ISSN 2633-1292 ISSN ISSN 2633-1292 2633-1292
PROZA PROZA
POEZJA POEZJA
PUBLICYSTYKA PUBLICYSTYKA
Wokółtwórczości
SZTUKI WIZUALNE SZTUKI WIZUALNE fb: scriptum post scriptum fb:post
2/2020 2/2020
Olgi Tokarczuk Jak się fotografuje TEATR KRZYSZTOF BIELIŃSKI
?
Gość specjalny Post Scriptum Polscy poeci wIndiach XII Międzynarodowy Festiwal Poezji w Guntur
Wrażliwa strona silnego charakteru MIŁOŚĆ WSZTUCE
MAGDALENA PIEKORZ
EkologiaczyEkologizm? SŁAWOMIR MIKAWOZ CO TO JEST ORAPIZM?
Słów kilka o kosmosie
Dr MAREK STANISLAW ŻBIK
UNIKALNA METODA OBRAZOWANIA
Haruhisa Terasaki
ŚWIATY ALTERNATYWNE w malarstwie Jarosława Jaśnikowskiego Foto: Krzysztof Bieliński
POST SCRIPTUM
1
ZAPRASZAMY
DO POBRANIA ZA DARMO:
https://www.yumpu.com/xx/document/view/ 63157100/post-scriptum-1-2020
SPIS TREŚCI: PROZA:
22. 36. 58. 62. 70. 88.
Co z tym okresem? – Katarzyna Brus-Sawczuk Arcydzieła literatury Recenzja Potopu Salci Hałas – Robert Knapik Daria Galant – pisarka, która zaklina konie i życie Zaczyana Ewelka – FarMagia, Kroniki Skrzatów, Chwila na miłość Elżbieta Sidorowicz-Adamska – Okruchy gorzkiej czekolady
14. 24. 38. 52. 76. 92.
Sztuka i medycyna – Katarzyna Saniewska Buduję własne aparaty fotograficzne – Haruhisa Terasaki Jak się fotografuje teatr? - rozmowa z Krzysztofem Bielińskim Ewa Matyja – malarstwo abstrakcyjne Rozmowa o malarstwie z Jarosławem Jaśnikowskim Co to jest ORAPIZM? - rozmowa z Krzysztofem Konopką
52. 66. 98. 100. 104. 106.
Siergiej Glowiuk - poeta rosyjski Wiersze Joanny Fligiel i Joanny Wicherkiewicz Wiersze nadesłane Miniatury poetyckie Bronek z Obizy – wiersze Poetyckie nowości wydawnicze
SZTUKI WIZUALNE:
POEZJA:
ROZMAITOŚCI:
4. Magdalena Piekorz – Wrażliwa strona silnego charakteru 32. Parę słów o kosmosie – Dr. Marek Stanisław Żbik 74. Mama i córka – Monika i Karolina Sawickie 84. Piosenka musi wzbudzać emocje – Żanna Gierasimowa 104. Jacek Karczewski – Jej wysokość gęś –recenzja
Okładka: Krzysztof Bieliński
2
ZESPÓŁ REDAKCYJNY: Renata Cygan (redakror naczelna), Jarosław Prusiński, Robert Knapik, Katarzyna Brus-Sawczuk, Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska, Katarzyna Saniewska, Joanna Nordyńska, Marcin Laskowski. Skład i opracowanie graficzne: Renata Cygan fb: post scriptum email: postscriptum.mag@gmail.com POST SCRIPTUM
WSTĘPNIAK NUMER KONTA:
Cień. Miraż. Złudzenie. Nieskończone światy, przewijające się przez naszą podświadomość. Senne wizje, w których niemożliwe staje się nieraz dotkliwie realne. Tymi słowami rozpoczynamy rozmowę z jednym z czołowych fotografów teatralnych, Krzysztofem Bielińskim – gościem specjalnym tego wydania, który opowie nam między innymi o tym, na czym polega bycie fotografem ciszy i jak się fotografuje emocje. Intrygujące, prawda? W ogóle dużo w tym numerze teatru. Teatru ambitnego, z najwyzszej półki, widzianego przez naszych gości z różnych zawodowych perspektyw – oczyma reżyserów, aktorki i fotografa. Mamy długi wywiad z Magdaleną Piekorz, wykonującą męski, bądź co bądź, zawód reżysera, która pokazuje nam, że w kruchym i wrażliwym ciele mieszka bardzo silny charakter. W rozmowie z Joanną Nordyńską, opowiada między innymi o eksperymentowaniu nowoczesnymi technikami w tradycyjnym teatrze. Z teatrem związana jest również Żanna Gierasimowa – aktorka dramatyczna, pieśniarka i reżyserka w jednym, która w rozmowie z Jarkiem Prusińskim zdradza jak łączy te trzy role. Poza teatrem prezentujemy nietuzinkowych malarzy (od Krzysztofa Konopki dowiadujemy się na przykład, co to jest Orapizm). Jest parę słów o kosmosie w rozmowie z Dr Żbikiem i, tradycyjnie już, dużo dobrej poezji i prozy oraz wiele innych ciekawych wywiadów, bo w Post Scriptum stawiamy na „żywą” rozmowę z artystami. Mamy też materiał eksportowy: japońskiego fotografa Haruhisa Terasaki z samego Tokio, który konstruuje własne aparaty fotograficzne, znanego rosyjskiego poetę z Moskwy, a także polską malarkę abstrakcyjną, Ewę Matyję, mieszkającą na Bali. Przyszło nam żyć w wyobcowanym świecie, w świecie wyobcowanych ludzi, uprawiamy sztukę w niełatwych dla artystów czasach, stąd stykanie się z Nią stało się tak ważne. Zapraszamy Państwa serdecznie do lektury, a my zabieramy się do pracy nad kolejnym numerem, który ukaże się już w październiku. Obiecujemy, że będzie równie ciekawie. Renata Cygan – Redaktor naczelna
IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60 UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160 POST SCRIPTUM
3
Królowa Śniegu, praca przy greenboksie; fot: Piotr Dłubak
W rażliwa strona silnego charakteru 4
POST SCRIPTUM
fot. Jarosław Budzyński
Orfeusz i Eurydyka;
Magdalena Piekorz – polska reżyserka i scenarzystka filmowa i teatralna, doktor sztuki filmowej, członkini Polskiej Akademii Filmowej, dyrektor artystyczna Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Ukończyła reżyserię na WRiTV im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 2004 do 2016 adiunkt i wykładowca reżyserii tejże uczelni, pełniła także funkcję Dyrektora artystycznego w Instytucji Filmowej „Silesia-Film”. Autorka wielu filmów dokumentalnych oraz fabularnych. Jej pierwszy film dokumentalny Dziewczyny z Szymanowa nagrodzony został Brązowym Lajkonikiem na XXXI Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Krótkometrażowych w Krakowie, Franciszkański Spontan otrzymał Nagrodę Honorową Jury na II Małym Przeglądzie Form Dokumentalnych w Szczecinie, a Przybysze – Grand Prix Festiwalu Euroshorts’99 – wszystkie emitowane w cyklu Jedynki Czas na dokument. Grand Prix VIDEOPOLIS Italy przyniósł dokument Opuszczone miasto. Filmowy debiut fabularny Pręgi został obsypany nagrodami, otrzymał m.in. Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2004r. W 2005 roku film był kandydatem do Oscara. Senność z 2008 nagrodzona została Złotym Klakierem i otrzymała nagrody FFP w Nowym Yorku i Seattle. Zbliżenia z 2016 r. przyniosły nagrody za muzykę i zdjęcia na Festiwalu Prowincjonalia we Wrześni. Równolegle z twórczością filmową Magdalena Piekorz z powodzeniem realizuje spektakle teatralne. Od 2005 roku w dorobku reżyserki znalazły się następujące spektakle : Doktor Haust (monodram, w roli tytułowej – Michał Żebrowski) – Teatr Studio w Warszawie, Łucja szalona (współpraca m.in. z Krzysztofem Kolbergerem) – Teatr Słowackiego w Krakowie, Miłość i gniew – Teatr Słowackiego w Krakowie, Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków – adaptacja i reżyseria – Teatr Rozrywki w Chorzowie, musical Oliver! – pięć lat w stałym repertuarze Teatru Rozrywki (120 osób w obsadzie, nominacje do Złotych Masek), Hotel Nowy Świat – Teatr Polski w Bielsku-Białej (nominacje do Złotych Masek), Wizyta Starszej Pani (z Anną Polony w roli tytułowej) – Teatr Śląski w Katowicach, Czyż nie dobija się koni? Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, Orfeusz i Eurydyka w Warszawskiej Operze Kameralnej. Zrealizowała także Teatr Telewizji Techniki negocjacyjne z Agnieszką Grochowską i Mariuszem Bonaszewskim w rolach głównych oraz Panna Madonna, Legenda Tych Lat – koncert piosenek Ewy Demarczyk zrealizowany w ramach Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. W styczniu 2019 roku ukazał się tomik poezji Ogrody pamięci, a w maju 2019 powieść Nieobecność, napisana we współpracy z pisarką Ewą Kopsik.
POST SCRIPTUM
5
Z natury jestem krucha
i wrażliwa, ale przy tym również przekorna
i pewnie to zadecydowało o pozostaniu przy reżyserii.
Jednak za tę wrażliwość płaci się wysoką cenę. Opowiedz coś o sobie, o początkach twórczości. Kiedy zakiełkowała w Tobie chęć bycia reżyserem? Myśl, żeby zostać reżyserem, kiełkowała we mnie już od najmłodszych lat, choć przez dłuższy czas było to nieuświadomione pragnienie. Od dziecka uwielbiałam oglądać filmy. W weekendy, kiedy rodzice zawozili mnie do dziadków, czekałam, aż oboje zasną i oglądałam kino nocne, a następnego dnia, w niedzielę, kiedy przyjeżdżali rodzice, babcia robiła szarlotkę i kawę, i zasiadaliśmy całą rodziną przed telewizorem, słuchając najpierw wstępu Stanisława Janickiego (który wiele lat później był moim profesorem na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego), a potem oglądaliśmy wspólnie prezentowany w „Starym Kinie” film. Uwielbiałam te seanse rodzinne. Pamiętam też pierwszy film, na który zabrał mnie do kina tata. To był King Kong z Jessicą Lange. Kino i teatr właściwie zawsze mi towarzyszyły, tym bardziej, że moja mama wykładała na dziennikarstwie, co zresztą robi do dnia dzisiejszego, i to ona tę miłość do sztuki we mnie zaszczepiła. Na etapie szkoły podstawowej, a później liceum, realizowałam już jakieś swoje pomysły artystyczne, m.in. kawiarenki literackie. Współpracowałam z Telewizją Katowice, gdzie reżyserowałam programy, w których opowiadaliśmy o epokach literackich. Były one ilustrowane scenkami teatralnymi z udziałem kolegów z kółka teatralnego i studia aktorskiego, do których wówczas uczęszczałam. Były to: najpierw Grupa Amatorów Rozmaitości Teatralnych działająca
6
POST SCRIPTUM
w Pałacu Młodzieży, a później Studio Art Play Doroty Pomykały. Kilkakrotnie zdawałam do szkoły teatralnej, bo myślałam, że to zawód aktora jest moim przeznaczeniem, ale kiedy dowiedziałam się, że w Katowicach został właśnie otwarty pomaturalny wydział reżyserii, pojechałam na egzaminy. Uświadomiłam sobie, że reżyseria jest tym, co chciałabym robić. Bardzo szybko zrealizowałam pierwszy film dokumentalny, Dziewczyny z Szymanowa. Wiązało się to z faktem, że w szkole zaczął wykładać znakomity dokumentalista, profesor Andrzej Fidyk, autor cyklu Czas na Dokument, dla którego powstał ten debiutancki film. Moja droga zawodowa wiodła więc od telewizji, poprzez dokument, aż do fabuły i teatru. Jakie cechy trzeba mieć, by móc zaistnieć jako przywódca, będąc z wyglądu drobną, delikatną kobietą? Nigdy nie zastanawiałam się, czy mam cechy odpowiednie do wykonywania tego zawodu, ale faktycznie już w szkole podstawowej potrafiłam jakąś grupę ludzi za sobą porwać. Organizowaliśmy wspólnie akademie, przedstawienia, albo, tak jak wcześniej wspomniałam, kawiarenki literackie. Przystępując do takiego przedsięwzięcia, miałam wewnętrzne przekonanie, że się uda. Jednak gdybym wcześniej wiedziała, jak trudny psychicznie i fizycznie jest zawód reżysera, nie wiem, czy odważyłabym się go wykonywać.
Królowa Śniegu; fot: Piotr Dłubak Z natury jestem krucha i wrażliwa, ale przy tym również przekorna i pewnie to zadecydowało o pozostaniu przy reżyserii. Za tę wrażliwość płaci się jednak wysoką cenę. Również wszelkie słowa krytyki biorę głęboko do siebie, chociaż z biegiem czasu staram się dystansować. Spotkałam się i z hejtem, i z ostrą krytyką, ale kiedy za chwilę słyszę, że to, co zrobiłam, było dla kogoś ważne, to takie słowa mobilizują i utwierdzają w przekonaniu, że zrobiłam to „po coś”. Trzeba zaakceptować to, że w tym zawodzie jest się wystawionym na wieczną krytykę i cały czas weryfikowanym. Jeżeli to, co robię jest komuś potrzebne, muszę w tym wytrwać. Zawsze uważałam, że zawód aktora jest bardzo trudny, ale finalnie to reżyser odpowiada za całokształt dzieła i we mnie jest to poczucie odpowiedzialności za ostateczny efekt. Jeżeli np. któryś z aktorów, któremu powierzam rolę, zostanie skrytykowany, to jest to w pewnym sensie także moja porażka, bo być może dałam mu złe wskazówki. Podobnie rzecz się ma ze scenografią czy montażem w filmie. Nie mogę się widzom tłumaczyć, że ktoś mi coś źle przygotował. Biorę to na swoje barki. Myślę natomiast, że ważne jest to, że we wszystkim, co do tej pory zrobiłam, byłam wierna sobie i mogę się pod tym podpisać. Z tego jestem dumna. Projekty, które do tej pory zrealizowałam, wynikały z mojej głębokiej potrzeby wypowiedzenia się na dany temat. Po serii filmów dokumentalnych, które były nagradzane na wielu festiwalach, postanowiłaś spróbować swoich sił również w fabule. Udanie zadebiutowałaś
dramatycznym, wzruszającym filmem Pręgi, który powstał na kanwie powieści Wojciecha Kuczoka Gnój opowiadającej o ciężkiej patologii rodzinnej. Film porusza bardzo trudny i ważny społecznie problem przemocy w rodzinie. Następnie powstał Twój film Senność, także psychologiczny, choć traktujący o zupełnie innych aspektach życia ludzi dorosłych. Po kolejnych kilku latach wyreżyserowałaś Zbliżenia – film o toksycznych relacjach matki z córką. W tym czasie tworzyłaś także w teatrze. Jesteś m.in. autorką scenicznej adaptacji słynnej Królewny Śnieżki i Siedmiu Krasnoludków. Spektakl z nietypową obsadą powstał w celu charytatywnym. Skąd w Tobie ta wrażliwość społeczna i potrzeba pokazywania trudnych tematów? Po pierwsze jestem idealistką i wierzę w to, że sztuka zmienia świat i nawet jeśli nie robi tego globalnie, ale poruszy coś w pojedynczym człowieku, to warto ją tworzyć. Zwykle zajmowałam się tematami, które mnie obchodziły lub osobiście dotykały. Dziewczyny z Szymanowa były dla mnie o tyle ciekawe, że ja właściwie byłam w wieku tych bohaterek. One – w czwartej klasie liceum, ja – na drugim roku studiów. Bardzo mnie interesowało, jak te dziewczyny radzą sobie w sytuacji pewnego odosobnienia, jakie narzucała szkoła prowadzona przez siostry zakonne, w sytuacji zamknięcia i oddzielenia od rodziców. Zawsze istniała we mnie potrzeba zrozumienia problemu. Z kolei film Znaleźć, zobaczyć, pochować, który uważam za jeden z ważniejszych w moim dorobku, był w pewnym sensie filmem granicznym, bo podczas realizacji zderzyłam się z ogromnym cierpieniem.
POST SCRIPTUM
7
Królowa Śniegu; fot: Hektor Werios
...najbliższe mi są filmy
psychologiczne
Za namową Hanny Krall wraz z Wojciechem Tochmanem pojechałam do Bośni. Reporter Gazety Wyborczej przygotowywał się tam do pisania książki o dr Ewie Klonovski, wybitnej antropolożce, która pomaga w Bośni muzułmańskim kobietom w identyfikacji szczątków bliskich, którzy zginęli na wojnie w byłej Jugosławii. Bohaterki mojego filmu nie mogą uznać stanu żałoby, dopóki nie pogrzebią zmarłych. To jest trudne, bo masowe groby rozsiane są po całym kraju. Film pokazuje, że pochowanie najbliższych i oddanie im hołdu jest podstawowym nakazem moralnym niezależnie od tego, w jakiej szerokości geograficznej żyjemy i w jakiej kulturze i religii jesteśmy wychowani. Pojechałam do Bośni z poczuciem misji. Realizując ten materiał, zetknęłam się z wielką tragedią. Zrozumiałam wtedy, że jeśli chcę w dalszym ciągu opowiadać o człowieku, wchodzić
8
POST SCRIPTUM
głęboko w psychikę i dotykać jego najczulszych strun, muszę nauczyć się dystansu do tematu. Ja ten film wręcz fizycznie odchorowałam. Po powrocie do Polski bolały mnie mięśnie, miałam stan zapalny całego organizmu, co było efektem trzymiesięcznego stresu. Wtedy postanowiłam, że zwrócę się w stronę fabuły. Doszłam do wniosku, że najbliższe jest mi kino psychologiczne. Ceniłam filmy Krzysztofa Zanussiego i Krzysztofa Kieślowskiego. Generalnie miałam szczęście do profesorów. Najpierw Andrzej Fidyk, który nauczył mnie konstrukcji i dramaturgii filmu, potem właśnie Krzysztof Zanussi, którego intelektualnymi, nieco filozoficznymi filmami byłam zafascynowana. Chciałam robić podobne kino, ale jednak bardziej emocjonalne, wypływające z mojej natury i sposobu postrzegania świata. Wtedy zaczęła się moja współpraca
z Wojtkiem Kuczokiem, która zaowocowała filmem Pręgi. Potem powstały kolejne: Senność i Zbliżenia. Za każdym razem był to „głos w sprawie”. W przypadku Pręg nie chodziło tylko o przemoc w rodzinie, ale o pokazanie pewnego modelu wychowania, który zrodził się z niemocy, z nieumiejętności okazywania uczuć, może nawet niewiedzy, że można inaczej. Ojciec Wojtka, grany przez Jana Frycza, kochał przecież syna, choć metody, które stosował, były okrutne. Akcja filmu toczy się w latach 80-tych. Pamiętajmy, jakie to były czasy, jak wtedy wyglądała szkoła, kościół, jaki panował dryl... Nasz drugi wspólny film Senność, też w pewnym sensie dotykał tematu niemocy. W przypadku jednego z bohaterów – pisarza była to niemoc twórcza, w wątku poświęconym historii młodego lekarza ze wsi, strach przed ujawnieniem swojej
seksualności, a w opowieści o Róży cierpiącej na narkolepsję, ograniczenia wynikające z jej choroby i niemożności dotarcia do prawdy o swoim związku. Jeśli chodzi o nasz trzeci film (Zbliżenia), natychmiast pojawiły się głosy, że to historia o mnie i o mojej mamie. Mam bardzo dobry kontakt z mamą, a po śmierci taty te relacje jeszcze bardziej się zacieśniły. Wówczas zrodziła się we mnie refleksja: co by było, gdyby ta miłość przekroczyła pewne granice i stała się miłością zaborczą? To był punkt wyjścia dla naszego filmu. Namówiłam Wojtka (Kuczoka – przyp.red.), żebyśmy razem napisali scenariusz. Film nie był najlepiej przyjęty przez krytykę, ale mam wrażenie, że nie został właściwie zinterpretowany. W końcówce
filmu matka popełnia samobójstwo. Starałam się zrealizować tę scenę w taki sposób, żeby widz odebrał ją jako metaforę: pewnego, wręcz fizycznego odcięcia, niemożności porozumienia się. Być może zrobiłam jakiś błąd, bo zakończenie zostało odebrane zbyt dosłownie. Czasami myślę, że reżyser ma tylko do pewnego momentu wpływ na interpretację, potem film staje się własnością widzów. Zawsze byłam przekonana, że skoro mam szansę publicznej, artystycznej wypowiedzi, czy poprzez film, czy poprzez teatr, muszę robić to tak, żeby nawiązać dialog z drugim człowiekiem i podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami. Nigdy nie starałam się robić tego z pozycji osoby, która wie więcej. Myślę,
że moje filmy są zaproszeniem do wspólnej podróży. Staram się stawiać zawsze w pozycji widza, to znaczy myśleć o tym, jak by widz to pytanie postawił. Poruszę teraz bardziej wewnętrzną nutę... Jakie emocje zostały w Tobie po przebytej wieloletniej uciążliwej chorobie? Tych emocji jest dużo i są bardzo różne. Z jednej strony jestem szczęśliwa, że mam to już za sobą, bo był moment, kiedy przestałam wierzyć, że tę chorobę pokonam. Byłam w naprawdę ciężkim stanie. Spotkałam się też ze społecznym niezrozumieniem, jak to często bywa w przypadku chorób przewlekłych, szczególnie tych nie do końca rozpoznanych, takich jak borelioza, na którą cierpiałam.
Biesiada u Hrabiny Kotłubaj; fot: Greg Noo-Wak
Moje filmy są zaproszeniem do wspólnej podróży. POST SCRIPTUM
9
Na naszej scenie pada śnieg, ożywa kwiat, a Królowa Śniegu potrafi łapać gwiazdy.
Przez półtora roku nie miałam diagnozy, straciłam pracę na uczelni, pospadały mi także różne projekty. Zostałam bez środków do życia, a leczenie dużo mnie kosztowało. Oczywiście wiele osób mi pomogło, zwłaszcza po potwierdzeniu choroby, kiedy zaczęłam publicznie o niej mówić, ale pierwsze dwa lata były bardzo trudne. To, co na pewno z tej choroby wyniosłam, to przekonanie, że cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie rodzi bunt, rodzi lęk, rodzi jakiś sprzeciw. Po wtóre, nauczyłam się dystansu do wielu rzeczy, tego, że nie warto się przejmować drobiazgami, bo życie jest kruche, co zresztą pokazuje nam obecna sytuacja, w której z dnia na dzień może się wszystko zmienić. Po chorobie odzyskałam radość życia, która po drodze gdzieś się zatraciła. Mam też trochę inne podejście do pracy. Nigdy nie uderzyła mi do głowy tzw. woda sodowa, bo miałam zawsze dużo pokory wobec tego, co robię, ale wcześniej było we mnie poczucie, że ponieważ dosyć szybko osiągnęłam sukces zawodowy (za mój debiut fabularny dostałam Złote Lwy w Gdyni, film był także kandydatem do Oskara), to muszę udowodnić, że na niego zasłużyłam. Brałam to potwornie
10
POST SCRIPTUM
serio. Nie mówię, że dziś nie jest to dla mnie ważne, ale nie dążę już do sukcesu za wszelką cenę. Czy książką Nieobecność wyrzuciłaś z siebie wszystkie złe emocje? Czy teraz skupiasz się na dalszym tworzeniu ? Wiesz… ta książka była mi potrzebna, żeby choć trochę się pogodzić z tym czasem. Napisałam ją wspólnie z koleżanką pisarką. To ona namówiła mnie na tę pracę, uważała, że powinnam to wszystko z siebie wyrzucić. Nieobecność pozwoliła mi zakończyć pewien etap i wrócić do pracy, którą kocham najbardziej. W dniu, kiedy ją skończyłyśmy, zaproponowano mi funkcję dyrektora artystycznego w teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. To był dla mnie wielki imperatyw, bo wtedy jeszcze byłam chora i nie wiedziałam, czy za te kilka miesięcy będę mogła wrócić do działalności artystycznej. Przez kolejnych 13 miesięcy przyjmowałam kroplówki, które pozwoliły mi w miarę szybko stanąć na nogi. Wkrótce po objęciu stanowiska dyrektora
Królowa Śniegu ; fot: Piotr Dłubak
Teatr
dał mi możliwość sprawdzenia się w różnych gatunkach, stał się płaszczyzną do eksperymentowania
i artystycznych poszukiwań. artystycznego w teatrze częstochowskim, zrealizowałam spektakl Czyż nie dobija się koni?, a następnie wyreżyserowałam Orfeusza i Eurydykę w Operze Kameralnej w Warszawie. 29 lutego w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, miała miejsce premiera Królowej Śniegu w Twojej reżyserii. Na język polski zostało przetłumaczonych ponad 150 innych utworów Andersena. Królowa Śniegu była wielokrotnie adaptowana, zarówno jako sztuka sceniczna, jak i film. Czy wybór tej akurat baśni można wiązać z wyreżyserowaną wcześniej przez Ciebie w Operze Kameralnej w Warszawie sztuką Orfeusz i Eurydyka? Zachodzi tu bowiem między bohaterami podobna, lecz odwrócona relacja do tej pomiędzy Kajem i Gerdą. Co Cię zainspirowało? Ciekawe spostrzeżenie, coś w tym jest… Opowieść, w której odłamek szkła wpada Kajowi do oka i on staje się zły, a Gerda wyrusza, żeby go ratować, jest w jakimś sensie odwróceniem wspomnianego mitu,
w którym to Orfeusz podąża za Eurydyką zabraną po śmierci do piekieł. Z tym że Orfeusz i Eurydyka jest spektaklem zdecydowanie dla dorosłych, natomiast Królowa Śniegu jest przeznaczona dla dzieci. Obie historie są opowieściami o miłości. Mam zresztą wrażenie, że wszystko co robię się o nią ociera. Ponadto oba spektakle są o tym, że człowiek może uratować drugiego człowieka. Ja w to wierzę! W Orfeuszu i Eurydyce nawiązywaliśmy do antyku, do rzeźb takich jak „Grupa Laokoona”, do rzeźb Rodina. Chcieliśmy pokazać, że pewne historie są archetypiczne, bo mimo osadzenia sztuki w tak dalekiej rzeczywistości ta historia i dziś mogłaby się wydarzyć. Z kolei w przypadku baśni kierowałam się przede wszystkim tym, że ma być magiczna i piękna, bo głównie dzieci będą jej odbiorcami. Oczywiście starałam się budować ją tak, żeby była ciekawa również dla dorosłych. Stąd pomysł współpracującego ze mną Hektora Weriosa – autora scenografii i wizualizacji do spektaklu, by historia rozpoczynała się w Częstochowie. Później akcja wykracza daleko poza granice Polski, Gerda przemierza za Kajem cały świat, ale to osadzenie akcji w rozpoznawalnym miejscu miało pokazać, jak aktualna jest ta historia. Chodziło o to, by dzieci mogły się utożsamić z bohaterami tej baśni. Osobiście nie przepadam za uwspółcześnianiem tekstów, uważam, że musi istnieć ku temu wyraźny pretekst. Dlatego nie jest to dosłowne przeniesienie do współczesnej Częstochowy, ale tej dawnej, znanej z rycin i starych fotografii, przedstawionej w baśniowy sposób. Co Twoim zdaniem jest trudniejsze – reżyseria teatralna czy filmowa? Moim zdaniem teatralna, ale mimo to, właśnie tych teatralnych mam w swoim dorobku najwięcej. W tej chwili to już kilkanaście tytułów. Teatr dał mi możliwość sprawdzenia się w różnych gatunkach, stał się płaszczyzną do eksperymentowania i artystycznych poszukiwań. Sama nigdy nie wpadłabym na to, żeby zrealizować operę, mimo że zawsze mnie fascynowała. To był pomysł dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej, Alicji Węgorzewskiej, którą bardzo podziwiam i cenię. Wcześniej zrealizowałam jeszcze musical Oliver! w Teatrze Rozrywki, Miłość i Gniew – to z kolei spektakl dramatyczny w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie, Wizytę Starszej Pani w Teatrze Śląskim z Anną Polony w roli głównej. Natomiast w zeszłym roku dzięki inicjatywie Jana BończySzabłowskiego, znakomitego krytyka literackiego, z okazji setnej rocznicy urodzin Witolda Gombrowicza, wyreżyserowałam Biesiadę u Hrabiny Kotłubaj. Była to wielka artystyczna przygoda. W rolę Hrabiny wcielił się Jan Peszek, w rolę Markizy Jacek Fedorowicz, a w rolę Barona de Apfelbaum Prof. Jerzy Bralczyk. Bardzo lubię technikę filmową, uwielbiam montaż... To, że mogę wypuścić na światło dzienne film w dokładnie takim
POST SCRIPTUM
11
Czyż nie dobija się koni; fot: Piotr Dłubak kształcie, w jakim go sobie wyobrażałam, daje mi poczucie komfortu. W teatrze zaś, za każdym razem przeżywam spektakl razem z aktorami i towarzyszy temu stres. W filmie nie ma tych bezpośrednich emocji związanych z reakcjami widzów. Zatrzymałabym się jeszcze na chwilę przy ostatniej premierze (to chyba zresztą naprawdę ostatnia premiera w skróconym w całej Polsce sezonie teatralnym). Wiemy, że Królowa Śniegu to lektura szkolna, ale czy ten spektakl jest skierowany wyłącznie do dzieci? Gdy Andersen pisał tę baśń, był rok 1844. Nieznane było wówczas medyczne pojęcie „aleksytymia”, którym teraz można określić stan, w jakim znalazł się Kaj w krainie Królowej Śniegu. To pewna nabyta ułomność polegająca na trudności w uzmysłowieniu sobie własnych emocji. Andersen obdarzył Kaja taką cechą, choć o aleksytymii nie miał pojęcia. Nie wskazywał realnej przyczyny tego stanu, tylko baśniową fikcję. Był po prostu dobrym obserwatorem i umiał to wykorzystać. Dziś jednak możemy posłużyć się Kajem jako przykładem. Bohater tejże baśni jest uosobieniem zjawiska, które niestety nadal jest obecne wśród nas pomimo zmieniającego się modelu wychowawczego dzieci. Tu rodzi się pytanie, czy mądrym rodzicielstwem możemy temu zapobiec lub jakoś ograniczyć. Czy wierzysz w terapeutyczne, choć być może podświadome działanie przedstawianych zagadnień psychologicznych? Uważam, że w każdej przypowieści czy baśni kryje się jakieś przesłanie. To, że Kajowi utkwił w oku odłamek
12
POST SCRIPTUM
lustra, możemy potraktować całkowicie symbolicznie, metaforycznie. Spróbujmy wyobrazić sobie, że ten chłopiec z powodu braku zrozumienia ze strony rodziców, pozbawiony ich opieki czy kontaktu, staje się „wsobną” osobowością, pozbawioną empatii, oderwaną od rzeczywistości. Staje się jakby zamrożony. Dokładnie tak mówi Królowa Śniegu... że na chwilę zamrozi Kaja. Stan, w którym się znalazł Kaj, jest tożsamy dla wielu dzieci. Mamy bardzo duży odsetek nastolatków z zaburzeniami dezintegracyjnymi, które zamykają się w swoim świecie. Uważam, że właściwa interpretacja baśni, to kwestia umiejętnego spojrzenia na nią przez dorosłych, zarówno przez rodziców, jak i nauczycieli, a przede wszystkim uzmysłowienia sobie, że takie dziecko jest pod ich opieką i potrzebuje pomocy. To też kwestia wyciągnięcia odpowiednich wniosków. Wierzę w taką, terapeutyczną rolę sztuki. Królowa Śniegu nie jest tylko i wyłącznie opowieścią o dziewczynce, która wyrusza w poszukiwaniu swojego przyjaciela, to też historia o chłopcu, który został odcięty od realnego życia. Zwróćmy uwagę, jaki jest dzisiejszy dziecięcy świat, jakie jest podejście do przyjaźni. Dzieci często nie rozmawiają ze sobą, tylko uciekają w wirtualną rzeczywistość. Dodatkowo to, co się teraz dzieje z powodu pandemii jest nieprawdopodobnym testem dla ludzi. Testem na miłość, na zrozumienie, na obcowanie rodziny ze sobą, na umiejętność powrotu do rodzinnych więzi. Zatem wracając do odpowiedzi na Twoje pytanie uważam, że tak właśnie można i należy tę baśń interpretować. Czym jest dla Ciebie ten spektakl w kontekście twórczym? Skąd pomysł tak rozbudowanych
wizualizacji? Tego jeszcze w teatrze w aż takim stopniu nie było. Bywały tła aktywne, ale Ty po raz pierwszy chyba w historii teatru wprowadziłaś interakcje pomiędzy tym, co się dzieje na scenie, a tym, co się dzieje na ekranie. Powstaje tu pewien dialog. Z jednej strony to moja tęsknota za kinem, bo ostatni film zrobiłam w 2014 roku. Mam też świadomość, że świat się rozwija, technika galopuje, że dzieci są przyzwyczajone do gier komputerowych i baśni różnego typu. Mam na myśli wszelkie konwencje i stylistyki. Chcąc z jednej strony pozostać wierną temu mojemu klasycznemu ujęciu baśni, z pięknymi kostiumami, światłami, klimatem, chciałam jednocześnie tę sztukę trochę uwspółcześnić. Stąd takie połączenie technik. Okazało się, że przy tej realizacji możemy wykorzystać technikę greenbox. Nigdy wcześniej jej nie stosowałam, więc byłam ciekawa rezultatów. Mieliśmy też skomponowanych kilka piosenek do spektaklu. Muzykę napisał Adrian Konarski, z którym znam się od lat i który stworzył ścieżkę dźwiękową do większości moich produkcji. Ja natomiast jestem autorką tekstów. Uznaliśmy, że skoro korzystamy z wizualizacji, to śpiewane przez bohaterów utwory, również muszą mieć ekwiwalent obrazowy. Hektor Werios, który stworzył plastyczną oprawę spektaklu, zaproponował, żebyśmy zrealizowali teledyski, które pokażą wewnętrzny świat bohaterów, np. co dzieje się z Kajem, kiedy zabiera go z sobą Królowa Śniegu. Chodziło nam o wzbogacenie tego spektaklu na poziomie dramaturgicznym, ale i plastycznym. Na wizualizacjach, które stworzył Hektor, opiera się cała dramaturgia baśni. One wyznaczają tak naprawdę kolejne zmiany akcji, czasem ją dopełniają. Dodatkowo w spektaklu pojawiają się sztuki magiczne. Do współpracy zaprosiliśmy znakomitego iluzjonistę, Macieja Pola. Chcieliśmy trochę zaczarować ten świat z myślą o najmłodszych widzach. Na naszej scenie pada śnieg, ożywa kwiat, a Królowa Śniegu potrafi łapać gwiazdy. Czy masz zamiar również w przyszłości łączyć teatr z filmem na tych samych zasadach? Masz jakieś kolejne pomysły? Przede wszystkim chciałabym ten spektakl zrealizować w całości na greenbox’ie, ale to już na potrzeby telewizji. W zeszłym roku udało nam się, i jestem z tego szalenie dumna, nakręcić Orfeusza i Eurydykę w formie spektaklu na DVD, ale z podziałem na ujęcia, czyli trochę tak, jak kręci się film. W przypadku Królowej Śniegu chciałabym pójść krok dalej. Myślę, że byłoby to coś absolutnie niezwykłego. W planach mam kolejne produkcje dla młodych widzów np. Pinokia.
Czyli mimo przymusowego przestoju związanego z koronawirusem jesteś pełna energii i zapału do dalszych działań artystycznych. Tak, jestem, choć wiadomo, że ten przestój jest dla wszystkich bardzo niepokojący. W marcu rozpoczęłam próby do monodramu z Ewą Ziętek wg bardzo ciekawego tekstu Remigiusza Grzeli W czerni, czerwieni, błękicie. Premiera miała się odbyć 18 kwietnia w Teatrze Kwadrat. Jest to historia o aktorce Zofii Książek-Bregułowej, która straciła wzrok w czasie Powstania Warszawskiego, ale nie zrezygnowała z aktorstwa. To także opowieść o cenie, jaką płaci się za wykonywanie tego zawodu. Próby do spektaklu zostały wstrzymane. Możemy mieć tylko nadzieję, że uda się szybko do nich wrócić. Co daje Ci relaks, tj. czy potrafisz odciąć się od pracy, nie myśleć o niej i po prostu wypoczywać? Nie bardzo. Ja po prostu żyję pracą. Nawet jeśli po powrocie do domu czytam coś czy oglądam, robię to pod kątem przyszłych projektów. Mam to szczęście, że praca jest dla mnie przyjemnością, bo obcowanie ze sztuką, poezją, malarstwem, daje mi możliwość ciągłego rozwoju. Odpoczynek natomiast przynoszą podróże. Sporo filmów dokumentalnych robiłam za granicą i wtedy latałam po całym świecie. Uwielbiałam to. Także taniec sprawia mi wiele radości. Kiedyś nawet się go uczyłam, miałam przygotowane solówki do Romea i Julii, Skrzypka na dachu… Teraz taniec jest moją słodką miłością, bo wiadomo, że profesjonalizm w każdej sztuce wymaga czasu i poświęcenia, a ja już swoją profesję wybrałam. Masz piękny uśmiech, co chyba świadczy o dużym optymizmie mimo przebytych trudnych chwil. Życzę Ci, aby już zawsze Ci towarzyszył i abyś mogła spełniać swoje pasje twórcze z korzyścią dla siebie i wszystkich widzów. Jestem niepoprawną optymistką i wierzę, że wiara w szczęśliwy los jest podstawą każdego sukcesu. Mam też takie zasłyszane motto, które powtarzam: „Podziwiam upór dzieci w niekończących się próbach wstawania”. Dziecko robi to uparcie, a dorosłemu człowiekowi dużo trudniej jest wstać po upadku. Obiecałam sobie, że ilekroć coś takiego się zdarzy, zawsze znajdę w sobie siłę, żeby się podnieść. Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w teatrze, jak tylko będzie to możliwe. Również dziękuję i zapraszam wszystkich na spektakle. [JN]
POST SCRIPTUM
13
SZTUKA i MEDYCYNA – w poszukiwaniu
szczepionki
na przykładzie prac
MARCINA
ŁUKASIEWICZA
P
rzekroczenie granicy skóry, tak w dziedzinie sztuki, jak medycyny, oznacza często złamanie pewnego uchwytnego pojęciowo porządku. Nie przypadkiem mówi się, że sztukę „czujemy przez skórę”, że czujemy ją „w brzuchu”... To w tym skojarzeniu możemy odnaleźć bezpośrednie, zapoczątkowane uzbrojoną w miecz ręką Apollina, zetknięcie sztuki i medycyny. Nie ma więc przesady w stwierdzeniu, że medycyna narodziła się dzięki sztuce... co więcej, przez pierwsze „mityczne” cesarskie cięcie.
W
Pszczelarz 14
POST SCRIPTUM
którym zatem miejscu kończy się kreacja artystyczna, a zaczyna swobodny wypływ niekontrolowanych obrazów, których źródłem jest nieświadomość? Czy twórca jest w stanie zapanować do końca nad swoim obrazem? Czy obraz nie ma czasem natury podobnej chorobie, w której nikt nie jest w stanie do końca przewidzieć, jakie będą rokowania i jaki będzie jej dalszy przebieg? Poza tym, należy zadać sobie pytanie, na ile proces tworzenia zrośnięty jest z samym twórcą jako osobą prywatną, zawieszoną nie tylko w rzeczywistości danej kultury, ale także w rzeczywistości swoich wewnętrznych obrazów.
T
a mnogość światów wymaga przekraczania granic – zarówno granicy własnej prywatności, jak i granicy lęku przed wyobrażeniem/przed obrazowaniem. Widać to wyraźnie w pracach na poły realistycznych, jakimi są obrazy Marcina Łukasiewicza. Przełamany zostaje w nich lęk przez upostaciowaniem tego, co w naszych myślach pozostaje nienazwane. Co ciekawe, sam twórca przyznaje, że nigdy nie zakłada namalowania cyklu obrazów. Natomiast w trakcie eksplorowania jakiegoś tematu cykl powstaje niejako sam. Obrazy namnażają się, mutują, łączą w sekwencje pełne skomplikowanej symboliki przywodzącej na myśl irracjonalną logikę snu.
manekinów, a następnie dzieci... Tak, jakby ukazanie figur bardziej zindywidualizowanych, w pewien sposób ukształtowanych już przez kulturę, burzyło „naturalny” porządek. Wydaje się to zrozumiałe w kontekście cyklu Medycyna z tego powodu, że każdy z ludzi, postawiony w obliczu jakiejś sytuacji ostatecznej – wobec cierpienia, choroby, śmierci – staje się tylko kimś „jednym z wielu”, zatraca całą swoją indywidualność, pozbywając się nawarstwionego kulturowego osadu. Ludzkie ciało jawi się niczym zamknięte dzieło – przestrzeń przez nas teoretycznie posiadana, ale jednak w obliczu choroby zmieniająca się w pełne zagrożeń pole bitwy. Ciało stać się też może siedliskiem „obcego” – „obcy” to potencjalny sprawca choroby. Możemy być nosicielami „obcego” – możemy nosić w sobie przetrwalniki wirusów, ale i przetrwalniki wspomnień z innego czasu z wymiaru, którego drzwi teoretycznie zatrzasnęliśmy już za sobą. Poza tym nasza skóra podobnie jak pamięć, może być nośnikiem symbolicznych znaków – blizn, szwów, zadrapań, rytów, tatuaży... Opisując ciało, sprowadzamy je w pewien sposób do dzieła – staje się ono komunikatem, tekstem upamiętniającym pewne procesy czy koleje losu, przez które przechodziło, a wszystkie te znaki mogą być zarówno rodzajem piętna, jak i ozdobą.
P Historia bólu
T
o, co odczytujemy w pracach Marcina Łukasiewicza z cyklu Medycyna, to co możemy odkryć jako widzowie, to przede wszystkim przekroczenie granicy cielesności – w rozumieniu jednostkowości. Warto dodać, że w malarstwie Łukasiewicza sztafaż figuralny pojawia się stosunkowo późno. Najpierw bowiem artysta interesował się przede wszystkim przestrzeniami o pewnej tajemniczej aurze, starymi, zrujnowanymi kamienicami o zagrzybionych ścianach pełnych zacieków. Bliska była mu również twórczość Gotfrieda Helnweina – artysty, któremu skonfiskowano pierwszą z wystaw przepełnioną formami chorymi, zniekształconymi, defekującymi, umierającymi... bądź też obdarzonymi perwersyjnym wdziękiem lolitkami o cechach przywodzących na myśl postaci z horrorów.
W
świat malarstwa Łukasiewicza postaci wkraczają powoli, pierwotnie w formie lalek,
orządek kompozycji, porządek wnętrza ciała – piękno sekcyjnego obrazu, wejrzenie w zakazane rewiry – obszar „piekielnego zapachu” wydobywającego się z otwartego nożem „zimnego chirurga” ciała, burzy tę kompozycję. Zapach gnicia, woń śmierci, wszystko to, co w swojej książce pt.: Trup opisuje Luis-Vincent Thomas, to coś, co wyrzucamy poza swoje wyobrażenie ciała. Ciało zawłaszczone przez śmierć, podobnie jak zawłaszczone przez chorobę, nie jest już naszym ciałem. Czy można je jednak uznać kiedykolwiek za obszar całkowicie autonomiczny? Podobne pytanie możemy zadać także dziełu sztuki. Ani granica płótna, ani granica skóry nie zamykają obrazu. O autonomii możemy mówić jedynie w obszarze swojego spojrzenia – całkowicie subiektywnego. Czy ciało możemy też określać w terminach jedności? Wydaje się to być niezwykle umowne, składa się ono wszak z miliardów mniej i bardziej wyspecjalizowanych komórek, które budują poszczególne organy i powłoki, funkcjonujące de facto na kształt roju.
Z
apytany o symbolikę pszczół w swoich obrazach, Łukasiewicz przyznaje im specjalne miejsce. Wywodzi ich pojawienie się w swojej malarskiej wyobraźni od momentu, gdy kładąc się na łące, słuchał ciszy, w której niby dźwięk krwi, która POST SCRIPTUM
15
Śpiączka
16
Modlitwa
Oddziały dziecięce POST SCRIPTUM
przesuwa się w żyłach, brzmiało pulsujące buczenie owadów. Dźwięk, którego zazwyczaj nie słuchamy uważnie – dźwięk będący na poły muzycznym odzwierciedleniem idei „roju” – organizmu złożonego, w którym nie liczy się indywidualizacja, lecz współdziałanie dla dobra całej populacji. Każda z pszczół jest wyspecjalizowaną komórką jednego, większego organizmu. Poza tym rój jest też precyzyjnie zarządzany – tym samym, ze względu na ideę bezrefleksyjnego wykonywania powierzonych rozkazów, członkowie roju mogą zostać dowolnie zmanipulowani i przyjmować każdą narzuconą im ideologię. Czasami zdarzyć może się tak, jak w przypadku chorób nowotworowych, które podszywają się niejako pod centrum komórkowego zarządzania, sprawiając, że komórki (członkowie roju) zaczynają niszczyć siebie nawzajem na zasadzie wojny domowej.
W
obrazach Łukasiewicza zaobserwować możemy również dość płynne przejście od pszczelarza do strażnika. Jeśli zastanowimy się kim/czym są pszczoły w obrazie Śpiączka – mamy niejasne wrażenie „płynnej granicy” pomiędzy leczeniem a zagładą (jak w przypadku leczenia nowotworów, gdy chemia zabija zarówno najeźdźcę, jak i ofiarę, czy też w przypadku wywoływanych świadomie skażeń i tak zwanego bio-terroryzmu). Poza tym, co potwierdza autor, zapytany o obraz Oddziały dziecięce 1939 lub akcja T4, w grę wchodzi także kwestia zbiorowej odpowiedzialności i zbiorowej korzyści. Dzisiejsza medycyna korzysta na przykład z wyników eksperymentów medycznych przeprowadzanych w obozach koncentracyjnych. Czy dzieje się tak świadomie? Zapewne nie, bo pochodzenie owej wiedzy się zatarło. Czy jednak, patrząc sobie sami głęboko w oczy, zrezygnowalibyśmy z jakiejś metody leczniczej, znając nawet jej pierwotne źródła, ale wiedząc, że tylko ona może okazać się w przypadku naszego schorzenia skuteczna?
W
pracach Łukasiewicza idea „roju” jest obecna w wielu odsłonach, co wyraża się między innymi w tym, że przesycone są one wszystkie trudnym do zdefiniowania miodowym blaskiem. Może on oczywiście przywodzić na myśl miodową słodycz, jednak ze względu na treści przekazywane przez większość prac artysty, kojarzyć się też może z próbami wyrabiania złota za pomocą arszeniku. Wszystkie prace zdają się tonąć w takiej trującej złocistej poświacie. Choć na arszenik podawany w zwiększanych minimalnie dawkach można się powoli uodpornić, na prace Łukasiewicza
uodpornić się nie da. Tak jak nie ma możliwości na uodpornienie się na lęk – a większość z nich właśnie o lęku traktuje. Lęk jest bowiem czymś, co stawia nas w sytuacji bez wyjścia. Chociażby lęk przed rozpadem, zniszczeniem, utratą cielesności – lęk przed śmiercią, rozkładem, okaleczeniem... Cienka granica wyobrażonej cielesności jest tylko pozornie czymś, co możemy uznać za wartość stałą, za pewnik. Obcując z pracami Łukasiewicza, zmagamy się nie tylko z lękami dotyczącymi choroby, bólu, przemijania, ale bardziej uniwersalnie, zmagamy się, chcąc nie chcąc, z pytaniami dotyczącymi naszego miejsca w świecie, w hierarchii. Przychodzi nam niejednokrotnie do głowy myśl, że być może jesteśmy tylko trawionymi manią wielkości pasożytami na ziemskim organizmie.
W
pracy zatytułowanej Modlitwa widz jest świadkiem jakiegoś osobistego nieszczęścia bohatera, który w żaden sposób nie może identyfikować się ze słowami: ”Bóg dał, Bóg wziął” – i cały jego świat ulega przeorganizowaniu. Rozkładowi ulega „normalna” hierarchia wartości, co doprowadza do stanu, w którym nie wie się, czy mamy w ogóle jakikolwiek wpływ na swoje życie, czy też jesteśmy bezwolnym organizmem, żyjącym na powierzchni, której granic nie potrafimy pojąć. Gdy patrzymy na krajobraz otaczający klęczącego, prawdopodobnie na stopniach kościoła mężczyznę i dostrzegamy złamane drzewo, tracimy pewność skali, w której egzystujemy – drzewo to może być bowiem równie dobrze złamanym włosem…
W
obrazach Marcina Łukasiewicza pojawia się również odniesienie do niezintegrowanych w jednolite ciało ludzkich szczątków. Szczątki tworzą osobną narrację – mogą być, jak wiadomo, ze wszech miar użyteczne w drodze transplantacyjnego recyklingu pozwalają „łatać” stare byty. Druga grupa szczątków to egzemplarze nieudane, niezdatne, fragmenty ciał niedoskonałych, niedorozwiniętych, wstydliwie, w czarnych workach wywożone poza obszar pamięci. Zdawać się może, że hałda takiego wysypiska znajduje się tuż poza kadrem obrazu: Śmieci.
W
słuchiwanie się w ciało i wsłuchiwanie się w dzieło mają zaskakująco podobny efekt – diagnoza równać się zaczyna interpretacji.
W
pracach Marcina Łukasiewicza pewne pojęcia zaczynają przeistaczać się w wielowarstwowe metafory, opowiadające tak jak np. opisane przeze mnie pszczoły, swoją historię. W wersji idyllicznej – gdy leżymy na pachnącej trawie i słuchamy POST SCRIPTUM
17
buczenia pracujących pilnie owadów i w wersji mniej zeufemizowanej, gdy idea roju przywodzi na myśl zarządzane odgórnie i zdolne do wykonania każdego rozkazu wodza społeczeństwo. Można się tu jeszcze zagłębić w kwestie związane z władzą pojmowaną nie tylko jako „bio-władza”, ale także jako choroba, i to wysoce zakaźna. Szczególnie jeżeli przyjrzymy się uważnie, w jakie historyczne kostiumy przyobleka autor postaci zaludniające jego płótna. Zapytany o tę stylizację na lata 40-te, malarz nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Szczególnie że stylizacja wymyka się czasem i ku innym okresom historycznym. Jednak, jak sam mówi, to osadzenie w stylizowanych na dawne dekoracjach, ma na celu podwójne uwrażliwienie widza. Historia lubi się powtarzać, coś, co się już raz wydarzyło, może wydarzyć się znowu (możemy więc zadrżeć podwójnie, wyobrażając sobie działanie interpretowanych w nowych kontekstach maszyn śmierci i obozów zagłady). Nastrój tych przemyśleń nad epidemią okrucieństwa, pędem do władzy i śladami w postaci zagłady odnaleźć możemy w obrazie pt.: Epidemia. Łóżko wygląda tu niczym krematoryjny piec, z całym zestawem termometrów i ciśnieniomierzy, a zarazem niczym świetlista brama do innego wymiaru, jarząca się tak samo złociście, jak aureola Matki Boskiej, której wizerunek został nad nią umieszczony. Skąd, dokąd prowadzi to przejście? Czy jesteśmy w świecie gorączkowych majaków, czy całkiem realnie przekraczamy próg lęku? Lekarz-Kapłan siedzący przy boku pacjenta ubrany jest w maskę kojarzącą się z maskami z czasów epidemii dżumy – Ofiarą jakiego rodzaju epidemii jest postać leżąca na łóżku? Możemy na różne sposoby „czytać” tę i inne praca Łukasiewicza.
J
estem przekonana, że w odniesieniu do prac Łukasiewicza pojęcie „czytania” jest znacznie stosowniejsze od pojęcia oglądania. Po pierwsze – ze względu na mnogość i skomplikowanie zgromadzonych w jego pracach sensów, po drugie ze względu na konieczność posługiwania się naprzemiennie „umysłowością logiczną” i „umysłowością mistyczną”. Pewne treści czytamy jako powszechnie rozumiane symbole czy alegorie, pozostałe zaś odczytujemy niejako „przez skórę”, zdając się na własną wrażliwość. Podobnie jak lekarz, przeprowadzający wywiad zaopatrzeni jesteśmy w aparat logicznego myślenia oraz sferę wrażliwości, która wymyka się racjonalnym interpretacjom.
N
asze ciała złożone są z komórek, które wyspecjalizowane w konkretnych czynnościach pozwalają, aby „ich społeczność” uznawana była za
18
POST SCRIPTUM
Wsłuchiwanie się w ciało i wsłuchiwanie się w dzieło mają zaskakująco podobny efekt – diagnoza równać się zaczyna
interpretacji.
„jedność”, a tym samym za „nasze ciało”? Widać to szczególnie w momentach starcia dwóch wrogich „rojów”. Jeden z nich to np. białe ciałka naszej krwi, a drugi namnażające się w zastraszającym tempie chorobotwórcze drobnoustroje – działające z niezwykłą logiką i skutecznością zintegrowane niczym jedno ciało.
P
oza tym, jeśli chodzi o postrzeganie społeczeństwa, trudno byłoby powiedzieć, że nie jest ono połączone ze światem umarłych. Nie mówię tu tylko o kwestiach pamięci, ale także poszanowania dla tradycji, przejmowania jej po przodkach, kultywowaniu i przekazywaniu dalej. Za sprawą naukowości w społeczeństwie współczesnym odkrywamy okiem mikroskopów drogi, którymi świat umarłych i świat żywych łączy się – widać to na płaszczyźnie medycznej – począwszy od spraw związanych z dziedziczeniem, kwestiach związanych z hodowlą rozmaitego rodzaju komórek na specjalnych pożywkach, a także na przykładzie problemów powiązanych z transplantologią. Zmarli, można by powiedzieć, dają życie.
O
bcując z pracami Marcina Łukasiewicza, trudno na dobrą sprawę odgadnąć kim jest naprawdę wielki Medyk-Eksperymentator – bogiem czy „tylko” medykiem? Czy ta niejasna figura, dokonująca medycznych eksperymentów, zszywająca razem ciała żywych i umarłych jest tylko transplantologiemartystą, czy też stwarza nowe byty? Patrząc na obraz zatytułowany Podróż, można zastanawiać się, czy przyjmując jakiś genetycznie obcy, choć „tkankowo” zgodny kawałek ciała do swojego spójnego dotąd organizmu, umieramy jako dawni „my”? Co z pamięcią tkankową, z zamkniętymi w każdej komórce przeszczepionego ciała przenośnymi pamięciami DNA, będącymi miniaturowymi portretami innego człowieka? Poza tym, jak radzić sobie, gdy przeszczepiane zostają fragmenty ciała obdarzone również pewnym ciężarem symbolicznym, jak serce czy twarz? Obszar naszego ciała staje się w tej sytuacji dożywotnio polem bitwy, gaszonym zażywanymi codziennie lekami przeciwko odrzuceniu przeszczepu. Ten przeszczepiony „obcy” ratuje nam życie, ale jednocześnie walczymy z nim. Warto zatem zastanowić się jako to postać w masce unoszona jest na noszach z obrazu Podróż.
N
a jakim zatem poziomie: czysto estetycznym, racjonalno-logicznym, a może raczej mistycznym, powinniśmy rozpatrywać tak sam obraz Łukasiewicza, jak i poruszone zagadnienia?
Śmieci
POST SCRIPTUM
19
Ul
I
ntrygująca w tym kontekście wydaje się praca Marcina Łukasiewicza pt. Czyściec. Na uwagę zasługuje zwłaszcza postać dziewczynki umieszczona w środkowej partii. Otaczają ją ludzie w kombinezonach chroniących przed skażeniem, jednak postać, którą mają oczyścić za pomocą szczotek, wydaje się tkwić w podświetlonym złociście pęcherzu niczym święta w mandorli. Należy zastanowić się: kto i dla kogo jest tu źródłem skażenia, zagrożenia? Łukasiewicz, zastanawiając się nad wolnością jednostki zanurzonej w kulturze, w rozmowie podaje przykład chrztu, jako pewnego rodzaju kulturowego skażenia. Dziecko poddawane jest mu niezależnie od swoich późniejszych przekonań – nosi, chcąc nie chcąc, znak pewnej wspólnoty, o której specyfice jeszcze nic przecież nie wie, ale z którą zaczyna być identyfikowane i przez jej pryzmat odbierane.
A
nalizując prace Łukasiewicza, znajdujemy się na przykład w świecie rządzonym niejako przez specyficznie monumentalizowaną aparaturę medyczną. Nadany zostaje jej pozór maszynerii mających zdolność przenosić w inny wymiar, inny czas, inną rzeczywistość. Choroba, nie da się tego ukryć, jest przeniesieniem w inny wymiar rzeczywistości, nawet czas mierzony jest w tej rzeczywistości inaczej: na przykład okresami remisji. Jednak patrząc na te wszystkie medyczne
20
POST SCRIPTUM
urządzenia, przywodzące na myśl alchemiczne alembiki, na medyczne maszyny tworzące zwarty obieg, które wysysają, przetwarzają i destylują ludzkie ciała, trudno oprzeć się uczuciu „małości” w stechnicyzowanym świecie. Jesteśmy w tym świecie pożywką dla nauki, biologii i wyższych racji większości... jesteśmy robotnicami w pszczelim roju. (Oddziały dziecięce, Modlitwa)
M
ożna by tu włączyć myśl dotyczącą oczyszczającej roli sztuki, co także świadczy o jej pewnym pokrewieństwie z medycyną. Pitagorejczycy byli przekonani, że ciało to więzienie duszy, zaś dusza jest na nie skazana za popełnione winy – aby się wyzwolić z tego więzienia, musi się wpierw oczyścić. Owo oczyszczanie w celu wyzwolenia było uważane za nadrzędny cel człowieka, natomiast sposoby jego osiągania rozmaite, między innymi uznawano oczyszczającą rolę sztuki (konkretnie muzyki). Można zatem powiedzieć, że medycyna służyła oczyszczaniu ciała, sztuka zaś oczyszczaniu duszy. Czymże jednak tak naprawdę jest owa katarktyczna rola sztuki? Czy wyzwolone zostać mają jakiekolwiek uczucia, czy też wyłącznie negatywne bądź skrajnie euforyczne, byleby tylko dojść do pewnego ekstremum? Poza tym, czy chodzi o uwolnienie i oczyszczenie uczuć, czy też uwolnienie się od nich i z nich oczyszczenie? A może tylko uwolnienie się od uczuć negatywnych, niepokojących i destrukcyjnych?
W pracach Łukasiewicza idea „roju” jest obecna w wielu odsłonach, co wyraża się między innymi w tym, że przesycone są one wszystkie trudnym do zdefiniowania miodowym blaskiem.
M
am wrażenie, że w sztuce Łukasiewicza jest coś z bólu, który, choć odbierany jest jako coś nad wyraz negatywnego i niepożądanego, jest przecież sygnałem ostrzegawczym... Jego obrazy zostawiają ślad. Są rodzajem tatuażu wykonanego na naszym postrzeganiu, w pierwszej chwili bolesnym, ale po zagojeniu pięknym a często pełniącym funkcje symboliczno-ochronne. Maszynka do wykonywania tatuażu jest połączeniem sił medycyny i sztuki – nakłuwanie skóry z chirurgiczną precyzją, a zarazem z artystycznym polotem, sprawianie ciału bólu i w efekcie otrzymanie pięknego obrazu. Krew na igle, niczym krew na igle iniekcyjnej, jednorazowe rękawiczki, ból i jednocześnie magia, bowiem każdy z tatuaży jest swego rodzaju zawijaniem rzeczywistości magiczną podszewką do góry. Zresztą igła, tak jak w obrazie Historia bólu, może mieć rozmaite oblicza. W tym znaczeniu można prace Łukasiewicza traktować jak szczepionkę – jednak jej przyjęcie powoduje szereg bardzo trudnych do zniesienia skutków ubocznych... czy może raczej myśli ubocznych.
M
ożna powiedzieć, że przy użyciu warsztatu malarza, zaś posługując się tematami medycznymi, artysta diagnozuje pewne kwestie natury ogólnoludzkiej. [KJS]
Katarzyna Joanna Saniewska Słowo to mój ulubiony materiał plastyczny. Obraz to moje ulubione opowiadanie. Ukończyłam z wyróżnieniem: Wydział Grafiki Warsztatowej w EAS i Kulturoznawstwo na Uniwersytecie Humanistycznym SWPS. Następnie studia doktoranckie w Instytucie Mediów i komunikowania na UH SWPS w Warszawie. Należę do Związku Polskich Artystów Plastyków, jestem stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Moje prace malarskie uczestniczyły w kilkudziesięciu wystawach w kraju i za granicą. Od 2003 roku współpracuję z Magazynem Sztuk na warszawskiej Ochocie. Uczę malarstwa i rysunku, i ogólnie „udzielam się kulturalnie” pędzlem i piórem.
POST SCRIPTUM
21
KATARZYNA BRUS-SAWCZUK
Co z tym okresem?
Mała dziewczynka ma cztery lata. Urodzona z miłości. Dziecko kobiety i mężczyzny. Musiało zdarzyć się jajeczkowanie. Urodziła się mała Emilka. W zdrobnieniu Mi. Ona jeszcze nie wie, czym jest kobiecość. Jak to jest z kobietami? Mała dziewczynka rodzi się. Dorasta w rodzinie. W końcu ma 12 lat. Koleżanki ze szkoły mają piersi. Koleżanki ze szkoły prześcigają w chwaleniu się ich rozmiarami. De facto ledwo pączkującymi. Chłopaki prześcigają się w uważnych spojrzeniach skoncentrowanych na poziomie obu brodawek i niewybrednych dowcipach. Ona jest płaska jak deska. Piersi nie ma. Okres, o którym przeczytała w Wikipedii (inne dziewczyny czytały na stronach porno) podobno przychodzi po piersiach. To kobiece. Ona chciałaby mieć piersi. Czy piersi dają okres? Czy okres jest kobiecością? Pragnienie stania się kobietą i przejścia na tę drugą stronę (tych niezdarnie jeszcze wkładających podpaski do majtek) zaczyna być obsesją. Okres jej się śni. Na wzgórku łonowym pojawiają się pierwsze włosy. Burza hormonów. No i nareszcie jest – jej wyczekany upragniony okres. Rdzawo- paskudny. Boli brzuch. No i gdzie ta kobieta, przecież to jest okropne. Dodatkowo specyficzny zapach wskazuje na właścicielkę okresu… Bycie kobietą chyba jest przereklamowane. Mała Mi biega co pięć minut do ubikacji, na domiar wszystkiego chce się jej co chwilę siusiu. Okres nie da się wymyć, kolejna podpaska: skąd to się wszystko produkuje…? Matka jest wściekła – Zużywasz tyle podpasek, ile ja nie zużyłam w ciągu trzech miesięcy…???! Co z tego, że mała Mi pochwaliła się przed koleżankami (chłopaki pewnie też już wiedzą), kiedy ten okres jest… okropny. A może zniknie? Może to tylko raz i teraz kilka miesięcy go nie będzie…? Mi czyta podręcznik do biologii i ten pozbawia ją złudzeń, blog Aleksandry – jej starszej koleżanki również. Tylko w filmach porno nie ma okresu. Matka kiedyś wściekła się na nią, bo w historii wyszukiwania w google znalazła jakąś porno stronę. Jakby sama nie oglądała…? Mała Mi wie również
22
POST SCRIPTUM
Renata Cygan
(przez przypadek chcąc odnaleźć schowane bombki na choinkę), że mama ma kolekcję wibratorów. I że zażywa środki antykoncepcyjne. Mama ma 44 lata i podobno nie chce mieć więcej dzieci. Mama też używa tamponów. Tampony kojarzą się z kobiecością, mama stanowczo zabroniła jej próbować. Ciekawe dlaczego? Mała Mi przecież już dawno odkryła nieokreśloną przyjemność z dotykania się w tamtym miejscu, a przecież tampon jest niewiele większy od jej palca? No więc ten okres jest okropny. I na dodatek zaczął wydarzać się regularnie. Mama zaprowadziła małą Mi do ginekologa. Miła Pani doktor kazała jej się rozebrać i wdrapać na krzesło, które przypominało krzesło tortur. Włożyła jej coś w tamto miejsce, informując, że może poczuć chwilowy dyskomfort. Po chwili powiedziała – Piękna młoda kobieta. Po wszystkim. To jest bycie kobietą. Pani doktor rozmawia z nią o okresie. Czy regularnie, czy boli, ile trwa. Proponuje test na HPV (*wirus brodawczaka ludzkiego, jest to jeden z wirusów onkogennych, przy obecności HPV 16/18, obecnie zaleca się szczepienie, najlepiej przed rozpoczęciem współżycia seksualnego, jako profilaktykę raka szyjki macicy i raka jamy ustnej- przyp. aut.) i środki antykoncepcyjne. Mama oburza się. Mówi, że na razie nie będą potrzebne. Mała Mi chce się odezwać, ale mama nie daje jej dojść do głosu. Obrażone na siebie wychodzą z gabinetu. Piersi małej Mi znacząco podrosły, okresy były regularne i meczące. Tego dnia pojawił się Kamil. Tuż przed 16 urodzinami. Chwilowa klucha w gardle, gorąco... – chyba się zaczerwieniła. Kamil patrzył na nią z podziwem. A potem zaczęli spędzać razem czas – Mamo, bo Kamil to…. Mamo, bo Kamil tamto. Wraz z burzą hormonów musiał nastąpić ten pierwszy raz. A po pierwszym wiele następnych. Mama, rzecz jasna domyśliła się, dlaczego tamtego wieczoru Mi wróciła nie o umówionej 22-giej, lecz nieumówionej 23ciej. Szykowała się na awanturę, ale córka szybko uciekła
WRAZ Z BURZĄ HORMONÓW MUSIAŁ NASTĄPIĆ TEN PIERWSZY RAZ spać. I wcale, jak w starodawnych filmach, na prześcieradle nie było ani kropli krwi. Po którymś razie nie było też okresu. I chociaż mama w którymś momencie zaakceptowała antykoncepcję (mama i babcia i prababcia w końcu kiedyś też miały swój pierwszy raz), a Mi tabletkę przyjmowała skrupulatnie (w kościele i na lekcjach przygotowania do życia w rodzinie o antykoncepcji opowiadali niestworzone historie i niewiarygodne rzeczy) to jednak nie wierzyła do końca w jej skuteczność. Tak chciała mieć okres! Strach przed ciążą całkowicie zlikwidował zdolność racjonalnego myślenia. Wtedy jak upragniony okres nie przyszedł – Mi już trzeci raz z rzędu biegła do apteki po test ciążowy, jednak o dziwo żaden z nich nie chciał pokazać dwóch pasków. Diagnoza: niestabilna sytuacja hormonalna, trzeba zmienić środek antykoncepcyjny. Uffff… – a więc nie ciąża i okres w końcu powinien przyjść. I przyszedł. Mi, pomimo iż do kościoła przestała chodzić po 6 klasie, a mama nie nalegała, modliła się żarliwie nad plamą krwi. Potem okres był regularnie, Mi zaczęła wierzyć w antykoncepcję, na miejscu Kamila pojawił się Daniel, który jednak musiał po roku ustąpić miejsca Jerzykowi. Jerzyk wydawał się Mi kimś niezwykłym. Ich relacja dojrzewała stopniowo, po kilku latach zamieszkali razem. Mi studiowała psychologię, a Jerzyk matematykę. Ponoć matematyka to najbardziej humanistyczna nauka ze wszystkich, czego Mi nie mogła jednak zrozumieć. Ich więź zacieśniała się, w którymś momencie pojawiła się ta rozmowa – A co, gdybyśmy razem mieli dziecko…? Byłoby piękne jak Ty – to Kamil –Byłoby mądre jak ty – to Mi. No więc należałoby rozstać się z okresem. Ilość testów ciążowych, które zużyła Mi, równa się pewnie okrągłej liczbie i sumie. Jednak okres z uporem maniaka pojawiał się regularnie. Znów. I znów. Po kilku latach leczenia i walce z okresem, w końcu na teście ciążowym pojawiły się dwie upragnione kreski. Jak to dobrze jest nie mieć okresu przez kolejne 9 miesięcy!!! Burza hormonów przyprawia o zawrót głowy, czułość do małej istoty narasta z dnia na dzień, a i seks jest rewelacyjny. No i bez strachu. Wolność! Mała istota w końcu przychodzi na świat. Okres jednak nie wraca. Cieszyć się, czy nie? Znowu pojawia się niepokój. Ginekolog mówi, żeby poczekać jeszcze chwilę z antykoncepcją, w końcu istnieją prezerwatywy. Niestety ta pękła. Mi znowu wpatruje się w kreski na teście. Że też nikt nie wymyślił antykoncepcji dla mężczyzn. Uff… kreska jest, na szczęście jedna. Mi na wszelki wypadek powtarza test. Okres jednak wraca dopiero po trzech miesiącach. Ten czas jest dla Mi męczarnią. Mały bachor domaga się cały czas mleka, ciągnie ją blizna po cesarskim cięciu. Seks chowa się za kanapą. Mi wykręca się, Jerzyk nie nalega (za bardzo). Jednak któregoś razu Mi znowu biegnie po test. Nareszcie tabletka. Jest okres i miłość (podwójna) i seks. Dlaczego natura zrobiła to kobiecie? Dlaczego co miesiąc? Dzięki tabletce krwawienie wprawdzie nie jest nasilone, ale objawy bólowe, które podobno miały być mniejsze, wcale nie są. Dwa dni w miesiącu Mi zamyka się w pokoju, nie chcąc widzieć nikogo. Jerzyk w tym czasie
na zmianę z babcią zajmuje się małą. Mała Emma wyrasta na piękna nastolatkę. Mi wścieka się, że nawet córka mówi na nią Mi. To niepoważne… W końcu jest Emilią. Dlaczego nikt o tym nie pamięta? Wścieka się również na te nagłe, przyspieszone uderzenia serca i zimne poty. Pora to nazwać. Emilia ma kochanka. Seks z mężem przestał być tak ekscytujący, rutyna codzienności przerodziła się w dziwną stagnację i szarość. Daniel pojawił się niespodziewanie w jej życiu i w zasadzie ku swojemu zdziwieniu, bez żadnych oporów… poszła z nim do łóżka. Przedtem pisali na jednym z komunikatorów internetowych. Za każdym razem, kiedy pojawiała się zielona ikonka, serce zaczynało bić w przyśpieszonym tempie. Idiotka. Stara baba. Co z tego, że nadal ma okres. Potem zaczęła rodzić się ich namiętność. I coś jeszcze. Tego dnia umawia się z Danielem na oficjalne wyjście. Janek, jej kolega artysta, mieszkający pod miastem zaprosił ją na wernisaż. U niego w domu. Z noclegiem. 400 m kwadratowych i biała sala do fotografii. Emilia czuje już od dawna, że Janek ma jakieś zamiary. Starszy od niej o 10 lat, wysłużony przez sztukę, alkohol i marihuanę zaczął szukać stabilnego portu. Chemia? Znali się od 30 lat. Uznała, że to świetny manewr, aby zabrać ze sobą Daniela. Jadą jakiś czas samochodem, przekomarzając się. (tak, cudowne są te gry słowne i podniecenie, które narasta mimo oddzielnych siedzeń, mimo tego, że są ubrani po uszy – no, może ona nie – podwiązka z pończoch na szczupłych nogach, wychyla się zalotnie spod czerwonej sukienki). Dotyka się tam, w to ciepłe miejsce. Przyjemnie… Powoli wyciąga rękę. Jezus Maria!!!!! Czerwona. Czy to ten pieprzony okres???!!! Klops. Nagle czuje gwałtowny ból w podbrzuszu. Szarpiący. Nie ustępuje. Skurcz – Daniel, k… coś nie tak ze mną…!!! Daniel zjeżdża na pobocze. Na fotelu pasażera pojawia się plama. Emilia nie pamięta, co było dalej. Podobno przekraczając prędkość, zawiózł ją do najbliższego szpitala. Podobno plama była coraz większa. Podobno lekarze powiedzieli, że to polip. Pytali, jak już odzyskała przytomność, o krwawienie kontaktowe – Że seks. Jaki seks? Na seks dopiero miała ochotę. Daniel zadzwonił do Janka. Nie znał go. Janek zgodził się, aby do niego przyjechał. Impreza w toku. Janek, podchmielony, rzuca przez zęby: Co? Bawiłeś się z nią…? – Daniel w ostatniej chwili powstrzymuje się od rękoczynu. Mi zostawiła Daniela. Zostawiła również Janka. Choć z nim być może mogłaby pomyśleć o porcie. Okres tak jak pojawił się, tak znikł. Na całe 9 miesięcy. Nie, to niemożliwe, przecież pewnie już nie jajeczkuje, jednak Mi po raz kolejny wpatruje się w kreski na teście. Janek. Ginekolog zaleca hormony. – Pani Emilio, antykoncepcja już najprawdopodobniej nie jest pani potrzebna, ale jeśli upiera się pani przy tym okresie, to te hormony powinny pomóc. Ja bym się nie upierała – dodaje lekarka. No jak to tak? Już na zawsze bez okresu…? Lęk przed utratą „kobiecości”? Mi wygląda najlepiej w swoim życiu. Okazuje się, że Jerzyk wymienił ją na młodszą (niewątpliwie ma okres). Seks jest świetny i bez strachu. W zasadzie, po co jej ten okres? [KBS]
POST SCRIPTUM
23
Haruhisa
Terasaki
24
POST SCRIPTUM
Haruhisa Terasaki Urodzony w 1950 roku, w Nagasaki, w Japonii. Jest absolwentem Chuo University School of Science and Engineering, który ukończył w 1974 roku. Od 2017 roku zajął się na stałe fotografią, która odtąd stała się jego profesją i sposobem na życie. Ma na swoim koncie współpracę z takimi firmami jak: Microsoft Corporation, Toyota Motor Corporation i Hakuhodo. W kwietniu 2017 roku zbudował, według własnego pomysłu, wielkoformatowy aparat fotograficzny, którym robi niezwykle oryginalne, klimatyczne zdjęcia, które przyniosły mu prestiż i sławę w świecie fotografii artystycznej. We wrześniu 2017 roku wziął udział w VIII Festiwalu Fotografii – Plener Żory 2017. Jego niezwykłe prace prezentowane były na wystawie zbiorowej pt. Oczom nie wierzę. Ten 70-letni mieszkaniec Tokio, stworzył własną, unikalną metodę obrazowania. Jego fotografie są bardzo romantyczne, przypominające malarstwo dawnych mistrzów. POST SCRIPTUM
25
Haruhisa Terasaki
Moje aparaty
są niezwykle czułe na światło. Na każdą, najdrobniejszą
różnicę tonalną 26
POST SCRIPTUM
PS: Jesteśmy zaszczyceni, że zechciał Pan przyjąć zaproszenie i zagościć w naszym magazynie. Zacznę od pytania, które mnie bardzo nurtuje. Wiem, że buduje Pan własne aparaty. Dlaczego? Czy mają one coś wspólnego z „kamerą otworkową”?
Aparaty autorstwa Haruhisa Terasaki
HT: Z wyglądu moje aparaty rzeczywiście przypominają „kamerę otworkową”, a może bardziej, stare, tradycyjne aparaty z początków fotografii. Mój aparat składa się z dwóch części. Obiektywu, który odwzorowuje rzeczywisty obraz na matówce i aparat cyfrowy, który fotografuje… matówkę. Wynika to z mojego zachwytu obrazowaniem, jakie powstaje na matówce. Takie trochę odrealnione, magiczne. Dlatego buduję własne aparaty. Wysyłam je też do zaprzyjaźnionych fotografów na całym świecie. POST SCRIPTUM
27
28
POST SCRIPTUM
Haruhisa Terasaki
29
POST SCRIPTUM
30
POST SCRIPTUM
W
Buduję własne aparaty
ysyłam je też do zaprzyjaźnionych fotografów na całym świecie.
Dla pokazania możliwości aparatu opracowanego przez pana Terasaki zamieszczamy kilka fotografii pana Valerego Polevoya, za nadesłanie których dziękujemy autorowi.
Valery Polevoy
PS: No właśnie! Wiem, że wysłał Pan aparat do goszczącej niedawno na naszych łamach, Moniki Cichoszewskiej. HT: Tak. Wysyłam aparaty, żeby inni fotografowie mogli cieszyć się tą magiczną fotografią. Dzięki temu też lepiej poznaję możliwości swojej konstrukcji. PS: Oglądałem Pana piękne, magiczne, klimatyczne fotografie. To kwestia sprzętu czy talentu fotografa? HT: Moje aparaty są niezwykle czułe na światło. Na każdą, najdrobniejszą różnicę tonalną. Każdy może robić dość podobne zdjęcia, jeśli używa mojego aparatu. Tajemnica tkwi w sprzęcie. PS: To oczywiście skromność. Aparat to najwyżej pół sukcesu. Jakie ma Pan marzenia? HT: Moje marzenia związane są przede wszystkim z aparatami. Chciałbym doskonalić swoją konstrukcję i wysyłać ją do jak największej ilości fotografów na całym świecie, a potem cieszyć się efektami. PS: Był Pan w Europie? A może w Polsce? HT: Byłem w Europie na wyprawie fotograficznej. Polski niestety jeszcze nie odwiedziłem, ale mam nadzieję, że się kiedyś uda. PS: Jakie jest Pana najlepsze zdjęcie? A może to dopiero przed panem? HT: Z pewnością moje najlepsze zdjęcie dopiero czeka na zrobienie. Gdybym miał już takie, jaki sens byłby dalej próbować? PS: Bardzo dziękuję za przemiłą rozmowę. HT: Ja również dziękuję. Pozdrawiam czytelników i redakcję Post Scriptum. Może wydacie jakiś numer w języku japońskim? PS: Jeśli pan odwiedzi Polskę, to może my wydamy wersję japońską. HT: To jesteśmy umówieni. [JP]
POST SCRIPTUM
31
Dr Marek Stanisław Żbik jest absolwentem Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego. Geolog i planetolog, w czasie swojej kariery naukowej, pracował w 10 uniwersytetach i placówkach akademii nauk w Polsce, ZSRR, Japonii i w Australii, w którym to kraju po roku 1992 osiadł na stałe. W swojej pracy naukowej zajmował się badaniami materii kosmicznej, w tym meteorytów, gruntu księżycowego i kraterów meteorytowych. Jest autorem wielu oryginalnych prac naukowych i popularnonaukowych z dziedzin geologii, planetologii i astronomii. Jako pracownik akademicki, w okresie swojej pracy, opublikował około 150 artykułów naukowych w językach polskim i angielskim. W tym też czasie prowadził również czynną działalność oświatową, występując na odczytach, jak również w kilku programach telewizyjnych i radiowych. Był autorem szeregu wysokonakładowych książek popularyzujących naukę wydawanych przez Instytut Wydawniczy Nasza Księgarnia (NK), Ludową Spółdzielnię Wydawniczą (LSW), oraz Książka i Wiedza (KIW). Jest również autorem artykułów naukowych i popularnonaukowych w Przeglądzie Geologicznym, Uranii, Wszechświat i Astronomia.
32
POST SCRIPTUM
Piszę SF, dlatego mogę sobie pozwalać na głupstwa, odważne teorie czy też kwestionowanie niekwestionowanych prawd. To mój przywilej. Przygotuj się więc na serię niedorzeczności (śmiech). Wyobraźmy sobie samochód jadący z prędkością 50 km/h. Jeśli rzucimy piłkę w kierunku przedniej szyby także z prędkością 50 km/h, to dla obserwatora wewnętrznego piłka będzie leciała z prędkością 50 km/h, ale dla zewnętrznego osiągnie 100 km/h (50 + 50). Podobne ćwiczenie teoretyczne wykonał Einstein, tylko że dla prędkości światła i wyszło mu, że dla obserwatora zewnętrznego... czas się zatrzyma. Wyszedł z założenia, że nie ma we wszechświecie prędkości większej niż światło. Moim zdaniem błędnego. Dla obserwatora zewnętrznego światło będzie biegło z prędkością 2c. Podobne zjawisko zaobserwowano w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Subiektywna prędkość cząsteczki przekroczyła prędkość światła. Co Ty o tym myślisz? Nie da się przeskoczyć własnej dupy! Żyjemy w czasoprzestrzeni i z niej to jesteśmy utkani. Składamy się z cząstek elementarnych jak elektrony i inne. Cząstki te jak światło ulegają dyfrakcji i temu podobnym zjawiskom, takim jak światło. W spotkaniu z antycząstkami, cząstki z których jesteśmy zbudowani, anihilują się pozostawiając światło. Jesteśmy światłem. Zatem nie możemy biec prędzej niż światło. To proste i zrozumiałe tłumaczenie. Siedzimy w czasoprzestrzeni jak muchy w gęstym miodzie i praktycznie nie poruszamy się w ogóle (w granicach limitu nieokreśloności Heisenberga). Wychodząc nocą i spoglądając w niebo, widzę maleńki obłoczek Omega Centauri. Ta drobina jest tak wielka, że światło potrzebuje całego ludzkiego żywota, by z jednego końca obłoczku przelecieć na drugi. Czymże jest owo nasze przemieszczanie się po planecie Ziemia w stosunku do ogromu Wszechświata? Osobiście uważam, że nie ma możliwości dla komunikacji i podróży międzygwiazdowych przy obecnym stanie wiedzy i technologii. Przestrzenie są zbyt wielkie jak na nasze wyjątkowo skromne możliwości. Nawet porozumienie się w granicach naszego Układu Słonecznego będzie trudne, a czasem wyglądać może wprost anachronicznie. Koniecznym będzie komunikacja w czasie realnym, co nie jest możliwe w naszej 4-wymiarowej czasoprzestrzeni, albowiem prędkości światła niestety nie
da się pokonać. Trzeba jednak ten problem obejść dookoła. Jeśli wszechświat posiada wiele innych przestrzeni, z których większość jest mocno zwinięta, to ukazuje to potencjalną drogę dla przyszłej komunikacji międzygalaktycznej w czasie realnym, a może nawet i podróży. Rozwiązań zatem trzeba szukać w świecie mechaniki kwantowej. Wyobrażam sobie, że przyszła komunikacja nie będzie zachodziła za pomocą fal elektromagnetycznych, ale gdzieś w przestrzeni subatomowej, korzystając ze zjawiska splątania kwantowego. Zatem do takiej ponadświetlnej komunikacji nie będzie przydatny radioteleskop, ale raczej coś z rodzaju Mikroskopu Sił Atomowych (AFM) Atomic Force Microscope. Wszystko we wszechświecie faluje. Faluje też nasza wiedza. Epikur w listach do Herodota prezentował większą wiedzę na temat kosmosu niż Kopernik, który co prawda zgodził się na obecnie obowiązujący model Układu Słonecznego, ale nasze słońce uważał za centrum wszechświata, które otaczają nieruchome gwiazdy. Skąd nasza zadufana wiara w to, że skoro teraz kosmos się rozszerza, to znaczy, że rozszerza się nieustannie? Stąd wyciągamy przecież wniosek o Wielkim Wybuchu. A może po prostu faluje? Rozszerza się i kurczy naprzemiennie? Jesteśmy właściwie na tym samym miejscu, w którym był Kopernik 500 lat temu. On przyjął Słońce za środek wszechświata, a my widzimy Układ Słoneczny jako ten środek, od którego wszystek wszechświat dookoła nas się rozbiega. To koszmarna bzdura, ale tak nasze zmysły naukowe to teraz widzą. Proponuję przeczytać mój artykuł z Astronomii numeru kwietniowego, gdzie dobrze i przystępnie to opisałem. Jeśli każdy z nas oddali się w dowolny punkt we Wszechświecie, zawsze doświadczy tej samej iluzji bycia w centrum rozszerzającego się kosmosu. Niczym wędrowiec osadzony zawsze wewnątrz okręgu własnego horyzontu będzie zawsze wędrować wokół naszej planety, tak i kosmonauta wędrujący wśród gwiazd i galaktyk będzie osadzony zawsze w centrum horyzontu widzialnego przezeń Wszechświata. Zasada Kopernikowska głosząca, iż wszechświat z każdego miejsca będzie wyglądał tak samo, przekształciła się w tak zwaną Zasadę Kosmologiczną, by wreszcie w połowie lat dziewięćdziesiątych dostrzec można było
POST SCRIPTUM
33
w tym betonie naukowym pierwsze pęknięcia. Teraz uważa się, iż wszechświat jest większy niż to widać z pozycji naszego horyzontu zdarzeń i w rozmaitych jego częściach może być różny od tego, jakim go widzimy, a nawet zasady fizyki mogą się różnić. Nasza wiedza i postrzeganie rzeczywistości faluje, bo wciąż poznajemy nowe nieznane tajniki otaczającego świata, zatem cały ten obraz wraz z naszym o nim wyobrażeniu faluje. Skoro obraziłem już Einsteina i Kopernika, to mogę też zakwestionować wizytę ludzi na Księżycu pół wieku temu. Byłby to bodajże jedyny przypadek w historii ludzkości, gdy raz zdobyty teren został odpuszczony. I nie wspominam tu ani o pasie Van Allena, ani o pyle księżycowym, który opada szybciej od astronauty. Po prostu mam wątpliwości. Co sądzisz o planowanej podróży na Marsa? Jesteśmy na to gotowi? Pod względem: logistycznym, technicznym, a nawet medycznym. Co zrobimy, jeśli natkniemy się na jakieś „ciekawe” drobnoustroje? Australię również nie Anglicy odkryli najwcześniej. Ludzie na Księżycu już byli i przywieźli ze sobą tego niezbite dowody. Był to wysiłek dyktowany względami politycznymi. Jesteśmy zwarci i gotowi pomimo naszej bardziej niż skromnej wiedzy, a i możliwości. Brak nam pokory dla sił przyrody i rozpiera nas ignorancja. Nie jesteśmy nawet pewni tego, czy istniejemy. Rzeczywistość to przecież zmysłami postrzegana halucynacja. Jest wolność sumienia i każdy wierzy, w co zechce. Na Marsa kiedyś polecimy, mam nadzieję, że za mojego jeszcze nędznego żywota.
34
POST SCRIPTUM
Co myślisz o teorii strun czasoprzestrzennych? Miałoby to być coś w rodzaju prądów kosmicznych, gdzie statek pokonywałby wielkie odległości z prędkościami dziesiątek czy setek c. Tylko SF? Coś w tym jest. Prądy przestrzeni rzeczywiście mogą występować, a my je możemy postrzegać jako grawitację. Czy istnieje antygrawitacja? To pachnie ciemną energią. Wkraczamy tu jednak na pole czarnej magii nauki. Sorry. Czy jesteśmy sami w kosmosie? Jeśli nie, to dlaczego nikt nie wpadł z sąsiedzką wizytą? A może wpadł? Pewnie nie jesteśmy sami, a stara anegdota powiada, że jeśli dotąd OBCY nie nawiązali z nami kontaktu, świadczy to dobitnie o ich obecności i roztropności ich umysłu. A tak na serio to rozejrzyjmy się dookoła. Nie jesteśmy sami i trzeba tylko umieć patrzeć, by się o tym przekonać. W sumie powstaliśmy wynikiem rafinacji prymitywnej i wszechobecnej materii obłoku międzygwiezdnego w procesie czterech i pół miliarda lat trwającej ewolucji, czyli rafinacji tej materii. Nie jesteśmy przy tym wiele różni od innych stworzeń nam towarzyszących na Ziemi. Z dalekiej perspektywy, powiedziałbym, jesteśmy lekko inteligentną pleśnią i tyle. Podobne procesy dzieją się na miliardach planet naszej galaktyki i na miliardach galaktyk wewnątrz horyzontu zdarzeń naszego widzialnego wszechświata. To tylko statystyka, wiele planet ma sprzyjające życiu warunki, zatem „pole życia” zagnieżdża się wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe i dostosowuje się do tych lokalnych warunków, w jakich przystało mu egzystować. Być może, tak jak 400 milionów lat temu
ewolucja dała stworzeniom nogi, by wyszły z oceanów i opanowały lądy, tak teraz dała nam inteligencję, byśmy skonstruowali rakietę, która będzie zdolna unieść życie z powierzchni planety w przestrzeń. Tam życie może będzie dalej ewoluować, zapominając powoli o inteligencji i rozum, jak ślepa kiszka zostanie zapomniany. Zgadzasz się z obecnie popularną teorią, że do życia na innych planetach niezbędna jest woda w stanie ciekłym? Dla takiego życia, jakie znamy, zdecydowanie tak, woda i węgiel. Jednak trzeba przyznać, że znamy bardzo niewiele, a zatem jak stare chińskie przysłowie powiada; nie ma niczego takiego, czego by nie było, wszystko jest możliwe. Ja osobiście dopuszczam istnienie istot nawet w czystej przestrzeni karmiących się energią gwiazd, a nawet tą zawartą w pustej próżni. Czy jest coś, co budzi Twoje wątpliwości w powszechnie znanych prawdach? Owszem, wszystko. Nie mamy pojęcia, czym jest grawitacja, przestrzeń, materia, jak wielki jest nasz wszechświat, jakie są jego geneza i własności i przeznaczenie. Jeśli się bliżej zastanowić, niczego nie wiemy!
Na koniec, choć powinienem od tego zacząć, powiedz kilka zdań o swoich książkach. Nikt ich nie kupuje, mają kiepską korektę, są niskonakładowe. A tak poważnie, tworzywem artystycznym dla tych powieści, które napisałem, jest SF. Jednak z mojego punktu widzenia są one częściowo autobiograficzne, częściowo popularyzujące naukę, a jedynie w niewielkiej części zawierają wątek fantastyczny i tylko po to, by nie były zbyt nudne. Opisują prawdziwe zdarzenia, które albo wydarzyły się dawno temu, albo wydarzają się właśnie, albo wydarzyły się w przyszłości. Miejscami to „hard SF”, a miejscami opis rzeczywistości pojmowanej w myśl powyżej rozumianej jej definicji. Co Cię fascynuje w kosmosie? Wielkość, tajemniczość, różnorodność? To jest cholernie interesujące. Najbardziej ciekawi mnie wielka struktura Wszechświata, która wydaje się być jakimś działającym organizmem czy urządzeniem. Wszechświat jest wysoce elektromagnetycznym tworem z powiązanymi ze sobą ściśle elementami. Jesteśmy na początku poznawania tej wielkiej struktury. Mnie interesuje, jaki jest cel działania tej struktury i czemu ona ma służyć? Jakby maleńki oporniczek w naszym telewizorze chciał zrozumieć swoją rolę w całym systemie elektronicznym, którego jest częścią. To zastanawia mnie najbardziej. Dziękuję za rozmowę [JP]
POST SCRIPTUM
35
O
powiadanie Rodzimy się z umarłymi zostało wyróżnione prestiżową nagrodą Nebula (1974). Ukochana głównego bohatera ginie w wypadku, a potem podróżuje z przyjaciółmi po całym świecie. Jak to możliwe? Autor opisuje społeczeństwo dalekiej przyszłości, w którym medycyna poradziła sobie ze śmiercią i potrafi ożywiać ludzi. Ożywieni normalnie myślą, mówią, zajmują się badaniami naukowymi, pracą, ba – hedonistycznym seksem także. Robią dokładnie to samo, co żywi. Mają tylko jeden problem – nie odczuwają żadnych emocji. Są emocjonalnie jałowi. Nasz bohater nie chce tego zrozumieć i jeździ za ukochaną, zderzając się z murem złożonym z jej ożywionych przyjaciół. Wie, że nie mogą być razem po jej śmierci, ale on ma przecież tysiące pytań, które wymagają natychmiastowej odpowiedzi, wyjaśnienia, zracjonalizowania. Na afrykańskim safari prawie udało mu się z nią spotkać, ale znowu, niestety, tylko „prawie”. Kobieta, za pośrednictwem przyjaciela (seks-przyjaciela), umówiła się ze swoim byłym ukochanym desperowany kochanek na następny dzień, po czym… popełnia samobójstwo, żeby pospiesznie wyjechała do Europy, dostać się do miasta, w którym nie dotrzymując słowa. mieszkają Ożywieni. Wszystko Zastanawiam się, czy zdradzić udaje mu się doskonale i spotyka Wam zakończenie… To w końcu się ze swoją ukochaną. Wreszcie tylko opowiadanie, a nie powieść. sam na sam, bez jej nieżywych, No, to powiem. Jeśli ktoś chce irytujących seks-przyjaciół (płci przeczytać opowiadanie, to niech obojga). Ona przychodzi do jego się tu zatrzyma i nie czyta tekstu pokoju i... oboje długo milczą. Nie mają ze sobą o czym gadać. poniżej.
Z
36
POST SCRIPTUM
Już nie jest ciekawy dlaczego, po co? Przestały go dręczyć niezadane pytania i nieotrzymane odpowiedzi. Patrzy na nią jak na przedmiot. Pudło z gratami do wyrzucenia, które w dodatku stoi na środku jego pokoju i przeszkadza w chodzeniu. Ona coś do niego mówi, on odpowiada. O podróżach, o pogodzie. Niepotrzebne
ROBERT SILVERBERG
T
RODZIMY SIĘ Z UMARŁYMI
O
powiadanie wstrząsające, dające do myślenia. Jak wiele, pozornie racjonalnych potrzeb, jest podyktowane czystymi emocjami. Dlaczego ona (on) zdradziła, dlaczego skłamała, czemu nie chce się spotkać i wyjaśnić, porozmawiać? Przecież my tylko chcemy wiedzieć. Zasłużyliśmy przecież na tę wiedzę, należy się nam ona, jak psu zupa. Przecież jej dusza i ciało należy do nas, przecież nam je: obiecała, ślubowała, zaklinała się. Możemy się pogodzić, że odeszła, ale nie bez słowa, nie bez wyjaśnień, bez zrozumienia, bez naszego przebaczenia, które przecież gotowi jesteśmy jej dać. A w rzeczywistości, to tylko emocje. I tylko emocje mogą nam dać odpowiedź, a nie rozum. Przestała kochać, a może nawet nigdy nie zaczęła. Chciała, ale się nie udało. I nie ma już żadnych pytań ani żadnych odpowiedzi. Nasze przebaczenie nie jest jej potrzebne. Ognisko zgasło. Koniec. Nie ma. Puesta nada.
foto: Edward Swatschek/ Wikipedia
informacje, nieciekawe. Zdania głuche, skrzypiące, jak pocieranie styropianem o szybę. Rozmowa się nie klei. W końcu ona wychodzi, a on oddycha z ulgą. Umawia się na wieczór z jej przyjaciółką. Prawdopodobnie po to, żeby dalej szukać. Czego? Tej iskierki żaru, która bezpowrotnie w nim zgasła.
o jedno z tych dzieł literackich, o których się nie zapomina, które z nami zostają. [ML]
POST SCRIPTUM
37
38
POST SCRIPTUM
TEATR? JAK SIĘ FOTOGRAFUJE
KRZYSZTOF BIELIŃSKI
POST SCRIPTUM
39
40
POST SCRIPTUM
Krzysztof Bieliński
J
eden z czołowych fotografów teatralnych. Urodzony w 1978 r., mieszka w Warszawie. Jest autorem fotografii do blisko 700 spektakli krajowych i zagranicznych, twórcą plakatów teatralnych oraz albumów fotografii teatralnej: Lupa/Teatr, Staniewski. Gardzienice. Antyk, Treliński, BTL/Lalki, Warlikowski/Teatr (współautor), Kudlicka. Volume I (współautor). Współpracował z uznanymi reżyserami teatralnymi — m.in. z Krystianem Lupą, Włodzimierzem Staniewskim, Grzegorzem Bralem, Mariuszem Trelińskim i Krzysztofem Warlikowskim, fotografując w takich teatrach, jak: Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie, Teatr Narodowy w Warszawie, TR Warszawa, Nowy Teatr w Warszawie, Teatr Dramatyczny w Warszawie, Teatr Studio w Warszawie, Stary Narodowy Teatr w Krakowie, Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Gardzienice, Teatr Pieśń Kozła czy Opéra National de Paris. Od 2008 r. jest stałym fotografem Teatru Wielkiego - Opery Narodowej. Współpracuje również na stałe z kilkunastoma innymi teatrami w Polsce. Wykładał fotografię teatralną oraz plakat w Warszawskiej Szkole Filmowej i na Fotografii UW. Był nominowany do Teatralnej Nagrody Muzycznej im. Jana Kiepury za najlepszy plakat 2017 r. W 2019 r. został jurorem V Konkursu Fotografii Teatralnej, a w 2020 r. prowadził pierwsze w Polsce Master Class z fotografii teatralnej online we współpracy z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. POST SCRIPTUM
41
Cień. Miraż. Złudzenie. N ieskończone światy, przewijające się przez naszą podświadomość. Senne wizje, w których niemożliwe staje się nieraz dotkliwie realne. Krzysztof Bieliński Szkoła muzyczna, gra na wiolonczeli, piosenka aktorska i jazzowa, zakusy aktorskie, fotografia. Jak do tego doszło, że stał się Pan fotografem teatralnym? Byłem świeżo po ukończeniu studiów i szkoły muzycznej, kiedy poszedłem na spotkanie promocyjne jednej z książek Krystiana Lupy. Zapytałem go wtedy, czy mógłbym zostać aktorem w jego teatrze. Po krótkiej rozmowie zgodził się, żebym przychodził na próby do nowego spektaklu w roli obserwatora. Podczas pierwszych prób zrobiłem trochę fotografii dla siebie, żeby zatrzymać je w pamięci. Później pokazałem je Krystianowi, na co on zawołał kilku aktorów, którzy czekali akurat na próbę, m.in. Krzysztofa Globisza i Piotra Skibę i pokazał im zdjęcia. Był nimi zachwycony. To był dla mnie niezwykły moment. Byłem wtedy na etapie podejmowania decyzji, jaki scenariusz na życie może być dla mnie interesujący. Pociągało mnie wiele rzeczy, ale postanowiłem dać
42
POST SCRIPTUM
sobie rok na to, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Po roku fotografowałem już u większości reżyserów, których prace w tamtym momencie najbardziej mnie interesowały. W międzyczasie zdałem sobie sprawę z tego, że aktorstwo nie jest dla mnie. Niedługo potem zaproponowałem Krystianowi Lupie stworzenie fotograficznej opowieści o jego teatrze. Dostałem od niego carte blanche — możliwość wchodzenia na wszystkie spektakle i próby do nowych spektakli oraz próby wznowieniowe starych spektakli. Po kilku latach wydałem mój pierwszy album Lupa/Teatr. Tak, czytałam, że gdy Krystian Lupa po raz pierwszy zobaczył Pana zdjęcia z Wymazywania (sztuki, którą reżyserował) powiedział: „tak powinno się robić zdjęcia w teatrze”. Jak się powinno robić zdjęcia w teatrze? Myślę, że teatr trzeba fotografować w bardzo subiektywny sposób, w pełni angażując
...trzeba umieć zawłaszczyć sobie
przestrzeń teatru
i poczuć ją jako własną wizję, a następnie przelać tę wizję na fotografie
swoją wrażliwość. Często powtarzam, że trzeba umieć zawłaszczyć sobie przestrzeń teatru i poczuć ją jako własną wizję, a następnie przelać tę wizję na fotografie. Zdjęcia, które są wypełnione znaczeniami, symboliką, emocjami, które są osobistą wypowiedzią, są w stanie przykuć uwagę odbiorców, ale też mogą funkcjonować jako autonomiczne, oderwane od teatru dzieła. Spotkałam się z opinią, że fotografia działa przeciwko teatrowi, który z założenia jest (i powinien być) ulotny i niezapisany. Co Pan o tym myśli? To zależy od tego, jaki to jest rodzaj fotografii. Francis Bacon kiedyś tak powiedział o fotografii: „chodzi o to niewielkie odejście od rzeczywistości, które sprawia, że rzeczywistość uderza mnie jeszcze mocniej”. Uważam, że jeśli fotograf nie rejestruje scenicznej rzeczywistości, ale świadomie ją przekształca, nadając jej osobistego wymiaru, to jest w stanie uchwycić efemeryczność teatru. Jeśli nakładam na zastaną realność filtr swojej wrażliwości, poszukuję głębokich stanów emocjonalnych, angażuję swój sposób widzenia świata i obrazowania, to zbliżam się do prawdziwej, ulotnej natury teatru.
„Tylko sztuka jest w stanie oddać inną sztukę”. Jest Pan artystą. Artyści bywają próżni i lubią być widoczni, a Pana rola w teatrze polega na tym, żeby Pana nie było, bo aktorom nie wolno wszak przeszkadzać. Jak wygląda praca z przyczajenia i czy daje artyście satysfakcję? Między innymi z tego powodu zrezygnowałem z bycia aktorem. Miałem przeświadczenie, że pozostając z boku rzeczy, będę w stanie znacznie więcej zauważyć i dużo więcej wziąć dla siebie, niż gdybym był w centrum zdarzeń, na scenie. Bycie niewidocznym jest szczególnie ważne w teatrach takich, jak Gardzienice, gdzie sceny są kameralne i jest się bardzo blisko aktorek i aktorów. Trzeba pamiętać o tym, żeby podchodzić z szacunkiem do czyjejś pracy i trudu, jaki w nią wkłada. Miałem kiedyś bardzo miłą sytuację po spektaklu Teatru Pieśń Kozła, kiedy Anna Zubrzycki, współzałożycielka teatru, wspaniała aktorka, skierowała brawa w moją stronę. Wielokrotnie słyszałem, że pracuję w bardzo dyskretny sposób. Myślę, że między innymi dlatego miałem możliwość fotografować spektakle, a nie tylko próby wspomnianych teatrów. Lubię robić zdjęcia z oddalenia, między innymi dlatego, żeby POST SCRIPTUM
43
nie zaburzać czyjegoś toku budowania postaci. Aktorzy są świadomi tego, że ktoś jest obok, to na nich wpływa, wybija ze skupienia, a u reżyserów, z którymi współpracuję, praca aktora nad rolą, to często misternie tkana pajęczyna, budowana na emocjach trudnych do wydobycia. Poza tym, fotografując z pewnej odległości, ja sam dużo lepiej mogę się skupić. Jest jeszcze inna, równie ważna kwestia — fotografowanie z oddalenia zmienia perspektywę, pozwala na zbliżenie do siebie kilku planów, spłaszczenie obrazu i sprowadzenie go do dwóch wymiarów, dzięki czemu staje się on bardziej zbliżony do malarstwa, czy grafiki. Pracował Pan z wielkimi artystami sceny, z wizjonerami takimi jak: Krystian Lupa, Włodzimierz Staniewski, Mariusz Treliński, Krzysztof Warlikowski czy Boris Kudlička. Czy oni mają wpływ na Pana zdjęcia, czy narzucają/ sugerują jakieś ujęcia, ustawienia, czy raczej ma Pan całkowitą swobodę? Wolność twórcza jest dla mnie najważniejsza w pracy w teatrze i myślę, że artyści, z którymi pracuję, sami wiedzą najlepiej, że taka wolność jest absolutnie niezbędna. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby ktoś sugerował, jak mam fotografować. Reżyserzy/ki najczęściej darzą mnie zaufaniem i są ciekawi, co przykuje moją uwagę w ich spektaklach, jak je zinterpretuję. Ja też jestem za każdym razem ciekaw tego, co zobaczę w nowym spektaklu. Reżyserzy wychodzą też naprzeciw moim pomysłom, jak na przykład przy pracy nad albumem Staniewski. Gardzienice. Antyk, kiedy organizowano dla mnie specjalne próby w ruinach czy w lesie. Na czym polega różnica w fotografowaniu teatru dramatycznego i operowego? W teatrze dramatycznym skupiam się bardziej na grze aktorskiej, na autentycznych emocjach, w operze bywa z tym różnie. Większość solistów myśli w pierwszej kolejności o tym, żeby dobrze zaśpiewać, dopiero później, żeby zagrać rolę aktorską. Fotograf musi umieć uchwycić solistów w bardzo krótkich momentach między kolejnymi śpiewanymi partiami. W punktach kulminacyjnych pod względem emocjonalnym najczęściej mają szeroko otwarte usta i wygląda to nieciekawie. Poza tym rzadko patrzą na siebie nawzajem, najczęściej kątem oka obserwują dyrygenta, albo bezpośrednio, albo na monitorach umieszczonych na scenie po bokach za portalem. Ostatecznie, aby zdjęcia
44
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
45
Lubię fotografować w taki sposób, aby uchwycić najbardziej nasycone emocjonalnie sytuacje
46
POST SCRIPTUM
przekazywały jakieś autentyczne emocje, trzeba wyłapywać ułamki sekund. Fotograf tworzy nastrój na zdjęciu, wyzwalając migawkę w konkretnym momencie i ten decydujący moment ma tu ogromne znaczenie. Drugą istotną sprawą są monumentalne scenografie, w których soliści są niejednokrotnie porozrzucani. Kiedy patrzymy na scenografie Borisa Kudlički czy Barbary Hanickiej, mamy wrażenie, że wystarczy po prostu zrobić zdjęcie, że to jest ready made. Jest dokładnie odwrotnie, im bardziej niezwykła jest scenografia, tym więcej umiejętności, wrażliwości i wyczucia estetyki jest potrzebne, żeby to piękno oddać w sensowny sposób. W operze najczęściej jest też wiele nakładających się akcji w różnych planach, z przodu śpiewają soliści, z tyłu przemieszczają się fragmenty scenografii, na chwilę pojawia się balet, pojedynczy tancerze majaczą gdzieś za szybą, do tego dochodzą światła, projekcje. To są pojemne dzieła, z których wybieram to, co przykuwa moją uwagę i decyduję o tym, co pokażę na zdjęciach, jaką historię stworzę w oparciu o ogrom tego, co znajduję na scenie. Stworzenie czystych obrazów z wyraźnym tematem, będących esencją estetyczną i emocjonalną spektaklu, wymaga naprawdę dużej wirtuozerii.
Lubię album fotograficzny jako formę, która z jednej strony może posłużyć do dobrego zaprezentowania poszczególnych fotografii — przy każdej z nich możemy się na dłużej zatrzymać i obejrzeć w skupieniu, z drugiej strony — do zderzania zdjęć ze sobą albo budowania większej opowieści. Przykładowo teatr Krystiana Lupy jawił mi się jako jedna, spójna opowieść o kondycji człowieka i tak to przedstawiłem w albumie. Ludzie w nieumiejętności bycia ze sobą, w stanie odrętwienia, inercji, zanurzeni w swoim wewnętrznym świecie. Teatr Gardzienice z kolei pociągał mnie ze względu na swoistą dzikość i pierwotność. Spektakle Włodzimierza Staniewskiego mają mistyczny, transowy charakter, a jednocześnie są bardzo malarskie. W tym przypadku od samego początku pracowałem nad tym, aby wydobyć ten zmysłowy charakter, jednocześnie w obrazie nawiązując do starożytnego malarstwa wazowego. Spektakle operowe Mariusza Trelińskiego są jeszcze inną opowieścią, w wielu z nich pojawia się wątek obsesyjnej pogoni mężczyzny za kobietą. To często mroczne, hipnotyzujące wizje, przepełnione cierpieniem i obłędem. To mnie najbardziej pociąga w jego spektaklach. Na równi z niezwykłymi scenografiami Borisa Kudlički.
Jak wyglądała Pana praca przy Latającym Holendrze w reżyserii Mariusza Trelińskiego w Operze Narodowej?
Przy okazji jednego z konkursów fotograficznych (któremu Pan jurorował) wyraził Pan opinię, żetwórcy myślą za bardzo zestawem zdjęć, zamiast myśleć pojedynczą fotografią. Czy mógłby Pan to rozwinąć?
W tym spektaklu na scenę zostały wylane hektolitry wody. Po niej przesuwały się elementy scenografii, w niej poruszali się soliści, tańczyły tancerki. Fotografując taki krajobraz z widowni, nie byłbym w stanie oddać w pełni tego, co działo się na scenie, otrzymałbym tylko obraz cienkiej linii wody i mało wyraziste, rozproszone sylwetki osób. Fotografowałem stojąc na scenie, zaproponowano mi nawet gumowce do poruszania się w wodzie. Z jednej strony fotografowałem piękną choreografię z rozbryzgami wody, podobnie jak wcześniej u Piny Bausch, z drugiej całą przestrzeń odkształcałem w taki sposób, żeby zakrzywić horyzont do postaci łuku i stworzyć wrażenie, jakby taniec w świetle księżyca odbywał się na globie, w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości. Jest Pan autorem kilku albumów fotograficznych, m.in.: Staniewski – Gardzienice – Antyk, Treliński. Więcej niż życie, Lupa / Teatr – setki zdjęć, komentarze reżyserów, wywiady, recenzje. Skąd się wziął pomysł, aby wydać te pozycje?
Fotografowie często opowiadają historie przy użyciu większej ilości zdjęć, tworzą reportaże ze spektakli, a nie skupiają się na tym, aby temat stworzyć na jednej fotografii. Dopiero ten drugi kierunek powoduje, że poszczególne zdjęcia przykuwają uwagę, coś w nas uruchamiają, wywołują jakieś emocje i sprawiają, że chcemy do nich wracać. Nad tym między innymi pracuję ze studentami — budowaniem takiego napięcia w kompozycji, które skupi uwagę odbiorcy na tym, co dla nas jest istotne. Pana fotografie są bardzo często nieostre, niedoświetlone, poruszone, zamglone, nieoczywiste. Postacie są uchwycone w rozmazaniu, transie, w stanie wytrącenia. Aktor bywa plamą koloru w artystycznym uniesieniu. Czy takie ujęcia można zaplanować, czy bywają one dziełem przypadku? Czy i na ile edytuje Pan zdjęcia, stosując komputerowe sztuczki? POST SCRIPTUM
47
W przypadku fotografii mówi się często o intuicji, która według mnie jest zbiorem naszej wiedzy i doświadczeń, uruchamianych w bardzo krótkim czasie, na nieświadomym poziomie. Takie impresyjne fotografie wykonuję zazwyczaj, zakładając z góry, jaki ma być końcowy efekt. „Narzędzia” dostępne dla fotografa trzeba wykorzystywać świadomie, za każdym razem zastosowanie jakiejś techniki powinno służyć konkretnemu zamysłowi. Przykładowo obłęd można pokazać przez poruszenie obrazu, a zagłębienie w wewnętrznym świecie przez ekstremalne rozmycie i pozostawienie ostrości wyłącznie na twarzy albo oczach. Eksperymentując z fotografią, wielokrotnie szukałem różnych pomysłów opartych o przypadek, np. zamykałem oczy i fotografowałem na słuch, a później analizowałem powstałe w ten sposób kadry, wykorzystując to do odejścia od bezpiecznych dla mnie kompozycji w stronę jeszcze bardziej nieoczywistych. W cyfrowej ciemni najczęściej pracuję już nad samym kolorem, przesunięciami poszczególnych barw albo czyszczeniem obrazu z niepotrzebnych elementów. Korzystam też z bardziej zaawansowanych technik tworzenia jakiegoś charakterystycznego obrazu, niedostępnych na etapie fotografowania, ale nie traktuję ich jak sztuczki, a raczej jak jedne z dostępnych „narzędzi”.
48
POST SCRIPTUM
wolność twórcza
jest dla mnie najważniejsza w pracy w teatrze
Notabene, większość z nich została wymyślona jeszcze w ciemni za czasów negatywu.
Jest Pan także interesującym plakacistą. Pana plakat do Halki tak przypadł do gustu twórcom spektaklu (Grażynie Szapołowskiej i Brage Jonassenowi), że wykorzystali Pana pomysł w finałowej scenie. Ile plakatów ma Pan na swoim koncie? Tak, to była wyjątkowa sytuacja, ale też jakieś szczególne porozumienie bez słów. Przed stworzeniem plakatu dostałem podstawowe informacje odnośnie zamysłu reżyserskiego i scenograficznego, ale nikt niczego nie sugerował. Miałem pełną wolność w tworzeniu. Sam proces wykonywania tego plakatu był bardzo ciekawy, sfotografowanie ognia na wodzie było dość trudne, zwłaszcza że zależało mi, by przybrała postać łagodnych, czarnych fal. Okazało się, że aby osiągnąć taki efekt, miałem na to kilka minut w ciągu dnia tuż przed zachodem słońca. Na koncie mam kilkadziesiąt plakatów, wszystkie są oparte o wykonywane przeze mnie specjalnie na ich potrzeby fotografie. Czasem wykonuję je sam, a czasem są to duże sesje fotograficzne, chociaż zdecydowanie wolę pracę w pojedynkę. POST SCRIPTUM
49
Nawet przy sesjach aktorskich, w trakcie trwania zdjęć, proszę wszystkich o opuszczenie studia, żeby stworzyć aktorom/kom odpowiednie warunki do skupienia i poszukania autentyczności. W samotności pracuję częściej nad plakatami operowymi, gdzie nie ma konieczności pokazywania aktorów/ek, a bardziej chodzi o szukanie jakichś znaczeń, symboliki. „Obłęd, cisza, pustka — to interesuje mnie najbardziej” — to Pana słowa, czy mogę poprosić o rozwinięcie? Kiedyś zostałem nawet nazwany przez jednego z krytyków fotografem ciszy. W teatrze najbardziej pociągają mnie trudne do uchwycenia stany emocjonalne jak obłęd albo, z drugiej strony, wsobność czy inercja. Bardzo interesuje mnie nieumiejętność bycia ze sobą, niewysłowione cierpienie, ukryty ból. Tego poszukuję w teatrze różnych twórców. Lubię fotografować w taki sposób, aby uchwycić najbardziej nasycone emocjonalnie sytuacje, ale nie same chwile jakiegoś emocjonalnego wybuchu, a raczej momenty przed taką eksplozją lub tuż po niej. Wtedy, często w ciszy, widzimy najbardziej autentyczne i intensywne emocje — albo ogromne napięcie, albo opadanie i odrętwienie, jakąś rezygnację. Fotografowanie z oddalenia daje mi też z kolei możliwość zbudowania obrazu w taki sposób, że mamy wrażenie, że nie słyszymy postaci, że jest odizolowana, odcięta. Widzimy tylko niemy krzyk, uderzający, niewysłowiony ból.
50
POST SCRIPTUM
Porównywano Pana prace do mistrzów światłocienia takich jak Rembrandt czy Caravaggio. Czy ma Pan swoich mistrzów, którzy szczególnie Pana inspirują? Jeśli mówimy o malarstwie, to najbardziej inspirował mnie zawsze Francis Bacon i chyba najczęściej spotykałem się z porównaniami moich fotografii do jego malarstwa. Bliscy są mi też między innymi: Egon Schiele, Edward Hopper i Zdzisław Beksiński. Czym dla Pana jest sztuka? Sztuka jest dla mnie synonimem wolności. Bywa też ucieczką od otaczającej nas rzeczywistości. Przede wszystkim sztuka jest przekraczaniem utartych sposobów myślenia, postrzegania czy tworzenia. Na czym polegał projekt ADEN Kebab? Była to wystawa moich fotografii zorganizowana we współpracy z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w punkcie kebaba. Pomysł narodził się w związku ze spektaklem o imigrantach 10 piosenek politycznych, który reżyserował Michał Zadara. Fotografowałem życie w punkcie kebaba Aden. Spędziłem tam długie godziny nocami, zatrzymując migawki z życia tego miejsca, z perspektywy osób tam pracujących, które przybyły do Polski z nadzieją na lepsze życie nawet 30-40 lat temu, a nadal są obcymi. Powstała opowieść o marzeniach i ich MadamezButterfly w reż. MariuszaW Trelinskiego zderzeniu szarą rzeczywistością. spektaklu fotografie łączyły się z surową scenografią Roberta
HARMONIA
OPĘTANIE
Rumasa oddającą przy użyciu metalowej konstrukcji obrys punktu kebaba i znajdujących się w nim rzeczy w naturalnej skali. Fotografie wyświetlane z wielu analogowych rzutników wypełniały przestrzeń scenografii i otoczenia, współtworząc dramaturgię spektaklu. Postanowiliśmy na koniec wrócić z fotograficzną opowieścią do miejsca, w którym powstała i otworzyliśmy wystawę w punkcie kebaba, zamieniając na kilka tygodni Aden w miejsce artystyczne — oprócz wystawy odbyły się tam dodatkowo kameralne koncerty. Wiem, że tworzy Pan także fotografie abstrakcyjne, bez użycia aparatu. Jak powstają te zdjęcia? Od ponad 10 lat tworzę cykle fotografii bez użycia aparatu, wykorzystując budowane przeze mnie do każdej fotografii konstrukcje, które później najczęściej niszczę. Światło przepuszczone przez taką konstrukcję trafia bezpośrednio na materiał światłoczuły, czasem jest to negatyw lub matryca. Za każdym razem w fotografii abstrakcyjnej wychodzę od wizji, a za nią podążają poszukiwania i eksperymenty. W tym przypadku punktem wyjścia była chęć oddania tego, co pojawia się pod powiekami, kiedy jestem na granicy snu i jawy, kiedy zasypiam albo się budzę. Zacząłem szukać sposobu, który pozwoli mi utrwalić te miraże. W każdym kolejnym cyklu powstają coraz bardziej wysublimowane obrazy. Jest to z jednej strony studium światła, a z drugiej – swego rodzaju studium własnych stanów wewnętrznych. Co Pana inspiruje przy tworzeniu fotografii abstrakcyjnej? W cyklu, o którym wspomniałem, były to sny i obrazy tworzące się pod powiekami, ale inspirację znajduję w różnych aspektach życia, w swoim świecie
NIEŚWIADOMOŚĆ wewnętrznym, w relacjach z innymi ludźmi, różnego rodzaju wydarzeniach w przestrzeni społecznej. Poszukuję też inspiracji w innych dziedzinach sztuki na zasadzie zderzania, krzyżowania ich ze sobą, np. w malarstwie, sztuce współczesnej albo muzyce szukam inspiracji dla fotografii, a z kolei tworząc muzykę, inspiracji szukam np. w literaturze. Na koniec – jakich rad udzieliłby Krzysztof Bieliński młodym, początkującym fotografom? Żeby odważnie zaglądali w siebie, rozwijali swoją wrażliwość i szukali własnego języka fotograficznego. Ślicznie dziękuję za rozmowę i życzę samych pięknych ujęć. [RC] Przypisy do zdjęć: *Jolanta / Zamek Sinobrodego, reż. Mariusz Treliński, Teatr Wielki – Opera Narodowa (str. 38-39) *Sesja promocyjna Kotliny w reż. Agnieszki Olsten, Wrocławski Teatr Współczesny (str.40) *N, chor. Angelin Preljocaj, Ballet Preljocaj (str.42) *Miasto snu, reż. Krystian Lupa, TR Warszawa (str. 43) *Latający Holender, reż. Mariusz Treliński, Teatr Wielki – Opera Narodowa (str.46 góra) *Ifigenia w A..., reż. Włodzimierz Staniewski, OPT Gardzienice (str. 46 dół) *Metamorfozy, reż. Włodzimierz Staniewski, OPT Gardzienice (str. 48 góra) *Święto wiosny, chor. Pina Bausch, Schauspielhaus Wupptertal (str. 49 góra) *Złota skała, reż. Grzegorz Laszuk, Teatr Studio im. Stanisława I. Witkiewicza (str. 48 i 49 dół) *Z cyklu Deformacje (str. 50) *Z cyklu Under Eyelids 2009/10 (str. 51)
POST SCRIPTUM
51
СЕРГЕЙ ГЛОВЮК Siergiej Głoviuk
Siergiej Głoviuk — mieszkający w Moskwie poeta rosyjski, urodzony w 1958 roku w Dreźnie (w Niemczech). Autor kilkunastu tomów wierszy. Ukończył Instytut Literatury Maksym Gorki w Moskwie. Pracował jako redaktor i redaktor naczelny w wielu wydawnictwach. Jest członkiem Rosyjskiego Stowarzyszenia Pisarzy i honorowym członkiem Macedońskiego Stowarzyszenia Pisarzy. Tłumacz, organizator Festiwali Poezji Słowiańskiej w Twerze i w Moskwie, podczas których wręczane są nagrody twórcom zasłużonym dla literatury i kultury słowiańskiej. Autor i wydawca międzynarodowej serii poetyckiej Iz wieka w wiek (Z wieku w wiek). W 2011 roku wydał Antologię Poezji Polskiej, która zawiera utwory ponad osiemdziesięciu polskich poetów i poetek, począwszy od Tadeusza Różewicza, Wisławy Szymborskiej, Zbigniewa Herberta, aż po obiecujących poetów debiutujących w latach 90 ubiegłego wieku. Ich wiersze przełożyli najwybitniejsi poeci rosyjscy, w tym również Siergiej Głoviuk. Za prace translatorsko-wydawnicze otrzymał wiele nagród międzynarodowych, w tym, Nagrodę Macedońskiego Stowarzyszenia Tłumaczy (1997), a w 2011 roku, Nagrodę polskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
52
POST SCRIPTUM
*** To życie, które życiem nie jest, Oglądam na ekranie — w kinie. Ot, taki przechodzień-włóczęga, Co zagląda w puste okno. Jakby zza uchylonej zasłony Pokazało mu się coś, co znał A i u mnie, na przestronnym ekranie Coś tam widac, co — nie wiem! Wszystko wydawało się takie oczywiste I zrozumiałe, i całkiem jasne, Cóż on tam wciąż widział W tym nieprzezroczystym, niemytym oknie? Cichną puste bulwary Cichną potoki samochodów. Znikają mosty, chodniki Światło płynie z niebiańskich szczytów. A on dotyka lustra okien, Ciemność się przed nim rozstąpiła. Jednak nie jest całkiem sam na świecie, Nawet jeśli pustka w domu.
Powrót A niebo było: stal i ołów w jednym. Nas dwoje — ty i ja — wirujemy pod nim Obłoki dwa. Od stada się odbiły. Budzi się dzień. Latarnie noc zgubiły. Obłoki dwa zwyczajnie się spotkały — Skrzydlate tła pod nieba interwałem I skały ziemi, błękitniejące rzeki; My pod, my nad, godziny odliczamy. Pod nami świat przytulny, rozśpiewany. Ulice, domy, planeta kołująca, A ponad nią radość wczesnego słońca. Więc mamy czas, na powrót nie za późno. Choć coraz bardziej atmosfera rzednie I lucyfera wyją brednie. Rozpada się cząsteczek sfera. My sami, w świecie zagubieni, Bez słów bezsilne ptaki dwa, Nie ma aniołów, w raju dnia Bezużyteczne wszystko jest; Panie, nas nie ma w bezdni tej.
POEZJA Stara Moneta Brzęczy moneta na cienkim szkle I lampa płonie na stole w kącie, Orzeł dwugłowy do lotu się rwie Po jednej monety stronie. Znalazłem ją, Gdy zamyślony poszedłem do sadu Pokopać trochę. Z monety tej Powróżyć mi mi się zachciało. Orzeł ma jedną głowę na wschód Zastygłą w hipnotyczny szok. Druga na zachód patrzy łapczywie Już od stuleci dwóch. Tam, gdzie przy rdzawej bałtyckiej wodzie prospekty, mosty i kanałów rzędy, gdzie nogi koni z czuchońskich błot wyciągał kiedyś Klond. Moneta wirowała, kręciła się, jej dźwięk Przypominał zduszony jęk. Na jej miedzianej błyszczącej stronie Widniał młot z sierpem i ciemny ogień. Przez kłos się wiła jak gibka żmija Wstęga i pętlą go wciąż dławiła. A kłos olbrzymi pod sierp się zwalił, Lecz znowu odrósł. Korony spadły Z dwugłowych orłów. Raz wspak, raz na odwrót, Pieniądz migoce, to sierp, to młot, To znów korona i znowu sierp. Piątak miedziany, ja losu jego Panem, raz rewers, raz znowu awers. Raby, nie raby? Aż zaczepiwszy Krawędzią o pióro ostre, stalowe, moneta wpadła w szczelinę kantem
Tłumaczenie: Aleksander Nawrocki
POST SCRIPTUM
53
EWA MATYJA
Ewa Matyja jest kreatywną
duszą, która potrzebowała przeżyć wiele, by dojrzeć do pewnych decyzji i postawić wszystko na jedną kartę. Ma za sobą parę etapów, które ukształtowały ją, by mogła żyć, tak jak zawsze chciała. Ewa była osobą dążącą do sukcesu, częścią koła, z którego ciężko było uciec lub też się zatrzymać. Starała się, poświęcała, dawała więcej, niż miała przez lata, by poprzez uszczęśliwianie innych dojść do momentu, w którym sama będzie usatysfakcjonowana ze swojej pozycji. Na szczęście w drodze na szczyt uświadomiła sobie, po zebraniu wszystkich tych lepszych i gorszych doświadczeń, że czas postawić siebie na pierwszym planie, poczuć się dobrze ze sobą i zacząć żyć życiem, o jakim zawsze marzyła. Obecnie, podczas nowego etapu, trwającego już od ponad trzech lat, Ewa jest kobieta spełnioną, spokojną, marzącą, szczęśliwą. Jej wytrwałość dążenia do celu, pracowitość, motywacja, które towarzyszyły jej przez ostatnie 34 lata, teraz dopiero mają sens. Artystka kieruje całą swoją energię na to, co kocha – tworzy sztukę.
54
POST SCRIPTUM
Sztuka abstrakcyjna jest trudna do oceny.
Dla mnie dobra praca to ta, która wywoła u mnie
emocje.
Tego samego oczekuję od moich prac.
POST SCRIPTUM
55
MALARSTWO
jest moim zapalnikiem do wyjścia rano z łóżka Jak zdefiniować moje malarstwo?
Większość osób, które kiedykolwiek miały ze mną styczność, zapewne by powiedziały, że jestem niesamowicie otwartą osobą, która w natychmiastowy sposób potrafi nawiązać kontakt z każdym napotkanym człowiekiem. Sporo w tym racji. Natomiast jedynie garstka osób wie, że nie jestem zbyt wylewna, nie lubię mówić o sobie, czy o swoich uczuciach. Wolę słuchać. Malarstwo jest dla mnie formą wyrażania moich emocji. Wizualnie. Sztuka, którą tworzę, odbywa się w sposób intuicyjny, w zależności od zdarzeń, momentów, napotkanych osób, odwiedzonych miejsc, wpływu jakie te wszystkie elementy wywarły na mnie i moje emocje. Często widzę piękno w nieoczywistych formach, detalach, które odbiegają mocno od perfekcji, w elementach otaczającego nas świata, na które większość z nas nigdy
56
POST SCRIPTUM
nie zwróci uwagi. Ja natomiast staram się przedstawić te wszystkie niedoskonałości świata na płótnie, przyprawione emocjami, widziane moimi oczami. Zajmuję się malarstwem abstrakcyjnym – bo ten rodzaj sztuki pozwala mi na uzewnętrznienie się bez użycia słów. Cytując Edwarda Hopper’a „If I could say it in words there would be no reson to paint” Odbiorca natomiast ma prawo do własnej interpretacji, a jest ich przy każdym obrazie wiele. Dla mnie, jako twórcy, ważne jest, by odbiorca zatrzymał się na chwilę, przyjrzał się szczegółom, by każdego dnia mógł odkryć nowy element pracy, którego nie dostrzegł wcześniej. Osobistym sukcesem natomiast jest, gdy wzbudzę u odbiorcy emocje, gdy osoba ta będzie w stanie poczuć to, co ja czułam w momencie tworzenia.
Jak powstaje pomysł na obraz?
Pracuję zazwyczaj nad serią obrazów, a nie konkretną pracą. Seria zawiera na ogół 10-15 obrazów. Moment rozpoczęcia pracy nad nową serią jest zawsze szczególny. Są to momenty ciszy, czasem dni pełnego skupienia, przebywania sam na sam z czystym płótnem, jest to analiza ostatnich wydarzeń i ich wpływu na mój stan emocji. Myślę, że można to nazwać moją własną formą medytacji – zawsze w ciszy, zawsze w pojedynkę – aż do momentu, gdy poczuję ogromny przypływ energii i wtedy już rozpoczyna się gra z płótnem. Pracuję wówczas nad wieloma obrazami w tym samym czasie. Ilość energii wyrzucana jest ze mnie automatycznie, przelewam emocje, te dobre i te złe, używając różnych narzędzi, które pozwalają mi pozbyć się nadmiaru ekscytacji, energii. Przeskakuję z płótna na płótno, bo jest to dla mnie ciekawsze. Dla osoby tak niecierpliwej jak ja, nie byłoby opcji pracy nad jednym obrazem od początku do końca, znudziłabym się dziesięć razy przed jego skończeniem. Potrzebuję chaosu, potrzebuję chwil zadowolenia, gdy uda mi się osiągnąć, całkowicie przez przypadek ciekawe, piękne zestawienie tekstur, kolorów, odpowiedni gest pędzla – coś, co wywoła we mnie poczucie zadowolenia, następnie potrzebuję dni złości, gniewu, gdy najmniejsza ilość farby psuje wszystko to, co cieszyło dzień wcześniej. I błędy, i przypadkowe, zadowalające ruchy pędzla pozwalają mi się uczyć codziennie. Taki tryb: swobodny, nieprzemyślany trwa przez parę tygodni, aż obraz zaczyna nabierać kształtu, wtedy skupiam się na indywidualnych pracach. Reszta musi być odwrócona do ścian, by nie przemawiały do mnie. To jest moment jeden na jeden tylko z konkretnym obrazem. Niektóre prace przemawiają do mnie od razu – stawiam ostateczny mark i zaczynam
końcowe prace nad kolejnym obrazem. Są też i takie, do których robię wielokrotne podejścia. Przez ostatnie trzy lata zawsze pracowałam tylko nad jedną serią obrazów w tym samym czasie. Aktualnie – odkąd zamieszkałam na Bali – pracuję nad trzema seriami prac. Wynika to z ogromnej ilości niesamowicie kreatywnych osób, które tutaj mieszkają. Ich wpływ pozwala na szersze otwarcie oczu, wyjście poza dotychczasowe schematy oraz wyzwalanie swoich możliwości i przesunięcie linii limitów o szczebel wyżej. Sztuka abstrakcyjna jest trudna do oceny. Dla mnie dobra praca to ta, która wywoła u mnie emocje. Tego samego oczekuję od moich prac.
Jak oddać emocje, duszę, wrażliwość?
Będąc szczerym ze sobą. Nie oczekując. Tworząc, tak jakby to miał być ostatni obraz w twoim życiu. Będąc wdzięcznym za to, że robię, to co kocham. Nie analizując kolejnych kroków. Czując. Czując kolejne muśnięcia farby. Nie bojąc się kolejnych ruchów. Popełniając błędy. Wierząc w siebie.
Rynek sztuki w Polsce?
Nie jestem w stanie ocenić rynku sztuki w Polsce z prostego powodu: w momencie, gdy postanowiłam całkowicie oddać się malarstwu, zatrzymałam się na parę miesięcy w Polsce – moja sztuka była jednak wtedy jeszcze bardzo mocno raczkująca. To, co tworzyłam, było na zupełnie innym etapie. Pierwszy rok był dla mnie procesem nauki, eksperymentów, dociekania wiedzy. Nie mieszkam w Polsce od 15 lat. Wyjechałam jeszcze jako nastolatka. Natomiast w momencie, gdy postanowiłam całkowicie oddać się malarstwu moje założenie było jasne
POST SCRIPTUM
57
Posługuję się ograniczoną paletą kolorów.
bieli i czerni
Nigdy nie zrezygnuję z (oraz ich odcieni) – są one moją największą miłością 58
POST SCRIPTUM
– chcę, by moje prace były dostępne na całym świecie. Do tej pory dotarłam do pięciu kontynentów, a 90% moich kolekcjonerów znajduje się w USA.
Gdybym mogła zmienić jedną rzecz w swoim życiu, co to by było? Nigdy nie przerwałabym mojej przygody z malarstwem.
Co mnie denerwuje?
Niegdyś denerwowało mnie mnóstwo rzeczy, byłam choleryczką. Teraz już wiem, że wynikało to z braku samozadowolenia, z trybu życia, jakie prowadziłam – ciągłe poirytowanie wiedząc, że mogę więcej, inaczej. Teraz jestem spokojna, bo żyję tak, jak zawsze tego chciałam – w tropikach, przy plaży, otoczona piękną naturą, cudownymi ludźmi, mająca dostęp do mojego studia o każdej porze dnia i nocy. Rzadkie momenty zdenerwowania zdarzają się jedynie, gdy nie mam nad czymś kontroli, stresuję się zawsze, gdy obraz jest w drodze do nowego kolekcjonera i czekam na jego reakcje po zobaczeniu go na żywo. Często jednak złość i negatywne emocje pomagają mi w tworzeniu lepszej, bardziej wartościowej sztuki.
Co jest powodem, dla którego chce wyjść z łóżka każdego dnia? Dosłownie odpowiadając – zapierające dech w piersiach wschody słońca oglądane z plaży każdego dnia. Piękno, do którego nigdy wcześniej nie miałam dostępu w takiej formie. Są to momenty, których nigdy nie zapomnę. No i malarstwo jest moim zapalnikiem do wyjścia rano z łóżka – to ono dało mi możliwość podróżowania po świecie, doświadczania życia w taki sposób, o jakim niegdyś tylko marzyłam. To sztuka pozwala mi na poznawanie niesamowitych osobowości, artystów,
którzy inspirują, wspierają, od których się uczę. To dzięki malarstwu mieszkam obecnie na Bali – w miejscu, które było dla mnie niegdyś totalnie nieosiągalne. Świadomość, że moje prace zdobią ściany domów w ponad 100 krajach na świecie, daje mi dodatkową porcję motywacji do tworzenia.
Jak ważny jest kolor w mojej twórczości?
Posługuję się ograniczoną paletą kolorów. Nigdy nie zrezygnuje z bieli i czerni (oraz ich odcieni) – są one moją największą miłością, od jakiegoś czasu w połączeniu z naturalnym kolorem surowego płótna bawełnianego. Zdarzają się obrazy, gdzie pojawia się dodatkowy element koloru w moich pracach – ale jest to bardzo nieprzewidziane i odbywa się naturalnie pod wpływem aktualnych wydarzeń i emocji.
Ewa prywatnie?
Ewa jest kobietą znającą swoją wartość, korzystającą z uroków życia. Kochającą córką, jedną z pięciu pięknych sióstr, ukochaną ciocią dla swoich trzech cudownych siostrzeńców.
Jak gruby trzeba mieć portfel, żeby stać się posiadaczem mojego obrazu?
Ceny moich prac zależą od serii, wielkości, techniki – zaczynając już od paruset złotych, aż do parunastu tysięcy złotych.
Czego może mi Pan życzyć?
Zdrowia oraz nieskończonej kreatywności. [JP]
POST SCRIPTUM
59
Piosenka
o zwątpieniu „Babko, czy to ma sens, czy to ma sens jeszcze?
Czy opłaca się jeszcze cokolwiek robić? Babka myśli, że koniec jest bliski? Ile to wszystko jeszcze potrwa? Babko, niech babka powie, ile jeszcze do końca?”
Salcia Hałas
POTOP
Zwlekałem z napisaniem recenzji Potopu Salci Hałas, a to przynajmniej z kilku ważnych względów. Otóż to wprost niebywałe, co dzieje się z odbiorem tej książki od czasu premiery na początku zeszłego roku. Czekałem z niecierpliwością, aż będę mógł w spokoju zapoznać się z tekstem. Miały już miejsce ogromne pożary w Australii, czy trwająca obecnie pandemia koronawirusa. Z ostatnich wiadomości, chociażby groźne osuwiska w Norwegii – kataklizmów i katastrof zdaje się przybywać, o tym między innymi jest Potop. Nad tym poematem prozą wisi gdzieś wysoko karta Sprawiedliwości z tarotowych wielkich arkanów. Pierwsze skojarzenie: odebrałem tekst jako alert klimatyczny, ostrzeżenie, jednak drugie czytanie pokazuje coś więcej, rozległy wachlarz tematów, które Salcia Hałas umiejętnie ze sobą splata, czyniąc z Potopu, babiej piosenki, swoistą mozaikę, utkaną z ludzkiego gadania, domysłów, swego rodzaju ludowych mądrości, tłumaczenia świata na możliwy do zrozumienia sposób.
60
POST SCRIPTUM
Wspomniałem o sprawiedliwości – w utworze jest mowa o tzw. prawie trójpowrotu, babka Szwajcerowa mówi: co zasiejesz, po trzykroć zbierzesz, to znaczy, w wielkim skrócie: bądź przygotowany na konsekwencje swoich działań, każde poczynanie ma dalsze rezultaty i od nas zależy, czy będzie z tego jakaś korzyść. W tym ujęciu to też karma, ludzkie zaniechania i złośliwości wracają jak bumerang. Widzę w tym podejściu nieokreślone być może do końca pragnienie o porządku społecznym, o świecie, gdzie wszyscy są wobec siebie równi, nie ma podziału na lepszych i gorszych. Niestety „Twój ból jest lepszy niż mój”; są ludzie, którzy chcą zagarniać dla siebie więcej i więcej, bez poszanowania dla innych. W Pieczeni dla Amfy Salcia Hałas zabrała nas do gdańskiego falowca, najdłuższego bloku mieszkalnego w tej części Europy. To powieść, za którą otrzymała w 2017 roku Literacką Nagrodę Gdynia oraz uzyskała nominację do Nagrody im. Witolda Gombrowicza. W Potopie nadal jesteśmy w Trójmieście, odwiedzamy tym razem
gdyńską dzielnicę Pekin, dla mniej zorientowanych w terenie, to wzgórze Orlicz-Dreszera. Historia dzielnicy sięga czasów przedwojennych, kiedy to, jak grzyby po deszczu, powstały tam pierwsze, często prowizoryczne budynki mieszkalne. Dlaczego zaglądamy do Pekinu? – ano dlatego, że szykuje się koniec świata i są trzy kobiety, które to wiedzą. Natomiast nie jest to wiedza oczywista, raczej snucie domysłów, pewnego rodzaju skojarzeń, czasem też gry słów. Okazuje się, że nie ma jednej prawdy, nie ma też jednego skutecznego wyjaśnienia, to się bardziej czuje, jak mówi babka Szwajcerowa: przyszłość to nitki na wietrze, nie wiadomo, w jaki wzór ostatecznie się ułożą. Oprócz babki Szwajcerowej (Lońki), jest jeszcze Halina Piguł (przedstawia całą historię) oraz Zośka Nadzieja z domu Konkel (ma eksmisję, depresję oraz czarną otchłań w ogródku). Te trzy kobiety są, prawie że odwzorowaniem trzech wiedźm z Makbeta, one obwieszczają w jakiś sposób koniec świata. Co jednak jest w historii z Potopu nowatorskiego? – najpewniej pogląd, że nie ma jednego końca, nie ma jednej katastrofy, czeka ludzkość
raczej ciąg katastrof mniejszych. A po czym to poznać? Salcia Hałas od samego początku trzyma czytelnika w poczuciu czegoś nieodgadnionego, tajemnicy, której nie da się rozwikłać. Najłatwiej zaobserwować zmiany w przyrodzie, Hałas zna dobrze ten temat, zajmuje się ogrodnictwem od wielu lat. Mamy zatem opisy pleśni, gnicia, rozkładu, wszystko, co wróży niejako przyszły potop, przyroda pokazuje człowiekowi stan zagrożenia. Jest nadzieja, (nomen omen to drugie imię Zośki), że człowiek zawróci z tej niechybnej, zmierzającej ku upadkowi drogi. W tekście utworu przynajmniej kilkakrotnie pojawia się słowo nadzieja, chociaż ogólne odczytanie Potopu nadziei nie daje. Koniec świata nastanie i nie będziemy mogli nic zrobić. Warto też na tę okoliczność sporządzić małe rozróżnienie: Hałas w zasadzie pisze o dwóch końcach świata: jednym, najbardziej widocznym na gdyńskim Pekinie, w ogródku Zośki, (jest to zapadlisko, otchłań, czarna dziura, w dodatku przedstawiciel właściciela przeciął rury i przez ogródek płynie strumień). Przez te między innymi wydarzenia Zośka ma depresję. Jest jeszcze drugi koniec świata, na użytek tej recenzji nazwę go „wielkim”, który niekoniecznie jest związany z jakimś kataklizmem. Powiedziałbym, że to takie ludzkie obserwacje, potoczna mowa, porzekadła, ale chyba przede wszystkim zwiastun degrengolady ludzkości, poczucie beznadziei, z którym do końca lektury nie sposób się rozstać. Koniec świata to ludzie goniący za złotym cielcem. Hałas opisuje koszmar dzikiej reprywatyzacji, gdzie różnymi niecnymi sposobami pozbywano się lokatorów, często pod pozorem troski o mieszkańców, a w zasadzie tylko po to, żeby nie musieć się z tego nikomu tłumaczyć. Pojawia się w Potopie nieco zmodyfikowany cytat ze Św. Ignacego Loyoli, dotyczący czyściciela, który nawet jak rujnował, to mówił, że zabezpiecza. Odczytanie jest, powiem szczerze, nawet bardziej uniwersalne, bowiem, ile razy zastanawiamy się nad tym, czy dla własnej iluzorycznej strefy komfortu, nie traktujemy ludzi jak pionków na planszy, i tak
naprawdę nie leży nam na sercu czyjeś zdanie? Takim sposobem myślenia przyczyniamy się do rujnowania relacji z innymi ludźmi, w rezultacie pogłębia się ogólna znieczulica, niechlubne działania często przykrywa się atłasowym kłamstwem. Koniec świata niejedno ma imię, obok zapadlisk, dziur w ziemi, które są widomym znakiem końca, są też stany psychiczne, lęk, zakłopotanie. Swoją drogą, można uznać Potop za tekst profetyczny, ukazujący migawki z przyszłości, w zanadrzu próbujący ostrzec przed zgubnym działaniem człowieka. Nie piszę o tym bez przyczyny, bowiem o końcu świata mówi też Jagna Grochowiakowa, babka Zośki. Z tego względu Zośka ma widoczny uraz oraz depresję, nie tylko z powodu końca świata, ale zasadniczo z zachowania babki, która sprawia Zośce wiele przykrości. W Potopie dzięki temu został podjęty temat, który nie wszędzie jest chyba obecny, a dotyczy wielu trudności, jakie może sprawiać opieka nad osobami starszymi. Babka jest wobec Zośki nieznośna, pogłębia w niej poczucie bezradności. To dzięki babce Zośka gubi się w swojej bezsilności. Jawi się przed oczami smutny fakt, że oto bliscy często fundują złośliwości i przykre niespodzianki. Zośka ma depresję i jest przy tym, nie ukrywajmy, śmieszna, chociaż sama choroba już śmieszna nie jest. Salcia Hałas obnaża bolesną prawdę o tym, że depresja często jest bagatelizowana, nie traktowana poważnie, nawet przez osoby, które miałyby nieść pomoc w tej sytuacji. Blisko tu do innego utworu, mianowicie Psów ras drobnych Olgi Hund. We współczesnej literaturze coraz więcej jest odwołań do świata, który stanął na głowie. U Olgi Hund metaforą skołatanego ludzkiego padołu jest szpital psychiatryczny: jest tam beznadzieja, a jednocześnie niezaprzeczalna rzeczowość. To samo widać w Potopie. Zośka czyta ulotkę probiotyku, informacja o częstej zmianie partnerów, mogąca przyczynić się do infekcji, wywołuje u Zośki płacz. Jest z tym sama, żali się, że nie ma się nawet do kogo przytulić. Zarówno
z Psów... jak i z Potopu, nasuwa się refleksja, iż zasady panujące w świecie są często oparte na egoistycznych pobudkach,interesowności, znieczulicy. Narratorka Psów ras drobnych stwierdza, że osoby cierpiące na różne niedostatki psychiczne, nie mają szans na życiową stabilizację. Związki się rozpadają, dlatego, że relacja z osobą chorą psychicznie niesie za sobą ryzyko oraz nadmierną odpowiedzialność – to oczywisty wyraz wyrachowania i stawiania własnych interesów na pierwszym miejscu, dodajmy, że na prawdziwe uczucie nie ma tu miejsca. W Psach... brak zdziwienia. Narratorka po prostu stwierdza fakt – kto chciałby wiązać się osobą z takim bagażem? Praktyczne czasy, wszystko traktuje się niczym transakcję, kapitał, który należy pomnożyć, nie narażając się przy tym na możliwy szwank. Zwątpienie i smutek towarzyszy też Zośce. Tu także nie ma zdziwienia – kto chciałby wiązać się z kimś z depresją, eksmisją i czarną otchłanią w ogródku? Depresja, oznaka zobojętnienia, to w Potopie coś znacznie bardziej dotkliwego niż choroba, dotyka całej rzeszy ludzi na świecie. Ludzie się spieszą, potracili poczucie ważności, minimalne poczucie sensu, być może w ogóle tego sensu nikt nie szuka, zamiast tego mamy konsumpcyjny pęd, pogoń za złotym cielcem, fruwający i pływający wszędzie plastik. Ludzie chcą więcej, są pazerni, ale kiedyś Matka Ziemia wierzgnie nogami i nie będzie już dla nikogo ratunku. Zresztą ocalenia nikt się nie spodziewa, mowa jest, co najwyżej, o ocaleniu Zośki, która między innymi za przyczyną trudnych doświadczeń wpadła w depresję. Czy jest na to jakaś recepta? Czy da się spowolnić nieodwracalne zmiany w przyrodzie? Na to chyba w utworze nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi, być może dlatego, że kataklizmy już mają miejsce. W obecnym czasie, to tylko minimalizowanie zniszczeń, szukanie ratunku przed potopem, który, tak czy siak nastąpi.
POST SCRIPTUM
61
Salcia Hałas proponuje, i to jest fascynujące, aby zwrócić się ku małym rzeczom, zacząć doświadczać, w miejsce ciągłego pośpiechu. Realizm społeczny, poszukiwanie społecznej sprawiedliwości, rzeczowość, ale też czerpanie z reportażu, mamy przecież w Potopie wątki interwencyjne, kwestia dzikiej reprywatyzacji, piekło, jakie mogą wyrządzić starsze osoby (Jagna Grochowiakowa, babka Zośki), czy bardzo w ostatnim czasie istotny problem depresji. I na próżno szukać trąb jerychońskich, piekielnych ogni, scen rodem z filmów s-f, tego raczej nie doświadczymy. Wątki, małe sprawy utkane w przedziwnym wzorze, pełne domysłów i przypuszczeń, gdzieś zasłyszane, oddające również polot potocznej mowy, niezwykłe. Nie w każdym tekście literackim mogę to zaobserwować. Pojawia się skądinąd pytanie o sens narracji wykorzystanej w Potopie, tej niewolnej od sprzeczności, pełnej niedomówień i pytań o sens świata. Reakcje niektórych czytelników były, co nie powiedzieć, zaskakujące. W moim odczuciu to spontaniczność i skondensowanie tekstu wśród tzw. mikrozdarzeń. Jednym się to podoba, drugim być może trochę mniej. Warto też zwrócić uwagę na pozycję narratora, który nie jest wszechwiedzący, nie razi omnipotencją, raczej tłumaczy się ze swojej niewiedzy, snuje domysły. To istotne novum, chcę takiej narracji posłuchać, przede wszystkim jest to głos bliższy prawdzie, przecież nikt nie może obiecać, że przekaże tę jedyną i słuszną wersję wydarzeń, nie ma takiej możliwości. Być może dlatego,
w ostatnim czasie obserwujemy odwrót od literatury gatunkowej, gdzie każda postać i relacja, ułożone są jak w ciasnym pudełku. Potop przynosi niewiedzę, uwolnienie od dogmatu. Jest też tekstem terapeutycznym, gdzieś w zanadrzu poemat przewlekły o końcu świata to rzecz o śmierci, od której często uciekamy, popadamy w zwątpienie, życie przestaje mieć sens. Salcia Hałas utwierdza czytelnika w przekonaniu, że nawet mały, pojedynczy gest ma znaczenie. Potop to manifest, tekst zaangażowany. Ma potrząsnąć i porazić („Każdy litr mleka, każda szklanka wody zapakowane w plastik”). Zośka to reprezentantka pokolenia umów śmieciowych, nikt nie da jej chorobowego, zostanie zwolniona, jeśli będzie niezdatna do pracy. Prekariat to ludzie, którzy w swoim życiu doświadczają stale ruchomych piasków, niestałości, a jednocześnie szukają odrobiny dobra i piękna. Świat w Potopie jest niewyretuszowany, (widać wszystkie niedoskonałości), nieuleczalnie chory, ulega rozkładowi. Pomimo tego, Zośka szuka nadziei, dokarmia bezdomne koty. Zwierzęta w tekście Salci Hałas są niezwykle ważne. Zarówno te bezwiednie ginące na szosie, czy zakleszczone w oknie, jak i te towarzyszące człowiekowi w codzienności, jak Fuka Lońki Szwajcerowej. I gdzieś obok, stale sącząca się narracja o końcu świata, tak znajoma, (wystarczy przysłuchać się rozmowom starszych ludzi), wieść o końcu świata, dotychczas mało eksponowana, znalazła swoje ujście w Potopie. Utknęliśmy na mieliźnie, to fakt, słychać tylko jak grzechoczą granulki czasu.
„Malinówki to były! Złoto, nie malinówki. Bordowe, chrupkie, żyłkami cukru.
poprzecinane
Zagłuszył je orzech, zabrał czas. Któregoś roku przestały dojrzewać. Z roku na rok robiły się coraz mniejsze i coraz bardziej zielone. Kiedy orzech zasłonił słońce, jabłoń zakwitła jesienią, a wiosną całkiem uschła. Pod jabłonią, co uschła, w beciku śpi Anieli synek mały. Z kępy żarnowców wybiega Łata. Mały, łaciaty piesek, który dawno umarł, ale teraz z powrotem jest szczeniakiem. Stasik siada obok i zaczyna jeść zupę. Grzechoczą granulki czasu”.
Potop Salci Hałas znalazł się w dwudziestce tytułów nominowanych do tegorocznej Literackiej Nagrody Nike. Tekst utworu został zaadaptowany przez przezIgnaczak Ewę Ignaczak oraz Ewę oraz zaprezentowany zaprezentowany na deskach na deskach Teatru Gdynia Główna. Teatru Gdynia Główna. Na podstawie Potopu powstało Na podstawie Potopu–powstało również słuchowisko audycji również słuchowisko – audycji mogliśmy wysłuchać na mogliśmy wysłuchać na antenie antenie Polskiego Polskiego Radia Radia Gdańsk. Gdańsk. Salcia Hałas, Potop. Poemat przewlekły o końcu świata. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019. [RK]
Koniec świata
niejedno ma imię 62
POST SCRIPTUM
Renata Cygan
POST SCRIPTUM
63
DARIA
GALANT Pisałam od dziecka,
gdy nie umiałam pisać, to nagrywałam swoje opowiadania na magnetofon. Jako nastolatka malowałam okładki do swoich książek, wydawałam je sama i założyłam własną bibliotekę. Wypożyczałam swoje powieści, które miałam w jednym egzemplarzu, bo ksero w tamtych czasach, to był duży wydatek. Stworzyłam jakieś swoje karty biblioteczne, wypożyczałam powieści i czytali je moi znajomi z liceum, potem z technikum. Te powieści pisałam ręcznie i mam je w swoim archiwum do dziś.
Pisarka, która zaklina konie i życie Drobna blondynka o pięknym uśmiechu wychodzi na ganek. W oddali stary maneż poprzecinany promieniami słońca. Ze stajni odzywają się konie. Majestatyczna fryzyjka, Tamara von Reister, to ukochana klacz Darii. Mówią wspólnym językiem. Tutaj jest dom pisarki. Ten najpiękniejszy, dojrzały, pełen słów, obrazów i dźwięków. Magiczne miejsce na obrzeżu Puszczy Białej – Dwór Olchowe Łąki. Pieczę nad nim objęło stuletnie bocianie gniazdo. Widzę Darię szczęśliwą i spełnioną. Jej życie podzielone jest na etapy, w których wiele się działo – prowadziły do miejsca, w którym dziś pracuje nad kolejną książką, Dzieciństwo w jej życiu odgrywa najważniejszą rolę, bo tu narodziła się Daria Galant jako pisarka. Od dzieciństwa była związana z przyrodą i naturą, choć pochodziła z miasta. Ten głęboki związek i rozumienie psychiki człowieka uwikłanego w różne aspekty życia,
64
POST SCRIPTUM
stały się głównymi wątkami w pisarstwie i twórczości filmowej autorki. Wrocławianka z urodzenia, dzieciństwo spędziła w Zielonej Górze, gdzie jej rodzice pracowali jako wykładowcy na tamtejszych uczelniach. Następnie, ze względu na życie osobiste rodziców, przeprowadziła się do Świdnicy na Przedgórzu Sudeckim i tam dokończyła edukację szkolną i zdała maturę. Debiutowała w wieku 16 lat wierszami opublikowanymi w gazecie Wiadomości Świdnickie. Tam też zaczęła pisać reportaże i felietony, zarabiając na swoją pierwszą wierszówkę. Następnie, będąc na studiach filologicznych we Wrocławiu, pisała jako publicystka w czasopismach środowiska studenckiego, a potem już w Warszawie, zawodowo w prasie ogólnopolskiej (m. innymi w Kurierze Polskim, Magazynie Rzeczpospolita, Cogito).
„zaklinaczka koni”,
To, że mówią o niej nie jest gołosłowne. Kto widział to zjawisko i zna konie Darii wie, czym jest ten niezwykły kontakt.
„Daria Galant, to pisarka doświadczona – mówi Agnieszka Kuniczuk-Trzcinowicz, badaczka literatury – Nie porzuca swoich pozaliterackich doświadczeń, siadając przed pustą kartką papieru.” „Nie wolno zapominać, że Daria to też poetka i język symboliki poetyckiej unaocznia się w znakomitym stylu w jej twórczości, czyniąc ją ważnym elementem europejskiego dziedzictwa”– pisał profesor Tadeusz Żabski – literaturoznawca z Uniwersytetu Wrocławskiego Wydziału Filologii Polskiej i promotor pracy magisterskiej Darii, o powieści Południca. „Dziennikarstwem zajęłam się, ponieważ było dla mnie drogą do opanowania słowa i szlifowania warsztatu pisarskiego. Reżim publicystyczny, obowiązująca ilość wersów i słów, prawne aspekty dziennikarstwa i malowniczość reporterskiego życia dały mi mocną szkołę dla mojej sztuki – mówi pisarka po latach.
Była dziennikarką z niezwykłymi osiągnięciami publicystycznymi w czasach, gdy tylko istniały media tradycyjne, przed erą cyfryzacji. Jej teksty i artykuły pojawiały się systematycznie w przeglądach prasy, Rzecznik Praw Obywatelskich wielokrotnie wysyłał do redakcji podziękowania dla autorki za opisanie spraw, w których łamano prawa człowieka. Potem nadeszła era reportaży TV i filmów dokumentalnych, które musiały swoją przestrzeń podzielić z pisaniem. Pod redakcją w Warszawie, gdzie pracowała Daria, często gromadzili się Czytelnicy, by rozmawiać o artykułach, redakcyjne faksy wypluwały z siebie stosy listów, a filmy dokumentalne Darii osiągały bardzo wysokie noty oglądalności. I nagle ta rozpędzona machina kariery dziennikarskiej została przerwana. Przez samą pisarkę. Postanowiła ona bowiem wyprowadzić się z Warszawy i zamieszkać z dala od miasta, by w spokoju pisać powieści, poezje, eseje. Wtedy wydaje tomik wierszy Lilith. Lilith w żydowskich midraszach, pojawia się jako pierwsza żona Adama.
POST SCRIPTUM
65
Postać, która podała mu nieszczęsne, symboliczne jabłko (Ewa była drugą żoną). Lilith występuje też w mitach sumeryjskich (4.5 – 2.3 tys. lat p.n.e.) jako bogini zemsty. Wiersze są dojrzałe, mają charakterystyczny dla pisarki gotycki, trochę mroczny klimat. Jednak później autorka będzie głównie zajmować się prozą. „Przeszłam do drugiego etapu”– mówi. Dr hab. Agnieszka Kuniczuk-Trzecinowicz – literaturoznawca, specjalistka od dzieł Sienkiewicza i badaczka literatury Darii Galant stwierdza, że Daria to pisarka niezwykła. „Prawdziwa, autentyczna, której czytelnik może ufać. I odważna” - mówi. Z Warszawy przeprowadza się do malutkiej wioski Ojcowizna koło Wyszkowa, tuż po urodzeniu córeczki Rozalki. Robi to w czasach, gdy wszyscy z takich miejsc uciekają do miast. Nie są modne jeszcze trendy jak „country living” czy hipsterskie fantazje. W tym niezwykle twórczym czasie na świat przyjdą jeszcze dwie córki: Weronika, a potem Lilia. „Przeszłam na migrację wewnętrzną, by poznać inny świat, poukładać doświadczenie, wiedzę”– mówi autorka. Daria zakłada swoją pierwszą Pracownię Literacką. I pojawiają się też w jej życiu konie, a przede wszystkim Dukat – jej pierwszy wierzchowiec, który jest z nią do dziś. Mieszka w zabytkowej kurpiowskiej chacie i z dala od stolicy robi filmy, ale przede wszystkim skupia się na pisaniu twórczym. W tym czasie Pracownia rozrasta się, a przy niej stajnia, dlatego Daria decyduje się na przeniesienie domu z pracownią do miejscowości Długosiodło w Puszczy Białej (Kurpie Białe). Pracownia wraz z domem to wspomniany na początku, malowniczo położony dwór. Wśród imponujących łąk, otoczony naturalistycznym ogrodem, który pisarka tworzy od lat, jest miejscem sztuki, kultury, poezji. Tu powstaje koncepcja artystyczno -filozoficzna: Teoria Białej Emocji, którą Daria przedstawia na międzynarodowej konferencji naukowej w 2017 roku, na Uniwersytecie Zielonogórskim, w mieście swojego dzieciństwa. Zakłada ona rozwój człowieka i społeczeństwa współczującego i współodczuwającego, a pomóc temu ma kontakt z naturą i sztuką, która z duchowości natury wypływa. Zaklinanie koni kojarzy się z doskonałym, wzruszającym filmem, w którym główne role zagrali Robert Redford i Scarlett Johansson. „Redford był w tym bardziej wiarygodny, jako że w życiu prywatnym również zaklina konie” – wyjaśnia Daria. To unikalna umiejętność. Pisarka wie o czym mówi, ma niezwykłe zdolności pracy z końmi. Konie ją szanują, słuchają. Współodczuwają i wsłuchują się w nią. Tak powstaje metoda Holy Equus – zaklinanie koni i życia, która uczy, jak porozumiewać się z końmi w ich języku, a poprzez to uczyć się łagodności i odwagi. Metoda ta, jak
66
POST SCRIPTUM
i Teoria Białej Emocji ma wielu zwolenników, nie tylko w Polsce. Zaczynają się interesować nią naukowcy i badacze nauk pedagogicznych, publikując prace naukowe. Pisarka uczestniczy w konferencjach naukowych, ma na swoim koncie publikacje w czasopismach branżowych, wygłasza wykłady na temat swojej koncepcji w sztuce i życiu. Metoda Holy Equus wykorzystywana zostaje przez psychologów i psychoterapeutów w leczeniu pacjentów. Kontakt człowieka z końmi, jaki zaproponowała Daria, jest odkrywczy dla przyspieszenia efektów wielu terapii. Pisarka ma naśladowców, ale nie ulega wątpliwości, że jest pierwszą, która dostrzegła i wdrożyła kontakt „człowieknatura” do działań psychoterapeutycznych. To, że mówią o niej „zaklinaczka koni”, nie jest gołosłowne. Kto widział to zjawisko i zna konie Darii wie, czym jest ten niezwykły kontakt. Jej zwierzęta są ciepłe dla ludzi, sympatyczne i niezwykle inteligentne. Reagują na gest i dotyk. Dla wielu jeźdźców, trenerów i znawców psychiki koni – to najważniejsi nauczyciele w życiu. Ukochane konie odgrywają jeszcze inną rolę. Wraz z aktorami występują w Nadburzańskim
również miejsce na książkę-scenariusz sztuki teatralnej Departament straconego czasu. Wreszcie autorka wydaje tom wierszy Syrena słowiańska, który powstawał przez dwadzieścia lat (od momentu przeprowadzki z Warszawy na wieś w latach ’90-tych). Ten tom poezji ma niezwykłą okładkę, wizerunek kobiety w czarnej sukni, idącej ku przyszłości w kolorach turkusu. Taki kobiecy wizerunek staje się rozpoznawalnym symbolem w jej twórczości. W sztuce wizualnej pojawiają się kobiety jako postaci fantastyczne, idące przez świat odważnie, w pięknych sukniach, w ciekawych gestach. Jednak zawsze tyłem lub profilem. To autoportret samej Darii. Odważnej, prawdziwej, której los nie szczędził w życiu doświadczeń a mimo to pozostała sobą: ciekawą świata istotą, idącą za głosem swojego serca.
Ukochane konie odgrywają jeszcze inną rolę. Wraz z aktorami występują w Nadburzańskim Eksperymentalnym
Teatrze Konnym
Eksperymentalnym Teatrze Konnym stworzonym przez Darię. Sceny odgrywają się wśród malowniczych pól i łąk, w zjednoczeniu z naturą. Rumaki z jeźdźcami fruną, a wyobraźnia widzów frunie wraz z nimi. Ale w życiu samej Darii nadal istotna jest sztuka i literatura. Od 2010 roku tworzy wyłącznie filmy autorskie: artystyczne, niezależne. Maluje obrazy, które przedstawiają fantastyczne zwierzęta i kwiaty z ogrodów wyobraźni – jak o nich mówi. Pisze powieści, opowiadania. Jej pracownia jest pełna słów. Powieści Darii są magiczne, gotyckie. Na kanwie często sensacyjnego wątku, przewijają się postaci ze świata realnego i istoty nierealne, zaczerpnięte z wierzeń tak bliskich pisarce Kurpiów Białych – utopce, południce, zmory. W Olchowych Łąkach Daria gości wiernych czytelników, organizuje spotkania autorskie, odwiedza biblioteki rozrzucone po całej Polsce, jest zapraszana również na spotkania z czytelnikami zagranicznymi. Południca, Siostry Opposto, Dwór wiatrów, to ulubione tytuły. Daria podkreśla, że nigdy nie poszłaby drogą komercji. Odmówiła pisania powieści na zamówienie, konsekwentnie odmawia też napisania scenariusza serialu kryminalnego, „takiego, który by się dobrze sprzedał”. W jej drodze twórczej pojawia się
„Jest niezwykłą kobietą, a życie z nią, to wielka przygoda i najważniejsze dla mnie doświadczenie, choć wydaje mi się, że nie zawsze ją rozumiem i nie zawsze potrafię wejść w jej świat”- mówi Przemysław Gajewski, mąż pisarki. Oddany jej mężczyzna, który towarzyszy autorce od wielu lat. „Widziałem przez ten wspólny czas, jak radzi sobie w życiu i sztuce, otoczona problemami lub mało przychylnymi ludźmi, którzy próbowali wpłynąć negatywnie na jej życie, powodowani zazdrością, grubiaństwem, prostactwem. Ale jednocześnie widziałem, jak jest silna i jak jest kochana przez swoich odbiorców i otoczenie za to, jaka jest i jak tworzy. Podziwiam w niej tę szczerość, optymizm, siłę życia i niebywałą odwagę do bycia sobą w skomplikowanym świecie”. Agnieszka Kuniczuk-Trzcinowicz dodaje: „Za to kochają ją czytelnicy. Jest pisarką, którą uważam za jedną z najciekawszych pisarzy w dziejach literatury, nie tylko współczesnej. Nie tylko ze względu na twórczość i jej przekaz, ale i na styl życia, jaki prowadzi.” Czas pandemii pokazał jeszcze silniejszy związek Darii z naturą. Teoria Białej Emocji i Eksperymentalny Teatr Konny znalazły swoje miejsce online. Powstał niezwykły film W jasnym niebie przebywam – esej ukazujący siłę i postawę życiową płynącą z filozofii folkloru, pasji, młodości i kontaktu z przyrodą. https://www.youtube.com/watch?v=ug1RoftcJMQ&feature=share
Bohaterowie obrazu opowiadają o sytuacjach, z jakimi w życiu musieli się zmagać, o słowach z przeszłości, które wzbudziły w nich wolę przetrwania i szukania drogi do kolejnego dnia, do marzeń. Niecodzienny kontakt młodych ludzi, którzy biorą udział w działaniach Teatru Doświadczalnego, z końmi, to alter ego, portret i życie Darii. I taka w moim postrzeganiu jest Daria. Poetycka, emocjonalna, równocześnie odważna, dojrzała artystka. Prawdziwa. [KBS]
POST SCRIPTUM
67
WIELCY I PIĘKNI, CZYLI WSZYSCY JESTEŚMY BULDOŻERAMI Od kiedy to drzewo zniknęło z naszego ogrodu, nie mogę przestać płakać. Drzewo nie było ani stare, ani chore, było wielkie i piękne, trochę może wścibskie. Wpychało się do rur, zatykało przepływ, ponieważ jakiś cymbał, gdy zakładał kanalizację, nie zabezpieczył rur na łączach. Drzewo nas nie oceniało, wpuszczało korzenie do tego, co my wypuszczamy, i nie zawsze było to moje ulubione miodowe mydełko Fa. Wielkie i piękne, ufne i spragnione, niemal zadomowione, wypełniło każdą rurę. W trakcie kąpieli wyobrażałam sobie, że korzenie wychodzą z odpływu, oplatają nasze ciała i wysysają z nas soki. Tak powinno się zdarzyć.
O ile piękniej byłoby dla świata, gdyby drzewo nas zeżarło, zanim my zamówiliśmy, wielką i piękną koparkę. Tak, są tacy ludzie, którzy uważają, że wielkie koparki są piękne. Słyszeliśmy tych ludzi, stali przy płocie i mówili do dziecka: „jaka wielka i piękna koparka” Zabiliśmy drzewo. Ludzie kiedyś nazwali to drzewo wierzbą płaczącą (i tu pada przekleństwo), po łacinie nazwa drzewa brzmi jak zaklęcie: salix x sepuleralis I teraz jestem wierzbą.
68
POST SCRIPTUM
*** Kiedy brali mnie za córeczkę tatusia podobało mi się to kłamstwo, najbardziej ze wszystkich kłamstw jakich nie wymyśliłam. Miło było udawać rozpieszczoną, rozwydrzona, zepsutą i pewną siebie.
POEZJA POEZJA
Joanna Fligiel
Wymagać od mężczyzn takiego samego traktowania jakiego wymagałam od wyimaginowanego tatusia. Bawiło mnie i chroniło kłamstwo, które wypełniało mnie, powtarzane niezliczony raz musiało znaleźć ujście. Otworzyło usta, wypuściło niechcianą prawdę. Mówię wam teraz boli wszystko. Jestem pewna, że prawda nie jest nikomu potrzebna, ale kłamstwo nie jest w stanie jej zatrzymać.
Joanna Wicherkiewicz *** w roku szczura na włoskich cmentarzach kolejki do nieba dzwon wybrzmiewa żałobny nokturn tworzywo wyrwało się twórcy i drąży lęk tym jeszcze lekko i sprośnie tamtym strach zasłania okna na mapie świata kalekie szańce chcą zatrzymać śmierć w roku szczura otrzymaliśmy półtora metra na człowieczeństwo i wiemy że to nie wystarcza więzimy się w małych rajach uparcie powtarzamy zostaję w domu zostaję w domu to nasz największy heroizm zostać w domu i pozostać człowiekiem Renata Cygan
*** zeszliśmy z drzewa na asfaltowe ulice wprost pod koła rozpędzonego czasu uciekamy wymykamy się depczemy zielone trawniki udoskonalamy ucieczki lepimy dzień rękami stwórcy coraz bliżej bogów zasiadamy w wydumanych panteonach z murów ateńskiego Akropolu rzymskiego Kapitolu żydowskiej Jerozolimy Zakazanego Miasta sczytujemy samorodny koniec ten niesprawiedliwy świat nie powstał w sposób naturalny nie będzie trwał wiecznie
*** patrzysz przez zniekształcającą soczewkę idealizujesz że na własne podobieństwo pierwszego dnia oddzieliłeś światło od ciemności w dualistycznym świecie wciąż mrok drugiego dnia wody dolne i górne zlały się w jedną materię przepowiedziały potop kiedy nadszedł dzień trzeci ląd rozłupał wody zakwitło zazieleniało czwartego dnia zaświeciłeś słońce księżyc rozsypałeś gwiazdy dla niespełnionych miłości piątego dnia przywołałeś zwierzęta wodne i latające zajazgotało zawarczało ucichło szóstego dnia ulepiłeś człowieka spraw by kamień zapłonął spraw by kamień zapłonął wykrzykiwał w twoim raju siódmego dnia umyłeś ręce
POST SCRIPTUM
69
Oto kącik Zaczytanej Ewelki, czyli naszej koleżanki redakcyjnej – Eweliny KwiatkowskiejTabaczyńskiej. Ewelina dzieli się z nami swoimi fascynacjami literackimi, przedstawiając książki, które są według niej warte pokazania na łamach Post Scriptum i godne polecenia. Serdecznie zapraszamy.
Pisanie dla dzieci jest bardzo wymagającą sztuką, trzeba zmierzyć się z wymaganiami młodych czytelników, dopasować się do nich. Jak zachęcić i zainteresować i czym należy się kierować, aby napisać piękną, niosącą przesłanie bajkę? Zaprosiłam do rozmowy dwie fantastyczne autorki: Magdalenę Jasny i Marbelę Atabe.
MAGDALENA
JASNY Jestem grafikiem, ilustratorką, a ostatnio – pisarką. Byłam panią Kredką w Ciuchci, domisią Magdą w Domisiach i po prostu Magdą w programie Mama i ja. Odkąd pamiętam, zajmuję się twórczością dla dzieci. Do tej pory tylko ilustrowałam książki, tworzyłam gry planszowe, rebusy, łamigłówki, kolorowanki, labirynty itp. Teraz rozpoczęłam przygodę z literaturą – napisałam powieść dla młodych czytelników, zatytułowaną FarMagia. Jak powstała FarMagia? Nigdy nie sądziłam, że zacznę pisać książki (chociaż, odkąd pamiętam, uwielbiałam je czytać). Malarstwo, rysunek, grafika – oto moje pasje. Z zawodu jestem ilustratorką, to fantastyczna praca i nie zamieniłabym jej na żadną inną… Więc skąd się wzięła FarMagia?
70
POST SCRIPTUM
Otóż moja kilkuletnia (wówczas) córeczka grała sobie kiedyś w Zoo Tycoon. Gra polegała na tym, aby stworzyć ogród zoologiczny z wybiegami dla najrozmaitszych zwierząt. Ja jej kibicowałam i pomagałam w razie potrzeby. W pewnym momencie Tereska stwierdziła, że wolałaby ZOO ze smokami, jednorożcami, chimerami i innymi baśniowymi stworami, a nie takimi zwyczajnymi… To jedno zdanko zaprzątnęło moją wyobraźnię do tego stopnia, że nie mogłam przestać o nim myśleć. Córeczka podsunęła mi znakomity pomysł, ale ja niestety nie potrafiłam wcielić go w życie. Nie umiem stworzyć gry komputerowej. Mogłabym najwyżej namalować ogród pełen mitycznych istot, ale co z tego… Obraz, choćby najpiękniejszy, jest tylko statycznym wizerunkiem. Nie o to chodziło. Może by napisać scenariusz filmu fantasy o baśniowych stworach i ich opiekunce? Ale skoro mam już coś pisać, to wolę książkę! Na początku tylko wyobrażałam sobie, że ją piszę, bawiłam się tą myślą. Po pewnym czasie powieść zaczęła przybierać realny kształt w mojej głowie. Ogród zoologiczny zastąpiłam farmą – bezpieczną przystanią dla wszystkich magicznych stworów (stąd tytuł: farma - magia – FarMagia) a pierwowzorem głównej bohaterki została oczywiście moja córeczka, Tereska. Napisałam kilkanaście stron tej opowieści i… nie wiedziałam, co dalej. Wkrótce
zaprzątnęły mnie inne sprawy i zapomniałam o FarMagii. Prawie rok później znalazłam przypadkiem ten niedokończony tekst, przeczytałam go na świeżo i zaczęłam pisać dalej. Zupełnie jakbym miała w głowie gotową fabułę, tylko musiałam otworzyć odpowiednią „szufladkę”, żeby ją wydobyć. O czym jest FarMagia? Jest to książka na poły przygodowa, na poły fantastyczna. Farmagia to farma, a właściwie lecznica dla czarodziejskich stworzeń -jednorożców, pegazów, chimer, feniksów, hipokampów i gryfów. Gospodarują na niej elfy, które powinny otaczać opieką wszystkie niezwykłe istoty. Niestety nie mają na to zbyt wielkiej ochoty, no i nie znają się na medycynie. Zwalają więc całą robotę na jedenastoletnią dziewczynkę, Tereskę, wielbicielkę zwierząt.
Jeśli chcielibyście dowiedzieć się o niej czegoś więcej, zapraszam na moją stronę autorską na Facebooku: https://www.facebook.com/Farmagia2052923161459492/?modal=admin_todo_tour Mam przyjemność prowadzić Book Tour z FarMagią. Opinie jakie otrzymuję od czytelników i ich dzieci są przecudne. Stąd pytanie, czy powstanie druga część FarMagii? Druga część FarMagii jest już na ukończeniu. Dużo się w niej dzieje, bo wakacje się skończyły, więc Tereska i jej przyjaciel Jonatan borykają się z problemami, jakie jesień sprowadza na magiczną farmę. Ulewne deszcze skutkują powodzią i przemieniają FarMagię w trzęsawisko, co zwabia do niej rozmaite bagienne stwory: nieśmiałego ćmucha, wielogłową hydrę, dziwacznego serpoparda i wiele innych. Każdemu trzeba pomóc i wyleczyć w razie potrzeby. Dzieci muszą się przy tym nieźle natrudzić, bo zwierzaki są płochliwe, psotne, a czasem wręcz niebezpieczne. Jednym słowem, w Farmagii nie ma czasu na nudę. Nie wspominając już o takich drobiazgach jak pazerny łowca polujący na mityczne istoty, dziurawy dach pracowni, kłopoty w szkole i w domu, oraz zaskakujące właściwości lodowych kluczy. Z różnych powodów szukam innego wydawcy, co może opóźnić publikację tej książki. [EKT]
POST SCRIPTUM
71
Nazywam się Marbella Atabe. Jestem autorką baśni Kroniki skrzatów. Dawno, dawno temu zastanawiałam się, jaka będzie kolejna moja pasja. Trochę znudziło mi się szydełkowanie, haftowanie obrazów i myślałam – Jaką pasję odkryć w sobie? Siedzieć bezczynnie, to nie jest w moim stylu. Pewnej nocy przyśniła mi się wizja… Byłam małą dziewczynką, olbrzym porwał mojego psa, bardzo płakałam, prosiłam żeby wielkolud oddał mi przyjaciela. Gdy pies wrócił do moich rąk, zrozumiałam, że olbrzymy są dobroduszne… Nie mogłam przejść obojętnie i zapomnieć sennego majaku. Może opisać ten dziwny obraz, przelać na papier w formie opowiadania? Pochwyciłam kajet, długopis i słowa popłynęły, litery wtopiły się kartkę.
Rozsypałam litery na kartce
Czy w słowa złożyć je umiem?
Domki, skrzaty, obłoczki Po horyzont rozlany Baśniowych słów strumień
Gdy byłam mała, dużo czytałam, biegałam do biblioteki i wypożyczałam książki. Bardzo lubiłam czytać. Dawniej książki nie były dostępne w dużych ilościach, dlatego ścieżkę wydeptałam do czytelni. Zawsze lubiłam czytać opasłe tomiszcza. Chciałam skończyć czytać, a żal było, że opowieść dobiega końca. Jak już wspominałam, miałam zamiar napisać opowiadanie. Dobrze mi się pisało i rozrastał się świat baśniowych postaci, wprowadziłam skrzaty, wróżkę. Pierwszym wątkiem była wyludniona Dolina Stokrotek, gdzie mieszka mała dziewczynka Amelka z babcią. Amelka opiekuje się pieskiem. Na odległych wzgórzach mieszkają olbrzymy. Na Różanym Wzgórzu Teodor wiedzie sielskie życie z rodzicami i małym, psotnym skrzatem Pokrzywkiem. Pierwszym Czytelnikiem był mąż. Podobało mu się to, co napisałam, ale brakowało mu czarnego charakteru w sielskich krainach.
72
POST SCRIPTUM
MARBELLA
ATABE
Wówczas zrodził się pomysł na ponure zamczysko, w którym mieszka czarownica Marbella. Zaklęty zamek stoi na uboczu, spowity mgłą, skrywa tajemnice. Dziwne stwory i potwory snują się po ścieżkach. Tutaj lubię przebywać, opisywać rytuały, z opresji wyciągać bohaterów. Przepiękne ilustracje zdobią Kroniki Skrzatów, jak one powstają? Baśń powinna mieć ilustracje, bo one wzbogacają wyobraźnię, przybliżają bohaterów. Kto najlepiej wie, jak wygląda mały smok, zaczarowany chłopiec, Brukołap, czy istota natury Samotna Samotność? Stanęłam przed kolejnym wyzwaniem, blok, szkicowanie, przygotowanie do malowania i pokrywanie pastelami. Praca nad ilustracjami zajęła dużo czasu. Czy warto było? Myślę, że tak. Wiem, że Czytelnikom podobają się skrzaty, każdy ma ulubionego bohatera, niekiedy jest nim olbrzym, czasem chłopiec, nad którym ciąży… Do kogo kierowana jest Baśń? Baśń kierowałam do dzieci, w efekcie napisałam książkę, która nie ma granic wiekowych. Babcie czytają wnukom, dorośli odkrywają przesłania ukryte w tekście, które dzieci zauważą, gdy dorosną. Jakie były początki pisania? Entuzjazm i odwaga. Muszę zadać sobie sporo trudu, aby zgrać trzy wątki, które łączą się, chociaż bohaterowie dzieli odległość i czar rzucony na okolicę. Wydałam część I – Marbella, część II – Szagawarra. Obecnie pracuję nad III częścią opowieści. Drogi Czytelniku zapraszam Ciebie do siebie. W moich krainach poczujesz się bajkowo. https://www.facebook.com/ autorkabasni/ Pozdrawiam. Marbella Atabe Dziękuję ślicznie za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji planów wydawniczych. [EKT]
JOANNA STOVRAG
Chwila na miłość
Zastanawialiście się kiedyś, czym jest miłość? Co znaczy szukać drugiej połówki swojej duszy? Czy istnieje miłość bezgraniczna? Zapraszam Was do zapoznania się z bardzo wyjątkową książką, którą napisało samo życie. Chwila na miłość to opowieść o sile miłości, bólu rozstania, oczekiwania, nadziei, wiary i wytrwałości. Opowieść o uczuciu, o które zawalczyła dwójka bohaterów. Ona Polka, on Bośniak. Joanna, zdolna studentka slawistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego z Krakowa, otrzymuje stypendium w Sarajewie. W czasach PRL, to nie lada wyróżnienie i możliwość otwarcia furtki na Świat. Pełna obaw, lęków, decyduje się na wyjazd. Oczami Joasi poznajemy Sarajewo, mieszkańców, przyjazne powitania w sklepikach, kawiarenkach, opisy zapierają dech w piersiach, można przenieść się na bałkańskie tereny, poczuć zapach kuchni, tajniki przyrządzania kawy, jej picia, które są rytuałem, barwność opisanych świątyń w Sarajewie, wielokulturowość począwszy od muzułmańskich, katolickich, żydowskich po prawosławne. Kroczymy uliczkami, alejkami nieznanego miasta.
Na uczelni poznaje Seja, rodzi się ich fascynacja i miłość. Są jak dwie połówki jabłka, które pasują do siebie idealnie. Tworzą wspólne plany na przyszłość, marzą i kreślą scenariusz na życie, nie byli w stanie przewidzieć tylko jednej przeszkody. Joasia wraca do Polski, czeka na swojego ukochanego, który ma odwiedzić ją i jej najbliższych podczas wakacji. Niestety, Jugosławia rozpada się, na Bałkanach wybucha wojna, ogarniając kolejne republiki byłego państwa, co uniemożliwia wyjazd Seja. Rozpoczyna się walka o przetrwanie, dzieją się różne rzeczy i okrucieństwa, strzały, wybuchy, śmierć i głód. Jak budować miłość i związek na odległość? Jak wierzyć w jego siłę, kiedy obok dzieją się takie okropności? Dla Seja zapewne to zasiane ziarenko miłości było jego siłą i nadzieją na przetrwanie. Pisali do siebie, czasem rozmawiali, Joasia wysyłała paczki za pośrednictwem przeróżnych organizacji, jednak nie zawsze docierały na miejsce lub docierały z wielkim opóźnieniem. Asia bezpieczna, w zupełnie innej rzeczywistości, targana emocjami, nie może za wiele zrobić. Na szczęście na swojej drodze spotkała ludzi, którzy zechcieli jej pomóc, choćby Waldemara Milewicza, który zaproponował jej wyjazd z ekipą do Sarajewa w celu nakręcenia filmu o nich samych. Wiedząc, na co się naraża, (wojna nadal trwała), wyjeżdża za głosem serca, bo uczucie jest tak silne, ze jest potrzeba odnalezienia miłości swojego życia. Oboje zasługują na podziw za wytrwałość w swoim uczuciu. Dzięki zamieszczeniu przez autorkę wspólnych zdjęć ze ślubu, ze zwiedzania Sarajewa i innych ważnych chwil, możemy poczuć wyjątkowość tej pięknej miłości. Listy i kartki są przepiękną pamiątką i niosą przesłanie, że na prawdziwą miłość warto czekać, warto o nią zawalczyć i warto wytrwać. Nie jest to łatwa książka, ale jakże prawdziwa i piękna, zdecydowanie zachęcam Was do przeczytania jej i dzielenia się swoimi odczuciami.[EKT] Od redakcji PS: Joanna Stovrag – tłumaczka i pisarka. Osoba przesympatyczna i niezwykle skromna. Chcieliśmy zrobić z nią wywiad, ale stwierdziła, że… nie chce zabierać miejsca innym artystom. Że inni są lepsi, ważniejsi, bardziej znani. Nieprawda, pani Joanno. Mamy też nadzieję, że dołożymy swoją cegiełkę do tego, żeby pani cudowna, pięknie językowo napisana, prawdziwa i mądra powieść była coraz bardziej znana i popularna. Serdecznie pozdrawiamy
POST SCRIPTUM
73
mama i córka
Monika Sawicka Karolina Sawicka Pierwsza myśl o Paniach Sawickich to “Jaka mama taka córka”. Obie piękne, przebojowe, inteligentne, z niesamowitymi talentami. Mama Monika - pisarka, Karolina z niebywałą miłością do śpiewania. Kiedy obserwuję je podczas spotkań autorskich, widzę dwie bardzo wspierające się kobiety, pięknie się uzupełniające. Postanowiłam zaprosić je do rozmowy, ciekawa Ich poglądów, marzeń, jakie są prywatnie. Podobieństwo między Wami jest niesamowite, jakie macie wspólne cechy? M.S. Łączy nas wiele, ale bardzo się też różnimy. Na pewno obie jesteśmy porywcze, spontaniczne i lekko szturchnięte. Jesteśmy empatyczne i kochamy zwierzęta. Wkurzają nas nieszczerzy, interesowni ludzie, kombinatorzy, oszuści i hipokryci. My jesteśmy prostolinijne, nie lubimy zadęcia i buty. K.S. Mamy bardzo podobne charaktery, dlatego czasami się nie dogadujemy, bo każda jest przekonana o swojej racji. Nie potrafimy się jednak długo na siebie gniewać. Sama jestem mamą pięknej, inteligentnej dziewczyny, której w chwilach zwątpienia mówiłam, że nikt w nią nie uwierzy, jeśli sama nie będzie w siebie wierzyła, jak to wyglądało u Was? W jaki sposób siebie wspieracie, motywujecie do działania? M.S. Wychowywanie dziecka to bardzo trudne zadanie. Karolina wiele przeszła, bywało, że nie byłam Matką Roku, sprawy dorosłych bardzo krzywdzą dzieci i wywierają wpływ na ich dorosłe życie. Późno to zrozumiałam, wyrzucam sobie, że popełniłam wiele błędów. Sama się uczyłam jak żyć. Staram się zrekompensować córce gorsze chwile i dawać jej tylko dobre wzorce. Te gorsze już zna.
74
POST SCRIPTUM
Wierzę, że nie brakuje jej odwagi, by walczyć o siebie. Zawsze będę przy niej. Zawsze może na mnie liczyć. Ma we mnie nie tylko matkę, ale i bodygarda i przyjaciółkę. K.S. Jak każdy człowiek miewam chwilę zwątpienia, nawet powstała piosenka: To nie czas na łzy, która opowiada o takich właśnie wątpliwościach, które musimy przezwyciężyć, bo jak nie my sami, to kto? Mama wychowała mnie na, nieskromnie mówiąc, dobrego, wrażliwego człowieka, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. To chyba jasne, ze stoję za mamą murem - tak samo jak ona za mną, w końcu to moja najlepsza przyjaciółka. Jakie towarzyszą Wam emocje kiedy obserwujecie się na spotkaniach autorskich, bądź podczas występów scenicznych? M.S. Wzruszam się bardzo! Często płaczę i serce mi wali tak mocno, że chce mi wyskoczyć. Rozpiera mnie duma, ale i żal, że tak utalentowana dziewczyna nie może rozwinąć skrzydeł .Jednak wierzę, że przyjdzie jej czas. Czas Karo. K.S. Kiedy widzę mamę występująca publicznie, czuję na pewno wielka dumę, ale też niedowierzanie, że jest nie tylko piękna na zewnątrz, jak i wewnątrz, ale też bardzo inteligentna i oczytana. Zastanawiam się wtedy, gdzie jest sprawiedliwość. Lubicie podobną literaturę? M.S. Całkiem inną, choć czasem podrzucam jej coś, co powinna przeczytać. Na przykład ostatnio kupiłam książkę Szczęśliwe jelita. Czekam aż przeczyta, bo też chcę mieć szczęśliwe jelita. K.S. Szczerze mówiąc mam ADHD i nie mogę zbyt długo usiedzieć wykonując jedną czynność, w związku z czym jeśli już czytam, to książki, które bardzo mnie wciągną. Mama za to połyka jedną książkę po drugiej.
Jak spędzacie wspólnie czas? M.S. Nie mieszkamy już razem (niestety), Karola raz na tydzień-dwa przyjeżdża na weekend i wtedy razem gotujemy, odwiedzamy babcię (prababcię), idziemy do kina, teatru, na spacer lub na koncert. Cieszę się wtedy, że znowu ją mam blisko, na wyciągnięcie ręki. Przytulam ją, a gdy już leży w swojej sypialni, zakradam się, wsuwam pod kołdrę i przytulam ją jak wtedy gdy miała pięć lat. Oj, mama no, ja mam dwadzieścia siedem lat, pamiętasz? – mówi i... przytula mnie. K.S. Ponieważ nie mieszkamy razem, staramy spotykać się regularnie, co któryś weekend na obiad, kino, spacer czy coś bardziej rozrywkowego. Jaka jest najbardziej niezwykła rzecz, jaką zrobiłyście w życiu?
Ulubiona kuchnia mamy i córki?
M.S. Co ja zrobiłam najdziwniejszego? Leciałam balonem! Niesamowite uczucie! Polecam każdemu! A razem z Karo? Wszystko, co dotyczy mojej córki jest niezwykłe,każdy jeden dzień. Bo ona jest niezwykła.
M.S. Z pewnością wiele wspólnych mianowników-dań nam smakuje. Lubię gdy Karo mnie zaskakuje – lubi eksperymentować; jest bardziej nowoczesna, ja jestem mixem – lubię kuchnię tradycyjną, z lekką nutą czegoś nowego. Lubię też elegancko te dania serwować. Dbam o szczegóĺy. U mnie nie zjesz schaboszczaka – u mnie zjesz wykwintnego schaboszczaka. Karola wybiera lżejsze potrawy. Obie uwielbiamy sushi. Kiedy przyjeżdza do nas na weekend, razem gotujemy. Mój mąż wtedy się ewakuuje na piętro. Dużo się dzieje, dwie kule ogniste w kuchni to o jedną za dużo. Ale potem jest pysznie.
K.S. Haha, długo zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie. Wydaje mi się, że najbardziej niezwykłą rzecz jaką zrobiłam, to udało mi sie wrócić z moją przyjaciółką z Niemiec. Przejechałyśmy jakieś 1400km bez wycieraczek, w okropną, silną ulewę (niestety awaria była bardzo poważna, byla niedziela i wydarzyło się to już na autostradzie). Obie z przyjaciółką uznałyśmy sytuację za niezły test, który obie zdałyśmy.
K.S. Od jakiegoś czasu staram sie nie jeść mięsa, unikam go, jak tylko się da. Nie mieszkam z mamą, więc jak już się spotykamy, to staramy się zrobić coś fajnego i smacznego, tak żeby każda była zadowolona.
M.S. Chciałam wystąpić w Tańcu z Gwiazdami. Chyba już się nie uda. Ale wierzę, że wszystko czego pragnę dla niej – uda się! K.S. Chciałam wystąpić w talent show, byłam na kilku castingach, jednak się nie udało.
Czy doradzacie sobie wzajemnie w kwestii Waszych pasji, sposobu na życie? M.S. Strasznie ją cisnę, wręcz dręczę, żeby więcej ćwiczyła, a ona się buntuje. To tyle w kwestii pasji. Im bardziej napieram, tym mocniej ona się wycofuje. A gdy ja się wycofuję, ona po prostu robi to, na czym nam obu zależało. Ona mi doradza w kwestii ciuchów, bo mam z tym problem – nie wiem co do czego pasuje, nie znam się na modzie, wszystko robię intuicyjnie. Kiedyś często razem chodziłyśmy na ciuchowe zakupy, ale już nie mamy gdzie trzymać ubrań. Jeśli chodzi o facetów, to czasami coś jej mówię, ale patrzy na mnie z politowaniem. Generalnie lilka lat temu gdy powiedziała mi, że ma za sobą ten pierwszy raz, spytałam,czy może chce pogadać o... technice. “Mamo, w naszej rodzinie kobiety rodzą się z tym darem”– usłyszałam. K.S. Kiedy mama pisze jakąś nową książkę, często zadaje mi różne pytania, prosi o radę. Pomagam jej, jak tylko umiem, ale w kwestii życia cisnę ją tylko o to, żeby bardzo na siebie uważała, często się śmieje, ze zachowuję się, jakbym to ja była jej matką.
Czy jest coś, co zawsze chciałyście zrobić w życiu, ale nigdy Wam się to nie udało?
Jakie macie marzenia? M.S. Moje marzenia w najmniejszym stopniu dotyczą mnie. Nie dlatego, że ich nie mam, ale dlatego, że realizuję je wykonując swoją pracę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Niech tak zostanie. Moim największym marzeniem jest szczęście mojego dziecka, pragnę by znalazła miłość i szacunek. By miała odwagę sięgać do najwyższej półki w sklepie z marzeniami, i aby miała siłę i determinację, by je spełniać. Bo mojego wspracia i miłości nigdy jej nie zabraknie. Oddam jej wszystko. Nawet życie, jeśli będzie trzeba. K.S. Moim marzeniem od kilku lat jest zaśpiewanie z moją ukochaną Ellie Goulding. Bardzo dziękuję za odpowiedzi, jesteście dla mnie fantastycznym wzorem mamy i córki. Życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń, realizacji siebie i wspierania swoich planów i dążeń. Dziękuję za rozmowę. [EKT]
POST SCRIPTUM
75
76
POST SCRIPTUM
PALETA-PĘDZELEK-PŁÓTNO, PALETA-PĘDZELEK-PŁÓTNO, PALETA-PĘDZELEK-PŁÓTNO…
Moje malarstwo
jest niczym nieustanna podróż po nieodkrytych światach. Jednak zamiast aparatu fotograficznego zabieram w nią farby, pędzle oraz płótna i maluję obrazy, lub jak ktoś woli,
wstawiam okna.
Dzięki tym oknom, inni ludzie, mogą przenieść się tam na moment, do Światów Alternatywnych naszych wyobraźni. POST SCRIPTUM
77
Jarosław Jaśnikowski
Artysta na potrzeby swego świata tworzy olbrzymie surrealistyczne machiny, które swą monumentalnością rzucają wyzwanie światu, a jednocześnie są wyrazem pychy ich konstruktorów. Ważnym tematem podejmowanym w obrazach przez Jaśnikowskiego jest również czas, oraz przemijanie, jako czynnik wpisany w wykreowany przez niego świat. Jednak czas w jego obrazach przyjmuje różne wartości i właściwości. Nie do końca jest liniowy, nie do końca zmierzalny, a nierzadko nabiera cech materialnych. Jarosław Jaśnikowski, który interesuje się również fizyką i astronomią, pozwala sobie na dowolne manipulowanie prawami nauki, tworząc ją tak jakby od nowa. W obrazach tego artysty pojawiają się również nawiązania do filozofii, teologii, jak i historii.
Jarosław Jaśnikowski
– polski artysta malarz, urodzony w 1976 roku w Legnicy. Malarstwem zajmuje się od 1991 roku. Jego pierwsze prace powstają w nurcie sztuki science-fiction, jednak w 1998 roku, pod wpływem wystawy Wojtka Siudmaka w jego rodzinnym mieście i spotkania z samym artystą, Jaśnikowski rozpoczyna eksperymenty z surrealizmem. W tym czasie jego prace maja charakter mroczny i psychodeliczny, jednak coraz częściej w obrazach Jaśnikowskiego zaczynają się pojawiać nawiązania do techniki; machiny latające, parowozy, czy mechanizmy zegarowe, a także ujawnia się jego zainteresowanie architekturą gotycką. Z czasem jego malarstwo nabiera cech charakterystycznych dla steampunku. Malarstwo artysty staje się coraz bardziej spójne tematycznie, Jaśnikowski tworzy historię „Światów Alternatywnych” – fantastycznej rzeczywistości, w której działają inne prawa fizyki. Snuje opowieść o świecie rozbitym na miliony dryfujących w przestrzeni wysp, gdzie największym sensem zamieszkujących ten świat ludzi, jest potrzeba podróżowania.
78
POST SCRIPTUM
Jaśnikowski sam często o sobie mówi, że jest Opowieściomlalarzem, jednak nie uważa się za twórcę świata, który możemy oglądać na jego płótnach. Artysta mówi, że pełni tylko rolę obserwatora i kronikarza, a jego obrazy są oknami, poprzez które oglądający może spojrzeć do innego świata – Świata Alternatywnego. Jaśnikowski uważa, że takich światów może być nieskończenie wiele, a badanie tego jednego, konkretnego, jest jego największą pasją. Jarosław Jaśnikowski jest bardzo popularnym i cenionym artystą w Polsce, jak i również najbardziej znanym twórcą polskiego steampunku w malarstwie. Stworzył bardzo rozpoznawalny styl, a jego obrazy charakteryzują się znakomitym warsztatem malarskim. Artysta przykłada dużą uwagę do dbałości o szczegóły, poprawnego zestawienia kolorów, oraz do właściwej kompozycji. Jaśnikowski ma na swym koncie szereg wystaw indywidualnych i zbiorowych, a jego prace są w kolekcjach na całym świecie.
Tak długo wpatruję się w białe płótno
ze szkicem, aż zobaczę obraz w każdym detalu, ustalam sobie wtedy kolory, kierunki światła, cienie 2006 In captivity, mockers of the Dark
POST SCRIPTUM
79
...tak naprawdę każdy z moich
obrazów
jest jakąś tam
opowieścią 80
POST SCRIPTUM
1021x0-towidth-90-0501_niezegar-min
Pana Jarosława Jaśnikowskiego udało się nam zaczepić w lutym na wystawie malarstwa PERCEPCJA KOŁA, gdzie były prezentowane prace wielu znakomitych artystów. Czytelnicy Post Scriptum mieli okazję przeczytać reportaż pana Radosława Jaśnikowskiego (prywatnie brata Jarosława) w numerze lutowym. Był pan niedawno na prestiżowej wystawie SAFADORE we Francji. Czy może pan powiedzieć kilka słów na ten temat – jaki był poziom, jak wielu było artystów, kto zapadł panu w pamięć? No i kto otrzymał Grand Prix? Salon sztuki SAFADORE odbywający się już od 15 lat w turystycznej miejscowości Mont-Dore, to jedna z bardziej prestiżowych imprez tego typu w Europie i już sam fakt bycia zaproszonym na nią jest dużym wyróżnieniem. Ja z racji zdobycia grand-prix w 2019 roku, teraz miałem tę dodatkową przyjemność bycia gościem honorowym i członkiem jury. W tym roku zaproszonych zostało 15 artystów. Poza wystawą główną salonowi sztuki towarzyszy wystawa konkursowa. Każdy z uczestników zobowiązany jest do stworzenia pracy na wymyślony przez organizatorów temat, a w tym roku to były: Światła i cienie. Poziom był bardzo wyrównany i praktycznie każdy z artystów miał szanse, ostatecznie wygrał tryptyk La Date Fatidique, którego autorką jest Monica Fagan, francuska artystka pochodząca z Anglii. Myślę, że całkiem zasłużenie. Byli we Francji Polacy? Poza moimi pracami, można była na wystawie oglądać również obrazy Marcina Kołpanowicza. Jestem pewien, że mocna, polska ekipa będzie już nieodzownym składem każdego następnego salonu SAFADORE. Pana obrazy nazwałbym fantastyczno-magicznymi. Z klimatem. Są o czymś. To malarstwo z duszą. Jak sam pan by je określił? Ja sam o sobie często mówię, że jestem opowieściomalarzem, no bo tak naprawdę każdy z moich obrazów jest jakąś tam opowieścią. Mimo że taki obraz, to zaledwie jeden kadr, to też liczę na to, że oglądający może sobie doopowiedzieć, co było przed i co będzie dalej. No ale moje prace, to też jest część jakiegoś większego uniwersum, które gdzieś tam kiedyś urodziło się w mojej głowie. Jest to świat na pewno fantastyczny, steampunkowy, choć owy steampunk jest mocno wytarzany w surrealizmie, z niewielką szczyptą science-fiction. Wszystko to jest zanurzone w oparach apokaliptycznych z lekką nutą gotyku, no i rzecz jasna, z odpowiednio wypaczonymi prawami fizyki. Czasami też w tej sałatce uda mi się przemycić dodatkowo jakieś głębsze myśli, na przykład filozoficzno-teologiczne, czasami kosmologiczne, a niekiedy jest to odniesienie do faktów historycznych.
POST SCRIPTUM
81
847x0-towidth-90-0674_przezegar-min
82
POST SCRIPTUM
Obraz rodzi się w głowie (jak mniemam). Intelekt, wrażliwość, mądrość, doświadczenie i uczucia składają się na zbiorowy akt poczęcia. Jak długo trwa ciąża i poród? Akt poczęcia jest zdecydowanie najciekawszy, ale niestety krótki. Czasami to jest chwila, moment, jakiś szkic koncepcyjny, no i już wszystko mam w głowie. No jeszcze jest szkic na płótnie i ostatecznie do-wyobrażanie sobie obrazu. Polega ono na tym, że tak długo wpatruję się w białe płótno ze szkicem, aż zobaczę obraz w każdym detalu, ustalam sobie wtedy też kolory, kierunki światła, cienie. No i kiedy mam już wszystko zobaczone, to mogę powiedzieć, że w tym momencie kończy się sztuka, a zaczyna praca, to znaczy ciąża, czyli nakładanie za pomocą pędzelków, odpowiedniej farbki w odpowiednim miejscu. Wtedy już można odpłynąć umysłem w nurt jakiejś fajnej muzyczki, zatopić się w audiobooku, analizować, co jeszcze mam jutro kupić w Biedronce, czy też tworzyć szalone modele kosmologiczne wszechświatów… no a rączka sama pracuje: PALETAPĘDZELEK-PŁÓTNO, PALETA-PĘDZELEK-PŁÓTNO, PALETAPĘDZELEK-PŁÓTNO… Trwa to około tygodnia, ale bywa, że i miesiąc. Poród często jest zaskoczeniem… Ooo! Już koniec? Kim jest Jarosław Jaśnikowski prywatnie?
Olga Tokarczuk otrzymała, jak wszyscy wiemy, literacką nagrodę Nobla, dzięki czemu miała okazję wygłosić przemowę, którą cytują i interpretują wszystkie światowe media. A gdyby pan miał taką okazję do wygłoszenia przemowy, która może wpłynąć (w mniejszym lub większym stopniu) na świadomość Narodów, co by to było? O jej, takie pytanie na koniec? Trudno mi powiedzieć… Ona miała kilka tygodni, by to przemyśleć. Pewnie bym powiedział: Słuchajcie więcej naukowców, a mniej polityków. Nie niszczcie fundamentów, na których zbudowaliśmy nasz świat, naszą cywilizację. Pielęgnujcie tradycję, bo ona określa naszą tożsamość. Odrzućmy skrajności, bo ani faszyzm, ani idee komunistycznolewackie nas do niczego dobrego nie doprowadzą. Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali, szukajmy w ludziach dobrego, a nie twórzmy fałszywych, negatywnych wizerunków. Bądźmy dla siebie dobrzy. No i zacznijmy wreszcie budować te bazy na Księżycu i Marsie, bo żeście obiecali, a ja już czekam na to od ponad czterdziestu lat!!! [JP]
2006 Between Heaven and Hell
Ot, takim samym ludzikiem, jak wszyscy inni. Mam jakieś zainteresowania, marzenia, cele. Mieszkam sobie jedną nogą na wsi, gdzie z trzech stron otacza mnie las, drugą nogą związany jestem z Legnicą. Mam wspaniałą żonę – Kasię, z którą dzielę życie i pasję do sztuki, mamy fantastycznego synka Michałka. Trochę podróżujemy po
świecie, trochę siedzimy w lesie. Kiedy chcę odpocząć od malowania, przesiadam się dwa metry dalej i biorę się za sklejanie i… malowanie modeli. Lubię czytać, lubię ptysie, popołudniowe kawki z żoną. Chcę wejść na Kilimandżaro i co roku obiecuję sobie, że wreszcie zacznę biegać. No ale wiem, że od tej wiosny, to już naprawdę zacznę biegać. Prawda jest taka, że artyści malarze, mają o tyle fajnie, że nawet jak są bardzo znani, to rzadko kiedy są rozpoznawalni i mogą bezstresowo iści do piekarni po bułki.
POST SCRIPTUM 2012 The city after the storm
83
Premiera “Dzieła sztuki” w reżyserii - Żanny Gierasimowej foto: Anna Karpenter
84
POST SCRIPTUM
Zdjęcie z koncertu_foto: Grażyna Borwiecka
Żanna Gierasimowa Aktorka dramatyczna i pieśniarka. Na swoim koncie ma występy między innymi w: Teatrze Ateneum, Teatrze Małym, Stara Prochownia, Rampa, Stu, Piwnicy Pod Baranami. Jest także tłumaczką polskich utworów na język rosyjski – tłumaczy poezję, sztuki teatralne, scenariusze. Jest członkinią Związku Literatów Polskich. POST SCRIPTUM
85
Aktorka i reżyser, pieśniarka – jeśli ktoś obudziłby Cię w środku nocy, to jaki zawód byś wymieniła pierwszy (po tym, jak przestałabyś krzyczeć)? Jakby mnie ktoś gwałtownie w nocy obudził, to chyba wykrzyczałabym: “Tylko nie po twarzy! Jestem aktorką!” Jesteś Rosjanką (czy Ukrainką?), dlaczego wybrałaś Polskę na swoją Ojczyznę? To pytanie przypomina mi przesłuchanie w organach byłego ZR, gdzie narodowość miała duże znaczenie. A na serio... Zadając sobie samej to pytanie, nie umiem na nie odpowiedzieć. Mam pomieszaną rodzinę. Urodziłam się na Ukrainie, na kresach polskich, po zakończeniu w Kijowie szkoły średniej, liceum muzycznego i Studiów Aktorskich wyjechałam do Moskwy, gdzie pracowałam w Teatrze Stanisławskiego i po 16 latach trafiłam do Polski, bo wyszłam za mąż za Polaka. Ale to bardzo w skrócie. Odpowiadając na pytanie: “Czemu Polska?” - nie raz widziałam w oczach słuchaczy niedowierzanie. Znając wszystkie wady, nie mówiąc o zaletach, bardzo kocham ten kraj. Mam wrażenie, że zawsze tu byłam i tylko tu czuję się w domu. Nie zamieniłabym Polski na żaden inny kraj. To jest miłość, której wytłumaczyć się nie da. Czy spotkałaś się z Polskim nacjonalizmem? Czy ktoś kiedyś pokazywał, że jest ważniejszy od Ciebie, bo jest Polakiem? Wiem, że taki istnieje, ale wprost
86
POST SCRIPTUM
Nie zamieniłabym Polski na żaden inny kraj.
To jest miłość,
której wytłumaczyć się nie da. sama z tym, dzięki Bogu, jeszcze się nie spotkałam. Chociaż wyczuwam to czasem w rozwoju swojej kariery. Za długo te niuanse opisywać, ale... przecież z takim zjawiskiem można spotkać się w każdym kraju i emigrant będzie zawsze drugi w kolejce. No... to nie Ameryka, gdzie ponoć u wszystkich są równe szanse i zależy tylko od stopnia twego talentu, inteligencji i pracowitości. Znów, sama w Ameryce nie byłam i wiem to tylko z różnych bajek. Kto jest (był?) Twoją inspiracją zawodową? Mój ojciec i moja matka, którzy od dzieciństwa zarazili mnie wirusem sztuki i nie ma na to leku.
Która rola jest trudniejsza – aktorki czy reżysera? Chyba niełatwo pracuje się z artystami? Są kapryśni, nadwrażliwi, obrażalscy. Jak dajesz sobie z nimi radę? Krzyczysz? Prosisz? Apelujesz do sumienia? Kiedy byłam wyłącznie aktorką, to nie lubiłam reżyserów. Wydawało mi się, że to my robimy sukces przedstawieniu, a oni tylko pokrzykują i spijają piankę. Teraz widzę, w jakim błędzie byłam. Zawód reżysera jest ogromnie skomplikowany, obejmujący dużo wiedzy, różne inne profesje, w tym i psychologa. Poprowadzić aktorów według swego pomysłu i tak, żeby myśleli, że to ich pomysł, przekonać, nie być
Piosenka musi wzbudzać emocje
– sam głos, muzyka i tekst to za mało – potrzebna jest
interpretacja
zbyt miękkim, a przy tym nie zrazić ich do siebie, wydobyć z aktorów najlepsze, co w nich jest, odpowiednio wyeksponować, by się czuli wyjątkowi. Oprócz tego trzeba być choć trochę muzykiem, malarzem, pisarzem... Jeszcze dużo można wymieniać różnych cech i umiejętności, które należą do profesji “Reżyser”. Reżyser to nie wychowawca w przedszkolu, żeby krzyczeć, apelować i pouczać. Reżyser musi wzbudzić w aktorach wiarę w swoje liderowanie i swoją rację, zarazić ich pomysłem i wtedy wszystko się zgadza. Żanna pieśniarka – czy używasz talentu aktorskiego do śpiewu, czy kompletnie to oddzielasz? Oczywiście, że aktorstwo, a w danej sytuacji przekaz, jest niezbędne przy śpiewaniu. Piosenka musi wzbudzać emocje i sam głos, muzyka i tekst to za mało – potrzebna jest interpretacja. A co bardziej pomoże, jeśli nie aktorstwo? Każda moja piosenka to minispektakl. Jakie jest twoje marzenie zawodowe? A marzenia prywatne? Możesz powiedzieć mi na ucho, a ja to napiszę drobnym drukiem, żeby pozostało tajemnicą. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to powiedz mu о swych marzeniach. [JP]
Premiera “Dzieła sztuki” w reżyserii - Żanny Gierasimowej
POST SCRIPTUM
87
Elżbieta Sidorowicz-Adamska OKRUCHY GORZKIEJ CZEKOLADY. BIAŁY JEDNOROŻEC. (CZĘŚĆ 2) Wychodzę przed szkołę do samochodu, który staram się ustawiać jakoś tak z boku, żeby się nie rzucał w oczy złośliwcom, podchodzę do niego i widzę, że siedzi mu jedno koło. O rany boskie. Nie. Nie. To bydlę. To skurwysyn. Gdzie on złapał tę gumę? Czuję, że ogarnia mnie rozpacz. Otwieram samochód, otwieram bagażnik, gdzie jest ten pieprzony lewarek? Jak mam samodzielnie zmienić koło, do kurwy nędzy? Stoję bezradnie z lewarkiem w rękach i patrzę na kapciowatą oponę. Rozpacz ogarnia mnie na wskroś. – Ty skurwysynu, w dupę kopany – wyrywa mi się mimowolnie, z głębi serca. – Teraz już wiem, co kulturalna, dobrze wychowana panienka mówi na osobności do swojego samochodu. Zamieram i czuję, jak oblewam się czerwienią. Jeżozwierz stoi przy otwartych drzwiczkach swojego wozu, patrzy na mnie i z całych sił stara się nie roześmiać. To straszne. Przyłapał mnie. Przecież ja rzadko klnę, naprawdę. Ostatni raz mówiłam brzydko do pieca, a teraz do samochodu... Nie śmiem podnieść oczu. Pięknie. Kulturalna panienka. – Czego się wstydzisz? – pyta Jeżozwierz – każdy by się wkurzył. Daj lewarek. Matko Boska, czy on naprawdę awansował do roli mojego prywatnego Anioła Stróża? Celowo ma mnie na oku? Przecież niemożliwe są takie przypadki. … No i znowu wspólna akcja.
88
POST SCRIPTUM
U wrót szkoły, na samym środku, niech wszyscy widzą. Zaciskam zęby. W dupie mam czyjąś opinię. W dupie mam czyjąś opinię... – Masz klucz do kół? – W dupie mam... – wyrywa mi się na głos fragment myśli. – No nie, klucz jest potrzebny – mówi Jeżozwierz jeszcze bardziej rozbawiony – nie należy go mieć w dupie, bo inaczej nie zmienimy koła. – Przepraszam. Przepraszam, to w dupie dotyczyło czego innego. – A czego? Czy on musi być tak dociekliwy? – No... zainteresowania... – Brawo – mówi Jeżozwierz. – Wreszcie wyciągasz prawidłowe wnioski. Właśnie zmienimy koło na samym środku i niech się gapią. No i zmieniamy. Ściślej biorąc, patrzę jak robi to Jeżozwierz, bo sama nie jestem w stanie ani podlewarować samochodu, ani odkręcić zapiekłych śrub, ani wyciągnąć z bagażnika zapasowego koła. Nadaję się do gapienia, no i to tyle na ten temat. – Jakby ci się to przydarzyło gdzieś w mieście – mówi Jeżozwierz, mocując się z oporną śrubą – to bez wahania zatrzymuj jakiegoś faceta. Każdy ci pomoże. Tak, wiem. Trzeba rozpuścić włosy. Zrobić oczy poranionej sarny. Tak, wiem. Taka mała Bemolka ma to w jednym palcu. Ale ja? O, nie. Ja, to nie. Ja się będę szarpała. Jeżozwierz obrzuca mnie szybkim spojrzeniem. Chyba widać,
co myślę. – Gdybym miał siostrę, to bym jej tak poradził – mówi. – A nie ma pan siostry? – Nie. Brata. – Młodszego? – Starszego. Ma trzydzieści dwa lata. – A pan? – pytam zupełnie odruchowo. – Dwadzieścia dziewięć – odpowiada też odruchowo i patrzymy na siebie. To ile lat różnicy? Zaraz zacznę liczyć na palcach... Jeżozwierz nie musi liczyć. – Jedenaście lat – mówi cicho. … Dlaczego odpowiedział, mimo że pytanie nie padło? Też o tym pomyślał? Dokręca ostatnią śrubę, oddaje mi klucz i lewarek, patrzy na swoje pobrudzone ręce. Tak, jakby z jakichś powodów nie chciał mi spojrzeć w oczy. Wyjmuję ze schowka paczkę nawilżanych chusteczek higienicznych i podsuwam mu. Wyciera ręce bardzo dokładnie, a gdy wreszcie na mnie spogląda, nie ma w oczach ani zażenowania, ani niepewności. – Wiesz – zaczyna i nie kończy. Patrzę na niego w milczeniu. – Sprawdziłem klasówki, nie wypadło to najlepiej. No, wiem. Wiem, że nic nie umiałam. Cholera. – Ten twój telefon uświadomił mi... to samo. Znowu jestem czerwona.
Jak mogłam w ogóle do niego zadzwonić? Do profesora, po nocy, z jakimiś wygłupami …że nie umiem zrobić zadania... Porąbało mnie dokumentnie? Co on sobie pomyślał? Nie śmiem podnieść głowy. – Tak, jak mówiłem, trzeba coś z tym zrobić – mówi Jeżozwierz. Wiem, że na mnie patrzy. Czuję to. – To co, raz w tygodniu? Dwa razy w tygodniu? … Tak się to musiało skończyć, Co za obciach, co za wstyd. Przełykam ślinę i podnoszę głowę. – Dziękuję, ale... – Chyba nie ma ale... – Owszem. „Ale” brzmi tak: nie będzie pan odwalał tej pracy w ramach czynów społecznych. Co to, to nie. Jeżozwierz na moment zamyka oczy, a gdy znów otwiera, jest w nich jakiś dziwny wyraz. – Wykluczone – mówi. Już raz tak powiedział. Kiedyś. Dawno. Wtedy, na werandzie. Gdy skakał po nim niebieski zajączek. Podnoszę głowę i czuję, jak wszystko się we mnie prostuje. – Wykluczone – powtarzam tym samym tonem. Jego tonem. Mierzymy się wzrokiem. Jeżozwierz patrzy mi w oczy poważnie, ja patrzę zuchwale. Żadne z nas nie spuszcza powiek. Co teraz będzie? Kto kogo przetrzyma? Chyba trafiła kosa na kamień... Jeżozwierz pierwszy odwraca oczy. Nie mogę w to uwierzyć. Ugiął się? Czuję, że stoję i płonę, dygoczę w środku, trzęsie mi się przełyk i żołądek. I serce. – Wrócimy do tej rozmowy, dobrze? – mówi Jeżozwierz. – Nie. Równie dobrze możemy porozmawiać teraz. – Teraz nie mogę. Mam jeszcze dwie lekcje – mówi Jeżozwierz przepraszająco. W oku miga mu rozpoczęty uśmiech. – Czy naprawdę przejawiasz nieznośną tendencję do
robienia scen? Nie znałem cię od tej strony. – Nie przejawiam żadnej tendencji – mówię wściekła, bo czuję, że mnie zbywa. – Proszę, żeby mnie pan nie traktował, jak małego dziecka. Uśmiech znika z oczu Jeżozwierza. – Nie traktuję cię, jak dziecka – mówi wolno. Bardzo wolno. W oczach ma znowu te okręty, te wrzosowiska, tę dal. – Z całą pewnością nie traktuję cię, jak dziecka. Możesz mi wierzyć. W tym momencie słychać głośny dzwonek, kończący przerwę. Jeżozwierz odwraca się i wchodzi w bramę szkoły. *** Ten kolega Jeżozwierza mieszka na uboczu, koło Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Mijamy Chyliczki, potem skręcamy w prawo. To prawie pod samym lasem. Z drugiej strony wielkie, puste pola. Dom duży, w typie dworku polskiego, drewniany, współczesny. Z tyłu zabudowania gospodarcze. Ręce zaczynają mi latać i zęby też. Och, co za emocje. – Cześć, stary – mówi do Jeżozwierza wysoki chłopak, podchodząc do furtki. Wysoki, ale nie tak. Przystojny, ale... zdecydowanie nie tak. Ciemne włosy, dwudniowy zarost, drelichowe bojówki, sweter i na to puchowa kamizela. Typ trapera i survivalowca. Fajny. Jeżozwierz ściska mu rękę. – Aniu, to mój przyjaciel Leszek – zwraca się do mnie, lekko dotykając mojego ramienia. I do Leszka: – Poznaj, proszę, Anię. Nic więcej nie dodaje. Patrzymy sobie z Leszkiem w oczy i ściskamy sobie dłonie. Mocny, zdecydowany uścisk, oczy ciepłe, uważne, ...prostolinijne, jeśli można tak powiedzieć. To otwarty facet,
zero zablokowania. I sympatyczny. Nie wiem, skąd to wiem, ale wiem. Już czuję, że go lubię. Poszło piorunem. – Cześć – mówi. – Cieszę się, że mogę cię poznać. Paweł mi o tobie opowiadał. Jeśli lubisz konie, to mój dom... stoi przed tobą otworem. To co? Może pójdziemy do stajni? – Jak to, tak od razu? – pyta Jeżozwierz, ale ja kiwam zapamiętale głową. Do stajni. Tak. Natychmiast. Bez wahania zostawiam Jeżozwierza i idę za Leszkiem w głąb podwórka. U progu stajni muszę się zatrzymać na moment. Jest mroczno, prawie nic nie widzę, za to zestaw zapachów uderza mnie na odlew. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. Zapach koni, słomy, kurzu, końskiej uryny, starej, wyprawionej skóry... kotów... nawozu... opieram się o ścianę. Leszek szeroko otwiera drzwi, do stajni wpada więcej światła. Cztery boksy, po dwa z każdej strony. Na drzwiach tabliczki: Bratek, Ikona, Córka, Makler. Bratek skarogniady, rasy wielkopolskiej, silny, stateczny, poważny koń. Córka siwa, szpakowata, z wyraźnymi jabłkami na kłębach, ładnie zbudowana, z ładnym pyskiem. Ikona folblutka, gniada, z nerwowym okiem i prychliwymi chrapkami. Piękna, sucha budowa. Makler kary, z gwiazdką i białymi pęcinami, wielki, ale o harmonijnej budowie. Ogier. Wspaniały. Właściwie liczą się te dwa – Makler i Ikona. Bratek i Córka sympatyczne, ale zdecydowanie druga liga. Leszek daje mi krótką, rzeczową charakterystykę wszystkich koni. Mówi barwnie, z dowcipem, bardzo obrazowo. O Maklerze wyraża się krótko: – Ogier. No cóż, jak to ogier. Na razie nikomu go do ręki nie daję, bo to jest świetny, ale bardzo trudny koń, o ogromnej ambicji i łatwo go zmanierować. W związku z czym sam na nim jeżdżę, ale z pozostałej trójki możesz sobie wybrać, co chcesz.
POST SCRIPTUM
89
Stoję i wdycham zapach konia. Stoję i trzymam dłonie na drżącej sierści, czuję sztywny włos grzywy i aksamitny welur chrap. Randka w ciemno. – Wybieram Ikonę – mówię bez namysłu. – O – mówi Leszek i nie dodaje nic więcej. Patrzy tylko na mnie i wiem, co myśli. Trafił koniarz na koniarza. Nic więcej nie trzeba mówić. – To słuchaj. Przeczyść ją trochę, zaraz ci wszystko dam, a tu masz jej siodło i resztę zabawek. Jak skończysz czyścić, to siodłaj. Dasz sobie radę z wytokiem, nachrapnikiem i tak dalej? – Tak, naturalnie – uśmiecham się mimowolnie. – No to świetnie. Ja wracam tu za jakieś dziesięć-piętnaście minut, tylko ulokuję Pawła w domu i dam mu tam jakieś zajęcie, żeby się nie nudził bez nas. Wychodzą obaj ze stajni, zostaję sama. Sam na sam. Wszystkie konie podniosły głowy i patrzą na mnie zupełnie nieruchomo. Sięgam po worek z napisem: Ikona, wyjmuję szczotkę, zgrzebło i kopystkę. Zdecydowanym ruchem odsuwam rygiel w drzwiach i wchodzę do niej. Ikona stawia uszy, unosi wysoko głowę. Patrzę w jej dumne oczy i odkładam wszystkie szczotki. Podchodzę do niej z pustymi dłońmi. Najpierw daję jej ręce do obwąchania. Długą chwilę tak stoję, Ikona patrzy na mnie z góry, ale ciekawość zwycięża i wreszcie spuszcza głowę. Nie ruszam się. Nie chcę jej płoszyć. Potem powoli wyciągam jedną rękę i dotykam jej szyi. Jedwab i biegające pod nim dreszcze. Dreszcze przebiegają też przez moją dłoń. Podchodzę krok bliżej, delikatnie opieram się o jej łopatkę i przytulam całym ciałem do szyi i boku. Ikona stoi bez ruchu, leciutko chrapie.
90
POST SCRIPTUM
Odważam się wciągnąć powietrze pełną piersią, tuż przy jej skórze i grzywie. Czuję, jak zapach wpływa we mnie, wypełnia każdą komórkę mojego ciała i rozprowadza się drobnymi niteczkami tętnic po całym krwiobiegu. Fantom zapachu, cząsteczka istoty, feromon. Nagła, zapomniana chemia rusza we mnie gwałtownie, niemalże czuję fizycznie, jak łączą się ze sobą cząsteczki, jak krystalizują się wiązania, błyskawicznie, niewidocznie, bezszelestnie. Cały ogrom przeszłości wzbiera gdzieś we mnie falą, która rośnie, napiętrza się, na koniec wybucha. Stoję przytulona do Ikony, obejmuję ją za szyję i płaczę zupełnie bezgłośnie, tylko płacz trzęsie mną na wskroś, więc dygoczę, przytulona do końskiego boku. Ikona ciągle stoi nieruchomo, nie niecierpliwi się, nie skubie mnie za ubranie, nie wyrywa głowy. Tak, jakby była zahipnotyzowana. Jakbym była zaklinaczką. A przecież nie jestem. Nie robię żadnych czarów. To po prostu się dzieje. Nie wiem, jak długo tak stoimy, czas przestał dla mnie istnieć. Nie obchodzi mnie Jeżozwierz, Leszek, to że miałam siodłać konia bez żadnych cudów, siodłać konia i być gotowa. Tymczasem nie jestem gotowa na nic. Dobrze, że nie ma Leszka, ani nikogo, dobrze, że mam czas. Nikt mnie nie niepokoi, mogę tę chwilę przeżyć. Przeżyć mój wielki powrót. Powrót przeszłości, powrót pamięci, odruchów, nawyków, powrót starego, utraconego świata. Tak, jakby otworzył się nagle czas,
pokazał swoje zapomniane granice, odwinął się do tyłu, przełożył się na utraconą stronę. Stoję i wdycham zapach konia. Stoję i trzymam dłonie na drżącej sierści, czuję sztywny włos grzywy i aksamitny welur chrap. Czuję oddech Ikony. Słyszę, jak coś spokojnie przeżuwa. Koń. Nie namiastka, nie sen, nie marzenie. Nie nostalgia. Nie... tęsknota. Żywy, namacalny koń. Długa szyja, sucha budowa, świetny kościec, miękka pęcina. Gniada klacz. Folblutka. Mój utracony raj. Leszka nie ma w dalszym ciągu, całe szczęście. Udaje mi się wytrzeć nos i oczy, i twarz. Udaje mi się wreszcie wyczyścić konia. Ręce wchodzą bez sprzeciwu w znany, ustalony rytm – pociągnięcie szczotką pod włos, z włosem, o zgrzebło. Kończę jedną stronę, przechodzę na drugą. Ikona ustępuje od ściany, widać że jest przyzwyczajona do szczotkowania. Bez oporu podaje wszystkie nogi. Zdejmuję jej kantar, odwieszam na hak na zewnątrz boksu, wracam do środka z ogłowiem. Ikona unosi łeb, to chyba moment, za którym nie przepada. Jednym ruchem wsuwam jej wędzidło do pyska, drugą ręką naciągam na łeb rzemienie ogłowia, przekładam uszy, wyrównuję grzywę, zapinam pasek pod policzkami. Prosty, polski nachrapnik. Zapinam go pod brodą. Niezbyt mocno, z przerwą na dwa palce. Wygładzam dłonią skórę na grzbiecie, delikatnie zarzucam czaprak, na niego siodło. Przeciągam popręg przez szlufkę wytoka, zapinam. Też lekko, potem podciągnę. Ikona głośno parska i przestępuje z nogi na nogę. Jesteśmy gotowe. [ESA]
Renata Cygan
POST SCRIPTUM
91
CO TO JEST ORAPIZM?
KRZYSZTOF KONOPKA
92
POST SCRIPTUM
„Orapizm – styl w malarstwie charakteryzujący się ekspresją przekazu, wyrazistością kreski i energetyzującym kolorytem. Podczas ostatniej edycji florenckiego Biennale artysta otrzymał oficjalne uznanie jako prekursor nowej formy abstrakcjonizmu – ORA PISMO (teraz pismo, szkic, rysunek, rytuał, która analizując i rozwijając ekspresjonizm abstrakcyjny, fowizm i malarstwo informalne – jak piszą krytycy – daje podstawy do nowego stylu interpretacji plastycznej. Egzekucja malarska jest natychmiastowa i przedstawia moment dzikiego wyzwolenia artysty” (Margherita Blonska- Ciardi)
Ora–pista
- z języka portugalskiego - teraz śledzić.
„Akcja-reakcja, autor-odbiorca, przekaz podprogowy, odbicie lustrzane” Pręgierz POST SCRIPTUM
93
wir
KRZYSZTOF KONOPKA Naprzeciwko mnie – skupiony, przystojny mężczyzna o uważnych oczach, w dobrym dla siebie wieku. Uśmiechnięty. Taka twarz mówi wiele. Wzbudza również ciekawość. Za nim, na obszernej ścianie, feeria kolorów w wielkich formatach. Krzysztofa Konopkę poznałam w 2010 roku – był dobrze zapowiadającym się implantologiem, fruwającym po świecie za wiedzą. Okluzja, implanty, chirurgia. Rzemieślnik, choć i tak trzeba mieć wyobraźnię. W tle muzyka, niezobowiązująca rozmowa przy stole. Jak to zwykle po godzinach, na zjazdach branżowych. Od tego czasu, jak sam
94
POST SCRIPTUM
mówi, minęły całe lata świetlne. „Co z życiem jest nie tak, że jest tak monotonne?” Przede mną dojrzały artysta, który od kilku lat wystawia swoje prace w ważnych galeriach europejskich, a obecnie szykuje się do wystawy za oceanem. Krzysztof uśmiecha się. To ja. Jestem człowiekiem, który przez całe życie poszukuje. Znalazłem. Odnalazłem się wreszcie w sztuce. Przedtem byłem w letargu, potem zacząłem być. To, co powstaje w moim malarstwie, to warstwy nanoszone na płótno szpachlą i olejem,
artysta maluje warstwowo w taki sposób, że
powierzchnie kolorystyczne
znajdujące się w głębi, wydobywają się i mieszają z zupełnie podświadomie, w procesie tworzenia. Bolesne „drapanie” – „odrapanie” „o-drapanie”, z drugiej strony – emocjonalne, warstwowe budowanie nowych form, barw, mieszanki, w której staram się być autentyczny. Nazwałem to „o-rapizm”. Ku mojemu zdziwieniu styl został zdefiniowany i wpisany jako nowy kierunek w malarstwie abstrakcyjnym. No właśnie – jedna z wybitnych krytyków sztuki, Margherita Blonska-Ciardi, pisze tak: ”Spontanicznymi pociągnięciami pędzla i szpachli polski artysta marszczy, drapie powierzchnie płótna, nakładając warstwowo kolory pod wpływem chaosu emocjonalnego na figury poprzednio namalowane (…) Przekazuje świeżość i naturalność swojego gestu twórczego. (…) Wyciąga nasze odczucia, łapiąc je w swoją sieć kolorów i faktur o różnorodnym wzorze” Krzysztofie, czyli nie dość, że nastąpił przełom w Twoim życiu, to jeszcze powstała definicja nowego stylu w malarstwie.
nowymi warstwami.
Jesteś skromny: „Ktoś to z krytyków podchwycił, nazwał”... Krzysztofie, specjaliści od sztuki nazwali Cię również nowoczesnym ekspresjonistą: ” Żółć, pomarańcz, czerwień – często kontrastujące z zielenią i odcieniami niebieskiego, tak jak w obrazach ekspresjonistycznych Van Gogha i fowistycznych Paula Gauguina. Niektóre prace artysta maluje warstwowo w taki sposób, że powierzchnie kolorystyczne znajdujące się w głębi wydobywają się i mieszają z nowymi warstwami. Daje to efekt dialogu między kontrastującymi ze sobą powierzchniami kolorystycznymi i zaprasza do głębszej analizy pracy, która prowadzi do wydobywania własnych atawistycznych emocji i ukrytych w zakamarkach naszej podświadomości pragnień.” – pisze Ciardi Czyli drapiesz i śledzisz? Co tam jest? Czy to bolesne drapanie kolejnych warstw, to poszukiwanie czegoś nadrzędnego, czy wręcz przeciwnie – obnażanie? Jak powstają Twoje obrazy?
Na początku malowałem kilkadziesiąt obrazów w krótkim czasie, rozpędziłem się do miejsca, „Ora – pista” – z języka portugalskiego – teraz śledzić. w którym pomyślałem: zamęczysz publiczność. Jest coś na rzeczy. „Akcja-reakcja, autor-odbiorca, przekaz podprogowy, odbicie lustrzane”. 50 lat zajęło Potem zacząłem podchodzić do obrazu inaczej i czasem działo się tak, że z pierwotnego konceptu mi zbieranie doświadczenia, ale nagle odpaliły mi pomysły na przekazywanie emocji sobie i najbliższym. nic nie zostawało. Jednak karciłem się – nikt cię nie Stało się to sensem życia. Nigdy nie sugerowałem prześladuje, nie zmusza do niczego, przestań myśleć. się żadnym innym malarstwem, no może w młodości Na początku były pędzle, jednak struktura wysychała fascynował mnie Malczewski. Dopiero później, gdy za szybko, a ja czułem potrzebę dodawania warstw, sam zmierzyłem się z malarstwem i powstawały pracy nad tą strukturą. Potem była szpachla, to moje obrazy, krytycy zaczęli widzieć w nich więcej, narzędzie odnalazłem jako „swoje” – struktura nie nazywać, poszukiwać mojej podświadomości. wysychała, farba olejna na płótnie, a nie na desce, Ja nigdy nie studiowałem malarstwa, chciałem być dawała możliwość bardzo sprężystego nakładania jakby „na świeżo”. To tak jak z seksem; można mieć i mieszania tych barw i warstw, właściwie już na strasznie dużo Wisłockiej w głowie i nic z tego nie podłożu. Często ostateczny obraz nie był wynikiem wychodzi. Przeżycie ma sens, jak się tego spróbuje. I gdybym naczytał się, że to tak trzeba albo tak – pierwotnego pomysłu, a jedynie w sposób odległy (dużo ludzi próbowało mi sugerować, a może tak, dawał z nim skojarzenie. Kiedyś, po moich podróżach może inaczej, popracuj nad warsztatem), to na po Indiach, chciałem namalować postać Hindusa, pewno nie powstałby orapizm. Proste skojarzenie w rezultacie wyszła jakaś wizja barw indyjskiej z seksem; popracuj nad warsztatem… no jak to?, przemieszanej ulicy, bez jakiejkolwiek postaci… przecież to jest najpierwotniejsze i albo to czujesz, Przed malarstwem próbowałem pisać, wymyśliłem albo nie. POST SCRIPTUM
95
jakąś historię. Doszedłem do 70 strony i… utknąłem. Pomyślałem sobie, że jeślibym kontynuował, to dopiero byłoby obnażanie. Słowo jednak jest bardziej podatne na „nagość”. Namalować, pozakręcać, pomazać – jest dzika żądza, jest erotyzm, ale można to ukryć pod warstwami, dać potencjalnemu widzowi pole do wyobraźni i swojej interpretacji. Pokazać prawdę sobie, ale też dać wolność widzowi. To widz może, przez wniknięcie do obrazu, przenosić się w świat swojej wyobraźni. Orapizm jest formą uwolnienia się. Jeśli już przebiłeś się przez całą sumę swoich zakłamań wewnętrznych, jeśli dochodzisz do swoich emocji (śledzenie siebie, poszukiwanie), to chcesz to jakoś pokazać, a równocześnie czujesz, że się obnażasz, więc ukrywasz to pod warstwami, drapiąc, mieszając te warstwy, aby widz sam mógł próbować odnaleźć swoją prawdę. Wewnętrznie chcielibyśmy być prawdziwi. Nasz wyuczony zawód, to w jakiś sposób rzemieślnictwo. Można wykonać coś poprawnie, pięknie, ale jest to w jakiś sposób planowane, często dość rutynowe i w pewnym sensie przewidywalne (o ile coś się nie powikła). Bycie artystą to wyczulenie, wrażliwość, nieprzewidywalność? Skąd czerpiesz inspiracje dla swojej wrażliwości? (Śmiech) Inspiracją jest prawdziwe życie. System wartości od urodzenia przypisywał nas do pewnych zadań. Nagradzano, kiedy coś wykonaliśmy dobrze, wszystko było przewidywalne, uporządkowane. Szkoły, potem studia, które dają prestiż, może i pieniądze, satysfakcję… Presja zewnętrzna: ”Jeśli to wszystko osiągniesz , to będziesz szczęśliwy”. Plus przełom, który dokonał się w naszym pokoleniu pomiędzy komunizmem a pseudo-kapitalizmem. Pogoń za dobrami miała dać odpowiedź na to, kim jesteśmy i satysfakcję. Odnalezienie własnego miejsca i wyprodukowanie następnych pokoleń, którymi będziemy się szczycić. „Well being” w uporządkowanym świecie. Bycie w stadzie wiązało się z zewnętrzną presją: wszyscy tak robimy, to jest słuszne, zasługujesz na to. Kochamy cię za to, że jesteś taki sam, nie wyróżniasz się. Dojdziesz do emerytury, potem będziesz patrzył na swoje wnuki, będziesz podróżował. Osiągniesz spełnienie. I potem okazało się, że to pierwsze oszustwo wychodzi na jaw, jak już faktycznie masz poczucie, że coś zaczynasz posiadać, coś z tego się realizuje. Mnóstwo moich kolegów lekarzy już nie żyje, zapędzili się w tej pogoni. Czy w takiej pogoni tracimy wrażliwość?
96
POST SCRIPTUM
Wilk Wilk 2019 80x90cm olej na płótnie Wręcz nie możemy być wrażliwi. Wiecznie czujni, pancerni, odporni na stres. Okazało się po latach, że przyjaźnie ze studiów były nieprawdziwe, każdy oddalał się do swojego świata twardej pogoni za spełnieniem, za stanowiskiem, podobnie stało się z grupami ludzi, którzy znali się z życia towarzyskiego ze zjazdów branżowych. Pojechaliśmy grupą zaraz po 11 września uczyć się stomatologii od najlepszych; przejechaliśmy wtedy kawał Ameryki – w tamtym momencie wydawało mi się, że jesteśmy takimi zdobywcami (championami), którzy złapali anioły za skrzydła. Wydawało się, że jako grupa będziemy
Wybuch był tak potężny, że wiedziałem, że nic mnie już nie zatrzyma. Zmieniły się cele, priorytety i środki. Co było przełomowe w Twoim życiu? Pojechałem na międzynarodowy kongres implantologiczny do Porto, przyszło mi nagle do głowy, bodajże w drugim dniu kongresu, że jednak nie będę „wkręcał śrub” i zdecydowałem, że idę w drogę. I tak spontanicznie przeszedłem ponad 100 km do Santiago de Compostela. Towarzyszyli mi kolega wraz z żoną. Po powrocie rozwiodłem się, dokończyłem znajomości z ludźmi, którzy nie unieśli moich decyzji, nawet nie próbowali ich zrozumieć. Nagle odczułem potrzebę malowania. I namalowałem pierwszy obraz. Kim jest postać kobieca? Każdy z nas ma elementy męsko-żeńskie, istnieją one w równowadze. Kobieta jest dla mnie treścią, ale i widzem moich obrazów. W chwili, kiedy odkrywam ją, kiedy ta energia ukryta w kobiecie wyzwala się, staje się dopełnieniem mojego życia. Moją namiętnością jest cały czas ta sama kobieta – moja żona. Niezależnie jaki jest ostateczny erotyczny przekaz postaci kobiecej, jest to zawsze ona. Akt miłosny jest punktem spotkania się dwóch wszechświatów – męskiego i kobiecego, gdzie następuje wymiana energii.
Wilk blisko, tyle wspomnień, wspólna nauka. Jednak zamiast tego wszyscy utknęli w swoich klinikach, aby zarabiać swoje pieniądze. Mnie również wydawało się, że uporządkowane życie, w wyniku którego pracowałem w klinice, poznałem kobietę, urodził się syn (który również obecnie jest stomatologiem) jest jedynym racjonalnym dla mnie rozwiązaniem. Pojawił się jednak niedosyt. I dwie kolejne próby odnalezienia się w nowych związkach zakończone niczym. Dużo później poznałem kobietę, która jest energią. Okazało się, że przez całe swoje uporządkowane życie poszukiwałem energii.
Ciardi napisała: „Postać kobieca jest częstym źródłem inspiracji Konopki, stanowiąc centrum kompozycji o tematyce erotycznej, uwydatnionej poprzez mocne impresje kolorystyczne zaczerpnięte z przyrody. Przedstawia malowany obiekt i jego tło, jako jedność tonalną, gdzie zostaje zatarta linia konturów.” Czym dla Ciebie jest kolor? W kontrastujących, mocno fakturowych warstwach nałożonych na siebie widz może dopatrywać się elementów ruchu np. fal, płynących chmur. Kolor wynika z temperamentu. Technika stratyfikacji daje doskonałe możliwości wydobycia ruchu. Kolory są czyste, ale ostatecznie pomieszane pulsują, pozwalają na wyzwolenie. Temat figuratywny chowa się pod kontrastującymi warstwami. Ten proces twórczy jest podświadomy. Nie wiem, jak ostatecznie on się skończy. Tam, pod te podrapane warstwy zapraszam widza, aby szukał odpowiedzi. Kolor jest dla mnie środkiem ekspresji. Odkryłem, że kładzenie szpachlą grubych warstw powoduje, że farba nie POST SCRIPTUM
97
Motyl
Często ostateczny obraz
nie jest wynikiem pierwotnego pomysłu, a jedynie w sposób odległy daje z nim
skojarzenie
98
POST SCRIPTUM
Twarz mieszana na palecie, tylko bezpośrednio na płótnie sprawia, że poszczególne warstwy zlewają się, żyją przez kilka dni, pracują. Nie jestem teoretykiem, w malarstwie realizuję się poprzez doświadczanie. Nie chciałem dowiadywać się, czym jest malarstwo, chciałem malować. Obraz maluję 20-40 minut i nie podchodzę do niego drugi raz. Nie umiem malować na zamówienie. I nawet nie chciałbym. Czyli opierasz się komercjalizacji. To niezmiernie wartościowe we współczesnym czasie. Od 2017 roku Twoje obrazy pojawiały się w różnych galeriach europejskich, były nagradzane, w roku 2020 miały zostać zaprezentowane na ważnych, międzynarodowych wystawach w Skopje, Mediolanie i Rzymie. Niedawno gościłeś z wystawą w Warszawie. Twoje malarstwo pojawiło się na okładkach tomików wierszy indyjskiego poety Md Taslima (2017). Jesteś rozpoznawalny. Która z nagród była dla Ciebie szczególnie cenna? Moją najcenniejszą nagrodą jest „mówiona” opowieść mojej żony o moim malarstwie. Wielką przyjemnością była pierwsza wystawa w Amsterdamie. Jechałem autobusem z obrazami całą dobę, nie byłem pewien czy to wydarzenie dojdzie do skutku. Przyjaciel artysta pomógł mi, powiedział: „słuchaj, widzę Cię na tej wystawie”.
To było niesamowite przeżycie. Poznałem wielu ważnych malarzy z całego świata. Szczególnie ważnym dla mnie wydarzeniem była ostatnia edycja Biennale we Florencji. W katalogu oficjalnie umieszczono moje obrazy pod nazwą Orapizm. Jestem szczęśliwy, że miałem możliwość wystąpienia w dokumencie włoskim, (obecnie przygotowywany jest dokument dla telewizji w wersji anglojęzycznej), że pojawiły się również wartościowe recenzje. Jako nagrodę postrzegam również możliwość znalezienia się na artystycznych łamach Post Scriptum. I szczerze…? Denerwowałem się. Powiem więcej: nie mogłem spać całą noc, myśląc o tym wywiadzie (śmiech). Kolorowy motyl na jednym z ostatnich Twoich obrazów to jest wyrwanie się? To Ty? Motyl był próbą pokazania delikatności i jednocześnie bezwarunkowego oddania. Tak można obnażyć się jedynie przy wielkim zaufaniu. Piękny motyl jest wrażliwością. Czyli jednak wyjście z letargu. Puszczasz go wolno. [KBS]
POST SCRIPTUM
99
poezja. nadbagaż nie przeczuwałem że poezja zostanie jedynym bagażem który pozwolą mi zabrać w starym świecie zabrakło miejsca dla liryki może na stację zwerbują demiurga działu kreatywnego poeta nie zbuduje nadziei na połamanej monecie nie zaprojektuje świata pod dyktando dumnych przywódców nie sprzeda wiersza z dodatkowym ubezpieczeniem od podróży kosmicznym promem nigdy nie stanie się niewolnikiem poeta to nie ten co pisze wiersze ale ten co myśli i czuje pomiędzy wierszami co nastąpi gdy starszyzna dojrzy że na pokład zaprosiła wichrzyciela praprawnuka wallenroda
Marcin Kurcbuch
supernatural urodziłem się mgłą prześwitem wodą niepisanym znakiem zapytania albo półpauzą zawieszoną przed oddaniem głosu w godzinie narodzin najgłośniej słyszę zatrzaśnięcie ostatnich drzwi przybyłem dumny i pokorny by kochać w sobie wędrowca i wędrówkę jestem pełnią która dąży by poznać jestem pełnią która pragnie pokoju jestem wpisany w przepiękne koło oddechu nie wiem kiedy znów się powtórzę na wszelki wypadek zostawiam kartkę z kolejnym zapisanym wierszem może kiedyś siebie rozpoznam tę samą jaźń w ciele kogoś innego
100
Marcin Kurcbuch POST SCRIPTUM
Renata Cyg
gan
WIOSNA 2020 Życie nam dało kopa w głowę zeskoczyliśmy z karuzeli podomykano nas w alkowach wtorek podobny do niedzieli niedziele dzielą dzieli ściana niepokój wzrasta galop ustał za oknem wiosna rozedrgana wiatr po swojemu liście muska... bez nas przejrzyściej tam na mieście w międzyprzestrzeniach na podglebiu a tu nowinki przykrej treści nie dają w oczy patrzeć niebu więc oznaczamy się na zdjęciach ciułamy miałkie wniebowzięcia tramwaje wożą ludzki niebyt nic już nie będzie tak jak kiedyś
Renata Cygan
TWOJE OCZY ŚMIEJĄ SIĘ POMARAŃCZĄ patrzę ci w oczy i czuję to samo co czekając na pomarańczę obieraną w świąteczny poranek przez tatę równie miło wspominam pajdę chleba ze smalcem tyle że ona nie uśmiecha się do mnie świętami choinką i całą resztą zamkniętą w zapachu owocu pełnego słońca i ukrytej tajemnicy
Adam Marek
Renata Cygan
POST SCRIPTUM
101
Twórca wydostaje się Twórca wydostaje się na powierzchnie na powierzchnie gdy gdyosiąga osiągagłębię głębię Zbigniew ZbigniewKurzyński Kurzyński
Miniatury wybrane ze zbioru ponad tysią tysiąca tekstów fejsbukowej grupy poetów, liczącej około 200 członków. Grupę tę stworzyła Wanda Dusia Stańczak (prezes Stowarzyszenia Autorów Polskich oddz. II Warszawskiego) w czasie kwarantanny. kwarantanny.
Świta myślą przymierzam nowy dzień leży jak źle skrojony kostium
POEZJA
Wanda Dusia Stańczak
Zostań Podaję ci płaszcz pachnie tobą pragnę bardzo by pozostał u mnie jestem niespokojny że mi ciebie na zawsze zabiera Janusz Kokoszka
ludzie bez twarzy niebo innych motyli dziwią się okna Coobus Fiołki w sałace
nie dzień świąteczny i nawet nie niedziela niezwykły dzień ogród świąteczny to i nawet nie niedziela to zwykły Coobus ogród Coobus
102
POST SCRIPTUM
smak życia na języku słodko gorzko kwaśny smak uników zerwanych niedojrzałych słów wyszukany i banalny jednocześnie jak fiołki w sałatce z resztek dopijam wino małymi łykami wspomnień i...rozbijam szkło Małgorzata T. Skwarek-Gałęska
marsz coraz cięższy marsz jakby czascoraz spadłcięższy na ramiona jakbynawet czas spadł na zwalnia ramiona światło nawet światło dogonią nas zwalnia lodowce dogonią nas lodowce Joanna Wicherkiewicz Joanna Wicherkiewicz
Ceruję życie kolorową nitką rwie się plącze supełkuje takie ze mnie beztalencie
czasem przybiera postać konika na biegunach Kazimierz Linda
POEZJA
pegaz nie zawsze ma skrzydła
Samotność tak daleko do ciebie na niepotrzebne wyciągnięcie ręki Joanna Słodyczka
Wanda Dusia Stańczak
miniatury
Maria Pawłowska
POEZJA
w blasku wieczoru cichnie gwar skrzydlaty cień i mgła się skrada w blasku wieczoru cichnie gwar na próżno czekam tyle lat skrzydlaty cień i mgła się skrada nie pytajna ilepróżno - nie wypada czekam tyle lat nie pytaj ile - nie wypada Halina Markowska-Budniak Halina Markowska-Budniak
w niespotkaniu w niekochaniu w niemieszkaniu w niepamięci wniebowzięci
miniatury POST SCRIPTUM
103
JACEK KARCZEWSKI Jej wysokość gęś Opowieści o ptakach
W „Samce homo sapiens krążą po ulicach naszych kolonii (miast) wyluzowane, jakby niezainteresowane. To samice stroszą pióra, śpiewają, stają na głowie, żeby zwrócić na siebie uwagę i wygrać z konkurencją. Przyprawiają sobie nawet handicap principle; tipsy, które uniemożliwiają niektóre codzienne czynności, sztuczne rzęsy, które zasłaniają widzenie, obcasy, które wykluczają samodzielne chodzenie (na własne oczy widziałem w sezonie na sopockim Monciaku!). A to tylko kilka przykładów. Cel prawdopodobnie ten sam: „Zobaczcie chłopaki (i dziewczyny)! Jestem tak dobra, że daję radę mimo to!” To chyba niemożliwe, żeby chodziło o względy estetyczne? Na pewno nie we wszystkich...”.
Z
aczęło się tak: pora, można powiedzieć, po obiedzie, Teleexpress w tle. W pewnym momencie słyszę, jak ktoś opowiada o zestresowanej gęsi. Pierwsza migawka – tak poznałem Jacka Karczewskiego, to znaczy Jacka osobiście poznałem później, ale wtedy dowiedziałem się, że jest na świecie pasjonat ptaków i poleca telewidzom swoją książkę. Zaintrygowała mnie ta krótka książkowa wstawka.
Z
anim o książce, kilka słów o Jacku: z pierwszego wykształcenia psycholog, autor wielu artykułów w Gazecie Wyborczej, można go też usłyszeć w radiu TOK FM, z zamiłowaniem opowiada tam o ptakach. Więcej informacji chętni znajdą na stronie (blogu) Jacka Karczewskiego. Warto jeszcze w tym miejscu wspomnieć o stowarzyszeniu Ptaki Polskie, które Jacek Karczewski z grupą entuzjastów założył w 2006 roku i z powodzeniem realizuje tam rozmaite projekty czy kampanie społeczne: Bądź na pTAK!, Ogród na pTAK!, Noc Sów czy Bagna są dobre! Można powiedzieć, że działalność Jacka na rzecz ochrony przyrody zaowocowała wieloma historiami, którymi autor książki Jej wysokość gęś może podzielić się z tymi, którym na sercu leży dobro ptaków, ale w gruncie rzeczy nie tylko ptaków, zasadniczo fauny i flory, która niestety jest w opłakanym stanie, między innymi z powodu ludzkiej chciwości i zachłanności. O tym zresztą Jacek też pisze.
104
POST SCRIPTUM
e wstępie do książki czytamy, iż autor został poproszony o to, aby napisać książkę w taki sam sposób, jak opowiada o ptakach na antenie radiowej. Tak w istocie powstała Jej wysokość gęś. W opinii Jacka Karczewskiego jest to książka dla wszystkich, chociaż w moim odczuciu, w pierwszej kolejności, jest to pozycja dla tych, którzy słuchają lub słuchali Jacka w radiu. Sam nie znałem autora przed premierą książki. I pewnie nie miałbym impulsu, by po nią sięgnąć (i to bynajmniej nie z powodu, że ta publikacja może się podobać lub nie, tylko po prostu w gąszczu różnych propozycji wydawniczych pewnie bym książkę Jacka przeoczył). Zresztą, za przekonaniem, że pisze się książkę dla wszystkich, może kryć się niebezpieczeństwo związane z ignorowaniem czytelników o innych preferencjach. Napisać publikację, która nie byłaby tylko zbiorem opisów i definicji, ale czymś więcej, jest bardzo trudno. Mając też przy okazji na uwadze to, że spora część tekstów powstaje w sieci, czytelnik może poczytać w Internecie, po książkę sięgnie albo i nie sięgnie. Jeśli zaspokoi swój głód informacyjny, to raczej nie sięgnie.
O
d razu podkreślę, że nie jestem ekspertem od ptaków, przyroda mnie interesuje, natomiast do fascynacji chyba mi daleko, czego zresztą mogę pozazdrościć Jackowi Karczewskiemu, który mimo trudnych okoliczności zaraża innych swoją pasją. W prezentowanej publikacji poczytamy o różnych ptakach: mewach, maskonurach, rybitwach, szpakach, trzciniakach, wodniczkach, wróblach, sterniczkach, wąsatkach, łabędziach, no i oczywiście o gęsiach i innych pięknych ptasich okazach. Nieraz są to informacje szczegółowe, obserwacje, lęgowiska, upierzenia, wysiadanie jaj, innym razem są to opowiastki bardziej prywatne. Jacek na chwilę zdejmuje maskę eksperta i przewodnika, zaczyna nas wieść nieznanymi szlakami wyobraźni, ale przede wszystkim drogami swojego życia. Liczyłem, że tego życia będzie trochę więcej. Zauważalny jest powtarzalny ruch, kiedy Jacek zaczyna snuć opowieść, chociażby o pobycie w północnej Anglii czy na Farne Islands, gdy na początku mamy, można powiedzieć, początek historii, która później przeobraża się w cały stos informacji. No i tu zaczynają się schody, jak to określić, terminów encyklopedycznych, wyjętych z leksykonu. W każdym rozdziale wygląda to nieco inaczej. Mam mały przesyt, danych jest czasami zbyt sporo, i nie chodzi mi wcale o to, że to może być nieinteresujące, wręcz przeciwnie, jestem zdumiony
„Nosy zadarte, piersi do przodu, brzuchy wciągnięte... Jak w komitecie powitalnym. Ich absurdalnie wielkie, fantazyjnie żłobione dzioby rozbłysły w słońcu niczym kolorowe lampki. Do tego bladosrebrzyste poliki z ciemnym okiem osadzonym w mocnym czerwono-grafitowym makijażu w kształcie trójkąta. Czarne peleryny na skrzydłach i plecach opadały na lśniąco białe piersi i brzuchy. Czarne czapeczki i czarne apaszki. Wszystko to wykończone bardzo pomarańczowymi stopami”.
wiedzą Jacka, jego fascynacją i chęcią podzielenia się tym z innymi. Odnoszę tylko wrażenie, że potencjalny czytelnik, który weźmie do ręki książkę i przypadkowo natrafi na te opisy upierzenia, opisy godów, migracje, może przykładowo zajrzeć do sieci, otrzyma tam informacje na konkretny temat, pomimo tego, że książka może dać więcej, pobudzi wyobraźnię, czytelnik może z tej drogi zrezygnować, zajrzy do Wikipedii.
Z
anurzyłem się w Jej wysokości gęsi, odwiedziłem Wyspy Brytyjskie, zajrzałem do portu Seahouses, Parku Narodowego Matsalu, wita mnie zielona Estonia, Jacek czaruje na Madagaskarze, gdzie niczym Indiana Jones przeskakuje z liany na liany i ratuje najcenniejsze ptasie lęgi przed zniszczeniem, rozmawia z Nigelem Marvenem, znanym działaczem na rzecz ochrony ptaków. Przed nim o swoich wojażach opowiada Sacha Dench, to właśnie ona podglądała ptaki z paramotolotni. Niesamowitych historii zebrało się na tę publikację dość sporo, skłonny jestem jednak przyznać, że przynajmniej część z nich to zadatki na prawdziwe opowieści, których niestety się nie doczekałem. Być może w kolejnych książkach Jacek zachwyci nas epickim rozmachem, potwierdzi tym samym kunszt swojego opowiadania.
W
arto przy okazji zastanowić się, dlaczego po tę książkę należałoby sięgnąć. Otóż w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z poważnym zagrożeniem, jakim był pożar na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. O tym unikalnym przyrodniczym królestwie Jacek nie tyle wspomina, co raczej podkreśla jego niezwykłe znaczenie dla miejsc lęgowych wielu ważnych ptaków, chociażby dla największej populacji wodniczki, która znajduje się właśnie na terenie Parku. No i pewnie nie byłoby całej dyskusji, czy kogoś interesuje, jakie ptasie okazy można znaleźć nad Biebrzą, (dodałem szczypty ironii), mam jednak nadzieję, że to nasza wspólna sprawa, w której głos zabiera Jacek Karczewski. Gdyby nie Jej wysokość gęś, pewnie byłbym nieświadomy wartości przyrodniczej, jaką niesie za sobą ten urokliwy rejon w Polsce, dlatego tym bardziej zachęcam, aby zajrzeć do książki. Nie tylko po to, aby dowiedzieć się, co słychać w Parku, ale na przykład przekonać się o kulturowej roli, jaka przypadła
ptakom, być może również krytycznym okiem spojrzeć na człowieka siejącego spustoszenie w świecie przyrody. Znowu jednak mam pewne przeczucie, że było tego w książce za mało, aby mogło to wybrzmieć w bardziej wyraźny sposób. Podkreślę raz jeszcze, chociaż Jacek we wstępie też daje do zrozumienia, że to nie tylko książka o gęsiach, a raczej o całym ptasim świecie, mamy niepowtarzalną okazję przekonać się jak widzi to Jacek Karczewski, a muszę przyznać, że widzi to całkiem rozsądnie i żal byłoby z tej możliwości nie skorzystać.
P
rzekornie zadam pytanie: dlaczego akurat ta książka, o ptakach poczytamy tu i ówdzie, jak więc traktować Jej wysokość gęś? Traktować należy bardzo poważnie, chociaż Jacek zadbał o to, aby czytanie było jak spotkanie z dowcipnym znajomym. Posłuchajcie Jacka na żywo, jest to niezwykle ujmujące, jak swoje obserwacje ptaków usiłuje przełożyć na język, metafory są czasem bardzo zaskakujące. W tej gawędziarskiej, nieco komiksowej opowieści są też ciekawostki: poczytamy o ulubionym ptaku Mozarta, co wspólnego ma wróbel z Edith Piaf, czy o przeprawie dudka i dzięcioła przez morze. Być może warto byłoby te zaskakujące niekiedy historie jakoś graficznie oddzielić od reszty tekstu. Jest to jednak tylko sugestia, którą być może ktoś weźmie pod uwagę przy następnych książkach.
P
ublikacji podnoszących żywo kwestię ochrony zagrożonych gatunków nie ma zbyt wiele, o ptakach też nie wszędzie usłyszymy, chociaż może warto nadstawić ucha i baczniej przyjrzeć się przyrodzie, a na przykład niekoniecznie odwiedzać cyrki z żywymi zwierzętami. Do wsłuchania się w rytm natury zachęca Jacek Karczewski, również w najnowszej książce Noc Sów, o której opowiem wkrótce na łamach Post Scriptum. Oczywiście nie mógłbym nie wspomnieć o szacie graficznej i przepięknych ilustracjach, to czyni książkę Jacka wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju. Tymczasem poczytajcie o przepięknym ptasim odzieniu maskonura. Założę się, że Jacek pracował w jakiejś odzieżowej sieciówce albo w second handzie, nie ma to tamto. [RK] Jacek Karczewski, Jej wysokość gęś. Opowieści o ptakach, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.
POST SCRIPTUM
105
POEZJA
Polecane
Bronisław Kozieński Bronisław Kozieński (Bronek z Obidzy), rocznik 63, pracuje w budownictwie, przeważnie poza granicami kraju. Autor sześciu książek z wierszami, jak również wielu tekstów śpiewanych. W minionym roku nagrodzony Nagrodą Starosty Nowosądeckiego. Nominowany do Nagrody Bolesława Kumora w kategorii Sądecki Autor. Trzeci rok w ZLP, Oddział Kraków. W swojej twórczości podejmuje głównie tematykę doświadczeń i emocji związanych z dzieciństwem, młodością i krajobrazem rodzimych stron – Beskidu Sądeckiego, Pienin, Tatr i Gorców. Może i jest w tym trochę racji, że gdzie bym nie był, o czym gadał, zawsze do gór słowem powracam, góralską nutką dopowiadam (Wniebogłosy)
Biały okręt A gdybym tak kiedyś umarł, to mnie przełożą do łodzi, która nazywa się trumną i będę płynął po wodzie i będą się głośno dziwić ludzie stojący na brzegu, że nurtem Dunajca płynę białym okrętem ze śniegu. A gdzieś tam daleko niżej, gdy łódź się moja roztopi, na białych skrzydłach pofrunę w błękitne morza obłoków. 106
POST SCRIPTUM
POEZJA Rębacz
Dreszcze
zginał plecy worek zgrzebny gdzie wśród rzeczy niepotrzebnych miał przyrządy do ostrzenia złom z kamienia w kształt osełek wyciosanych wygładzonych licem ostrza co na przestrzał przy rąbaniu cięło tor w powietrza drganiu wprawną ręką prowadzony topór dopadając kloca rwał na dwoje drewna słoje strzelał pień jak proca w ręce która już nie może więcej gawiedź go nazwała katem lecz to on był jej ofiarą często topór przed tą zgrają ciął powietrze rzekłby kto wysłannik piekła gdy na wietrze wiatr wplątywał siwe włosy w mocne ciosy wielki niczym Goliat z pyłu wykopany stóp tysiącem z drogi wysuszonej słońcem lecz pod ciosem nikt nie krwawił machał jakby błogosławił znacząc krzyż wzniesiony w trwodze
Dojrzałe wiśnie Nie rośniesz po to, by wyrosnąć. Stać się kolejnym cudem świata, zastawiać w zamian piękną młodość. Zmysły w dojrzałość pozaplatać. Bo kiedyś mama ci mówiła: Popatrz na wiśnię, jak się zmienia. W owocach kwiatach tkwi jej siła, nie zakopuje jej w korzeniach. I twój sen kiedyś nagle pryśnie. Zmysły jak warkocz porozplata, bo nic córeczko nie trwa wiecznie. Nie bądź kolejnym cudem świata.
Do dobranoc dobranoc. Ppójdę spać, bo mam dreszcze. Wweź za rękę mnie mamo Aaby było mi cieplej. Oopowiedz mi bajkę, aalbo zanuć piosenkę. Ja nie jąkam się mamo, tylko słów mam dziś więcej.
*** Starość nie przychodzi nagle, ona się wlecze latami, jak okręt, którego żaglem zostało światło latarni, jak świeca gromniczna w ręce, ku której powoli płyniesz na swoim starym okręcie, który nazywasz życiem.
Urodziny gwiazdy I nieba ci życzę bez mgławic i chmur. Najczystszych przestrzeni dla światła i oczu wpatrzonych, tak z dolin, jak z gór, byś w oczach tych nigdy nie zgasła. I nieba raz jeszcze, by lekkim ci było, bo w końcu to jasne jak słońce, po którym się rodzisz, przez które umierasz, więc wcale ci słońca nie życzę.
POST SCRIPTUM
107
POEZJA
NOWOŚCI WYDAWNICZE
JULIUSZ WĄTROBA W TAŃCU ŚWIATŁA Wydawnictwo: Związek Literatów Polskich Oddział Katowice Projekt okładki: Renata Cygan
KILNIKA STRACHU
Międzynarodowa Antologia Stowarzyszenia Autorów Polskich powstała w czasie pandemii. Pomysł i redakcja: Wanda Dusia Stańczak. Wydanie, skład i redakcja techniczna: Kazimierz Linda, Patronat: Stowarzyszenie Autorów Polskich O/Warszawski II, Projekt okładki: Renata Cygan
108
POST SCRIPTUM
MARCIN KURCBUCH SCIENCE OR FICTION. SUPERNATURAL Wydawnictwca: Marcin Kurcbuch Projekt okładki: Marcin Kurcbuch
Międzynarodowa Antologia KLUCZ DO ŚWIATŁA, wydana po bułgarsku, w Płowdiwie, z okazji Festiwalu Poezji Duchowość bez granic. Znajdują się w niej równeż wiersze współczesnych poetów polskich. Pomysłodwczyni i redaktor wydania: Rozalia Aleksandrowa. Tłumaczenie: Rozalia Aleksandrowa i Teresa Moszczyńska-Lazarowa.
AKWARELE SŁOWEM MALOWANE WANDA DUSIA STAŃCZAK Wydanie, skład i redakcja techniczna: Kazimierz Linda Projekt okładki: Renata Cygan
KWIATOWE TOMIKI POETYCKIE - MIĘDZYNARODOWE ANTOLOGIE STOWARZYSZENIA AUTOROW POLSKICH
POD KRZEWEM BZU SPISANE MAKOWE WIERSZE
PĄSOWE WERSY
VAN GOGH WIEDZIAŁ W KORONIE KRÓLOWEJ NOCY
ZASZEPTAŁO FIOŁKOWO
Pomysł i redakcja: Wanda Dusia Stańczak. Wydanie, skład i redakcja techniczna: Kazimierz Linda, Patronat: Stowarzyszenie Autorów Polskich O/Warszawski II, Projekty okładek: Renata Cygan.
POST SCRIPTUM
109
W tym wydaniu Post Scriptum – to już wszystko. A w zasadzie – prawie wszystko. Na koniec, małe pro domo sua. Z wielką przyjemnością i nieukrywaną pasją od roku staramy się Państwu przybliżać różne dziedziny sztuki i jej twórców, którymi sami, jako Zespół redagujący to pismo, jesteśmy zainspirowani i oczarowani. A tworzyć Sztukę przez duże S, to w tych czasach rzecz tyle ambitna, co niełatwa. Podobnie trochę jest z naszą rzemieślniczą robotą: dostarczaniem naszym Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom tego skromnego produktu, który zwie się Post Scriptum. Dlatego, żyjąc w tak skomercjalizowanym świecie, w którym jako rodzaj posłannictwa postanowiliśmy prezentować Wam trochę ambitniejszą strawę duchową, mamy dla Państwa rodzaj małej oferty biznesowej (dla wielu wszak, nie tylko sztuka jest biznesem, ale i biznes sztuką bywa). Zapraszamy wszystkich, którzy prowadzą mniejsze, bądź większe przedsiębiorstwa lub instytucje związane z szeroko rozumianą kulturą, sztuką, twórczością artystyczną i ich propagowaniem do zamieszczenia ogłoszeń na naszych łamach. Drobnych i... większych. Zatem ktokolwiek organizuje warsztaty artystyczne, prowadzi specjalistyczne sklepy dla artystów, twórców gatunków wszelkich, posiada galerie sztuki, lub wydaje książki itp., znajdzie miejsce na naszych elektronicznych łamach na swą reklamę i promocję. Za niewygórowaną opłatą. Zapraszamy także firmy i osoby prywatne, które zechciałyby objąć mecenatem nasze Pismo i mieć udział w promowaniu wartościowej Sztuki i Artystów, którzy ją tworzą. Wszystkich zainteresowanych prosimy o kontakt emailowy: postscriptum.mag@gmail.com. Każda kwota się liczy. Z góry dziękujemy. A teraz życzymy Wam szalonych, ale zdrowych, bezpiecznych i przyjemnych wakacji. Zaś po letnim wypoczynku zapraszamy do lektury kolejnego wydania Post Scriptum.
NUMER KONTA:
110
IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60
POST SCRIPTUM