Skip to main content

Rafał Socha - Jednostka liniowa (fragment)

Page 1

Szkoła Podchorążych Rezerwy: 1. SPR 2. JEDNOSTKA LINIOWA 3. ZNAJOME TWARZE 4. LISTY Z PODODDZIAŁU


RAFAŁ SOCHA

JEDNOSTKA LINIOWA

WYDAWNICTWO MEMUAR


8. Kapitan Wójcik Leżeliśmy na pryczach, ja i Sławek Niesmaczny, Gienek pomagał porucznikowi przy nocnym strzelaniu. Dawno ogłoszono capstrzyk, ciężki dzień odchodził do historii. Sławek, zanim zasnął, jęczał trochę ze swojego wozu, ale wcale mu się nie dziwiłem. Każdy by jęczał po oberwaniu odważnikiem, a że na dodatek stłukli mu kulasy i złamali nos, to ja już za złe biedaczysku nie miałem, że sobie postęka i żałośnie poskrzypi sprężynami. Żal mi go było zwyczajnie, szczerze mu współczułem. Nawet mimo gorzkiej satysfakcji, że gdyby mnie tylko posłuchał, gdyby odpuścił we właściwym momencie i nie pakował się z oślim uporem w krwawą kabałę, uniknęlibyśmy całej tej hecy. A tak – klops. Żeleźniaka zamknęli. Siedmiu chłopaków wylądowało w koszarowej izbie chorych. Sławka odesłali. Głowę zawinęli mu bandażem, nastawili nos, polecili wracać i czekać na pododdziale. Dzwonił pułkownik, mocno wkurwiony kazał się meldować jutro z raportem i wyjaśnieniami. Długo rozmawialiśmy o tym wszystkim. Nie pastwiłem się nad kumplem, skromnie obiecałem wsparcie ze swej strony. A jeśli zaszłaby konieczność i jeśli ktoś wypytywałby mnie o prywatne zdanie, zobowiązałem się do potwierdzenia biegu dramatycznych wydarzeń oraz pra74


widłowości decyzji, jakie dowódca pododdziału alarmowego podejmował podczas brawurowej akcji. – Podchorąży Niesmaczny! – zakomunikował z korytarza dyżurny i zapukał głośno w nasze drzwi. – Telefon z kompanii! Sławek ocknął się i zaczął mamrotać. Wychylił spod koca opatrunek z obitym nochalem i znów przerażająco jęknął sprężynami metalowej pryczy. W izbie było ciemno, ale nie na tyle, abym nie widział flegmatycznych manewrów sąsiada spod okna. W smętnym świetle latarń poruszał się ospale, chyba ledwo kontaktował. Oka nie zmrużył praktycznie od trzydziestu kilku godzin, miał za sobą całodobowy dyżur, no i przede wszystkim krwawą jatkę, której efektem były stłuczenia i siniaki. – Jest tu podchorąży Niesmaczny? – niecierpliwił się służbista na korytarzu. Sławek zwlókł się jakoś z wozu. Podszedł na bosaka do drzwi i lekko je uchylił. – Co jest? – zapytał cicho dyżurnego. – Telefon z kompanii – powtórzył tamten. – Dzwoni jakiś kapitan. – Kapitan? – No. Wróbel czy Wójcik. Dokładnie nie zapamiętałem. – Ciekawe – rzucił obandażowany podchorąży, westchnął żałośnie, wrócił po trampki, a następnie poczłapał za podoficerem do biurka i słuchawki. Obróciłem się na plecy, podłożyłem ręce pod głowę. Leżałem tak ze dwie minuty, ponownie rozmyślając o bitwie, o „poidełku”, o mięśniakach i reszcie dramatycznych wydarzeń, kiedy powrócił mój współlokator w pasiastej piżamie. 75


– Mam się stawić na kompanii – oznajmił głucho i smętnie, ze złością zatrzaskując drzwi. Zrobiło się ciemno. Sławek usiadł na swojej rozkopanej pryczy. Wyglądał na przybitego. – Teraz? – zapytałem zdumiony. – No. – Ale przecież w nocy tam nie ma nikogo. Bo nie ma, co nie? – Dzwonił jakiś Wójcik. Kapitan. I kazał mi się natychmiast stawić na kompanii. – Wójcik? Kapitan? – zdziwiłem się. – A znasz takiego? – Nie. – No właśnie. Przecież ty masz za dowódcę porucznika, nazywa się chyba Piechota? – No. – No to czego może chcieć od ciebie ten cały Wójcik? Co mu w ogóle do ciebie? – Nie wiem – mruknął Sławek. – Powiedział tylko, że mam się natychmiast stawić na kompanii. – Jak powiedział? – Że mam zaiwaniać na kompanię. – Ale jak on to dokładnie sformułował? Może się przesłyszałeś? Przecież to nie jest twój dowódca i nie może ci nic kazać. Zwłaszcza w nocy! – Nie wiem, jak sformułował. Nie pamiętam. Zaspany byłem. Słowo w słowo nie powtórzę. Ale wiem, że postawił sprawę jasno, a ja przecież się nie przesłyszałem! – No dobra, spokojnie. To chociaż tak mniej więcej. Spróbuj sobie przypomnieć. 76


– Mniej więcej powiedział tak: „Panie podchorąży, mówi kapitan Wójcik. Ma się pan natychmiast stawić na kompanii”. – I co? – Nic. Tyle. Odłożył słuchawkę. – Cholera – zakląłem pod nosem. Niesmaczny wstał z wozu. Wbrew zasadom capstrzykowym włączył światło i powoli zaczął się ubierać. Żal mi go było teraz podwójnie – nie dość, że poobijany, to jeszcze kazali wyłazić z ciepłego wyra, oblekać mundur i zapieprzać na macierzysty pododdział w celu zameldowania się jakiemuś tajemniczemu kapitanowi Wójcikowi, o którym nikt z nas nigdy nie słyszał. – Ty? – powiedziałem wreszcie do kumpla. – A może ktoś sobie robi jaja? – Co? – Może ktoś cię wkręca? Sławek wciągnął morowe spodnie i na krótko zamarł w dziwacznym bezruchu. – E tam – prychnął niechętnie. – Niemożliwe. – Niemożliwe? – To był bardzo męski głos – uzasadnił logicznie. – Taki zdecydowany i władczy. – I co z tego, że władczy? Podrobić nie można? – Nie, nie, to był na pewno kapitan. To musiał być kapitan. Takie rzeczy się czuje, nawet przez kabel. – Skoro tak twierdzisz... – I zaraz mi się dostanie, że też jasna cholera – ze złości przeklął Niesmaczny. – Cholera – powtórzyłem bezsilny. – No to masz przechlapane. 77


Sławek założył górę. Spiął się pasem. Na obandażowaną głowę nałożył beret. Wzuł ciężkie buciory. – Idę – oznajmił jak gdyby pogodzony z losem, nie zapominając o zgaszeniu światła. – Trzymaj się, stary – dodałem mu otuchy, bo tylko tyle mogłem uczynić. – Na razie – mruknął obojętnie, nacisnął klamkę i wyszedł jak skazaniec na ścięcie. O szyby i parapety zaczął dudnić gwałtowny, wiosenny, najpewniej przelotny deszcz. Obróciłem się na bok i patrzyłem w okno. Zostałem sam, co zdarzało się w zasadzie dosyć często, bo bywało, że Gienek i Sławek ofiarnie dyżurowali na kompaniach. Dowódcy lubili wysługiwać się podchorążymi, a moi współlokatorzy nie stronili od żadnych obowiązków. I pewnie dlatego oni nosili już po cztery belki, a ja wciąż byłem starszym kapralem. Od jakiegoś czasu Gienek przebąkiwał nawet, że wkrótce dostanie sierżanta. Sławkowi też się należało – i też by mu się pewnie rychło trafiło, jak mało kto zasługiwał, tyle że dzisiejsza akcja w siłowni awans ten mogła opóźnić, o ile w ogóle nie przekreślić. Szkoda chłopaka. Teraz tłumaczy się jakiemuś nieznajomemu kapitanowi, bo pewnie przysłali faceta z góry, może to jakaś gruba ryba, może jakaś szara eminencja, może jakiś specjalista od zadań specjalnych, może chłop z samego ministerstwa? Jak chcą znaleźć kozła ofiarnego, to znajdą. Jak chcą uderzyć, to kij skombinują. Jak chcą pokazówki, to ją zrobią. Coś czułem w kościach, że tym kozłem ofiarnym nie okaże się major Żeleźniak, tylko właśnie plutonowy podchorąży Niesmaczny. Dowódca pododdziału alarmowego. To on 78


przecież podejmował większość decyzji, to on przecież przeprowadzał przesłuchanie, to on przecież powiódł żołnierzy do boju. Major też tam niby był, tylko jakoś z boku. Za nieuzasadnione użycie broni palnej przymknęli go od razu, fakt, ale major to major, tak łatwo się majorów nie oskarża, a zresztą poniekąd była to obrona własna, dobry adwokat wszystko udowodni... Musiałem chyba usnąć przy tych rozmyślaniach, utulony równym rytmem walącego w szyby deszczu, bo ocknąłem się dopiero wtedy, kiedy ktoś, łażąc po naszej izbie, z hukiem potrącił taboret. Zerwałem się raptownie i ujrzałem osobnika w hełmie, kwieciście przeklinającego pod siąkającym nosem. Z początku sądziłem, że to Sławek, ale po nieco bliższym przyjrzeniu okazało się, że to jednak drugi ze współlokatorów – podchorąży Pieniacz. Wróciwszy z nocnego strzelania, potykał się o służbowe meble i w swoim stylu nadużywał podwórkowej łaciny. – Ja pierdolę! – ryczał poirytowany. – Kto to zostawił? Co to jest? Kto mi tu, kurwa, pułapki jakieś zastawia? Skrzypnąłem sprężynami. Pieniacz opanował się trochę. – Sorry – rzucił machinalnie i zapalił światło. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do nieoczekiwanej jasności, okazało się, że Gienek jest kompletnie przemoczony. – Aż tak leje? – zdziwiłem się. – Aż tak – potwierdził z wyrzutem. – Cały mokry jestem! Od tego pierdolonego strzelania! Przykryłem się kocem. Pieniacz zaczął ściągać przemoczone łachy. 79


– Porucznik kazał kłaść się na ziemi – pożalił się. – Rozumiesz, kurwa? W taki deszcz, w takich kałużach... – mruczał, wyżymając spodnie. – Szlag by to wziął. Nic nie mówiłem. Gienek zdjął prawie wszystko i ułożył na taborecie, ale dopiero przy skarpetach definitywnie załamał ręce. – Nie no! – ryknął bezradnie. – Zobacz tylko, jakie kurwy! Zerknąłem. Pieniacz w dłoniach trzymał grube, żołnierskie, przydziałowe skarpety, które w normalnych okolicznościach nieźle by cuchnęły, teraz jednak były mokre, toteż nie czadziały, ku naszemu zdumieniu nie były jednak zielone, tylko jakieś czarno-brązowe. – Farba puściła? – rzuciłem zaskoczony. – Opinacze ci zafarbowały? – Chuj by to strzelił – jęknął zrezygnowany Gienek. – Nie martw się – pocieszyłem w dobrej wierze. – Może to się jakoś spierze. – E tam. Nie spierze się. Chuj by to strzelił. – Pogadamy z chłopakami na magazynie – zasugerowałem nieśmiało. – Może pomogą, może jakoś podmienią, co? – Chuj by to strzelił – powtarzał podenerwowany Pieniacz. – Ja pierdolę! No chuj by to wszystko strzelił! Znów obróciłem się na bok. Nogi i tułów szczelniej okręciłem kocem. Postanowiłem zasnąć, ale nie zasnąłem. Gienkowi wkrótce przeszło, trochę się uspokoił. Jak gdyby ochłonąwszy, nabrał ochoty na bardziej konwencjonalną konwersację. – Gdzie Sławek? – zagadnął cicho. Odwróciłem się ponownie i podparłem na łokciu. Pieniacz stał pośrodku izby, miał na sobie tylko slipy 80


i przerzucony przez ramię, przydziałowy, niewchłaniający wody ręcznik. Jak przystało na plutonowego z aspiracjami sierżanckimi, wyglądał naprawdę groźnie, wręcz monumentalnie. – Poszedł na kompanię – odrzekłem zgodnie z prawdą. Przemknęło mi przez myśl, żeby powiedzieć o kapitanie Wójciku i o tajemniczym telefonie, ale ostatecznie odpuściłem. Gienek widział obandażowanego Sławka. Po kolacji wpadł na chwilę do kwatery, opowiedzieliśmy mu o „poidełku” i siłowni. Czuć było, że trochę mu zaimponowaliśmy, ale gdy usłyszał, że czeka nas dywanik u pułkownika i że awansu za tę bijatykę raczej nie będzie, przestał okazywać jakikolwiek entuzjazm. Zabrał hełm i maskę, i prędko pobiegł na strzelnicę do porucznika oraz swoich żołnierzy. – Aha – mruknął obojętnie. – No tak. Popatrzyłem na niego uważniej. Coś wyraźnie nie dawało mu spokoju i błądziło pod deklem. Usiadł na wozie, podrapał się w głowę. – A ja dziś musiałem dać w zęby jednemu szwejowi... – podzielił się wreszcie swoim zmartwieniem. – Jak to? – Na strzelnicy. – Ale jak to na strzelnicy? – Porucznik zrobił mnie, kurwa, kierownikiem. Na drugiej zmianie, czaisz? – No to pięknie – pogratulowałem. – Pniesz się w górę. Facet ma do ciebie zaufanie. Pieniacz niedbale machnął ręką. – Może i ma – przyznał ironicznie. – Ale mogło być, bracie, krucho... 81


– Jak to? Znów się podrapał. Zgrzytnął zębami. Przetarł dłonią połyskującą twarz. – Jeden głupek odwrócił się z niezabezpieczoną giwerą – podjął smętnie. – I we mnie, kurwa, wycelował! – Centralnie w ciebie? – No – potwierdził Gienek. – Karabin mu się zaciął, a w magazynku jeszcze były kulki. – Cholera – mruknąłem, wyobraziwszy sobie całą sytuację. – Dałem mu w mordę, bo co miałem zrobić? – Dobrze zrobiłeś – podniosłem chłopaka na duchu. – Sam widziałem kiedyś taką akcję. – Tak? – ożywił się Gienek. – A gdzie? – Na szkółce – wyjaśniłem. – U mnie. W Kile. To normalna procedura. Nie przejmuj się. Wszyscy zawodowcy tak robią. Walą w mordę i już. – Porucznik też mi tak powiedział – przyznał z lekkim zadowoleniem Gienek. – No widzisz. Zachowałeś zimną krew, nikomu nic się nie stało i to jest najważniejsze. Pieniacz znowu odrobinę zmarkotniał. – Niestety stało się – mruknął zafrasowany. – Karabin wypalił? – Nie. Nie wypalił. – To co się stało? – Zęba tamtemu wybiłem. – Trudno – pocieszyłem. – Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Nic na to nie poradzisz. – Niby tak, tyle że teraz ten szwej mi się odgraża. – A co on ci może zrobić? 82


– Że mnie załatwi i w ogóle, no wiesz... – I ty się boisz? – Nie – zaprzeczył głucho Gienek. – Coś ty? – To w czym problem? – W niczym. Tylko jutro jedziemy na rzucanie granatem i tego, no, kurwa... – I co z tego? – Gnój powiedział, że mnie zapierdoli, że on tego nie odpuści. Czaisz? – Głupoty opowiada – przemówiłem stanowczo. – Daj mu karną służbę, to się uspokoi. Nawet jutro. Pogadaj z szefem kompanii. Zostawcie go na pododdziale, niech zmywa kible, a nie rzuca granatami. Przejdzie mu, zobaczysz... Nie? – Może i masz rację – bez szczególnego entuzjazmu zgodził się plutonowy podchorąży. – Może to i dobry pomysł? – rzekł, powstając z pryczy. – No nic, zobaczymy. Coś wymyślę. – No widzisz – zauważyłem weselej. Gienek zabrał ręcznik, mydelniczkę, szczoteczkę do zębów. Zgasił światło i wyszedł do łazienki. Leżałem na plecach parę minut, aż usłyszałem miarowe dudnienie twardych podeszew opinaczy o lastrykową posadzkę wypastowanego korytarza. Później drzwi do izby stanęły otworem i zapaliło się światło. Zaskrzypiałem sprężynami, obróciłem się na bok i ujrzałem obandażowanego Sławka. Stał rozkraczony na środku, w berecie i z dłońmi włożonymi za parciany pas. Też był przemoczony, ale nie aż tak jak Gienek. – No i co? – zagadnąłem. – Nie było nikogo – oznajmił triumfalnie, pociągając przetrąconym nosem. – Nie było żadnego kapitana. 83


– Serio? – No. Tylko dyżurny i nikogo więcej. Chłopaki śpią, nic się nie dzieje, nikt nic nie wie. – Nie rozumiem – przyznałem zdumiony. – Ja też nie. Ale nie powiem, żeby mi to wielce przeszkadzało. Posiedziałem pół godziny, nikt przez ten czas nie przyszedł, nikt nie dzwonił. Pustki. – Dziwne – mruknąłem skołowany. – Może i dziwne – podchwycił z ulgą Niesmaczny. – Ale ja tam nie żałuję. I wcale nie rozpaczam. Westchnąłem cicho, zerknąłem na zegarek. Było po drugiej. Mało czasu, jutro trzeba wcześnie wstać. Z rana śniadanie, później lecę do kancelarii, zwalniam się u Pizdeckiego i zasuwam do pułkownika. Wezwał nas na ósmą, umówiliśmy się ze Sławkiem przed sztabem. – Czyli jednak nie ma żadnego kapitana Wójcika? – zagadnąłem, bo Sławek wciąż stał na środku. Nie rozbierał się, tylko czekał, jak gdyby uparcie nad czymś główkując. – Co nie? – No chyba nie – potwierdził odruchowo. – A ten głos? – przypomniałem. – Jaki głos? – No ten zdecydowany? Władczy i męski? – Nie wiem – oznajmił niechętnie. Po chwili ocknął się jednak i odzyskał pełnię humoru, gdyż przy zdejmowaniu przemoczonego umundurowania nawet sobie cicho pogwizdywał. Szybko wdział pasiaka, zgasił światło i wskoczył do wozu. – Dobranoc – rzekłem, ziewając szeroko. – Dobranoc – odpowiedział i naciągnął na siebie pognieciony koc, ale nie usnęliśmy, gdyż do izby wtargnął 84


właśnie Pieniacz i znowu zapalił nieregulaminowe światło. – Jak leci? – mruknął kurtuazyjnie, widząc umoszczonego w wozie Sławka. – Spoko. Byłem na kompanii, dotleniłem się. Wszystko gra. – Głowa cię nie boli? – Nie, spoko. Nie mam wstrząśnienia, wszystko pasuje. – Do wesela się zagoi – dorzuciłem ze swojego wyra, bo naprawdę chciałem już zasnąć. Gienek zrobił dziwną minę, ale nie ripostował. Porozwieszał przemoczone łachy, wskoczył w piżamę. Wyłączył światło. Nie dane mu było jednak zbyt wygodnie ułożyć się w łóżku. Kiedy tylko smętnie zaczął skrzypieć nienaoliwionymi sprężynami, ktoś nerwowo zapukał w nasze drzwi. Wsłuchiwaliśmy się sekundkę, aż załapaliśmy, że to znów dyżurny: – Podchorąży Pieniacz, telefon z kompanii! – Co jest, kurwa? – huknął głośno Gienek. Chłopak na służbie, mimo zamkniętych drzwi, dosłyszał chyba piąte przez dziesiąte, bo zareagował błyskawicznie. – Plutonowy podchorąży Pieniacz! – rąbnął zdecydowanie. – Telefon z kompanii! Od kapitana Wójcika! Proszę odebrać! Gienek zwlókł się jakoś z wozu, znów skrzypiąc przy tym niemiłosiernie. – W chuja cię robią – podpowiedział Sławek. – Co? – mruknął zdezorientowany Pieniacz. 85


– W chuja cię robią – powtórzył Niesmaczny. – Ale nic, idź i odbierz – poradził. – I zapytaj tego kapitana, z jakiej on jest właściwie kompanii. No i czego w ogóle od ciebie chce. – Co? – bąknął Gienek, ale nie było już specjalnie czasu na dłuższe wyjaśnienia, bo dyżurny z furią walił w drzwi. – Jest tu podchorąży Pieniacz? – darł się wnerwiony. – Kapitan czeka! No już, szybko do telefonu! Bo pilna sprawa! Gienek rzucił soczystą wiązankę, a następnie ukazał się podoficerowi i razem pomaszerowali do biurka. – W chuja go robią – oznajmił głucho Sławek. – Tak jak mnie. Następna godzina pokazała, że i Gienka faktycznie zrobili „w chuja”. Od biurka wrócił podenerwowany, opowiedział o tajemniczym telefonie i zdecydowanym, władczym, męskim głosie kapitana. Nie zdążył o nic zapytać, Wójcik natychmiast odłożył słuchawkę. Enigmatyczny oficer przedstawił się tylko i wydał rozkaz błyskawicznego stawienia się na kompanii. Tłumaczyliśmy Pieniaczowi, że to głupie żarty, że komuś się nudzi, że jakiś cymbał po bażantach wydzwania. I że Sławka też tak nabrali. Pieniacz nie znał nikogo o nazwisku Wójcik, a już tym bardziej nie w stopniu kapitana, ale mocno się przejął, szczególnie wizją utraty awansu na sierżanta, więc oblókł przemoczony mundur i przeklinając nieprzeciętnie, poszedł w środku nocy na swoją kompanię. Oczywiście nikogo nie zastał. Posiedział pół godziny z podoficerem i wrócił na kwaterę. Przed czwartą dyżurny przyszedł po mnie. Też niby dzwonił kapitan Wójcik. Ledwo mnie dobudził, nikt 86


z nas długo nie odpowiadał na pukanie. Chłopak wszedł do izby, szarpnął pierwszego od drzwi Gienka, ale ten pokazał sąsiednią pryczę, że tym razem chodzi o mnie. Więc szwej z plakietką zerwał koc z mojego wozu. Zrobiło mi się zimno, wyskoczyłem z wyra i pognałem za dyżurnym do biurka oraz odłożonej słuchawki, w której, gdy tylko się przedstawiłem, niski, stanowczy, nieznany głos zakomunikował: – Panie podchorąży, mówi kapitan Wójcik. – Tak? – jęknąłem. – Chciałbym, żeby pan się natychmiast stawił na kompanii. – A w jakiej sprawie? – walnąłem pospiesznie, ale w słuchawce rozbrzmiewały już tylko głuche sygnały zerwanego zbyt wcześnie połączenia. Wróciłem do izby. Rozbudzeni kamraci chichotali w najlepsze. – I co? – podpytał Gienek. – Idziesz? – Bo ja wiem? – W chuja cię robią – oznajmił Sławek. – Ale możesz sprawdzić. Nigdy nic nie wiadomo. – Wiecie, chłopaki, jak mi się nie chce? – mruknąłem rozespany. – Nam też się nie chciało – zauważył któryś. – Ciągle pada? – No przecież – potwierdził Sławek. – Leje jak z cebra. – To co? – dopytywał zaciekawiony Gienek. – Idziesz czy jak? Usiadłem na pryczy i trochę się zamyśliłem. Awanse miałem gdzieś, moim przełożonym nie był żaden Wójcik. Sławka i Gienka już wkręcili, teraz była moja kolej... 87


– Pierdolę – oznajmiłem w końcu. – W dupie mam tego całego kapitana. Ferajna ponownie zachichotała, a ja ułożyłem się na wozie. Nie debatowaliśmy już dłużej. Okręciłem się kocem, zmrużyłem oczy i usnąłem.


Spis treści: 1. PODANIE / 5 2. KANCELARIA SAMOCHODOWA / 9 3. ALARM / 21 4. CHŁOPCY Z FERAJNY / 29 5. ŻULIK / 46 6. POIDEŁKO / 58 7. ORGANIZACJA TRANSPORTU / 65 8. KAPITAN WÓJCIK / 74 9. PRZESILENIE / 89 10. KANTYNA / 100 11. JANUSZE / 105 12. PUNKT ZEROWY / 114 13. PANCERWAFLE / 119 14. BAN / 126 15. OSTRA KUCHNIA / 133 16. HEUREKA / 139 17. WYPALACZ JELIT / 152 18. TOWARY / 160 19. PSYCHOTRONIKA / 176 20. ANTOCYJANY / 187 21. WEJŚCIE SMOKA / 197 22. WINO I JEGO MAGICZNE WŁAŚCIWOŚCI / 207 23. ZAGWOZDKA / 213 24. GODZINA PIĄTA MINUT TRZYDZIEŚCI / 217


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Rafał Socha - Jednostka liniowa (fragment) by Memuar - Issuu