Page 1

WYWIAD Z BOHATEREM LITERACKIM ________________________________________________________________________________

ŚWIAT OCZAMI RYCERZA Zbyszko z Bogdańca – waleczny rycerz, a zarazem wrażliwy młodzieniec. Przeżył mnóstwo przygód, z niejednej ledwo uszedł z życiem. Uczestniczył w największej bitwie średniowiecza –bitwie pod Grunwaldem. O tajemnicach i sekretach prywatnego życia ze Zbyszkiem z Bogdańca rozmawia Krystian Oładak z kl. 3b. Krystian (K): Przyznam, że rozpiera mnie wielka ciekawość, a serce bije mi mocniej w związku z tym, że zgodziłeś się przyjąć moje zaproszenie na rozmowę. Pogawędka z bohaterem powieści Henryka Sienkiewicza to dla mnie nie lada gratka. Czy ty, Zbyszku, zdajesz sobie sprawę, że twoje życie wzbudza u czytelników respekt? Zbyszko z Bogdańca (Z): Dzisiaj wszystko wygląda trochę inaczej, ale za moich dziejów to, com zdziałał, nie było przecie niczym dziwnym. Każdy rycerz zawżdy zobowiązan jest dbać o ojczyznę i bronić słabszych albowiem rycerzem jest się po to, by działać. (K): Zauważyłem, że na początku twojej kariery rycerskiej kierowałeś się emocjami i uczuciami. W którym momencie nabrałeś rozsądku? (Z): Zaiste źlem zrobił, atakując Krzyżaka, który był posłem. Potem musiałem ponieść należne konsekwencje. Ledwiem uniknął śmierci, a to wszystko dzięki mej Danusi. Po tym zdarzeniu nabrałem baczenia. To jest dla mnie nauka do końca żywota. (K): Danusię – swą damę serca - poznałeś w karczmie Pod Lutym Turem w Tyńcu. Kiedy poczułeś, że to miłość twojego życia?

miesięcznik wydawany przy Gimnazjum Miejskim nr 2 w Mińsku Mazowieckim od 2004r. nr 7 (90) – luty 2013 (NUMER SPECJALNY „MODA NA POLSKI”) POLSKI”

Szanowni Czytelnicy! Po raz trzeci oddajemy do rąk specjalny numer gazetki szkolnej, w którym z ogromną przyjemnością zamieszczamy teksty napisane przez uczniów naszej szkoły. Kolejny raz okazuje się, że gimnazjaliści potrafią pisać pięknie, ięknie, mądrze, oryginalnie, z pasją! Święto Języka Polskiego „Moda na polski” w tym roku ma szerszy zasięg, stało się świętem mińskim, ponieważ biorą w nim udział uczniowie z gimnazjów z Mińska Mazowieckiego, a w związku z tym i czytelników jest coraz więcej. Wszystkim, którzy wezmą do ręki nasz szkolny miesięcznik, życzymy przyjemnej lektury! Redakcja „Twojego Dziecka”

(Z): Danusia, och moja Danusia! Na początku była dla mnie jeno miła dla oka, a głos jej napełniał mnie radosnym drżeniem. Uczucie to powoli dojrzewało w nas. Dzięki niej uniknąłem śmierci, jednak dopiero, gdy ją porwali Krzyżacy, pojąłem, że ją miłuję nad życie. (K): Jej śmierć na pewno wzbudziła w tobie złość? (Z): A jakże by inaczej. Zaprzysiągłem zemstę. Krew wzbierała i buzowała we mnie. Zaiste serce moje przepełniło się żalem. Myślałem, że pęknie ze smutku. Jednak Bóg i czas uleczyli me rany. (K): Walczyłeś w bitwie pod Grunwaldem. Jak wspominasz to wydarzenie? (Z): To jeno straszne przeżycie. Tumany kurzu, krzyki, jęki, krew. To jedno wielkie i kurzawe starcie. Ale cieszym się do dzisiaj, bo za ojczyznę my walczyli. (K): Pamięć dawnych czasów odcisnęła piętno na twoim życiu, jednak znalazłeś w końcu szczęście u boku Jagienki. (Z): Jagienka zawsze była mi bliska jakoby siostra. Po śmierci Danusi stała się dla mnie wsparciem. Zrozumiałem, że mnie miłuje. Ja też oddałem jej swoje rycerskie serce. (K): A jakie życie wiedziesz teraz? Jesteś rycerzem na emeryturze? (Z): Znalazłem uradowanie w codziennym życiu z rodziną i Bogiem. Oni dają mi spokój

i oparcie. Porzuciłem wojny, ale rycerską służbę wobec słabszych dalej wypełniam. Nie zabijam wrogów ojczyzny, ale wciąż o nią dbam. W tym wszystkim zaiste odnajduję – rycerskie motto: Bóg, Honor, Ojczyzna. Synów swych chowam na rycerzy, jak przystało. (K): Wywiad z tobą to dla mnie wyjątkowe doświadczenie. Dziękuję za rozmowę. Autorzy tekstów zamieszczonych w numerze specjalnym „Twojego dziecka”: Barbara Gruba (3f), Angelika Przyborowska (3f), Paulina Gągol (3f), Natalia Kulbacka (3e), Anna Karczmarczyk (3e), Krystian Ołdak (3b), Izabela Pustoła (3k), Martyna Lenarczyk (2f), Piotr Witkowski (2f), Dawid Frączkowski (2b), Agnieszka Brzozowska (1e), Kinga Wojciechowska (1f), Radosław Kuźma (1f) , Marta Jabłońska (1g), Natalia Wysocka (1g). pod opieką polonistów z Gimnazjum Miejskiego nr 2 im. Jana Pawła II w Mińsku Mazowieckim. www.minskgimnr2.neostrada.pl

POLONISTYCZNE PLAKATY UBIEGŁOROCZNYCH SZKOLNYCH FINALISTÓW!


OPOWIADANIE REALISTYCZNE

OPOWIADANIE i RECENZJA

____________________________________________________________________________________

DWA SŁOWA

PIERWSZY DZIEŃ „Mam na imię Małgorzata, mam 16 lat i właśnie zdałam do pierwszej klasy liceum” – oj tak… Chciałabym się już tak przedstawiać. Niestety, prawda wygląda trochę inaczej, ponieważ w rzeczywistości mam 13 lat, znajomi wołają na mnie Gośka i jestem świeżo upieczoną uczennicą jednego z naszych miejskich gimnazjów. Nigdy nie sądziłam, że gimnazjum zacznie się dla mnie tak okropnie. Cała moja paczka z podstawówki rozpadła się, przyjaciele poszli do dalszej (podobno lepszej) szkoły. Oczywiście – znając mego pecha – trafiłam do szkoły rejonowej. W „tej najlepszej” nie chcieli mnie przyjąć, a było to dosyć dziwne, gdyż byłam dobrą uczennicą, ze średnią prawie 5,0. Twierdzili, że byłam za mało aktywna, wcale nie udzielałam się społecznie, itd. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Jednak głównym powodem było to, że nie biorę udziału w konkursach i nie chodzę na żadne zajęcia dodatkowe. Matko! Czy nikt nie może zrozumieć, iż mnie nie interesuje piłka nożna, siatkówka, szachy, czytanie czy malowanie? Że wolę grać na kompie i rozmawiać z ludźmi na Facebooku? Najwyraźniej nie. Mimo straszliwych, sierpniowych rozterek 1 września byłam pełna chwilowego entuzjazmu, co zostało zapisane jako ewidentna zasługa mamy. Poprzedniego dnia zabrała mnie na WIELKIE zakupy do Centrum. Czerwone Conversy, fioletowe jeansy i szara narzutka od razu poprawiły mi humor. Czułam, że już pierwszego dnia w gimnazjum będę pewna siebie, zadowolona i przede wszystkim znajdę przyjaciół. Mój plan zdecydowanie nie wypalił przez pewną grupkę trzecioklasistów. Po szyderczych okrzykach „kici, kici!”, rzucanych w moim kierunku, znów poczułam się małą, samotną, zagubioną w nowym świecie Gosią. Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego, nauczyciele zaczęli porządkować swoje klasy. Po minucie siedziałam już w sali numer 24 i spokojnie czekałam w ławce w kącie klasy na moją nową wychowawczynię. Do sali zaczęli się „wsypywać” uczniowie. Ukradkiem poczęłam rozglądać się po sali. Moja klasa wyglądała normalnie. Kilka „strojniś” w spódniczkach mini, kilka osób wyglądających trochę „zbyt mądrze”, kilka osób neutralnych, chłopcy nawet ładni… Już zaczęłam się cieszyć, fajna klasa. Jednak po chwili ze smutkiem spostrzegłam, że wszystkie dziewczyny już z kimś siedzą, wszędzie widać dawno ustalone pary, pewnie przyjaciółki jeszcze z podstawówki. Po jakimś czasie do klasy weszła młodo wyglądająca nauczycielka w towarzystwie dyrektora. Przedstawiła się nam (imienia i nazwiska nie dosłyszałam) i sprawdziła listę obecności. Powiedziała jeszcze kilka niby ważnych rzeczy i puściła nas wolno. Po wyjściu z klasy wszyscy zaczęli się zapoznawać, wymieniać telefonami i gadać o swoim hobby. Dowiedziałam się, że chuda Zuzka chodzi na karate, a wysoka na dwa metry Ilona szkicuje i maluje. Długowłosa Renata wie wszystko o roślinach, a piegowata Aśka gra na gitarze. Arek i Krzysiek grają w nożną. Wszyscy zaczęli się już umawiać. Aśka zaproponowała Renacie kilka lekcji gry na gitarze, a Zuzka umówiła się na zrobienie gazetki szkolnej z Iloną. Tylko ja nie miałam co zrobić, co o sobie powiedzieć… Znów poczułam się samotna, bez przyjaciół. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że powinnam się czymś zająć, że surfowanie w sieci, Skype, GG czy łażenie po galerii nie nadaje się na zajęcie na dłuższy czas, tym sposobem nic nie osiągnę i nie znajdę nowych znajomych. Zaczęłam szukać hobby. Jednak po krótkim czasie okazało się, iż nie jest to takie proste, jak się wydawało. Sportów z piłką nie lubiłam (szybko się męczyłam), za książkami nie przepadałam (spokojnie wystarczały mi filmy), na rozwijanie się plastyczne nie miałam ochoty (nie lubiłam się brudzić). Na szczęście los się do mnie uśmiechnął. Odkryłam zajęcie, pozwalające mi zapomnieć o szkolnych sprawdzianach, o braku najlepszej przyjaciółki i wszystkich możliwych kłopotach. Pewnego dnia, gdy rodzice skończyli oglądać wiadomości, zaczęłam przełączać kanały w poszukiwaniach jakiegokolwiek ciekawego programu. Nagle mój wzrok zatrzymał się na kanale czwartym. Był właśnie emitowany program „W siodle” dla młodych jeźdźców i wszystkich fanów koni. Po kilku minutach tak mnie wciągnęło, że nie mogłam oderwać wzroku od telewizora. Myślę: to jest to! Gdy byłam mała, marzyłam o jeździe konnej i o własnym koniu. Niestety, mieszkałam wtedy w Warszawie, a w cennikach stadnin warszawskich widniały kolosalne ceny. Wiadomo – stolica! Wszystko pięć razy droższe niż w miejscowości, w której mieszkam dzisiaj. Po wyprowadzce z Warszawy całkowicie zapomniałam o koniach, ale czemu by nie spróbować jeździć teraz? Wieczorem rozmawiałam z mamą i z tatą o moim pomyśle. Tata od razu się zgodził, natomiast mama miała wątpliwości. Pytała, czy to na pewno bezpieczne, czy nie spadnę i czy nic mi się nie stanie. Gdy po kilkunastu minutach przedstawiłam zadowalające ją argumenty – ustąpiła. Zostałam umówiona na następny dzień, na godzinę 17:00 do Klubu Jeździeckiego „Podkowa”. Pierwsza lekcja bardzo mi się podobała. Po kilku kolejnych umiałam już sama oporządzać konia przed i po jeździe, zatrzymywać konia i sprawiać, żeby ruszał. Zaczęłam już kłusować. Nawet po pierwszym upadku z końskiego grzbietu nie zraziłam się, uparcie uczyłam się dalej (mimo pretensji mojego bolącego kręgosłupa). Wreszcie odnalazłam swoją pasję i pokochałam konie. Mama była z tego szczególnie zadowolona – wcześniej nie przejawiałam zbyt wielkiej miłości do zwierząt, a o moją suczkę Łatkę (którą nagle szczerze pokochałam) kiedyś nie dbałam wcale. Zyskałam wielu znajomych w klasie. Dziewczyny wypytywały mnie o jazdę, jak to jest, czy to trudne… Zaprzyjaźniłam się z Olką, która, tak jak ja teraz, kocha zwierzęta. Okazało się, że hobby, największa pasja, to naprawdę wspaniała rzecz, dzięki której można nawet znaleźć przyjaciół. Agnieszka Brzozowska, kl. 1e STR. 2

____________________________________________________________________________________

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

„Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie.” (Phil Phil Bosmans) Bosmans Dawno, dawno temu, za górami, za lasami… Nie. Tak nie zaczyna się moja historia. Bo to nie bajka. Przynajmniej od pewnego momentu, moje życie nie było już bajką… Siedem lat temu urodziła się moja ja siostra Antosia. Kilka tygodni po tym wydarzeniu, nasz tata nas zostawił. Znienawidziłam go. Wtedy zaczęło się moje piekło. Matka popadła w alkoholizm. Często w nocy znikała, a wracała dopiero następnego dnia. Oczywiście pijana. Niestety w gimnazjum nie szło mi już tak dobrze jak w szkole podstawowej. Zresztą, nie ma się, czemu dziwić. Kiedy miałam się uczyć? W przerwie między zabawianiem Antosi a sprzątaniem w domu? Jednak mama nie widziała w tym żadnej swojej winy. Potrafiła tylko czepiać się mnie za olewanie lewanie szkoły. Z tego względu ukrywałam większość złych ocen. Ale najgorzej było po zebraniach. Oczywiście moja matka regularnie chodziła na wszystkie i zgrywała najlepszą mamuśkę na świecie. Wszyscy wokół mieli myśleć, że radzimy sobie doskonale bez pomocy cy ojca. A gdy już dowiadywała się o moich jedynkach, które wcale a wcale nie pasowały do idealnego obrazu naszej familii, biłaa mnie. Czymkolwiek, co jej akurat wpadło w ręce. Wtedy zaczęłam ją nienawidzić. Mijały miesiące, a w naszym domu sytuacja się nie zmieniała. Antosi i mnie pozostało tylko obserwować naszych nowych „tatusiów”, przewijających się przez mieszkanie. Moja siostra podrosła w mgnieniu oka. Po pewnym czasie zorientowałam się, że ona również jest krzywdzona, bita i poniżana. A miała dopiero cztery latka! Kilka razy zastanawiałam się, dlaczego po prostu nie ucieknę. Nawet już raz się spakowałam. Naszykowałam swój stary, postrzępiony plecak, w którym schowałam najpotrzebniejsze rzeczy, i kiedy nastała noc, wymknęłam się do korytarza. Musiałam Mu być bardzo ostrożna, żeby nikogo nie obudzić, w końcu mieszkaliśmy w małym mieszkaniu. Byłam o krok od drzwi kierujących na klatkę schodową, a przede mną pojawiła się ona. Mała Antosia. Przestraszyłam się jak diabli. Już miałam zamiar coś powiedzieć, powiedzieć kiedy moja siostra zaczęła do mnie szeptać. - Martynko, nie zostawiaj mnie tutaj. Kocham cię. Poczułam, jak łza spływa mi po policzku. Zupełnie nieświadomie zrzuciłam plecak z ramienia i upadłam na podłogę. Przytuliłam do siebie Antosię, a kiedy wreszcie zasnęła, zaniosłam ją do łóżeczka. Tamtej nocy już wiedziałam, że jeśli uciekać, to tylko z moją małą. Miesiąc później uciekłam z domu. Tym razem z Antosią. Miałam zaledwie siedemnaście lat, nie wiedziałam, co mam z nami zrobić. Zdecydowałam się pójść do Domu Samotnej Matki. Tam obie poznałyśmy, co oznacza pomoc i serdeczność. Przez następne dwa lata starałam się o wyłączne prawo do opieki nad siostrą. Nie miałam jednak ukończonych osiemnastu lat, dlatego przez rok moja siostrzyczka musiała mieszkać z rodziną rod zastępczą. Mała wykazała się ogromną cierpliwością i odwagą. Często ją odwiedzałam, a ona za każdym razem mówiła mi, jak bardzo mnie kocha. Wytrwale na mnie czekała i nigdy o mnie nie zapomniała. Od roku mieszkamy razem. Czasami bywa ciężko, ale radzimy radz sobie same. Teraz już wiem, że jeślibym ją zostawiła samą w tamtym patologicznym domu, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. A w tej sytuacji z radością patrzę w naszą wspólną przyszłość. To niesamowite, jak bardzo dwa proste słowa mogą zmienić bieg naszego nasz życia. Angelika Przyborowska, kl. 3f

POSTĘP CZY TRADYCJA, CZYLI O „SAMOTNOŚCI BOGÓW” Niedawno w moje ręce trafiła niezwykła książka zatytułowana ,,Samotność bogów“. bogów Jej autorką jest Dorota Terakowska – poważana powieściopisarka. Dzieło wydało krakowskiee Wydawnictwo Literackie. Uważam, że książka ta jest odpowiednia nie tylko dla młodzieży, ale również dla dorosłych czytelników. ,,Samotność bogów“ – tytuł mówi wiele. Prawdziwe przesłanie książki porusza jednak temat, który roztrząsamy częściej niż upadki upadk bóstw. Przedstawia podświadomą walkę pomiędzy dobrem a złem, życiem a śmiercią, między ciągłym pospiesznym podążaniem w przyszłość przys a miłością do przyzwyczajeń i tradycji. Dorota Terakowska zawarła w swojej powieści również wątek miłosny. Wplotła w życie Jona – głównego bohatera – problemy, z którymi każdy człowiek boryka się w codziennym, zwykłym świecie. Myślę, że pisarka bardzo emocjonalnie podeszła do tworzenia tej książki. Prawdopodobnie swoimi problemami podzieliła się z Jonem, przelewając je na papier. pa Bardzo ważnym elementem poruszonym w książce ,,Samotność bogów“ bogów jest też zawrotnie szybko rozwijająca się cywilizacja. Jej następstwa mocno dają się we znaki bohaterom. Nacisk naa szybki rozwój kładzie tu t przede wszystkim młody kapłan – Ezra, który bezwzględnie eliminuje pozostałości po dawnym życiu, starych tradycjach. Kolejnym wątkiem, który bardzo mi się spodobał, są podróże Jona do różnych czasów i rzeczywistości. Łączy się to t z wpleceniem w fantastyczną powieść wątków historycznych. Czy zdołacie je odnaleźć? - sprawdźcie sami. Książka Doroty Terakowskiej jest bardzo ciekawa. Lekka, a zarazem wyjątkowo poważna. Wszystkie fakty, opisy, wydarzenia są przedstawione w interesujący sposób, ób, co zachęca do dalszego zagłębiania się w lekturę. Powieść nakłania czytelników do refleksji na temat cywilizacji, wiary, wierzeń religijnych, ale także na temat nas samych, naszego nasz stosunku do otoczenia. Bardzo spodobała mi się ta książka. Zmieniając moje podejście jście do świata, była też świetną rozrywką. Przyjemnie czyta się o poruszających przygodach Jona w Drodze (co to znaczy? - dowiedzcie się sami). Myślę, że ponownie przeczytam to lub inne dzieło Doroty Terakowskiej. Na pewno ,,Samotność bogów" jest książką odpowiednią dla osób wrażliwych oraz lubiących ciekawe powieści fantastyczne. Natalia Wysocka, kl. 1g TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

STR. 11


OPOWIADANIE TWÓRCZE

ROZPRAWKA / POEZJA

______________________________________________________________________________

__________________________________________________ _____________________________________________________________________________

BABCINE TAJEMNICE

JEŚLI NIE SZATA ZDOBI CZŁOWIEKA,

Komoda mojej babci była najbardziej niezwykłym meblem w naszym mieszkaniu – wiekowa, pięknie rzeźbiona, z mnóstwem szuflad, w których kryły się niesamowite skarby, a z każdym z nich była związana jakaś tajemnica. Tajemnice zawsze mnie fascynowały, tak jak wszystkie drobiazgi znajdujące się w babcinej komodzie. Nie wiedzieć czemu babcia niechętnie o nich mówiła, ale pewnego dnia nakłoniłem ją wreszcie, by opowiedział mi historię dotyczącą pozłacanego łańcuszka z przeźroczystą klepsydrą wypełnioną drobnymi, czerwonymi rubinami. Dowiedziałem się, że był on dziedziczony w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Moja babcia dostała go od swojej babci, gdy miała piętnaście lat. Otrzymała również ostrzeżenie, że jest to przedmiot magiczny, dzięki któremu można przenosić się w czasie i przestrzeni. Twierdziła, że nigdy go nie używała, ale ja domyślałem się, że kłamie. Gdy usłyszałem tę opowieść, byłem jednocześnie zdziwiony i zaciekawiony. Nie mogłem się doczekać chwili, w której wypróbuję ten tajemniczy przedmiot. Wieczorem, kiedy wszyscy spali, wymknąłem się po cichu z pokoju i na palcach podszedłem do komody babci. Sięgnąłem po łańcuszek. W dolnej części klepsydry błyszczały dziesiątki czerwonych rubinów. Uważnie przesypałem dziewięć kamyczków i zacisnąłem rękę na łańcuszku, pamiętając o ostrzeżeniu babci, że w czasoprzestrzeni łatwo go zgubić, a wtedy można tam zostać na zawsze. Nagle wszystko wokół mnie zaczęło się rozmywać, a ja poczułem, że unoszę się do góry. Przez ułamek sekundy myślałem, że zemdleję, ponieważ wokół mnie zaczęły wirować różne zdarzenia… To musiała być czasoprzestrzeń. Gdy leciałem w przestworzach, pode mną rozgrywała się bitwa pod Wiedniem! Obserwowałem też polowanie na mamuty i bitwę pod Grunwaldem. Nagle z przerażeniem spostrzegłem, że szybka klepsydry pękła. Wiedziałem, że nie wróży to nic dobrego. Zacząłem spadać, aż w końcu straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, byłem w zupełnie nieznanym miejscu. Wokół panowała złowroga cisza. Podniosłem się i zobaczyłem, że gleba pod moimi stopami jest dziwnie czerwona. Nie wiedziałem, co robić. Wszedłem na najbliższy pagórek, żeby się rozejrzeć po okolicy. Wszędzie było pusto. Nagle poczułem ukłucie w stopę. Nim się obejrzałem, miałem związane nogi. Następnie mały zielony ludek zarzucił lasso na moją rękę i pociągnął mnie w dół. Leżałem na ziemi, a wokół mnie uwijali się… kosmici! Wtem zagrały trąby i wszyscy ustawili się w szeregu. Słudzy wnieśli w lektyce olbrzymiego, ale i tak mniejszego ode mnie kosmitę. - Witaj przybyszu z innej planety – rzekł ludzik. – Jestem królem Peplofonidów. Zgodnie z naszym zwyczajem zostaniesz w naszym pałacu do czasu pierwszej wiosennej komety, a później zostaniesz poświęcony bogom w ofierze. - A jaką mamy dzisiaj datę? – spytałem. Pamiętam, że zanim przeniosłem się w czasie, w moim świecie był 16 lipca 2012 roku. - Dzisiaj jest 24 marca 3067 roku, więc pozostały ci tylko 4 dni życia. Te słowa sprawiły, że zacząłem żałować, iż nie posłuchałem babci. Kosmici zabrali mnie do lochów swojego pałacu, gdzie strażnik zamknął mnie w największej celi. Nie minęła chwila, gdy ściana za moimi plecami rozpadła się wskutek jakiegoś wybuchu. Do środka wtargnęli ludzie, którzy najpierw obezwładnili strażników, a potem zabrali mnie do swojego statku kosmicznego. Wystartowaliśmy, a za nami w pościg ruszyli kosmici. Ich statki nie były tak szybkie, jak nasz, ale i tak otoczyli nas ze wszystkich stron. Gdy myślałem, że już nie uda nam się uciec, wszystkie pojazdy peplofonickie zaczęły uciekać. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Osobą, która tak ich wystraszyła, była moja babcia. Gdy wsiadła do naszej rakiety, przejęła dowodzenie. Wkrótce wylądowaliśmy na Merkurym. - Janku! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiliśmy – powiedziała babcia. – Na szczęście udało mi się zdobyć inny przedmiot, który przenosi właściciela w czasie. W czasoprzestrzeni Napoleon Bonaparte powiedział, że straciłeś przytomność i wleciałeś do komina o statusie największego niebezpieczeństwa. Mogłeś zginąć! Obiecaj, że już nigdy nie będziesz próbował przenosić się w czasie. Zanim wrócimy do domu, musimy naprawić klepsydrę, bo pelerynę i tak musiałam już oddać Bolesławowi Chrobremu. - Ale gdzie my teraz jesteśmy? – spytałem. To siedziba główna tajnego Stowarzyszenia Strażników Czasu – odpowiedział człowiek, który uratował mnie z lochów kosmitów. – Twoja babcia jest założycielką tej instytucji. Pomagamy ludziom takim jak ty, którzy niewłaściwie posługują się urządzeniami do przenoszenia się czasie. Bardzo zdziwiło mnie to, że na świecie jest więcej przedmiotów o właściwościach takich, jak stara klepsydra z komody mojej babci, ale jeszcze większe zdumienie wywołała u mnie wiadomość, że babcia jest superbohaterką. Gdy babcia naprawiła już magiczną klepsydrę, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do naszego świata. Babcia postanowiła, że najlepiej będzie zniszczyć klepsydrę, skoro była uszkodzona, a posługiwanie się nią było coraz bardziej niebezpieczne. To wydarzenie nauczyło mnie, żeby nie ruszać cudzych rzeczy, zwłaszcza jeśli są magiczne! Radosław Kuźma, kl. 1f STR. 10

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

TO W CZYM TKWI JEGO WARTOŚĆ”? W dzisiejszym świecie wielu ludzi pragnie być doskonałymi. Jednak doskonałymi na zewnątrz. Pędzimy w poszukiwaniu szczęścia, upatrując go w modnych ubraniach, kosmetykach, operacjach plastycznych czy zabiegach kosmetycznych. Pragniemy ulepszać siebie na zewnątrz. Czy to jednak coś pomoże? Czy dzięki temu naprawimy siebie? Wartość człowieka tkwi przecież w jego sercu, w duszy, w zachowaniu, w uczuciach, emocjach. Dlatego uważam, że nie szata zdobi człowieka, a jego wartość tkwi w sercu. Po pierwsze, ludzie piękni i eleganccy na zewnątrz nie zawsze są piękni wewnętrznie. Tu za przykład posłuży mi Ebenezer Scrooge, bohater „Opowieści Opowieści wigilijnej” Karola Dickensa. Scrooge jest bardzo majętnym człowiekiem, który może pozwolić sobie na drogie i eleganckie surduty, a także na codzienne wizyty u fryzjera w celu precyzyjnego podcinania włosów. Na zewnątrz stateczny, dystyngowanyy starszy elegant, zaś z drugiej strony zimny i nieczuły na cudze cierpienia czy zły los sknera. Dla ludzi podobnych do niego wartością nadrzędną są pieniądze i zewnętrzna doskonałość, a przecież największymi wartościami człowieka są: otwarci rcie się na bliźniego, empatia, życzliwość i umiejętność niesienia bezinteresownej pomocy drugiej osobie. Z drugiej strony, wydaje mi się, że człowiek mniej urodziwy potrafi więcej dawać innym, niż ten piękny i na zewnątrz idealny. Myślę, że tacy ludzie nie skupiają się na swoim wyglądzie i dlatego posiadają większą wrażliwość na otaczające zło, nie ograniczają się egoistycznie do siebie samych,, lecz przejmują się losem innych. Dowodem mojego przekonania jest bohater książki „Dzwonnik z Notre Dame”. Dam Walczył, by udowodnić, że w życiu yciu nie liczy się uroda, ale szczere i przyjacielskie serce. Po wtóre ludzie o pięknym sercu są bardziej wartościowi niż ci w pięknych ubraniach. Przykładem jest Matka Teresa z Kalkuty. Kobieta, która nie skupiała się na pięknie zewnętrznym, lecz pielęgnowała nowała piękno w sobie. Potrafiła cieszyć się z dawania i pomagania chorym i potrzebującym. Skromne, proste ubranie skrywało kobietę, dla której kluczową wartością było miłosierne i miłościwe serce. Jej postawa jest niezwykle wartościowa, choć wydawałoby się dzisiaj, że ż wręcz idealistyczna. Podsumowując, myślę, że ludzie niepotrzebnie gonią za zewnętrznością i upiększaniem iększaniem siebie, bo o tym, tym jaki jest człowiek, decyduje wewnętrzna uroda charakteru. Często pozory mylą. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. ocz Uroda przemija, zaś miłość, dobro i przyjaźń to uczucia wieczne. Bóg obdarzył człowieka tymi uczuciami i w nich tkwi największa wartość człowieka. Natalia Kulbacka, Kulbacka 3e TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

TROCHĘ SŁOŃCA Nie obiecam ,że zawsze będzie ma dłoń, A gdy poprosisz znów usłyszysz mój głos, Gdzieś blisko Ciebie. Na końcu świata czy pięć metrów stąd Wszędzie mogę znaleźć swój kąt Byle blisko Ciebie. Przez jedno oko widzę trochę słońca dla Ciebie, Jak śle promienie swego szczęścia na Ciebie I odsłoń twarz , i otwórz oczy Zobaczysz blask nawet i w nocy. Nie uratuje całego świata wiem, Lecz cały świat może zmienić mnie, gdy Jestem blisko Ciebie. Daj chociaż uśmiech ,na tyle ile cie stać I zacznij dawać zamiast tylko brać. Spójrz na siebie! Przez jedno oko widzę trochę słońca dla Ciebie, Jak śle promienie swego szczęścia na Ciebie I odsłoń twarz , i otwórz oczy Zobaczysz blask nawet i w nocy. To nie wystarczy ,że dwa umysły razem śpią I budzą rankiem, gdy księżyc zgasi wzrok. To nie wystarczy; spacery długie w blasku gwiazd, Trzymanie dłoni , głęboko w oczy prosto patrz.

Anna Karczmarczyk, 3e

TO NIE WYSTARCZY Wyciągam dłoń nie chwytasz jej, Nie wiesz co oznacza każdy mój gest. Kobieto obudź się! Czy naprawdę myślisz ,że On przestanie być jak cień…? Z twoich dłoni wyczytuje bardzo długi dobry szyfr. Plątanina zdań, aż sam w sobie gubisz się . Kruchy deszcz spada na me usta, Kiedy prosisz bym przestała kochać . Wyciągam dłoń nie chwytasz jej. Nie wiesz co oznacza każdy mój gest Kobieto obudź się! Czy naprawdę myślisz ,że On przestanie być jak cień…?

Anna Karczmarczyk, 3e STR. 3


KARTKA Z PAMIĘTNIKA - AUTOCHARAKTERYSTYKA

LISTY DO…

______________________________________________________________________________

___________________________________________________ ______________________________________________________________________________

LIST DO PANA BOGA INSPIROWANY POWIEŚCIĄ „OSKAR I PANI RÓŻA”

25-07-2012 Drogi pamiętniczku! Minęły już dwa dni od zatonięcia statku. Ale opowiem wszystko od początku. Mój koszmar zaczął się w piątek wieczorem. Postanowiłam spędzić ten czas na pokładzie, oglądając gwiazdy, uwielbiam to robić. W Mińsku Mazowieckim wypatrywałam je (nie używam tego słowa przypadkowo, w mieście naprawdę trzeba wypatrywać gwiazd) przez teleskop, tutaj na statku, na Morzu Bałtyckim wystarczy gołe oko. Podeszłam do barierki na dziobie statku, gdy nagle statek w coś uderzył. Straciłam równowagę i pewnie nic wielkiego by się nie stało, gdyby nie potężny strumień wody, który pojawił się nie wiadomo skąd i uderzył mnie w plecy. Wypadłam za burtę. Na szczęście zobaczyłam szalupę. Dopłynęłam do niej i wdrapałam się do środka (nie na marne poszły lekcje pływania). I tak kołyszę się w tej szalupie już przez dwa dni i z każdą minutą żeglugi uzmysławiam sobie swoje wady, takie jak choćby kiepskie wyczucie czasu. Nie było takiej sytuacji, kiedy byłabym w jakimś miejscu na czas. Albo wydaje mi się, że mam mnóstwo czasu i się spóźniam, albo że mam go za mało i przychodzę za wcześnie. A teraz bez zegarka przydałoby się wiedzieć przynajmniej, czy jest rano czy południe. Moja wada to fantazjowanie, można to zauważyć na przykład w pisemnych pracach. Nie lubię pisać na tematy poważne i w każdym możliwym miejscu próbuje fantazjować, a teraz zderzyłam się z rzeczywistością i mam niemały problem. Mam jeszcze parę cech, które wydawałyby się zaletami, ale w mojej obecnej sytuacji nie są. Na przykład wrażliwość i miłość do zwierząt. Ja bym nawet nie potrafiła złowić ryby, nie mówiąc już o jej zabiciu. Od razu wyobrażam sobie, jak ta biedna rybka musi wtedy cierpieć. Ale jest też na odwrót mam parę wad, które w tej chwili mogą mi się przydać. Przykładem jest upór, zawsze muszę postawić na swoim, a teraz będę przynajmniej miała siłę woli, żeby przetrwać. Mam jeszcze wiele innych wad, ale przejdę do zalet, w tej sytuacji lepiej myśleć pozytywnie. Moją podstawową zaletą jest pilność (głównie jako uczennicy). Ta wiedza, którą tak skrupulatnie przyswoiłam przez wszystkie lata nauki, może mi teraz uratować życie. Wydaje mi się, że moją mocną stroną jest spostrzegawczość i to, że w pewnym sensie mnie ratuje. Dziś rano zauważyłam, że szalupa jest zaopatrzona w schowek z prowiantem. Skoro już mówię o sobie, to dodam, że mam włosy nieokreślonego koloru (latem – blond, zimą – brąz, lecz nie każdy się ze mną zgadza) oraz ciemnobrązowe oczy (choć osobiście twierdzę, że mają kolor gorzkiej czekolady, którą uwielbiam). Jeżeli chodzi o moje hobby, to jest nim zdecydowanie nurkowanie, ale muszę przyznać, że zwykle pływam pod wodą na wydzielonych torach od jednej ściany do drugiej, co nie zaspokaja moich wewnętrznych potrzeb. Próbowałam nurkować w Bałtyku, ale po zderzeniu z nieokreślonym obiektem, zaniechałam tych doświadczeń. Marzą mi się podróże, ale obecnie moje wycieczki ograniczają się do granic Polski. Uwielbiam również czytać książki, mam zwyczaj sięgać po lekturę wieczorem, przed snem i muszę się szczerze przyznać, że to mi tak weszło w nawyk, iż trudno mi zasnąć, jeżeli już jakąś książkę przeczytałam i zapomniałam wypożyczyć następną, ale znalazłam na to radę. Jeśli zaistnieje taka sytuacja, wtedy wyjmuję swoje stare zeszyty od języka polskiego i czytam swoje opowiadania (kiedyś pisałam je nawet po piętnaście stron, ale zaniechałam tego po tym, jak kilkakrotnie zostałam za ich długość publicznie skrytykowana, ponieważ - jak mawiała pewna pani polonistka z mojej szkoły podstawowej - „po co tyle pisać”; a teraz bardzo trudno wrócić do starych zwyczajów). Innym z moich ulubionych zajęć jest oglądanie filmów, ale nie z telewizji (lubię sama wybierać, co oglądam) tylko z płyt i kaset (zgromadziłam około dwustu filmów). Preferuję filmy i książki fantastyczne. Przepadam za kolekcjonowaniem pamiątek (mam całe biurko nimi zastawione). Uwielbiam również organizować święta, na przykład Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Robię wtedy ozdoby, kupuję całą masę prezentów (nawet mój pies-Daktyl i kot-Rademenes zawsze dostają jakieś zabawki lub przysmaki). Ustalam jadłospis i pomagam w jego realizacji. Myślę, że jestem bardzo towarzyska (nienawidzę być sama). Nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem przyjaciół (czasem wybieram ich zbyt szybko i pochopnie). Wydaje mi się, że to z tego powodu tak lubię przeprowadzki, wystarczą dwa tygodnie i już mam z kim rozmawiać na przerwach. Według mnie zmiana szkoły nie oznacza zerwania znajomości, nawet teraz czasami jeżdżę na pikniki szkolne do moich dawnych szkół i spotykam się ze swoimi starymi znajomymi. Ponadto zawszę potrafię (może prawie zawsze) znaleźć wspólny język z nowo poznanymi osobami. Myślę, że jeszcze parę rzeczy muszę w sobie zmienić, lecz nikt nie jest idealny. Na razie muszę wykazać się swoją najważniejszą w obecnej sytuacji cechą – optymizmem. W końcu jakiś statek musi się na mnie natknąć, Może Bałtyckie nie jest takie duże. STR. 4

Martyna Lenarczyk, kl. 2f TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

Mińsk Mazowiecki, październik 2012 Szanowny Panie Boże! Właściwie nie wiem, o czym mogłabym napisać. Wiesz o mnie wszystko, więc ogólnie rzecz biorąc, nie muszę pisać nic. Ostatecznie się zdecydowałam. Nie będę pytać o zło na świecie. To my sami jesteśmy po części jego przyczyną. Chcę Cię spytać o ludzi. Jak to jest z ludźmi, Panie Boże? Czy każda osoba, którą stawiasz na mojej drodze, dro ma jakąś małą misję, którą musi spełnić względem mnie? Czy ja też mam takie zadanie? Czy spotykamy ludzi po to, żeby przekonać się, czym jest miłość, nienawiść, przyjaźń czy troska? Są osoby w moim życiu, które wiele mnie nauczyły, a prawdę mówiąc, nie ni znam ich zbyt długo. Jednak to i tak nie jest odpowiedź na moje pytania. Czy w ogóle ją kiedyś dostanę? Dobrze byłoby poznać prawdę. Wiedzieć, że wszystko, co przeżywam, nie idzie na marne i kiedyś w przyszłości to, czego doświadczyłam, się przyda. Jednak jest coś, co muszę wiedzieć TERAZ. Bardzo potrzebuję zapewnienia, że będzie dobrze. Mam iść dalej? Niepewność jest przygnębiająca.. W dodatku nic na tym świecie nie jest proste. Czasem nawet ciężka praca nie jest wystarczająca. Pisanie tego listu do Ciebiee również jest trudne. W końcu, mam świadomość, że nigdy nie dostanę odpowiedzi. Jeżeli miałabym podsumować to wszystko, co chcę Ci powiedzieć, mogłabym jedynie stwierdzić, że jest ciężko. Chcę, naprawdę chcę wierzyć, że to ma jakiś głębszy cel, bo przecież przecie nic nie dzieje się przypadkowo, ale to trudne. Mam nadzieję, że to, co dla mnie planujesz, jest tego wszystkiego warte. Paulina Gągol, kl. 3f Paulina

LIST JULII W PAMIĘTNIKU ZAPISANY

wtorkowy świt Drogi Pamiętniku! Za oknem już świta. Dzień zapowiada się piękny, lecz nie dla mnie. Czemu akurat moja miłość nie może być spełniona? Ciągle napotykam przeszkody i szare myśli. Kolejny raz łzy zalewają moją twarz. Nie mogę poradzić sobie z emocjami. Ciężar myśli o tym, że mój mąż musi uciekać do innego miasta, jest nie do zniesienia. Wiem, muszę być silna, lecz widocznie nie potrafię. Trudno uwierzyć w to, by Romeo mógł dopuścić się tak okrutnego czynu. Przecież zabił mojego krewnego – Tybalta. Jak mógł nie wiedzieć, że będę cierpiała? Dlaczego o to uczynił? Czyżby sądził, iż nie spotka Go z to żadna kara? Kocham Go z całych sił! Nie chcę dokładać Mu zmartwień, dlatego postaram się zapomnieć o tym, co zrobił. Niestety, nie będzie to łatwe. Pamiętam dokładnie nasze spotkanie na balu. Była to miłość miłoś od pierwszego wejrzenia. Oczarował mnie Jego wygląd oraz sposób bycia. Ależ On był romantyczny! Do tej pory czuję Jego pocałunki na moich ustach. Niestety, szybko okazało się, iż jest jes jednym z Montekich, czyli największym wrogiem naszej rodziny. Nie zmieniło zmie to jednak moich uczuć. Kolejnym razem spotkaliśmy się w moim ogrodzie. Romeo niechcący podsłuchiwał mnie, kiedy użalałam się nad swoim losem. Wyszedł z ukrycia i zaczęliśmy rozmawiać, Ostrzegłam Go, że musi uważać, ponieważ w każdej chwili może zostać zauważony przez członków mej rodziny. Nie zważał na niebezpieczeństwo. Oświadczył mi się. Jakże byłam wtedy szczęśliwa! Nie da się tego wyrazić słowami. Podjęliśmy wspólną decyzję – ślub! Moja radość nie trwała długo. Przed momentem legła w gruzach. Niestety, Niest Romeo musiał opuścić moją komnatę, żeby udać się do Mantui. Długo rozmawialiśmy, nie mogliśmy się rozstać. On jest dla mnie jak śpiew ptaka o poranku. Jakże mam się w takiej sytuacji odnaleźć? Przecież wczoraj zostaliśmy małżeństwem, czego tak bardzo pragnęliśmy. Teraz powinniśmy być razem, a nie osobno. Dlaczego los jest taki niesprawiedliwy? Ciągle widzę twarz zrozpaczonego Romea, kiedy musiał mnie opuścić. Ten ból jest nie do opisania. Czuję, jakby serce miało mi zaraz pęknąć. W mojej głowie wciąż krążą k słowa ukochanego oraz Jego deklaracje miłosne: „Wszystkie cierpienia nasze kwiatem tkaną kanwą do słodkich rozmów nam się staną”. Tylko to jeszcze trzyma mnie przy tym pustym życiu. Najgorsze jest jednak to, że nikt mnie nie rozumie. Jak rodzice mogą sądzić, iż poślubię Parysa?! Nie chcę popełnić krzywoprzysięstwa. Nawet moja piastunka, która wie przecież, że kocham męża nad życie, twierdzi, iż będę szczęśliwsza z hrabią. Miałam nadzieję na zrozumienie ze strony niani. Myliłam się! Zostałam sama jak palec! pa Mówiąc, że ukochany nie wróci, Marta wbiła mi nóż w serce. Nie wiem, co mam dalej począć. Moja rozpacz sięga zenitu. Okropny dzień. Jestem już zmęczona, ale muszę być dzielna! Tylko czy starczy mi sił? Przyrzekam, iż zrobię wszystko, abyśmy byli razem szczęśliwi! Nie wyobrażam sobie samotnego życia. Jeśli trzeba będzie, to jestem w stanie uciec do Niego. Mam nadzieję, że następnym razem napiszę coś radośniejszego. Kończę już więc, mój Pamiętniku. Tylko Ty mi zostałeś! Czemu nie jesteś człowiekiem, który y dodałby mi otuchy?! Zrozpaczona Julia Kapuletti Dawid Frączkowski, kl. 2b TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

STR. 9


OPOWIADANIE (PRÓBA WYOBRAŹNI) Z DIALOGIEM

SAMI O SOBIE

____________________________________________________________________________________

____________________________________________________________________________________

MAŁY KSIĄŻĘ ODWIEDZA OSKARA Idziesz szpitalnym korytarzem. Wszystko wydaje się poza twoim zasięgiem, czujesz, że tylko jedna mała salka, chyba piąta z prawej, świeci jakimś nadnaturalnym płomieniem, nie zastanawiasz się dłużej i kierujesz do niej swoje kroki. Stajesz przed nią. Bierzesz parę głębokich wdechów. Poprawiasz marynareczkę i… wchodzisz. Salka jest zwyczajna; wcale nie tak nadnaturalna, jak myślałeś. Od każdej ze ścian bije rażąca, butelkowa zieleń, jest tam łóżeczko dla dziecka, jeszcze mniejszego od ciebie, a obok niego stoi nieco większe łóżko. Już nie puste. Siedzi na nim chłopiec, troszkę starszy od ciebie. Wydaje ci się interesujący - ma bezwłosą głowę, tak bardzo bezbarwną piżamkę i tak bardzo zranione serce. To ono cię tu zaprosiło. To dla niego tutaj jesteś. To temu, już gasnącemu, lecz nadal ciepłemu, światełku masz pomóc. - Kim jesteś? – słyszysz. Tak bardzo bezdźwięczny głos wydobywa się z tego tak bardzo bezsilnego ciałka. - Widzisz mnie? – odpowiadasz pytaniem. To dziwne, że ktoś cię widzi. Lecz nie dziwne jest to, że widzi cię właśnie ta zamglona istotka. - Jasne, że cię widzę. Jakbym cię nie widział, to po co pytałbym, kim jesteś? – chłopiec odpiera już naturalniejszym głosem. Zapewne na początku się ciebie wystraszył. – Ciocia Róża cię przysłała, żeby upewnić się, że nie śpię, co? – kontynuował. Nie masz pojęcia, o czym mówi. Ciocia Róża? Sen? Upewnianie się? Tak bardzo bliskie ci słowa. Twoja Róża pewnie już traciła płatki z tęsknoty, a ty śpisz. Śpisz i jesteś tego pewny. - Czyli o ciebie też się martwi Róża? – pytasz i siadasz na łóżku obok chłopca. Dziwi się, ale zaraz przyjmuję cię z uśmiechem. - Nie jakaś tam Róża, tylko ciocia Róża, wolontariuszka – tłumaczy momentalnie. – Musisz ją znać, jest bardzo fajna. Ty też masz ciocię Różę? – pyta, wyraźnie tym zaciekawiony. - Nie – zaprzeczasz. – Moja Róża to nie ciocia, tylko moja największa miłość – wyjaśniasz z dumą. - Miłość? – pyta. – Moją miłością jest Peggy Blue. – kiwa głową, jakby to było oczywiste. - Peggy Blue? Co to za imię? – prychasz rozbawiony. Uważasz, że ta cała Peggy to musi być jakaś postać z bajki. - Normalne, jak każde inne – mówi już ciszej, splata ręce na klatce piersiowej i odwraca się do ciebie plecami, jakby się na ciebie obraził. Zapada cisza. Nikt nie jest jej winny, nie jest niczyją zasługą. Ale jest potrzebna. Jest potrzebna tobie, by uświadomić sobie, że to szpital nie przedszkole czy jakaś tam szkoła, a ty właśnie pozbawiasz się możliwości poznania fajnego kolegi. Nie przyszedłeś tu rozmawiać o miłości, kłócić się o to, kto kogo bardziej kocha. Przyszedłeś porozmawiać tu o… - Śmierci – szepczesz. - Słucham? – chłopiec pyta. Nie dosłyszał. Nie, dosłyszał. Chce się upewnić. - Ty umierasz – prostujesz i spoglądasz na jego twarz. - Tak, umieram – przyznaje się. – Umieram, stanie się to niebawem… - dodaje. Nie do wiary, jak ten mały z dziecinnej rozmowy o życiu potrafi przejść na poważną rozmowę o śmierci. - Boisz się śmierci? – pytasz i zaraz czujesz, że to niezbyt mądre pytanie. - Nie boję się – odpowiada pewnie. – Albo nie, boję się. – milknie. - A jeśli umrę z tobą? Razem umrzemy? – W tym momencie jesteś śmiertelnie poważny. Tak jak to powinno być. - Umrzeć? Ze mną? – dziwi się. – Ale ty nie jesteś chory… - Nie jestem. Ale wiesz, już raz umarłem… Na pustyni… A teraz tylko śpię – tłumaczysz, uśmiechając się lekko. - To niemożliwe… - Możliwe – przerywasz mu. - Ja już raz umarłem i mówię ci to osobiście. Przyszedłem po ciebie, razem będzie nam raźniej… Zeskakujesz z łóżka, nadal patrząc na niego. – To jak? Zaufasz mi? – wyciągasz do niego rękę. - Nie wiem… - odpowiada. Waha się. Ale zaraz słyszycie głosy. Kilku osób. Wśród nich jest z pewnością ciocia Róża, bo chłopiec drży. - Dobrze - zgadza się w końcu. – Byle to było już, nie chcę, żeby ciocia Róża cierpiała. – Z trudem zeskakuje na podłogę. Spogląda na drzwi, ale w końcu łapie twoją rękę. I odchodzicie. Wychodzicie już razem. Przedzieracie się przez zaspy śnieżne, rzucacie śnieżkami, rozmawiacie o waszych Różach. Jesteście zdrowi, szczęśliwi, nie pamiętacie, że nie żyjecie. Gdzieś tam w małej szpitalnej salce światełko chłopca gaśnie… Basia Gruba, kl. 3f STR. 8

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

GRANICE DOJRZAŁOŚCI W granicę dojrzewania wchodzi się w wieku 16 lat. Jest to okres buntu. Wydaje nam się, że jesteśmy najmądrzejsi i nic nas nie zaskoczy. Zachowujemy się, jakbyśmy pozjadali wszystkie rozumy. Nie dostrzegamy innych, nie zwracamy uwagi na ich zdanie, widzimy my tylko swoje racje i one są dla nas najważniejsze. Nie zauważamy błędów, które popełniamy. Gdy ktoś chce nam wytłumaczyć, że źle robimy, lekceważymy to, mamy nawet pretensje. Pytamy, o co temu komuś chodzi?, o co się nas czepia?, przecież my jesteśmy mądrzejsi, rzejsi, lepiej wiemy. Mamy tę pewność wypisaną na twarzy. Wierzymy w swoje racje i tylko w swoje. W czasie dojrzewania często kłócimy się z rodzicami. Wydaje nam się, że mama wtrąca się w nasze życie. Mamy inny pogląd na świat. Podczas takich kłótni często o mówimy coś, czego tak naprawdę nie myślimy. Mówimy jej na przykład, że jest głupia. Moim zdaniem tak naprawdę granice dojrzewania przekraczamy wtedy, gdy dostrzegamy te wszystkie błędy, które popełnialiśmy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy i konsekwentni sekwentni w działaniu. Każda dojrzała osoba zdająca sobie sprawę z tego, co mówi, nie powiedziałaby swojej mamie, że jest głupia. Wie, że powinniśmy mamę szanować, choćby dlatego, że jest przy nas w najgorszych momentach, gdy czegoś potrzebujemy, to do niej nie właśnie kierujemy się i od niej otrzymujemy wszelką pomoc. Powinniśmy szanować jej decyzje, bo ona zawsze mówi prawdę, wiele razy miała rację. Gdy dostrzegamy błędy, które robiliśmy kiedyś, to widzimy, jacy byliśmy młodzi, głupi, niedojrzali. Żałujemy swojego ojego postępowania. Mówimy, że gdyby nas to dziś spotkało, to zrobilibyśmy inaczej. Bo już wiemy, o co chodzi w życiu. Dostrzegamy wartości, jakimi powinniśmy się kierować. Osoba, która to wszystko zrozumie, wchodzi w granice dojrzewania do dojrzałości. Granica dojrzewania to nie wiek, a wewnętrzna dojrzałość do świadomego i odpowiedzialnego życia. Szkoda, że sama musiałam popełnić wiele głupstw, zanim to zrozumiałam.

Izabela Pustoła, kl. 3k TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

NIE AUTOPORTRET - PIOTR Idziesz przed siebie, kolejną oktawą na ślepo, mimo ograniczonej widoczności, a ja mówię: - jestem z ciebie dumny. Na każdego szarego znajdziesz wrażliwość, radzisz jak wyjść z głową w górze, a ja mówię: - wiem. W twoim przypadku nie krzyczysz, deklamujesz: malujesz się uczciwością, a ja mówię: - wyjdzie na dobre. Szukasz wewnętrznego impetu, nie żartuj, tylko taka dusza jest prête à porter, a ja mówię: - nic więcej, a tak chciałem. Postępujesz nadzwyczajnie, masz żywe słowa, stać cię na więcej niż jego, a ja mówię: - cieszę się. Trzy pomoce – harmonia, dynamika i kolorystyka , oddają ci duszę, pokazują klucz prawości a ja mówię: - to znowu ten nokturn. Żadne wyzwanie nie powstrzyma od działania, wejdziesz w zdanie każdemu, to prawda, a ja mówię: - nie mam czego się bać. Piotr – przepracowuję tyle chwil, dla ludzi, dla siebie ...

Piotr – przyjaciół stawiam na podium, choć tego nie widać ...

Piotr – znajduję się na scenie wśród świateł czekam nieustannie na oklaski ...

Piotr – czasem ukrywam swoje emocje, nie chcę ranić ...

Piotr – to co było nie ma znaczenia, liczę tylko co będzie ...

Piotr – akceptuję i toleruję, to za mało? ...

Piotr – rozważnie decyduję o losie, nie zważam na przypadki ...

Piotr – to ja denerwuję i złoszczę, niepokoję, irytuję, a ty nic nie powiesz? Dobrze mi z tym, nic nie mówię. Piotr Witkowski, kl. 2f STR. 5


WYWIAD

CHARAKTERYSTYKA

____________________________________________________________________________________

_________________________________________________________________________________

CZŁOWIEK- HOBBIT Człowiek bardzo dobrze wykształcony, mający szczęśliwą rodzinę oraz niezliczone pokłady wyobraźni, który myśli, że jest prawie jak istota ze swojej książki. Kim naprawdę jest John Ronald Reuel Tolkien i jakie ma podejście do życia, pisarstwa i miłości? Tego

J: Co to była za książka?

J: A jak to było z Pana wielką miłością - Edith?

T:: „Alicja w krainie czarów”; jest to książka niesamowita i wciągająca, do dziś tak uważam i z łezką

Jesteście małżeństwem już bardzo długo? To łatwe?

w oku czasem siadam w wygodnym fotelu przy

wytrzymujemy ze sobą tak długo, dlatego że mamy do

kominku, żeby przeczytać ulubione fragmenty. J: Czy dzięki matce nauczył się Pan an jeszcze czegoś?

siebie dystans. Każde z nas ma własne zajęcia, znajomych, pracę. Najważniejsze są dzieci, staramy

T: Nie lubię mówić o mojej prywatności, ale ja i Edith

T:: Tak, bardzo ważnej rzeczy, którą kontynuuję do

się być jak najlepszymi rodzicami.

dowiecie się z tej rozmowy.

dziś. Dzięki mojej mamie uczę się języków obcych. To

J: A czy związek z panią Tolkien miał jakiś wpływ na

Marta

Jabłońska.

T: Chciałem mieć coś do poczytania swoim dzieciom. Coś

ona zaszczepiła we mnie uwielbienie do lingwistyki.

Pana twórczość literacką?

Chciałabym odkryć genezę powieści „Hobbit, czyli tam

wciągającego, a zarazem uczącego. W założeniu miała to

T: Może trochę… Odrobinę odzwierciedla ją Belladona

i z powrotem”? Czy możemy porozmawiać na ten temat?

być książka pokazująca im, że świat nie opiera się

Znam 32 języki, yki, sam lubię tworzyć własne. StudioStudio wałem językoznawstwo i nadal je wykładam na

J. R. R. Tolkien (T): Oczywiście, z ogromną przy-

wyłącznie na pieniądzach, ale też na przyjaciołach

Oxfordzie.

to ją kocham, za jej oryginalność.

jemnością odpowiem na Twoje pytania dotyczące tej

i chwilach, które z nimi przeżywamy. Książkę miały

J: Czy coś ważnego w Pana ana życiu stało się też na

książki.

poznać / przeczytać tylko moje dzieci, później okazało

studiach?

J: Dziękuję bardzo za udzielenie odpowiedzi na moje pytania. To była dla mnie wielki zaszczyt. Mam

J: Dziękuję, zatem, zaczynajmy. Przygotowując się do

się, że polubił ją cały świat.

T:: Podczas studiów nauczyłem się jeździć konno. To

nadzieję, że napisze Pan jeszcze wiele powieści.

tego wywiadu, przejrzałam kilka źródeł o Panu i Pana

J: Dzięki „Hobbitowi” stał się Pan sławny. Przełożyło się

tłumaczy, dlaczego we „Władcy Pierścieni” kultura

T: Dziękuję również, rozmowa z Tobą była dla mnie

twórczości.

to

Rothanu jest tak bardzo jeździecka.

przyjemnością.

Ja

(J):

Witam!

Nazywam

Zacznijmy

może

się

od

bohaterów

Pana

również

na

sukces

finansowy

proszę

nam

powieści. Jak pan wymyślił postaci z „Hobbita”, a przede

powiedzieć, jak to jest?

wszystkim tytułowego bohatera? Szukałam w różnych

T: Pieniądze wydałem na nowy dom. Nie jakąś willę, ale

źródłach, ale nie zauważyłam w żadnej legendzie

chciałem zapewnić mojej rodzinie dobrobyt. A sława?

angielskiej wzmianki o małych, grubych istotach. Co

Nie lubię, kiedy śledzi się każdy mój krok. Nie chcę

nakłoniło Pana do wymyślenia takich stworzeń?

zdradzać innym moich prywatnych spraw. Za dużo

T: Tak właściwie, to jak zapewne sama widzisz, wręcz

przeszedłem w młodości, żeby moje dorosłe życie było

uwielbiam ubierać się kolorowo. Moją ulubioną częścią

nadmiernie kontrolowane przez obce mi osoby.

garderoby jest kamizelka, a ulubionym zajęciem -

J:

palenie fajki. Bilbo Baggins jest odzwierciedleniem

dzieciństwie i młodości?

mnie, a raczej mojej osobowości, ponieważ ja jestem

T: Co to dużo mówić… i tak wielu ludzi już o tym wie, ale

dość wysoki i szczupły, a on mały i gruby.

mogę

J: Zauważyłam. Czy coś jeszcze miało wpływ na

dzieciństwa. Ojciec umarł, gdy miałem cztery lata, mama

wymyślenie innych postaci?

- kiedy byłem trzynastolatkiem. Razem z moim bratem-

T: Większość z nich brałem z legend, podań, mitów.

Hilarym

Chciałem napisać ciekawą historię i mam nadzieję, że mi

Morganem. Było to o tyle trudne, że wychowywał nas

się to udało. Tylko pająki były zaczerpnięte z mojego

sam, nawet nasi dziadkowie nie dawali mu pieniędzy na

życia. Kiedy miałem roczek, zostałem ugryziony przez

utrzymanie, ponieważ nie uznawali katolicyzmu. Ojciec

tarantulę. Wprawdzie nie boję się panicznie pająków,

Francis wychowywał nas dość surowo. Kazał nam się

ale z pewnością za nimi nie przepadam.

uczyć,

J: A mapy i cała geografia w tej książce… to jakiś

„zmarnowali” sobie życie. Dzięki niemu jestem, jaki

wymysł czy może konkretny teren, tylko że z innymi

jestem.

nazwami?

J: A sztuka? Literatura? Czy właśnie dzięki niemu tak

T: Sam wymyśliłem i narysowałem mapy do moich

Pan pokochał te dziedziny?

powieści. Tu znowu pragnę zauważyć, że Bilbo uwielbiał

T: Akurat zamiłowanie do dobrej książki i rysowania

mapy (śmiech).

wykształciło się u mnie dzięki mojej mamie. To ona, jako

J:

Racja.

Chciałabym

jeszcze

spytać,

bezpośrednią przyczyną napisania tej książki?

co

było

Właśnie… może

znów

to

Pan

powtórzyć.

zamieszkaliśmy

iść

na

opowiedzieć mi

z

dobre studia.

Nie

o swoim

miałem

księdzem

łatwego

Francisem

Nie chciał,

abyśmy

pierwsza uczyła mnie czytać. Już w wieku czterech lat czytałem dosyć płynnie, bo mama tego chciała. To ona dała mi do ręki pierwszą, fascynującą książkę.

STR. 6

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

Tuk. Zawsze była nieco inna niż wszyscy, ale właśnie za

Marta Jabłońska, kl. 1g

CZY, TWOIM ZDANIEM, BILBO ZMIENIŁ SIĘ W CZASIE PODRÓŻ CZY TYLKO UJAWNIŁA ONA UKRYTE PRZED NIM SAMYM CECHY? A MOŻE BYŁO JESZCZE INACZEJ? ODPOWIEDŹ UZASADNIJ. Bilbo Baggins to główny bohater powieści J. R. R. Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. Obserwujemy jego życie, a przynajmniej jego fragment – są to wakacje, trwające cały rok, podczas których hobbit wyrusza na pełną niebezpieczeństw przygodę. Przed wyprawą nasz bohater był wygodnickim leniuchem. Nie lubił opuszczać domu, a każda zmiana w jego idealnym życiu budziła niepokój. Bardzo dużo jadł, przez co był otyły, a to z kolei powodowało, że nie nadawał się do wykonywania jakichkolwiek prac fizycznych. Lubił przyjmować gości, ale wolał znać osoby przychodzące do jego domu – stąd też jego zdenerwowanie, kiedy krasnoludy odwiedziły go po raz pierwszy. W czasie wolnym od jedzenia, często siadał w ogródku, przy swojej norce i palił fajkę. Kiedy musiał wyruszyć na przygodę, był przerażony. Wiedział, że jego dotychczasowe spokojne życie zmieni się diametralnie, a uporządkowane nawyki będzie musiał puścić w niepamięć. Pomimo tych obaw nie wycofał się i odważnie stawił czoła wszystkim wyzwaniom. Podczas Po wyprawy, los umieszczał go w różnych sytuacjach – zarówno pomocnych i przydatnych, jak i w tych niezręcznych, niezręcznych bądź też niebezpiecznych. Widzimy go, jak ratuje krasnoludy z niewoli pająków, chociaż jeszcze kilka stron wcześniej nie mógł wydostać się z ciemnej jaskini goblinów. Przez ten rok nieustannego ryzyka, wiele razy musiał wykazać się odwagą, sprytem i byciem pomocnym, ale również odkrył, że jest niezwykle lojalny. Czy nasz hobbit zmienił się nieodwracalnie? Czy już nigdy nie będzie taki jak kiedyś? kie Nie, w żadnym wypadku! Po powrocie do domu, Bilbo powrócił do starych nawyków i przyzwyczajeń, a jedynie wprowadził do swojego życia kilka nowych elementów, np. często odwiedzał swoich przyjaciół. Wiele osób może zadawać pytanie: „Dlaczego w czasie wyprawy w Bilbo był taki odmieniony?”. Bardzo możliwe, że hobbici, pod kurtyną lenistwa, kryją niesamowity instynkt, który pomaga im przeżyć z dala od bezpiecznej norki. Za tymczasową przemianą może stać również stać niepozorna żyłka awanturnika, którą nasz hobbit odziedziczył po matce – Belladonie Tuk. Na pewno jednak możemy stwierdzić, że te cechy tkwiły w Bilbie od zawsze, tylko jedynie czekając na okazję, by móc się ujawnić. Hobbit nie mógł w tak krótkim czasie zmienić się, a następnie błyskawicznie powrócić do dawnego sposobu życia. Podsumowując: Bilbo nie zmienił się. Odkrył w sobie cechy, które tkwiły w nim zapewne od zawsze. Nie sądzę, żeby ktokolwiek lub cokolwiek posiadało taką zdolność do zmiany swojego charakteru. Kinga Wojciechowska, kl. 1f TD 7 (90) 2012 (wydanie specjalne)

STR. 7


WYWIAD

CHARAKTERYSTYKA

____________________________________________________________________________________

_________________________________________________________________________________

CZŁOWIEK- HOBBIT Człowiek bardzo dobrze wykształcony, mający szczęśliwą rodzinę oraz niezliczone pokłady wyobraźni, który myśli, że jest prawie jak istota ze swojej książki. Kim naprawdę jest John Ronald Reuel Tolkien i jakie ma podejście do życia, pisarstwa i miłości? Tego

J: Co to była za książka?

J: A jak to było z Pana wielką miłością - Edith?

T:: „Alicja w krainie czarów”; jest to książka niesamowita i wciągająca, do dziś tak uważam i z łezką

Jesteście małżeństwem już bardzo długo? To łatwe?

w oku czasem siadam w wygodnym fotelu przy

wytrzymujemy ze sobą tak długo, dlatego że mamy do

kominku, żeby przeczytać ulubione fragmenty. J: Czy dzięki matce nauczył się Pan an jeszcze czegoś?

siebie dystans. Każde z nas ma własne zajęcia, znajomych, pracę. Najważniejsze są dzieci, staramy

T: Nie lubię mówić o mojej prywatności, ale ja i Edith

T:: Tak, bardzo ważnej rzeczy, którą kontynuuję do

się być jak najlepszymi rodzicami.

dowiecie się z tej rozmowy.

dziś. Dzięki mojej mamie uczę się języków obcych. To

J: A czy związek z panią Tolkien miał jakiś wpływ na

Marta

Jabłońska.

T: Chciałem mieć coś do poczytania swoim dzieciom. Coś

ona zaszczepiła we mnie uwielbienie do lingwistyki.

Pana twórczość literacką?

Chciałabym odkryć genezę powieści „Hobbit, czyli tam

wciągającego, a zarazem uczącego. W założeniu miała to

T: Może trochę… Odrobinę odzwierciedla ją Belladona

i z powrotem”? Czy możemy porozmawiać na ten temat?

być książka pokazująca im, że świat nie opiera się

Znam 32 języki, yki, sam lubię tworzyć własne. StudioStudio wałem językoznawstwo i nadal je wykładam na

J. R. R. Tolkien (T): Oczywiście, z ogromną przy-

wyłącznie na pieniądzach, ale też na przyjaciołach

Oxfordzie.

to ją kocham, za jej oryginalność.

jemnością odpowiem na Twoje pytania dotyczące tej

i chwilach, które z nimi przeżywamy. Książkę miały

J: Czy coś ważnego w Pana ana życiu stało się też na

książki.

poznać / przeczytać tylko moje dzieci, później okazało

studiach?

J: Dziękuję bardzo za udzielenie odpowiedzi na moje pytania. To była dla mnie wielki zaszczyt. Mam

J: Dziękuję, zatem, zaczynajmy. Przygotowując się do

się, że polubił ją cały świat.

T:: Podczas studiów nauczyłem się jeździć konno. To

nadzieję, że napisze Pan jeszcze wiele powieści.

tego wywiadu, przejrzałam kilka źródeł o Panu i Pana

J: Dzięki „Hobbitowi” stał się Pan sławny. Przełożyło się

tłumaczy, dlaczego we „Władcy Pierścieni” kultura

T: Dziękuję również, rozmowa z Tobą była dla mnie

twórczości.

to

Rothanu jest tak bardzo jeździecka.

przyjemnością.

Ja

(J):

Witam!

Nazywam

Zacznijmy

może

się

od

bohaterów

Pana

również

na

sukces

finansowy

proszę

nam

powieści. Jak pan wymyślił postaci z „Hobbita”, a przede

powiedzieć, jak to jest?

wszystkim tytułowego bohatera? Szukałam w różnych

T: Pieniądze wydałem na nowy dom. Nie jakąś willę, ale

źródłach, ale nie zauważyłam w żadnej legendzie

chciałem zapewnić mojej rodzinie dobrobyt. A sława?

angielskiej wzmianki o małych, grubych istotach. Co

Nie lubię, kiedy śledzi się każdy mój krok. Nie chcę

nakłoniło Pana do wymyślenia takich stworzeń?

zdradzać innym moich prywatnych spraw. Za dużo

T: Tak właściwie, to jak zapewne sama widzisz, wręcz

przeszedłem w młodości, żeby moje dorosłe życie było

uwielbiam ubierać się kolorowo. Moją ulubioną częścią

nadmiernie kontrolowane przez obce mi osoby.

garderoby jest kamizelka, a ulubionym zajęciem -

J:

palenie fajki. Bilbo Baggins jest odzwierciedleniem

dzieciństwie i młodości?

mnie, a raczej mojej osobowości, ponieważ ja jestem

T: Co to dużo mówić… i tak wielu ludzi już o tym wie, ale

dość wysoki i szczupły, a on mały i gruby.

mogę

J: Zauważyłam. Czy coś jeszcze miało wpływ na

dzieciństwa. Ojciec umarł, gdy miałem cztery lata, mama

wymyślenie innych postaci?

- kiedy byłem trzynastolatkiem. Razem z moim bratem-

T: Większość z nich brałem z legend, podań, mitów.

Hilarym

Chciałem napisać ciekawą historię i mam nadzieję, że mi

Morganem. Było to o tyle trudne, że wychowywał nas

się to udało. Tylko pająki były zaczerpnięte z mojego

sam, nawet nasi dziadkowie nie dawali mu pieniędzy na

życia. Kiedy miałem roczek, zostałem ugryziony przez

utrzymanie, ponieważ nie uznawali katolicyzmu. Ojciec

tarantulę. Wprawdzie nie boję się panicznie pająków,

Francis wychowywał nas dość surowo. Kazał nam się

ale z pewnością za nimi nie przepadam.

uczyć,

J: A mapy i cała geografia w tej książce… to jakiś

„zmarnowali” sobie życie. Dzięki niemu jestem, jaki

wymysł czy może konkretny teren, tylko że z innymi

jestem.

nazwami?

J: A sztuka? Literatura? Czy właśnie dzięki niemu tak

T: Sam wymyśliłem i narysowałem mapy do moich

Pan pokochał te dziedziny?

powieści. Tu znowu pragnę zauważyć, że Bilbo uwielbiał

T: Akurat zamiłowanie do dobrej książki i rysowania

mapy (śmiech).

wykształciło się u mnie dzięki mojej mamie. To ona, jako

J:

Racja.

Chciałabym

jeszcze

spytać,

bezpośrednią przyczyną napisania tej książki?

co

było

Właśnie… może

znów

to

Pan

powtórzyć.

zamieszkaliśmy

iść

na

opowiedzieć mi

z

dobre studia.

Nie

o swoim

miałem

księdzem

łatwego

Francisem

Nie chciał,

abyśmy

pierwsza uczyła mnie czytać. Już w wieku czterech lat czytałem dosyć płynnie, bo mama tego chciała. To ona dała mi do ręki pierwszą, fascynującą książkę.

STR. 6

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

Tuk. Zawsze była nieco inna niż wszyscy, ale właśnie za

Marta Jabłońska, kl. 1g

CZY, TWOIM ZDANIEM, BILBO ZMIENIŁ SIĘ W CZASIE PODRÓŻ CZY TYLKO UJAWNIŁA ONA UKRYTE PRZED NIM SAMYM CECHY? A MOŻE BYŁO JESZCZE INACZEJ? ODPOWIEDŹ UZASADNIJ. Bilbo Baggins to główny bohater powieści J. R. R. Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. Obserwujemy jego życie, a przynajmniej jego fragment – są to wakacje, trwające cały rok, podczas których hobbit wyrusza na pełną niebezpieczeństw przygodę. Przed wyprawą nasz bohater był wygodnickim leniuchem. Nie lubił opuszczać domu, a każda zmiana w jego idealnym życiu budziła niepokój. Bardzo dużo jadł, przez co był otyły, a to z kolei powodowało, że nie nadawał się do wykonywania jakichkolwiek prac fizycznych. Lubił przyjmować gości, ale wolał znać osoby przychodzące do jego domu – stąd też jego zdenerwowanie, kiedy krasnoludy odwiedziły go po raz pierwszy. W czasie wolnym od jedzenia, często siadał w ogródku, przy swojej norce i palił fajkę. Kiedy musiał wyruszyć na przygodę, był przerażony. Wiedział, że jego dotychczasowe spokojne życie zmieni się diametralnie, a uporządkowane nawyki będzie musiał puścić w niepamięć. Pomimo tych obaw nie wycofał się i odważnie stawił czoła wszystkim wyzwaniom. Podczas Po wyprawy, los umieszczał go w różnych sytuacjach – zarówno pomocnych i przydatnych, jak i w tych niezręcznych, niezręcznych bądź też niebezpiecznych. Widzimy go, jak ratuje krasnoludy z niewoli pająków, chociaż jeszcze kilka stron wcześniej nie mógł wydostać się z ciemnej jaskini goblinów. Przez ten rok nieustannego ryzyka, wiele razy musiał wykazać się odwagą, sprytem i byciem pomocnym, ale również odkrył, że jest niezwykle lojalny. Czy nasz hobbit zmienił się nieodwracalnie? Czy już nigdy nie będzie taki jak kiedyś? kie Nie, w żadnym wypadku! Po powrocie do domu, Bilbo powrócił do starych nawyków i przyzwyczajeń, a jedynie wprowadził do swojego życia kilka nowych elementów, np. często odwiedzał swoich przyjaciół. Wiele osób może zadawać pytanie: „Dlaczego w czasie wyprawy w Bilbo był taki odmieniony?”. Bardzo możliwe, że hobbici, pod kurtyną lenistwa, kryją niesamowity instynkt, który pomaga im przeżyć z dala od bezpiecznej norki. Za tymczasową przemianą może stać również stać niepozorna żyłka awanturnika, którą nasz hobbit odziedziczył po matce – Belladonie Tuk. Na pewno jednak możemy stwierdzić, że te cechy tkwiły w Bilbie od zawsze, tylko jedynie czekając na okazję, by móc się ujawnić. Hobbit nie mógł w tak krótkim czasie zmienić się, a następnie błyskawicznie powrócić do dawnego sposobu życia. Podsumowując: Bilbo nie zmienił się. Odkrył w sobie cechy, które tkwiły w nim zapewne od zawsze. Nie sądzę, żeby ktokolwiek lub cokolwiek posiadało taką zdolność do zmiany swojego charakteru. Kinga Wojciechowska, kl. 1f TD 7 (90) 2012 (wydanie specjalne)

STR. 7


OPOWIADANIE (PRÓBA WYOBRAŹNI) Z DIALOGIEM

SAMI O SOBIE

____________________________________________________________________________________

____________________________________________________________________________________

MAŁY KSIĄŻĘ ODWIEDZA OSKARA Idziesz szpitalnym korytarzem. Wszystko wydaje się poza twoim zasięgiem, czujesz, że tylko jedna mała salka, chyba piąta z prawej, świeci jakimś nadnaturalnym płomieniem, nie zastanawiasz się dłużej i kierujesz do niej swoje kroki. Stajesz przed nią. Bierzesz parę głębokich wdechów. Poprawiasz marynareczkę i… wchodzisz. Salka jest zwyczajna; wcale nie tak nadnaturalna, jak myślałeś. Od każdej ze ścian bije rażąca, butelkowa zieleń, jest tam łóżeczko dla dziecka, jeszcze mniejszego od ciebie, a obok niego stoi nieco większe łóżko. Już nie puste. Siedzi na nim chłopiec, troszkę starszy od ciebie. Wydaje ci się interesujący - ma bezwłosą głowę, tak bardzo bezbarwną piżamkę i tak bardzo zranione serce. To ono cię tu zaprosiło. To dla niego tutaj jesteś. To temu, już gasnącemu, lecz nadal ciepłemu, światełku masz pomóc. - Kim jesteś? – słyszysz. Tak bardzo bezdźwięczny głos wydobywa się z tego tak bardzo bezsilnego ciałka. - Widzisz mnie? – odpowiadasz pytaniem. To dziwne, że ktoś cię widzi. Lecz nie dziwne jest to, że widzi cię właśnie ta zamglona istotka. - Jasne, że cię widzę. Jakbym cię nie widział, to po co pytałbym, kim jesteś? – chłopiec odpiera już naturalniejszym głosem. Zapewne na początku się ciebie wystraszył. – Ciocia Róża cię przysłała, żeby upewnić się, że nie śpię, co? – kontynuował. Nie masz pojęcia, o czym mówi. Ciocia Róża? Sen? Upewnianie się? Tak bardzo bliskie ci słowa. Twoja Róża pewnie już traciła płatki z tęsknoty, a ty śpisz. Śpisz i jesteś tego pewny. - Czyli o ciebie też się martwi Róża? – pytasz i siadasz na łóżku obok chłopca. Dziwi się, ale zaraz przyjmuję cię z uśmiechem. - Nie jakaś tam Róża, tylko ciocia Róża, wolontariuszka – tłumaczy momentalnie. – Musisz ją znać, jest bardzo fajna. Ty też masz ciocię Różę? – pyta, wyraźnie tym zaciekawiony. - Nie – zaprzeczasz. – Moja Róża to nie ciocia, tylko moja największa miłość – wyjaśniasz z dumą. - Miłość? – pyta. – Moją miłością jest Peggy Blue. – kiwa głową, jakby to było oczywiste. - Peggy Blue? Co to za imię? – prychasz rozbawiony. Uważasz, że ta cała Peggy to musi być jakaś postać z bajki. - Normalne, jak każde inne – mówi już ciszej, splata ręce na klatce piersiowej i odwraca się do ciebie plecami, jakby się na ciebie obraził. Zapada cisza. Nikt nie jest jej winny, nie jest niczyją zasługą. Ale jest potrzebna. Jest potrzebna tobie, by uświadomić sobie, że to szpital nie przedszkole czy jakaś tam szkoła, a ty właśnie pozbawiasz się możliwości poznania fajnego kolegi. Nie przyszedłeś tu rozmawiać o miłości, kłócić się o to, kto kogo bardziej kocha. Przyszedłeś porozmawiać tu o… - Śmierci – szepczesz. - Słucham? – chłopiec pyta. Nie dosłyszał. Nie, dosłyszał. Chce się upewnić. - Ty umierasz – prostujesz i spoglądasz na jego twarz. - Tak, umieram – przyznaje się. – Umieram, stanie się to niebawem… - dodaje. Nie do wiary, jak ten mały z dziecinnej rozmowy o życiu potrafi przejść na poważną rozmowę o śmierci. - Boisz się śmierci? – pytasz i zaraz czujesz, że to niezbyt mądre pytanie. - Nie boję się – odpowiada pewnie. – Albo nie, boję się. – milknie. - A jeśli umrę z tobą? Razem umrzemy? – W tym momencie jesteś śmiertelnie poważny. Tak jak to powinno być. - Umrzeć? Ze mną? – dziwi się. – Ale ty nie jesteś chory… - Nie jestem. Ale wiesz, już raz umarłem… Na pustyni… A teraz tylko śpię – tłumaczysz, uśmiechając się lekko. - To niemożliwe… - Możliwe – przerywasz mu. - Ja już raz umarłem i mówię ci to osobiście. Przyszedłem po ciebie, razem będzie nam raźniej… Zeskakujesz z łóżka, nadal patrząc na niego. – To jak? Zaufasz mi? – wyciągasz do niego rękę. - Nie wiem… - odpowiada. Waha się. Ale zaraz słyszycie głosy. Kilku osób. Wśród nich jest z pewnością ciocia Róża, bo chłopiec drży. - Dobrze - zgadza się w końcu. – Byle to było już, nie chcę, żeby ciocia Róża cierpiała. – Z trudem zeskakuje na podłogę. Spogląda na drzwi, ale w końcu łapie twoją rękę. I odchodzicie. Wychodzicie już razem. Przedzieracie się przez zaspy śnieżne, rzucacie śnieżkami, rozmawiacie o waszych Różach. Jesteście zdrowi, szczęśliwi, nie pamiętacie, że nie żyjecie. Gdzieś tam w małej szpitalnej salce światełko chłopca gaśnie… Basia Gruba, kl. 3f STR. 8

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

GRANICE DOJRZAŁOŚCI W granicę dojrzewania wchodzi się w wieku 16 lat. Jest to okres buntu. Wydaje nam się, że jesteśmy najmądrzejsi i nic nas nie zaskoczy. Zachowujemy się, jakbyśmy pozjadali wszystkie rozumy. Nie dostrzegamy innych, nie zwracamy uwagi na ich zdanie, widzimy my tylko swoje racje i one są dla nas najważniejsze. Nie zauważamy błędów, które popełniamy. Gdy ktoś chce nam wytłumaczyć, że źle robimy, lekceważymy to, mamy nawet pretensje. Pytamy, o co temu komuś chodzi?, o co się nas czepia?, przecież my jesteśmy mądrzejsi, rzejsi, lepiej wiemy. Mamy tę pewność wypisaną na twarzy. Wierzymy w swoje racje i tylko w swoje. W czasie dojrzewania często kłócimy się z rodzicami. Wydaje nam się, że mama wtrąca się w nasze życie. Mamy inny pogląd na świat. Podczas takich kłótni często o mówimy coś, czego tak naprawdę nie myślimy. Mówimy jej na przykład, że jest głupia. Moim zdaniem tak naprawdę granice dojrzewania przekraczamy wtedy, gdy dostrzegamy te wszystkie błędy, które popełnialiśmy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy i konsekwentni sekwentni w działaniu. Każda dojrzała osoba zdająca sobie sprawę z tego, co mówi, nie powiedziałaby swojej mamie, że jest głupia. Wie, że powinniśmy mamę szanować, choćby dlatego, że jest przy nas w najgorszych momentach, gdy czegoś potrzebujemy, to do niej nie właśnie kierujemy się i od niej otrzymujemy wszelką pomoc. Powinniśmy szanować jej decyzje, bo ona zawsze mówi prawdę, wiele razy miała rację. Gdy dostrzegamy błędy, które robiliśmy kiedyś, to widzimy, jacy byliśmy młodzi, głupi, niedojrzali. Żałujemy swojego ojego postępowania. Mówimy, że gdyby nas to dziś spotkało, to zrobilibyśmy inaczej. Bo już wiemy, o co chodzi w życiu. Dostrzegamy wartości, jakimi powinniśmy się kierować. Osoba, która to wszystko zrozumie, wchodzi w granice dojrzewania do dojrzałości. Granica dojrzewania to nie wiek, a wewnętrzna dojrzałość do świadomego i odpowiedzialnego życia. Szkoda, że sama musiałam popełnić wiele głupstw, zanim to zrozumiałam.

Izabela Pustoła, kl. 3k TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

NIE AUTOPORTRET - PIOTR Idziesz przed siebie, kolejną oktawą na ślepo, mimo ograniczonej widoczności, a ja mówię: - jestem z ciebie dumny. Na każdego szarego znajdziesz wrażliwość, radzisz jak wyjść z głową w górze, a ja mówię: - wiem. W twoim przypadku nie krzyczysz, deklamujesz: malujesz się uczciwością, a ja mówię: - wyjdzie na dobre. Szukasz wewnętrznego impetu, nie żartuj, tylko taka dusza jest prête à porter, a ja mówię: - nic więcej, a tak chciałem. Postępujesz nadzwyczajnie, masz żywe słowa, stać cię na więcej niż jego, a ja mówię: - cieszę się. Trzy pomoce – harmonia, dynamika i kolorystyka , oddają ci duszę, pokazują klucz prawości a ja mówię: - to znowu ten nokturn. Żadne wyzwanie nie powstrzyma od działania, wejdziesz w zdanie każdemu, to prawda, a ja mówię: - nie mam czego się bać. Piotr – przepracowuję tyle chwil, dla ludzi, dla siebie ...

Piotr – przyjaciół stawiam na podium, choć tego nie widać ...

Piotr – znajduję się na scenie wśród świateł czekam nieustannie na oklaski ...

Piotr – czasem ukrywam swoje emocje, nie chcę ranić ...

Piotr – to co było nie ma znaczenia, liczę tylko co będzie ...

Piotr – akceptuję i toleruję, to za mało? ...

Piotr – rozważnie decyduję o losie, nie zważam na przypadki ...

Piotr – to ja denerwuję i złoszczę, niepokoję, irytuję, a ty nic nie powiesz? Dobrze mi z tym, nic nie mówię. Piotr Witkowski, kl. 2f STR. 5


KARTKA Z PAMIĘTNIKA - AUTOCHARAKTERYSTYKA

LISTY DO…

______________________________________________________________________________

___________________________________________________ ______________________________________________________________________________

LIST DO PANA BOGA INSPIROWANY POWIEŚCIĄ „OSKAR I PANI RÓŻA”

25-07-2012 Drogi pamiętniczku! Minęły już dwa dni od zatonięcia statku. Ale opowiem wszystko od początku. Mój koszmar zaczął się w piątek wieczorem. Postanowiłam spędzić ten czas na pokładzie, oglądając gwiazdy, uwielbiam to robić. W Mińsku Mazowieckim wypatrywałam je (nie używam tego słowa przypadkowo, w mieście naprawdę trzeba wypatrywać gwiazd) przez teleskop, tutaj na statku, na Morzu Bałtyckim wystarczy gołe oko. Podeszłam do barierki na dziobie statku, gdy nagle statek w coś uderzył. Straciłam równowagę i pewnie nic wielkiego by się nie stało, gdyby nie potężny strumień wody, który pojawił się nie wiadomo skąd i uderzył mnie w plecy. Wypadłam za burtę. Na szczęście zobaczyłam szalupę. Dopłynęłam do niej i wdrapałam się do środka (nie na marne poszły lekcje pływania). I tak kołyszę się w tej szalupie już przez dwa dni i z każdą minutą żeglugi uzmysławiam sobie swoje wady, takie jak choćby kiepskie wyczucie czasu. Nie było takiej sytuacji, kiedy byłabym w jakimś miejscu na czas. Albo wydaje mi się, że mam mnóstwo czasu i się spóźniam, albo że mam go za mało i przychodzę za wcześnie. A teraz bez zegarka przydałoby się wiedzieć przynajmniej, czy jest rano czy południe. Moja wada to fantazjowanie, można to zauważyć na przykład w pisemnych pracach. Nie lubię pisać na tematy poważne i w każdym możliwym miejscu próbuje fantazjować, a teraz zderzyłam się z rzeczywistością i mam niemały problem. Mam jeszcze parę cech, które wydawałyby się zaletami, ale w mojej obecnej sytuacji nie są. Na przykład wrażliwość i miłość do zwierząt. Ja bym nawet nie potrafiła złowić ryby, nie mówiąc już o jej zabiciu. Od razu wyobrażam sobie, jak ta biedna rybka musi wtedy cierpieć. Ale jest też na odwrót mam parę wad, które w tej chwili mogą mi się przydać. Przykładem jest upór, zawsze muszę postawić na swoim, a teraz będę przynajmniej miała siłę woli, żeby przetrwać. Mam jeszcze wiele innych wad, ale przejdę do zalet, w tej sytuacji lepiej myśleć pozytywnie. Moją podstawową zaletą jest pilność (głównie jako uczennicy). Ta wiedza, którą tak skrupulatnie przyswoiłam przez wszystkie lata nauki, może mi teraz uratować życie. Wydaje mi się, że moją mocną stroną jest spostrzegawczość i to, że w pewnym sensie mnie ratuje. Dziś rano zauważyłam, że szalupa jest zaopatrzona w schowek z prowiantem. Skoro już mówię o sobie, to dodam, że mam włosy nieokreślonego koloru (latem – blond, zimą – brąz, lecz nie każdy się ze mną zgadza) oraz ciemnobrązowe oczy (choć osobiście twierdzę, że mają kolor gorzkiej czekolady, którą uwielbiam). Jeżeli chodzi o moje hobby, to jest nim zdecydowanie nurkowanie, ale muszę przyznać, że zwykle pływam pod wodą na wydzielonych torach od jednej ściany do drugiej, co nie zaspokaja moich wewnętrznych potrzeb. Próbowałam nurkować w Bałtyku, ale po zderzeniu z nieokreślonym obiektem, zaniechałam tych doświadczeń. Marzą mi się podróże, ale obecnie moje wycieczki ograniczają się do granic Polski. Uwielbiam również czytać książki, mam zwyczaj sięgać po lekturę wieczorem, przed snem i muszę się szczerze przyznać, że to mi tak weszło w nawyk, iż trudno mi zasnąć, jeżeli już jakąś książkę przeczytałam i zapomniałam wypożyczyć następną, ale znalazłam na to radę. Jeśli zaistnieje taka sytuacja, wtedy wyjmuję swoje stare zeszyty od języka polskiego i czytam swoje opowiadania (kiedyś pisałam je nawet po piętnaście stron, ale zaniechałam tego po tym, jak kilkakrotnie zostałam za ich długość publicznie skrytykowana, ponieważ - jak mawiała pewna pani polonistka z mojej szkoły podstawowej - „po co tyle pisać”; a teraz bardzo trudno wrócić do starych zwyczajów). Innym z moich ulubionych zajęć jest oglądanie filmów, ale nie z telewizji (lubię sama wybierać, co oglądam) tylko z płyt i kaset (zgromadziłam około dwustu filmów). Preferuję filmy i książki fantastyczne. Przepadam za kolekcjonowaniem pamiątek (mam całe biurko nimi zastawione). Uwielbiam również organizować święta, na przykład Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Robię wtedy ozdoby, kupuję całą masę prezentów (nawet mój pies-Daktyl i kot-Rademenes zawsze dostają jakieś zabawki lub przysmaki). Ustalam jadłospis i pomagam w jego realizacji. Myślę, że jestem bardzo towarzyska (nienawidzę być sama). Nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem przyjaciół (czasem wybieram ich zbyt szybko i pochopnie). Wydaje mi się, że to z tego powodu tak lubię przeprowadzki, wystarczą dwa tygodnie i już mam z kim rozmawiać na przerwach. Według mnie zmiana szkoły nie oznacza zerwania znajomości, nawet teraz czasami jeżdżę na pikniki szkolne do moich dawnych szkół i spotykam się ze swoimi starymi znajomymi. Ponadto zawszę potrafię (może prawie zawsze) znaleźć wspólny język z nowo poznanymi osobami. Myślę, że jeszcze parę rzeczy muszę w sobie zmienić, lecz nikt nie jest idealny. Na razie muszę wykazać się swoją najważniejszą w obecnej sytuacji cechą – optymizmem. W końcu jakiś statek musi się na mnie natknąć, Może Bałtyckie nie jest takie duże. STR. 4

Martyna Lenarczyk, kl. 2f TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

Mińsk Mazowiecki, październik 2012 Szanowny Panie Boże! Właściwie nie wiem, o czym mogłabym napisać. Wiesz o mnie wszystko, więc ogólnie rzecz biorąc, nie muszę pisać nic. Ostatecznie się zdecydowałam. Nie będę pytać o zło na świecie. To my sami jesteśmy po części jego przyczyną. Chcę Cię spytać o ludzi. Jak to jest z ludźmi, Panie Boże? Czy każda osoba, którą stawiasz na mojej drodze, dro ma jakąś małą misję, którą musi spełnić względem mnie? Czy ja też mam takie zadanie? Czy spotykamy ludzi po to, żeby przekonać się, czym jest miłość, nienawiść, przyjaźń czy troska? Są osoby w moim życiu, które wiele mnie nauczyły, a prawdę mówiąc, nie ni znam ich zbyt długo. Jednak to i tak nie jest odpowiedź na moje pytania. Czy w ogóle ją kiedyś dostanę? Dobrze byłoby poznać prawdę. Wiedzieć, że wszystko, co przeżywam, nie idzie na marne i kiedyś w przyszłości to, czego doświadczyłam, się przyda. Jednak jest coś, co muszę wiedzieć TERAZ. Bardzo potrzebuję zapewnienia, że będzie dobrze. Mam iść dalej? Niepewność jest przygnębiająca.. W dodatku nic na tym świecie nie jest proste. Czasem nawet ciężka praca nie jest wystarczająca. Pisanie tego listu do Ciebiee również jest trudne. W końcu, mam świadomość, że nigdy nie dostanę odpowiedzi. Jeżeli miałabym podsumować to wszystko, co chcę Ci powiedzieć, mogłabym jedynie stwierdzić, że jest ciężko. Chcę, naprawdę chcę wierzyć, że to ma jakiś głębszy cel, bo przecież przecie nic nie dzieje się przypadkowo, ale to trudne. Mam nadzieję, że to, co dla mnie planujesz, jest tego wszystkiego warte. Paulina Gągol, kl. 3f Paulina

LIST JULII W PAMIĘTNIKU ZAPISANY

wtorkowy świt Drogi Pamiętniku! Za oknem już świta. Dzień zapowiada się piękny, lecz nie dla mnie. Czemu akurat moja miłość nie może być spełniona? Ciągle napotykam przeszkody i szare myśli. Kolejny raz łzy zalewają moją twarz. Nie mogę poradzić sobie z emocjami. Ciężar myśli o tym, że mój mąż musi uciekać do innego miasta, jest nie do zniesienia. Wiem, muszę być silna, lecz widocznie nie potrafię. Trudno uwierzyć w to, by Romeo mógł dopuścić się tak okrutnego czynu. Przecież zabił mojego krewnego – Tybalta. Jak mógł nie wiedzieć, że będę cierpiała? Dlaczego o to uczynił? Czyżby sądził, iż nie spotka Go z to żadna kara? Kocham Go z całych sił! Nie chcę dokładać Mu zmartwień, dlatego postaram się zapomnieć o tym, co zrobił. Niestety, nie będzie to łatwe. Pamiętam dokładnie nasze spotkanie na balu. Była to miłość miłoś od pierwszego wejrzenia. Oczarował mnie Jego wygląd oraz sposób bycia. Ależ On był romantyczny! Do tej pory czuję Jego pocałunki na moich ustach. Niestety, szybko okazało się, iż jest jes jednym z Montekich, czyli największym wrogiem naszej rodziny. Nie zmieniło zmie to jednak moich uczuć. Kolejnym razem spotkaliśmy się w moim ogrodzie. Romeo niechcący podsłuchiwał mnie, kiedy użalałam się nad swoim losem. Wyszedł z ukrycia i zaczęliśmy rozmawiać, Ostrzegłam Go, że musi uważać, ponieważ w każdej chwili może zostać zauważony przez członków mej rodziny. Nie zważał na niebezpieczeństwo. Oświadczył mi się. Jakże byłam wtedy szczęśliwa! Nie da się tego wyrazić słowami. Podjęliśmy wspólną decyzję – ślub! Moja radość nie trwała długo. Przed momentem legła w gruzach. Niestety, Niest Romeo musiał opuścić moją komnatę, żeby udać się do Mantui. Długo rozmawialiśmy, nie mogliśmy się rozstać. On jest dla mnie jak śpiew ptaka o poranku. Jakże mam się w takiej sytuacji odnaleźć? Przecież wczoraj zostaliśmy małżeństwem, czego tak bardzo pragnęliśmy. Teraz powinniśmy być razem, a nie osobno. Dlaczego los jest taki niesprawiedliwy? Ciągle widzę twarz zrozpaczonego Romea, kiedy musiał mnie opuścić. Ten ból jest nie do opisania. Czuję, jakby serce miało mi zaraz pęknąć. W mojej głowie wciąż krążą k słowa ukochanego oraz Jego deklaracje miłosne: „Wszystkie cierpienia nasze kwiatem tkaną kanwą do słodkich rozmów nam się staną”. Tylko to jeszcze trzyma mnie przy tym pustym życiu. Najgorsze jest jednak to, że nikt mnie nie rozumie. Jak rodzice mogą sądzić, iż poślubię Parysa?! Nie chcę popełnić krzywoprzysięstwa. Nawet moja piastunka, która wie przecież, że kocham męża nad życie, twierdzi, iż będę szczęśliwsza z hrabią. Miałam nadzieję na zrozumienie ze strony niani. Myliłam się! Zostałam sama jak palec! pa Mówiąc, że ukochany nie wróci, Marta wbiła mi nóż w serce. Nie wiem, co mam dalej począć. Moja rozpacz sięga zenitu. Okropny dzień. Jestem już zmęczona, ale muszę być dzielna! Tylko czy starczy mi sił? Przyrzekam, iż zrobię wszystko, abyśmy byli razem szczęśliwi! Nie wyobrażam sobie samotnego życia. Jeśli trzeba będzie, to jestem w stanie uciec do Niego. Mam nadzieję, że następnym razem napiszę coś radośniejszego. Kończę już więc, mój Pamiętniku. Tylko Ty mi zostałeś! Czemu nie jesteś człowiekiem, który y dodałby mi otuchy?! Zrozpaczona Julia Kapuletti Dawid Frączkowski, kl. 2b TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

STR. 9


OPOWIADANIE TWÓRCZE

ROZPRAWKA / POEZJA

______________________________________________________________________________

__________________________________________________ _____________________________________________________________________________

BABCINE TAJEMNICE

JEŚLI NIE SZATA ZDOBI CZŁOWIEKA,

Komoda mojej babci była najbardziej niezwykłym meblem w naszym mieszkaniu – wiekowa, pięknie rzeźbiona, z mnóstwem szuflad, w których kryły się niesamowite skarby, a z każdym z nich była związana jakaś tajemnica. Tajemnice zawsze mnie fascynowały, tak jak wszystkie drobiazgi znajdujące się w babcinej komodzie. Nie wiedzieć czemu babcia niechętnie o nich mówiła, ale pewnego dnia nakłoniłem ją wreszcie, by opowiedział mi historię dotyczącą pozłacanego łańcuszka z przeźroczystą klepsydrą wypełnioną drobnymi, czerwonymi rubinami. Dowiedziałem się, że był on dziedziczony w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Moja babcia dostała go od swojej babci, gdy miała piętnaście lat. Otrzymała również ostrzeżenie, że jest to przedmiot magiczny, dzięki któremu można przenosić się w czasie i przestrzeni. Twierdziła, że nigdy go nie używała, ale ja domyślałem się, że kłamie. Gdy usłyszałem tę opowieść, byłem jednocześnie zdziwiony i zaciekawiony. Nie mogłem się doczekać chwili, w której wypróbuję ten tajemniczy przedmiot. Wieczorem, kiedy wszyscy spali, wymknąłem się po cichu z pokoju i na palcach podszedłem do komody babci. Sięgnąłem po łańcuszek. W dolnej części klepsydry błyszczały dziesiątki czerwonych rubinów. Uważnie przesypałem dziewięć kamyczków i zacisnąłem rękę na łańcuszku, pamiętając o ostrzeżeniu babci, że w czasoprzestrzeni łatwo go zgubić, a wtedy można tam zostać na zawsze. Nagle wszystko wokół mnie zaczęło się rozmywać, a ja poczułem, że unoszę się do góry. Przez ułamek sekundy myślałem, że zemdleję, ponieważ wokół mnie zaczęły wirować różne zdarzenia… To musiała być czasoprzestrzeń. Gdy leciałem w przestworzach, pode mną rozgrywała się bitwa pod Wiedniem! Obserwowałem też polowanie na mamuty i bitwę pod Grunwaldem. Nagle z przerażeniem spostrzegłem, że szybka klepsydry pękła. Wiedziałem, że nie wróży to nic dobrego. Zacząłem spadać, aż w końcu straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, byłem w zupełnie nieznanym miejscu. Wokół panowała złowroga cisza. Podniosłem się i zobaczyłem, że gleba pod moimi stopami jest dziwnie czerwona. Nie wiedziałem, co robić. Wszedłem na najbliższy pagórek, żeby się rozejrzeć po okolicy. Wszędzie było pusto. Nagle poczułem ukłucie w stopę. Nim się obejrzałem, miałem związane nogi. Następnie mały zielony ludek zarzucił lasso na moją rękę i pociągnął mnie w dół. Leżałem na ziemi, a wokół mnie uwijali się… kosmici! Wtem zagrały trąby i wszyscy ustawili się w szeregu. Słudzy wnieśli w lektyce olbrzymiego, ale i tak mniejszego ode mnie kosmitę. - Witaj przybyszu z innej planety – rzekł ludzik. – Jestem królem Peplofonidów. Zgodnie z naszym zwyczajem zostaniesz w naszym pałacu do czasu pierwszej wiosennej komety, a później zostaniesz poświęcony bogom w ofierze. - A jaką mamy dzisiaj datę? – spytałem. Pamiętam, że zanim przeniosłem się w czasie, w moim świecie był 16 lipca 2012 roku. - Dzisiaj jest 24 marca 3067 roku, więc pozostały ci tylko 4 dni życia. Te słowa sprawiły, że zacząłem żałować, iż nie posłuchałem babci. Kosmici zabrali mnie do lochów swojego pałacu, gdzie strażnik zamknął mnie w największej celi. Nie minęła chwila, gdy ściana za moimi plecami rozpadła się wskutek jakiegoś wybuchu. Do środka wtargnęli ludzie, którzy najpierw obezwładnili strażników, a potem zabrali mnie do swojego statku kosmicznego. Wystartowaliśmy, a za nami w pościg ruszyli kosmici. Ich statki nie były tak szybkie, jak nasz, ale i tak otoczyli nas ze wszystkich stron. Gdy myślałem, że już nie uda nam się uciec, wszystkie pojazdy peplofonickie zaczęły uciekać. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Osobą, która tak ich wystraszyła, była moja babcia. Gdy wsiadła do naszej rakiety, przejęła dowodzenie. Wkrótce wylądowaliśmy na Merkurym. - Janku! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiliśmy – powiedziała babcia. – Na szczęście udało mi się zdobyć inny przedmiot, który przenosi właściciela w czasie. W czasoprzestrzeni Napoleon Bonaparte powiedział, że straciłeś przytomność i wleciałeś do komina o statusie największego niebezpieczeństwa. Mogłeś zginąć! Obiecaj, że już nigdy nie będziesz próbował przenosić się w czasie. Zanim wrócimy do domu, musimy naprawić klepsydrę, bo pelerynę i tak musiałam już oddać Bolesławowi Chrobremu. - Ale gdzie my teraz jesteśmy? – spytałem. To siedziba główna tajnego Stowarzyszenia Strażników Czasu – odpowiedział człowiek, który uratował mnie z lochów kosmitów. – Twoja babcia jest założycielką tej instytucji. Pomagamy ludziom takim jak ty, którzy niewłaściwie posługują się urządzeniami do przenoszenia się czasie. Bardzo zdziwiło mnie to, że na świecie jest więcej przedmiotów o właściwościach takich, jak stara klepsydra z komody mojej babci, ale jeszcze większe zdumienie wywołała u mnie wiadomość, że babcia jest superbohaterką. Gdy babcia naprawiła już magiczną klepsydrę, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do naszego świata. Babcia postanowiła, że najlepiej będzie zniszczyć klepsydrę, skoro była uszkodzona, a posługiwanie się nią było coraz bardziej niebezpieczne. To wydarzenie nauczyło mnie, żeby nie ruszać cudzych rzeczy, zwłaszcza jeśli są magiczne! Radosław Kuźma, kl. 1f STR. 10

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

TO W CZYM TKWI JEGO WARTOŚĆ”? W dzisiejszym świecie wielu ludzi pragnie być doskonałymi. Jednak doskonałymi na zewnątrz. Pędzimy w poszukiwaniu szczęścia, upatrując go w modnych ubraniach, kosmetykach, operacjach plastycznych czy zabiegach kosmetycznych. Pragniemy ulepszać siebie na zewnątrz. Czy to jednak coś pomoże? Czy dzięki temu naprawimy siebie? Wartość człowieka tkwi przecież w jego sercu, w duszy, w zachowaniu, w uczuciach, emocjach. Dlatego uważam, że nie szata zdobi człowieka, a jego wartość tkwi w sercu. Po pierwsze, ludzie piękni i eleganccy na zewnątrz nie zawsze są piękni wewnętrznie. Tu za przykład posłuży mi Ebenezer Scrooge, bohater „Opowieści Opowieści wigilijnej” Karola Dickensa. Scrooge jest bardzo majętnym człowiekiem, który może pozwolić sobie na drogie i eleganckie surduty, a także na codzienne wizyty u fryzjera w celu precyzyjnego podcinania włosów. Na zewnątrz stateczny, dystyngowanyy starszy elegant, zaś z drugiej strony zimny i nieczuły na cudze cierpienia czy zły los sknera. Dla ludzi podobnych do niego wartością nadrzędną są pieniądze i zewnętrzna doskonałość, a przecież największymi wartościami człowieka są: otwarci rcie się na bliźniego, empatia, życzliwość i umiejętność niesienia bezinteresownej pomocy drugiej osobie. Z drugiej strony, wydaje mi się, że człowiek mniej urodziwy potrafi więcej dawać innym, niż ten piękny i na zewnątrz idealny. Myślę, że tacy ludzie nie skupiają się na swoim wyglądzie i dlatego posiadają większą wrażliwość na otaczające zło, nie ograniczają się egoistycznie do siebie samych,, lecz przejmują się losem innych. Dowodem mojego przekonania jest bohater książki „Dzwonnik z Notre Dame”. Dam Walczył, by udowodnić, że w życiu yciu nie liczy się uroda, ale szczere i przyjacielskie serce. Po wtóre ludzie o pięknym sercu są bardziej wartościowi niż ci w pięknych ubraniach. Przykładem jest Matka Teresa z Kalkuty. Kobieta, która nie skupiała się na pięknie zewnętrznym, lecz pielęgnowała nowała piękno w sobie. Potrafiła cieszyć się z dawania i pomagania chorym i potrzebującym. Skromne, proste ubranie skrywało kobietę, dla której kluczową wartością było miłosierne i miłościwe serce. Jej postawa jest niezwykle wartościowa, choć wydawałoby się dzisiaj, że ż wręcz idealistyczna. Podsumowując, myślę, że ludzie niepotrzebnie gonią za zewnętrznością i upiększaniem iększaniem siebie, bo o tym, tym jaki jest człowiek, decyduje wewnętrzna uroda charakteru. Często pozory mylą. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. ocz Uroda przemija, zaś miłość, dobro i przyjaźń to uczucia wieczne. Bóg obdarzył człowieka tymi uczuciami i w nich tkwi największa wartość człowieka. Natalia Kulbacka, Kulbacka 3e TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

TROCHĘ SŁOŃCA Nie obiecam ,że zawsze będzie ma dłoń, A gdy poprosisz znów usłyszysz mój głos, Gdzieś blisko Ciebie. Na końcu świata czy pięć metrów stąd Wszędzie mogę znaleźć swój kąt Byle blisko Ciebie. Przez jedno oko widzę trochę słońca dla Ciebie, Jak śle promienie swego szczęścia na Ciebie I odsłoń twarz , i otwórz oczy Zobaczysz blask nawet i w nocy. Nie uratuje całego świata wiem, Lecz cały świat może zmienić mnie, gdy Jestem blisko Ciebie. Daj chociaż uśmiech ,na tyle ile cie stać I zacznij dawać zamiast tylko brać. Spójrz na siebie! Przez jedno oko widzę trochę słońca dla Ciebie, Jak śle promienie swego szczęścia na Ciebie I odsłoń twarz , i otwórz oczy Zobaczysz blask nawet i w nocy. To nie wystarczy ,że dwa umysły razem śpią I budzą rankiem, gdy księżyc zgasi wzrok. To nie wystarczy; spacery długie w blasku gwiazd, Trzymanie dłoni , głęboko w oczy prosto patrz.

Anna Karczmarczyk, 3e

TO NIE WYSTARCZY Wyciągam dłoń nie chwytasz jej, Nie wiesz co oznacza każdy mój gest. Kobieto obudź się! Czy naprawdę myślisz ,że On przestanie być jak cień…? Z twoich dłoni wyczytuje bardzo długi dobry szyfr. Plątanina zdań, aż sam w sobie gubisz się . Kruchy deszcz spada na me usta, Kiedy prosisz bym przestała kochać . Wyciągam dłoń nie chwytasz jej. Nie wiesz co oznacza każdy mój gest Kobieto obudź się! Czy naprawdę myślisz ,że On przestanie być jak cień…?

Anna Karczmarczyk, 3e STR. 3


OPOWIADANIE REALISTYCZNE

OPOWIADANIE i RECENZJA

____________________________________________________________________________________

DWA SŁOWA

PIERWSZY DZIEŃ „Mam na imię Małgorzata, mam 16 lat i właśnie zdałam do pierwszej klasy liceum” – oj tak… Chciałabym się już tak przedstawiać. Niestety, prawda wygląda trochę inaczej, ponieważ w rzeczywistości mam 13 lat, znajomi wołają na mnie Gośka i jestem świeżo upieczoną uczennicą jednego z naszych miejskich gimnazjów. Nigdy nie sądziłam, że gimnazjum zacznie się dla mnie tak okropnie. Cała moja paczka z podstawówki rozpadła się, przyjaciele poszli do dalszej (podobno lepszej) szkoły. Oczywiście – znając mego pecha – trafiłam do szkoły rejonowej. W „tej najlepszej” nie chcieli mnie przyjąć, a było to dosyć dziwne, gdyż byłam dobrą uczennicą, ze średnią prawie 5,0. Twierdzili, że byłam za mało aktywna, wcale nie udzielałam się społecznie, itd. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Jednak głównym powodem było to, że nie biorę udziału w konkursach i nie chodzę na żadne zajęcia dodatkowe. Matko! Czy nikt nie może zrozumieć, iż mnie nie interesuje piłka nożna, siatkówka, szachy, czytanie czy malowanie? Że wolę grać na kompie i rozmawiać z ludźmi na Facebooku? Najwyraźniej nie. Mimo straszliwych, sierpniowych rozterek 1 września byłam pełna chwilowego entuzjazmu, co zostało zapisane jako ewidentna zasługa mamy. Poprzedniego dnia zabrała mnie na WIELKIE zakupy do Centrum. Czerwone Conversy, fioletowe jeansy i szara narzutka od razu poprawiły mi humor. Czułam, że już pierwszego dnia w gimnazjum będę pewna siebie, zadowolona i przede wszystkim znajdę przyjaciół. Mój plan zdecydowanie nie wypalił przez pewną grupkę trzecioklasistów. Po szyderczych okrzykach „kici, kici!”, rzucanych w moim kierunku, znów poczułam się małą, samotną, zagubioną w nowym świecie Gosią. Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego, nauczyciele zaczęli porządkować swoje klasy. Po minucie siedziałam już w sali numer 24 i spokojnie czekałam w ławce w kącie klasy na moją nową wychowawczynię. Do sali zaczęli się „wsypywać” uczniowie. Ukradkiem poczęłam rozglądać się po sali. Moja klasa wyglądała normalnie. Kilka „strojniś” w spódniczkach mini, kilka osób wyglądających trochę „zbyt mądrze”, kilka osób neutralnych, chłopcy nawet ładni… Już zaczęłam się cieszyć, fajna klasa. Jednak po chwili ze smutkiem spostrzegłam, że wszystkie dziewczyny już z kimś siedzą, wszędzie widać dawno ustalone pary, pewnie przyjaciółki jeszcze z podstawówki. Po jakimś czasie do klasy weszła młodo wyglądająca nauczycielka w towarzystwie dyrektora. Przedstawiła się nam (imienia i nazwiska nie dosłyszałam) i sprawdziła listę obecności. Powiedziała jeszcze kilka niby ważnych rzeczy i puściła nas wolno. Po wyjściu z klasy wszyscy zaczęli się zapoznawać, wymieniać telefonami i gadać o swoim hobby. Dowiedziałam się, że chuda Zuzka chodzi na karate, a wysoka na dwa metry Ilona szkicuje i maluje. Długowłosa Renata wie wszystko o roślinach, a piegowata Aśka gra na gitarze. Arek i Krzysiek grają w nożną. Wszyscy zaczęli się już umawiać. Aśka zaproponowała Renacie kilka lekcji gry na gitarze, a Zuzka umówiła się na zrobienie gazetki szkolnej z Iloną. Tylko ja nie miałam co zrobić, co o sobie powiedzieć… Znów poczułam się samotna, bez przyjaciół. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że powinnam się czymś zająć, że surfowanie w sieci, Skype, GG czy łażenie po galerii nie nadaje się na zajęcie na dłuższy czas, tym sposobem nic nie osiągnę i nie znajdę nowych znajomych. Zaczęłam szukać hobby. Jednak po krótkim czasie okazało się, iż nie jest to takie proste, jak się wydawało. Sportów z piłką nie lubiłam (szybko się męczyłam), za książkami nie przepadałam (spokojnie wystarczały mi filmy), na rozwijanie się plastyczne nie miałam ochoty (nie lubiłam się brudzić). Na szczęście los się do mnie uśmiechnął. Odkryłam zajęcie, pozwalające mi zapomnieć o szkolnych sprawdzianach, o braku najlepszej przyjaciółki i wszystkich możliwych kłopotach. Pewnego dnia, gdy rodzice skończyli oglądać wiadomości, zaczęłam przełączać kanały w poszukiwaniach jakiegokolwiek ciekawego programu. Nagle mój wzrok zatrzymał się na kanale czwartym. Był właśnie emitowany program „W siodle” dla młodych jeźdźców i wszystkich fanów koni. Po kilku minutach tak mnie wciągnęło, że nie mogłam oderwać wzroku od telewizora. Myślę: to jest to! Gdy byłam mała, marzyłam o jeździe konnej i o własnym koniu. Niestety, mieszkałam wtedy w Warszawie, a w cennikach stadnin warszawskich widniały kolosalne ceny. Wiadomo – stolica! Wszystko pięć razy droższe niż w miejscowości, w której mieszkam dzisiaj. Po wyprowadzce z Warszawy całkowicie zapomniałam o koniach, ale czemu by nie spróbować jeździć teraz? Wieczorem rozmawiałam z mamą i z tatą o moim pomyśle. Tata od razu się zgodził, natomiast mama miała wątpliwości. Pytała, czy to na pewno bezpieczne, czy nie spadnę i czy nic mi się nie stanie. Gdy po kilkunastu minutach przedstawiłam zadowalające ją argumenty – ustąpiła. Zostałam umówiona na następny dzień, na godzinę 17:00 do Klubu Jeździeckiego „Podkowa”. Pierwsza lekcja bardzo mi się podobała. Po kilku kolejnych umiałam już sama oporządzać konia przed i po jeździe, zatrzymywać konia i sprawiać, żeby ruszał. Zaczęłam już kłusować. Nawet po pierwszym upadku z końskiego grzbietu nie zraziłam się, uparcie uczyłam się dalej (mimo pretensji mojego bolącego kręgosłupa). Wreszcie odnalazłam swoją pasję i pokochałam konie. Mama była z tego szczególnie zadowolona – wcześniej nie przejawiałam zbyt wielkiej miłości do zwierząt, a o moją suczkę Łatkę (którą nagle szczerze pokochałam) kiedyś nie dbałam wcale. Zyskałam wielu znajomych w klasie. Dziewczyny wypytywały mnie o jazdę, jak to jest, czy to trudne… Zaprzyjaźniłam się z Olką, która, tak jak ja teraz, kocha zwierzęta. Okazało się, że hobby, największa pasja, to naprawdę wspaniała rzecz, dzięki której można nawet znaleźć przyjaciół. Agnieszka Brzozowska, kl. 1e STR. 2

____________________________________________________________________________________

TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

„Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie.” (Phil Phil Bosmans) Bosmans Dawno, dawno temu, za górami, za lasami… Nie. Tak nie zaczyna się moja historia. Bo to nie bajka. Przynajmniej od pewnego momentu, moje życie nie było już bajką… Siedem lat temu urodziła się moja ja siostra Antosia. Kilka tygodni po tym wydarzeniu, nasz tata nas zostawił. Znienawidziłam go. Wtedy zaczęło się moje piekło. Matka popadła w alkoholizm. Często w nocy znikała, a wracała dopiero następnego dnia. Oczywiście pijana. Niestety w gimnazjum nie szło mi już tak dobrze jak w szkole podstawowej. Zresztą, nie ma się, czemu dziwić. Kiedy miałam się uczyć? W przerwie między zabawianiem Antosi a sprzątaniem w domu? Jednak mama nie widziała w tym żadnej swojej winy. Potrafiła tylko czepiać się mnie za olewanie lewanie szkoły. Z tego względu ukrywałam większość złych ocen. Ale najgorzej było po zebraniach. Oczywiście moja matka regularnie chodziła na wszystkie i zgrywała najlepszą mamuśkę na świecie. Wszyscy wokół mieli myśleć, że radzimy sobie doskonale bez pomocy cy ojca. A gdy już dowiadywała się o moich jedynkach, które wcale a wcale nie pasowały do idealnego obrazu naszej familii, biłaa mnie. Czymkolwiek, co jej akurat wpadło w ręce. Wtedy zaczęłam ją nienawidzić. Mijały miesiące, a w naszym domu sytuacja się nie zmieniała. Antosi i mnie pozostało tylko obserwować naszych nowych „tatusiów”, przewijających się przez mieszkanie. Moja siostra podrosła w mgnieniu oka. Po pewnym czasie zorientowałam się, że ona również jest krzywdzona, bita i poniżana. A miała dopiero cztery latka! Kilka razy zastanawiałam się, dlaczego po prostu nie ucieknę. Nawet już raz się spakowałam. Naszykowałam swój stary, postrzępiony plecak, w którym schowałam najpotrzebniejsze rzeczy, i kiedy nastała noc, wymknęłam się do korytarza. Musiałam Mu być bardzo ostrożna, żeby nikogo nie obudzić, w końcu mieszkaliśmy w małym mieszkaniu. Byłam o krok od drzwi kierujących na klatkę schodową, a przede mną pojawiła się ona. Mała Antosia. Przestraszyłam się jak diabli. Już miałam zamiar coś powiedzieć, powiedzieć kiedy moja siostra zaczęła do mnie szeptać. - Martynko, nie zostawiaj mnie tutaj. Kocham cię. Poczułam, jak łza spływa mi po policzku. Zupełnie nieświadomie zrzuciłam plecak z ramienia i upadłam na podłogę. Przytuliłam do siebie Antosię, a kiedy wreszcie zasnęła, zaniosłam ją do łóżeczka. Tamtej nocy już wiedziałam, że jeśli uciekać, to tylko z moją małą. Miesiąc później uciekłam z domu. Tym razem z Antosią. Miałam zaledwie siedemnaście lat, nie wiedziałam, co mam z nami zrobić. Zdecydowałam się pójść do Domu Samotnej Matki. Tam obie poznałyśmy, co oznacza pomoc i serdeczność. Przez następne dwa lata starałam się o wyłączne prawo do opieki nad siostrą. Nie miałam jednak ukończonych osiemnastu lat, dlatego przez rok moja siostrzyczka musiała mieszkać z rodziną rod zastępczą. Mała wykazała się ogromną cierpliwością i odwagą. Często ją odwiedzałam, a ona za każdym razem mówiła mi, jak bardzo mnie kocha. Wytrwale na mnie czekała i nigdy o mnie nie zapomniała. Od roku mieszkamy razem. Czasami bywa ciężko, ale radzimy radz sobie same. Teraz już wiem, że jeślibym ją zostawiła samą w tamtym patologicznym domu, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. A w tej sytuacji z radością patrzę w naszą wspólną przyszłość. To niesamowite, jak bardzo dwa proste słowa mogą zmienić bieg naszego nasz życia. Angelika Przyborowska, kl. 3f

POSTĘP CZY TRADYCJA, CZYLI O „SAMOTNOŚCI BOGÓW” Niedawno w moje ręce trafiła niezwykła książka zatytułowana ,,Samotność bogów“. bogów Jej autorką jest Dorota Terakowska – poważana powieściopisarka. Dzieło wydało krakowskiee Wydawnictwo Literackie. Uważam, że książka ta jest odpowiednia nie tylko dla młodzieży, ale również dla dorosłych czytelników. ,,Samotność bogów“ – tytuł mówi wiele. Prawdziwe przesłanie książki porusza jednak temat, który roztrząsamy częściej niż upadki upadk bóstw. Przedstawia podświadomą walkę pomiędzy dobrem a złem, życiem a śmiercią, między ciągłym pospiesznym podążaniem w przyszłość przys a miłością do przyzwyczajeń i tradycji. Dorota Terakowska zawarła w swojej powieści również wątek miłosny. Wplotła w życie Jona – głównego bohatera – problemy, z którymi każdy człowiek boryka się w codziennym, zwykłym świecie. Myślę, że pisarka bardzo emocjonalnie podeszła do tworzenia tej książki. Prawdopodobnie swoimi problemami podzieliła się z Jonem, przelewając je na papier. pa Bardzo ważnym elementem poruszonym w książce ,,Samotność bogów“ bogów jest też zawrotnie szybko rozwijająca się cywilizacja. Jej następstwa mocno dają się we znaki bohaterom. Nacisk naa szybki rozwój kładzie tu t przede wszystkim młody kapłan – Ezra, który bezwzględnie eliminuje pozostałości po dawnym życiu, starych tradycjach. Kolejnym wątkiem, który bardzo mi się spodobał, są podróże Jona do różnych czasów i rzeczywistości. Łączy się to t z wpleceniem w fantastyczną powieść wątków historycznych. Czy zdołacie je odnaleźć? - sprawdźcie sami. Książka Doroty Terakowskiej jest bardzo ciekawa. Lekka, a zarazem wyjątkowo poważna. Wszystkie fakty, opisy, wydarzenia są przedstawione w interesujący sposób, ób, co zachęca do dalszego zagłębiania się w lekturę. Powieść nakłania czytelników do refleksji na temat cywilizacji, wiary, wierzeń religijnych, ale także na temat nas samych, naszego nasz stosunku do otoczenia. Bardzo spodobała mi się ta książka. Zmieniając moje podejście jście do świata, była też świetną rozrywką. Przyjemnie czyta się o poruszających przygodach Jona w Drodze (co to znaczy? - dowiedzcie się sami). Myślę, że ponownie przeczytam to lub inne dzieło Doroty Terakowskiej. Na pewno ,,Samotność bogów" jest książką odpowiednią dla osób wrażliwych oraz lubiących ciekawe powieści fantastyczne. Natalia Wysocka, kl. 1g TD 7 (90) 2013 (wydanie specjalne)

STR. 11


WYWIAD Z BOHATEREM LITERACKIM ________________________________________________________________________________

ŚWIAT OCZAMI RYCERZA Zbyszko z Bogdańca – waleczny rycerz, a zarazem wrażliwy młodzieniec. Przeżył mnóstwo przygód, z niejednej ledwo uszedł z życiem. Uczestniczył w największej bitwie średniowiecza –bitwie pod Grunwaldem. O tajemnicach i sekretach prywatnego życia ze Zbyszkiem z Bogdańca rozmawia Krystian Oładak z kl. 3b. Krystian (K): Przyznam, że rozpiera mnie wielka ciekawość, a serce bije mi mocniej w związku z tym, że zgodziłeś się przyjąć moje zaproszenie na rozmowę. Pogawędka z bohaterem powieści Henryka Sienkiewicza to dla mnie nie lada gratka. Czy ty, Zbyszku, zdajesz sobie sprawę, że twoje życie wzbudza u czytelników respekt? Zbyszko z Bogdańca (Z): Dzisiaj wszystko wygląda trochę inaczej, ale za moich dziejów to, com zdziałał, nie było przecie niczym dziwnym. Każdy rycerz zawżdy zobowiązan jest dbać o ojczyznę i bronić słabszych albowiem rycerzem jest się po to, by działać. (K): Zauważyłem, że na początku twojej kariery rycerskiej kierowałeś się emocjami i uczuciami. W którym momencie nabrałeś rozsądku? (Z): Zaiste źlem zrobił, atakując Krzyżaka, który był posłem. Potem musiałem ponieść należne konsekwencje. Ledwiem uniknął śmierci, a to wszystko dzięki mej Danusi. Po tym zdarzeniu nabrałem baczenia. To jest dla mnie nauka do końca żywota. (K): Danusię – swą damę serca - poznałeś w karczmie Pod Lutym Turem w Tyńcu. Kiedy poczułeś, że to miłość twojego życia?

miesięcznik wydawany przy Gimnazjum Miejskim nr 2 w Mińsku Mazowieckim od 2004r. nr 7 (90) – luty 2013 (NUMER SPECJALNY „MODA NA POLSKI”) POLSKI”

Szanowni Czytelnicy! Po raz trzeci oddajemy do rąk specjalny numer gazetki szkolnej, w którym z ogromną przyjemnością zamieszczamy teksty napisane przez uczniów naszej szkoły. Kolejny raz okazuje się, że gimnazjaliści potrafią pisać pięknie, ięknie, mądrze, oryginalnie, z pasją! Święto Języka Polskiego „Moda na polski” w tym roku ma szerszy zasięg, stało się świętem mińskim, ponieważ biorą w nim udział uczniowie z gimnazjów z Mińska Mazowieckiego, a w związku z tym i czytelników jest coraz więcej. Wszystkim, którzy wezmą do ręki nasz szkolny miesięcznik, życzymy przyjemnej lektury! Redakcja „Twojego Dziecka”

(Z): Danusia, och moja Danusia! Na początku była dla mnie jeno miła dla oka, a głos jej napełniał mnie radosnym drżeniem. Uczucie to powoli dojrzewało w nas. Dzięki niej uniknąłem śmierci, jednak dopiero, gdy ją porwali Krzyżacy, pojąłem, że ją miłuję nad życie. (K): Jej śmierć na pewno wzbudziła w tobie złość? (Z): A jakże by inaczej. Zaprzysiągłem zemstę. Krew wzbierała i buzowała we mnie. Zaiste serce moje przepełniło się żalem. Myślałem, że pęknie ze smutku. Jednak Bóg i czas uleczyli me rany. (K): Walczyłeś w bitwie pod Grunwaldem. Jak wspominasz to wydarzenie? (Z): To jeno straszne przeżycie. Tumany kurzu, krzyki, jęki, krew. To jedno wielkie i kurzawe starcie. Ale cieszym się do dzisiaj, bo za ojczyznę my walczyli. (K): Pamięć dawnych czasów odcisnęła piętno na twoim życiu, jednak znalazłeś w końcu szczęście u boku Jagienki. (Z): Jagienka zawsze była mi bliska jakoby siostra. Po śmierci Danusi stała się dla mnie wsparciem. Zrozumiałem, że mnie miłuje. Ja też oddałem jej swoje rycerskie serce. (K): A jakie życie wiedziesz teraz? Jesteś rycerzem na emeryturze? (Z): Znalazłem uradowanie w codziennym życiu z rodziną i Bogiem. Oni dają mi spokój

i oparcie. Porzuciłem wojny, ale rycerską służbę wobec słabszych dalej wypełniam. Nie zabijam wrogów ojczyzny, ale wciąż o nią dbam. W tym wszystkim zaiste odnajduję – rycerskie motto: Bóg, Honor, Ojczyzna. Synów swych chowam na rycerzy, jak przystało. (K): Wywiad z tobą to dla mnie wyjątkowe doświadczenie. Dziękuję za rozmowę. Autorzy tekstów zamieszczonych w numerze specjalnym „Twojego dziecka”: Barbara Gruba (3f), Angelika Przyborowska (3f), Paulina Gągol (3f), Natalia Kulbacka (3e), Anna Karczmarczyk (3e), Krystian Ołdak (3b), Izabela Pustoła (3k), Martyna Lenarczyk (2f), Piotr Witkowski (2f), Dawid Frączkowski (2b), Agnieszka Brzozowska (1e), Kinga Wojciechowska (1f), Radosław Kuźma (1f) , Marta Jabłońska (1g), Natalia Wysocka (1g). pod opieką polonistów z Gimnazjum Miejskiego nr 2 im. Jana Pawła II w Mińsku Mazowieckim. www.minskgimnr2.neostrada.pl

POLONISTYCZNE PLAKATY UBIEGŁOROCZNYCH SZKOLNYCH FINALISTÓW!

mnp2013