Skip to main content

Nowiny Gliwickie nr 10

Page 1

14.3.2014 r.

G w oźd zie r o z d a ne

PL ISSN 0209

NR INDEKSU 366862

F O T O : K R Z Y S ZT O F S U R M A

Numer 10


Plebiscyt na najlepszą i najgorszą inwestycję 2013 roku w Gliwicach rozstrzygnięty

Gwoździe rozdane Pod su mo wa li śmy nasz ple bi scyt, któ re go ce lem jest wy ło nie nie naj lep szej i naj gor szej in we sty cji gli wic kiej ubie głe go ro ku oraz wy róż nie nie ich sym bo licz nym Zło tym i Za rdze wia łym Gwoź dziem. Na ty py na szych czy tel ni ków cze ka li śmy kil ka ty go dni. Gło so wa nie za koń czy li śmy ostat nie go dnia lu te go. W tym ro ku zmo dy fi ko wa li śmy nie co za sa dy. Po pierw sze, to na si dzien ni ka rze – oczy wi ście na słu chu jąc wcze śniej wa szych gło sów – wy bra li po trzy naj lep sze i naj gor sze gli wic kie przed się wzię cia in we sty cyj ne. Te pro po zy cje pod da li śmy wa szej oce nie. W tym ro ku gło so wać moż na by ło rów nież za po śred nic twem na szej stro ny in ter ne to wej. Oto wy ni ki:


ZŁOTY GWÓŹDŹ 1004 głosy

Pretendentów było trzech – Gliwicki Teatr Muzyczny, który poddany został w ubiegłym roku gruntownemu remontowi, park Szwajcaria po efektownej rekonstrukcji oraz nowo wybudowany pawilon akwarystyczny przy gliwickiej Palmiarni Miejskiej. Głosy rozłożyły się następująco: za przyznaniem wyróżnienia parkowi było 213 osób, na GTM zagłosowało 246 czytelników, ale Złoty Gwóźdź i miano najlepszej gliwickiej inwestycji 2013 roku przypadły pawilonowi akwarystycznemu. Za takim rozwiązaniem były aż 1004 osoby. Otwarty na przełomie lipca i sierpnia cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród zwiedzających. Nowy pawilon z czterema potężnymi akwariami to najnowocześniejszy i drugi, po Gdyni, największy tego typu obiekt w Polsce!


ZARDZEWIAŁY GWÓŹDŹ 2468 głosów

Tu również było trzech kandydatów: zmodernizowany zkłopotami iniemałymi wadami (naszczęście wchwili, kiedy piszemy te słowa, zostały one już wwiększości usunięte) skatepark na pl. Krakowskim, ślimacząca się budowa nowego placu targowego (tzw. nowego Balcerka) przyul. Toszeckiej oraz wycinka lip przyul. Mickiewicza. Głosy rozłożyły się następująco: zaprzyznaniem Zardzewiałego Gwoździa nowemu Balcerkowi głosowało161 osób, za skateparkiem było 785 czytelników. Zardzewiały Gwóźdź, po raz drugi z rzędu (podobnie było w roku ubiegłym), liczbą 2468 głosów przyznajemy autorom (ZDM i UM w Gliwicach) pomysłu wycięcia127 lip rosnących przyulicy Mickiewicza. Urzędnicy argumentują, że drzewa rosną w skrajni drogowej i zagrażają bezpieczeństwu. Mieszkańcy są innego zdania i twierdzą, że nikt nie bierze pod uwagę względów estetyczno-historycznych tego miejsca.


Mieszkańcy ulicy Płowieckiej, tej samej, przy której od ponad roku znajduje się nowa siedziba Zarządu Dróg Miejskich, są wściekli na nowego sąsiada, który – ich zdaniem – wprowadza wygodne dla siebie rozwiązania komunikacyjne, nie respektując potrzeb innych. ZDM ripostuje, że jedynie porządkuje zaszłości

Prywatna ulica ZDM

Płowiecka w Gliwicach. Jednokierunkowa ulica łącząca Andersa z Sowińskiego. Doniedawna cicha, spokojna. Po jednej i po drugiej stronie domki jednorodzinne, a u wylotu nowy sąsiad – ZDM. Jan Najdarski mieszka tutaj z żoną i teściową od kilkudziesię-

ciu lat i żali się na urzędników drogowych. – Jak się tutaj przenieśli, wymyślili sobie od razu, że będą porządkować sposób parkowania na naszej ulicy i na Mieszka I – relacjonuje. – Na tej drugiej tak się zagalopowali w swoich pomysłach, że trzeba było zamazywać


wytyczone przez nich na jezdni miejsca postojowe. Na naszej ulicy zrobili jeszcze większą durnotę, bo ograniczyli do minimum ich ilość. Kiedy pytaliśmy po co, dlaczego, odpowiadali, że nie potrzeba więcej, bo każdy znas ma garaż, miejsce naposesji. Nikt jednak nie pomyślał o tym, że przecież nierzadko w domach są dwa, a nawet trzy auta. I gdzie mamy stawać? Tych miejsc jest po prostu za mało. I jeszcze nadgorliwość straży miejskiej. Nawet jak nachwilę podjedziemy zzakupami i przejdziemy tylko na drugą stronę ulicy zanieść je do domu, wyrastają jak spod ziemi i zaczynają się tłumaczenia, napomnienia i nierzadko mandaty. Podobnie, kiedy podjadą do nas znajomi czy rodzina i staną poza wymalowanymi na jezdni miejscami. Zaraz jest strażnik. I na nic zdają się tłumaczenia, że przecież w żaden sposób to auto nikomu nie przeszkadza. Jacek Kurczyk, sąsiad Najdarskiego twierdzi, że oliwy do ognia dolewają sami urzędnicy. Niektórzy z nich, mimo że ZDM ma obok swojej siedziby sporej wiel-

kości ogrodzony parking, zostawiają samochody na 8 godzin na ulicy Płowieckiej, blokując miejsca mieszkańcom. – To nie są bynajmniej sytuacje incydentalne – zauważa. – Kilku już „obhuśtałem” i zagroziłem, że podjadę trochę większym autem i nie zmieszczę się, wjeżdżając na swoją posesję. Najdarski ma też osobisty żal doZarządu Dróg Miejskich, który nie chce się zgodzić na wymalowanie naprzeciw ich domu miejsca postojowego dla osoby niepełnosprawnej. – Moja teściowa jest inwalidką wstopniu znacznym i ma kłopoty z poruszaniem. Taka lokalizacja byłoby dla nas idealnym rozwiązaniem – dowodzi Najdarski. – O proszę, tutaj naprzeciw nas można to zrobić bez kłopotu. Niestety, dostaliśmy odpowiedź odmowną, bo rzekomo nie ma warunków technicznych. Że ulica za wąska, że miejsca za mało. Ręce opadają na taką bezduszność i brak zrozumienia. Dwadzieścia pięć lat mieszkaliśmy w USA. Tam takie zachowanie – aspołeczne, powiedzmy to sobie jasno – byłoby nie do pomyślenia. Na swoim parkingu ZDM po-


stawił znaki i jakoś miejsca dla inwalidów mają. Na ulicy, 20 metrów dalej, się nie da! Pan Jan twierdzi, że ta stanowczość wodmowie wynika przede wszystkim z wygody ZDM-u, któremu takie miejsce postojowe dla osoby niepełnosprawnej na ulicy blokowałoby wygodny wyjazd z posesji. – Ot, zrobili sobie z Płowieckiej prywatną ulicę. To przejaw nadzwyczajnej arogancji. Może niech przemianują ją na ul. ZDM – dodaje kąśliwie. Jadwiga Jagiełło-Stiborska, rzecznik prasowy ZDM przyznaje, że nie rozumie tych pretensji. – Po remoncie ulicy Płowieckiej rozmawialiśmy niemal z każdym mieszkańcem, informując o planach porządkowania na niej sposobu parkowania. Nikt do tej pory nie zwrócił się z jakimiś uwagami czy pretensjami. Mniejsza ilość miejsc postojowych na wysokości ZDM jest wynikiem ułatwiania, a nie utrudniania życia właścicielom posesji, którym zaparkowane auto po przeciwnej stronie posesji skutecznie mogło uniemożliwić bez-

pieczny wyjazd. Urzędniczka w rozmowie z „Nowinami” odniosła się również do prośby teściowej Najdarskiego o wyznaczenie naulicy Plowieckiej miejsca postojowego dla osoby niepełnosprawnej. – Co tu dużo mówić, krępują nas przepisy! Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Infrastruktury z dnia 3 lipca 2003 r. w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach minimalne wymiary stanowiska postojowego dla samochodu przewożącego osobę niepełnosprawną ulokowanego równolegle do jezdni wynoszą 6 m długości i 3,6 m szerokości. Szerokość miejsc postojowych w ciągu ul. Płowieckiej wynosi 2 m, natomiast całkowita szerokość jezdni – 6 m, dlatego ZDM nie widzi technicznych możliwości wyznaczenia miejsca postojowego w proponowanej lokalizacji. (san)


Kogo skusi betonowy plac Czy plac pod centrum Focus Mall trafi pod młotek?

Atrakcyjna lokalizacja nie rodzi kokosów sama z siebie. ProLogis to kolejna firma, która połamała sobie zęby na placu w centrum Gliwic. Teren po hucie Gliwice może trafić pod młotek komornika. W kolejce po swoje pieniądze czeka również miasto. Właściciel gruntów między Piwną, Jagiellońską i Mitręgi winny jest miastu w podatku od nieruchomości ok. 3 mln zł. Ale to nie samorząd poszedł z długiem do sądu. Cierpliwość straciła firma Tauron. Nie zdołaliśmy tego potwierdzić, ale można przypuszczać, że przedsiębiorstwu chodzi o odzyskanie

wydatków na budowę przyłącza energetycznego. Koszty takiej instalacji mogą iść nawet w miliony. A kabel pod centrum handlowe nie może na siebie zarabiać z winy klienta. ProLogis ma do spłacenia długi swoje i poprzednika. Nieruchomość przy torach należała do brytyjskiego dewelopera Parkridge Retail. Gdy jesienią 2011 roku firma zbankrutowała, masę upadłościową przejęli Anglicy z ProLogis. W Gliwicach stali się właścicielami 10-hektarowego placu w centrum i długów powstałych w związku z jego przygotowa-


niem pod budowę. Na gruntach po hucie Gliwice miało powstać centrum handlowe Focus Mall. Plany zakładały budowę galerii handlowej z 200 sklepami, kinowego multipleksu na osiem sal, części restauracyjnej i parkingu na tysiąc miejsc. Miała być praca dla 2 tys. osób. Parkridge gotów był wydać na budowę ok. 600 mln zł. Tylko uporządkowanie terenu i zalanie go betonem kosztowało, według sza-

cunków, ok. 100 mln zł. Następca nie był zainteresowany kontynuowaniem projektu. ProLogis specjalizuje się w budowie i zarządzaniu obiektami dystrybucyjno-magazynowymi, a nie handlowymi. Nowy właściciel gruntów pohutniczych nie krył, że zależy mu na jak najszybszej sprzedaży. Jak informowała nas jesienią ubiegłego roku Marta Tęsiorowska, wiceprezydent ds. marketingu i komunikacji w ProLogis, firma szukała inwe-


stora zainteresowanego wykorzystaniem nieruchomości zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Jak widać bezskutecznie. Ciąg dalszy tych poszukiwań może podjąć komornik, który ma do ściągnięcia dług od ProLogis. Firma, z uprawomocnionymi już nakazami zapłaty, ma też inny majątek niż nieruchomość w Gliwicach. Ewentualna egzekucja długu z placu po hucie zepchnęłaby na bok plany jego sensow ne go za go spo da ro wa nia. Pierwszeństwo mają roszczenia wierzycieli i skuteczność w ich zaspokojeniu. Dla komornika rozstrzygającym argumentem jest cena. Przedstawiciele samorządu w nowych okolicznościach widzą jednak szansę, a nie zagrożenie dla realizacji projektu centrum handlowego. Ale nie przyłożą ręki do usunięcia betonowej pustyni z centrum Gliwic. – Miasto nie było i nie jest zain te re so wa ne za ku pem te re nu po hu cie. To ide al ne miej sce

na komercyjną inwestycję. Uprzedzając obawy związane z brakiem planu przestrzennego dla tego fragmentu miasta, chciałbym podkreślić, że na budowę innego obiektu niż handlowo-usługowy nie pozwala warunek dobrego sąsiedztwa. Nie ma więc mowy, by mógł tu powstać na przykład skład opału czy terminal logistyczny – informuje Marek Jarzębowski, rzecznik prasowy prezydenta Gliwic. Czy plac przy to rach tra fi pod młotek? Na razie nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Licytacja rozpoczęła się już natomiast na poziomie pogłosek. Jedna z nich mówi o 500 zł jako cenie wywoławczej za metr. Pamiętając, że chodzi o teren z powierzchnią ok. 100 tys. m kw., w grę wchodziłoby minimum 50 mln zł. (pik)


„Dźwięki muzyki” fascynującą rodzinną historią 27 marca premiera w Gliwickim Teatrze Muzycznym


Każda z postaci musicalu ma swój pierwowzór.Aich losy stały się kanwą broadway’owskiego przeboju duetu autorskiego Richarda Rodgersa iOscara HammersteinaII. Rok1938. Maria jest nowicjuszką zakonną waustriackim Tyrolu. Ponieważ jej niepokorna dusza nie poddaje się rygorom klasztornej reguły, matka przełożona znajduje jej zatrudnienie ukapitana Georga von Trappa. Maria ma być guwernantką jego osieroconych dzieci. Szybko przełamuje lody izdobywa serca siedmiorga podopiecznych –nie tylko dzięki wrodzonemu urokowi, ale również miłości do śpiewu. Między nią akapitanem zawiązuje się uczucie. Tymczasem nad Austrią zbierają się chmury –kraj zostaje opanowany przez nazistów. „My FavoriteThings”, „Do-Re-Mi”, „Sixteen Going on Seventeen”, „Climb Ev’ry Mountain” –to nie tylko największe przeboje „Dźwięków muzyki”, to również jedne z najbardziej znanych musicalowych standardów, jakie wyszły spod rąk Rodgersa i Hammersteina. W 1965 rokunaekrany kin weszła filmowa wersja hitu, wktórej wgłównych rolach wystąpili JulieAndrews iChristopher Plummer. Był to jeden znajwiększych kinowych przebojów swoich czasów, który dodziś pozostaje jed-

nym znajpopularniejszych filmów muzycznych whistorii. W Gliwickim Teatrze Muzycznym „Dźwięki muzyki” wyreżyseruje Maria Sartova, która wnaszym teatrze zrealizowała takie musicalowe przeboje, jak „Hello, Dolly!”, „42 ulica” czy „Ragtime”. Pomoże jej wtym doborowe grono artystów: Wojciech Rodek jako kierownik muzyczny,Yves Collet (scenograf), Tatiana Kwiatkowska (kostiumograf) oraz Jacek Badurek (choreograf). Maria urodziła się26 stycznia1905 roku w pociągu do Wiednia. Nazywała się MariaAugusta Kutschera. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała zaledwie dwa latka. Opiekował się nią wuj, który wychował małą Marię naateistkę isocjalistkę. Dopiero gdy pewnego dnia przypadkiem znalazła się w kościele – wybrała się tam nakoncert Bacha –podwpływem płomiennego kazania przeżyła religijny wstrząs icałkowicie zmieniła poglądy oraz własne życie. Ukończywszy szkołę dla nauczycieli, wstąpiła dobenedyktynek wSalzburgu jako nowicjuszka. Tam właśnie znalazł ją Georg von Trapp, który szukał nauczycielki dla swojej chorej córki. Marię wybrano nie tylko ze względu nawykształcenie, ale inasłabe zdrowie, które miała podreperować wposiadłości kapitana. Ten zakochał


się wniej iw1929 roku się pobrali. Sama Maria wspominała później, że przywiązała się przede wszystkim do dzieci kapitana, ajego tylko lubiła; dopiero poślubie nauczyła się go kochać. Rodzina von Trappów uwielbiała śpiewać igrać naróżnych instrumentach.Kiedywczasiewielkiegokryzysukapitanstraciłswójmajątek,Mariaprzekonałago,byrodzinnehobbyzamienićwprofesjonalnybiznes.VonTrappowiezaczęliwystępować nalicznych koncertach, aw1936 rokuwygrali nawet nagrodę na Festiwalu Muzycznym wSalzburgu. Dwa lata później, pozaanektowaniuAustrii przez hitlerowskie Niemcy, wyjechali najpierw doWłoch, apotem doStanów Zjednoczonych. Nie uciekali przezAlpy, ale poprostu przekroczyli granicę pociągiem. Koncertowali wUSAiwEuropie, awmiej-

scowości Stowe wstanieVermont kupili farmę, wktórej prowadzili obóz muzyczny dla dzieci. W1956 roku Maria von Trapp wyjechała razem zczęścią rodziny doNowej Gwinei jako misjonarka. Po powrocie doVermont nadal prowadziła obóz muzyczny nafarmie. Zmarła w1987 roku. Jej prawdziwa biografia, jak widać, różni się nieco odlosów bohaterki „Dźwięków muzyki”, choć właściwie różnice te nie są tak jaskrawe, jak zazwyczaj bywa wpodobnych wypadkach. Najważniejsze cechy Marii: miłość dodzieci, śpiewu oraz pogodną religijność twórcy „Dźwięków…” zaczerpnęli bezpośrednio zżycia. Nic dziwnego, że Maria okazała się jedną znajsympatyczniejszych bohaterek w całej historii musicalu.


ParaGraf eksPres Tu sprawdziło się powiedzenie „puścili go wsamych skarpetkach”. NaKujawskiej bandyci napadli 30-latka, zabrali mu telefon, spore pieniądze i buty.

W Knurowie na alei Piastów zdenerwował się 21-latek i skopał drzwi mieszkania swojej znajomej.

Inny mieszkaniec Knurowa, 20-letni, wkurzył się z kolei na swojego dziadka i... uderzył go talerzem. Dziadek odniósł obrażenia (rany cięte kończyny górnej), więc zgłosił wnuka policji.

Gliwiczanka z ulicy Daszyńskiego otrzymała przesyłkę, w której znajdowała się paczka cukierków oraz jedna próbka kremu. Za to wszystko zapłaciła aż 170 złotych. Oczywiście, nie to zamawiała.

Włamywacz dostał się do domu w Gliwicach, przeszukał szafki w kuchni, spiżarni, przedpokoju i trzech pokojach. Jakie straty, na razie nie wiadomo.

Nieznany sprawca z mieszkania na Powstańców Warszawy ukradł jeden złoty kolczyk.

Na Rybnickiej mąż kopnął żonę, a na Kruczej – uderzył młotkiem w głowę.

Policjanci z trzeciego komisariatu zatrzymali 15-latka, który swoją głową spowodował pęknięcie kości nosa u 14-latka.

W Taciszowie policjanci z Pyskowic zatrzymali na gorącym uczynku 19-latka. Chłopak, wspólnie z 20latkiem z Bytomia, w kompleksie leśnym (w Bytomiu właśnie) wykopał pocisk artyleryjski i granat ręczny. Na szczęście nie zdążył zastosować. W Gliwicach na Puszkina ktoś włamał się do domu i ukradł nieustalone przedmioty.

Podczas kontroli biletów na trasie Gliwice – Kędzierzyn-Koźle jadący z Poznania do Zamościa 23-latek imieniem Ahmet posłużył się przerobioną legitymacją studencką. Student zmienił sobie w legitymacji rok urodzenia.


WASZE Wybrałem się z żoną do Gliwickiego Teatru Muzycznego na sztukę pt. „Zabój cza mi łość”. To by ło przedstawienie zdecydowanie dla widzów dorosłych, bo roiło się w nim od aluzji do stosunków seksualnych, całowania, ściskania, padały hasła o prezerwatywach, ciążach, i tym podobnych. Tymczasem za nami siedziało małżeństwo z dwojgiem dzieci w wieku około 6 i 10 lat. Rodzice świetnie się bawili, a ja miałem niesamowity dyskomfort. Cały czas się zastanawiałem, co też te dzieci sobie myślą i psuło mi to oglądanie spektaklu. Jak ja się paskudnie czułem z nimi za plecami! Moja sugestia do organizatorów: to, że rodzice są różni i różne mają poglądy, nie powinno zwalniać ta kiej in sty tu cji jak te atr od wychowywania najmłodszego pokolenia. Uważam, że na plakacie powinna znajdować się informacja, dla osób

AMY od ilu lat jest ta sztu ka. A w przypadku, gdy jakiś nieodpowiedzialny rodzic mimo to prowadzi do teatru maluchy, obsługa powinna go zawrócić. Nie można kierować się tylko chęcią zysku!

Miesz kam przy uli cy Banacha. Od trzech tygodni wieczorami mamy tu egipskie ciem no ści, bo nie dzia ła ją uliczne latarnie. A ponieważ w okolicy są wykopy, łatwo o wypadek. Dzwoniliśmy już w tej sprawie do firmy energetycznej. Usłyszeliśmy, że była awaria na Akademickiej, a naprawa musi trochę potrwać. Trzy ty go dnie?! To skandal. Ciekawe, kto będzie od po wia dał, jak któ ryś z mieszkańców złamie nogę.

Jestem po dwóch operacjach bioder i w związku z tym mam poważne problemy z poruszaniem się. Niedawno chciałam wsiąść do au-


tobusu linii A4 środkowymi drzwiami i naraziłam się panu kie row cy, któ ry na krzy czał na mnie, że nie wolno, że wsiadanie dozwolone jest tylko przednimi drzwiami! Szkoda, że pan szofer nie potrafi postawić się w mojej sytuacji i pomyśleć, że dla mnie każdy krok jest poważnym i bolesnym wyzwaniem. Również przejście tych kilku metrów wzdłuż autobusu.

Chwała miastu, że buduje ko lej ne ha le sporto we. Byłem niedawno na dniach otwartych nowo wybudowanej ha li Ła będź w Ła bę dach. Wszystko super, ale wskażę małe niedogodności. Po pierwsze, brakuje stojaków na rowery, a po drugie, parking okalający obiekt jest zbyt mały. Z tego, co słyszałem, już niebawem mają tu swoje mecze rozgrywać koszykarze GTK i futsaliści Nbit. W tych dniach na pewno będzie brakowało miejsc do parkowania samochodów.

Na osiedlu Kopernika przy ulicy Jowisza trwa wycinka. Pod topór poszło siedem zdro wych drzew. Czy urzędnicy powariowali z tymi wyrębami w mieście?

Często bywam na targowi sku przy ul. Li po wej w Gliwicach. Jak daleko sięgnę pamięcią, zawsze w centralnej części tego placu stoją osoby, które szepczą do przechodniów „tytoń, papierosy”. Klient, który wyrazi zainteresowanie ofertą, kierowany jest w okolice toalet albo śmietnika i tam odbywa się transakcja. Dzieje się to wszystko pod okiem kamery umieszczonej na latarni. Mimo szeregu moich interwencji, m.in. na komisariacie II gliwickiej policji, handel dalej kwitnie. Niedawno przeczytałem, że w Katowicach policjanci kontrolują ciężarówki wyjeżdżające z placów budów w różnych częściach miasta. Wozy, które zanieczyszczają


drogi, są zatrzymywane, a kierowcy karani mandatami. Dlaczego w Gliwicach mundurowi nie prowadzą podobnych akcji?

Nadleśnictwo Rudziniec prowadzi wyręb starodrzewu. To boli, ale jest konieczne i zrozumiałe. Tak wygląda gospodarka leśna. Ale jako mieszkaniec powiatu mam pytanie: czy w nadleśnictwie są osoby, które nadzorują ludzi wycinających drzewa? Przykład lasu w Kleszczowie. Leśna droga łącząca Kleszczów z Bojszowem to ulubiony trakt wycieczek rowerowych mieszkańców. Nadleśnictwo wycięło tu drzewa, jego pracownicy albo też pracownicy firm zewnętrznych prócz pni drzew pozostawili chlew i wysypisko śmieci. Leżą tam teraz puszki po piwach, butelki po napojach, opakowania po śniadaniach, pety, jakieś reklamówki. Słowem: barbarzyństwo przez nikogo nie nadzorowane! Czy jest ktoś za to odpo-

wiedzialny? Nie dość, że w lesie w Kleszczowie znajdują się wysypiska śmieci jeszcze z lat komuny, których nikt z nadleśnictwa nie zamierza wywieźć, to jeszcze pracownicy wykonujący wyręb dośmiecają.

Śladem

na szych

Pu bli ka cji

W nr. 9 „NG” znalazła się skarga mieszkańca, który obwiniał Spółdzielnię Mieszkaniową Domator o brak reakcji na za pad nię cie się te re nu na wy so ko ści ul. Pocz to wej 65. Informujemy, że Spółdzielnia Domator nie jest administratorem tego terenu. Zarząd cą wspól no ty przy ul. Pocztowej 65 jest Konsor cjum Ochro ny Ko palń z Zabrza. Prezes SM Domator Grzegorz Jasnowski


Wydarzenie www.czytelniasztuki.pl

Niespokojny Szlaga przemierza świat


W jego pracach widać galopadę myśli izdarzeń. Wpierwszej chwili trudno się skupić, potrzeba dłuższej obserwacji, także zaprzyjaźnienia się zwizją artysty. Szlaga wykorzystuje wswoim malarstwie śmieci –słowa i znaki tylko pozornie wyrwane z kontekstu. Obrazy sprawiają wrażenie niedokończonych rysunków, ale to właśnie cały urok jego sztuki. Szlaga namawia nas dotworzenia własnych zakończeń jego historii. Wystawa w Czytelni Sztuki to nie tylko podróż w krainę dzieciństwa, również wyprawa przez wiele miejsc, wktórych artysta choć na chwilę się zatrzymał. Przywiózł stamtąd zbiór wspomnień, później „przerobionych” w obrazy. Są w tych przeróbkach odniesienia dorodzinnych zdarzeń, spotkanych ludzi, zauważonych detali, przeczytanych książek, wysłuchanych płyt, obejrzanych obrazów. Prace Szlagi układają siępoprostu wmalarski pamiętnik. Jest w nim miejsce na gliwickie osiedle Milenium, poznańskie doświadczenia studenckie czy amerykańskie przebitki.

Małgorzata Li chec ka

Na slajdzie widzimy przywołany z pamięci, odręczny szkic gliwickiego osiedla. Jest bardzo szczegółowy… Byłam niedawno na Milenium. Zresztą to

Rozmowa z Radkiem Szlagą

okolice i mojego dzieciństwa. I wie pan co, niewiele się tam zmieniło. Postawili kilka plomb, odnowili stare elewacje. Pamiętam SP nr 40 imienia Marcelego Nowotki. Nie wiem, jakie teraz nosi imię? Ignacego Paderewskiego. A tak przyokazji, SP18 (moja szkoła dzieciństwa) bardzo nie lubiła się z„Czterdziestką”. Coś mi świta. O, tu mamy Spółdzielczą19/3. Jądro ciemności, centrum wszechświata. Moje mieszkanie. Naszkicowałem miejsce, w którym potrącił mnie żuk, było to gdzieś w okolicach Świerczewskiego. Natej ulicy był też sklep „UMurzyna”. Sprzedawali wnim wfoliowych torebkach oranżadę w proszku. I cukierki „kamyczki”... Zgadza się. Na Milenium była jeszcze restauracja. Czasami w niedzielę chodziłem tam z rodzicami na bajeczne desery, kolorowe galaretki zbitą śmietaną. Był zakład szewski. Szyba mu pękła, kiedy nadMilenium przelatywał MIG. Pamiętam ten huk. Apotem, jak łaziliśmy poosiedlu, wszędzie widzieliśmy popękane szyby. Targ był bardzo fajny. Nie ma go już? Wdawnym miejscu, nie. Wybudowali tam Biedronkę, atarg przeniósł się


bliżej cmentarza Lipowego. Stał się bardziej cywilizowany. Ze starego targu pamiętam kolejki dla dzieci, których nigdy nie mogłem sobie kupić. Dlaczego postanowił pan wrócić na stare śmieci? WGliwicach mieszkałem dziesięć lat i niewiele z tego czasu pamiętam. Chciałem spróbować poukładać sobie obrazy, wątki, zdarzenia, historie. Tym bardziej, że w mojej praktyce artystycznej najbardziej interesuję się tożsamością. Być może dlatego, że moja rodzina wyjechała doStanów i osiedliła się w Detroit, w miejscu, gdzie większość to Afroamerykanie, również wyrwani ze swojego pierwotnego miejsca. Właśnie takimi ludźmi się interesuję i poniekąd z nimi utożsamiam, choćby z racji podobnych losów. Wprawdzie nigdy nie byłem zniewolony, ale podobnie jak oni nie mam swojego miejsca. Podróżuję między Detroit a Warszawą. Gliwice są dla mnie jednym z domów, po latach chciałem zobaczyć, ile z mojej tożsamości tutaj przynależy. Stąd m.in. wystawa wCzytelni Sztuki. Nie wiem, jaki obraz osiedla zabrał pan ze sobą wświat. Co może zapamiętać dziesięciolatek?

Coś, oczym nie mówiło się rodzicom. Dzwonienie do sąsiadów i uciekanie, palenie gazet, karbidu, wyprawy na roraty do Chrystusa Króla. Pamiętam powódź: woda lała się zpękniętej rury ipodtopiło pół kolejowego osiedla. Budowaliśmy szałasy, grupując się w bandy, między którymi rozgrywały się całkiem poważne wojny. Jak widać, szczegóły mało związane ze sztuką konceptualną czy krytyczną. Kiedy wobec tego pojawiła się sztuka? Rysowałem odzawsze. Dużo. Dla siebie i kolegów. Wojny i inne chłopięce rzeczy. Skończyłem liceum plastyczne iAkademię Sztuk Pięknych wPoznaniu. Klasyka gatunku. Inagle moje prace zaczęto nazywać malarstwem. Dochodzenie dosztuki było naturalnym procesem, bez wymyślania siebie na siłę. Szczęśliwie praca jest moim hobby, nie zmuszam się doniczego, a to, co robię, wypełnia mi każdą chwilę. Wystawa w Czytelni Sztuki to nie tylko „Milenium”. Tytuł jest umowny. Ale chwytliwy. Mój redakcyjny kolega jest z Milenium i bardzo się wystawą zainteresował. Zapraszam całą dzielnicę. Umowny, ponieważ podróżuje-


my ze Szlagą w różne rejony. Nie tylko geograficzne. To pański świat, właśnie wten sposób Szlaga przetwarza rzeczywistość. Nawystawie oglądamy wpigułce tysiąc lat historii. Jako ktoś urodzony wtej części świata, w dodatku przesiąknięty literaturą romantyczną, namaszczony patriotyzmem, stykający się zhistorią znaczoną powstaniami i wojnami, mam określony światopogląd i stosunek do siebie, swoich i obcych. Wystawa rzeczywiście pokazuje mój świat. Nie jakiś wyjątkowo unikalny. Obrazy są punktami na mapie. Każdy, kto nanią spojrzy, zbuduje między nimi własną sieć powiązań. To takie zaproszenie do gry. Czy znajdziemy na niej punkt egzemplifikujący Milenium? Jest nim slajd zmoim odręcznym szkicem. Pod koniec wystawy niewiele z niego zostanie, analogicznie dzieje się znaszą pamięcią: pewne motywy bardziej się wypalą, jakieś kreski zupełnie znikną, zostaną tylko niektóre. „Najbrzydszy obraz świata”. Pana pierwsza sprzedana praca. Ważniejszy jest mój ostatni obraz, namalowany kilka dni temu. Stylistyką nawiązuje domalarstwa powierzchni kolorowych, wywodzącego się ztradycji amerykańskiej

abstrakcji. Liczy się tylko kolor wywołujący określone uczucia. Dla każdego bardzo subiektywne. Dużo czerwieni. Czyli gorączka, emocje, wzburzenie, nabuzowanie. Do wyboru. I jedyny motyw, ogromne oczy. Zzezem rozbieżnym. Patrzą namarginesy, gdzie coś się dzieje. Obraz bardzo sugestywnie przekazuje to, czym się odkilku lat zajmuję. Penetruje pan obrzeża. Interesują mnie rzeczy przez innych pomijane. Murzyni, karły, kaleki, zbiry różne, margines wszelaki, białe śmieci, przeróżne zadupia, wiochy, zatylcza. Penetruję z zapamiętaniem margines marginesu iztego próbuję sklecić swój wszechświat. Rzecznik penerstwa? Może… Grupę „Penerstwo” zakładałem wPoznaniu wspólnie zkolegami. Pener to trochę kryminał zmarginesu, mafioso, a w Poznaniu takie określenie bywa komplementem. Ale to zależy od kontekstu iodtego, kto ci to mówi. NaŚląsku bardziej rozumieją kontekst, w Warszawie – zupełnie. Gliwice, Poznań, Warszawa, Detroit. Które zdoświadczeń wykorzystuje pan w sztuce? Bywam wkażdym ztych miejsc, lecz


nie mają one bezpośredniego przełożenia na to, co robię. Jestem coraz starszy, zmienia się więc moje doświadczenie. Widać to wobrazach. Pierwsze są beztroskie, nawesoło. Śmieję się ze wszystkiego, zsiebie, zinnych. Późniejsze poważnieją, wkażdym razie humor jest inny. Wracając do pytania. WDetroit mieszkają moi rodzice i bywam u nich dwa razy w roku, z reguły na święta. Detroit było kiedyś zadbanym miastem, perłą kapitalistycznego świata. Kolebka przemysłu motoryzacyjnego, piękna architektura, dużo estakad, dróg szybkiego ruchu. Dziś Detroit jest symbolem rozpadu. Przypomina mi trochę Warszawę, tylko ona znajduje sie wzupełnie innym miejscu. Bezkrytycznie pędzi w stronę Zachodu, buduje wieżowce ikolejne drogi, kamienice oblepiają reklamy, rządzą sieciówki, fastfoody. Jest pan włóczykijem. Na to wychodzi. To nie męczy? Męczy. Próbuję zatrzymać się gdzieś dłużej, teraz w Warszawie. Trzeba było wybrać Śląsk. Mam tu dom, stoi pusty. Więc może jak się Warszawa znudzi… Może. W ogóle nie rozmawiamy o sztuce…

Bo nie ona jest najważniejsza. Trzeba żyć, żeby mieć o czym robić sztukę. W książkach jest wiedza, którą każdy może sobie wziąć. Ale żeby twoje działanie miało indywidualny sznyt, musisz wypracować język wynikający zintensywnych doświadczeń. Pojedzie pan na Milenium? Oczywiście. Wizyta będzie inspiracją dokolejnych obrazów – opowieści? Nie pracuję wtaki sposób. Obrazy długo są we mnie, kłębią się w głowie, w szkicownikach. Sto razy je przerabiam, zanim ostatecznie naniosę napłótno. Nigdy też ich nie kończę, zawsze mogę do nich wrócić i domalować cokolwiek. One pracują między sobą, wyciągnięte z kontekstu – tracą. Pana obrazy nadają się idealnie na murale. I tak sobie myślę, że gdyby pan zostawił taki ślad w Gliwicach, na Milenium, byłoby fajnie. Na bloku przy Spółdzielczej? Tak. Podoba mi się taki pomysł.


44-100 Gliwice, ul. Zwycięstwa 3, sekretariat 32/231 47 60 fax 32/230 71 22 www.nowiny.gliwice.pl, e-mail:office@nowiny.gliwice.pl dział reklamy: 32 231 44 13


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nowiny Gliwickie nr 10 by Nowiny Gliwickie - Issuu