, poszukać swojej przestrzeni do egzystencji. To ona, jako pierwsza, rytmicznie zaczyna powtarzać: „Biegnij koniku przed siebie, uciekajmy z Montrealu”. Te słowa zostaną ze mną już do końca trwania
POST SCRIPTUM
Literackiego Sopotu
– o edycji kanadyjskiej
festiwalu. Jakby ucieczka miała coś zmienić, nadać inny porządek wydarzeniom, pozwolić na dystans wobec tego, co rani i upokarza.
Jest jednak inny biegun tej historii – Shirley (Dorota Androsz), bibliotekarka i przywódczyni lokalnego gangu. To ona, można powiedzieć, tnie na kawałki ustalony rytm dnia, wywraca do góry nogami rutynę i powtarzalność. Clermont traci dla niej głowę, niepohamowane żądze dają początek tragedii. Między Shirley a Clermontem rodzi się uczucie, na którego drodze staje jednak Jajco (Michał Jaros), obsesyjnie przywiązany do Shirley członek gangu. W czasie wieczoru kawalerskiego dochodzi do pożaru wskutek czego w płomieniach ginie cały dobytek Clermonta i jego córki Pascale. Górę biorą emocje, do głosu dochodzą pretensje i wzajemne roszczenia. Wcześniejszy szał i euforia zamieniają się w żal i lament. Nie ma tak naprawdę do czego wracać.
Biegnij koniku przed siebie, uciekajmy z Montrealu. Uciekamy z arterii wielkich miast, galerii handlowych, dworców. Chowamy się do swoich ciasnych mieszkań, fortec, pustych domów, a to wszystko w obawie przed szalejącą wkoło pandemią. Przed czym jednak tak właściwie uciekamy? Być może przed sobą, bo nie chcemy zanadto wnikać, analizować, dzielić włosa na czworo. Ironia losu sprawia, że uciekając przed zagrożeniem potykamy się o nas samych, odziedziczone lęki, frustracje, nieprzetrawione traumy. Dlaczego o tym piszę? Mam dobitne wrażenie, że tegoroczna edycja Literackiego Sopotu, pokiereszowana nieco przez reżim sanitarny, pokazuje jedną fundamentalną rzecz: tęsknotę za zwyczajnością, niczym nieograniczonymi kontaktami międzyludzkimi czy potrzebę wspólnoty, dzielenia się własną historią. Zachowanie dystansu społecznego, opaski dla osób wypełniających oświadczenia o stanie zdrowia, maseczki, dezynfekcja rąk, nie grupowanie się przy wejściach na spotkania, no i oczywiście, wcześniejsze na nie zapisy, miały pomóc i zapewnić poczucie bezpieczeństwa. W istocie przyczyniło się do swego rodzaju zmęczenia spowodowanego nieustannym
zachowaniem kontroli, aby czasem nie wypaść z roli i być może na chwilę zapomnieć się w rzeczywistości pełnej zakazów i nakazów. No i z tego względu wielkie słowa uznania dla organizatorów, że pomimo tylu obaw udało się chociaż na chwilę przypomnieć aurę festiwalowych wrażeń z zeszłych lat, a doprawdy nie było to łatwe.
W ramach festiwalowych spotkań nie zabrakło intrygujących tematów, ciekawych gości, czy też po prostu zwyczajnej satysfakcji z uczestnictwa w świecie kultury. Jeśli edycja kanadyjska, no to oczywiście nie może obyć się bez gości z Kanady. W spotkaniach z czytelnikami udział wzięli między innymi: Patrick De Witt, Michael Crummey czy Medelaine Thien. Sporo uwagi poświęcono wpływowi działalności człowieka na dewastację przyrody, świata, w którym żyjemy.
Z tego też względu zainteresował mnie cykl spotkań zatytułowany „Antropocen”. W jego ramach odbyło się kilka rzeczywiście cennych rozmów. Stanisław Łubieński opowiadał o swojej jeszcze premierowej publikacji Książce o śmieciach. Podjął w niej niełatwy temat rozpoznania tego, co leży na sercu zatroskanym o los środowiska. Wyjaśnił na czym polega efekt zbitej szyby. Otóż, jeśli jedna osoba wyrzuci śmieci, dajmy na to w lesie czy poboczu drogi, druga, trzecia zrobi to samo z większym prawdopodobieństwem i zapewne z mniejszymi wyrzutami sumienia. W dużym uproszczeniu, jeden śmieć przyciąga drugi, trzeci i kolejny. W tym względzie niezwykle ważne jest, aby nie dopuszczać do zaniedbań na masową skalę, które już mają miejsce. Na pozór urocza łączka, we wnętrzu niekończące się warstwy śmieci, szkło, odzież, bielizna, plastiki. Irytacja, gniew nawet frustracja towarzyszy tym, którzy działają na rzecz ekologii czy ochrony środowiska. Nerwica ekologiczna to, można rzec, przypadłość ludzi odpowiedzialnych i świadomych niebezpieczeństwa. Część społeczeństwa segreguje śmieci, lepiej lub gorzej sobie z tym radzi, a reszta ignoruje, lekceważy, gotowa
POST SCRIPTUM
103
powiedzieć: „są ważniejsze sprawy”. Być może właśnie czas epidemii niejako zmusił mieszkańców ziemi do baczniejszego spojrzenia na kwestię śmieci, segregacji, ale również możliwości ponownego odtwarzania niektórych surowców. O gwałtownym przyspieszeniu, zmianach widocznych gołych okiem, wspomniała Dorota Masłowska w czasie jednej z dyskusji „Antropocen. Był sobie człowiek”. Język nie nadąża za zmianami, nowe formy ekspresji dopiero się tworzą, jesteśmy tego świadkami każdego dnia, obserwując przekaz medialny, do którego przedostaje się całe mnóstwo kolokwializmów, niezrozumiałych konstruktów językowych. Ludzie przyzwyczajają się do anomaliów, być może z bezsilności albo po prostu wypierają najgorsze scenariusze. Cokolwiek powiedzieć, życie w atmosferze przedednia końca świata nie jest dobrym rozwiązaniem. Można zacząć od małych kroków: ograniczenia lub rezygnacji spożycia mięsa, korzystania z foliówek, a zamiast wody butelkowanej pić tę z kranu. W przyszłości warto też zadbać o bardziej rozsądne dokonywanie zakupów (nie na zapas), chociaż życie w przededniu katastrofy z narastającym lękiem raczej temu nie sprzyja.
104
W niełatwych czasach nadszedł moment, aby pomyśleć o ptakach, dlatego donośnie wybrzmiał tutaj głos Jacka Karczewskiego, znawcy ptaków oraz działacza na rzecz ochrony przyrody. Na festiwalu prezentowana była najnowsza publikacja autora Noc sów. Fascynacji światem fauny i flory nie było końca. Jacek Karczewski podkreślił kilkakrotnie ważny problem: człowiek nieustannie myli naturę z kulturą. Z tego względu mamy do czynienia z niezrozumieniem prawideł w świecie przyrody, a trzeba dodać, sami jesteśmy tego świata częścią. Lepszemu poznaniu towarzyszy wzajemna troska i wkład we wspólne
POST SCRIPTUM
dobro. Przyczynił się do tego w dużym stopniu spacer ornitologiczny, na którym Jacek Karczewski po raz kolejny pokazał niezwykły kunszt słowa i swadę, z jaką można opowiadać o świecie ptaków. Sopockie wędrówki nadmorskim brzegiem oraz przez parkowe alejki, tym uraczyli nas organizatorzy oraz oczywiście sam Jacek, przewodnik po ptasich zwyczajach. Co prawda, okazało się, że nie jest to może wyjątkowy okres, jeśli chodzi o podglądanie ptaków, ale i tak uczestnicy pełni byli ciekawości i smaczków z życia ptaków.
Na plaży, na plaży fajnie jest, można na chwilę zapomnieć o restrykcjach, poczuć powiew wiatru i nagrzać się w słońcu, a przy okazji posłuchać Michała Nogasia i jego gości, wśród których znaleźli się: Mikołaj Łoziński, Urszula Zajączkowska, czy Maciej Zaremba-Bielawski. W ogniu pytań prowadzącego stanęła również Olga Gitkiewicz. Reportażystka zajęła gości tematem komunikacji publicznej, jej mankamentów, dziwactw i bolączek. Nie zdążę to opowieść nie tylko o rozkładach jazdy, zapisach na autobus, niedopasowaniu połączeń do potrzeb ludności, ale chyba najbardziej o zwyczajnych ludziach popadających w ruinę dworcach, perspektywy innej niż tylko ta metropolitalna, wielkomiejska. W planach autorki jest biografia historyczna.
Na Literackim Sopocie pojawił się w tym roku nowy cykl „Debiuty”, w ramach którego początkujący artyści mogą zaprezentować swoje książki. Tak też uczyniła Natalka Suszczyńska, autorka opowiadań Dropie, nominowana do Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza oraz do Literackiej Nagrody Gdynia. Nowatorstwo tej prozy, to przede wszystkim próba ujęcia świata, który ulega zepsuciu, jest jakby wtórny, wymięty w zmęczonym świecie. Prekariat, dość eksplorowany ostatnio motyw, absurd, no i duża dawka humoru. Suszczyńska stworzyła w tej książce dystopię, chociaż mam wrażenie, że niektóre obrazy niepokojąco przystają do scen z codziennego życia współczesnych ludzi. Obnażenie fałszu, niby zawody, przynależność do pozornego ładu, samotność, postacie jakby wyjęte z serialu animowanego. O Dropiach, jak też innym debiucie Życiu grobowym Małgorzaty Żerwe opowiem wkrótce. Tegoroczna, 9. edycja festiwalu odbyła się w dniach od 20 do 23 sierpnia. Tymczasem zapraszam już na przyszłoroczną edycję Literackiego Sopotu (19.08.21-22.08.21). Tym razem zawitamy do Włoch. Ci vediamo l’anno prosimo... [RK]
POST SCRIPTUM
105
W tym wydaniu Post Scriptum – to już wszystko. A w zasadzie – prawie wszystko. Na koniec, małe pro domo sua. Z wielką przyjemnością i nieukrywaną pasją od roku staramy się Państwu przybliżać różne dziedziny sztuki i jej twórców, którymi sami, jako Zespół redagujący to pismo, jesteśmy zainspirowani i oczarowani. A tworzyć Sztukę przez duże S, to w tych czasach rzecz tyle ambitna, co niełatwa. Podobnie trochę jest z naszą rzemieślniczą robotą: dostarczaniem naszym Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom tego skromnego produktu, który zwie się Post Scriptum. Dlatego, żyjąc w tak skomercjalizowanym świecie, w którym jako rodzaj posłannictwa postanowiliśmy prezentować Wam trochę ambitniejszą strawę duchową, mamy dla Państwa rodzaj małej oferty biznesowej (dla wielu wszak, nie tylko sztuka jest biznesem, ale i biznes sztuką bywa). Zapraszamy wszystkich, którzy prowadzą mniejsze, bądź większe przedsiębiorstwa lub instytucje związane z szeroko rozumianą kulturą, sztuką, twórczością artystyczną i ich propagowaniem do zamieszczenia ogłoszeń na naszych łamach. Drobnych i... większych. Zatem ktokolwiek organizuje warsztaty artystyczne, prowadzi specjalistyczne sklepy dla artystów, twórców gatunków wszelkich, posiada galerie sztuki, lub wydaje książki itp., znajdzie miejsce na naszych elektronicznych łamach na swą reklamę i promocję. Za niewygórowaną opłatą. Zapraszamy także firmy i osoby prywatne, które zechciałyby objąć mecenatem nasze Pismo i mieć udział w promowaniu wartościowej Sztuki i Artystów, którzy ją tworzą. Wszystkich zainteresowanych prosimy o kontakt emailowy: postscriptum.mag@gmail.com. Każda kwota się liczy. Z góry dziękujemy.
NUMER KONTA:
106
POST SCRIPTUM
IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60