28.4.2014 r.
PL ISSN 0209
NR INDEKSU 366862
G ó rn i c y p r o t e s t u j ą p r z e c i w p o s t o jo m
F OTO : GRZ E G O RZ VA R B OG YA DE C S E PY
Numer 16
F OTO: G RZ E G OR Z V A R B OG YA DE C S E PY
Górnicy protestują przeciw postojom
G
órnicy przeszli spod gmachu urzędu wojewódzkiego pod siedzibę władz Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Protest był odpowiedzią na decyzję władz Kompanii o przestoju ekonomicznym. Zaplanowano go od 28 kwietnia do 5 maja. W tym czasie dziewięć zakładów spółki (w tym kopalnia Sośnica – Makoszowy) cał-
kowicie wstrzyma wydobycie, a sześć pozostałych ograniczy fedrunek. Postój objął również pracowników centrali Kompanii oraz firmy zależne. – Za postojowe należy się połowa pensji. Pracownicy stracą jakieś 500 – 600 zł na rękę. Ale ludzie boją się, że przerwy w wydobyciu są wstępem do likwidacji kopalń i masowych zwolnień. Działania władz Kompanii
zaostrzają te obawy. Zagrożona była terminowa wypłata pensji za marzec, a kilka kopalń – w dalszej perspektywie – miało stanąć na miesiąc. Z planów wycofano się na skutek nacisku związków – mówi Bogusław Ziętek, przewodniczący Sierpnia'80. Zarząd Kompanii zaprzecza, by przyjął plany dotyczące kolejnych przerw. Decyzję w sprawie biegnącego przestoju tłumaczy względami ekonomicznymi. Największy producent węgla kamiennego w Unii Europejskiej stracił w ubiegłym roku na sprzedaży ponad miliard zł. Na zwałach kopalń leży 5 mln ton surowca. Firma wdrożyła rygorystyczny program oszczędnościowy, zakładający zamrożenie pensji pracowników i pomniejszenie o tonę emeryckich deputatów węglowych. Wtej sytuacji utrzymywanie wydobycia na niezmienionym poziomie tylko pogarsza bilans. Górniczy związkowcy nie są ślepi na złą kondycję KW. W ich opinii przerwy w wydobyciu nie wpłyną jednak na jej poprawę. Co więcej, w dramatycznej sytuacji znalazła się nie tylko Kompania, ale cała górnicza branża. W tej sytuacji domagają się reakcji rządu. Bez tego, zdaniem związkowców,
do zagrożonych bezrobociem dojdzie kilkaset tysięcy pracowników przemysłu węglowego. – Oczekujemy natychmiastowych działań dla zatrzymania taniego, ale brudnego węgla ze Wschodu. Surowiec z importu zalewa nasz rynek, niszcząc miejsca pracy. W dalszej kolejności widzimy potrzebę odbudowania w energetyce pozycji węgla kamiennego, którą utracił na rzecz węgla brunatnego. Utrzymywanie istniejącego stanu rzeczy działa też na niekorzyść górników z branży „brunatnej”, w związku z przyspieszonym wyczerpywaniem złóż –mówi Ziętek. W sobotę doszło do zmiany zarządu Kompanii. Górnicy oczekują od nowych władz działań zdolnych zwiększyć efektywność i opłacalność sprzedaży. Związkowcy ostrzegają, że zdecydowanie zareagują na próbę kontynuowania polityki poprzednich prezesów. Jeżeli wtorkowa manifestacja sprzeciwu wobec polityki rządu i spółek węglowych nie odniesie skutku, górnicy gotowi są bronić swoich pensji i miejsc pracy w Warszawie. Manifestację w stolicy zaplanowano na 19 maja. (pik)
Id ę d la ci ebie, par tio
Małgorzata Lichecka rozma- już outsiderem i mogłem sobie pozwowia z dr. Bogusławem Traczem lić naniebywanie natej ipodobnych imomajowych pochodach sprzed lat. prezach. Konsekwencji się nie obawia-
–Szedł pan wpochodzie ikrzyczał: „partia – Gierek, partia – Gierek”? Bo ja tak. Byłam wtedy w podstawówce i wychowawczyni długie godziny uczyła nas maszerowania i machania bibułkowymi kwiatami, które robiliśmy na zajęciach praktyczno-technicznych. – W pochodach przyznaję, chodziłem. Najczęściej z moim tatą, który był inżynierem w Energochemie. Ze szkołą nie byłem ani razu. W podstawówce miałem mądrą i odważną wychowawczynię, która nie zmuszała nas do tego rodzaju aktywności, a w liceum byłem
łem, bo w szkole i tak byłem gościem. Prawdę mówiąc, częściej chodziłem na wagary niż na lekcje. Zresztą, jak byłem w drugiej klasie ogólniaka, to ulicami miasta przeszedł ostatni pochód. Okrzyków nigdy nie wznosiłem. – Tradycja pierwszomajowych marszów sięga czasów przedwojennych. Wtedy jednak organizowano je i odbierano zupełnie inaczej niż po 1945 roku. - Po pierwszej wojnie światowej w niemieckich Gliwicach demonstracje tego dnia organizowali zarówno komuniści, jak i socjaldemokraci, choć w czasach Republiki Weimarskiej święto to
nie dostąpiło statusu święta państwowego. Do tej rangi podnieśli je dopiero naziści po objęciu władzy w 1933 r. Ogłoszenie przez hitlerowców 1 maja Narodowym Dniem Pracy było paradoksalnie spełnieniem marzeń socjalistów, komunistów i działaczy niemieckich związków zawodowych, ale nastąpiło w momencie, kiedy partie te i związki straciły możliwość legalnej działalności. Od 1934 r. dzień ten zyskał miano ponadklasowego „narodowego święta narodu niemieckiego”. Tego dnia Gliwice przystrajano niezliczoną ilością flag ze swastyką, alokalni szefowie partii nazistowskiej, dowódcy garnizonów wojskowych, SA, SS i policji oraz
zwierzchnicy licznych organizacji z trybuny odbierali parady wojskowe żołnierzy Wehrmachtu, przemarsze grup SA, SS, członków Hitlerjugend, dziewcząt BDM oraz działaczy nazistowskich związków zawodowych DAF. Uroczystościom majowym towarzyszyły liczne imprezy, przede wszystkim plenerowe, nastawione na masowego odbiorcę: zawody sportowe, koncerty orkiestr zakładowych, bezpłatne posiłki, karczmy piwne, itp. Rozmach i zaplecze socjalne tych imprez były często bardziej spektakularne niż to, co robili po 1945 r. w Polsce komuniści. Idea była jednak zadziwiająco podobna: wielki, spektakularny piknik miał znaczenie propa-
gandowe i oczekiwano, by ukazywał społeczne poparcie dla reżimu. Inna sprawa, na ile szczere. – Jakie były pierwsze pochody w Gliwicach? – Po wojnie tradycję pochodów pierwszomajowych szybko zawłaszczyli i zdominowali członkowie komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, a następnie PZPR, choć w 1945 r. świętu pracy starano się nadać również patriotyczny charakter, a obchodom towarzyszyły msze w kościołach i udział duchowieństwa. Jednak już wówczas liczne były akcenty propagujące przyjaźń ze Związkiem Sowieckim i wyjątkowy wymiar Józefa Stalina. 1 maja
1945 r. w Gliwicach mieszkało jeszcze zbyt mało Polaków. Akcja osiedleńcza dopiero nabierała rozpędu. W tej sytuacji postanowiono ograniczyć się do akademii, którą zorganizowano w sali kina Ufa (późniejsza Bajka, dziś Amok) przy ul. Dolnych Wałów. Uroczyste przemówienie wygłosił prezydent miasta Wincenty Szpaltowski. Odegrano polski hymn narodowy, po nim głos zabrał sowiecki komendant, po czym odegrano hymn sowiecki. Całą uroczystość zakończyło odśpiewanie pieśni „Czerwony Sztandar” i „Roty”. Pierwszy pochód przeszedł ulicą Zwycięstwa 1 maja 1946 r. Jego propagandową wymowę przykryły wy-
darzenia, do których doszło w Gliwicach dwa dni później, 3 maja 1946 r., kiedy to milicja, wspomagana przez strażaków wyposażonych w armatki wodne, brutalnie rozpędziła patriotyczną demonstrację zokazji święta Konstytucji 3 maja. Apogeum obchodów święta pracy w Gliwicach to –podobnie jak w całej Polsce – lata siedemdziesiąte XX w., czyli czasy tzw. propagandy sukcesu. Wówczas pochody miały największy rozmach, potężną oprawę propagandową, aimprezy towarzyszące często trwały do późnych godzin wieczornych. – Czy istniał określony ich scena-
riusz? Kto nad nim czuwał i czyja ręka, bądź ręce, je reżyserowały? – Każdy pochód był zaplanowany i w każdym szczególe opracowany według wytycznych Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Odpowiadał on za przygotowanie imprez pierwszomajowych w miastach województwa, w tym również w Gliwicach. Oczywiście wytyczne „z góry” dopasowywano do lokalnych warunków. W Gliwicach pierwszomajowe święto rozpoczynało się najczęściej dzień wcześniej, od złożenia kwiatów pod pomnikiem Armii Czerwonej i zaciągnięcia hono-
rowej warty przez członków PZPR, harcerzy i młodzież przed tym monumentem. Najczęściej jeszcze tego samego dnia w sali Operetki Śląskiej odbywała się uroczysta akademia z udziałem lokalnego kierownictwa PZPR, władz miasta i zaproszonych gości. Wtym samym czasie w zakładach pracy organizowano pomniejsze akademie i tzw. wieczornice. O skali paranoi świadczą liczby. Przykładowo w przeddzień majowego święta w 1963 r. w gliwickich szkołach i zakładach pracy zorganizowano 243 akademie, w których udział wzięło prawie 48 tys. uczestników. To
robi wrażenie. Scenariusz każdego 1 Maja był w zasadzie taki sam. Tego dnia ok. 9.00 rano w różnych punktach miasta wzdłuż trasy przemarszu zbierały się grupy młodzieży, studentów i reprezentacje zakładów pracy. Rozdawano flagi, transparenty i dekoracje, które niesiono w pochodzie. Przez rozstawione w miejscach zbiórek i na trasie pochodu megafony zebrani musieli wysłuchać przemówienia I sekretarza PZPR nadawanego bezpośrednio z Warszawy, po czym intonowano „Międzynarodówkę”. Po jej odśpiewaniu ruszał poczet sztandarowy, w któ-
rym niesiono sztandar gliwickiej PZPR, za nim szli członkowie Plenum Komitetu Miejskiego PZPR oraz liderzy stronnictw „satelickich”, władze miasta, weterani ruchu robotniczego i członkowie ZBO WiD oraz zaproszeni goście, którzy następnie wchodzili na trybunę honorową. Stamtąd obserwowali przemarsz pozostałych uczestników. Trwało to trzy, cztery godziny, po czym uczestnicy zdawali pobrane szturmówki i transparenty i udawali się na imprezy towarzyszące, które organizowano najczęściej na Rynku, placu Krakowskim i stadionie XX-lecia PRL. – W Gliwicach pochody zawsze przemierzały tę samą trasę? –To zależy kiedy. Wpierwszych latach po wojnie kolumny marszowe formowano w okolicach dworca kolejowego i placu Piastów, a kierowano je ul. Zwycięstwa, wstronę Rynku. Trybuna honorowa stała przeważnie na chodniku ul. Zwycięstwa, na wysokości fontanny z faunami. Później rozbudowano trasę, która obejmowała ulice Wrocławską, Klementa Gottwalda (dziś Częstochowska), Jagiellońską, Bohaterów Getta Warszawskiego i Zwycięstwa. W latach siedemdziesiątych pochody nabrały takiego rozmachu, że należało
skrócić trasę przemarszu, gdyż w przeciwnym razie przemarsz kolumn marszowych przeciągałby się w nieskończoność. W 1976 r. opracowano nową trasę – od rejonu placu Krakowskiego i Politechniki Śląskiej, wzdłuż ulicy Konstytucji i następnie pod pomnik Armii Czerwonej naplacu Bohaterów Stalingradu (dziś pl. Piłsudskiego), gdzie kolumny skręcały w ulice Powstańców Warszawy i Orlickiego i tam się rozwiązywały. W tym układzie trybuna stała na wysokości wejścia do urzędu miasta od strony ul. Konstytucji (dziś ul. Prymasa Stefana Wyszyńskiego). Gigantomanię świętowania przerwało pojawienie się Solidarności. W1981 r. postanowiono, że w obliczu kryzysu obchody święta pracy powinny mieć skromniejszy charakter. Nie zorganizowano pochodu, a jedynie wiec na placu Krakowskim. Rok później pochód również się nie odbył, amiejscem pierwszomajowej manifestacji był stadion XX-lecia. W 1983 r. powoli zaczęto przywracać tradycję pochodu. Sformowane w różnych miejscach niewielkie kolumny przeszły na stadion XX-lecia i tam przemaszerowano przed mniejszą niż zazwyczaj trybuną honorową. Ulicami miasta pochód przeszedł ponow-
nie dopiero w 1984 r. – Ekscesy pierwszomajowe, działania prewencyjne i represyjne służb bezpieczeństwa. – Każdy pochód był zabezpieczany przez milicję i Służbę Bezpieczeństwa. Działania prewencyjne największą skalę osiągnęły w stanie wojennym. Nie bez powodu manifestacje pierwszomajowe w latach 1982 –1983 zorganizowano na stadionie XX-lecia. Obawiano się manifestacji opozycji i zamieszek ulicznych. Stadion był obszarem zamkniętym, łatwiejszym do kontroli niż otwarta przestrzeń ulic i placów miasta. Dzień wcześniej prewencyjnie zatrzymywano w aresztach niektóre osoby „do wyjaśnienia”. Tego dnia, do momentu zakończenia pochodu, nie sprzedawano alkoholu, a pijanych, tzw. wczorajszych, którzy mogliby zakłócić uroczystość, odstawiano do izby wytrzeźwień, często bez specjalnego uzasadnienia. Bacznie przyglądano się również młodzieży. 1 maja 1974 r. milicja przeszkodziła gliwickim hipisom, którzy chcieli urządzić pokojowy happening pod Pomnikiem Wdzięczności Armii Czerwonej. Można powiedzieć, że podczas pochodów obowiązywał „luz kontrolowany”. Innymi słowy, wszy-
scy się mieli cieszyć, ale w granicach wyznaczonych przez władzę. –Aco się działo, jeśli się napochód, obowiązkowy przecież, nie przyszło? – Teoretycznie do udziału w pochodzie zobowiązani byli przede wszystkim członkowie PZPR. W praktyce partia dysponowała jednak wystarczającymi narzędziami kontroli i nacisku, by skłonić do uczestnictwa również bezpartyjnych. Nieobecność na pochodzie mogła zaważyć na awansie, podwyżce, zmniejszyć szanse naotrzymanie mieszkania, talonu na samochód. Do tego trzeba dodać, że ów rytualny pochód był nie tylko jedną zform legitymizacji władzy, ale również swoistym rodzajem rozrywki, takim wielkim, zideologizowanym piknikiem. Są przecież ludzie, którzy lubią masowe imprezy. Brało w nim udział wiele osób, które trudno posądzać o poglądy czy sympatie komunistyczne, np. małe dzieci. W 1974 r. wg oficjalnych danych w pochodzie pierwszomajowym uczestniczyło ok. 130 tys. mieszkańców. W 1979 r. liczba uczestników pierwszomajowych uroczystości miała rzekomo przekroczyć 150 tys. gliwiczan. Te liczby, nawet jeśli były zawyżone, robią wrażenie. Jednak kiedy po sierpniu 1980 r. ogło-
szono, że udział w pierwszomajowej manifestacji będzie dobrowolny, 1 maja 1981 r. świętowało niecałe 45 tys. gliwiczan, czyli trzykrotnie mniej niż dwa lata wcześniej. Znam mnóstwo osób – wśród nich jest moja mama – które nie chodziły na pochody, nawet wtedy, gdy miały one największą frekwencję. Parafrazując poetę, odmowa uczestnictwa wcale nie wymagała wielkiego charakteru, ale odrobiny koniecznej odwagi cywilnej iuczciwości wobec samego siebie i wyznawanych wartości. – A jak obywatele odnosili się do majowego maszerowania? – Historykowi trudno odpowiedzieć nato pytanie. Napewno postawy wobec tego święta były różne, a i z perspektywy czasu ulegały zmianie. Dziś niektórzy idealizują obchody 1 Maja w czasach PRL, widząc wyłącznie kolorowy pochód, baloniki i krupnioki, zapominając przy tym, że było to najważniejsze ze świąt w państwowym kalendarzu. Pierwszomajowe święto, wraz z jego najważniejszym elementem – kilkugodzinnym pochodem – to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli PRL. Komuniści w Polsce po 1945 r., podobniej jak po 1933 r. naziści w Niemczech, zawłaszczyli pierwszomajowe święto
i doprowadzili do jego degradacji, zamieniając je w pseudoliturgiczne, rytualne obchody, mające przede wszystkim cel legitymizujący, by utwierdzić uczestników obrzędu w słuszności przyjętych rozwiązań ustrojowych. To prawdopodobnie dlatego po sierpniu 1980 r. zaczęto dezawuować ideę pierwszomajowego święta lub organizowano niezależne od władzy uroczystości, często połączone z mszą w kościele i nielegalną manifestacją. Ostatnia dekada PRL to właściwie okres powolnego obumierania tej imprezy. Zawłaszczenie idei 1 Maja przez komunistów przyczyniło się do odrzucenia przez znaczną część polskiego społeczeństwa jego tradycji, która bynajmniej nie należała wyłącznie do PZPR.
Bogusław Tracz – historyk, doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach; specjalizuje się w historii społecznej Polski w latach 1945 – 1989, ze szczególnym uwzględnieniem Górnego Śląska.
ParaGraf eksPres W Pyskowicach złodziej włamał się do altany ogrodowej i ukradł wirówkę do miodu.
wa i kurtka. Te jednak nie leżały w torebce.
Pewnego ranka na Wiślanej w Gliwicach włamano się do fiata, w którym nieszczęśliwie znajdowało się 5 paczek. Paczki to były z nieustalonym towarem.
W Gliwicach spenetrowano stragan w jednym z centrów handlowych. Nic nie zginęło. Chyba.
22-latek z Gliwic zawiadomił, że matka znęca się nad nim i jego 18-letnią siostrą psychicznie. Zmusza do nauki między innymi.
U naszych sąsiadów również kradną. Gliwiczanka została obrabowana w Czechach. Ktoś włamał się do jej passata i zabrał torebkę. Wiemy, co w torebce było. Portfel, prawo jazdy, dwie karty bankomatowe, kilka kart rabatowych z różnych sklepów, pamięć przenośna. Zginęły też nawigacja samochodo-
Przy Bekasa stało mitsubishi. Ktoś pozbawił je wszystkich kół. Czyli czterech.
W Taciszowie na Dworcowej nieznanym sprawcom udało się Podczas kontroli autokaru opędzlować linie kolejowe z 75 met- wpadł 29-letni mieszkaniec Kielc. rów trakcji elektrycznej. Odważył się przewozić w swojej walizce przez Gliwice marihuanę. W Gliwicach z mieszkania wyniesiono telewizor, a z piwnicy – W jednym z pubów z centrum pralkę i lodówkę. zginęła kasa. Z kasy.
Pyskowice. Złapano tu trzech mężczyzn, którzy porozumieli się co do kradzieży. I ukradli taczkę oraz walec. Wszystko z metalu, pewnie na złom.
WyWIad tyGodnIa Trzy sceny, szeroko komentowane polskie spektakle. 6 maja rozpoczynają się 25. jubileuszowe Gliwickie Spotkania Teatralne
Skazany na teatr
Małgorzata Lichecka rozmawia z Pawłem Gabarą, dyrektorem Gliwickiego Teatru Muzycznego o młodości w teatrze, o tym, dlaczego nie wybrał aktorstwa, uwielbieniu dla klasyki i permanentnym działaniu magii teatru.
Bardzo chciałam spotkać się z panem właśnie w Ruinach. Nieustannie krąży tutaj duch teatru… I ja bardzo lubię Ruiny. Właściwe miejsce na teatralną pogawędkę, choć dzisiaj mało romantyczne, bo mamy tutaj remont. Wie pani, zastanawiałem się nad tym, jak się to wszystko zaczęło. Co sprawiło, że młody chłopak, jakim wówczas byłem, w ułamku chwili zdecydował: odtąd teatr będzie moją wiarą? Magia teatru? Zadziałała i to niezwykle skutecznie. Malowane dekoracje, ciężkie pluszowe kotary i jeszcze coś, czego dziś już nie ma, a co ja bardzo dobrze pamiętam z lat dzieciństwa. Gdy kurtyna szła w górę, na widownię dochodził specyficzny zapach. Nie wiem… perfum… mydła… jakichś ówczesnych środków kosmetycznych. Najsilniej zapadają w pamięć emocje pierwszego teatralnego razu. Rzeczywiście… Moje, pierwsze, wiążą się z bajkami. Z nastoletniego doświadczenia zapamiętałem
spektakl „Maria Stuart” Juliusza Słowackiego, w którym główną rolę grała nieżyjąca już aktorka Anna Gołębiowska. I przeżyłem to tak, jak opisał Stanisław Wyspiański, kiedy widział Modrzejewską w roli Lady Macbeth. Po spektaklu rozgorączkowany pobiegłem po autograf. Zastałem Gołębiowską jeszcze w scenicznym kostiumie. Nawet nie pamiętam chwili, kiedy składała swój podpis… Pomyślałem wówczas, że oto przekraczam mityczne światy. Od tamtego momentu, a miałem wtedy ze 14, 15 lat, wiedziałem, że bardzo chcę być w teatrze. Myślał pan o aktorstwie? Króciuteńko. Deklamowanie wierszy i wygrywanie konkursów recytatorskich nie było aktorstwem, dlatego jeszcze w liceum zrezygnowałem z pomysłu, ale oczywiście nie z teatru. Skończyłem polonistykę, nie było wtedy jeszcze wiedzy o teatrze, w przekonaniu, że będę kierownikiem literackim. I tak się stało, bo mój prawdziwy teatralny fach to właśnie stanowisko dramaturga czy – jak to się w nomenklaturze teatralnej mówi – kierownika
literackiego. W jaki sposób przygotowywał się pan do aktorstwa? Leniwie. Skupiłem się na recytowaniu poezji, a muszę się pochwalić licznymi nagrodami w konkursach. Co innego deklamować wiersze, co innego zaś – każdego wieczora przeistaczać się w coraz to inną postać. Oczywiście, zdarzały się sceniczne epizody. Moim „pierwszym” teatrem był Teatr Śląski. Zagrałem w „Wyzwoleniu” jednego z robotników. Na próbach ćwiczyliśmy oddychanie i pamiętam, że dla lepszego poznania tego procesu musieliśmy położyć rękę na plecach osoby stojącej przed nami, wrzasnąć: „precz, precz, jesteś tyranem!” Żeby było mocne i jednoznaczne. Fantastyczne uczucie, gdy z osób postronnych stajemy się gorliwymi wyznawcami teatralnej religii. W czasach licealnych maniakalnie przychodziłem na próby, poznałem wtedy wielu aktorów. Potem były studia i całkiem inne podejście. Naukowo-analityczne. Teatr two-
rem kulturowym, o którym muszę wiedzieć więcej niż zwykły widz. Analityka nie zabiła magii? Nigdy! Oglądałem setki spektakli, na różnych scenach, w różnych miastach. Ale są dzieła kanoniczne. Teatr zmienił się całkowicie, a ja wciąż się do nich odnoszę. Przedstawienia genialne, obejrzane na jednej scenie – w krakowskim Starym Teatrze. „Dziady” i „Wyzwolenie” w reżyserii Konrada Swinarskiego, „Noc listopadowa” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Jeździłem na nie po kilkanaście razy i znam je na pamięć. Może jestem staroświecki, ale taki teatr lubię. W tamtych latach uznano je za nowatorskie. Wprowadzały nowego ducha, buntowały się przeciwko klasyce. „Dziady” rozbijały wyobrażenie o interpretacji mickiewiczowskiego dramatu, „Noc listopadowa” z fantastyczną muzyką Zygmunta Koniecznego była absolutną rewolucją, ostro ją krytykowano. Swinarski był dla mojego pokolenia mistrzem niepokornie czytającym li-
teraturę. Swinarski dzisiejszym Klatą? Nie, nie. Nie podoba się panu takie porównanie? Nie chodzi o Jana Klatę.
Rozumiem. Nie tykamy klasyków. O Klacie możemy powiedzieć „wspaniały, interesujący artysta”, ale nie da się go zaliczyć do kategorii osób wyznaczających w teatrze nową epokę. Dlaczego nie? Przecież zanim klasycy stali się klasykami, też musieli pokonywać niechęć, wręcz nienawiść. Być może to, co robi w teatrze grupa reżyserów nowej teatralnej fali za pół wieku stanie się klasyką. Nie rozumie pani. Dokonania Swinarskiego stały się dla mnie i, jak sądzę, dla wielu ludzi nie tylko mojego pokolenia, bazą na całe życie. Wątpię, by twórczość Klaty była takim samym wyznacznikiem dla kolejnych pokoleń. Mamy dziś dynamiczny teatr, jeszcze dużo się w nim
wydarzy. Przeminą obecne mody i nazwiska, a mój kanon pozostanie. Rzetelny i prawdziwy. Rozmawialiśmy przed chwilą o zmianie w teatrze. Mamy w Polsce zupełnie inną scenę z zupełnie innym aktorem, a na widowni widza nowej generacji. Zmieniła się przede wszystkim higiena pracy. Dawniej przychodziło się do garderoby dużo wcześniej. Aktor malował się, doklejał wąsy, nosy, układał włosy. Celebrowano wejście na widownię. Kawa, kupno programu, bileter prowadził do miejsca, usadzał. Te czynności powodowały, że moment podniesienia kurtyny był niezwykle oczekiwanym momentem. Pamiętam, jakie oburzenie wywołało zachowanie Zbyszka Cybulskiego. Spóźnił się na spektakl, który grał bodajże w Gdańsku. Prosto z pociągu wbiegł na scenę, ubrany po cywilnemu i genialnie zagrał młodego chłopaka. Dzisiaj aktorzy nieustanie się spieszą, charakteryzacja nie występuje, a kostium niewiele różni się od tego, co ma na sobie widz z szó-
stego rzędu. Nie mówię, że to źle. Przesadna ekspresja raziła, była sztuczna i zupełnie nie przystawała do rzeczywistości. Dla mnie najlepiej, jeśli przekaz pozostaje w zgodzie z literaturą bądź z odniesieniem do czegoś oczywistego w kulturze. I wtedy można robić nawet najbardziej dziwaczny teatr i będzie dobry. Najgorzej, gdy reżyser myśli wytrychem, czyli od końca: jak zaskoczyć widza. Bluznę przekleństwami, rozrzucę na scenie coś, co przypomina kał… Albo wszystkich rozbiorę… Albo. I to jest niedobre? Bardzo niedobre. Efekciarskie. A chyba istotniejsza jest świadomość, co chcę powiedzieć i jak przekonać widza. Dzisiaj często stosuje się w teatrze tę wytrychową metodę i takiego teatru nie lubię. Dawniej nie wychodziłem z przedstawień, dziś zdarza się to coraz częściej. Które z nowych realizacji zrobiły na panu wrażenie? Spektakle, w których znakomi-
te aktorstwo łączy się z dobrą literaturą. Na przykład „Królowa Margot” wg Aleksandra Dumasa z Danutą Stenką w roli Katarzyny Medycejskiej. Nowoczesne przedstawienie z odmienioną przestrzenią sceniczną, z przebudowaną sceną wychodzącą daleko w widownię. Co sprawia, że czujemy się trochę jak w Luwrze. W „Królowej” grało kilkunastu aktorów, a przecież powinno ich być co najmniej 50. Zmienna akcja, wojska, tłumy… tego tam nie ma. Jest za to klarowność, wspaniałe aktorstwo rozgrywane na tle bardzo pięknej i wciągającej scenografii. W dodatku niezwykle nowoczesnej. W „Królowej Margot” aktor bardzo mocno wchodzi w rolę, lecz żeby to nieco uporządkować, zanim wyjdzie na scenę, siedzi na widowni. Ten „proceder” wiele razy się powtarza. Miałem szczęście, bo siedziałem w pierwszym rzędzie. Obok mnie Danuta Stenka. Siedzi sobie tak po prostu, ale czuję, że zaczyna się z nią dziać coś „dziwnego”. Po chwili wchodzi na scenę i przeistacza się w królową-matkę. Widzimy ją, jak
zabija syna, bo jest złym królem i może sprowadzić nieszczęście. Dusi go, przyciskając do łona. Genialnie zrobione i zagrane: wydaje się, że oto matka na nowo rodzi swoje dziecko, ale przecież je morduje w imię ważniejszych racji. Stenka gra jak w transie. Po tej scenie znowu usiadła na widowni i całkiem się wycofała z postaci. Miałem wrażenie, że mogę zapytać: „Co pani robi po spektaklu?”. Magia teatru wciąż na pana silnie działa. Absolutnie. Tylko spektakl musi być rzetelny, prawdziwy, a nie głupiutki, oszukany. 6 maja rozpoczną się 25. Gliwickie Spotkania Teatralne. Przez ćwierć wieku obejrzeliśmy prawie 300 spektakli najlepszych polskich scen. Uczestniczy pan w nich często jako widz. I znowu muszę zapytać o najważniejszy spektakl. „Nasza klasa”. Słobodzianek górą. To realizacja, którą się zapamiętuje, bo bardzo boli. Sam nie musiałem wybierać, jak bohaterowie Sło-
bodzianka. „Nasza klasa” zaprezentowała aktorstwo idealnie dopasowane do rzeczywistości. Tam się nic nie rozłaziło, wszystko było konsekwentne. I drugi spektakl – „Doktor Faustus” zakopiańczyków. W Ruinach grano go kilka razy. Musi się skończyć o północy. „Doktor Faustus” jest doskonałym połączeniem teatru z życiem: czekamy na północ, na godzinę realną, ale i metaforyczną. Czy jubileuszowe 25. GST będą inne niż dotąd? Chcemy iść za głównym pomysłem Ewy Strzelczyk, nieżyjącej dyrektor GTM, stawiamy więc na różnorodność. Proponujemy spektakle, co do których mamy wątpliwości, z którymi się nie zgadzamy. Chcemy, żeby widzowie sami podejmowali dyskusję, żeby się kłócili, nie akceptowali, oburzali. Bo taki stan oznacza tylko jedno: teatralny tygiel wciąż kipi.
44-100 Gliwice, ul. Zwycięstwa 3, sekretariat 32/231 47 60 fax 32/230 71 22 www.nowiny.gliwice.pl, e-mail:office@nowiny.gliwice.pl dział reklamy: 32 231 44 13