Niezależny Miesięcznik Studentów
Numer 173 Kwiecień 2018 ISSN 1505-1714
www.magiel.waw.pl
s.11 / temat numeru
Artykuł o minimalizmie mniej znaczy więcej
Created in 1968, Unibail-Rodamco SE is Europe’s n°1 listed commercial property company, with a presence in 11 EU countries and a portfolio of assets valued at €43.1 billion as of December 31, 2017. As an integrated operator, investor and developer, the Group aims to cover the whole of the real estate value creation chain. With the support of its 2011 professionals, Unibail-Rodamco applies those skills to highly specialised market segments such as large shopping centres of major European cities and large offices and convention & exhibition centres in the Paris region.
Permanent contract
1 year of on-the-job training, 3 assignments of 4 months, 3 entities in different countries Austria, Czech Republic, France, Germany, Netherlands, Poland, Spain, Sweden What makes the programme unique? • You have a unique entry point and 3 assignments in core business functions throughout the year, namely Investment, Development, Asset Management, Leasing, Marketing or Shopping Center Management • You have a real project to work on from Day 1 and are challenged in the same way as the colleague sitting next to you • You regularly meet, debate with and present your ideas to the top executives and the Board of Directors • You enjoy the numerous learning opportunities at our internal Academy, participate at a dedicated EGP Seminar and regularly hone your skills • You work with highly committed people who are driven by excellence • You have a mentor who guides you through your assignments and professional development Are you the one we are looking for? If you have: • Master degree from a top-ranked business school or programme • Advanced analytical thinking, communication and leadership skills • Strong entrepreneurial personality, a curious nature and are keen to bring in your own ideas • First experience in working or studying abroad and you are striving for an international career • Fluent command of business-level English and at least one of the Group’s languages (Czech, Polish, German, French, Spanish, Dutch, Swedish)
Then send your CV and Cover Letter via email: katarzyna.majewska@unibail-rodamco.com. The application tool is open year-long! We nevertheless have the selection round only in spring. Not miss the one of 2018, apply until April 15th 2018.
Have questions or want to learn more?
Explore our website www.unibail-rodamco.com, write to katarzyna.majewska@unibail-rodamco.com, or simply give us a call at +48 664 060 143.
spis treści / pudełka, jak ja ich nienawidzę
30
19
45
50
W poszukiwaniu tożsamości
Abecadło z pieca spadło
Kraina skuterów
Socrealizm wiecznie żywy
a Uczelnia
d Muzyka
g Sztuka
j Warszawa
06 08 10
24 25
Z a p o m n i a n a m n i ejs z o ś ć O Państwie Środka w sercu Warszawy Garść ciekawostek
26 28 29 30
A rtykuł o minimalizmie
b Patronaty 14
K a l e n d a r z w yd a r z e ń
16 18 19 20
N o w y, w s p a n i a ls z y ś w i a t D a n e p o d s p e c ja l n y m n a d z o r e m W poszukiwaniu tożsamości Polska się spieszy, ale powoli
31 32
Prezes Zarządu:
Patrycja Świętonowska pswietonowska@wp.pl Adres Redakcji i Wydawcy:
al. Niepodległości 162, pok.64 02-554 Warszawa magiel.redakcja@gmail.com
Mariana Schmidta ekwiwalent życia i twórczości
i Felieton 55
34 35 36
56
Michał Grabowski / P a we ł R u t k o w s k i
t 3po3 57
Marta Kasprzyk, Mateusz Skóra Redaktor Prowadzący: Marcin Czarnecki Patronaty: Sara Filipek Uczelnia: Michał Orlicki Polityka i Gospodarka: Mateusz Skóra Człowiek z pasją: Paweł Drubkowski Felieton: Marcin Czarnecki Film: Piotr Bartman Muzyka: Alex Makowski Teatr: Edyta Zielińska Książka: Marta Dziedzicka Sztuka: Marta Nowakowicz Warszawa: Patrycja Świętonowska Sport: Adam Hugues 3po3: Marcin Kruk Kto jest Kim: Anna Mączyńska Technologie: Dominika Hamulczuk Czarno na Białym: Małgorzata Grochowska W Subiektywie: Aleksandra Czerwonka Do Góry Nogami: Redaktor Nieodpowiedzialny Korekta: Joanna Stocka Dział foto: Martyna Krężel
58
Dyrektor artystyczna: Ewa Enfer
Wiceprezes Zarządu: Ewa Skierczyńska Skarbnik Zarządu: Julia Dmowska Dział IT: Marek Wrzos
Dział PR: Lidia Żurańska
Współpraca:
Jan Adamski, Natalia Andrejuk,
Paulina Bala, Anna Basta, Aleksandra Żurek, Natalia Bartman, Piotr Bartman, Anna Basta, Magdalena Bednarska, Paulina Błaziak, Katarzyna Branowska, Paweł Bryk, Maciej Buńkowski, Kamil Ciesielski, Justyna Ciszek, Marcin Czajkowski, Karol Czarnecki, Justyna Czupryniak, Anna Drożyńska, Antonina Dybała, Joanna Dyrwal, Kamil Dzięgielewski, Ada Eichert, Mateusz Fiedosiuk, Maciej Fornalski, Katarzyna Gałązkiewicz, Aleksandra Gładka, Jakub Gołdas, Cezary Gołębski, Michał Goszczyński, Hanna Górczyńska, Norbert Gregorczyk, Michał Hajdan,
Julia
Hava,
S u p e r m o c e k a d r y a k a d e m i c k i ej
v Do góry nogami
Zdarzył o się w kinie. Rozdział III Oscary: na Zachodzie bez zmian Recenzje
Aleksandra Czerwonka
Dialogowanie
3 Kto jest kim
Kraina skuterów
S a m o t n o ś ć w ę d r o wc a Co czytać?
Zastępcy Redaktor Naczelnej:
Wydawca:
52
Zielone złoto Pe łne zanurzenie Recenzje
p Czarno na białym 45
Socrealizm wiecznie żywy
i Człowiek z pasją
e Film
Redaktor Naczelna:
Stowarzyszenie Akademickie Magpress
41 42 44
Scena za ekranem I n i c ja c ja w B r e s l a u P o s t- b i o g r a f i a W i e r y G r a n A becadł o z pieca spadł o
f Książka
c Polityka i Gospodarka
50
R e l ig i jn e n a t c h n i e n i e
k Technologie
h Teatr
8 Temat Numeru 11
38
Recenzje Polityka muzyki tanecznej
Julia
Horwatt-Bożyczko,
Zuzanna Jacewicz, Aleksandra Jakubowicz, Joanna Kaniewska, Oliwia Kapturkiewicz, Olga Kasprzyk, Piotr Kawecki, Maciej Kierkla, Maciej Kieruzal, Kamil Klimaszewski, Aleksandra Kołodziejczak, Weronika Kościelewska, Magdalena Kosewska,
Do góry nogami
Katarzyna Kowalewska, Karolina Kręcioch, Angelika
Dominika Wójcik, Jędrek Wołochowski, Piotr
Kubicka, Paweł Kucharski, Dominka Kulesza, Michał
Woźniakowski, Wiktoria Wysocka, Roman Ziruk
Kurowski,
Aleksander
Kwiatkowski,
Maurycy
Landowski, Zuzanna Laskowska, Justyna Leń,
Redakcja
Natalia Lewandowska, Anna Lewicka, Jagoda
przeredagowania i skracania niezamówionych
Libionka, Filip Lubiński, Aleksander Łukaszewicz,
tekstów.
Aleksandra Łukaszewicz, Monika Łyko, Anna
zostać opublikowany na łamach NMS MAGIEL.
Mączyńska, Karolina Mazurek, Joanna Mitka,
Redakcja
Aleksandra Morańda, Aga Moszczyńska, Zuzanna
za
Muszyńska, Tomek Najdyhor, Magda Niedźwiedzka,
i artykułów sponsorowanych.
zastrzega Tekst nie treści
sobie
niezamówiony ponosi
prawo
do
może
nie
odpowiedzialności
zamieszczonych
reklam
Magda Nowaczyk, Zuza Nyc, Zofia Olsztyńska, Michał Orlicki, Ernestyna Pachała, Dominika Pajka, Jarosław Paszek, Hubert Pauliński, Małgorzata Pawińska, Marta Pawłowska, Paweł Pinkosz, Jakub Pomykalski, Piotr Poteraj, Sabina Raczyńska, Michał Rajs, Anna Roczniak, Weronika Roszkowska, Agnieszka Salamon, Natalia Sawala, Anna Serwach,
A rtykuły, ogłoszenia i inne materiały do wydania kwietniowego prosimy przesyłać e-mailem lub dostarczyć do siedziby redakcji do 10 kwietnia. Druk pokrywają w całości sponsorzy i reklamodawcy.
Katarzyna Skokowska, Anna Ślęzak, Dominika Sojka, Mikołaj Stachera, Bartłomiej Stokłosa, Monika Szarek, Elwira Szczęsna, Marta Szerakowska, Piotr Szostakowski, Dominik Tracz, Krzysztof Wanecki, Artur Warzecha, Matylda Weiss, Michał Wieczorkowski, Karolina Wilamowska, Agnieszka Wojtukiewicz, Wiktoria Wójcik, Aleksander Wójcik,
Okładka: VIKI VU modelka: Julia Kutran podziękowania dla Studio Zajezdnia Makieta pisma: Maciej Simm, Olga Świątecka Współpraca: Maciej Szczygielski
kwiecień 2018
Słowo od naczelnej
/ wstępniak
Tydzień temu nie podejrzewałam, że ten wstępniak będzie tak aktualny
Kryzys felietonów A L E K S A N D R A C Z E RWO N K A R E DA K TO R N A C Z E L N A łote myśli przyczepione nad biurkiem, cała teczka notatek z wizyt u psychologa, codziennie nowe filmiki o zmianie swojego życia, tysiące przeczytanych felietonów – a ja wciąż taka sama. Mogę sobie wypisać na czole złotym markerem, że jestem asertywna, a i tak nie będę. Mogę spisać całe długie listy rzeczy, które powinnam zrobić, a i tak skupię się na czymś innym. Mogę sobie codziennie rano powtarzać, że martwy ratownik to żaden ratownik, a i tak skończę z gorączką, załamana, zarywając noc i próbując dostosować się do wymagań innych. Albo co gorsza – własnych. Radę na taki sposób myślenia daje Marta Nowakowicz w tekście To nie jest świat dla zwykłych ludzi (str. 37). Pisze o tym, że warto spojrzeć sobie prosto w oczy i powiedzieć sorry, nie jesteś wyjątkowy – a skoro nie jestem, nie powinienem oczekiwać od siebie wyjątkowych rzeczy. W Artykule o minimalizmie (str. 11) Weronika Kościelewska szuka w upraszczaniu filozofii, która pozwala na ograniczenia nie tylko przedmiotów, lecz także oczekiwań względem siebie i własnego ego. Natomiast postrzeganie świata z perspektywy konkretnego człowieka, a nie wielkich liczb, proponuje Marta Dziedzicka w felietonie Policzalni (str. 23).
Z
Może zamiast filozofowania i czytania kolejnych tekstów trzeba się rozejrzeć za czymś prostszym.
04-05
graf. Aleksandra Czerwonka
A P O SE SJ I CH O DZ I LIŚM Y N A P O PR AW KI
Gdybym przeczytała te wszystkie teksty i wzięła ich treść do siebie, może w końcu nie martwiłabym się tyle i nie spędzała czasu przeznaczonego na odpoczynek na wykonywanie pracy. Może przestałabym oczekiwać od siebie cudów, niekonstruktywną krytykę znosiła machnięciem ręki i nie walczyła z wiatrakami. Zamiast 10 tysięcy słów, na których przeczytanie mam godzinę, widziałabym autora, który wiele czasu i pasji poświęcił na ich spisanie. Ale chwila – przecież wszystkie przeczytałam i jak najbardziej wzięłam ich treść do siebie. Mimo to nic się nie zmieniło. Dlaczego felietony i złote myśli nie pomagają? Może zamiast filozofowania, czytania kolejnych tekstów i zastanawiania się, jakie mają przełożenie na życie, trzeba się rozejrzeć za czymś prostszym. Po prostu odpuść. Sobie i innym. Zrób to, co do ciebie należy na 100 proc., ale nie oczekuj, że inni dadzą z siebie 200. Nie traktuj siebie jako kogoś wyjątkowego i nie spodziewaj się cudów od innych. Pamiętaj też, że obowiązkiem każdego lekarza jest zadbanie przede wszystkim o własne zdrowie, a sami przemęczeni czy zniechęceni nic nie osiągniemy. Jeśli ktoś o tym zapomni - przypomnij mu. W końcu martwy ratownik to żaden ratownik. 0
aktualności /
Polecamy: 6 Uczelnia Zapomniana mniejszość Niepełnosprawni studenci
11 Temat numeru Artykuł o minimalizmie Mniej znaczy więcej
20 PIG Polska się spieszy, ale powoli Rynek samochodów elektrycznych
kwiecień 2018
/ studenci niepełnosprawni Księżyc może zaburzyć prawidłowy rozwój. Zwłaszcza, gdy Merkury jest w nowiu.
Zapomniana mniejszość Chociaż w ostatnich latach dużo mówi się o walce z dyskryminacją, najczęściej poruszana jest kwestia praw mniejszości narodowych, etnicznych czy seksualnych. Tymczasem również niepełnosprawni stanowią jedną z najbardziej dyskryminowanych grup społecznych. T E K S T:
M AR TA PAW ŁOW S K A
prawdzie władze poszczególnych ośrodków miejskich starają się eliminować tzw. bariery architektoniczne, jednak samo budowanie wind czy specjalnie dostosowanych miejsc parkingowych nie wystarczy. Jeszcze dwie dekady temu palącym problemem pozostawała stosunkowo niska aktywność zawodowa osób z niepełnosprawnościami. Dzięki ogólnopolskim i lokalnym programom aktywizacji w 2017 r. udało się podnieść jej współczynnik do rekordowego poziomu 29,9 proc. (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności). Takiego wyniku prawdopodobnie nie udałoby się osiągnąć, gdyby nie działania ośrodków akademickich, które sukcesywnie starają się coraz bardziej dostosowywać do potrzeb studentów z niepełnosprawnościami. Zdaniem dr Izabeli Książkiewicz, zajmującej się społeczno-ekonomicznymi problemami związanymi z niepełnosprawnością, wykształcenie ma ogromny wpływ na znalezienie pracy przez osoby z dysfunkcjami. Niestety w stosunku do całej populacji poziom wykształcenia osób niepełnosprawnych jest niższy, co skutkuje trudnościami w znalezieniu zatrudnienia. Edukacja jest furtką nie tylko do zdobycia zawodu, lecz także do osiągnięcia samodzielności i pełnego uczestnictwa w życiu społecznym.
W
Furtka do samodzielności Władze Uniwersytetu Warszawskiego do takiego wniosku doszły prawie dwie dekady temu i już w 2000 r. zaczęły wprowadzać zmiany mające na celu przystosowanie uczelni do potrzeb osób z problemami zdrowotnymi. W tym samym roku powołano do życia Biuro ds. Osób Niepełnosprawnych (BON), zajmujące się opracowywaniem i wdrażaniem racjonalnych form wsparcia dla studentów, którzy mają utrudniony dostęp do edukacji z powodu różnorodnych problemów zdrowotnych czy niepełnosprawności. Każdy przypadek, spośród około tysiąca zgłoszeń trafiających do BON-u, trzeba właściwie rozpatrywać indywidualnie, ponieważ stan zdrowia osób zarejestrowanych w Biurze (nawet posiadających ten sam rodzaj niepełnosprawności) może się od siebie różnić.
06-07
Pomocna dłoń Katalog usług oferowanych przez BON jest dosyć szeroki. Osoby o ograniczonej sprawności ruchowej mogą poprosić o wsparcie tzw. asystenta transportowego, który pomoże im w dotarciu na zajęcia. Choć wydaje się, że to dobre rozwiązanie, ideałem byłoby stworzenie studentom poruszającym się na wózkach możliwości takiego ułożenia planu zajęć, by nie musieli oni przemieszczać się między budynkami. Realizacja tego postulatu stwarza jednak poważne problemy, szczególnie na tak dużej uczelni jak Uniwersytet Warszawski. Gdyby bowiem osoby mające trudności z chodzeniem miały ograniczać się do przebywania w jednym budynku, nie mogłyby w pełni korzystać z oferty edukacyjnej placówki. Studenci poruszający się na wózkach musieliby na
Wszystkie kraje borykają się z bardzo podobnymi problemami, jednak w Polsce zaczęliśmy rozwiązywać je stosunkowo późno.
trzebuje jedynie odpowiednio dostosowanego sprzętu i materiałów dydaktycznych, by móc studiować samodzielnie. Notatniki brajlowskie, które można porównać do tabletów zawierających syntezator mowy, niezmiernie ułatwiają naukę osobom niewidzącym i niedowidzącym. Ich cena waha się jednak od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie wszyscy studenci mogą pozwolić sobie na taki wydatek. Na szczęście BON oferuje możliwość wypożyczenia takiego sprzętu, a także zajmuje się udostępnianiem programów udźwiękawiających instalowanych na zwykłe komputery oraz szkoleniami w zakresie ich obsługi. Sam nowoczesny sprzęt jednak nie wystarcza – aby osoby niewidzące i słabowidzące mogły w pełni korzystać z najnowszych zdobyczy technologii, powinny mieć zapewnione odpowiednie materiały. BON organizuje wprawdzie szkolenia dla pracowników dydaktycznych UW, na których mogą dowiedzieć się, w jaki sposób dostosowywać pomoce naukowe do potrzeb osób niebędących w stanie samodzielnie czytać, wciąż jednak nie wszystkie pozycje w BUW-ie są osiągalne dla niewidomych.
Wspólna sprawa przykład wybierać OGUN-y nie pod kątem swoich zainteresowań, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę miejsce, w którym odbywają się zajęcia. Takie rozwiązanie nie jest już dalekie od dyskryminacji, dlatego idea wprowadzenia asystenta transportowego wydaje się obecnie najlepszym pomysłem. Oprócz asystentów transportowych studenci mają możliwość zwrócenia się do asystentów notujących, którzy, jak zresztą sama nazwa wskazuje, zajmują się sporządzaniem notatek dla osób niesłyszących czy słabo słyszących. BON zatrudnia również tłumaczy języka migowego, którzy pośredniczą w kontaktach między studentem a prowadzącymi zajęcia, dzięki czemu niesłyszący bądź niedosłyszący mogą w pełni korzystać z oferty akademickiej. Nie w każdym przypadku stan zdrowia studenta jest jednak na tyle poważny, by nie mógł on sprawnie funkcjonować na uczelni bez pomocy drugiego człowieka. Wiele osób po-
Aby można było odtworzyć książkę za pomocą syntezatora mowy, jej tekst musi być dostępny w formie elektronicznej i nagrany na płycie CD. Dzięki temu osoba niewidoma czy niedowidząca może wysłuchać treści danej pozycji na komputerze swoim bądź bibliotecznym. O ile zazwyczaj nie ma większych trudności ze zdobyciem elektronicznych wersji najnowszych tytułów, o tyle często studenci niewidomi nie mogą korzystać z kilkudziesięcioletnich podręczników i opracowań, które nie zostały jeszcze zdigitalizowane. Problem ten da się rozwiązać tylko w jeden sposób – zasoby Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego muszą być sukcesywnie skanowane i poddawane odpowiedniej obróbce. Do wykonania tego zadania potrzebni są jednak chętni do pracy wolontariusze. Jedna wyspecjalizowana jednostka uniwersytetu nie rozwiąże wszystkich przeszkód stojących przed osobami niepełnosprawnymi. Wyrównywanie szans
studenci niepełnosprawni /
Zderzenie z rzeczywistością Chociaż wydaje się, że Uniwersytet Warszawski w ciągu ostatnich kilkunastu lat poczynił ogromne postępy w obszarze dostosowania infrastruktury i oferty edukacyjnej do potrzeb osób z dysfunkcjami, wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Dr Książkiewicz zauważa, że wprawdzie sytuacja na polskich uczelniach jest dużo lepsza niż chociażby w latach 90., wciąż pozostajemy daleko w tyle za ośrodkami akademickimi w Europie Zachodniej. Wszystkie kraje borykają się z bardzo podobnymi problemami, jednak w Polsce zaczęliśmy rozwiązywać je stosunkowo późno. Obecnie sytuacja zaczyna się powoli zmieniać, ale potrzeba czasu, aby wyrównać różnice, jakie występują między naszym krajem a np. Szwecją. Sami studenci UW wskazują co najmniej kilka obszarów, w których władze uczelni powinny przeprowadzić istotne zmiany. Mogłoby się wydawać, że dostosowanie toalet do potrzeb osób z niepełnosprawnościami to najprostszy sposób na podwyższenie komfortu funkcjonowania studentów z trudnościami w poruszaniu się. Niestety wciąż nie każda jednostka Uniwersytetu wyposażona jest w takie toalety – nie są one dostępne chociażby przy ul. Oboźnej 8 (Wydział Polonistyki).
Nie wszystkie budynki należące do UW są również wyposażone w pochylnie czy podnośniki umożliwiające wjazd osobom na wózkach, a w niektórych przypadkach rampy nie znajdują się przy głównym wejściu, lecz od strony podwórka. Z taką sytuacją mamy do czynienia m.in. na wydziale Filozofii i Socjologii. Wciąż istnieje więc pewna dyskryminacja osób niepełnosprawnych na UW.
Szczypta empatii Zmian wymaga nie tylko infrastruktura uczelni, lecz także podejście niektórych jego pracowników naukowych. Niewidoma od urodzenia Julka studiująca na jednym z większych wydziałów UW przyznaje, że choć zazwyczaj prowadzący zajęcia traktują ją z dużą dozą zrozumienia i życzliwości, zdarzyło jej się kilka nieprzyjemnych sytuacji. Na pierwszym roku zapisałam się na egzamin zerowy, który zwykle u tego konkretnego egzaminatora przeprowadzany jest w formie pisemnej. Wszyscy zdający otrzymali kartki z pytaniami, tylko ja zostałam przepytana ustnie – opowiada Julka. Nie ukrywam, że wolałabym napisać tamten egzamin, bo w stresujących sytuacjach zdarza mi się mieć problemy z płynnym wypowiadaniem się. Czuję, że potraktowano mnie w sposób niesprawiedliwy. Wolałabym, żeby prowadzący przekazał mi pytania na pendrivie i pozwolił mi napisać egzamin na komputerze. Przygotowanie polecenia w formie elektronicznej, dostosowanej do syntezatora mowy, nie zabiera dużo czasu, a mi bardzo ułatwiłoby życie.
W dobrą stronę Jednocześnie Julka zaznacza, że tego rodzaju sytuacje należą do niechlubnych wyjątków. Marta, studentka biologii, która kilka lat temu przeszła przeszczep szpiku, podkreśla, że zawsze spotykała się ze strony profesorów z dużą ilością empatii i zrozumienia. Jeśli wypadała mi jakaś wizyta u lekarza, prowadzący zawsze pozwalali mi odrabiać zajęcia w innej grupie, jeszcze nigdy nie usłyszałam odmowy dotyczącej przyjścia na ćwiczenia w innym terminie. Zdaniem Marty od strony administracyjnej pomoc osobom z problemami zdrowotnymi jest na Uniwersytecie zorganizowana dobrze. Wszystkie formalności załatwiłam jednego dnia, panie z Biura były dla mnie bardzo miłe, przedstawiły dużo różnych form pomocy dostępnych ze strony Uniwersytetu. Myślę, że studenci z innymi problemami zdrowotnymi również mogą otrzymać od uczelni znaczącą pomoc – na moim wydziale na pierwszym roku jedna osoba z niepełnosprawnością nie mogła chodzić na wykłady, więc wolontariusz nagrywał je dla niej dyktafonem. Na przestrzeni lat zmieniły się nie tylko możliwości techniczne, lecz także infrastruktura. Ta najważniejsza zmiana dotyczy jednak świadomości członków społeczności akademickiej. W porównaniu z poprzednimi dekadami obecna sytuacja osób z niepełnosprawnościami studiujących na Uniwersytecie Warszawskim przedstawia się więc dobrze. Władze uczelni nie powinny jednak spoczywać na laurach, gdyż wciąż nie brakuje problemów, które wymagają rozwiązania. 0
fot. flickr.com
między studentami powinno być sprawą istotną dla całej społeczności akademickiej, dlatego też tak ważna jest działalność wolontariuszy w procesie przystosowywania Uniwersytetu do potrzeb osób z problemami zdrowotnymi.
kwiecień 2018
/ język chiński
O Państwie Środka w sercu Warszawy Chiny – jedna z najstarszych cywilizacji o niezwykle bogatym dziedzictwie. Kraj pełen sprzeczności, którego odmienność budzi lęk i zachwyt, a język uznawany jest za jeden z najtrudniejszych na świecie. O nauczaniu mowy Konfucjusza opowiada Olgierd Uziembło. R O Z M AW I A Ł A :
AN N A M ĄC Z Y Ń S K A
MAGIEL: Dlaczego Chiny – co sprawiło, że to właśnie ten kraj najbardziej pana zafascynował? OLGIERD UZIEMBŁO: Wszystko zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie. Są
na ten temat dwie różne opowieści – fałszywa i prawdziwa. Ta pierwsza mówi o tym, że ponieważ moi rodzice pracowali na terenie Azji, przywozili stamtąd dużo niespotykanych w Polsce rzeczy. Najbardziej zaciekawiły mnie rachunki z Chin na niezwykle cienkim papierze z dziwnymi znakami. Zapytałem taty, co one oznaczają – on, zamiast mi je przeczytać, zachęcił mnie do samodzielnych poszukiwań. Po pewnym czasie doczekałem się słownika chińskiego, nauczyłem się czytać znaki. Druga, prawdziwa historia, opowiada o tym, że kiedy byłem mały, wlazłem na lodówkę, po czym spadłem z niej na głowę. Od tego momentu chciałem uczyć się języka chińskiego.
Jeśli chodzi o kulturę Chin, który jej obszar pasjonuje pana najbardziej? Pismo, znaki chińskie – ich użytkowanie, zastosowanie chińskiej typografii w talizmanach, w internecie, a także wszelkie zmiany, które przechodzi.
Jak często przeprowadzane są takie zmiany? W ciągu ostatnich dekad odbyła się wielka reforma pisma chińskiego – uproszczono znaki, którymi od lat 70. do dziś posługują się Chiny Ludowe. Obecnie natomiast dużo rzeczy dzieje się w internecie – w wirtualnym świecie pojawiły się nowe znaki, kompozycje znakowe, a także memy, które nie bazują na obrazkach, a właśnie na znakach. Jeśli się je rozumie, są bardzo ciekawe i zabawne. Przejawia się to choćby w tym, że odzwierciedlają zarówno kulturę wysoką, jak i popularną. Chińskie znaki to odrębny wszechświat. Zazębiają się wprawdzie z językiem, nie jest jednak tak, że język to tylko znaki, a znaki to tylko język.
Jak wygląda nauka języka chińskiego na UW? Prowadzimy zajęcia zarówno ze znakami, jak i bez – można zapisać tekst europejskimi literami. Dostałem grant na nauczanie chińskiego bez znaków, zrobiliśmy laboratorium językowe, na którym można się
08-09
uczyć mandaryńskiego, czyli urzędowej wersji chińskiego, głównie ze słuchu. Jest to bardziej efektywna metoda przyswajania wiedzy, ponieważ pozwala opanować język dwa razy szybciej niż podczas jednoczesnej nauki pisania znaków. Chętni będą mogli także uczyć się samych znaków i ich pisowni. Ten moduł przetestujemy jednak dopiero w przyszłym roku.
Który z tych modeli uważa pan za bardziej odpowiedni dla początkujących? Najchętniej ustawiłbym naukę w ten sposób, że najpierw przez rok nie używa się znaków, a potem na podstawie języka mówionego są one dołączane. Jest to naturalny schemat poznawania języka – wszystkie dzieci najpierw uczą się mówić, dopiero potem poznają znaki. Przy znajomości języka ich przyswajanie przychodzi moim zdaniem o wiele łatwiej.
Domyślam się, że podróżował pan do Chin i zna je pan całkiem dobrze? Studiowałem na południu kraju przez pięć lat. Trudno jest orzekać o całym tym państwie, nawet znając jedną jego część. Chiny są ogromne jak kontynent. Pod kątem obszaru zbliżone są do Europy, a jednak o wiele bardziej od niej zaludnione. To tak, jakby powiedzieć, że ktoś był w Zabrzu i zna Europę. Nie mogę zatem nazwać się ekspertem od Chin. Mogę jedynie stwierdzić, że trochę o nich wiem .
Czyli Państwo Środka jest taką nierozwiązywalną zagadką? Może nie zagadką, ale też nie czymś, o czym można się łatwo nauczyć. Jeśli chce się dowiedzieć czegoś o Chinach, trzeba dużo czytać. Jest to na pewno państwo kontrastów. Z jednej strony to kraj komunistyczny, z drugiej mieszkają w nim ludzie tak bogaci, że trudno to sobie wyobrazić. Większość Chin ma połączenie z internetem, są jednak także miejscowości, w których nie ma prądu, na przykład w górskich wioskach. Zmiany w tym kraju postępują jednak bardzo szybko. Pod względem rozwoju cywilizacyjnego Polska jest daleko w tyle za Chinami. Nie powinien nas zwodzić fakt, że panuje tam re-
język chiński /
Jak przedstawia się kwestię Tajwanu na Uniwersytecie? Pod wieloma względami jednocześnie jest i nie jest częścią Chin… Na sinologii staramy się unikać tematu, ponieważ opowiedzenie się po jednej ze stron jest ryzykowne politycznie. Kulturowo, Tajwan znajduje się jednoznacznie w obrębie kultury chińskiej. Z punktu widzenia Chińskiej Republiki Ludowej Tajwan jest jej nieodłączną częścią, tak jak Śląsk częścią Polski. Jednak punkt widzenia Tajwanu jest zupełnie przeciwny. W praktyce Tajwan prowadzi odrębną politykę zagraniczną, ma własną walutę i nieco odmienny język. Osobiście staram się nie deklarować po żadnej ze stron i nie ujawniać żadnych konkretnych poglądów, by nie wywołać skandalu dyplomatycznego. Na sinologii staramy się łączyć to w jedno – mamy zarówno lektora z ChRL, jak i z Tajwanu. Do tej pory żyjemy w zgodzie.
Czy z tej zgody wynikają jakieś ciekawe przedsięwzięcia, w których udział mogą wziąć także osoby niestudiujące sinologii? Oczywiście. 24 lutego uczestniczyliśmy w organizacji Chińskiego Targu Noworocznego w muzeum etnograficznym, gdzie na dwóch piętrach trwała chińska zabawa – można było wziąć udział w warsztatach kaligrafii, spróbować tamtejszego jedzenia, obejrzeć występy ludowego tańca, posłuchać wykładów, zapoznać się z bogatą ofertą książkową i nie tylko. Również dzieci mogły znaleźć na Targu coś dla siebie, zapoznawałem je m.in. z współtworzoną przeze mnie grą karcianą, dzięki której od małego mogą uczyć się chińskich znaków, jednocześnie dobrze się bawiąc. Na Targ przyszło ponad 2 tys. osób, więc było to wydarzenie cieszące się sporym zainteresowaniem.
Czy w niedalekiej przyszłości planowane są podobne wydarzenia? Równolegle do Juwenaliów na Wydziale Orientalistyki będą się odbywały Orientalia. Zaprezentujemy na nich nie tylko kulturę chińską, lecz także japońską i koreańską.
Jakie są ścieżki kariery absolwentów? Bardzo różne. Osobiście zachęcam do zainteresowania się karierą tłumacza – jest na nich duże zapotrzebowanie, chociażby w firmach, które obejmują swoja działalnością Polskę i Chiny. Oprócz tłumaczeń można organizować konsultacje, czyli pomagać w różnego rodzaju interesach, transakcjach handlowych – dla obrotnych może być to bardzo dobrze płatna praca. Na razie brakuje nam jeszcze specjalizacji translatorskiej, są jednak plany, by wspólnie z uczelnią chińską ją uruchomić . Z racji
coraz większego zapotrzebowania na kursy chińskiego istnieje kolejna ścieżka zawodowa polegająca na nauce tego języka. Obecnie coraz więcej obywateli Państwa Środka przyjeżdża do Polski, coraz więcej dzieje się wokół planowanego Nowego Szlaku Jedwabnego promowanego przez Chiny. Jeśli Polska umiejętnie podejdzie do tej kwestii, możemy na tym wiele zyskać.
Proszę opowiedzieć w takim razie coś o działalności studentów UW w skali globalnej – czy organizowane są np. wymiany między Chinami? Na Wydziale Prawa istnieje mało znana inicjatywa – Warsaw Beijing Forum. Organizatorzy nawiązali kontakt z jednym z najważniejszych uniwersytetów chińskich. Odtąd jego przedstawiciele przyjeżdżają, by zapoznać się z Polską, natomiast nasi studenci jadą wtedy do Chin. Dla biorących w tym udział prawników uczących się chińskiego jest to bardzo przyszłościowa ścieżka, ponieważ jeśli Polska miałaby współpracować z Chinami, będziemy potrzebować nie tylko tłumaczy, lecz także specjalistów z dziedzin prawa i ekonomii czy techników, którzy będą umieli porozumieć się w tym języku. Koło naukowe Warsaw Beijing Forum bardzo starannie dobiera sobie członków – by wstąpić do organizacji trzeba bowiem przejść rekrutację. Na Wydziale Polonistyki z kolei w ramach Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców Polonicum nawiązana została polsko-chińska współpraca. Organizowane będą wymiany i wiele innych działań. W tego typu inicjatywach widzę ogromny potencjał i warto byłoby je rozwijać, by szerzyć promocję polskiej kultury w Azji.
Czy studenci sinologii mają możliwość wyjazdów do Chin, by poznać ten niesamowity kraj na własne oczy, nie tylko w murach uczelni? Oczywiście. Studenci mają możliwość uzyskania stypendiów na wyjazd do Chin. Tak naprawdę dopiero podczas pobytu w tym państwie student poznaje rzeczywiste potrzeby tego kraju. Minusem takiego wyjazdu jest utrata roku studiów. Mimo to zdecydowanie warto skorzystać z takiej możliwości. Prawdziwe doświadczenie pobytu w Chinach to dużo więcej niż opowieści pana wykładowcy zza biurka. 0
Olgierd Uziembło Sinolog i antropolog kultury. Wykształcenie zdobywał na Uniwersytecie Warszawskim oraz Uniwersytecie Sun Jat-sena w Kantonie w Chinach. Pracował jako tłumacz m.in. w Ambasadzie ChRL w Warszawie, także w różnych firmach przy przedstawicielstwie handlowym Rady Rozwoju Handlu Hongkongu w Warszawie.
fot. pixabay
żim komunistyczny, gdyż jest to państwo autorytarne z szybko rozwijającą się gospodarką.
kwiecień 2018
/ ciekawostki
Laur i palma
Równamy w górę
Fałszywa tożsamość MIM-u
Godło Uniwersytetu Warszawskiego, jak na pełnoprawny symbol przystało, ma niejedno ukryte znaczenie. Znajdujący się na nim nawiązujący do godła państwowego orzeł trzyma w szponach gałąź palmową – symbol ciężkiej pracy, oraz gałąź laurową – symbol nagrody, która za ową pracę czeka studentów w różnie rozumianej przyszłości. Otacza go zaś pięć gwiazd, z których każda reprezentuje jeden z wydziałów uczelni istniejących od jej początków, czyli: Wydział Prawa i Nauk Administracyjnych, Wydział Filozofii, Wydział Lekarski, Wydział Teologii i Wydział Nauk i Sztuk Pięknych. Nic nie wiadomo o alternatywnych sposobach odczytywania godła; wiadomo za to, że obecnie na UW działa aż 29 wydziałów, z których każdy zasługuje przecież na równie piękną gwiazdę.
Studenci UW nie cieszą się jednakowym dostępem do komfortowych warunków nauki. Podczas gdy niektórzy spędzają studia w wygodnych pomieszczeniach nowych budynków Wydziału Fizyki czy Zarządzania, inni marzną w starym, zaniedbanym budownictwie, jak choćby studenci Instytutu Komunikacji Specjalistycznej i Interkulturowej, (Zapach azbestu o poranku, MAGIEL 159). Uczelnia powoli, lecz konsekwentnie, stara się ten poziom wyrównać – niedługo nowym budynkiem mają cieszyć się studenci Wydziału Psychologii czy wspomnianego IKSI.
Pewna ciekawostka zawiera się już w samej nazwie wydziału. Jest ona bowiem archaiczna. Na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki nie prowadzi się studiów z tej ostatniej dziedziny. Trzeci człon nazwy wziął się od istniejącego niegdyś Instytutu Maszyn Matematycznych (czyli komputerów). Złośliwi brak zmiany tytułu wydziału tłumaczą tym, że „MIM” brzmi lepiej niż „MI” (co jest zresztą bardzo subiektywne). Dlatego mimo „mechaniki” w nazwie wydziału osoby marzące o projektowaniu maszyn muszą poszukiwać szczęścia na innych uczelniach, np. na Politechnice Warszawskiej…
Studenci studentom...
Prototyp akademika
Temat problemów, które Uniwersytecki System Obsługi Studentów (USOS) przysparza studentom, był poruszany w listopadowym numerze MAGLA (Studencka ruletka; MAGIEL 169). Można się stamtąd dowiedzieć, że za powstanie tej aż za dobrze znanej wszystkim platformy odpowiadają między innymi studenci MIM-u, którzy tworzyli go w ramach nauki. Co ciekawe, wydział ten obecnie używa swojego wewnętrznego systemu USOS, a o trudach funkcjonowania z tym ogólnouniwersyteckim dowiaduje się jedynie z opowieści znajomych czy z mediów studenckich.
...gdzie studenci wraz z legitymacją mogą otrzymać klucze do pokoju w najstarszym istniejącym do dziś akademiku w Warszawie, którego nazwa z czasem przekształciła się w rzeczownik pospolity oznaczający każdy dom studencki. Mowa tu o DS PW „Akademik”, wybudowanym w 1930 r., mieszczącym się przy ulicy – nomen omen – Akademickiej. W tym prototypie akademików można natknąć się na takie osobliwości jak basen czy płaskorzeźba przedstawiająca polskie godło bez korony. Uniwersyteckie domy studenckie nie mogą pochwalić się podobnymi atrakcjami. Mimo to istnieje kilka powodów, aby w nich zamieszkać (Witaj w domu; MAGIEL 169).
Coraz więcej gwiazd Najmłodszą z uniwersyteckich gwiazd jest Wydział Dziennikarstwa i Bibliologii, którego powstanie wzbudzało pewne kontrowersje (Czas zmian na UW; MAGIEL 162). Było bowiem wiele głosów kwestionujących sens wyodrębniania go z nieistniejącego już Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Najstarszym zaś funkcjonującym wydziałem jest, rzecz jasna, wspomniany wyżej Wydział Prawa i Administracji.
10-11
fot. pixabay
Garść ciekawostek
mniej znaczy więcej / Bóg, honor, ojczyzna, ale honor tylko na 50 % bo więcej się boję
Artykuł o minimalizmie
Minimaliści toczą bój z konsumpcjonizmem, wytaczając naprzeciw wiele mądrych książek i podręczników. Porządkując otoczenie, upraszczają życie swoje i innych. Niektórzy z nich wdrażają minimalistyczne idee od dekad, ale dopiero niedawno ta filozofia urosła do rangi ogólnoświatowej mody.
awet jakby człowiek starał się zaplanować listę zakupów w centrum handlowym, zawsze coś go zaskoczy. Dookoła pełno pokus, a każdy nowy produkt wydaje się jeszcze piękniejszy i bardziej potrzebny. Dosłownie niezbędny. Ludzie zaczęli gubić się w tym, co mają i bez czego właściwie nie mogą się obejść. Niektórzy starają się przeciwstawić wszechobecnemu zbieractwu i decydują na życie według reguł minimalizmu.
N Droga
Nie ma uniwersalnego sposobu na zostanie minimalistą. Każdy zmienia własne otoczenie w swoim tempie, pod wpływem nagłego impulsu lub długich przemyśleń. Kasia, studentka zarządzania i miłośniczka podróży, zainteresowała się tą filozofią trochę z przymusu. Zaczęło się od mojego pierwszego naprawdę długiego zagranicznego wyjazdu i problemu, przed którym stanęłam: jak się spakować na pół roku w jedną walizkę i bagaż podręczny. Zabrałam ok. 30 sztuk ubrań, tylko podstawowe kosmetyki, ze dwa notatniki i czytnik zamiast książek. Przez kolejne pół roku żyłam z taką minimalną ilością rzeczy i to były cudowne miesiące. Po prostu żyłam i zbierałam doświadczenia zamiast rzeczy. I tak mi zostało – opowiada Kasia. Z kolei w postawieniu na minimalizm u Pauliny, znajomej Kasi z uczelni, nie było nic przymusowego. Od dawna szukała podobnej idei, za jaką mogłaby podążać. Jakiś rok temu przeczytałam artykuł mojej koleżanki na temat minimalizmu. Wtedy po prostu mnie olśniło, że to tego potrzebuję, że to jest zasada, którą chcę wyznawać, ale chyba potrzebowałam ją nazwać po imieniu. Co prawda o pojęciu „minimalizm” słyszałam już dawno temu, ale nie do końca zdawałam sobie sprawę, czym tak naprawdę jest. U większości osób, tak jak u Pauliny, zaczyna się od fascynacji ideą. Kolejny krok też często jest podobny – pozbyć się jak największej ilości rzeczy. Ale co ważne: pozbyć się, a nie wyrzucić. Minimalizm bowiem nie znosi marnowania tego, co już powstało. Wyrzucenie ubrań z szafy usunie z niej bałagan, ale zwiększy ilość wytwarzanych śmieci, o których ograniczenie minimaliści również się troszczą. Zaczęłam od szafy – wyciągnęłam całą odzież i zaczęłam grupować. Okazało się, że jakieś
Z dj ę c i a :
Viki Vu
70 proc. jej zawartości to rzeczy nieużywane, zapomniane, zachowane na zasadzie „kiedyś się przyda”’. To „kiedyś” jakoś nie nadeszło. Część wyrzuciłam, część oddałam – komentuje Paulina. Wśród wyznawców filozofii minimalizmu popularny stał się recykling, sprzedawanie i oddawanie tego, co już zbędne. Dzięki temu z niepotrzebnych im rzeczy mogą korzystać inni, często również minimaliści. Magda, która od kilku lat stara się żyć zgodnie z zero waste, przyniosła do domu lustro z wysypiska śmieci, odrestaurowała i powiesiła w pokoju na ścianie. Podobnym przykładem jest coraz bardziej popularne wykorzystywanie palet do budowy donic lub siedzeń na balkon. Taką paletę trzeba jednak obrobić, pomalować, zbić.
ppens
W e r o n i k a Ko ś c i e l e w s k a
Fot: Ylanite Ko
T e k s t:
Patrząc na ilość potrzebnego czasu i materiałów, po których zostaną przecież puste opakowania, przestaje się to wydawać minimalistyczne czy ekologiczne. A minimalizm w perspektywie globalnej powinien być ekologiczny. Olga, autorka bloga Ekomania, czyli czemu tak, a nie inaczej, podkreśla: Najistotniejszym elementem wspólnym dla minimalizmu i ekologii jest dla mnie słowo ograniczać, redukować. Tak jak minimaliści starają zminimalizować swoje potrzeby, żeby uprościć swoje życie i odnaleźć w nim sens, tak ekolodzy starają się zredukować swój wpływ na środowisko.
Bez przesady W obecnych czasach minimalizm stał się swego rodzaju modą. Blogi, książki, poradniki i filmiki o tym, jak zostać minimalistą pojawiają się jak grzyby po deszczu. Można z tego wywnioskować, że coraz więcej osób stara się na nim zarobić. Jednak czy minimalizm kultywowany dla pieniędzy przestaje być minimalizmem? Nie widzę nic złego w tym, żeby pisać książki o minimalizmie, promować go na blogach i zarabiać na tym. Tak samo jak nie widzę niczego złego w promowaniu żadnej innej idei (etycznej idei!), ale nie podoba mi się przeinaczanie sensu – mówi Kasia. A o przeinaczanie nietrudno. Na blogach dla minimalistów co chwilę możemy przeczytać historie, które nie do końca mieszczą się w ramach normalności. Przykładem mogą być pomysły, aby w ramach minimalizmu przeprowadzić się do kawalerki razem z mężem, dzieckiem i psem lub nie robić zakupów przez rok. Propagatorką tego drugiego, popularnego wśród minimalistów wyzwania jest Katarzyna Kędzierska. Za tymi pomysłami być może stała szlachetna idea, minimalizm nie powinien jednak ograniczać swoich zwolenników, ale pomagać im wykorzystać otoczenie jak najlepiej. Każdy potrzebuje do szczęścia czego innego, ale zwłaszcza ze szczęścia nikt w imię minimalizmu rezygnować nie powinien. We fragmencie książki Chcieć mniej Katarzyna Kędzierska pisze: Minimalizm nie jest i nigdy nie powinien stać się celem samym w sobie. (...) Jestem przekonana, że na przykład pomysł posiadania mniejszego mieszkania nie będzie wynikał z chęci ograniczenia przestrzeni życiowej. Zrodzi go raczej potrzeba redukcji kosztów utrzymania, większej kontroli nad finansami, uwolnienia się od długów czy możliwości swobodnego przemieszczania się, podróżowania i dysponowania swoim czasem.
Luksus minimalizmu Minimalizm odciska swoje piętno również na sztuce, architekturze i budownictwie. W sztuce rozwinął się w latach 60. XX w. Podstawowe kształty, gładkie powierzchnie, uproszczona bryła, duża skala. Poprzez nieskomplikowaną formę przekazu twórcy starają się wywołać u odbiorców jeszcze większe emocje i uczucia. Chcą wprowadzić widza w stan kontemplacji, zatopienia się. 1
kwiecień 2018
/ mniej znaczy więcej
Warto dodać, że dzieła sztuki minimalistycznej charakteryzują się przejrzystością i dokładnością wykonania. Podobne zasady stosowane są w minimalistycznej architekturze i wystroju wnętrz. Przeszklone powierzchnie, duża przestrzeń, monochromatyczne barwy, gładkie powierzchnie. Minimalistyczne wnętrza od dawna są w modzie – spójrzmy chociażby na święcący triumf styl skandynawski – prostota form, kolorów, gładkie tkaniny pozwalają na stworzenie pomieszczenia, w którym czujemy się dobrze. Zdecydowanie więcej osób wybrałoby dom z minimalistycznym wnętrzem niż zagracony rzeczami, które po prostu stoją i się kurzą – mówi Paulina. Ironicznie jednak te minimalistyczne mieszkania i biura są w obecnych czasach najdroższe. Prostota stała się w kwestii mieszkań wyznacznikiem luksusu, ale ceny za m2 definitywnie nie są minimalistyczne. Skrajności, w które popadają niektórzy minimaliści, nie są jedynym zagrożeniem tego stylu życia. O pozostałych przeinaczeniach pisze w książce Miej umiar. 52 kroki do życia po swojemu Natalia Knopek: Wszystko, co jest simple i smart sprzedaje się jak świeże bułeczki. Jest to oczywiście sprytnie wykorzystywane przez reklamowych speców. Kampanie planowane są w ten sposób, by wydawało się, że kupując rzeczy uznane za minimalistyczne, postępujemy słusznie. Ludzie łatwo poddają się wpływom takich reklam, w końcu nie dość, że wierzą, że wyłamują się spod ram konsumpcjonizmu, to na dodatek pozbywają się zbędnego ekwipunku. Niestety często zaczynają kupować przez to kolejne niepotrzebne przedmioty, tylko po prostu minimalistyczne. Wyrzucają miękką kanapę z poduszkami, kupując w jej miejsce drugą, tylko monochromatyczną o geometrycznym kształcie. Tak samo wymieniają sztućce na drewniane – w końcu z naturalnego tworzywa, czyli minimalistyczne. Jednak czy na pewno lepsze od tych, które mieli wcześniej? Nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy podczas impulsu nie kupi wszystkiego na nowo.
w sklepach z ubraniami, nie mam przeważnie problemu z dodatkami, bo prosty elegancki zegarek pasuje do każdego koloru. Z kolei Paulina od zawsze gdzieś podświadomie ubierała się minimalistycznie. Zdałam sobie sprawę, że kupując ubrania, od dawna wybierałam formy klasyczne, aby stworzyć niezbędną bazę, która pozwoli na przygotowanie uniwersalnych strojów zmieniających charakter w zależności od dodatków.
nimalistycznymi. W dalszej części autor przyznaje jednak, że pociechy nie są dla niego mniej ważne niż filozofia: Ani trochę nie żałuję, że je mam – są najlepszym, co mnie spotkało w życiu! Poza tym, upraszczając moje życie, mogę spędzać z nimi więcej czasu.
Myśl jak minimalista
Minimaliści starają się, aby wyznawana przez nich filozofia nie ograniczała się jedynie do ilości posiadanych przez nich rzeczy. Paulina próbuje przekuć zasady minimalizmu w swój sposób postrzegania świata. Staram się nie przejmować sprawami, które mnie w bezpo2 średni sposób nie dotyczą, nie martwić się czymś, co jeszcze nie jest poważnym problemem. Do trudności podchodzę zadaniowo – to też jest minimalizm, równie dobrze mogłabym tracić czas O zasadzie 50 rzeczy wspomina Leo Babauta na zamartwianie się. Minimalizm dotyczy też w swojej książce Minimalizm. Żyj zgodnie z firelacji z innymi. To nie jest zamykanie się na lozofią minimalistyczną. Sam potrzebę redukcji innych, ale poznanie samego siebie, swoich poprzedmiotów odkrył późno i, jak przyznaje, nie trzeb, preferencji co do grupy znajomych – tłujest w stanie wszystkiego jej podporządkować: maczy Paulina. Nie mogę nie wspomnieć o wpływie sześciorga moich Jednak przy próbie ograniczania liczby dzieci na mój minimalizm. W tym wypadku trudno znajomych minimaliści powinni uważać, aby jest wszystko uprościć, zrezygnować z absolutnie każnie popaść w skrajność i nie wejść w postawę dej zbędnej rzeczy, być ekologicznym i jednocześnie lekceważącą. Niektórych relacji nie da się jedmieszkać w małym domku. Nie mam nic na swoją noznacznie ocenić i przewidzieć, jak rozwiną obronę, ale mam za to wyjaśnienie dla tej sytuacji: się w przyszłości. Niemniej takie uszczuplenie dzieci urodziły mi się, zanim w moim życiu zaistpozwala lepiej poznać samego siebie. Jak mówi niało dążenie do adaptacji filozofii minimalistyczPaulina: Jeśli odkryję, co mi sprawia radość, jenej, a także pojawiały się w trakcie jej wdrażania. stem w stanie wyeliminować te zajęcia czy relacje, które są przykrym obowiązkiem czy sprawiają ból. Wtedy zyskuje się w życiu więcej przestrzeni – zarówno Punkty prawa Jante brzmią: dla siebie, jak i innych. I właśnie dlatego minimalizm nie wyklucza mak1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym. symalizmu, wręcz przeciwnie. Mogę 2. Nie sądź, że nam dorównujesz. śmiało powiedzieć, że maksymalizm wynika z minimalizmu, bo dzięki 3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas. wyeliminowaniu niepotrzebnych blokad jest się w stanie korzystać z życia 4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas. w pełni i rozwijać w wielu jego aspek5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my. tach. Ograniczając liczbę znajomych, można się bardziej zaangażować w te Ciasne ramy 6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my. naprawdę wartościowe relacje. W celu uniknięcia takiej sytuacji wieWażnymi elementami minimalile osób decyduje się na posiadanie jak 7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry. stycznego życia są osobowość i ego. najmniejszej ilości rzeczy. Niektórzy 8. Nie masz prawa śmiać się z nas. Przyznanie się przed samym sobą, że starają się nawet trzymać konkretnej nie jesteśmy pępkiem świata, że inni liczby przedmiotów, np. 50. Wydaje się 9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało. nie są od nas gorsi. Nie jest łatwo to bardzo ograniczające, ale z pewnością wyznawać tę filozofię w świecie ogarwyzwala kreatywność. Popularnym tego 10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć. niętym wyścigiem szczurów, w któprzykładem jest szafa minimalistek. Za11. Nie sądź, że jest coś, czego o tobie nie wiemy. rym już od dziecka uczestniczymy miast setki kompletów ubrań stawiają na i co chwila z kimś rywalizujemy. stonowane kolory i uniwersalne kroje, Nawiązanie do minimalizmu ego dzięki czemu wszystko do siebie pasuje. można dostrzec w książce Uciekinier w labiWypowiedź ta wzbudziła wiele kontrowersji, Marta komentuje to tak: Większość rzeczy, które ryncie napisanej przez Aksela Sandemose’a. To głównie z powodu jawnego wskazania na to, że mam w szafie, to basicowe koszulki albo spodnie z niej wywodzi się pojęcie prawo Jante. Mieszdzieci mogą przeszkadzać w życiu ideałami miw jednym kolorze. Nie marnuję czasu rano ani
12-13
Prostota stała się w kwestii mieszkań wyznacznikiem luksusu, ale ceny za m definitywnie nie są minimalistyczne.
mniej znaczy więcej /
kańcy duńskiego miasteczka Jante wychodzą z założenia, że nikt nie jest kimś specjalnym. Przekonują o tym słowami: Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych. Prawo to może brzmieć dość brutalnie, jakby wołało do nas: jesteś nikim!. Trzeba pamiętać jednak, że zasady przedstawione w książce są przerysowane i nie stanowią wskazówek, jak żyć minimalistycznie. Niemniej warto czasami ograniczyć myślenie o sobie i ciągłe pragnienie bycia najlepszym, za to znaleźć więcej czasu na dbanie o innych i docenianie ich osiągnięć i – co najważniejsze – cieszenia się z nich razem z nimi.
0
Życie offline We wspomnianej książce Miej umiar możemy przeczytać, że ważnym etapem w dążeniu do życia zgodnego z minimalizmem jest ograniczanie ilości docierających do nas bodźców. Jest to niezbędne, aby skoncentrować się na tym, co dla nas najważniejsze. Trudno celebrować chwile, kiedy uwaga jest odciągana przez zbędne sygnały. Liczne bodźce zewnętrzne zdominowały nasze życie. Tak naprawdę wiele osób ma przez cały czas przy sobie jakieś źródło dźwięków, obrazów czy informacji. Czytamy bezwartościowe książki, oglądamy nic niewnoszące seriale i teleturnieje, przeglądamy w nieskończoność to, co oferuje nam sieć – pisze w książce Miej umiar Natalia Knopek. O ile wybieranie rozwijających książek i filmów może nieść ze sobą pewną korzyść, o tyle w przewijaniu Facebooka trudno doszukać się jakiejkolwiek wartości dodanej. Wiele osób twierdzi, że w internecie szuka wiedzy i że nie jest to nic złego. Nie zgadza się z nimi Natalia Knopek: W języku angielskim jest nawet nowe słowo „infovore”, które oznacza osobę nastawioną na gromadzenie i przyswajanie informacji. (...) Niektórzy potrafią spędzić wiele godzin, dni, tygodni, a nawet lat na szukaniu ciekawych informacji. Zastanów się jednak, czy przyswajanie informacji nie stało się dla ciebie substytutem przeżywania czegoś na własnej skórze?. Te wiadomości często nie są nam do niczego potrzebne, jednak wolimy je sobie zaaplikować tak na wszelki wypadek. Takie gromadzenie wiedzy może być jeszcze bardziej męczące i izolujące niż kolekcjonowanie rzeczy. Minimalizm nie jest zatem ograniczeniem, a sposobem na życie wyrazistsze, osadzone w teraźniejszości i bardziej świadome. Jednak czy budowanie na tym zawiłej filozofii i wyznaczenie dokładnych zasad jest potrzebne? Wielu z nas żyje minimalistycznie, nawet o tym nie wiedząc, i definitywnie nie potrzebuje studiowania całej ideologii. 0
kwiecień 2018
patronaty
/ kalendarz wydarzeń
Nadszedł czas, by ze sceny zejść
Kalendarz wydarzeń kwiecień 2018 Głębia Spojrzenia do 6 kwietnia Już po raz dziewiąty zostaną docenieni studenci patrzący na świat przez obiektyw aparatu. Głębia Spojrzenia to konkurs kierowany do studentów fotografujących amatorsko. Prace można nadsyłać w trzech kategoriach. Zdjęcia wraz z wypełnioną kartą zgłoszeniową należy przesłać do 6 kwietnia na adres: glebiaspojrzenia@knsd.pl. Niezbędne pliki i informacje dostępne są na: glebiaspojrzenia.com.pl. Organizatorem konkursu jest Koło Naukowe Studentów Dziennikarstwa UJ.
V edycja Międzyuczelnianego Forum Audytu i Konsultingu 10–18 kwietnia
1 2 3 4 5
To już V edycja Międzyuczelnianego Forum Audytu i Konsultingu! W gronie partnerów są: EY, Accenture, Grant Thornton i ACCA. Spodziewajcie się ciekawych i wartościowych spotkań. Gwarantujemy wysoki poziom warsztatów i możliwość poznania potencjalnych pracodawców w nieco mniej formalnych okolicznościach. Widzimy się już na początku kwietnia! Zapisy ruszyły pod koniec marca. Więcej informacji na fanpage’u projektu: facebook.com/MiedzyuczelnianeForumAudytuiKonsultingu/.
6
CEMS V4 Conference 11–13 kwietnia
9
7 8
Raz na cztery lata działającemu przy Szkole Głównej Handlowej CEMS Club Warsaw przypada w udziale wielki zaszczyt – organizacja CEMS V4 Conference. Ta wyjątkowa konferencja stwarza okazję do wymiany doświadczeń pomiędzy uczestnikami programu, a także daje im możliwość uczestnictwa w niebanalnych prelekcjach. Tegoroczna edycja odbędzie się 11–13 kwietnia, a jej głównym tematem będzie Digital Economy – zarówno przemiany, jak i dynamiczny rozwój branży fintech. Nie przegapcie!
Spotkanie z Żywą Książką – marketing i PR 14 kwietnia
10 11 12 13
14-15
Startup Art. to program akceleracyjny skierowany głównie do studentów uczelni artystycznych, jednak do stworzenia zespołów zaproszeni zostali również studenci z innych uczelni. Całodniowa konferencja otwierająca odbyła się 27 marca na ASP, aby wprowadzić uczestników w biznesową tematykę przed Startup Shakerem, który odbędzie się 6–8 kwietnia. W trakcie weekendu powstaną start-upy, które wezmą udział w warsztatach, aby podczas Demo Day zaprezentować się przed inwestorami.
Inspiracja Roku 11 kwietnia Już 11 kwietnia podczas Święta SGH dowiecie się, kto w tym roku zdobył najwięcej studenckich głosów i otrzymał tytuł najbardziej inspirującego dydaktyka Uczelni. Plebiscyt Inspiracja Roku przyznaje nagrody w dwóch kategoriach – na poziomie licencjackim oraz magisterskim. Szczegóły akcji oraz link do głosowania znajdziecie na naszym fanpage’u: facebook.com/inspiracjaroku/. Może tym razem to Twój wykładowca otrzyma statuetkę?
European Business Alliance Forum 14 kwietnia Konferencja biznesowa odbędzie się 14 kwietnia (sobota) w IBB Andersia Hotel w Poznaniu, a jej audytorium stanowić będzie około 200 uczestników – studentów oraz profesjonalistów (obszar ekonomii, finansów, prawa, informatyki, automatyki i robotyki oraz nowych technologii). Zachęcamy do odwiedzenia strony na: facebook.com/EBAForum/. Już teraz zarezerwujcie sobie miejsce na konferencji: ebaf.evenea.pl.
Bieg SGH 15 kwietnia
Spotkaj się przy kawie z profesjonalistami, poznaj osoby pracujące w marketingu i PR i ich ścieżki zawodowe. Aby dowiedzieć się, jakie warunki spełnić, by dostać pracę w tej branży, skorzystaj z konsultacji ścieżki kariery. Kiedy: 14.04.2018 11:00–14:00. Gdzie: Klubokawiarnia Pożyteczna, Nowy Świat 58, Warszawa. Wstęp bezpłatny. Obowiązują zapisy: kontakt@labmozliwosci.pl, tytuł maila: Żywa książka. Więcej informacji: laboratoriummozliwości.pl.
V edycja Startup Art. Startup Shaker 6–8 kwietnia
14 15
Już 15 kwietnia odbędzie się V edycja Biegu SGH. Jak co roku zapraszamy do aktywnego spędzenia dnia poprzez wzięcie udziału w biegu ulicami Mokotowa na 5 lub 10 km w rytm zapewniony przez Radio Eska. Na uczestników czekają też liczne atrakcje w Wiosce Biegowej, a na dzieci specjalna, 1-kilometrowa trasa Biegu dla Dzieci. Najważniejszym celem jest zbiórka funduszy na pomoc Mateuszkowi. Chłopiec choruje na rdzeniowy zanik mięśni – chorobę, z którą razem możemy wygrać, więc zapisz się już dziś! Zapisy: biegsgh.pl.
kalendarz wydarzeń /
16
Real Estate Case Day 16–18 kwietnia SKN Inwestycji i Nieruchomości zaprasza na kolejną edycję Real Estate Case Day, która odbędzie się 16–18 kwietnia br. Projekt przyciąga osoby zainteresowane rynkiem nieruchomości oraz wiążące przyszłość z działalnością w tej branży. Tegorocznym tematem przewodnim jest konsulting i transakcje. Misją projektu jest poszerzenie wiedzy na temat rynku nieruchomości w szczególności z zakresu ich finansowania, inwestowania i zarządzania. Po więcej informacji zapraszamy na naszą stronę na Facebooku.
17 18 19 20
Big Data – bigger opportunities. Conference 17–18 kwietnia Interesujesz się analityczną stroną biznesu? Big Data – bigger opportunities ponownie zapewni Ci solidną dawkę wiedzy o biznesowych zastosowaniach big data. W tym roku organizatorzy konferencji przygotowali serię prelekcji i warsztatów prowadzonych przez doświadczonych praktyków oraz – po raz pierwszy w historii projektu – panel dyskusyjny. Więcej szczegółów na profilu SKN Statystyki: facebook.com/SknStatystyki.
21
Wielka SGH-owa Powtórka ze Statystyki 19 kwietnia – 5 czerwca
24
22
patronaty
EKOstudent 16–20 kwietnia Już w trzeci tydzień kwietnia (16–20.04) SGH zazieleni się ponownie za sprawą projektu EKOstudent będącego inicjatywą ZSP! Na studentów czeka jak zwykle wiele atrakcji. Na Auli Spadochronowej odbędzie się m.in. EKOśniadanie i EKOlotek, a popołudniami sposoby na ekologiczny styl życia przybliży cykl warsztatów o tematyce kulinarnej, biznesowej, zdrowotnej czy sportowej. Ekologia może być dla każdego!
IV Gala Mistrzów Sportu UW 19 kwietnia Mistrzowie sportu poszukiwani! Koło Naukowe Get Ready Zarządzanie w Sporcie zaprasza na IV Galę Mistrzów Sportu UW. Nagrody zostaną przyznane w kategoriach: Mistrz Sportu UW, Sportowa Zajawka, Drużyna, Trener, Event. Ceremonia wręczenia nagród odbędzie się 19 kwietnia 2018r. na UW. Więcej informacji: facebook.com/events/717311088474073/.
23
Warsaw-Beijing Forum: Youth for Business 23–27 kwietnia
Martwisz się, że nie zdasz egzaminu ze statystyki? Jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi „tak”, weź udział w Wielkiej SGH-owej Powtórce ze Statystyki! SKN Statystyki zaprasza cykl spotkań, podczas których pomożemy Wam zrozumieć i polubić statystykę, jednocześnie przygotowując Was do kolokwiów i egzaminu. Na każdym ze spotkań krótko omówimy teorię oraz wspólnie rozwiążemy zadania. Kolejne zajęcia już 19 kwietnia o 19:00 w Auli Głównej.
25 26 27
Consulting Challenge zapisy od 23 kwietnia 12–13 maja
28
23–27 kwietnia odbędzie się część warszawska tegorocznej edycji Warsaw-Beijing Forum: Youth for Business. Jest to już V edycja projektu, którego celem jest pogłębianie wiedzy o stosunkach polsko-chińskich i promowanie współpracy studentów z sektorem przedsiębiorstw. Studenci z Warszawy i Pekinu biorą udział w seminariach prowadzonych przez prawników, przedsiębiorców oraz przedstawicieli administracji publicznej. Wydarzenia można śledzić na: facebook.com/warsawbeijingforum/.
Uniwersyteckie Spotkania z Rynkiem Pracy 24–25 kwietnia
Podejmij wyzwanie Consulting Challenge! To już druga edycja projektu SKN Konsultingu, który w wyjątkowo inspirujący sposób odkrywa przed uczestnikami świat innowacji w konsultingu. Wydarzenie odbywa się 12–13 maja i składa się z trzech modułów: konferencji, warsztatów i konkursu. Zapisy ruszają już 23 kwietnia. Więcej szczegółów znajdziesz na consultingchallenge.pl.
29 30
Biuro Karier UW zaprasza studentów i absolwentów wszystkich kierunków na 30. edycję Uniwersyteckich Spotkań z Rynkiem Pracy już 24–25 kwietnia. Uczestnicy będą mieli możliwość kontaktu z rekruterami i specjalistami z firm, instytucji i organizacji. Dowiedzą się, jakie są nowoczesne metody rekrutacyjne oraz jak wykazać się kreatywnością w docieraniu do pracodawców. Więcej na stronie: spotkania.uw.edu.pl.
Informacja dla organizacji Organizujesz interesującą konferencję? Koordynujesz nowy, ciekawy projekt? Możemy Ci pomóc dotrzeć do społeczności studenckiej SGH i UW. Zapytaj o Patronat Medialny Niezależnego Miesięcznika Studentów MAGIEL, pisząc na: magiel.patronaty@gmail.com . Deadline na zgłoszenia do numeru maj-czerwiec 2018: 10.04.2018
kwiecień 2018
POLITYKA I GOSPODARKA
/ bezwarunkowy dochód podstawowy
Jem talarki ziemniaczane z leczo, nie wiem, czy jestem osobą, która powinna Ci doradzać
Nowszy, wspanialszy świat Przełomowe czasy dynamicznego rozwoju nauki i technologii wymagają radykalnych zmian w umowie społecznej. t e kst :
K a r o l C z a r n eck i
rzez większość swojej historii ludzkość pozostawała w stagnacji. Fakt łatwy do przeoczenia dla kogoś żyjącego na początku XXI w. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do zmian, z niecierpliwością oczekujemy jutra. Uwierzyliśmy, że każdy dzień przybliża nas do wymarzonej utopii – świata pozbawionego nudnych prac i powtarzalnych zajęć, w którym będziemy mogli zająć się podążaniem „za wyższymi celami”.
P
Umysł z maszyny Symbolami postępu stały się więc autonomiczne samochody spod znaku Tesli, drony dostarczające paczki Amazona czy intensywnie rozwijana w ostatnich latach sztuczna inteligencja. W 1997 r. algorytm Deep Blue pokonał arcymistrza szachowego Garriego Kasparowa. 16 lat później AlphaGo zwyciężyła w znanej ze swojej złożoności grze „go” z geniuszem, Lee Sedolem, za pomocą ruchu tak nieprzewidywalnego, że nawet twórcy programu nie potrafili go wytłumaczyć. Na sali pełnej widzów zapanowało wtedy niedowierzanie wobec bezsilności ludzkiej inteligencji w konfrontacji z inteligencją synte-
16-17
tyczną. Był to jedynie przedsmak możliwości krzemowego umysłu. Głośny raport badaczy Cornell University wymienia kilka przewidywanych kamieni milowych w rozwoju sztucznej inteligencji. Do końca przyszłej dekady mamy poznać muzykę z góry listy przebojów niebędącą już autorstwa ludzi, do połowy wieku pojawi się potencjalny bestseller wytworzony w całości przez maszynę. Lista jest długa: syntetyczni lekarze, politycy (o zgrozo!), czy nauczyciele. Koniec wyliczeń następuje w połowie przyszłego stulecia i zapowiadają go słowa „pełna automatyzacja pracy ludzkiej”. Czy grozi nam kres pracy?
Rewolucja a stagnacja Pomimo szybkiego rozwoju sztucznej inteligencji koncepcje czyniące człowieka zupełnie zbędnym wciąż można traktować jako odległe wizje futurystów. Czy na pewno mamy o co się martwić? Słynne badanie Carla Freya oraz Michela Osborne’a z Oksfordu zapowiada zanik 47 proc. wszystkich miejsc pracy w USA w przeciągu najbliższych 20 lat. Uznawany za bardziej rzetelny raport OECD plasuje jednak tę wartość poniżej 10 proc. Nowymi przegranymi postępu
może się okazać klasa średnia: pracownicy biurowi, managerowie niższego szczebla czy inżynierowie bez wykształcenia w zakresie IT. Są również i zwycięzcy: na takich wyrastają wysoce wykwalifikowani pracownicy z sektora technologicznego, a przede wszystkim posiadacze kapitału – w postaci inwestorów i sektora finansowego, przed którym, jak podaje najnowszy raport World Economic Forum, otwierają się nowe perspektywy dzięki m.in. rozwojowi fintechu. Zyski będą więc rosnąć, koncentrując się wokół coraz mniejszej grupy osób. Powstają zatem dwa osobne światy: jeden czerpiący garściami z dynamiki rozwoju, skupiony wokół akumulacji bogactw i wpływów politycznych, drugi – znajdujący się po niewłaściwej stronie historii, coraz bardziej wykluczany z życia ekonomicznego i politycznego.
Krok w tył Trudno nie zauważyć uderzających podobieństw do sytuacji z początków XIX w., kiedy ruch luddystów niszczył maszyny przemysłowe w akcie oporu wobec mechanizacji pracy niesionej przez rozpoczynającą się rewolucję przemysłową. Była zjawiskiem, które pomimo swoich ciemniejszych rozdziałów w ostatecznym rozrachunku położyło podwaliny
bezwarunkowy dochód podstawowy /
POLITYKA I GOSPODARKA
wzrost przestępczości i innych patologii to tylko niektóre z nich. Aby uchronić się przed kryzysem niespotykanych dotąd rozmiarów, należy uciec się do rozwiązań niewykorzystywanych wcześniej na masową skalę, a często przeczących powszechnemu wyobrażeniu o gospodarce. Najpowszechniej dyskutowana recepta wywodzi się z odpowiedzi na pytanie tak banalne, że mainstreamowa ekonomia zwykła je odrzucać: Co by się stało, gdybyśmy po prostu zaczęli rozdawać pieniądze?
Pieniądze dla wszystkich
pod współczesny system ekonomiczny i doprowadziło do emancypacji pomijanych wcześniej klas społecznych. Przez następne 200 lat kolejne innowacje przyczyniały się do znaczącego wzrostu produktywności pracy ludzkiej, przynosząc dobrobyt krajom rozwiniętym. Ta tendencja ulega jednak zmianie. Maszyna coraz rzadziej uzupełnia pracę ludzką, a coraz częściej zupełnie ją zastępuje. Dynamika powstawania nowych zawodów oraz miejsc pracy w wielu przypadkach nie nadąża za tempem zaniku stanowisk w różnorodnych sektorach przemysłu oraz usług. Według raportu Uniwersytetu Stanforda przeciętny wzrost produktywności po 2000 r. wynosił około 1 proc. rocznie – mniej niż w jakiejkolwiek dekadzie XX w. W niektórych sektorach dochodzi nawet do spadków. Wraz z pauperyzacją klasy średniej te czynniki tworzą zjawisko do niedawna niespotykane na zachodzie – pracujących ubogich. Ewenementem jest również sytuacja, w której wchodząca obecnie na rynek pracy generacja ma spore szanse na doświadczenie niższego poziomu życia niż pokolenie poprzednie.
Nowy paradygmat Liberalny model społeczny, któremu w dużej mierze zawdzięczamy współczesny dobrobyt, ulega zużyciu i nie jest już gwarantem dobrze działającej gospodarki. Sam wolny rynek nie ochroni nas przed rosnącymi nierównościami, bezrobociem technologicznym czy spadkami produktywności. Bezczynność w świetle nadchodzących wyzwań może być tragiczna w skutkach. Apatia społeczna,
Bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP) nie jest ideą kompletnie nową. W pracach filozofów i ekonomistów pojawiał się już od XVI w. Obecnie koncepcja przeżywa renesans. Debatują nad nią środowiska zarówno liberalne, jak i etatystyczne, a jej wdrożenie rozważane jest w krajach ze wszystkich kontynentów. W przeciwieństwie do wielu obecnych programów socjalnych nie promuje bezpośrednio żadnych określonych zachowań, pozbawiony jest jakichkolwiek wymagań – każdy mieszkaniec państwa otrzymuje jedynie określoną sumę pieniędzy co miesiąc. Zero kontroli, zero rozliczeń, zero sugestii. Eliminuje to rozbudowaną machinę urzędniczą ze skomplikowanymi procedurami, określającymi komu należy się pomoc. Czy jednak BDP nie jest pomysłem karkołomnym? Prosta logika podpowiada, że świat, w którym każdy dostaje pieniądze od państwa za nic, będzie światem pozbawionym motywacji. Eksperymenty udowadniają jednak, że rzeczywistość może okazać się zupełnie inna.
Praktyka Trzeciego Świata Indyjski stan Madhja Pradesh. W 2010 r. w 8 wioskach każdemu mieszkańcowi przydzielono miesięczny transfer wynoszący 300 rupii (około 1/3 lokalnego progu ubóstwa). Po dwóch latach społeczności zmieniły się diametralnie. Wzrosła ilość i różnorodność konsumowanej żywności, poprawiły się standardy higieniczne i ogólny poziom zdrowia. Znacząco zwiększyły się również wydatki na edukację, jako że dzieci rzadziej zmuszone były do porzucenia szkoły. A aktywność zawodowa? Wbrew argumentacji oponentów BDP liczba przepracowanych godzin wzrosła, pojawiły się nawet oznaki przedsiębiorczości ze strony do niedawna balansujących na granicy egzystencji mieszkańców. Przedmieścia Windhuk w Namibii, gdzie bezrobotne rzesze napływowej ludności wiejskiej często sięgają po alkohol i narkotyki, a na ulicach króluje przestępczość. Tutaj sytuacja była nieco trudniejsza, a jako jedyna rozkwitała prostytucja. Rozdanie każdemu członkowi tej społeczności po 200 dolarów wydawałoby się czynem porażająco nieroztropnym. Jednak właśnie to uczynili badacze we współpracy z lokalnymi władzami. Wynik: podobny jak podczas eksperymentu
w Indiach. Zaczęły również pojawiać się pierwsze mikrobiznesy, prostytucja zaczęła zanikać, jako że młode kobiety zyskały finansową niezależność; eksplozji patologii nie zaobserwowano.
Cena dobrobytu Załóżmy więc, że przekonani doświadczeniami z innych krajów polscy prawodawcy postanawiają wprowadzić powszechny BDP do naszego kraju. Przyjmijmy też, że jako kwota świadczenia wybrane zostało absolutne minimum egzystencji wynoszące około 600 zł miesięcznie. Koszt programu? 284 mld zł (bez kosztów administracyjnych) – ponad 10-krotność kosztu programu „500+”. To z kolei oznacza radykalną podwyżkę podatków – powód, dla którego w 2016 r. w referendum mieszkańcy Szwajcarii opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu BDP. Z racji wyższych kosztów życia paradoksalnie dużo trudniej wprowadzić powszechne świadczenia w krajach rozwiniętych niż uboższych. Rozwiązanie tego problemu wymaga kreatywności. Opcją jest stopniowe zmniejszanie świadczenia wraz ze wzrostem dochodu. Można opodatkować same roboty, które miałyby „fundować” środki na rzecz wypartych z rynku pracy. Źródłem dochodu mogą być też informacje, a mianowicie dane użytkowników przechowywane przez korporacje takie jak Google czy Facebook – podatek od nich byłby formą dywidendy na rzecz społeczeństwa oraz formą kontroli monopolistów posiadających dane prywatne. W świetle coraz większych nierówności między dochodami z pracy i kapitału opodatkować można również sam kapitał, co proponuje znany ekonomista Thomas Piketty. Żadne z tych rozwiązań nie zostało jeszcze przetestowane na dużą skalę, również sam BDP wymaga jeszcze lat doświadczeń i wielu kwestii do rozwiązania, zanim jakiekolwiek państwo będzie gotowe na to, aby go wprowadzić.
Nowa rzeczywistość Dochód podstawowy nie zagwarantuje nam utopii. Nie sprawi, że każdy będzie wiódł dostatnie życie bez zmartwień i z pewnością nie rozwiąże wszystkich problemów gospodarczych niedalekiej przyszłości. W świecie, w którym coraz trudniej wspinać się po społecznej drabinie, gwarantuje jednak wolność. Wolność do działania bez strachu przed konsekwencjami błędów. Ci, którzy chcą założyć własną działalność, dłużej się edukować czy zmienić swoją specjalizację, mogą to zrobić bez ryzyka ubóstwa. BDP przywraca elastyczność i mobilność społeczną tam, gdzie zaczyna jej coraz częściej brakować. Przyszłość nie będzie utopią, ale jeśli nie będziemy bali się zmienić umowy społecznej, może być odrobinę lepsza niż teraźniejszość. 0
kwiecień 2018
POLITYKA I GOSPODARKA
/ rozporządzenie o ochronie danych osobowych
W dzisiejszych czasach łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej utracić kontrolę nad własnymi danymi osobowymi. Wchodzące w najbliższych miesiącach w życie unijne rozporządzenie jest rewolucyjne w zakresie ich ochrony, dzięki przerzuceniu odpowiedzialności na przedsiębiorców. T e kst :
M AG IEL
G R a f ika :
M arta K a s pr z y k
eszcze zanim rok 2018 rozpoczął się na dobre, było jasne, że najważniejszą zmianą w prawie polskim i unijnym będzie początek stosowania rozporządzenia Rozporządzenia Ogólnego O Ochronie Danych Osobowych (w skrócie RODO lub GDPR). Akt prawny został przyjęty przez Parlament Europejski i Radę 27 kwietnia 2016 r., a wejdzie w życie 25 maja br. Przyjęta przez instytucje UE forma dokumentu oznacza, że przepisy rozporządzenia stosuje się bezpośrednio we wszystkich państwach członkowskich. Regulacje będą zatem obowiązywały unijnych przedsiębiorców niezależnie od tego, czy krajowi prawodawcy dostosują do nich przepisy krajowe, czy też tego nie zrobią. W tym miejscu należy wspomnieć o dwóch gotowych już projektach przygotowanych przez przedstawicieli polskiej administracji w porozumieniu z organami unijnymi – mowa tu o nowej ustawie o ochronie danych osobowych z 28 miesiąca 2017 oraz o wprowadzeniu zmian do ponad 100 innych ustaw związanych z bezpieczeństwem informacji, umożliwiających identyfikację osób fizycznych. Co ważne, krajowe regulacje przewidują udogodnienia jedynie w stosunku do 3 artykułów RODO, a dokładnie przepisów dotyczących mikroprzedsiębiorstw. Oznacza to, że z wprowadzaniem unormowań przewidzianych przez RODO nie należy w żadnym wypadku czekać.
J
Nowe obowiązki Bez wątpienia główną negatywną nieprzyjemną zachętą do przestrzegania nowych przepisów przez firmy zbierające dane osobowe mają być gigantyczne kary pieniężne nakładane przez organy nadzoru -– wynoszące do 2 proc. rocznego obrotu firmy. Członkowie Komisji Ekspertów Generalnego Inspektora Ochrony Danych
18-19
nie są one bezwzględne. Aby z nich skorzystać, Osobowych (GIODO), do których kompenależy spełnić określone warunki, czasami zaś tencji należy dostosowanie polskich przepisów ich stosowanie będzie wyłączone przez wzgląd o ochronie danych osobowych do nowego rozpona inne, określone w rozporządzeniu, sytuacje. rządzenia, zapowiadali jednak, że Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, zastępujący od 25. maja 2018 r. organ GIODO, będzie je nakłaGlobalny zasięg dał tylko w ostateczności. Jedną z głównych boląPostanowienia RODO dotyczą wszystkich czek polskich przedsiębiorców jest z kolei faktto, przedsiębiorców działających na terenie Unii że zdecydowana większość zgód na przetwarzaEuropejskiej. Nie jest zatem istotne, czy polnie danych osobowych udzielonych na podstaski przedsiębiorca oferuje swoje usługi na Filiwie dotychczas obowiązujących przepisów straci pinach, czy też aplikacja malezyjskiego admiważność przez niespełnienie minimalnych wynistratora jest użytkowana na terenie UE – jeśli magań stawianych im przez RODO. W związprzetwarzają oni dane osób fizycznych z terenu ku z tym albo powinni oni uzyskać pozwolenia Unii, to zdecydowanie powinni zainteresować się zgodne z nowymi przepisami, albo stracą prawo obowiązkami narzuconymi przez RODO. Wiedo przechowywania i przetwarzania dotychczas lu globalnych potentatów, takich jak Facebook, pozyskanych danych osobowych. Poza powyżGoogle czy Amazon, wydało gigantyczne kwoty szym, przedsiębiorcy będą musieli w bardzo wiena procesy dostosowania swojej działalności do lu przypadkach dokonać oceny skutków ochroobowiązków narzucanych przez rozporządzenie. ny danych osobowych (DPIA) – wykonuje się ją RODO można uznać także za jedno z najwiękw przypadku, gdy do przetwarzania informacji szych przedsięwzięć legislacyjnych w historii nie stosuje się nową technologię, lub gdy taka opetylko Europy, lecz także innych makroregionów. racja jest dokonywana wielokrotnie. Obie sytuOdpowiednie dostosowanie swoich przepisów acje prowadzą do zwiększenia ryzyka nadużycia krajowych (czasami poprzez przyjęcie założeń udzielonych danych -– w DPIA firmy będą muRODO w jego dosłownym brzmieniu) zamierza siały szczegółowo opisać proces przetwarzania przeprowadzić wdrożyć wiele państw na całym informacji o klientach, uzasadnić konieczność świecie, poczynając od Japonii, poprzez Koreę, każdego z jego etapów oraz oszacować ryzyko a na Kolumbii skończywszy. 0 dla bezpieczeństwa danych osobowych. Oprócz tego podmioty powinny powołać własnego inspekOgólne Rozporządzenie o Ochrotora danych osobowych, zgłaszać nie Danych Osobowych (RODO) naruszenia prywatności, a najlepiej uwzględniać ochronę osobistych Więcej informacji na temat RODO oraz związanych z nim kwestii informacji już w fazie projektowaznajdziecie m.in. na profilu dr. Macieja Kaweckiego w mediach nia swoich usług czy produktów. społecznościowych oraz na stronie internetowej Generalnego Rozporządzenie przyznaje samym Inspektora Ochrony Danych Osobowych, Ministerstwa Cyfryzacji osobom fizycznym szereg uprawi Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. nień, lecz, co warte zanotowania,
polityka historyczna Ukrainy /
POLITYKA I GOSPODARKA
W poszukiwaniu tożsamości Na początku lutego przed polską ambasadą w Kijowie grupa około 100 ukraińskich nacjonalistów protestowała przeciwko kontrowersyjnym zmianom w ustawie o IPN. To dodatkowe napięcie w relacjach polsko-ukraińskich prowadzi do kolejnego już sporu o wspólną historię. Ada m D r oż y ń s k i
owelizacja ustawy o IPN o zapisy dotyczące kolaboracji członków UPA z nazistami i zakaz negowania popełnionych przez nich zbrodni ludobójstwa jedynie zaogniła wielokrotnie rozpalany spór z pogranicza historii i polityki. Tak jak oczywistą wartością jest dbałość o zachowanie pamięci i prawdę historyczną, tak w poszukiwaniach nie może zabraknąć choćby próby zrozumienia i osadzenia w kontekście polityczno-społecznym obecnych działań władz i ugrupowań ukraińskich. Zwłaszcza że wobec realnego dziś zagrożenia stabilności regionu konflikt ten jest sprzeczny z interesami obu stron.
N
Do przodków po pomoc Ukraina, w obliczu agresji rosyjskiej i słabości aparatu państwowego, poszukuje dzisiaj podstaw do wspólnej tożsamości narodowej, co w Polsce – kraju jednolitym językowo, o niepodważalnym dziedzictwie historycznym i długich tradycjach państwowości – może być często nieoczywiste. Symptomatyczna dla tego problemu wydaje się zażarta dyskusja stoczona rok temu na Twitterze pomiędzy oficjalnymi kontami Rosji i Ukrainy. Poszło o dziedzictwo Rusi Kijowskiej, do której, jako poprzedniczki Rosji, podczas spotkania z prezydentem Francji nawiązał Władimir Putin. Dla Ukraińców Ruś Kijowska to Ukraina, tak jest to przedstawiane w szkołach i nie ma w tej kwestii dyskusji – mówi Damian, pochodzący z Lwowa Polak, student UJ. Podobne różnice w postrzeganiu historii dotyczą też innych jej epizodów – nie bez powodu wydarzenia znane w Polsce jako powstanie Chmielnickiego w tamtejszej historiografii często nazywa się wojną narodowo-wyzwoleńczą Ukraińców, a samego przywódcę powstania uważa się za bohatera narodowego. Historia najnowsza rozumiana jest również jako ważne pole do budowy wspólnej tożsamości narodowej. Przez cały XX w. głównym przeciwnikiem niepodległej Ukrainy była Rosja i późniejszy ZSRR – i to przeciwko Federacji Rosyjskiej
skierowane jest dziś ostrze polityki historycznej. Wydźwięk przede wszystkim antyrosyjski miała np. wywołująca spore kontrowersje w Polsce ustawa o statusie uczestników walk o niepodległość w XX w., uchwalona przez parlament ukraiński w 2015 r. Również UPA i postać Stepana Bandery weszły do głównego nurtu ukraińskiej świadomości bynajmniej nie ze względu na swoje faszystowskie poglądy. O utożsamianie się z ich ideami trudno dziś oskarżyć główny nurt polityki ukraińskiej. Mówimy o nich jako o tych, którzy walczyli przeciwko wszystkim – choć głównie przeciwko komunistom – o niepodległość – wspomina Nikita, student UJ z Charkowa.
Niewinni apologeci Postawa uzasadniająca jednostronne postrzeganie historii bieżącą potrzebą polityczną niesie jednak ze sobą ogromne zagrożenia. Nie da się zaprzeczyć, że istnieją na Ukrainie siły próbujące chociażby usprawiedliwiać zbrodnię wołyńską albo na nowo głosić skrajnie nacjonalistyczne hasła rodem z manifestów Doncowa czy Bandery. Zsumowane poparcie dla nacjonalistycznych ugrupowań Swoboda i Prawy Sektor w wyborach parlamentarnych 2014 r. wyniosło ponad 6,5 proc. a w Kijowie i zachodnich regionach kraju sięgało nawet 10 proc., co jest na pewno niepokojące, lecz nie niezrozumiałe. Ukraina jest dziś nastawiona na wiele czynników sprzyjających temu zjawisku.począwszy od wojny z Rosją, która odegrała kluczową rolę dla wzrostu uczuć narodowych. Istotnej jest też głębokie poczucie dziejowej krzywdy i obecnego osamotnienia na scenie międzynarodowej w obliczu agresji. Wreszcie, aparat państwowy pozbawiony jest zaufania społecznego a ogromne rozstawrstwienie społęczne tylko podsyca niespokojną atmosferę.
Ironia historii Z tej perspektywy znów warto zastanowić się, jaką postawę wobec Ukrainy na polu polityki historycznej powinna zająć Polska. W ostatnich latach w naszym kraju można zaobserwować zdecydowany wzrost zainteresowania tematem zbrodni wołyńskiej, który niewątpliwie ma w sobie wartość budowy świadomości historycznej. Złowieszczą ironią losu byłoby jednak, gdyby miało to doprowadzić do ponownego zaostrzenia stosunków z naszym wschodnim sąsiadem. Musimy pamiętać, że w tej relacji to Polska jest stroną silniejszą, posiadającą zaplecze międzynarodowe i nieuwikłaną w wojnę na swoim terytorium – Ukrainę współcześnie trudno zatem postrzegać jako realne zagrożenie. Nacjonalizm ukraiński, którego widmo co jakiś czas wraca w krajowych mediach, jest napędzany w dużym stopniu poczuciem osamotnienia, tak więc wroga polityka ze strony Polski – do niedawna jednego z najbliższych sojuszników – tylko go wzmacnia. Truizmem jest stwierdzenie, że historia polsko-ukraińska jest trudna. Niemniej poza ciemnymi stronami, o których nie wolno zapominać i które trzeba zrozumieć w odpowiednim historycznym kontekście, posiada również te jasne, które warto podkreślać w trosce o trudną sytuację obecną, w której dobre relacje na linii Warszawa-Kijów mają kluczowe znaczenie dla obu stron. 0
fot. CC BY-NC 2.0 Elena Penkova
T e kst :
kwiecień 2018
POLITYKA I GOSPODARKA
/ elektromobilność
Polska się spieszy, ale powoli Co powinno być pierwsze: dostęp do pojazdów elektrycznych czy infrastruktura do ładowania? Polska ciągle szuka odpowiedzi na to pytanie, podczas gdy świat postawił już na inteligentną energetykę i modele biznesowe wokół elektromobiliności. T e kst :
A n n a B a s ta
jawisko elektromobilności i wykorzystanie paliw alternatywnych to cywilizacyjna i technologiczna rewolucja – mówi Michał Kurtyka, wiceminister Energii. Rewolucja, która daje impuls do ogólnoświatowej zmiany modelu energetycznego z energetyki scentralizowanej na rozproszoną, bezpieczniejszą i tańszą. Według długoterminowych planów do 2025 r. po Polsce jeździć ma ponad milion osobowych samochodów elektrycznych i blisko 3 tys. takich autobusów. Do końca 2020 r. ma powstać ok. 6 tys. punktów ładowania o normalnej mocy energii elektrycznej oraz 400 punktów ładowania o dużej mocy.
Z
Ładowanie państwowymi pieniędzmi Według Krzysztofa Tchórzewskiego, ministra Energii, e-mobilność może stać się napędem nowoczesnej gospodarki, przyczynić się do wzrostu innowacyjności w sektorze energetycznym oraz stanowić skuteczne narzędzie w walce z zanieczyszczeniem powietrza. Żar przedstawicieli administracji nie wypala się od czasów wejścia w życie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która ma stworzyć warunki do upowszechnienia transportu elektrycznego w Polsce. Prezes Urzędu Dozoru Technicznego, dr inż. Andrzej Ziółkowski, uważa, że elektromobilność w Polsce będzie się
20-21
G ra f ika :
Ja n F r a n c i s z e k Ada m s k i
rozwijała nie tylko dzięki regulacjom, lecz także dzięki osiągnięciu miana „cywilizacyjnego trendu”. Problemem może być koszt niezbędnych inwestycji (55 mld zł do 2050 r.) i masowy import starych samochodów z silnikami diesla, niespełniających żadnych norm emisji – za to znacznie tańszych od pojazdów elektrycznych. Michał Kurtyka przekonuje jednak, że technicznie jesteśmy na to gotowi.
dopłaty do ceny paliw, którą chce wprowadzić minister Energii Krzysztof Tchórzewski (tzw. opłata emisyjna). Ta opłata jest tak marginalna, że mamy odwagę wziąć ją na siebie – mówi prezes Grupy Lotos, Marcin Jastrzębski. Jej stawka wynosi 8 gr. od litra paliwa, czyli po doliczeniu podatku VAT zwiększy na rzecz państwa o ponad 10 gr. opłaty od paliw.
Ustawa w pigułce plus 10 groszy
Pierwszym czynnikiem hamującym rozwój elektromobilności jest brak opinii Komisji Europejskiej w sprawie zwolnienia z akcyzy samochodów EV i PHEV (w tym ostatnim przypadku preferencja miałaby obowiązywać tylko do końca 2020 r.). Przepisy wejdą w życie dopiero wtedy, gdy KE oficjalnie potwierdzi, czy nie są niedozwoloną pomocą publiczną. Rozwój elektromobilności jest również blokowany zapisem o działalności Urzędu Dozoru Technicznego. Każda stacja ładowania wybudowana po wejściu ustawy w życie musi zostać poddana badaniom UDT przed oddaniem jej do eksploatacji. Jednak wciąż brakuje przepisów wykonawczych w tym zakresie, co skutecznie powstrzymuje uruchamianie nowych stacji w Polsce. Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych to bez wątpienia bardzo ważny akt prawny, ale niestety niepozbawiony wad.
Wspomniana ustawa zaczęła obowiązywać 22 lutego 2018 r. Proponuje ona szereg przywilejów dla właścicieli samochodów elektrycznych i hybrydowych (PHEV), m.in. zniesienie akcyzy na samochody, zwiększony odpis amortyzacyjny, darmowe parkowanie, możliwość poruszania się buspasami czy strefy czystego transportu, do których wjazd jest dozwolony wyłącznie samochodem zeroemisyjnym. Ustawa powołuje też do życia długo oczekiwany Fundusz Niskoemisyjnego Transportu (FNT), z którego środki mają wspierać rozwój rynku i infrastruktury paliw alternatywnych w transporcie, w tym m.in. energii elektrycznej, CNG, LNG i wodoru. Zgodnie z Oceną Skutków Regulacji w ciągu 10 lat przychody FNT mają wynieść 6,75 mld zł. By zebrać dopłaty do elektromobilności, grupa Lotos zadeklarowała gotowość do spłacenia nowej
Rozpędzamy się powoli
elektromobilność /
Nasz znak rozpoznawczy Duże koncerny naftowe też stawiają na elektromobilność. Lotos, Orlen i Shell już zapowiedziały instalowanie ładowarek do samochodów elektrycznych na swoich stacjach. Wyróżnia się przede wszystkim Shell, który podpisał kilka miesięcy temu umowę z powołaną przez BMW, Forda i Volkswagena spółką Ionity, operatorem sieci punktów ładowania samochodów elektrycznych o wysokiej mocy. Współpraca obejmie region Europy Środkowo-Wschodniej, Wielką Brytanię, Francję i Holandię. Niedawno ze spółką współpracę zaczęła również grupa Circle K. Ich celem są kraje skandynawskie i bałtyckie. Koncern, który jeszcze nie ujawnił swoich planów dotyczących Polski, to BP, będący w naszym kraju na drugim miejscu pod względem liczby stacji paliw. Projekty pilotażowe zaczęły wdrażać też Energa, PGE, Tauron i Enea. W transporcie publicznym elektromobilność rozwija się szybciej niż prywatnie – podkreśla Dawid Klimczak, prezes Enea Trading. Faktycznie, w odróżnieniu od pozycji Polski na rynku samochodów elektrycznych, na europejskim rynku producentów autobusów elektrycznych jesteśmy zdecydowanie bardziej konkurencyjni. Już teraz około 70 proc. powstających pojazdów niskoemisyjnych jest produkcji polskiej. E-busy to przede wszystkim lepsza jakość powietrza i ob-
POLITYKA I GOSPODARKA
niżenie poziomu hałasu. Wyzwaniem mogą być korki i kolejki do ładowania. W porannych i popołudniowych godzinach szczytu jeżdżą wszystkie autobusy naraz – nie ma takiej sieci przesyłowej, która byłaby przystosowana do tych setek megawatów. Polski Komitet Energii Elektrycznej zabiega o stworzenie i ugruntowanie wspólnego podejścia do rozwoju elektryfikacji transportu pomiędzy przedstawicielami największych producentów energii w Unii. W tym roku Rada UE i Parlament Europejski najpewniej dojdą do porozumienia w tych kwestiach.
Duży czy mały, tani czy drogi Ponad rok temu Enea, Energa, PGE i Tauron Polska powołały do życia spółkę ElectroMobility Poland. Jej głównym zadaniem miało być lobbowanie na rzecz elektromobilności. Plan zakładał także opracowanie „narodowego” samochodu elektrycznego. Konkurs ogłoszony był rok temu, zwycięzców poznaliśmy we wrześniu. Wciąż nie ustalono jednak fundamentalnych kwestii takich jak wymiary, moc napędu czy zasięg. Przez półtora roku spółka rozstrzygnęła konkurs na wizualizację pojazdu bez budowy prototypu czy chociażby makiety wersji produkcyjnej. W tym samym czasie start-up e.GO z Akwizgranu stworzył już kilka jeżdżących prototypów i buduje fabrykę produkującą elektryczne pojazdy. To cios
w polski stan elektromobilności, zwłaszcza że ElectroMobility Poland tworzą czterej najwięksi krajowi dostawcy prądu.
Polsko, ucz się Jak sytuacja wygląda teraz? Mamy kilkadziesiąt wolnych lub półszybkich ładowarek, które starczają na 100 kilometrów jazdy. Dostęp do nich zazwyczaj jest trudny – czasem trzeba zadzwonić i umówić się na ładowanie. Po polskich drogach jeździ 1600 samochodów elektrycznych, a liczba ta może się podwajać co 18–24 miesięcy. Dla porównania do 2017 r. na Ukrainie zarejestrowano łącznie 3265 pojazdów elektrycznych, a w Norwegii 33 tys. (razem z hybrydami 51,4 proc. wszystkich sprzedanych samochodów). Cały czas szukamy jakiejś polskiej specjalności. Może być nią inteligentna energetyka, smart grid czy produkcja baterii – opierają się one na wyrafinowanym oprogramowaniu, a przecież jesteśmy kopalnią informatycznych talentów. Dlaczego by więc nie zapomnieć o polskim aucie elektrycznym i skupić się na transporcie publicznym i inteligentnej sieci energetycznej? Elektromobilność daje szansę stworzenia nowej gałęzi przemysłu i miejsca dla nowych graczy. Polska dopiero niedawno stanęła do wyścigu z innymi państwami i zdażyła już popełnić parę błędów. 0
kwiecień 2018
ARTYKUŁ SPONSOROWANY
Gap Year, czyli czas intensywnego rozwoju Niezwykle popularny w zachodnich krajach Gap Year jest coraz chętniej praktykowaną przez polskich studentów alternatywą poznawania świata i samego siebie. Kilkumiesięczna przerwa od codziennych zajęć to, poza oryginalnym sposobem na zwiedzanie kolejnych krajów, cenne doświadczenie na rynku pracy i wzbogacenie CV. Jakie jeszcze korzyści daje Gap Year? ap Year to termin, który odnosi się do okresu pomiędzy kolejnymi etapami życia i, wbrew swojej nazwie, niekoniecznie musi obejmować cały rok. Czas ten jest wykorzystywany na zdobycie doświadczenia w nowym, odmiennym środowisku i kulturze, poznanie ludzi różnych narodowości, naukę nowych umiejętności czy realizację marzeń. Wyjazdy typu Gap Year są najbardziej popularne wśród młodych ludzi – przed, po lub w trakcie studiów. Gap Year to coraz bardziej popularna forma zdobycia doświadczenia, niekoniecznie w kierunku, w jakim kształcą się młodzi ludzie. Z jednej strony opóźnia nam to terminowe ukończenie studiów, ale niejednokrotnie jest to nowy drogowskaz na odnalezienie właściwej drogi zawodowej – komentuje Magdalena Furs, Service & Delivery Director w Gi Group, firmy świadczącej usługi na rzecz rozwoju rynku pracy.
G
ła, 20-letni Wyszkowianin. Dzięki temu stałem się bardziej samodzielny i niezależny. Chciałem skoncentrować się podczas tego roku na nauce języka angielskiego i hiszpańskiego, więc wybrałem się na kilkutygodniowe wyjazdy do Kapsztadu, Singapuru, Kostaryki i Sydney. W konsekwencji nabrałem dystansu do świata i umiejętności adaptowania się do nieznanych warunków. Pogłębiłem też swoją świadomość różnorodności kulturowej i świadomość finansową, a przy okazji przeżyłem niesamowitą przygodę i poznałem wiele osób, takich jak ja, z innych krajów. To była najlepsza życiowa decyzja.
W taki sposób w kilka miesięcy można zwiedzić na przykład całe USA.
Podróże, które kształcą Najbardziej popularna forma Gap Year to podróżowanie po świecie. Niektórzy łączą zwiedzanie z nauką języków, inni decydują się na dorywczą pracę, która pokrywa im koszty podróży i utrzymania. W taki sposób w kilka miesięcy można zwiedzić na przykład całe USA. Inną alternatywą jest też zagraniczny wolontariat czy praktyki i staże, które weryfikują plusy i minusy obranej ścieżki zawodowej. Na Gap Year zdecydowałem się przed studiami – komentuje Dominik Baku-
22-23
Coraz więcej młodych Polaków robi sobie przerwę Jedną z zalet Gap Year jest pogłębienie znajomości języka obcego, dzięki której nasze CV wygląda ciekawiej, wzrasta też nasz potencjał umysłowy, jak również pewność siebie. Taki wyjazd to zanurzenie w nowej kulturze i mówienie w obcym języku 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Te korzyści sprawiają, że coraz więcej osób decyduje się na wyjazd poświęcony wyłącznie nauce języka.
Wyjazd na Gap Year, rozumiany jako kursy o długości minimum 12 tygodni, w 2017 roku wybrało 40% więcej studentów niż w roku 2016. Są to przede wszystkim osoby młode, w wieku 19-26 lat – dodaje Sylwia Rogalska, Country Manager EF Education First, firmy, która od 51 lat organizuje wyjazdy językowe za granicę. – Gap Year pozwala na poszerzanie horyzontów, pogłębienie znajomości języka obcego, poznanie różnych kultur czy zwyczajów zawodowych. Dziś na rynku pracy osoby ze znajomością kilku języków obcych to prawdziwy skarb. Gap Year wywodzi się z Europy Zachodniej tam zdobył największą popularność. W krajach skandynawskich taki wyjazd to obowiązkowe doświadczenie przed startem kariery. Zagraniczne uczelnie, jak chociażby Harvard, zachęcają przyszłych studentów do odbycia Gap Year przed studiami, niektóre mają nawet specjalne stypendia wspomagające takie wyjazdy. W Polce trend ten jest coraz częściej widoczny jest wśród młodych ludzi, którzy pragną poznać świat, a przy okazji wzbogacić swoje doświadczenia oraz CV. 0
EF Education First Misją firmy jest otwieranie świata przez edukację, pomagając ludziom każdej narodowości i w różnym wieku zostać jego obywatelami. Spółka założona została ponad 50 lat temu, ma w swojej ofercie naukę 9 języków w 50 szkołach na całym świecie. Kursy EF można zacząć w dowolny poniedziałek roku, uczestniczą w nich ludzie z ponad 100 krajów świata.
kultura /
Trochę kultury
Polecamy: 25 Muzyka Polityka muzyki tanecznej Seksizm na scenie elektronicznej
30 TEATR Abecadło z pieca spadło „Elementarz” w Teatrze Narodowym
31 Książka Samotność wędrowca Opowieść o miłości i mroku
fot. Kaique Rocha
Policzalni m a r ta dz i e dz i c k a
S Z E F O WA DZ I A Ł U K S I Ą Ż K A
illiam Wordsworth – prekursor romantyzmu angielskiego – napisał wiersz, w którym ukazał absurd podejścia racjonalnego, a nawet – matematycznego, do śmierci i uczuć, które jej towarzyszą. W wierszu Mędrzec zadaje dziewczynce z pozoru proste i oczywiste pytanie: ile ma braci i sióstr. Ona uparcie odpowiada, że siedmioro, co – wydaje się – nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Problem polega na tym, że rozmówca nie rozumie sposobu liczenia dziecka, które włącza w swoje rodzeństwo również zmarłą dwójkę i na przykładzie własnych doświadczeń próbuje go przekonać, że śmierć nie jest przeszkodą w relacjach rodzinnych. Starzec wciąż jednak wytyka jej błąd matematyczny. Bohaterowie mówią, ale nie rozmawiają, ponieważ inaczej pojmują świat. No tak, ci obłąkani romantycy! Wciąż szukali problemów tam, gdzie ich nie było! A może naprawdę widzieli więcej? Paramilitarne oddziały dokonały w kilka dni w lipcu 1995 r. w Srebrenicy masakry na 8373 muzułmańskich mężczyznach i chłopcach. Niedawno Trybunał Karny w Hadze uznał Ratko Mladicia za winnego ludobójstwa. Znamy jego nazwisko i historię, a czy chociaż jednej jego ofiary? Polaków Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata jest 6706. To dużo czy mało? Dyskutowano o tym pod pomnikiem Bohaterów Getta podczas obchodów Dnia Pamięci. Kim była osoba 966 narażająca życie swoje i swoich najbliższych, żeby pomóc bliźniemu? Tego nie wiemy, chyba że udamy się do Ogrodu Sprawiedliwych i tam przeczytamy tabliczkę. Drugi człon nazwy izraelskiego instytutu Jad
W
Ci obłąkani romantycy! Wciąż szukali problemów tam, gdzie ich nie było!
Waszem, odpowiedzialnego za powyższe statystyki, oznacza „imię”. Idea wywodzi się z Księgi Izajasza, symbolicznie ma oznaczać oddanie komuś miejsca w domu (posadzenie drzewa w Państwie Izraela) i wspomnienie jego imienia, zapamiętanie go na zawsze (zapisanie). Cel był szczytny, szkoda tylko, że współcześnie nie został osiągnięty: Sprawiedliwi, jak i ofiary nienawiści, które uratowali, pozostają zaledwie liczbą, która brzmi efektownie podczas dyskusji, czasem jest orężem w walce politycznej, rzadko niestety człowiekiem ze swoją historią. Opowieść o życiu każdego z 11,5 tys. zamordowanych w Afganistanie w 2016 r. byłaby zbyt długa, nużąca, za to „prawie dwanaście tysięcy” brzmi szokująco. W Syrii codziennie umierają kolejne istoty ludzkie, ale dopiero „chłopiec z Aleppo” zrobił wrażenie na opinii publicznej. Kto wie jednak, jak ma na imię? Co się z nim stało? Jest tylko następną (którą?) ofiarą wojny. Słabość do niezwracania uwagi na konkretnych ludzi, ich imiona, dokonania, życiorysy, historie i traktowania ich jak nowe rekordy w globalnej statystyce to zdaje się nieodzowna część ludzkiej natury. Recepta? W języku hebrajskim z reguły nie używa się liczebników do liczenia ludzi; zamiast tego posługuje się literami alfabetu (abdżadu). Brzmi niepraktycznie, ale może być sensowne. Jeżeli przestaniemy wykorzystywać matematykę do określania cierpień, odwagi, poświęcenia i śmierci, to może w końcu zaczniemy widzieć zamiast liczby jednostkę, a nie zbiorowość? Chociaż to przecież dobrze wygląda w nagłówku gazety. 0
kwiecień 2018
/ recenzje
xxxxz
ocena:
I didn’t mean to offend anyone
Flava D More Love 2 self-release
ludzie którzy nie chcą płacić za wykonywaną pracę są żałosnymi kreaturami
...Alright, I’m lyin’
Flava to jedna z niezawodnych artystek tej dekady.
kompilacja oparta jest na nieco mniej wyraźnych i bez-
Każdy kontakt z jej utworami gwarantuje ponowne
pośrednich hookach. Sprawia czasem wrażenie bardziej
ich ujrzenie w topliście roku. Po kolejnej kompilacji
zaawansowanego produktu dla fanów. Z jednej strony
piosenek wydanej 1 stycznia można pozostać w stym
nie jest już tak łatwo się w niego wgryźć, ale mamy też
przekonaniu. Sequel do wydanego w 2015 r. More Love
pewność, że musielibyśmy słuchać go więcej razy, by za-
ponownie oferuje świetnie wyselekcjonowaną daw-
czął się nam nudzić.
kę brytyjskiego garage’u. O ile na poprzednim krążku
Można mieć jednak kilka przytyków do More Love 2.
tempo zwalniało sporadycznie, o tyle tutaj nie da się
Mimo wysokiej jakości nieco brakuje mu do poziomu
nie zignorować spokojniejszych piosenek. Jako całość
fenomenalnej „ jedynki”. Po części można winić Flavę za
More Love 2 wydaje się skierowana nie tylko do klubu,
brak efektu zaskoczenia. 3 z 10 kawałków to remik-
lecz także na soundtrack do przemierzania wielkiego
sy, kiedy to w poprzednim wydawnictwie wszystkie
miasta piątkową nocą. Szczęśliwie zmiana ta jest zde-
utwory były oryginalne. W 2015 r. genialna kolekcja
cydowanie na plus, co potwierdza bardzo dobre, chil-
klubowych tracków wyszła poza Wielką Brytanię bez
lujące trapowe r&b Nothing, będące remiksem utworu
ostrzeżenia, a w 2018 chyba najlepszy w zestawieniu
Kingdoma i Syd.
Happy jest już dwuletnim singlem, który pojawia się tu-
Za gwarantowaną przyjemność ze słuchania odpowia-
taj w dwóch wersjach.
da w dużym stopniu skupienie się w warstwie produk-
More Love 2 jest nadal idealną okazją, by tę niedo-
cyjnej na czystym, mocno uderzającym bicie i głębokim
cenianą artystkę poznać. Zarówno dla tych, którzy
basie. Tym samym środek zostaje nieco w tyle. Nie ma
w muzyce szukają prostego i urokliwego eskapizmu,
tu miejsca na żadne szumy i brud – każdy dźwięk musi
jak i wszystkich, chcących być na bieżąco z najlepszymi
być doskonale słyszalny, a całość przejrzysta. To muzyka
nowymi wydawnictwami.
bez wielkich tajemnic, płynąca z serca do serca. Ciekawe
BARTOSZ GRYZ
W warstwie tekstowej jak zwykle jest raczej ponuro. Johnson wspomina zmarłego podczas powstawania albu-
gdzieś z pogranicza garażowej psychodelii i noise rocka.
mu przyjaciela zespołu, śpiewa o swoich zmaganiach z de-
Pomimo pewnej popularności, jaką osiągnęły oba krążki,
presją i ojcu chorym na Alzheimera. Co ciekawe, dotyka też
kwintet z Leeds wydawał się kompletnie niezaintereso-
rzadko poruszanego tematu wizerunku ciała u mężczyzn
wany budowaniem swojej pozycji czy wizerunku. Człon-
i kompleksów związanych z poczuciem męskości. Mimo
kowie zespołu do niedawna byli anonimowi (posługiwali
ciężkiej, introspektywnej tematyki nie ma tu marudzenia
się jedynie inicjałami), cały czas pracują też w różnych
– w głosie Johnsona coś zdaje się budzić optymizm czy
zawodach, muzyką zajmując się jedynie po godzinach,
chociaż nadzieję.
co pozwala im na niezależność od wytwórni i tworzenie
Do najlepszych kawałków na krążku należy napędzany
we własnym tempie. Microshift powstawał więc raczej
Kraftwerkowym syntezatorem nieregularny Ullswater.
– zespół musiał się
Otwierany dwiema minutami gitarowego hałasu post-pun-
niespiesznie, ale i nie bez trudności
zmagać m.in. ze zniszczeniem studia przez powódź. Jak
kowy Opener pokazuje, że wciąż nikt tu się nie boi wpiąć
prezentuje się efekt tych zmagań?
coś pomiędzy gitarę a wzmacniacz. Słabszym punktem jest
Otwierający album siedmiominutowy Negative Shift
przydługie Each Time We Pass, za to mrocznie elektronicz-
już od początku zaskakuje pociętymi samplami, au-
ny i zaopatrzony w świetne sample instrumentów dętych
tomatem perkusyjnym i analogowym syntezatorem.
Boxing Day zaskakuje nagłym, niespodziewanym zakoń-
Zwiastuje to ewolucję w brzmieniu zespołu względem
czeniem, zapewne inspirowanym wspomnianą stratą przy-
– tutaj będzie bardziej elektronicznie,
jaciela. Mocnym zakończeniem płyty jest nawiązujące do
poprzednich płyt
mniej hałaśliwie, miejscami nawet popowo czy tanecznie. Mniej Wooden Shjips, więcej LCD Soundsystem.
pierwszych, nieoficjalnych wydań zespołu, Shortcomings.
Microshift , jako album bardziej przystępny niż po-
Te zmiany zdecydowanie służą zespołowi. Wokal Mat-
przednie dokonania brytyjskiego kwintetu, zapewne
thew Johnsona po raz pierwszy nie jest przykryty war-
powiększy rzeszę jego fanów. Dla słuchaczy zaczyna-
stwami delayu i wmiksowany gdzieś na dno, co pozwala
jących przygodę z Hookworms zespół opublikował na-
mu wykorzystać formy ekspresji inne niż krzyk. Perkusja
wet na Spotify playlistę składającą się wyłącznie z ich
wychodzi poza punkowe schematy, a i bas nie musi się
kawałków, zatytułowaną Introduction to Hookworms .
ograniczać do powtarzania jednego groove’u. Nie znaczy
Także starsi stażem fani nie zawiodą się na ewolucji,
to jednak, że zespół zupełnie dystansuje się od swoich
jaką zespół przeszedł od The Hum , bowiem Microshift
dawnych dokonań. Każda sekunda ma w sobie pewną
to świetne, różnorodne trzy kwadranse gitarowo-
charakterystyczną energię, która nie pozostawia wątpli-
-elektronicznego grania.
wości, że słuchamy właśnie Hookworms.
24-25
M A R E K K AW K A
Hookworms Microshift
Domino Recording Company
xxxxy
Dwie poprzednie płyty Hookworms, The Hum i Pearl
Mystic, przykuwały uwagę repetytywnym dźwiękiem
ocena:
jest też, że w porównaniu do pierwszej edycji tegoroczna
discwoman /
Mimo postępujących zmian przemysł muzyczny wciąż nie może uwolnić się od seksizmu. Przykładem drogi ku lepszemu jest nowojorski kolektyw Discwoman wzmacniający pozycję kobiet na scenie muzyki elektronicznej. A u tor :
M ac i e j B u ń kow s k i
listopadzie 2017 r. Resident Advisor przedstawił oświadczenie o zaprzestaniu publikowania corocznie wybieranej przez użytkowników listy najlepszych DJ-ów. Pomysł, by pokazać naszych ulubionych artystów, zaczął wpływać na realne zarobki muzyków elektronicznych. Homogeniczność naszych list nie przedstawia różnorodności szerokiego spektrum, jakim jest scena muzyki elektronicznej – czytamy. W większości jest to męska obsada (kobiety zajmują w 2018 r. tylko 8 (!) ze 100 miejsc). Przedstawia to ważny problem w przemyśle muzycznym - seksizm. Także przeglądając różne listy najbardziej popularnych DJ-ów ostatnich lat (DJ Mag, Festicket) nie znajdujemy prawie żadnej kobiety. To niestety nie przypadek, lecz reguła.
W
Booking bez barier Discwoman jest wieloobszarowym przedsięwzięciem. To platforma, na której powiązane artystki mogą publikować swoje miksy. Kolektyw skupia również walczących z seksizmem wykonawców szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Jest także agencją bookingową, która daje nieznanym artystkom możliwość wypromowania się, pomaga w organizacji koncertów. Oprócz tego prowadzi warsztaty, na których kobiety za darmo mogą nauczyć się produkować i miksować. Promują także równość w kontekście kultury klubowej – jedno z takich spotkań odbyło się w Poznaniu w sierpniu 2017 r.
Presja kobiet Według female:pressure, w roku 2015 na 44 festiwalach muzyki elektronicznej grało 2096 artystów – i tylko 10,8 proc. z nich stanowiły kobiety. Nie ma wątpliwości, że przemysł muzyczny to kolejne z miejsc, gdzie dominują mężczyźni. To zaskakujące, zważając na to, że muzyka klubowa ma swoje zaczątki w kulturach zmarginalizowanych: afroamerykańskiej i LGBT. Jednak z roku na rok sytuacja poprawia się – więcej osób angażuje się i zauważa ten problem. Do takich inicjatyw należą również różne kolektywy skupiające artystki. Najbardziej znanym z nich jest Discwoman, założony przez: Emmę Burgess-Olson (występującą jako Umfang), Frankie Decaizę Hutchinson (zajmująca się promocją) i Christine McCharen-Tran (działająca w bookingu). Discwoman miał swój początek jako dwudniowy pokaz muzyki elektronicznej obsadzony przez 12 artystek. Pieniądze z eventu zostały przeznaczone na organizację non-profit wspierającą kobiety. Pierwsza impreza miała być też ostatnią; jednorazowy event przerodził się jednakże w coś szczególnego. Zaraz po wydarzeniu prasa zainteresowała się założycielkami. Dziewczyny stały się powszechnie rozpoznawalne, zaczęły udzielać wywiadów. Zrozumiały, że nie mogą przestać.
Członkowie kolektywu uważają, że jedną z barier w tworzeniu muzyki jest brak dostępu do sprzętu, dlatego pomagają stawiać pierwsze kroki artystkom, oferując własne urządzenia. Jako agencja bookingowa Discwoman oferuje rozpoznawalną markę, wsparcie i nieustępliwość. Członkom kolektywu zależy na tym, aby artystki dostawały stosowne wynagrodzenie za swoje występy. Po pierwszym wydarzeniu zgłosiło się do nich wiele agencji z prośbą o pomoc w różnicowaniu line-upów. Ciągle próbujemy się rozwinąć i przyciągnąć więcej ludzi – artystów, których chcemy wspierać i promować jest wielu – tłumaczy jedna z założycielek.
Na samych klubach ciąży presja – czy bookowanie nieznanej kobiecej artystki się opłaca? W końcu każdy musi zarobić pieniądze, a wybór białego męskiego DJ-a grającego EDM jest najłatwiejszy – jest ich więcej. To oni są najpopularniejszymi i najlepiej zarabiającymi na świecie. Dla odbiorców muzyki jest obojętne, kto stoi za konsoletą. Może to być zgubne – pokazywanie artystów tylko z jednego środowiska ogranicza publiczność.
Głos zmiany Dysproporcja w liczbie artystów różnych płci powoduje, że takie inicjatywy są potrzebne. Discwoman był jednym z pierwszych kolektywów wzmacniających rolę kobiet. Takich inicjatyw pojawia się coraz więcej. Zarówno muzycznych: Room 4 Resistance w Berlinie czy Oramics w Warszawie, jak i związanych ze sztuką, m.in. iQhiya w RPA czy Topical Cream w Nowym Jorku. Nie chodzi o to, aby piętnować kluby i promotorów, którzy nie bookują kobiecych artystów. Większe znaczenie ma tu otwartość na zmiany. Trzeba dać producentkom możliwość zabrania głosu, a samo otwarcie dyskusji to duży krok w walce z dyskryminacją. Im więcej kobiet będzie występowało na dużych festiwalach, pokazując światu, że wcale nie robią tego gorzej niż mężczyźni, tym szybciej rzeczywistość, w której żyjemy, ulegnie zmianie. Założycielki Discwoman nie miały pojęcia, że ich projekt zostanie przyjęty z takim entuzjazmem, bo dla nich wydaje się to oczywiste. Discwoman to tylko mały krok w walce ze zdominowanem przez mężczyzn przemysłem muzycznym. Mimo że z roku na rok liczba widocznych i aktywnych DJ-ek się zwiększa, na znaczącą zmianę trzeba jeszcze poczekać. Niemniej, jeżeli inicjatywa taka jak Discwoman potrafi nakłonić artystki do tworzenia i zapewnić je, że istnieje dla nich miejsce – to najlepsze, co może się stać. 0
kwiecień 2018
AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER
AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER
Polityka muzyki tanecznej
AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER
AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER AMPLIFY EACH OTHER
/ teatr telewizji Marto, ostatni raz napisałaś tak długi tekst
Scena za ekranem Nie ma kurtyny ani dzwonków przywołujących widzów. Numerowane miejsca zamieniają się w domowy fotel, kanapę czy krzesło biurowe. Scena Teatru Telewizji nie tylko zagościła na stałe w telewizji, lecz także wchodzi do internetu. T E K S T:
m a r ta dz i e dz i c k a
Jeżeli chcia łoby się znaleźć choć trochę dobrej zmiany w dobrej zmianie, warto zajrzeć do… TVP, a dokładniej – Agencji Kreacji Teatru Telewizji Polskiej. Może się to wydawać podejrzane, ale trzeba przyznać, że od ponad pół roku oferta spektakli telewizji publicznej jest regularna i bogata. Oczywiście pojawiają się produkcje nader patriotyczne, narodowe, zgodne z ideologią partii rządzącej (np. Marszałek w reż. Wojciech Tomczyka), ale w repertuarze są też inscenizacje nie tylko znanych reżyserów (np. Spiskowcy w reż. Jana Englerta), lecz także debiutantów (np. Żabusia w reż. Anny Wieczur-Bluszcz). Oferta jest różnorodna, a więc adekwatna do teoretycznej misji mediów publicznych.
26-27
Umowa teatralna Przeniesienie sceny teatralnej do telewizji nie miało na celu tylko dotarcia pod strzechy, chociaż to również stanowiło istotną misję społeczną. W szarej, socjalistycznej rzeczywistości ta misja okazała się bardzo istotnym czynnikiem, który sprawił, że Teatr Telewizji funkcjonuje do dziś. Nowe medium narodziło się z połączenia filmu i teatru – nosiło cechy obu, ale było oryginalnym sposobem przekazu opowieści i dotarcia do widzów. Teatr telewizyjny korzysta bowiem z jednej strony z rozwiązań filmowych – kamera, oświetlenie, przekaźnik, z drugiej – pozostaje spektaklem, nawet jeśli jest wyświetlany w przestrzeni domowej, a nie oglądany bezpośrednio w teatrze. Oprócz umowności, że teraz widz ogląda teatr w telewizji, a nie film, jest kilka innych czynników, które wpływają na rozróżnienie tych gatunków. Jerzy Limon, wybitny znawca teatru, autor książki Obroty przestrzeni. Teatr Telewizji. Próba ujęcia teoretycznego, pisze: [reżyser – przyp. red.], nasycając dzieło regułami i konwencjami teatru, sygnalizuje, że chce, byśmy czytali je jako teatr. Jedną z tych reguł jest czas – w spektaklu telewizyjnym zostaje on przeniesiony do umownej teraźniejszości, tworzy niejako swoiste praesens historicum – natomiast w przypadku większości filmów akcja w odbiorze widza dzieje się w przeszłości. Spektakl – uznajemy jako widzowie – odbywa się w tym samym momencie, w którym go oglądamy. Ponadto w Teatrze Telewizji można się doszukiwać przerysowanych gestów, strojów, dekoracji, sposobu mówienia – specyficznych dla teatru i jego „sztuczności”.
Równie ważna jest relacja przestrzenna – komunikacja między aktorami a widzami. Artyści grają dla publiczności, nawet jeżeli tej nie ma w studiu nagrań. Kontakt międzyludzki zostaje silnie zaznaczony i znów umownie przyjęty przez obie strony ekranu. Limon zauważa jeszcze, że występuje ciągłość ujęć, połączona z „delikatnym” montażem, pozbawionym elipsy czasowej, czyli brak nagłych przeskoków akcji, czasu – niemal zachowanie zasady trójjedności, niespotykane w filmach.
Kto tu rządzi? Ponadto nie jest to teatr – ze strefy scenicznego sacrum przenosimy się gdziekolwiek, a więc zdecydowanie do profanum. Widz może w każdym momencie zatrzymać obraz, aby zrobić sobie herbatę, czy nawet wyłączyć przedstawienie w połowie i wrócić do oglądania tydzień później. Nowe medium dało sporą władzę zarówno odbiorcy, jak i reżyserowi. To operator kamery wskazuje obraz istotny dla danej akcji, nakierowuje widza na konkretnego aktora, ważny rekwizyt. Prowadzi za rękę – to jest istotne w tej scenie, ten gest jest znaczący. W teatrze widz ma pełną kontrolę; może obserwować to, co chce, nie musi skupiać uwagi na wygłaszającym kwestie aktorze, jego wzrok może powędrować gdziekolwiek. W teatrze telewizyjnym ta wolność została ograniczona. Reżyser natomiast zyskuje pewność, że odbiorca zobaczy to, co według jego zamysłu powinien. W zamian widz dzierży największe insygnium władzy – pilota, a od niedawna – mysz i klawiaturę. Od pierwszych, często nieudanych, prób do wejścia w strefę online minęło jednak wiele burzliwych lat.
teatr telewizji /
Telewizyjne pasmo teatralne jest polskim fenomenem na skalę światową. Stanowi rezerwat dla klasycznej obecności spektaklu w przestrzeni ekranu. Jan Englert – jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, również Teatru Telewizji – powiedział w latach 90. o tej konwencji: to zupełnie nowy gatunek sztuki, odrębny wobec filmu i teatru […]. Polski Teatr TV jest na pewno fenomenem i to w skali światowej, choćby dlatego, że premiery daje co tydzień, a większość z nich to klasyka. Dlaczego akurat w Polsce udało się rozwinąć tę gałąź sztuki? Historia tego zjawiska sięga roku 1952 – wtedy zaczęto transmitować fragmenty przedstawień teatralnych. Pierwszym spektaklem Teatru Telewizji, wyświetlonym w całości 6 listopada 1953 r., było Okno w lesie w reżyserii Józefa Słotwińskiego. Początkowe próby wprowadzania nowego formatu nie obyły się bez potknięć. Po pierwsze spektakle były grane na żywo, a z tym zawsze wiąże się większe ryzyko – spóźnienia aktorów, problemy ze sprzętem (wtedy jeszcze dość słabej jakości), przerwy w nadawaniu. Po drugie artystom towarzyszyła niepewność – czy ktoś w ogóle to ogląda?, ile osób ma rzeczywiście dostęp do odbiornika?. Pytania wydawały się zasadne, w latach 50. mało kto miał w domu własny telewizor. Niemniej po wojnie społeczeństwo zaczynało wracać do stabilnego życia i potrzebowało rozrywki. Niechęć świata aktorskiego do nowej formy przełamał Adam Hanuszkiewicz – wybitny aktor i reżyser. Dla niego kamera dawała przede wszystkim możliwość pokazania emocji wypisanych na twarzy aktora, zobaczenie prawdziwego człowieka z bliska, co nie zawsze było możliwe na widowni teatralnej – im dalsze miejsce, tym gorszy widok. Przed telewizorem wszyscy jesteśmy równi. Zdaje się, że misja Teatru Telewizji odzwierciedlała ówczesne ideały socjalistyczne.
Rozkwitające błędy Lata 60. przyniosły nowe możliwości techniczne – nagrywano spektakle na taśmę, a później je odtwarzano, chociaż kontynuowano również transmisje na żywo. Zaczęto też organizować spotkania, pojawił się konkurs Złote i Srebrne Maski, pierwsze międzynarodowe sympozjum i inne wydarzenia branżowe. Ozna-
czało to, że lud spragniony jest wysokiej sztuki podanej jednak w przystępny sposób. Zawitanie do domu przeciętnego Kowalskiego, który po pracy nie miał już ochoty szykować się do teatru, spełniło w socjalistycznej rzeczywistości misję szerzenia kultury, udostępniania jej każdemu zainteresowanemu bez względu na jego zawód czy możliwości finansowe. W latach 70. na deski teatru coraz śmielej wkraczały nowe gatunki i nowi autorzy, m.in. Norwid, Iwaszkiewicz, Witkacy, Camus. Oprócz tego istniały również przedsięwzięcia o bardziej rozrywkowym charakterze. Znów – widzem był nie tylko intelektualista, lecz także przedstawiciel każdej grupy społecznej. Olga Lipińska stworzyła kabaret telewizyjny łączący twórczość m.in. Gałczyńskiego i Osieckiej. Po latach wspominała: programy robiło się na żywo i zdumionej, niewielkiej widowni serwowało się nie tylko trzaski obiektywów, ale i głosy suflera, i rozmowy ekipy technicznej. I nieprzygotowany plan, przez pomyłkę wrzucony na wizję. To był naprawdę wspaniały okres. Może te mankamenty również przyciągały widzów, którzy zobaczyli, że świat wysokiej kultury jest w rzeczywistości taki jak oni sami – niedopracowany, spontaniczny, po prostu: ludzki.
Wojna więc? O ile podczas stanu wojennego Teatr Telewizji nadawał normalnie, co tydzień, o tyle jedność środowiska aktorów okazała się tak silna, że zaprzestano nagrywania nowych spektakli. Wydaje się, że był to jeden z niewielu tak poważnych objawów wkraczania polityki do tego medium. Artyści odmawiali nie tylko grania, lecz także przychodzenia do studia na wywiady. Sprzeciwiali się również kamerom obecnym podczas przedstawień na deskach teatrów. 1
graf. Ewa Enfer
Pomimo przeszkód
kwiecień 2018
/ teatr telewizji
Bunt był spontanicznym wyrazem sprzeciwu środowiska. Joanna Szczepkowska powiedziała kiedyś: Jak po kilku latach oceniam bojkot? Przede wszystkim jako coś całkowicie naturalnego. Zrodził on jednak wiele problemów, bo aż do kwietnia 1982 r. telewizja musiała puszczać wyłącznie powtórki. Program Drugi natomiast całkowicie zaprzestał nadawania spektakli. Utrzymało się za to pasmo dla dzieci – artyści nie chcieli ich krzywdzić przez polityczne decyzje, ponadto wierzyli w misję edukacji najmłodszego pokolenia.
świata kultury, które nie przyniosło jednak oczekiwanych skutków. Powoli znikały kolejne pasma, a poniedziałkowy cykl został przesunięty na późniejszą godzinę. Po latach 90. Teatr Telewizji nie był już tak istotnym punktem programu zarówno dla władz telewizji, jak i samych odbiorców. Nowy. przyspieszony świat oferował inne rozrywki, misja szerzenia kultury przez publiczne środki przekazu schodziła na dalszy plan. Współczesny obywatel miał dostęp do różnorodnych teatrów, powstających multipleksów, a coraz rzadziej – do teatru w telewizji.
Idą nowe czasy
Przyszłość jest dziś
W latach 90. Teatr Telewizji wyświetlano aż cztery razy w tygodniu! Były to nie tylko klasyki literatury. Przypominano także najlepsze spektakle, wprowadzono komedie, przedstawienia psychologiczne i obyczajowe, także te na pograniczu dokumentu i publicystyki, również produkcje zagraniczne. Powiew nowoczesności dotarł też do odbiorników. Społeczeństwo w trakcie przemian pozostało wierne Teatrowi Telewizji, on w zamian urozmaicał swoje programy, starając się iść z duchem czasu. Zaczęło przychodzić coraz więcej twórców filmowych, przez co samemu przedsięwzięciu zarzucano zbyt bliski mariaż z filmem. Z jednej strony było to odświeżenie dla już dość starego modelu, z drugiej – teatr przestawał być teatrem, jak twierdzili niektórzy twórcy. Niestety rynek szybko zweryfikował działalność Teatru Telewizji – z roku na rok malał budżet na spektakle. Wywołało to oburzenie
XXI w. to dla Teatru Telewizji czas zaników, powrotów, nowości, ale i powtórek, corocznego (od 2001 r.) Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie i nagród przyznawanych za najlepsze realizacje spektakli. Ciekawą sztuką, szczególnie dla studentów, może być Juliusz Cezar Szekspira wyreżyserowany przez Jana Englerta w 2005 r. na… dachu BUW-u! Adaptacja ta zdobyła Grand Prix Festiwalu „Dwa Teatry”. Zdaje się, że również ostatnio obserwujemy wzrost zainteresowania Teatrem Telewizji. Obecna władza pielęgnuje to, co narodowe, a dzięki temu powstają kolejne spektakle, są przyznawane dotacje. Co ciekawe również środowisko twórców zjednoczyło się, aby przywrócić Teatrowi Telewizji należyte miejsce w przestrzeni kulturalnej. Doczekaliśmy się przeniesienia Mroku w reżyserii Artura Tyszkiewicza, jednego z ważniejszych spektakli Teatru Narodowego (zadedykowano go
Andrzejowi Blumenfeldowi). Ciekawym eksperymentem okazała się adaptacja przygód kryminalnych Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego, dokonana przez Łukasza Palkowskiego. Teatr Telewizji znów się rozwija – stara się znaleźć złoty środek i pogodzić ideologiczną misję mediów narodowych z wysoką kulturą dobrej jakości. Na razie ten kompromis działa. Od pierwszych – często nieudanych – prób przeniesienia teatru do telewizji, jeszcze w czasach kiedy ona sama nie była ani popularna, ani rozwinięta, do włączenia go do stałej ramówki telewizyjnej minęło ponad pół wieku. Mogłoby się zdawać, że skoro sama telewizja jest powoli wypierana przez internet, to również Teatr Telewizji w końcu doczeka swojego zmierzchu. Tak się jednak nie dzieje. Niedawno TVP uruchomiło transmisję inscenizacji za pomocą VOD, ponadto udostępnia popremierowo kolejne sztuki na swojej stronie. Również Ninateka upublicznia archiwalne spektakle. Wydaje się więc, że polski fenomen teatru przeniesionego na domowy ekran ma szansę przetrwać, a nawet rozwijać się w duchu postępu. Teatr Telewizji okazuje się jednym z ważniejszych kulturalnych projektów narodowych XX w., który – jak dotąd – łączy zarówno twórców i widzów niezależnie od sympatii politycznych czy wartości ideologicznych. Kurtyna Teatru Telewizji wciąż jest w górze i nie zamierza opadać, z pożytkiem dla odbiorców,. A co przyniesie przyszłość – zobaczymy, na ekranie telewizora lub komputera. 0
Inicjacja w Breslau T E K S T:
m a r ta dz i e dz i c k a
Młodzieńcy, którzy bawią się w elitarne tajne stowarzyszenie, śmierć, upozorowanie ofiary na mitycznego Ikara, prasa głodna sensacji, otwarcie Hali Stulecia, planowany zamach, spory polityczne i osobiste problemy – to wszystko udało się zmieścić Palkowskiemu w spektaklu telewizyjnym inspirowanym powieściami Marka Krajewskiego. Mock, jak zapowiada sam tytuł, opowiada o początkach kariery detektywa Breslau. I mimo nasyconej akcją fabuły adaptacja jawi się przede wszystkim jako piękne zjawisko z pogranicza filmu i teatru.
Złudnej barwy blask* Architektura Hali Stulecia przywodzi na myśl elżbietański Teatr Globe, również z jego technicznymi innowacjami. Wybór tego obiek-
28-29
tu wydaje się więc naturalny. Ograniczenie się do jednego miejsca i umieszczenie w nim całej akcji, zmieniając tylko fragmenty ascetycznej dekoracji, pozwoliło na uzyskanie efektu z jednej strony potężnego wielofunkcyjnego planu, z drugiej – zredukowanego jednak przez ściany i kopułę. Pozwala to na ukazanie zarówno zamknięcia i pustki, jak i poczucia wyobcowania pośród ogromu sceny. Niewątpliwie efekt ten potęguje świetne operowanie kamerą, która nierzadko prezentuje zjawiskowe, statyczne ujęcia – chociażby początkowa scena zbiorowa chóru chłopców. Dopełnieniem obrazów jest również, co paradoksalne, powściągliwość w kolorystyce. W spektaklu pojawiają się przede wszystkim odcienie szarości, czerń, biel, ale i najważniejsza – czerwień. Ograniczenie pa-
lety barw nie minimalizuje artyzmu, wręcz przeciwnie – potęguje siłę obrazu.
Jak było – nie będzie Siłą są też słowa, a raczej ich kreacja i funkcja. Mimo że spektakl – jak na teatr telewizji przystało – jest silnie filmowy, to w kwestii gry aktorskiej i układu tekstu pozostaje iście teatralny. Pierwszym ważnym momentem są słowa Paula Vyhladila, który kpi z definicji zła podanej przez Mocka cytującego Marka Aureliusza – zło to choroba duszy – na co jego przełożony odpowiada to wszystko jest bzdura, Mock. Początkowo można uznać to za pseudofilozoficzne przechwałki pijanego, zniszczonego przez służbę starca, ale jego wypowiedź pełni ważną funkcję – przywodzi na myśl wstęp chóru. Vyhladil jeszcze nieświado-
recenzje /
mie dla widza odgrywa rolę greckiego wieszcza – już na początku opowiada cały spektakl. Również na końcu pojawia się odpowiednik chóru – jest nim Mülhaus. Streszcza wypadki i planuje przyszłość. Wszystko sobie ustaliliśmy, żegnam – padają z jego ust słowa zakończenia. Choć akcja trwa jeszcze przez chwilę, te zagrania spinają całość klasyczną klamrą i wskazują na silnie teatralny rodowód produkcji.
Spokój spał na wyspie, potem nastał wrzask
Początek spektaklu to recytacja wiersza Gerharta Hauptmanna, silnie zaznaczająca teatralność opowieści i nastrajająca widza już od początku: Tu gdzie jest mój dom| rosła kiedyś trawa,| wspomnień rzewny ton,| smutek i zabawa.| Trzech przyjaciół wraz,| przeminął nam czas. Niemniej otwarcie Hali Stulecia – wokół którego toczy się cała akcja – odbyło się w 1913 r., a wiersz pochodzi z 1943. Pomyłka czy może celowe zaburzenie czasu, które ma pokazać, że problemy przedstawione w sztuce są nadal
aktualne? Życie było, jest i będzie pełne kompromisów, zła, a może po prostu, jak twierdzi Vyhladil – bzdur? 0 *cytaty pochodzą z przywołanego na początku spektaklu wiersza Hiddensee G. Hauptmanna (w tłum. Jana Koprowskiego).
Mock re ż . Ł uk as z P a lk o w sk i
Tea tr Te le w izji T V P
ocena:
88889
fot. Jaroslaw Sosinski / TVP
Szymon Piotr Warszawski gra młodego Mocka na początku drogi zawodowej, przechodzącego właśnie swoje inicjacje, a może i rite de passage (fr. rytuał przejścia). Wykreowany przez niego Eberhard jest żywy, prawdziwy, ale i po prostu – ludzki. Inaczej niestety jest w przypadku hrabiny Charlotty Bloch von Bekessy. Gra Agnieszki Żulewskiej jest irytująca, niezrozumiała – nie tyle przerysowana, nader teatralna, ile błędna. Specyficznie położone akcenty czy przerzutnie w nieodpowiednich miejscach ujmują bardzo wiele jej bohaterce, a ta byłaby fascynującym punktem spektaklu. Niestety niedociągnięcia odwracają uwagę od intrygującego charakteru postaci, skupiając uwagę widza właśnie na mankamentach jej gry.
Postbiografia Wiery Gran k AR O L I N A m AZ U REK
Biografia Wiery Gran należy do tych, które posiadają wszystkie cechy wciągającej opowieści. Jest w niej m.in. wątek świetnie zapowiadającej się piosenkarskiej kariery rozpoczętej na początku lat 30., kontynuowanej później w getcie. Artystka trafiła tam dobrowolnie, chcąc dołączyć do matki i sióstr. Przeżyła jednak tylko ona, a już niebawem jej udziałem stała się cała seria trudnych doświadczeń: zmagania z oskarżeniami o kolaborację, emigracja i wiele lat życia w zapomnieniu. Wszystko to mogłoby posłużyć za podstawę do stworzenia lirycznego spektaklu skupionego na tragizmie losów bohaterki i właśnie dlatego interesująca jest decyzja twórców, którzy postanowili zrobić coś całkowicie innego. Wierę grają wszyscy występujący w spektaklu aktorzy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, a noszone przez nich czarne, estradowe sukienki są wybrakowane. Być może jest to sugestia, że postaci nie tworzą spójnego obrazu tytułowej bohaterki i reprezentują jedynie domysły na jej temat. Od pierwszej sceny uwagę przykuwa również infantylizacja sposobu przekazywania faktów z życia Wiery. Postacie często mówią tonem brzmiącym tak, jakby zwracały się do dzieci, mieszkańcy getta noszą na głowach kolorowe, zwierzęce maski,
fot. Natalia Kabanow
T E K S T:
a sama Gran ma przy sobie czerwoną, kiczowatą torebkę z napisem „Wiera”. Sceny nawiązujące do jej historii są przeformułowane w takim stopniu, że nie mogłyby stanowić rzetelnego źródła informacji, jednak posiadanie choćby podstawowej wiedzy o Wierze pozwala rozpoznać odwołania do poszczególnych wydarzeń. Przeplatają się one z innymi scenami, w których usłyszeć można kilka jej piosenek w udanych, współczesnych aranżacjach. Murek i Piaskowski dają komunikat: historii człowieka nie da się opowiedzieć, nie popadając w naiwność. Twórcy odmawiają więc budowania kolejnej wersji życiorysu bohaterki, ale tym,
co ostatecznie powstaje, jest parodia biografii, a nie coś radykalnie od niej odrębnego. Według reżysera spektakl miał być próbą oddania głosu Wierze Gran. W rzeczywistości okazała się ona jedynie pretekstem, gdyż twórcy nie usiłowali opowiedzieć o świecie widzianym z jej perspektywy. Dali jedynie do zrozumienia, że ujmowanie życia człowieka w ramy jakiejkolwiek formy uważają za bezcelowe. 0
Wiera Gran re ż . J ę dr zej P iask o w sk i
Tea tr Żyd ow sk i
ocena:
88877 kwiecień 2018
/ recenzje
Z plakatu promującego spektakl spogląda na warszawskiego przechodnia Edyta Olszówka, pod której zdjęciem widnieje podpis „Elementarz”. I nie wygląda on bynajmniej jak okładka skoroszytu Mariana Falskiego z początku XX w. z powszechnym sądem: Ala ma kota. T E K S T:
An g e l ika k u b i c ka
Na scenie Ala nie ma kota, bo – jak sama mówi – nie czas na kota. Ma pod opieką starego ojca, worki pod oczami i jest chroniczne przemęczona. Jej prosta codzienność komplikuje się, gdy za sprawą bajkowego przeniesienia do innego świata staje się dzieckiem i uczy na nowo kolejnych liter alfabetu. Przypomina wówczas inną bohaterkę o tym samym imieniu – Alicję z Krainy Czarów. Połączenie dziewczynki ze znanego pokoleniom Polaków elementarza z surrealistycznymi obrazami Lewisa Carrolla to zasługa Piotra Cieplaka. Reżyser, który wcześniej spotkał się z widzami Narodowego przy Panu Tadeuszu, daje kolejny sygnał, że wprowadza własne wariacje na temat pomników literackich. W spektaklu Cieplaka nosicielem sensu jest przede wszystkim słowo. Alicja uczy się według scenariusza Barbary Klickiej ponownego nazywania rzeczywistości. Poetka stworzyła tekst dotąd rzadko spotykany w teatrze, ale – jak się okazuje – świetnie brzmiący na scenicznych deskach. Każda kolejna litera jest w tej opowieści początkiem nowej historii. Okazuje się, że nazwanie świata to karkołomne zadanie i nawet Adam (Piotr Grabowski), zaliczając przy tym mnóstwo wpadek, nie satysfakcjonuje Boga (Marcin Przybylski). Dzięki dystansowi, z jakim twórcy patrzą na referencyjność słowa, tekst utrzymuje się w lekkiej formie, pełnej poezji i wieloznaczności. Uderza jednak momentami konkretnością, jak nie na literę n, gdyż hasła, które reprezentują kolejne litery, są symptomatyczne dla czasów, w których żyjemy. Poznawany świat zmienia Alicję w myśl Wittgensteinowskiego stwierdzenia: granice mojego języka są granicami mojego świata. Jesteśmy
30-31
świadkami tego, jak jej świadomość buduje się na nowo, jakby w innym wymiarze. I kiedy w obrębie języka znaczenia stają się niedefiniowalne, z pomocą przychodzi surrealizm, który jako estetyka budowania spektaklu odrywa słowa od ich znaczeń i definiuje na nowo. Pod każdą literą alfabetu kryje się wycinek doskonale znanej nam rzeczywistości. Wiele z przywoływanych wyrazów jest obecnie tak powszechnie używanych, że nie zastanawiamy się już nad ich prawdziwym znaczeniem. W spektaklu pojawia się przegląd ważnych społecznie dla naszego kraju tematów, do których istoty słowa utrudniają nam dostęp. Ponowne tworzenie wyrazów i nazywanie rzeczy wydobywa ukryte między nimi prawdy oraz schematy myślowe, a przy tym jest materiałem zręcznych i zabawnych gier lingwistycznych. Aktorzy świetnie wykorzystują niedopowiedzenia i możliwości, jakie daje tekst. Rola Olszówki jest kreacją szczególną. Alicja swoje już w życiu przeszła, ale w poznawaniu świata jest nader świeża, dziecięca, a przy tym nie daje nam do końca zapomnieć o tym, jaką poznaliśmy ją w pierwszej scenie, w mieszkaniu ojca. Nosi w sobie wiele emocji i choć nie do końca je rozumie, próbuje oswajać zewnętrzny świat przez pryzmat tego, co sama przeżywa. Jesteśmy świadkami jej zmagań z lękiem i ponownego nabierania świadomości. Zwiewna sukienka i płynny ruch na skąpo oświetlonej scenie dodają bohaterce eteryczności i tajemniczości. Mimo że odbywa swoją podróż jako dorosła kobieta i z trudnej codzienności zamiast do Wonderlandu, trafia do krainy, w której życie wcale nie staje się prostsze, niż dotąd było.
Znakomite tło dla kreacji Olszówki stanowią elementy bajkowości i cudowności, których pełno jest w spektaklu. Bo przedstawienie, mimo lekkiej formy, wymaga koncentracji i intensywnego czytania wszystkich składników. Atmosferę tworzy muzyka wykonywana na żywo przez Jakuba Gawlika, Pawła Paprockiego i Marcina Przybylskiego. Znaczenie mają też kostiumy, szczególnie ważne dla Mariana Falskiego i Falskiego Mariana (Bartłomiej Bobrowski i Monika Dryl), dynamiczna scenografia Andrzeja Witkowskiego czy zbiorowe układy choreograficzne. Sprawnie zostały też włączone multimedia, które dzięki mocy obrazów ukazujących się na ścianach nadają dziejącym się na scenie wydarzeniom uniwersalną perspektywę. Zostaje przy tym wykorzystane wiele technicznych możliwości, jakie daje scena na sali Bogusławskiego. Od całości trudno oderwać wzrok. Nieczęsto możemy spotkać w polskim teatrze spektakl, jaki przygotował Cieplak. Nie tylko zweryfikuje on znajomość współczesnego alfabetu, lecz także wyostrzy nasze zmysły. Istnieje coś, co łączy wszystkie literowe skojarzenia i powoli staje się zrozumiałe dla widzów. Opowieść jest linearna jak alfabet, ale jednocześnie tworzy płaszczyznę, która swoim kształtem do złudzenia przypomina granice naszego kraju. Przywołuje je także obraz na literę P, z którym zostaniemy, opuszczając salę. I aby to zapamiętać – repetez, s’ il vouz plaît! 0
Elementarz re ż . P i ot r C i ep la k
Tea tr N a ro d ow y
ocena:
88888
fot. Yato Photography
Abecadło z pieca spadło
opowieść o tułaczce /
Książka
Wciąż czekamy na Mca! A białe kartki nie są białe... chyba że w ID!
Samotność wędrowca Tworzone w drugiej połowie XX w. Państwo Izraela miało być bezpiecznym miejscem dla Żydów od setek lat szukających swojego miejsca na Ziemi. Rodzina Amosa Oza widziała w nim dom, w którym możliwe stałoby się naprawienie skomplikowanych relacji. T e k s t:
K ata r z y n a B r a n ow s k a
powieść o miłości i mroku nazywana jest przez krytyków najważniejszą i najbardziej osobistą książką autorstwa Oza. Izraelski pisarz opowiada w niej o swojej rodzinie, której losy zostały splecione z największymi wydarzeniami w dwudziestowiecznej historii narodu żydowskiego. Małe codzienne dramaty zwykłych osób rozgrywają się w cieniu spraw i decyzji przełomowych dla całego świata. Nadzieje, smutki i radości, a także to, jak wyglądają wzajemne relacje mieszkańców ówczesnej Palestyny, jest poddawane wpływowi aktualnej sytuacji w kraju. Bohaterowie książki nie potrafią zapomnieć o cierpieniu, które przyniosła im II wojna światowa. Zostali naznaczeni piętnem tułaczki, obcości i tęsknoty za lepszym życiem. Rodzice, dziadkowie, krewni i znajomi Oza uciekają w swój wewnętrzny świat, tracąc przez to umiejętność funkcjonowania pośród otaczających ich ludzi. Oz stworzył dzieło, które trudno przyporządkować do kategorii klasycznie rozumianych powieści. Opowieść o miłości i mroku to kilkanaście opowiadań z powtarzającymi się głównymi wątkami, dzięki czemu możliwe jest wybiórcze zapoznawanie się z pisarską mozaiką. Poszczególne rozdziały pozwalają na poznanie kolejnych osób i ich historii. Wydarzenia nie są opisywane w kolejności chronologicznej, lecz tworzą plątaninę tego, co było kiedyś, jest teraz i może być w przyszłości. Z porozrzucanych na stronach okruchów informacji tworzy się pełna opowieść o rodzinie Oza.
O
Oczami dziecka Opowiadania o wczesnym dzieciństwie autora są niesamowite, wręcz nierzeczywiste. Przypominają bardziej sny niż opowieści o prawdziwym życiu. Emocji jest tak dużo, że przytłaczają czytelnika i trudno uwierzyć w wiarygodność przedstawionych sytuacji. Pierwsze rozdziały składają się przede wszystkim ze wspomnień dotyczących tego, jak niesamowity i zaskakujący jest świat w czasie dzieciństwa. Autor opowiada o sobie jako o chłopcu obdarzonym bujną wyobraź-
Z dj ę c i e :
M a r c i n C z a j kow s k i
nią, rozumiejącym wiele rzeczy na własny sposób. Mrok pojawia się później, kiedy Oz zaczyna dorastać i widzi świat wokół już dojrzalej. Tekst stopniowo traci rys baśniowości, zastępują go próby oceny i chłodnego spojrzenia na rzeczywistość otaczającą bohaterów. Czytelnik dostrzega pojedyncze elementy niepasujące do wyidealizowanego obrazu rodziny, które są jak łyżka dziegciu w beczce miodu. W pewnym momencie uwidacznia się ich tak dużo, że zaczynają przeważać nad pozytywami. Ostatnie opowieści zdominowane są przez smutek i tragedie, szczęśliwe chwile pojawiają się rzadko i szybko mijają. Książka Oza przedstawia pełen wachlarz emocji, od euforycznej radości po głęboki smutek. Autor nie targa uczuciami czytelnika – przeprowadza go przez wszystkie ich odcienie stopniowo, dawkując okazje do wzruszenia. Pokazuje, jak wiele zmienia się w postrzeganiu świata wraz z upływem lat. Jako dziecko nie rozumiał i nie dostrzegał wielu rzeczy. Utrata naiwności i kolejne doświadczenia ułatwiają zauważenie ciemniejszych, trudniejszych i bardziej skomplikowanych stron życia.
Precz z Palestyny Tłem opowieści jest dramatyczna historia narodu żydowskiego. Pisarz nie poświęca wiele uwagi Zagładzie i II wojnie światowej. Skupia się na tym, co działo się wcześniej – nasilających się nastrojach antysemickich w Europie i lęku o nadchodzące jutro. W historii jego rodziny bardzo ważne jest także to, co działo się później. Opisuje nadzieje związane z ucieczką do Palestyny, codzienne życie pod rządami Brytyjczyków, narodziny Państwa Izraela i konf likt z arabskimi sąsiadami. Znajomość realiów w których rozgrywa się akcja powieści, zmienia sposób, w jaki oceniane są zachowania i postawy bohaterów. To, co w innym okresie byłoby jednoznacznie niemoralne i nieakceptowalne, w tym czasie nie podlega tak surowej ocenie. Rzetelne przedstawienie kontekstu historycznego opowieści sprawia też, że całość przestaje być zwyczajną kroniką rodzinną. Możliwe staje się zrozumienie nastrojów i uczuć ogarniających całe społeczeństwo oraz wpływu,
jaki ważne w skali świata wydarzenia wywierają na życie jednostek. Wieloletnia tułaczka i poczucie obcości w każdym miejscu, w jakim znajduje się rodzina Oza, w ogromnym stopniu wpływają na panującą w niej atmosferę. Ambitny, uporządkowany ojciec i wrażliwa, pogrążona we własnych myślach matka tworzą parę, w której więcej jest niedomówień i żalu niż miłości. Lubiący uwodzić kobiety dziadek Aleksander, babcia cierpiąca na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i zbytnio dbający o opinię innych kuzyn to tylko część postaci pojawiających się w opowieściach Oza. Opisy bohaterów są precyzyjne i detaliczne. Zostali przedstawieni w różnych sytuacjach i momentach życia, zarówno w tych dobrych, jak i trudnych. Bohaterowie Oza są skomplikowani i niejednoznaczni. Każdy z nich wyróżnia się czymś nadzwyczajnym, typowym dla siebie i zupełnie niepasującym do kogokolwiek innego. To, co ich łączy, to głęboko skrywana samotność i smutek, tęsknota za czymś nieuchwytnym. Dzięki tak dużej staranności w konstruowaniu charakterystyk poszczególnych osób żadna z nich nie sprawia wrażenia papierowej, nierzeczywistej. Z każdą stroną opowiadania odkrywane są kolejne płaszczyzny ich osobowości, postacie stają się coraz bardziej realne i bliskie czytelnikowi.
Tysiąc lat mroku Przypadek rodziny Oza nie jest odosobniony. Dramatyczne wydarzenia przez lata dotykające naród żydowski wpłynęły na życie wielu Żydów, pozbawiając ich bezpiecznego miejsca do życia i obecności bliskich. Niechciani w Europie, obcy w Palestynie, dziesiątkowani przez kolejne wojny i pogromy. Opowieść o miłości i mroku za pośrednictwem historii kilku osób pokazuje, że tak doświadczeni przez los ludzie mogą mieć trudność z funkcjonowaniem jak gdyby nie zdarzyło się nic specjalnego. Aby poradzić sobie z ciążącym nad nimi fatum, wdają się w kolejne romanse, uciekają w świat literackiej fikcji, piszą przepełnione bólem wiersze. Niektórym to nie wystarcza i wybierają najdrastyczniejsze ze wszystkich wyjście – śmierć. 0
kwiecień 2018
/ co czytać?
Etgar
Tęskniąc za Kissingerem Etgar Keret (tłum. A. Maciejkowska) W.A.B. Premiera: 30.09.2016
Szabat na księżycu Tęskniąc za Kissingerem Etgara Kereta najzabawniejsza jest bezpośredniość. To ona napędza groteskowo-humorystyczną strukturę rodem z Kaf ki albo Czechowa. Jej wysmakowana impertynencja uderza dokładnie we wszystko: od codziennych spraw po wartości pokroju dumy czy uczuć. Główni bohaterowie Tęskniąc za Kissingerem odnajdywani są zwykle w pozornie nieistotnych dla życia położeniach, uczestniczą w zupełnie absurdalnych, a momentami również przez ową niedorzeczność śmiesznych, sytuacjach. Opowiadania przemycają jednak pod płaszczem słów coś więcej niż tylko przyjemność czytania lekkich, wbijających szpilę tekstów. Keret, do pewnego stopnia manifestując swoją podmiotowość, proponuje odbiorcom debatę z duszkiem przekory oraz malkontenctwa. Zasiewa ziarno negacji otaczającej rzeczywistości, lecz później burzy całą konstrukcję oraz miłosiernie pozwala czytelnikowi na własną interpretację. Bez konkretnych wniosków dyskusja z autorem jest bezsensowna; intelektualne rozważania kończą się pustym, obojętnym śmiechem. Chwytliwe idee Kereta przegrywają z kulturą lekkiej, wygodnej i boleśnie przewidywalnej beletrystyki. 0
W
Michał RajS
32-33
Etgar
Etgar
Oskarżam Auschwitz Mikołaj Grynberg Wydawnictwo Czarne Premiera: 29.09.2014
Fortitudo Dan Brawn Macmillan Publisher Premiera: 19.02.2018
Zagłada pokoleń ikołaj Grynberg pisze żółcią, krwią i łzami. Mimo że jest Polakiem żydowskiego pochodzenia narażonym na krytykę dwóch narodowości, nie boi się konfrontacji. W wywiadach zawartych w publikacji Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne porusza temat niełatwych relacji między dziećmi a rodzicami ocalałymi z Zagłady. Ze wspomnień rozmówców wyłania się obraz pokolenia wychowywanego przez ofiary okaleczone przez wydarzenia II wojny światowej. Rodzice nieświadomie przelewają cierpienia obozowe na kolejne generacje. Ojcowie i matki rozmówców przeżywają na co dzień tragedię, jaka dotknęła ich najbliższych, a także nieskutecznie walczą ze swoimi codziennymi problemami – tak samo jak ich synowie oraz córki. Grynberg w 24 wywiadach z przedstawicielami drugiego pokolenia tworzy atmosferę rozmowy, w której zarówno autor, jak i rozmówca zadają sobie wzajemnie pytania – tym samym zaciera się między nimi granica. Autor, poruszając trafne kwestie, potrafi zrozumieć ludzi, którzy jak on żyją w nowym świecie po końcu świata. Oskarżam Auschwitz to spojrzenie na Zagładę nie za pomocą liczb i numerów, lecz ludzkich wspomnień i wciąż żywych emocji. 0
M
Mikołaj Stachera
Złoty pociąg po merykańsku zy nazistowskie skarby są już wyczerpanym tematem w beletrystyce? Kłam tej opinii zadaje Dan Brawn ze swoją najnowszą powieścią Fortitudo. Nie jest ona jeszcze dostępna w Polsce, ale szturmem wdarła się do pierwszej dziesiątki listy bestsellerów „New York Timesa”. Jest 20 czerwca 1942 r., świstek papieru wylatuje z pociągu wiozącego francuskich Żydów na trasie Drancy–Auschwitz. Słowa wyskrobane ogryzkiem ołówka przez ofiarę paryskiej łapanki wydają się nie mieć sensu. Ponad pół wieku później rozszyfrowania tej pozornie niezwiązanej ze sobą plątaniny wyrazów podejmuje się dobrze znany czytelnikom profesor Harvardu, Robert Langdon. To zadanie stawia przed nim młody historyk Lewi Szlangbaum – syn polskich emigrantów, którzy zamienili Łódź na Nowy Jork. Kartka rzekomo zawiera fragment rozmowy niemieckich oficerów mówiący o kosztownościach ukrytych przez hitlerowców. Skarbu szuka też tajna organizacja Ferro Da Stiro, której wpływy sięgają watykańskich wyżyn. Schemat Fortitudo opiera się na skomplikowanej zagadce, wyścigu z czasem i walce z czarnymi charakterami. Historia jest jednak opowiadana w sposób, który nie pozwala zostawić jej przed „jeszcze jednym rozdziałem”. 0
C
M at e u s z F i e d o s i u k
To jest magiel, ale ta książka nie istnieje
Książka
co czytać? /
KSiążka
Etgar
Etgar
Etgar
Noc żywych Żydów Igor Ostachowicz W.A.B. Premiera: 18.04.2012
Wchodzi koń do baru Dawid Grosman (tłum. R. Gromacka) Świat Książki Premiera: 18.05.2016
Wygnani do raju. Szwedzki azyl Krystyna Naszkowska Agora SA Premiera: 8.03.2017
Rozliczenie
Brawa dla śmierci!
iedy Noc żywych Żydów została wydana w 2012 r., książkę szybko nazwano prowokacyjną, obsceniczną i bulwersującą. Nie powoływano się jednak na jej treść, tytuł czy okładkę, ale życiorys autora. Igor Ostachowicz był w tym czasie jednym z głównych doradców Donalda Tuska. Z perspektywy czasu nie jest to jednak książka kontrowersyjna. Ostachowicz używa wprawdzie wielu wulgaryzmów i bazuje na stereotypach, ale podkreśla nimi z założenia groteskowe sytuacje. Fabuła jest dość prosta: trzydziestoletni glazurnik mieszka na Muranowie, a więc na terenie warszawskiego getta. Nagle okazuje się, że z okolicznych piwnic zaczynają wychodzić Żydzi. Nie jest to jednak typowa opowieść o apokalipsie, a raczej rozliczenie się z historią. Początkowo obojętny główny bohater zaczyna pomagać błąkającym się postaciom w poszukiwaniu szczęścia, a przynajmniej spokoju. Odnajdują je w centrum handlowym Arkadia. Noc żywych Żydów to połączenie wątków obyczajowych i historycznych z fantastyczną walką ze złem w ludzkiej postaci i podwładnymi ciemnych mocy, którymi zostają warszawscy neonaziści. Jest to książka warta uwagi, szczególnie jeśli mieszka się w okolicach Nowolipek. 0
chodzi koń do baru – tak zaczyna się seria popularnych dowcipów, do których nawiązuje Dawid Grosman w tytule książki nagrodzonej w 2017 r. The Man Booker International Prize. Izraelski pisarz prowokuje – zapowiada śmiech, ale daje łzy. Obiecuje występ komika, a czytelnicy dostają dramatyczną spowiedź umierającego bohatera. Wszystko idzie nie tak, jak można by się spodziewać, i to właśnie element zaskoczenia stanowi jedną z najmocniejszych stron powieści. Główna akcja zawiera się w słowach komika Dowalego. To tekst mówiony, dynamiczny, z wplecionymi chwytami retorycznymi, które stopniowo przybliżają odbiorcę ku wyjaśnieniu... kto umarł. Czytelnicy muszą uczestniczyć w budowaniu przestrzeni akcji i poddawać weryfikacji słowa wygłaszane przez głównego bohatera. Tworzy to ciekawą grę intelektualną, w której nie można zapomnieć o pewnym mrocznym graczu – śmierci. Wygląda zza kulis i czyha, by skraść show. Być może jedno z głównych pytań powieści brzmi: czy jej się to udaje?. Odpowiedź zawarta w książce to odważny głos w dyskusji o sztuce po Auschwitz i choćby dla niego warto wysłuchać występu przedstawiciela drugiego pokolenia. 0
K
jA G ODA l I B IO N KA
W
Szwecja Żydów pokochała szyscy bohaterowie książki Wygnani do raju. Szwedzki azyl mogli być twórcami współczesnej Polski, gdyby w 1968 r. nie wygnała ich antysemicka nagonka. Reporterka Katarzyna Naszkowska znowu nie napisała reportażu. Jej najnowsza książka Wygnani do raju. Szwedzki azyl to zbiór wywiadów. Autorka przeprowadziła je z marcowymi emigrantami, którzy schronili się w Szwecji. Naszkowska na początku pyta większość bohaterów o wspomnienia z antysemickiej nagonki w Polsce w 1968 r., ale to tylko wstęp. Rozmowy dotykają bardzo różnych aspektów, w tym aktualnych tematów politycznych, w szczególności problemu uchodźców. W porównaniu do niego, ówczesna migracja polskich Żydów do Szwecji przebiegła wręcz podręcznikowo. W książce wielu z nich podkreśla, że jest to zasługą stosunkowo niewielkich różnic kulturowych pomiędzy krajami. Istotne jest również to, że uciekinierzy z Polski pochodzili z rodzin inteligenckich... 0
W
Aleksandra Czerwonka
Ciąg dalszy na... magiel.waw.pl/category/kultura/ksiazka/
K ata r z y n a Kowa l e ws k a
kwiecień 2018
/ historia kina za odpowiednią opłatą możecie mieć nawet aulę główną
Zdarzyło się w kinie. Rozdział III W poprzednich rozdziałach zaprezentowane zostały początki kina i narodziny gramatyki filmowego języka. Dziś dzięki zdolnościom teleportacyjnym X Muzy przenosimy się w czasie o kolejne dziesiątki lat. Odwiedzamy przestępczy światek Nowego Jorku i poznajemy Aniołów o brudnych twarzach, w Polsce śpiewamy Zapomnianą melodię, usiłujemy schwytać rzymskich Złodziei rowerów, by ostatecznie zakochać się w Czerwonych trzewikach. T E K S T:
AG N I E S Z K A WOJ T U K I E W I C Z, Z U Z A N N A N YC
brazy stworzone 80 i 70 lat temu są dosyć bliskie tym znanym współcześnie z ekranów kin. W latach 1938–1948 ramy pierwszych gatunków filmowych – horrorów, musicali, filmów gangsterskich czy przygodowych – były już wyraźnie zarysowane, zwłaszcza we wchodzącej w swoją złotą erę kinematografii amerykańskiej. Natomiast w powojennej Europie istniała silna potrzeba rozrachunku ze zbrodniczymi ideologiami – faszyzmem, nazizmem i totalitaryzmem. W tych nowych warunkach ukształtował się jeden z najważniejszych nurtów w historii kinematografii, czyli włoski neorealizm. Jego twórcy skupiali się na wiernym odwzorowaniu życia codziennego przy użyciu niemal dokumentalnej formy.
O
Aniołowie o brudnych twarzach (1938) Opowieść o bardzo dziwnej przyjaźni. Rocky (James Cagney) i Jerry (Pat O’Brien) wychowywali się w biednej dzielnicy Nowego Jorku. Kradli razem, ale to Rocky biegał wolniej. Podczas jednej ze złodziejskich wypraw dał się schwytać policji, co rozdzieliło przyjaciół. Po latach spotykają się znowu – Jerry jest teraz księdzem, Rocky słynnym gangsterem. Obaj próbują wychować następne pokolenie zdeprawowanych nastolatków na swój sposób. Film Michaela Curtiza ma wszystko, czego potrzebuje klasyk kina gangsterskiego – bohatera pełnego wad, w którego wciela się aktor wzbudzający sympatię (Cagney), mistrzowsko utrzymane tempo i tę niepokojącą cichą urazę, którą emanują postacie, zwiastuje to nieuchronny cios w plecy mimo deklarowanych wspólnych interesów. Dodajmy do tego jeszcze mocne zakończenie z postawionym przed Rockym trudnym wyborem i Humphreya Bogarta na drugim planie, cztery lata przed – również reżyserowaną przez Curtiza – Casablancą. Kino, które nie zawodzi oczekiwań i jest równocześnie przykładem naprawdę solidnego rzemiosła.
Zapomniana melodia (1938) Słoneczny dzień, kilkanaście dziewcząt w kajakach radośnie śpiewa Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal… – ten sielankowy obraz stał się bazą jednego z najlepszych polskich musicali okresu międzywojennego. W filmie pojawiają się fatalne pomyłki, szalone zbiegi okoliczności, zakazana miłość, uratowany z wodnej kipieli przystojny mężczyzna, szczebioczące uczennice szkoły z internatem i wielkie pieniądze. Wszystko to utrzymane jest w konwencji musicalu i okraszone znakomitą, lekką muzyką autorstwa Henryka Warsa. Trzeba przyznać, że dziś niektóre sceny z pewnością nie miałyby szans zaistnieć; za przykład posłużyć może choćby karmienie sponsora szkoły zupą groszkową przez uczennice. Pomysłowa, choć nieskomplikowana fabuła, dowcipne dialogi i wesołe piosenki mimo upływu lat pozostają świeże i pełne polotu obcego współczesnym polskim komediom romantycznym. Do obejrzenia z babcią, mamą lub młodszą siostrą. Wiek nie gra tu roli.
34-35
Złodzieje rowerów (1948) W ostatnich latach kino, a szczególnie oscarowe produkcje takie jak Tamte dni, tamte noce czy Wielkie piękno, przyzwyczaiło nas do wizerunku Włoch jako kraju słońca i artystów. Złodzieje rowerów to jednak zupełnie inny, gorzki obraz powojennej Italii, pogrążonej w kryzysie. Reżyser Vittorio De Sica funduje widzom emocjonalny rollercoaster – film jednocześnie drażni, smuci, wzrusza, skłania do ref leksji i wzbudza silne pragnienie sprawiedliwości (porównywalne z uczuciami wywoływanymi przez Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera). W Złodziejach rowerów życie pogrążone jest w szarości nie tylko ze względu na barwy taśmy filmowej. Tutaj w Rzymie pada deszcz, a bohaterowie filmu wcale nie są stereotypowo głośni i pogodni. Oddają w zastaw kolejne sprzęty, by móc kupić chleb. Za pieniądze ze sprzedaży ostatnich prześcieradeł Antonio Ricci kupuje rower i podejmuje się z trudem zdobytej pracy przy rozwieszaniu plakatów. Niestety jego nowo nabyty pojazd zostaje skradziony, a on i jego rodzina znów są w dramatycznej sytuacji. Fabuła jest bardzo spójna i dynamiczna, toczy się od jednego wydarzenia do kolejnego. Poezja tego obrazu polega na perfekcyjnym odwzorowaniu prozy życia – emocje, dialogi, działania są tu do bólu realistyczne. Za historią opowiedzianą w filmie kryje się dużo więcej. Dzięki skromnym środkom wyrazu opowieść o kradzieży rowerów staje się pretekstem do przedstawienia wciąż aktualnej, uniwersalnej prawdy o życiu człowieka.
Czerwone trzewiki (1948) Trwający ponad dwie godziny melodramat z lat 40. przedstawiający historię baletnicy z bogatego domu – ten opis może zniechęcić nawet najbardziej zapalonego kinomana. Jednak Martin Scorsese niezmiennie wymienia Czerwone trzewiki jako jedno z dzieł, które wywarły na nim największe wrażenie. Faktycznie niektóre sceny filmu są genialne, a zwłaszcza jedna – słynna sekwencja tańca. Piętnastominutowy fragment jest jak film w filmie, sen, teledysk. To prawdopodobnie najlepsze przedstawienie baletu, jakie osiągnięto w kinie do dziś. Co więcej duet Pressburger–Powell, idąc za przykładem twórców powstałego w latach 30. Czarnoksiężnika z Oz, umiejętnie skorzystał z możliwości kręcenia filmu muzycznego w kolorze. Choć warstwa wizualna Czerwonych trzewików aż kipi od barw niczym podlany absyntem XIX-wieczny obraz pod pozornym chaosem skry wa się tu tak naprawdę bardzo przemyślana i skrupulatnie przygotowana kompozycja. Uczta dla fanów musicali, teatru i pięknych, baśniowych zdjęć o lekko surrealistycznym zabarwieniu (wybitny operator Jack Cardiff za kamerą i Oscar za scenografię). 0
Oscary /
Oscary: na Zachodzie bez zmian W nocy z 4 na 5 marca już po raz 90 zostały wręczone najważniejsze nagrody świata filmowego. Zamiast spać, miliony kinomanów na całym świecie śledziły kolejne informacje napływające z Hollywood. T E K S T: M A G D A L E N A B E D N A R S K A
P
Techniczne wyróżnienia Począwszy od kategorii technicznych, statuetki zdobywały filmy typowane już od wielu miesięcy. Żadnym zaskoczeniem nie było nagrodzenie Blade Runnera 2049 nagrodami za najlepsze zdjęcia oraz efekty specjalne. Przepisem na sukces okazało się niespieszne, filozoficzne science-fiction, czerpiące wątki z kultowego już prequela, ale wzbogacone o ćwierć wieku postępów w technologii. Z kolei za montaż, dźwięk i montaż dźwięku wyróżniona została Dunkierka, tym samym plasując się na drugim miejscu pod względem liczby zdobytych w tym roku statuetek. Sporym zawodem dla części widzów jest z pewnością pominięcie w technicznych kategoriach Baby Drivera. Już słynna scena początkowa – audiowizualna perełka, w której dźwięki piosenek wtórują dynamicznym ujęciom kamery – zasługuje na wyróżnienie.
Najlepsze scenariusze Przy tej kategorii członkowie Akademii wykazali się odwagą. Nagrodzeni zostali Jordan Peele za Uciekaj! (scenariusz oryginalny) oraz James Ivory za Tamte dni, tamte noce (scenariusz adaptowany). Obie produkcje wywołały niemałe kon-
trowersje, choć z różnych powodów. Pozytywnie zaskakuje zwłaszcza statuetka dla Uciekaj!, konkurującego między innymi z Trzema billboardami za Ebbing, Missouri. Nagrodzenie horroru w tak znaczącej kategorii jest pewnym ewenementem w oscarowym środowisku. Zapewne na korzyść filmu zadziałała tematyka antyrasistowska oraz dystans twórców w postaci sporej dawki autoironii. Natomiast Tamte dni, tamte noce, choć okrzykiwane filmem sezonu czy nawet najpiękniejszym romansem w historii kina, bardzo odważnie poruszają kwestie LGBT. Z tego powodu obraz nie wszędzie był wprowadzony do repertuaru.
Czworo wspaniałych Oscary dla najlepszych aktorów okazały się najbardziej przewidywalną częścią ceremonii. Za pierwszoplanowe role nagrodzeni zostali Gary Oldman (Czas mroku) oraz Frances McDormand (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri), natomiast za drugoplanowe – Sam Rockwell (Trzy billboardy) i Allison Janney (Jestem najlepsza. Ja, Tonya). Postać Churchilla odegrana przez Oldmana wywalczyła również statuetkę za charakteryzację. Na szczególne uznanie zasłużyli McDormand i Rockwell – nie dość, że znakomicie oddali złożoność swoich bohaterów i pokazali emocje na najwyższym poziomie, to do tego świetnie odegrali wspólne sceny, sprawiając, że między ich postaciami iskrzyło. Gdyby istniał Oscar dla najlepszego ekranowego duetu, ta para z pewnością by na niego zasłużyła. Łyżką dziegciu w beczce miodu był natomiast brak nominacji dla Jamesa Franco za pierwszoplanową rolę w biograficznym The Disaster Artist.
Ukoronowanie del Toro Zwieńczeniem ceremonii było wręczenie najważniejszej ze statuetek: Oscara za najlepszy film. Wśród nominowanych propozycji najczęściej pojawiały się głosy poparcia dla Trzech billboardów – produkcji angażującej emocjonalnie, momentami wręcz ciężkiej, opartej na aktorstwie najwyższych lotów, a przede wszystkim poruszającej całe spektrum ważnych społecznie tematów. Ten ostatni element – analizując wygrane z poprzednich lat – sprawiał wrażenie istotnego kryterium dla członków Akademii. Triumfował jednak Kształt wody. Tym samym przekuł największą liczbę nominacji (13) w zwycięstwo w tegorocznym rankingu najliczniej nagrodzonych filmów (cztery statuetki). Nie była to jednak wygrana spektakularna. Mimo wyróżnień za reżyserię (Guillermo del Toro), muzykę i scenariusz jest to „jedynie” bardzo poprawnie zrealizowana, satysfakcjonująco piękna współczesna bajka. Wielu jest zwolenników opinii, że w ten sposób del Toro został raczej nagrodzony za całokształt twórczości czy z opóźnieniem – za dużo lepszy Labirynt fauna. Zabrakło w tym roku wyraźnego faworyta – filmu wciskającego w fotel, porażającego wizualnie czy zapadającego w pamięć na długie miesiące. Choć nagrodzonych zostało wiele świetnych dzieł, a kinomani z pewnością czerpali mnóstwo przyjemności z seansów, spędzając w kinie niejeden wieczór, to żadna z tych produkcji raczej nie zyska z biegiem czasu miana kultowej. 0
fot. wikimedia
onadtrzygodzinna ceremonia tym razem okazała się niewarta zarywania nocy. Oscary 2018 były w wielu kategoriach przewidywalne; wybory Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej wydawały się zachowawcze i raczej ostrożne. Obyło się też bez kontrowersyjnych przemów, zamienionych kopert czy aktorek potykających się w drodze na scenę.
kwiecień 2018
/ recenzje
Oh, hi Tommy The Disaster Artist nie jest standardową biografią – nieco wykracza poza gatunek, zamiast odwzorowywać i przedstawiać losy postaci, bardziej skupia się bowiem na wydarzeniach, które je definiują. Cała historia została opowiedziana z właściwą dla tego typu filmów rezerwą: wiele jest wątków komediowych przeplatanych z dramatycznymi w odpowiednich proporcjach. Dzięki owej równowadze dzieło Franco zostało utrzymane w granicach dobrego smaku i nie podąża w stronę parodii. Znaczące źródło sukcesu tej produkcji stanowi casting. Aktorzy wspięli się na wyżyny swoich umiejętności, doskonale odwzorowując wciąż żyjące postacie. Szczególnie należy
fot. materiały prasowe
docenić Jamesa Franco grającego Tommy’ego i jego brata Dave’a wcielającego się w Grega,
The Disas ter Ar tis t (USA)
przyjaciela głównego bohatera. Obaj tak manipulują głosem, akcentem oraz sposobem poruszania się i gestykulacji, że stanowią niemal doskonałe kopie prawdziwych bohaterów. Niestety techniczna strona filmu nie dorównuje poziomowi, jaki dyktuje obsada. Zdjęcia nie świadczą o dbałości produkcji – ruchy kamery nie są płynne, lecz chaotyczne; trzęsący się obraz skutecznie utrudnia odbiór. Franco, debiutując na polu reżyserskim, stworzył film, który zapisuje się w pamięci
G atun ek : biog r a f ic zny P re m ie r a: 9.02 . 2 01 8
na długo i tworzy pole do dalszej dyskusji, gdyż tajemnice enigmatycznego Tommy’ego wciąż pozostają nieodkryte. Film, pod pretekstem analizy historii „najgorszego reżysera”, przekazuje widzowi zawsze aktualny morał: życie należy do nas i naszych marzeń.
Tommy Wiseau – legenda, pionier, marzyciel i zdecydowanie jeden z największych fenome-
Puśćmy się za nimi w pogoń jak Tommy i pokażmy światu, ile potrafimy z siebie dać.
DOMINIK TRACZ
nów, jakie widziało Hollywood. Nikt nie wie, ile ma lat, gdzie się urodził ani jak dorobił się wielkich pieniędzy. Mimo sprzeciwu środowiska artystycznego jego determinacja i wytrwałość zaowocowały stworzeniem własnego filmu. The Room, bo tak nazywa się owo najsłynniejsze dzieło Tommy’ego, przez niektórych określane „Obywatelem Kane’em” złych filmów, jest wy-
ocena:
bitnie nieudane, lecz na tyle urocze, że jego sława przetrwała do dziś. Po 25 latach James
88887
Franco postanowił przyjrzeć się bliżej historii Tommy’ego i genezie The Room.
Hiszpański plan (prawie) idealny Profesora wyruszają na kilkumiesięczne szkolenie mające przygotować ich do skoku stulecia. Zasady są proste: żadnych imion, osobistych pytań i bliższych relacji. Jak się później okazuje, to ostatnie przychodzi bohaterom z trudem. Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie, mimo braku obecności w obsadzie światowej sławy gwiazd. Dodatkowo sam język hiszpański, którym posługują się bohaterowie, dodaje serialowi dynamiki. Sposób, w jaki reżyser przedstawia relacje między postaciami oraz napad, będący tu głównym wątkiem, sprawiają, że oderwanie się od ekranu może okazać się bardzo trudne. Szczególną uwagę należy zwrócić na nietypową więź, która pojawia się między szefem napadu, Profesorem a negocjatorką Raquel Murillo. Rozbudowany scenariusz jest największą zaletą produkcji; wielowątkowość oraz sy-
fot. materiały prasowe
tuacje, w których o mały włos nie dochodzi do tragedii, utrzymują widza w napięciu, nie
Dom z papieru (His zpania) G atun ek : akcja, kr ymina ł P re m ie r a: 20. 1 2 . 2017
pozwalając mu się nudzić. Nawet gdy akcja chwilowo zwalnia, kolejne sceny stanowią niewątpliwą rekompensatę, dostarczając dużej dawki adrenaliny. Na pochwałę zasługują również oprawa muzyczna, wspaniale komponująca się z opowiadaną historią, oraz czołówka, której nie sposób pominąć.
Dom z papieru przypadnie do gustu zarówno fanom klasycznego kina akcji, jak i wszystkim znudzonym ekranizacjami pozbawionymi rozmachu i szukającym powiewu świeżości. Serial najłatwiej opisać jako jeden z tych, które po obejrzeniu wywołują przygnębienie związane z tym, że to już koniec i następnego odcinka nie będzie. Dom z papieru nie jest
W historii kina znaleźć można wiele f ilmów i seriali traktujących o napadach, nie-
pozbawiony wad, czasami da się zauważyć pewne niespójności fabularne, ale jako całość
mniej Dom z papieru (La casa de papel) to produkcja wyjątkowa. Od pierwszego
prezentuje się świetnie i udowadnia, że nieanglojęzyczne produkcje są w stanie zawalczyć
odcinka, a jest ich jedynie 15, wywołuje dreszcz emocji. Jednocześnie niebywale
o najwyższe pozycje w rankingach, a ich popularność będzie w przyszłości rosnąć.
BARTŁOMIEJ STOKŁOSA
szybko sprawia, że widz identyf ikuje się z grupą przestępców, którzy postanawiają napaść na hiszpańską mennicę narodową. W pierwszym odcinku przedstawieni zostają bohaterowie serialu o nietypowych pseudonimach: Tokio, Berlin, nierozłączni Oslo i Helsinki, Moskwa oraz jego wybuchowy syn Denver, dziecinny Rio i perfekcjonistka Nairobi. Połączeni genialnym planem tajemniczego
36-37
ocena:
88887
lifestyle /
Styl życia Polecamy: 38 Sztuka Religijne natchnienie Mistycyzm Salvardora Dalego
41 TECHNOLOGIE Zielone złoto Bambusowa rewolucja
45 Czarno na białym Kraina skuterów
fot. Vincenzo Di Leo
Wietnam w obiektywie
To nie jest świat dla zwykłych ludzi M a r ta N owa kow i c z S Z E F O WA DZ I A Ł U S Z T U K A
ubimy czuć się wyjątkowi i jedyni w swoim rodzaju. Psycholodzy C.R. Snyder i R.J. Shenkel przeprowadzili eksperyment, w którym rozdawali badanym charakterystyki ich osobowości i prosili o ocenę ich trafności. Część osób podała wcześniej swoją datę urodzin i myślała, że na jej podstawie zostanie stworzony opis. Wszystkie teksty były jednak identyczne, zawierały bardzo ogólne stwierdzenia, na przykład: Bywasz krytyczny wobec siebie i masz słabości, ale zwykle twoje zalety je wyrównują. Większości z nas trudno byłoby się z tym nie zgodzić, bo charakterystyki stworzone zostały tak, aby każdy mógł znaleźć w nich część siebie. Badani odebrali je jednak różnie. Kto uznał je za trafne? Ci, którzy podali wcześniej swoją datę urodzin i byli przekonani o tym, że charakterystyka powstała specjalnie dla nich. W ten sposób Snyder i Shenkel pokazali naszą potrzebę bycia niezwykłymi. W odpowiedzi na nią na przestrzeni lat powstała cała gama usług i produktów – spersonalizowanych, dopasowanych do potrzeb klienta i wyjątkowych. Algorytmy w sieci proponują filmy i posty specjalnie dla nas. Nie ma miejsca na zwyczajność. Niebezpieczeństwem kultywowania generacji wyjątkowych osób jest to, że są to jednocześnie bardzo zestresowani ludzie. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne podaje, że od kilku lat millenialsi to najbardziej znerwicowane poko-
L
Może jednak warto spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie: „sorry, nie jestem wyjątkowy”.
lenie. W Wielkiej Brytanii co piąta osoba w wieku od 16 do 24 lat ma problemy ze zdrowiem psychicznym. Ich przyczyną jest między innymi stres. Uważając się za kogoś niezwykłego, oczekujemy od siebie niezwykłych rzeczy. Łatwo przy tym zapomnieć, że jest się tylko człowiekiem. Kiedy rzeczywistość nie pokrywa się z wyobrażeniami, przychodzi załamanie. Bo zawsze znajdzie się ktoś inteligentniejszy, bardziej uzdolniony, lepiej zorganizowany. Po prostu – ktoś bardziej. Poza tym wyjątkowi ludzie spodziewają się po sobie wielkich czynów w przyszłości. Niektórzy z nas chcą zmienić świat, inni tylko stan swojego konta – ambitne plany są standardem. Przeciążamy się, niedosypiamy i stresujemy – po to, by urzeczywistnić idealny obraz siebie, który tkwi w naszych głowach. Może jednak warto spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie: sorry, nie jestem wyjątkowy. Jesteśmy ludźmi, którzy nie wyróżniają się na tle tych kilku miliardów żyjących na ziemi. Z jednej strony znaczy to, że mamy swoje ograniczenia, z drugiej – że nie ma wobec nas żadnych oczekiwań. Nie musimy kosztem zdrowia być niezwykli i wyróżniający się. Co prawda zdrowia psychicznego i realistycznych wymagań wobec siebie nie wpiszemy w CV, ale czasem są one warte więcej niż koordynowanie kolejnego projektu. Nie ma wśród nas nadludzi i trzeba zaakceptować swoje ograniczenia. Bądźmy więc tak zwyczajni, jak to tylko możliwe. 0
kwiecień 2018
SZTUKA
/ Salvador Dali
Mediolany takie super
Religijne natchnienie Salvador Dali jest postrzegany jako jeden z najwybitniejszych malarzy surrealistycznych. Nie każdy wie, że sam artysta uważał ten nurt za zarazę, którą trzeba zwalczyć. T e kst:
Kamil Ciesielski
ierwsza wojna światowa zdecydowanie wywarła największy wpływ na świadomość artystyczną ludzi pierwszej połowy XX w. Doświadczenia oraz refleksje, które wynieśli ówcześni z konfliktu ogólnoświatowego, charakteryzowało zwątpienie w ludzką moralność, etykę oraz ówczesne nurty artystyczne, filozofie i idee. Nikt nie wiedział, w którym kierunku miała rozwijać się sztuka. Dotychczasowe pomysły wielkich ruchów artystycznych takich jak puryzm, neoplastycyzm z lat 1905–1926 uległy wyczerpaniu. Na pełnym wątpliwości i braku perspektyw gruncie społecznym powstał surrealizm jako nihilistyczny bunt o charakterze przede wszystkim moralnym, utożsamiony z rewolucją i kryzysem ducha.
mianem rewolucjonistów – dążyli do zburzenia idei rodziny, ojczyzny, religii, leżących u podstaw zachodniej cywilizacji chrześcijańskiej. Dla surrealistów wolność była tak ważna, że należało odrzucić wszystkie źródła ograniczeń, zwłaszcza Kościół. Surrealiści traktowali go jako ideologicznego przeciwnika, z którym powinno się walczyć poprzez sztukę, kpić z kapłanów, dogmatów wiary, miejsc kultu. Salvador Dali widział w bluźnierstwie klucz do wolności tak jak i inni surrealiści. Dowodem tego jest stworzony przez niego Rysunek erotyczny z 1931 r., na którym wśród penisów i wagin znajduje się kielich z hostią oraz Chrystus w erotycznej pozycji z siedzącą na krzyżu nagą kobietę.
tych wysiłków oraz poszukiwań są Leda Aromica oraz Madonna z Port Lligat. To drugie dzieło było przedstawione papieżowi Piusowi XII w 1950 r. po oficjalnym powrocie Dalego do Kościoła katolickiego. Fakt pokazania obrazu papieżowi dowodzi uznania, jakim cieszył się artysta wśród władzy chrześcijańskiej. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie w tym obrazie odnalazł siebie samego, tworząc jedno z wybitniejszych dzieł w swojej twórczości, jak pisze ekspert od dzieł religijnych Salvadora – ks. Tomasz Czapiewski. Madonna z Port Lligat charakteryzuje się zachwycającym realizmem. Nie brak mu jednak wyobraźni oraz niezwykle bogatej symboliki pozostającej tajemnicą dla odbiorcy nieznającego Nowego Testamentu.
Tłumiony popęd
Koniec z surrealizmem
Chrystocentryzm
Surrealistyczna teoria sztuki czerpała inspiracje z teorii Sigmunda Freuda. To właśnie z nich wyłania się fascynacja surrealistów podświadomością, nazywaną przez Freuda ono lub id. W id zawarte są wszystkie wyobrażenia oraz popędy, które przeciwstawiają się superego, czyli zinternalizowanym wartościom otoczenia. Trzecim elementem teorii Freuda jest ego – jaźń działająca zgodnie z zasadami rzeczywistości, niedopuszczająca do świadomości tego, co dyktuje nam id. Nasze superego stara się kierować wszelkimi obecnymi w społeczeństwie nakazami oraz zakazami: moralnymi, estetycznymi, religijnymi, społecznymi. Zdaniem Freuda popędy oraz wyobrażenia ze sfery podświadomości trzeba wyładowywać w sposób zarówno pośredni, jak i zastępczy, chroniąc w ten sposób zdrowie psychiczne. Sztuka i religia są właśnie środkami zastępczymi, mającymi swoje źródło w tłumionych popędach, które potrzebują wyładowania. Dzięki analizowaniu tego, co dzieje się na poziomie podświadomości, możemy rozumieć nasze zachowania oraz wybory. Sny odkrywają przed nami nasze id. A w nich zawarte są popędy, tęsknoty, marzenia, które są w stanie dokonać surrealistycznej rewolucji, zmieniając dotychczasową wizję świata. Dlatego artyści surrealistyczni inspirowali się wszystkim tym, co powstawało we śnie.
W drugiej połowie lat trzydziestych Salvadore Dali odchodzi od surrealizmu; nurtu, do którego nie wniósł w zasadzie nic osobistego. Na zlecenie firmy filmowej Loew-Lewin Dali tworzy swoje pierwsze wyrafinowane pod względem symbolicznym oraz intelektualnym dzieło religijne Kuszenie św. Antoniego. Obraz ten, zainspirowany twórczością Hieronima Boscha, opowiada historię urodzonego około 250 r. w Egipcie świętego. Szukając celu i sensu życia, wykorzystał on ewangeliczną radę: Jeśli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Jednak do biblijnej doskonałości nie wystarcza tylko wyzbycia się chciwości oraz potrzeby posiadania. Trzeba również mieć siłę, by pokonywać na bieżąco wszelkie prowadzące do zła pragnienia. Na obrazie pokusy te ukazane są jako nieproporcjonalnie wielkie w porównaniu do bardzo małej postaci św. Antoniego, który klęczy nago z krzyżem w ręce. Nagość oznacza tu biedę. Natomiast krzyż, kamień i czaszka były zawsze nieodłącznymi atrybutami pustelników. Pierwsza, największa pokusa, która gnębi św. Antoniego, to pycha pod postacią konia stojącego dęba. Za nim pojawiają się cztery słonie uosabiające żądze: nieczystości, rozumności, chciwości, lenistwa, zazdrości. Grzechy te są odpowiednikiem cnót kardynalnych, ale po stronie zła moralnego.
Klucz do wolności
Tematyka eucharystyczna
Obok wyobraźni najcenniejszymi wartościami surrealistycznymi były pragnienie, wolność, poezja i miłość. Artyści z tego nurtu określali się
Tuż po zakończeniu swojej książki 50 magicznych tajemnic zafascynowany klasycyzmem Salvador wytrwale pracuje nad rzemiosłem. Efektem
Salvadore ogłosił w Manifeście mistycznym z 1951 r.: Koniec z surrealistyczną chorobą i egzystencjalnym lękiem. Jako, że nie były mu obojętne odkrycia fizyki jądrowej oraz teologia, w oparciu o nowe źródła inspiracji malował coraz lepiej i ciekawiej. Można stwierdzić, że od tego czasu zaczął tworzyć dzieła we własnym nurcie – mistyce nuklearnej. Chrystus św. Jana od krzyża to obraz rozpoczynający okres w jego twórczości, którego głównym motywem stało się ukrzyżowanie. Kolejne dzieła obrazujące śmierć Jezusa to: Corpus Hypercubus, Pod krzyżem Jezusa stały, Chrystus Gali, Szybkość ponaddźwiękowa statyczna Madonny Rafaela. Co charakterystyczne, żadna z tych prac nie przedstawia twarzy Chrystusa, co można interpretować w kontekście Księgi Wyjścia. Zawiera się w niej skierowane przez Boga do Mojżesza pouczenie: Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostawać przy życiu. Co więcej, na obrazach tych nie ma gwoździ ani korony cierniowej, a ciało Jezusa nie jest umęczone, naznaczone cierpieniem umierania. Salvadore nie uczynił tego bez przyczyny. On w tych obrazach nie ukazał Chrystusa, który zginął. Przeciwnie – jest przedstawiony jako ten, który umarł po to, by zmartwychwstać. Jeżeli spojrzy się na historię rozwoju malarstwa Salvadora z perspektywy bohaterów, których uwieczniał w swoim okresie zafascynowania religią, można dojść do wniosku, że przeszedł niesamowitą metamorfozę – tak jak święci, których obrazował. Dali rozpoczynał jako przeciętny malarz surrealistyczny, a wraz z mistycyzmem nuklearnym odrodził się jako artysta wybitny. 0
P
38-39
Salvador Dali /
SZTUKA
Kuszenie św. Antoniego Salvador Dali (1946) kwiecień 2018
Kulturalnie Piszemy lepiej niĹź inni.
bambus /
TECHNOLOGIE
Zielone złoto Dzisiejszy świat dąży do ekologicznego stanu zen. Aby go osiągnąć, konieczne jest nie tyle odwołanie się do dalekowschodnich filozofii, co użycie rośliny porastającej wiecznie zielone lasy tropikalne Azji. autor:
M i c h a ł H a j da n
lastyczność, wytrzymałość, uniwersalność – tak najlepiej można scharakteryzować bambus. Ta niezwykła azjatycka roślina należy do rodziny traw. Jej łodyga jest tak naprawdę źdźbłem, ale o właściwościach zupełnie odmiennych od tych, których można by się spodziewać. Bambus cechuje się większą wytrzymałością na ściskanie niż drewno, cegła, a nawet beton. Natomiast jeśli chodzi o odporność na rozciąganie, to śmiało może rywalizować ze stalą. A to wszystko przy zawrotnym tempie wzrostu dochodzącym do 91 cm na dobę.
mym do dawnej tradycji wschodu, gdzie pisano na bambusowych łodygach jeszcze przed wynalezieniem papieru czerpanego. Co więcej, po poddaniu odpowiedniej obróbce ta azjatycka roślina może być dobrym substytutem stali. Swojego czasu głośno było o absolwencie SGH, który założył własną firmę produkującą w Afryce rowery o ramach wykonanych właśnie z bambusa. Natomiast na Dalekim Wschodzie widok rusztowania z tyczek będących łodygami tej rośliny, nikogo nie zaskakuje, nawet przy konstrukcjach wieżowców.
Wszechobecność
Rosnąca gałąź
Na świecie istnieje ponad 3000 odmian bambusa i równie wiele jego zastosowań. W kuchni mieszamy bambusową łyżką gotujące się w garnku młode pędy tej azjatyckiej rośliny po to, aby podać je na miskach wykonanych z tego materiału. Następnie chcąc zjeść potrawę bambusowymi pałeczkami, siadamy przy stole, którego blat prawdopodobnie utworzony jest ze sprasowanych włókien tej rośliny. Kończąc posiłek, chwytamy ołówek, by zapisać na kartce ulotną myśl, nie przypuszczając nawet, że biały arkusz nie musi być pochodną drewna, lecz bambusa, po który coraz częściej sięgają producenci papieru. Nawiązują tym sa-
Produkcja wyrobów z bambusa to bardzo dynamicznie rozwijający się sektor gospodarki w krajach azjatyckich. Wartość przemysłu obróbki tego materiału wzrosła w samych Chinach pięćsetkrotnie w ciągu ostatnich 36 lat i wynosi obecnie 36 miliardów dolarów. Jednak sama produkcja bambusowych wyrobów jest bardzo rozdrobniona i w dużej mierze opiera się na małych, niezaawansowanych technologicznie manufakturach przy plantacjach. Wynika to po części z procesu obróbki materiały. Mimo tego, że rośnie on bardzo szybko i nie potrzebuje specjalnych nawozów ani pestycydów, to po ścięciu konieczna jest niezwy-
E
kle pracochłonne przetwarzanie. Składa się na nie m.in. lakierowanie, woskowanie, używanie wybielaczy, środków konserwujących i innych substancji chemicznych oraz procesy takie jak karbonizacja, suszenie czy klejenie.
Ekologiczna nirwana Chiny zapowiedziały dalsze inwestycje w przemysł bambusowy, którego wartość ma wzrosnąć w ciągu trzech lat do 48 miliardów dolarów. Przyczyną tak dynamicznego rozwoju branży jest przede wszystkim pozytywny wpływ na środowisko. Mimo szkodliwych środków chemicznych wykorzystywanych w procesie obróbki bambusa, roślina rośnie bardzo szybko, a przy tym pochłania cztery razy więcej dwutlenku węgla i emituje 35 proc. więcej tlenu niż porównywalnej wielkości drzewo, co stanowi o jej nieocenionej wartości jako zasobu zrównoważonego. Ponadto organiczna uniwersalność bambusa w mariażu z nowoczesną technologią rodzi zaawansowane materiały kompozytowe. Mają one być wykorzystywane w konstrukcji wagonów szybkiej kolei, teleskopach czy w przemyśle samochodowym. Dlatego trudno się oprzeć naturalnemu pięknu tej azjatyckiej rośliny idącemu ramię w ramię z niezrównaną wytrzymałością i pozytywnym wpływem na środowisko. 0
kwiecień 2018
TECHNOLOGIE
/ badanie oceanu
Pełne zanurzenie Pływanie w morzu i patrzenie w gwiazdy ma jedną wspólną cechę: niepokój przed tym, co nieznane. I choć dno oceanu znajduje się bliżej niż gwiazdy, dla naukowców jest ono równie tajemnicze. t e k s t:
d o m i n i k a H a m u lc z u k
twierdzenie, że ludzie zbadali zaledwie 5 proc. powierzchni oceanów jest dość popularne. Olav Rune Godoe z Instytutu badań morskich w Bergen eksplorację mórz skomentował słowami: łatwiej jest obserwować powierzchnię Marsa niż dno oceanu. Ta wypowiedź tłumaczy niejako fakt, że w kosmosie były już setki osób, podczas gdy na dnie Rowu Mariańskiego, w Głębi Challengera, zaledwie trzy – w 1960 r. Don Walsh i Jacques Piccard w batyskafie Trieste oraz James Cameron w 2012 r. w łodzi Deepsea Challenger w czasie zbierania materiałów do filmu dokumentalnego. Głównym powodem, dla którego badanie oceanów pod względem stopnia
S
42-43
grafika:
w i k to r i a w y s o c k a
trudności można porównać do eksploracji niebosk łonu, jest duża gęstość wody – z ka żdym kolejnym metrem wzrasta ciśnienie i spada dostęp do światła słonecznego. Jednocześnie podwodny świat potraf i być tak samo fascynujący i tajemniczy jak przestrzeń kosmiczna – cią gle poruszają się płyt y tektoniczne, w ystępują akt y wne wulkany, a w g łębinach żyją nieodkr yte st worzenia. Istnieją ogromne wir y, które z matemat ycznego punktu widzenia przypominają czarne dziur y. Z kolei pragmat yków zainteresują niew ykorzystane surowce zalegające pod powierzchnią dna oceanu – ropa naftowa, gaz ziemny, żelazo, wolfram i wiele innych.
Podmorska żegluga Jedno z pierwszych wspomnień o zejściu człowieka pod powierzchnię wody pochodzi z 332 r. p.n.e. od Arystotelesa, który opisał Aleksandra Wielkiego używającego czegoś w rodzaju późniejszych dzwonów nurkowych. To prosta konstrukcja przypominająca, jak wskazuje nazwa, dzwon. Kiedy się go zanurzy, powietrze wewnątrz spręża się, wyrównując ciśnienie i wpuszczając nieco wody do środka, ale zawsze na górze pozostanie warstwa gazu. Urządzenie to bez większych ulepszeń wykorzystywano przez wieki głównie do plądrowania zatopionych statków. Dużym problemem była jednak ograniczona ilość tlenu w środku dzwonu. Rozwiązanie zaproponował
badanie oceanu /
w 1690 r. Edmund Halley. Spuścił na dno obciążone beczki z powietrzem, które wcześniej połączył z dzwonem rurkami – różnica poziomów, a co za tym idzie ciśnień, wymuszała napływ świeżego powietrza. Później, gdy odkryto już sposób na jego sprężanie, zbiorniki ustawiano na lądzie. Gdy świat wkroczył w erę międzykontynentalnych konfliktów, wzrosła potrzeba na używanie podwodnego sprzętu. Dzwon nurkowy nie był zbyt mobilny, więc nie nadawał się do działań wojennych. W tym celu w 1776 r., w czasie amerykańskiej wojny o niepodległość, skonstruowano pierwszy działający okręt podwodny o nazwie Turtle. Miał niezauważenie podpływać do jednostek przeciwnika i wysadzać je od spodu, jednak żadna z dokonanych przy użyciu statku akcji nie zakończyła się sukcesem. Później podjęto wiele prób budowy i udoskonalania łodzi podwodnych, z których niemal wszystkie miały na celu stworzenie statku militarnego. Dopiero w 1948 r. Szwajcar August Piccard zbudował batyskaf, który był okrętem służącym do badań głębinowych. Po dopracowaniu pomysłu, 12 lat później zszedł w swoim pojeździe do Głębi Challengera – najniższego punktu na Ziemi znajdującego się na głębokość 10 912 m p.p.m.
Bez czynnika ludzkiego Eksploracja dna oceanu przez ludzi jest niezwykle niebezpieczna i trudna ze względu na konieczność przystosowania urządzeń tak, aby były w stanie podtrzymać życie załogi. W związku z tym obecnie większość badań wykonuje się przy pomocy robotów lub urządzeń zarówno podwodnych, jak i tych znajdujących się na statkach. Za pierwszą ekspedycję mającą na celu zbadanie dna oceanu uznaje się wyprawę statku HMS Challenger w latach 1872–76. Zmierzono wtedy głębokość i temperaturę wody w kilkuset miejscach, pobrano również próbki ziemi z dna oraz fauny, którą udało się złapać w sieci. Głębokość sprawdzano wówczas przy pomocy lin z obciążnikami, których droga na dno mogła trwać nawet kilka godzin. Najgłębszym punktem, jaki udało się zmierzyć w czasie ekspedycji, było 8184 m p.p.m. Bardziej współczesne badania znalazły w okolicach owego punktu miejsce jeszcze głębiej położone, które na cześć statku nazwano Głębią Challengera. W czasie czteroletniego rejsu odkryto prawie 5 tys. nowych gatunków roślin i zwierząt żyjących w oceanach. Wyznaczenie dokładnych map dna morskiego było możliwe dzięki wynalezieniu na początku XX w. sonarów. Zasada ich działa-
nia jest bardzo prosta: urządzenie wysyła sygnał dźwiękowy, który odbija się od dna i powraca jak echo. Znając prędkość rozchodzenia się dźwięku w wodzie łatwo obliczyć odległość od dna. Statek wyposażony w echosondę może wykonywać bardzo wiele takich pomiarów na swojej trasie, w efekcie wyznaczając wzdłuż niej profil terenu. Pozwoliło to dokładniej poznać skomplikowaną geografię oceanów pełną łańcuchów górskich oraz rowów i głębin.
Metalowi odkrywcy Pomiary inne niż głębokość przeprowadza się teraz głównie przy pomocy zdalnie sterowanych pojazdów podwodnych (ROV – ang. Remotely Operated Vehicle) oraz autonomicznych pojazdów podwodnych (AUV – ang. Autonomous Underwater Vehicle). Te pierwsze są połączone z panelem sterowania na powierzchni przy pomocy kabli do przesyłu danych, kontroli oraz zasilania. Dają one dużą swobodę, gdyż operator może sterować pojazdem na podstawie widoku z kamer tak, jakby był w środku. Może jednocześnie pracować na głębokościach praktycznie niedostępnych pojazdom załogowym przez niemal nieograniczony czas. W ten sposób zdobywa zdjęcia zwierząt i roślin, pobiera próbki potrzebne do badania składu dna i bada właściwości wody. Niestety, ROV może poruszać się tylko w obrębie długości kabla.
Łatwiej jest obserwować powierzchnię Marsa niż dno oceanu. Ograniczenie to zostało usunięte w przypadku AUV, które co prawda musi być wyposażone we własne źródło prądu, ale może przebywać ogromne dystanse, zbierając z czujników dane na temat temperatury, zasolenia, głębokości itp. Niestety jako pojazd autonomiczny znajduje się poza kontrolą naukowców od czasu startu aż do powrotu do bazy.
W podwodnym pałacu Podobnie jak w przypadku odkrywania kosmosu, bezzałogowe misje nie wystarczają naukowcom. Wolą sami odkrywać tajemnice oceanu, przebywając dłuższy czas pod wodą, nawet jeśli nie mogą zejść tak nisko jak maszyny. Kiedy w latach 40. porucznik marynarki Jacques Yves Cousteau wraz z inżynierem Maurice’em Gagnon wynaleźli akwalung, pozwalający nurkom na o wiele większą niż dotychczas swobodę ruchu, nic już nie stało na przeszkodzie, by posunąć się dalej i wręcz zamieszkać pod powierzchnią oceanu.
TECHNOLOGIE
W latach 60. zaczęto eksperymenty dotyczące budowy baz podwodnych. Początkowo dotyczyły one zbadania reakcji człowieka na długotrwałe przebywanie pod wysokim ciśnieniem – okazało się, że nasze ciało szybko przyzwyczaja się do takiego stanu. Jest to bardzo ważne, gdyż w części baz panuje takie samo parcie jak w wodzie dookoła, co pozwala poradzić sobie bez śluz wyrównujących ciśnienie. Przez całą dekadę trwał wyścig między naukowcami i inżynierami, kto zbuduje bazę głębiej, czyja wyprawa będzie dłuższa. Potem jednak misje kosmiczne stały się priorytetem i niemal wszystkie projekty podwodne porzucono. Działające dziś obiekty (wszystkie zbudowane już po boomie lat 60.) można policzyć na palcach jednej ręki, chociaż przemysł turystyczny dorzuca swoje trzy grosze. Powstają restauracje z widokiem na dno oceanu oraz hotele dla nurków rekreacyjnych. Najsłynniejszą bazą jest laboratorium Aquarius położone u wybrzeży Florydy, które zamieszkują naukowcy zwani aquanautami (podobnie jak w przypadku astronautów nazwa jest zbudowana na greckim słowie nautes, czyli żeglarze). Badają oni przede wszystkim rafę koralową Conch Reef, mając możliwość na bieżąco analizować pobrane próbki i obserwować przez okna zmieniający się wraz z upływem dnia podwodny krajobraz. Aquanauci znacznie przyczynili się do rozwoju badań nad fauną oceanu, odkrywając wiele gatunków zwierząt, średnio siedem na godzinę. Oczy naukowców i świata zwrócone są ku gwiazdom – kolejne dokonania NASA śledzone są uważnie w mediach społecznościowych, a w science fiction już nikt nie zanurza się pod wodę, skoro może lecieć do odległej galaktyki. Tymczasem na naszej planecie kryje się ogromny świat, zupełnie niezbadany, mimo że w zasięgu ręki. Oczywiście fauna i f lora oceanu to nie jedyne skarby się tam znajdujące – mowa o niewykorzystanych złożach surowców położonych pod dnem oceanu głębokiego. Niestety na obecnym poziomie zaawansowania nauki i technologii są one trudno dostępne. Na szczęście szybki rozwój badań pozostawia nadzieję, że niedługo tzw. deep sea mining opuści fazę testową i stanie się bardziej komercyjne. Co ważne, nawet Polska ma prawo do podmorskich złoży, gdyż i my, choć nie graniczymy z oceanem, posiadamy swoje działki na Atlantyku i Oceanie Spokojnym. Badania pochłoną setki milionów złotych i potrwają jeszcze kilkanaście lat, zanim dowiemy się, czy w ogóle znajdują się na nich surowce godne uwagi. 0
kwiecień 2018
TECHNOLOGIE
/ Where The Water Tastes Like Wine / Kingdom Come: Deliverance
Trupem przez Amerykę
Kierujemy postacią włóczęgi zmienionego w szkielet po przegranej grze w pokera. Na-
szym zadaniem jest zbieranie historii od napotkanych osób i – jeśli to możliwe – przekazywanie ich dalej. Na swojej drodze możemy napotkać ponad 200 różnych opowieści, wszystkie silnie zabarwione historią i folklorem USA. Mamy motywy Dzikiego Zachodu, nie tylko zaczerpnięte z literatury lub lokalnych legend, jak np. bezgłowy jeździec, lecz fot. materiały prasowe
także te dotyczące tematów trudnych, nierozerwalnie związanych z historią Stanów – rdzennych mieszkańców Ameryki oraz niewolników przybyłych na statkach z Afryki. Grafika nie jest tu najważniejsza – sama mapa, po której się poruszamy, nie odznacza się zbyt wieloma szczegółami. Poznane opowieści są jednak pięknie ilustrowane i mogą wzbudzić podziw. Muzyka stanowi niemal perfekcyjne tło dla prowadzonej roz-
o cena :
grywki. Możemy odnaleźć w niej elementy amerykańskiego folku, muzyki country czy
88889
bluesa. Już podczas zeszłorocznych targach Gamescom było jasne, że strona audio tego tytułu to jeden z najważniejszych priorytetów twórców. Poznawanie kolejnych
Where The Water Tastes Like Wine
historii przy słuchaniu tych utworów to bardzo duża frajda i z całą pewnością można
W y dawnic t w o : D im B u lb G ame s P lat f o r ma : pc
mówić o pełnym sukcesie w tym zakresie.
prem i er a 2 8.02 . 2 01 8
Nie jest to gra dla każdego, szczególnie pasjonaci gier akcji nie znajdą tu niczego dla siebie. Niemniej dla osób choć w małym stopniu zainteresowanych kulturą
Where The Water Tastes Like Wine to najnowsze dzieło studia Dim Bulb Games, które
USA będzie to produkcja bardzo ważna, w której odkryją praktycznie wszystkie
tworzy gry indie – niezależne od dużych wydawców – od 2014 r. Jak na dzisiejsze podej-
istotne jej elementy. Podobnie w przypadku osób, które lubią nietypowe historie
ście do elektronicznej rozrywki, jest to produkcja bardzo nietypowa.
z niesztampową fabułą.
Michał Goszczyński
Nie uświadczymy w niej skomplikowanych zagadek logicznych, szukania specjalnych
Gra udostępniona dzięki uprzejmości gog.com.
przedmiotów czy pokonywania kolejnych przeciwników. Rozgrywka skupia się na podróżowaniu po trójwymiarowej mapie USA.
Od zera do... danie wypełni dzięki elokwencji i dobrym manierom czy też ostrzu miecza. Podejmowane wybory często mają wymiar moralny – możemy dać się przekupić morderczyni spotkanej na szlaku lub spróbować oddać ją w ręce sprawiedliwości. fot. materiały prasowe
Podróżujemy po wiernie odwzorowanym regionie Bohemii w XV w. Niektóre z budyn-
o cena :
88897
ków przedstawionych w grze stoją do dziś, a szlaki, którymi porusza się konno nasz bohater, przeobraziły się w asfaltowe ulice. Wiele czasu i energii poświęcono, by nie tylko lokacje, lecz także cały świat gry był wierny historycznym zapiskom. Możemy spotkać autentyczne postaci, o których warto doczytać w encyklopedii dostępnej w grze, co jest kolejnym świetnym zabiegiem. Ludzie z Warhorse Studios poradzili sobie świetnie z wykorzystaniem silnika CryEngi-
Kingdom Come: Deliverance
ne 3, dzięki czemu graficznie gra prezentuje się bardzo dobrze. Muzyka odpowiada epoce
prem i er a 13 .02 . 2 01 8
tynuację prac w wielu innych kwestiach, gdyż w tej produkcji wręcz roi się od losowych błę-
W y dawnic t w o : Wa r h o r s e S t u di o s plat f o r ma : P C , P S 4, X b ox One
i wpada w ucho. Jedynie dźwięki otoczenia i napotykanych postaci mogą czasem nudzić. Twórcy zapowiadają jednak dalszy rozwój technicznych aspektów gry, jak również kondów. Niektóre z zadań nie dają się wykonać, czasem nie da się zapisać naszych postępów,
Kingdom Come: Deliverance to debiut czeskiego dewelopera Warhorse Studios. Po
a otwarcie skrzyni może doprowadzić do zamknięcia gry. Warto jednak dać szansę Kingdom
prawie pięciu latach od rozpoczęcia prac, problemach związanych z brakiem funduszy
Come: Deliverance, gdyż te potknięcia w większości nie są uciążliwe, a niedoróbki znikają
i niezwykle udanej kampanii crowdfundingowej twórcy oddali w ręce graczy grę RPG
dzięki sukcesywnie pojawiającym się poprawkom. Twórcy zapowiadali wydanie do końca
z otwartym światem, który oglądamy z perspektywy pierwszej osoby.
marca dużej łatki zwiększającej stabilność gry i usuwającej większość błędów.
Wcielamy się w postać Henryka, którego wioskę najeżdżają najemnicy w trakcie rozwi-
Nie jest to produkcja idealna, ale z pewnością wyjątkowa. Mimo pewnych wad ma za-
jającej się wojny domowej. Bohater musi uciekać w głąb XV-wiecznych Czech. Zaczynamy
datki na jedną z ciekawszych gier tego roku. Sprzedaż ponad miliona egzemplarzy w cią-
jako prosty syn kowala, ale bez problemu możemy rozwinąć swoje umiejętności. Pomogą
gu pierwszych 10 dni z pewnością dodała twórcomy motywacji, by rozszerzać świat, jaki
one w licznych zadaniach, jakie zlecają nam napotkani ludzie. Gra oferuje swobodę spo-
oddali graczom do przemierzania.
sobu realizacji postawionych przed nami celów, co oznacza, że to gracz decyduje, czy za-
44-45
Michał Goszczyński
Wietnam w obiektywie /
Kraina skuterów Wietnam – kraj kojarzący się wielu ludziom z wojną, która bardzo często jest motywem przewodnim filmów, zwłaszcza amerykańskich. Warszawiacy od lat spotykają Wietnamczyków na swoich ulicach, ale to Stadion Dziesięciolecia był ich bastionem – teraz są rozpierzchnięci po różnych dzielnicach stolicy. Jak wygląda ich ojczyzna? TEKS T i fotogr afie:
olga kasprzyk
kwiecień 2018
/ Wietnam w obiektywie
ierwsze wrażenia po wylądowaniu w Ho Chi Minh City, czyli w dawnym Sajgonie: jest naprawdę gorąco, wilgotność powietrza na wysokim poziomie, ubranie klei się do ciała. Niscy ludzie mówią w niezrozumiałym języku, uwagę przykuwa również mnóstwo skuterów, które są wszędzie, a jeżdżą na nich wszyscy i przewożą najrozmaitsze towary.
P
Socjalistyczna Republika Wietnamu Wietnam staje się z roku na rok coraz bardziej popularny wśród turystów. W niektórych krajach jest nawet na liście polecanych kierunków na wyjazd wakacyjny. Turystyka prężnie się rozwija, powstają nowe hotele, lotniska są rozbudowywane. Zwykli Wietnamczycy też starają się z tego trendu korzystać – kwitnie obnośny handel, jedzenie można kupić na specjalnych wózkach lub w ulicznych knajpkach przy małych pomieszczeniach, w których sprzedawcy również mieszkają. Nie trzeba długo szukać, aby je znaleźć. Gdy idzie się wąskimi uliczkami w gęstej zabudowie Sajgonu, jest się otoczonym czymś na kształt garaży. Są one otwarte na oścież, w środ-
46-47
Wietnam w obiektywie/
ku widać leżankę i czasem telewizor, a przed bramą rozłożone są stoliki i plastikowe krzesła. Kobiety serwują jedzenie z przenośnych kuchni na wózkach. Gdy jemy w takich miejscach, trochę jesteśmy u kogoś w domu, a trochę na ulicy. Codziennie rano plastikowe krzesełka zajmują przede wszystkim tubylcy, którzy jedzą na śniadanie niezwykle popularną i pożywną zupę Pho. Też tak zwykle zaczynałam dzień.
Transport Wszędzie widzimy kontrasty – niedaleko miniaturowych knajp otwartych przy mieszkaniach tubylców, którzy walczą o każdy grosz, piętrzą się pięknie wykończone lokale obsługiwane przez zadbany personel. Ale dostrzegą to tylko ci, którzy wychodzą poza enklawy hotelowe. Jedną ze zmor codziennego życia Wietnamczyków oraz turystów, którzy pragną poznać ich region, jest transport. Przemieszczanie się pomiędzy miastami jest dosyć uciążliwe. Wynika to przede wszystkim z bardzo słabego stanu dróg – dziura za dziurą. Często krótki odcinek może zająć niewyobrażalnie dużo
czasu. Problem częściowo rozwiązuje dosyć dobra sieć połączeń lotniczych, z których warto korzystać. A dla tych, którzy mają więcej czasu – autobusy (o wysokim standardzie) i pociągi. Mimo kiepskiego stanu dróg ruch jest naprawdę duży, zwłaszcza w miastach. Na ulicach często widać skutery. Pieszy musi mieć się na baczności. Zielone światło nie oznacza, że można bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy, jest to raczej tylko sugestia dla pieszego. Na skuterach można zobaczyć całe rodziny – rodziców z nawet trojgiem czy czworgiem dzieci. Nie stać ich na samochody.
Ludzie Mimo dużej biedy, która panuje wśród Wietnamczyków, na ich twarzach często gości uśmiech. Zapewne częściowo jest to spowodowane świadomością, że na turystach z Zachodu można zarobić – większość rzeczy jest dla nich bardzo tania. W miejscach takich jak to, w których obserwujemy tak wysoki odsetek biednych ludzi, dzieci często są wykorzystywane do wyciągania pieniędzy od białych turystów. Ale to niejedyny obraz. Spotykamy się z dużą życzli-
wością, chęcią pomocy, a czasami uśmiechem bez podtekstów. W gruncie rzeczy czuć od tubylców dobro. Los większości z nich jest ciężki. Ludzie w miastach, sprzedający zioła, owoce i warzywa na straganach, często wstają w środku nocy, aby przyjechać z prowincji. Są zmęczeni, ale to ich jedyne źródło utrzymania. Próbują zapewnić swoim dzieciom i wnukom lepszą przyszłość. Chcą, by mieli w życiu łatwiej niż oni. Robią to dla rodziny, bo w niej jest siła i oni o tym wiedzą. Jeśli chcesz naprawdę poznać Wietnam i ludzi, którzy w nim mieszkają, to niezbędne jest wyjście poza ramy świata zorganizowanego dla turystów. Wtedy dopiero mamy do czynienia z prawdziwym obrazem kraju, gdzie radość i entuzjazm miesza się z biedą i smutkiem w każdej dziedzinie życia. 0
Informacja Po więcej zdjęć autorki zapraszamy na jej stronę internetową: olgakasprzyk.com/blog
kwiecień 2018
/ Wietnam w obiektywie
48-49
varia /
Na koniec Polecamy: 50 Warszawa Socrealizm wiecznie żywy
Kiedyś to było
fot. U.S. Department of Energy from United States
52 Człowiek z pasją Michał Jeliński Wspomnienie Mariana Schmidta
55 Felieton Dialogowanie Czy umiemy rozmawiać?
Incommunicado M at e u s z S kó r a Z ASTĘPCA REDAK TOR NACZELNEJ
zok, niedowierzanie! 21 marca 2018 r. Świat budzi się z informacją, że dane 50 milionów użytkowników Facebooka dotyczące ich szeroko pojętej aktywności wyciekły do firmy oferującej politykom usługę efektywniejszego wpływania na wyniki wyborów. Szkopuł tkwi w tym, że nikt z udostępniających dane dla Cambridge Analytica nie wyraził zgody na wykorzystywanie ich w celach politycznych. Ta informacja po raz kolejny podburzyła zszargane zaufanie do tworu Marka Zuckerberga, który z zaskakującą lekkością zezwala na udostępnianie informacji o swoich użytkownikach stronom trzecim. Uważnym pozwolę zgadnąć, z jaką kampanią prezydencką z 2016 r. wiąże się ten skandal. Owszem, wyciek informacji o działalności Cambridge Analytica zatrwożył opinię publiczną. Niemniej, nikogo nie powinien był zaskoczyć. Do manipulacji naszymi preferencjami politycznymi nie potrzeba zresztą dużej instytucji, która dla powagi umieściła w swojej nazwie lokalizację jednej z najstarszych światowych uczelni. Wystarczy zaledwie kilku Rosjan z dostępem do internetu. Członkowie petersburskiego Internet Research Agency (IRA), potocznie kremlebots, za pomocą fałszywych kont tworzyli nie tak bardzo fałszywe strony, których treści wg różnych źródeł w samych Stanach Zjednoczonych mogły dotrzeć do ponad 150 milionów osób. Utworzone przez IRA portale, takie jak Being Patriotic, radykalizowały poglądy Amerykanów i wzmacniały nastroje antyimigranckie.
S
Określenie globalnej wioski nigdy nie było bardziej trafne.
Nie uchował się również Twitter, na którym profil przeciętnego użytkownika jest nieodróżnialny od fałszywego. Przez to prowadzenie agresywnych personalnych ataków jest zznacznie prostsze. Nie stanowi również trudności założenie nieprawdziwego profilu Republikanów z Tennessee (@TEN_GOP), które w szczycie chwały obserwować będzie 100 tys. osób. Ewidentnie utrwala się stara zasada – fałsz rozchodzi się zdecydowanie szybciej od prawdy. Dostęp do platform społecznościowych jest wciąż bardzo prosty. Stąd istnieje multum sposobów na sztuczne napędzanie ruchu, jak np. astroturfing, o którym kręgi szurprawicowe dowiedziały się wtedy, gdy chciały zdyskredytować protesty dotyczące reform sądownictwa w Polsce. Przy odrobinie zręczności każda mniej znana w sieci osoba może się okazać anty-Polakiem, realizatorem żydowskiej propagandy i komuchem. I na dodatek pewnie nie je mięsa, to jeszcze gorsze. Określenie globalnej wioski nigdy nie było bardziej trafne. Chociaż wolałbym określenie „globalny Raszyn”. Rzadko wiemy, kto mieszka dwa domy obok, tak samo jak nie mamy pewności, czy nasz nowy obserwujący w wolnych chwilach nie śpiewa gimnu sowietskogo sojuza. W obu przypadkach pokrywa się również pierzenie na lepszego niż jest się w rzeczywistości, wielość narracji i wszechobecny brak zaufania, połączony z przeświadczeniem o własnej nieomylności. A bez transparentnych zasad korzystania z sieci społecznościowych, odpowiedniej troski o dane osobowe i uczciwych(!) mechanizmów kontroli może być tylko gorzej. 0
kwiecień 2018
WARSZAWA
/ architektura czasów PRL
nie może być tyłek na rozkładówce
Socrealizm wiecznie żywy Jedyny styl sztuki w Polsce, który został narzucony przez władzę. Nie do końca jednoznacznie zdefiniowany, „socjalistyczny w treści i narodowy w formie” bywał różnie interpretowany. Ile zostało po socrealizmie w XXI-wiecznej Warszawie? T e K S T:
n ATA L I A aN D R E J U K
rchitektura socjalistyczna miała pokazy wać pewne proletariackie ideały społeczno-moralne. Przed radzieckim nurtem stało zadanie takiej materialno-technicznej przebudowy urbanistycznej, która odpowiadałaby powoli kształtującym się postawom politycznym i kulturalnym robotników. Wierne odzwierciedlanie życia codziennego doprowadziło do utwo-
A
z DJ Ę C I A :
m A R T Y N A k R Ę Ż E L
rzenia się oryginalnych cech – odniesienia do ludu stały się kluczowe dla tożsamości socrealistycznego nurtu.
Muranów Swoją nazwę dzielnica wzięła od weneckiej wyspy Murano, na której niestety też znajdowało się getto – pierwsze na świecie. W latach 1940 –1943 mieściła się tam dzielnica żydowska, z której zostały tylko stosy gruzów. Było ich tak dużo (ok. 3– 4 mln m³), że zdecydowano o nieusuwaniu ich, ponieważ znacząco podniosłoby to całkowite koszty odbudowy. Ruiny postanowiono tylko wyrównać i rozpocząć prace. Dlatego, wchodząc w granice Muranowa od strony Arsenału (ul. Długa), musimy pokonać schody, które współcześnie łączą metropolię okolic placu Bankowego z kameralnością tej dzielnicy. Do kamienic dodano socrea list yczne detale (w postaci historycznych ornamentów) oraz wybudowano ulice handlowe, a całość intensy wnie zadrzewiono.
Schody Ruchome Idąc wzdłuż al. Solidarności, dotrzemy na plac Zamkowy, gdzie w kamienicy Johna jeszcze do roku 1997 można było podziwiać pierwsze w Warszawie schody ruchome. Samo wnętrze wydaje się skromniejszą wersją moskiewskiego metra. Podczas ostatniej modernizacji w 2005 r. dosyć wiernie odwzoro-
50-51
wano pieszy tunel i górny poziom konstrukcji. Zachowano również oryginalne płaskorzeźby Razem w boju i Razem w odbudowie autorstwa Jerzego Jarnuszkiewicza, które miały symbolizować przyjaźń łączącą Polskę Ludową i ZSRR. Same ciągi schodów zastąpiono bardziej nowoczesnymi, a oryginalne w części zezłomowano, a w części oddano do Muzeum Techniki. Na najniższym poziomie kamienicy, nadal można jednak podziwiać zachowany pulpit sterowniczy.
Trasa W-Z Zjeżdżając schodami, dojeżdżamy do wybudowanej pod koniec lat 40. X X w. Trasy Wschód–Zachód. Według jednej z teorii od jej nazwy pochodzi określenie najpopularniejszego warszawskiego ciastka – wuzetki.
Dzisiaj te bloki toną w miejskiej zieleni i niczym nie przypominają starego Powiśla. Ta inwestycja miała stworzyć dla ludności wygodny dojazd do zakładów pracy i ośrodków kulturalno-społecznych Śródmieścia. Przeprowadzenie jej przez tereny, na których znajdowały się zabytki, przysporzyło wiele problemów. Kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie (al. Solidarności 80, dawniej ul. Leszno 32) został nawet przesunięty o 21 m na północ w związku z tą budową. Pokazuje to tylko ogrom przedsięwzięcia, które miało udowadniać słuszność w wielkiej walce o realizm socjalistyczny.
Powiśle Ze Starówki na Powiśle trafić nietrudno. Spod Uniwersytetu Warszawskiego łapiemy autobus numer 111 odjeżdżający w kierunku Gocławia i w ysiadamy przy moście Poniatowskiego. Wystarczy zejść po schodach, iść wzdłuż alei Trzeciego Maja
architektura czasów PRL /
i znajdziemy się na jednym z przy wiślańskich osiedli – Solcu. Było ono niemałym w yzwaniem dla ówczesnych architektów, którzy nie wiedzieli, jak zagospodarować nędzę przedwojennego Powiśla wzmocnioną zniszczeniami pozostałymi po II wojnie. Zaraz po 1945 r. powstało tutaj dużo „dzikiej” zabudow y, wiele domów nie miało elektryczności, ogrzewania czy bieżącej wody. Uliczki w yłożone były kocimi łbami, a oświetlenie dróg (w dużej mierze gazowe) również pozostawiało wiele do życzenia. Pomimo tego większość z nich nadawała się do modernizacji. Dzisiaj te bloki toną w miejskiej zieleni i niczym nie przypominają starego Powiśla.
rzeźbiarski komiks o powstawaniu dzielnicy na narożnych budynkach po stronie północnej (ul. Marszałkowska 53, ul. Piękna 28/34) oraz wyjaśniającą ideę dzielnicy (Lud wkracza do miasta) płaskorzeźbę Franciszka Habdasa Otwarcie MDM na ścianie bloku przy ulicy Waryńskiego 9. Sukces ukończenia MDM-u (chociaż nie w pierwotnie zakładanym kształcie) wpisy wał się w propagandę tworzenia silnej i nowej Polski Ludowej. To była już nie tylko przebudowa, lecz także nowe osiedle robotnicze wybudowane zupełnie od podstaw. W książce jednego z architektów MDM-u możemy przeczytać: Po
WARSZAWA
ukończeniu budowy placu Konstytucji warszawiacy objęli szybko MDM w swe posiadanie. O MDM-ie śpiewano piosenki. Potem przyszedł okres, kiedy został poddany ostrej krytyce tyczącej zarówno urbanistyki, jak i architektury oraz rzeźb. A jednak Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa wrosła w panoramę Warszawy, stała się jej cząstką. 0
Ul. Smolna Z przystanku koło Solca wsiadamy w autobus nr 166 w kierunku Kabat i wysiadamy na Książęcej. Po spacerze w poprzek parku Na Książęcem dojdziemy do Alei Jerozolimskich. Po ich drugiej stronie znajduje się ulica Smolna, która zaczyna się od deptaka w parku Bayera. 19-piętrowy wieżowiec z numerem 8 zobaczymy już z daleka. Chociaż sama historia budynku wykracza poza lata panowania realizmu socjalistycznego (1964–1976), nietrudno doszukać się tutaj cech charakterystycznego dla tego nurtu monumentalizmu, który zawdzięcza swojej pierwotnie planowanej funkcji. Budynek miał być hotelem polonijnym, a więc miejscem pobytu dla Polaków przyjeżdżających z zagranicy. Swoje biura miała tam również PUMA, firma zajmująca się mieszkaniami dla cudzoziemców, które można było kupić tylko za dewizy i dolary. Nic dziwnego, że na stronie „Wyborczej” w jednym ze wspomnień lokatora możemy przeczytać: Nawet u schyłku PRL-u mieszkańcy apartamentowca przy Smolnej 8 mogli zamówić do drzwi bryzol i skrzynkę piwa dostarczaną przez kelnera. Cztery kąty przy tej ulicy były synonimem luksusu i dobrobytu.
Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa MDM Wystarczy złapać autobus linii 118 w kierunku Metra Politechnika i po około siedmiu minutach jazdy znajdziemy się na placu Konstytucji – w samym sercu Śródmieścia Południowego. Położone jest tutaj największe założenie planu 6-letniego, w myśl którego do samego centrum miasta miały zostać wprowadzone masy robotnicze. Warto zwrócić uwagę na mozaikowe, socjalistyczne w treści alegorie czterech pór roku, które zdobią wschodnią i zachodnią stronę placu,
kwiecień 2018
CZŁOWIEK Z PASJĄ
/ Marian Schmidt we wspomnieniach Michała Jelińskiego
W wy*ebywaniu to akurat jestem dobra
Mariana Schmidta ekwiwalent życia i twórczości
Pisał książkę. Słynął z wyłączania się z rzeczywistości na rzecz pracy artystycznej, mieliśmy więc spotkać się „po zimie”. Spotkać się, by porozmawiać o imponującej pasji do sztuki i życia na miarę renesansu, historii doktora matematyki, artysty, fotografa, pedagoga. Tej wiosny nie przyjdzie nam się już jednak zobaczyć. Dziś wspominam Mariana Schmidta z jego uczniem i przyjacielem, fotografem Michałem Jelińskim. r o z m aw i a ł : fotografie:
PAW E Ł D R U B KOW S K I do m spo t ka ń z h is tori ą
Spotkaliście się panowie po raz pierwszy na łódzkiej filmówce. Jakie były wówczas wasze role, jak wyglądały pierwsze relacje?
Magiel:
Michał Jeliński: Nasze spotkanie było całkowicie przypadkowe. W trakcie studiów miałem urlopy dziekańskie i gdybym ich nie miał, to nigdy byśmy się pewnie nie poznali. Było to po jednej z przymusowych przerw, kiedy złapało mnie wojsko (drugie studia nie zwalniały już z tej zaszczytnej służby). Jechałem po przerwie do Łodzi. Na peronie w Warszawie spotkałem się z kolegami, a potem do naszego przedziału wszedł też Marian, bardzo towarzyski, wtedy jeszcze mi nieznany. Byłem studentem drugiego roku, Marian wykładowcą z pracowni portretu. Na tych pierwszych zajęciach okazało się, że on wcale portretów nie pokazywał, tylko jakieś dziwne, głównie abstrakcyjne zdjęcia. To były fotografie z kręgów kultury zachodniej, raczej amerykańskiej, dla mnie wtedy kompletnie niezrozumiałe. Wyrosłem na fotografii dokumentalnej i przyrodniczej, gdzie drzewo było drzewem, zwierzę było zwierzęciem (lepiej lub gorzej sfotografowanym) i tyle. A tam zetknąłem się z zupełnie inną materią, oderwaną od rzeczywistości. I wywołało to we mnie nawet jakiś bunt. Jak to? Takie rozmazane rzeczy, czasami nieostre, mogą być zaliczane do dzieł sztuki? Zrozumiałem to dopiero po czasie. Ten wykład był dla mnie impulsem.
Ma pan na myśli fotografię ekspresyjną? W jaki sposób dojrzał pan do jej zrozumienia? Marian wprowadził mnie w jej świat. Już pierwsze zajęcia wywarły na mnie ogromny wpływ. Wcześniejsze spotkanie w pociągu było dla mnie nawet trochę bolesne. Poprosił, żebym pokazał mu zdjęcia, które zrobiłem. Byłem wówczas doświadczonym fotografem przyrodniczym, miałem nawet własną firmę i z tego żyłem. Marian skwitował to słowami: No dobre fotografie widokówkowe. Przykro mi się zrobiło, ale sama decyzja o szkole filmowej wiązała się z poczuciem, że czegoś mi brakuje. Z ekspresją na zajęciach Schmidta spotykaliśmy się ciągle, tylko o niej była tam mowa. Nie rozmawialiśmy o tym, co jest ładne, a co brzydkie, tylko o tym, co działa lub nie działa i jak jeszcze działa. Marian to rozpatrywał nie tylko na zasadzie estetyki. Pierwsze ćwiczenie polegało na sprawdzeniu, jak funkcjonuje każda z połówek naszych twarzy. Nagle okazało się, że w wielu przypadkach jedna z nich wyraża emocje mocniej. Dla mnie to był szok. Wcześniej odbierałem swoją twarz jako symetryczną, natomiast Marian udowodnił, że wcale tak nie jest, że twarze różnią się znacząco między połówkami. To razem z fotografią abstrakcyjną mnie otworzyło. Marian miał dar, potrafił zaszczepić w innych wątpliwość.
W czym to się objawiało? Jak prowadził zajęcia, jak komunikował te nowe dla polskiego odbiorcy kierunki w fotografii? Marian przede wszystkim wyrósł w kulturze zachodniej. To był naukowiec, matematyk, więc jego analityczne myślenie pomagało mu w docho-
52-53
dzeniu do ekspresji twórczej. Był świetnym wykładowcą, prowadził wykłady bardzo otwarcie. Byłem po studiach typowo inżynierskich, na których miałem same nudne przedmioty, nudnie prowadzone, bardzo zniechęcające do nauki. Za to Marian po prostu otwierał odbiorcom głowy. Miał dar syntetycznej mowy – wyrażał najważniejsze myśli, tak jak na matematyka przystało. Trafiał w punkt, wszystkie jego wypowiedzi były bardzo, bardzo precyzyjne. Nigdy nie ględził i nie owijał w bawełnę. Jeśli coś mu się nie podobało czy uważał, że coś nie działa, to mówił, że nie działa. Koniec kropka. Nie było żadnych ozdobników. Każde słowo ważył, więc każde jego zdanie bardzo do mnie przemawiało. A przecież w krytyce sztuki panuje wielkie pustosłowie. Marian był jego zupełnym przeciwieństwem.
Czy oprócz akademii można było to analityczne podejście zauważyć w jego twórczości? W pracy Mariana należy wydzielić dwa wyraźne nurty. Nurt fotografii humanistycznej – ulicznej – i nurt fotografii ekspresyjnej, krajobrazowo-abstrakcyjnej. W obydwu był tak samo precyzyjny jak w swoich wykładach. Miałem przyjemność przyjaźnić się z Marianem i wielokrotnie wyjeżdżaliśmy na plenery tylko we dwóch. Widziałem, jak zachowuje się w sytuacjach związanych z tymi dwoma różnymi nurtami: fotografii ulicznej i krajobrazowej. Precyzja kompozycji, skupienie, w jakim znajdował się podczas fotografowania, dawały mu możliwość osiągnięcia maksimum ekspresji. W przypadku fotografii ulicznej dogłębnie analizował miejsce. W jego obrazie liczył się każdy detal. To, co często widzi się w fotografii newsowej, w której liczy się przekaz, treść, a obraz, detal i forma są mniej ważne, nie miało u Mariana racji bytu. Zawsze poszukiwał harmonii formy i treści.
Czy w fotografii ekspresyjnej harmonia kontekstu i wydarzenia też dominowała? Czy podejście Mariana Schmidta do dwóch nurtów było takie samo? To podejście było takie samo do całej twórczości. Podział prac Mariana na części humanistyczną i krajobrazową pokazuje różnorodność formy. Istota była wciąż ta sama: Schmidt poszukiwał harmonii z dwóch stron – kompozycji i człowieka. Szukał spokoju, który mógłby przekazać w jakiejś formie sztuki.
Jedną z postaci, które wymienia się w kontekście największych inspiracji życiowych Schmidta jest Sergiu Celibidache, rumuński dyrygent. Na czym opierała się ta inspiracja? Do czego prowadziła w twórczości Mariana? Pokazał Marianowi, na czym polega fenomenologia muzyki i Marian tę fenomenologię przekładał na swoje prace. Książka, której nie zdążył skończyć, była właśnie o fenomenologii obrazu, czyli o tym, jak analizować sztukę bez skojarzeń kulturowych. W myśl zasady: od zera zaczynamy i od zera
Marian Schmidt we wspomnieniach Michała Jelińskiego /
CZŁOWIEK Z PASJĄ
tworzymy, od zera obserwujemy, co się dzieje z danym utworem. Przykładowa dynamika muzyki: góry, doły, góry, doły mają miejsce przecież w każdej innej dziedzinie. Właśnie tu Celibidache wywarł na Mariana olbrzymi wpływ. Ostrożnie używam słowa duchowość, ale w tym przypadku mogę powiedzieć, że oswoił Mariana z duchowością w muzyce.
O Celibidachem mówiono, że nie lubił nagrań. Marian Schmidt nie dopuszczał z kolei do swojego życia pisarzy. Publikacji o nim i jego pracy jest po prostu mało. Problem leży gdzie indziej. Chodzi o zderzenie z poszukiwaniem doskonałości u Mariana. Często było ono odbierane przez wielu krytyków i „kolegów” fotografów jako wyraz zarozumiałości. Marian był dosyć krytyczny w stosunku do sztuki w ogóle, miał bardzo ostry zmysł krytyczny. Myślę, że pogrzebał tym sobie związki towarzyskie i znajomości. Był poza układami. To nie pasowało ludziom z kręgu kultury, szczególnie krytykom. Nie pasowało im to, że Marian poszukuje czegoś innego, uważali go po prostu za zarozumiałego i odwracali się od niego.
Pański punkt widzenia jest inny, prawda? Jeśli człowiek był w stanie odebrać tę krytykę jako konstruktywną i dążyć do doskonałości, której uczył Marian, to mógł walczyć z niedoskonałością. Wystarczało spojrzeć na siebie obiektywnie – jestem słaby i tyle. Muszę działać. Pracować tak, jak Michał Anioł, któremu nie starczało dnia.
Marian Schmidt, Warszawa Bródno (1976)
Jak przyjmował pan wspomnianą krytykę i jak były odbierane pańskie reakcje? Marian krytykował na zasadzie „działa/ nie działa”. Po jakimś czasie, kiedy człowiek oswaja się z ekspresyjnym odbiorem twórczości, sam zaczyna oceniać w ten sposób. Wówczas odbiór się zmienia. Krytyka na zasadzie „działa/ nie działa” różni się od opinii to zdjęcie jest złe. Kiedy przebrnąłem przez pierwszy bunt, kiedy już mogłem swobodnie oglądać zdjęcia, które Marian przedstawiał – zarówno humanistyczne, jak i krajobrazowe – to ta ekspresyjna krytyka stała się naturalna. Marian miał swój charakter. Nie był to człowiek oczywisty i ugładzony. Nasze relacje różnie się układały, fluktuowały, ale nigdy nie zmieniłem zdania, jeśli chodzi o jego twórczość. Uczył czegoś niezmiernie ważnego. Uczył, że trzeba umieć czytać własne emocje i koncentrować się na najsilniejszych, na tych będących esencją postrzegania świata. To najistotniejszy człowiek, który miał wpływ na moją fotografię. Zdarzało się, że na wspólnych plenerach nasze spojrzenie na dany krajobraz mocno się różniło. Marian mówił: No nie, ten krajobraz nie działa. Jeśli we mnie ten krajobraz budził emocje, to ja i tak go robiłem. Bardzo często zdarzało się tak, że kiedy już pokazywaliśmy sobie zdjęcia, Marian mówił: O kurczę, ja tego nie widziałem, ja w ogóle wtedy tego nie czułem, a zdjęcie działa. Ten przykład pokazuje, że Marian był osobą otwartą – mówienie działa/ nie działa może być tylko szczere. To, czy zdjęcie jest dobre, czy nie, jest już mocno subiektywne.
Jaki był wpływ Jiddu Krishnamurtiego na Mariana Schmidta? Spędzili razem rok. Jakie to mogło mieć oddziaływanie na postrzeganie harmonii w człowieku? Zaraz po zrobieniu doktoratu z matematyki w Stanach Marian mógł zostać na uczelni, ale wiedział już w trakcie studiów, że nie będzie matematykiem. Kiedy robił dyplom, miał kupiony bilet do Europy, na wykłady Krishnamurtiego [hinduski teozof – przyp. red.]. Poczuł, że jego droga zmierza w innym kierunku, niż wcześniej przypuszczał. Z Krishnamurtim był bardzo blisko. Najistotniejsze, co mógł od niego dostać w kontekście twórczości, to wolność od znanego. Jako matematyk przyjął to od razu. Ciągle badał nieznane, starał się szukać odpowiedzi na to, co nieodkryte. Zaadaptował ideę, która uwolniła go twórczo, była drogowskazem w całej twórczości. Co ta wolność od znanego oznacza? Być może Marian mógł pojmować to inaczej, ale z mojej perspektywy najlepszą odpowiedzią było jego zachowanie: nigdy nie kierował się kontekstem kulturowym, symbolicznym. 1
Marian Schmidt, Łowicz (1976) kwiecień 2018
CZŁOWIEK Z PASJĄ
/ Michał Jeliński
Zawsze traktował pracę z pozycji fenomenologii, zaczynał od zera. Wpływy Celibidachego i Krishnamurtiego zazębiają się. Można stwierdzić, że obaj przekazywali mu to samo. Myślę, że Marian zawdzięcza Krishnamurtiemu to, jak fotografował. Starał się absolutnie wyciszyć i patrzeć na rzeczywistość bez filtrów. Czysto: nie znam ciebie, nie znam tego krajobrazu. Widzę go jak dziecko, które po raz pierwszy dostrzega motyla na swoim kolanie – jest zafascynowane. Marian jako twórca miał to w sobie.
Czy studiując w Łodzi, zauważał pan różnicę między Marianem a innymi wykładowcami? Czy jego zachodniość, świadomość wielu nurtów w fotografii i znajomość filozofii miały potem odzwierciedlenie w jego nauczaniu? Czy było widać, że to jest ktoś, kto wyróżnia się z łódzkiego grona? Jak był odbierany? Z mojej perspektywy w przypadku ekspresji miał zarówno wielbicieli, jak i takich, którzy go nienawidzili i po prostu nie chodzili na jego zajęcia. To jest oczywiste – demonstracja skrajnych emocji w sztuce wywołuje też skrajne emocje u odbiorców. W przypadku jego wykładów właśnie tak było. My jednak się zgraliśmy. Tak to jest, kiedy dwie osoby się spotykają i od razu się rozumieją. Bardzo sobie cenię całą szkołę łódzką. Dawała mi otwartość głowy – każdy wykładowca oferował coś innego, czerpałem garściami z różnych źródeł, trudno więc o porównanie. Dyplom zdecydowałem się jednak zrobić u Mariana, bo był najbliżej tego, czego intuicyjnie poszukiwałem. Z pewnością urzekło mnie w nim to, że rzeczywiście był to człowiek, który miał dużą styczność z zachodnią kulturą. Sposób prowadzenia wykładów bardzo do mnie przemawiał. Pracowało się z nim naprawdę dobrze. Po dyplomie z pejzażu wyjeżdżałem za granicę z myślą o fotografowaniu. Przed rozstaniem Marian powiedział: Możesz swobodnie jechać. Czułem się wtedy niesamowicie. Do dziś czuję, że to była swego rodzaju matura twórcza.
Co Marian Schmidt próbował opowiedzieć swoimi zdjęciami? Niezależnie od tego, czy Marian pokazywał ludzi, czy kawałki skał – siła, ekspresja była niesamowita. To właśnie różniło fotografię humanistyczną i krajobrazową – część pejzaży była statyczna, dawała możliwość lepszej koncentracji, być może dłuższego czasu na przetrawienie emocji przed naciśnięciem migawki. Natomiast na ulicy było zupełnie odwrotnie. Dynamiczna sytuacja, ułamki sekund na reakcję. Fotograf uliczny musi wyprzedzać sytuację zgodnie z regułą decydującego momentu Cartiera-Bressona [jeden z najwybitniejszych francuskich fotoreporterów XX w. – przyp. red.]. Kiedy coś zaczyna się dziać, jest już za późno. Gdy pracował na ulicy, był o wiele szybszy niż wielu jego studentów, chociaż wiekowo była między nimi wielka różnica.
Czym charakteryzowała się jego praca na ulicy? Marian w fotografii humanistycznej szukał przede wszystkim łączności człowieka i jego wnętrza, po to, by pokazać, co człowiek naprawdę przeżywa. Starał się wyszukiwać w tłumie, w sytuacji, w portrecie objawów szczerości. To go interesowało – prawda. Prawda i czasami metafizyczność człowieka. To był klucz w jego twórczości humanistycznej – duchowa część człowieka, która jest ukryta, a którą on potrafił fotografować.
Rozmawialiście o tym, jak sprawić, żeby było to widać, jak wyjąć to z człowieka? Paradoksalnie tak naprawdę to zależy bardziej od twórcy niż od obiektu – czy to będzie skała, czy też człowiek, to twórca przez swój rozwój emocjonalny, przez doskonalenie w byciu człowiekiem, ma szansę na dostrzeżenie pewnych niuansów, detali niewidzialnych w szarym, przeciętnym życiu. Grzegorz Przyborek w jednym z tekstów do wystawy Mariana pisał o alikwotach rzeczywistości. Alikwoty w muzyce to coś nienapisanego, coś, co istnieje poza nutami. Tego właśnie poszukiwał Marian – czegoś nieoczywistego. Świat wielu twórców jest bardzo oczywisty i to go przygnębiało. Szukał poza banalnością, szukał alikwot rzeczywistości, tego, co nie wypo-
54-55
wiedziane wprost. Kiedy jechał na obchody Pierwszej Komunii Świętej, to właśnie fotografował w kontekście, szukając tej istoty Komunii – nie ładnie ubranych i bardzo ładnie upozowanych dzieci, nawet bardzo estetycznych. To go nie interesowało. Interesowała go istota przeżycia jako czegoś mistycznego.
Łowicz i Trzepak właśnie to opisują? Tak, Marian miał niesamowitą zdolność do wyłapywania takiego całościowego widzenia w jednym obrazie, który oddawał już wszystko, cały kontekst wydarzenia, zdarzenia, człowieka, jego bycia, jego istoty.
Ma pan jakieś fotografie Mariana Schmidta, które najbardziej pan docenia? Na początku naszej znajomości, na którychś z pierwszych zajęć, Marian pokazywał swoje prace. Jedno ze zdjęć mnie szczególnie zachwyciło i poruszyło tak, że otworzyło mi świat fotograficzny, pokazało, że coś takiego można w ogóle sfotografować. To było zdjęcie chłopczyka podskakującego na plaży, radośnie jak tylko dziecko potrafi. Po latach dowiedziałem się, że to był jego syn, Artur. Marian uchwycił tę chwilę, a ja zdałem sobie sprawę, że wyszedł tak poza oczywistość, że ja nigdy w życiu nawet nie myślałem, że tak subtelną relację i chwilę można uwiecznić. To było zdjęcie numer jeden. Ono ciągle gdzieś we mnie jest.
Co starał się przekazać Schmidt swoim uczniom? Uczył ekwiwalentu. Ekwiwalent działa na różnych płaszczyznach. Najsilniejszą częścią ekwiwalentu jest to, co zostaje w człowieku po obejrzeniu dzieła. Ekwiwalent fotografii dziecka na plaży działa we mnie od wielu, wielu lat. Idealnie, jeśli dzięki niemu odbiorca zmienia swoje życie na lepsze. Mam nadzieję, że to zdjęcie może mnie trochę na lepsze zmieniło. Czuję, że z tą jedną fotografią dostałem coś bardzo wartościowego. Marian nie dzielił twórczości na fotografię i inne dziedziny. To była po prostu sztuka, to było jedno. Na naszych zajęciach w szkole w Łodzi czy później, kiedy już się znaliśmy i nasza relacja była bliższa, zawsze była muzyka, zawsze był Rembrandt, zawsze był Leonardo da Vinci, Vermeer czy inni twórcy. Była też fotografia, oczywiście. Było jej dosyć dużo, natomiast ta inspiracja, to szerokie widzenie sztuki jako całości, która niesie w sobie tę jedną spajającą istotę – to była zasługa Mariana. To, czego według mnie brakuje w świecie fotograficznym, to to, że obraz zdewaluował się poprzez swoją hiperpopularność. Fotografowie ograniczają się tylko i wyłącznie do fotografii. Jest ta dziedzina pstrykania i koniec. Marian wchodził w relację z twórczością z pasją, miał ją w sobie, szukał jej bardzo szeroko, nie tylko w zdjęciach.
Co najważniejszego wyniósł pan z relacji z Marianem Schmidtem? W każdym z nas, nawet najgorszym łachudrze, drzemie druga, duchowa część. Marian tego poszukiwał i dla mnie największym darem jest wiedza, jak te alikwoty rzeczywistości uwieczniać, jak stać się prawdziwym twórcą, który jest w stanie wyrzucić z siebie to, co jest dla niego najistotniejsze. Słowem: jak zmaterializować to, co niewidzialne tak, by umożliwić odbiór innym. W fotografii są autorytety, ale bez Mariana bardzo wielu ludzi poszłoby zupełnie inną drogą. To było widać na cmentarzu. To jest ekwiwalent Mariana. Ten tłum ludzi, studentów i absolwentów, mówił wszystko. 0
Michał Jeliński Rocznik 73, absolwent Wydziału Leśnego SGGW i Fotografii w Szkole Filmowej w Łodzi. Na studiach w „Filmówce”, dzięki Marianowi Schmidtowi – swojemu promotorowi – odkrył fotografię ekspresyjną i prace m.in. Minora White’a i Paula Caponigro. Prowadzi Pracownię Krajobrazu w Warszawskiej Szkole Fotografii i Grafiki Projektowej. Członek Polskiego Stowarzyszenia Fotograficznego Ekwiwalenty. www.michaljelinski.com
w・poszukiwaniu dyskusji /
Dialogowanie ie umiemy dyskutować. Szczególnie gdy poglądy nie pozwalają nam przyjąć stanowiska naszego adwersarza. Przecież chrześcijanin nigdy nie zaakceptuje prawa do aborcji na życzenie, a libertarianin będzie gardził związkami zawodowymi czy wsparciem socjalnym. Gdy dwie strony się nie rozumieją, dialog jest po prostu niemożliwy. To zjawisko jest najsilniej odczuwalne podczas dyskusji o polityce. Nie argumentujemy, nie przedstawiamy ciągów przyczynowo-skutkowych. Łatwiej przecież nazwać drugą osobę Kodziarzem albo Pisiorem i wrócić do swojej bańki informacyjnej – której istnienie tłumaczy choćby brak zrozumienia szarego obywatela przez ,,liberalną elitę”. Internetowe targetowanie dostarcza nam przede wszystkim informacji zbieżnych z naszymi poglądami. W konsekwencji nabieramy nadmiernego przeświadczenia o słuszności swoich racji, tracimy świadomość istnienia innych przekonań, a tym samym radykalizujemy nasz światopogląd. Przez lata transformacji dominująca narracja w liberalnych mediach głównego nurtu przedstawiała Polaków jako ludzi na dorobku. Nie tylko w sferze materialnej, lecz także cywilizacyjnej i kulturowej. PiS powiedział dosyć, przywrócił godność zwykłemu człowiekowi, soli tej ziemi. Dał 500+ – coś co się należało – gwarancję równości, niezależnie od poziomu majątku czy wykształcenia. Polacy wstają z kolan! – to pozornie absurdalne stwierdzenie pozwoliło rodakom zwalczyć poczucie niższości, zwróciło należny im szacunek. Inne partie były głuche na te potrzeby i wykazywały się biernością, dlatego wciąż trudno jest im odzyskać wiarygodność i poparcie wśród wyborców. Wszystkie te wnioski zostały zebrane w Raporcie z Miastka Macieja Gduli – socjologa, który postanowił odpowiedzieć na pytanie, co kieruje sympatiami politycznymi ludzi z małych miast. Praca ta jest w zasadzie cyklem wywiadów przeprowadzonych w nieokreślonym mieście powiatowym, gdzie partia rządząca zdobyła prawie 50 proc. poparcia. Tezy przedstawione w badaniu powinny być oczywiste dla każdego, kto choć czasem rozmawia z ludźmi o innych poglądach politycznych. Zostały one jednak
N
odebrane jako prawda objawiona. Petarda, Kopalnia wiedzy o wyborcach! – komentowali politycy opozycji. Raport obrazuje jeszcze jeden problem – brak odniesienia do empirycznych badań i evidence-based policy w Polsce. Debata publiczna oparta jest zwykle na generalizowaniu i zasłyszanych opiniach, a nie dokładnej wiedzy. Jedyne, do czego odwołują się politycy, to sondaże, które zresztą bywają subiektywne i mało wiarygodne – są w końcu przeprowadzane na zlecenie konkretnego stronnictwa politycznego. Z samego Raportu z Miastka nie można wyciągnąć pewnych wniosków odnośnie do całej populacji – co nagminnie czynią politycy i dziennikarze. To kolejny dowód na deficyt prac o tej tematyce. Co więcej, żadna partia nie zamówiła do tej pory podobnego badania, a wydawałoby się to świetnym sposobem na określenie skutecznej strategii wyborczej. Czy wyniki raportu w jakikolwiek sposób wpłyną na dyskurs polityczny? Premier roztacza wizje rechrystianizacji Europy. Reprezentujący „liberalną elitę” czołowy dziennikarz „Newsweeka” wypomina arogancję, butę i prostactwo strony przeciwnej. Redaktor naczelny tracącej czytelników „Do Rzeczy” tłumaczy, dlaczego kryzys popularności przeżywa „Gazeta Wyborcza” – robiąc to zresztą na wizji coraz rzadziej oglądanych Wiadomości. To tylko przykłady obrazujące poziom debaty politycznej w naszym kraju, jej postępującą tabloidyzację. W mediach to wypowiedzi skandaliczne lub obraźliwe są na afiszu, podczas gdy analizy eksperckie schodzą na coraz dalszy plan. Skoro nie możemy naprawić języka debaty publicznej, to może warto zacząć od siebie? Zachowajmy po prostu szacunek do drugiej strony: propagujmy dialog i otwórzmy się na media reprezentujące inne poglądy niż nasze. A jeśli poziom debaty jest dla nas takim problemem, to przecież zawsze pozostaje emigracja. Tylko czy za granicą jest rzeczywiście lepiej? 0
Paweł Pinkosz Liberał i zapalony debatant, miłośnik biegania (wokół własnej osi), znawca życia dzikich zwierząt. W MAGLU koordynował Konferencję Media Student oraz newsletter prasowy Magiel Go Global.
kwiecień 2018
/ Michał Grabowski/ Paweł Rutkowski to się rusza!
Kto jest Kim? Michał Grabowski Prezes Koła Naukowego Badania Gier „ALEA”
M i e j s c e u r o dz e n i a : Warszawa K i e r u n e k i r o k s t u d i ów: Kognitywistyka III rok i „Artes Liberales” I rok Według znajomych jestem: Dokładnie cytując: perpetuum mobile, zabawnym brodaczem, nerdem, który ma tak zgrabny tyłek, że mógłby pozować rzeźbiarzowi. Gdybym nie był tym, kim jestem: Byłbym pielgrzymem albo wiedźminem. Epoka historyczna, w której chciałbym żyć: Moim zdaniem nie epoka jest ważna, ale możliwości, jakie ma w niej człowiek. Zakładając dowolność, wybrałbym piękno renesansu. U lu b i o n y f i l m : Z sentymentu Atlantyda. Zaginiony ląd U lu b i o n a k s i ą ż k a : Diuna Franka Herberta U lu b i o n a p i o s e n k a : Dust in the Wind Kansas U lu b i o n a p o s tać f i kc yj n a: Derwan z rodu Gryfów Strzygoniem zwany (jedna z moich larpowych postaci). U lu b i o n y c y tat: Książkom była przeciwna z powodów moralnych: słyszała, że wiele z nich napisali ludzie nieżyjący, rozsądek podpowiadał zatem, że czytanie ich byłoby równie grzeszne jak nekromancja. – Terry Pratchett w
dr Paweł Rutkowski Kierownik Pracowni Lingwistyki Migowej na Wydziale Polonistyki UW
M i e j s c e u r o dz e n i a : Białystok P r owa dzo n e p r z e d m i o t y: Problemy komunikacji niesłyszących,
Wstęp do językoznawstwa, Akwizycja i nauczanie języków, Językoznawstwo ogólne, Językoznawstwo generatywne EPOKA h i s to ryc z n A , w k tó ry m c h c i a ł by m ż yć : Współczesność jak najbardziej mi odpowiada. G dy by m n i e by ł t y m k i m j e s t e m : Nie zastanawiam się nad takimi kwestiami. Pod wpływem opowieści nauczycieli, którzy pracują na co dzień z uczniami z niepełnosprawnością intelektualną i muszą zmagać się z podręcznikami zadającymi dzieciom pytania takie jak: co by było, gdyby nie wynaleziono koła?, zdałem sobie sprawę, jak wiele w życiu ludzkim jest pytań bardziej istotnych i sensownych. K to ś, k to m a n a m n i e d u ż y w p ły w: Moja żona i trzej synowie. U lu b i o n y f i l m : Miś Barei U lu b i o n a k s i ą ż k a : Don Kichot Cervantesa U lu b i o n a p i o s e n k a : Mars napada Kazika
Jak wyglądały twoje początki w Kole Naukowym Badania Gier „ALEA”?
Jaka była pana pierwsza praca po studiach?
Kiedy zacząłem studiować na Uniwersytecie Warszawskim, wpadłem z dobrą znajomą na pomysł, by założyć Koło zajmujące się grami, zwłaszcza larpami (w końcu każdy student powinien jakieś koło założyć). Wykonanie tego planu odłożyłem na potem, a zamiast tego zająłem się działalnością samorządową. Rok później ta sama znajoma zebrała ludzi z zajęć o analizie gier i zrealizowała nasze zamierzenia. Dołączyłem do tego procesu, zostając wiceprezesem „ALEI”.
Po studiach doktoranckich zacząłem pracować na UW jako nauczyciel akademicki i jestem tu do dziś. Ale wcześniej byłem zatrudniony przez parę lat w prywatnej szkole języków obcych – jako lektor i kierownik metodyczny (było to cenne doświadczenie, gdyż nauczyło mnie uczyć w taki sposób, by nauczyć).
Jaki jest największy sukces tej organizacji? W zeszłym roku zorganizowaliśmy Gronalia – wielkie święto graczy w ramach Regionaliów UW. Główną atrakcją była konferencja z polskimi przedstawicielami gamedevu. Na wydziale przygotowaliśmy miejsca dla studentów, by mogli brać udział w larpach i zagrać w ponad 40 różnych planszówek. W tym roku zamierzamy to powtórzyć na jeszcze większą skalę, robiąc dwudniową imprezę.
O Kole mało kto wie, że: Mamy tyle pasji i zajęć, że często brakuje nam czasu na granie. „ALEA” powstała dopiero w zeszłym roku i wyznaczyliśmy prawdziwy trend zakładania kół naukowych na Wydziale „Artes Liberales”.
Co najbardziej podoba ci się na UW? Daje olbrzymie możliwości rozwoju. Mimo że jest uniwersytetem badawczym, pozwala się rozwijać w dyscyplinach nie tylko stricte akademickich.
56-57
Co najbardziej zmieniło się na uczelni od czasu, kiedy był pan jej studentem? Z początkowych lat studiów utkwiło mi w pamięci czytanie poczty elektronicznej w budynku CIUW na migoczących zielonkawo ekranach terminali. Wyświetlane wiadomości przypominały słynne ciągi znaków z filmu Matrix. Dzisiejsi studenci nie są raczej w stanie sobie wyobrazić, jak ten sprzęt wyglądał i funkcjonował. Postęp informatyczny jest wręcz niewyobrażalny. Inna zauważalna różnica to podejście wykładowców do studentów – 20 lat temu to wykładowca dyktował warunki i np. przerywał wykład, bo miał ochotę zapalić papierosa. Wydaje mi się, że dziś nauczyciele akademiccy o wiele bardziej uważają, by ich zachowania nie zostały odebrane jako nieprofesjonalne.
Co najbardziej podoba się panu na UW? Pozytywna i otwarta atmosfera. Wydaje mi się, że tylko tutaj miały szansę rozwinąć się badania, które prowadzę z zespołem. Jeszcze 20 lat temu polski język migowy (PJM) traktowano w Polsce jako pantomimę lub co najwyżej gestykulację stanowiącą ułomne wsparcie komunikacji fonicznej. Prace prowadzone na UW pokazały, że to język w pełni funkcjonalny i systemowy, a jego użytkownikom przysługiwać powinny te same prawa językowe, co słyszącym. UW już w latach 90. dał studentom możliwość uczenia się PJM jako języka obcego i do dziś pozostaje jedyną uczelnią w Polsce, która taki lektorat oferuje.
w
z przymrużeniem oka / moje problemy z koncentracją zniknęły na dobre odkąd stosuję CETERIS PARIBUS
Supermoce kadry akademickiej Podobno prawdziwi superbohaterowie znajdują się wśród zwykłych ludzi. Z doświadczeń studentów wynika, że kryją się oni również wśród kadry akademickiej. A jak na każdego superbohatera przystało, ich atrybutami są niezwykłe supermoce używane zazwyczaj w najbardziej zaskakujących momentach. Niewidzialność
Manipulacja czasem
fot. pixabay.com/CC
fot.Matt Brown/flickr.com/CC
fot. https://commons.wikimedia.org/CC
Nieomylność
OCENA: 88897
Jedziesz sobie sześć godzin nocnym pociągiem, standardo-
To niesamowite, że fizycy tak ekscytują się zaginaniem
omylności kadry uniwersyteckiej, usankcjonowany bullą
wo, bo przecież trzeba zdążyć na poniedziałkowy wykład.
czasoprzestrzeni, podczas gdy każdy student na własnej
z synodu profesorskiego z XIX w. (na to się mówi synod czy
Jak na wzorowego studenta przystało. Biegu z Centralnego
skórze doświadcza sprytnych manipulacji, którym poddają
sabat?), dosięgnie każdego studenciaka. Zresztą więk-
na uczelnię nie powstydziłby się sam Usain Bolt, tylko ludzie
profesorowie wskazówki zegara. Niekiedy w trakcie wy-
szość wiedzy, której owa nieomylność dotyczy, pochodzi
dziwnie patrzą, jak uprawiasz jogging z walizką. Wpadasz do
kładu wydaje się, że zdążyłbyś w tym samym czasie wziąć
właśnie sprzed dwóch stuleci. Po co używać komputera,
sali z przepraszam za spóźnienie na spierzchniętych ustach,
ślub, znienawidzić pracę w korpo, założyć własną firmę,
kiedy ma się folie do projektora? Wystarczy rzucić przez
a tu nie ma kogo przepraszać. Siedzi kilku przedstawicieli
rozwieść się i ożenić ponownie. Natomiast na egzaminie
ramię: Jakby się w trakcie przerwy te folie zapaliły, to coś
znudzonej studenckiej braci, ale nikt nie wie więcej od ciebie.
musisz odłożyć długopis, zanim nawet zdążysz zastanowić
z tym zróbcie!. Można przy okazji zrobić kurs strażaka!
Wzdychasz – trzeba było jednak pospać do 9.
się, czy dobrze odpowiedziałeś na pytanie o imię i nazwisko.
OCENA: 88887
OCENA: 88777
OCENA: 88888
Bo ciepłe powietrze idzie w dół, a zimne do góry. Nie wiem,
8.30, zajęcia?! Czy wyglądam na nietoperza, żeby
Wszystko co podwójne dąży do nieskończoności – więź
na jakiej planecie żyje pan profesor, ale ewidentnie nie na
w środku nocy wisieć na uczelni? Na dodatek śmiesz-
małżeńska (choć nie zawsze), czas trwania podwój-
mojej. Kimże jednak jestem, by kłócić się ze Słowackim
kowy wykładowca z zaskoczenia ogłasza grę w cho-
nych zajęć (zwłaszcza z algebry), ocenianie dwóch prac
wykładowców?! Wielkim pedagogiem jest! A więc i ciepło
wanego. Po 5 minutach widzę światło nadziei, po 10
(które miały być sprawdzone w tydzień) i prędkość obu
idzie w dół, i komórki bakteryjne mają jądra, a to zadanie
zaczynam pisać listę. Gdzie jest pan profesor? Ewi-
wskazówek podczas kolokwium. Trudno nie widzieć
można rozwiązać tylko na jeden sposób. Reszta wykładu
dentnie czeka za rogiem, bo ledwo się wszyscy pod-
tutaj wpływu prowadzącego. A te dwa projekty, któ-
w podręczniku prowadzącego – właśnie po to są zajęcia,
piszą, ściąga pelerynę niewidkę i wparowuje do sali.
re miały być podane w listopadzie? Dlaczego pojawiły
A kuku, dopiero czternaście minut, nie możesz uciec!
się w styczniu? Ach! Ci studenci, wszystko na ostatnią
To światło to był jednak pociąg.
chwilę, mimo dobrego przykładu!
OCENA: 87777
OCENA: 88877
OCENA: 88888
Wykładowca – wiadomo, nigdy się nie myli. Jedyne błędy,
Ego niektórych nauczycieli jest tak duże, że utrudnia im po-
Harry Potter to seria uwielbiana nie tylko przez dzie-
jakie popełnia, mogą dotyczyć doboru współpracowników,
ruszanie się, przez co są od razu widoczni. Od części wykła-
ci, lecz także przez wykładowców. Znalazłszy starą
nie zaś kwestii merytorycznych. Wszak za nieprawdziwe
dowców bije fluorescencyjna aura, którą można by określić
smycz od kluczy, niejeden pomyślał zapewne, że to
informacje podane w skrypcie ponosi winę nie jego autor,
mianem popromiennej, gdyby nie to, że oni sami twierdzą, że
zmieniacz czasu, którego używała Hermiona. Trudno
lecz pani Basia z sekretariatu, która miała skserować mate-
jest to blask mądrości i doświadczenia. Co ciekawe, ci sami
winić nauczycieli, że chcą wprowadzić do swojego ży-
riały dla całej grupy. Ewentualnie oskarżyć można wydawcę
wykładowcy, którzy świecą się tak, jakby wrócili z urlopu
cia trochę magii, większość z nich nie potrafi jednak
odpowiedzialnego za druk podręcznika autorstwa nie-
w Czarnobylu, potrafią być także niewidzialni. A zwłaszcza
posługiwać się takimi fantastycznymi przedmiotami.
omylnego profesora. Wreszcie – można posądzić studenta
wtedy, gdy jakiś student w rozmowie na korytarzu zapomni
Może gdyby oddać te magiczne artefakty studentom,
o nieumiejętność czytania ze zrozumieniem…
dodać tytuł naukowy przed wyrażeniem świr popromienny.
cały system działałby lepiej?
Małe Rude
by iść szukać ich treści w bibliotece. Ostatecznie prawdziejsza prawda was uwolni – od poprawek!
Rebelka13
OCENA: 88777
O, na to zawsze można liczyć! Dogmat o całkowitej nie-
Dead Girl Walking
OCENA: 88888
kwiecień 2018
Do Góry Nogami odych ały tak wspierają ambitnych mł dzi wy re któ nie że , ym o t y em ed bramą W tym numerze nie napisz emy też o tym, że ostatnio prz isz nap Nie i. iec śm do gle ma ą mbach”, studentów, że wyrzucaj entnych dydaktyków. Ani o „bo pet kom sie pu Kam na niż ów metrze. UW był o więcej policjant nie licznie jak w warszawskim rów l ma nie ch ała dzi wy na ” ano które ostatnio „znajdow PR ZY GO TO WA Ł:
LN Y RE DA KT OR NI EO DP OW IE DZ IA
lon to tak i yda wa łoby się , że Po a rom ankom kil z ał, dzi wy y nu dn ń napicze esz str sam i i czy tan iem u tak a a t ki, zni roc ie edn prz sanych prz ez po lite rarii teo z ach ęci nie spo dzi ank a! Na zaj y to nie up zak że ć, zie ied dow tur y mo żna się sw ois ta gra ws tępna. tyl ko zak up y, ale tak a y opa sły tom z d okaw cie nie Kojar zyc ie ten nie mn em ? Nu dny? d mowe j bibliotec zki – Na ied zie ć z zaj ęć dow się żna mo A ską dże ! Jak ocieka sekstu pro z his tor ii lite rat ury, po wą lek tur ą zko wią obo a chę tro sem ! Jes zcz e eod powie Ni tor dak sta nie się Ka ma sut ra. Re nie po dp ow iad a, jak dzi alny wła śnie subtel ! zdo być nowych stu dentów dziej innoyślicie, że Mi M to najbar pe. CieNo ? UW ał dzi wy ny wacyj kompunia cza włą a kawa instru kcj pod łąc zyć em pot ć, czy włą rw terów : najpie puter się zaw iesz a, klawiaturę, wtedy kom niej znowu włąpóź y żeb y, wię c wy łąc zam i studenci nar zeczn czyć. I działa ! Nie wd zię ogóle mają komw że , szą cie kają? Niech się ców był jeden dow kła putery, za cza sów ich wy ow ied zia lny odp Nie tor dak Re h! dla wsz yst kic zed 10 lat, spr i dam doc enia też not atk i z błę ma czanie , iek ow czł też cy dzą w końcu prowa ji! tac zen su popraw iać swoich pre
W
B
R
fot. pixabay.com
M
IK P – nowy ył WPiA, ter az por a na ej. „D zie now stw wr óg tele wizji pań śle dzt wo ili adz ow epr prz e” nik arz dencStu ę sal je mu i od kry li, że IK P wy naj asz yst ow skiemu, tyf An i ow kie mu Komitet ać złowr ogie tra nsżeby ten mó gł prz ygotow Jak gło si tyt uł: ę! acj est nif par ent y na ma skr ajn ej lew inia cze UW ud ost ępn ia pom iesz nty . Re dakare nsp tra tam ują cy. Prz ygo tow a zajęć na lęk się już tor Nieodpowiedzia lny acj a wyest nif ma a sam ie iśc IK P-ie. Oc zyw rów nie ż ek han pyc rze wo łał a wie le kłó tni i p my ely tom teś jes cu koń w , tów wś ród stu den nar od u, nie pra wd aż? ! i studenci, usz ył now y semest r, now spiesz ą, nie ą… esz spi ny ogu na wię c na FB. Jeale urucha mi ają gie łdę się wie czna rów ści cno obe ę den wpis na list yne k tyucz sam ten na wd zię czność , tud zie ż niu się isa wp po nie dze cho Wy dzień póź niej. na jedą end leg już się na list ę obe cno ści sta ło eod dak tor Ni pow ienym z wy kła dów. Re tan aw ia, czy Re ktor dzi alny tyl ko cic ho się zas nie um ieją w i ndzo i je go wsp óln icy tak bar dzą ? 0 wie nie ym o t że y, net ter
Ja na tym pracowałem, a Wy
666
nie potraficie?!
BCG SCHOLARSHIP II edycja stypendium dla najlepszych. Jeśli osiągasz świetne wyniki w nauce, masz pasję i pomysł na swoją przyszłość, z chęcią pomożemy Ci w spełnieniu najśmielszych ambicji. BCG Scholarship to dwa stypendia o wartości 15 000 zł przeznaczone dla najlepszej studentki i najlepszego studenta. Dowiedz się więcej i aplikuj do 25 kwietnia na on.bcg.com/BCGScholarship2018