Skip to main content

101325992

Page 1


Spis treści

1. Czy przeszłość jest poznawalna?

2. Długa droga do państwowości

3. Początki Polski w osiemnastu tomach

4. Jak zorganizować państwo? .

5. Czy Piast dokonał „zamachu stanu”?

6. Czy Mieszko I był pierwszy?

7. Czy Piastowie handlowali ludźmi?

8. Dlaczego zakopywano srebro?

9. Jak zmienić religię?

10. Synkretyzm religijny, czyli dwuwiara

11. Gdzie ochrzczono Mieszka I i jego poddanych?

12. Jak (s)chowano pierwszych polskich chrześcijan?

13. Misja św. Wojciecha do Prusów w świetle badań archeologicznych

14. Kiedy był rok 1000?

15. Kim byli pierwsi polscy święci?

16. Kłopot z arcybiskupem Gaudentym .

17. Czy Bolesław Chrobry nawrócił Polaków? .

18. Dlaczego cesarz Otto III wspierał Chrobrego?

19. Dlaczego biskup Merseburga nienawidził Chrobrego?

20. Dlaczego (arcy)biskup Bruno admirował Chrobrego? .

21. Przenośne ołtarze . .

22. Jak chowano władców?

23. Czyje zwłoki wyjęto z najstarszych poznańskich grobowców?

24. Jak wyglądał Bolesław Chrobry?

25. Pechowe regalia

26. Grzeszna miłość

27. Kobiety w wielkiej polityce

28. Gra z Dagome iudex

Źródła ilustracji

Wprowadzenie

Sukces, jakim okazała się wydana w grudniu 2024 roku książka

Korzenie Polski , doceniona zarówno przez czytelników, jak i przez gremia rozdzielające nagrody (wyróżnienia Prezydenta Poznania i Rektora Uniwersytetu Warszawskiego), dowiódł, że najstarsze dzieje wciąż cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem mimo wymuszonego przez sytuację geopolityczną naszego zaangażowania w historię najnowszą. Skłoniło to Wydawnictwo Naukowe PWN do kontynuowania tego przedsięwzięcia pisarskiego.

Negocjacje nie trwały długo, bo już pisząc tę pierwszą książkę, byłem świadomy tego, że udało mi się tam poruszyć tylko część „z długiej listy zagadnień wymagających rozważenia” (tom 1, Wprowadzenie). Zasugerowana przez Wydawnictwo możliwość wydania drugiego tomu pozwala mi zapełnić przynajmniej niektóre z luk, jakie sam dostrzegłem w pierwszej książce. Mam nadzieję, że problemy omówione tu w dwudziestu ośmiu rozdziałach (dokładnie tyle samo co w pierwszym tomie), okażą się równie ciekawe dla czytelników zainteresowanych okolicznościami, w jakich wyłaniała się nasza państwowość.

Tematy te poruszałem w różnych okresach swojej pięćdziesięcioletniej aktywności naukowej i często pozostały na tej drodze jako samotne niedopowiedzenia porozrzucane po różnych, nie zawsze prominentnych publikacjach. Wracam teraz do tych zagadnień z niebezkrytyczną sympatią, znajdując wątki kiedyś porzucone, ale warte przypomnienia gwoli urozmaicenia rozważań nad wczesnopiastowską przeszłością – odległą, ale przecież niezmiernie ważną dla kształtowania się naszej tożsamości narodowej.

Te zamierzchłe czasy są bardzo słabo oświetlone przez źródła historyczne, co zmusza nas do wypełniania luk informacyjnych domysłami o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Takie domyślanie się jest immanentną cechą badań nad przeszłością (nawet tą nie aż tak odległą), bo poświęcane temu spory wzbogacają nasze rozumienie dawnej rzeczywistości. Trzeba jednak uważać, żeby nie skazić tych dysput patriotycznym chciejstwem, które ma uładzić naszą historię tak, żebyśmy byli z niej wyłącznie dumni. Odkrywanie jej ciemniejszych stron nie jest przecież naganną słabością, lecz obowiązkiem sumiennego badacza!

Żaden badacz przeszłości nie powinien mieć złudzeń, że w swoich przemyśleniach odkrywa prawdę obiektywną i ostateczną, bo w naukach historycznych nie ma wniosków niepodważalnych. Każda wizja przeszłości ma charakter subiektywny, bo każdy autor na swój sposób dobiera i interpretuje źródła pisane oraz świadectwa archeologiczne. Musi więc spodziewać się krytyki, która, jeśli jest poparta solidną argumentacją, ma wartość naprowadzania naszej wiedzy na tory wiodące ku lepszemu poznaniu przeszłości. Zgodnie bowiem ze wskazówkami metodologicznymi Karla Poppera skuteczne podważenie obowiązującego schematu myślenia ma większą wartość naukową niż mnożenie argumentów potwierdzających.

POLSKI. TOM 2

O ile w pierwszym tomie poruszałem się głównie na poziomie państwa i geopolityki, o tyle w drugim, po przedstawieniu historii badań (rozdz. 2 i 3), przeważają rozważania nad religijnością (nie tylko chrześcijańską) i Kościołem. Jest to oczywiście rozróżnienie trochę sztuczne, bo przecież obie te sfery były we wczesnym średniowieczu ściśle ze sobą powiązane, szczególnie na poziomie sprawowania władzy politycznej, czyli zarządzania masami często zróżnicowanej kulturowo ludności, której integracja wymagała narzucenia podstawowych zasad porządku społeczno-politycznego i uzasadniającej go ideologii, której dostarczała wtedy głównie religia.

Z tego też powodu nawet przy omawianiu problemów pozornie niezwiązanych z religijnością, zawsze pojawia się ona w bezpośrednich lub w pobocznych wątkach narracji. Ta niemal wszechobecność chrześcijaństwa wynika też po części z tego, że wszystkie źródła historyczne, które powstały w tamtej epoce, zostały przecież napisane przez ludzi Kościoła. Reprezentują więc specyficzny punkt widzenia, którego nie sposób uniknąć, bo innych źródeł nie mamy.

Możemy jednak zmieniać perspektywę obserwacyjną, czego przykładów dostarczają rozdziały 18–20. Ukazują one odmienne spojrzenia na Bolesława Chrobrego, który wzbudzał skrajnie różne emocje u prominentnych postaci ówczesnej sceny politycznej.

Król i cesarz Otto III, biskup Merseburga Thietmar oraz misyjny (arcy)biskup Bruno z Kwerfurtu patrzyli na polskiego władcę ze swoich specyficznych punktów widzenia, zdeterminowanych ich osobistą sytuacją i doświadczeniami życiowymi.

Łatwo nam dzisiaj komentować tę odległą przeszłość, bo jesteśmy mądrzejsi o wiedzę o rzeczywistym przebiegu procesów historycznych i ich ostatecznych wynikach. Ta wiedza może jednak skutkować mylnym przekonaniem, że taki, a nie inny tok dawnych wydarzeń był skutkiem jakiejś konieczności dziejowej. A przecież był to proces długi, skomplikowany i nieuchronnie obciążony ryzykiem

alternatywnego rozwoju sytuacji, w wyniku którego historia Europy Środkowo-Wschodniej potoczyłaby się zupełnie inaczej, a więc inaczej wyglądałaby też jej ówczesna i dzisiejsza mapa polityczna.

Dotyczy to już najwcześniejszych dziejów naszej państwowości, które w dużym stopniu zdeterminowały naszą teraźniejszość polityczną i kulturową i mimo upływu ponad tysiąca lat wciąż wpływają na naszą zbiorową tożsamość. Toteż pamięć o tamtych odległych wydarzeniach wciąż jest dziś przywoływana w wewnętrznym dyskursie tożsamościowym oraz w negocjowanych wciąż relacjach geopolitycznych z bliższymi i dalszymi sąsiadami. Oni operują swoimi własnymi wizjami dawnych wydarzeń, które, co zrozumiałe, mogą być nie tylko odmienne, ale wręcz sprzeczne z naszymi.

Rozmawiamy o czasach, kiedy pojawiły się fundamentalne elementy naszej zbiorowej identyfikacji, które integrują nas wewnętrznie i odróżniają od innych tożsamości kolektywnych.

Dla Polaków najważniejsze z nich to: własne państwo, nazwy własne (Polska i Polacy), własne terytorium (między Bałtykiem a pasem gór), własny język, zachodnia orientacja kulturowa i światopogląd chrześcijański.

Nie jestem zwolennikiem modnych niegdyś rozważań kontrfaktycznych1, ale nietrudno sobie wyobrazić, że jeden lub wiele przypadków mogło skierować nasze odległe dzieje na zupełnie inną trajektorię. Nie chodzi o metaforę „efektu motyla”, zgodnie z którą nawet najmniejsze działania i decyzje mogą przynieść dalekosiężne i nieoczekiwane skutki, ale o zmiany dużo większego kalibru. Przecież w drugiej ćwierci X wieku mogło nie pojawić się położone nad środkową Wartą państewko wczesnopiastowskie; mogły się

1 Por. klasyczny zbiór esejów kontrfaktycznych zebranych w 1997 r. przez Nialla Fergusona.

POLSKI. TOM 2

przyjąć inne nazwy tego państwa i jego mieszkańców (np. Mieszkonia i Mieszkowianie); mogło się nie udać rozepchnięcie granic na cały Niż Polski i jego obrzeża; Mieszko I mógł związać się z Kościołem wschodnim albo trwać przy tradycjach pogańskich, zawierając potężny sojusz polityczno-ideologiczny z Połabianami (od Łużyczan do Obodrytów) i z Bałtami (od Prusów do Litwinów). Każda z tych i mnóstwa innych alternatyw historycznych z pewnością zmieniłaby przebieg tysiącletniej przeszłości wiodącej ku naszym czasom, które nabrałyby trochę lub zupełnie innego kształtu. Nie należy więc zapominać, że jesteśmy „produktami” długiego łańcucha przypadków historycznych, który mógł mieć zupełnie inną trajektorię, a więc i inne skutki.

Wartościowanie poszczególnych epizodów z przeszłości nie ma większego sensu, bo nawet to, co z dzisiejszej perspektywy nam się nie podoba, też ukształtowało naszą rzeczywistość. Możemy tylko starać się lepiej poznać przeszłość, tj. dokładniej odtworzyć przebieg dawnych wydarzeń i lepiej zrozumieć motywacje ludzi, którzy w nich uczestniczyli, podejmując decyzje, których konsekwencji (szczególnie tych długofalowych) nie mogli przewidzieć.

O ile każda trajektoria historyczna jest niepowtarzalna w swojej specyfice konkretnych procesów i wydarzeń, o tyle można szukać między nimi podobieństw ponad poziomem szczegółów. Pomagają w tym koncepcje teoretyczne, które umożliwiają uogólnienie zjawisk pozornie nieporównywalnych. Wybór schematu analitycznego zależy od decyzji badacza i celów, jakie sobie stawia. Próba uporządkowania badanego problemu z pomocą różnych modeli badawczych może otworzyć ciekawe perspektywy poznawcze, których szczegóły interpretacyjne mogą się od siebie zasadniczo różnić.

Na przykład możemy spojrzeć na proces kształtowania się państwa wczesnopiastowskiego jako rozciągnięty w czasie „obrzęd przejścia”, tj. zgodnie ze schematem zidentyfikowanym przed ponad stu laty przez Arnolda van Gennepa (1909/2006). Wprawdzie francuski etnolog zajmował się przełomowymi okresami w życiu pojedynczych ludzi, którzy zgodnie z lokalną tradycją przechodzili z jednej fazy życia do następnej, ale jego opis pokonywania kolejnych progów dojrzałości można zastosować też do zmian, jakim podlegała zbiorowość, którą ukształtowano w państwo. Kluczowe jest tu pojęcie „progu” wyznaczającego granicę, po przekroczeniu której następuje przełomowa zmiana statusu jednostki (u Gennepa) lub w naszym przypadku – zbiorowości ludzi zamieszkujących ziemie polskie przed ponad tysiącem lat. Tu chodzi o przekształcenie ustroju wodzowskiego (dawniej nazywanego demokracją wojenną lub wiecową) w stabilne państwo terytorialne (por. rozdz. 4). Sadzę bowiem, że i w tym procesie można wyróżnić sytuacje progowe, które skutkowały przejściem do nowej rzeczywistości.

Wstępna faza (wyłączenia/separacji) to przezwyciężenie „demokratycznych” ograniczeń ustroju wodzowskiego przez przywódcę, który podstępem i/lub przemocą stawia siebie ponad kontrolą instytucji wiecu, funkcjonującej dotąd przez uzgadnianie stanowiska większościowego. Poddana temu zbiorowość wchodzi w okres przejściowy (marginalny/liminalny), bo dawne mechanizmy sprawowania władzy społeczno-politycznej już nie funkcjonują, ale nowe nie zostały jeszcze trwale zinstytucjonalizowane. Ostatnią fazą (włączenia/integracji) była stabilizacja centralnego ośrodka władzy, czyli nadanie mu nowego zwierzchniego statusu.

Można to rozpisać bardziej szczegółowo, odwołując się do doświadczeń antropologii historycznej, która bada między innymi procesy wiodące ku państwowości – w różnych czasach, w różnych

POLSKI. TOM 2

miejscach i w różnych uwarunkowaniach. Mimo zróżnicowania konkretnych przypadków można w nich dostrzec pewne powtarzające się regularności/fazy. Tę wiedzę można wykorzystać do odtworzenia hipotetycznego przebiegu procesu państwotwórczego, który może mieć zastosowanie również do objaśnienia początków państwa wczesnopiastowskiego. Tak skonstruowany rozdział 4, jak i inne rozważania bardziej teoretyczne (rozdz. 1, 2, 8 i 22) czytelnik niezainteresowany taką „abstrakcją” może pominąć bez szkody dla zrozumienia pozostałych zagadnień.

W newralgicznym dla naszych rozważań dialogu historyków z archeologami zwraca uwagę dysproporcja podstaw wnioskowania. O ile pisanych źródeł dotyczących początków polskiej państwowości jest bardzo mało i więcej już ich raczej nie przybędzie, o tyle archeolodzy stają przed problemem dokładnie odwrotnym, tj. nadmiarem danych, za których ciągłym przyrostem trudno nadążyć. Podstawowym zadaniem jest ich systematyczne gromadzenie i filtrowanie w celu wychwycenia rzeczywiście ważnych informacji. Jak w wielu innych naukach, pewne nadzieje można wiązać z rozwojem przetwarzania i analizy wielkich zbiorów danych pozwalających na lepszą selekcję informacji i pozyskiwanie z nich nowej wiedzy. Istnieje jednak obawa, że bierne przejęcie metod data mining z nauk przyrodniczych, a nawet społecznych może prowadzić do wniosków banalnych lub „bezużytecznych” z punktu widzenia potrzeb archeologii. Może więc sztuczna inteligencja? Sprawdzałem kilka razy, ale na nawet niezbyt trudne pytania dostawałem odpowiedzi trywialne, chociaż sformułowane bardzo ładnym językiem. Co gorsza, jeżeli SI nie znała odpowiedzi, to zaczynała „halucynować”, byle tylko nie przyznać się do niewiedzy czy choćby wątpliwości, które są wszak stałymi problemami badaczy historii.

Czy humanistyka, zawsze tak pełna niepewności w swoim rozdyskutowaniu skupionym na tradycji, na wartościach, a nawet na wrażeniach, ma wiązać swoją przyszłość z rozwojem technologii? Mam nadzieję, że nie – że historyk i archeolog pozostaną niewzruszenie arbitrami oceny istotności informacji i sensowności wyciąganych z nich wniosków, pozwalających badaczom przeszłości wciąż poprawiać jej obraz. Opisany proces zapewne nigdy nie skończy się sformułowaniem jednej, ostatecznej wizji historii, którą wszyscy zgodnie zaakceptują.

W tym tomie postanowiłem trzymać się w dalszym ciągu oryginalnego autoeksperymentu redaktorskiego, który polegał na nadaniu każdemu rozdziałowi (tym razem łącznie ze niniejszym Wprowadzeniem) takiej samej objętości w postaci całkowicie arbitralnie narzuconego sobie limitu około dwóch tysięcy słów. Do utrzymania tej zasady przekonała mnie pozytywna reakcja czytelników, którzy docenili to, że przeczytanie każdego rozdziału zajmuje niemal dokładnie tyle samo czasu, co znakomicie ułatwia planowanie lektury.

W ten sposób podkreślam też równą wagę każdego z rozważanych w nich zagadnień i powstrzymuję swoją skłonność do nadmiernego gadulstwa. Radykalne ograniczenie długości każdego rozdziału musi skutkować radykalną redukcją odniesień do oryginalnych źródeł i do obszernej literatury zawierającej interpretacje innych autorów. Nie zmniejsza to jednak powagi, z jaką potraktowałem każdy problem – może z wyjątkiem rozdziału 28, w którym nad wyraz swobodnie popuściłem wodze niefrasobliwej fantazji. Uznałem jednak, że nawet tak ryzykowna metodycznie prowokacja intelektualna jak „gra z Dagome iudex” może mieć swój walor

POLSKI. TOM 2

poznawczy, pokazując „nieskończoną” wielość podejść do tekstów napisanych w bardzo odległych czasach.

Narzucona sobie dyscyplina redaktorska nie gwarantuje pełnej oryginalności każdego rozdziału i uważny czytelnik łatwo dostrzeże powtarzanie się w różnych miejscach przywołań pewnych faktów i ich interpretacji. Jest to nie do uniknięcia, bo mimo skupiania się kolejno na różnych zagadnieniach szczegółowych, krążymy przecież cały czas wokół głównego tematu początków państwa polskiego. Te pozornie zbędne powtórzenia stanowią więc pewną nić przewodnią narracji, wiążąc ze sobą poszczególne rozdziały.

Uważny czytelnik dostrzeże też, że w różnych miejscach te same wydarzenia, a nawet te same źródła, są trochę inaczej interpretowane, bo rozpatrywanie ich w różnych kontekstach może prowadzić do mniej lub bardziej różniących się wniosków. Wiedza historyczna nie jest bowiem monolitem, a poświęcane jej spory mają walor głównie porządkująco-weryfikujący, chociaż niekoniecznie przybliżają nas do ostatecznego zrozumienia dawno minionej rzeczywistości w całym kompleksowym bogactwie jej szczegółów.

Chociaż jestem przywiązany do swoich własnych wizji rozmaitych aspektów sytuacji sprzed ponad tysiąca lat, to nie mam złudzeń, że posiadłem o niej wiedzę ostateczną i powszechnie akceptowalną. Odkrycia nowych źródeł informacji i nowe spojrzenia na źródła od dawna już znane mogą bowiem przynieść nowe interpretacje, zniuansowane w ważnych szczegółach lub wręcz jawnie konkurencyjne. Może więc i wiele z ujęć naszkicowanych w dwóch książkach o Korzeniach Polski okaże się zupełnie lub częściowo nietrafnych? Mogę tylko powtórzyć za Poncjuszem Piłatem: „com napisał, napisałem” (J 19, 22), a przyszłość na pewno to zweryfikuje.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook