Skip to main content

Rafał Socha - SPR (fragment)

Page 1

Szkoła Podchorążych Rezerwy: 1. SPR 2. JEDNOSTKA LINIOWA 3. ZNAJOME TWARZE 4. LISTY Z PODODDZIAŁU


RAFAŁ SOCHA

SPR

WYDAWNICTWO MEMUAR


1. Rozruch Blisko trzydzieści par ciężkich buciorów rytmicznie uderzało o zmrożony asfalt. Czwórki łamały się co rusz. Przy zakrętach, przy wyprzedzaniu ugrupowań symulujących marsz, wreszcie przy śmietnikach, które bezczelnie kusiły co bardziej zmęczonych do raptownego czmychnięcia na stronę w celu zregenerowania oddechu pośród baterii cuchnących kontenerów. Starałem się nie wpaść na gościa biegnącego przede mną. Trzymałem dystans, nie za twardo stawiałem kroki i usiłowałem ogarnąć rzeczywistość ogłupiałymi zmysłami, które najpierw wyrwano spod ciepłego koca, a następnie wygnano na mroźne powietrze. Widziałem czerwone uszy kamratów, parę buchającą ze wszystkich ust, krótko wygolone głowy. Pijane cienie słaniały się tępo, gdyśmy jedną za drugą mijali latarnie. Rwane rozmowy, krótkie komendy i brzęk rozdrobnionego żołdu w niezliczonych kieszeniach. Wszystko zlewało się w jeden absurdalny cwał. Poprawiłem szalokominiarkę. Była to zalatująca naftaliną, zgniłozielona, śliska, zszyta w długi komin tkanina. Najczęściej nosiliśmy ją jako szalik do munduru polowego, lecz dzięki specyficznej konstrukcji równie dobrze mogła funkcjonować jako czapka zimowa, podhełmówka bądź klasyczna kominiarka. Opcji było kilka, 5


jednak podczas rozruchu fizycznego królował wariant najbardziej pasywny i najmniej rzucający się w oczy: golf. Innymi słowy, skłębiona wokół szyi szalokominiarka ukradkiem osłaniała krtań. – Lewa wolna! – ryknął zajadle malutki prowadzący. Sadził energicznie dwa metry przed pierwszą czwórką i podawał tempo. Przy swoim mizernym wzroście wyglądał raczej groteskowo na tle dryblasów z czoła kolumny. – No co jest, kurwa? – oburzał się ambitnie, ilekroć napotykał tarasujących komunikację maruderów z obcych plutonów. – Lewa wolna! – wykrzykiwał. – Z drogi! Tamci usuwali się leniwie. Częstowali nas wrogimi spojrzeniami i niewybrednymi uwagami. Na ogół wymijaliśmy ich w locie, nie siląc się na zbędne słowa komentarza. Zazwyczaj prędko udawało się też zrekonstruować w miarę poprawne ugrupowanie. Wytrenowane nogi przestawiały się łatwo, po obiegnięciu żywej przeszkody stabilizowały tempo i znów wybijały jednostajny rytm. Rachowałem po cichu dystans przebyty i ten, który wciąż jeszcze pozostawał do pokonania. Okrążeń nie było dużo, bo raptem trzy. Niby tylko trzy, tyle że każde z nich liczyło przeszło siedemset metrów. A kiedy tak codziennie przemierzało się te niewinnie narastające setki metrów, nie bacząc na formę, zdrowie i aurę, łatwo dochodziło się do prostego wniosku, że poranna trasa jest o wiele za długa. Stołówka została w tyle. Potem kolejny zakręt, nieco przyprószona śniegiem linia startowa do biegu w umundurowaniu na tysiąc metrów, pralnia, wejście na plac apelowy, boisko, palarnia. I wreszcie kolejny zakręt, któ6


ry obwieszczał przyjaźnie, że teraz właśnie rozpoczynamy ostatnie okrążenie. Przed zbyt wczesnym zjazdem do koszarowych zabudowań chronił osobiście dowódca kompanii, podporucznik Karakan. Wokół ruchliwego podporucznika Karakana kręcili się zziębnięci pomocnicy dowódców plutonów, a podoficer dyżurny – strojny w funkcyjną plakietkę oraz czarny beret – czuwał nad stanem liczebnym poszczególnych stad. Niedługo podziwialiśmy jednak panteon ważnych osobistości. Należało dziarsko wyminąć kompanijną wierchuszkę i pędzić dalej. Na lekkoatletycznym stadionie usłyszelibyśmy dzwonek, tutaj wystarczyć musiały nam tylko mobilizujące okrzyki dowódcy. Przy śmietniku z kontenerami zwykle robiło się małe zamieszanie. W sunącym naprzód ugrupowaniu następowało drobne przetasowanie – oto nieliczni pauzujący w ukryciu podchorążowie pojmowali w lot, że trzeba dołączyć do swoich, bo to już ostatnia szansa, aby wrócić na pododdział z plutonem. Kombinatorzy nieśmiało wybiegali zza winkli, a twardziele nieunikający żadnego okrążenia uprzejmie wpuszczali kamratów na dawne miejsca. – Zwykły marsz! – wywrzaskiwał wtedy ktoś ze środka, gdyż zbliżaliśmy się do krótkiego odcinka, na którym oficjalnie dozwolone było maszerowanie. – Zwykły marsz! – podchwytywali inni. I ja każdorazowo popierałem w myśli rozsądną inicjatywę, lecz kwestia zarządzenia chwilowego odpoczynku formalnie leżała w gestii naszego drobniutkiego przewodnika. Lider wyczuwał zbiorową presję, nie wygłupiał się. Komenderował zgodnie z oczekiwaniami plutonu: 7


– Zwykły marsz! Przestawaliśmy truchtać. Łapiąc chciwie dech, rozmyślaliśmy głównie o tym, że miło by było, gdyby odcinek zwykłego marszu nie kończył się aż do drzwi pododdziału. Pragnień swoich nikt nie wypowiadał jednak głośno. Podczas króciuteńkiej przechadzki nie było czasu na jakiekolwiek dyskusje. Na tym etapie rozgrzewki znakomita większość była zziajana i zasapana, a niejednego porządnie już zatykało. Marsz nie trwał długo. Zaledwie po kilkudziesięciu krokach podrywaliśmy się za ambitnym przewodnikiem, który zobowiązany był do nieprzedłużania odpoczynku ponad wyznaczone kreski, co wiązało się ze żwawym poprowadzeniem grupy dalej. Zawsze ściśle stosował się do odgórnie nakreślonych wytycznych. Na wysokości stołówki nasze głowy automatycznie wędrowały w bok. Przekrzywialiśmy je odruchowo, aby dostrzec, czy po przeciwległej stronie placu, tuż przed wejściem do żołnierskich kwater, nie zaszła niepokojąca zmiana. Czy ktoś już przypadkiem nie ukończył rozruchu, to znaczy nie zachachmęcił z okrążeniami i nie pakuje się przed nami do środka. Póki wszyscy biegali naokoło, póty było znośnie i akceptowalnie. Żołnierz trzymał fason, podeszwami klepał równo, nie przejawiał głupich pokus. Nie wychylał się. Gorzej było wtedy, kiedy zdawał sobie sprawę, że zrobiono go w bambuko. Że wykazał się naiwną uczciwością, przeszarżował z ambicjami albo zwyczajnie wyrwał się o jedno okrążenie za daleko. Niestety tamtego poranka, tuż po kolejnym minięciu stołówki, dotarło do nas wyraźnie, że choć przewodzimy 8


stawce i od początku trzymamy solidne tempo, i uczciwie jesteśmy na trzeciej regulaminowej rundzie, cwaniaki z jakiegoś innego plutonu powoli zaczynają schodzić z oblodzonej bieżni. Wściekli poderwaliśmy się co sił i nasze tempo rozpaczliwie wzrosło. Energii dodawała nam niegramotna świadomość, że przecież tamci – teoretycznie będący przed nami, a praktycznie już udający się na odpoczynek – wcale nie pokonali większej niż my liczby okrążeń. Wystarczało inteligentne spowalnianie całego marszobiegu, któremu znacznie bliżej było wówczas do marszu niźli biegu, nierzucanie się zanadto w oczy, a następnie, kiedy Karakan uczuwał nagłe znużenie staniem na mrozie i dawał podoficerowi sygnał do kończenia zaprawy, znalezienie się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Wiele zależało tutaj od roztropności, kreatywności, wyczucia i tupetu lidera, niestety nasz przewodnik nie zaliczał się do ludzi lotnych, zuchwałych czy tym bardziej brawurowych. Zasuwaliśmy bez ładu i składu po ostatniej prostej. Nawet sztywnemu, tchórzliwemu, mało fantazyjnemu prowadzącemu udzielił się nastrój dziwacznego podniecenia, gdyż przestał panować nad plutonem, poddał się prawu stada i jął finiszować jak inni. Wielu myślami było już chyba przy porannej toalecie, poprawianiu rejonów wewnętrznych, a może i przy śniadaniu, kiedy raptem drogę całej grupie przeciął podstarzały chorąży. Z raportówką u boku i prostokątną plakietką wpiętą w panterkę na wysokości serca podstępnie wyskoczył zza budynku pralni. Na jego naramiennikach mignęły gwiazdki. Każdy od razu zrozumiał, że to nie byle kto, tylko grubsza szycha. Człowiek powstrzymujący pędzącą 9


gromadę występował w charakterze nie byle tam jakiegoś ciecia z pierwszego lepszego pododdziału, tylko pomocnika oficera dyżurnego jednostki. – Stać! – zaryczał na nasz widok. – Stać! Zatrzymać ten pluton! Wyhamowaliśmy i zwiesiliśmy głowy. Służbista zbliżył się do nas energicznym cwałem. – Co to ma być? – wrzasnął donośnie, stanąwszy pod latarnią w dostojnym rozkroku. Nikt się nie odezwał. Jeszcze niżej pospuszczaliśmy głowy. Połykaliśmy łapczywie powietrze. – Wojsko czy banda przygłupów? Co wy z tymi szalokominiarkami? Powariowaliście czy jak? Rozporządzeń oficera dyżurnego nie słuchacie? Jak się wychodzi na rozruch? Ściągać szalokominiarki! Ale migiem! Zły na siebie, zły na żołnierskich kompanów i zły na nieżyciowe rozporządzenia zdjąłem z krtani swój śmierdzący naftaliną ochraniacz. – Ściągać szalokominiarki! – komenderował rozochocony pomocnik oficera dyżurnego jednostki. – Ściągać i układać je tu! – rozkazał wizjonersko, dla podkreślenia wagi wypowiedzianych słów wymachując jeszcze zamaszyście raportówką. – Pod tym drzewem! Teraz już byłem bardzo zły. Nie tylko dlatego, że toaleta się opóźni, ale i dlatego, że w nonsensownych okolicznościach muszę rozstać się z powierzonym podczas wcielenia mieniem. Po cichu liczyłem, że wystarczy pokajanie się, zdjęcie szalokominiarki, schowanie jej do kieszeni, przydreptanie na pododdział w stroju ściśle regulaminowym i będzie po sprawie. Tymczasem chorążemu taka opcja nie wystarczała. Najwyraźniej dla na10


wiedzonego trepa strój regulaminowy nie był celem samym w sobie. – No co jest, panowie? – wyburzył do nas pryncypialnie, bo chyba wyczuwał podświadomy opór i skrajną nieufność. – Przepisów nie znacie? Przecież niepotrzebne są wam teraz szalokominiarki! Kto to widział na rozruchu? No już je składać! Ma być chujowo, ale jednakowo! – uargumentował logicznie. Milczeliśmy krnąbrnie. – No co jest? Nie dosłyszeliście? Uszu nie myjecie? Ja nie żartuję! Raz-dwa składać szalokominiarki! Ale już! Bo będą konsekwencje! Skoro tak, nie było rady. Rozkaz to rozkaz. Podobno za niewykonanie grożą dwa lata. I oczywiście jak w podobnych sytuacjach bywa, zrobiło się niezłe zamieszanie. Sklecony naprędce szyk czwórkowy zupełnie się rozleciał. Rozleciał się, choć nie wszyscy drgnęli, bo nie wszyscy mieli ze sobą przydziałową szalokominiarkę. Albo i mieli, lecz postanowili udawać, że jej nie mają. Niemniej ci, którzy nie byli zbyt dobrymi strategami, lękali się pójść w zaparte lub po prostu stali w niekorzystnym miejscu, dostali od wysoko postawionej figury jasne przykazanie i generalnie nie ryzykowali niezastosowania się. Nie kombinowałem, bo usytuowanie trafiło mi się fatalne, od brzegu, na widoku, w bezpośrednim sąsiedztwie trepa. Chorąży popatrywał uważnie. Schyliłem się więc i posłusznie położyłem na wydeptanym śniegu moją biedną szalokominiarkę. Starałem się wybierać miejsce nie tyle czyste, ile charakterystyczne. Z naiwną nadzieją, że pozwoli mi ono łatwiej odszukać użytkowa11


ne mienie. Kiedy i w jakich okolicznościach? Nie zgadywałem, nie miało to najmniejszego sensu. Takie sprawy zależały od sił wyższych. – Dobra! – ryknął donośnie pomocnik oficera dyżurnego jednostki, gdy już kilkanaście zgniłozielonych szmat znalazło się pod ogołoconym z liści drzewem, a reszta demonstracyjnie nie wykazywała ochoty do pozbywania się czegokolwiek. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz! – Ale ja przepraszam bardzo, panie chorąży! – odezwał się nagle malutki prowadzący. – Czego tam? – Ale jak to „na wprost biegiem marsz”? – zapytał lękliwie, popatrując na ośnieżony, gęsto obłożony szalokominiarkami, lekko powykręcany pień. – Nie rozumiecie? – To znaczy nie w tym sensie, że nie zrozumiałem polecenia, tylko że ja po prostu... – A kto i czego tutaj właściwie nie rozumie? – bliżej zainteresował się chorąży. – Ja w imieniu plutonu! – zastrzegł się przezornie nasz lider, chociaż powodowały nim pobudki osobiste, gdyż i on został oskubany z nieprzepisowej szalokominiarki. – Dowódca pierwszej drużyny, szeregowy podchorąży Dupoliz z zapytaniem! – przedstawił się regulaminowo. – Słucham! – Czy mogę kogoś oddelegować do tych szalokominiarek? – Co? – Żeby nie zginęły, to znaczy tego, no... Żeby się gdzieś nie zapodziały? 12


– Co ja powiedziałem? – warknął służbiście pomocnik oficera dyżurnego jednostki. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz! – Tak jest! – rzucił wystraszony Dupoliz, po czym błyskawicznie dał sygnał do kontynuowania rozruchu. Zrobiliśmy ogłupiałe miny, ruszając z miejsca i niepewnie odprowadzając wzrokiem pozostawianą na pastwę losu odzież. – A jak zapierdolą zetory? – wulgarnie wyłożył wątpliwości całego plutonu jakiś anonimowy przedstawiciel. – To może lepiej niech który zostanie? – cicho i bez przekonania zaproponował podłamany Dupoliz. Szybka decyzja i dwóch śmiałków oderwało się od grupy. Działać musieli przytomnie, rozważnie, z zimną krwią. Nie napalać się, a liczyć na moment, w którym szastający niepopularnymi komendami pomocnik oficera dyżurnego jednostki odejdzie kawałek od feralnego drzewa i zacznie tresować kolejny potulnie nadbiegający pododdział. My podążaliśmy przed siebie, lecz już bez niedawnej werwy. Humory nie dopisywały. Nie tym, którzy rozstali się z częścią umundurowania. Dla pechowców ograbionych z szalokominiarek dzień nie zaczynał się obiecująco. Po smętnym dobiciu do celu niepalący posiadacze przemyconych za pazuchą szmat od razu udali się na górę. Pozostali postanowili warować, niecierpliwie wypatrując z palarni oddelegowanych współtowarzyszy. Na szczęście nie musieliśmy czekać dłużej, niż zajęło palaczom nerwowe pociągnięcie paru nikotynowych machów. Nadbiegł jeszcze jeden przetrzebiony z szalo13


kominiarek pluton i wtedy dostrzegliśmy powracających kamratów. Poruszali się chyłkiem przy drzewach, z rzadka otaczających plac apelowy. Nieśli to, na co czekaliśmy. Dorwałem jeden z odzyskanych gałganów, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że na pewno nie ten, który przed paroma chwilami składałem pod drzewem. Jeśli ktoś pomyślał zawczasu i zawiązał fantazyjny supełek, odszukanie zguby miał teraz odrobinę łatwiejsze. Niestety ja nie pomyślałem, podobnie jak znakomita większość, więc musiałem zdać się na stare wojskowe powiedzenie, że sztuka jest sztuka. Nic w wojsku nie ginie, tylko zmienia właściciela. Zresztą nawet gdybym chciał, na szczegółowe dochodzenie nie było czasu. Misternie skonstruowany porządek dnia przywoływał do opamiętania. Skoczyłem do wejścia. W tłumie zziajanych, zlanych potem i obficie parujących podchorążych oglądałem pobieżnie swoją nową szalokominiarkę. Miała lekko jaśniejszy odcień ponurej zieleni, wydawała się sztywniejsza i twardsza. Też ją było czuć ohydną naftaliną przypominającą smar, lecz tym razem o nieco innym, lżejszym, subtelniejszym, jak gdyby lekko uperfumowanym zabarwieniu.


Spis treści: 1. ROZRUCH / 5 2. TOALETA PORANNA / 15 3. ŚNIADANIE / 24 4. APEL / 36 5. WYKŁAD KAPITANA LOGICZNEGO / 53 6. WYKŁAD KAPITANA WIEPRZA / 65 7. MUSZTRA / 73 8. WYCHOWANIE FIZYCZNE / 83 9. STRZELANIE / 94 10. OBIAD / 110 11. PRÓBA DO PRZYSIĘGI / 120 12. SZCZEPIENIE / 131 13. NABOŻEŃSTWO / 139 14. KOLACJA / 144 15. OPOWIEŚĆ KAPRALA / 150 16. AGENT SPECJALNY / 156 17. REJONY WEWNĘTRZNE / 164 18. PRYSZNIC / 172 19. WOZY NA BIAŁO / 178 20. CAPSTRZYK / 189 21. SEN NUMER JEDEN / 198 22. MOCZYMORDA / 211 23. SEN NUMER DWA / 217 24. POBUDKA / 221


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Rafał Socha - SPR (fragment) by Memuar - Issuu