Skip to main content

Rafał Socha - Znajome twarze (fragment)

Page 1

Szkoła Podchorążych Rezerwy: 1. SPR 2. JEDNOSTKA LINIOWA 3. ZNAJOME TWARZE 4. LISTY Z PODODDZIAŁU


RAFAŁ SOCHA

ZNAJOME TWARZE

WYDAWNICTWO MEMUAR


15. Cyrk Była druga połowa marca. Korzystając z popołudniowego luzu, a przede wszystkim z niedzielnego odprężenia, siedziałem sobie konwencjonalnie w świetlicy. Czytałem książkę albo pisałem list, nie pamiętam dokładnie. Zresztą nie jest wykluczone, że tkwiłem już nad zaliczeniowym konspektem przeznaczonym dla kapitana Wieprza, bo czas był gorący, a egzaminy za pasem. W każdym razie kiedy na dobre rozhulał się cyrk, ja przebywałem z dala od izby numer dwieście siedem. Powiadomił mnie Pepper. Podszedł, szturchnął, zwięźle zasugerował, aby zwijać manatki. Minę miał niewesołą. Podobno dowódca plutonu wzywał wszystkich mieszkańców pokoju do natychmiastowego zameldowania się. Cóż było robić? Zatrzasnąłem książkę, zgarnąłem kartki i piśmiennicze rupiecie. Poczłapałem za Peterem. W izbie żołnierskiej panowało ponure milczenie, w powietrzu wyczuwało się niezdrowe napięcie. Nikt nie siedział na taborecie. Moi kamraci stali ze spuszczonymi głowami, przestępowali z nogi na nogę, posępnie popatrywali na chorążego Szczawowińskiego. Dowódca tłamsił w sobie złość. Był zaczerwieniony. Żyłki na skroniach i czole nabrzmiały mu, wyraźnie pulsowały. Ale nie zamierzał perorować przedwcześnie. Czekał cierpliwie, aż zbiorą się wszyscy. Cenił swoje słowa. Skinął głową na 125


meldunek Boczka, bo starszy izby oświadczył, że Suseł nie wrócił jeszcze z pejotki, lecz poza Susłem właściwie mielibyśmy komplet. Szczawowiński przeliczył nas wzrokiem. Dopiero potem kazał zamknąć drzwi. Przemawiał krótko i ostro. Na wstępie głośno zadał jedno istotne pytanie: kto? Kogo poniosło? Kto okazał się idiotą? Niech się ujawni ten bezmózgowiec, który piętnaście minut temu wyrzucił przez okno pustą butelkę po litrowym ballantinesie. Niech się przyzna natychmiast, skoro taki gieroj. Dla dobra ogółu – niech się nie czai, tylko wystąpi na środek. Tu i teraz, bo bawić się w kotka i myszkę nie będziemy! Znów zaległo ponure milczenie. Trawiliśmy w ciszy komunikat chorążego. Że początkowo uznałem jego słowa za irracjonalne, a cały przekaz nie dawał się ogarnąć rozumem raptownie oderwanym od papierów, nietrudno odgadnąć. Zupełnie nie byłem w temacie. Nie miałem pojęcia, co zaszło, aczkolwiek nie jest wykluczone, że gdyby nie grobowy nastrój i boleściwe miny kamratów, byłbym skłonny potraktować tę zaskakującą inscenizację jako wielce wyrafinowany żart. Zgrywa to jednak żadna nie była. Rozkraczony Szczawowiński już po chwili kontynuował oschłą przemowę. Stanowczo podkreślił, że nie ma ochoty bawić się w detektywa. On jest prostym żołnierzem, a nie Sherlockiem Holmesem czy Herkulesem Poirot. Jeszcze jako kadet został nauczony, że wojsko to nie zawiłości i nie ma w wojsku miejsca na książkowe subtelności. W wojsku liczy się czas i skuteczność. Tu się stawia na niewyrafinowane sposoby. Krótko mówiąc, albo znajdzie się winny, bo przecież butelka sama przez okno nie wyfrunęła, albo 126


zbiorowo odpowie za ten wybryk cała izba. Są wiarygodni świadkowie, którzy zeznają, że butelka wyleciała z tego właśnie okna, nie żadnego innego, toteż odpowie izba numer dwieście siedem. Na ślepo, bez śledztwa, jak chcecie. Incydent musi zostać wyjaśniony, a winny ukarany. Oczywiście najlepiej byłoby wyjaśnić ten incydent personalnie i winnego ukarać także personalnie, lecz jeżeli tak się nie stanie, na przykład z uwagi na tchórzostwo bezmózgiego gagatka albo jeżeli zadziała źle pojęta solidarność, kara i tak zostanie wymierzona, bo ktoś musi beknąć. A wobec braku konkretnego winnego beknie cała załoga rozrywkowego pokoju numer dwieście siedem, w imię żołnierskiej współodpowiedzialności za kretyński wygłup jednego półgłówka. Innego wyjścia nie ma. Dalej milczeliśmy. Chorąży chyba wyczuwał, że żadnej zbiorowej libacji tutaj nie było. Na pewno nie przed kwadransem. Paradowaliśmy w dresach i trampkach, typowy strój roboczo-popołudniowy. Niektórzy ściskali w dłoniach zeszyty, mydelniczki, ręczniki. Na jednym taborecie leżały rozstawione szachy. Wielu podchorążych gapiło się zdumionymi oczami, nikt nie bełkotał ani nie zataczał się na boki. Ja zostałem oderwany od książki, paru chłopaków pewnie zawezwano sprzed telewizora. Szczawowiński wpadł do nas pobudzony i wystrzelił z grubej rury, lecz trudno mu się dziwić – siedział chłop w kancelarii na niedzielnym dyżurze, miał niby spokój i luz, aż tu nagle dostaje cynk, że jego żołnierze balują i ciskają przez okno butelki po wódce. Wkurzył się i tyle. Normalna ludzka reakcja. – Panowie, posłuchajcie mnie teraz uważnie – podjął po stłumieniu największej złości, jak gdyby lekko już ochło127


nąwszy. – Ja wiem, że zdecydowana większość z was od wcielenia jest w porządku wobec mnie i że nie ma nic na sumieniu. Znam was przecież nie od dziś. Współpraca układa się nieźle, nie narzekam, generalnie macie poukładane w głowach. Jesteście karni, uczycie się jako tako, dobrze maszerujecie. Komendant was lubi, chwali mnie często za wasze wytrenowanie na defiladach. Za parę dni kończycie szkołę, zdacie egzaminy, pójdziecie w świat. Nie chcę wam robić krzywdy. Czy to jest jasne? Pokiwaliśmy głowami na znak pełnej jasności. – Ale niestety akurat dzisiaj miał miejsce przykry incydent, którego ja płazem puścić nie mogę. Czy to też jest jasne? Było jasne. – Więc sprawę stawiam tak: daję wam piętnaście minut na przemyślenie problemu i znalezienie winnego. Pójdę do siebie, zapalę sobie papierosa i będę czekał obiecane piętnaście minut. Z zegarkiem w ręku. Wy w tym czasie naradzicie się we własnym gronie. Odnajdziecie winnego, wytypujecie kozła ofiarnego albo podejmiecie inną decyzję. Nieważne, nie interesuje mnie to. Choć możliwości w zasadzie macie dwie: albo dobrowolnie zgłosi się do mnie odpowiedzialny za wyfrunięcie butelki przez okno, albo obiecuję wam, że każdy z was trafi na praktykę po szkole jak najdalej od swojego domu. Ja tego dopilnuję osobiście. Jeszcze dziś zostawię listę z waszymi nazwiskami na biurku u porucznika Karakana, a on jutro z rana przekaże sprawę komendantowi Demonowi. Możecie być pewni, że kiedy przyjdzie do rozdziału skierowań po egzaminach, tutejszy kadrowiec zadba o szczegóły techniczne i przydzieli was dale128


ko. Postaram się, żeby do jak najdalszych jednostek. Zaręczam wam, że wylądujecie hen od swoich domów. Inaczej was karać nie chcę i nie będę. Ja wiem, że to najmocniej zaboli i że nie muszę wyciągać wobec was żadnych innych konsekwencji służbowych. Ktoś wykrzyknął „baczność!”, bo Szczawowiński raptem skierował się do drzwi. Wyprostowaliśmy się odruchowo, ale wyszło w sumie byle jak. Nie w głowie były nam jednak drobne niedociągnięcia regulaminowe. Nad głowami zawisło przecież widmo paskudnego spieprzenia drugiego kwartału służby i teraz tylko to się liczyło. – Ja pierdolę! – wypalił gorącokrwisty i jak zawsze narwany Platfus. – Kurwa mać, co tu jest grane? – zaklął ktoś inny. – Spokojnie, koledzy – przemówił flegmatyczny Turek. – Nie szarpcie się. Krzykiem nic nie zdziałacie. Nie tak. To jest bez sensu. – Co jest bez sensu? Następnie podchorąży Turek opowiedział, co wiedział. Tak się złożyło, że w newralgicznym momencie siedział przy biurku podoficerskim, bo dzwonili do niego z domu. Pogadał z babcią i rodzicami parę minut. Wreszcie zakończył rozmowę, odłożył słuchawkę, podziękował dyżurnemu. Powstał, zbierał się do pokoju. I wtedy wybuchła cała heca. Rozdzwonił się zluzowany telefon. Dyżurny odebrał. Zrobił się czerwony, ręce zaczęły mu latać. Pospiesznie oddał słuchawkę podoficerowi. Ten zbladł. Niedoświadczonego chłopaka zwyczajnie zamurowało. Piąte przez dziesiąte powtórzył głośno dyżurnemu, co usłyszał od oficera dyżurnego jednostki. Rozpaczliwie poprosił o ra129


dę. Nie mieli doświadczenia, nie kombinowali długo. W te pędy powiadomili Szczawowińskiego. Turek na wszelki wypadek nie odchodził za daleko. Nadstawił ucha. Przeczuwał dobrze, że coś się święci. Wkrótce okazało się, że miał rację: podobno jeden z kadetów z pododdziału alarmowego dostał w głowę butelką. Dwuosobowy patrol obchodził z tyłu nasz budynek. Standardowy obchód, który odbywa się regularnie, co godzinę albo dwie. Dowódca pododdziału systematycznie wysyła po dwóch żołnierzy, ażeby się przespacerowali po jednostce i trochę rozejrzeli. Pech chciał, że napatoczyli się pod nasze okna akurat wtedy, kiedy z jednej z izb wylatywała opróżniona flaszka. Kadet na szczęście był w hełmie i butelka po prostu odbiła się od jego skorupy. Nie ucierpiał, ale najadł się strachu. No i wkurzyło go to nieoczekiwanie pacnięcie. Podniósł szklany dowód rzeczowy, obejrzał. Znieważony udał się prosto do oficera dyżurnego jednostki. Tam opowiedział całą historię i wskazał nasze okno. Taki był pierwszy klocek układanki. Tyle wiedział Turek. Drugą część dopowiedział dziennikowy, choć długo walczył z wewnętrznymi oporami. Nie chciał wyjść na konfidenta. Ale skoro tylko bąknął, że on właściwie wie, kto zawinił, reszta pokoju w mig uczepiła się tej obiecującej iskierki nadziei. Wcześniej panikowaliśmy bowiem bezradnie, pomstowaliśmy, na oślep przerzucaliśmy się wyzwiskami. Wytykaliśmy jawną niesprawiedliwość – jakże to tak, nasza izba? A gdzie dowody? Kto tak twierdzi? Na jakiej podstawie? Gęba jakiegoś wkurwionego kadeta ma być tutaj aksjomatem? Niepodważalnym dowodem? I tylko na podstawie tej gęby mamy wylecieć na 130


najdalsze zadupia? A jeżeli tamtemu pomyliły się okna? Gdzie tu sprawiedliwość? Dopiero dziennikowy mruknął cicho, że kadetowi okna się nie pomyliły. Świadkowie w hełmach niczego nie namieszali, bo faktycznie z naszej izby wyleciała butelka. Nacisnęliśmy go, żeby dokładnie opowiedział, co wie. Wzbraniał się. Chłopak był z niego cichy, skryty, trochę nieśmiały, zawsze lekko na uboczu. Uchodził za mrukowatego, ale to była raczej tylko ochronna poza. Teraz usłyszał wyraźnie, że liczy się prawda i że waży się przyszłość każdego z nas, nabrał więc większej pewności siebie. Zaczął się łamać, miękł. Dla dodania otuchy zapewniliśmy go skwapliwie, że nie zostanie uznany za konfidenta. Żeby tylko opowiedział ze szczegółami, jak było. Grał w szachy z kumplem z pierwszego plutonu, który często zachodził do niego w gości, zwłaszcza w niedzielne popołudnia. Znali się z cywila, od podstawówki, mieszkali w jednym mieście. Obaj należeli do jakiegoś klubu szachowego. Tuż przed incydentem z butelką byli zatem tylko we dwóch w nieszczęsnej izbie numer dwieście siedem. Mieli spokój, ciszę, nikt nie zawracał im głowy bzdurami. Mogli oddać się swojej szachowej pasji, całkowicie skupiając uwagę na grze. Niestety do czasu. Otóż w pewnej chwili do pokoju wpadł nabzdryngolony Moczymorda. Śmiał się od ucha do ucha, pieprzył trzy po trzy. Trzaskał szafkami, przewracał taborety, dla jaj ciskał z daleka beretami w starannie porozstawiane pionki i figury. Chłopaki zasłonili szachownicę, niechętnie oderwali się od gry. Pozbierali berety, ochrzanili Moczymordę. Prędko zauważyli u niego niedopitego ballantinesa. Pijus jął się wtedy rwać do częstowania szachistów w ra131


mach przeprosin oraz „rekompensaty za stres”. Pokręcili głowami. Moczymorda i tak potrząsał butelką, wywijał nią we wszystkie strony, podstawiał im ją pod nos. Na dnie było jeszcze z pół szklanki. Szachiści konsekwentnie nie chcieli, lecz Erotoniusz nie kładł się na wozie. Usiadł obok nich, trącał łokciem, bekał, popijał z gwinta. Komentował niewybrednie każdy ruch. Niby doradzał, ale w zasadzie tylko im przeszkadzał. Aż wreszcie ujrzał dno. Wtedy jakoby zerwał się gwałtownie i szeroko otworzył ramę okienną. Wyjrzał. Właściwie nie wiadomo co mu odbiło, lecz coś tam dojrzeć musiał za oknem, bo nagle znowu zaczął cieszyć się jak dziecko. Wycofał się dwa kroki. Potem wziął potężny zamach, zupełnie jakby miał zamiar miotnąć granatem na poligonie, i po prostu wyrzucił pustą flachę na zewnątrz. Moczymorda pił z jakimiś koleżkami w sąsiedniej izbie. Jednego tylko nasz poczciwy dziennikowy nie kumał – dlaczego Erotoniusz nie dopił u tamtych, po co wracał przedwcześnie, z niewyzerowaną butelką, no i co nim kierowało, żeby pozbywać się tej nieszczęsnej flaszki w tak niedorzeczny sposób? Po wysłuchaniu relacji dziennikowego sprawa dla wszystkich stała się jasna. Poniekąd odetchnęliśmy z ulgą. Nie musieliśmy obawiać się karnych przydziałów, tyle że wpierw należało skłonić Moczymordę, aby poszedł do dowódcy i przyznał się dobrowolnie. Honorowo, po męsku, z fasonem. Ale to już nie było takie łatwe. Inna rzecz, że Szczawowiński niepotrzebnie się pieścił. Jeżeli znał nas dobrze, jak utrzymywał, powinien wiedzieć, kto tutaj lubi popijać. Lecz jeśli dręczyły go jakieś 132


wątpliwości, co byłoby w zasadzie zrozumiałe, wszak nie dysponował namacalnymi dowodami, trzeba było kazać chuchać każdemu na kompanii albo najlepiej zorganizować jakiś alkomat. Niech każdy dmuchnie i już. Zagadka zaraz by się wyjaśniła. Albo po prostu mógł zadzwonić po żandarmerię i rozwiązać problem radykalnie. Jednak on mimo wszystko wolał na własną rękę wyciszać zaistniały kwas. Bał się chyba nadmiernego rozdmuchiwania sprawy, dlatego wybrał wariant zbiorowego ukarania żołnierzy. Wedle własnego uznania – czyli poszedł po najprostszej linii oporu. A że przy okazji postąpił asekurancko, pasywnie, zachowawczo, jak najbezpieczniej dla siebie, to już inna historia. Czas uciekał, trzeba było działać szybko. Rozpoczęły się targi nad Moczymordą, który oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, a nawet jął grozić dziennikowemu, że mu obije gębę za bezpodstawnie rzucone oskarżenie. Żaden z nas nie miał wątpliwości, że Erotoniusz łże. Swoje musiał wyżreć, bo był na niezłym rauszu. Mimo wszystko stawiał się ostro. Wtedy nieprzejednane stanowisko zajął Boczek. Z natury był uczciwy, honorowy i koleżeński, zawsze czuł się odpowiedzialny za izbę. Poparł dziennikowego. Zarzucił Moczymordzie nie tyle kłamstwo, co zwyczajne tchórzostwo. – Ciota jesteś, a nie facet – wygarnął z pogardą alkoholikowi. – Gdybyś miał jaja, przyznałbyś się uczciwie, że to twoja sprawka. Nawarzyłeś piwa, bracie, więc je musisz teraz wypić. Takie są reguły gry. Nic nam do tego. Do tej pory ci się udawało, bośmy cię kryli przed trepami. Jak tylko się dało. Ale koniec z tym. Dość pobłażania. Od 133


teraz mam cię w dupie, jesteś dla mnie zerem. Nie będę jeździł do domu raz na ruski rok tylko dlatego, że ci odpierdoliło i walnąłeś kadeta butelką w łeb. Wszystko ma swoje granice. Przegiąłeś, kolego. Cisza. – Pójdziesz grzecznie do „Szczawia”, przyznasz się i poprosisz o łaskawy wymiar kary – kontynuował Boczek. – Zresztą gówno mnie obchodzi, co ty mu dokładnie powiesz. Masz zrobić tak, żeby ten syf jakoś wyprostować i żeby nikt więcej nie czepiał się o żadną butelkę chłopaków z naszego pokoju. Zrozumiano? Moczymorda siedział spokojnie na wozie i pogwizdywał jakąś tandetną melodyjkę. Zdawało się, że nie słucha, że nic do niego nie dociera albo że nie rozumie. Można było odnieść wrażenie, że dramatyczny problem go po prostu nie dotyczy. Natomiast Boczek wkurwiał się coraz bardziej. Poczciwina mieszkał blisko Kiły, na pewno nie uśmiechałoby mu się śmigać teraz pięćset czy sześćset kilometrów na praktykę, skąd wracałby nie wiadomo jak rzadko na przepustki. Za co? W imię czego? Za jakie grzechy? – Wstawaj! – wrzasnął nagle do Moczymordy. Alkoholik ani drgnął. – Słyszysz, dziadu? Mówię do ciebie! Wstań i popatrz mi w twarz! Moczymorda uniósł do góry prawą dłoń, ani przez chwilę nie zaszczycając starszego izby swoim mętnym spojrzeniem, i bezczelnie wyprostował środkowy palec. Krótko mówiąc, najzwyczajniej w świecie pokazał Boczkowi „fakersa”. Wtedy tamten stracił cierpliwość. 134


– Ja ci dam, ty skurwysynu! – pogroził nie na żarty, po czym rzucił się na Erotoniusza. Nikt nie zareagował. Boczek złapał więc pijaka i mocno nim potrząsnął. Alkoholik zaczął chichotać. Wtedy starszy izby podciągnął delikwenta za fraki, jak gdyby ustawiając go do pionu, i walnął pięścią w pysk. Rozległ się głuchy trzask. Moczymorda poleciał wprawdzie z powrotem na swój rozkopany wóz, lecz zerwał się prędko i sprężyście. Choć był znacznie mniejszy od Boczka, a na dodatek nieźle podpity, usiłował wyprowadzić rewanżowy cios. Do dalszej bijatyki jednak nie doszło. Chłopaki stanowczo rozdzielili walczących. Boczek splunął z pogardą i spokojnie odszedł do okna, lecz Moczymorda cały czas furiacko rzucał się między pryczami. Prewencyjnie został więc ułożony na swoim wozie i fachowo spięty pasami. Usłyszał przy okazji wiele cierpkich uwag. Platfus otwarcie mu pogroził, że w nocy spuścimy taką kocówę, że go rodzona matka nie pozna. Erotoniusz jakby się poddał. Przestał wierzgać, rozkleił się. Zaczął szlochać, a potem całkiem się rozbeczał. Usiłował przepraszać. Że skoro wszyscy dybiemy na jego życie, to on się przyznaje i przeprasza. Ale prawda jest taka, że bronił jedynie honoru podchorążych w wojnie z kadetami. Uzmysłowiono mu natychmiast, że nie ma żadnej wojny z kadetami, a poza tym przeprosiny to jedno, a przyznanie się u Szczawowińskiego – drugie. Przeprosinami sprawy nie załatwi. Jeśli rzeczywiście jest taki honorowy, niech idzie do dowódcy i tam się wytłumaczy. My nic tu do rzeczy nie mamy. 135


Ale on płakał i płakał, że nie pójdzie, bo się boi. Nie mam pojęcia, czy to była kwestia nadmiaru alkoholu, czy wreszcie do ziomka dotarło, jak bardzo narozrabiał i faktycznie wystraszył się realnych konsekwencji potraktowania butelką Bogu ducha winnego żołnierza, czy też przejął się wizją zapowiedzianej kocówy. Trudno orzec. Faktem jest, że nawet skompromitowany i przyparty do muru nie rwał się do chorążego. Zapłakany usiłował między nami zażegnywać zgrzyt. Nikt oczywiście nie był skłonny odpuszczać, chociaż poza tym jednym strzałem w pysk palcem go już nie tknęliśmy. Podziałały dopiero dalsze szlochy i umizgi Moczymordy, jak to niby spoko jest jeździć kawał drogi do domu i żebyśmy nie robili z igły wideł (bo on sam ma teraz siedemset kilometrów i nie narzeka). Podziałały jak czerwona płachta na byka, przy czym najmocniej ruszyło krewkiego Platfusa, no i oczywiście zdeterminowanego Boczka. Odpięli pasy, złapali ogłupiałego Moczymordę i po prostu wywlekli go z izby na korytarz. Rzucał im się w objęciach, wyrywał ręce, zapierał się nogami, lecz Boczek to było potężne chłopisko, a i Platfus do ułomków nie należał. We dwóch zaciągnęli zabeczanego pijaka pod próg kancelarii dowódcy plutonu. Asystowaliśmy im wszyscy. Ktoś prędko zapukał, chorąży zawołał, żeby wchodzić. Otwarto drzwi, wepchnięto Moczymordę. Boczek głośno zameldował, że znalazł się winowajca, który chce złożyć stosowne wyjaśnienia i prosi o sprawiedliwy osąd oraz wymierzenie kary. Szczawowiński skinął głową, lecz kazał zostać tylko Moczymordzie. Wszystkich pozostałych wyprosił na zewnątrz. 136


Erotoniusz chyba tam się u niego przyznał, choć nikt z nas nie zdołał niczego podsłuchać. O czym gadali – nie wiadomo. Zza drzwi dobiegało tylko głośne smarkanie Moczymordy, któremu towarzyszyły nerwowe pochrząkiwania chorążego. Moczymorda wrócił po paru minutach. Wrócił jakby nigdy nic. Oczy miał wprawdzie zaczerwienione, a dres usmarkany, ale już nie szlochał. Otarł łzy. Wyjął z materaca kilka świerszczyków, naburmuszony położył się na wozie i aż do capstrzyku słowem nie odezwał się do nikogo. Potem też mało do nas mówił. Trzymał ze swoimi kamratami od wódki z sąsiedniego pokoju. Byliśmy w szoku. Nawet karnej służby nie dostał. Nic. Sprawa jak gdyby rozpłynęła się po kościach. Nie wszyscy o niej jednak zapomnieli. Wesołek pamiętał, co dnia prowokująco natrząsając się po rozruchu albo na przerwie śniadaniowej, i rozważał głośno, jak daleko Moczymorda tym razem wyląduje. Zakładał logicznie, że miotacz butelek trafił na obiecaną czarną listę u chorążego, najpewniej jednoosobową, toteż pod względem geograficznym przydział praktykancki okaże się dlań jeszcze bardziej fatalny niż dotychczasowe siedemset kilometrów. Gdyby wysłano Erotoniusza dalej na północ, najlepiej gdzieś bezpośrednio nad morze, gdzieś w północno-zachodnie rejony kraju, teoretycznie było możliwe, aby dołożyć mu jeszcze setkę albo półtorej. Czy tak się stało? A gdzie tam, nic z tych rzeczy! Moczymordy nie spotkała żadna kara.


Spis treści: 1. MANIFEST / 5 2. NAPISZĘ PANU, ŻEŚ PAN OCHOTNIK / 16 3. WCIELENIE / 21 4. WARIATKOWO / 29 5. PRZYSIĘGA / 44 6. AWANS / 49 7. SŁUŻBA NIE DRUŻBA / 55 8. LUDZIE I AMBA / 58 9. ZEMSTA SZWEJÓW / 74 10. JAK NIE ZOSTAŁEM WARTOWNIKIEM / 86 11. ZETORY / 93 12. POLITRUCY / 107 13. STRACHY NA LACHY / 113 14. CASUS MOCZYMORDY / 118 15. CYRK / 125 16. PLECAKI / 138 17. ZAJĘCIA KONTROLNO-SPRAWDZAJĄCE / 148 18. EGZAMINY / 153 19. NA ROZSTAJACH / 165 20. URLOP / 172 21. INSPIRACJE / 181 22. SPRZĘŻENIA ZWROTNE / 193 EPILOG. NIE MATURA, LECZ CHĘĆ SZCZERA / 215 ANEKS. RĘKAWICA KOLORU KHAKI / 229


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Rafał Socha - Znajome twarze (fragment) by Memuar - Issuu