Skip to main content

Nowiny Gliwickie nr13

Page 1

28.3.2014 r.

PL ISSN 0209

NR INDEKSU 366862

Ko lej ka na śle pym to rze

F O T O : K R Z Y S ZT O F S U R M A

Numer 12


Prują się plany dotyczące rewitalizacji kolejki wąskotorowej. Samorządowcy mówią o astronomicznych kosztach przedsięwzięcia. Pytanie, skąd czerpią wiedzę. Pewnym jest, że nie z oficjalnych dokumentów

Kolejka na ślepym torze Adam Pi kul

W da ją cej się prze wi dzieć przy szło ści nie doj dzie do re ak ty wo wa nia ko lej ki Gli wi ce – Ru dy. Na dzie ją dla wą sko to rów ki mo głyby być nowe środki unijne. Ze względu na stopień zaawansowania pro jek tu są jed nak po za je go za się giem. Oży wio ny na po trze by ostat nich wy bo rów sa mo rzą do wych plan re wi ta li za cji po łą cze nia oka zu je się obiet ni cą bez po kry cia .

– Myśląc o przywróceniu historycznego połączenia Gliwice – Rudy – Rybnik mówimy o sporych kosztach. Gliwice i Rybnik pewnie podołałyby temu ciężarowi, ale co z mniejszymi

miejscowościami na trasie kolejki, jak Rudy czy Pilchowice? Ich włodarze nie mają w kasie gminy dużych pieniędzy na tego typu projekty. Inne są priorytety. Nie starcza nieraz na rzeczy konieczne. Plan reaktywacji kolejki może być finansowany tylko zgodnie z zasadą, że gmina inwestuje wyłącznie na swoim terenie, czyli na przykład Gliwice – jedynie do granic miasta. Dlatego trzeba się starać o pieniądze zewnętrzne na tego typu inicjatywy – mówi Marek Jarzębowski, rzecznik prezydenta Gliwic. I na tej ocenie, nie pozostawiającej złudzeń co do szans przedsięwzięcia, moglibyśmy poprzestać. Z dziennikarskiego obowiązku chcieliśmy ustalić, o jakich konkretnie pieniądzach mówi przedstawiciel ratusza. Okazało się,


że przypuszczenia w tym względzie to wróżenie z fusów. Szacunkowe koszty odtworzenia i eksploatacji miało ustalić wstępne studium wykonalności przedsięwzięcia. Choć sprawie poświęcono sporo czasu i energii, nie ma dokumentu z obowiązującą mocą. Historia powstawania studium jest przykładem urzędniczej nieudolności.

Projekt sierocy

Tak się składa, że sprawa wąskotorówki ożywa w okolicach wyborów samorządowych. Nie inaczej było i tym razem. Pomysł reaktywowania połączenia włączył do kompanii wyborczej obóz prezydenta Zygmunta Frankiewicza. Po wygranych wyborach, w lutym 2011 r., doszło do porozumienia z udziałem gmin, przez które przebiega trasa wąskotorówki, i z Gliwicami jako liderem. Inicjatorom starczyło jeszcze pary do zorganizowania przetargu na wstępne studium wykonalności. A potem projekt trafił na boczny tor. Celem ogłoszonego w lutym roku 2012 postępowania było wstępne ustalenie opłacalności odtworzenia zabytkowego szlaku z określeniem

prawno-biznesowego modelu funkcjonowania. Studium miało określić koszty odtworzenia i utrzymania kolejki oraz wskazać, czy odcinek Gliwice – Rudy taniej rewitalizować czy wybudować od nowa. Tory na niemal całym, 23-kilometrowym odcinku zostały rozkradzione, a stacyjki popadły w ruinę. Z ogłoszenia ofertowego wynika, że plany były (są?) ambitne. Wykonawca miał m.in. ustalić możliwość poprowadzenia ścieżki rowerowej obok torów. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jeden z rozważanych wariantów zakładał uruchomienie składów do przewozu kajaków i kajakarzy nad Zalew Rybnicki. Przygotowując postępowanie, gliwiccy urzędnicy zapomnieli o „drobiazgu” – nie było dokumentacji technicznej oraz ekspertyzy stanu infrastruktury. Z uwagi na ten mankament firma Grupa Gumułka z Katowic, która wygrała w przetargu, nie przyjęła zlecenia. Podpisała je kilka miesięcy później, gdy usunięto przeszkodę. Zmienił się jednak zleceniodawca. Miasto przekazało prowadzenie projektu Śląskiej Sieci Metropolital-


nej. Na zlecenie tej miejskiej spółki ekspertyzę techniczną opracowali pracownicy naukowi Politechniki Śląskiej. ŚSM, zamiast powtórzyć przetarg, w listopadzie 2012 r. powierzyła opracowanie studium firmie z najtańszą ceną (17 tys. zł) w unieważnionym postępowaniu. – Grupa Gumułka miała na to czas do grudnia 2012 r. Mimo przedłużania terminów nie zrealizowała jednak umowy w sposób dla nas satysfakcjonujący – informuje Mariusz Kopeć, rzecznik prasowy ŚSM. Co innego mówi przedstawiciel wykonawcy. – Dokument został przekazany w terminie określonym w umowie. Następnie był modyfikowany i uzupełniany zgodnie ze wskazówkami zamawiającego. W grudniu 2013 r. zamawiający wniósł jeszcze uwagi i propozycje do ostatecznej wersji, nie wymagały one jednak korekty dokumentu. W związku z tym uznajemy, że zamawiający zaakceptował jego treść. Oczekujemy wypłaty wynagrodzenia – mówi Wojciech Gumułka.

Co dalej?

Prace nad rewitalizacją kolejki nie mają dalszego ciągu. Zmarnowano

cztery lata. I marna to pociecha, że – co podkreśla Mariusz Kopeć – miasto nie straciło finansowo na próbach popchnięcia sprawy do przodu. Wynagrodzenie ekspertów powiązano z finalnym owocem ich prac, a wstępne studium wykonalności nie funkcjonuje w wiążącej wersji. Z tego powodu – przypomnijmy – niewiadomą pozostają koszty przedsięwzięcia. Wróciliśmy do rzecznika prezydenta Gliwic, by skonfrontować go z naszymi ustaleniami. – I bez ekspertyz wiadomo, że odtworzenie wąskotorówki kosztowałoby dużo. Kilkanaście milionów, a może i więcej? Wszystkie zastrzeżenia obecne w mojej poprzedniej wypowiedzi, które dotyczyły możliwości finansowych uczestników porozumienia, pozostają więc aktualne – odpowiada Marek Jarzębowski. Wybory prezydenckie za pasem. Jest więc duża szansa, że znów pojawi się temat reaktywowania połączenia Gliwice – Rudy – Rybnik. Bez studium i dalszych prac projektowych rozważania o możliwości przywrócenia tej atrakcji turystycznej z pomocą europejskich pieniędzy to czcze gadanie.


Zarząd dróg miejskich obiecał nam znaki na skrzyżowaniu w Brzezince. I słowa dotrzymał. Niestety, liczba wypadków nie zmalała i kolizji nie ubyło...

Kolejna ofiara skrzyżowania Marysia Sławańska

Kierowcy nazywają je jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na drogowej mapie Gliwic. Mowa o skrzyżowaniu w Brzezince, miejscu, w którym przecinają się drogi na Kozłów, Kleszczów, Gliwice i strefę ekonomiczną w Łabędach. Mieszkańcy dzielnicy i kierowcy, którzy jeżdżą tędy codziennie, mówią, że nie ma tygodnia, by nie doszło do wypadku, a przynajmniej kolizji. – Nie trzeba daleko szukać. Może ze dwa tygodnie temu był poważny wypadek z udziałem samochodu i motoroweru. Kierowca jednośladu leżał na jezdni, widać było, że bardzo ucierpiał – opowiada Krystyna Szpila, mieszkanka pobliskiego osiedla

domków jednorodzinnych. Wypadek, o którym wspomina, wydarzył się 13 marca, kilka minut po godzinie 17.00. Poszkodowany kierowca motoroweru to 44-letni gliwiczanin, zastępca naczelnika wydziału kryminalnego w drugim komisariacie. Policjant był po służbie, jechał na wywiadówkę do szkoły dziecka. Poruszał się ulicą Kozielską, miał pierwszeństwo. Ale tego pierwszeństwa nie ustąpiła mu 32-letnia mieszkanka Zabrza w bmw, jadąca od strony strefy. Doszło do poważnego zderzenia. Kierowca skutera mógł w nim stracić życie. Na szczęście skończyło się na obrażeniach. Poważnych. 44--latek doznał wstrząśnienia mózgu, złamania kości i zranienia głowy. Miał pogruchotane kolano,


ZDM obiecał tablice. I tablice są. Ale czy zwracają uwagę? Kiedy robiliśmy to zdjęcie, jeden z kierowców znacznie przekroczył dozwoloną prędkość. Rondo by go spowolniło...

kość piszczelową, poważny uraz oka. Trafił do szpitala. Po wyleczeniu lekarze zapowiadają rehabilitację. W podobnej sytuacji znalazł się kilka lat wcześniej młody mieszkaniec Brzezinki, Łukasz. Jechał motocyklem od strony Gliwic, kierowca samochodu wymusił na nim pierwszeństwo. Potem był szpital, operacja, długie leczenie i rehabilitacja. Jak widać, lata mijają, a w Brzezince bez zmian.

O wypadkach Łukasza i jeszcze kilku innych osób pisaliśmy w tekście „Za dużo w Brzezince rannych” we wrześniu 2013 roku. I już kilka dni po publikacji zadzwoniła do redakcji jedna z rozmówczyń. Poinformowała, że wydarzył się wypadek kolejny. Potem był następny. I jeszcze jeden. I tak ciągle, aż do teraz. Bo w Brzezince jest problem: długie i proste drogi (dodatkowo jedna, ta od strony Kozłowa, zalesiona) powo-


dują, że samochody rozwijają dużą prędkość. Jeśli kierowca nie zwróci uwagi na znaki i nie zwolni, nie zatrzyma się na skrzyżowaniu, tragedia gotowa. Komisarz Marek Słomski, oficer prasowy gliwickiej policji mówi, że mylą się zazwyczaj osoby spoza Gliwic i powiatu, które tego miejsca nie znają. Ale problem jest jeszcze inny. W godzinach szczytu, gdy hurtowo z pracy wracają ludzie zatrudnieni w gliwickiej strefie, z kierunku Łabęd, nie sposób na Kozielską wyjechać. Kierowcy wpychają się więc, wymuszając pierwszeństwo. Tak właśnie było w przypadku zdarzenia z udziałem gliwickiego policjanta. Horror przeżywają także osoby jadące od strony Kozłowa. Muszą przepuścić auta z trzech stron. Jeśli nie wymuszą pierwszeństwa lub nie znajdzie się ktoś, kto je przepuści, mogą tak stać do wieczora. Jedynym wyjściem z sytuacji jest rondo. Za naszym pośrednictwem mieszkańcy i kierowcy wołali o nie w tamtym roku. Jadwiga Stiborska, rzeczniczka prasowa Zarządu Dróg Miejskich w Gliwicach powiedziała, że rondo będzie. Ale nie tak od razu.

Bo najpierw trzeba zebrać i opracować dokumentację, potem ogłosić przetarg. ZDM zaproponował za to rozwiązanie tymczasowe. We wrześniu Stiborska obiecała, że zarząd skonsultuje się z policją i postawi przed skrzyżowaniem przestrzegające przed wypadkami tablice. Obietnica została spełniona. Tablice są. Jest i ograniczenie prędkości do 40 kilometrów na godzinę. Niestety, wielu kierowców nie zwalnia, jedzie „na pamięć”. Skrzyżowanie w Brzezince nadaje się tylko do przebudowy. Od czasu napisania poprzedniego artykułu minęło ponad pół roku. Rzeczniczka ZDM nadal nie potrafi jednak podać konkretnej daty budowy ronda. Wprawdzie dokumentacja została już skompletowana, ale pojawił się problem inny. – Miasto jest rozkopane, trwa budowa drogowej trasy średnicowej. Nie możemy teraz wprowadzać kolejnych niedogodności – mówi Stiborska. I radzi, by kierowcy dostosowywali się do znaków. Miejmy nadzieję, że rondo powstanie, nie będzie w Brzezince trupów.


Tajemnica Modrzewiowego Dworu

Miasto zgodziło się oddać kawałek skweru w Żernikach. Nie pozwolili na to mieszkańcy

Adam Pi kul

F O T O : K R ZY S Z T O F S U R MA

W sercu starych Żernik powstał nowy hotel. Budynek jest już gotowy, czeka tylko na otwarcie. W ładny obiekt zamieniła się rudera dawnego Domu Kultury. Ale pojawił się zgrzyt. Właściciele hotelu zapragnęli ka-

wałka skweru, co nie spodobało się mieszkańcom. Przeszkody w dobrosąsiedzkich stosunkach już jednak nie ma. Rozpłynęła się w równie tajemniczych okolicznościach, jak się pojawiła. Skwer sąsiaduje przez ulicę z bu-


dynkiem dawnego Domu Kultury. Lata świetności ośrodka już dawno minęły. Na ruderę we własności miasta znalazł się kupiec, a nowy właściciel podniósł budynek z ruiny. Mieszkańcy byli zachwyceni przemianą. Do czasu. Plac między ulicami Mazowiecką i Warmińską to powód dumy i oczko w głowie żerniczan. Po likwidacji ośrodka kultury stał się centrum wydarzeń dzielnicy. Zielony, wymuskany, wzorowo pielęgnowany jest kwintesencją mikroświata tej podmiejskiej dzielnicy. Oddalonej do zgiełku, zżytej, z wytyczonymi z niemiecką dokładnością szeregami domków. Każda zmiana to tutaj mała rewolucja. Widok kręcących się wokół placyku „obcych” z tyczkami od razu uruchomił u mieszkańców dzwonek alarmowy. Zaniepokoił też Irenę Peik. Ta aktywistka Stowarzyszenia Kulturalnego Mieszkańców Żernik ma dobry wgląd w życie dzielnicy. Widzi je jak na dłoni z okien swoje-

go mieszkania. Jak podkreśla, nie zabiera głosu we własnym imieniu, ale wyraża opinię mieszkańców. – Zasięgnęłam języka. Okazało się, że swoje plany wobec tego miejsca mają właściciele nowego hotelu. Dodaliśmy dwa do dwóch i wyszło, że chcą zabrać kawałek placu na parking. Mieszkańcy uruchomili „swojego” radnego. Z odpowiedzi gliwickiego urzędu dla Jarosława Wieczorka wynikało, że pomiary geodezyjne wiążą się nie z budową parkingu, a drogi pożarowej. Ale faktycznie plany związane są z nowym hotelem. Inwestor dla poszerzenia istniejącej drogi potrzebuje kawałka skweru od strony ul. Mazowieckiej. Pod odpowiedzią podpisał się rzecznik prezydenta Marek Jarzębowski. Pociągnęliśmy temat. Korzystając z tego samego źródła, ustaliliśmy, że urząd na wniosek inwestora pozwolił mu utwardzić 1,5-metrowy pas placyku już w sierpniu 2011 roku. Nie poprzestaliśmy jednak na tym. Zaczę-


liśmy dociekać podstaw decyzji. Nie znaleźliśmy ich w wydziale architektury. O poszerzeniu drogi nie ma mowy w zatwierdzonym projekcie budowy hotelu. Nic o tych planach nie wiedział również Zarząd Dróg Miejskich. Budowa drogi na wypadek gaszenia pożaru nie wynikała też z zaleceń straży pożarnej, bo taka opinia po prostu na etapie uzgodnień nie była wymagana. Wątpliwości mieszkańców zaczęły nabierać sensu. Stawały się tym bardziej wiarygodne, że niejasny był cel poszerzenia drogi w jednym miejscu, a pozostawienia jej w istniejącym śladzie w pozostałym przebiegu. Co więcej. Z informacji mieszkańców wynikało, że ulice w istniejącym układzie zapewniają swobodny dostęp wozom strażackim. Dla ich potrzeb wystarcza nawet węższa ulica Warmińska, z której strażacy korzystali, gdy dochodziło do pożarów lasu za Domem Kultury. Z drugiej jednakowoż strony, po co hotel miałby zabierać miejsca posto-

jowe po drugiej stronie ulicy, skoro ma go pod dostatkiem po swojej. Modrzewiowy Dwór, bo tak nazywa się nowy obiekt, posiada wewnętrzny parking na kilkanaście miejsc. Od biedy, w razie nawału gości, mógłby na ten cel wykorzystać pobocze ulicy Warmińskiej w granicach swojej działki. Mieszkańcy i na to mieli odpowiedź – chodzi o wygodę autobusów z gośćmi weselnymi. Łatwiej postawić szeroki pojazd naprzeciw, niż manewrować po ciasnym parkingu. Poza tym „zatoczka” byłaby jak znalazł dla odwiedzających restaurację. Parking na terenie obiektu przewidziano przecież tylko dla nocujących gości. – Placyk należy wprawdzie do miasta, ale służy całej wspólnocie. Prezydium wybrało za nas. Droga w przesuniętych granicach niebezpiecznie zbliżyła się do placu zabaw dla najmłodszych. Mamy plany związane z jego rozbudową. Nie pozwolimy, by pokrzyżowała je decyzja podjęta za naszymi plecami. Bę-


dziemy protestować – zapowiadała Peik. Do buntu mieszkańców nie dojdzie. Kilka dni po naszej rozmowie, gdy materiał był już niemal gotowy, doszła do mnie nowina – inwestor rezygnuje z planów. – Potwierdzam tę informację. Chcę jednak z całym naciskiem podkreślić, że zamierzenia dotyczyły drogi pożarowej, a nie miejsc parkingowych – mówi menadżerka restauracji. Zastrzega sobie anonimowość, odmawia udostępnienia kontaktu do właściciela, a sama „nie jest upoważniona do komentowania jego decyzji”. Z tego samego powodu w próżni zawisło nasze pytanie o uzasadnienie dla planów budowy takiej drogi i powody ich unieważnienia. Równie jałowe było drążenie w ratuszu, gdzie staraliśmy się ustalić, czy zgoda na okrojenie skweru nie była pochopna. Dla urzędników temat zamknęło odstąpienie inwestora od wykonania decyzji. Na szczęście górę wziął rozsądek.

Właściciel hotelu najwidoczniej doszedł do wniosku, że z powodu kawałka gruntu nie warto już na wstępie psuć sobie stosunków z sąsiadami. I miał rację, bo od razu poprawił swoje notowania u mieszkańców. Ana koniec smaczek. Rzecz tajemnicza, jak i inne w tej sprawie. Według naszej wiedzy geodeci, których obecność zaalarmowała mieszkańców i dała początek naszemu śledztwu, nie działali na zlecenie inwestora. Nie wysłali ich miejscy urzędnicy. Teoretycznie coś jednak powinni wiedzieć na ten temat, bo skwer w starych Żernikach należy przecież do miasta. Ale ratusz nie odnotował zgłoszenia prac geodezyjnych na tym terenie. Kogo więc reprezentowali panowie z tyczkami i dalmierzami? I w jakim celu robili obmiary?


Pa ra graf eKs Pres

Policjanci z „dwójki” zatrzymali 40-letniego zabrzanina, który meldował się w hotelach w całym województwie, korzystał, z czego tylko mógł, a potem okazało się, że meldunki robił na nieważny dokument.

W piwnicy na Gwarków brakuje kilku przetworów spożywczych. Znaczy: włamanie było.

Niezliczoną ilość napoi ukradł złodziej, który włamał się do magazynu przy ulicy Na Piasku. Na Kozielskiej przy sklepie wyrwano poręcz. Nie ma się teraz czego złapać, jak się wchodzi.

Zabrzanin zamówił tort okolicznościowy u gliwiczanki i nie zapłacił. Abyło do płacenia aż 1600 złotych. Co to musiał być za tort! Pewna gliwiczanka nabyła kiedyś w sklepie internetowym strój kąpielowy za 340 złotych i jeszcze go nie

otrzymała. A lato się zbliża...

W Kotulinie nieznany sprawca nieustannie wyłamuje okiennice i wybija szyby w altanie. Za każdym razem coś kradnie. A to narzędzia ogrodowe, a to pojemniki plastikowe, a to sztućce, ato garnki...56-letnia właścicielka altanki ma już dość. Złodzieju, strzeż się.

Na klatce schodowej przy Kowalskiej para przedziwna, 46-latka i 18-latek, rzuciła się do bicia i kopania policjantów. Kopniaki uszkodziły ponoć funkcjonariuszom stawy kolanowe, ale tylko w prawych nogach. Ciekawe, co teraz spotka parę. W Knurowie na 1 Maja jedna pani uderzyła drugą. Wprawdzie tylko ręką, ale i tak poszkodowana ma ukruszone trzy zęby.

Były włamania do piwnic na Zygmuntowskiej. Z piwnicy nr 13 zginął kabel od piły elektrycznej, a jeśli chodzi o piwnicę nr 8, to w chwili obecnej właściciel nie jest w stanie określić, czy coś w ogóle mu skradziono.


WASZE ŁAMY

Mieszkam przy ulicy Lompy. Wzdłuż ulicy rosną piękne wieloletnie drzewa. Ich drzewostany niczemu nie zagrażały, a jednak ktoś uznał, że trzeba je okaleczyć. Przycinano nie stare gałęzie, ale całe pnie!!!

Bardzo ważną rolę w psuciu wizerunku miasta odgrywają reklamy zakładane niejako hurtem, na przykład na płotach, po kilkanaście w jednym miejscu. Zastanawia mnie to, że ich właściciele/ zakładacze nie mają pojęcia o funkcji reklamy. Przecież w tym galimatiasie nikt niczego nie zobaczy, a tym bardziej zsamochodu podczas jazdy czy krótkiego postoju na światłach. Myślę jednak, że w wielu przypadkach wiszą one na „czarno” – nikt nie płaci podatków za zyski z wynajmu płotu. Tu mała dygresja skarbowa – nawet jeśli reklamodawca nic nie płaci za płot, to osiąga tym samym zysk w postaci kwoty, którą musiałby zapłacić, gdyby sprawa była legalna. Te pieniądze zostają mu w kieszeni. Czyli jest zysk. A wszyscy zgodnie płacimy podatki odkażdego naszego zarobku – czy nie tak jest? Czyli to oszustwo podatkowe.

Ze dwa lata temu „Nowiny” pokazały w Fotozgrzytach zniszczony płot okalający szpital miejski przy ul. Kościuszki.Myślę tu opłocie odstrony ul. Sobieskiego. Niestety, w dalszym ciągu stanowi on wątpliwą wizytówkę tej instytucji imiasta, które jest jego właścicielem. A na marginesie: nie tak dawno miasto wyszykowało parking nie na swoim gruncie. Mowa o Dworcowej koło hotelu Qubus. Tymczasem nie potrafi urządzić parkingu na terenie szpitala. Ludzie stają tam na trawniku. Nie wstyd wam, samorządowcy! Od pewnego czasu w centrum miasta (ul. Daszyńskiego, przynajmniej numery20 –30) raz lub dwa razy na dzień wyłączana jest energia elektryczna, bez wcześniejszego uprzedzenia. Co ciekawe, gdy zgłasza się awarię, okazuje się, że są to „planowe przełączenia”. Do „przełączeń” dochodzi po 8.00 i po 22.00. Czyżby Burkina Faso wyprzedziła nas również w elektryfikacji?


Płowieckiej ciąg dalszy

Li sty do re daK cji

Wra cam do ar ty ku łu pt. „Pry wat na uli ca ZDM”. Sam miesz kam przy ul. Pło wiec kiej, któ rą opi sy wa li ście. Z pa ni rzecz nik Ja gieł ło to nie zła kłam czu cha. Mó wi, że żad nych pism nie ma od miesz kań ców. Bzdu ra. Ma ich ca łą ster tę. Ja sam wy sła łem ok. 10. Do ZDM, po li cji, GDD KiA Ka to wi ce, a na wet TVN. W ar ty ku le nic nie na pi sa no o tym, że ta ulica dopiero od niedaw na jest wy po sa żo na w pro gi spo wal nia ją ce (dzię ki mnie), a tak w ogó le jest to stre fa za miesz ka nia. Czy nię obec nie sta ra nia, że by w koń cu sto sow ne służ by to za uwa ży ły i zmu si ły kie row ców do re spek to wa nia ogra ni cze nia do 20 km/h. Po to cho ciaż by, by in wa li dzi mo gli bez piecz nie przejść na dru gą stronę ulicy, bo tam ZDM wyzna-

czył bez myśl nie miej sca par kin go we. TVN miał zro bić coś na po do bień stwo pro gra mu „Uwa ga! Pi rat” skrzy żo wa ne go z „Per fek cyj ną Pa nią Do mu” i na gry wać re ak cje kie row ców na „test bia łej piłeczki”. Dokładniej – zachowa nia kie row ców (w tym pra cow ni ków ZDM) na wi dok pił ki wpa da ją cej przed sa mo chód w stre fie za miesz ka nia, gdzie – jak wia do mo – pie szy ma bez względ ne pierw szeń stwo. Sa mo cho dy na tej uli cy po ru szają się z prędkościami 3 – 4 razy więk szy mi od do pusz czal nej, więc na gra nia mo gły by być cie ka we. Ale mo że jest to też efekt bar dzo „in te li gent nie” usta wio ne go ozna ko wa nia (na zdję ciu) i mi zer nych pro gów spo wal nia ją cych. Tomasz Żukowski


Warto oddawać głos takim świadkom historii jak Wilhelm Brasse. Człowiek, który przez prawie pięć lat pobytu w obozie koncentracyjnym nie rozstawał się z aparatem fotograficznym, widział i wiedział bardzo dużo. I chociaż po wojnie ten okres chciał wymazać z pamięci, pod koniec życia zdecydował się na wstrząsającą spowiedź. Przed kamerą

Robił zdjęcia ofiarom i ich katom

Wilhelm Brasse, numer 3444, sfotografował blisko 50 tysięcy więźniów obozu Auschwitz. Wykonywał również portrety oficerów ge sta po. Je go fo to gra fie mie li w swoich archiwach obozowi lekarze. Pochodzący z Żywca fotograf koszmar Oświęcimia wspomina w filmie Ireneusza Dobrowolskiego „Portrecista”. Dokument prezentowano w lutym w gliwickim muzeum, promowano także książkę An ny Do bro wol skiej „Fo to graf z Auschwitz”, będącą dopełnieniem filmu.


Błażej Kupski rozmawia z Anną Dobrowolską, autorką książki „Fotograf z Auschwitz”.

Nagrało się 20 godzin opowieści Brassego o życiu w obozie. A film ma tylko 52 minuty. Miałam więc dylemat, co zrobić z niewykorzystanym materiałem. Tak narodził się pomysł na książkę. Czyli najpierw był film. Tak. Wszystko zaczęło się mojego męża. Irek dwanaście lat temu nakręcił film „Portrecista”. Przedstawił w nim sylwetkę fotogra fa naj słyn niej szych zdjęć z Oświęcimia. Pozwolił mu opowiedzieć o pięcioletnim obozowym piekle. Dzięki temu historia stała się znana w świecie, a Wilhelm Brasse przestał być anonimowy. Jako kierownik produkcji siłą rzeczy przysłuchiwałam się opowieściom Brassego. Jakim człowiekiem był fotograf z Auschwitz? Bardzo pogodnym. Niepraw-

dopodobne, że ludzie, którzy przeżyli takie okropności, potrafią się uśmiechać, żartować. Brasse ujmował kulturą, sposobem bycia. No i ta jego niezwykła pamięć! On potrafił po siedemdziesięciu latach wyliczyć, z imienia i nazwiska, wszystkich swoich kolegów z podstawówki. Znał również więźniów, z którymi spotykał się w obozie. Potrafił wymienić nie tylko ich nazwiska, ale też numery! Książkę napisała pani długo po filmowej premierze. Bo kiedy realizowaliśmy film, uderzyło mnie, że wówczas prawie nikt nie znał nazwiska Brassego. Ludzie nie wiedzieli o jego niezwykłych losach czy też heroicznej postawie w momencie wyzwalania obozu. Bo wtedy, kiedy inny myśleli tylko o tym, by uciekać, on z narażeniem życia ratował zdjęcia. Czynił to, bo chciał, aby zachowały się dowody niemieckich zbrodni. Uznałam, że pisząc książkę, spopularyzuję postać Brassego,


postawię mu poniekąd pomnik. Postać Wilhelma Brassego odkrył pani mąż. Ale od wojny minęło wiele lat. O tym, kim był i co robił, dowiedzieliśmy się 12 – 13 lat temu. Po wojnie Wilhelm Brasse próbował wymazać z pamięci czas pobytu w Auschwitz. O tym, co tam widział, nie opowiadał nawet najbliższym. Rodzina znała tylko ogólną historię jego obozowych przeżyć. Szczegółów dowiedziała się dopiero z filmu. Nie wierzę. Ale tak było! Brasse uważał, że nie ma się czym chwalić... Bał się, że zostanie oskarżony o jakąś formę kolaboracji z Niemcami. Wszak żył w naprawdę przyzwoitych warunkach, nie cierpiał głodu, zim na, nie wy kań cza ła go ciężka praca. No i przeżył prawie pięć lat w Auschwitz... Trzeba wiedzieć, że wielu więźniów, którym udało się wytrzymać w tym

piekle, spotykało się potem z zarzutem, że skoro przeżyli, to coś za ich ocaleniem musiało się kryć: występek, zdrada, podstęp... To pokutowało w nich przez wiele lat, czuli się wręcz winni, że żyją! Myśleli: może lepiej byłoby, gdybyśmy tam jednak zginęli? Jak pani mąż dotarł do Wilhelma Brassego? Opowiedział mu o nim znajomy, który był koproducentem izraelskiego filmu dokumentalnego o konsekwencjach medycznych eks pe ry men tów na zi stow skich z czasów II wojny światowej. Jednym z wypowiadających się był właśnie Brasse. Opowiadał o doktorze Mengelem i o tym, jak fotografował jego ofiary. Ten znajomy wspomniał wtedy, że historia Brassego jest o wiele ciekawsza i dłuższa, aniżeli to, co zostało pokazane w dokumencie. Irek – jak to się mówi potocznie – „połknął haczyk” i sam odnalazł w Żywcu


Wilhelma Brassego. Namówił go do tego, aby stanął przed kamerą. Wróćmy do książki. W opowieści Wilhelma Brassego wkomponowała pani informacje o życiu codziennym w Auschwitz. Po co ten zabieg? Interesowało mnie wszystko, co o Brassem powiedzieli historykom Muzeum Auschwitz-Birkenau inni więźniowie. W filmie był tylko on. W książce jest głównym przewodnikiem, narratorem, ale udzielam też głosu innym świadkom. Ludziom, którzy żyli obok fotografa. Ich relacje odnoszą się do tego, co on mówi. Chciałam również pokazać różne strony obozowej codzienności. Tę związaną z przetrwaniem: np. sposoby zdobywania żywności czy też handel wy mien ny. Ale tak że tę, któ ra traktuje o nieznanych aspektach życia. To opowieści o meczach piłkarskich, walkach bokser skich, funkcjonowaniu burdelu czy też

weselu więźnia Rudolfa Friemla. Pani książka to nie tylko słowa. To rów nież al bum pe łen zdjęć autorstwa głównego bohatera. Która fotografia miała dla niego szczególną wartość? Ta, która przedstawia zdjęcie czterech nagich, wychudzonych, przerażonych dziewczynek... To zdjęcie, powielane w tysiącach podręczników historii, jest poniekąd symbolem Holocaustu. Zresztą pan Wilhelm wyznał nam, że opowiedzenie wszystkiego, co widział w czasie wojny i czego się o niej dowiedział, było dla niego czymś w rodzaju katharsis. Przestał miewać senne koszmary o Auschwitz. A te dręczyły go przez dwadzieścia lat! Od tego czasu dzielił się swoją historią, szczególnie z niemiecką młodzieżą, traktując to jako obowiązek wobec zmarłych w obozie kolegów.


44-100 Gliwice, ul. Zwycięstwa 3, sekretariat 32/231 47 60 fax 32/230 71 22 www.nowiny.gliwice.pl, e-mail:office@nowiny.gliwice.pl dział reklamy: 32 231 44 13


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nowiny Gliwickie nr13 by Nowiny Gliwickie - Issuu