Skip to main content

trawers wersja 3

Page 1

nr 5 / 2013

1

NO 5

gazeta ludzi aktywnych

nr ISSN kwiecień 2013


Stanowisko TRAWERSU na festiwalu Travenalia 2012, fot. Krzysztof Sowa

Zdjęcie na okładce:

Od redakcji

Piotr Bolko Redaktor naczelny: Paweł Słoń Redakcja: Beata Blitek, Emilia Kurdziel, Katarzyna Rodacka, Karolina Rybicka, Kasia Zajic, Grafika: Ola Trzaskalik Korekta: Milena Piechowska Kontakt: redakcja@trawers.turystyka.pl www.trawers.turystyka.pl www.facebook.com/gazetatrawers © Kraków 2013 Patronat medialny :

Partnerzy:

Mądrość narodów tkwi w ich przysłowiach. Nam podoba się jedno, niemieckie, z sonetu Goethego „In der Beschränkung zeigt sich erst der Meister”. („Dopiero ograniczenia pokazują kunszt mistrza.”) Gdy okazało się, że kolejny numer TRAWERSU nie ukaże się w formie papierowej, wzięliśmy sobie szczególnie do serca tę mądrość naszych sąsiadów. Skoro nie ma szans na wydanie papierowe, zrobimy wszystko, by kolejny numer, który ukaże się w Internecie, był naprawdę dobry: atrakcyjny graficznie, z ciekawymi artykułami i pięknymi fotografiami. Wyciągnęliśmy wnioski z dotychczasowych numerów, uważnie wsłuchaliśmy się w cenne rady i trochę popracowaliśmy. Gdybyśmy jednak mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nie tylko wydrukować ten numer, ale i urządzić wielką kampanię reklamową, najpewniej przebiagły by ona pod hasłem: „Nieodkryte i Inspirujące”. Nieodkryte, bo dalekie, jak park geologiczny w Chinach albo Hiroszima. Nieodkryte, bo tajemnicze, jak pewien cmentarz w Rzymie, albo niewidzialne, jak niektóre muzea w Krakowie. Nieodkryte, jak Stany Zjednoczone – bo choć na pozór znane z codziennych mediów, to jednak zaskakujące przy bliższym spotkaniu. I w końcu inspirujące. Takie, po których mamy ochotę rzucić codzienne obowiązki i już jutro ruszyć na koniec świata. Zabrać ze sobą tysiąc piłek i rozdać je po drodze dzieciom. Najlepiej w Afryce. By zainspirować, a jednocześnie wykorzystać narzucone nam ograniczenie, pozwalamy sobie na małą nowość – fotoreportaż. Mamy nadzieję, że spodoba się wam przynajmniej tak, jak nam. Miłej lektury, redakcja TRAWERSU


Tysiąc piłek 18

Paweł Słoń rozmawia z Bartkiem Suderem fotoreportaż

44 18

Kochajcie Hiroszimę

tekst i zdjęcia: Mikołaj Handzlik

Magiczny świat Zhangjiajie tekst i zdjęcia: jacek

adamus

36

4

Zastrzyk energii

tekst: Katarzyna Rodacka

6

Goog morning America

tekst i zdjęcia: Kasia Zajic

Ciche miejsca w Rzymie

tekst i zdjęcia: Karolina Rybicka

12 50

Nieistniejące muzea

tekst i zdjęcia: Szymon Cierpisz


Zastrzyk energii tekst: Katarzyna Rodacka

Projekt unijny zakończył się z powodzeniem w lipcu 2012 roku, ekipa TRAWERSU jednak działa dalej! Z dniem zakończenia dotacji złożyliśmy wniosek o założenie Stowarzyszenia Podróżniczego TRAWERS. Nasze cele nie zmieniły się – w dalszym ciągu chcemy propagować turystykę odpowiedzialną i aktywną. Z jednej strony jest to gazeta, która zostaje przeniesiona do Internetu. Jej elektroniczną wersję będzie można czytać na naszej stronie internetowej. Gazeta zmieni swój profil z miesięcznika na bardziej nieregularny periodyk, jednak postaramy się to wynagrodzić jak najwyższym poziomem artykułów! Dalej polecamy miejsca mniej znane bądź nieodkryte, chcemy poznawać świat z różnych perspektyw, ale też przyglądamy się temu, co lokalne, równie ciekawe, jednak umykające naszej uwadze. Z drugiej strony, TRAWERS można spotkać na slajdowiskach, spotkaniach podróżniczych, festiwalach. Nasza działalność bowiem zdecydowanie wybiega poza kolegium redaktorskie. Od połowy października organizujemy co wtorek o godzinie 20:30 w krakowskiej Cafe Szafe slajdowiska. Posłuchać tam można o niezwykłych miejscach odwiedzanych przez studentów, o ich pasjach, a także spojrzeć na prezentowane przez nich miejsca ich okiem. Ponadto od stycznia organizujemy cykl spotkań pt: „O podróżowaniu inaczej”, w ramach których chcemy opowiedzieć o podróżowaniu w inny sposób. Pragniemy zapraszać ludzi, którzy uprawiali tzw. social travelling, połączyli swoją pasję do podróży z pracą naukową, zawodową, lub dla których podróż stała się bodźcem do przeanalizowania jakiegoś problemu.


5

fot. Kasia Zajic – Seatlle

Gigantycznym zastrzykiem energii były dla nas Travenalia – Festiwal Podróżniczy organizowany przez Uniwersytet Jagielloński, którego współorganizatorem był także TRAWERS. Dużo czasu spędziliśmy w Auditorium Maximum w Krakowie, pomagając przygotować całe przedsięwzięcie, ale udało się! Idea festiwalu tak nam się spodobała, że nosimy się z zamiarem zorganizowania samemu podobnej imprezy. Pewnie też o podróżowaniu, ale chcielibyśmy skupić się na turystyce lokalnej, odkryć to, co piękne w naszej okolicy oraz w kraju. W planach mamy oczywiście Travenalia 2013. Do wakacji postaramy się też wydać kolejny numer gazety. Oprócz rutynowych slajdowisk i spotkań w ramach „O podróżach inaczej”, najpewniej wpadniemy na jakiś dziwny pomysł w stylu - hm - gry autostopowej. Zobaczymy, co przyniesie wiosna!


6

nr 5 / 2013


nr 5 / 2013

tekst i zdjęcia: Kasia Zajic

USA. Niby niemal co dzień słyszymy w mediach o najpotężniejszym państwie na świecie. A tymczasem Europejczyk, któremu przyjdzie tam mieszkać, ze zdziwieniem odkrywa, że to jednak nie Europa. O kraju, w którym nie ma formatu A4 pisze Kasia Zajic.

Skąd ta cenzura? Stany Zjednoczone, które w opinii wielu są uznawane za źródło wszelkiej rozpusty i zgorszenia, mają również swoje bardzo konserwatywne oblicze. Cenzura w wyjątkowo rygorystyczny sposób ogranicza treść przekazu w radiu i w telewizji. Pomyślcie o jakimkolwiek współczesnym filmie (nie mówię o tych z założenia pornograficznych), żaden z nich (chyba że film familijny dla dzieci) nie zostanie wyemitowany w pełnej wersji w telewizji, niezależnie od pory dnia i nocy – wulgaryzmy zostaną „wypikowane”, nagie ciała zasłonięte, sceny przemocy i seksu bezwzględnie wycięte. Nie dziwi więc powszechne oburzenie, jakie wywołała parę lat temu odsłonięta pierś Janet Jackson w trakcie występu na stadionie podczas finału Super Bowl, kiedy to większość Amerykanów wlepiała

całymi rodzinami oczy w odbiorniki telewizyjne. Od czasu skandalu cenzura została jeszcze bardziej zaostrzona i każda transmisja nadawana jest z kilkusekundowym opóźnieniem, tak aby czujny cenzor mógł w porę zareagować. Z tego też powodu, jak mi powiedziano, syrena ze Starbucksa, którego pierwszy lokal znajduje się właśnie w Seattle, zanim zaczęła podbijać amerykański rynek, została brutalnie ocenzurowana. Obecnie jej wizerunek zbytnio nie przypomina o portowym charakterze miasta, z którego pochodzi i trudno w niej dopatrzyć się jakichkolwiek syrenich elementów widocznych już tylko na historycznym szyldzie pierwszego lokalu. Znajduję się on się na Pike Place Market, największym targu w mieście, z którego rozpościera sie widok na całą Zatokę Eliota.


fot. Kasia Zajic


nr 5 / 2013

W Stanach Zjednoczonych temperaturę podaje się w Fahrenheitach, mleko pija w galonach, a odległości odmierza milami. Chociaż kulturowo kraj ten wydaje się Europie najbliższy, różnic jest o wiele więcej, nie tylko takich jak to, że brak tam formatu A4.

W zdrowym ciele zdrowy duch Amerykanie (choć uprzedzano mnie, że stany Waszyngton i Oregon są pod tym względem dość wyjątkowe) bardzo dbają o swoją dietę i prowadzą wyjątkowo aktywny tryb życia. Oprócz regularnych ćwiczeń na siłowni, basenu i joggingu, często należą do amatorskiej drużyny, na przykład piłki ręcznej, nożnej czy hobbystycznie grają w dwa ognie. Taka, często spontanicznie zorganizowana grupa, posiada własną nazwę, własnoręcznie zaprojektowane koszulki, a w sezonie organizuje rozgrywki z innymi pasjonatami danej dyscypliny. W Seattle, w którym nie brakuje parków, jezior i lasów, nikogo nie dziwi fakt uprawiania w tych miejscach jogi, acro jogi, organizowania treningu crossfit na świeżym powietrzu, czy rozgrywek ultimate freesbe nawet w najbardziej deszczowy dzień. W Seattle nic, co dotyczy dbania o zdrowie, nie jest w stanie zdziwić jego mieszkańców. Powszechne jest tu posiadanie swojego kurnika, nawet gdy nie ma zbyt wiele miejsca, gdzie można by go postawić. Na niewielkich trawnikach przed domem wielu mieszkańców praktykuje urban farming, hodując swoje własne kury w samym centrum miasta. Brak zaufania do wielkich koncernów żywnościowych i produktów sprzedawanych w supermarketach sprawił, że nietrudno spotkać tu wegetarian i wegan. Wszyscy dbają o to, by zakupione produkty pochodziły od lokalnych farmerów i z organicznych upraw. W sezonie każda dzielnica w mieście ma swój własny targ, gdzie oprócz zdrowej żywności można nabyć rękodzieło, biżuterię, ubrania od domorosłych projektantów oraz antyki i starocie. Podczas gdy jedni pochłonięci są dbałością o kondycje fizyczną, inni o duchową i to nie tylko swoją… Dość długo zajęło mi wypracowanie sposobu na unikanie mormonów i członków innych kościołów oraz organizacji religijnych, którzy poszukiwali wśród przemykających studentów chętnych, z którymi można by poczytać Biblię, pomodlić się, czy po prostu porozmawiać o Bogu. Niektórzy z nich przyciągali

chętnych, obdarowując przechodniów darmowym napojem czy batonikiem z ulotką informującą o zaletach płynących z członkostwa w danym zgromadzeniu, takich jak na przykład przywilej korzystania z darmowego parkingu podczas spotkań wiernych.

EMERGENCY! ALERT! EVACUATION! W Stanach trudno spotkać rowerzystę bez kasku, pieszego przebiegającego na czerwonym świetle przez pustą ulicę, czy ludzi spacerujących samotnie po godzinie dziesiątej wieczorem. Amerykanie dbają o bezpieczeństwo, dbają zdecydowanie przesadnie. Pierwszego dnia mojego pobytu w akademiku dostałam swój emergency kit, czyli zestaw przedmiotów absolutnie niezbędnych na wypadek trzęsienia ziemi. Był w nim zapas wody i ekstremalnie kaloryczny batonik, wraz z ulotką dotyczącą częstotliwości spożywania tej przekąski, w taki sposób, by zapewnić sobie zapas kalorii na dwa dni – które, jak rozumiem, miałam spędzać przysypana gruzami, czekając na pomoc. Oprócz tego zestaw zawierał: radio, gwizdek, latarkę, koc termoizolacyjny, ogrzewacze do rąk, plastikową pelerynkę, plastry, nawilżane chusteczki, światło chemiczne bransoletki, maseczkę na twarz i… worek na śmieci. Ponieważ nawet w takich sytuacjach nie można zapomnieć o akcji sprzątania świata. Każdy student dostawał również maile z informacjami o przestępstwach, napaściach i innych nieprzyjemnych zdarzeniach, mających miejsce na terenie kampusu. Wysyłane przez policje raporty dotyczyły między innymi napadu z bronią, w którym poszkodowanemu ukradziono sześciopak Dr Peppera, wycieku tajemniczej substancji niedaleko laboratorium, czy strzelaniny w kawiarni, w wyniku której zginęły trzy osoby, a dwie zostały ranne. Z czasem sama przestałam wierzyć w informację kończącą każdą wiadomość, że kampus jest i pozostanie bezpiecznym miejscem dla studentów. A kiedy zorientowałam się, że ktoś wykradł moje batoniki, które miały trzymać mnie przy życiu na wypadek nieprzewidzianego żywiołu, wizja katastrofy nagle wydała się bardziej realna i przerażająca.

9


nr 5 / 2013

fot. Kasia Zajic

10

Zwyczaj, obyczaj i tradycja Niewątpliwie mój pobyt w Stanach przypadł na okres najważniejszych świąt w tamtejszej kulturze. Święto demokracji, za jakie można uznać wybory prezydenckie, obchodzi się wyjątkowo hucznie. Już z początkiem roku akademickiego codziennie byłam zaczepiana przez wolontariuszy przypominających o konieczności zarejestrowania w celu oddania głosu. Czas kampanii, trwającej kilka tygodni, dla studentów oznaczał spotkania przy piwie i pizzy, podczas których wszyscy śledzili debatę i wyśmiewali potknięcia Romney'a i Obamy. Przed samymi wyborami na kampusie zaroiło się od akcji agitacyjnych, nawołujących do legalizacji marihuany lub małżeństw homoseksualnych. Studenci rozdający ulotki i wlepki, organizujący spontaniczne koncerty i niewielkie manifestacje, trzymający kolorowe banery z numerami tych najbardziej istotnych inicjatyw (502 i 74), dołączyli do niestrudzonej matki, która już na długo przed tą wyborczą gorączką stała na głównym placu kampusu, często

w deszczu, z wielkim sloganem „marriage equality for my gay son”. Sam wieczór wyborczy i ogłoszenie wyników to kolejny powód, aby zorganizować imprezę, na której oblewa się zwycięstwo swojego kandydata, albo upija się po jego przegranej. Jeszcze więcej imprez organizuje się w trakcie Halloween, do którego wszyscy przygotowywali się, obmyślając strój, wycinając dynie czy dekorując swój ogród tak, by przypominał upiorny cmentarz z taniego horroru. Ostatniego dnia października na kampusie można było spotkać wiedźmy, wampiry, licznych superbohaterów, a nawet średniowiecznego rycerza w szkockim kilcie. Z kolei Święto Dziękczynienia to, jak się okazało, nie tylko uroczysta kolacja z rodziną, ale przede wszystkim Black Friday i Cyber Monday. W piątek, dzień po dziękczynnej kolacji, największe domy handlowe rozpoczynają ogromnymi wyprzedażami okres świątecznych zakupów, które trwają już od północy


nr 5 / 2013

i przyciągają tłumy dopiero co najedzonych indykiem klientów. Następujący po Święcie Dziękczynienia poniedziałek to z kolei święto dla tych, którzy polują na okazję przy zakupie sprzętu elektronicznego. Już na początku grudnia udało mi się doświadczyć atmosfery wszechogarniającego bożonarodzeniowego kiczu i dekoracyjnego bezguścia, które osobiście uwielbiam. Zostałam również zaproszona na bardzo popularne w tym czasie Ugly Christmas Sweater Party, na którym obowiązkowym dresscodem jest sweter w choinki, reniferki, mikołajki czy inne świąteczne kreatury.

Transfery kulturowe Tym, czego na pewno można nauczyć się od Amerykanów, jest poczucie dystansu i zabawa konwencją, której efektem jest między innymi Movember. Choć wydarzenie podobno ma nawiązywać do podnoszenia świadomości dotyczącej chorób prostaty wśród

mężczyzn, nie takie wyjaśnienie usłyszałam od moich znajomych: z tego co ja wiem, mężczyźni, podejmując wyzwanie no-shave-november, z początkiem listopada przestają golić zarost, ponieważ chcą udowodnić, zapuszczając gęstą brodę, że nawet gdy przypominają członków plemienia wikingów, są w stanie poderwać każdą dziewczynę. Zgolenie wąsów i brody jest równoznaczne z tym, że cel nie został osiągnięty, co skutkuje kompromitacją w oczach brodatych kolegów. Z kolei w Portland mieszkańcy organizują jedyny na świecie Naked Bike Ride – wydarzenie, które polega na nocnej przejażdżce nago ponad 8 tysięcy rowerzystów. Jego celem jest zwrócenie uwagi na fakt zależności USA od surowców energetycznych, poza tym uczestnicy chcą również pokazać, że niekoniecznie musisz mieć świetnie wysportowane ciało, żeby jeździć na rowerze. Pomysł, który można by przenieść do naszego kraju, to Night Ride Portland. Organizowana również przez miejscowych rowerzystów akcja polega na nocnej przejażdżce po mieście nieznaną nikomu wcześniej trasą, na końcu której czeka wielka scena, muzyka na żywo i, jak słyszałam, najlepsza impreza w mieście. Podczas tego wydarzenia nietypowy strój jest niemal obowiązkowy, a uczestnicy czesto prześcigają się w oryginalności przebrania, dekorując również swoje dwa kółka.

Szybko zorientowałam się, że zdanie „Już nic nie jest w stanie mnie tutaj zaskoczyć” nie ma sensu. Z opinii, które słyszałam na temat tego kraju i jego mieszkańców, śmiało mogę potwierdzić jedną: Amerykanie są otwarci i uśmiechnięci. Nie sposób tutaj mieszkać i nie zamienić codziennie kilku zdań z kasjerką, kelnerką, ludźmi na przystanku, kierowcą autobusu, „sąsiadem” w bibliotece, panią sekretarką, czy kimś, kto właśnie wsiadł z nami do windy. No przecież nie będziemy tak jechać w milczeniu przez trzy piętra?

11


12

nr 5 / 2013

fot. Karolina Rybicka

W gwarnej stolicy Italii można znaleźć piękne i spokojne miejsce wytchnienia w cieniu piramidy Cestiusza. O Cmentarzu Niekatolickim w Rzymie, przepełnionym historią wielu narodów, pisze Karolina Rybicka.


nr 5 / 2013

tekst i zdjęcia: Karolina Rybicka

Czy to w letnim upale, czy w zimowej plusze, w Rzymie zawsze jest głośno: tłumy turystów, wiwatujący pielgrzymi na placu św. Piotra, turkot skuterów, klaksony i wyzwiska zniecierpliwionych kierowców. Nawet w większości kościołów podczas godzin zwiedzania rozbrzmiewa hymn uderzających o marmurową posadzkę obcasów. W mieście cesarzy, męczenników, papieży i artystów, w pewnym oddaleniu od ruin, katakumb i barokowych pałaców, niedaleko piramidy Cestiusza można znaleźć odludne, spokojne miejsce, niemniej przepełnione historią wielu narodów. Jest to cimitero acattolico, czyli cmentarz niekatolicki, miejsce pochówku obywateli wielu narodów, wyznawców wielu religii, innowierców w tak bardzo katolickim mieście. Spoczywają tu dyplomaci, naukowcy, artyści, m.in. przedwcześnie zmarli brytyjscy romantycy John Keats i Percy Bysshe Shelley, amerykański beatnik Gregory Corso, rosyjski malarz Karl Briułłow, duńsko-niemiecki malarz Asmus Jacob Carstens oraz syn Goethego, August.

W niepoświęconej ziemi, w ocenzurowanym grobie Przez wiele stuleci tylko katolicy mogli być chowani w poświęconej ziemi rzymskich cmentarzy. Innowierców, tak jak prostytutki i morderców, grzebano w nocy poza murami miasta. Jak udowodniły ostatnie badania archeologiczne na tym terenie, już na początku osiemnastego wieku papiestwo przeznaczyło łąki w okolicach piramidy na miejsce pochówku protestantów (początkowo głównie dyplomatów i artystów pruskich, angielskich i skandynawskich). Wedle rozporządzenia Watykanu pogrzeby miały się odbywać po zachodzie słońca, często pod eskortą wojska lub policji. Te przepisy miały na uwadze bezpieczeństwo uczestników konduktu pogrzebowego, gdyż aż do drugiej połowy dziewiętnastego wieku zdarzały się napaści rozsierdzonego okolicznego chłopstwa na żałobników i pastorów protestanckich. Do dziś wokół najstarszej części cmentarza (parte antica) zachowały się resztki fosy, która odgradzała nekropolię od pastwisk przed wybudowaniem muru. Aż do 1870 roku, kiedy teren przeszedł w ręce władzy świeckiej, każdy napis nagrobny musiał być zatwierdzony przez Watykan. Zabronione były wszelkie inskrypcje, które mogłyby sugerować, że ktoś spoza wiary katolickiej mógłby dostąpić zbawienia. Odrzucono podania o wyrycie Hier ruht in Gott („Tu spoczywa w Bogu”), a nawet God is Love („Bóg jest miłością”).

13


14

nr 5 / 2013

Cmentarz niejedno ma imię Obecnie oficjalna nazwa nekropolii brzmi Il Cimiterio Acatolico di Roma („Cmentarz Niekatolicki w Rzymie”). Jednak znany jest również jako „cmentarz protestancki”, „cmentarz dla cudzoziemców”, „cmentarz na Testacio” (od nazwy dzielnicy Rzymu, w której się znajduje), a nawet „cmentarz angielski”. Poza przedostatnią, żadna z nich nie jest dokładna. Wbrew nazwie, spoczywają tu też zwłoki katolików (mogą tam być złożone pod warunkiem, że dzielą grób z niekatolickim krewnym). Mimo że większość spoczywających to protestanci, są tu także groby prawosławnych, grekokatolików, Żydów, buddystów, jak i ludzi niewierzących (np. Antoniego Gramisciego, założyciela Komunistycznej Partii Włoch). Choć cmentarz jest głównie miejscem spoczynku obcokrajowców, leżą tu również Włosi, między innymi Alessandro Gavazzi, włoski pastor i patriota, kapelan podczas Wyprawy Tysiąca (1860 rok), na którego nagrobku widnieje, że stawiał sobie za zadanie „naprawianie błędów kościoła katolickiego poprzez głoszenie prawdy w swoich kazaniach”. To, że w niektórych źródłach nekropolia nazywana jest „cmentarzem angielskim”, jest zrozumiałe, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach cmentarz odwiedzają przeważnie anglojęzyczni miłośnicy Keatsa i Shelleya. Choć najwięcej materiałów na temat tego miejsca można znaleźć po angielsku, to przez wiele lat pieczę nad cmentarzem sprawowały niemieckie i skandynawskie placówki dyplomatyczne. Od lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku zarządza nim komisja, składająca się z przedstawicieli placówek dyplomatycznych czternastu krajów, których obywatele tu spoczywają, oraz Międzynarodowe Towarzystwo Przyjaciół Cmentarza Niekatolickiego w Rzymie. TEN, KTÓREGO IMIĘ ZAPISANO NA WODZIE Na cmentarzu niekatolickim wiele grobowców zasługuje na uwagę, zarówno ze względu na to, kto w nich spoczywa, jak i na walory estetyczne pomników oraz inskrypcje nagrobne. Dwa najczęściej odwiedzane groby to wyżej wspomniane groby angielskich romantyków – Keatsa i Shelleya, czołowych przedstawicieli tzw. „drugiego pokolenia” romantycznych poetów angielskich. Choć różnili się stylem poetyckim, jak i stylem życia, połączył ich Rzym, który stał się świadkiem ich ostatnich dni oraz miejscem pochówku po przedwczesnej śmierci. Keats zmarł na gruźlicę w wieku niespełna 26 lat, a Shelley utonął na miesiąc przed swymi trzydziestymi urodzinami. Obaj uważani są za jednych z najzdolniejszych i najważniejszych poetów angielskich wszechczasów.

JOHN KEATS

(1795–1821), będąc na łożu śmierci 1 przykazał, by pochowano go anonimowo „wśród stokrotek i kwiatów polnych”. Na jego nagrobku, znajdującym się w najstarszej części cmentarza (parte antica), tuż przy murach, wyryto:


fot. Karolina Rybicka

nr 5 / 2013 15


nr 5 / 2013

fot. Piotr Bolko

20

W stolicy Zambii, Lusace ksiądz Jacek Rostowski dokonuje cudów , pomagając młodym chłopcom uwolnić się od życia na ulicy, różnego rodzaju uzależnień, prostytucji. W zamian oferuje im naukę i dyscyplinę (np. dzieciom nie wolno na terenie St. Lawrens Home of Hope posiadać pieniędzy). Nasz przyjazd, nasz sprzęt i mecz jaki zagraliśmy pozostał w naszych sercach na bardzo, bardzo długo. Mamy nadzieję, że dzieciaki także będą to pamiętać.

Na początku jest swojsko – naleśniki z dżemem i białym serem. Z czasem robi się jednak egzotyczniej. Na stole pojawia marokańska herbata z iście marokańską ilością cukru, a potem domowej roboty hummus. Wszystko to mam przyjemność spożywać w mieszkaniu Bartka Sudera, który na przeprowadzenie wywiadu zaprosił mnie do swojego mieszkania, ulokowanego gdzieś na krakowskim Kazimierzu. Bartek zakręca już ostatnie opakowanie z hummusem, zatem powoli możemy przystąpić do rozmowy o niezwykłej wyprawie GloBall 2012. Mój gospodarz był jednym z jej pomysłodawców i uczestników.

Paweł Słoń: Najkrócej jak możesz – czym jest GloBall 2012? Bartek Suder: Wielka wyprawa przez całą Afrykę, wielkie wyzwanie i wielki wysiłek. Mam wrażenie, że GloBall to połączenie trzech elementów: pasji podróżowania, chęci pomocy i wiary w społeczne oddziaływanie sportu. Zgodziłbyś się? Tak. Pasja podróżowania zawładnęła naszymi umysłami i stąd pomysł na coraz dalsze i trudniejsze podróżowanie. A ponieważ nie chcieliśmy tego zrobić jak normalni turyści, postanowiliśmy włożyć w to coś więcej. Czyli najpierw była podróż. Najpierw było koło, a potem piłka... Do już wymyślonego pomysłu podróży staraliśmy się

znaleźć patent, który pozwoli nam się bardziej zbliżyć do ludzi, których odwiedzimy. Coś, co pozwoli nam coś im dać, a nie tylko ich obejrzeć i sfotografować. Porozmawiajmy jednak najpierw o podróży, bo sama trasa jest niezwykła. Gdzie, czym i z kim? Zaczęło się od samotnych podróży samochodem terenowym... Samochód bardzo wzbogacił nasze podróże o możliwość dojechania do miejsc, które widzimy na horyzoncie. Właśnie przez pasję do motoryzacji spotkałem ludzi, którzy podzielali moje zainteresowanie. W momencie, kiedy zaczęliśmy razem podróżować – na Ukrainę czy do Rumunii – pojawił się pomysł większej podróży. A jednocześnie przyszły fascynacje tym, co zrobiła Afryka Nowaka [sztafeta rowerowa śladami Kazimierza Nowaka – przyp. red] i Ewan McGregor, przejeżdżając na motorze ten kontynent. Zaczęliśmy


nr 5 / 2013

poszukiwać naśladowców: wyprawa MotoAfryka, ja- meczów będzie znacznie więcej. kiś Niemiec przejechał na skuterze Schwalbe z lat 50. całą Afrykę... Okazało się, że da się to zrobić. Co to znaczy, że „działa”? Podoba się? Nie przeganiają, nie dzwonią na policję... (śmiech) Ale wy wynieśliście to na zupełnie inny poziom – 14 Heh, tak, pomimo że szyby w oknach są okratowane, osób w pięciu samochodach. i że patrzą na nas z ukosa, a na zejściu z peronu koleChcieliśmy tę technologię ograniczyć na ile się dało, jowego jest znak informujący, by nie wnosić broni palale zadania, które wzięliśmy na siebie: po pierwsze do- nej i maczet, to okazuje się, że ludzie cieszą się z tego, kumentacjia wszystkiego tego co robimy, a po drugie że do nich przyszliśmy, że mogą z nami coś zrobić, na– zadanie społeczne, spotkanie z ludźmi, oznaczało za- wiązuje się dialog. Wszyscy są zmęczeni, trzeba kupić branie ze sobą tysiąca piłek. No i nie byliśmy w stanie coś do picia, dzielimy się i możemy spokojnie porozspakować tego do żadnego innego środka lokomocji. mawiać o tym, kim jesteśmy i gdzie jest ten dziwny kraj, z którego pochodzimy. Było to to, czego oczeKto wpadł na pomysł zabrania piłek? kiwaliśmy – przestajemy być turystami, a stajemy się Prawie rok zastanawialiśmy się wspólnie, jaką aktyw- partnerem do rozmowy. ność możemy podjąć lub co ze sobą zabrać, oraz jak to wszystko powiązać ze sobą. Pomysł z piłką wy- Z RPA ruszyliście na północ. myślił Mateusz. Planowaliśmy zagrać pięć meczów. Najpierw Namibia. Wybraliśmy trasę, która była poZaczęliśmy na Ukrainie, w wiosce Limna – chcieli- dyktowana względami podróżniczymi – chcieliśmy śmy w symboliczny sposób połączyć pierwszy mun- zobaczyć trochę przyrody, kultury. Później droga dial afrykański z pierwszymi mistrzostwami Europy w wiodła do Zambii i Tanzanii, stamtąd do Kenii, gdzie środkowo-wschodniej części kontynentu. Tomek był wyrabialiśmy wizy do Etiopii, Sudanu i Egiptu. Do tam kiedyś, powiedział coś w rodzaju: „Jest tam świet- Europy mieliśmy się przedostać przez Syrię, ale pony wójt, na pewno się z nim dogadamy”. No i pojecha- stanowiliśmy jechać przez Cypr do Turcji. liśmy, efekty można zobaczyć na filmie z tego wyjazdu. Myślę, że ta wizyta była wzorem dla wszystkiego, co Jak wyglądało zorganizowanie meczu? Wjeżdżacie zdarzyło się później. 250 z 1000 piłek, jakie zabrali- do wioski, wyciągacie piłki i... śmy na GloBall 2012, było podpisane przez dzieci z Kopiemy w stronę chłopaków, którzy stoją pod palmą Polski. Przed wyprawą zrobiliśmy cykl spotkań – w albo obok sklepu. A oni zwykle zaczynają się popisyWarszawie, Rzeszowie, Krakowie – na których promo- wać, robią kapki, triki i następuje podanie. waliśmy ideę wyprawy. I na tych spotkaniach można było kupić piłki, przekazać je nam i powiedzieć, do Ale wjazd pięciu samochodów do wioski musiało wyjakiego kraju mają trafić. Znalazły się na nich rów- wołać chyba jakieś obawy starszyzny wioski. Były janież adresy mailowe, jakieś życzenia, ponieważ chcie- kieś problemy? Czy pomysł grania w piłkę był przyjliśmy, żeby nawiązany został kontakt między dziećmi mowany z entuzjazmem? z Polski i z Afryki. Z jednej strony wszyscy oczekują na takie atrakcje, Trasa przebiegała przez piętnaście krajów: RPA, bo najczęściej nic się tam nie dzieje. Więc natychNamibię, Zambię, Tanzanię, Kenię, Etiopię, Sudan, miast obstępuje cię tłum dzieci. Część chciała pienięEgipt oraz kraje już poza afrykańskie, Syrię, Turcję, dzy. Zwłaszcza w krajach turystycznych jesteś traktoBułgarię, Serbię, Węgry, Słowację i Ukrainę. wany jak sakiewka, którą należy opróżnić. Dotyczy to zwłaszcza Egiptu, miejsc turystycznych w Etiopii czy Kenii. Łatwiej jest w Namibii czy RPA, ale tam też No i polecieliście do Afryki samolotem. szukaliśmy akurat mniej uczęszczanych miejsc. Tak, cały ten sprzęt, dwie wielkie piłki i cały majdan wysłaliśmy z Gdyni kontenerami miesiąc wcze- A Masajowie? śniej do RPA. A my 28. grudnia 2011 r. znaleźliśmy Tanzania. Oni traktują turystów dość chłodno. Udało się w Kapsztadzie. Sztormy wywołały opóźnienie nam się przełamać tę barierę, ale tam akurat piłka nie statku, więc dopiero piątego stycznia ruszyliśmy zadziałała. Nie byli zainteresowani. z Przylądka Igielnego. Przywieźliście Masajom kaganek piłkarskiej oświaty, Mieliście zagrać w trakcie podróży pięć meczów, a wy- ale został on odrzucony. szło tego trochę więcej. Zwłaszcza przez wodza wioski, któremu się nie poPierwszy mecz w dzielnicy robotniczej, trema, i... oka- dobało, że przynosimy jakieś europejskie zwyczazuje się, że to działa. I już wtedy wiedzieliśmy, że tych je. Pomimo że Afryka piłką stoi! Ale zaprosiliśmy

21


nr 5 / 2013

całą wioskę na wystawną kolację, którą przygotował Paparazzi. Było kilka kilogramów kaszy, makaronów, pyszne sosy oraz ćwierć kozy. Posiłki spożywane z lokalną ludnością były najpiękniejszymi częściami wieczorów. W czasie kolacji u Masajów pokazaliśmy im kreskówki: „Koziołka Matołka” i „Krecika”... Co im się najbardziej podobało? „Cienka czerwona linia”. (śmiech) Krecika nie rozpoznali, a koza jest znanym zwierzęciem i bardzo im się podobały przygody podróżującego Matołka.

fot. Piotr Bolko

22

Szef wioski Masajów zgodził się na mecz dopiero po przekazaniu darów.

Wspomniałeś o kolacji. Powiedz jak wyglądały kwestie żywieniowe w trakcie podróży. Mięso antylopy i słonia czy konserwy z Polski, których pewnie wzięliście w nadmiarze. Nigdy w nadmiarze! Zawsze weź paprykarz i konserwę do Afryki! To, co tam możesz dostać, jest gorsze niż konserwy. Ci sprytni, którzy przemycili w samochodach zapasy żywności nie pożałowali, w przeciwieństwie do tych, którzy na bieżąco robili zakupy. Nawet w takim kraju jak RPA zakupy są trudne. Tak jak mówisz – mięso dzikiej zwierzyny to mięso, które może być smaczne, ale jest jedzone jedynie przez bogatych. Natomiast to, co jest zakonserwowane to kiepskiej jakości wołowina. Przez pierwsze pół trasy żywiliśmy się sami, z własnych zasobów, ale mieliśmy ze sobą kucharza. To był Paparazzi, nasz znajomy, Polak mieszkający we Włoszech, mający ogromne doświadczenie w gotowaniu w terenie. Prowadzi agroturystykę „Wino i Śpiew”, dowiedział się o wyprawie, w Wigilię 2011 roku zdecydował, że jedzie z nami, i już 31 grudnia był z nami w Kapsztadzie! Zwykle to było spaghetti ale naprawdę potrafił to smacznie przyrządzić. Natomiast za każdym razem, jak tylko nadarzyła się okazja, kupowaliśmy miejscowe produkty. Restauracje są zazwyczaj w dużych miastach, a tych staraliśmy się unikać. Przy drodze ciężko jest dostać coś do jedzenia, a jak już, to porcje są mikroskopijne. Ale za każdym razem próbowaliśmy. Natomiast później, w Etiopii, Sudanie, jest już znacznie łatwiej, jeśli chodzi o zaopatrzenie w gotowe jedzenie. Wspomniałeś, że był kucharz, fotograf... A lekarz? Tak. Na początku był Robert, który jest lekarzem, a potem zmienił się z Tomkiem - ratownikiem medycznym. Przydał się? Trzy razy. Za pierwszym razem niemieccy motocykliści mieli wypadek na szutrze w Namibii. Robert zaopiekował się ciężko rannym facetem, opatrzył go.

Czekaliśmy dwie godziny na przyjazd karetki. Za drugim razem, gdy zaatakował nasz obóz wściekły szakal i Marcin został ugryziony w nos. Robert założył mu opatrunki, ale sama jego obecność sprawiła, że poczuliśmy się pewniej. Dzięki temu do szpitala mogliśmy pojechać dopiero rano, co było o wiele bezpieczniejsze. Trzeci raz pojawiła się wysoka gorączka i choroba... właściwie nie wiadomo co to było. Kolega leżał cały dzień, nic nie mógł zrobić, znów sama obecność –już wtedy Tomka – bardzo pomogła. Oprócz tego, że mieliśmy lekarzy, było z nami dwóch operatorów, fotograf Piotrek Bolko z grypy Wagabunda 4x4, mechanik, dziennikarz, informatyk, specjalista od dzikich zwierząt. Przed wyjazdem przeszliśmy oczywiście kilka szkoleń w zakresie medycyny podróży, pierwszej pomocy, prowadzenia samochodu, sytuacji ekstremalnych. Rozdaliście w trakcie podróży te wszystkie piłki, czy z czymś wróciliście do domu? No może ze trzy by się tutaj znalazły, ale wszystkie poszły. Mogłoby się wydawać, że piłki nie są tym, czego mieszkańcy Afryki potrzebują najbardziej. Jednak okazało się, że ta mała i prozaiczna rzecz bardzo pomagała i wywoływała dużo radości. Prozaiczna, ale tam bardzo trudno dostępna. I to nawet nie ze względu na cenę, ale transport. Infrastruktura w Afryce jest słabo rozbudowana i jest to bardzo duży problem dla rozwoju kontynentu. W dużej części drogi nie istnieją albo są kiepskie. W małych wioskach siła nabywcza jest niska, dlatego nie ma tam sklepów z zabawkami czy artykułami sportowymi. A przecież ten sport jest tak bardzo uniwersalny i tyle ludzi pasjonuje się nim w Afryce! Bo dlaczego w ogóle piłka? Byliśmy świadomi, jak szybko będziemy się przemieszczać i jak mało czasu będziemy mieć na kontakt z ludźmi. Nie mogliśmy się zdecydować na programy


nr 5 / 2013

edukacyjne czy na budowę czegokolwiek, bo nie mieliśmy tyle czasu, a chcieliśmy się spotkać z dużą ilością ludzi na trasie. Szukaliśmy takiej aktywności, którą będzie można wykonywać w wielu miejscach. Wybraliśmy piłkę jako najbardziej uniwersalny język takiego spotkania, kiedy się nie rozumiemy. Biało-czarne łatki na piłce też wydały nam się odpowiednio symbolizować to spotkanie dwóch kultur. No i dzięki tej piłce trafialiśmy do takich miejsc, jak na przykład szkoła piłkarska niedaleko wodospadów Wiktorii. Jak wiadomo to miejsce ogląda kilkaset tysięcy turystów rocznie. Do tej miejscowości, która jest tuż obok trafia już znacznie mniej turystów. Niedaleko jest park, w którym można pojeździć na słoniu czy pobawić się z młodym lwem.

i wraca z tą świadomością, że tej osobie jest coś ważnego potrzebne, może tę informację przekazać dalej. Tak, żeby kolejna osoba, która jedzie w ten sam rejon, mogła już się przygotować na to spotkanie. Ta wymiana informacji między podróżnikami ma mieć formę portalu internetowego. Pomyślałem, że Internet będzie najlepszym narzędziem. Będzie tablica ogłoszeniowa z projektami, na której zaufane osoby będą mogły zamieszczać informacje. Zaufane – przedstawią się, opiszą swoją podróż, napiszą, kogo spotkały i dlaczego uważają, że warto tę osobę zobaczyć. Moim marzeniem jest, by kiedyś dało się planować podróż pod kątem tego, kogo chcemy spotkać a nie miejsca, jakie chcemy zobaczyć.

To byłby prawdziwy social-travelling! Podróże „po ludziach”, a nie miejscach. Kończąc – gdzie teraz chcecie rozdawać piłki? W tym momencie skupiamy się na promowaniu idei i eksploatowaniu tego dorobku, jaki GloBall przyniósł. A myślę, że jeszcze trochę czasu zajmie, jak się pozbieramy do kupy. Minęło 10 miesięcy, a ta wyprawa ciągle jest w nas. Pewnie potrwa to parę lat, ale chciałbym, Szmacianki? żeby kolejny wyjazd odbył się na trasie WładywostokNawet prawdziwe. Mieli kiedyś kontakt z Mancheste- Kraków i również był oparty na idei powiązania porem United, ktoś im tam nawet przysłał piłki. My zo- mocy z podróżowaniem. Nie wiem, czy to będą piłki, stawiliśmy im trzydzieści piłek, zagraliśmy mecz: oni bo podobno Mongołowie w nią nie grają. Ale może oczywiście wygrali. Ale bardzo chciałbym zebrać pie- na przekór wszystkiemu znowu z nią pojedziemy. niądze – 1200 zł – żeby wysłać dziesięć sztuk piłek niezniszczalnych. Jest taka amerykańska technologia, piłki są wypełnione pianką, można je przebić nożem, wrzucić w kolczaste krzaki, a one się nie zniszczą. Obiecałem Goldenowi, że zorganizuję taki projekt. I tutaj zaczyna się to wszystko, co się dzieje z tą wyprawą już po powrocie.

Najpiękniejsze w waszej podróży jest chyba to, że w jakiś sposób ona dalej trwa. Nie jest to jedynie wyjazd, ale tę ideę pomagania przez podróżowanie promujecie dalej. Z tego co wiem, jesteś bardzo zajętym człowiekiem – wczoraj Uniwersytet Ekonomiczny, wcześniej jakieś zimowisko. Tak, staram się opowiadać ludziom, że można podróżować w inny sposób, że można podróżować myśląc o ludziach, których się odwiedzi, a nie tylko o tych szczytach, które się samotnie zdobędzie czy zabytkach, jakie się samemu zobaczy. Chciałbym, żeby każdy mógł w trakcie podróży poznać kogoś. Kogoś, komu zawiezie coś potrzebnego. Mam taki pomysł: podróżnik, który już kogoś poznał w trakcie swojej podróży

WW

Jeździłeś na słoniu? Nie, nie lubię takich atrakcji. Z jednej strony to jest proste: płacisz – masz, a z drugiej jest to wbrew ich naturze. W każdym razie – jest ta wioska, gdzie mieszka Golden Mubila, który razem z bratem prowadzi szkółkę piłkarską dla siedemdziesięciorga dzieci. Kiedy tam przyjechaliśmy, mieli tylko dwie piłki.

Kolorowe plemiona w Tanzanii czy w Kenii często stają się powodem niekończących się sporów podkręcanych przez polityków. Wielkie kłopoty z dostępem do wody, prymitywna gospodarka wodna. Jednak mimo tego wszystkiego zawsze odnosiliśmy to samo wrażenie: ludzie pozbawieni problemów konsumpcyjnego świata zachodniego są znacznie szczęśliwsi od nas.

23


nr 5 / 2013

Kibice zespołu Himba podczas meczu.

29


34

nr 5 / 2013


nr 5 / 2013

Ekipa GloBall w drugiej połowie trasy składała się z dwunastu facetów. Na zdjęciu przedzieramy się przez bezdroża w okolicy jeziora Turkana w Kenii, na pograniczu z Etiopią. To jedne z najpiękniejszych i najciekawszych terenów na naszej trasie.

35


30

nr 5 / 2013


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
trawers wersja 3 by Ola Trzaskalik - Issuu