SPOŁECZNA HISTORIA GNIEZNA
WYSTAWA
„Ojczyzna istnieje tylko wtedy, gdy istnieje też obczyzna, nie ma swoich, gdy nie ma obcych” Jan Józef Lipski, historyk literatury, działacz polityczny, opozycjonista.
Z jedną religią nie umiemy słuchać Z jednym kolorem nie potrafimy widzieć Z jedną kulturą, nie potrafimy czuć Bez was nie potrafimy nawet pamiętać Przyłączcie się do nas, i zadziwi się Europa! Yael Bartana "Mary Koszmary"
Autorzy wystawy: Kamila Kasprzak-Bartkowiak Paweł Bartkowiak Wrzesień 201 9
To już trzecia odsłona plenerowych wystaw z cyklu „Społeczna historia Gniezna...”, gdzie przypominamy niemilitarne i nieelitarne dzieje naszego miasta. Po prezentacji protestów społecznych i wybitnych kobiet od początku XX wieku do dnia dzisiejszego, pora na wszelkich „innych”, czyli przedstawicieli różnych mniejszości, którzy żyli i żyją na gnieźnieńskiej ziemi. Wszystkich tych nierodowitych bądź inaczej wyróżniających się mieszkańców, którzy są tak samo ważni i wartościowi jak ci urodzeni tutaj. Bo czy chcemy tego czy nie – Gniezno było miastem wielokulturowym! Bo wbrew „zaklinaczom rzeczywistości”, gród Lecha budowali i do dziś tworzą różni, ale równi sobie ludzie. Bo ich wkład w rozwój i kulturę miasta, jest tak samo ważny jak tych, co żyją tu „od zawsze”. Rozpoczynając naszą wędrówkę od początku XX w. czy nawet zahaczając o XIX w., nie sposób pominąć Żydów i Niemców. Przedstawiciele tych nacji pojawili się w naszym regionie na skutek różnych zdarzeń historycznych. Wystarczy wspomnieć warunki sprzyjające osadnictwu, zabory albo inne publiczno-prywatne okoliczności. Jeśli chodzi o żydowskich mieszkańców, to o ich większej liczbie możemy mówić głównie w pierwszej połowie XIX w., kiedy stanowili oni blisko 25% tutejszej społeczności, a pewnym symbolem ich znaczenia, stało się wybudowanie synagogi w 1846 roku u zbiegu dzisiejszej ulicy Chrobrego i Mieszka I. Natomiast w pierwszych dekadach XX w. ich liczba zmniejszyła się choćby z powodu dalszej migracji, którą wywołały przemiany społeczno-gospodarcze, w tym narastający antysemityzm. Symbolicznym końcem dla tej mniejszości zaś stało się zburzenie bożnicy na początku 1940 r. przez niemieckich okupantów. Z kolei Niemcy zamieszkujący Gniezno jeszcze przed I wojną światową, stanowili około 39% lokalnej ludności i jako ewangelicy też posiadali swój kościół. Wszystko zmieniło się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, kiedy to duża ich część wyjechała na zawsze do swego kraju. Dziś, po doświadczeniu wojen i totalitaryzmów XX w., a także Polski Rzeczpospolitej Ludowej, gród Lecha nie jest już tak mocno zróżnicowanym etnicznie miastem, co nie znaczy, że nie ma w nim cudzoziemców. Można by rzec raczej, że struktura się radykalnie zmieniła, czyli zamiast większych społeczności, mamy niewielkie, ale za to bardziej zróżnicowane grupy. Dziś obecni są w Gnieźnie m.in. mieszkańcy pochodzący z krajów afrykańskich, Armenii, Gruzji, Turcji, Bangladeszu, Indii czy o wiele bliższej Ukrainy, Białorusi i Rosji. Jeśli chodzi o przybyszy z trzech ostatnich państw, to stali się oni szczególnie widoczni w obecnych latach na skutek migracji zarobkowej czy zachęt do kształcenia się na polskich uczelniach. Co ciekawe, nasz kraj jawi się często dla nich jako cywilizowane, zachodnioeuropejskie państwo...
WERNER ALBERTI (1863 – 1934) Urodził się w Gnieźnie w rodzinie polskich
Żydów jako Wojciech Krzywonos, który później przyjął pseudonim artystyczny Werner Alberti, pod którym przeszedł do historii opery. Śpiewak operowy, aktor filmowy, pedagog śpiewu, jeden z najwybitniejszych tenorów dramatycznych przełomu XIX/XX w., solista największych scen operowych świata, po mistrzowsku kreował dramatyczne role m.in. w „Trubadurze”, „Lohengrinie”, „Pajacach”, „Rycerskości wieśniaczej”, „Żydówce”, „Aidzie”, „Wilhelmie Tellu”, „Balu maskowym” i „Parsifalu”, promował również polską muzykę wykonując Moniuszkę i Niewiadomskiego. Właściwie cały czas, w tym już jako sławny w Europie tenor dramatyczny występujący pod pseudonimem Werner Alberti, utrzymywał żywe kontakty z dawną gnieźnieńską diasporą, m.in. z rodziną kantora gnieźnieńskiej synagogi, Izaaka Heymanna (zwanego Gnesener Chasan), cenionego później w Amsterdamie kompozytora i tenora synagogalnego. Z córką Izaaka Heymanna, sopranistką Sophie Heymann (ur. 1874 w Amsterdamie) Alberti w 1906 nagrał płytę z duetami z oper Verdiego w wytwórni fonograficznej Favorit. Po wyjeździe rodziny Krzywonosów z Gniezna do Berlina, jeszcze jako młodzieniec pragnął zostać bankowcem. Na szczęście szybko odkryto niesamowity potencjał głosu Wojciecha Krzywonosa, przez co wysłano go do klasy mistrzowskiej śpiewu berlińskiego pedagoga, Martina Rödera. Wkrótce młody tenor zrobił tak szybkie postępy, iż w 1887 zadebiutował koncertem w Berlinie pod pseudonimem Wernera Albertiego, a jego występ spotkał się z ciepłym przyjęciem i życzliwością wymagającej berlińskiej publiczności. Młodym śpiewakiem zainteresował się sławny Mariano Padilla y Ramos, hiszpański baryton, solista teatrów: Covent Garden, Paryża, Warszawy czy Pragi, który został nauczycielem śpiewu Albertiego wraz z żoną Desirée Artôt, będącą światowej klasy śpiewaczką. W 1888 tenor, dysponując imponującym głosem i nieprzeciętną techniką wokalną, która przysporzy mu przydomek „rycerza górnego c”, mając zaledwie 25 lat otrzymał od dyrektora Angelo Neumanna angaż do Deutche Theater w Pradze. W Pradze nastąpił debiut operowy Albertiego rolą Manrica w „Trubadurze”, a po nim kilkuletni związek śpiewaka z tamtejszą sceną. W następnych latach Alberti występował m.in. w Lipsku, Sankt Petersburgu i Moskwie, a także w Genui, Mediolanie czy Budapeszcie, w tym gościnnie również w Berlinie, Kolonii i Amsterdamie. Warto dodać, że w tym czasie artysta nie zaniedbywał także polskiej publiczności i poza Krakowem, odwiedził choćby dwukrotnie filharmonię lwowską oraz zaśpiewał w Teatrze Wielkim w Warszawie. Co ciekawe, za pierwszym razem we Lwowie, zjawił się przypadkiem i na zastępstwo innego tenora, zaś za drugim po wyraźnym uznaniu przez tamtejszą publiczność. Natomiast występ i tym samym debiut w Warszawie, był o wiele bardziej „świadomy” i zapowiadany przez ówczesnych recenzentów prasowych, a tenor podczas swego pobytu w stolicy, wykonał swe arie z „Trubadura” czy „Aidy”. Natomiast 1904 rok okazał się dla Albertiego przełomowy, gdyż to wtedy śpiewak w szczytowej formie zadebiutował w Nowym Jorku w jednej z najsłynniejszych oper świata, czyli Metropolitan Opera House rolą w „Parsifalu”. Niestety, wiadomość o śmierci matki i powrót do Europy, zniweczył szansę na amerykańską karierę, gdyż już nigdy potem tenor nie otrzymał propozycji występów w tak prestiżowym miejscu w USA, choć dzięki sprzedaży swych płyt, cieszył się tam popularnością. Warto dodać, że Alberti był również aktorem filmowym i w 1928 roku wystąpił w dwóch produkcjach: „Der gefesselte Polo” Léo Lasko i „Der alte Fritz - 2. Ausklang” Gerharda Lamprechta.
JAN JUNG (1905 - 1974) Spolonizowany Niemiec, syn Oswalda i Marii Freudenberg. Fotograf, dokumentalista, przemysłowiec, kolekcjoner aparatów fotograficznych. Jego fotografie dokumentalne z okresu międzywojennego i okupacji hitlerowskiej są obecnie m.in. w zbiorach Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie oraz w kolekcjach prywatnych. Wnuk śląskiego przemysłowca Augusta (1821-1904), wychowywał się w majątku ojca w Pyszczynku pod Gnieznem. Jego najstarszym bratem był Franz (1892-1917), który zginął podczas I wojny światowej we Francji. Jung prowadził początkowo w latach 20. XX w. w gnieźnieńskiej willi na ówczesnej ulicy Dalkoskiej 12, własne atelier fotografii artystycznej, specjalizując się głównie w porterach. Niebawem sprzedał kamienicę w Gnieźnie i przeniósł się do Kłecka, gdzie przed II wojną założył zakład fotograficzny oraz fabrykę materiałów budowlanych. Fabryka Junga zatrudniała kilka osób i produkowała m.in. rury kanalizacyjne i przepustowe, dachówki oraz pustaki elewacyjne według projektu Junga imitujące kamień. Po wkroczeniu wojsk hitlerowskich do Kłecka w 1939 r. odmówił wraz z żoną podpisania listy Volksdeutscha. Podczas wojny wspierał polską konspirację, a jego synowie działali w formacji Szarych Szeregów razem m.in. z Włodzimierzem Odojewskim, późniejszym pisarzem. Po zakończeniu II wojny światowej nabył kamienicę na Rynku kłeckim i prowadził tam wraz z córką atelier fotograficzne aż do śmierci.
JAN JAKUB KUGLER (zm. po 1863) Spolonizowany Niemiec, aptekarz i lekarz
gnieźnieński, przewodniczący rady miejskiej, deputowany do sejmu krajowego. Wywodził się z aptekarskiej rodziny, co oznacza, że jego rodzice prowadzili od 1780 roku aptekę „Pod Orłem” przy gnieźnieńskim Rynku i jego dwaj bracia również zostali aptekarzami.W 1827 r. przejął po matce w dzierżawie aptekę, był już wtedy wykształconym lekarzem II klasy. W 1831 r. zakupił aptekę na własność za 9.000 talarów, zapewne od swojej matki. Zakup wzbudził zainteresowanie pruskich władz, które jeszcze w tym samym roku przeprowadziły komisyjną rewizję. Rewizja wykazała rzekomy brak przywileju oraz koncesji na prowadzenie przez Kuglera apteki. Zdeterminowany aptekarz wystarał się jednak o ponowne wystawienie dokumentów, które uzyskał w 1832 r. Jeszcze w 1839 razem z aptekarzami Emilem Brunnerem z Gniezna (właścicielem apteki „Pod Złotym Lwem”) i Rentzmannem ze Skoków ostro sprzeciwiał się u landrata gnieźnieńskiego powstaniu nowej apteki Fregmarka w Kłecku. W 1844 r. spaliła się górna część apteki „Pod Orłem”, więc Kugler po pożarze dobudował trzecie piętro. W 1846 magistrat gnieźnieński zaproponował rejencji bydgoskiej pomocnika Meissnera z apteki Kuglera na aptekarza w Kłecku, ale rejencja ze względu na młody wiek pomocnika aptecznego odmówiła, i Kłecko aż do początku października 1869 r. było pozbawione własnej apteki. W 1847 Kugler miał ponowną rewizję komisyjną, tym razem Prusacy domagali się oryginalnych dokumentów koncesyjnych z roku 1780, poświadczających ciągłość prowadzenia apteki w tym miejscu. Zapewne działania pruskie skłoniły Kuglera do zaangażowania się w sprawy społeczne i polityczne. Jeszcze tego samego roku został przewodniczącym rady miejskiej i deputowanym do sejmu krajowego. Kugler wykorzystał natychmiast okazję i złożył wniosek do ministerstwa, chcąc, aby aptekę w Gnieźnie uznano jako uprzywilejowaną. Ministerstwo potwierdziło prawa apteki sprzedajnej i dziedzicznej, co było częściowym sukcesem. Dopiero w 1852 ministerstwo przyznało aptece prawo do pełnego przywileju, w tym do możliwości przeniesienia apteki do innego domu. Jego synem był Klemens, który przejął aptekę w 1863 roku.
MARKUS MORDECHAI HA-LEVI HOROVITZ (1844 – 1910) Obok Eliezera
Aszkenazego jeden z najwybitniejszych gnieźnieńskich rabinów, autor prac teologicznych i historycznych, poliglota. Urodził się w Ladány na Węgrzech, żonaty z Auguste Ettlinger (1851-1920). Jednym z jego przodków był sławny talmudysta Pinchas ben Izrael Ha-Levi, autor traktatów Yebbamot i Makkot. Markus Horovitz początkowo naukę pobierał w jesziwach Ujhely i Eisenstadt, następnie studiował filozofię i orientalistykę w latach 1868-1871 na uniwersytetach w Wiedniu, Budapeszcie i Berlinie. Doktorat obronił w Tybindze. Był rabinem w Lęborku w latach 1871-74. W tym czasie urodzili się dwaj jego synowie: Jakub Horovitz (1873-1939), który również został rabinem i wsławił się licznymi pracami filozoficznymi i teologicznymi oraz Josef Horovitz (1874-1931), który został profesorem uniwersytetu we Frankfurcie nad Menem oraz światowej sławy orientalistą. Natomiast od 1874 r. do 1878 r. Markus był rabinem w Gnieźnie i tu urodzili się jego kolejni synowie Leo oraz Felix. Po tym czasie Horovitz przeniósł się już do Frankfurtu n. Menem, gdzie jako rabin założył dwie szkoły religijne oraz pełnił funkcję dyrektora Deutsche Rabbinerverband. Podczas swego życia stworzył takie dzieła jak: „Izraelita Közlöny” (esej na temat pochodzenia Żydów węgierskich, 1869), „Frankfurter Rabbinen” („Frankfurt Rabini”, 4 części, 1882-5) czy „Jüdische Aerzte in Frankfurta.-M.” (praca historyczna na temat żydowskich lekarzy działających we Frankfurcie nad Menem, 1886). Został pochowany na cmentarzu RatBeil Straße. Posiadał jedenaścioro dzieci.
Na zdjęciu: Jedna z najdłuższych plaż w Maroku przy ulubionym mieście Iliesa Saidia.
ILIES – jest Marokańczykiem, który w Polsce żyje od 2011 roku, ale w Gnieźnie mieszka od 2 lat i jak się okazuje, ma całkiem sporo swojej rodziny w naszym kraju oraz partnerkę, więc nie czuje się samotny. Przyjechał zaś jako bardzo młody człowiek i postanowił, że będzie pracował w gastronomii. Jednak na co dzień nie serwuje potraw ze swojej ojczyzny, tylko bardziej popularne fast foody typu kebab, zapiekanka czy frytki. Przyznaje, że z życiem w Polsce wiąże się dla niego doświadczenie dorosłego życia, zarówno tego zawodowego i codziennego jak i towarzyskiego, gdzie nie brakuje też małych przyjemności. Natomiast Gniezno postrzega jako spokojne miasto, podobnie jak jego mieszkańców. Być może dlatego, że sam stara się pozytywnie patrzeć na otoczenie i nikomu nie wchodzić w drogę. Poza tym uważa, że granice, które nas dzielą oraz nienawiść do obcych, ludzie na początku mają w głowie, więc już na tym poziomie trzeba z nimi walczyć. Wyznaje filozofię, że do różnych problemów czy władzy, trzeba podchodzić na spokojnie i robić swoje. W Polsce zamierza osiąść na stałe, mimo że w Maroku zostali jego rodzice, których od czasu do czasu odwiedza. To za czym tęskni czy czego mu brakuje z rodzinnego kraju, to Saidia – piękne, turystyczne miasto z jedną z najdłuższych plaż w kraju (14 km) i licznymi atrakcjami, położone tuż przy granicy z Algierią.
Na zdjęciu: Pamiątka, którą Sona przywiozła ze swej Ojczyzny
SONA – o Gnieźnie pierwszy raz usłyszała na lekcjach historii w gimnazjum, gdy zaczynała naukę w Polsce, a do Polski przyjechała w 2001 roku w wieku 14 lat i na początku mieszkała w Wągrowcu. Natomiast w grodzie Lecha znalazła się przez... miłość, czyli swojego obecnego męża Ormianina, którego poznała podczas wycieczki integracyjnej ormiańskiej młodzieży. Co ciekawe, jej oczekiwania względem miasta się spełniły, na pewno pod względem historycznym i architektonicznym, gdzie z jednej strony zauroczyło ją centrum miasta wraz z kościołami i starymi kamienicami, a z drugiej dbałość o zabytkową architekturę, co niestety jest przeciwieństwem jeśli chodzi o jej rodzinny kraj. Jako Ormianka, która już długo mieszka poza Ojczyzną, nie zapomina o swoich korzeniach i jest dumna oraz zafascynowana historią czy dorobkiem kulturalnym swego kraju, które sięgają starożytności. Często też opowiada o Armenii ludziom ze swego otoczenia, bo pragnie by tak samo jak ona, dostali oni szansę zapoznania się z obcą dla nich kulturą oraz wydarzeniami, które są dla niej ważne. Poza tym jako matka dwóch synów urodzonych już w Polsce, stara się im jak najlepiej przybliżyć historię, kulturę i zwyczaje z ojczystego kraju, które też powinni znać. Dziś nie potrafi powiedzieć czy bardziej czuje się Polką czy Ormianką, więc twierdzi, że jest „tworem dwóch kultur” i jest dumna, że łączy ze sobą elementy kultury i historii dwóch państw, odległych od siebie o ponad 5 tysięcy kilometrów. Co ważne, nie dzieli odmiennych kultur na lepszą i gorszą, bo uważa, że inny – znaczy po prostu unikatowy. Jest przekonana, że każdy powinien doceniać wartość różnych kultur, a nie je krytykować. I choć u niej dwie kultury krzyżują się na co dzień, to podkreśla, że najbardziej to widać podczas Świąt Bożego Narodzenia, gdy polskie zwyczaje przenikają się z tymi ormiańskimi. Dzięki temu między innymi Sona wprowadziła do swego domu zwyczaj dzielenia się opłatkiem czy śpiewania kolęd, a Święta obchodzi podwójnie oraz cieszy się, że ten okres trwa u niej od 24 grudnia do 7 stycznia. Obecnie pracuje jako dziennikarka, co okazało się dużym wyzwaniem jak na osobę, która języka polskiego zaczyna uczyć się w wieku 14 lat. Dziewczyna wspomina ten czas jako ciężki, bo nie umiała pisać ani czytać po polsku, ale nie chcąc stracić roku na naukę języka, postanowiła zrobić wszystko, by kontynuować naukę w Polsce ze swoim gimnazjalnym rocznikiem. Dzięki uprzejmości dyrektora szkoły w Rąbczynie (powiat wągrowiecki) została przyjęta do tamtejszej szkoły jako wolny słuchacz, za co jest mu do dziś wdzięczna, podobnie jak całej społeczności szkolnej, która też jej pomagała. Jednak nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie również ogromna determinacja Sony, która czytała bardzo dużo książek w języku polskim czy starała się jak najwięcej zapamiętać z humanistycznych przedmiotów, byle pokazać się z jak najlepszej strony w szkole. Wysiłek opłacił się, bo po roku zdała państwowy egzamin i stała się pełnoprawną uczennicą III klasy gimnazjum, gdzie w dodatku na koniec uzyskała średnią ocen 5,6!Poza pracą, jej największym „hobby” jest rodzina, a drugą pasją – taniec. Od 3 roku życia bowiem jest tancerką, więc jeszcze w Armenii uczęszczała do szkoły tanecznej. Uważa, że w tańcu może oddać bardzo wiele emocji np. gdy tańczy narodowe tańce, to wraca wspomnieniami do swego kraju i gór oraz doliny Araratu czy kościołów i starożytnych budynków. Natomiast w tańcach latynoamerykańskich, które też lubi – wyraża swoją ekspresję i energię.Zamierza zostać na stałe w Polsce, bo tutaj toczy się jej prywatne, zawodowe i rodzinne życie, ale jednocześnie utrzymuje kontakt z rodziną w Armenii. Oprócz tego ma wielu przyjaciół, którzy poznali jej kulturę, zwyczaje i kuchnię. Uważa też, że pokolenie jej rodziców, które przyjechało do Polski, by osiedlić się – miało trudniej jeśli chodzi o załatwienie wszelkich dokumentów, a dziś jest łatwiej o pozwolenie z uwagi na zapotrzebowanie taniej siły roboczej.
Na zdjęciu: Doktor Aland wraz z bliską mu osobą.
ALAND – do Polski przyjechał z Haiti ponad 30 lat temu na studia, które były jego głównym celem. Wykształcił się w Poznaniu na Uniwersytecie Medycznym jako ginekolog-położnik i rozpoczął pracę w Gnieźnie. Od początku wybrał gród Lecha jako miejsce swego życia i uważa, że nasze miasto jest dobrym i sympatycznym miejscem do życia. Swoją ojczyznę odwiedza dziś sporadycznie, zależnie od okoliczności, choć jego rodzice już nie żyją, a większość bliskich ma tutaj. Obecnie więc całe jego życie toczy się w Polsce, gdzie też jeszcze przed nauką na uczelni, ukończył przygotowawcze studium z języka polskiego. Co ciekawe, żyjąc tu przez dekady, był świadkiem transformacji ustrojowej i wszelkich przemian społecznych, które ogólnie ocenia pozytywnie. Jednak z drugiej strony zwraca uwagę na wszechobecny pośpiech w życiu, który jest też obecny w jego zawodzie i często staje się negatywnym zjawiskiem. Jest przekonany, że szybkie tempo życia i przepracowanie Polaków, wynika z ciągłej potrzeby „dogonienia Zachodu”. W swojej pracy zaś najbardziej lubi uśmiech i zadowolenie pacjentek, a sama medycyna nauczyła go pokory, co oznacza, że lekarz nie może być zadufany ani zbyt pewny siebie w tym co robi. Natomiast jeśli chodzi o nieprzyjemne sytuacje w Polsce, które mogłyby go spotkać z powodu pochodzenia i koloru skóry, to nie przypomina sobie takich zdarzeń, bo jak twierdzi – ma inny status społeczny, nie chodzi często ulicami miasta i nie ma kontaktów z nieprzyjaznymi osobami. Jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że jest problem z tolerancją na którym zależy co niektórym opcjom politycznym. W wolnym czasie odpoczywa w swoim przydomowym ogrodzie lub idzie do lasu, by się wyciszyć oraz spędza czas z dorosłymi i młodszymi dziećmi. Tym zaś czego mu brakuje z ojczystego kraju jest Morze Karaibskie.
Na zdjęciu: Ksenia na tle najbardziej rozpoznawalnego elementu architektonicznego przy Instytucie Kultury Europejskiej UAM w Gnieźnie.
KSENIA – w Polsce, a dokładnie w Gnieźnie zjawiła się 5 lat temu i podobnie jak w przypadku Lidii, dzięki programowi wymiany studenckiej. O naszym mieście usłyszała zaś na I roku studiów w Irkucku, gdy podczas jednych z zajęć do sali wszedł dziekan i zaczął opowiadać o możliwości wyjazdu. Sama nigdy wcześniej nie była w Polsce ani w innym europejskim kraju, więc wyobrażała sobie, że w Gnieźnie zobaczy urokliwe, wąskie uliczki czy śliczne, kolorowe domy niczym z folderu. Po trosze te oczekiwania się spełniły, bo polubiła Pierwszą Stolicę, głównie Rynek i ul. Chrobrego, które latem okazały się dla niej szczególnie piękne. Jednak z drugiej strony Gniezno to dla niej za małe i zbyt ciche miasto, wiec bardziej spodobał jej się Poznań, gdzie jest więcej ludzi i studentów. Natomiast w Rosji ostatni raz była 2 lata temu, bo z powodu kosztów i odległości nie może sobie pozwolić na częste wizyty. Z językiem polskim zaś nie miała większych problemów i dziś właściwie płynnie mówi oraz uważa, że to właśnie język jest największa barierą, która nie pozwala zaaklimatyzować się i znaleźć przyjaciół wśród Polaków. Jeśli chodzi o relacje, to lepszy kontakt ma z mężczyznami niż z kobietami, bo dziewczyny jej zdaniem są mniej ufne. Natomiast na uniwersytecie najczęściej trzymała się z Ukraińcami, bo stanowili większość i wskutek tego nauczyła się nawet ukraińskiego. To czego jej brakuje z ojczystego kraju to przede wszystkim jedzenie, czyli pielmieni (rodzaj pierogów), którego nie zastąpią polskie pierogi czy uszka, słonego śledzia, który w Rosji też smakuje inaczej oraz... równie niepowtarzalnego słonecznika, będącego często podstawą do oglądania filmów z przyjaciółmi. Z kolei z Polski najchętniej by zabrała w rodzinne strony białą kiełbasę, kiszkę ziemniaczaną, a także... wódkę orzechową Soplicę. Ta ostatnia bowiem nie jest znana w jej ojczyźnie, a pita z dodatkiem mleka, na początku wzbudzała podejrzenie wśród jej przyjaciół, którzy teraz sami proszą o przywiezienie tego trunku. Na chwilę obecną Ksenia chciałaby zostać w Polsce, bo tu rozpoczęło się jej samodzielne życie i zarysowały życiowe plany. Co do nieprzyjemności czy przykrych zdarzeń, to na szczęście nigdy nie odczuła otwartej niechęci, choć jest świadoma różnych stereotypów, bo jak tylko Polacy dowiadują się, że pochodzi z Rosji, a tym bardziej z Syberii, to od razu pytają o politykę i Putina oraz o to czy rosyjskie społeczeństwo go uwielbia. Dziewczyna jednak nie boi się takich tematów, bo zna historię swego kraju oraz stosunki polsko-rosyjskie, więc umie odpowiedzieć i podyskutować.
Na zdjęciu: Jedno z piękniejszych, zdaniem Mehmeta, miejsc w Turcji, czyli Kapadocja, którą „wyrzeźbiły” charakterystyczne tufowe skały
MEHMET – w Polsce jest już 15 lat, z czego 7 w Gnieźnie, a przybył z tureckiej Ankary w związku z zapotrzebowaniem na profesjonalnych kucharzy do produkcji kebabów. Co ciekawe, na początku poza gastronomią prowadził też hotel i zanim trafił do grodu Lecha, pracował m.in. w Nowym Tomyślu czy Łodzi. Jednak co do naszego miasta jest dość krytyczny i zdystansowany. Uważa, że Gniezno to zbyt kościelne miasto i wylicza około pięciu świątyń wokół siebie. Być może dlatego jawi się jemu także jako zbyt zamknięta społeczność z przewagą ludzi starszych i mentalnie woli większe miasta. Jednak dostrzega też zależność, że młodsze pokolenie, które stąd czy z kraju wyjeżdża, a potem wraca, jest już inne i bardziej otwarte czy rozmowne. Jest również przekonany, że kilka lat temu atmosfera w Polsce była lepsza niż teraz oraz dodaje, że kilka razy spotkały go nieprzyjemne rzeczy. Ogólnie zaś uważa, że problemem w naszym kraju są używki jak narkotyki czy alkohol oraz niewystarczająca pracowitość. To ostatnie spostrzeżenie być może wynika z tego, że Mehmet już w wieku 11 lat wraz ze starszym bratem pomagał w pracy dorosłym. Dlatego pewnie dziś tak ważny jest dla niego „interes”, który prowadzi w Gnieźnie bez rodziny, która została w Turcji. Bliskich jednak odwiedza, ale... 2-3 razy w roku, bo nie chciał by dzieci opuściły ojczyznę. Języka, który nie sprawił mu jakiś większych problemów uczył się w Polsce i od znajomych Polaków, a obecnie doskonali go też przy okazji spędzania wolnego czasu w internecie. Co ciekawe, choć dziś żyje w Gnieźnie, to nie wie czy będzie tu cały czas mieszkał, bo dużo zależy od różnych czynników, w tym sytuacji finansowej.
Na zdjęciu: Bransoletka, którą Lidia kupiła sobie po przyjeździe do Gniezna, na pamiątkę pozytywnych wrażeń i emocji jakie wywołało w niej miasto oraz jego mieszkańcy po pierwszym spacerze.
LIDIA – w Gnieźnie znalazła się przypadkiem, czyli dzięki poleceniu swego profesora, który prowadzi zarówno zajęcia w Instytucie Kultury Europejskiej UAM w naszym mieście, jak i na macierzystej uczelni dziewczyny we Lwowie. To wykładowca zachęcił Lidkę, która wcześniej była w Polsce jedynie turystycznie, by spróbowała przyjechać tu na dłużej, a jeśli jej się nie spodoba to „kupić bilet w drugą stronę i wrócić”. Jak się okazało, po załatwieniu wielu formalności i rozpoczęciu studiów w IKE na kierunku komunikacja europejska, Lidia bez problemu się zaaklimatyzowała. Być może dlatego, że wcześniej była przyzwyczajona do przeprowadzek na Ukrainie, ale w dużej mierze też przez to, że poza rodziną, wiele jej przyjaciółek wyszło za mąż i wskutek tego relacje się osłabiły lub nawet zanikły. Zresztą sama twierdzi, że „moje miejsce jest tam, gdzie jestem ja, czyli gdzie mogę odnaleźć się w społeczeństwie”. Dziś pracuje w Poznaniu i w sumie posługuje się czterema językami, czyli poza ukraińskim i polskim, także rosyjskim oraz angielskim. Przyznaje, że łatwo uczy się języków, choć po osiągnięciu pewnego poziomu, trudniej jest się jej doskonalić z powodu braku czasu. Natomiast Gniezno to dziś dla niej taki dom w Polsce, dlatego jeśli do niego wraca, to z uśmiechem na twarzy. Jej ulubione miejsca w grodzie Lecha to oczywiście teren IKE i akademików oraz... restauracja Misz-Masz na Rynku, gdzie przeżyła niejedno towarzyskie spotkanie. Jeśli chodzi o złe doświadczenia, to nie przypomina sobie, z wyjątkiem żartów, które stara się szybko zapomnieć czy stereotypów dotyczących Ukrainy. Poza tym Lidia wyznaje dość prostą i pozytywną filozofię, że „jeśli samemu daje się innym dobro, to ono do nas wraca”, a jeśli jest inaczej, toteż nieprzyjemności są częstsze. Natomiast pytania Polaków po pierwszym spotkaniu pojawiają się zawsze: o powody przyjazdu, czy jej się podoba, czy dostrzega jakieś kulturowe różnice czy w końcu o konflikt pomiędzy Rosją, a Ukrainą. Jeśli chodzi o ten ostatni, to dziewczyna wyznaje, że stamtąd skąd pochodzi, czyli zachodniej części Ukrainy i okolic Lwowa, tego napięcia się nie odczuwa. Czasem wręcz żartuje sobie, że „jest takim typowym człowiekiem zachodu, który nigdy nie wyjeżdża na wschód”, ale stara się nie dzielić swego kraju w ten sposób, ani nie stwarzać innych barier. Całkiem możliwe, że zostanie na stałe w Polsce, bo ma tu pracę, a poza nią także pasje, takie jak social media i prowadzenie autorskiego kanału na youtubie, gdzie podejmuje różne tematy, ale też chodzi na siłownię, jest weganką i wyznaje minimalistyczną filozofię życia w myśl której m.in. ogranicza ilość przedmiotów w swoim mieszkaniu.
Jeśli spojrzeć na dzisiejsze ścisłe centrum Gniezna, to cały jego plan oraz część kamienic zawdzięczamy jednemu wydarzeniu i kilku mężczyznom o obco brzmiących nazwiskach jak Adler, Windisch, Backhoff czy Crusius. Wydarzenie to pożar Gniezna z 1819 roku zapoczątkowany w domu galanternika Icka Ephraima, natomiast wyżej wymienione nazwiska należały do osób zaangażowanych w odbudowę naszego miasta i były związane z pruskim zaborcą. Gniezno do momentu wybuchu pożaru było pokryte gęstą zabudową, przeważnie drewnianą, z dachami wyłożonymi gontem lub strzechą. W 1818 r. na 451 domów naliczono jedynie 32 murowane. Przyczyniło się to do błyskawicznego rozprzestrzenienia się ognia i ogromnych zniszczeń. To nieszczęście otworzyło jednak możliwość, by od nowa wytyczyć większość ulic i stworzyć Rynek jaki znamy obecnie. To wtedy powstaje choćby panorama na katedrę dzięki długiej i prostej ulicy Chrobrego, dawniej Fredrichstrasse. Odbudowa postępowała szybko, gdyż dekretem króla pruskiego z 7 września 1819 roku, przyznano bezzwrotne kredyty budowlane. Mieszkańcy, którzy wybudowali się w 1820 lub 1821 roku, mogli liczyć na 40% ulgi. Im później, tym była ona coraz mniejsza. Z okresu odbudowy miasta zachowało się do dziś kilka budynków wybudowanych w tym samym stylu. Przede wszystkim na ul. Tumskiej, Dąbrówki oraz przy Rynku. Na ten okres przypada też duży rozrost terytorialny miasta podczas którego wchłonięte zostały okoliczne wsie mi.n. Dalki, Bielawy, Kleryki, Piekary, Kustodia czy Dziekanka. Większość nowych budynków została wybudowana w podobnym stylu. Powstawały domy murowane z cegły na zaprawie wapiennej. Piętrowe podpiwniczone o układzie wnętrz dwutraktowym, z sienią na osi. Elewacje przeważnie pięcioosiowe podkreślone rytmem okien. Kondygnacje rozdzielone systemem gzymsowań i fryzem. Z ciekawostek warto zauważyć, że często za książką „Dzieje Gniezna” Jerzego Topolskiego piszę się, że nasze miasto zostało odbudowane w stylu „Retablissementbau”. Styl taki jednak nie istniał, a nazwa ta wydaje się źle przetłumaczonym zbitkiem francuskiego wyrazu Rėtablissement – odrestaurowanie z niemieckim bau – budować.
Inne kultury to także szczególne budynki stworzone dla ich potrzeb. Niektóre z nich już nie istnieją, inne zmieniły swoją funkcję. Poniżej zaprezentowaliśmy dwa najbardziej charakterystyczne. Istniało ich znacznie więcej, choćby związanych z gminą żydowską czy protestantyzmem. Część z nich przetrwało do dziś jak na przykład budynek szkoły żydowskiej, ale architektonicznie nie wyróżniały się specjalnie na tle całego miasta. Gnieźnieńska Synagoga gdyby przetrwała II wojnę światową, byłaby jedną z okazalszych niekatolickich świątyń w naszym mieście. Wybudowana w 1846 roku w miejsce starej, drewnianej bożnicy zniszczonej w pożarze z 1819 roku, nie przetrwała nawet stu lat. Umiejscowiona była u zbiegu ulic Chrobrego i Mieszka I. Podczas drugiej wojny światowej władze okupacyjne doszczętnie zniszczyły budynek, a jego gruz posłużył do utwardzenia placu ćwiczeń dla wojska przed Seminarium Duchownym. W latach pięćdziesiątych na pustym placu po synagodze wybudowany został blok mieszkalny, który stoi w tym miejscu do dzisiaj.
Kolejny budynek miał więcej szczęścia, lecz nie należy już do swoich pierwotnych właścicieli. Jego budowę rozpoczęto w 1838 roku według projektu Karla Friedricha Schinkla, znanego wówczas architekta tworzącego w stylach klasycystycznym i neogotyckim. Sześćdziesiąt lat później kolejny architekt Wesnigk dokonuje rozbudowy. Obecny kościół Garnizonowy, bo o nim mowa, początkowo należał do zboru ewangelickiego, a jego konsekracji w 1842 r. dokonał Andreas Wilhelm Freymark. Po pierwszej wojnie światowej w okresie II RP budynek przeszedł we władanie Ewangelickiego Kościoła Unijnego w Polsce. Architektonicznie jest to budowla w stylu arkadowym z czerwonej cegły. Wzniesiona na planie przypominającym kwadrat, z wieżą od strony ulicy i półkoliście zamkniętym prezbiterium od strony przeciwnej.
Pierwsze potwierdzone wzmianki o przybyciu mniejszości żydowskiej do Gniezna pojawiły się już za Mieszka Starego. Liczne kontakty międzykulturowe odbywały się głównie dzięki wymianie handlowej. W XIX w. i w pierwszych 30 latach XX wieku, ruchy ludności następowały głównie w związku ze zmianami ekonomicznymi oraz działaniami zaborców. Wyznanie związane było z narodowością i oznaczało to, że wzrost ludności ewangelickiej był równoznaczny z napływem zarówno wojska jak i osadników z zachodu. Po odzyskaniu niepodległości obserwujemy duży spadek liczebności ludności niekatolickiej. Spowodowane było to opuszczeniem Gniezna przez zaborców po powstaniu Wielkopolskim. Natomiast odpływ ludności żydowskiej zapoczątkowany już w roku 1840 z przyczyn ekonomicznych, po 1919 przyspieszył, ponieważ zachód wydawał się dla tej mniejszości rejonem stabilniejszym, a jednocześnie Polacy zaczęli stosować bojkot gospodarczy wobec kupców i rzemieślników wyznania mojżeszowego. Poniższa tabela pokazuje jakie ruchy ludności następowały w okresie 1870 -1937.
Po drugiej wojnie światowej między latami 1945 a 1990, Gniezno podwoiło swoją liczebność, ale pod względem etnicznym stanowiło prawie monolit. Powojenne akcje przesiedleńcze oraz zamknięcie granic sprawiło, że na długi czas nie mieliśmy większych migracji na nasze ziemie. Wiele zmieniło się po 1990, gdy po upadku ZSSR czy wojnie w Czeczenii pojawiły się większe ruchy ludności. Jednak jak wynika ze spisu powszechnego z 2002 roku Polacy w Wielkopolsce stanowili aż 99% ludności. Największą deklarowaną mniejszością byli Romowie w liczbie 1086 osób, a kolejne miejsca zajmowali Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie. Jednak były to liczby naprawdę znikome. Duże zmiany zaszły dopiero około roku 2018, gdy częściowo otwarto granicę dla mieszkańców ze wschodu i tak dla Wielkopolski ilość legalnie przebywających tu Ukraińców na pobyt stały lub tymczasowy wyniosła 12 tys. Natomiast liczbę osób ze wschodu pracujących w naszym kraju szacuje się nawet na 2 mln.
Autorzy wystawy: KAMILA KASPRZAK-BARTKOWIAK / PAWEŁ BARTKOWIAK
Specjalne podziękowania dla Dawida Junga za udostępnienie swoich zbiorów. Bibliografia: Gnieźnianina żywot codzienny – Erazm Scholtz, Marek Szczepaniak, Gniezno 2002 Dzieje Gniezna – pod redakcją Jerzego Topolskiego, Warszawa 1964 Polska, ulubiona masochistka Europy – Dawid Jung, Gniezno 2017 Leksykon zapomnianych gnieźnian – Dawid Jung Dane statystyczne: - do roku 1939 za Dzieje Gniezna pod redakcją Jerzego Topolskiego - spis powszechny z 2011 r. za Mniejszości narodowe i etniczne w województwie wielkopolskim. Patryk Pawełczak. - 2018 za Główny Urząd Statystyczny stat.gov.pl Fotografie: Strona 4,6 ze zbiorów Dawida Junga Strona 8, 10, 24, 25 zbiory własne i ze strony muzeawielkopolski.pl Strona 9, 11, 13, 15, 17, 19 zbiory prywatne bohaterów wystawy.