Skip to main content

Nowiny Gliwickie nr 6

Page 1

14.2.2014 r.

PL ISSN 0209

NR INDEKSU 366862

Jak kasjerka bandytę przegoniła

S tr e f a p i e s zy c h

F O T O : K R Z Y S ZT O F S U R M A

Numer 6


Ban dy ci na pa dli na bank. Chcie li pie nię dzy, wy szli z ni czym. No, je den z obolałą szczę ką. Zo stał po nich zła ma ny nóż. – Na pad nie udał się dzię ki ka sjer ce, któ ra pra wie zno kau to wa ła na past ni ka pra wym sier po wym – mó wi ko mi sarz Ma rek Słom ski

Jak kasjerka bandytę przegoniła Marysia Sławańska To było tydzień temu w środę po godzinie szesnastej na ulicy Centaura. Kiedy do agencji bankowej weszli dwaj mężczyźni w kominiarkach, siedziały tu dwie kasjerki, 51- i 57-latka oraz obsługiwana akurat 70-letnia klientka. Je-

den z zamaskowanych miał w ręku nóż, drugi coś, co przypominało pistolet (na razie nie wiadomo, czy pistoletem naprawdę było). Napastnicy zaczęli się wydzierać, grozić, rzucać sprzętem, przewrócili klientkę. 70-latka, by ich nie drażnić, leżała spokojnie na ziemi.


Wreszcie jeden z napastników wszedł za biurko 51-letniej kasjerki i zażądał pieniędzy. Zdziwienie musiało być wielkie, kiedy kobieta nie uległa, ale zerwała się z krzesła i ruszyła w jego kierunku. Doszło do szamotaniny, w której mężczyzna otrzymał od 51-latki męski cios. Pięścią w szczękę. Zszokowany bandyta rzucił tylko w jej stronę komputerową klawiaturą i wraz ze swoim wspólnikiem zwiał. Jak dowiedzieliśmy się od świadków, został po nim jedynie nóż ze złamanym podczas walki ostrzem. Na szczęście nie było rannych.

Kasjerki wykazały się nie lada odwagą. Mimo że procedury nakazują w takich sytuacjach zachowanie zgoła inne. Przede wszystkim pracownicy mają chronić swoje życie i jeśli trzeba, wydać bandytom pieniądze. Miejmy nadzieję, że kłopotów nie będzie miała teraz 51-latka, która uratowała bankowe mienie... Policja posiada nagranie z monitoringu, na którym widać zajście. Na stronie 4. publikujemy wizerunek mężczyzny, który jest w związku z napadem poszukiwany.


Czy uliczki gliwickiej starówki zostaną zamknięte dla samochodów? Tak może być za dwa lata! Urzędnicy są za. A kierowcy i mieszkańcy starówki?

Strefa pieszych – To żadna nowość. Od wielu lat mówi się o ograniczeniu ruchu samochodowego na starówce – mówi Marek Jarzębowski, rzecznik prezydenta Gliwic. – Oczywiście w naszych warunkach całkowite zamknięcie i postawienie znaku zakaz wjazdu jest niemożliwe, dlatego chcemy wprowadzić na uliczkach starego miasta strefę zamieszkania. Wyjątek stanowić będą ulice Górnych i Dolnych Wałów. Co oznacza wprowadzenie strefy zamieszkania? Ano tyle, że to nie samochody będą miały tam pierwszeństwo, tylko piesi. Wszystkie skrzyżowania

na starówce będą równorzędne. Nie będzie więc znaków „stop” czy „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Proszę zwrócić uwagę, że na modernizowanych od kilku lat uliczkach nie są budowane chodniki. Po to właśnie, by zrobić z nich w przyszłości deptaki. Zdaniem Jarzębowskiego, w obecnej sytuacji nie da się całkowicie wyeliminować ruchu samochodowego w tym rejonie, bo są tutaj sklepy, restauracje, mieszkają ludzie, którzy mają auta. Można go jednak znacząco ograniczyć. Urzędnicy przymierzają się również do zmniejszenia ilości


miejsc postojowych w ścisłym centrum miasta. – Będzie ich niewiele – zaznacza rzecznik. – A jeszcze mniej, kiedy zostaną wprowadzone strefy płatnego parkowania. Z niepokojem na zamierzenia władz miasta patrzą z pewnością zmotoryzowani mieszkańcy starówki. Wobec zapowiadanej mizerii miejsc postojowych pytają, gdzie będą mogli stawiać swoje pojazdy. – Zmiany nie zostaną wprowadzone ani dziś, ani jutro – odpowiada Jarzębowski. – Z pewnością będą jeszcze prowadzone analizy w tym względzie. Mamy świadomość, że tak radykalne zmiany nie wszystkim będą się podobały. Niestety, trzeba pamiętać, że mieszkanie w centrum miasta nie gwarantuje posiadania miejsca parkingowego na ulicy. SONDA Zapytaliśmy kilka osób o opinię na temat pomysłu władz miejskich. ARKADIUSZ Wprowadzenie takiej strefy spowoduje śmierć starówki. Prowadzę tutaj sklep i widzę, że ludzie niechętnie do nas przyjeżdżają, bo już teraz nie ma gdzie zaparkować. Jesteśmy wygodni. Wolimy korzystać z wielkopo-

wierzchniowych marketów, gdzie znajduje się wszystko pod jednym dachem i na dodatek są wygodne miejsca postojowe dla samochodów. Jeśli urzędnicy chcą zamknąć czy gruntownie ograniczyć ruch na uliczkach starego miasta, powinni w pierwszej kolejności pomyśleć o wybudowaniu w bliskim sąsiedztwie ogólnodostępnych i bezpłatnych parkingów. Tylko wtedy centrum ożyje. ANDRZEJ Na starówce nie tylko mieszkam, ale prowadzę też restaurację oraz punkt usługowy i jestem za zamknięciem dla aut pięknie wyremontowanych uliczek. Dużo bardziej efektowne będzie stworzenie tutaj deptaków z ogródkami w lecie, ławeczkami. Oczywiście problemem są miej-


rówki to nie najlepszy pomysł, bo najpierw trzeba pomyśleć o wybudowaniu w pobliżu nowych miejsc parkingowych.

sca postojowe dla samochodów mieszkańców i dojazd aut obsługujących sklepy i lokale. Nie demonizowałbym jednak tego problemu. Jeśli ograniczy się ruch, automatycznie mniej osób będzie dojeżdżało autami do banku czy urzędu i te miejsca wykorzystają zmotoryzowani mieszkańcy starówki. A ile tych samochodów dostawczych przyjeżdża w ciągu dnia? Kilkadziesiąt? Podjadą, rozładują towar i odjadą. Bardzo dobry pomysł! JAROSŁAW Kilka razy objechałem w koło starówkę i nie znalazłem miejsca. Stanąłem więc na zakazie. Co jednak miałem zrobić, skoro prowadzę firmę budowlaną i musiałem dowieźć towar do klienta. Zamknięcie ulic sta-

BEATA Jestem za, mimo że jestem zmotoryzowana. Wiem, że są problemy z zaparkowaniem auta, dlatego dojeżdżając na starówkę, stawiam samochód w dalszej odległości i dochodzę pieszo. Zamknięcie czy też ogra ni cze nie ru chu na uliczkach wokół rynku spowoduje, że to miejsce nabierze większego blasku, będzie bardziej klimatyczne. (san)


Cieszę się, że jestem ewangelikiem

O T O : K R ZY S Z T O F S U R MA

Na spacery z żoną i córką nie chodzę w koloratce


An drzej Słu goc ki roz ma wia z księdzem Andrzejem Wójcikiem, proboszczem parafii ewangelicko-augsburskiej (luterańskiej) w Gliwicach.

Przepraszam, jak się powinienem przywitać z księdzem: dzień dobry panu, szczęść Boże księdzu, a może szczęść Boże pastorowi? Każda z przytoczonych form jest dobra, chociaż określenie pastor w kościele ewangelicko-augsburskim jest już raczej słowem zwyczajowym. Według wszelkich praw i dokumentów jestem księdzem. Dobrze. Zatem jak dużą parafią przychodzi księdzu kierować? Ma my bar dzo ka me ral ną wspólnotę. Parafia ewangelicko-augsburska w Gliwicach liczy ok. 500 wiernych. Mamy dwa kościoły: Zbawiciela przy ul. Jagiellońskiej i Marcina Lutra w Łabędach przy ul. Strzelców Bytomskich. Niewielka parafia, niewielu ludzi. Doskonale widzę, kto pojawia się na niedzielnych nabożeństwach, a kto nie (śmiech). Przez media przetacza się fa-

la krytyki Kościoła rzymskokatolickiego. Afery pedofilskie i inne powodują, że część ludzi odwraca się od niego. Wykorzystujecie ten fakt i pozyskujecie nowych wiernych? Czasami zdarzają się osoby, które doznały jakiejś krzywdy, rozczarowane instytucją kościelną albo duchownymi. Niejednokrotnie są też tacy, którzy poszukują sensu wiary. Dbam jednak o to, by osoby, które decydują się na wstąpienie do naszego kościoła, nie budowały swojej wiary na rozczarowaniu inną wspólnotą. Na krzywdzie, niechęci i wrogości niczego nie można zbudować. Kościoły rywalizują o wiernych? Nowi wierni w naszej parafii to często ludzie, którzy przyjeżdżają tu za pracą, są ewangelikami i w naturalny sposób pojawiają się u nas. Są też osoby, które dokonują tzw. konwersji, czyli zmiany wyznania. To w skali roku do około 10 osób. Jak długo trwa przygotowanie do konwersji? Standardowo około roku. Przybliżamy wówczas na specjalnych


spotkaniach doktrynę kościoła i biblijne zasady, zachęcamy też do włączenia się w życie parafialne. Jeśli po tym czasie dana osoba podtrzymuje swoją wolę, to publicznie podczas nabożeństwa, w obecności dwóch świadków, następuje akt konwersji. Nowy członek naszego kościoła podpisuje też stosowny protokół i oficjalnie zostaje włączony do społeczności. Jaka jest zasadnicza cecha ewangelików i co odróżnia was od katolików? Cecha? Wydaje mi się, że umiłowanie Słowa Bożego; Biblii, bo jednoznaczną wykładnią wiary jest dla nas Pismo Święte. A co do różnic? Jest ich w sumie niewiele. Po pierwsze, sakramenty. W kościele ewangelickim mamy dwa: chrzest i wieczerzę pańską – komunię świętą, a w kościele rzymskokatolickim jest ich siedem. Nie ma u nas kultu maryjnego. Ale to nie oznacza, że nie oddajemy należnej czci Marii, matce Jezusa, czy też jej nie uznajemy. W kościele ewangelickim nie ma także kultu świętych. Możemy doszukiwać się różnic i o nich rozmawiać, ale warto pa-

miętać, że najważniejsze jest serce człowieka i jego wiara, relacja z Chrystusem. Czy parafia bierze aktywny udział w życiu społecznym Gliwic? Tak, jesteśmy dumni z koncertów organizowanych w naszych kościołach. Od dwóch lat partnerujemy festiwalowi All` Improvviso. Odbyły się także u nas otwarte koncerty Andrzeja Jagodzińskiego, Łukasza Kuropaczewskiego, Natalii Niemen. Gościliśmy u siebie Akademicki Zespół Muzyczny Politechniki Śląskiej. Mamy też codzienny półgo dzin ny pro gram ra dio wy – „Po prostu” w radiu CCM. Zaznaczamy swoją obecność w Gliwicach, działając w Ewangelickim Towarzystwie Edukacyjnym, które oferuje naukę w trzech szkołach: podstawowej, gimnazjalnej i liceum. W kościele ewangelickim wybór proboszcza odbywa się w wyniku demokratycznych wyborów zgromadzenia parafialnego. Agitował ksiądz w 2011 roku swoich wyborców? Oj, nie (śmiech). Wikariusz jest mianowany i wysyłany przez władze kościoła do danej parafii. Inaczej


rzecz ma się z proboszczem, który –tak jak pan powiedział – jest wybierany. Jeśli na danej parafii jest tzw. wakans, wysyła się informację do wszystkich księży naszej wspólnoty. Zainteresowani aplikują, wysy ła jąc do władz ko ścio ła coś na wzór listu motywacyjnego. Czasem kandydat jest tylko jeden – tak było w moim przypadku. Innym razem – dwóch, trzech albo nawet czterech. Każdy z nich, w następujące po sobie niedziele, podczas nabożeństwa, wygłasza konkursowe kazanie, a po nabożeństwie spotyka się z parafianami, którzy zadają mu pytania o zamierzenia i plany dotyczące wspólnoty, jaką ma kierować. Kiedy wszyscy pretendenci przejdą tę drogę – następują tajne wybory. Zgromadzenie Parafialne, czyli osoby pełnoletnie, uprawnione do głosowania, zakreślają nazwisko swojego faworyta i wrzucają kartki do urny. Podczas wyborów obecny jest biskup diecezjalny. Ten z kandydatów, który zdobędzie największą liczbę głosów, zostaje proboszczem. Co skłoniło księdza, aby spróbować sił akurat w Gliwicach?

Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego z rodziny ewangelickiej. Mniej więcej pod koniec piątej klasy szkoły podstawowej zdecydowałem, że będę księdzem. Co więcej, przez wszystkie te lata niektórzy żartobliwie zwracali się do mnie per „księże” (śmiech). Bóg widać chciał, bym został duchownym. Po szkole średniej, w latach 1999 – 2004, studiowałem na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej (ChAT) w Warszawie. Potem były praktyki kandydac kie, aż w koń cu w 2005 r. w Olsztynie zostałem ordynowany na księdza luterańskiego i tam odbywałem swój pierwszy wikariat. Niespełna rok później zostałem skierowany do służby w Wieluniu i Kluczborku. Do Gliwic na wikariat wysłany zostałem we wrześniu 2007 r. Po konsekracji byłego proboszcza parafii ks. Jerzego Samca na urząd biskupa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce najpierw mianowano mnie proboszczem-administra to rem pa ra fii w Gli wi cach, a w lutym 2011 r. zostałem wybrany przez Zgromadzenie Parafialne na proboszcza. Dlaczego Gliwice? Bo ludzie są tu niezwyczajni! Śląza-


cy są bardzo otwarci i weseli. Ta radość i prostota bardzo mnie ujmują. A propos tej drogi księdza do Gliwic. W kościele katolickim kandydaci na księży zamykani są na 6 lat w seminariach i potem następują święcenia. U ewangelików jest inaczej. Każdy z duchownych naszej wspólnoty musi ukończyć pięcioletnie teologiczne studia magisterskie na ChAT w Warszawie. Po nich konieczne jest odbycie praktyk parafialnych. Trzeba zaliczyć co najmniej dwie, trzy i otrzymać z nich pozytywne opinie. Potem zdaje się pierw szy eg za min ko ściel ny przed komisją składającą się z biskupa, profesorów i księży. Oceniana jest wiedza zdobyta w czasie studiów, trzeba przeprowadzić katechezę, wygłosić kazanie oraz napisać pracę teologiczną na wskazany wcześniej temat. Pozytywnie zdany egzamin jest dla władz naszego kościoła jednym z głównych argumentów za dopuszczeniem kandydata do ordynacji, czyli święceń. Mówi się, że ewangelikom łatwiej podjąć decyzję o byciu księ-

dzem, bo nie obowiązuje ich celibat. Pewnie sporo w tym prawdy, ale – jak to w życiu – są tego mocne i słabe strony. Uważam jednak, że Pan Bóg stworzył człowieka też po to, aby ten mógł się rozwijać, w tym – rozmnażać. Natury nie da się oszukać i dlatego cieszę się, że jestem ewangelikiem, że mam rodzinę, żonę, córkę. Ksiądz poznał swoją małżonkę jeszcze na studiach, czy już po święceniach? Moja żona jest ewangeliczką, bo tylko osoba takiego wyznania może być partnerką księdza naszego wyznania. Poznałem ją, będąc już wikariuszem w Gliwicach, a spotkaliśmy się na zjeździe młodzieży ewangelickiej w Krakowie. Studiowała wtedy farmację i jak na przyszłą farmaceutkę przystało, pomogła mi, przynosząc tabletki na bolące gardło. Ujęła mnie tą dobrocią i nie tylko (śmiech). Potem były spotkania i decyzja o byciu razem. Zanim jednak wzięliśmy ślub w 2009 roku, najpierw musiałem uzyskać zgodę biskupa. Przeprowadza on rozmowę


z kandydatką na przyszłą żonę i księdzem. Pyta o zamierzenia, mówi otwarcie o blaskach i cieniach bycia żoną księdza, czyli pastorową. Czy żony księży mają jakieś konkretne funkcje w Kościele ewangelickim? Często angażują się w życie parafii, niektóre prowadzą jakieś zajęcia, np. spotkania dla kobiet. Wnoszą we wspólnotę rodzinne ciepło, widać ich kobiecą rękę. Dom proboszcza w kościele ewangelickim jest domem otwartym, więc o spokojnym życiu nie ma mowy, a to telefon, a to czyjaś wizyta. A ksiądz pomaga żonie w prowadzeniu domu? Myje okna, podłogi? Dziwię się, że jeszcze moja żona Asia ze mną wy trzy mu je (śmiech). Świadomy jestem tego, że niewiele pomagam jej w prowadzeniu domu, okien nie myję, podłóg nie wytrę. Ale bardzo lubię zajmować się naszą półroczną córeczką – Nel. Spaceruje ksiądz z wózkiem i żoną w koloratce? Unikam takich sytuacji, żeby

nie gorszyć nikogo i przy okazji nie robić złej roboty moim kolegom, duchownym katolickim. Przecież nie mam na czole napisane, że jestem ewangelikiem, a moje wyznanie pozwala mieć żonę i dzieci. Na koniec zapytam o kwestię budzącą najwięcej emocji – finanse. Każdy z pełnoletnich parafian kościoła ewangelickiego ma obowiązek odprowadzenia co miesiąc co najmniej 1 proc. swoich zarobków na rzecz własnej wspólnoty. Część pieniędzy pochodzi też z coniedzielnej kolekty. Prowadzimy również działalność gospodarczą. Mamy kilka budynków, które wynajmujemy w Gliwicach. W kościele ewangelickim ksiądz otrzymuje pensję, która ma mu pozwolić na utrzymanie rodziny. Dużo tego jest? O wysokości tej kwoty decyduje rada parafialna. Ile? Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają (śmiech).


Paragraf ekSPreS

Przed oblicze prokuratora dostał się, choć wcale tego nie chciał, pan S., który gliwiczance z ulicy Zimnej Wody uszkodził telewizor.

Pewien gliwiczanin przyszedł na pierwszy komisariat i powiedział, że skradziono mu dowód osobisty. Stało się to wokolicznościach tajemniczych, bo całkowicie poszkodowanemu nieznanych.

Inny gliwiczanin miał takie zdarzenie: kiedy jego głową zajmował się fryzjer, kieszeniami jego kurtki – złodziej. I tak po ostrzyżeniu klient nie miał czym zapłacić, bo znikł mu portfel.

W markecie przy Toszeckiej złodziej ukradł klientce portfel. Potem go porzucił. Nie porzucił, niestety, jego zawartości, czyli 780 złotych. Nauczyciel z pewnej szkoły w powiecie zgłosił policji, że uczeń szarpał go zaręce iramiona. Zkolei uczeń zgłosił, że pan od „wuefu” uszkodził jego ciało poprzez szarpanie za ubranie.

Nieznany sprawca wykorzystał portal internetowy, by wyłudzić 850

złotych od gliwiczanina. Poszło o dwa bilety na koncert zespołu Depeche Mode. Gliwiczanin kupił, zapłacił, ale na koncert i tak nie pójdzie, bo sprzedawca biletów mu nie wysłał. Pewnie w ogóle ich nie ma. Policjanci z Pyskowic zatrzymali30-latka, który uderzył31-latka, poczym, ponoć umyślnie, dokonał zniszczenia mienia w postaci, cytuję policjanta, celowego zniszczenia okularów poszkodowanego. Też mi się coś wydaje, że agresor okulary zniszczył umyślnie icelowo.

Z gabinetu pedagogicznego w Gliwicach ukradziono frezarkę.

Na Wita Stwosza w Gliwicach nieznany sprawca usiłował dokonać kradzieży. Wtym celu włamał się do samochodu. Z nieustalonej przyczyny zamiaru swego nie osiągnął. W Gliwicach na św. Brata Alberta ukradziono maszyny rolnicze.

Wlesie w Niewieszy ktoś zabawił się w polowanie. Niestety, z łowną zwierzyną pomylił psy. I tak od kuli padły bokser oraz pudel.


WASZE Śladem naSzych PublikacJi Tekst „(U) cięcie” („NG” nr 5 z 5 lutego 2014 r.) wzbudził dużo emocji wśród czytelników iinternautów. Otrzymaliśmy wiele maili i telefonów z pytaniami o rabunkowe wycinki w mieście oraz standardy ich prowadzenia. Pytano, kto kontroluje wycinających, w jaki sposób sprawdza się zasadność decyzji. Poniżej publikujemy list otwarty autorstwa Mariana Jabłońskiego.

Wycinki drzew w Gliwicach na cenzurowanym

Zamieszczony w „Nowinach Gliwickich” artykuł ujawnił, że problem wycinki drzew dokonywany przez MZUK należy uznać za bardzo bulwersujący. Chciałbym w imieniu swoim, a także ogromnej rzeszy gliwiczan zaniepokojonych ogałacaniem Gliwic z zieleni, poprosić Tadeusza Mazura, dyrektora MZUK, owyjaśnienie niektórych szczegółów wypowiedzi rzecznika MZUK, udzielonych „Nowinom Gliwickim”: – dlaczego MZUK posadził 4 młode dęby wparku Chrobrego wcieniu dużych

AMY drzew, następnie wyciął te drzewa wilości18 sztuk, swoje działanie argumentując stwarzaniem przez nie cienia szkodliwego dla młodych sadzonek? –dlaczego winnych miejscach parku Chrobrego posadzono po 3 – 4 dęby w gęstwinie starych drzew, wiedząc, że będą rosły w cieniu? Czy tu również MZUK dokona rzezi parkowego starodrzewu wwyimaginowanej trosce omłode dęby, które urosną zamniej więcej100 lat? – dlaczego w ciągu alei Sikornik posadzono młode ozdobne drzewka wodległości ok.1 metra odstarych wysokich topól? Czy również te topole czeka spotkanie z piłą mechaniczną? –dlaczego ogołocono zwielu starych drzew teren dawnego cmentarza i okolic kaplicy Gallich, obecnie skweru przyul. Kozielskiej (dawny szpital zakaźny)? Stworzyliście kolejną trawiastą pustynię, bez gęstwiny drzew, tak bardzo pasujących do wyglądu kaplicy; –jak to się stało, że wtrosce obezpieczeństwo mieszkańców MZUK wycina drzewa w Gliwicach w sposób chaotyczny iwzbudzający uzasadnione podejrzenia o ukryte potrzeby własne


MZUK-u? – dlaczego nie usuwa się kikutów uschniętych drzew, doprowadzonych do tego stanu w wyniku złej technologii wykonywania chodników? –kto, zimienia inazwiska, kwalifikuje drzewa dowycinki? Proszę opodanie jego wykształcenia i doświadczenia w dziedzinie ochrony zieleni miejskiej. Jeśli jest to zespół ludzi –proszę opodanie ich danych, chcemy wiedzieć, komu zawdzięczamy uczynienie zGliwic, niegdyś miasta-ogrodu, miasta betonu isuchej trawy. Urzędnicy pracujący wUrzędzie Miejskim w Gliwicach mają przy swoich pokojach imienne tabliczki i stanowiska, więc proszę nie argumentować swojej odmowy ujawnienia tych nazwisk ochroną danych osobowych; –dlaczego część drewnazwycinek jest sprzedawana przez MZUK „swojemu” schronisku dla zwierząt? Takie działania sugerują przekładanie pieniędzy zkieszeni dokieszeni. Gromadzenie sporych zapasów drewnanaplacyku przyschronisku wzbudza moje podejrzenia onieuzasadnione wycinki drzew wGliwicach dla własnych celów, pod płaszczykiem troski o bezpieczeństwo mieszkańców; –dlaczego podczas wycięcia ok.9 tys. drzew pod DTŚ miasto nie przekazało

tych pni na potrzeby schroniska, tylko „odsprzedało” je przymusowo wykonawcom wycinki? –dla udokumentowania moich zastrzeżeń co dozasadności ww. działań prowadzonych przez MZUK udostępnię bogatą dokumentację fotograficzną lub pokażę palcem błędy podczas wizji wterenie. Telefon do mnie posiada redakcja „Nowin Gliwickich”. Oczekuję jednak odpowiedzi nałamach naszego tygodnika obywatelskiego, wszak jest to sprawa wszystkich mieszkańców, nie tylko moja. Marian Jabłoński Chciałbym powiedzieć kilka słów osłużbie zdrowia, pokazać różnicę między opieką medyczną wGliwicach ipowiecie, a dokładniej – w Knurowie. Mam problemy zciśnieniem. Co jakiś czas trafiam wzwiązku ztym doszpitala. Jesienią ubiegłego roku miałem tak wysokie, że syn szybko musiał mnie zawieźć dojednego zgliwickich szpitali. Atam, cóż, lekarka mnie zobaczyła i... wysłała dodomu, mimo że czułem się naprawdę fatalnie. Potem poszedłem dodrugiego szpitala, też wGliwicach. Nalekarkę czekałem dwie godziny. Miałem dość. Kiedy zatrzecim razem musiałem skorzystać zpomocy, odrazu pojechałem doKnurowa.Iproszę sobie wyobrazić, że w szpitalu knurowskim w pół


godziny (!) miałem zrobione wszystkie, kompletne badania. Potem leżałem tam8 dni, podleczono mnie. Kiedy ponownie musiałem szybko skorzystać zopieki szpitalnej, udałem się, niestety, do Gliwic i znowu wspomnienia fatalne. Jak pielęgniarka wyrwała mi wenflon, dodziś mam kłopoty zporuszaniem lewą ręką. Kolejny raz pojechałem więc doKnurowa.Itam znów mi wzorowo pomogli. Podsumowując: Gliwice, uczcie się odszpitala wKnurowie! 40 lat pracowałem, płaciłem składki zdrowotne. I po co?Teraz, kiedy boli mnie kręgosłup, nie mogę skorzystać z darmowej rehabilitacji, każą mi czekać lub iść prywatnie, czyli płacić. Agdzie te pieniądze, które płaciłem przez lata? To jest skandal! Chodzi o to, że dostałem od lekarza skierowanie narehabilitację. Jestem z Łubia, korzystam z opieki medycznej wPyskowicach. No iposzedłem doprzychodni, a tam mi mówią, że już nie ma miejsc ani zapisów, że mam przyjść wkwietniu, to zapiszę się na, uwaga, drugą połowę roku!Ale ja tej rehabilitacji potrzebuję teraz! Zaproponowano mi usługi prywatne. Nie winię, rzecz jasna, przychodni. Winię nasz wspaniały NFZ. To, co dzieje się w tej instytucji, to prawdziwa granda. Naduże wypłaty, premie, gustowne budynki ibiura pieniądze są. Nasze pie-

niądze. Tylko nachorych nie ma. Czy nasi posłowie nie mogliby wreszcie się tym problemem zająć? Czy w tym kraju ma dojść w końcu dojakiejś rewolucji? Ile ludzie będą to wszystko znosić? Mieszkam wGliwicach odprzeszło 60 lat. Obserwuję, co dzieje się w mieście, ale przede wszystkim decyduję, kto rządzi moim miastem. Głosowałam napanaprezydenta i jako mieszkanka oraz obywatelka mam chyba prawo spotkać się znim wnurtujących mnie sprawach, dotyczących – oczywiście – miasta. Otóż okazuje się, że nie tylko nie jest to proste, ale wręcz niemożliwe. Przede wszystkim należy zreferować, oco chodzi, pani w sekretariacie, a najlepiej napisać pismo. Dlaczego mam to robić? Chcę osobiście porozmawiać! Odesłano mnie dozastępcy prezydenta, panaWieczorka, który, owszem, przyjął mnie… w koszuli sportowej. Co to ma być? Biwak czy gliwicki magistrat? Sekretarz miasta ubrany jak należy –wgarniturze, a zastępca prezydenta – totalny luz. Sprawę moją i tak zamieciono pod dywan, bez żadnej reakcji. Tak się w Gliwicach traktuje wyborców.


SoŚnicowice

Tydzień należał do gminy. Miała wreszcie w mediach swoje pięć minut. Zasłynęła znakami. Całkiem zwyczajnymi, zielonymi, przydrożnymi. Z nazwami miejscowości. Bo obok nazwy Smolnica pojawiała się Smolnitz

Eins, zwei, drei, wypieprzaj!

Na 30 tablic w gminie Sośnicowice zniszczono 12. O incydencie dowiedziała się już niemiecka telewizja, która w najbliższych dniach wybiera się do burmistrza.


Marysia Sła wań ska Tego jeszcze w Sośnicowicach nie było. Przed drzwiami gabinetu burmistrza kolejki dziennikarzy. Ekipa jednej telewizji wyjść nie zdążyła, a druga już czekała. Telefony urywały się i u prezeski sośnicowickiej mniejszości. Do tego stopnia, że prezeska ze mną na rozmowę już się nie zgodziła, choć wcześniej chęć wyrażała. Zaszczytu porozmawiania z prezeską więc nie dostąpiłam. Kobieta ma najwyraźniej dziennikarzy dość. Burmistrz za to dzielnie odpowiada, choć uważa, że to, co się stało, to dla jego gminy kwas. A było tak. W roku 2005, gdy gminą rządził burmistrz inny, pewna mniejszość wyszła z inicjatywą. By na znakach drogowych z nazwami miejscowości zamieścić, obok nazw polskich, napisy w języku tejże mniejszości. Przeprowadzono

więc konsultacje społeczne, których wynik pozwolił spełnić mniejszości życzenie. Na dziewięć wchodzących w skład gminy miejscowości tylko dwie, Tworóg Mały i Bargłówka, na obce nazewnictwo zgody nie wyraziły. Z jakichś powodów jednak nazw od razu nie zamieszczono. Minęło lat kilka i mniejszości o pozytywnym wyniku konsultacji się przypomniało. I Marcin Stronczek, burmistrz obecny, pochodzący ze wsi Smolnitz, zamieścić je musiał. Nie jako pomysłodawca wszakże, bo nim nie był, ale wykonawca uchwały. Zgodnie z prawem. Nie będzie niemiecki drogowskaz drogi nam wskazywał

I tak Kozłów stał się Kozlowem, Smolnica – wsią o nazwie Smolnitz, asame Sośnicowice –gminą Kieferstadtel. Język mniejszości to, jak widać, nie-


miecki. Co nie spodobało się jednemu historykowi, którego nazwiska wurzędzie zdradzić nie chcą. Wiem za to, co historyk ów wmailu doburmistrza napisał.Ano, stanowczo zaprotestował. Bo Niemcy odpowiadają zawymordowanie rdzennych Polaków wczasieIIwojny światowej, za zbrodnicze eksperymenty medyczne na ludziach, tortury, masowe ludobójstwo i inne zbrodnie. Dodał jeszcze, że powodu nie widzi, by powtórnie germanizować ewidentnie słowiańskie i sięgające średniowiecza nazwy. Historyk uważa, że drogowskazy to powrót do germanizacji prowadzonej przez władze pruskie, a następnie niemieckie. Tyle historyk. Wracamy do burmistrza. Który mówi, że prócz tego sprzeciwu innych nie było. I dzieli mieszkańców na grupy trzy. Pierwsza – zadowolona. Ta cieszy się, że historii hołd został oddany, że teraz można swoją tożsamość w gminie pielęgnować. Druga – zu-

pełnie obojętna. I trzecia, jacyś drobni maruderzy, ale nie stanowczy przeciwnicy. Jest chyba jeszcze jakaś grupa czwarta? Ta, co znaki zniszczyła? Bo tydzień temu, kiedy pewnego ranka mieszkańcy do pracy jechali, zauważyli, że niemieckie nazwy naznakach zamalowane.Ito czarną farbą. Burmistrz jest prawie przekonany: dewastacji nie dokonał nikt zmieszkańców gminy. Żeby sośnicowiczanie rękę zfarbą naznaki podnieśli? Wto nie wierzy. Przypomina też sobie podobne zdarzenie zprzeszłości. Kiedy Polska miała wejść doUnii Europejskiej, na przystankach w gminie pojawiały się napisy typu: „Nie dla Unii” i „Polska walcząca”. – To robią zawsze zwykli chuligani, ci sami, którzy szyby tłuką. Oni nie zasługują na miano Europejczyków – twierdzi Stronczek. –Bo nie potrafią uszanować praw demokracji – dodaje. Gmina nam skwaśniała


No więc w Sośnicowicach kwas. Wyszło bowiem na to, że ktoś tu Niemców i ich języka nie lubi, mimo że tylu mieszkańców w Niemczech rodzinę posiada, a sama gmina ma za partnera miasto Linden. Też niemieckie. Tymczasem niektórzy z tych obojętnych, sprawie się przyglądając, twierdzą, że może te nazwy to jakaś prowokacja była, jak ta ze słynną tęczą naplacu Zbawiciela wWarszawie. Tam też wiadomo było, że podczas Marszu Niepodległości ją zniszczą, potem wybuchnie afera. I tu domyślić się było można, że znajdą się Polacy, którym kojarzony z zaborami i wojną język się nie spodoba, bo „Polska dla Polaków”, „Polacy swój język mają”, i tak dalej. I że ktoś zniszczy, awantura będzie, pieniądze podatników nadaremnie wydane. Bo teraz tablice odnawiać trzeba, a policja za nasze pie-

niądze śledztwo wszczęła. Burmistrz jest szczery. Przyznaje, że trochę się obawiał, iż znaki mogą być za prowokację uznane i afera się zrobi. Ale wyboru nie miał. Musiał zadość czynić uchwale. – Trochę liczyłem, że jednak nikt tych znaków nie zniszczy. Nie liczyłem za to na taką tanią popularność, jaką teraz mamy... Stronczek apeluje jeszcze: – Zgłoście policji, jeśli coś widzieliście. Przecież w nocy ktoś musiał tymi ulicami przejeżdżać, wracać z pracy, ktoś nie spał, może podszedł do okna i dewastację widział. To do mieszkańców. I do wandali: – Dajcie już spokój, nie ma granic w Europie!


Zabawa ze szlachetnym przesłaniem. „I love lipa”, flash mob w walentynki. 14 lutego o 16.30 spotkajmy się na skwerze Keżmarok

Serduszko pika dla lip

Joanna Bojarska-Chemali, przewodnicząca zarządu osiedla Wójtowa Wieś, zaprasza na fleszmob I love lipa. Nagrodą za najpiękniejsze wyznanie miłosne będzie widoczny na zdjęciu karmnik.


Małgorzata Lichecka rozmawia z Joanną Bojarską-Chemali, przewodniczącą zarządu osiedla Wójtowa Wieś, o ratowaniu alei, urzędniczych sztuczkach i spontanicznej akcji z obywatelskim przesłaniem. Aleja lipowa z ulicy Mickiewicza nie schodzi z ust gliwiczan. Wciąż o niej głośno. Ostatnio za sprawą ministerialnej decyzji. Minister kultury uchylił decyzję Śląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w sprawie wpisu do rejestru całej dzielnicy wraz z zabytkami przyrody, w tym aleją lip. Stało się tak z powodu błędów formalnych popełnionych przez konserwatora. Nie dotyczą one kwestii zasadniczych, merytorycznych, wiążą się raczej z uzupełnieniem danych. Czekamy teraz na poprawki, mając nadzieję, że zostaną pilnie naniesione. Biuro kon-

serwatora zobowiązało się do jak najszybszego wysłania ich do ministerstwa. Działania obrońców lip, jak potocznie nazywa się państwa grupę, okazały się niezwykle skuteczne. Pokazały, że zainteresowanie sprawami ulicy i dzielnicy, aktywne zainteresowanie, ma sens. Dziś nie dajemy sobie wmówić, że władza wie wszystko i ma zawsze rację. Urzędnicy chcieli bezmyślnie wyciąć 126 lip. Powołując się, o zgrozo, na przepisy prawa. W miejskiej interpretacji taka wycinka to nic wielkiego, w naszej – wręcz przeciwnie. Nie można szermować prawem, chcąc uzasadnić dziwne działania. „Dziwne” czytaj: szkodliwe i, jak się okazało, zupełnie niepotrzebne. Aleja oraz dzielnica mają niezaprzeczalne walory przyrodnicze, historyczne i archi-


tektoniczne. Skala wycinki budzi emocje, rodzi też pytania. Pytania, na które urzędnicy nie bardzo potrafili lub nie chcieli odpowiadać. A tak w ogóle lipy są po prostu piękne. Kto nie był u nas wiosną czy latem, nie wie, o czym mówię. Akcja ratunkowa, jeszcze wtedy spontanicznej grupy wkurzonych na decyzję miasta, udała się. Trwa procedura wpisu do rejestru. A państwo podczas ubiegłorocznych wyborów szturmem wzięli wszystkie miejsca w radzie osiedlowej. Udała się dzięki pani Apolonii. Zbierając podpisy pod petycją, wykonała naprawdę ciężką pracę. Dotarła do wielu ludzi, choć wymagało to wielkiej cierpliwości i czasu. Nie byłoby sukcesu, gdyby nie zaangażowanie dr. Marka Raweckiego, architekta, któremu zawdzięczamy

wyczerpującą dokumentację dzielnicy. Okazała się ona niezwykle pomocna podczas procedury wpisu do rejestru. Wokół lip dużo się dzieje. Skomponowano piosenkę, szykuje się walentynkowy flash mob. „I love lipa”, tak nazwaliśmy nasze spotkanie z drzewami i dla drzew. Walentynkowe wyznania wymyśliła Małgorzata Tkacz-Janik, gliwiczanka, radna sejmiku śląskiego. Wspólnie ustaliliśmy, że ma to być po prostu spontaniczna akcja. Na pewno nie będzie smutno. Będzie muzycznie, miłośnie i edukacyjnie. Chcemy pokazać, że aktywność ma sens, że warto kontestować, warto starać się dla swojej ulicy i dzielnicy. Warto mieć swoje zdanie.


44-100 Gliwice, ul. Zwycięstwa 3, sekretariat 32/231 47 60 fax 32/230 71 22 www.nowiny.gliwice.pl, e-mail:office@nowiny.gliwice.pl dział reklamy: 32 231 44 13


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nowiny Gliwickie nr 6 by Nowiny Gliwickie - Issuu