Spis treści Wprowadzenie
XI
Rozdział 1. Niejednoznaczność płci – czym jest samica?
1 17
Chaotyczne chromosomy
Rozdział 2. Tajemnice wyboru partnera – robo-ptak na ratunek Rozdział 3. Mit monogamii – zdrady samic i wielka katastrofa z muszką owocową w roli głównej Wiktoriańska fabryka kobiecej cnotliwości Niech żyje ptasia niewierność Rozwiązłe hulmany Jądra nie kłamią Bateman raz jeszcze Powolna śmierć cnotliwej samicy
Rozdział 4. Pięćdziesiąt sposobów na zjedzenie kochanka – zagadka seksualnego kanibalizmu Los gorszy niż śmierć Dobre wibracje Umrzeć dla seksu
Rozdział 5. Miłość to pole bitwy – wojna genitaliów Brakujące pochwy Ewolucja z perspektywy ptaka Szanowni państwo – oto łechtaczka Wygrywa… komórka jajowa
VII
41
65 68 76 87 99 103 108
113 123 128 139 145 150 163 170 176
Spis treści
Rozdział 6. Madonna nie istnieje – bezinteresowne matki i inne mityczne istoty Mit instynktu macierzyńskiego Kontrolujące matki Od strachu do macierzyństwa Opieka rodzicielska – wspólna sprawa
Rozdział 7. Suka zjada sukę – kiedy walczą samice Zróbcie miejsce dla kury alfa Chwała reprodukcyjnym autokratkom! Niech żyje królowa!
Rozdział 8. Polityka naczelnych – siła siostrzeństwa Siostry, łączcie się!
179 182 203 210 220 229 241 245 254 267 290
Rozdział 9. Matriarchinie i menopauza – pokrewieństwo z orką
315
Rozdział 10. Samowystarczalne siostry – życie bez samców
347
Rozdział 11. Poza binarnością – tęcza ewolucji
385
Wnioski. Świat przyrody bez uprzedzeń
413 420
Prawda tkwi w różnorodności i przejrzystości Podziękowania
425
Przypisy
429
Bibliografia
469
Indeks
475
O Autorce
489
Wprowadzenie
Studiowanie zoologii sprawiło, że poczułam się smętnym wyrzutkiem. Nie chodziło o to, że kochałam pająki, uwielbiałam robić sekcje wszelkim martwym stworom znalezionym na poboczach i ochoczo grzebałam w zwierzęcych odchodach w poszukiwaniu wskazówek, co ich twórca zjadł na kolację. Wszyscy moi koledzy ze studiów mieli te same dziwne zboczenia, więc w tym akurat nie było nic wstydliwego. Źródłem mojego niepokoju była moja płeć. Bycie kobietą oznaczało tylko jedno: byłam przegrywem. „Płeć żeńska jest wyzyskiwana, a u podstaw ewolucyjnych tego procederu leży fakt, że jaja są większe niż plemniki”1, napisał mój wykładowca Richard Dawkins w swojej bestsellerowej biblii ewolucji, zatytułowanej Samolubny gen. Zgodnie z prawem zoologicznym my, wytwórczynie komórek jajowych, zostałyśmy zdradzone przez nasze duże gamety. Inwestując nasze genetyczne dziedzictwo w kilka bogatych w składniki odżywcze jajeczek zamiast w miliony ruchliwych plemników, nasze przodkinie wyciągnęły zdecydowanie tę krótszą zapałkę w prastarej loterii życia. I tak oto zostałyśmy na wieczność skazane na przygrywanie na drugich skrzypcach tym, którzy w świetle fleszy strzelają plemnikami na prawo i lewo; taki kobiecy suplement do głównego punktu programu, którym jest macho.
XI
Wprowadzenie
Nauczono mnie, że to pozornie nieistotne zróżnicowanie naszych komórek płciowych jest źródłem żelaznej, nienaruszalnej podstawy biologicznej nierówności płci. „Jak się przekonamy, wszystkie różnice, jakie istnieją między płciami, dadzą się wyprowadzić z tej jednej podstawowej różnicy 2 – mówi nam Dawkins. – Już na tym etapie zaczyna się więc wykorzystywanie samic”3. Samce prowadziły awanturnicze życie, pełne przygód, charakteryzujące się bezwzględnością i ambicją. Walczyły ze sobą o przywództwo lub o samice. Kopulowały z czym popadnie, kierowane biologicznym imperatywem rozsiewania swojego nasienia gdzie tylko było to możliwe. Dominowały też społecznie – tam, gdzie samce nadawały ton, samicom pozostawało tylko pokorne podążanie. Rola samicy sprowadzała się rzecz jasna do bycia bezinteresowną matką, stawiającą własne potrzeby zdecydowanie dalej niż potrzeby potomstwa; w związku z tym wysiłki macierzyńskie uznano za całkowicie jednorodne: nie było przestrzeni do rywalizacji, a seks był raczej obowiązkiem niż popędem. Co się tyczy ewolucji, za sterami siedziały samce i to one wytyczały kierunek zmian. My, samice, mogłyśmy się z racji wspólnego DNA do nich przysiąść, pod warunkiem solennej obietnicy, że będziemy zachowywać się grzecznie i cicho. Jako wytwarzająca komórki jajowe studentka ewolucji nie mogłam się odnaleźć w tym spektaklu o rolach płciowych, przypominającym sitcom z lat 50. XX wieku. Czy byłam jakimś rodzajem kobiecej anomalii? Na szczęście odpowiedź brzmi: nie.
XII
Wprowadzenie
Seksistowska mitologia splotła się z biologią i zniekształca sposób postrzegania samic. W świecie przyrody forma i rola samic wykazują ogromne, fascynujące zróżnicowanie anatomii i zachowań. Tak, jest wśród nich kochająca matka, ale jest też samica długoszpona, porzucająca swoje jaja, których wysiadywaniem i późniejszym wychowywaniem piskląt zajmuje się harem rogaczy. Samice mogą być wierne, ale tylko siedem procent gatunków rzeczywiście praktykuje monogamię – zatem wszędzie dookoła jest mnóstwo lubiących flirtować samic, poszukujących seksu z wieloma partnerami. Absolutnie nie wszystkie społeczności zwierząt są zdominowane przez samce; samice alfa ewoluowały w różnych gromadach, gdzie ich pozycję może charakteryzować życzliwość (bonobo), ale i brutalność (pszczoły). Samice mogą ze sobą konkurować równie zaciekle jak samce: wyposażone w imponujące rogi samice antylopy topi toczą zaciekłe walki o dostęp do najlepszych samców, a matriarchinie surykatek są najbardziej morderczymi ssakami na naszej planecie, zabijającymi dzieci swoich konkurentek i blokującymi ich szanse na reprodukcję. Są też femmes fatales: kanibalistyczne samice pająków, pożerające swoich kochanków po kopulacji (a nawet przed nią), oraz „lesbijskie” jaszczurki, które całkowicie straciły potrzebę posiadania samców i rozmnażają się wyłącznie przez klonowanie. W ciągu ostatnich kilku dekad w naszym rozumieniu tego, co oznacza bycie samicą, doszło do rewolucji. I o tym przewrocie jest ta książka. Przedstawię w niej buntowniczą grupę niezwykłych samic ze świata zwierząt oraz naukowczynie
XIII
Wprowadzenie
i naukowców, którzy je badają, i wspólnie, na nowo, zdefiniowali nie tylko samice poszczególnych gatunków, ale także siły, które kształtują ewolucję. * * * *
Aby zrozumieć, w jaki sposób doszliśmy do tego pokręconego spojrzenia na świat przyrody, musimy cofnąć się w czasie do wiktoriańskiej Anglii, by spotkać mojego naukowego idola: Karola Darwina. Teoria ewolucji Darwina odwołująca się do doboru naturalnego wyjaśniała, jak cała bogata różnorodność życia na naszej planecie wywodzi się od wspólnego przodka. Organizmy, które są lepiej przystosowane do swojego środowiska, mają większe szanse na przetrwanie i przekazanie genów, które przyczyniły się do ich sukcesu. Proces ten powoduje, że w miarę upływu czasu gatunki zmieniają się i rozdzielają. Często błędnie cytowana jako „przetrwanie najsilniejszych” [termin ukuty przez filozofa Herberta Spencera i włączony przez Darwina pod przymusem4 do piątego wydania O pochodzeniu gatunków (1869)], idea ta jest równie genialna, co prosta i słusznie uznawana za jedno z największych osiągnięć intelektualnych wszech czasów. Choć sama idea jest genialna, dobór naturalny nie wyjaśnia wszystkiego, co obserwujemy w naturze. Teoria ewolucji Darwina miała kilka rażących luk, spowodowanych istnieniem skomplikowanych cech, takich jak poroże jelenia lub ogon pawia. Te ekstrawagancje nie przynoszą żadnych korzyści ogólnemu istnieniu, a nawet można uznać je za przeszkodę w codziennym życiu. Nie mogły więc zostać stworzone przez utylitarną siłę doboru naturalnego. Darwin zdawał sobie z tego
XIV
Wprowadzenie
sprawę i owa wiedza dręczyła go przez całe lata. Rozumiał, że musi istnieć inny mechanizm ewolucyjny, mający zgoła odmienny cel. I tak oto Darwin w końcu uświadomił sobie, że chodzi o dążenie do seksu – i nazwał ów mechanizm doborem płciowym. Ta nowa siła ewolucyjna wyjaśniała zdaniem Darwina te ekstrawaganckie charakterystyki – których jedynym celem musiało być zdobycie lub przyciągnięcie płci przeciwnej. Chcąc podkreślić ich nieistotny charakter, Darwin nazwał je „wtórnymi cechami płciowymi”, odróżniając je od „pierwotnych cech płciowych”, takich jak narządy rozrodcze i genitalia, które do przedłużania życia są po prostu niezbędne. Nieco ponad dziesięć lat po przedstawieniu światu teorii doboru naturalnego Darwin opublikował swoje drugie teoretyczne arcydzieło: The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex (1871, O pochodzeniu człowieka i doborze w odniesieniu do płci). W tej obszernej kontynuacji nakreślił swoją nową teorię doboru płciowego, wyjaśniającą zaobserwowane głębokie różnice między płciami. Jeśli dobór naturalny jest walką o przetrwanie, to dobór płciowy jest zasadniczo walką o partnerki i partnerów. Według Darwina konkurencja ta była w dużej mierze domeną samców: „(…) samce niemal wszystkich zwierząt silniej ulegają namiętności niż samice. Zatem samce walczą z sobą i uwodzicielsko roztaczają swe wdzięki przed samicami5 – wyjaśnia Darwin. – Z drugiej strony samica – z nadzwyczaj rzadkimi wyjątkami – jest mniej gorliwa niż samiec (…) na ogół «wymaga ona, by się o nią ubiegać»; jest nieśmiała”.
XV
Wprowadzenie
Tak oto z perspektywy Darwina dymorfizm płciowy rozciągał się również na zachowanie każdej z płci. Te role płciowe były tak samo przewidywalne jak cechy fizyczne. Samce przejmują ewolucyjną przewagę dzięki „środkom walki lub obrony” albo „powabowi”, specjalnie wykształconym, by walczyć o „posiadanie” samicy6. Konkurencja jest tak duża, że samce różnią się znacznie pod względem sukcesu reprodukcyjnego, a dobór płciowy napędza ewolucję cech zapewniających przewagę. Samice mają mniejsze zapotrzebowanie na różnorodność; ich rolą jest podporządkowanie się i przekazywanie cech męskich następnym pokoleniom. Darwin nie był pewien, jakie są źródła tej dysproporcji7, ale podejrzewał, że można ją przypisać komórkom płciowym i wyczerpaniu energetycznemu samic spowodowanemu inwestycją macierzyńską. Darwin zdawał sobie sprawę, że – oprócz konkurencji między samcami – mechanizm doboru płciowego wymagał również elementu wyboru dokonywanego przez samice. Było to trudniejsze do wyjaśnienia, ponieważ przypisywało samicom jakże niekomfortową dla samców, aktywną rolę w kształtowaniu charakterystyk tych ostatnich – taka teza miała niewielkie szanse na dobre przyjęcie w wiktoriańskiej Anglii. Jak dowiemy się w rozdziale drugim, właśnie to ostatecznie sprawiło, że teoria doboru płciowego Darwina stała się wyraźnie nie do zaakceptowania dla naukowego patriarchatu8. Dlatego Darwin bardzo się starał pomniejszać tę samiczą władzę, twierdząc, że jest ona jakoś osiągana w sposób „stosunkowo bierny”9 i niegroźny, a samice „przypatrują się
XVI
Wprowadzenie
temu”10, stojąc z boku niczym widzowie wokół areny męskiej walki o prestiż. Wprowadzonych przez Darwina określeń płci jako tej aktywnej (samczej) i tej pasywnej (samiczej) nie powstydziłaby się potężna firma marketingowa z nieograniczonym budżetem. Taki podział odpowiada uporządkowanej dychotomii, takiej jak dobro i zło, czerń i biel, przyjaciel i wróg, tak lubianej przez ludzki mózg – też z racji tego, że tak intuicyjnie wydaje się właściwa. A jednak Darwin prawdopodobnie nie był pomysłodawcą tej wielce wygodnej klasyfikacji płciowej. Wiele wskazuje na to, że zapożyczył ją od Arystotelesa, ojca zoologii. W IV wieku p.n.e. ów starożytny grecki filozof napisał pierwsze w historii almanachy dotyczące zwierząt. O rodzeniu się zwierząt było jego traktatem na temat reprodukcji. Darwin z pewnością przeczytał to przełomowe dzieło, co być może wyjaśnia, dlaczego studiując arystotelesowskie podejście do podziału ról płciowych, wyczuwa się nutę podobieństwa. „W przypadku zwierząt dwupłciowych samiec reprezentuje skuteczność i aktywność, a samica bierność”11. Stereotypy dotyczące bierności samic i wigoru samców są tak stare jak sama zoologia. Żywotność tych przekonań sugeruje, że były one odczuwane jako słuszne przez pokolenia naukowców, co wcale nie oznacza, że takie właśnie są. Albowiem jedną z rzeczy, których nauczyła nas nauka w każdej dziedzinie, jest to, że nasze intuicje często prowadzają nas na manowce. A głównym problemem tej zgrabnej binarnej klasyfikacji jest to, że jest ona błędna.
XVII
Wprowadzenie
Spróbuj wyjaśnić potrzebę bierności dominującej samicy krokuty cętkowanej (dawniej hieny cętkowanej)*, a ona zaśmieje ci się w twarz, zaraz po tym, jak ci ją odgryzie. Samice są tak samo rozwiązłe, rywalizujące, agresywne, dominujące i dynamiczne jak samce. Mają takie samo prawo do nadawania kierunku zmianom. Po prostu Darwin, wraz z gronem dżentelmenów-zoologów, którzy pomogli mu sformułować jego argumentację, nie potrafił lub nie chciał ich w ten sposób postrzegać. Największy pojedynczy, wielomilowy krok w całej biologii – a może nawet i w całej nauce – został zrobiony przez grupę wiktoriańskich mężczyzn w połowie XIX wieku w zgodzie z panującym podówczas duchem czasu. Nie obyło się więc bez pewnych założeń o naturze płci biologicznej i społecznej. Można śmiało powiedzieć, że gdyby Darwin był uczestnikiem teleturnieju Mastermind**, jego specjalnością nie byłaby płeć żeńska. Był to człowiek, który zanim poślubił swoją kuzynkę Emmę, sporządził listę zalet i wad małżeństwa. Ta nabazgrana na odwrocie listu do przyjaciela odkrywcza romantyczna lista zachowała się, ku wstydowi Darwina, ujawniając jego najbardziej intymne myśli, które dziś i przez całą wieczność wszyscy możemy oceniać. Darwin, w zaledwie dwie krótkie kolumny – „Poślubić” i „Nie poślubić” – zdołał wcisnąć swoje wewnętrzne zmagania i rozterki związane z małżeństwem. Jego głównymi
* Nazewnictwo ssaków konsekwentnie za: Polskie nazewnictwo ssaków świata, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2015 (przyp. tłum.). ** Format przypomina nieco polską Wielką Grę (przyp. tłum.).
XVIII
Wprowadzenie
obawami były: utrata możliwości uczestniczenia w „rozmowach mądrych mężczyzn w klubach” i w konsekwencji popadnięcie w „otyłość i lenistwo” lub, co gorsza, „wygnanie i poniżenie w towarzystwie leniwego, bezczynnego głupca” (co prawdopodobnie nie do końca odpowiada temu, jak Emma chciałaby być opisywana przez swojego ukochanego narzeczonego). Jednak po stronie plusów miałby „kogoś, kto zajmie się domem”, a „miła, delikatna żona na sofie” była „w każdym razie lepsza niż pies”12. Darwin zebrał więc całą swą odwagę i podjął doniosłą decyzję o wstąpieniu w związek małżeński. Można odnieść wrażenie, że pomimo dorobienia się dziesięciorga dzieci, Darwinem kierowały raczej pobudki intelektualne niż cielesne. Nie był ani jakoś szczególnie zaznajomiony z płcią żeńską, ani nie wydawał się jej ciekaw. A zatem szanse, że mógłby krytycznie spojrzeć na ewolucję, nie tylko z perspektywy samca, ale i samicy, były prawdopodobnie niewielkie także bez uwzględnienia społeczeństwa i ducha czasów, w których przyszło mu żyć. Nawet najbardziej oryginalni i skrupulatni naukowcy nie są odporni na wpływ kultury, a androcentryczne spojrzenie Darwina na płcie było bez wątpienia ukształtowane przez panujący w tamtej epoce szowinizm13. Kobiety z wyższych sfer wiktoriańskiego społeczeństwa miały w życiu do odegrania jedną główną rolę: wyjść za mąż, urodzić dzieci i być może wspierać mężów i pomagać im w interesach i pasjach. Była to zdecydowanie rola pomocnicza, służebna, ponieważ kobiety były definiowane – fizycznie i intelektualnie – jako płeć słabsza. Kobiety były pod każdym względem
XIX
Wprowadzenie
podporządkowane męskiej władzy – ojców, mężów, braci czy nawet dorosłych synów. To społeczne uprzedzenie było, jakże dogodnie, potwierdzane przez ówczesną myśl naukową. Czołowi naukowcy epoki wiktoriańskiej uważali, że osobniki czy przedstawiciele obu płci są skrajnie różnymi istotami – zasadniczo przeciwstawnymi. Uważano, że samice doświadczają zahamowania rozwoju; przypominały młode osobniki swojego gatunku, ponieważ były mniejsze, słabsze i mniej kolorowe. Podczas gdy samcza energia skupia się na wzroście, energia samic jest potrzebna do odżywiania komórek jajowych i noszenia młodych. Ze względu na ogólnie większą budowę ciała samce uważane były za jednostki bardziej złożone i zmienne niż samice, a także za lepsze pod względem zdolności umysłowych. Samicom/ kobietom przypisywano przeciętną inteligencję, ale samce/ mężczyźni różnili się znacznie między sobą, osiągając poziomy geniuszu niespotykane u płci żeńskiej. Zasadniczo uważano, że samce są ewolucyjnie bardziej rozwinięte od samic14. Wszystkie te poglądy zostały zawarte przez Darwina w książce O pochodzeniu człowieka i doborze w odniesieniu do płci, która – jak sugeruje jej tytuł – wykorzystywała dobór płciowy i naturalny do wyjaśnienia ewolucji człowieka i różnic między płciami takimi, jak rozumiało je wiktoriańskie społeczeństwo. „Główna różnica w zdolnościach intelektualnych między obiema płciami objawia się tym, że mężczyzna osiąga wyższe niż kobieta wyniki we wszystkim, czego się podejmuje – czy wymaga to głębokiego myślenia, rozumu lub wyobraźni,
XX
Wprowadzenie
czy też tylko zastosowania narządów zmysłowych i rąk – wyjaśnił Darwin. – W ten sposób ostatecznie mężczyzna uzyskał wyższość nad kobietą”15. Teoria doboru płciowego Darwina wyrosła z mizoginii, nie dziwi zatem, że zwierzęta płci żeńskiej zostały zdeformowane, tak samo zmarginalizowane i niezrozumiane jak wiktoriańskie żony i matki. Tym zaś, co jest dziwniejsze i bardziej szkodliwe, jest to, jak trudno było tę seksistowską plamę z nauki wywabić oraz jak mocno i głęboko w nią wsiąkła. Geniusz Darwina nie pomagał. Ze względu na jego niemal boską reputację biolodzy, którzy podążali jego śladami, cierpieli na przewlekłą postać błędu potwierdzania. Szukali dowodów potwierdzających prototyp biernej samicy i widzieli tylko to, co chcieli zobaczyć. Na widok anomalii, takich jak wyuzdana rozwiązłość lwicy, która podczas rui z entuzjazmem kopuluje dziesiątki razy dziennie z wieloma samcami, starannie odwracali wzrok. Albo jeszcze gorzej, czego dowiesz się w rozdziale trzecim, za pomocą statystycznych sztuczek manipulowali wynikami eksperymentów, które nie były zgodne z oczekiwaniami, by uzyskać pośrednie poparcie dla „jedynie słusznego” modelu naukowego. Główną zasadą nauki jest reguła parsymonii, znana również pod nazwą brzytwy Ockhama, która uczy naukowców, aby ufali dowodom i wybierali najprostsze wyjaśnienie, ponieważ prawdopodobnie będzie ono najlepsze. Sztywne role płciowe opisane przez Darwina wymusiły porzucenie tego fundamentalnego procesu naukowego, ponieważ badaczom przyszło wymyślać coraz bardziej pokręcone uzasadnienia
XXI
Wprowadzenie
i wyjaśnienia żeńskich zachowań, które nie wpisywały się w obowiązujący stereotyp. Weźmy na przykład modrowrońca (Gymnorhinus cyanocephalus). Te kobaltowoniebieskie ptaki z rodziny krukowatych, występujące w zachodnich stanach Ameryki Północnej, żyją w hałaśliwych stadach liczących od pięćdziesięciu do pięciuset osobników. Wysoce inteligentne stworzenia o tak aktywnym życiu społecznym mają zapewne jakieś sposoby na uporządkowanie swojej ruchliwej społeczności – za pomocą sieci dominacji – w przeciwnym razie panowałby tam chaos. Ornitolodzy John Marzluff i Russell Balda, którzy badali te ptaki przez ponad dwadzieścia lat i opublikowali w latach 90. XX wieku ekspercką książkę na ich temat, chcieli rozszyfrować ich społeczną hierarchię. Ruszyli więc na poszukiwania samca alfa16. Wymagało to pewnej pomysłowości. Okazało się, że samce modrowrońców są zagorzałymi pacyfistami i rzadko walczą. Przedsiębiorczy ornitolodzy zbudowali więc stacje karmienia wypełnione smakołykami, takimi jak tłusty popcorn i mączniki, aby sprowokować jakąś wojnę o terytorium. Modrowrońce nadal ani myślały walczyć. Naukowcy byli więc zmuszeni zbudować swoją skalę waleczności na dość subtelnych sygnałach, takich jak spojrzenia spode łba. Jeśli dominujący samiec rzucał samcowi uległemu coś w rodzaju gniewnego spojrzenia z ukosa, ten ostatni opuszczał karmnik. Spektakl niekoniecznie przypominał Grę o tron, ale naukowcy twardo siedzieli i pilnie wszystko rejestrowali, ostatecznie dokumentując około dwóch i pół tysiąca takich „agresywnych” interakcji.
XXII
Wprowadzenie
Kiedy przystąpili do analiz statystycznych, ich dezorientacja jeszcze się pogłębiła. Tylko czternastu z dwustu członków stada zajmowało jakieś miejsce w sieci dominacji, do tego nic nie wskazywało na istnienie hierarchii liniowej. Samce „wymieniały się” dominacją, podwładni „atakowali” przełożonych. Pomimo zastanawiających wyników i ogólnego braku pozy macho i męskiej wrogości, naukowcy z przekonaniem ogłosili, iż „nie ma wątpliwości, że dorosłe samce sprawują agresywną kontrolę”17. Ciekawe jest to, że naukowcom dane było widzieć modrowrońce w akcjach o wiele bardziej wrogich aniżeli tylko puszczanie sobie nawzajem kilku zirytowanych spojrzeń. Udokumentowali dramatyczne walki powietrzne, w których pojedynkujące się zwierzęta zwierały się w podniebnej bitwie, „energicznie machając skrzydłami podczas opadania na ziemię”, gdzie kontynuowały starcie, „dziobiąc się wzajemnie z dziką siłą”. Te starcia były „najbardziej agresywnym zachowaniem odnotowanym podczas rocznej obserwacji”, ale nie zostały uwzględnione w żadnej sieci dominacji, ponieważ sprawcami nie były samce. Wszystkie walczące ze sobą ptaki były samicami. Autorzy doszli do wniosku, że to „drażliwe” zachowanie samic musi być spowodowane hormonami. Uznali, że wiosenny wzrost stężenia hormonów spowodował u tych samic „ptasi odpowiednik PMS (pre-menstrual syndrome, zespołu napięcia przedmiesiączkowego), który nazwaliśmy PBS (pre-breeding syndrome, zespół przedrozrodczy)”18! Nie ma czegoś takiego jak ptasie PBS. Gdyby Marzluff i Balda byli bardziej otwarci na agresywne zachowanie ptasich
XXIII
Wprowadzenie
samic i sięgnęli po brzytwę Ockhama, aby oczyścić swoje domysły, zbliżyliby się do zrozumienia złożonego systemu społecznego modrowrońców. Wskazówki, że samice modrowrońców silnie ze sobą rywalizują i odgrywają zasadniczą rolę w hierarchii społecznej tych ptaków widnieją jasno i wyraźnie w skrupulatnie zebranych danych. Niestety panowie Marzluff i Balda byli na nie ślepi. Zamiast uznać fakty, dogmatycznie dążyli do „ukoronowania nowego władcy”19 i potwierdzenia swoich przekonań, co się – rzecz jasna – nigdy nie wydarzyło. Tu nie ma żadnego spisku, jest natomiast nauka z klapkami na oczach20. Marzluff i Balda są przykładem tego, jak dobrzy naukowcy mogą ulegać złym uprzedzeniom. Duet ornitologów stanął w obliczu zaskakującego nowego zachowania i zinterpretował je w fałszywych ramach. Jak się okazuje, popełniony przez nich – bez złej wiary – błąd, nie jest zdarzeniem odosobnionym. Nauka jest przesiąknięta niezamierzonym seksizmem. Nie pomaga fakt, że środowisko akademickie było i w wielu dziedzinach nadal jest zdominowane przez mężczyzn, którzy całkiem naturalnie postrzegają królestwo zwierząt ze swojego punktu widzenia21; stąd pytania stanowiące inspirację do badań wyłaniały się z męskiej perspektywy. Wielu naukowców po prostu nie interesowało się samicami. Samce były clue programu i zostały uznane za organizm modelowy, ustawienie domyślne – punkt odniesienia, od którego samice odbiegały, standard, według którego oceniano cały gatunek. Samice, z ich „chaotycznymi hormonami”, były odstępstwami od normy, wątkiem pobocznym, odwracającym uwagę od
XXIV
Wprowadzenie
głównego nurtu narracji, nie zasługiwały na taki sam poziom naukowej analizy. Ich ciała i zachowania pozostawały niezbadane. Wynikająca z tego luka w danych staje się samospełniającą się przepowiednią. Samice są postrzegane jako niezróżnicowane i bierne wsparcie dla samczych przedsięwzięć, ponieważ nie ma danych, które pozwoliłyby spojrzeć na nie w inny sposób. Najniebezpieczniejszą cechą seksistowskich uprzedzeń jest to, że mają skłonność do powracania niczym bumerang22. To, co zaczęło się jako szowinistyczna kultura wiktoriańska, było przez sto lat rozwijane przez naukę, by wrócić do społeczeństwa niczym wypluwka, jako polityczna broń z logo Darwina. Dało to garstce, głównie męskich, zwolenników nowej nauki, jaką jest psychologia ewolucyjna, ideologiczny autorytet do głoszenia, że wiele paskudnych męskich zachowań – od gwałtu, przez kompulsyjne uganianie się za spódniczkami, po męską supremację – jest „całkowicie naturalne”, ponieważ tak twierdził Darwin. Powiedzieli kobietom, że ich orgazmy są dysfunkcyjne, że nigdy nie przebiją się przez szklany sufit z powodu wrodzonego braku ambicji i że powinny trzymać się macierzyństwa23. Te pseudonaukowe ewolucyjne wywody z przełomu stuleci zostały ochoczo i bezkrytycznie łyknięte przez nowy rodzaj „męskich magazynów”, wprowadzających tę seksistowską „naukę” do głównego nurtu. W bestsellerowych książkach i popularnych felietonach prasowych dziennikarze – tacy jak Robert Wright – głosili, że feminizm jest skazany na porażkę, ponieważ odmawia uznania tych naukowych prawd.
XXV
Wprowadzenie
Ze swojego ideologicznego piedestału Wright pisał pełne wzniosłości artykuły o takich tytułach, jak „Feminists, Meet Mr Darwin” („Feministki, poznajcie pana Darwina”), a także przyznał swoim krytykom „tróję z wprowadzenia do biologii ewolucyjnej”, twierdząc, że „żadna znana feministka nie wie wystarczająco dużo o współczesnym darwinizmie, by móc go oceniać”24. Ale one go oceniały. Druga fala feminizmu otworzyła niegdyś zamknięte drzwi laboratoriów, a kobiety zaczęły chodzić po korytarzach najlepszych uniwersytetów i samodzielnie studiować Darwina. Wybierały się w teren i z równą ciekawością obserwowały samice i samce. Odkryły przedwcześnie dojrzałe seksualnie samice małp i zamiast je ignorować, jak robili to ich samczy poprzednicy, zastanawiały się, co może być przyczyną takich zachowań. Opracowały wystandaryzowane techniki pomiaru zachowań, które wymuszały równe traktowanie obu płci. Wykorzystały nowe technologie, aby podglądać samice ptaków i dowiodły, że tak naprawdę wcale nie były one ofiarami seksualnej dominacji samców, ale to one stały za sterami. I powtórzyły eksperymenty, które miały dostarczać empirycznych dowodów słuszności płciowych stereotypów opisanych przez Darwina, by wykazać, że wyniki zostały zniekształcone. Kwestionowanie tez Darwina wymaga odwagi. Karol Darwin jest bowiem nie tylko ikoną intelektu, ale także skarbem narodowym Wielkiej Brytanii. Pewien doświadczony profesor raczył zwrócić mi uwagę, że niezgadzanie się z Darwinem jest równoznaczne z akademicką herezją i doprowadziło do wyraźnie zarysowanego konserwatyzmu w naszej rodzimej
XXVI
Wprowadzenie
nauce o ewolucji. Być może właśnie z tego powodu pierwsze zalążki buntu pojawiły się po drugiej stronie Atlantyku, a garstka amerykańskich naukowców i naukowczyń odważyła się stworzyć alternatywne narracje na temat ewolucji, płci i seksualności. Na kartach tej książki przedstawiam tych intelektualnych wojowników i wojowniczki. Niektóre z tych osób poznałam na plantacji orzechów włoskich w Kalifornii, gdzie nadarzyła się również okazja do rozmów o Darwinie, orgazmach i sępach. Sarah Blaffer Hrdy, Jeanne Altmann, Mary Jane West-Eberhard i Patricia Gowaty to burzycielki porządku, matriarchinie współczesnego darwinizmu, które odważyły się walczyć z naukową fallokracją za pomocą danych i logiki. Nazywają siebie The Broads i od trzydziestu lat spotykają się prywatnie w domu Hrdy, aby gadać o ewolucji. Miałam szczęście dostać zaproszenie na ich coroczny intelektualny zlot. Chociaż aktualnie są już częściowo na emeryturze, te wytyczające nowe kierunki profesorki nadal się spotykają, by się wzajemnie wspierać, omawiać nowe idee i ogólnie dbać o zrównoważony rozwój biologii ewolucyjnej. Tak, są feministkami, ale dają jasno do zrozumienia, że wierzą w równą reprezentację obu płci, a nie niezasłużoną dominację jednej z nich. Ich praca naukowa umożliwiła nowej fali biologów spojrzenie na samice różnych gatunków jako na istoty fascynujące same w sobie – badanie ciała i zachowania samic i zadawanie pytań dotyczących tego, jak działa selekcja z perspektywy córek, sióstr, matek i konkurentek. Ta grupa ludzi nauki była gotowa wyjść poza normy kulturowe i rozważać nieortodoksyjne
XXVII
Wprowadzenie
idee o płynności ról płciowych, obalając – uświadomiony lub nie – mit macho w biologii ewolucyjnej. Wiele z nich to kobiety, ale – jak się przekonasz – ten naukowy bunt nie jest wyłącznie domeną kobiet – wszystkie płcie (biologiczne i kulturowe) mają tu swój udział. Na kartach tej książki spotkasz wielu ludzi nauki płci męskiej. Pionierskie prace Fransa de Waala, Williama Eberharda i Davida Crewsa, by wymienić tylko kilku, dowodzą, że bycie feministycznym człowiekiem nauki nie wymaga identyfikacji z płcią determinowaną przez dwa chromosomy X. Nowe perspektywy przedstawione przez naukową społeczność LGBTQ odegrały zasadniczą rolę w podważeniu heteronormatywnej krótkowzroczności zoologii i dogmatu binarnego. Anne Fausto-Sterling, Joan Roughgarden i inni biolodzy zwrócili uwagę na oszałamiającą różnorodność ekspresji seksualności w królestwie zwierząt oraz na fundamentalną rolę różnorodności w napędzaniu ewolucji. Wynikiem tych wszystkich działań jest nie tylko bogatszy i bardziej realistyczny obraz samicy, lecz także ogrom zaskakujących nowych spostrzeżeń na temat zawiłych mechanizmów ewolucji. To ekscytujący czas dla biologów ewolucyjnych: dobór płciowy przechodzi obecnie poważną zmianę paradygmatu. Empiryczne odkrycia wywracają do góry nogami przyjęte tezy, a zmiany koncepcyjne sprawiają, że długo utrzymywane założenia lądują na śmietniku. Absolutnie nie chodzi o to, że Darwin całkowicie się mylił. Rywalizacja między samcami i wybór samic wpływają na dobór płciowy, ale są tylko częścią obrazu ewolucji. Darwin postrzegał świat przyrody przez mocno ograniczony wiktoriański aparat otworkowy.
XXVIII
Wprowadzenie
Zrozumienie płci żeńskiej daje nam szeroki obraz życia na Ziemi, w technicolorze, dzięki czemu cała historia staje się jeszcze bardziej fascynująca. W Suce wyruszam w globalną podróż, na spotkanie zwierząt i ludzi nauki, dzięki którym przestarzały patriarchalny pogląd na ewolucję może zostać napisany od nowa, wraz z nową definicją samicy. Podróżuję na Madagaskar, aby odkryć, w jaki sposób samice wari czarno-białego (rodzina lemurowatych), nasze najdalsze kuzynki z rzędu naczelnych, zdominowały samce fizycznie i politycznie. W ośnieżonych górach Kalifornii odkrywam, jak robotyczna kura preriokura ostrosternego wysadza w powietrze darwinowski mit o biernej samicy. Na Hawajach spotykam zakochane, wieloletnie pary samic albatrosów, które odrzuciły tradycyjne role płciowe i zamieszkały razem, aby wychowywać swoje pisklęta. A podróżując wzdłuż wybrzeża Waszyngtonu, odnajduję duchową bliskość z orką – mądrą, starą przywódczynią swojej społeczności łowieckiej, przedstawicielką jednego z zaledwie pięciu znanych gatunków (wliczając ludzi), których samice przechodzą menopauzę. Badając nowe opowieści z peryferii kobiecości, mam nadzieję nakreślić świeży, różnorodny portret samicy i podjąć próbę zrozumienia, co te odkrycia mogą nam powiedzieć (jeśli coś mogą) o naszym gatunku. Od czasów Ezopa ludzie widzieli w zwierzętach ilustracje i modele ludzkich zachowań. Wielu wierzy, nie do końca słusznie, że natura uczy społeczeństwa ludzkie tego, co jest dobre i właściwe – taki naturalistyczny błąd logiczny. Jednak
XXIX
Wprowadzenie
przetrwanie jest bezlitosną walką, a zachowania zwierząt obejmują też samiczą rzeczywistość, od tej wskazującej na niezwykle silną pozycję, po przerażające historie opresji. Odkrycia naukowe dotyczące samic mogą być wykorzystywane do podsycania walk po obu stronach feministycznej barykady; użycie zwierząt jako broni ideologicznej to niebezpieczna gra. Niemniej zrozumienie, co znaczy być samicą, może pomóc w kontrowaniu taniej argumentacji i oklepanych androcentrycznych stereotypów; może podważyć nasze założenia na temat tego, co jest naturalne, normalne, a nawet możliwe. Jeśli żeńskość miałaby być definiowana przez jedną rzecz – zamiast przez sztywne, przestarzałe zasady i oczekiwania – to byłaby to jej dynamiczna i zróżnicowana natura. Przykłady, które opisuję w Suce, pokazują, że bycie samicą oznacza walkę o przetrwanie, a nie rolę biernej pomocnicy. Teoria doboru płciowego Darwina wykopała rów między płciami, podkreślając różnice. Ale te różnice są w większej mierze wytworem kultury niż biologii. Cechy zwierząt, zarówno fizyczne, jak i behawioralne, są zróżnicowane i elastyczne. Mogą się zmieniać w zależności od tego, co akurat się podoba, dlatego cechy płciowe są płynne i plastyczne. Zamiast odgadywać charakterystyki samic z pomocą szklanej kuli zatytułowanej „płeć żeńska”, warto wiedzieć, że środowisko, czas i przypadek odgrywają znaczącą rolę w ich kształtowaniu. Już w pierwszym rozdziale pokazuję, że samice i samce są w rzeczywistości znacznie bardziej do siebie podobne niż od siebie różne. Do tego stopnia, że czasami trudno wyznaczyć granicę.