Skip to main content

Echa Leśne 3/2026

Page 1

KWARTALNIK PRZYJACIÓŁ LASU

SPECJALIŚCI OD SPIĘTRZANIA

NIE JEDZIEMY W PASZCZĘ TORNADA | OWADY NIE KŁAMIĄ NOWY W KRÓLESTWIE | NIE TYLKO WIEK DECYDUJE

NR 3 (665) 2026 | JESIEŃ PL ISSN 1230-0071


W nocy z 11 na 12 sierpnia 2017 roku przez północno-centralną część Polski przeszła katastrofalna nawałnica, uznawana za jeden z największych huraganów w historii polskich lasów. Żywioł spowodował rozległe szkody w drzewostanach, niszcząc dziesiątki tysięcy hektarów lasów i pozostawiając po sobie miliony metrów sześciennych powalonych oraz uszkodzonych drzew.

Fot. Marek Gromek

Nawałnica przyniosła nie tylko ogromne straty w lasach, lecz także tragiczne konsekwencje dla ludzi. W wyniku żywiołu zginęło sześć osób, w tym dwie harcerki uczestniczące w obozie niedaleko Rytla. Rannych zostało również 22 innych uczestników obozu, łącznie poszkodowanych było 58 osób. Te dramatyczne wydarzenia na trwałe zapisały się w pamięci mieszkańców regionu i całego kraju, pozostając jednym z najbardziej bolesnych symboli katastrofalnego huraganu, który przeszedł przez północno-środkową Polskę.

To była noc, która na zawsze zostawiła ślad w historii polskich lasów. Gwałtowna nawałnica, nazwana później huraganem stulecia, spowodowała ogromne zniszczenia na rozległych obszarach kraju. Najbardziej ucierpiały lasy znajdujące się w zarządzie regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, Gdańsku, Szczecinku i Pile, a także obszaru Parku Narodowego „Bory Tucholskie”.


Żywioł w ciągu kilku godzin zmienił krajobraz rozległych obszarów leśnych. Huragan uszkodził ponad 120 tys. ha lasów, z czego około 80 tys. ha zostało zniszczonych całkowicie lub w bardzo dużym stopniu. Według danych Lasów Państwowych na terenach dotkniętych przez nawałnicę znajdowało się około 10 mln m sześc. powalonego i uszkodzonego drewna.

Obserwowana obecnie zmiana klimatu przyczynia się do wzrostu częstotliwości i intensywności ekstremalnych zjawisk pogodowych. Coraz częściej dochodzi do występowania gwałtownych nawałnic, niszczycielskich szkwałów oraz silnych porywów wiatru towarzyszących burzom, które powodują szkody m.in. w lasach.

ECHA LEŚNE • lato 2026

Była to największa katastrofa w polskich lasach od zakończenia II wojny światowej, a zarazem jedno z najtrudniejszych wyzwań organizacyjnych, z jakimi przyszło zmierzyć się leśnikom. Bezpośrednio po przejściu nawałnicy rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę akcję usuwania jej skutków, zabezpieczania terenów stwarzających zagrożenie oraz odtwarzania zniszczonych drzewostanów.

O skutkach huraganu z 2016 roku w Puszczy Knyszyńskiej pisze Paulina Król w tekście „Zdaliśmy ten egzamin”.

1


SPIS TREŚCI

8 NASZ GOŚĆ

20 FAUNA I FLORA

FELIETON

PTASI MÓŻDŻEK

4

CO SŁYCHAĆ

OGRODY OSTATNIEJ SZANSY 5 WIEŚCI Z LASU 6 NASZ GOŚĆ

NIE JEDZIEMY W PASZCZĘ TORNADA Rozmowa z Piotrem Szusterem, badaczem zjawisk burzowych, o tym, dlaczego nie można ufać długoterminowym prognozom pogody i jak zmiana klimatu wpłynie na lasy

8

FAUNA I FLORA

SPECJALIŚCI OD SPIĘTRZANIA Historia bobra europejskiego w powojennej Polsce to, obok żubra, jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów ochrony rodzimej przyrody WZROK TO NIE WSZYSTKO Funkcjonowanie zwierząt zależy od zmysłów, których ludzie mogą im pozazdrościć

2

15

20

KRYZYS W DĘBOWEJ KRAINIE Pod lupę leśników i naukowców trafiły dąbrowy krotoszyńskie, którym coraz bardziej doskwiera zmiana klimatu oraz deficyt wody SPOSÓB NA ATAK. WEWNĘTRZNE TWIERDZE DRZEW Pod chropowatą korą, w głębi pni i korzeni, nieustannie odpierany jest atak na wnętrze drzew CICHA INWAZJA Masowy napływ gatunków obcych dotyczy przede wszystkim roślin, spośród których wiele wykazuje silną inwazyjność BIESZCZADZKA GAWĘDA KAZIMIERZA NÓŻKI Królestwo buków i mgieł

24

28

32

52 CZŁOWIEK I LAS

34


GŁOŚNYM ECHEM

OWADY NIE KŁAMIĄ Do niedawna leśnicy łatwiej przewidywali, gdzie pojawi się określony gatunek owada i kiedy wzrośnie jego liczebność. Dziś schematy uległy zmianom

36

OBCY JUŻ TU SĄ

43

LAS A KLIMAT

WIECZNIE ZIELONY DYLEMAT 44 Całkowite usunięcie jemioły nie byłoby korzystne dla ekosystemów leśnych CZŁOWIEK I LAS

ZDALIŚMY TEN EGZAMIN 46 Dziesięć lat po huraganie w Puszczy Knyszyńskiej leśnicy z Nadleśnictwa Supraśl wrócili do wydarzeń, które podzieliły lokalną pamięć na czas „przed” i „po” NOWY W KRÓLESTWIE 52 Borowik amerykański, który coraz częściej podbija koszyki polskich grzybiarzy, ma też wpływ na lasy OKO GRZYBIARZA 56 Rozmowa z Pålem Karlsenem, prezesem norweskiego Stowarzyszenia

78 MIGAWKI Z NATURY

„Grzyby i rośliny użytkowe”, o przywiązaniu do grzybiarskiej tradycji

LEŚNA SZTUKA NA OWADY 60 Dziwne konstrukcje w lesie są na wagę złota. Dzięki nim jest możliwa ochrona drzew przed małym, ale trudnym przeciwnikiem NIE TYLKO WIEK DECYDUJE To, kiedy dane drzewa zostaną pozyskane jest uregulowane w planie urządzenia lasu

Wydawca: Centrum Komunikacji Społecznej Lasów Państwowych dyrektor – Tomasz Esman Redakcja: Magdalena Stępińska – redaktorka naczelna Agnieszka Sijka – sekretarzyni redakcji Stale współpracują: Łukasz Bożycki, Paweł Fabijański, Krzysztof Fronczak, Wojciech Gil, Bogumiła Grabowska, prof. Andrzej Jagodziński, Katarzyna Klimek,

ECHA LEŚNE • jesień 2026

MIGAWKI Z NATURY

NAJMNIEJSZY KRÓL LASU Mimo swego rozmiaru strzyżyk potrafi wydobyć z siebie głos, którego nie powstydziłoby się kilkukrotnie większe zwierzę

78

ZIELONY PARAGRAF W RYTMIE NATURY

CHODŹMY NA DWÓR 70 Rozmowa z Karoliną Szymańską, autorką książki „ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo”, o lęku przed spędzaniem czasu na zewnątrz

ECHA LEŚNE Fot. na okładce: Igor Bodnar

64

KRESOWA PUSZCZA 75 Dzikość, dziewiczą przyrodę, rozległe przestrzenie i różnorodność kultur znajdziemy w Puszczy Knyszyńskiej

Paulina Król, Andrzej Kruszewicz, Monika Kucia, Agnieszka Niewińska, Dagny Nowak-Staszewska, Kazimierz Nóżka, Marcin Szumowski, Szymon Wojtyszyn, Jędrzej Ziółkowski Projekt: Magdalena Betlej Skład: Katarzyna Lubańska Fotoedycja: Bogumiła Grabowska Korekta: Agnieszka Grotek Druk: Drukarnia Kolumb

LEŚNE ZBIORY ZGODNE Z PRAWEM 80 Grzyby, jagody, mech do dekoracji, młode szyszki czy sok z brzozy – wszystko to można znaleźć w lesie, ale nie wszystko można z niego legalnie zabrać

Adres redakcji: Sękocin Stary, ul. Braci Leśnej 3, budynek F, 05-090 Raszyn Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do adiustacji i skracania artykułów. Nie odpowiadamy za treść zamieszczonych reklam. Nakład: 19 tys. egz.

Kwartalnik „Echa Leśne” dostępny jest bezpłatnie w siedzibach wszystkich nadleśnictw Lasów Państwowych, w ośrodkach edukacyjnych, szkoleniowych i wypoczynkowych LP, w siedzibach parków narodowych, oddziałach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego oraz schroniskach młodzieżowych.

3


FELIETON

PTASI MÓŻDŻEK TEKST:

Andrzej G. Kruszewicz Fot. Darek Golik

Około 150 lat temu prof. Ludwig Edinger, niemiecki neurolog i badacz mózgu, w swojej pracy autorytarnie stwierdził, że ptaki nie są mądrymi istotami, bo nie mają kory mózgowej, a ich mózg ma gładką powierzchnię. Ale i bez twierdzenia prof. Edingera ptaki nie miały dobrej prasy, już wtedy używano powiedzonka „głupia gęś”. Na temat ptasich zmysłów od lat pojawiało się wiele błędnych teorii. Kiedy byłem dzieckiem, panował pogląd, że ptaki nie mają węchu, sowy nie widzą w dzień, a młode ptaki uczą się życia przez naśladowanie dorosłych. Zdolność lotu wymusiła u ptaków wiele ewolucyjnych przystosowań. Ptasi mózg musi działać szybko, o wiele szybciej niż mózg ssaków. To centrum dowodzenia musi być niewielkich rozmiarów, bo ptak powinien być lekki. Dlatego mózg ptaków przeszedł ewolucyjną minimalizację i stał się niezwykle kompaktowy. Ma bardzo małe neurony i krótkie wypustki nerwowe, a przy tym jest niezwykle gęsto upakowany. Na dodatek u ptaków wędrownych po sezonie lęgowym zanika ośrodek śpiewu, gdyż w czasie migracji każdy zbędny gram może utrudniać przeżycie. U młodych ptaków zdolność śpiewu rozwinie się dopiero, gdy dożyją do pierwszej wiosny. Wtedy w odpowiednim ośrodku zacznie przybywać neuronów i zwiększą się jego rozmiary. Do początku XXI wieku nikt o tym nie wiedział. Ptasi mózg jest jak procesor wyższej generacji. Do swej pracy potrzebuje wyższej temperatury niż mózg ssaka i o wiele więcej tlenu. Dlatego temperatura ciała wróbla w porównaniu z podobnej wielkości gryzoniem jest zdecydowanie wyższa i sięga nawet 44 stop. C, co ssaka może zabić. Gryzoń ma ciepłotę ciała na poziomie 38 stop. C., a większe ssaki o dwa stopnie mniej. A co z tlenem? Otóż ssaczy układ oddechowy kończy się pęcherzykami płucnymi, w których przez ułamek sekundy zachodzi wymiana gazowa. Kilka

4

sekund na wdech i wydech, a na przekazanie tlenu do naczyń włosowatych ledwie ułamek sekundy w ślepym zaułku pęcherzyka płucnego. Ptaki nie mają przepony, która bezustannie pracuje, zapewniając oddychanie ssakom. Powietrze pozostaje w ciągłym ruchu na wdechu i wydechu, a podczas lotu jest dodatkowo wspierane pracą silnych mięśni piersiowych. Płuca ptaków to system coraz cieńszych rureczek, przez które powietrze przenika do worków powietrznych. Te wypełniają całe ciało ptaka i są nawet w większych kościach. Przy wydechu powietrze znów przechodzi przez system worków powietrznych i płuca. Wymiana gazowa jest stała. Bo tego potrzebuje szybki „ptasi móżdżek”. Od czasów prof. Edingera badacze nie próżnowali. Pojawiły się nowe prace na temat ptasiego mózgu, pojawiła się potrzeba ujednolicenia nazewnictwa struktur w nim opisywanych. W 2002 roku zorganizowano nawet międzynarodową konferencję. Od tego czasu naukowców zadziwiły wrony brodate z Nowej Kaledonii, które przygotowywały sobie narzędzia, a także pospolite sroki, które zdały tak zwany test lustra. Do zaliczenia tego testu, zwanego także testem Gallupa, potrzebna jest samoświadomość, że w lustrze jest tylko własne odbicie, a nie inny osobnik. Psy i koty zazwyczaj nie przechodzą tego testu. Ptaki widzą ultrafiolet, a więc tęcza w ich oczach ma kolory, o których nie mamy pojęcia. Mają także tajemniczy zmysł magnetyczny, czyli własny GPS, a ich śpiew ma o wiele bogatszy przekaz niż jesteśmy w stanie usłyszeć. Ptaki swoimi „ptasimi móżdżkami” jeszcze nieraz nas zadziwią.


CO SŁYCHAĆ

OGRODY OSTATNIEJ SZANSY TEKST:

prof. Andrzej M. Jagodziński Instytut Dendrologii PAN Niektóre rośliny znikają bez rozgłosu. Giną powoli: najpierw z jednego stanowiska, potem z kolejnego, później zostają po nich pojedyncze populacje, ostatnie drzewa, ostatnie nasiona, ostatnie wzmianki w publikacjach. W dobie kryzysu różnorodności biologicznej arboreta i ogrody botaniczne stają się miejscami szczególnymi – ogrodami ostatniej szansy. W systemie ochrony przyrody łączy się dwie strategie. Pierwsza to ochrona in situ, czyli ochrona gatunków tam, gdzie one naturalnie występują. Druga to ochrona ex situ, a więc poza naturalnym miejscem występowania – na przykład w arboretach, ogrodach botanicznych, kolekcjach zachowawczych czy bankach nasion. Nie powinny one ze sobą konkurować. Przeciwnie: ochrona ex situ ma sens wtedy, gdy wspiera ochronę in situ, a nie staje się jej substytutem. Nie da się bowiem ocalić zasobów przyrodniczych wyłącznie przez przeniesienie ich „wyizolowanych” fragmentów do ogrodu. Roślina wyrwana z naturalnego kontekstu może przetrwać, ale traci część swoich relacji: z glebą, mikroklimatem, grzybami, owadami zapylającymi, zwierzętami rozsiewającymi nasiona i innymi gatunkami. Niestety, bywają sytuacje, w których utrzymanie roślin poza miejscem naturalnego występowania jest konieczne. Kolekcje ex situ mogą stać się rezerwą genetyczną i punktem wyjścia do przyszłych działań ochronnych. Arboretum Kórnickie jest dobrym przykładem tego, jak gromadzone od ponad 200 lat kolekcje drzew i krzewów mogą służyć ochronie przyrody. Jest ono nie tylko przestrzenią historyczną, rekreacyjną i edukacyjną, ale również miejscem badań naukowych oraz ochrony zasobów dendroflory rodzimej i obcego pochodzenia. Nie jest to przypadkowy zbiór ładnych okazów drzew czy krzewów. W arboretum rośliny są opisane, udokumentowane i stale obserwowane. Wiadomo, skąd pochodzą, kiedy zostały posadzone, jak rosną czy kwitną, owocują, przemarzają, chorują, odnawiają się i zamierają. Takie informacje są ważne dla ochrony różnorodności biologicznej, bo pozwalają oceniać trwałość gatunków w określonych warunkach, ich potencjał adaptacyjny i wartość jako zasobu genetycznego. ECHA LEŚNE • jesień 2026

Fot. Katarzyna Broniewska

Ochrona ex situ w arboretach ma kilka wymiarów. Pozwala utrzymać przy życiu gatunki rzadkie, zagrożone albo zanikające w części swojego zasięgu. Umożliwia ona rozmnażanie roślin i zabezpieczenie materiału do ewentualnej reintrodukcji. Daje też naukowcom dostęp do materiału porównawczego. Pełni również funkcję edukacyjną: pokazuje zwiedzającym, że różnorodność roślin nie jest jedynie abstrakcyjnym hasłem, lecz zbiorem konkretnych organizmów, których istnienie często zależy od decyzji ludzi. W Kórniku ta rola nabiera szczególnej głębi. Mamy tu do czynienia z miejscem o długiej historii, która dokumentuje drogę od pasji kolekcjonerskiej do dziedzictwa narodowego. To, co zaczynało się jako fascynacja nowymi, rzadkimi lub egzotycznymi roślinami, stało się dzisiaj zasobem służącym ochronie przyrody i nauce. Każde stare arboretum ma wartość, której nie można wycenić jego powierzchnią, liczbą gatunków czy frekwencją turystów. Jest efektem pracy pokoleń. Gdy znika stara kolekcja, znika materiał, którego nie da się odtworzyć w ciągu jednego sezonu. Ochrona ex situ nie jest zatem romantycznym gestem posadzenia rzadkiego drzewa. Jest długoterminowym zobowiązaniem. Arboreta są częścią systemu bezpieczeństwa przyrodniczego. Mogą być arką, ale nie powinny stawać się alibi. Jeśli chcemy chronić różnorodność biologiczną, musimy dbać zarówno o ogrody, w których przechowujemy zagrożone gatunki roślin, jak i o siedliska, z których one pochodzą. Ogród ostatniej szansy jest potrzebny właśnie dlatego, że pierwsza szansa – natura – zbyt często bywa przez nas marnowana.

5


CO SŁYCHAĆ

POPIELICA POD DOBRĄ OPIEKĄ

Ochrona popielicy szarej zaczyna się od troski o jej naturalne środowisko. Leśnicy zachowują drzewa z dziuplami, chronią podszyt i dbają o zróżnicowaną strukturę lasu, zapewniając tym samym schronienie oraz dostęp do pokarmu. Tam, gdzie brakuje naturalnych kryjówek, rozwieszane są specjalne budki dla pilchowatych. W Nadleśnictwie Daleszyce (RDLP w Radomiu) zawieszono ich 200. Podczas kontroli przeprowadzonej w 2025 roku w 142 budkach stwierdzono obecność 122 zwierząt. W ochronę tego skrytego, nocnego gryzonia angażują się także naukowcy i przyrodnicy. Wspólne działania obejmują monitoring populacji, ocenę stanu siedlisk oraz czynne działania ochronne. Podobne projekty realizowane są również w innych częściach kraju, między innymi w nadleśnictwach Resko (RDLP w Szczecinie) i Czerniejewo (RDLP w Poznaniu). Dzięki współpracy leśników i specjalistów oraz dbałości o odpowiednie siedliska popielice mają większe szanse na bezpieczne życie i rozmnażanie w polskich lasach.

Fot. Magdalena Sarat

6

NOWE REZERWATY W ŚWIĘTOKRZYSKIEM

W województwie świętokrzyskim powstały dwa nowe rezerwaty przyrody: „Bór Ciekoty im. dr. Edwarda Bróża” oraz „Szynkarka”. Powiększono również rezerwat „Białe Ługi”, obejmując ochroną kolejne cenne tereny leśne i mokradłowe. Nowe decyzje Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Kielcach wzmacniają ochronę unikatowych ekosystemów regionu. Rezerwat „Szynkarka” (116 ha) chroni podmokłe lasy, torfowiska i źródliska, natomiast „Bór Ciekoty” (267 ha) zabezpiecza naturalne ekosystemy leśne Gór Świętokrzyskich. Powiększony rezerwat „Białe Ługi” zajmuje obecnie 693 ha i należy do najcenniejszych obszarów torfowiskowych w regionie. Dla rezerwatów „Szynkarka” i „Białe Ługi” wyznaczono także otuliny, które mają wspierać ochronę przyrody na terenach sąsiadujących z obszarami chronionymi. Nowy rezerwat w Ciekotach otrzymał imię dr. Edwarda Bróża, wybitnego geobotanika i badacza flory Gór Świętokrzyskich, którego działalność znacząco przyczyniła się do poznania i ochrony przyrody regionu.


LASY SPOŁECZNE WOKÓŁ WROCŁAWIA

Fot. arch. CKS LP

KRZYWY LAS 2.0.

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji przyrodniczych Pomorza Zachodniego ma zyskać następcę. Nadleśnictwo Gryfino i Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny w Szczecinie rozpoczęły współpracę, której celem jest opracowanie metody odtworzenia legendarnego Krzywego Lasu. Ten charakterystyczny las to blisko sto charakterystycznie wygiętych sosen, które od lat przyciągają turystów z kraju i zagranicy. Leśnicy podkreślają jednak, że drzewostan starzeje się i w perspektywie kolejnych dekad zacznie stopniowo zanikać. Właśnie dlatego powstał projekt „Krzywy Las 2.0”, którego celem jest zachowanie niezwykłego fenomenu dla przyszłych pokoleń. Przygotowania do przedsięwzięcia rozpoczęły się już w 2021 roku. Wtedy Nadleśnictwo Gryfino, wspólnie z Gminą Gryfino i Fundacją PGE, zebrało nasiona z krzywych sosen i wyhodowało z nich ponad 2 tys. młodych drzew. Sadzonki rosną dziś w pobliżu Krzywego Lasu i osiągnęły około 80 cm wysokości. Zdaniem specjalistów to najlepszy moment, by rozpocząć eksperymentalne prace nad nadawaniem im charakterystycznego kształtu. Kluczową rolę w projekcie odegrają naukowcy ze szczecińskiego ZUT. Wspólnie z leśnikami opracują metody formowania młodych sosen, określą najlepszy termin rozpoczęcia zabiegów oraz przygotują system monitorowania wzrostu, stabilności i zdrowotności drzew. Jeśli projekt zakończy się sukcesem, Krzywy Las zyska nowe pokolenie drzew, a jedna z największych atrakcji przyrodniczych regionu będzie mogła zachwycać turystów jeszcze przez wiele lat. ECHA LEŚNE • jesień 2026

W lasach otaczających stolicę Dolnego Śląska wprowadzono nowe zasady gospodarowania. Na obszarze ponad 11,6 tys. ha ustanowiono lasy o wiodącej funkcji społecznej. Nowe rozwiązania nie oznaczają wyłączenia tych terenów z gospodarki leśnej. Ich celem jest większe uwzględnienie funkcji rekreacyjnych, krajobrazowych, edukacyjnych i zdrowotnych, przy jednoczesnym zachowaniu trwałości lasów oraz ich znaczenia przyrodniczego i gospodarczego. Lasy wokół dużych miast od lat służą mieszkańcom jako miejsca wypoczynku, aktywności fizycznej i kontaktu z naturą. Odgrywają również, podobnie jak inne lasy, ważną rolę w poprawie lokalnego klimatu i ograniczaniu skutków zmiany klimatycznej. Ustanowienie lasów społecznych jest zwieńczeniem pilotażu rozpoczętego w 2024 roku z inicjatywy Ministerstwa Klimatu i Środowiska. W prace zaangażowali się przedstawiciele administracji rządowej, samorządów, organizacji społecznych, środowiska naukowego, przemysłu drzewnego oraz Lasów Państwowych. Efektem wspólnych ustaleń było wypracowanie zasad gospodarowania dla lasów położonych na terenie czterech nadleśnictw: Oborniki Śląskie, Miękinia, Oleśnica Śląska i Oława, obejmujących dziewięć gmin aglomeracji wrocławskiej.

Do Lasów Janowskich wypuszczono 25 głuszców pochodzących z hodowli wolierowej Nadleśnictwa Leżajsk. Ptaki wzmocnią lokalną populację tego rzadkiego gatunku. Projekt realizowany jest w ramach programu „Razem dla natury – ochrona gatunków i siedlisk na terenach cennych przyrodniczo”. 7


NASZ GOŚĆ

NIE JEDZIEMY W PASZCZĘ TORNADA O tym, dlaczego prognoza na całe wakacje nie powie nam w czerwcu, czy w sierpniu będzie padać, czym polscy łowcy burz różnią się od bohaterów „Twistera” i czy zmiana klimatu szykuje lasom coraz gwałtowniejszą pogodę – Paulinie Król opowiada Piotr Szuster, informatyk, badacz zjawisk burzowych i członek zarządu Stowarzyszenia Skywarn Polska. ZDJĘCIA:

Archiwum prywatne

8


Większość z nas rano sprawdza pogodę w aplikacji albo zerka na termometr. A pan?

Zazwyczaj zaczynam od portalu pogodowego lub aplikacji. Robię krótką analizę, co czeka mnie danego dnia, a później dostosowuję się już do tego, co rzeczywiście występuje. Mam o tyle dobrze, że około 200 metrów od mojego domu znajduje się stacja Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, więc mogę sprawdzić, co dzieje się w czasie rzeczywistym. Aplikacja uzupełniona danymi pomiarowymi i obserwacją, w zupełności wystarcza, żeby zaplanować dzień. A prognozy na dziesięć dni albo na całe wakacje? Można im ufać?

To zależy, czego od nich oczekujemy. Prognozy długoterminowe pokazują, jak w kolejnych tygodniach lub miesiącach mogą się kształtować średnie wartości różnych parametrów, na przykład temperatury czy opadów. Odnoszą się raczej do regionów i krajów niż do konkretnych miejscowości. Nie powiedzą nam, jaka będzie pogoda w danym miejscu, konkretnego dnia i o konkretnej godzinie. To zupełnie inny produkt niż prognoza krótkoterminowa i trzeba umieć go interpretować. Oczywiście jest też obarczony większym błędem. Pamięta pan burzę, od której zaczęła się pana fascynacja pogodą i gwałtownymi zjawiskami?

Ciężko mówić o jednym wielkim, przełomowym zdarzeniu. W czasach licealnych, chyba w 2009 albo 2010 roku, zaciekawiła mnie burza, podczas której musiałem w nocy przejść przez las. Nie było tam jakiegoś wielkiego strachu. Zależało mi przede wszystkim, żeby szybko dojść do domu, bo było późno. Burza nie znajdowała się bezpośrednio nade mną, ale była bardzo aktywna elektrycznie. Nie miałem latarki ani wypasionego telefonu, którym mógłbym oświetlić drogę, a mimo to dało się iść. Wyładowania występowały tak często, że rozświetlały ścieżkę nawet w lesie. To było bardzo ciekawe. ECHA LEŚNE • jesień 2026

Człowiek był młody, trochę inaczej pojmował świat, a dostęp do danych meteorologicznych i zobrazowań radarowych był wtedy znacznie gorszy. Było więc także dużo więcej niepewności. Później trafiłem do środowiska Polskich Łowców Burz i ta ciekawość jeszcze się rozwinęła. Ważny był też aspekt społeczny. Kiedy spotyka się grupę ludzi zainteresowanych tym samym tematem, po prostu dobrze spędza się z nimi czas. A jak narodziło się Stowarzyszenie Skywarn Polska?

Stowarzyszenie formalnie działa od 2008 roku i zrzesza około 40 osób zainteresowanych zjawiskami burzowymi. Zajmujemy się edukacją, prognozowaniem, ostrzeganiem i badaniami naukowymi. Pierwsze spotkania odbywały się jeszcze w 2007 roku. Starsi koledzy dyskutowali na forach internetowych, później wykupili serwer, założyli stronę i własne forum. Tam przez długi czas toczyło się życie stowarzyszenia. Organizowaliśmy zloty, wymienialiśmy się doświadczeniami, a bardziej zaawansowani członkowie szkolili pozostałych. Po drodze było kilka ważnych momentów: uwzględnienie w prognozie możliwości wystąpienia trąby powietrznej 15 sierpnia 2008 roku, prognozy przed kolejnymi takimi zdarzeniami, ostrzeżenie najwyższego stopnia przed burzą wiatrową z 2017 roku, która spowodowała tragedię w Suszku, czy działania na rzecz łatwiejszego dostępu do danych meteorologicznych. W 2023 roku podpisaliśmy porozumienie z IMGW-PIB (Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowy Instytut Badawczy – red.) i dziś przekazujemy instytutowi informacje z terenu, aby synoptycy wiedzieli, co rzeczywiście dzieje się pod chmurą. Zaczynaliśmy więc jako grupa „freaków”, a mówiąc kolokwialnie, nerdów. To byli koledzy z długimi włosami i bardzo grubymi okularami. Dzisiaj, gdyby zebrać publikacje naukowe członków stowarzyszenia i poddać je ministerialnej ewaluacji, podejrzewam, że uzbierałby się z tego mały instytut naukowy.

9


NASZ GOŚĆ

PIOTR SZUSTER

informatyk, nauczyciel akademicki, doktorant Akademii Górniczo-Hutniczej i pracownik IMGW-PIB. Członek zarządu Stowarzyszenia Skywarn Polska. Twórca systemu ostrzeżeń meteorologicznych SkyPredict 2 i współautor biblioteki thundeR, wykorzystywanej m.in. przez NASA Langley Research Center. Współautor publikacji z zakresu informatyki, klimatologii i meteorologii.

Pan połączył burze z informatyką. Jak te dwa światy się spotkały?

Programowania zacząłem się uczyć dość wcześnie. Pierwsze proste aplikacje tworzyłem jeszcze w szkole podstawowej, a w liceum programowałem już w C++. Wybór informatyki jako kierunku studiów był pragmatyczny – informatycy mogli wtedy dobrze zarabiać i utrzymać się z pracy w firmach wytwarzających oprogramowanie. Ja poszedłem nieco inną drogą i zacząłem tworzyć oprogramowanie dla meteorologów, bo na rynku nie było go zbyt wiele. Najpierw powstał system ostrzeżeń meteorologicznych SkyPredict 2, później program do analizy profili atmosfery, który był moją pracą magisterską. Jego silnik obliczeniowy wykorzystaliśmy potem w bibliotece thundeR, dziś używanej na całym świecie, między innymi przez NASA Langley Research Center. Informatyka pozwoliła zautomatyzować wiele analiz, które wcześniej były bardzo czasochłonne. Komputer może je wykonać znacznie szybciej. Był pan również strażakiem ochotnikiem. Wiedza o pogodzie przydawała się podczas akcji?

Do OSP w Libiążu trafiłem z ciekawości. Kolega z liceum chciał założyć grupę ratowniczą zajmującą się ratownictwem medycznym. Przyszedłem na kilka spotkań, bardzo miło mnie przyjęto i już tam zostałem. Najwięcej wyjazdów dotyczyło pożarów nieużytków i traw. Możliwość przewidzenia, jak będzie zachowywał się wiatr, była wtedy ważna dla bezpieczeństwa. Podobnie podczas zdarzeń wiatrowych:

10


Podczas takich łowów człowiek myśli tylko o tym, co dzieje się dookoła. Nie ma pracy, telefonów ani maili – ma jeden cel i może się skupić na jednej rzeczy.

ECHA LEŚNE • jesień 2026

11


NASZ GOŚĆ

burza zerwała dachy, strażacy wchodzili je zabezpieczać, a na horyzoncie pojawiał się kolejny błysk. Trzeba było rozstrzygnąć, czy nadchodzi następne niebezpieczne zjawisko i należy przerwać działania, czy może gdzieś dalej iskrzy uszkodzona linia energetyczna. Taka wiedza pomagała ocenić rzeczywiste zagrożenie. Dziś nie mam już czasu na regularną służbę, ale staram się ostrzegać strażaków przed groźnymi zjawiskami, żeby mogli się przygotować. „Łowca burz” brzmi niczym bohater kina katastroficznego, a nie człowiek siedzący przed komputerem. Jak wygląda to w Polsce?

Różnie. Część osób, szczególnie młodszych, które nie są jeszcze tak mocno wciągnięte w życie zawodowe, przemierza Polskę, obserwuje i dokumentuje burze. Przekazują nam informacje, a my przekazujemy je do IMGW-PIB. Dzięki temu synoptyk wie, co dzieje się w terenie. Prowadziłem takie obserwacje także w Stanach Zjednoczonych. Wygląda to trochę inaczej niż w „Twisterze”. Nawet w Teksasie łowcy – poza nielicznymi osobami dysponującymi specjalnie przystosowanymi pojazdami – nie wjeżdżają bezpośrednio w trąbę powietrzną. Większość obserwuje ją z bezpiecznej odległości. W Polsce obserwacje są mniej zorganizowane i częściej skupiają się na robieniu efektownych zdjęć. Nasze warunki są też bardziej skomplikowane niż na amerykańskich równinach, dlatego burze potrafią rozwijać się inaczej, niż wskazywały prognozy. Bardzo groźne zjawiska oczywiście zdarzają się także u nas, ale na ogół rzadziej. Przywiózł pan ze Stanów Zjednoczonych jakąś szczególną historię?

Obserwowaliśmy kiedyś w Teksasie, jak całe stado bydła ustawia się tyłem do padającego gradu. Wcześniej o tym słyszałem, ale wtedy pierwszy raz zobaczyłem, jak wszystkie krowy idealnie się synchronizują, żeby dostać gradzinami w zad, a nie w głowę. Zwierzęta mają instynkt samozachowawczy. Ludzie nie zawsze reagują równie rozsądnie. Są przyzwyczajeni do infrastruktury i systemów bezpieczeństwa, które dają im poczucie pewności. Kierowca widzi burzę, ale nadal jedzie z dużą prędkością, bo wierzy, że samochód w razie czego

12

wykryje zagrożenie i zahamuje. Tymczasem gwałtowny opad ogranicza widzialność, a boczny poryw wiatru może doprowadzić do karambolu. Podobnie jest z rolnikami pracującymi w polu albo turystami w górach. Część ludzi nie zna prognozy, część ją bagatelizuje, a część nie traktuje ryzyka poważnie. Zwierzę widzi zagrożenie i raczej nie pcha się w niebezpieczne miejsce. W „Twisterze” bohaterowie jadą w paszczę tornada, a po niebie latają krowy. Co kino pokazuje dobrze, a co sprawia, że przewraca pan oczami?

Niektóre rzeczy są przejaskrawione. Sondy podobne do filmowej Dorothy rzeczywiście wykorzystywano kiedyś w kampaniach pomiarowych, ale dziś wiele obserwacji prowadzi się za pomocą dronów. Jest bezpieczniej: nie trzeba zbliżać się do trąby powietrznej, jeśli dron zostanie uszkodzony, będzie to tylko strata materialna. Film zawiera też niebezpieczny błąd. W jednej ze scen bohaterowie chowają się pod drewnianym mostem. Tymczasem ani most, ani wiadukt nie stanowią ochrony przed tornadem, ponieważ największym zagrożeniem są niesione przez wiatr odłamki, przed którymi takie miejsce nas nie osłoni.

Większość łowców obserwuje trąbę powietrzną z bezpiecznej odległości


ponad 30 takich zdarzeń. Silne tornada, porównywalne z najgroźniejszymi notowanymi w Stanach Zjednoczonych, zdarzają się jednak w Europie Środkowej niezmiernie rzadko. Ostatnim bardzo silnym zjawiskiem w naszym regionie było tornado, które 24 czerwca 2021 roku uderzyło w okolice Hodonína w Czechach. Trzeba przy tym pamiętać, że „raz na sześć lat” nie znaczy „dokładnie co sześć lat”. W badaniach mówi się o średnim czasie powrotu danego zjawiska. To trochę jak z rzutem monetą: po kilku orłach z rzędu reszka nie musi wypaść właśnie teraz, choć wraz z długą serią nasze zdziwienie rośnie. Czy zmiana klimatu oznacza więcej gwałtownych burz?

Ale kino to kino, fikcja to fikcja, a fabuła to fabuła. Nie zawsze twórcom zależy, żeby odwzorować rzeczywistość jeden do jednego. „Twister” był ciekawym filmem i na pewno rozbudzał wyobraźnię. Lubię czasem oglądać przedstawioną w nim pasję ludzi. Huragan, orkan, tornado, trąba powietrzna… Możemy używać tych słów zamiennie, żeby uniknąć powtórzeń?

Każde z nich oznacza inne zjawisko. Zamiennie możemy używać określeń „tornado” i „trąba powietrzna”, ale tornado i huragan nie są tym samym. Derecho, czyli rozległa burza wiatrowa, także nie jest synonimem huraganu. Często w mediach pojawiają się relacje mieszkańców, którzy mówią: „Wiało tak silnie, że to musiała być trąba powietrzna”. Później analizujemy zniszczenia, zdjęcia lub nagrania i okazuje się, że było to inne zjawisko związane z superkomórką burzową. Taką informację trudno potem wyprostować. Czy w Polsce może się zdarzyć tornado jak z filmu katastroficznego?

Może wystąpić wiele trąb powietrznych jednego dnia. 17 lutego 2022 roku odnotowano w Polsce ECHA LEŚNE • jesień 2026

To zależy, o jakim zjawisku mówimy. Wraz ze wzrostem średniej temperatury w atmosferze jest więcej energii i pary wodnej. Burze mogą więc nieść więcej wody, a jeśli przemieszczają się wolniej, częściej powodują zalania i podtopienia. Znaczenie ma też rozwój miast i infrastruktury: im więcej zabudowanych terenów, tym większa szansa, że intensywny opad spowoduje szkody. Możemy się również spodziewać groźnych porywów wiatru. W przypadku gradu prawdopodobnie rzadziej będzie występował ten drobny, bo w grubszej warstwie ciepłego powietrza zdąży się stopić. Jeżeli jednak grad dotrze do powierzchni, częściej mogą to być duże gradziny powodujące szkody. Najtrudniej mówić o trąbach powietrznych. Do ich powstania potrzebna jest bardzo konkretna kombinacja wielu czynników, często działających lokalnie. Z jednej strony rośnie energia dostępna dla burz, z drugiej mogą słabnąć uskoki wiatru, które pomagają je organizować. To tak, jakby ktoś w samochodzie jednocześnie naciskał pedał gazu i hamulec. Czy samochód przyspieszy? Nie wiadomo. Dlatego nie da się uczciwie sprowadzić tego zagadnienia do stwierdzenia, że wraz ze zmianą klimatu tornad będzie po prostu więcej. A co zmiana klimatu może oznaczać dla lasów? Czy rozległe wiatrołomy będą zdarzały się częściej?

Można spodziewać się wzrostu liczby zdarzeń, choć nie każde będzie miało skalę burzy wiatrowej

13


NASZ GOŚĆ

z 2017 roku. Częściej mogą pojawiać się szkody istotne z punktu widzenia konkretnego nadleśnictwa, a trend dotyczący miąższości uszkodzonego drewna prawdopodobnie będzie wzrostowy. Badania układów liniowych wskazują, że w ciepłej porze podwyższona częstotliwość ich występowania zaznacza się w pasie biegnącym od Węgier, przez Małopolskę, Podkarpacie i Mazowsze, po północno-wschodnią Polskę. To jednak analiza wieloletnia, a nie zapowiedź, że konkretna burza wybierze właśnie tę trasę. Dlaczego zatem wiatr potrafi położyć drzewa w jednym leśnictwie, a po drugiej stronie drogi nie zostawić niemal żadnych szkód?

Takie zjawisko możemy rozpoznać, ale niestety dopiero krótko przed jego wystąpieniem. Znaczenie ma silny wiatr na wysokości około trzech kilometrów, który napędza komórki burzowe, a także suche warstwy powietrza czy elementy wbudowane w układ, na przykład superkomórki. Liczy się miejsce powstania pierwszych komórek, sposób, w jaki się

14

wzmacniają i organizują, oraz to, gdzie w układzie rozwiną się najsilniejsze prądy zstępujące. Na radarze można obserwować te procesy i wskazywać obszary najbardziej zagrożone, ale lokalnie porywy mogą być znacznie silniejsze niż tuż obok. To proces zachodzący w małej skali. Atmosfera potrafi zaskoczyć. Po tylu latach burze nadal potrafią pana zachwycić? Jest jeszcze coś, co chciałby pan zobaczyć albo zbadać?

Chętnie pojechałbym jeszcze raz do Stanów Zjednoczonych. Zjawisk jest tam więcej i łatwiej je uchwycić. Podczas takich łowów człowiek myśli tylko o tym, co dzieje się dookoła. Nie ma pracy, telefonów ani maili – ma jeden cel i może się skupić na jednej rzeczy. Chciałbym też znaleźć sposób na rozróżnienie, jeszcze przed wystąpieniem zjawiska, superkomórki, która wytworzy trąbę powietrzną, od tej, która jej nie wytworzy. Nadal nie wiemy dokładnie, co o tym przesądza. Opracowanie metody pozwalającej wyprowadzić taką odpowiedź z analizy danych byłoby bardzo ważne.

Dominator 3 to opancerzony pojazd służący do śledzenia i wjeżdżania w środek tornad


FAUNA I FLORA

SPECJALIŚCI OD SPIĘTRZANIA Imponujące tamy, rozległe rozlewiska, labirynty kanałów i martwe drewno zdradzają obecność jednego z najwybitniejszych inżynierów polskiej przyrody. W ciągu ostatnich kilkunastu lat bobry awansowały z „uciążliwego sąsiada” do grona gatunków uznawanych za sprzymierzeńców w przeciwdziałaniu skutkom suszy i zmiany klimatu. TEKST:

Szymon Wojtyszyn

wieku nad Biebrzę i Oliwę 26 osobników odłowionych na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego. Bobry znikały nie tylko z polskiego krajobrazu. Ich sytuacja była równie trudna w wielu innych krajach Europy. W niektórych z nich już od lat 20. XX wieku prowadzono reintrodukcję gatunku, między innymi w Szwecji czy Norwegii. W Polsce wielki powrót tych gryzoni nastąpił 30 lat po zakończeniu II wojny światowej. Ten sukces

Fot. Łukasz Gwiździel

Historia bobra europejskiego w powojennej Polsce to, obok żubra, jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów rodzimej ochrony przyrody. Gatunek ten stał na krawędzi całkowitej zagłady. Po II wojnie światowej, w latach 50. XX wieku, jego populacja skurczyła się do zaledwie około 130 osobników. Zwierzęta przetrwały głównie na Podlasiu w dorzeczu Czarnej Hańczy i Marychy. Sytuacji nie poprawiło nawet wypuszczenie pod koniec lat 40. ubiegłego

ECHA LEŚNE • jesień 2026

15


FAUNA I FLORA

ma swojego ojca. To miłośnik i badacz zwierząt, zootechnik prof. Wirgiliusz Żurowski, który w latach 70. rozpoczął realizację programu ochrony bobra w naszym kraju. Projekt był realizowany przez Zakład Doświadczalny Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, Akademię Rolniczą w Poznaniu oraz Polski Związek Łowiecki. Badacze każdego roku na Suwalszczyźnie odławiali i przesiedlali w inne krańce Polski kilkadziesiąt zwierząt. Część osobników pochodziła także ze stacji badawczej w Popielnie. Po wypuszczeniu zwierząt do środowiska prowadzono również monitoring nowo powstałych rodzin. Program realizowany pod kierunkiem prof. Żurowskiego stał się fundamentem współczesnej populacji bobrów w Polsce. A nie jest ich mało! Oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego podają, że w 2024 roku odnotowano ich aż 156,5 tys., co od 2000 roku daje sześciokrotny wzrost populacji. HYDROTECHNIK BEZ DYPLOMU

Z perspektywy ekologii i hydrologii działalność bobrów to potężne narzędzie zmiany środowiska. Gryzonie te żyją w grupach rodzinnych, dlatego ich wpływ na okolicę wykracza poza jedno pokolenie. Cały czas udoskonalane i rozbudowywane tamy często przyczyniają się do długotrwałego zalania terenu. Nic dziwnego, skoro pojedyncza tama, w zależności od wysokości i długości, może zmagazynować w zbiorniku od kilkuset do kilku tysięcy metrów sześciennych wody. Konstrukcje budowane przez zwierzęta spowalniają odpływ wód opadowych, a w sąsiedztwie cieków podnoszą poziom tych gruntowych. Ponadto w czasie powodzi spłaszczają fale wezbraniowe, co osłabia procesy erozji koryta (ma to szczególne znaczenie w przypadku rzek górskich). Zwiększenie warstwy osadów pod dnem i po bokach koryta rzeki sprzyja także mieszaniu się wód powierzchniowych z tymi podziemnymi. Zastoiska powstające wskutek aktywności bobrów działają jak naturalne osadniki biologiczne, wychwytując zawiesiny oraz nadmiar azotu i fosforu. Źródłem obu tych pierwiastków są między innymi procesy mikrobiologiczne oraz magazynowane przez bobry zapasy roślin. Działalność bobrów pośrednio zwiększa też nasycenie wody węglem organicznym, a wraz ze spowolnieniem przepływu wody zwiększa się obecność mikroorganizmów, które zmniejszają nasycenie

16

tlenem. Po przepłynięciu przez bobrowe siedlisko woda ponownie wzbogaca się w tlen. PROMOTOR RÓŻNORODNOŚCI

Bobry są naszymi sojusznikami w walce o zachowanie różnorodności biologicznej – tak podsumowali wyniki badań naukowcy z Wielkiej Brytanii i Finlandii. Zespół ekspertów sprawdzał tereny podmokłe w regionie Evo, który jest jednym z fińskich obszarów Natura 2000. Badacze porównali 18 terenów podmokłych, z czego połowa z nich była dziełem gryzoni. Łącznie zidentyfikowano tam 380 różnych gatunków, a zdecydowana większość, bo aż 105, występowała tylko na bobrowych rozlewiskach. Na obszarze, który nie był utworzony przez zwierzęta stwierdzono zaledwie 65 gatunków. Bobrowe mokradła sprzyjały szczególnie roślinom, chrząszczom i muchówkom. Badania wykazały, że różnorodność funkcjonalna roślin, związana ze sposobem ich wzrostu, rozmnażania oraz korzystania z zasobów środowiska, była tam o 55 proc. większa niż na obszarach pozbawionych wpływu tych zwierząt. Współautor badań prof. Nigel Willby, biolog ze szkockiego Uniwersytetu w Stirling zauważył, że „połączenie płytkiej wody, martwych lub powalonych drzew, drewnianych tam oraz samego żerowania i kopania przez bobry sprawia, że tworzone przez nie mokradła są bogate w wiele gatunków, poza tym niemożliwe do odtworzenia przez człowieka”.


STWORZONY DO ŻYCIA W WODZIE

Fot. Łukasz Gwiździel

Bobry inicjują procesy, które z czasem zaczynają napędzać się same. Powstaje swoiste ekologiczne perpetuum mobile, zwiększające różnorodność biologiczną całego obszaru. Tworzone przez zwierzęta zbiorniki zwykle szybciej nagrzewają się latem, co sprzyja rozwojowi planktonu oraz roślinności wodnej. Stanowi to doskonały wabik dla bezkręgowców – niewielkich chruścików i jętek, które są pokarmem dla ryb, gadów i ptaków. Obszary te stają się także ostoją licznych gatunków płazów, zwabionych bogatą bazą pokarmową oraz licznymi miejscami rozrodu. W pobliżu bobrowych siedlisk odnotowano także większą liczbę dzięciołów, przyciągniętych owadami żerującymi w ściętych pniach. W niektórych publikacjach poświęconych wpływowi bobrów na różnorodność biologiczną można również znaleźć informacje, że ich tamy przyciągają drobne gryzonie, na przykład nornice. Bobrze rozlewiska są odwiedzane także przez większe ssaki, takie jak łosie czy dziki. Natomiast prowadzone w Bieszczadach ponad dekadę temu badania wykazały pozytywny wpływ rozlewisk na liczebność, wielkość populacji i rozmieszczenie takich gatunków jak głowacz pręgopłetwy czy pstrąg potokowy. Obfitość ryb przyciąga natomiast wydry, czaple i inne gatunki rybożerne, które często gniazdują na wysepkach powstających na zalanych terenach. ECHA LEŚNE • jesień 2026

Życie w środowisku wodno-lądowym wymusiło na bobrach wykształcenie szeregu cech fizjologicznych. Specjalne przystosowania ma niemal każda część ich ciała. Oczy są chronione przez trzecią powiekę, tak zwaną migawkę, działającą pod wodą jak gogle pływackie. Fałdy wargowe, zamykające się za siekaczami, umożliwiają gryzienie i transport gałęzi pod wodą bez ryzyka zachłyśnięcia. Specyficzne ułożenie tylnej części języka ułatwia im oddychanie przez nos, podczas prac budowlanych, w czasie gdy mają otwarty pysk. Genialnym ewolucyjnym dostosowaniem są zaciskające się otwory nosowe i słuchowe. Te wszystkie przystosowania umożliwiają im nurkowanie i przebywanie pod wodą nawet przez 15 min. Każda z wykształconych przez zwierzęta cech ma na celu ich lepsze funkcjonowanie w wodnym środowisku. Ich nozdrza, oczy i uszy są osadzone prawie na jednej linii, co ułatwia kontrolę otoczenia podczas pływania. Przed zimnem i wilgocią chroni go gęsta sierść o obfitym podbiciu puchowym. Nawet pokryty łuskowatą skórą ogon odgrywa ważną rolę w termoregulacji. Służy też jako ster i podpora przy ścinaniu drzew. Najbardziej charakterystyczną cechą anatomiczną bobrów są ich jaskrawo pomarańczowe siekacze. Swoją barwę i niezwykłą twardość zawdzięczają związkom żelaza wbudowanym w szkliwo. Zęby bobra rosną przez całe życie, ciągłe zgryzanie drewna zapobiega ich przerostowi jednocześnie je ostrząc. Miększa, wewnętrzna zębina ściera się szybciej niż utwardzone żelazem szkliwo na przedniej stronie zębów, tworząc samoostrzące się dłuto. Górne siekacze działają jak dźwignie w stosunku do siekaczy dolnych, co daje zwierzętom solidne oparcie podczas ścinania drzew.

BÓBR BUDOWNICZY

Bobry uchodzą za wspaniałych budowniczych. Nie są jednak jedynymi zwierzętami, które tworzą spektakularne konstrukcje. Ptaki często budują wymagające dużych nakładów pracy gniazda, wiele gatunków zwierząt kopie rozległe systemy nor, mrówki budują wspólne domy, które mieszczą tysiące osobników. Jednak to bóbr, spośród wszystkich budowniczych, otrzymał miano prawdziwego inżyniera. Ci futrzaści inżynierowie budowę tamy zaczynają od wału ziemnego, a nie ułożenia w wodzie ściętego drzewa. W tak przygotowaną podwalinę bobry wbijają gałęzie ustawione pionowo lub zgodnie

17


FAUNA I FLORA

z kierunkiem przepływu wody. Następnie przeplatają je kolejnymi gałęziami i uszczelniają dostępnym materiałem między innymi kamieniami, kępami roślin, mułem czy nawet śmieciami. Są to imponujące konstrukcje. Mogą mieć kilka metrów wysokości i nawet kilkaset metrów długości. Tamy są szczelne i na bieżąco remontowane, a sami konstruktorzy, jeśli jest taka potrzeba, nie ograniczają się do budowy pojedynczej zapory, tworzą system kaskad. O ile bobry są wytrawnymi pływakami, to daleko im do dobrych piechurów. By zapewnić sobie sprawne poruszanie po okolicy czy transport budulca, szczególnie w miejscach z niewielkim spadkiem terenu i na bagnach, budują system kanałów. Długość całego układu może dochodzić nawet do kilkuset metrów. W przypadku kaskadowego systemu bobrzych spiętrzeń, kanały te mogą łączyć ze sobą poszczególne zbiorniki. Oprócz tego bobry budują własne domy. O ile jest to możliwe, bobry kopią nory, których długość może przekraczać 50 m, a czasem nawet 100 m. System nor może być piętrowy i posiadać kilka komór gniazdowych. Dopiero gdy warunki terenowe nie pozwalają na wykopanie nory, zwierzęta decydują się na budowę żeremia. Na ich lokalizację wybierają miejsca, w których woda jest spokojna i głęboka. Wewnątrz znajdują się korytarz, przedsionek i komora mieszkalna. Niezależnie od wyboru technologii, wejście do domostwa bobry sytuują pod wodą.

Fot. Shutterstock.com/ Oksana

18

Ponieważ oddychają powietrzem atmosferycznym, w kryjówkach budują kominy wentylacyjne. Warto dodać, że bobry nie spoczywają na laurach. Cały czas dokonują napraw i przeróbek, czemu zwykle towarzyszy rozbudowa. I pewnie ta mnogość budowanych konstrukcji sprawiła, że bóbr jest prawdziwym inżynierem. NA STYKU

Zwiększająca się liczebność i ekspansja terytorialna bobra sprawiają, że gatunek ten coraz częściej wchodzi w bezpośrednie interakcje z człowiekiem. Więcej niż niegdyś rejestruje się przypadki zasiedlania przez bobry niewielkich wodnych oczek śródpolnych, rowów melioracyjnych, nawet tych położonych w dużych miastach. Z perspektywy leśników działalność bobrów wpisuje się w założenia ogólnopolskiego projektu retencji nizinnej realizowanego przez Centrum Koordynacji Projektów Środowiskowych Lasów Państwowych. Zwierzęta, budując tamy, podnoszą poziom wód gruntowych w kompleksach leśnych i poprawiają wilgotność siedlisk. Bobry jednak w wyborze lokalizacji swoich budowli kierują się zupełnie innymi przesłankami niż człowiek, CUDOWNE PANACEUM

Kastoreum, czyli strój bobrowy, to wydzielina gruczołów strojowych znajdujących się w okolicy kloaki, wykorzystywana przez bobry do znakowania terytorium. Przez wieki uważano, że kastoreum leczy choroby uszu, bóle głowy, zębów czy też wątroby, a także melancholię, bezsenność, słaby wzrok i zaburzenia miesiączkowe. Strój bobrowy używano także do wygładzania widocznych blizn oraz przeciwko zmarszczkom. Wśród myśliwych istniały liczne opowieści o schwytanych w pułapkę bobrach, które odgryzały sobie kastoreum, by ratować własne życie. Polowania na bobry przyczyniły się do drastycznego spadku ich populacji, a strój bobrowy zniknął ze spisów farmaceutycznych dopiero na początku XX wieku. Dzisiaj kastoreum jest nadal wykorzystywane, jednak w zupełnie innych celach, a mianowicie jako składnik drogich perfum.


co niejednokrotnie doprowadza do sytuacji konfliktowych przede wszystkim w rolnictwie. Paradoksalnie, jednym z najważniejszych powodów konfliktów jest to, za co bobry chwalimy, czyli zalewanie i podtapianie gruntów. Wszystko zależy od kontekstu. Zalaniu mogą ulec łąki lub uprawy, co powoduje utratę przez rolnika potencjalnego dochodu. Zalaniu lub uszkodzeniu mogą ulec też leśne drogi przeciwpożarowe. Jednym z rozwiązań przeciwdziałających jest montaż stosunkowo niedrogich i łatwych w instalacji rur przeprowadzonych przez bobrowe tamy, które regulują poziom wody przy jednoczesnym zachowaniu funkcjonowania bobrowej budowli. Bobry, oprócz zalewania plonów, mogą też podjadać niektóre rośliny uprawne. Dlatego zdarza się, że niektórzy rolnicy grodzą swoje uprawy lub stosują repelenty. Grodzenia stosuje się też w przypadku ścinania i ospałowywania przez bobry drzew w lasach i sadach. Tym aspektom bobrzego życia można zapobiegać także przez indywidualne zabezpieczanie pni siatką, nietoksyczną farbą lub klejem zmieszanym z grubym piaskiem, co ma szczególne zalety w przypadku drzew cennych i pomnikowych. W niektórych sytuacjach skuteczne jest stosowanie środków przeciwko jeleniowatym. Gryzonie budując swoje tamy, chętnie wykorzystują zwężenia cieków wodnych. To miejsca, w których mniejszym nakładem pracy mogą spiętrzać wodę. Zdarza się jednak, że blokują przepusty i jazy. Jednym ze sposobów na zabezpieczenie przed zniszczeniami jest montowanie krat i koszy. Rozwiązania te zabezpieczają przepust przed wnikaniem gałęzi i innego materiału nanoszonego przez wodę i utrzymują stały poziom wody. W połączeniu ze wspomnianymi rurami mogą też regulować poziom wody w stawie, co zwiększa skuteczność rozwiązania. W Polsce bobry są objęte częściową ochroną gatunkową. Zgodę na redukcję wydaje regionalny dyrektor ochrony środowiska, który określa także jej termin. Najczęściej jest to czas od 1 listopada do połowy marca. Bóbr, podobnie jak żubr, z symbolu efektywnej czynnej ochrony stał się symbolem „klęski urodzaju”. Mimo coraz większego uznania dla ich roli w łagodzeniu skutków zmiany klimatu, zarządzanie rosnącą populacją bobrów staje się coraz większym wyzwaniem. ECHA LEŚNE • jesień 2026

EKSPORTOWA HODOWLA BOBRÓW

W latach 20. ubiegłego wieku w Europie bobry należały do gatunku zanikającego. Niegdyś rozpowszechnione, niemal zostały wytępione i tylko w najbardziej niedostępnych bagnach kresów północno-wschodniej Polski żyło jeszcze kilkadziesiąt osobników, ale i tych stopniowo ubywało. Mimo że marszałek Józef Piłsudski w rozporządzeniu o prawie łowieckim z 1927 roku w art. 78 usprawnił ochronę tego dużego gryzonia, to wciąż padały ofiarami kłusowników. W 1930 roku, jak szacował Juliusz Ejsmond, poeta, ale i zagorzały myśliwy, wiceprezes Ligi Ochrony Przyrody, w Polsce było 25 kolonii bobrów, składających się z około 100 osobników. Prawna ochrona tego gatunku była jednym z elementów zwiększenia jego populacji. Kolejnym było zakładanie ich hodowli. Jedna z nich powstała niedaleko Jeleńca w Nadleśnictwie Bucharzewo nad jeziorem Kubek (obecnie Nadleśnictwo Sieraków, RDLP w Poznaniu). Na ten cel ogrodzono 9 ha terenu, gdzie wydzielono zagrody i umieszczono w nich „drewniane domki" dla bobrów. Na początku 1928 roku wszystko było przygotowane na przybycie pierwszych lokatorów. Początkowo polską populację miały zasilić osobniki z Norwegii, jednak wcześniej obiecane bobry nigdy nie dotarły do Wielkopolski. Zamiast tego Ministerstwo Rolnictwa sfinansowało zakup bobrów kanadyjskich. Ówcześnie sądzono, że bobry zamieszkujące Europę i Amerykę Północną należą do tego samego gatunku. Po latach okazało się, że mają one odmienną liczbę chromosomów, kanadyjscy kuzyni stanowią zagrożenie dla europejskiej populacji. W listopadzie 1928 roku dowieziono pierwsze dwie pary bobrów kanadyjskich. Zwierzęta łatwo zaaklimatyzowały się w nowym środowisku i już w pierwszym roku jedna z samic urodziła cztery młode. Dwa lata później resort rolnictwa kupił dwie kolejne pary, tym razem sprowadzono je z Norwegii. W 1934 roku hodowla liczyła 19 osobników. Całego terenu kolonii bobrów strzegła specjalna straż. Strażnicy pilnowali bramy wjazdowej z napisem „Bobrownia", informując sygnałem trąbki o przyjeździe gości. Ponadto kilka razy na dobę obchodzili cały teren wzdłuż ogrodzenia, sprawdzając czy żadne zwierzę nie próbowało uciec oraz chroniąc je przed drapieżnikami i kłusownikami. Po ośmiu latach hodowla została zlikwidowana. Obecnie dawny teren Bobrowni jest unikatowy w skali europejskiej. W 2007 roku ustanowiono tu obszar Natura 2000 Jezioro Kubek.

19


FAUNA I FLORA

WZROK TO NIE WSZYSTKO Funkcjonowanie każdego organizmu zależy od zmysłów, którymi odbiera on docierające do niego bodźce. Obrazy, dźwięki, zapachy, dotyk, smak czy temperatura odczuwane są z różną intensywnością i dokładnością przez różne gatunki.

TEKST I ZDJĘCIA:

Paweł Fabijański

Najważniejszym zmysłem człowieka jest wzrok, tuż za nim znajduje się słuch. Kolejne miejsca zajmują węch i dotyk, obejmujący również odczuwanie temperatury, następnie smak oraz zmysł równowagi. Świat zmysłów zwierząt jest znacznie bardziej różnorodny. Wiele gatunków dysponuje dodatkowymi zdolnościami, takimi jak echolokacja czy termorecepcja, pozwalająca wykrywać źródła ciepła. Zestaw posiadanych zmysłów w dużej mierze determinuje sposób życia, zachowanie i przystosowanie poszczególnych gatunków do środowiska. GDZIE WZROK NIE SIĘGA

Dla ptaków dziennych – podobnie jak dla ludzi – najważniejszym zmysłem jest wzrok. Ptaki jednak mają zdecydowanie bardziej wyczulony wzrok niż ludzie. Ich oczy wyposażone są w cztery rodzaje

20

czopków – receptorów odpowiedzialnych za widzenie barw. Dla porównania, ludzie mają ich tylko trzy. Dzięki temu ptaki rejestrują nie tylko trzy podstawowe kolory: czerwony, zielony i niebieski, ale także światło ultrafioletowe, które dla nas pozostaje niewidzialne. Różnice w funkcjonowaniu zmysłu wzroku u poszczególnych grup ptaków są bardzo duże. Prowadzące nocny tryb życia ptaki wyposażone są w zdolność lepszego widzenia w ciemności, zaś ptaki wodne mogą widzieć zarówno w powietrzu, jak i pod wodą. Wzrok poszczególnych gatunków różni się także ostrością widzenia, zdolnością rozróżniania barw oraz precyzją określania położenia obiektów w przestrzeni. Odmienne są również ich umiejętności dostrzegania ruchu i rozpoznawania kształtów.


Ze znakomitego wzroku słyną ptaki szponiaste między innymi sokół wędrowny, jastrząb czy wędrowne kanie. Oczy ptaków drapieżnych posiadają w każdym oku dwa „centra dokładnego widzenia”. Są to zagłębienia w siatkówce, czyli „dołki środkowe” (fovea) gęsto wypełnione czopkami, w których skupia się bardzo dużo światła. Jeden dołek – centralny – odpowiada za widzenie do przodu, a drugi – skroniowy – na boki. Myszołów, którego czopki są znacznie gęściej rozmieszczone niż u człowieka, potrafi dostrzec nawet osiem razy więcej szczegółów. Dzięki temu bez trudu z wysokości około 100 metrów dostrzega gryzonia ukrytego w trawie. Jeszcze ciekawsze przystosowanie wzroku posiada pustułka. Ten pospolity ptak, często zamieszkujący miasta, dostrzega w ultrafiolecie ślady pozostawione przez gryzonie, w tym mocz odbijający promieniowanie UV. ŚWIATŁOCZUŁOŚĆ

Rybołów szuka ofiar, patrząc na nie z wysoka, całkowicie poza zasięgiem ich zmysłów

Są dwa główne typy komórek światłoczułych: czopki i pręciki. Czopki odpowiadają za widzenie barw i ostrość obrazu, pręciki za ruch i widzenie w ciemności. Pierwsze – czopki – zlokalizowane są w centrum siatkówki w okolicy plamki żółtej oka. Drugie – pręciki – na jej obrzeżach. Plamka żółta jest punktem najlepszego widzenia. Ludzkie oko posiada czopki czułe na trzy barwy: czerwoną, zieloną i niebieską. Niektóre ssaki, wiele ptaków i owadów ma jeszcze czopki wykrywające ultrafiolet. Wiele ssaków, w tym kotowate, ma ograniczoną zdolność rozróżniania czerwieni i nie dysponuje takim zestawem czopków jak człowiek. Widzenie zależy od liczby czopków i pręcików. Gatunki aktywne nocą mają wielokrotnie więcej pręcików niż czopków. Dodatkowo posiadają jeszcze tzw. tapetum lucidum, czyli błonę odbijającą światło, położoną zaraz za siatkówką, która odbija światło z powrotem na siatkówkę, zwiększając ilość docierających do niej promieni. Błona powoduje, że oczy wielu zwierząt, np. kotów, psów czy jeleni, oświetlone latarką lub reflektorem samochodu widoczne są w ciemności jako białe.

ECHA LEŚNE • jesień 2026

Natomiast błotniak stawowy, który patroluje teren nisko nad ziemią, oprócz wzroku wykorzystuje również słuch. Posiada nawet niewielką szlarę, podobną do tej występującej u sów. Niezwykle szerokim polem widzenia mogą pochwalić się małe ptaki. U słonki, dzięki bocznemu osadzeniu oczu, pole widzenia osiąga aż 360 stopni, co umożliwia panoramiczne obserwowanie otoczenia w gęstej roślinności. U ptaków układ wzrokowy działa znacznie szybciej niż ludzki, dzięki czemu potrafią błyskawicznie reagować na zagrożenia i zmiany zachodzące w otoczeniu. Ptaki rejestrują obrazy z dużo większą częstotliwością niż człowiek. Gdyby oglądały telewizję, zamiast płynnego filmu, widziałyby raczej serię szybko zmieniających się zdjęć. Filmy są bowiem dostosowane do możliwości ludzkiego wzroku i wyświetlane z prędkością około 25 klatek na sekundę, co odbieramy jako ciągły ruch. Tymczasem ptaki potrafią analizować ponad 100, a niektóre gatunki nawet 200 klatek na sekundę, dostrzegając znacznie więcej szczegółów w krótkim czasie. SKRZYDLATY NOKTOWIZOR

Sowy mają wyjątkowo duże oczy. Gdyby człowiek miał oczy proporcjonalnie tak duże jak one, osiągałyby wielkość pomarańczy. Ich umieszczenie z przodu głowy umożliwia widzenie stereoskopowe. Mózg scala dwa obrazy – z prawego i lewego oka – z których każdy jest widziany pod nieco innym kątem. Dzięki temu sowa może bardzo dokładnie oceniać odległość, wielkość obiektów oraz położenie ofiary w przestrzeni. Oczy sów budową przypominają teleobiektyw. Nie są kuliste, lecz mają kształt wydłużonych walców, co pozwala na skuteczne widzenie w przybliżeniu. Wadą takiego rozwiązania jest stosunkowo niewielkie pole widzenia, wynoszące zaledwie około 60–70 stopni. Sowy rekompensują to niezwykłą ruchliwością głowy, którą mogą obracać nawet o 270 stopni. Dodatkowo ich niewielki, skierowany ku dołowi dziób nie ogranicza pola widzenia. W końcowej fazie ataku sowy zamykają trzecią powiekę, chroniącą oczy przed uszkodzeniem przez gałęzie i inne przeszkody. Jednocześnie coraz większą rolę zaczyna odgrywać ich niezwykle czuły słuch. Otwory uszne znajdują się po bokach przedniej części głowy i są ukryte pod piórami tworzącymi

21


FAUNA I FLORA

okrągłą, lekko wklęsłą szlarę. Działa ona jak antena, skupiając i wzmacniając docierające dźwięki. Typowo nocnymi łowcami są puszczyk zwyczajny, puszczyk uralski oraz płomykówka. Ta ostatnia podczas polowania opiera się przede wszystkim na niezwykle czułym słuchu. O zmierzchu i o świcie aktywne są między innymi puchacze i uszatki, natomiast do sów dziennych należą sóweczka, pójdźka oraz uszatka błotna. Barwa tęczówek może wiele powiedzieć o trybie aktywności tych ptaków – u gatunków nocnych są one niemal czarne, u aktywnych o świcie i zmierzchu pomarańczowe, a u gatunków dziennych najczęściej żółte. PRECYZYJNE NARZĘDZIE

Wzrok owadów działa na krótki dystans. Człowiek siedzący w odległości 10 m jest dla nich nieostrą plamą. Siedząc nieruchomo, jesteśmy dla nich jak niegroźny przedmiot. Poruszając się bardzo wolno, możemy podejść do nich bardzo blisko. Dopiero szybki ruch, na przykład gdy chcemy złapać motyla, powoduje ich reakcję. Do najlepszych wśród owadów należy wzrok ważek. Dzięki ogromnym okrągłym oczom widzą we wszystkich kierunkach jednocześnie. Ostre widzenie na dystans 10–20 m w zależności od gatunku, całkowicie wystarcza do skutecznego polowania i uciekania przed drapieżnikami. Polują z zasiadki, zrywając się do lotu, gdy zbliża się mniejszy od nich owad. Ich oczy składają się z około 30 tys. niezależnych elementów światłoczułych, zwanych ommatidiami. Każdy z nich rejestruje fragment obrazu, a mózg scala i analizuje nawet 200 takich obrazów na sekundę. Dzięki temu przewidują kierunek lotu ofiary i nie gonią jej, lecz lecą prosto w miejsce przewidywanego spotkania. CZUŁY JAK NOS

Ssaki nie mają jednego dominującego zmysłu. W zależności od gatunku używają głównie wzroku, węchu lub słuchu. Wilki wycie członków swojego lub innego stada mogą usłyszeć z odległości 10 km. Przy niekorzystnym kierunku wiatru wyczuwają ofiarę lub człowieka z dystansu około 500 m, a przy korzystnym, gdy wiatr wieje w ich stronę, nawet z 1,5 km! Ich główne ofiary, czyli jelenie, niewiele im pod tym względem ustępują. Duże ssaki roślinożerne mają doskonały węch i słuch. Jeśli jednak wiatr wieje od nich w stronę potencjalnego zagrożenia, mogą spokojnie żerować,

22

nie zdając sobie sprawy z obecności człowieka lub drapieżnika, dopóki ten pozostaje nieruchomy i cichy. Widzą nieostro, ale dobrze wykrywają ruch. Ważna dla nich jest orientacja we wszystkich kierunkach. Ich pole widzenia sięga około 300 stopni. Często węszą i nasłuchują, poruszając uszami oraz unosząc nozdrza w różnych kierunkach. U węży narządem węchu jest język. Jego rozwidlony kształt ułatwia zbieranie cząsteczek zapachowych w powietrzu. W życiu pszczół ogromną rolę odgrywa węch, którego narządy znajdują się w czułkach. Za ich pomocą wyczuwają one nektar. Po jego zebraniu pszczoła zostawia znacznik zapachowy, dzięki któremu inne robotnice nie wchodzą do wnętrza pustego kwiatu. Zapach ulatnia się mniej więcej w czasie, który jest potrzebny roślinie do ponownego napełnienia nektarem miodnika. Lecąc w stronę żerowiska, pszczoły otwierają gruczoł Nasonowa, który wydziela zapach rozpoznawany przez konkretną rodzinę pszczół, co ułatwia innym jej członkom dotarcie na miejsce. Za pomocą zapachu pszczoły rozróżniają stadia rozwojowe czerwi, a także ich ewentualne choroby. Przez lata sądzono, że ptaki skazane są na dwa zmysły – wzrok i słuch. Okazuje się jednak, że niektóre gatunki posługują się także węchem! Krukowate wyczuwają na przykład zapach padliny i schowanych zapasów pokarmu, a sikory soku drzew, który przyciąga owady. RADAR BIOLOGICZNY

Nietoperze posługują się echolokacją. Lecąc, wysyłają przed siebie sygnał dźwiękowy o bardzo wysokiej częstotliwości poza zasięgiem zmysłów ludzi i owadów. Odbierają następnie fale odbite od przeszkód, których kierunek i natężenie pozwalają precyzyjnie określić położenie owada lub bariery. Atakując, wielokrotnie zwiększają częstość wysyłania sygnału, aby śledzić ruchy ofiary. Są w stanie wykryć owady nie tylko w locie, ale i siedzące na powierzchni liści lub wody, na podstawie subtelnych różnic w odbijaniu fali dźwiękowej przez różne powierzchnie. Każdy gatunek wysyła sygnały o innej częstotliwości i mocy. Te polujące w lasach wysyłają słabsze, ale bardziej precyzyjne sygnały niż ich krewniacy zasiedlający otwarte przestrzenie. Echolokacją, ale na niewielką odległość, posługują się też inne ssaki, na przykład ryjówki


Zmysły zwierząt funkcjonują znacznie sprawniej i są bardziej wyspecjalizowane niż u człowieka. To one pozwalają im skutecznie zdobywać pokarm, unikać zagrożeń i orientować się w środowisku.

Ssaki roślinożerne mają doskonały węch i słuch. Jeśli wiatr wieje od nich w stronę potencjalnego zagrożenia, żerują, nie zdając sobie sprawy z obecności człowieka lub drapieżnika

aksamitne, małe owadożerne zwierzęta żyjące w ściółce leśnej. Ryby posiadają ucho wewnętrzne, które odbiera przekształconą pod wodą falę dźwiękową. Sum, który ma błędnik połączony z pęcherzem pławnym, odbiera ją z kilkudziesięciu metrów. Ale nie potrafi dokładnie ustalić kierunku, z którego dochodzi sygnał. Dokładną lokalizację obiektów zapewniają mu receptory znajdujące się na linii bocznej, odbierające zmiany ciśnienia, falowania i prądu wody. Linię boczną posiada większość gatunków ryb. W ŚWIECIE DRGAŃ

Owady i pajęczaki w dużym stopniu posługują się zmysłem dotyku, odbierając sygnały wywoływane przez kontakt lub ruch innych organizmów w najbliższym otoczeniu. Pająki potrafią wyczuwać nawet najdrobniejsze drgania sieci spowodowane przez schwytaną ofiarę. Sygnały odbierają ECHA LEŚNE • jesień 2026

unerwionymi włosami czuciowymi, tak zwanymi trichobotriami, które są umiejscowione na odnóżach. Na pajęczych nogach znajdują się organy wyczuwające położenie kończyn, włoski odpowiedzialne za odbiór drgań powietrza, zapachu, wilgotności czy dźwięków o niskiej częstotliwości. O skuteczności polowania nie zawsze przesądzają wyspecjalizowane narządy. Larwa mrówkolwa buduje pułapki w piaszczystym podłożu. Kiedy po ścianach lejka zaczynają osypywać się ziarenka piasku, larwa wie, że do pułapki wpadła ofiara, i natychmiast przystępuje do ataku. Z kolei dżdżownicy, która żywi się szczątkami roślin, wyczuwanie wibracji gleby wywołane przez poruszającego się kreta pozwala odpowiednio wcześnie zareagować na zagrożenie. Szczególnie interesującym przykładem są nartniki, owady poruszające się po powierzchni wody. Dzięki receptorom znajdującym się w odnóżach, działającym podobnie do bardzo czułych sejsmografów, rejestrują zmiany napięcia powierzchniowego i drgania wody wywołane przez inne zwierzęta. Pozwala im to zarówno odnajdywać ofiary, jak i unikać drapieżników oraz sprawnie orientować się w otoczeniu. Podczas rozrywania i spożywania zdobyczy sowy wykorzystują również zmysł dotyku, gdyż z niewielkiej odległości widzą mniej ostro. Zapewniają go między innymi pióra czuciowe rozmieszczone wokół dzioba, które pomagają rozpoznawać położenie i kształt ofiary. Niektóre gatunki węży potrafią odbierać promieniowanie podczerwone za pomocą wyspecjalizowanych receptorów cieplnych. Niektórym żmijowatym, między innymi grzechotnikom, pomaga to lokalizować ofiary na podstawie wydzielanego przez nie ciepła, ponieważ każdy obiekt o temperaturze powyżej zera bezwzględnego (-273 stop. C), emituje promieniowanie podczerwone. Żaden z występujących w Polsce gatunków nie posiada tej zdolności. W świecie zwierząt zmysły często funkcjonują znacznie sprawniej i są bardziej wyspecjalizowane niż u człowieka. W zależności od trybu życia poszczególne gatunki wykorzystują wzrok, słuch, węch, dotyk, echolokację czy odbiór promieniowania cieplnego. To właśnie te niezwykłe przystosowania pozwalają im skutecznie zdobywać pokarm, unikać zagrożeń i doskonale orientować się w otaczającym środowisku.

23


FAUNA I FLORA

KRYZYS W DĘBOWEJ KRAINIE W sercu południowej Wielkopolski rozciąga się dębowe królestwo. Dąbrowy krotoszyńskie, zajmujące blisko 22 tys. ha Płyty Krotoszyńskiej, należą do najważniejszych kompleksów lasów dębowych Europy Środkowej. O ich wyjątkowości decyduje połączenie korzystnych warunków geologicznych, bogactwa siedlisk oraz obecności majestatycznych dębów, z których najstarsze mają ponad 200 lat. TEKST:

dr Katarzyna Klimek

Dziś naukowcy i leśnicy z dużą uwagą śledzą kondycję tych lasów. Obserwują zamieranie dębów, deficyt wody, zmiany struktury i składu gatunkowego oraz problemy z odnowieniem. Zmiana klimatu jest jednym z czynników, które mogą nasilać te procesy, ale nie wyjaśnia ich samodzielnie. Badania prof. Andrzeja Jagodzińskiego, dyrektora Instytutu Dendrologii Polskiej Akademii Nauk, wskazują, że zależności między klimatem, zasobami wodnymi, kondycją drzew i ich przeżywalnością są znacznie bardziej złożone, niż dotychczas sądzono.

24

TO NIE NOWOŚĆ

Zamieranie dębów na Płycie Krotoszyńskiej jest problemem opisywanym w literaturze naukowej od wielu dziesięcioleci. Profesor Andrzej Jagodziński wskazuje między innymi na badania prof. Tomasza Oszako, specjalisty od fitopatologii leśnej z Instytutu Badawczego Leśnictwa, które dokumentują wcześniejsze epizody zamierania dębów, także o dużej skali i znacznym zasięgu. Analiza historycznych danych pokazuje, że proces ten stanowi naturalny element dynamiki drzewostanów dębowych, a jego występowanie


Fot. arch. RDLP w Poznaniu

jest wynikiem oddziaływania wielu wzajemnie powiązanych czynników, których nie można sprowadzić do jednej przyczyny. Kondycja drzew jest zależna nie tylko od warunków wodnych, cech osobniczych, systemu korzeniowego oraz czynników biotycznych. Susza może osłabić drzewo, ale deficyt wody nie oznacza automatycznie jego śmierci. Kluczowe znaczenie ma powtarzalność stresu i możliwość regeneracji. Drzewo, które przeszło przez jeden okres suszy, może odbudować utracony przyrost, jeżeli jednak kolejny deficyt pojawi się zanim odzyska ECHA LEŚNE • jesień 2026

wcześniejszą kondycję, stres może się kumulować, co w przyszłości odbije się na jego żywotności. NIE ZAWSZE TAK SAMO

Badania przedstawione przez prof. Jagodzińskiego pokazują, że na przestrzeni lat przyrost dębów był silniej związany z opadami i klimatycznym bilansem wodnym niż z samą temperaturą. Dęby stosunkowo szybko odbudowywały przyrost po letnich suszach, a w kolejnych latach częściowo kompensowały wcześniejsze straty. Znacznie gorzej reagowały na susze wiosenne. Po takim stresie przez kolejne

25


FAUNA I FLORA

trzy lata nie odzyskiwały w pełni tempa przyrostu sprzed suszy. Ta różnica pokazuje, że znaczenie ma nie tylko wielkość deficytu wody, lecz także termin jego wystąpienia. Susza w różnych fazach sezonu wegetacyjnego może wywołać odmienną reakcję fizjologiczną i wzrostową. Dla Płyty Krotoszyńskiej szczególne znaczenie ma nie pojedynczy suchy rok, lecz wieloletnie kumulowanie się deficytu wody w okresie wegetacyjnym. Profesor Jarosław Socha z Wydziału Leśnego Uniwersytetu Rolniczego im. Hugona Kołłątaja w Krakowie wskazuje, że krotoszyńskie dąbrowy pozostają pod silną presją suszy, a ryzyko zamierania dębów zależy zarówno od warunków klimatycznych, w tym klimatycznego bilansu wodnego, jak i od struktury drzewostanu – szczególnie jego wieku, wysokości i zagęszczenia. Oznacza to, że drzewa nie reagują na suszę w oderwaniu od wcześniejszych warunków – ich odporność jest związana również z długotrwałym przebiegiem stresu wodnego oraz warunkami, w jakich dotychczas rosły. WODA, KORZENIE I DWA GATUNKI

Dostępność wody zależy nie tylko od opadów. Liczy się również to, czy drzewo może wykorzystać wodę zgromadzoną w glebie. Dlatego ogromne znaczenie ma rozwój systemu korzeniowego. Wcześniej wspomniany prof. Jagodziński wskazuje, że dęby pochodzące z siewu lepiej zaopatrywały się w wodę w okresie suszy niż drzewa, u których w wyniku zabiegów szkółkarskich ograniczono rozwój korzenia palowego. W warunkach największego deficytu wody dęby pochodzące z siewu i produkcji kontenerowej wytwarzały około 33 proc. więcej korzeni pionierskich. Z badań wynika również, że podcięcie korzeni nasiliło stres związany z niedoborem wody. To ważne również dlatego, że drzewa dwóch gatunków dębów: szypułkowego i bezszypułkowego nie mają identycznych wymagań. Dąb szypułkowy

Historię oraz problem zamierających dębów na Płycie Krotoszyńskiej opisywał także Krzysztof Fronczak w artykule „Co gryzie krotoszyńskie dąbrowy?” („Echa Leśne” 1/2023).

26


(Quercus robur) silniej reaguje na deficyt wody i wymaga lepszego zaopatrzenia wodnego. Natomiast dąb bezszypułkowy (Quercus petraea) lepiej znosi siedliska cieplejsze i suche, choć również nie toleruje skrajnego niedoboru wody. Nie można więc mówić o jednej reakcji dębu na suszę: gatunki różnią się wymaganiami, a drzewa tego samego gatunku mogą być odmienne pod względem odporności. Co istotne, prof. Jagodziński nie zalicza dębów do gatunków najbardziej zagrożonych zmianą klimatu. W przedstawionych prognozach dęby mają duży potencjał adaptacyjny. Nie oznacza to jednak, że wszystkie siedliska pozostaną dla nich równie korzystne. O powodzeniu dębów decydować będzie dopasowanie gatunku do siedliska oraz dostępności wody. W przypadku dębu szypułkowego szczególnego znaczenia nabierają retencja wodna, ograniczanie odwodnienia i utrzymanie dostępu do wód gruntowych. Naukowiec wskazuje również, że w dużych kompleksach dąbrów nie należy stosować jednego schematu przebudowy na całej powierzchni, lecz różnicować strukturę wieku i, nawet na niewielkich płatach siedlisk, dostosowywać do nich skład gatunkowy występujących tam drzew. Wysoki potencjał adaptacyjny dębów nie oznacza, że każde obecne stanowisko pozostanie dla nich równie korzystne. Szczególnie rozważnie należy traktować siedliska już dziś przesuszone lub ze zwiększonym odpływem wody. W takich miejscach należy ostrożnie planować udział dębów, a jeśli już, to z większym wykorzystaniem dębu bezszypułkowego, a w niektórych przypadkach także drzew innych gatunków, zależnie od lokalnych warunków siedliskowych.

Fot. arch. RDLP w Poznaniu

PYTANIA NA PRZYSZŁOŚĆ

O przyszłości dąbrów nie decyduje wyłącznie to, ile dorosłych dębów przetrwa kolejne susze. Równie ważne jest to, czy dąb będzie się odnawiał i czy młode drzewa będą miały warunki, by dorosnąć. Tymczasem w części dąbrów krotoszyńskich coraz silniej rozwijają się grab i leszczyna, a wraz z nimi zmienia się struktura lasu. Monitoring wskazał także na problemy z odnowieniem dębu. Dobrym przykładem są obserwacje z obrębu Jasne Pole w Nadleśnictwie Krotoszyn. W latach 1998–2017 powierzchnia, na której występował grab w warstwie podszytu, zwiększyła się z prawie

O losie dębów nie decyduje jeden czynnik. Zależności między klimatem, wodą i kondycją drzew są znacznie bardziej złożone, niż dotychczas sądzono.

2792 ha do 4057 ha. Jeszcze większa zmiana dotyczyła młodego pokolenia drzew: udział powierzchni z grabem w podroście wzrósł ze śladowego 0,08 ha do 703 ha. Nie oznacza to oczywiście, że cała Płyta Krotoszyńska zmienia się w grąd. Zmiana zachodzi lokalnie i ma różne nasilenie. Poszczególne fragmenty dąbrów krotoszyńskich różnią się warunkami siedliskowymi, strukturą drzewostanów, dynamiką i kierunkiem zachodzących zmian. Dlatego przyszłość wielkopolskich dąbrów nie sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, czy dąb przetrwa zmianę klimatu. Dąb ma potencjał, by nadal odgrywać ważną rolę w tych lasach, ale nie w każdych warunkach i nie w każdym miejscu w taki sam sposób. Najważniejsze będzie więc zachowanie zdolności dąbrów do dalszego rozwoju, a nie zachowanie ich obecnego stanu za wszelką cenę. Tam, gdzie dąb nadal dobrze rośnie i odnawia się, warto wykorzystać jego potencjał. Tam, gdzie warunki stają się dla niego coraz mniej korzystne, trzeba dopuścić możliwość zmian w składzie i strukturze lasu. Nie oznacza to rezygnacji z dębu, lecz świadome uwzględnienie tego, że las może zachować swoją wartość także wtedy, gdy nie będzie wyglądał dokładnie tak jak dziś. Dąbrowy krotoszyńskie potrzebują podejścia, które pozwoli zachować ich najcenniejsze cechy, a jednocześnie da lasom przestrzeń do adaptacji. To właśnie będzie najważniejszym zadaniem na kolejne dziesięciolecia.

27


Pod chropowatą korą drzew, w głębi pni i korzeni, nieustannie pulsuje życie zmuszone do ciągłej adaptacji i interakcji z otoczeniem. To fascynujący świat, w którym potężne, długowieczne organizmy codziennie współpracują – a czasem także rywalizują – z mikroskopijnymi sąsiadami: grzybami i bakteriami. W tym naturalnym procesie drzewa wykazują się niezwykłą odpornością. TEKST:

dr inż. Natalia Gumulak-Wołoszyn Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krakowie

28

Fot. Tadeusz Przybył

FAUNA I FLORA

SPOSÓB NA ATAK. WEWNĘTRZNE TWIERDZE DRZEW


Drzewa to genialni architekci przyrody, którzy potrafią uruchomić systemy obronne przypominające przemyślną strukturę dawnych warowni. Te niezwykłe mechanizmy adaptacyjne można przeanalizować na przykładzie relacji zachodzących pomiędzy wiązami szypułkowymi, a niektórymi gatunkami grzybów reprezentujących odmienne strategie odżywiania i funkcjonowania w ekosystemie. Zanim dojdzie do jakiejkolwiek interakcji, środowisko zewnętrzne drzewa napotyka pasywną linię obrony. Pierwszą i najważniejszą barierą jest kora. Ta zewnętrzna warstwa (korowina) to twarda osłona, izolująca delikatne, żywe tkanki wewnętrzne. Nie jest to jednak ochrona wyłącznie mechaniczna. Kora, a także kutykula (nabłonek – red.) pokrywająca liście, są nasycone naturalnymi substancjami o działaniu zabezpieczającym. Garbniki, żywice i związki fenolowe działają na zarodniki grzybów jak skuteczna zapora ochronna – potrafią zahamować ich kiełkowanie i ograniczyć początkową penetrację tkanek. Żywy organizm, aby prawidłowo funkcjonować, musi oddychać, pobierać składniki odżywcze i przyrastać. W tej naturalnej architekturze niezbędne są bezpieczne drogi wymiany gazowej – aparaty szparkowe na liściach czy przetchlinki (luźniej ułożone komórki korka) na pniach. Co więcej, drzewo jako element dynamicznego ekosystemu nieustannie podlega naturalnym wpływom środowiska. Wiatr łamiący gałęzie, spałowanie przez zwierzynę płową, żerowanie owadów czy nawet zabiegi hodowlane prowadzone przez leśników w ramach zrównoważonej gospodarki, czasami naruszają tę zewnętrzną powłokę. Każde takie odsłonięcie tkanki to dla drzewa sygnał do uruchomienia ukrytych, fascynujących procesów regeneracyjnych, które pozwalają mu zachować pełną stabilność i zdrowie. STRATEGIA WYŁAMANIA BRAM

Sytuacja zmienia się, gdy bariera ochronna zostaje przerwana. Zarodniki grzybów patogenicznych (odpowiedzialnych za rozwój większości chorób drzew i roślin zielnych) bezbłędnie wykorzystują momenty, w których dochodzi do odsłonięcia żywych tkanek. Świeże uszkodzenie kory stwarza dla nich odpowiednie warunki do rozwoju, ponieważ ECHA LEŚNE • jesień 2026

Fot. Małgorzata Suchowera

wysoka wilgotność oraz soki drzewne bogate w łatwo przyswajalne cukry przyspieszają proces infekcji. Zarodniki na odpowiednim podłożu natychmiast kiełkują, rozwijając mikroskopijne strzępki penetrujące wnętrze rośliny. Grzyby nie działają chaotycznie. Ich celem jest kolonizacja najcenniejszych zasobów drzewa: naczyń lub cewek (martwych komórek), którymi transportowana jest woda oraz komórek miękiszowych pełnych substancji zapasowych (elementy spichrzowe). Groźne patogeny wydzielają potężny arsenał enzymów litycznych, takich jak celulazy czy peroksydazy, które rozkładają ściany komórkowe drewna, otwierając drogę kolejnym falom infekcji. Jeśli drzewo nie zareaguje natychmiast, wróg sparaliżuje jego jednostki transportowe, doprowadzając do śmierci całego organizmu. PLANY OBLĘŻENIA

Aby precyzyjnie przeanalizować, jak skomplikowane są te potyczki na poziomie komórkowym, warto odwołać się do kontrolowanych badań laboratoryjnych z zakresu kultur in vitro (na pobranych tkankach) oraz testów in vivo (na żywym organizmie), w których czynnikiem stresogennym są konkretne taksony grzybów. W awangardzie najeźdźców naczyniowych znajdują się grzyby z rodzaju Ophiostoma. Kluczowym przykładem jest Ophiostoma novo-ulmi powodujący holenderską chorobę wiązów. Grzyb ten, rozprzestrzeniany przez chrząszcze: ogłodka wiązowca i wielorzędowego, wnika przez rany żerowiskowe do drewna wiązów, wywołując gwałtowny paraliż

29


FAUNA I FLORA

przewodzenia wody. Jest to możliwe dzięki symbiozie (współpracy, w której obie strony czerpią korzyści – red.). W tym przypadku dorosły owad przenosi zarodniki Ophiostoma novo-ulmi, które w chodnikach zaczynają kiełkować, stanowiąc pokarm dla larw. Te, rosnąc w otoczeniu grzybni, po osiągnięciu postaci dorosłej (imago) przelatują na kolejne drzewa, przenosząc chorobę. Proces zamierania i martwicy zaobserwowano także w hodowlach in vitro, w których tkanki przyranne (kalusy) i fragmenty siewek wiązu szypułkowego poddano działaniu wcześniej wspomnianych grzybów. Co ciekawe, pokrewny gatunek grzyba Ophiostoma quercus również wykazuje silne właściwości patogeniczne. W testach laboratoryjnych wywołuje on na wiązach martwice, a w warunkach

optymalnych dla swojego rozwoju wytwarza na obumarłych tkankach drzew duże skupienia struktur zarodnikonośnych, ostatecznie kolonizując i uśmiercając komórki gospodarza. Zupełnie inną strategię skolonizowania organizmu gospodarza reprezentuje rodzaj Graphium. W środowisku naturalnym grzyby te żyją w rozkładających się szczątkach organicznych i są związane z kornikami, zasiedlając ich żerowiska. W eksperymentach z fragmentami siewek wiązu szypułkowego, grzyby te zachowują się odmiennie od wcześniej opisanych sprawców holenderskiej choroby wiązów. Jeden z grzybów z rodzaju Graphium (Graphium trypophloei) wykazuje dużą wrażliwość na temperaturę. W podwyższonej temperaturze (już zaledwie 24 stop. C) nie atakuje żywych, zielonych tkanek; nekrozy na fragmentach tkanek użytych w hodowli in vitro pojawiają się samoistnie w wyniku stresu hodowlanego, a grzyb zasiedla je i pokrywa strzępkami dopiero po ich naturalnym obumarciu, co potwierdza jego saprotroficzny charakter. Z kolei Graphium polonicum (opisany dopiero w 2023 roku przez polskich naukowców – red.) wchodząc w kontakt z tkanką roślinną, wywołuje początkowo powierzchniowe, pomarańczowe przebarwienia. W miarę trwania hodowli stopniowo obrasta struktury roślinne, kalusy zachowują pod nim częściową żywotność, a sama grzybnia przybiera w strefie kontaktu ciemną pigmentację, czerpiąc z obumierających komórek bez gwałtownego uśmiercania całego systemu obronnego.

Fot. Dominika Nadolna

ZAMUROWAĆ KORYTARZE

30

Niezależnie od specyfiki i strategii odżywiania intruza mechanizm obronny drzewa opiera się na utrzymaniu stałych parametrów (homeostazie) poprzez fizyczne i chemiczne odgraniczanie zainfekowanego obszaru. Proces ten, określany jako kompartmentalizacja rozkładu w drzewach (CODIT), jako pierwszy opisał nieżyjący już dr Aleks Shigo, amerykański biolog i patolog roślin, znany także jako ojciec współczesnej hodowli drzew. Organizmy roślinne, walcząc z intruzami, wznoszą cztery kolejne bariery wewnątrz pnia. Pierwsza z nich jest najszybsza, ale zarazem najsłabsza. Żywe komórki miękiszowe sąsiadujące z naczyniami pęcznieją i wpuklają się do ich wnętrza, tworząc tak zwane wcistki, które wraz z gumami i żywicami czopują kanaliki (kapilary), uniemożliwiając patogenowi transport pionowy.


DĘBOWE ZATYCZKI

Oglądając pod mikroskopem naczynia dębu w strefie zaatakowanej przez grzyby, można zauważyć, że rurki, którymi wcześniej płynęła woda, wyglądają, jakby ktoś wypełnił je pękiem balonów. To wcistki, czyli pęcherzykowate wyrostki sąsiednich żywych komórek, które dosłownie „czopują” naczynie. Dla drzewa jest to swoisty kompromis: przez zablokowane naczynie woda nie może już przepływać, ale jednocześnie patogen nie ma możliwości rozprzestrzeniania się.

Fot. Tomasz Śmiałek

Martwe drzewo otwiera nowy rozdział: przekształca się w bazę pokarmową dla grzybów rozkładających materię organiczną

Druga bariera polega na wykorzystaniu naturalnego zagęszczenia komórek drewna późnego (tworzącego się pod koniec okresu wegetacyjnego w słojach rocznych) do spowolnienia wrastania strzępek w głąb pnia, ku jego rdzeniowi. Trzecią zaporę stanowi aktywacja biochemiczna promieni rdzeniowych. Te pasma żywych komórek zaczynają syntetyzować i tłoczyć toksyczne związki fenolowe oraz garbniki, blokując rozprzestrzenianie się infekcji po obwodzie pnia. Natomiast absolutnym arcydziełem inżynierii roślinnej są procesy zachodzące w kambium (żywej tkance twórczej), która w odpowiedzi na infekcję zaczyna produkować nową, barierową strefę komórek silnie wysyconych ligniną i suberyną (substancją tłuszczową odpychającą wodę – red.). Ten nieprzepuszczalny mur oddziela stary, skażony rewir od nowego zdrowego drewna, które narośnie w kolejnych sezonach wegetacyjnych. GDY OPADNIE MGŁA

Kiedy spacerując po lesie, widzimy dziuplę w starym buku czy sękatą brzozę z widocznym owocnikiem grzyba na pniu, intuicyjnie zakładamy, że drzewo przegrało walkę. Jednak z perspektywy współczesnej fitopatologii i mykologii jest to

błędny wniosek, gdyż „blizny” te świadczą o ewolucyjnym triumfie barierowym gospodarza. Dziupla to doskonały przykład architektury bariery czwartej, którą organizm roślinny zdołał skutecznie odgrodzić wewnątrz nowo powstałej strefy. Wcześniej zainfekowane drewno zostało odizolowane, podczas gdy nienaruszony, zewnętrzny pierścień pnia bez przeszkód przewodzi wodę i zapewnia pełną statykę mechaniczną całego drzewa. Co więcej, takie puste przestrzenie stają się cenną niszą ekologiczną, stanowiącą bezpieczne schronienie dla ptaków czy owadów. Oczywiście w ekosystemie leśnym bywa i tak, że czynnik biotyczny okazuje się silniejszy, a mechanizmy obronne zostają przełamane, co prowadzi do obumarcia drzewa. W leśnym ekosystemie nie oznacza to jednak końca jego historii. Takie martwe drzewo otwiera nowy rozdział ekologiczny: przekształca się w bazę pokarmową dla armii grzybów rozkładających materię organiczną oraz wyspecjalizowanych owadów. Trwałość i stabilność lasu nie wynikają ze sterylności środowiska, lecz z dynamicznej równowagi i naturalnych zdolności adaptacyjnych całego ekosystemu, w którym nawet śmierć jednego organizmu inicjuje procesy dające początek nowemu życiu.

31


FAUNA I FLORA

CICHA INWAZJA

Tegoroczny sezon ogórkowy obfitował w informacje o grasujących w polskich lasach pumach. Jedna z nich pojawiła się w okolicy Polanowa. Drapieżnik został odłowiony i po pobycie w poznańskim ogrodzie zoologicznym trafił do ośrodka w Belgii. Choć medialne zainteresowanie skupia się na zwierzętach, to masowy napływ gatunków obcych dotyczy przede wszystkim roślin, spośród których wiele wykazuje silną inwazyjność. TEKST I RYSUNKI:

Dagny Nowak-Staszewska

Sztandarowym reprezentantem tej grupy jest barszcz Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi). Ten pochodzący z Kaukazu gatunek w ubiegłym wieku celowo sprowadzono do Polski. Miał być potencjalną rośliną paszową, jednak szybko wymknął się spod kontroli, kolonizując podmokłe siedliska ruderalne, nieużytki oraz doliny rzeczne. Wysoka szkodliwość barszczu Sosnowskiego wynika z obecności furanokumaryn. Związki te pod wpływem promieniowania ultrafioletowego wywołują na ludzkiej skórze fototoksyczne zapalenie, skutkujące bolesnymi pęcherzami i trwałą hiperpigmentacją. Społeczna, uzasadniona obawa przed tym gatunkiem rykoszetem uderza w inne rodzime rośliny należące do rodziny selerowatych (Apiaceae). Niemal każdy duży, baldaszkowaty okaz budzi niepokój. Ofiarą tego botanicznego strachu padają gatunki całkowicie nieszkodliwe – od rodzimego barszczu zwyczajnego (Heracleum sphondylium) po dzikie formy marchwi zwyczajnej (Daucus carota), których zdjęcia wciąż trafiają na moją skrzynkę mailową z pytaniem: „Czy to barszcz Sosnowskiego?”. Oczywiście, że nie każda roślina obca musi od razu stać się biologicznym agresorem. Powinniśmy jednak stale pamiętać o ryzyku, jakie niesie ze sobą aklimatyzacja gatunków zdolnych do dynamicznego rozprzestrzeniania się i wypierania rodzimej flory. Poznanie ich biologii oraz

32

Eichhornia gruboogonkowa (Pontederia

crassipes)

potencjalnego zagrożenia to klucz do świadomej ochrony przyrody. Obecnie Lasy Państwowe przygotowują dużą publikację na temat gatunków obcych, które chcą zadomowić się w krajowej przyrodzie. Wykaz gatunków roślin będzie obszerny, bo z roku na rok pojawiają się kolejni przybysze. Znajdą się w nim „żelazne” rośliny inwazyjne, takie jak niecierpek


Tulejnik amerykański (Lysichiton

americanus)

drobnokwiatowy (Impatiens parviflora), niecierpek gruczołowaty (Impatiens glandulifera), łubin trwały (Lupinus polyphyllus) czy robinia akacjowa (Robinia pseudoacacia). Obok nich pojawią się jednak taksony mniej oczywiste, jak orzech czarny (Juglans nigra), glicynia chińska (Wisteria sinensis) czy żywotnik olbrzymi (Thuja plicata). Zrozumienie, skąd pochodzą te rośliny i jakie niosą ze sobą ryzyko dla ekosystemów, jest niezwykle istotne. Doskonałym przykładem tego, jak złudne bywają pozory roślinnej atrakcyjności, jest eichhornia gruboogonkowa (Pontederia crassipes), powszechnie znana jako hiacynt wodny. Ta urzekająca roślina, pochodząca z Ameryki Południowej, ceniona jest za piękne, fioletowe kwiaty i chętnie wykorzystywana w przydomowych oczkach wodnych. Jednak w sprzyjających warunkach – na przykład w Luizjanie czy na Florydzie – w ekspresowym tempie wymknęła się spod kontroli. Tworzy tam gęste, zwarte kożuchy na powierzchni wód, które zarastają i „duszą” całe odcinki rzek blokując żeglugę, odcinając dopływ światła i tlenu do głębszych warstw wody, doprowadzając do obumierania rodzimych organizmów wodnych. To dowód na to, że niewinnie wyglądająca roślina ogrodowa może na obcym terenie stać się dużym zagrożeniem ekologicznym. Również z oczek wodnych, ale tym razem na Starym Kontynencie, uciekł tulejnik amerykański ECHA LEŚNE • jesień 2026

(Lysichiton americanus), który zachwyca swoją egzotyczną urodą. Pochodząca z wilgotnych lasów i bagien zachodniej części Ameryki Północnej roślina wyróżnia się jaskrawożółtymi, woskowymi pochwami kwiatowymi przypominającymi gigantyczne kielichy. W Europie sprowadzono ją do ogrodów botanicznych i prywatnych oczek wodnych jako efektowną ozdobę, jednak szybko okazało się, że ma zadatki na groźnego przybysza. Najbardziej intrygującą i jednocześnie uciążliwą cechą tulejnika jest jego zapach. Podczas kwitnienia wydziela on silną, niezwykle specyficzną woń, którą wielu botaników porównuje do zapachu padliny. Ten szczególny aromat nie jest jednak dziełem przypadku – został ewolucyjnie wykształcony po to, by zwabić konkretnych zapylaczy, takich jak muchówki i chrząszcze, które odpowiadają za przenoszenie pyłku. W kilku krajach Europy, między innymi w Wielkiej Brytanii i Niemczech, tulejnik amerykański uciekł z ogrodów i zaczął kolonizować podmokłe lasy łęgowe, torfowiska oraz brzegi strumieni. Tworzy tam zwarte łany, całkowicie zacieniając podłoże, dlatego dławi rodzimą roślinność runa. Z tego powodu w Unii Europejskiej roślina ta znajduje się na liście gatunków obcych, a jej uprawa, rozmnażanie i wprowadzanie do środowiska są surowo zabronione. Mam nadzieję, że wzbudziłam ciekawość Czytelników nadchodzącą publikacją. Proszę o chwilę cierpliwości, bo to ogrom pracy redakcyjnej. Jestem jednak pewna, że będzie to kolejna świetna pozycja botaniczna z leśnego wydawnictwa.

Poznanie biologii roślin obcego pochodzenia oraz potencjalnego zagrożenia, jakie mogą stanowić, to klucz do świadomej ochrony przyrody.

33


FAUNA I FLORA

Fot. Marcin Scelina

Kazimierz Nóżka emerytowany leśniczy leśnictwa Polanki w Nadleśnictwie Baligród, współtwórca profilu Nadleśnic-

KRÓLESTWO BUKÓW I MGIEŁ W przyrodzie nie ma miejsca na lepsze czy gorsze pory roku. Każda wyróżnia się czymś wyjątkowym, unikalnym, czymś, za czym będziemy tęsknić cały następny rok. Jednak tylko jesienią bieszczadzkie lasy buzują tak intensywnymi barwami.

twa Baligród na Facebooku.

TEKST:

Kazimierz Nóżka Fot. Patryk Sacharewicz

Po letniej dominacji zieleni, już pod koniec września zaczynają wkradać się inne kolory. Przez najbliższe tygodnie możemy podziwiać feerię barw. Lasy zaczną stroić się w żółte, pomarańczowe i czerwone szaty, by w końcu przybrać brązowy kolor z elementami zimozielonych drzew iglastych. Ten spektakl przyrody najpiękniejszy jest w Bieszczadach, gdzie zbocza porasta tak wiele buczyn. To właśnie buk jest prawdziwym królem jesieni. Rośnie na zboczach naszych bieszczadzkich wzgórz, dlatego przebarwiające się drzewa wspaniale prezentują się nie tylko z perspektywy szczytów gór, ale i z dolin. Nasza część Karpat i ich pogórza to jeden z najgęściej pokrytych lasami terenów. W samym Nadleśnictwie Baligród, gdzie przez wiele lat pracowałem, lasy porastają prawie 70 proc. powierzchni zasięgu terytorialnego. Magii tej porze roku dodają unoszące się nad lasami mgły. Nie ma nic piękniejszego niż płonące pomarańczowo buczynowe lasy zasnute mgłami. To pełen nostalgii niezapomniany widok. Nad Bieszczadami prowadzi szlak wędrówek ptaków. Jesienią widać i słychać stada ptaków lecące na zimowisko na południe i wschód Europy oraz dalej do Afryki. Dla niektórych przez najbliższe miesiące może rozległa puszta na Wielkiej Nizinie

34

Węgierskiej będzie domem. Dla nas, mieszkańców Bieszczadów, przeloty ptaków są też okazją, żeby posłuchać na przykład klangoru żurawi. W innych rejonach kraju są one częstym widokiem, ale tutaj na Pogórzu nie występują. Dla ludzi jesień to podziwianie gry kolorów, ale dla zwierząt jest to czas przygotowania się do kolejnej pory roku. Tuż za progiem czai się zima, która dla dzikich zwierząt jest wymagającym okresem. Chłodniejsze dni, dłuższe noce są sygnałem, który wywołuje szereg zmian w ich zachowaniu. Niektóre z nich gromadzą zapasy, inne zmieniają futro, a jeszcze inne rozpoczynają okres godowy. Na początku jesieni nad lasami i połoninami można usłyszeć ryk jeleni na rykowisku. Samce zaczynają między sobą rywalizować, bo wiedzą, że tylko zwycięzca będzie miał możliwość przekazania swoich genów. Tuż przed jeleniami okres godowy mają sarny, nie jest on jednak tak spektakularny, jak u ich większych kuzynów. Okres wczesnej jesieni to też czas amorów wśród żubrów. Jednak u tego gatunku, inaczej niż u jeleni, nie dochodzi do spektakularnych pojedynków i koncertów. Żubry, po odłączeniu się od kawalerskiego stada, ruszają na poszukiwanie mieszanych grup, gdzie wypatrują swojej wybranki. By ją do

Fot. Jakub Rutana


Magii Bieszczadom dodają unoszące się nad lasami mgły. Nie ma nic piękniejszego niż płonące pomarańczowo buczynowe lasy zasnute mgłami. To niezapomniany widok pełen nostalgii.

ECHA LEŚNE • jesień 2026

siebie przekonać, nie pojedynkują się z innym samcem, ale demonstrują siłę, łamiąc drzewka, rozgrzebując ziemię, tarzając się w piachu i we wcześniej oddanym przez siebie moczu. Nie nam oceniać te zabiegi, ale patrząc po liczbie cieląt, to takie zachowania przynoszą efekty. W Bieszczadach żyje już prawie tysiąc żubrów. We wrześniu i październiku zaczynają łączyć się w większe stada i schodzić z wyższych partii gór do dolin. Zimą gromadzą się wokół paśników, gdzie leśnicy wykładają karmę. A leśnicy opiekują się żubrami w Bieszczadach od ponad 60 lat. Dokarmianie żubrów jest jednym ze sposobów ograniczenia strat w lasach. Tak duże zwierzęta potrafią poważnie uszkodzić młode drzewa i krzewy, na przykład zdzierając korę z pni. Okres jesieni upływa zwierzętom, szczególnie tym, które nie zapadają w sen zimowy, na intensywnym gromadzeniu zapasów. Od ich ilości zależy ich przetrwanie. Sójki czy też małe leśne gryzonie upychają do kryjówek orzechy leszczyny żołędzie. Czasami o niektórych swoich spiżarniach zapominają, co wychodzi na dobre. Z takich zapomnianych przez sójki żołędzi wyrósł niejeden piękny dąb. Po okresie jesiennych godów jelenie i kozły saren, które w czasie godów sporo straciły na wadze, zaczynają intensywnie żerować. Poszukują wtedy bardziej kalorycznego pokarmu. Jesienią w ich diecie przeważają krzewinki, poza tym pędy, liście i nasiona drzew i krzewów, trawy oraz zioła. Oczywiście, tak jak wiele innych bieszczadzkich zwierząt, zajadają się też owocami w opuszczonych sadach przy dawnych wsiach. Nadejście chłodniejszych dni to też zmiana futra na grubsze, gęściejsze. To ssaków, które nie zapadają w sen zimowy, ma dłuższe włosie i często kolorystycznie jest bardziej dopasowane do barw, jakie dominują zimą. W zimowe miesiące jaśniejsze kolory mają jelenie, sarny, a także zające. Jednak najlepszym przykładem jest łasica, która zupełnie porzuca swoje brązowo-rude wdzianko, by przywdziać to białe. Jesień to czas niezwykłej przemiany. Gdy lasy płoną feerią barw, a zwierzęta przygotowują się do nadchodzącej zimy, przyroda pokazuje swoje piękno i odwieczny rytm życia. Wkrótce kolorowe liście opadną, zwierzęta ucichną, a góry przykryje zimowa cisza. Zanim jednak to nastąpi, warto nacieszyć oczy jesiennymi Bieszczadami.

35


GŁOŚNYM ECHEM

OWADY NIE KŁAMIĄ Jeszcze kilkadziesiąt lat temu leśnicy znacznie łatwiej przewidywali, gdzie pojawi się określony gatunek owada i kiedy może wzrosnąć jego liczebność. Wieloletnie obserwacje pozwalały dobrze poznać granice zasięgów, terminy pojawów i miejsca, w których tworzą się gradacje poszczególnych gatunków. Dziś sytuacja jest bardziej dynamiczna, a dotychczasowe schematy coraz częściej ulegają zmianom. TEKST:

Fot. Tadeusz Baraniecki

dr Katarzyna Klimek

36


Nie zawsze zmianę zwiastują owady, które wcześniej w Polsce nie występowały. Coraz częściej to gatunki znane od dziesięcioleci zaczynają zachowywać się inaczej. Pojawiają się w nowych miejscach, zwiększają liczebność, wydłużają okres aktywności albo rozwijają więcej pokoleń w ciągu roku. Z czasem pojedyncze obserwacje układają się w nowy wzorzec. Owady szybko reagują na zmiany środowiska, ponieważ temperatura silnie wpływa na ich rozwój. Dłuższy okres bytowania w odpowiednich warunkach termicznych może wydłużyć sezon aktywności, przyspieszyć rozwój i zwiększyć potencjał rozrodczy populacji. Silne wiatry, śniegołomy czy okiść dostarczają dużej ilości materiału odpowiedniego do rozwoju kolejnych pokoleń. Cieplejsze zimy mogą poprawić przeżywalność niektórych gatunków. Z kolei susza może osłabić drzewa i ułatwić zasiedlenie ich przez owady. Nie oznacza to jednak, że każdą zmianę w dotychczasowej fenologii możemy przypisać klimatowi. Na populacje owadów wpływają także dostępność roślin żywicielskich, kondycja drzew, konkurencja między gatunkami, naturalni wrogowie i sposób użytkowania lasu. Reakcje poszczególnych gatunków mogą się przy tym diametralnie różnić. Badania prowadzone w Europie pokazują nawet przeciwne trendy w różnych grupach owadów. Dlatego zmiany liczebności i zasięgów trzeba interpretować w kontekście biologii poszczególnych gatunków oraz warunków, w których funkcjonują ich populacje. Dopiero takie ujęcie pozwala oddzielić naturalną zmienność liczebności od trwałych zmian zachodzących w ekosystemie. ZOBACZYĆ ZMIANĘ

Jednym z najlepszych przykładów jest kornik ostrozębny. To gatunek rodzimy, od dawna obecny w polskich lasach. Nie pojawił się nagle wraz z ociepleniem klimatu, zwiększył się natomiast jego wpływ na lasy. Jeszcze około dziesięciu lat temu leśnicy poświęcali mu znacznie mniej uwagi niż obecnie. Dziś wymaga intensywniejszego monitoringu i działań ochronnych. Podobny mechanizm obserwujemy u kornika drukarza, którego główną rośliną żywicielską jest świerk pospolity. Kornik drukarz to jeden z najlepiej poznanych owadów leśnych Europy. Gdy sezon ECHA LEŚNE • jesień 2026

sprzyjających warunków zaczyna się wcześniej i kończy później, owad zyskuje więcej czasu na rozwój kolejnych generacji. Rafał Perz, kierownik Zespołu Ochrony Lasu w Szczecinku, wskazuje, że w warunkach sprzyjających kornik może dziś wyprowadzić nawet cztery pokolenia w roku, podczas gdy dawniej za typowy uznawano rozwój dwóch. Dla pojedynczego chrząszcza dodatkowe tygodnie sezonu oznaczają po prostu więcej czasu na rozmnażanie, zaś dla całej populacji to większy potencjał do wzrostu liczebności. Jeśli w tym samym czasie susza osłabi świerki, a wiatr lub śnieg powali drzewa i dostarczy świeżego materiału lęgowego, to mamy warunki sprzyjające rozwojowi tego gatunku.

EKSPERCKIE ZAPLECZE LASÓW PAŃSTWOWYCH

Od ponad 70 lat w strukturze Lasów Państwowych działają Zespoły Ochrony Lasu (ZOL), wspierające leśników w monitorowaniu stanu zdrowotnego lasów oraz rozpoznawaniu zagrożeń powodowanych przez owady, grzyby, czynniki abiotyczne i zwierzynę. Początki ZOL sięgają 1955 roku, kiedy decyzję o utworzeniu pierwszych zespołów podjął Franciszek Rawa, ówczesny dyrektor Centralnego Zarządu Lasów Państwowych. Początkowo działały one w Gdańsku, Krakowie, Opolu i Poznaniu. Obecnie w strukturze LP funkcjonuje dziewięć Zespołów Ochrony Lasu. Oprócz wspomnianych czterech także w Łopuchówku, Radomiu, Szczecinku, Olsztynie i Łodzi. Zatrudnieni w nich specjaliści prowadzą monitoring zagrożeń, wykonują ekspertyzy i diagnozy, opracowują prognozy oraz wspierają nadleśnictwa i regionalne dyrekcje w podejmowaniu działań ochronnych.

37


GŁOŚNYM ECHEM

Najnowsze europejskie badania pokazują, że nie wszystkie owady reagują na zmieniające się warunki tak samo. Naukowcy przeanalizowali dane z 15 krajów z lat 2000–2022, dotyczące 50 gatunków. W tym czasie wzrósł wpływ owadów drążących w drewnie drzew iglastych, podczas gdy szkody powodowane przez wiele owadów zjadających igły i liście malały. Wśród owadów związanych z drzewami iglastymi zdecydowanie dominował kornik drukarz, który odpowiadał za prawie 86 proc. odnotowanych zaburzeń. To ważne ostrzeżenie przed zbyt oczywistym wnioskiem: „im cieplej, tym więcej owadów”. Przyroda wymyka się temu prostemu schematowi. Cieplejsze i suchsze warunki mogą zwiększać presję niektórych grup, podczas gdy inne reagują inaczej. Nawet w obrębie jednej grupy gatunki mogą odpowiadać na zmianę środowiska w różny sposób.

38

Owady możemy traktować jak system wczesnego ostrzegania. Sygnalizują, że środowisko przestało działać dokładnie tak jak wcześniej.


GRANICE SIĘ PRZESUWAJĄ

Sygnałem zmian jest także zmiana zasięgu. Gatunek może pojawić się poza dotychczasowym obszarem występowania, a potem utrzymać tam populację. W przypadku owadów granica zasięgu może przesuwać się zarówno na północ, jak i ku wyższym położeniom w górach. Badania nad owadami leśnymi pokazują, że przesuwanie zasięgów może wynikać z połączenia większej mobilności owadów, zmiany klimatycznej i dostępności odpowiednich gospodarzy. Wzrost temperatury może usunąć jedną z barier, która wcześniej ograniczała zasięg gatunku. Nie gwarantuje jednak ekspansji. Polskie lasy dostarczają już bardzo konkretnych przykładów. W maju 2023 roku pracownicy Zespołu Ochrony Lasu w Szczecinku stwierdzili w Nadleśnictwie Międzychód przekraskę sosnówkę. Do tego

momentu owadów tego gatunku nie notowano w Polsce. ZOL odnotował łącznie trzy obserwacje, a identyfikację potwierdzili prof. Jacek Szwedo, entomolog z Uniwersytetu Gdańskiego, oraz dr Adam Stroiński z Instytutu Zoologii PAN. Ten pochodzący z obszaru śródziemnomorskiego pluskwiak w XX wieku zaczął przesuwać się na północ. Od kilkudziesięciu lat przekraska sieje spustoszenie w lasach zachodniej Europy. Od lat 50. ubiegłego wieku znano ją już z południowej Holandii i zachodnich Niemiec. W pracy naukowej, której współautorem jest dr Adam Stroiński, podkreślono, że w ciągu ostatnich stu lat gatunek coraz śmielej przesuwa się na północny-wschód. Europejska ekspansja przekraski sprawiła, że z entomologicznej ciekawostki owad stał się ciemiężcą. Dorosłe osobniki nakłuwają igły i wysysają soki roślinne. W zachodniej Europie gatunek powodował szkody w uprawach i młodych drzewostanach iglastych, między innymi wśród sosny, świerku, jodły czy daglezji. Na szczęście w Polsce po pierwszych stwierdzeniach nie wykazano jeszcze szkód gospodarczych. To rozróżnienie jest kluczowe. Pojawienie się gatunku nie oznacza jeszcze pojawienia się zagrożenia. Monitoring musi odpowiedzieć na kolejne pytania: czy gatunek przejdzie cały cykl rozwojowy, czy utrzyma populację, jak szybko będzie się rozprzestrzeniał i czy zacznie powodować szkody.

Fot. Tadeusz Baraniecki

CICHE PRZEJĘCIE

Przekraska jest w pierwszym etapie ekspansji. Inne gatunki przypominają, że proces może trwać przez wiele lat, zanim zaczniemy dostrzegać jego znaczenie. Dobrym przykładem jest drzewotocz japoński. W 2024 roku media opisywały go jako nowego inwazyjnego kornika rozprzestrzeniającego się w Polsce. Pierwsze osobniki w naszym kraju stwierdzono już w 1998 roku na wyspie Wolin. Dziś gatunek występuje w wielu regionach kraju, a Zespół Ochrony Lasu w Krakowie monitoruje go na terenie krakowskiej i krośnieńskiej dyrekcji Lasów Państwowych od co najmniej siedmiu lat. Drzewotocz pochodzi ze wschodniej Azji. Na Stary Kontynent trafił najprawdopodobniej wraz ze sprowadzanym drewnem. W Polsce najczęściej zachowuje się jak szkodnik wtórny i zasiedla świeże drewno. To niewybredny chrząszcz, rozwijający się na drzewach i krzewach ponad 200 gatunków, zarówno liściastych,

39


GŁOŚNYM ECHEM

W ciągu niespełna 30 lat drzewotocz japoński stał się gatunkiem ekspansywnym

jak i iglastych. Na Podkarpaciu odnotowano nawet przypadki zasiedlania kilkuletnich drzewek odnowień bukowych. Leśnicy obserwują przy tym zmianę znaczenia gatunku. W krakowskim Nadleśnictwie Krzeszowice samice drzewotocza powodowały znaczne uszkodzenia świeżo składowanego drewna. Chrząszcze drążyły chodniki sięgające nawet 5 cm, co znacznie obniża wartość techniczną surowca. Ten przykład dobrze pokazuje różnicę między pierwszym stwierdzeniem gatunku a jego ekspansją. Drzewotocz nie pojawił się w Polsce wczoraj. Przez lata przesuwał się jego zasięg i zwiększał znaczenie w kolejnych regionach. Obecnie trwa wyścig z czasem, a leśnicy próbują określić, gdzie występuje, jakie szkody powoduje i jak ograniczyć jego wpływ.

ZANIK BARIERY

Podobną historię opowiada skupieniec lipowy, zwany też pluskwiakiem śródziemnomorskim. Pierwsze stwierdzenie występowania tego gatunku w Polsce pochodzi z 2014 roku z Rzeszowa. W kolejnych latach gatunek rozszerzał zasięg. Od 2019 roku Wojewódzki Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictwa w Katowicach otrzymał zgłoszenia o licznych pojawach, a w 2025 roku media opisywały skupiska liczące nawet tysiące osobników. Skupieniec nie stanowi obecnie zagrożenia dla zdrowia ludzi ani – według informacji WIORiN – nie jest regulowany jako agrofag kwarantannowy, szkodnik zagrażający krajowej florze. Nie należy więc przedstawiać go jako kolejnego „zabójcy lasów”. Jego historia pokazuje jednak coś innego: gatunek związany z cieplejszymi regionami może w Polsce utrzymać się i rozszerzać zasięg. Leśnicy wskazują łagodne zimy jako jeden z czynników sprzyjających jego ekspansji. Coraz łagodniejszy klimat sprawia, że warunki, które wcześniej ograniczały jego rozwój, nie są już skuteczne. WAŻNY MONITORING

Fot. arch. Nadleśnictwo Krasiczyn

40

Jeszcze wcześniej, w 2007 roku, w Polsce (we Wrocławiu i Miechowie) stwierdzono inny gatunek pluskwiaka pochodzącego z Ameryki Północnej. Wtyk amerykański wędrówkę po naszym kontynencie rozpoczął w 1999 roku we Włoszech. A już po dwóch dekadach leśnicy z Nadleśnictwa Solec Kujawski opisywali jego obecność na sośnie i podkreślali potrzebę dalszej obserwacji. Dziś trudno traktować go jako nowinkę entomologiczną, która jedynie przyciąga uwagę. Po pierwszych obserwacjach zaczyna się entomologiczny nadzór. Specjaliści muszą znaleźć odpowiedź na kilka najważniejszych pytań: czy gatunek przeżyje, rozmnoży się, zajmie kolejne obszary i zacznie wpływać na rodzime ekosystemy? W przypadku gatunków obcych odpowiedź zależy od wielu czynników. Globalny handel może przenieść organizm przez naturalne bariery geograficzne, a klimat zwiększyć szanse jego przetrwania. Dostępność gospodarzy umożliwia dalsze rozprzestrzenianie, a brak naturalnych wrogów dodatkowo ułatwia wzrost populacji. Co ciekawe, w najnowszym przeglądzie dotyczącym obcych gatunków owadów leśnych podkreślono, że większość z nich wprowadzona poza


Fot. Shutterstock.com/ Tomasz Klejdysz

Od końca XX wieku skupieniec lipowy szybko rozszerza zasięg o kolejne kraje zachodniej, środkowej i południowej Europy

naturalny zasięg nie powoduje poważnych szkód. Problem tworzy stosunkowo niewielka grupa organizmów, które potrafią się zadomowić i szybko zwiększyć liczebność. Dlatego samo hasło „gatunek obcy” nie wystarcza, by od razu wystawić czerwoną notę. Potrzebujemy danych o jego biologii, zasięgu, dynamice populacji i wpływie na gospodarza. Najważniejsza zmiana może jednak zachodzić wśród naszych rodzimych owadów, w przypadku których znacznie trudniej zauważyć modyfikację zachowań, gdyż gatunki te od zawsze były częścią lasu. Historia barczatki sosnówki pokazuje to bardzo wyraźnie. Przez lata leśnicy dobrze znali jej rozmieszczenie i biologię. W północno-zachodniej Polsce gatunek nie budził większego niepokoju. W latach 90. ubiegłego wieku traktowano go jako owada o znaczeniu lokalnym, a jego gradacje

ECHA LEŚNE • jesień 2026

miały ograniczony zasięg. Wieloletni monitoring potwierdzał ten obraz. Jesienią 2022 roku wyniki monitoringu lasów dwóch sąsiednich dyrekcji LP – w Szczecinku i Szczecinie, pokazały coś zupełnie innego. W tym czasie liczebność barczatki osiągnęła poziom wskazujący na bardzo silne zagrożenie. Wcześniejsze dane nie wskazywały, że w tym regionie może dojść do tak gwałtownego wzrostu liczebności. Po wiosennej ocenie i porównaniu wyników z progami zagrożenia, potwierdzono wyjątkową skalę zjawiska. Liczebność wielokrotnie przekraczała wartości krytyczne. Leśnicy podjęli działania. Zabieg zwalczania objął ponad 500 ha, zastosowano biologiczny preparat bakteryjny. Było to pierwsze w lasach RDLP w Szczecinku, od czasu powstania administracji

41


GŁOŚNYM ECHEM

Lasów Państwowych po II wojnie światowej, przedsięwzięcie przeciwko gradacji barczatki. W kolejnych sezonach monitoring nadal wykazywał wysoką liczebność owadów, a jego zagęszczenia (ogniska) zmieniały rozmieszczenie. Dlatego leśnicy kontynuowali obserwacje i działania ochronne. Ta historia pokazuje coś bardzo ważnego: gradacja nie zaczyna się w momencie, gdy z daleka widać brązowiejący drzewostan. Wtedy często jest już za późno na rozpoznanie początku procesu. Monitoring może wykryć zmianę wcześniej. BRAK JEDNEJ PRZYCZYNY

Dla większości gradacja to po prostu „plaga owadów”. W ekologii oznacza gwałtowny wzrost liczebności populacji, który może objąć duży obszar, lecz samo zjawisko nie jest czymś niezwykłym. Wiele gatunków owadów naturalnie przechodzi okresy wzrostu i spadku liczebności. O skali gradacji decyduje jednak wiele czynników. Wyższa temperatura może przyspieszyć rozwój owadów. Susza może osłabić drzewa i zmniejszyć ich zdolność do obrony. Wiatrołomy i śniegołomy mogą dostarczyć świeżego materiału lęgowego. Jeśli te czynniki wystąpią razem, populacja otrzymuje jednocześnie więcej czasu na rozwój, więcej odpowiednich drzew do zasiedlenia i więcej materiału do rozmnażania. Badania pokazują też, że klimat może działać bezpośrednio i pośrednio. Temperatura oddziałuje na fizjologię i tempo rozwoju owadów. Susza zmniejsza odporność drzewa, a tym samym zmienia relację między owadami a rośliną. Nieprecyzyjne jest więc stwierdzenie: „ocieplenie klimatu wywołuje gradacje”. Możemy powiedzieć coś dokładniejszego: cieplejsze i bardziej suche warunki mogą zwiększać ryzyko oraz skalę zaburzeń powodowanych przez niektóre grupy owadów, ale ich reakcja zależy od gatunku i od pozostałych elementów układu. WSKAŹNIK ZMIAN

Najciekawsze w entomologicznej opowieści nie jest samo pojawianie się nowych gatunków. Ważniejsze jest to, że entomofauna dostarcza coraz więcej sygnałów o zmianie warunków, w których funkcjonują lasy. Przekraska sosnówka pokazuje przesuwanie zasięgu gatunku związanego z cieplejszymi regionami

42

Fot. arch. Nadleśnictwo Krasiczyn

Europy. Skupieniec lipowy i drzewotocz japoński obrazują stopniowe rozszerzanie zasięgów w Polsce. Wtyk amerykański przypomina, że od pierwszego stwierdzenia do szerokiego rozprzestrzenienia może minąć wiele lat. Z kolei kornik ostrozębny i barczatka sosnówka wskazują, że zmiana nie musi dotyczyć nowych gatunków. Przedstawiciele rodzimych gatunków również mogą zwiększać lub zmniejszać znaczenie, liczebność i zasięg. Dlatego owady możemy traktować jak system wczesnego ostrzegania. Nie mówią nam wprost, że każda zmiana wynika ze zmiany klimatu. Nie przewidują też przyszłości. Sygnalizują jednak, że środowisko przestało działać dokładnie tak jak wcześniej. Dla leśników najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „czy pojawił się nowy owad?”. Brzmi: „co zmieniło się w jego biologii, liczebności, zasięgu i relacji z lasem – i czy ta zmiana utrzyma się w kolejnych latach?” Na to pytanie nie odpowie pojedyncza obserwacja. Potrzeba monitoringu, danych i cierpliwości. W lesie najważniejsze sygnały zmiany często pojawiają się na długo przed tym, zanim zobaczymy ich skutki.


FELIETON

OBCY JUŻ TU SĄ prof. Andrzej M. Jagodziński Instytut Dendrologii PAN Fot. archiwum prywatne

Moje pierwsze kontakty z obcymi cywilizacjami przypadły na połowę lat 80. XX wieku. Dobrze wspominam nasz wspólnie spędzony czas. Wzruszam się, gdy pomyślę o przyjaźni amerykańskiego chłopca Elliotta z przybyszem z kosmosu, zagubionym na naszej planecie obcym o imieniu E.T. Ta opowieść o akceptacji kogoś, kto różni się od innych, pokazała mi wartość przyjaźni, empatii, lojalności, a także trud związany z rozstaniem. Kosmici pojawili się także w naszym kraju. Pi i Sigma – przybysze z Matplanety, których Monitor skierował do Warszawy – uczyli mnie i innych polskojęzycznych ziemian podstaw matematyki. Szokowała mnie ich zdolność do teleportacji za pomocą matzaklęcia. Mój stosunek do obcych w głównej mierze ukształtowała Dziesiąta Muza, dziś zdecydowanie najpopularniejsza ze wszystkich muz. Dodam, że bardzo lubię jej imię z czasów przedwojennej Polski – Filmia. Motyw inwazji obcych na Ziemię od dziesięcioleci zajmuje ważne miejsce w kinie science fiction. Obcy pokazywani są na wiele sposobów, niemal zawsze jednak jako zagrożenie spoza znanego człowiekowi świata. Przybysze są niezrozumiali, trudni do przewidzenia, często znacznie lepiej przystosowani do walki niż ludzie. Ich pojawienie się burzy dotychczasowy porządek. Zagrażają nam jako dominującemu gatunkowi na Ziemi. Inwazja może mieć charakter otwartej wojny. Obcy tworzą zorganizowaną zbiorowość, dysponują technologią przewyższającą ziemskie możliwości, atakują wiele miejsc jednocześnie. Mechanizm ich działania

ECHA LEŚNE • jesień 2026

opiera się na szybkości, przewadze liczebnej, doskonałej koordynacji i wykorzystaniu słabości przeciwnika. Nierównowaga sił budzi grozę wobec potęgi przybyszy. Innym modelem inwazji obcych jest wniknięcie do ludzkich organizmów lub struktur społecznych. Zastępują ludzi ich kopiami, przejmują umysły, pozbawiają ofiary emocji lub doskonale naśladują wygląd innych istot. Najważniejszą bronią obcych stają się kamuflaż, infekcja, rozmnażanie, zdolność do pozostawania niewykrytym. Zagrożenie rozwija się wówczas we wnętrzu społeczności. Szczególnie niepokojąca jest możliwość, że inwazja rozpoczęła się znacznie wcześniej, lecz długo pozostawała niezauważona. Filmy te można potraktować jako punkt wyjścia do rozmowy o rzeczywistych inwazjach biologicznych. Różnica skali jest ogromna, ale struktura procesu bywa zaskakująco podobna. Warto zaznaczyć granicę analogii. Filmowi obcy najczęściej świadomie planują podbój, podczas gdy gatunki obce, z których część zyskuje miano inwazyjnych, nie mają intencji, strategii politycznej, ani nie ponoszą moralnej odpowiedzialności za zagładę innych gatunków. Spodziewam się jutro serdecznego gościa. Kilka dni temu, gdy umawialiśmy się na spotkanie, rozmawialiśmy o dobrej kawie lub herbacie, którymi chciałbym go poczęstować. Chcę bowiem sprawić mu przyjemność. „Nie chcę sprawiać kłopotu, poproszę o kakao” – odpowiedział. Parsknęliśmy śmiechem. To musi być kosmita, prawda?

43


Od symbolu bożonarodzeniowej tradycji po sygnał nadchodzącej klęski. W czasie zmiany klimatu jemioła coraz częściej postrzegana jest jako rosnące zagrożenie dla lasów. Czy jednak jej całkowite usunięcie byłoby korzystne dla ekosystemów leśnych? Czy pozbycie się jednego zagrożenia nie otworzyłoby drogi następnemu? TEKST:

Elwira Nawrocka

INSTYTUT DENDROLOGII PAN W KÓRNIKU

Jemioła jest półpasożytem, który wprawdzie samodzielnie przeprowadza fotosyntezę, ale już wodę i sole mineralne pobiera od rośliny żywicielskiej. Pozyskane w ten sposób substancje wykorzystuje mało efektywnie, ponieważ w procesie transpiracji, którą prowadzi przez cały rok, traci nawet trzykrotnie więcej wody niż jej gospodarz. Pojedynczy osobnik jemioły, który może żyć nawet 30 lat, zwykle nie zagraża drzewu, jednak duża liczba na jednej roślinie znacząco ją osłabia, co w czasie coraz częstszych susz i ograniczonego dostępu do wody, ma ogromne znaczenie. Co się wydarzyło, że jemioła, która od zawsze występowała w polskich lasach, stała się dla nich zagrożeniem? Paradoksalnie, jej rozprzestrzenianiu sprzyjał wzrost lesistości Polski, który zwiększył dostępność odpowiednich drzew żywicielskich. Po II wojnie światowej lasy zajmowały około 21 proc. powierzchni kraju, podczas gdy obecnie wskaźnik lesistości wynosi około 30 proc. Jak wynika z „Raportu o stanie lasów w Polsce”, jemioła występuje na ponad 150 tys. ha naszych lasów. Wzrost lesistości jest zjawiskiem pozytywnym, świadczącym o odbudowie zasobów leśnych. Niestety, proces ten w różnym czasie sprzyjał rozprzestrzenianiu się poszczególnych podgatunków jemioły. W ostatnich kilkunastu latach problem

44

ten dotyczy szczególnie jemioły sosnowej, która w jednogatunkowych lasach znalazła wyjątkowo sprzyjające warunki. Wcześniej podobny proces był obserwowany w przypadku jemioły pospolitej typowej, występującej na drzewach liściastych. Podgatunek ten zaczął zwiększać swój zasięg wraz z rozwojem zadrzewień śródpolnych, parkowych i przydrożnych, które stworzyły dogodne warunki do jej rozsiewania i rozwoju. Nasilenie problemu jemioły po 2015 roku zbiegło się z okresem częstszych susz. Jednak związek przyczynowy między deficytem wody a inwazją jemioły nie został jednoznacznie potwierdzony, ponieważ może ona funkcjonować również jako szkodnik pierwotny, zasiedlający zdrowe i nieuszkodzone drzewa. Ten „pasażer na gapę”, którego nasiona rozsiewają głównie ptaki, jest rośliną światłożądną. Najczęściej rozwija się w rozłożystych koronach dobrze nasłonecznionych, starszych drzew. Jemioła rzadko zasiedla młode drzewa, a przypadki takie mają zwykle charakter jednostkowy. Coraz większe zagrożenie drzewostanów ze strony jemioły wymusiło znalezienie sposobu na jej eliminację. W praktyce stosuje się dwa rozwiązania. Pierwsze to usuwanie całych porażonych gałęzi. Jest ono skuteczne, ale jednocześnie

Fot. Wojciech Krawczyk

LAS I KLIMAT

WIECZNIE ZIELONY DYLEMAT


mocno ingeruje w koronę drzewa. Drugie polega na wycinaniu jedynie widocznych krzewów jemioły. Taki zabieg jest mniej inwazyjny, jednak często prowadzi do odrastania rośliny z pozostawionych w drewnie ssawek. Jednym z najnowocześniejszych sposobów zwalczania półpasożyta jest mechaniczne usuwanie urządzeniem określanym jako mistletoe eradicator. Pozwala ono jednocześnie przyciąć jemiołę i aplikować środki ograniczające jej odrastanie. W testach terenowych wykazano, że ryzyko ponownego pojawienia się jemioły spadło aż o około 95 proc. Coraz większe zainteresowanie budzą również naturalni wrogowie jemioły. W Europie występują owady, których larwy rozwijają się w tkankach oraz żywią się jej liśćmi i pędami. Przykładem jest ćma Synanthedon loranthi, której gąsienice drążą tunele wewnątrz pędów jemioły. Powoduje to jej osłabienie i ogranicza rozwój liści. Jak dotąd liczebność tych owadów jest jednak zbyt mała, aby mogły skutecznie wpłynąć na populacje tego pasożytniczego gatunku. Niewykluczone jednak, że wraz ze wzrostem dostępności pokarmu znaczenie insektów będzie rosło.

Jedynym gatunkiem jemioły występującym w Polsce jest jemioła pospolita (Viscum album). Jej podgatunki – typowa, rozpierzchła i jodłowa – są wybiórcze pod względem gospodarza. Jemioła typowa porasta wyłącznie drzewa liściaste, najczęściej topole oraz drzewa sadownicze, głównie jabłonie i grusze. Rzadziej występuje na lipach, robiniach akacjowych i klonach, sporadycznie na brzozach i jarzębinach. Więcej niepokoju wywołuje jemioła rozpierzchła, której gospodarzem jest głównie sosna, rzadziej modrzew czy świerk. Podgatunek ten w ostatnich dziesięcioleciach zwiększa swoją liczebność. Natomiast jemioła jodłowa największy wpływ wywiera na południu Polski, gdzie w składzie drzewostanów dominuje jodła. ECHA LEŚNE • jesień 2026

Naukowcy badają także grzyby występujące na pędach, liściach i owocach jemioły. Niektóre gatunki mogą uszkadzać jej tkanki i spowalniać wzrost, dlatego są rozważane jako potencjalne narzędzia biologicznej kontroli. Podobne badania prowadzone są nad bakteriami. W warunkach laboratoryjnych wykazano, że wybrane szczepy mogą wywoływać choroby jemioły, jednak dotychczas nie potwierdzono skuteczności takich metod w terenie. Coraz częściej można również usłyszeć opinie, że jemioła jest czymś więcej niż tylko zagrożeniem dla drzew. Jest uważana za gatunek kluczowy w wielu ekosystemach leśnych i zadrzewieniach, gdyż dostarcza cennych zasobów, zwłaszcza w okresach niedoboru pożywienia. Badania wykazały, że bogactwo gatunkowe ptaków (w tym gatunków owadożernych i neotropikalnych migrantów) jest wyższe na drzewach, na których rośnie jemioła. Chociaż to półpasożyt, z ekologicznego punktu widzenia ma pozytywny wpływ na lokalną różnorodność biologiczną. Owoce jemioły – zwłaszcza zimą – stanowią ważne źródło pokarmu dla ptaków. Ponadto jej gęste, wiecznie zielone krzewy zapewniają ptakom miejsca do budowania gniazd oraz schronienie przed drapieżnikami i niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Kilka lat temu w czasopiśmie „Proceedings of the Royal Society B: Biological Sciences” opublikowano wyniki badań ekosystemów leśnych z jemiołą, bez niej oraz takich, z których usunięto tego półpasożyta. Po kilku latach na obszarach leśnych z jemiołą zamieszkał nowy gatunek ptaka, las bez jemioły nie wykazał zmian. Natomiast tam, skąd usunięto tę roślinę, zniknęła aż jedna trzecia gatunków zwierząt. Masowe występowanie jemioły może stanowić zagrożenie dla osłabionych drzew, szczególnie w warunkach nasilających się susz i niedoboru wody. Jednocześnie całkowita eliminacja tego półpasożyta mogłaby wywołać negatywne skutki dla wielu organizmów, które wykorzystują go jako źródło pokarmu lub schronienie. Z ekologicznego punktu widzenia bardziej racjonalne wydaje się monitorowanie i ograniczanie nadmiernego rozprzestrzeniania się jemioły niż jej całkowita eliminacja z ekosystemów leśnych. Konsultacja merytoryczna prof. Grzegorz Iszkuło

45


CZŁOWIEK I LAS

ZDALIŚMY TEN EGZAMIN Dziesięć lat po huraganie w Puszczy Knyszyńskiej leśnicy z Nadleśnictwa Supraśl wrócili do wydarzeń, które na długo podzieliły lokalną pamięć na czas „przed” i „po”. Ich wspomnienia to opowieść o jednej z większych klęsk w lasach zarządzanych przez Lasy Państwowe, ale też o mobilizacji, współpracy i odbudowie lasu po ekstremalnym zjawisku pogodowym. TEKST: Paulina Król

46


Wiatr łamał całe fragmenty lasów, niszczył też infrastrukturę

Fot. arch. CKS LP

turystyczną

Najpierw była czarna, ciężka, nienaturalna chmura. Nadciągała szybko, jakby za chwilę miała przykryć Supraśl i okoliczne lasy. Powietrze było parne, napięte, „gęstniejące”. – Było jak przed burzą, ale jeszcze bardziej. Czuło się, że skala tego, co się wydarzy, będzie większa niż zwykle – wspominał Bogdan Kolenda, ówczesny nadleśniczy Nadleśnictwa Supraśl. (Przed jej nadejściem wydano najwyższe, trzeciego stopnia ostrzeżenie. – red.). Burza przyszła nagle i trwała krótko – pięć, może dziesięć minut. Tyle wystarczyło, by w krajobrazie Puszczy Knyszyńskiej powstała rana widoczna z ziemi i z powietrza. Wiatr dochodził do 150 km/h. Później meteorolodzy powiedzą, że była to burza wielokomórkowa, jedna z najsilniejszych w kraju w tamtym czasie. – Wyglądała upiornie. Jak czarna, obrzydliwa szmata, która za chwilę nakryje Supraśl i okolice – mówił Andrzej Romaniuk, obecny nadleśniczy Nadleśnictwa Supraśl, który wówczas pełnił funkcję inżyniera nadzoru. Kiedy wiatr ucichł, przyszła cisza, a potem szok. – Burza przeszła, a my zajrzeliśmy do lasu. Byliśmy wstrząśnięci, zasmuceni, nie wiedzieliśmy właściwie, co mówić. Obraz wyglądał jak po katastrofie, jakby uderzyły setki piorunów – wspominał nadleśniczy Romaniuk. W mieście dramatyczne obrazy zapamiętali mieszkańcy. Radosław Dobrowolski, burmistrz Supraśla, widział, jak w tamtejszym parku miejskim – Ogrodzie Saskim, jedno po drugim padały pomnikowe drzewa. – Jeden łomot, ogromny świst, zacinający deszcz, wiatr. Widziałem, jak ta ogromna siła powalała kolejne drzewa – opowiadał. – Nie wiem, jak to się stało, że nikt nie został ranny. Dla mnie to było świadectwo, że ktoś czuwał nad naszym miastem.

powiedzieć. Poszliśmy na drogę i zobaczyliśmy: wszędzie leżące drzewa. Wcześniej z tego miejsca nigdy nie widzieliśmy Supraśla. A wtedy las był przewrócony i było widać miasto – mówiła. Jej pierwsza myśl nie dotyczyła jednak lasu. – Nie wiedziałam, co się dzieje na drodze, czy ludzie nie są uwięzieni. Drzewa nas wtedy tak nie interesowały. Ludzie, ludzie – to było najważniejsze. Wiedzieliśmy, że musi dojechać karetka, straż pożarna, że trzeba jak najszybciej ratować ludzi – podkreślała. Łączność działała z przerwami albo nie działała wcale. Telefony milczały. Informacje przekazywano tak, jak się dało. Leśnicy, strażacy, pilarze i mieszkańcy zaczęli natychmiast działać. Udrażniano drogi, sprawdzano, gdzie są osoby poszkodowane, próbowano dotrzeć do uwięzionych. Tomasz Sawicki z Ochotniczej Straży Pożarnej wspomina, że początkowo myślał, iż chodzi o standardowy wyjazd do powalonych drzew. Szybko okazało się, że to zupełnie inna skala. – Zaczęliśmy piłować drzewo za drzewem. Tej pracy nie było coraz mniej, tylko coraz więcej. Nawarstwiała się. Strażacy musieli dotrzeć m.in. do osoby poszkodowanej, do której nie mogła dojechać karetka. Wysłano Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, a służby zabezpieczały miejsce lądowania śmigłowca. Na drogach pracowali strażacy, leśnicy i ludzie z piłami, którzy ruszyli z pomocą, zanim ktokolwiek zdążył ich o to poprosić. – Kto miał piłę, ten od razu pomagał. Jak zamknę oczy, to widzę: jedno drzewo, samochód, kolejne drzewo, samochód, ktoś piłuje, ktoś dalej pomaga. To było coś okropnego – wspominał Krzysztof Kwasiborski z OSP. – Byłem na powodzi w 1997 roku, byłem na powodzi w 2002 roku, sporo widziałem, ale jak człowiek widzi coś takiego u siebie, odbiera to inaczej.

NAJPIERW LUDZIE

Po pierwszym etapie ratunkowym przyszła organizacja pracy na niespotykaną dotąd skalę. Trzeba było udrożnić drogi leśne, oszacować straty, ustalić priorytety i zaplanować pozyskanie ogromnej masy drewna. Opracowano szczegółowy plan działania. Obejmował on w pierwszym etapie odblokowanie drogi krajowej, dróg gminnych i dróg pożarowych, następnie udrożnienie dróg leśnych i oszacowanie wielkości strat. W drugim etapie podzielono

Pierwsze godziny po huraganie nie były czasem liczenia strat w drewnie. Najważniejsze było sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Małgorzata Auchimik, która tego dnia pełniła dyżur w punkcie alarmowo-dyspozycyjnym nadleśnictwa, wspominała ścianę ciemnej masy, huk i moment, w którym po kilku minutach wszystko się rozjaśniło. – Wyszliśmy na podwórko i nikt nie wiedział, co

PEŁNA MOBILIZACJA

47


obowiązki i odpowiedzialności przy uprzątaniu skutków, określono priorytety przy pozyskaniu, podzielono obszar na strefy pozyskania maszynami i ręcznego. Podpisano także umowę z Zakładem Transportu i Spedycji Lasów Państwowych w Giżycku na pozyskanie 30 tys. m sześc. drewna, wprowadzono zakaz wstępu do lasu, przygotowano miejsca składowania i konserwacji drewna dla obrębu Sokółka. Dojazd do wielu powierzchni był bardzo trudny. – Dopiero z powietrza uświadomiliśmy sobie, jak duże rany zadał nam ten wiatr – wspomina Andrzej Romaniuk. Największe zniszczenia huragan spowodował w Nadleśnictwie Supraśl. Pas uszkodzeń miał miejscami 6–7 km długości. Ucierpiały między innymi leśnictwa Podsupraśl (22 proc.), Sokołda i Dworzysk (po 13 proc.), Krasne (11 proc.), Łaźnisko, Surażkowo i Lipina (po 9 proc.). Wiatr łamał i wywracał całe fragmenty drzewostanów, niszczył także infrastrukturę turystyczną i pomocniczą. Skutki huraganu usuwano przez półtora roku: przez drugą połowę 2016 roku i praktycznie cały 2017 rok. Uprzątnięto około 240 tys. m sześc. drewna. Dla porównania, roczne pozyskanie w nadleśnictwie wynosiło wówczas około 80 tys. m sześc. Oznaczało

48

Fot. arch. CKS LP

CZŁOWIEK I LAS

W czerwcu w Bibliotece Publicznej w Supraślu zorganizowano spotkanie pod nazwą „Huragan 2026. – 10 lat po katastrofie. Las, ludzie, wyzwania”. Wspomnieniami z tamtego dnia podzielili się leśnicy, strażacy, pracownicy ZUL, a w części dyskusji – także publiczność. Natomiast w auli Akademii Supraskiej odbyło się seminarium naukowe, które zgromadziło leśników, przedstawicieli służb, zakładów usług leśnych oraz naukowców.


to, że w półtora roku wykonano pracę odpowiadającą mniej więcej trzem normalnym latom. Powierzchnie otwarte, które trzeba było uprzątnąć całkowicie i odnowić, objęły 256 ha. – To tak, jakby połowę miasta Supraśl oddzielić, wyburzyć wszystko, co tam jest i posadzić tam las. Taka praca nas czekała – obrazowo opowiada nadleśniczy Romaniuk. W działania zaangażowano pilarzy, operatorów harwesterów i forwarderów, zakłady usług leśnych oraz leśników z innych nadleśnictw. Z czasem do Supraśla kierowano wsparcie z zewnątrz, bo miejscowe siły nie były w stanie same obsłużyć takiej liczby zadań. – Wszyscy leśnicy poszli do lasu. Dokąd dałem radę, dojechałem samochodem, potem chodziłem liniami oddziałowymi. Ze wschodu na zachód nie dało się przejść, trzeba było chodzić północ-południe – wspomina Wojciech Hołownia, leśniczy leśnictwa Sokołda. Priorytety były jasne: najpierw bezpieczeństwo i dostępność dróg. Potem drewno leżące, połamane, zagrożone deprecjacją. Drzewa stojące, które jeszcze żyły, pozostawiano w pierwszej kolejności, choć i one stanowiły zagrożenie. – Padł rozkaz: bierzemy to, co leży. Nie pozyskujemy tego drewna, które jeszcze stoi, które jeszcze żyje – mówi Wojciech Hołownia.

Burza przyszła nagle i trwała krótko – pięć, dziesięć minut. Tyle wystarczyło, by w krajobrazie Puszczy Knyszyńskiej powstała rana widoczna z ziemi i z powietrza.

Mariusz Redo, wówczas podleśniczy, próbował oszacować skalę strat w terenie. Wziął rower, ale szybko okazało się, że nie da się nim jechać. – Ten rower musiałem przez trzy godziny nieść na plecach, bo nie dało się ani chwili jechać. Kilku oddziałów w ogóle nie mieliśmy, bo wszystko leżało – wspomina. Zakłady usług leśnych również zareagowały natychmiast. Halina Karpowicz reprezentująca konsorcjum zakładów usług leśnych podkreśla, że żaden z kilkunastu zakładów nie czekał na telefon. – Nie trzeba było dzwonić i mówić: jedźcie udrażniać drogi. Oni sami brali piły, brali sprzęt i jechali. Wszyscy pomagali: strażacy, leśnicy i ludzie z zakładów. To właśnie solidarność okazała się jedną z najważniejszych lekcji tamtych dni. Nie było czasu na formalności, długie uzgodnienia i szukanie winnych. Była praca, która musiała zostać wykonana. Wspólnie. MASZYNY, DECYZJE I DOBRE PRAKTYKI

Huragan pokazał, że w sytuacji klęski żywiołowej liczą się szybkie decyzje, jasny podział zadań i zaplecze techniczne. Harwestery i forwardery okazały się niezbędne. Praca w wywróconych, naprężonych, połamanych drzewostanach była zbyt niebezpieczna i zbyt czasochłonna, by opierać ją wyłącznie na pracy ręcznej. I jak dzisiaj podkreślają leśnicy, bez sprzętu nie dałoby się sprzątnąć całego zniszczonego terenu. Jedną z praktycznych decyzji było także zabezpieczenie najcenniejszego drewna przed utratą jakości. Nadleśnictwo nie dysponowało zbiornikiem do spławiania drewna, wobec czego wykorzystano zaplecze dawnej szkółki leśnej, gdzie zachowała się infrastruktura do nawadniania. Składnica drewna w leśnictwie Łaźnisko stała się poligonem doświadczalnym metody konserwacji wodnej drewna wielkowymiarowego. Drewno układano na legarach i do 17 października 2016 roku zraszano wodą w cyklach przez około 6 godzin dziennie. Łącznie zgromadzono tam około 3,2 tys. m sześc. drewna najlepszych klas. Dzięki temu udało się zachować jego jakość i ograniczyć straty finansowe – zaoszczędzono około 100 tys. zł dzięki tej metodzie. Nie było ani jednej reklamacji.

49


CZŁOWIEK I LAS

To przykład dobrej praktyki, która w normalnych warunkach może wydawać się szczegółem technicznym, ale w czasie klęski decyduje o skuteczności działania. Podobnie jak wcześniejsze doświadczenia pracowników, część leśników chrzest bojowy przeszła w czasie likwidacji skutków klęski w Puszczy Piskiej. W uprzątanie skutków huraganu pomagało 25 pilarzy i 25 operatorów maszyn – dwie klembanki, trzy forwardery, dziewięć harwesterów i 20 ciągników zrywkowych. Do pomocy zaangażowali się także pracownicy nadleśnictw Browsk, Krynki, Rudka oraz strażnicy leśni z wielu innych jednostek. NIE TYLKO DRZEWA

Huragan był ciosem dla drzewostanów, ale Puszcza Knyszyńska to nie tylko drzewa. To także zwierzęta, które żyją między nimi i których los w pierwszych dniach po nawałnicy również budziły niepokój leśników. Maciej Łukaszewicz, leśniczy ds. łowieckich, wspomina, że po obejrzeniu zniszczeń z powietrza spodziewał się najgorszego. Widział wielkie powierzchnie powalonych drzew, ale też tysiące pojedynczych złomów i wywrotów rozrzuconych po lesie. – Myślałem, że będzie dużo martwych zwierząt. Kiedy już można było się przemieszczać, patrolowałem teren i byłem w kontakcie z kolegami. Nie znaleźliśmy ani jednego martwego zwierzęcia, które ucierpiałoby na skutek huraganu – mówi. Jego zdaniem zwierzyna wyczuła nadchodzące zagrożenie. – Zwierzęta prawdopodobnie przeczuwają takie nawałnice i umieją ich uniknąć. Byłem szczęśliwy, że po prostu nic się im nie stało – podkreśla. Po czasie okazało się, że zmiana struktury lasu przyniosła zwierzynie także nowe możliwości. Na części uprzątniętych powierzchni pojawiły się otwarte miejsca, z których zaczęły korzystać jelenie. To nie zmienia faktu, że huragan był dla ekosystemu gwałtownym wstrząsem, ale pokazuje, że przyroda reaguje na zaburzenia wielowymiarowo. Dla jednych elementów lasu oznaczają one stratę, dla innych – czasową zmianę warunków życia, a niekiedy także nowe nisze. ODBUDOWAĆ LAS

Po udrożnieniu dróg, pozyskaniu drewna i uporządkowaniu powierzchni przyszedł etap długiej, cierpliwej odbudowy. To praca mniej spektakularna niż

50

akcja ratunkowa, ale z punktu widzenia leśników równie ważna. Trzeba było przygotować powierzchnie, wyhodować sadzonki, dobrać gatunki drzew, sadzić, pielęgnować, chronić młode pokolenie lasu i obserwować, jak przyroda odpowiada na zabiegi. Na części powierzchni las odnowiono z sadzenia. W jednym z miejsc, z inicjatywy harcerzy, posadzono buki w kształcie harcerskiej lilijki. Po 10 latach widać już nie tylko rozmiar dawnego pasa zniszczeń, ale też młody las, który rośnie w miejscu połamanych drzew. Były też miejsca, gdzie pomogła sama przyroda. – W 2017 roku mieliśmy piękny urodzaj szyszek sosnowych i nasion. Te powierzchnie pięknie odnowiły się same. Ponad 20 hektarów młodnika powstało z odnowienia naturalnego po huraganie – wspomina Wojciech Hołownia. Dziesięć lat po huraganie widać już efekty tej pracy. Nie jest to ten sam las, który stał tam przed 17 czerwca 2016 roku. I nie będzie taki sam. Zmienił się krajobraz, zmieniły się warunki świetlne, zmieniła się struktura młodych drzewostanów, ale las wraca – inny, młodszy, miejscami bardziej różnorodny, z historią wpisaną w każdy fragment odnowionej powierzchni.

Z powietrza były widoczne nie tylko ogromne powierzchnie powalonych drzew, ale i tysiące pojedynczych wywrotów rozrzuconych po lesie


NISZCZYCIELSKA SIŁA 4 lipca 2002 roku (północno-wschodnia Polska, głównie Puszcza Piska; ucierpiały też puszcze Kurpiowska, Borecka i Romincka) Huragan uszkodził drzewostany w pasie o długości ok. 130 km. W rejonie Puszczy Piskiej szkody objęły ok. 33 tys. ha lasów, z czego na ok. 6 tys. ha uległy całkowitej destrukcji. W szerszym ujęciu szkody w sześciu nadleśnictwach objęły ok. 45,4 tys. ha, a objętość drewna przewidzianą do pozyskania szacowano na ok. 4,1 mln m sześc. W 2003 r. utworzono Las Ochronny „Szast” – ok. 475 ha pozostawione do naturalnej sukcesji.

Fot. arch. CKS LP

LEKCJA NA PRZYSZŁOŚĆ

Huragan w Puszczy Knyszyńskiej był lokalną tragedią, ale jego znaczenie wykracza poza Supraśl. Ekstremalne zjawiska pogodowe, nasilane m.in. przez zmianę klimatu, coraz częściej stają się realnym wyzwaniem dla leśników. Nie są abstrakcyjnym scenariuszem z dokumentów strategicznych, a przychodzą nagle: jako nawałnica, susza, pożar, gradobicie, zamieranie drzewostanów. I wymagają przygotowania. Zapytałam Bogdana Kolendę, ówczesnego nadleśniczego, czy teraz – z perspektywy czasu – zrobiłby coś inaczej. Po chwili zastanowienia odparł: nie. Czas zaciera wszystkie szczegóły, ale wydaje się, że nie popełniliśmy błędów. Dobre praktyki z Supraśla to nie tylko konkretne rozwiązania techniczne. To także sprawna komunikacja kryzysowa, znajomość terenu, szybka mobilizacja służb, współpraca z samorządem, OSP, zakładami usług leśnych i mieszkańcami. To umiejętność określenia priorytetów: najpierw ludzie, potem drogi, potem drewno, potem odbudowa. To wreszcie pamięć instytucjonalna – przekazywanie doświadczeń tym, którzy będą mierzyć się z podobnymi zdarzeniami w przyszłości. ECHA LEŚNE • jesień 2026

17 czerwca 2016 roku (Puszcza Knyszyńska, szczególnie Nadleśnictwo Supraśl oraz nadleśnictwa Żednia i Dojlidy.) Wstępnie szkody w całej Puszczy Knyszyńskiej szacowano na ok. 600–650 tys. m sześc. drewna. W samym Nadleśnictwie Supraśl uprzątnięto ok. 240 tys. m sześc. drewna. Otwarte powierzchnie pohuraganowe objęły 256 ha – tam las trzeba było odtworzyć praktycznie od początku. 11/12 sierpnia 2017 roku (Polska północna i środkowa, zwłaszcza Bory Tucholskie, Kujawy, Pomorze i Wielkopolska.) Potocznie zwany huraganem stulecia, to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń nie tylko w historii polskiego leśnictwa. Silny wiatr przyczynił się do śmierci sześciu osób, w tym dwóch harcerek w obozie w Suszku, a 58 osób zostało rannych. Nawałnice powaliły lub połamały ok. 9,8 mln m sześc. drzew. Huragan uszkodził ponad 120 tys. ha lasów, z czego około 80 tys. ha zostało zniszczonych całkowicie lub w bardzo dużym stopniu. Najbardziej ucierpiały nadleśnictwa w zasięgu RDLP w Toruniu i Gdańsku, m.in. Rytel i Lipusz. styczeń–luty 2022 roku (Wiele regionów Polski; szkody rozproszone, szczególnie po serii huraganowych wiatrów i orkanów.) Seria wichur spowodowała w Lasach Państwowych szkody szacowane na ok. 5 mln m sześc. wywrotów i złomów. Było to zdarzenie o innej dynamice niż punktowe klęski z poprzednich lat. Szkody były bardziej rozproszone, ale ich łączna skala była znacząca i wymagała zmian w planach pozyskania oraz zagospodarowania drewna.

51


CZŁOWIEK I LAS

NOWY W KRÓLESTWIE Rzadko bywa robaczywy, a dzięki długiej smukłej nóżce i lekko pomarańczowemu kapeluszowi łatwo go dostrzec. Rośnie w skupiskach, nie ma trujących sobowtórów, nadaje się do marynowania, suszenia, smażenia i sosów. Złotoborowik wysmukły wydaje się być grzybem idealnym. Jakie ma znaczenie dla polskiej przyrody? TEKST:

Bogumiła Grabowska

Grzyb nazywany też borowikiem amerykańskim, wrzosowym, amerykaninem lub złotakiem, jest jednym z najlepszych przykładów szybkiego rozprzestrzenia się obcego gatunku w polskiej przyrodzie. Po raz pierwszy w Europie pojawił się na Litwie, niedaleko portu w Kłajpedzie, dokąd najprawdopodobniej przypłynął na statku transportującym towary zza oceanu. Kolonizując wybrzeże Bałtyku, trafił na Pomorze. – W ostatnich latach wraz z doktorem Łukaszem Łuczajem stworzyliśmy dla grzybiarzy, w których koszykach lądują złotoborowiki, ankietę etnomykologiczną na temat preferencji zbieranych grzybów – mówi dr hab. Marcin Pietras, mykolog i leśnik, profesor Instytutu Dendrologii PAN w Kórniku. Wyniki były zaskakujące – na podstawie ankiet badacze odnaleźli ponad 50 nowych stanowisk złotoborowika, głównie w lasach na południowym wschodzie kraju. Dzięki temu postawiono hipotezę na temat sposobów rozprzestrzeniania się tego gatunku. – Ludzie przyjeżdżający nad morze na wakacje zbierają owocniki złotoborowików,

52

a potem wracając do domów, rozwożą mikroskopijne zarodniki po całym kraju – tłumaczy. To właśnie z tego powodu złotoborowiki urozmaicają grzybobranie już w borach Mazowsza, Lubelszczyzny czy Podkarpacia. WIĘCEJ GRZYBÓW W BARSZCZU

Przyrodnicy szacują, że w Polsce występuje 1,4 tys. ga­ tunków grzybów, z czego grzybiarz-amator jest w stanie rozpoznać maksymalnie kilkanaście z nich. Najczęściej zbierane są tak zwane prawdziwki, często bez rozróżnienia poszczególnych gatunków: podgrzybki, gąski, gołąbki czy koźlarze oraz kanie i kurki, czyli pieprzniki jadalne, a także rydze. Czy pojawianie się nowych, nieznanych dotąd gatunków, wzbudza euforię wśród polskich grzybiarzy? – To zależy – odpowiada dr Pietras i wskazuje, że tak dzieje się na pewno w przypadku złotoborowika, który szturmem zdobywa serca grzybiarzy i niezależnie od kiepskiego sezonu oraz kapryśnej i niesprzyjającej pogody, masowo pojawiał się w ubogich borach sosnowych, między innymi w Borach Tucholskich.


Fot. Shutterstock. com/ Azovsky

NIE DO ZATRZYMANIA

– Każdy, kto wie, gdzie szukać może zbierać złotoborowiki w naprawdę imponujących ilościach. One rosną grupami, dlatego stają się coraz bardziej popularne – mówi. I dodaje, że pozostałe zawleczone zza oceanu gatunki grzybów nie cieszą się jeszcze tak dużym uznaniem. Wśród innych jadalnych przybyszów badacz wymienia maślaka daglezjowego czy pierścieniaka uprawnego. Ten daleko spokrewniony z rodzimą pieczarką amerykański gatunek grzyba sprowadzono na Stary Kontynent do uprawy, z której się wymknął i teraz spotykany jest w stanie dzikim. NIE BEZ ZNACZENIA

Chociaż obce gatunki grzybów pojawiły się w naszych lasach już ponad pół wieku temu, to badania nad nimi są nowością. Dr Marcin Pietras jest członkiem zespołu naukowców, który jako pierwszy podjął się zbadania zagadnień związanych z ich obecnością. Pracę zaczynali od inwentaryzacji gatunków i określenia miejsc ich występowania. – Teraz jesteśmy na kolejnym etapie – przeszliśmy

Dzięki pomocy człowieka grzyby mogą stać się mistrzami wędrówek. Na duże odległości przenoszone są jako zarodniki mikoryz na korzeniach roślin ozdobnych, grzybni przerastającej glebę, czy w formie zbieranych owocników. Część źródeł podaje informację, że okratek australijski dotarł do wybrzeży Europy wraz z transportem australijskiej wełny. Według innych zarodniki przenieśli tu na podeszwach butów australijscy żołnierze walczący w I wojnie światowej. Część z obcych gatunków grzybów trafia do naszej przyrody wraz z sadzonkami drzew ozdobnych w doniczkach, tak jak maślak daglezjowy. Pozostaje tajemnicą w jaki sposób do Europy trafił złotoborowik wysmukły, który porzucił północnoamerykańskie gatunki sosen i związał się u nas z sosną zwyczajną i kosodrzewiną.

od czystych badań nad biogeografią do badań nad wpływem obcych gatunków grzybów niepatogenicznych na polskie lasy – mówi naukowiec. Na podstawie danych zbieranych w całym kraju zespół dr. Pietrasa stara się określić rolę obcych gatunków między innymi w obiegu węgla oraz to, jak oddziałują na nasze rodzime gatunki grzybów. Mykolog podkreśla, że chociaż do zakończenia badań droga jest jeszcze daleka, to już teraz, po pięciu latach prac, można ostrożnie wysnuć pierwsze wnioski. – Spędziliśmy dużo czasu nad polskim morzem, gdzie zbieraliśmy dane związane z występowaniem złotoborowika i szczegółowo określaliśmy wpływ tego gatunku na preferowane przez niego bory sosnowe – tłumaczy. Wyciągnięte na podstawie tych obserwacji wnioski są niezwykle cenne, zwłaszcza w dobie postępującej zmiany klimatu. – Złotoborowik, jako gatunek obcy, ma wpływ na cały ekosystem leśny, w którym się pojawia. Największe zmiany zaobserwowaliśmy w chemizmie gleby – mówi dr Pietras. Na czym one polegają?

53


– Gatunek mocno drenuje glebę z azotu, co w i tak już ubogich nadmorskich drzewostanach sosnowych może stanowić duży problem. Azot odpowiada za procesy związane z dekompozycją, więc im go mniej, tym proces rozkładu martwej materii organicznej będzie wolniejszy i będzie prowadził do przewagi procesów humifikacyjnych (produkty humifikacji, czyli rozkładu są niedostępne dla drzew i aby mogły być przez nie pobrane muszą ulec dalszemu rozkładowi – red.) – tłumaczy. Dodatkowo wyciąganie azotu z gleby sprawia, że ten cenny pierwiastek jest trudniej dostępny dla roślin, w tym drzew, ale i naszych rodzimych gatunków grzybów. – Zauważyliśmy, że tam, gdzie masowo występuje złotoborowik, dochodzi do zmniejszenia bogactwa gatunkowego, różnorodności i obfitości występowania piestrówek i maślaków – dodaje. Czy na podstawie tych obserwacji można stwierdzić, że złotoborowiki zagrażają naszemu borowikowi szlachetnemu? Marcin Pietras uspokaja. Okazuje się, że nie, bo gatunki te zajmują nieco inną niszę ekologiczną. W miejscach, gdzie badaliśmy złotoborowika oraz w tych, które były dla nas powierzchniami kontrolnymi bez jego wpływu, nie znajdowaliśmy rodzimych gatunków borowików w formie owocników ani tworzonej przez nie grzybni w glebie. Dlatego, wydaje się, że nie ma takiego zagrożenia – mówi. NIEBEZPIECZNY DUET

Na pełne wyniki badań i szczegółowe wnioski zespołu dr. Marcina Pietrasa będziemy musieli jeszcze poczekać, ale już teraz wskazuje on konkretne zagrożenie – gatunki grzybów związanych z północnoamerykańskimi gatunkami drzew iglastych. – Mamy kilka takich nierozłącznych par, a wśród nich sosnę wejmutkę z maślakiem wejmutkowym i daglezję zieloną z maślakiem daglezjowym – mówi. Jak wyjaśnia dr Pietras dopóki w polskich lasach pojawiają się same drzewa, to nie ma się czego obawiać. Sprawa komplikuje się wtedy, gdy wraz z nimi w formie mikoryz trafiają do nich symbionty grzybowe z ich naturalnego miejsca pochodzenia. To właśnie grzyby są jak wytrych otwierający obcym gatunkom drzew drogę do inwazji i rozprzestrzeniania się. Naukowiec podkreśla, że tego typu sytuacje są obserwowane na całym świecie i to właśnie tu widziałby największe zagrożenie ze strony

54

przybyszów zza oceanu. – Gatunki symbiotyczne przenoszone ze swoimi partnerskimi drzewami, przykładowo w formie mykoryz lub grzybni w glebie, w której przewożone są sadzonki, mogą wspierać inwazyjność drzew, które w bardzo dużym stopniu mogą modyfikować nasze zbiorowiska leśne – tłumaczy. PRZEZ WIELKĄ WODĘ

Czy jesteśmy w tej walce skazani na porażkę? O ile człowiek może w pewnym stopniu starać się kontrolować inwazję nierodzimych dla danego kontynentu zwierząt i roślin, tak z grzybami sprawa się komplikuje. Pewne próby są jednak na świecie podejmowane. – Australia i Nowa Zelandia mają naprawdę duży problem z rozprzestrzenianiem się obcych organizmów, w tym też grzybów. Dlatego tam opracowane są rygorystyczne wytyczne regulujące te kwestie – tłumaczy Pietras.

Złotoborowik wysmukły, który trafił do Europy z Ameryki Północnej, podbił serca i koszyki polskich grzybiarzy


Fot. Shutterstock.com/ bob.leccinum.Robe

Stosowana na Antypodach bioasekuracja, której elementem są między innymi znajdujące się przy szlakach turystycznych stacje czyszczenia obuwia czy systemy mapowania zagrożeń stanowią wzorzec dla reszty świata. Czy w Polsce podobne metody byłyby możliwe? Marcin Pietras obawia się, że nie. – W naszych warunkach przede wszystkim trzeba by wprowadzać zakaz wstępu do lasu na terenach, gdzie występują obce gatunki grzybów, co jest w Polsce niewykonalne. To brzmi, jak jawna prowokacja polskiego grzybiarza! Z racji tego, że jesteśmy jednym z najbardziej mykofilnych społeczeństw na świecie, to ograniczenie wstępu do lasu i zabieranie ludziom prawa do zbierania grzybów, mogłoby się nie spotkać ze zrozumieniem i skończyłoby się buntem – dodaje. Musimy zatem z „obcymi” nauczyć się żyć, zwłaszcza w czasie postępującej zmiany klimatu i wielkiej wędrówki gatunków. Dr Pietras podkreśla,

że także w ich przypadku będziemy obserwować zmianę zasięgów występowania, głównie w kierunku północno-wschodnim. Czy to, że grzyby są mistrzami adaptacji, będzie oznaczało spektakularny sukces i dalsze rozprzestrzenianie się w naszych lasach gatunków? – Robiliśmy badania dla okratka australijskiego, gatunku, który do Europy trafił już na początku XX wieku i jako jeden z pierwszych gatunków obcych został przywleczony do Polski już w latach 70. ubiegłego stulecia – mówi Pietras. W Polsce mamy potwierdzonych około 120 stanowisk tego grzyba, a w Australii i Nowej Zelandii, gdzie okratek jest gatunkiem rodzimym… zaledwie 80. Okratek podbija też Amerykę Południową. I żeby sprawa była jasna, grzybowy exodus trwa w obydwu kierunkach. Naturalnie występujący w Europie muchomor zielonawy kolonizuje amerykańskie lasy, gdzie świetnie adaptuje się wśród tamtejszych gatunków sosen i dębów. Muchomor ten występuje również na Antypodach, gdzie jako gatunek nieznany bywa przyczyną śmiertelnych zatruć. To tylko dwa przykłady tego, jak grzyby potrafią się dostosowywać do nowych warunków klimatycznych. – Modele klimatyczne sporządzone dla poszczególnych gatunków grzybów na następne stulecie pokazują, że zmiana klimatu może być ich wielkim sprzymierzeńcem – dodaje. I do tego powinniśmy się przyzwyczajać.

Tam, gdzie masowo występuje złotoborowik, dochodzi do zmniejszenia bogactwa gatunkowego, różnorodności oraz obfitości występowania piestrówek i maślaków.

55


CZŁOWIEK I LAS

OKO GRZYBIARZA To, co odróżnia Polskę od Norwegii to nie tylko przepisy, ale również przywiązanie do grzybiarskiej tradycji, wyjaśnia Pål Karlsen, prezes Norweskiego Stowarzyszenia Mykologii i Zbieractwa w rozmowie z Moniką Kucią. ZDJĘCIA:

Mette Randem

Jak zostaje się prezesem Stowarzyszenia „Grzyby i rośliny użytkowe” (Sopp og nyttevekster – red.)?

Człowiek, starzejąc się, chce odbierać mniej bodźców niż wcześniej, niejako zawęża swoje pole uwagi. Działanie w małych grupach pozwala na stworzenie relacji. Przez lata robiłem filmy, to było wspaniałe, łączyło się z podróżowaniem i poznawaniem innych. I to właśnie ludzi pamiętam najbardziej, a nie na przykład tematy filmów. Zawsze lubiłem zbierać grzyby, ale przestałem to robić, bo byłem zajęty pracą. Powróciłem do tego hobby z moimi dziećmi. Zaangażowałem się, coraz lepiej poznawałem grzyby i mykologię, zostałem kontrolerem zbiorów, członkiem lokalnych stowarzyszeń, redaktorem magazynu. To była moja pasja, bo wciąż pracowałem jako producent filmowy. W końcu zostałem prezesem Norweskiego Stowarzyszenia Mykologii i Zbieractwa. Gdy zwolniło się stanowisko dyrektora zarządzającego Stowarzyszenia, rzuciłem pracę i bez wahania przyjąłem tę pozycję. To jest znacznie bardziej satysfakcjonujące zajęcie. Organizujemy spacery w lesie, warsztaty. To, co się zdarza między ludźmi w czasie tych spotkań, nie zdarzy się nigdy poprzez film czy internet.

56


PÅL KARLSEN

certyfikowany ekspert i znawca grzybów, prezes norweskiego stowarzyszenia Sopp og nyttevekster („Grzyby i rośliny użytkowe”) oraz redaktor wydawanego przez nie czasopisma. Z zawodu jest producentem filmowym i autorem tekstów. W 2014 roku wydał książkę „Biografia prawdziwka. Superbohater wśród grzybów” (w Polsce wydało ją wydawnictwo Znak). Jest również autorem publikacji kulinarnych, takich jak „200 grzybów, których musisz spróbować zanim umrzesz” oraz „Zbieracze – opiekunowie natury”.

Od kiedy istnieje Stowarzyszenie?

To stara organizacja – w rzeczywistości została założona w 1902 roku jako Towarzystwo Roślin Użytecznych. Ponad 100 lat później, czyli w 2004 roku połączyła się z Norweskim Towarzystwem Mykologicznym, a rok później zaczęliśmy zajmować się zarówno grzybami, jak i roślinami jadalnymi. Nasz obszar działania jest dość szeroki. Mówimy o zbieractwie, aby wzbudzić w ludziach zainteresowanie wykorzystaniem dzikich plonów, ale jest to również sposób na wyciągnięcie ludzi na łono przyrody. Po stronie grzybowej – dzięki naszej sieci mykologów – prowadzimy sporą działalność naukową. Ostatnio zaczęliśmy również bardziej naukowo przyglądać się roślinom naczyniowym. W kręgach naukowych mówimy, że zajmujemy się mykologią i etnobotaniką. Czy zauważył pan większe zainteresowanie tymi aktywnościami wśród zwykłych ludzi, zwłaszcza po lub w trakcie pandemii?

Po liczbie członków widujemy, że w ciągu ostatnich sześciu czy siedmiu lat wzrasta ona o 10 proc. rocznie. Co ciekawe, za ten wzrost nie odpowiadała tak bardzo sama pandemia, jak raczej seria

udanych grzybiarskich jesieni. To właśnie one napędzają liczbę członków, zbliżając nas obecnie do poziomu 8500 osób. W porównaniu do innych krajów europejskich mamy znacznie szerszą platformę. Szwecja, nasz sąsiad, nie posiada porównywalnego systemu. Nie zajmują się dzikimi roślinami w taki sam sposób, a ich organizacje mykologiczne są podzielone na trzy różne poziomy. Natomiast duńska organizacja zrzesza około 1500 członków, działa w sposób bardzo tradycyjny poprzez organizację wyjazdów na terenie całego kraju. Odmiennie działa Brytyjskie Towarzystwo Mykologiczne. Wprawdzie nie jest zbyt duże w stosunku do wielkości kraju, gdyż należy do niego zaledwie 300 członków, to ich działania są na naprawdę profesjonalnym poziomie, skupiając się na wyspecjalizowanym zbieractwie i edukacji. Zresztą zimą tego roku dołączyłem również do Stowarzyszenia Zbieraczy (Association of Foragers) w Wielkiej Brytanii. Polska wydaje się pod tym względem dość wyjątkowa, ponieważ dzieci od najmłodszych lat wiedzą co nieco o grzybach, a idąc do lasu latem, wiemy, które rośliny można jeść, a które nie. Dlaczego Polska ma tak głęboką tradycję, podczas gdy w Norwegii zbieractwo to raczej nowsze zjawisko?

Myślę, że Norwegowie byli rozpuszczeni – nawet w trudnych czasach mieliśmy ryby, ziemniaki i pod dostatkiem podstawowych kalorii do przeżycia. Europa Wschodnia i Finlandia były znacznie bardziej zależne od zasobów dziko rosnących. Kultura zbieracza w Polsce ma jednak i swoje ciemne strony. Głębokie dziedzictwo, silna wiedza pokoleniowa i wysoka frekwencja to jedno, ale tradycja bywa sztywna. Kiedy bezkrytycznie dziedziczysz katalog po dziadkach, często mijasz obojętnie wiele jadalnych grzybów tylko dlatego, że nie ma ich na twojej tradycyjnej liście. Teraz to się zmienia. Pojawia się „hipsterska wersja” zbieractwa, napędzana przez młodsze pokolenia, blogerów kulinarnych i haute cuisine (scenę gastronomiczną wysokiej klasy). Szefowie kuchni wyruszający na dzikie łowy w poszukiwaniu takich roślin jak czarny bez, pokrzywa czy czosnek niedźwiedzi sprawili, że stało się to modne i atrakcyjne.

57


CZŁOWIEK I LAS

Z drugiej strony zauważalny jest narastający w społeczeństwie strach przed wszystkim, co choćby z pozoru jest niebezpieczne, czyli nieznane. Jak to wpływa na zbieractwo?

Boimy się przyrody, ponieważ nie uczymy się jej odkrywania. Społeczeństwo oderwane od natury próbuje stworzyć środowisko całkowicie wolne od jakichkolwiek wypadków. Tę skrajną ostrożność widać w przypadku grzybów. Ludzie obawiają się łagodnych sensacji żołądkowych tak bardzo, że rezygnują z niesamowitych zasobów. W Norwegii niektóre jadalne grzyby uznajemy za trujące, podczas gdy w Polsce są one powszechnie spożywane i lubiane. Jeśli znasz pięć naprawdę śmiertelnych grzybów, które niszczą wątrobę i nerki, oraz nauczysz się dokładnie obrabiać termicznie całą resztę, najgorsze, z czym się spotkasz, to co najwyżej nieszkodliwy dyskomfort żołądkowy. Pomimo wszystkich naszych obaw o bezpieczeństwo w dziczy, na co dzień akceptujemy ogromne ryzyko związane z prowadzeniem samochodów, ponieważ nasza cywilizacja bez tego nie mogłaby funkcjonować. Jak przepisy i ramy prawne dotyczące zbieractwa wyglądają w Norwegii? Czy wymagane są zezwolenia, czy wprowadzono opłaty lub ograniczenia?

W Norwegii nie pobiera się żadnych opłat i nie ma żadnych ograniczeń co do dni czy godzin. Prawo do swobodnego poruszania się (Allemannsretten) jest tutaj niezwykle silne. Rośliny jadalne i grzyby można zbierać swobodnie w każdym miejscu, nawet w parkach narodowych (choć kwiaty i rośliny chronione są objęte ograniczeniami). Jedynymi wyjątkami są części drzew (takie jak soki brzozowe czy pędy świerku), które technicznie należą do właściciela lasu, choć zbieranie w niewielkich ilościach jest powszechnie akceptowane. Nawet zbiór moroszki (malina moroszka typowa dla Północy) podlega mądrej zasadzie: jeśli dany obszar nie jest aktywnie uprawiany lub zbierany komercyjnie przez właściciela, pozostaje dostępny dla każdego. Niewykorzystane zasoby należą do ogółu. Co jest prawdziwym sekretem „szczęścia do grzybów”? Intuicja czy raczej głębokie

58


zrozumienie siedlisk, mikroklimatu i występujących na danym terenie gatunków drzew?

To zdecydowanie umiejętność. Rozpoznawanie siedlisk jest możliwe dzięki znajomości różnych mikroklimatów, gatunków drzew i specyficznych środowisk dla konkretnych rodzajów grzybów. Ważne jest także wyczucie czasu: zrozumienie wzorców pogodowych, opadów deszczu i spadków temperatur. Jeśli jest zbyt sucho (jak podczas ostatnich susz), nie ma niczego, więc przerzucasz się na rośliny i jagody, aż powrócą deszcze. „Oko grzybiarza” to posiadanie specyficznego widzenia peryferyjnego podczas spaceru po lesie, które pozwala dostrzec kształty i kolory kątem oka. Jakie wsparcie oferuje wasza organizacja, aby dbać o bezpieczeństwo ludzi bez psucia im zabawy?

Zbieranie grzybów jest sposobem na wyciągnięcie ludzi na łono przyrody

Od 1 lipca do 1 listopada prowadzimy cyfrową kontrolę grzybów. Zamiast marnować czas na przynoszenie całego koszyka do stacji kontroli – tylko po to, by dowiedzieć się, że większość to zwykłe odpady – ludzie mogą zrobić zdjęcia i przesłać je do nas poprzez aplikację. Zdjęcia oglądają prawdziwi, żywi eksperci, a nie sztuczna inteligencja. Dodatkowo w sezonie organizujemy około 400 stacjonarnych punktów kontroli grzybów w całej Norwegii, wspieranych przez rządową komórkę odpowiedzialną za bezpieczeństwo żywności oraz przez odpowiednie profesjonalne ośrodki toksykologiczne. Czy zmiana klimatu i ekstremalna pogoda wpływają na rodzime gatunki grzybów i sezony?

Zdecydowanie. Sezon grzybowy zaczyna się trzy do czterech tygodni wcześniej i trwa znacznie dłużej – czasami ciągnąc się aż do listopada, do momentu nadejścia silnych mrozów. Ekstremalne okresy suszy zakłócają tradycyjną przewidywalność, sprawiając, że w dziwnych oknach czasowych masowo pojawiają się owocniki wyjątkowo odpornych gatunków. Sezon jagodowy również ulega przesunięciom: rośliny z powodu nietypowo wysokich temperatur dojrzewają w tym samym czasie, co skraca okno zbioru. Chociaż cieplejszy i bardziej wilgotny klimat

sprzyja niektórym aspektom norweskiej przyrody, ta nieprzewidywalność budzi niepokój. Co dają współczesnemu człowiekowi wyprawy na grzyby?

Ludzie żyją obecnie na zewnątrz swojego życia, poza „tu i teraz”. Jesteśmy teoretykami, a nie uczymy się konkretnych, praktycznych rzeczy. W weekend można pozbierać grzyby z kimś, kto się na nich zna, zrobić sobie kilka zdjęć i wrzucić je na Facebooka, ale prawdziwą wiedzę można zdobyć tylko przez własne zaangażowanie i naukę. Grzybów, lasu, natury można się nauczyć w każdym wieku, jeśli się nie będziemy za bardzo spieszyć. Najpierw trzeba pozbyć się mentalności spod znaku zaliczania punktów z „listy rzeczy do zrobienia”, odhaczania tego, co chcemy zrobić, a właściwie powierzchniowo liznąć. Zbierając grzyby, trzeba nauczyć się przede wszystkim rozpoznawać gatunki trujące, bo ich zjedzenie jest niebezpieczne. Ludzie uczą się w specyficznym środowisku. Lepiej jest pójść sześć razy do tego samego lasu niż do sześciu różnych. Kiedy będę na emeryturze, będę organizował co niedzielę spacery do lasu, już nawet wiem do którego. Będziemy obserwować, jak się zmienia. Dla mnie to jest prawdziwy sposób na naukę natury. Uczymy się poprzez obserwację otoczenia. Czy to nie jest jednak nudne?

Współcześnie ulegamy tendencji, żeby być wszędzie i wszystko zobaczyć. Znacznie więcej wrażeń będziemy mieć ze spaceru tą samą trasą wiosną, latem, jesienią, przy różnej pogodzie. Pojawianie się grzybów na przykład nie zawsze jest przewidywalne. Odkrywanie ich należy do małych radości życia „tu i teraz”. Gdyby miał pan wskazać jeden powód, dla którego każdy powinien wejść do lasu – nawet bez koszyka – co by to było?

Uspokajające i relaksujące oddziaływanie lasu. Czujesz głęboką więź z czymś uziemiającym, a dźwięki natury są niezwykle przyjemne. Nic dziwnego, że tak wiele osób neuroróżnorodnych trafia do lasu i lubi tam przebywać. Dla mnie to najtańsze spa, jakie można odwiedzić – po prostu wchodzisz i od razu przenosisz się na inną planetę.

59


Fot. Łukasz Gwiździel

CZŁOWIEK I LAS

LEŚNA SZTUKA NA OWADY Wyglądają jak wiszące lampiony, plastikowe lejki włożone jeden w drugi, zgubione w lesie drewniane kołki czy zagadkowe, wykopane w piasku dołki. Każda z tych dziwnych konstrukcji jest jednak na wagę złota. Dzięki nim leśnicy chronią drzewa przed małym, ale trudnym przeciwnikiem. TEKST:

Marcin Szumowski

Piaszczysta droga w jednym z podlaskich nadleśnictw. Już z daleka rzucają się w oczy dziwne konstrukcje. Ustawione na poboczu, w słońcu błyszczą, jak trzej czarni żandarmi. Gdy podchodzę bliżej, widzę pionowe plastikowe kolumny mierzące ponad dwa metry. Każda jest solidnie przyczepiona do grubego palika wbitego w ziemię. Na dole rzuca się w oczy biały pojemnik, czasem z płynem, a w nim kilkaset małych czarnych owadów. – Wewnątrz tej kolumny zainstalowany jest specjalny feromon, który zwabia do środka zarówno samce,

60

jak i samice kornika. Wchodzą tędy – wyjaśnia Hubert Jakoniuk z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku i wskazuje na wystające z plastikowej tuby poziome wypustki. Każda z nich ma szczelinę, przez którą zwabiony kornik wlatuje do środka. Ostatecznie kończy życie w białym pojemniczku. To tak zwana pułapka feromonowa na kornika drukarza. Stosuje się ją do monitorowania obecności owadów w lesie. Urządzenie pozwala wychwycić początek rójki, a dzięki temu leśnicy mogą baczniej wypatrywać zaatakowanych


świerków. Te, które korniki zasiedliły, trzeba wyciąć i wywieźć, by kolejne pokolenie owadów nie zajęło dalszych drzew. – Osłabione drzewa wydzielają duże ilości związku o nazwie alfa-pinen, który zwabia korniki. Pierwsze lądują zazwyczaj samce, wgryzają się pod korę, smakują łyko i sprawdzają, czy drzewo nadaje się do zasiedlenia – opowiada dr hab. Tomasz Mokrzycki, entomolog ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. I dodaje: – Jeśli wszystko im pasuje, zaczynają wydzielać tak zwane feromony agregacyjne, które przyciągają inne osobniki i w ten sposób zaczyna się proces zasiedlania drzewa. Właśnie te feromony wykorzystuje się w leśnych pułapkach. Pozyskane dzięki reakcjom chemicznym są tak zwanymi syntetycznymi wabikami. Korniki uważają plastikową pułapkę za drzewo nadające się do zasiedlenia. W tej sprytnej pułapce jest jednak jeden haczyk, na który trzeba uważać. Owady, które wpadną do białego pojemnika, powinny być szybko wyjęte. Inaczej cały misterny plan pójdzie na marne. – Korniki mają ciekawy sposób na regulację własnej populacji. Te, które już przyleciały, zaczynają wydzielać feromon antyagregacyjny informujący pozostałych, że „wszystkie stoliki w restauracji zostały już zajęte”. Jeśli nie usuniemy złapanych owadów, będą feromonem przeganiać pozostałe – objaśnia dr Mokrzycki. Dlatego w instrukcjach ochrony lasu wyznacza się nieprzekraczalne terminy kontroli i opróżniania pojemników. – Leśnicy muszą odnotowywać w specjalnym formularzu odłów owadów. I są z tego skrupulatnie rozliczani. Pułapki na kornika drukarza mogą być obsługowe lub bezobsługowe. W pułapce obsługowej korniki wyjmuje się co najmniej raz w tygodniu, w bezobsługowej minimum raz na dwa tygodnie. W tym drugim przypadku owady wpadają do płynu konserwującego, który zabezpiecza je przed rozkładem – tłumaczy Hubert Jakoniuk. PROBLEM PRZEKRASKA

Pułapki są bezpieczne dla ludzi. Choć umieszcza się w nich syntetyczne feromony, to pod plastikowymi konstrukcjami można zbierać jagody lub grzyby. Niestety, te sprytne sidła mają też swoje wady. Przyciągają na przykład pożyteczne drapieżniki, które polują na korniki. Należy do nich między innymi chrząszcz przekrasek mróweczka.

Nietuzinkowe konstrukcje ustawione w lesie pomagają leśnikom chronić drzewa przed małym, ale podstępnym wrogiem.

– To jeden z głównych wrogów kornika. Przekraski namierzają swoje ofiary po feromonach i też wpadają w sidła – mówi dr Tomasz Mokrzycki. Plastikowe konstrukcje mogą mieć różne kształty. Jedną z najpopularniejszych jest pułapka zbudowana z sześciu lejków wiszących jeden nad drugim. Atraktant (czynnik wabiący – red.) znajduje się w pojemniczku na samym końcu nietypowego łańcuszka. Zwabione owady spadają do niego grawitacyjnie. Drogi powrotnej z lejkowego labiryntu już nie ma. Pułapki stworzone są z materiału odpornego na promieniowanie UV i mogą stać na słońcu. Łatwo się je ustawia i przenosi, ponieważ lejki wkłada się jeden w drugi. Umieszcza się je zazwyczaj poza drzewostanem na szerokiej polanie, aby korniki nie atakowały drzew znajdujących się obok pułapki. Polskie prawo określa leśne pułapki jako urządzenia służące jedynie do monitorowania populacji szkodników, choć w praktyce konstrukcje te wyłapują owady, uniemożliwiając im wydostanie się. Raz złapanych nie da się już wypuścić. Zresztą nikt nie ma takiego zamiaru. Plastikowe konstrukcje to pomocna broń dla leśników do namierzania kornika drukarza. Owady te trudno się zwalcza chemicznie. – Biologia kornika utrudnia jego skuteczną eksterminację. Metody zwalczania owadów podobne do zabiegów lotniczych nie będą się sprawdzały w przypadku kornika drukarza. Dopiero od niedawna doświadczalnie zaczęto zwalczać go za pomocą opryskiwaczy z ruchomą głowicą, która porusza się w górę i w dół po pniu w celu naniesienia preparatu. Jest to jednak pracochłonny i kosztowny zabieg. Stosuje się go incydentalnie i trudno go wykonać na dużym obszarze – mówi Hubert Jakoniuk.

61


CZŁOWIEK I LAS

PIASZCZYSTE DOŁKI I ŻYWICZNE KRĄŻKI

W kolejnym leśnym oddziale moją uwagę przykuwa kilka dołków wykopanych w uprawie młodej sosny. Mają kształt niewielkiego kwadratu. Nie są też zbyt głębokie. Pośrodku każdego z nich leży świeży krążek drewna. To pułapka na chrząszcza szeliniaka sosnowca, największego wroga młodych sosen, który nie pogardzi też świerkiem czy jodłą. Szkody robią wyłącznie dorosłe osobniki, które gustują w korze młodych sadzonek. Zaatakowane drzewko jest jej częściowo pozbawiane, co w konsekwencji prowadzi do zamierania. Szeliniaki są tak żarłoczne, że niewyłapywane potrafią zniszczyć całą uprawę. Walczy się z nimi… wykopanymi w piasku dołkami. Prosta pułapka działa przede wszystkim na zmysły chrząszcza, bo wewnątrz umieszcza się świeżo wycięty krążek sosnowego drewna. Żywica wabi owady, które po wejściu do dołka nie potrafią się z niego wydostać. Wchodzą pod krążek i później są już ręcznie wyjmowane przez leśników. Skuteczność tej metody leży w jej prostocie. Ale nawet ona ma swoje wady. Piaskowe pułapki należy systematycznie monitorować. Do dołków może wpaść na przykład większa gałązka, którą chrząszcze wykorzystają jako drogę ucieczki. – Kiedyś w lasach były stosowane tak zwane rowki chwytne. Kopało się je na szerokość szpadla dookoła całej uprawy. Kiedy chrząszcze wychodziły ze starego lasu i maszerowały w kierunku sadzonek, wpadały w piaszczysty rowek – opowiada Hubert Jakoniuk. Niestety w taką pułapkę łapały się także pożyteczne owady, a czas poświęcony kontroli był długi. – Sporo takich upraw leśniczy musiał obejść na własnych nogach. Dlatego dziś raczej kopie się dołki. Są mniej absorbujące – dodaje. Na uprawach sosnowych umieszcza się także wałki sosnowe, z których zdziera się pasek kory. Obdartą stroną układa się na glebie mineralnej w wyoranej na uprawie bruździe. Świeże drewno od razu puszcza żywicę, co skutecznie wabi szeliniaki. Wystarczy je wtedy zbierać do kubełka. – Można też do dołków wrzucać świeżą korę, wiązki chrustu, bo to wszystko wabi chrząszcza – wylicza sposoby na szeliniaka dr Mokrzycki. SIDŁA NA NICIENIA

Mój przewodnik po białostockich lasach, Hubert Jakoniuk, zabiera mnie jeszcze w jedno miejsce.

62

Fot. Tomasz Dębiec

Te konstrukcje naprawdę robią wrażenie. Z daleka wyglądają jak chińskie lampiony zawieszone między drzewami, oryginalna instalacja miejscowego artysty lub ogromne karmniki dla ptaków. W rzeczywistości jest to specjalna pułapka na żerdziankę sosnówkę, chrząszcza z rodziny kózkowatych. Podłużna, prostokątna konstrukcja ma gustowny daszek, spodek oraz pojemnik, w który wpadają owady. – Żerdzianki lecą zwabione atraktantem zainstalowanym pośrodku pułapki. Uderzają w plastikową czarną osłonę, spadają na dolną pokrywę, z której zsuwają się do pojemnika – opisuje działanie konstrukcji Jakoniuk. Jednak to nie żerdzianka jest na szczycie listy poszukiwanych, a bardzo niebezpieczny nicień – węgorek sosnowy, dla którego ten chrząszcz jest wektorem. To właśnie jego najbardziej obawiają się leśnicy. Pułapki na chrząszcza stawiane są przy składnicach drewna, tam, gdzie może pojawić się sprowadzony z zagranicy węgorek. Jego inwazje bardzo odczuli już leśnicy w Portugalii, południowej Francji oraz

Leśne pułapki to pomocna broń do namierzania kornika drukarza. Te chrząszcze trudno się zwalcza chemicznie


Hiszpanii. Ten mały nicień genialnie dostosował się do biologii żerdzianki. Przemieszcza się do niej jeszcze w kolebce poczwarkowej i wchodzi pod pokrywy skrzydłowe. Tak schowany dostaje się na kolejne drzewa, gdy chrząszcz wygryza w nich otwór i próbuje złożyć jaja. Może też atakować w momencie żerowania owadów na młodych pędach sosny. Wówczas tworzą się w tkance rośliny rany, przez które nicienie masowo wnikają do drzewa. Intruzi uszkadzają przewody żywiczne i zjadają komórki miękiszowe, które mają dla drzewa kluczowe znaczenie. – Potrafią zabić dwustuletnią sosnę w ciągu miesiąca. To jest prawdziwa katastrofa. Jeśli węgorek zostanie stwierdzony na drzewie, wówczas wycina się wszystko w promieniu lotu owada. Niestety, zmiana klimatu i coraz wyższe temperatury sprzyjają zawleczeniu tego szkodnika do Polski. Dlatego zawczasu monitoruje się żerdziankę i każdą odłowioną sztukę dokładnie sprawdza – tłumaczy dr Mokrzycki. DEWASTACJA I KRADZIEŻ

Leśne pułapki mają również formy rękawa, który opasuje drzewo. To są pułapki kołnierzowe. Wspomniany kołnierz założony jest ukośnie na pień drzewa, a w jego zwieńczeniu znajduje się przezroczysty pojemnik z płynem konserwującym. Ta nietypowa konstrukcja doskonale sprawdza się w przypadku motyla piędzika przedzimka, który najaktywniejszy jest wraz z nadejściem chłodów. Gdy samica po wyjściu ze ściółki wędruje po pniu, aby złożyć jaja w koronie drzewa, natrafia na kołnierz. Kontynuuje wędrówkę wzdłuż kołnierza i trafia do jasnego pojemnika, który jest pułapką. Stosuje się również opaski lepowe do prognozowania pierwotnych szkodników sosny, na przykład brudnicy mniszki oraz barczatki sosnówki. Kiedy gąsienice wykluwają się z jaj, przesuwają się w korony drzew i wówczas przyklejają się do folii. Opaska jest na tyle jasna, że umożliwia leśnikom policzenie złapanych osobników. Posiłkując się tabelami z Instrukcji Ochrony Lasu mogą dokładnie stwierdzić, czy już bić na alarm, czy nadal uważnie obserwować wroga. – Jest też jeszcze inny sposób prognozowania. W przypadku wymienionej już barczatki sosnówki oraz innych gatunków, na przykład poprocha cetyniaka, borecznika, osnui, zawisaków czy strzygoni choinówki, podstawową metodą prognozowania są jesienne poszukiwania zimujących stadiów

tych szkodników. Przeszukuje się wtedy ściółkę, wierzchnią warstwę gleby mineralnej oraz pnie drzew. Dopiero przy znacznej liczbie, chociażby barczatki sosnówki, zakłada się na drzewach białe opaski lepowe na wychodzące wiosną ze ściółki gąsienice – opisuje prace Jakoniuk. Foliową opaskę stosuje się też do wyłapywania przypłaszczka granatka, chrząszcza z rodziny bogatkowatych. Na swoje siedliska wybiera osłabione sosny, rosnące w nasłonecznionych miejscach. Żeruje w łyku, a jeśli jest dużo larw, korona drzewa rudzieje. Po wylocie zasiedla następne sosny. Dlatego jedną z metod, która jest obecnie badana, jest właśnie czarna folia pokryta lepką substancją. – Zakłada się ją na wysokości piersi przeciętnego człowieka. Takie lepy skutecznie wyłapują przypłaszczka – wyjaśnia Zbigniew Chrul, komendant Straży Leśnej w katowickim Nadleśnictwie Rudziniec, a prywatnie pasjonat entomologii. I podkreśla: – Czasem zwykły chrabąszcz majowy potrafi zrobić szkody w lesie. Pewnego roku całkowicie zniszczył nam dwa lub trzy oddziały dąbrowy. Zjadł wszystkie rośliny zielne, a nawet pokrzywy, takie były gołożery. Każde leśnictwo i nadleśnictwo mają swoją specyfikę i swoje szkodniki. Wszystko zależy od tego, co rośnie. Leśnicy zgodnie przyznają, że pułapki, choć przeznaczone na owadzie szkodniki, bardzo często ściągają uwagę szkodników ludzkich. Nietypowa forma, kolor oraz surowiec często są powodem kradzieży lub bezmyślnej dewastacji. – Są takie pułapki na szeliniaka zrobione z plastikowych rur z otworami. W naszej nomenklaturze mają oznaczenie IBL4. Chrząszcze są do nich zwabiane feromonem. Ludzie często zabierają te pułapki, bo jeśli coś w lesie leży, wielu wydaje się, że jest porzucone. Zabierają też ze sobą drewniane wałki rozłożone na sosnowych uprawach, którymi odławia się szeliniaki. Ostatnio spotykamy się z kradzieżami foliowych worków z pułapek na brudnicę mniszkę. Tak się składa, że monitoring tego szkodnika wypada w okresie grzybobrania. Ludziom najwyraźniej przydają się do zbierania grzybów. W niektórych nadleśnictwach stawia się przy pułapkach specjalne tablice informacyjne, na których jest napisane, co to jest za urządzenie i jak działa. To trochę rozwiązuje problem ciekawskich spacerowiczów, ale niestety kradzieży nie – mówi Hubert Jakoniuk.

63


CZŁOWIEK I LAS

NIE TYLKO WIEK DECYDUJE Wiele gatunków drzew rosnących w Polsce może dożyć nawet kilkaset lat. Tymczasem w lasach gospodarczych drzewa wycinane są najczęściej około setnego roku życia. Z czego wynika ta różnica i dlaczego niekiedy pozyskanie przeprowadzane jest wcześniej? TEKST:

Jędrzej Ziółkowski

To nie dęby, a cisy pospolite są najstarszymi drzewami w Polsce. Okaz rosnący w Henrykowie Lubańskim według niektórych szacunków ma około 1300 lat. Drugim najstarszym cisem jest ten z Bystrzycy koło Wlenia, liczący niemal 800 lat. Cis już od XV wieku nie jest gatunkiem gospodarczym, gdyż król Władysław Jagiełło wydał tak zwany statut warcki. Wprawdzie w dokumencie zakazał pozyskiwania cisów, jednak nie z chęci ochrony, ale konieczności kontroli handlu gatunkiem, wykorzystywanym do wyrobu broni. To z tego powodu cisy nie kojarzą się obecnie z gospodarczym zastosowaniem drewna. Także drzewa gatunków powszechnie wykorzystywanych gospodarczo mogą osiągać imponujący wiek. Przykładami są dęby, na przykład „Jan Kazimierz” i „Jan Bażyński”, które liczą po około siedem wieków. O połowę młodszy był świerk pospolity ze Strzelec Opolskich. Równie wiekowy był Buk Sobieskiego (drzewo zamarło w 2021 roku). Legendarna Gruba Jodła, która rosła na terenie obecnego Babiogórskiego Parku Narodowego, pojawiła się tam ponad 600 lat temu. Do dzisiaj przy jednym ze szlaków można zobaczyć betonową rekonstrukcję dolnej części jej pnia. Nawet pospolicie występujące w polskich lasach sosny zwyczajne potrafią dożywać bardzo sędziwego wieku. Wszebora z Nadleśnictwa Mińsk (RDLP w Warszawie) ma obecnie około 370 lat, a rosnące w Pienińskim Parku Narodowym, sosny reliktowe, w tym ta znana z niezliczonych zdjęć rosnąca na Sokolicy, mogą mieć nawet 500 lat!

64


JAKOŚĆ NIE ILOŚĆ

Skoro drzewa mogą rosnąć tak długo, to czemu pozyskuje się je dużo wcześniej? Decydują o tym przede wszystkim dwa czynniki: jakość drewna oraz możliwość odnowienia lasu. Gdyby liczyła się wyłącznie ilość drewna, to najkorzystniejszym wiekiem do pozyskania jest czas, w którym drzewo przestaje intensywnie przyrastać. Dla naszego głównego gatunku o znaczeniu gospodarczym, czyli sosny, jest to wiek około 60 lat. Dla gatunków wolno rosnących liściastych, jak dąb czy buk, ten wiek jest nieco wyższy. Jeśli jedynym kryterium była ilość pozyskanego drewna, najbardziej opłacalne byłoby ścinanie drzew w okresie ich najszybszego przyrostu. Na tej samej powierzchni wycinając drzewa po 60 latach wzrostu, posadzeniu młodych drzewek i ponownym wycięciu drzew w wieku 60 lat, wyprodukuje się więcej drewna niż wycinając drzewostan raz po 120 latach wzrostu drzew. Jednak to nie ilość, a jakość jest obecnie najważniejsza. W 60-letnim drzewostanie rosną stosunkowo cienkie drzewa. Większość drewna z tak młodego lasu będzie nadawała się tylko do rozdrobnienia. Z powstałych zrębek, wiórów czy trocin produkuje się wszelkiego rodzaju płyty drzewne, na przykład OSB i MDF, materiały izolacyjne czy papier. Aby drzewa rosły wysokie i proste, a nie rozłożyste, w lasach gospodarczych utrzymuje się stosunkowo duże zagęszczenie drzew. Korona szybko rosnącego w górę drzewa ocienia pozostające w dole gałązki, które z braku światła obumierają i odpadają od pnia. Pień, przyrastając na grubość o kolejne słoje, zakrywa blizny po konarach warstwami nowego drewna. Im szybciej odpadną gałęzie i czym grubsze będzie drzewo, tym więcej drewna w jego przekroju będzie pozbawione niepożądanych w przemyśle sęków. Największą wartość ma drewno pozbawione wad. Sęki znacznie osłabiają wytrzymałość mechaniczną drewna, powodują paczenie, czyli wykrzywianie się materiału podczas suszenia. Utrudniają obróbkę i pogarszają względy wizualne drewnianych elementów. NIECHCIANA TWARDZIEL Fot. Andrzej Smoliński

Skoro wraz z wiekiem przybywa wartościowego drewna bez sęków, można zapytać, dlaczego nie pozostawić drzew w lesie jeszcze dłużej? Powód

65


CZŁOWIEK I LAS

jest prosty. Wraz z wiekiem wzrasta ryzyko zasiedlenia drzewa przez grzyby powodujące rozkład drewna i obniżające jego wartość użytkową. Drzewa przyrastając na grubość, powoli przestają wykorzystywać cały przekrój pnia do transportu wody od korzeni do liści. Do środka pnia odkładane są zbędne składniki przemiany materii oraz żywice, w przypadku drzew iglastych, i gumy w drzewach liściastych. W środkowej części tworzy się tak zwana twardziel, która na przekroju jest widoczna jako ciemniejsza. Nie przewodzi wody, ale wzmacnia pień i pomaga utrzymać drzewo w pionie. Ponieważ twardziel jest martwa, to z czasem przestaje być odporna na działanie grzybów i bakterii. Proces ten jest szczególnie nasilony u sosny, gdy obumarłe i odpadające grube konary sięgają głęboko do wnętrza pnia i twardzieli. Przez otwarte i rozkładające się pozostałości gałęzi, do środka dostają się grzyby. Takie drzewa z zaawansowaną infekcją można poznać po pojawiających się na nich owocnikach grzybów, czyli hubach. Podobny proces zachodzi w uszkodzonych bądź zamierających korzeniach. Starsze drzewa są bardziej narażone na infekcje grzybowe. Rozwijające się w pniu grzyby rozkładają drewno i niszczą jego strukturę. Staje się ono nieodporne mechanicznie i nie nadaje się do wykorzystania na belki czy deski. Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem decydującym o wieku wycięcia drzewostanu jest możliwość naturalnego rozmnożenia drzew. Zagadnienia te zostały dokładnie zbadane przez naukowców, między innymi z Instytutu Badawczego Leśnictwa. Wiek osiągnięcia dojrzałości fruktyfikacyjnej, czyli dojrzałości do produkcji nasion, jest różny dla poszczególnych gatunków drzew. Dla sosny to około 30–40 lat, dla dębu 60–70 lat. Jednak same nasiona nie wystarczą. Muszą jeszcze trafić na odpowiednie warunki do kiełkowania. Gdy nasiono wykiełkuje w zbyt ciemnym, czyli gęstym młodym lesie, siewka z braku światła nie ma szansy przeżyć. Naukowcy z IBL analizowali między innymi wpływ rodzaju gleby, zagęszczenia drzew i warunków świetlnych na pojawianie się tak zwanego nalotu, czyli dużej liczby żywotnych siewek. Przykładowo dla sosny okres gotowości do odnowienia oszacowano na 81–100 lat, a dla dębu 101–120 lat.

68

SZCZEGÓŁOWE WYTYCZNE

Całość dość skomplikowanego zagadnienia, kiedy ciąć, reguluje Plan Urządzenia Lasu przygotowany na podstawie Instrukcji Urządzania Lasu. Dokument, indywidualnie przygotowany dla każdego nadleśnictwa, określa gospodarkę leśną w okresie 10 lat. Bardzo ważną składową tego planu jest właśnie ustalenie wieków rębności. Biorąc pod uwagę zapisy Instrukcji oraz wcześniej wspomniane zagadnienia, przyjmuje się i określa dwa rodzaje wieków rębności. Pierwszy z nich, bardziej ogólny, czyli umowny przeciętny wiek rębności dla głównych gatunków drzew jak sosna, świerk, jodła, dąb i buk określony został przez naukowców dla każdego nadleśnictwa w kraju. Służy on do celów analitycznych i pomaga zaplanować, ile drewna będzie można pozyskać przez 10 lat w nadleśnictwie. Drugi rodzaj wieku rębności, nazywany wiekami dojrzałości rębnej drzewostanu lub wiekami dojrzałości drzewostanu do odnowienia, określany jest indywidualnie dla poszczególnych drzewostanów. Taksator, czyli specjalista uczestniczący w opracowywaniu planu urządzenia lasu, podczas prac terenowych mierzy i ocenia cechy drzewostanu, na podstawie których można określić optymalny termin jego odnowienia. W tym przypadku, do okoliczności wspomnianych wcześniej, jak jakość drewna, stan zdrowotny drzew, ilość pojawiającego się nalotu, taksator musi wziąć pod uwagę jeszcze tak zwany ład przestrzenny i czasowy. Przepisy zasad hodowli lasu, czyli kolejnego dokumentu regulującego gospodarkę leśną w Lasach Państwowych, pozwalają na wycięcie na raz 4 ha lasu (przy wyjątkowych okolicznościach do 6 ha). Natomiast cięcie na sąsiedniej działce zrębowej, można wykonać po co najmniej czterech latach. Takie działanie ma zabezpieczyć przed powstawaniem dużych, stykających się ze sobą przestrzeni niepokrytych młodymi drzewkami. Taki sposób rozmieszczenia cięć nazywa się koleją rębu. LEŚNY TETRIS

Trzeba wziąć także pod uwagę wiek drzewostanu. Standardowy oddział leśny, czyli jednostka, na którą podzielone są niemal wszystkie lasy w Polsce (poza górskimi) ma około 700 m długości i 350 m szerokości, czyli około 25 ha powierzchni. Około 25 ha oddziału leśnego podzielone przez


drzew, na przykład 60 lat. Robi się to, aby stworzyć właściwy układ czasowo-przestrzenny i nie dopuścić do obniżenia jakości drewna wskutek starzenia się drzewostanów, których nie zdążyliśmy wyciąć we właściwym czasie. ZGODNIE Z PRAWEM

Fot. Mirosław Wąsiński

maksymalnie cztery ha zrębu, daje około sześć pasków zrębowych o wymiarach około 700 m długości na 50 m szerokości. Gdybyśmy zaczęli wycinać drzewostan w takim oddziale od pierwszego paska co 4 lata, to zaczynając w wieku 110 lat, drzewa na ostatnim pasku miałyby 134 lata. Dla sosny wiek 134 lat jest już zaawansowany i w złych warunkach, bardzo duża część drzew mogłaby być już spróchniała w środku. Z tego względu trzeba czasem zaczynać pozyskanie znacznie wcześniej. W bardzo dużych jednowiekowych kompleksach sosnowych, stosuje się nawet tak zwane rozręby, czyli rozpoczęcie pozyskania w bardzo młodym wieku ECHA LEŚNE • jesień 2026

Lasy w Polsce zajmują około 30 proc. powierzchni kraju. Zdarza się, że drzewostan wycina się bez względu na wiek rębności. Przykładem jest konieczność pozyskania terenu pod inwestycje drogowe czy kolejowe, co niemal zawsze wiąże się z koniecznością usunięcia fragmentów lasu. Na szczęście, zalesiane są nowe fragmenty dawnych pól czy nieużytków i powierzchnia lasów w Polsce stale rośnie. Sytuacją, w której trzeba wyciąć drzewostan bez względu na wiek, jest także jego stan zdrowotny lub bardzo silne uszkodzenia. Zgodnie z art. 9 ustawy o lasach, w celu zapewnienia ochrony lasów właściciele lasów są obowiązani do kształtowania równowagi w ekosystemach leśnych, podnoszenia naturalnej odporności drzewostanów oraz do zapobiegania, wykrywania i zwalczania nadmiernie rozprzestrzeniających się organizmów szkodliwych. Natomiast art. 10 tejże ustawy mówi, że w razie wystąpienia organizmów szkodliwych w stopniu zagrażającym trwałości lasów, nadleśniczy wykonuje zabiegi zwalczające i ochronne. W przypadku gdy organizmy szkodliwe mogą rozprzestrzenić się na inne drzewostany, nadleśniczy może zdecydować o wykonaniu zrębu sanitarnego. Jest to wycięcie zainfekowanego fragmentu lasu bez względu na jego wiek i wspomnianą wcześniej kolej rębu. W zależności od przyczyny przedwczesnego wycięcia, stosuje się różne środki zaradcze. W przypadku, gdy sprawcami zamierania są szkodliwe owady, zasiedlone przez nie ścięte drzewa niezwłocznie wywozi się z lasu, a te pozostawione są korowane (pozbawiane kory, pod którą najczęściej żerują te owady). Gdy przyczyną zamierania drzew są grzyby, to po usunięciu tych zainfekowanych, podejmuje się starania, aby bardziej zróżnicować skład gatunkowy drzewostanu. W przypadku dużych powierzchni uszkodzonych przez wiatr, pożar czy powódź również zachodzi obawa o rozwój szkodliwych owadów. Dlatego też usuwa się tak uszkodzone czy osłabione drzewa, by chronić las przed nadmiernym rozmnażaniem się szkodliwych organizmów.

69


W RYTMIE NATURY

CHODŹMY NA DWÓR O tym, dlaczego zaczęliśmy się bać spędzania czasu na zewnątrz, po co codziennie wychodzić z domu choćby „po nic” i co może przekonać dzieci do zabaw na powietrzu, Agnieszce Niewińskiej opowiada Karolina Szymańska, blogerka znana jako „outdoorowa mama” oraz autorka książki „ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo”. ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

Napisała pani książkę „ChodźMY na dwór”, w której pokazuje pani, jak ważne jest spędzanie czasu na zewnątrz, w otoczeniu natury. Co takiego się stało, że trzeba nas do tego przekonywać?

Sama zadałam sobie to pytanie kilka lat temu. Na blogu „Our Little Adventure”, który prowadzę razem z mężem Mario, zaczęliśmy opisywać nasze rodzinne podróże – te małe i większe. Ludzie zaczęli o nie pytać. Chcieli wiedzieć, jak zaplanować wyjazd, jak się do niego przygotować. Coraz częściej pojawiały się też pytania o to, czy nie mamy obaw. Czy nie boimy się, że coś się stanie, że któreś z dzieci na przykład złamie rękę. Kiedy opisywaliśmy wyprawy do lasu, pytano nas, czy nie boimy się tam chodzić, czy nie ma ryzyka, że ktoś nas napadnie. Wtedy zauważyliśmy, że to wszystko, co moje pokolenie znało z dzieciństwa – spacery, wiszenie na trzepaku, zabawy na placu zabaw, gra w klasy – przestało być oczywiste. Zrozumieliśmy, że coś się wydarzyło z naszym życiem. Zaczęliśmy bać się zwykłych rzeczy. Zanim te pytania zaczęły pojawiać się na blogu, nawet nie myśleliśmy o tym, że wyjście na zewnątrz może wymagać większej refleksji. Bo jak wyjść na dwór? Wkładasz buty, narzucasz kurtkę przy gorszej pogodzie – i wychodzisz.

70


KAROLINA SZYMAŃSKA

autorka książki „ChodźMY na dwór! Jak natura uratowała moje macie­rzyństwo”, współtwórczyni OurLittleAdventures.pl – platformy dla outdoorowych rodziców i podcastu Dobranocka dla rodziców, zakochana w naturze i ruchu mama trójki dzieci. Pisze o podróżowaniu całą rodziną, aktywnym życiu z dziećmi w outdoorze i wspólnym budowaniu wspomnień. Inicjatorka kampanii outdoorowej CHODŹ NA DWÓR! Absolwentka Ekopsychologii, ekoterapii i zmiany społecznej na Uniwersytecie SWPS. Blog Our Little Adventures Profil na Instagramie Podcast

częściej płacimy za to, żeby ktoś zorganizował nam czas. Pojawiło się w nas przekonanie, że to, co jest za darmo i dostępne dla każdego, nie jest tak atrakcyjne jak to, co możemy sobie kupić. W ten sposób odcinamy się od natury. Nie przekazujemy dzieciom doświadczeń z własnego dzieciństwa. Nie dajemy im czasu na swobodną, nieustrukturyzowaną zabawę na zewnątrz, którą same sobie organizują. Dzieci wybierają to, co prostsze i łatwiej dostępne: nowe technologie, ekrany, które każdy z nas ma dziś w kieszeni. Stały się one sposobem na nudę, na szybkie pobudzenie dopaminy. To łatwiejsze niż wyjście na dwór, pójście po kolegę czy koleżankę i przekonanie ich do zrobienia razem czegoś fajnego. Chcąc dać dzieciom coś „lepszego” niż sami mieliśmy, pozbawiamy je czasu spędzonego na zewnątrz?

W ten sposób dzieci dotyka zespół deficytu kontaktu z naturą. To ostatnio popularny termin, który opisuje oddalenie człowieka od środowiska naturalnego. Nie jest jednostką chorobową, ale niesie konsekwencje dla zdrowia: dla ogólnej kondycji, zdrowia psychicznego, koncentracji, poziomu pobudzenia.

Rodzicami są dziś osoby urodzone w latach 80. i 90. Większość z nich spędziła dzieciństwo na podwórku i ma z tym dobre wspomnienia. Nie chcą dać tego samego swoim dzieciom?

Psychologowie, socjologowie, terapeuci i neurobiolodzy od lat badają, co stało się z nami w ostatnich 10, 15 czy 20 latach, że zaczęliśmy bać się natury. Zmienił się świat, sposób, w jaki żyjemy oraz narzędzia, z których korzystamy. Dawniej ani dzieci, ani dorośli nie mieli tak wielu możliwości spędzania wolnego czasu. Tylko niektóre dzieci, zwykle te mieszkające w dużych miastach, korzystały z zajęć pozalekcyjnych organizowanych przez szkoły, ośrodki sportowe czy biblioteki. Regułą było spędzanie czasu na zewnątrz. Z dzieciństwa pamiętam hasło: „chodź na dwór”. Słyszałam je najczęściej od kolegów i koleżanek, sama też krzyczałam tak przez balkon do innych dzieciaków. Dziś, między innymi dlatego, że jesteśmy bogatszym społeczeństwem, coraz mniej czasu poświęcamy na rzeczy oczywiste i bezpłatne. Coraz

71


W RYTMIE NATURY

Od kilku lat prowadzę podcast „Dobranocka dla rodziców”. Jedną z moich gościń była fizjoterapeutka doktor Ola Besz, która od 15 lat prowadzi zajęcia aktywizujące w poznańskich przedszkolach i klasach 1–3. Zwróciła uwagę, że kiedyś na palcach jednej ręki mogła policzyć dzieci w grupie, które miały wadę postawy. Dziś nieliczne dzieci jej nie mają. Opowiadała też o tym, że współczesne dzieci nie mają tak oczywistych dla nas doświadczeń jak zbieganie z górki. Wielu dorosłych pamięta radość takiego zbiegania. Tymczasem dziś trudno namówić do tego dzieci. A jeśli już zbiegną z górki albo przebiegną wokół boiska, są przerażone reakcją organizmu – tym, że szybciej bije im serce, że są czerwone na twarzy, spocone. One po prostu tego nie znają. Nie mają też doświadczenia chodzenia boso. Trudno je przekonać, żeby w bezpiecznym, zamkniętym terenie – przy szkole czy przedszkolu – zdjęły skarpetki i przeszły kilka metrów po trawie, piasku albo kamykach. Martwią się, że mama będzie zła, kiedy zobaczy brudne stopy. Poza tym nigdy wcześniej czegoś podobnego nie robiły. Dbając o bezpieczeństwo dzieci, nie wystawiamy ich na różne doświadczenia życiowe. Jesteśmy helikopterowymi rodzicami. Chronimy dzieci przed dyskomfortem, narażając je de facto na kryzys komfortu. Ograniczamy ich świat do kanapy, zamkniętego pomieszczenia i sztucznego oświetlenia. Czujemy wtedy, że jesteśmy „turbobezpieczni”. Wydaje

nam się, że w domu dziecku nic nie zagraża, że nic złego nie może się wydarzyć. Nie spadnie z drzewa, nie złamie ręki. Prawda jest jednak taka, że wystawiamy je na dużo bardziej niebezpieczną sytuację, czyli nieograniczony kontakt z ekranem, który ma dostęp do Internetu. Może zbyt często słyszymy o zagrożeniach związanych z przebywaniem na zewnątrz?

Media mają to do siebie, że najchętniej podają negatywne informacje. Usłyszymy o tajfunach, kleszczach, wilkach zbliżających się do zabudowań, niedźwiedziach zagrażających turystom w Tatrach. Z nadejściem wakacji pojawia się jeszcze wysyp informacji o barszczu Sos­nowskiego…

…i o tym, że niebezpiecznie jest jeść leśne jagody, bo bąblowica, tasiemce i nie wiadomo co jeszcze. Pozytywne informacje dotyczące kontaktu z naturą nie przebijają się do mediów tak łatwo. Profesor Miles Richardson, psycholog i badacz z Uniwersytetu w Derby w Wielkiej Brytanii, przeprowadził szeroko zakrojone badanie, w ramach którego prześledził słowa związane z naturą pojawiające się przez ostatnie 200 lat w literaturze – w książkach dla dzieci i dorosłych. Użycie takich słów jak „trawa”, „las”, „wzgórze”, „pagórek”, „wiosna”czy „rozkwit kwiatów” spadło wielokrotnie na rzecz słów związanych ze środowiskiem zurbanizowanym. To kolejna płaszczyzna, na której pozbawiamy się kontaktu z naturą. Jeśli czytamy nowo wydawane książki opowiadające głównie o świecie niezwiązanym ze środowiskiem naturalnym, zaczyna nam brakować nawet słownictwa, by naturę opisywać. Współczesne dzieci znają więcej marek ubrań czy bohaterów kreskówek niż nazw roślin, kwiatów i drzew. A jak wyglądał pani kontakt z naturą? W książce pisze pani, że tuż po urodzeniu pierwszego dziecka wróciła pani do aktywności zawodowej, a na spotkania chodziła z noworodkiem.

U mnie natura zawsze była obecna. Wychowałam się na wsi, w przepięknej miejscowości Janowiec nad Wisłą. Przez całe dzieciństwo byłam zaangażowana

72


w harcerstwo. Wakacje i ferie spędzałam na obozach – w lasach, w górach, nad morzem. Brałam udział w rajdach, w biegach na orientację. Mieszkałam przy lesie. Bycie na zewnątrz było moim domyślnym sposobem spędzania czasu. To nie podlegało dyskusji. Po przeprowadzce do Warszawy i rozpoczęciu studiów też korzystałam z natury. Na początku studiowałam na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który znajduje się w środku Lasu Bielańskiego. Codziennie szłam na zajęcia przez las – 20 minut w jedną stronę i 20 minut w drugą. Bardzo szybko zaczęłam pracować. Założyłam własną agencję komunikacji. Realizowałam projekty w całej Polsce, wygrywałam przetargi. Sama wpakowałam się w tryb pracoholizmu, bycia najlepszą, udowadniania wszystkim, że daję radę. Pracowałam non stop. Robiłam tylko krótkie przerwy – między spotkaniami jeździłam rowerem po parku. Kiedy urodziła się moja najstarsza córka, Mania, uważałam, że wszystko ogarnę tak samo, jak ogarniam firmę i pracowników. Byłam przekonana, że wszystko jest kwestią organizacji. Okazało się jednak, że dziecko nie jest elementem, który da ECHA LEŚNE • jesień 2026

się uporządkować, wpisać do Excela i objąć systemem zarządzania. To człowiek, który ma w nosie moje plany. Sytuację uratował pies Makaron?

Dziś już trzynastoletni golden retriever. Bez niego na pewno byłoby dużo trudniej. To on wymuszał na mnie dwie, trzy przerwy w ciągu dnia. Z tym nie dało się dyskutować. Pies musiał wyjść, żeby załatwić swoje potrzeby. Pakowałam Manię do nosidła albo wózka, psa prowadziłam na smyczy i już nie miałam wolnej ręki, w której mogłabym trzymać telefon. Ten czas wymuszonej przerwy okazał się zbawieniem. Te spacery stały się momentem zatrzymania, kluczowym w kontakcie z naturą. Nie byłam w trybie działania i stresu, tylko przechodziłam w tryb ukojenia. Natura nas w ten tryb wprowadza. To jest coś, bez czego nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować. Piszę o tym w książce. Działanie w ciągłym stresie, w trybie nieustannego dowożenia, kończy się załamaniem organizmu, wypalaniem zawodowym albo rodzicielskim. Nasz organizm przestaje pracować optymalnie, zaczyna kumulować

Na blogu opisujemy nasze rodzinne wyjazdy. Pojawiały się pytania, czy nie boimy się, że coś się stanie, że któreś z dzieci złamie rękę

73


W RYTMIE NATURY

stres. Kortyzol stale rośnie. Nie jesteśmy w stanie odpowiednio trawić i przyswajać składników, zaczynamy funkcjonować w permanentnym stanie zapalnym, który może przeradzać się w różnego rodzaju choroby cywilizacyjne. A wystarczyłoby codziennie wyjść na krótki spacer do lasu?

Las jest kluczowy. To najpiękniejsza terapia. Tyle że nie każdy ma do niego codzienny dostęp. Ponad 65 proc. Polaków i ponad 80 proc. Europejczyków żyje w miastach. Do lasu często trzeba dojechać. Ale wystarczą trzy drzewa pod blokiem, kawałek skwerku, park miejski, rzeczka przepływająca obok, żeby natura zaczęła na nas działać. W książce takie miejsca nazwałam „outdoorowymi mikrobuforami szczęścia”. Każdy z nas jest w stanie znaleźć swoją oazę w wielkim mieście i codziennie z niej korzystać. Wyjdźmy każdego dnia na 15–20 minut i nie róbmy w tym czasie niczego. To są chwile po nic, które stają się chwilami po wszystko. Na profilu instagramowym our_little_ adventures dzieli się pani zdjęciami z rodzinnych wypraw i rekomenduje ciekawe miejsca. Widać was z dziećmi w górach, nad wodą, w lesie, na rowerach. Jak pogodzić aktywność poza domem z pracą i szkołą dzieci?

Na wyprawy wykorzystujemy głównie weekendy. Czasem bierzemy jeden albo dwa dodatkowe dni wolne, ale nasze dzieci nie opuszczają wielu dni szkolnych. W porównaniu z dziećmi, które często chorują – a nasze praktycznie w ogóle nie chorują, co jest kolejną magią spędzania czasu na świeżym powietrzu – mają tych nieobecności niewiele. Poza weekendowymi czy kilkudniowymi wyjazdami staramy się korzystać z każdego momentu, w którym można wyjść z domu. Popołudnia spędzamy na placu zabaw, w parku. To są mikromomenty, łapanie chwilek. Normalnie pracujemy, więc dłuższe wyjazdy organizujemy w wakacje i ferie. Dzieci nie protestują? Chcą spędzać czas na zewnątrz? Nie wolą siedzieć przy ekranie telefonu czy komputera?

Ekrany to narzędzia, z których korzystamy tak jak z innych narzędzi. Dzieci ich używają, ale w naszym domu czas z telefonem czy komputerem jest

74

limitowany. Wyznaczamy granice, bo kochamy i dbamy o nasze dzieci. Wiemy, że nadmierne korzystanie z telefonu czy komputera po prostu im nie służy. Czasami dzieci rzeczywiście mówią, że wolą zostać w domu i poczytać książkę, zagrać w grę albo powygłupiać się z przyjaciółmi na dywanie. I to też jest w porządku. Mamy jednak wspólną zasadę: codziennie jesteśmy na dworze przynajmniej przez godzinę. Pomaga nam to, że przez cały rok jeździmy na rowerach – do przedszkola, do szkoły, do pracy, na spotkania, po zakupy. U nas nie ma negocjacji, czy jedziemy rowerem, czy nie, bo nie mamy samochodu osobowego. Mamy tylko campervana. Korzystamy z niego wtedy, kiedy pogoda jest wyjątkowo zła. Kluczem do tego, żeby dzieci chciały wychodzić na dwór, jest przykład rodziców. Jeśli rodzice codziennie siedzą w domu, nie wychodzą, nie uprawiają żadnej aktywności – nie chodzi o bieganie maratonów, ale o zwykłe zadbanie o kondycję, zdrowie i niewymuszony ruch – to dzieci też nie będą chciały tego robić. My staramy się nie tylko zabierać dzieci na wycieczki czy spacery. Angażujemy je w planowanie, dzielimy się pomysłami na to, gdzie pojedziemy i co zobaczymy. Wspólnie oglądamy te miejsca na mapach. Coraz częściej to one proponują miejsca, które chcą odwiedzić. W naszym domu dzieci nie mają rozkmin: wyjść na dwór czy nie? My po prostu to robimy. To jest nasz styl życia i suma codziennych mikrowyborów, w których one wzrastają.

Wyjdźmy każdego dnia na 15–20 minut i nie róbmy w tym czasie niczego. Chwile po nic stają się chwilami po wszystko


W RYTMIE NATURY

KRESOWA PUSZCZA

Kresy kojarzą się z dzikością, dziewiczą przyrodą, rozległymi przestrzeniami i różnorodnością kultur. To wszystko znajdziemy w Puszczy Knyszyńskiej położonej pomiędzy Białymstokiem a granicą z Białorusią. Zaledwie kilkanaście kilometrów od granic miasta leży jeden z jej najpiękniejszych rezerwatów – Krzemianka.

TEKST I ZDJĘCIA:

Paweł Fabijański

ECHA LEŚNE • jesień 2026

75


W RYTMIE NATURY

Puszcza Knyszyńska niezasłużenie znajduje się w cieniu bardziej znanych sąsiadek: Białowieskiej i Augustowskiej. Nie jest od nich mniejsza, zajmuje bowiem około 105 tys. ha powierzchni ani uboższa pod względem liczby gatunków. Jednak dzięki stosunkowo małej popularności jest idealnym miejscem do obcowania z naturą w ciszy i spokoju. Dodatkowo aż cztery z sześciu puszczańskich nadleśnictw: Dojlidy, Czarna Białostocka, Supraśl i Krynki tworzą Leśny Kompleks Promocyjny Puszcza Knyszyńska, który ma ponad 62 tys. ha powierzchni. W LKP oprócz prowadzenia zrównoważonej gospodarki leśnej realizowane są działania edukacyjne przybliżające związek gospodarki leśnej z ochroną przyrody i turystyką. Sama Puszcza Knyszyńska oferuje wiele atrakcji dla zwiedzających. Na wolności żyje tu około 500 żubrów. Późną jesienią tworzą one stada liczące po kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 osobników, które można dość często zobaczyć na otwartych terenach w pobliżu lasu. Puszczę przecina sieć szlaków rowerowych i pieszych o różnej długości, biegnących przez tereny cenne przyrodniczo i kulturowo. Niektóre prowadzą przez lub wzdłuż granic kilkunastu tutejszych rezerwatów przyrody. Na turystycznej mapie wyróżniają się dwa miejsca. Pierwsze to Arboretum im. Powstańców 1863 r. w Kopnej Górze prowadzone przez Nadleśnictwo Supraśl. Jest to leśny ogród botaniczny, w którym można zapoznać się z głównymi typami lasu, drzewami i wieloma roślinami charakterystycznymi dla Puszczy Knyszyńskiej, a także kolekcjami lądowych i wodnych roślin egzotycznych znajdujących się pod okapem leśnych drzewostanów. Drugim wartym polecenia miejscem jest Silvarium na terenie Nadleśnictwa Krynki. Na obszarze około 30 ha znajdują się tam między innymi ogród leśny, pawilon sów, ekspozycja megalitycznych głazów, muzeum „Galeria na skraju puszcz” oraz kolekcja zegarów słonecznych. Zwiedzanie Silvarium jest bezpłatne i możliwe od świtu do zmierzchu. Jednym z najpiękniejszych fragmentów Puszczy Knyszyńskiej jest leśno-archeologiczny rezerwat Krzemianka. Ten zajmujący 230 ha obszar leży w Nadleśnictwie Knyszyn. Rezerwat przecięty jest drogą krajową z Białegostoku do Augustowa. Przy niej, a także przy odchodzącej od niej na zachód lokalnej drodze do miejscowości Kopisk, znajdują

76

W Arboretum w Kopnej Górze rośnie kilkaset gatunków i odmian drzew, krzewów i kwiatów

Łoś zasiedla tereny podmokłe, bagna, mokradła, torfowiska, trzęsawiska, tereny zalewowe, nad jeziorami i rzekami


się parkingi leśne, skąd można rozpocząć spacer po rezerwacie. Leśna ścieżka edukacyjna ma około 4 km długości, a jej najatrakcyjniejszy fragment biegnie po drewnianych kładkach przez naturalne lasy bagienne. Trasa jest dostosowana do potrzeb osób starszych i z niepełnosprawnościami ruchowymi. Czasami po wichurach lub burzach – ze względu na wywrócone drzewa – jest zamknięta. Niestety, nie jest wyznaczana alternatywna trasa, gdyż dookoła są lasy bagienne, będące ostoją wielu chronionych gatunków zwierząt. Rezerwat Krzemianka słynie z licznych źródeł wypływających ze stoków rozległego, zalesionego pagórka, a potoki łączą się w rzekę Krzemiankę. Woda źródlana charakteryzuje się niską temperaturą i brakiem tlenu, dlatego w początkowym biegu potoków nie ma roślin i zwierząt wodnych. Wolno płynące przez bagna strumienie o krystalicznie przejrzystej wodzie i piaszczysto – żwirowym dnie wyglądają bajkowo. Na ich dnie leżą liczne gałęzie, czasem koryta przegradzają pnie przewróconych potężnych drzew. Ze względu na powolny bieg i małą ilość turbulencji, woda natlenia się powoli. Dopiero po przepłynięciu kilkudziesięciu, a w niektórych przypadkach kilkuset metrów, staje się żyźniejsza, zasobniejsza w tlen i substancje organiczne. Zmienia kolor na ciemny

ECHA LEŚNE • jesień 2026

i pojawia się w niej roślinność. W płaskich miejscach wzdłuż potoków znajdują się bagna. Ich istnienie wspiera działalność bobrów, które spiętrzają wodę. Lasy wzdłuż brzegów są bardzo bujne. Są to wysokopienne łęgi jesionowo-olszowe z dominującymi olszami czarnymi i dużym udziałem świerka, brzozy omszonej i jesionu, miejscami przechodzące w źródliskowe lasy olszowe. Obydwa typy zostały wpisane na listę priorytetowych siedlisk przyrodniczych Unii Europejskiej. Źródliska położone w głębi lasu chętnie są odwiedzane przez łosie, jelenie, sarny, wilki, rysi oraz wiele mniejszych ssaków. Najcenniejszymi gatunkami ornitofauny są orlik krzykliwy, bielik, trzmielojad, samotnik, sóweczka, dzięcioł trójpalczasty, dzięcioł białogrzbiety, jarząbek i muchołówka mała. Wraz z biegiem rzeki jej brzegi stają się wyższe, a łęgi ustępują miejsca wielogatunkowym lasom liściastym, czyli grądom. Na zboczach wysokich, sięgających nawet 40 m wysokości i miejscami stromych pagórków, rosną też wysokopienne bory sosnowo-świerkowe. Lasy cechują się dużym stopniem naturalności, gdyż ukształtowanie terenu, sieć strumieni i bagna przez wieki utrudniały jego eksploatację. W rezerwacie stwierdzono około 100 gatunków roślin, w tym 14 chronionych, a wśród nich jest siedem storczyków, na przykład podkolan biały, podkolan zielonawy, kruszczyk szerokolistny i gnieźnik leśny, a także lilia złotogłów, widłak wroniec oraz widłak jałowcowaty. W rezerwacie coś dla siebie znajdą także miłośnicy archeologii. W stoku zalesionego wzgórza odkryto ślady kopalni krzemienia sprzed około 3000 lat. Jamy i tarasowania zbocza wskazują na istnienie wielu miejsc wydobycia i długotrwałą eksploatację. Ich przetrwanie do dziś było możliwe dzięki nieprzerwanemu istnieniu puszczy. Inną kulturową atrakcją szlaku jest skansen pszczelarski, w którym leśnicy zgromadzili ule, barcie i inne eksponaty służące do tradycyjnego wyrobu miodu. Kresowy charakter Puszczy Knyszyńskiej podkreślają zabytki architektury znajdujące się w obrębie Leśnego Kompleksu Promocyjnego. Są to między innymi meczety i cmentarze tatarskie w miejscowościach Kruszyniany i Bohoniki, cerkiew, klasztor prawosławny i Muzeum Ikon w Supraślu, cmentarz żydowski w Krynkach. Przy okazji warto poznać historię Eliasza Klimowicza, czyli „proroka” Ilji żyjącego na przełomie XIX i XX wieku we wsi Wierszalin, którego w okolicy uznano za kolejne wcielenie Chrystusa. Jego dawny dom to jedyny budynek w całkowicie wyludnionej wsi, która miała być nową stolicą świata. Jego historia jako człowieka mającego podobno wybudować w jedną noc istniejącą do dziś cerkiew we wsi Stara Grzybowszczyzna, jest bardzo kresowa…

77


MIGAWKI Z NATURY

NAJMNIEJSZY KRÓL LASU Urządzając w lesie konkurs na ptaka, który najlepiej zobrazowałby tezę, że rozmiar nie ma znaczenia, to strzyżyk miałby ogromne szanse na zwycięstwo. TEKST I ZDJĘCIE:

Łukasz Bożycki

Waży zaledwie kilka, najwyżej kilkanaście gramów i jest niewiele większy od piłeczki pingpongowej. Mimo swego rozmiaru potrafi wydać z siebie głos, którego można spodziewać się po co najmniej kilkukrotnie większych zwierzętach. Zachowuje się przy tym niczym mała, brązowa mysz. Znika w plątaninie gałęzi, przemyka pod wykrotami i co chwilę energicznie podnosi krótki ogon. Jak głosi stara legenda: dawno, dawno temu wszystkie ptaki zebrały się, aby wyłonić spośród siebie króla. Postanowiono, że władcą zostanie ten, kto poleci najwyżej. Orzeł nie miał właściwie żadnej konkurencji. Rozpostarł ogromne skrzydła i poleciał zdecydowanie najwyżej, pozostawiając wszystkich pozostałych zawodników daleko za sobą. Okazało się jednak, że jeden z uczestników konkursu był wyjątkowo sprytny. Maleńki strzyżyk ukrył się w piórach orła i dzięki temu, został wyniesiony wysoko w powietrze. Cierpliwie poczekał na chwilę, gdy wielki drapieżnik osiągnął kres swoich możliwości, wówczas

78

wyskoczył z jego upierzenia, wzleciał jeszcze kawałek i ogłosił swoje zwycięstwo. Siła przegrała więc z inteligencją i sprytem. Zgromadzone zwierzęta uznały to za oszustwo i rozpisały nowy konkurs. Tym razem, królem zostanie ten, kto poleci najniżej. Strzyżyk bez zawahania wleciał do mysiej nory, z której radośnie wykrzyczał, że poleciał najniżej i to on powinien zostać królem. NIE MA CWANIAKA NAD STRZYŻYKA

Opowieść o królu ptaków znana była już w starożytności, a jej echa przez wieki rozprzestrzeniały się po Europie. Czasem zmieniano gatunek i zamiast strzyżyka w opowieści pojawiał się mysikrólik, który jest najmniejszym ptakiem Europy, a jego złota korona na głowie wyjątkowo dobrze pasuje do królewskiej symboliki. Z drugiej jednak strony, w przypadku strzyżyka greckie troglodytes z jego nazwy naukowej, oznacza mieszkańca jaskini lub kogoś, kto wchodzi do różnego rodzaju otworów.


Trudno o lepsze określenie dla ptaka, który większość życia spędza w najciemniejszych zakamarkach lasu, przeciskając się między korzeniami, gałęziami i stertami opadłych liści. Upierzenie strzyżyka jest doskonale dopasowane do jego środowiska życia – brązowe, gęsto prążkowane i wtapiające go w leśne tło. Nie ma tu jaskrawych barw, metalicznych połysków ani efektownych ozdób. Natura wyposażyła go w kamuflaż niemal doskonały. Strzyżyk poruszający się pośród liści, gałęzi i korzeni, potrafi zniknąć nam z oczu w ułamku sekundy. Mysikrólik ma zielone ubarwienie z jaskrawym paskiem na głowie, żyje w koronach drzew, nie odwiedza mysich nor i na tle brązowych piór orła byłby widoczny z daleka. Poza tym strzyżyk wygląda na niezłego cwaniaka, szczególnie wtedy, gdy zaniepokojony zadziera pionowo ogon. Mysikrólik przy nim wygląda na ciamajdę i fajtłapę, która nie byłaby w stanie nikogo oszukać. Niezależnie od tego, kto założył wówczas koronę, strzyżyk zdecydowanie zasługuje na tytuł mistrza sprytu. Samiec potrafi zbudować kilka, a nawet kilkanaście gniazd, które stanowią pewnego rodzaju ofertę. Następnie oprowadza potencjalną partnerkę po swoim terytorium i pokazuje przygotowane przez siebie konstrukcje. Samica wybiera tę, która najbardziej przypadnie jej do gustu, a następnie przystępuje do urządzania lokum miękkim materiałem – włosami i piórami. Tymczasem, samiec wychodzi z założenia, że można mieć więcej niż jedną partnerkę. Co się wówczas dzieje? Gniazda są już przecież zbudowane i nierozsądnie byłoby, gdyby miały się zmarnować. Zasada jest prosta: im więcej atrakcyjnych gniazd i im lepsze terytorium, tym większe szanse na zdobycie większej liczby partnerek i sukces rozrodczy. Tak strzyżyk dba o rozpowszechnianie swojego materiału genetycznego. Gniazdo strzyżyka zbliżone jest kształtem do kuli z bocznym wejściem. Powstaje z mchu, traw, liści i drobnych gałązek. Jego lokalizacja potrafi być zaskakująca. Może znaleźć się wśród korzeni wykrotu, pod stertą gałęzi, w szczelinie skarpy, a także wśród roślin. GŁOS POTĘŻNY, JAK I AMBICJE

Śpiew strzyżyka jest niezwykle donośny, szybki i pełen energii. Wykorzystywany jest przede wszystkim do obrony terytorium i przyciągania samic.

Ta krótka, intensywna seria dźwięków potrafi wypełnić sporą część lasu. Wydaje się wręcz, że głośność tej piosenki zupełnie nie pasuje do rozmiarów ciała, tego ambitnego śpiewaka. Samiec może odzywać się z nisko położonego stanowiska, niejednokrotnie znajdującego się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Zamiast przeczesywać wzrokiem każdy krzew, lepiej zatrzymać się i posłuchać. Jeśli z gęstwiny dobiega nagle do nas niezwykle głośna, składająca się z kilkudziesięciu dźwięków na sekundę ptasia piosenka, jest wówczas spora szansa, że jej autorem jest właśnie strzyżyk. Piosenkę godową strzyżyka możemy usłyszeć nawet w chłodniejszych miesiącach, choć zima jest dla niego wyjątkowo trudnym okresem. Nie chodzi wyłącznie o mróz. Największym problemem jest znalezienie pokarmu. W jego diecie znajdują się głównie drobne bezkręgowce, które wyszukuje wśród suchych liści, kory i różnego rodzaju szczelin. Kiedy wszystko pokrywa śnieg, dostęp do owadów, pająków i innych drobnych zwierząt staje się znacznie trudniejszy. Surowe zimy potrafią mocno odbić się na jego populacji. Dane monitoringowe pokazują wyraźny związek między liczebnością strzyżyka, a temperaturą zimy poprzedzającej sezon lęgowy. Im łagodniejszy grudzień i styczeń, tym większe szanse na przeżycie. Strzyżykom sprzyjają także powalone drzewa, wykroty, sterty gałęzi, gęsty podszyt, a także bujne runo. Zagrożeniem jest las, który wygląda niczym idealnie wysprzątany park. Następnym razem, gdy podczas spaceru w lesie zobaczymy leżące drzewo, stertę gałęzi czy gęste krzewy, nie patrzmy na nie wyłącznie jak na bałagan. Strzyżyk, tak samo jak wiele innych zwierząt, traktuje takie miejsca jak coś w rodzaju restauracji, spiżarni, schronienia lub miejsca na wychowanie swojego potomstwa. A jeśli gdzieś z tego pozornego chaosu odezwie się nagle niewiarygodnie głośny, energiczny śpiew, warto się zatrzymać. Być może przemawia właśnie on – maleńki król lasu, który zgodnie z legendą pokonał orła nie siłą a sprytem. I chyba właśnie dlatego strzyżyk tak bardzo przypadł mi do gustu. W świecie, w którym często wydaje nam się, że zwyciężają najwięksi i najsilniejsi, ten niepozorny brązowy ptaszek od tysięcy lat przypomina, że czasami wystarczy być sprytnym, zaradnym, by osiągnąć założone cele.

Fot. arch. prywatne

Łukasz Bożycki jest doktorem nauk biologicznych, fotografem przyrody, dziennikarzem, autorem programów przyrodniczych. Nagrodzony w konkursie fotograficznym organizowanym przez BBC Worldwide i Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Jego „Żabowisko” zostało wybrane zdjęciem 2013 roku przez Internatinal Federation of Wildlife and Nature Photography. W 2015 roku został finalistą Wielkigo Konkursu Fotograficznego National Geographic Polska. W radiu RDC prowadzi audycję „Animalista”, w TVP1 serial „Przyrodnik na tropie”.

79


Grzyby, jagody, poroże, mech do dekoracji, młode szyszki na syrop, czosnek niedźwiedzi albo sok z brzozy – wszystko to można znaleźć w lesie, ale nie wszystko można z niego legalnie zabrać. W praktyce liczą się trzy kwestie: gdzie, co i w jakim celu chcemy zbierać. TEKST:

Monika Gworek, radca prawny

W lasach stanowiących własność Skarbu Państwa co do zasady można zbierać płody runa leśnego na własne potrzeby. Taką możliwość przewiduje art. 27 ustawy o lasach. Nie trzeba mieć karty grzybiarza ani specjalnego zezwolenia, żeby zebrać koszyk grzybów czy słoik jagód. Nie wszędzie jednak zbiór jest dozwolony. Stałym zakazem wstępu objęte są między innymi uprawy leśne, ostoje zwierząt i powierzchnie doświadczalne. Nadleśniczy może też wprowadzić okresowy zakaz wstępu do części lasu, na przykład z powodu zagrożenia pożarowego albo prowadzonych prac. W parkach narodowych i rezerwatach obowiązują surowsze przepisy – nie wolno tam zbierać dziko występujących roślin, grzybów ani ich części, chyba że zbiór odbywa się w miejscu do tego wyznaczonym. Inaczej wygląda sytuacja w lasach prywatnych, w których właściciel może zakazać wstępu, oznaczając las odpowiednią tablicą. W ogólnodostępnym lesie Skarbu Państwa zarządzanym przez Lasy Państwowe grzyby można zbierać na własne potrzeby do woli. Przepisy bowiem nie

80

określają żadnego limitu dla grzybiarzy amatorów. Nie ma więc zasady, że jedna osoba może wynieść z lasu najwyżej 2,5 czy 10 kg grzybów. Warto jednak pamiętać, że zbiór nie może prowadzić do niszczenia grzybni ani leśnego podłoża. Nie wolno też zbierać grzybów gatunków chronionych ani w miejscach objętych zakazem. Ponadto, jeżeli zbiór ma charakter przemysłowy, potrzebna jest umowa z nadleśnictwem. Natomiast w przypadku rośliny chronionej niezbędna jest decyzja RDOŚ zezwalająca na przemysłowy zbiór oraz umowa z nadleśnictwem. Prawo nie określa liczby kilogramów, od której prywatne grzybobranie staje się zbiorem przemysłowym – znaczenie ma przede wszystkim cel i charakter zbioru. Natomiast przy zbiorze owoców leśnych na własne potrzeby, w tym jagód, niedopuszczalne jest używanie narzędzi wyrywających liście, łamiących pędy albo uszkadzających krzewinki. Dotyczy to także popularnych zbieraczek do jagód – znaczenie ma sposób ich użycia i skutek dla rośliny. Odmiennie ustawodawca reguluje kwestię pozyskiwania mchu. Kodeks wykroczeń wprost

Fot. Daniel Pękalski

MIGAWKI Z NATURY

LEŚNE ZBIORY ZGODNE Z PRAWEM


przewiduje kary za jego zbieranie w lesie, który nie należy do zbierającego. Nie można więc zabrać mchu do stroika, dekoracji czy doniczki jako elementu dekoracyjnego, nawet jeśli potrzebna jest nam jedynie niewielka ilość. Nie ma żadnej taryfy ulgowej. Przepisy nie przewidują żadnego dozwolonego limitu. Dodatkowo niektóre gatunki mchów są objęte ochroną. Równie restrykcyjne przepisy odnoszą się do pozyskiwania soku brzozowego. Kodeks wykroczeń wprost odnosi się do wydobywania soku z brzozy w cudzym lesie, a ustawa o lasach zabrania uszkadzania drzew. Nie istnieje więc ilość soku, którą każdy może legalnie pobrać z wybranej brzozy. W lesie nienależącym do zbierającego takie pozyskanie wymaga odpowiedniego uprawnienia. Bez niego nie wolno nacinać drzewa ani pobierać soku. Zielone szyszki sosnowe, wykorzystywane na przykład do przygotowywania syropów, nie są swobodnie dostępne do zbioru. Kodeks wykroczeń rozróżnia obrywanie szyszek z drzew i zbieranie szyszek w lesie nienależącym do zbierającego (art. 153 § 1 pkt 1 obejmuje obrywanie szyszek, a pkt 3 – ich zbieranie). Oznacza to, że bez wymaganego uprawnienia nie wolno nie tylko zrywać młodych szyszek z drzewa, lecz także zbierać szyszek, które już spadły i leżą na ziemi. Sam fakt, że szyszka spadła z drzewa, nie oznacza, że można ją legalnie zabrać. Przepisy nie określają też dozwolonego limitu kilku czy kilkunastu sztuk. Cieszący się dużą popularnością w kuchni czosnek niedźwiedzi jest objęty ochroną częściową. Można spotkać informację, że wolno zebrać 25 proc. stanowiska, ale to zbyt daleko idące uproszczenie. Przepisy bowiem dopuszczają pozyskiwanie czosnku niedźwiedziego z licznych populacji wyłącznie w województwach śląskim, małopolskim i podkarpackim, przy pozostawieniu co najmniej 75 proc. populacji i bez uszkadzania części podziemnych. Nie jest to jednak uprawnienie dla każdego. Pozyskiwanie tej chronionej rośliny wymaga zezwolenia właściwego organu ochrony przyrody. Dla zwykłego spacerowicza zasada jest więc prosta: dziko rosnącego czosnku niedźwiedziego nie zrywamy. A co z kwiatami i ziołami? Tu nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich gatunków roślin. Trzeba ustalić, czy dana roślina nie jest objęta ochroną gatunkową oraz czy jej zbiór w konkretnym miejscu jest dozwolony. Ustawa o lasach zabrania niszczenia i uszkadzania drzew, krzewów i innych roślin.

W lasach zarządzanych przez Lasy Państwowe grzyby na własne potrzeby można zbierać do woli. Nie wolno więc na przykład łamać gałęzi tylko po to, żeby zebrać kwiaty. Kodeks wykroczeń przewiduje ponadto stosowne konsekwencje za zbieranie między innymi ziół, wrzosu, trawy czy kory w lesie nienależącym do zbierającego. Jeśli nie rozpoznajemy rośliny, najbezpieczniej pozostawić ją na miejscu. Wykaz gatunków chronionych znajduje się w rozporządzeniu w sprawie ochrony gatunkowej roślin. Z zapisów ustawy wynika, że zbiór grzybów i owoców runa leśnego na własny użytek nie jest uzależniony od obywatelstwa, miejsca zamieszkania ani posiadania specjalnego dokumentu. Należy doprecyzować, że przepisy te odnoszą się do terenów leśnych będących własnością Skarbu Państwa, na gruntach które nie są objęte zakazami wynikającymi z innych przepisów. Nielegalny zbiór może skończyć się odpowiedzialnością wykroczeniową. Kodeks wykroczeń przewiduje sankcje między innymi za zbieranie mchu, szyszek czy ziół oraz wydobywanie soku brzozowego w lesie nienależącym do zbierającego, a także za zbieranie grzybów lub owoców w miejscu zabronionym albo niedozwolonym sposobem. W zależności od naruszenia może grozić grzywna albo nagana. Jeżeli zbierany jest gatunek chroniony, zastosowanie mogą mieć również przepisy ustawy o ochronie przyrody. Warto pamiętać, że brak tablicy informującej o zakazie nie oznacza pełnej swobody zbioru. Ograniczenie może wynikać bezpośrednio z przepisów – na przykład ze statusu terenu albo ochrony konkretnego gatunku. Podstawowe zasady określają: ustawa z 28 września 1991 roku o lasach, ustawa z 16 kwietnia 2004 roku o ochronie przyrody, Kodeks wykroczeń oraz rozporządzenie dotyczące zbioru płodów runa leśnego i ochrony gatunkowej roślin i grzybów. Najprościej zapamiętać, że grzyby i owoce leśne można co do zasady zbierać na własne potrzeby w ogólnodostępnych lasach Skarbu Państwa. Znacznie większe ograniczenia dotyczą zbioru mchu, szyszek, soku brzozowego oraz roślin i grzybów chronionych. Gdy mamy wątpliwości co do gatunku lub zasad zbioru, najlepiej pozostawić dany okaz w lesie.

81


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Echa Leśne 3/2026 by Lasy Państwowe - Issuu