Skip to main content

Ślunski Cajtung 12/2018

Page 1

GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ

CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE

Przypomnienie mijającego roku

J

ak jest to już w naszej tradycji, grudniowy Cajtung w dużej części składa się z tekstów, które ukazały się w ciągu całego roku. Tekstów najlepszych, najciekawszych, tych, które wywołały najżywszy odzew czytelników, na temat który otrzymaliśmy najwięcej listów, odebraliśmy najwięcej telefonów. Nie każdy miał szanse czytać każdy numer, wiec takie przypomnienie się przyda. Pominęliśmy jedynie tekst o „śląskich żołnierzach niezłomnych” czyli tych, którzy potocznie nazywani są Wehrwolf, który wzburzenie wywołał ogromne, ale nie chcieliśmy wzbudzać w okresie świątecznym negatywnych emocji, nawet jeśli taki tekst potrafi wywołać jedynie u ludzi nie umiejących obiektywnie spojrzeć na naszą historię. Inna sprawa, że jednak w trakcie awantury po tym tekście dowiedzieliśmy się, że na południowych krańcach Śląska nieliczni bo nieliczni, ale jednak tzw. niezłomni polskiej orientacji też działali. Sam kilka tygodni temu przypadkowo stałem nad grobem takiego w Mazańcowicach, między Bielskiem a Skoczowem. Ci o orientacji niemieckiej czy po prostu śląskiej żadnych grobów nie mają, wrzucono ich do dołów i tyle. Żaden IPN tych mogił nie poszukuje. Jednak pozostałe też na pewno są ciekawe. A z tekstów nowych – gorąco polecam wywiad z Justyną Wydrą, autorką powieści Zaniemówienie. Nie dlatego, że ja go przeprowadziłem, ale dlatego, że powieść ta jest kolejną ważną książką, która pokazuje złożoność wojennych losów Ślązaków. Dzieje się ona w Tychach a mój 92-letni ojciec, który zaczął ją czytać twierdzi, że mimo pewnych nieścisłości świetnie oddaje klimat Tychów jego młodości. Wspominamy też Kazimierza Kutza, który zmarł, gdy nasza gazeta szykowana była do druku. Niektórzy zarzucali mu, że kabociorz, że gdy było wygodnie robił filmy bardzo polskie, a potem nagle stał się wielkim orędownikiem narodowości śląskiej - ale rostomili, kiej a kaj werciło sie obstować za ślůnskom nacyjom? Jaki ze tego mogły być gyszefty? Co idzie abo szło stego mieć, krom ȏstudy? Majster Kutz – chwała mu za to – na starość przīszoł ku tymu,kim richtig je. Lepi niyskoro, jak wcale! A fto wiy, kiej zaś bydymy mieć takigo ślůnskigo reżysera? Żol, co Ponbůczek na Dzieciontko doł nom taki gyszynk… Szef-redachtůr

NR 6/7 11 (42) (70)CZERWIEC/LIPIEC grudzien 2018r. 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 3,00 ZŁ (8% VAT)

Skuli Godnich Świont winszujymy Wom za tela radości, piyknych kolynd, srogich gyszynkůw a zaś mocka kustnego jodła na wilijnym stole. A zaś na rok 2019 winszujymy, coby na Wiliji 2019 niỳ brakło żodnego, fto je na nij latoś. I coby się wom udało wszysko, coście se zaplanowali Redakcjo Ślůnskigo Cajtunga


2

grudzień 2018r.

Nie chcą pozwolić na zniszczenie Parku Tego se ani niỳ szło forsztelować! We wojewódzkim, chocia chorzowskim parku, kierym my się wdycki asili, chcom budować zidlung abo market. Kiej nasz cajtung bydzie we kioskach, bydom ȏ tym ȏbradować chorzowski rajce.

M

ieszkańcy Chorzowa i miast sąsiednich nie ustają w protestach, przeciwko budowie osiedla mieszkaniowego w historycznych granicach Parku Śląskiego. A dokładnie tam, gdzie zawaliły się12 lat temu budynki Międzynarodowych Targów Katowickich, grzebiąc pod swoimi ruinami 65 hodowców i miłośników gołębi. Na początku grudnia miała miejsce pikieta ponad 200 przeciwników tej inwestycji. Wszyscy oni podkreślali, że zgoda na tę budowę to zarazem zgoda na parcelację i sprze-

daż terenów ważnych dla całej społeczności. Jak podnosili, budowa to też zagrożenia dla ekosystemu całego Parku. Uważają, że w miejscu tym powstać powinny obiekty pasujące do otoczenia, czyli obiekty sportowe, kulturalne, ścieżki edukacyjne, czyli miejsca służące rozrywce i edukacji. - Miyszkom konsek stond, na siemianowickim Bytkowie. Na Ślůnsku je kupa terenów pod osiedla, a to je nasz ślůnski park, naszo duma, i chcymy coby nim ȏstoł – powiedział nam Konrad Pociecha, uczestnik pikiety. W planach developera jest budowa całego, dość dużego osiedla (nawet 1300 mieszkań), budynków wielorodzinnych o wysokości od 4 do 9 pięter oraz garaży podziemnych i parkingów. Spółka, która osiedle chce budować nazywa się kpiarsko Green Park Silesia – bo przecież ona właśnie ten green park chce zabetonować. A o tym, czy będzie mogłato zrobić, 20 grudnia – w dniu, kiedy trafimy do kiosków - decydują chorzowscy radni. Kiedy będziecie to czytać, zapewne będzie już po sesji, ale spodziewać należy się pikiety i tam.

n Wizualizacja osiedla, które ma powstać na obrzeżach Parku Śląskiego.

MYSŁOWICKI przychylny prezydent

N

owy mysłowicki prezydent, Dariusz Wójtowicz, rod mo Ślunzoków a godka. Pokazał to na billboardach, bo na jednych złożył mieszkańcom życzenia po polsku, ale na innych po śląsku. Wziął także udział REKLAMA

Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów

redakcja nie zwraca.

POLSKA PRESS Sp. z o.o.,

Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec

Godni Świynta to czos, kej to Půnbuczek prziszoł na świot. Skiż tego chca wszyskim powinszować wszyskigo nojlepszego, zdrowio a szczynścio. Ku tymu jeszcze spełniỳnio marzyń a realizacje wszyskich planůw. Pamiyntejcie tyż, coby we te Godniý Świynta być dobrym dlo inkszych, pomogać sie wzajymnie a radować z tego co můmy. Winszuje forsztand ferajny Ślonzoki Razem. Za Zarząd Lyjo Swaczyna

w świątecznym spotkaniu mysłowickich członków RAŚ. Co ciekawe, Wójtowicz jest pierwszym nie Ślązakiem na tym stanowisku od 16 lat, ale też pierwszym chyba w historii miasta, który tak dba o śląskość.


3

grudzień 2018r.

Warszawskie prowincjonalne protesty przeciwko katowickiej centrali

Śląskie sztuki mają się dobrze, chociaż...

n Książka „Bysuch s Rajchu” ukazała się po pierwszej edycji konkursu i zawiera prace nagrodzone i wyróżnione. Obecnie takich książek jest już siedem.

R

zecz dzieje się w stolicy Republiki Śląskiej, której premier ma problem z ciągle buntującą się warszawską prowincją, którzy szykują protest w stołecznych Katowicach. To jest oś fabuły jednoaktówki, która zwyciężyła w ósmej już edycji konkursu

na najlepszą jednoaktówkę po śląsku, który w katowickim teatrze Korez rozstrzygnięto w połowie grudnia. Sztuka jest błyskotliwa, nazywa się „Krauzy” a jej autorem jest Łukasz Buszman, człowiek bez wątpienia literacko utalentowany i z dużym poczuciem humoru. Czy jednak jego sztuka powinna ten konkurs wygrać? Najdelikatniej można to ująć słowami jednego z jurorów, że „Krauzy” mają niedostatki językowe. Uczciwie rzecz ujmując, sztuka napisana jest po polsku, z nielicznymi tylko śląskimi wstawkami. Równie dobrze można by ją wystawić w konkursie na jednoaktówkę po polsku. Więc co jest celem tego konkursu? Promowanie mowy śląskiej, czy po prostu zachęcanie ludzi do pisania po śląsku? Osobiście uważam, że „Krauzy” powinny dostać wyróżnienie, z wyjaśnieniem, że za fabułęm za błyskotliwe dialogi, należy się jej zwycięstwo, ale za ten język, niestety, poza podium. Ale może jurorzy uznali, że konkurs, w którym stale wygrywają ci sami, byłby nudny, a zarówno nagrodzonym drugą nagrodą Grzegorz Sztoler, autor „Ostatnigo Gyburstagu”, jak i Marcin Melon, twórca „Chopa ȏd mojij baby” nagradzani w tym konkursie byli już wielokrotnie.

„Ostatni Gyburstag” to nie tyle typowa jednoaktówka, co raczej monodram, wstrząsający monodram starej Ślązaczki, którą dręczą demony przeszłości. Grzegorz Sztoler, w

baby” to zabawna historyjka romansu mężatki z tradycyjnej śląskiej rodziny. Melon nie kryje, że jego sztuka jest lekko inspirowana komedią Chorwata Miro Gavrana. I też na-

Co jest celem tego konkursu? Promowanie mowy śląskiej, czy po prostu zachęcanie ludzi do pisania po śląsku? Osobiście uważam, że „Krauzy” powinny dostać wyróżnienie, z wyjaśnieniem, że za fabułęm za błyskotliwe dialogi, należy się jej zwycięstwo, ale za ten język, niestety, poza podium. odróżnieniu od większości autorów sztuk na ten konkurs nie pisze komediowo, pisze teksty głęboko poruszające, odnoszące się do śląskiej historii, pisze je w dobrej śląszczyźnie, co na scenie świetnie odegrała Ewa Leśniak. Natomiast Marcin Melon, o czym wie każdy czytelnik serii o „Komisorzu Hanusiku” czy książki „Jak by to pedzioł Szekspir” – to kpiarz i przechera, więc „Chop ȏd mojij

pisana jest dobrym językiem śląskim. No ale wręcz nie wypada, by Marcin Melon, autor podręcznika do edukacji regionalnej, dobrze w niej pisać nie poradził. W konkursie wzięło udział 40 autorów, a dramaturg Ingmar Vilqist (co jest pseudonimem artystycznym, naprawdę Jarosław Świerszcz), pomysłodawca i juru tego konkursu, że obecnie na Śląsku więcej osób pisze sztuki teatralne po naszymy, niż po pol-

sku, a ilość coraz bardziej przechodzi w jakość. Konkurs organizowany przez Agencję Imago i Gazetę Wyborczą wskazuje, że śląska mowa nadaje się do dramaturgii jest tworzywem doskonałym i dziś aż śmieszne wydaje się, że przed pierwszą edycją pomysłodawcy bali się, czy choć kilka prac nadpłynie a inni sugerowali im, że nie sposób tworzyć wysokiej jakości literatury po śląsku. Rzeczywiście, ilość dobrych jednoaktówek, które w ciągu tych ośmiu lat nadesłano na konkurs, pozwoliłaby z naddatkiem zapełnić repertuar takiego richtig ślůnskigo teatru. Szkoda, że nigdzie taki nie powstaje. Politycy RAŚ/ŚPR w sejmiku wojewódzkim mieli siedem lat, by go stworzyć – i nie zrobili w tym kierunku nic. Od początku istnienia konkursu napłynęło na niego już ponad dwieście tekstów. Najlepsze z nich można przeczytać w specjalnych wydawnictwach wręczanych rokrocznie uczestnikom gali, ze sztukami z roku ubiegłego. A koniecznie trzeba dodać, że bardzo dobre sztuki po śląsku piszą też ludzie w tym konkursie nie uczestniczący. Adam Moćko

Kutz pominyli, inszego niy widać

We

wtorek, 18 grudnia zmarł, po długiej chorobie Kazimierz Kutz, jedna z ikon śląskości. Reżyser wybitny, twórca wielu pamiętnych obrazów, jak choćby dwa o stanie wojennym (komedyjny „Zawrócony:, ale też „Śmierć jak kromka chleba” o tragedii na Wujku). Dla nas jednak Kutz pozostanie przede wszystkim twórcą Tryptyku Śląskiego, na który składają się Sól Ziemi Czarnej, Perła w Koronie i Paciorki Jednego Różańca. Powstał co prawda jeszcze jeden jego film dziejący się w Katowicach, „Na straży swej stać będę”, ale choć jego bohaterami są Ślązacy, jest na wskroś polski. Kutz jako pierwszy tworzył prawdziwie śląskie kino i to głównie te śląskie filmy dały

mu miejsce wśród arcymistrzów polskiej kinematografii, zaraz obok Andrzeja Wajdy. Można wprawdzie powiedzieć, że i te jego filmy były zbyt polskie, że dialogi były spolszczone (pamiętna zalewajka zamiast żuru, albo śląscy górnicy mówiący o kopalni a nie grubie) –ale realia były jakie były, i ani na zupełnie prawdziwą śląską historię, ani na prawdziwą godkę, ci, którzy dzielili pieniędzmi na filmy by się nie zgodzili, a cenzura by ich nie puściła. Kutz pokazał tyle, ile wtedy mógł pokazać. Gdy dwadzieścia lat temu, już pod siedemdziesiątkę, przestał kręcić filmy, kwitując to słowami, że „rycerz musi wiedzieć, kiedy zleźć z kobyły” – zaangażował się w politykę i pisanie felietonów dla Gazety Wy-

borczej. W felietonach tych pokazywał, czasem brutalnie, Polakom Ślązaków, pisząc choćby, że w kraju antysemickim, w którym Żydów nie ma, to my staliśmy się takimi wiceżydami. Pisał z werwą i ikrą, ale pisać umiał, wszak świetne scenariusze swoich filmów też niemal wszystkie sam napisał. W polityce zaś też często stawał w naszej sprawie, angażując się jako parlamentarzysta w sprawy uznania godki czy narodowości śląskiej. Od kilku tygodni był ciężko chory, zbierano pieniądze na pomoc mu, bo był w hospicjum, a katowicki radny PiS-u Piotr Pietrasz wzbudził powszechne oburzenie, gdy przy okazji tej zbiórki próbował lustrować Kutza życiowe dochody i majątek. Obrzydliwe. Kutz umarł, a żadnego nowego śląskiego reżysera tej miary nie widać. Wzruszającymi słowami pożegnał go eurodeputowany Marek Plura: „Dzięki pana filmom dowiedziałem się kim jestem - obaj jesteśmy Górnoślązakami. Obaj mieliśmy w sercu nadzieję przekazaną nam przez przodków - Śląskich powstańców, że Polska nas Ślonzoków zrozumie, że wesprze. Tak się nie stało... Obaj będąc posłami przeżyliśmy głębokie rozczarowanie, kiedy Sejm odrzucił aż 3-krotnie to nasze najmniejsze oczekiwanie, coby naszo godka była uznano jynzykiym regionalnym, coby uznano była naszo Ślónsko Nacyjo... A terozki'ście umrzyli. A my Górnoślónzoki eli my umrzyli ze Wami? Wim, iże tego byście nie chcieli. Wiym, że dycki ze Wami wołać bydymy: Niech żyje Górny Ślónsk! Wy se uże dychnijcie Panie Kaziymiyrzu, a my dali brónić bydymy ode śmierci naszyj ślónskij idyntyfikacyje!”. Dariusz Dyrda

n Kadr z filmu: Paciorki Jednego Różańca

Cołkij familie, wszystkim kamratom a przocielom jego filmůw, skuli tego, co pominỳli hyrski reżyser

KAZIMIERZ KUTZ skłodajom Ślonzoki Razem, kierzy jego filmom tyż byli fest radzi


4

grudzień 2018r.

Na rynku pojawiła się nowa powieść o wojennym Śląsku. Dzieje się w Tychach, a jej autorką jest Justyna Wydra, ze starotyskiej rodziny. W powieści znajdujemy wprawdzie nieco błędów faktograficznych, ale wojenny klimat miasta i Śląska oddany jest wyśmienicie, co potwierdzili mi już tyszanie, którzy wtedy mieli po lat kilkanaście. Powieść jest może odrobinę zbyt „polska”, ale też trzeba pamiętać, że Tychy były jednym z kilku zaledwie śląskich miasteczek, gdzie w plebiscycie 1921 roku Polska wygrała bardzo wyraźnie. Więc tam i przez kolejne lata rzeczywiście tej polskości było więcej, niż gdzie indziej. Poza wszystkim – „Zaniemówienie” ma ciekawą fabułę i zwyczajnie, wciąga.

To mogło się tylko w Tychach wydarzyć Z JUSTYNĄ WYDRĄ, autorką powieści Zaniemówienie, rozmawia Dariusz Dyrda

- Jest pani gliwiczanką, więc dlaczego na miejsce swojej powieści wybrała Tychy? - Same się wybrały. Przede wszystkim dlatego, że tytułowe Zaniemówienie dotyczy prawdziwej tyszanki, siostry mojej babci. W czasie wojny wyszła za mąż za lotnika Luftwaffe, wyjechała z nim do Niemiec, i tam zaniemówiła. Zaniemówiła po śląsku i po polsku, od tej pory używała tylko języka niemieckiego. Z moją babcią a swoją siostrą korespondowała wyłącznie po niemiecku. Gdy ją odwiedziłyśmy, zachowywała się, jakby ani słowa po polsku czy śląsku nie rozumiała. A przecież to niemożliwe, wyjechała z Tychów jako osoba dorosła, do tego czasu jej domowym językiem był śląski, polski też musiała znać nieźle, jeśli w przedwojennej Polsce przeszła całą edukację. Owszem, przez pięćdziesiąt lat mogła sporo zapomnieć, ale nie wszystko. Jej językowe zaniemówienie mnie zafascynowało i postanowiłam o tym napisać powieść. - Ale osadzić można ją było w każdym innym mieście! - Nie w każdym. Ja jestem gliwiczanką, ale Gliwice były po drugiej stronie granicy i tam taka historia nie mogłaby się wydarzyć. Natomiast Tychy, chociaż nigdy w tym mieście nie mieszkałam, są mi bliskie, cała rodzina ze strony ojca jest stamtąd, więc z opowieści babci, dziadka, wyłaniały się te Tychy sprzed dziesięcioleci, poznawałam żyjące wtedy w mieście postaci. Oczywiście uzupełniłam to solidną lekturą, na przykład znajdującym się w tyskim Muzeum Miejskim opracowaniu o tyskiej strukturze NSDAP. Dlatego najbardziej zło-

wroga postać powieści, Otto Gambig jest postacią jak najbardziej prawdziwą. - Czy nie padła pani ofiarą stereotypu, że jak w NSDAP, to od razu podły? - Niewiele wiem, a w zasadzie nic nie wiem, o charakterze prawdziwego Gambiga. Ale nie wspominano go dobrze, ze zdjęcia też patrzy taki brutal. Przystojny, ale brutal. Dokładnie taki, jak w mojej powieści. Reszta to

już oczywiście licentia poetica, bo to jednak powieść, nie dokument. - Owszem, chociaż ja, też ze starotyskiej rodziny, odnajduję w Zaniemówieniu klimat tego miasta z opowieści krewnych, babci, rodziców. Rozumiem informację na początku książki, że dla łatwiejszego czytania niemal wszystkie dialogi będą po polsku, nie po niemiecku czy śląsku. Ale dialogi to jedno, a na

przykład imiona drugie. U pani do chłopców zwracają się Jaśku, Józek, Paweł. W Tychach sprzed kilkudziesięciu lat takich imion praktycznie nie było. Do Jana mówiono Hanik, do Józefa Zefel, do Pawła – Paulek. - Naprawdę? Znam niby te zdrobnienia, ale gdy ja dorastałam, już ich praktycznie nie używano. I jakoś tak nie przyszło mi do głowy, żeby użyć właśnie ich. Z drugiej strony książka skierowana jest do polskiego czytelni-

ka, a on po zdrobnieniu Hanik nawet nie wiedziałby, jak chłopiec ma na imię. Podobnie z tym Zeflem. Gubiłby się więc w fabule, gdzie raz występuje Józef, a innym razem jakiś Zefel. Nie kojarzyłby, że to ta sama osoba. - A jak polscy czytelnicy odbierają tę książkę? - Murem niewiary. Nie mieści im się w głowach, że między Ślązakami, więc w ich przekonaniu Polakami, a Niemcami nie było relacji okupant-


5

grudzień 2018r.

-okupowany. Tutaj ten podział narodowościowy jakby nie istniał, tak naprawdę po 1939 roku niemal wszyscy byli Niemcami, a przed nim – Polakami. Niezależnie od tego, sami czuli. Ci, którzy volkslisty nie podpisali, to naprawdę wyjątki, jak chociażby Rudolf Zaręba, też postać jak najbardziej autentyczna, a dla tej powieści ważna. Ale i ten Zaręba przyjaźni się z Niemcem, i jego Niemiec pomaga wyciągnąć zAuschiwtz. Reszta? Śląskie dziołchy wychodzą za mąż za niemieckich żołnierzy, nie tylko miejscowych, ale i tych z głębi Rzeszy. Polacy z innych regionów nie chcą zrozumieć, że choć z punktu widzenia prawa międzynarodowego Tychy czy Katowice były pod okupacją, ale tu jej niemal nikt nie postrzegał jak w innych regionach Polski. Gorszy był rok 1945, bo nagle prywatne porachunki decydowały, że ktoś kogoś wskazywał jako Niemca. I to nawet powstańca śląskiego! A ci nieliczni, którzy angażowali się w polską konspirację, bywali represjonowani za niemieckość.

on był w Warszawie i Kielcach, ale nie w Tychach. Tu dziewczyny z radością umawiały się z SS-manem na randkę. - I tak, i nie. Czytałam, i to w książkach niemieckich, że mundur ten wzbudzał lęk nawet w Berlinie. - Może niemal identyczny mundur Gestapo? - Może. Ale pamiętać też trzeba, że mój bohater zakłada ten mundur, gdy Niemcy wojnę przegrywają, gdy już staje się jasne, że Tychy wrócą do Polski. A to stosunek miejscowej ludności do SS bardzo zmienia. - Ale skąd on ten mundur wziął, jeśli dopiero ma bilet do SS? Żołnierz dostaje mundur w koszarach a nie w paczce do

mogli się raz czy drugi puszczą przeprawić w stronę Pszczyny, choćby po to, by przejąć osoby wydostane z Auschwitz. Poza tym przecież ich w powieści nie ma, jeden z bohaterów wybiera się tylko do nich. Więc rzeczywiście nie wynika, że są tu na stałe, a nie na krótkim wypadzie z Małopolski. Choćby po to, by dołączył do nich dezerter z Wehrmachtu. - Który jednak się na to nie decyduje, bo nie po to uciekł z wojska, by teraz strzelać do swoich dawnych towarzyszy broni. Polaków pewnie zdumiewa, że dezerterzy z niemieckiego wojska nie zostają rozstrzeliwani, tylko zdegradowani trafiają do karnych kompanii. Zresztą tu kolejne moje rozbawienie, bo pani

- No właśnie, w pani powieści jeden z nich zostaje po „wyzwoleniu” nawet rozstrzelany. To zresztą też licentia poetica bo takiej egzekucji w Tychach nie było. - Wiem, była jakieś trzydzieści kilometrów dalej, koło Gliwic. Ale przeniosłam ją do Tychów, żeby pokazać jak wyglądało wyzwalanie Śląska. No i pasowała mi do fabuły. Chociaż oczywiście wiem też, że zachowanie Sowietów i Polaków było zupełnie inne na przedwojennym polskim Śląsku, a inne na niemieckim. Bo Śląsk to takie miejsce, że historia, która wydarzyła się w jednej miejscowości, kilkanaście kilometrów dalej byłaby już niemożliwa. Dziś już często nie wiemy gdzie przebiegała ta przedwojenna granica, a przecież ona przez dziesięciolecia w czasie wojny i po niej determinowała losy miejscowości i jej mieszkańców. - Determinuje wciąż, bo ci z niemieckiej strony mają i dziś prawo do niemieckiego obywatelstwa, a z terenów, które przez 17 międzywojennych lat należały do Polski, prawo to na przełomie XX i XXI wieku utracili. - Ale póki jesteśmy razem w Unii Europejskiej, obywatelstwo ma znaczenie drugorzędne. - No tak, wróćmy więc do Zaniemówienia. I do tej polskości, bo rozbawili mnie w fabule jacyś polscy partyzanci w lasach pszczyńskich. Przecież nie mieliby szans w niej przetrwać, bez poparcia miejscowej ludności. Zresztą do kogo mieliby strzelać, do swoich braci w niemieckich mundurach? Przecież nawet ci, którzy u pani z tymi partyzantami współpracują, w końcu zakładają te mundury, w tym nawet SS. Zresztą ubawiło mnie też sformułowanie, że szedł na dworzec w tym znienawidzonym mundurze. Bo znienawidzony to

domu, nie kupuje go sobie, nie szyje. Chłopak, który dopiero do wojska idzie, nie może by w mundurze! - Brzmi logicznie, ale uwierzyłam profesorowi Ryszardowi Kaczmarkowi, który w swojej książce o Ślązakach w Wehrmachcie pisze, że właśnie jechali z dworca już w mundurach. A specjalnie się w ten temat nie zagłębiałam. Bo to przecież detal. - Wróćmy jeszcze do tych partyzantów pod Pszczyną… - Oczywiście, że wiem, iż nie było. Jakaś tam polska konspiracja na Śląsku działała, ale oczywiście, że nie partyzantka. Ona mogła być kilkanaście kilometrów dalej, w okolicach Brzeszcz, bo to już Małopolska, tam mieszkali ludzie czujący się Polakami i klasyfikowani przez III Rzeszę jako Polacy. Ale przecież, w razie potrzeb,

bohater w tej kompanii walczy na Tygrysie. Tygrys to flagowy czołg III Rzeszy i miały go na wyposażeniu jednostki elitarne, a nie karne! - Czytałam wspomnienia żołnierza takiej karnej kompanii i też byłam zdumiona, że miała ona na wyposażeniu czołgi. Zapewne nie Tygrysy, ale wie pan, dla przeciętnego Polaka niemiecki czołg to Tygrys. Nawet Pantera jest znacznie mniej znana, a inne niemieckie czołgi to już w ogóle nie miały nazwy, tylko oznaczenie symbolami, Kpfw i numer modelu. To jakoś nie brzmi, że jeździł na przykład na PzKpfw III Ausf. H. Więc ulokowałam mego bohatera na Tygrysie, mając świadomość, że to lekkie nagięcie faktów. Wyłapał pan w mojej powieści sporo uchybień, ale mnie to cieszy, bo znaczy, że czytał pan uważnie. Poza tym jed-

nak część pisarzy przykłada ogromne znaczenie do detali, szczegółów, dla mnie natomiast istotniejsze jest zbudowanie wiarygodnego tła dla fabuły, dla losów jej bohaterów. A przecież to czy walczył na Tygrysie czy na innym czołgu nie ma istotniejszego znaczenia, podobnie jak to, czy mama wołała syna Hanik czy Jasiek. W powieści nie może jedynie, jeśli ma to nie zakłócić wiarygodności, oczywista nieprawda. Więc w Tychach nie może być kopalni, musi być browar. I bardziej mnie cieszy, że pan, redaktor naczelny Ślůnskigo Cajtunga, wydawca książek o historii Śląska, Ślązaków podczas II wojny światowej, nie kwestionuje ogólnej wiarygodności powieści. - Bo to dobra powieść, pokazują Śląsk zupełnie inny, niż opowiada się o nim w polskich podręcznikach, polskich gazetach, na polskich akademiach. Śląsk w pani powieści jest prawdziwy, no, prawie prawdziwy, bo jednak trochę zbyt polski. - Widzi pan, a polscy czytelnicy są na wieczorach autorskich zaszokowani, że taki… niepolski. I ja z jednej strony nad tym ubolewam, z drugiej ich rozumiem, bo moja rodzina ze strony ojca jest na wskroś śląska, tyska, ale ze strony mamy trochę kresowa, trochę kielecka. I ja w młodości o wiele bardziej chłonęłam tę polską narrację, dzieje babci w Batalionach Chłopkich, miłość do Lwowa, ten cały polski patriotyczny romantyzm. Opowieści dziadka z Tychów niby też słuchałam, ale ze znacznie mniejszym zainteresowaniem, jakoś do mnie nie przemawiały. Dopiero historia cioci, która zaniemówiła, która okazywała, że nie rozumie ani słowa z tego, co mówię, chociaż musiała rozumieć – dopiero ona skłoniła mnie do zagłębienia się w śląskość. Zaczęłam ją w sobie odkrywać, tak jak odkrywa ją bohater mojej powieści, Willi, Niemiec z Zagłębia Ruhry, ale syn Ślązaczki. Mnie, podobnie jak jemu śląskość stała równie bliska jak ta druga rodzinna historia, polska. Ja więc sama jestem trochę jak ta powieść, po części polska, po części śląska. Ale i ten Śląsk, przedwojenna polska część, taki był. Przecież sceny, jak niemieccy żołnierze wyjeżdżają pociągiem na front, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła” sobie nie wymyśliłam, ona jest akurat prawdziwa. - Podobnie, jak Powstańcy Śląscy śpiewający w 1921 roku Deutschland, Deutschland űber alles”… - Bo to druga strona tej, niezrozumiałej dla Polaków śląskiej narracji. Polacy lubią, jak historia jest czarno-biała. Ten jest nasz, a tamten jest wróg. Ten jest Polak, a tamten Niemiec. Na Śląsku, zwłaszcza Śląsku II wojny światowej, ten schemat się nie sprawdza. Ślązak w razie potrzeby może stać się albo Polakiem, albo Niemcem, bo tak do końca ani jednym ani drugim się nie czuje. I o tym chciałam opowiedzieć. Ślązakom się ta powieść bardzo podoba,

czują jej autentyzm. Polacy, jak wspomniałam, przyjmują fabułę z niewiarą. Że jak to, polski powstaniec, walczący wcześniej o przyłączenie Śląska do macierzy, nagle staje się folksdojczem? Inni też? No przecież nas uczyli o tym, że Ślązacy przez stulecia zachowali polskość, że za Polską tęsknili, a ci bohaterowie Zaniemówienia nie tęsknią za nią nic a nic. Szanują Rudolfa Zarębę, który przy polskości trwa, ale szanują go za to, jakim jest człowiekiem, a nie za tę polskość. Podobnie Niemca, jednego szanują, innego nienawidzą – zależnie od tego, jaki jest. Zresztą sami wobec siebie też nie mają poczucia jakiejś narodowej wspólnoty, człowieka ocenia się po uczynkach, a nie po narodowej etykietce. Tu nie mogło istnieć pojęcie Dobry Polak czy Dobry Niemiec, a jedynie Dobry Człowiek. Potem, w 1945 roku, nastaje Polska, i nagle ludzi ocenia się po etykietkach. Krzywdzi, lub nagradza, zależnie od etykietki. W efekcie Hilda zaniemówiła. Po polsku, po śląsku, wyjechała do Niemiec i został jej tylko niemiecki. - U pani cioci też to tak wyglądało? Na ile historia powieści jest odzwierciedleniem prawdziwej? - U cioci prawda okazała się o wiele bardziej prozaiczna. To jej niemiecki mąż nie życzył sobie swoim otoczeniu polskiego ani śląskiego, wasserpolnisch, którego od polskiego nie odróżniał. - Zaniemówienie nie jest pani pierwszą powieścią z czasów II wojny światowej, z romansem w tle. Jeszcze bardziej niezwykła jest „Esesman i Żydówka” zaczynająca się tym, że uciekającą Żydówkę znajduje hauptsturmführer SS i zamiast ją rozwalić na miejscu, zaczyna się romans. Historia jeszcze bardziej nieprawdopodobna. - Nie dotyczy Śląska, ale też przyjmowana jest przez polskiego czytelnika z … zaniepokojeniem. Bo przecież esesman musi być zły, a ten znów nie jest czarny, tylko czarno-biały. - Może właśnie dlatego staje się pani pisarką coraz bardziej znaną, że pani powieści są takie nieoczywiste? - Opowieść oczywista dla zasady jest nudna. Sama takiej powieści bym raczej nie doczytała do końca, więc takich nie piszę. I dziękuję za komplement, że jestem coraz bardziej znana. - Tuż na gody, powinszuja wom jeszcze, coby pod mnogimi krisbaumami jako gyszynk leżało Zaniemówienie. - Mówi pan po śląsku jak moja babcia, ja tak niestety już nie umiem. W zasadzie całe życie spędziłam w Gliwicach, a tam się godki niemal nie słyszy. Szkoda. I też życzę, by Cajtung się rozwijał, by przypominał nam i naszą historię i godkę.


6

grudzień 2018r.

Czemu nas nie zabili? Ja bym takich sukinsynów zabił!

Refleksje SS-mana

- Zgonili nos, SSmanów, do baraku. Pokozało sie, co je hań kino. I we tym kinie puścili nom film o Auschwitz. Kiej żech na to patrzoł, toch płakoł. Jak idzie tak traktować ludzi??? Myślołech, że po tym filmie nos wszyjskich zastrzelom. Bo przeca my byli SS, nosili my takie same mundury, jak te wachtyrze z Oświęcimia. Czamu nos niŷ rostrzelali? Niŷ poradzą tego pomiarkować, jo by takich sukinsynůw rostrzeloł – opowiadał mi niemal 50 lat po wojnie.

Bo

pierwszy reportaż z nim napisałem w połowie lat 90. minionego wieku. Obiecałem mu wtedy, że dopóki żyje, nie opublikuję jego wspomnień pod nazwiskiem. Ale nie żyje od kilku lat, postanowiłem więc wrócić do wspomnień Gerarda Brysia, SS-mana, który w peryferyjnej dzielnicy Tychów mieszkał kilometr ode mnie. I znany był jako życzliwy, dobry człowiek. Który wstydził się SS. Nie, nie ukrywał swoją przynależność do tej formacji. Przynależność do niej uważał za hańbę, od czasu gdy po wojnie dowiedział się, czym, poza walką na froncie, SS się zajmowało. A trafił do tej gwardii Hitlera iście po szwejkowsku.

NIŶ ROZUMIA, ALE JAWOHL! - Jo nikej niŷ boł nazistom. Niŷ chciołech iś na wojna, przeca to niŷ moja sprawa. Ale jak ech mioł 18 lot, to przīszeł bilet na stowka. Wehrmacht. Infanteryjo, znaczy piechota. Bołech

czy szmaciorz. Za bajtla dwůch u nos, po Cielmicach jeździło. Jedŷn boł Ślůnzok, i nabroł garcůw, szmat, a doł bajtlowi bele co, nojtańszego lizoka. A tŷn drugi Żyd, uczciwy, dobry, nikej mie niŷ ocyganił. Inszych tyż. Tego piŷrszego my smolili, kożdy czakoł na Żyda. Ale, zdo mi sie, we 1938 się stracił. Padali, co go polski narodowce fest sprali. A i powstańce ślůnski, mieli ůwdy u nos kupa do godki. Niŷradzi mieli Żyda…

WSTYD DO KOŃCA ŻYCIA

n Zdecydowana większość frontowych żołnierzy SS nie miała chyba pojęcia, jak strasznego ludobójstwa dopuszcza się ich formacja na tyłach. sie jak pieron, bo jo talentu do języków ni mom, i chocia byli my już pora lot niby-Niŷmcami, po nimiecku żech godoł a miarkowoł tela, co nic – wspominał 70-letni Bryś, chłopisko wysokie i barczyste. Po kilku tygodniach w koszarach zjawiło się SS. Wszystkich ustawiono w dwuszeregu. – Jo mioł wiŷncyj, jak metr ŏziymdziesiont, toch stoł w piŷrszym abtajlongu. I zaro przīszeł do mie tŷn oficer SS i coś zagodoł. Niŷ zmiarkowołech co, ale żech boł wylynkany, toch ryknoł: Jawohl! SS pojechało, a wachmajster, ze Rybnika boł, pado do mie: - No pakuj się! - Czamu? - Jak to czamu? Zgłosił żeś sie do SS. Za dwie godziny jedziesz do jejch kasarnie.

WALCZYŁ JAK LEW No i tak zaczęła się jego przygoda w SS. Początkowo łatwo nie było, język nie bardzo rozumiał, ale że był rok 1943, Niemcy na frontach zbierali już łomot, to walory ideologiczne SS-mana były mniej ważne, niż sprawność bojowa. A Bryś miał zadatki na Rambo; twardy, silny, zręczny. I z talentem do obsługiwania broni. Nawet mając lat 70 poruszał się jak sprężyna. - Szkolenia niŷ boło ani půł roku. I ostfront. Bili my sie jak lwy, ale przeca niŷ skuli wiary we Hitlera. Sroł go pies. Kożdy wiedzioł, co sowiety SS-manůw niŷ bierom do lagru, ino zaro kula w łeb. Tuż jak ŏni majom do nos tako oferta, my momy do nich inszo: przīdźcie i spróbujcie nos wzionć!

Bo widzisz synek, na froncie to je tak. Eli cie trefi pocisk artylerie, to ani niŷ wiŷsz, żeś umar. Twoja gowa leży dwaiścia metrów we jedna zajta, noga dwajiścia metrów w inszo. Tank to samo. Ale kiej idzie tyraliera, piechota… Ty mosz synek pepesza, jo moja szturmgywera, ŏboczymy fto kogo! Niŷ pytej mie synek, wielach ludzi posłoł do piochu, Rusůw, Amerykonůw. Cyla mom, to tela. Ale jedno mogą ci pedzieć, nikej ech niŷ szczyloł do żodnego, eli som niŷ szeł na mie ze gywerom! Gdy został ranny, pod koniec 1944, przytrafiło mu się, jak sam twierdził, straszne szczęście. – Po kuracji we lazarecie we Bremie, wypisali mie w lutym 1945. Moji dywizje już niŷ boło, toch niŷ pojechoł na ostfront, ino dostołech nowy przīdział, do SS sam, na Zachodzie. Amerykony tyż pojedynczych SS-manůw strzylały, ale jak się poddoł pluton, abo wiŷncyj, to już brali do lagru.

FILM I PŁACZ Pamiŷntom tŷn lager. Przůdzi niŷ boło nic, ino pole, ale zaro przīszły murzīny, bili paliki i naciągali drut kolczasty. Niŷskoro, a byli my już za drutŷm. Kożdy sztaunowoł, co tyż nos czako. Jak niŷ zabili ŏd razu, to możne bydymy żyć? Niŷ powiŷm, boło głodno, murzīny ukradły zygorek, ale nadzieja ŏstała. Aże nom tŷn film puścili. Auschwitz! Katać to tak idzie ludzi zabijać? Było mi źle. Niŷ skirz tego, co mie zaro zabijom. Ino coch nosił tŷn som wafynrok, jak te wachtŷrze ze Auschwitz. Oroz mie tŷn wafŷnrok zaczoł polić. Kiej bych mioł mojo gywera

a jejch ŏboczył, to bych szczyloł. Co za świnie. Ponbůczku, wybocz, co jo boł we SS, a ŏni byli we SS… U Brysia w oczach pojawiły się łzy, choć minęło już pół wieku. Poszedł do kuchni, z szuflady w byfyju wyjął starą, pożółkłą gazetę. Chyba Trybunę Ludu. Otwarł i pokazał małą informację, zaznaczoną flamastrem. I po chwili zaczął opowiadać: - We 1944 roku, zdo mi sie co w marcu, fest nos Rusy nacisły. Tanki, katiusze, piechoty w pierony. Artyleryjski huragan, Taki jedŷn kole mie ŏroz nasroł w galoty i ciepnoł sie, uciekać. Ale chycili go. Wiadomo, gericht, sąd znaczy, wojenny i kula we łeb. Tak ech se myśloł. Ale niŷ! Szterdziści lot niŷskorzŷj trefiłech ta gazeta. To je ŏn (pokazał na nazwisko w notatce „Proces strażnika z Buchenwaldu”). Już wiŷm, skond ŏni tych wachtyrzy brali. Ze takich, co sie załomali na froncie. I byli gotowi zrobić wszyjsko, bele nazod na front niŷ trefić. Wszyjsko… Bryś tego dnia nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Siedział i płakał. Odwiedziłem go parę dni później. Był w znacznie lepszym nastroju. Wróciłem do tego Auschwitz. - Wiŷsz, kiej my wrócili do baraku, poniŷkierze padali, że co przeca były Żydy. Ale jo w cołkim moim zyciu znoł ino jednego Żyda. Haderlok, zna-

Zmieniłem temat:- Panie Geracie, tera w Niŷmcach durś sie trefiajom weterany rostomaitych dywizyj. Wehrmachtu, SS. Kiej by boł tref waszŷj dywizje, pojedziecie? Spojrzał na mnie, chyba zszokowany: - Synek, co ty godosz??? Dyć tera, kiej jo wiŷm ŏ zbrodniach SS, pojechać na taki tref, to podpisać sie pod tymi zbrodniami. Jo każdego dnia rzykom do Ponbůczka, coby mi wyboczył to SS, a ty pytosz, czy na taki tref pojada? Kożdego fto tam przījedzie, winni zaś wrazić do harestu. Bo Bryś po wojnie wrócił na Śląsk. Do dom. Za służbę w SS dostał wyrok, sześć lat więzienia. Odsiedział. Potem trafił do roboty, na kopalnię najpierw Ziemowit, potem Piast. - Jo się roboty niŷ boł. Żodŷn Pstrowski, ale szło pedzieć, coch boł taki maluśki przodownik pracy. Tuż za Gierka zaczli mie cisnonć. „Może byście wstąpili do PZPR”, „Jak wstąpicie do PZPR, pojedziecie na wczasy do Bułgarii”. Se myśla, Bułgaria fajno rzecz, co mi tam. Ale jak ech pedzioł, co może być, kozali napisać życiorys. Nikej ech niŷ cyganił. Życiorys to życiorys. Toch napisoł, że 43-45 bołech we SS. A coch mioł napisać, że robiłech za kapelonka? PZPR dała mi pokůj. I tela mojigo szczynścio. Bo kiej bych sie na stare lata dowiedzioł, żech boł we dwůch organizacjach zbrodniczych, to, padom ci synek, ŏ jedna za tela! Nie wiem, kim Bryś byłby dla tych zwyrodnialców z Wodzisławia. Może bohaterem, bo wszak służył w gwardii ich idola. Wiem jednak, kim byliby oni dla Brysia. W najlepszym razie w twarz by im splunął. Dariusz Dyrda

Zgodnie z polskim rozumieniem historii, pan Gerard Bryś, SS-man, był faszystą. Zgodnie z moim rozumieniem świata, a znałem człowieka, prędzej bym go zakwalifikował do Marsjan niż faszystów. Ale żeby to zrozumieć, trzeba wejrzeć w duszę człowieka, a nie tylko jego szatę (mundur). Dla mnie SS-man Bryś był sto razy bardziej prawym człowiekiem, niż „żołnierz wyklęty”, który w imię ideologii jaką wyznawał, zabijał bezbronnych. Dla mnie Gerard Bryś to dziwny, ale nie wstydliwy, element naszej śląskiej historii. DD


7

grudzień 2018r.

Mity o Korfantym Rozmowa z DARIUSZEM JERCZYŃSKIM, autorem Historii Narodu Śląskiego borczym w Pawłowie omal go nie zlinczowano. Od tego czasu kandydował do Reichstagu z Wielkopolski, z okręgu śródzko-śremskiego, a żonę odesłał do Poznania zanim wywołał rzeź na Górnym Śląsku. W międzywojniu zakupił m.in. majątek ziemski w Wielkopolsce za pieniądze, których dorobił się na sprzedaniu Ślązaków. - Co by jednak nie mówić, wywalczył dla Śląska autonomię… - Wywalczył autonomię? Dobry żart. On tę autonomię dał jako kiełbasę plebiscytową w kontrze do podniesienia przez Niemcy Rejencji Opolskiej do

- Podobno Korfanty, ochrzczony jako Adalbert a nie Wojciech, Polakiem poczuł się dopiero pod wpływem niemieckich nauczycieli, którzy tak bardzo polskość obrzydzali, że aż się tą polskością zainteresował, a jak zainteresował, to w nią wsiąkł. - To jeden z wielu mitów o Korfantym. Polaka z niego zrobili nie Niemcy, tylko ks. Aleksander Skowroński, urodzony w Siemianowicach potomek goroli z kongresówki, polski nacjonalista (taki ówczesny Międlar) i na nieszczęście opiekun siemianowickiej młodzieży gimnazjalnej. Niemcy zrobili tylko błąd, że zafundowali Korfantemu stypendium gimnazjalne. Gdyby skończył edukację na szkole ludowej, Górny Śląsk ominęło by wiele nieszczęść. - Tyle się słyszy o germanizacji, a ty mówisz, że w niemieckiej szkole końca XIX wieku mógł działać polski nacjonalistyczny agitator…

polonizacją mamy do czynienia, gdy zwalcza się ich mowę ojczystą, śląską. Gdy fałszuje się na polską modłę historię Śląska, bajdurzy, że byliśmy pod jakimiś zaborami. Ci propagandziści od rzekomej germanizacji mówią przecież nawet o germanizacji w granicach Austro-Węgier, gdzie można było swobodnie funkcjonować, nie znając słowa po niemiecku. Naturalne natomiast było, że inteligencja i ludność miejska język urzędowy znały. Nie było więc żadnej germanizacji, w tym znaczeniu, jak w polskich podręcznikach historii, natomiast polonizacja była i krytykowali ją nawet polscy konserwatyści z Poznania i Krakowa. Bo dla nich Ślązacy nie byli żadnymi Polakami! - Wielu ludzi uważa, że Korfanty był z Wielkopolski, a na Śląsk się tylko przykludził, jak choćby Andrzej Mielęcki, polski aktywista z Katowic, który jednak sprowadził się tu z kongresówki, spod Piotrkowa.

W sejmie RP padały nawet głosy, że jeśli daje się Śląskowi autonomię a gdy już trafi do Polski, to się ją odbierze – to Polska się politycznie sprostytuuje. Ale to nie był głos Korfantego. Już w 1923, licząc na przeprowadzkę na warszawskie salony, powiedział, że „autonomię wrzuci się do garnka i ugotuje jak kurę” - To co w polskiej propagandzie, w polskiej historiozofii nazywa się germanizacją, było po prostu dążeniem, żeby obywatele poznali język urzędowy państwa, w granicach którego żyją. Podobnie jak zaraz po 1922 roku zaczęto, i robi się to do dziś, uczyć śląskie dzieci po polsku. To nie jest polonizacja, z

- Z Korfantym było inaczej, był Ślązakiem od wielu pokoleń, choć z rodziny o korzeniach bodaj włoskich, zwącej się Corfanti, która w XVI wieku przybyła na Śląsk. Kojarzymy go z Wielkopolską, bo gdy wybrany pierwszy raz w wyborach na Śląsku nie dotrzymał wyborczych obietnic, na kolejnym wiecu wy-

urzędowe i zostali zastąpienie nacjonalistycznym, pseudo-inteligenckim buractwem z Małopolski. W piórka autonomisty ustroił się Korfanty dopiero w 1926, gdy jego sny, że stanie się polskim politykiem nr 1 pękły jak bańka mydlana. - W twoich ustach Korfanty nie jest wybitną postacią. - Z punktu widzenia Ślązaka jest postacią obrzydliwą, sprzedawczykiem. Ale z polskiego punktu widzenia też dość dwuznaczną. Ze wszystkiego, co robił, musiał mieć duże pieniądze. Gdy był szefem polskiego komisariatu plebiscytowego, przyznał sobie ogromne ho-

Z punktu widzenia Ślązaka jest postacią obrzydliwą, sprzedawczykiem. Ale z polskiego punktu widzenia też dość dwuznaczną. Ze wszystkiego, co robił, musiał mieć duże pieniądze. Za polityczne zasługi domagał się – i dostał - posady prezesa w radach nadzorczych koncernu górniczego Skarboferm i Banku Śląskiego. Z kolosalnym wynagrodzeniem, w przeliczeniu na dzisiejsze warunki około miliona złotych miesięcznie. W ciągu kilkunastu lat ten skromny syn górnika z Siemianowic dorobił się na polityce ogromnych pieniędzy. Był na nie pazerny, więc nie wykluczam, że sanacja posadziła go do więzienia za prawdziwe a nie sfingowane przestępstwa podatkowe rangi Prowincji Górnośląskiej. Niemcy dały gwarancję w kwestii referendum na temat wyłączenia Prowincji Górnośląskiej z Prus i podniesienie do rangi kraju związkowego, takiego jak choćby Bawaria. Polską odpowiedzią była właśnie obietnica autonomii. Niektórzy traktowali ją poważnie, w sejmie RP padały nawet głosy, że jeśli daje się Śląskowi autonomię a gdy już trafi do Polski, to się ją odbierze – to Polska się politycznie sprostytuuje. Ale to nie był głos Korfantego. Już w 1923, licząc na przeprowadzkę na warszawskie salony, powiedział, że „autonomię wrzuci się do garnka i ugotuje jak kurę”. Pokazał tym sposobem środkowy palec wszystkim Ślązakom, którzy mówili po śląsku, ale polskiego nie znali, bo zdobyli wykształcenie w państwie niemieckim, a więc w języku niemieckim, znosząc wbrew duchowi Statutu Organicznego równouprawnienie języka niemieckiego (statut organiczny mówił, że Sejm Śląski ustali zakres tego równouprawnienia, a nie że pachołki Warszawy ją zlikwidują), wskutek czego Ślązacy stracili posady

norarium. Za polityczne zasługi domagał się – i dostał - posady prezesa w radach nadzorczych koncernu górniczego Skarboferm i Banku Śląskiego. Z kolosalnym wynagrodzeniem, w przeliczeniu na dzisiejsze warunki około

- A jednak był na Śląsku uwielbiany… - Przez kogo był, przez tego był. Murem stała za nim część dawnych powstańców śląskich i ich rodzin. Sporo tych, którzy w plebiscycie głosowało za Polską. Jednak większość głosowała za Niemcami i dla nich Korfanty był zwykłym zdrajcą. Dla zwolenników niepodległości Górnego Śląska był sprzedawczykiem, bo dostał propozycję proklamacji jego niepodległości, ale ją odrzucił, stawiając na osobistą karierę w Warszawie. Której zresztą ostatecznie nie udało mu się zrobić. A i wśród tych, którzy głosowali w 1921 roku za polskim rajem z propagandy Korfantego, większość była rzeczywistą Polską totalnie rozczarowana. I winą za to, że trafili do biednego, zacofanego państwa, obarczali właśnie Korfantego. Częstokroć przenosząc swoje poparcie na mniejszość niemiecką. Chociaż część później uwierzyła, że tylko on może obronić autonomię przed sanacją. Uwielbiany? Na jego pogrzebie, w 1939 roku było około 5 000 ludzi. Dla porównania w Warszawie na pogrzebie carskiego generała, Rosjanina, Sokratesa Starynkiewicza zjawiło się 100 000. Bo widzieli w nim nie zaborcę, okupanta, ale świetnego prezydenta swojego miasta. Kilka lat przed śmiercią Korfantego, w 1932 liczący dziesiątki tysięcy ludzi w kondukcie żegnał byłego burmistrza Bytomia, Georga Brüninga. Brüning czy Starynkiewicz to byli politycy rzeczywiście uwielbiani. A zaledwie pięć tysięcy ludzi na pogrzebie Korfantego jest miarą jego rzekomego uwielbiania przez Ślązaków. Przecież to ¼ liczebności z 1922 roku Związku Byłych Powstańców i niespełna trzy promile ogółu mieszkańców Górnego Śląska. Co oznacza, że nawet większość tej garstki Śląza-

Zaledwie pięć tysięcy ludzi na pogrzebie Korfantego jest miarą jego rzekomego uwielbiania przez Ślązaków. Przecież to ¼ liczebności z 1922 roku Związku Byłych Powstańców i niespełna trzy promile ogółu mieszkańców Górnego Śląska miliona złotych miesięcznie. W ciągu kilkunastu lat ten skromny syn górnika z Siemianowic dorobił się na polityce ogromnych pieniędzy. Był na nie pazerny, więc nie wykluczam, że sanacja posadziła go do więzienia za prawdziwe a nie sfingowane przestępstwa podatkowe. Choć oczywiście było to sanacji na rękę, bo Korfanty był jej politycznym wrogiem.

ków, dla których w 1921 roku był nieomylną wyrocznią, na jego pogrzebie się nie pojawiła. Dzisiaj można bajdurzyć, że był na Śląsku uwielbiany, ale ten pogrzeb jest dowodem, że w ciągu kilkunastu lat roztrwonił tu swój kapitał polityczny. Ludzie się zorientowali, że to karierowicz, i – mówiąc po śląsku – kabociorz. Rozmawiał Adam Moćko


8

grudzień 2018r.

Mniejszości inwigilowane Kiedy runą żelaznym wojskiem i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą – pisał polski poeta. Być może niebawem zdanie to stanie się doświadczeniem niektórych autorów i czytelników naszego Cajtunga. Bo oto starostowie z zachodniej i południowej Polski dostali od wojska list. Wojsko poleca im zbierać informacje o mniejszościach narodowych, o ich formalnych i nieformalnych liderach.

S

tarostom powiatowym dano na przekazanie informacji czas do września. Wojsko dokładnie sprecyzowało, czego oczekuje. Wojsko oczekuje od powiatowych samorządowców informacji na temat liczebności na ich terenie narodowości innych niż polska, poziomem jej zintegrowania z resztą społeczności, ewentualnych konfliktach i głównych problemach tej mniejszości oraz jej … standardzie życia. Starostowie mają podać też nazwiska formalnych i nieformalnych liderów tych mniejszości. Oraz nazwiska zasadniczo wszystkich, utożsamiających się z inną niż polska grupą etniczną.

STAROSTOWIE MAJĄ BYĆ DONOSICIELAMI Co w praktyce oznacza, że wojsko chce, by starostowie inwigilowali tę społeczność, prowadzili wobec niej działania operacyjne. Bo o ile podanie nazwisk liderów formalnych jest proste – wystarczy sięgnąć do dokumentów rejestrowych stowarzyszeń – o tyle liderzy nieformalni? Na jakiej podstawie starosta ma ocenić, kto takim liderem jest? Na jakiej podstawie starosta ma oceniać poziom zamożności członków mniejszości, poziom jej zintegrowania z resztą społeczeństwa, liczebność mniejszości? Ba, nazwiska członków tych mniejszości. A co najważniejsze, z jakiej racji mają to czynić? W oparciu o jakie przepisy prawne? Bo wojsko na żadne przepisy się nie powołało. Twierdzi tylko enigmatycznie, że informacje te zbiera na potrzeby „teatru działań strategicznych” oraz że interesują je wyłącznie dane ilościowe i jakościowe z poszanowaniem danych wrażliwych. Gdy dziennikarze RMF zapytali o to przedstawicieli Ministerstwa Obrony Narodowej, dowiedzieli się, że wojskowi swoje działania prowadzą „w ramach konstytucyjnego obowiązku ochrony niepodległości, niepodzielności terytorium i nienaruszalności granic”.

DONOSIĆ NA NAJBLIŻSZYCH? Czyli, chociaż nie wprost, powiedzieli, że podejrzewają mniejszości o potencjalne bycie nową V kolumną! To by nawet tłumaczyło pytanie o liderów nieformalnych. W praktyce chodzi o mniejszość niemiecką – i chyba – śląską. Chyba, gdyż mniejszość ta nie jest przez państwo polskie uznawana. Starostowie na Górnym Śląsku będą więc mieli nie lada zgryz, czy mniejszość tę w swoich odpowie-

O ile podanie nazwisk liderów formalnych jest proste – wystarczy sięgnąć do dokumentów rejestrowych stowarzyszeń – o tyle liderzy nieformalni? Na jakiej podstawie starosta ma ocenić, kto takim liderem jest? Na jakiej podstawie starosta ma oceniać poziom zamożności członków mniejszości, poziom jej zintegrowania z resztą społeczeństwa, liczebność mniejszości? Ba, nazwiska członków tych mniejszości. A co najważniejsze, z jakiej racji mają to czynić? dziach dla wojska uwzględniać, czy nie. No bo jak można uwzględniać, coś czego nie ma? Nie można nawet podać nazwisk formalnych liderów, bo wszystkie organizacji mniejszości śląskiej decyzją sądów zostały rozwiązane. Istnieją więc tylko liderzy nieformalni. Starosta tym bardziej nie wie, kto się do innej niż polska grupy etnicznej poczuwa. Chyba, że ktoś, jak Dariusz Dyrda, jednoznacznie i publicznie deklaruje narodowość śląską. Zdecydowana większość ograniczyła się jednak do zadeklarowania jej w anonimowym spisie powszechnym. Starostowie będą mieli bez wątpienia jeszcze jeden zgryz. W województwie opolskim starosta czy burmistrz wybrany z listy mniejszości niemieckiej nie jest niczym niezwykłym. Na całym Górnym Śląsku podczas ostatniego spisu powszechnego narodowość śląską zadeklarował niemal milion ludzi, wśród nich także wielu samorządowców. W niektórych powiatach około 40% mieszkańców. Wiec wśród nich być może także niektó-

rzy starostowie. Teraz mają donosić sami na siebie? Na swoich przyjaciół, krewnych, współpracowników?

ZAGROŻENIE Z ZACHODU? OD SOJUSZNIKA? No i powraca pytanie, po co wojsku, na zachodniej polskiej granicy, takie informacje? Za tą granicą leży sojusznik Polski w NATO, państwo należące wraz z Polską do Unii Europejskiej. Czy wojsko uważa, że z tej strony zagraża coś „niepodległości, niepodzielności terytorium i nienaruszalności granic”? Informacje o mniejszościach narodowych na tych terenach kiedyś już zbierano. Dokładnie, po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Niewiele później mniejszości te, głównie polską, zaczęto represjonować. Czyżby teraz sytuacja miała się powtórzyć, tylko w drugą stronę? Wojsko bez wątpienia swojej akcji nie prowadzi bez porozumienia z decydentami politycznymi, czyli z PiS-em, z ministrem obrony narodowej. PiS swoją polity-

kę opiera między innymi na rozbudzaniu polskiego nacjonalizmu, który nazywa patriotyzmem. A każdy nacjonalizm cechuje represjonowanie a w najlepszym razie stygmatyzowanie mniejszości narodowych i etnicznych. Czy więc owo zbieranie informacji nie jest aby wstępem do takich działań?

PYTANIA O PRAWO I czy jest legalne? Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem żadnym organom administracji nie wolno pytać obywatela o jego narodowość, wyznanie,

orientację seksualną i tym podobne dane wrażliwe. Jeśli nie wolno o nie pytać, to jakby w oczywistym domyśle jest, że danych takich nie wolno też administracji zbierać. Oczywiście w pojedynczych, uzasadnionych przypadkach mogą to robić służby specjalne, ale cedować takie zadania na cywilną administrację samorządową… Czy to na pewno nie narusza obowiązującego w Polsce prawa? - Podzielam te wątpliwości –powiedział nam poseł mniejszości niemieckiej, Ryszard Galla z Górnego Śląska – Dlatego 8 czerwca zwróciłem się z szeregiem pytań do ministra obrony narodowej i ministra spraw wewnętrznych. Pytam w oparciu o jakie przepisy prawa starostowie mają zbierać te informacje. Czy zbieranie i gromadzenie tych informacji zgodne jest z RODO. Czy zbieranie informacji o formalnych i nieformalnych liderach mniejszości nie narusza ich praw obywatelskich i czy nie będzie skutkować stygmatyzowaniem ich przez organy administracji. I wreszcie o to, jakich restrykcji mogą się spodziewać starostowie, którzy nie będą chcieli przekazać tych danych. Posłowi Galli zdarzało się już jednak zadawać ministrom pytania, na które nie uzyskiwał odpowiedzi. Czy tak będzie i tym razem? Zważywszy, że Wojewódzkie Sztaby Wojskowe zadały takie pytania w zachodniej Polsce, jest oczywiste, że chodzi przede wszystkim o mniejszość niemiecką oraz – zapewne – nie istniejące śląską i kaszubską. Jednak swoje zaniepokojenie wyrażają też mniejszości z Polski wschodniej. Przede wszystkim ta, która etnicznie zamieszkuje Polskę wschodnią, ale na skutek akcji przesiedleń po II wojnie światowej, na zachodzie też jest dość liczna. Ukraińcy.

NAPIĘTNOWANIE OBYWATELI Prezes Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma jest przekonany, że to forma napiętnowania, podzielenia obywateli na lepsze i gorsze sorty.

Niemal zawsze w historii zbieranie informacji o mniejszościach narodowych poprzedzało represjonowanie tych mniejszości. PiS-owska Polska zaczęła je zbierać. To prawdziwe wyzwanie dla Ślązaków. Czy znów, jak niemal zawsze w historii, dla świętego spokoju udamy, że nas nie ma? I podpiszemy deklaracje, że jesteśmy Polakami. Czy może jednak tym razem odważymy się pokazać, że jesteśmy sobą? Nie bójmy się, wszystkich nas nie zamkną! Wszystkich nas represjonować nie zdołają. To w sumie decydujący test, czy istnieje naród śląski czy też – jak głoszą polscy nacjonaliści – jesteśmy tylko bandą tchórzy, którzy służą każdemu, kto ich postraszy…


9

grudzień 2018r.

- Tylko ze względu na to, że np. ktoś jest aktywny w środowisku mniejszości, podważa się jego lojalność wobec państwa polskiego – powiedział dla radia RMF FM. Tyma obawia się, że narastająca w Polsce

nika, że chodzi o mniejszości narodowe i etniczne. Kto wie, może w dalszej kolejności wojsko zażyczy sobie danych o mniejszościach religijnych. No bo przecież prawosławny może być bardziej podatny na

Głuptaki w Sejmie i Kościele Marek, dej se już z piwem pokůj!

Na Górnym Śląsku podczas ostatniego spisu powszechnego narodowość śląską zadeklarował niemal milion ludzi, wśród nich także wielu samorządowców. Wiec wśród nich być może także niektórzy starostowie. Teraz mają donosić sami na siebie? Na swoich przyjaciół, krewnych, współpracowników? niechęć wobec cudzoziemców przechodzi na poziom państwowy i zmienia się w nienawiść sterowaną, zarządzaną i wzbudzaną przez instytucje państwa. Dodaje też, że cała sytuacja przypomina mu najgorsze praktyki z czasów PRL. Swojego zdumienia nie kryje też minister obrony narodowej z czasów PO, Tomasz Siemoniak. Zauważa on, że zadaniem wojska jest ochrona obywateli polskich przed zagrożeniami z zewnątrz. Wszystkich obywateli, niezależnie od ich narodowości. Do tego wojsku nie są potrzebne informacje o narodowości obywateli polskich zamieszkujących dane terytorium.

NARÓD TO OBYWATELE W słowach Siemoniaka jest wiele racji. Konstytucja RP powiada, że naród polski to ogół obywateli RP. W myśl konstytucji więc członkiem narodu polskiego jest mieszkaniec Koźla deklarujący narodowość niemiecką, mieszkaniec Chorzowa, deklarujący narodowość śląską i mieszkaniec Sanoka, deklarujący narodowość ukraińską – ale nie jest nim nie mający polskiego obywatelstwa członek Polonii z Chicago czy Kazachstanu. Narodowość to coś zupełnie innego od narodu, co doskonale rozróżniają nauki społeczne, socjologia, politologia. Narodowość to subiektywne odczucie człowieka, natomiast naród obecnie najczęściej definiowany jest (także właśnie w polskiej konstytucji) na sposób

wpływy rosyjskie, a ewangelik na niemieckie. Potem przyjdzie kolej na mniejszości seksualne i wszystkie inne. A każdy, absolutnie każdy, należy do jakiejś mniejszości.

ATAK NA WOLNOŚĆ PRASY? W piśmie do starostów jest jeszcze coś, co bardzo zaniepokoiło nasz miesięcznik, ale powinno też zaniepokoić każdego, dla kogo ważne są swobody demokratyczne, wolność słowa. Otóż Wojewódzkie Sztaby Wojskowe zwracają się do starostów także o analizę środowiska informacyjnego, w tym lokalnej prasy, radia, telewizji, portali internetowych. I ich… podatność na różnego rodzaju wpływy. To znów pytania na które odpowiedź wymaga działań operacyjnych. Niepokoi jednak to pytanie o podatność na wpływy. Nawet bez pytania o jakie wpływy chodzi. Czy to wstęp do wsparcia mediów podatnych na wpływy PiS-u oraz likwidacji podatnych na wpływy wszystkie inne? I czy podatność na wpływy jest czymś złym? Każdy z nas podatny jest na jakieś wpływy. No i na koniec pytanie fundamentalne: czy takie pismo do starostów nie jest sygnałem, że oto rodzi się państwo policyjne, państwo totalitarne? Dla nas Ślązaków, ma ono wydźwięk dodatkowy. Nie tak dawno poseł Waldemar Andzel z Sosnowca sugerował, że Wojska Obrony Terytorialnej w pierwszej kolejności powinny powstać w wo-

Informacje o mniejszościach narodowych na tych terenach kiedyś już zbierano. Dokładnie, po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Niewiele później mniejszości te, głównie polską, zaczęto represjonować. Czyżby teraz sytuacja miała się powtórzyć, tylko w drugą stronę? amerykański, czyli nie jest związany z etnicznością lecz obywatelstwem. I państwo nie ma podstaw podejrzewać swoich obywateli, niezależnie od ich pochodzenia etnicznego i subiektywnego poczucia narodowości o nielojalność wobec państwa. Gdy jednak wsłuchać się w narrację PiS-u, trudno tam znaleźć obywatelskie rozumienie narodu. Naród polski dzieli się tam na obywateli polskich i Prawdziwych Polaków, na lepszy i gorszy sort. Teraz państwo polskie chce przy pomocy wojska tworzyć kartoteki tego „gorszego sortu”. Z wojskowego pisma jasno wy-

jewództwie śląskim, by przeciwdziałać opcji proniemieckiej, do której zaliczył śląskich regionalistów. I umacniać polskość. Do WOT chętnie garną się kibole, stadionowi chuligani i inni nacjonaliści. Co będzie gdy takim, uzbrojonym, ludziom nagle da się do ręki listy formalnych i nieformalnych liderów mniejszości? Runą żelaznym wojskiem i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą? Dariusz Dyrda Nieformalny lider osób nieistniejącej mniejszości śląskiej. Obywatel polski.

Polska popada w głupotę totalną. Nieuctwo rzekomych elit – jeśli za takie uważać posłów i księży – jest większe, niż w średniowieczu. Co więcej, elity te swoim nieuctwem się popisują.

K

siądz nazywa się Daniel Wachowiak i swą posługę pełni w Poznaniu. Gdy odbyła się tam Parada Równości, ksiądz nie krył swego oburzenia. Do tego ma prawo, bo przecież w wielu ludziach bliźni o orientacji homoseksualnej budzą niechęć lub wręcz obrzydzenie. Nic nam do tego. Ale gdy ksiądz zaczyna bajdurzyć, że tęcza na marszach LGBT jest znakiem szatana, bo ma tylko sześć kolorów, podczas gdy prawdziwa - „boska” – aż siedem, to ”Ślůnski Cajtung” wręcz musi zaprotestować. Bo twierdzenie to godzi w pamięć jednego z największych śląskich uczonych, a zarazem… też księdza. To, czego ksiądz Wachowiak nie wie w XXI wieku, ksiądz Witelo odkrył już w wieku XIII. Witelo, jeden z pierwszych uczonych średniowiecza, którzy obserwowanych zjawisk nie

przypisywali siłom boskim, lecz starali się je wyjaśnić rozumem, zajął się akurat optyką. Zajmował się zjawiskiem mgły, tęczy i tym podobnymi. Stwierdził, że to jak je odbieramy, wynika z naszego postrzegania, ale wyjaśnił też ich prawdziwą przyczynę.

NA FIZYKĘ NIE CHODZIŁ W przypadku tęczy jest to oczywiście rozszczepienie światła białego – o czym chyba każdy (poza księdzem Wachowiakiem) uczył się na fizyce. Światło białe w kropelkach wody nie rozszczepia się ani na sześć szatańskich kolorów, ani na siedem boskich – tylko na pełne spektrum barw, od niewidzialnego dla ludzkiego oka nadfioletu, po (również niewidoczną) podczerwień. Poza tym mamy tam setki kolorów widocznych. A w zasadzie tylko trzy, żółty, czerwony i niebieski – wszystkie pozostałe to ich mieszanka. Jak na palecie malarza. Jednak kilka z nich wydaje nam się najmocniejszych, bo nie jesteśmy w stanie gołym okiem zauważyć, że odcieni zieleni jest tam całe mnóstwo, podobnie jak odcieni żółci czy fioletu. Zależnie od sprawności naszego wzroku dostrzeżemy obserwując tęczę w naturze od trzech-czterech do kilkunastu barw. Najczęściej sześć, siedem. Rysując więc tęczę symbolicznie, przyjęło się najczęściej używać właśnie barw siedmiu: czerwony (na zewnątrz łuku), pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, indygo i fioletowy (wewnątrz łuku). Ale nie jest to boski zwyczaj, ani nawet zwy-

czaj zupełnie powszechny. U wielu dawnych mistrzów malarskich widzimy tęcze sześcio- a nawet pięciokolorowe. I nikt w tamtych czasach inkwizycji nie zarzucił im, że malują szatańskie znaki. Wstyd więc tym większy, że ksiądz polski – a więc narodu przypisującego sobie Witelona, potrafi czyjś graficzny symbol tęczy uznać za znak szatana. Na podstawie ilości kolorów, które na tej tęczy się znajdują.

BEZBRODY CZY BEZ MÓZGU? Równą głupotą popisał się właściciel kilku browarów, poseł Kukiz’15 Marek Jakubiak, Ogłosił on (w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita”) że wąsy nosi, ale brody zapuszczać nie zamierza nigdy, bo „Mi się o wszystko zgrywa. Widzę tu duży wpływ muzułmanizmu. Tam jest propaganda noszenia brody jako atrybutu męskości.” To nam wychodzi, że wielu spośród najwybitniejszych Polaków propagowało… „muzułmanizm”. Zarówno znany nam z hymnu hetman Stefan Czarniecki, jak i wieszcze narodowy Adam Mickiewicz, albo hetman Karol Chodkiewicz, który pobił islamskich Turków. Ba, wcale nie polskość chyba, lecz islam propagowali według pana Jakubiaka na Śląsku choćby Karol Miarka, Juliusz i Stanisław Ligoniowie, Paweł Stalmach. Bo wszyscy oni nosili srogie brodziska. Zresztą brodę taką ma na większości renesansowych obrazów i chrześcijański Bóg Ojciec. Czy i on propagował islam??? AM

n Stefan Czarniecki, Karol Miarka i Adam Mickiewicz. Wszyscy mają brodziska. Przywódcy arabscy nie mają…


10

grudzień 2018r.

Majowa wojna domowa Podczas obchodzenia, już od stycznia, hucznych obchodów 100-lecia niepodległości Polski, stale jakoś przemilcza się, że ten region, który trafił do odrodzonej Rzeczypospolitej najpóźniej, bo dopiero w 1922 roku – stał się jej częścią w wyniku wojny domowej i decyzji zachodnich mocarstw.. A niezgodnie z wolą zadeklarowaną przez mieszkańców Spora część Górnego Śląska nie trafiła do Polski dlatego, że tak chcieli Ślązacy, tylko dlatego, że tak chcieli politycy francuscy. Oraz dlatego, że Polska przeprowadziła na Śląsku zakrojona na ogromną skalę akcję dywersyjną, zwaną III Powstaniem Śląskim.

T

ym Śląsk różnił si od reszty Polski. Wszędzie dalej na wschód (i częściowo na północ) wola bycia w państwie polskim była wszechobecna. U nas tę wolę precyzyjnie określił plebiscyt. Za Polską było 40% mieszkańców. Mniejszość! A i to – dodać trzeba – dopiero gdy z referendum wykluczono pytanie o niepodległe państwo śląskie. Taki wariant wygrałby zdecydowanie – czego dowodzi fakt, że gdy w maju 1921 roku doszło do zbrojnego starcia, wcześniejszych orędowników niepodległego Śląska widzimy licznie i po polskiej i po niemieckiej stronie. I jedni i drudzy gdy upadła tak koncepcja, wybierali w ich przekonaniu mniejsze zło. Dla jednych mniejszym złem była Polska, dla innych Niemcy. Jeszcze wcześniej podobna sytuacja miała miejsce na dawnym Śląsku austriackim. Tu koncepcja republiki górnośląskiej cieszyła się jeszcze większą popularnością; i tu także Polska i Czechosłowacja nie dopuściły do takiego wariantu, walcząc pomiędzy sobą, by jak największy kawał regionu wyrwać dla siebie. Tu do wojny domowej nie doszło.

ŻADNE POWSTANIA! Na Śląsku pruskim wydarzenia miały o wiele bardziej dramatyczny przebieg. Tak zwane Trzy Powstania Śląskie są wielkim oszustwem. Pierwsze nie było żadnym powstaniem, tylko próbą wywołania rewolucji komunistycznej. Polscy aktywiści jednak zręcznie przechwycili stery przedsięwzięcia i zaczęli udawać, że to zryw polskiego robotnika przeciwko niemieckiemu kapitaliście. Tymczasem był to po prostu zryw robotnika przeciw kapitaliście – taki sam, z jakim mieliśmy wtedy do czynienia w Rosji i w wielu regionach Niemiec. Drugie „powstanie” było polską zagrywką taktyczną, przez zbliżającym się plebiscytem. Rzeczywiście, przed nim pozycja stron była nierówna, bo teren plebiscytowy kontrolowała niemiecka policja Sicherheitspolizei, która tolerowała działanie niemieckich bojówek . Celem powstania (zbrojnej manifestacji raczej) było wyłącznie zastąpienie jej policją mieszaną – i cel ten osiągnięto, bo Komisja Międzysojusznicza postanowiła w miejsce Sicherheitspolizei powołać mieszaną policję niemiecko-polską. Ponieważ zaś nadzorujące (okupujące?) teren wojska francuskie sprzyjały Polsce, tym razem to polska strona była

uprzywilejowana. W takiej sytuacji zbliżał się plebiscyt.

PLEBISCYT NIE PO POLSKIEJ MYŚLI Mimo bardzo dużej akcji agitacyjnej Polska obawiała się o jego wynik. Wykonując czasem absurdalne ruchy. To na jej wniosek dopuszczono do głosowania ludzi urodzonych na Śląsku, ale tu nie zamieszkujących. Lwowski profesor geografii Eugeniusz Romer, polski ekspert w rokowaniach wersalskich, uroił sobie bowiem, że Ślązacy pracujący w Niemczech przyjadą na plebiscyt by… głosować za Polską. I rzeczywiście, przybyło ich niemal 200 000, ale też niemal wszyscy z nich zagłosowali za Niemcami. Warto o tym wspominać, bo polskie podręczniki przez lata bajdurzyły nam, że to Niemcy ściągnęli na głosowanie tych emigrantów. Tymczasem przybyli na wyraźne żądanie strony polskiej.

takim wariantem zainteresowani, mówiąc, że kartoflisk to Polska ma pod dostatkiem, a chodzi jej o przemysł. I mimo, że wszystkie duże przemysłowe miasta wszystkie zagłosowały za Niemcami, Francuzi dla odmiany cały ten teren chcieli oddać Polsce. Ponieważ Międzysojusznicza Komisja nie umiała się dogadać, wysłała obie wersje do Rady Najwyższej Konferencji Pokojowej w Wersalu. Koncepcja włosko-brytyjska była bardziej logiczna, więc Polacy obawiali się, że w Wersalu to ona zostanie przyjęta.

KIM BYLI WALCZĄCY… Postanowili działać i w nicy z 2 na 3 maja 1921 roku wybuchło „powstanie”. Termin ten nie przypadkiem jest w cudzysłowie. Zaczęło się bowiem od wysadzenia siedmiu mostów łączących Górny Śląsk z resztą Niemiec. Aktu tego

Polscy autorzy opracowań dla odmiany starają się wyolbrzymiać ilość ochotników z Niemiec, którzy walczyli o utrzymanie całego Śląska w granicach tego państwa. Można jednak chyba stwierdzić z całą stanowczością, że nie mniej, niż ¾ Selbschutzu (Samoobrony) stanowili autentyczni Górnoślązacy. W odróżnieniu od strony polskiej także kadra dowódcza (wraz z głównodowodzącym, gen. Karlem Hoeferem z Pszczyny) w znacznej mierze wywodziła się stąd. Tak czy inaczej, śmiało można przyjąć, że nie mniej niż połowa z ponad 100 000 żołnierzy uczestniczących w walkach po obu stronach – to autochtoni. Niemal z każdej wsi, zwłaszcza na zachodniej części Górnego Śląska, był ktoś kto walczył po stronie niemieckiej i ktoś kto walczył po polskiej. Sąsiedzi, często krewni. W tej sytuacji nazywanie tych walk jakimiś powstaniami, a nie wojną domową, jest nadużyciem. Tym

W czasie niemieckiej kontrofensywy część autentycznie śląskich dowódców liniowych domagała się od dyktatora „powstania” Wojciecha Korfantego, by proklamował niepodległe państwo śląskie. Wiedzieli po prostu, że druga strona w tym momencie przestanie być wrogiem a stanie się sojusznikiem w obronie tego państwa. Polska plebiscyt przegrała, a wyniki głosowania wskazują wyraźnie, że im ludność lepiej wykształcona, tym poparcie dla Polski mniejsze. Najlepiej wypadła na wsiach, wygrywając w wielu takich okręgach głosowania, dobrze wypadła w wielu małych miasteczkach, ale we wszystkich dużych miastach wygrali Niemcy. W niektórych przytłaczająco: w Katowicach za Niemcami zagłosowało ponad 85%, w Opolu niemal 95%, w Bytomiu i Zabrzu odpowiednio 75 i 79%. W Chorzowie też 75%. Niemcy wierzyli, że wynik plebiscytu zostanie potraktowany całościowo, podobnie jak nieco wcześniej miało to miejsce w Szlezwiku, gdzie był wybór pomiędzy Niemcami i Danią. Większość zagłosowała za Niemcami i cały region pozostał w Niemczech. Jednak zwycięskie mocarstwa decydowały inaczej. Wielka Brytania i Włochy chciały mniej więcej przestrzegać wyników plebiscytu i przyznać Polsce te kawałki obszaru plebiscytowego, gdzie opcja polska wygrała, i które graniczyły z Polską. Chodziło w zasadzie o rolnicze powiaty pszczyński i rybnicki. Polscy politycy nie byli jednak

zaś dokonali, przerzuceni w tym celu przez granicę, zawodowi polscy oficerowie. Zupełnie jak rosyjskie akcje na Krymie czy w Donbassie. Ale nie byli to jedyni polscy żołnierze, którzy w tym czasie znajdowali się już na Śląsku. Od kilku miesięcy Francuzi przymykali oko, gdy Polska przerzucała przez granicę na Przemszy i Brynicy ludzi, uzbrojenie i amunicję. Plan „spontanicznego zrywu ludu śląskiego” został starannie opracowany przez polskich sztabowców ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Znawcy spierają się, czy w szeregach „powstańczych” autentycznych Ślązaków było mniej niż 50%, czy też może więcej, niż 80%. Bez wątpienia jednak cała plejada znanych później polskich wysokich oficerów, pułkowników, generałów, ba, marszałków nawet, przebrana za cywilów walczyła w „powstaniach śląskich”. Bez wątpienia do szeregów „powstańczych” przerzucono wprost kilka tysięcy żołnierzy, innych zwalniając ich wcześniej ze służby (manewr świetnie znany obecnie w wykonaniu Rosjan na Ukrainie). A za tymi pociągnęły rzesze ochotników z całej Polski.

bardziej, że trudno mówić o powstaniu, gdy obie walczące strony mają wsparcie z zewnątrz.

STRONA PRONIEMIECKA WYGRYWA, ALE… Walki trwały przez cały maj i sporą część czerwca. Stronie polskiej dzięki zaskoczeniu udało się początkowo zająć większą część obszaru plebiscytowego, ale gdy obrońcy niemieckości Śląska się otrząsnęli z zaskoczenia, przeszli do kontrofensywy. Po bitwie pod Górą św. Anny (St. Annaberg) w dniach 2126 maja, inicjatywa była już zupełnie po ich stronie. Przed kompletną klęską stronę propolską uchroniła tylko nierozstrzygnięta bitwa nad Olzą, w okolicach Raciborza (ze strony polskiej dowodził, a jakże, przerzucony przez granicę podpułkownik z Wielkopolski, Bronisław Sikorski). Ale zwycięstwo strony proniemieckiej i tak było już przesądzone, dlatego Polacy przekonali Komisję Międzysojuszniczą do rozejmu i wycofania wszystkich oddziałów obu stron z całego terenu plebiscytowego.

Symbol „Grupy Wawelberga”, polskiego oddziału dywersyjnego (dziś powiedziano by raczej terrorystycznego), który w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku dał sygnał do „Powstania” wysadzając mosty łączące okręg przemysłowy z zachodnią częścią Górnego ląska.

Koniecznie trzeba tu wspomnieć, o czym kompletnie zapomniał abp Wiktor Skworc (czytaj str. 5), że w czasie niemieckiej kontrofensywy część autentycznie śląskich dowódców liniowych domagała się od dyktatora „powstania” Wojciecha Korfantego, by proklamował niepodległe państwo śląskie. Wiedzieli po prostu, że druga strona w tym momencie przestanie być wrogiem a stanie się sojusznikiem w obronie tego państwa. Korfanty na ten krok jednak się nie zdecydował. Część z tych oficerów, na czele z Franciszkiem Merikiem założyła jeszcze w 1921 roku Związek Dawniejszych Powstańców na rzecz Górnośląskiej Niepodległości. Co ciekawe, gdy okazało się, że cel jest nierealny, ci niedawni „powstańcy śląscy”, na czele z Merikiem, opowiedzieli się za szeroką autonomią całego obszaru plebiscytowego, , ale w ramach … Niemiec. W wyniku „powstania” wyrażającego rzekomo wolę ludu śląskiego, zachodni sojusznicy zdecydowali się przyznać większość okręgu przemysłowego Polsce. To jej przypadły miasta, których mieszkańcy w ogromnej większości zagłosowali, że do Polski nie chcą. Bo trzeba powiedzieć wprost: to nie była żadna wojna o podłożu narodowym, etnicznym. Chodziło tylko o to, kto opanuje jeden z najbogatszych i najnowocześniejszych wówczas okręgów przemysłowych świata. Polityczny gracze wszystkich stron myśleli tylko o tym, jedynie „mięso armatnie” wierzyło, że chodzi o jakieś ideały. Adam Moćko


11

grudzień 2018r.

Skurczony Śląsk Dla żadnego naszego czytelnika tajemnicą nie jest, że barwy górnośląskie są żółtoniebieskie, a naszym herbem jest żółty (złoty) orzeł na niebieskim tle. Dlatego te barwy znajdują się w herbach wielu górnośląskich gmin i flagach obu górnośląskich województw. Ale dlaczego w herbach Wadowic, Żywca, Oświęcimia? Przecież to Małopolska!

A

jednak nie ma żadnych wątpliwości. Heraldyka tych miejscowości jest na wskroś górnośląska. Jeszcze ciekawsza jest heraldyka powiatu oświęcimskiego, która nawiązuje od orła nie górnośląskiego lecz dolnośląskiego czy raczej ogólnośląskiego. Mamy tam czarnego orła, podobnego do tego, jaki widnieje w herbie Wrocławia albo godle Republiki Czeskiej. Oprócz Wadowic, Żywca, Oświęcimia górnośląski złoty orzeł pojawia się także w herbach sąsiednich miast i miasteczek, jak

Państwa te stały się częścią Polski w XVI wieku, ale nie zostały podbite, lecz po prostu królowie Polski je od tutejszych Piastów kupili. Tworząc w nich, na terenie województwa krakowskiego, powiat śląski, który przetrwał aż do III rozbioru Polski. Tak więc można stwierdzić, że nieprawdą jest, że przedrozbiorowa Polska nie miała ani kawałka Śląska. Miała, do Polski należały śląskie Oświęcim, Zator, Żywiec, Wadowice, Kęty. Potem stały się (w Austro-Węgrzech) częścią polskiej Galicji. Efekt jest taki, że Polska wprawdzie spore kawałki Śląska miała od stuleci – ale dziś tereny te Śląskiem nie są, ich mieszkańcy Ślązakami się nie czują. Jeśli ktoś mówi, że pod wpływem polskiej kultury, nie broniąc się przed nią – możemy pozostać Ślązaka-

mia Lubuska”, choć nawet nie wiedzą, skąd słowo „Lubuska” się bierze. Dziwią się, że od miasteczka Lubusz (niem. Lebus) leżącego dziś w Niemczech. Rzeczywiście, Lebus jest historyczną stolicą Ziemi Lubuskiej, tyle że Zielona Góra nigdy do niej nie należała. Zawsze była Śląskiem. Teraz już nawet na polskiej Wikipedii nie znajdujemy informacji, że Zielona Góra jest (przynajmniej historycznie) częścią Śląska, choć owszem, znajdziemy, że nigdy przed 1945 rokiem, nie należała do Ziemi Lubuskiej. n Śląski herb Kęt przed rokiem 1998. I obecny, już nie śląski. wał, gdzie jest Śląsk, jego kawałków do Saksonii albo Brandenburgii nie włączał. Nie robią tego również Czesi, w ich granicach ad-

Miasto Kęty w 1998 roku zmieniło swój herb, zastępując żółtego orła w niebieskim polu – orłem białym w polu czerwonym. Zatarto tam, z premedytacją, ostatni ślad śląskości mi, zachować swoją mowę, swoją tożsamość, to właśnie te tereny są dowodem, że nie możemy. Tam tożsamość śląska zanikła zupełnie. Ślady po niej zostały tylko w tej heraldyce. A i tam są zacierane, bo na przykład miasto Kęty w 1998 roku zmieniło swój herb, zastępując żółtego orła w niebieskim polu – orłem białym w polu czerwonym. Zatarto tam, z premedytacją, ostatni ślad śląskości. Przykład ten pokazuje, że jeśli Śląsk jest w Polsce, to się zapada, kurczy. We wszystkich innych państwach, do których leżał

ministracyjnych Śląsk jest wyraźnie wyodrębniony.

ODRYWANE POWOLI TERAZ W Polsce sprawa wcale nie skończyła się na byłych księstwach Oświęcimskim i Zatorskim. Proces ten widzimy także dziś. Na południu, w pobliżu tego księstwa Zatorskiego, neguje się już śląskość Bielska i okolic, nazywając je jakimś Podbeskidziem. Które-

Nieprawdą jest, że przedrozbiorowa Polska nie miała ani kawałka Śląska. Miała, do Polski należały śląskie Oświęcim, Zator, Żywiec, Wadowice, Kęty. Potem stały się (w Austro-Węgrzech) częścią polskiej Galicji. Efekt jest taki, że Polska wprawdzie spore kawałki Śląska miała od stuleci – ale dziś tereny te Śląskiem nie są, ich mieszkańcy Ślązakami się nie czują. choćby czy Brzeszcze. Czyżby więc teoria, że po orłach tych możemy rozpoznać, czy jesteśmy na Górnym Śląsku, czy nie jesteśmy – się nie sprawdzała?

wcześniej, jego granice były administracyjnie szanowane. W Niemczech mógł postępować proces germanizacji, ale nikt nie nego-

mu bliżej do Małopolski, niż Śląska. Dalej na zachód mamy odwieczny Górny Śląsk a dokładniej tę jego część, która nazywana jest

Śląskiem Cieszyńskim. Ale i tam coraz częściej można usłyszeć, nawet od miejscowej inteligencji, że to nie Śląsk, tylko Galicja, więc Małopolska. Nawet leżące poza Polską tereny tego Śląska Cieszyńskiego nie są dla Polaków Śląskiem, tylko jakimś Zaolziem. Podobny proces dzieje się w samym środku Śląska, gdzie między Dolnym a Górnym, panoszy się jakaś „Opolszczyzna” sklejona po połowie z ziem górnośląskich i dolnośląskich z małym małopolskim dodatkiem.

O tym, co jest, lub kiedyś było, Górnym Śląskiem, wciąż świadczą herby miast. Nie zmienia to jednak faktu, że Śląsk jest w Polsce coraz mniejszy. I jest to po części celowa polityka państwa polskiego. Ale po części tego, że śląskość dla imigrantów z innych części Polski nie wydaje się atrakcyjna. Jeśli atrakcyjna się nie stanie, to nasz region będzie się kurczył dalej. Najpierw odpadną okolice Lublińca, gdzie już w cza-

Śląsk jest w Polsce coraz mniejszy. I jest to po części celowa polityka państwa śląskiego. Ale po części tego, że śląskość dla imigrantów z innych części Polski nie wydaje się atrakcyjna. Jeśli atrakcyjna się nie stanie, to nasz region będzie się kurczył dalej. Także tu powoli słowo Śląsk odchodzi w zapomnienie. Owszem, powoli, ale i w okolicach Oświęcimia nie trwało to szybko. Jeszcze w połowie XX wieku spotykano tam ludzi o górnośląskiej tożsamości; dziś 40-letni niektórzy mieszkańcy Libiąża, Oświęcimia, Zatora wspominają, że dziadkowie mówili, iż są Ślązakami. Oni sami ze Śląskiem związku nie czują już żadnego. Podobnie, choć szybciej, stało się na północnych krańcach Śląska (Dolnego). Szybciej, bo tam po 1945 roku nie zostali niemal żadni autochtoni. Dlatego dziś mieszkańcy Zielonej Góry stanowczo protestują, że ich miasto leży na Śląsku. Dla nich to jakaś „Zie-

ODERWANE, SPOLONIZOWANE Niezupełnie, z obserwacji tej wynika raczej, że Śląsk się … kurczy. Bo kilkaset lat temu nikt nie miał wątpliwości, że Oświęcim, Zator, Wadowice i cała reszta tych terenów, to Górny Śląsk. Stanowiły część księstwa górnośląskiego, a po jego rozpadzie na mniejsze – księstwa cieszyńskiego. Jednak śląscy Piastowie dzielili między synów swe państewka na coraz mniejsze, i tak na początku XIV wieku z księstwa cieszyńskiego wyłoniło się oświęcimskie, a niewiele później z oświęcimskiego – jeszcze zatorskie.

NIE BRONIĄC TOŻSAMOŚCI, NIE BRONIMY GRANIC

n Herby miast dawnych księstw oświęcimskiego i zatorskiego. Tylko ich symbolika przypomina, że kiedyś był to Śląsk.

sach, gdy leżał w województwie częstochowskim nawet Ślązacy zastanawiali się, czy naprawdę są Ślązakami, czy tylko im się tak wydaje. Potem odpadnie południe, od Bielska po Jastrzębie, gdzie tożsamości śląskiej też jest mało. Potem „opolszczyzna”. I za kilkadziesiąt lat dowiemy się, że Górny Śląsk to teren od Gliwic po Mysłowice, od Tarnowskich Gór po Rybnik, Mikołów, Pszczynę. I tyle. Czy możemy temu przeciwdziałać? Możemy, ale samo mówienie, że „my som Ślůnzoki” to za mało. Ci z Oświęcimia też tak sto lat temu mówili. I dziś ich nie ma. Joanna Noras


12

grudzień 2018r.

1000 lat historii Polski - niemiecka zasługa To, że Śląsk swój gospodarczy rozwój w XIX wieku zawdzięcza Niemcom, nie ulega żadnej wątpliwości dla każdego, kto choć pobieżnie zna jego historię. Ale – co ciekawe – także istnienie państwa polskiego byłoby tylko historyczną ciekawostką, gdyby nie Niemcy. Dokładnie rzecz biorąc – jeden Niemiec.

G

dyby nie on, o Polsce w podręcznikach historycznych środkowej Europy byłyby jedynie krótkie wzmianki, jak o innych pierwotnych państwach słowiańskich, państwie Samona, Rzeszy Wielkomarawskiej, czy Wiślanach. Bo gdyby nie ten Niemiec, to cała historia Polski trwałaby lat około 70, czyli krócej niż Wielkiej Morawy. W jej przypadku mamy państwo czterech po kolei władców i na tym koniec. Podobnie, gdyby nie ten Niemiec, państwo Polan ograniczałaby się do czasów trzech władców, Mieszka I, Bolesława Chrobrego i Mieszka II. I tyle. Bo gdy Chrobry zmarł, w 1025 roku, na państwo jego syna rzucili się wszyscy wrogowie ojca. A Chrobry jako pierwszy (ale wcale nie ostatni) zdążył zrobić sobie wrogów z niemal wszystkich sąsiadów.

n Sarkofag Henryka III w katedrze w Spirze.

MIESZKO, POCZĄTEK ROZPADU PAŃSTWA Jego syn, Mieszko II był równie wojowniczy, jak ojciec, ale wojny prowadził mniej szczęśliwie a i dyplomacja mu szwankowała. Po kilku latach walk Mieszko musiał z kraju uciekać, a gdy udał się do Czech (jedynego sąsiada, z którym nie był w konflikcie) został uwięziony i wykastrowany. W 1032 roku musiał przystać na żądanie cesarza, aby podzielić państwo pomiędzy siebie, wygnanego przed laty brata Ottona i brata stryjecznego Dytryka. Wprawdzie zdołał ich przepędzić jeszcze raz, ale gdy dwa lata później umierał, pozostawił państwo w stanie konfliktów wewnętrznych, pozbawione wszystkich nabytków terytorialnych ojca (Ruś za jego rządów odzyskała Grody Czerwieńskie, Niemcy zajęli Miśnię i Łużyce). Słabość władzy Mieszka spowodo-

wała także, że w wielu miejscach państwa odrzucono niedawno narzuconą religię chrześcijańską i wrócono do tradycyjnych wierzeń Słowian.

KAZIMIERZ – PAŃSTWA JUŻ NIE MA W tej sytuacji tron po ojcu odziedziczył Kazimierz. Odziedziczył, ale nie objął. Możnowładcy bowiem w latach Mieszka przyzwyczaili czuć się niezależni, gdy więc Kazimierz spróbował rządów silnej ręki, ci zjednoczyli się i go wypędzili. Na Mazowszu możnowładca Miecław stworzył własne państwo, Śląsk odzyskali Czesi (pustosząc też Wielkopolskę), matka Kazimierza, Rycheza, z cesarskiego niemieckiego rodu zwiała do ojczyzny z insygniami koronacyjnymi Bolesława Chrobrego i Mieszka II, a sam Kazimierz został wygnany na Węgry. Powstanie ludowe na Śląsku i w

skiej rebelii stał być może młodszy brat Kazimierza, Bolesław. To by wyjaśniało, dlaczego imię jego usuwano z kronik, i w historii nazywany jest Bolesławem Zapomnianym. Tak czy inaczej, nastąpił koniec państwa Polan! Rozpadło się, jak sto lat wcześniej jeszcze potężniejsza Rzesza Wielkomorawska. Książę Kazimierz nie miał specjalnych szans wrócić do swojego państwa, na Węgrzech też był zresztą niemile widziany. W tej sytuacji jedynym miejscem, gdzie mógł się udać były Niemcy, których cesarz ogromnym szacunkiem otaczał swoją ciotkę Rychezę.

HENRYK III, ZBAWCA POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI Ten cesarz to Henryk III Salicki i właśnie on jest człowiekiem, któremu od prawie 1000 lat Polska zawdzięcza ist-

Gdyby nie ten Niemiec, to cała historia Polski trwałaby lat około 70, czyli krócej niż Wielkiej Morawy. W jej przypadku mamy państwo czterech po kolei władców i na tym koniec. Podobnie, gdyby nie ten Niemiec, państwo Polan ograniczałaby się do czasów trzech władców, Mieszka I, Bolesława Chrobrego i Mieszka II. I tyle. Wielkopolsce likwidowało resztki chrześcijaństwa. Na czele antychrześcijań-

nienie. Kazimierz miał farta, bo właśnie wtedy, gdy zwiał do Niemiec, Henryk uzyskał cesarski tron. Kazimierz był kuzynem cesarza, a jego stryjowie – bracia Rychezy – należeli w cesarstwie do osób pierwszoplanowych. Jeden był arcybiskupem kolońskim, drugi księciem Szwabii. Poza tym Kazimierz, rówieśnik cesarza Henryka, szybko znalazł z nim wspólny język. No i niemiecki cesarz podjął decyzję: postanowił pomóc kuzynowi w odbudowaniu jego polskiego państwa! Henryk III Salicki podjął chyba najważniejszą decyzję w dziejach Polski, za którą w każdym polskim mieście (a w Krakowie to już na pewno) powinien mieć pomnik. W 1039 roku z Niemiec wyruszył do ojczyzny Kazimierz, wiodąc 500 ciężkozbrojnych niemieckich rycerzy ( z giermkami i pocztami kilka tysięcy wojowników), zebranych dzięki poparciu finansowemu i autorytetowi Henryka III. Na czele wojska tego odzyskał Kraków z Małopolską, potem też Wielkopolskę.

n Tak Odnowiciela wyobrażał sobie Matejko.

RUS TEŻ POMÓGŁ Wtedy także książę ruski uznał, że warto Kazimierzowi pomóc, zwłaszcza, że z mazowieckim Miecławem miał stale zatargi. Wyswatał więc swą siostrę z Kazimierzem i wraz z nim pobił Miecława – a Kazimierz i Mazowsze przyłączył do swojego państwa. Na koniec, po licznych wojnach z Czechami, odzyskał nawet Śląsk – choć nie do końca, bo zobowiązał się płacić Czechom z niego coroczny trybut (rodzaj daniny): 30 grzywien złota i 500 srebra.

POLSKA ODRODZONA Po niemal 20 lat od uzyskania pomocy Henryka III umierał już jako władca państwa ponownie zjednoczonego, chociaż w odróżnieniu od dziada Bolesława i ojca Mieszka II nie zdołał się koronować na polskiego króla. Mimo tego w historii Polski nosi słuszne miano Kazimierz Odnowiciel. Tylko uczciwiej byłoby nazwać go Odnowicielem z Niemiecką Pomocą. Bo bez tej pomocy w podręcznikach byłby zapewne zapis, że w połowie lat 30. XI wieku państwo polskie rozpadło się definitywnie. Diabli wiedzą, co dziś byłoby tu zamiast niego. Opisane wyżej wydarzenia nie są żadnymi odkryciami. Zna je każdy polski historyk. Tylko darmo w ich nauczaniu o własnej historii usłyszeć, że cały ten tysiąc lat historii Polski zawdzięczają cesarzowi Henrykowi III z dynastii Salickiej. Że tak naprawdę zasługuje on na tytuł Odnowiciela Polski przynajmniej w takim samym stopniu jak Kazimierz z rodu Piastów. Adam Moćko


13

grudzień 2018r.

Ślązacy pod Grunwaldem

I rzekł do nich: „Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?” Oni odpowiedzieli: „Niczego”. „Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! Albowiem powiadam wam: to, co jest napisane, musi się spełnić na Mnie: Zaliczony został do złoczyńców. To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu”. Oni rzekli: „Panie, tu są dwa miecze”. Odpowiedział im: „Wystarczy” (Łk 22, 35-38).

K

rzyżacy byli zakonnikami. Mało wiemy o ich życiu duchowym, w Polsce przedstawia się ich jako bestie, ale to bajki. Na pewno medytowali nad biblią, a nad jedynymi fragmentami Nowego Testamentu, które odnosiły się do broni, to już na pewno. Cytat ten znali. I postanowili użyć go – na wpół humorystycznie, na wpół prowokacyjnie, pod Grunwaldem. To dlatego posłali Jagielle „dwa nagie miecze”. Biblijne dwa miecze. Jako wezwanie, by wyrzec się doczesności i pójść za Chrystusem.

NIE ZROZUMIELI ŻARTU Krzyżacy byli chrześcijanami z krwi i kości. Polski król, Jagiełło, był neofitą, więc chrześcijaninem lekko podejrzanym. A na pewno nie dorównującym krzyżakom w teologii. Wezwanie przeciw chrześcijanom na pomoc pogańskich Tatarów, musiało oburzać Europę. Dlatego rankiem 15 lipca 1410 roku posłali Jagielle dwa miecze. Dla nich odniesienie do ewangelii było oczywiste. Oni, gestem tym, pokazali się jako pokorni słudzy Chrystusa, ofiarujący dwa miecze. Zakpili, bo przecież Jagiełło nie był Chrystusem, tylko wodzem pogańskich, tatarskich, wojsk, które dopiero co mordowali chrześcijańską ludność. Krzyżacy myśleli, że stawiają przed Jagiełłą kwadraturę koła. Jeśli miecze przyjmie, zrówna się ze zbawicielem. Jeśli nie przyjmie, wyjdzie na tchórze. Krzyżacy nie przewidzieli jedynie, że w Polsce biblii nikt prawie nie zna (podobnie jak dziś), więc finezyjnego żartu nikt nie zrozumie. A tak się stało. W Polsce do dziś ich gest funkcjonuje, jako objaw pychy.

n Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki. Obalony rycerz z koniem, to książę Konrad, pan na Oleśnicy, ale też sporej części Górnego Śląska. Wyraźnie widać śląski herb na jego zbroi.

BITWA INNA, NIŻ U SIENKIEWICZA Po co ten wstęp? Ano po to, by pokazać, że od 600 lat ta bitwa, Grunwald, której właśnie mieliśmy rocznicę, przedstawiana jest w fałszywym świetle. Ta cała wojna przedstawiana jest w fałszywym świetle. Nawet strony te wojny przedstawiane są w fałszywym świetle. Więc i udział Ślązaków w niej też jest przedstawiany w fałszywym świetle! Zacznijmy od początku. Gdy pokazać wykształconemu Anglikowi czy Francuzowi

cji i cnót rycerskich. W kulturze Zachodu inaczej niż w polskiej – taki przetrwał stereotyp Krzyżaka. Polski, wysoce krzywdzący, stworzył im w XV wieku Jan Długosz a utrwalił Henryk Sienkiewicz. Zachodni jest prawdziwszy. I nam, Ślązakom, bliższy, bo także nasze rycerstwo, nasi książęta, masowo ciągnęli na dwór w Malborku, podobnie jak cała Europa. Z drugiej strony była Polska, która niby do Europy należała, ale właśnie się spiknęła z tym dzikim wschodem, poprzez oddanie królewskiego tronu wschodniemu dzikusowi.

Piastów. Bo od dobrych kilkudziesięciu lat relacje między Polską a Śląską były gorzej niż złe. Ale też łatwo pojąć, że Piastom śląskim decyzja polskich możnowładców była nie w smak. I w tej sytuacji dochodzi do wojny polsko-krzyżackiej. Śląscy Piastowie od dawna nie są już panami niepodległych państw, ich księstwa są częścią cesarstwa i korony czeskiej. Ale to nie znaczy, że są poddanymi cesarza i czeskiego króla. Średniowieczne zależności lenne są o wiele bardziej skomplikowane. Wasal jest winien swojemu suzere-

Krzyżacy w średniowiecznej Europie byli uosobieniem wszystkiego, co najlepsze. Najwyższy poziom nauki i techniki, najwyższa cywilizacja, najwyższa organizacja a przy tym wielkie cnoty chrześcijańskie. Bogaty rycerz francuski, włoski, angielski, nim odziedziczył zamek swego ojca, wybierał się do Krzyżaków po nauki. Sztuki gospodarowania, sztuki budowlanej, sztuki wojennej, dyplomacji i cnót rycerskich. W kulturze Zachodu - inaczej niż w polskiej – taki przetrwał stereotyp Krzyżaka krakowski pomnik grunwaldzki i wyjaśnić, jakiego wydarzenia dotyczy, zrobi wielkie oczy: „- To jak to, w Polsce się czci tę bitwę, w której kwiat zachodniego rycerstwa został rozbity przez dzikie hordy ze wschodu?”. To tak, jakby u nas czcić zwycięstwa Mongołów Dżingis-Chana. Bo dla nich między hordami Dżingis-Chana, a hordami Jagiełły niewielka jest różnica.

KRZYŻACY – EUROPEJSKA DUMA Za to Krzyżacy… Krzyżacy w średniowiecznej Europie byli uosobieniem wszystkiego, co najlepsze. Najwyższy poziom nauki i techniki, najwyższa cywilizacja, najwyższa organizacja a przy tym wielkie cnoty chrześcijańskie. Bogaty rycerz francuski, włoski, angielski, nim odziedziczył zamek swego ojca, wybierał się do Krzyżaków po nauki. Sztuki gospodarowania, sztuki budowlanej, sztuki wojennej, dyploma-

Człowiekowi, który nie pochodził z żadnego wielkiego europejskiego rodu, a do tego jeszcze niedawno był poganinem.

OBRAŻENI PIASTOWIE Śląscy książęta jeszcze bardziej byli wściekli. Byli wszak Piastami, z tego samego rodu, z którego wywodziła się wymarła właśnie kujawska linia, z Władysławem Łokietkiem i Kazimierzem Wielkim. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by piastowski tron przypadł komuś innemu, niż Piast. Więc dla nich oczywiste było, że na krakowski tron jakiś Piast zostanie zaproszony. Swoich aspiracji nie krył książę Władysław Opolski, i pewnie nawet węgierski król wolałby wydać córkę Jadwigę za tego swojego najbliższego współpracownika, ale szlachta polska się sprzeciwiła i wybrała Jagiełłę. Ich rachuby, sojusz z Litwą, można zrozumieć, ale oprócz tego była ich niechęć do śląskich

nowi pomoc wojskową i nie szkodzenie mu, ale nie oznacza to jeszcze, że jest mu winien posłuszeństwo. A jeśli suzeren się w wojnę między sąsiadami nie wtrąca, to jego wasale mogą w tej sprawie postępować wedle swojej woli. Czeski król w wojnie polsko-krzyżackiej nie opowiedział się po żadnej ze stron. Śląscy wasale mogli więc prowadzić własną politykę zagraniczną.

KALKULACJE PIASTÓW Kierowali się przy tym własnymi interesami, własnym rozeznaniem sytuacji. Z jednej strony mieli ten zadawniony żal, że na krakowskim tronie zasiada ten „dzikus” a nie któryś z nich. Z drugiej strony rosnąca potęga ich niepokoiła, wszak mimo przysięgi, jaką złożył Kazimierz Wielki, że Polska już nigdy nie będzie sobie roiła pretensji do Śląska, Jagiełło mógł zechcieć sięgnąć po piastowskie dziedzictwo. Z

trzeciej strony – czuli się częścią cywilizacji Zachodu, podobnie jak Zakon. W Malborku bywali częstymi gośćmi. Wszystko przemawiało za tym, by poprzeć Krzyżaków. Wszystko, poza jednym – jeśli Jagiełło wygra, to ich położenie, maleńkich rozdrobnionych sąsiadów potężnego królestwa będzie bardzo trudne. Ostatecznie większość książąt zachowała się podobnie jak król czeski – niby pozwolili swojemu rycerstwu na wojnę wyruszyć, po tej czy tamtej stronie, ale żaden z kilkunastu książąt śląskich nie wyruszył sam. Woleli zostać i czekać.

HONOROWY KONRAD Poza Konradem Oleśnickim. On został trochę postawiony pod ścianą, bo gdy wybuchła wojna, był akurat w Malborku, jako gość Zakonu. W tej sytuacji uznał, za jedyne zachowanie zgodne z rycerskim honorem, to opowiedzenie się po krzyżackiej stronie. Jego chorągiew była czwartą najpotężniejszą w krzyżackiej armii. Choć sam nie był jakimś wrogiem Jagiełły, wszak niewiele wcześniej przez pewien czas był w Krakowie paziem jego żony. Konrad trafił pod Grunwaldem do krzyżackiej niewoli, co zresztą Matejko uwiecznił w „Bitwie pod Grunwaldem”. Inna sprawa, że książę ubrany jest tam zgoła nie bitewnie, a w ręku dzierży… berło rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Alegorie Matejki zazwyczaj miały głęboki sens, ale o co chodziło w tej, nikt nie zdołał rozszyfrować. Konrad się z niewoli wykupił, potem nawet walczył z Krzyżakami po stronie Jagiełły. Ale obawy książąt śląskich okazały się poniekąd słuszne. 30 lat po Grunwaldzie syn Jagiełły spróbował zająć śląskie księstwa i włączyć je do swojego państwa. Śląscy Piastowie, mimo że rządzący rozdrobnionymi księstewkami, zdołali atak odeprzeć. Zaś niechęć między Polską a Śląskiem rosła i w zasadzie rosnąć miała aż do XIX wieku. Ale to już zupełnie inna historia. Robert Grychtolik


14

grudzień 2018r.

Nojlepszy gĕszynk 35zł

30zł

We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!

45zł

35zł

35zł

A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?

35zł

35zł

35zł

35zł

5zł

30zł

30zł

5zł

Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 501 411 994, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.

* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!


15

grudzień 2018r.

FIKSUM DYRDUM

Ja,

jo wiym (kole Opolo pedzom: jo wia), co kupa ludzi czako, cobych zaś napisoł felieton polityczny. Ale jak ȏ polityce pisać, kiej wyndzok wysnożony, flajsz zapeklowany, rostomaite pieczki, mandle narychtowane; krisbaum na placu już czako, coby go przīsmyczyć a ȏbciepać glaskulami – jak na tako przīleżytość pisać ȏ ȏszkliwỳj polityce? Jakoś mi tak niỳpeć. Ale z drugiej strony rok 2018 wbrew ocenie wielu, nie kończy się dla nas, jako nieudany. Nigdy- od niemal stu lat - nie mieliśmy śląskiej partii, a teraz mamy aż dwie. Są dwie, więc muszą aktywnie walczyć o wyborcze, śląskie głosy na przyszłość. A to oznacza, że muszą tryskać aktywnością, jak RAŚ sprzed dekady. Więc oczekuję, że pomysłów promowania śląskości będzie wysyp, a za pomysłami pójdzie realizacja. Więc wierzę, że w 2019 będzie się działo. Bo już się dzieje. Państwo może godki nie uznawać, a ja widzę, jak ona się wdziera w życie publiczne. Jak szyldy coraz częściej są po śląsku, nie po polsku. Jak sklep z papierosami zachwala, że sam kupisz kożde cygarety, a sklep z ciuchami dumnie wabi szyldem: Szrank! Jak na stoiskach festynowych coraz częściej nie ma pajdy ze smalcem, tylko sznita z tustym. Dla mnie to są objawy, że język śląski odżywa i przestaje być wstydliwy - a nie pogadanki takich czy owakich kanapowych stowarzyszeń i nie „śląskie izby” coraz częstsze w szkołach.

Zmarnowana okazja Dla mnie fakt, że nowy mysłowicki prezydent na jednych billbordach życzy wesołych świąt, ale na innych winszuje radosnych godůw jest ważniejszy, niż to, co sobie tam polski sejm w kwestii godki ustali. Bo nie da się zadekretować ani, że jakiś język jest, albo że go nie ma. O tym decydują użytkownicy, a nie prezes

go regionu, jak próbują udawać politycy PiS-u. Był w zasadzie Polski kompromitacją i pokazał, co uczyniła ona z tego kwitnącego regionu. Za to wszystkie śląskie organizacje - też się do winy poczuwam – zmarnowały szanse, by pokazać, że to kraina żółto-modra, nie biało-czerwona, i opowiedzieć tym 20 ty-

zję przeoczyłem, ale czemu przeoczyli wszyscy??? O czym to ja… Wątek mi uciekł, bo byłem w międzyczasie do wyndzoka zajrzeć. Kustnie już wonio… Aha, już wiem. Nie możemy na przyszłość takich okazji marnować, i nie pokazywać się światu jako region górniczy, którym –

Katowicki szczyt klimatyczny nie był żadną promocją ani Polski, ani naszego regionu, jak próbują udawać politycy PiS-u. Był w zasadzie Polski kompromitacją i pokazał, co uczyniła ona z tego kwitnącego regionu. Za to wszystkie śląskie organizacje - też się do winy poczuwam – zmarnowały szanse, by pokazać, że to kraina żółto-modra, nie biało-czerwona, i opowiedzieć tym 20 tysiącom gości z całego świata naszą piękną, bogatą historię Kaczyński, muzykant Kukiz, Schetyna krótkoszyi czy rolnik z PSL-u. Podobnie rzecz się ma z językiem. W całej naszej historii nikt, kto Śląskiem władał, nas w sumie za odrębny naród uznać nie chciał, a przecież trwamy. To wielkie rzeczy, że i obecni nie chcą… Katowicki szczyt klimatyczny nie był żadną promocją ani Polski, ani nasze-

siącom gości z całego świata naszą piękną, bogatą historię. Dopiero dziś (wtorek 18 grudnia) pomyślałem, że należało wydać 10 000 bezpłatnych egzemplarzy Cajtunga po angielsku i do tych wpływowych ludzi ze świata dotrzeć z informacją o nas. To co, że nie o klimacie! Ciekawa opowieść jest ciekawa, o czymkolwiek by nie była. Ja oka-

chcemy czy nie- nieuchronnie być przestajemy, ale jako kawałek bardzo nowoczesnej Europy, wtłoczony w państwo o postrosyjskiej mentalności. Do którego nie pasujemy, a fakt, że nas zauważyć nie chce – dowodzi, jak bardzo nie pasujemy. Wielki (mimo wad pewnych) Ślązak twierdzi, że jesteśmy dupowaci. Twierdził, bo pisząc te słowa wszedłem w in-

ternet dowiedzieć się, jak z jego zdrowiem – i jak grom z jasnego nieba: właśnie zmarł! Gdybym dowiedział się parę godzin wcześniej, ten felieton byłby pewnie o Kazimierzu Kutzu. A tak… twierdził, że jesteśmy dupowaci. I jednak miał rację, bo zmarnowana okazja pokazania Ślůnzoków na szczycie klimatycznym tej dupowatości dowodzi. Ta dupowatość wiele razy pozwalała nam przetrwać, bo nie pchaliśmy się z własnej woli tam, gdzie często strzelali kulami a rzadko dzielili gyszynkami. Ale na dupowatości nie da się niczego zbudować. Dlatego, choćby przez pamięć Kutza, czas z nią zerwać. I, choćby tylko dla prowokacji, rzucić hasło: Ślązacy są pod polską zaborem! Bo komu i kiedy niby Ślązacy potwierdzili, że chcą do Polski należeć? Ostatni raz taką wolę przynależności nasi śląscy książęta wyrazili jeszcze w średniowieczu, składając hołd królowi Czech. Potem już decyzje o naszej przynależności zawsze podejmowali inni. Raz Niemcy, raz Francuzi, innym razem Józef Stalin. Ciekawe, co pomyśleliby uczestnicy katowickiego szczytu klimatycznego, gdyby taki przekaz do nich trafił. Ale nie trafił. Czemu? Bośmy dupowaic! Dariusz Dyrda

PISZE CÓRKA NACZELNEGO

N

iby nie lubię tych świąt. Nigdy nie lubiłam, bo kiedy chciałam poczytać ciekawą książkę, ojciec kazał ubierać choinkę, a na stół uroczystej wieczerzy podawano potrawy, za którymi nie przepadam: ościstego karpia, makówki (maku nie cierpię, rodzynek jeszcze bardziej!) – więc nawet prezenty pod choinkę nie umiały tego osłodzić. I te śmieszne życzenia między ludźmi, którzy mieszkają ze sobą na co dzień, rozmawiają, kochają się, jak to rodzina, a teraz nadęci tacy muszą się łamać opłatkiem i składać życzenia tego i owego. Najgorsze, że babcia, którą przecież kocham bardzo, z upodobaniem życzy mi zawsze rzeczy, których ja sam sobie wcale nie życzę. No i jeszcze to śpiewanie kolęd… Niby pod koniec szkoły muzycznej, skrzypiec już szczerze nie cierpiąc, chciałam zostać piosenkarką. Chodziłam nawet na lekcje profesjonalnego śpiewu, ale gena nie wydłubiesz, talent wokalny odziedziczyłam po ojcu Dariuszu, a to znaczy, że gdy w jednej frazie zaśpiewam jedną nutę czysto, to jest dobrze. Jako piosenkarka mogłabym rywalizować tylko z siostrami Godlewskimi (jeśli nie znacie – polecam posłuchanie w internecie) – ale jakoś nie chcę. One lubią, żeby się z nich śmiano, a we mnie aż tyle

Z daleka - jest piękna poczucia komizmu nie ma. Więc to śpiewanie kolęd zawsze było dla mnie katorgą. To już chyba wolałam, jak w dzieciństwie kazano mi je grać na skrzypcach – choć skrzypce znienawidziłam nie-

libyśmy się zazwyczaj na narty – uznawałabym je za czas nieudany. Jedyna świąteczna tradycja, którą lubię, to ta nowa i świecka, czyli wypad ze znajomymi na pasterkę do pubu. Tak, wiem, że starszych lu-

Z jaką chęcią wysłuchałabym tych babcinych gderliwych życzeń. I wycałowała ją za nią serdecznie. Z jaką chęcią siadłabym z książką u ojca koło choinki (bywały i inne prezenty, ale ojciec od czasu, jak

Gdyby podczas świąt nie było przerwy szkolnej, a w ich drugi dzień nie wybieralibyśmy się zazwyczaj na narty – uznawałabym je za czas nieudany. Jedyna świąteczna tradycja, którą lubię, to ta nowa i świecka, czyli wypad ze znajomymi na pasterkę do pubu. Tak, wiem, że starszych ludzi to może razić, ale ja lubię i moi znajomi też mal na początku mojej muzycznej edukacji. Grałam na nich tylko dlatego, że nie chciałam się rozstać ze szkolną klasą, a przecież nie można chodzić do szkoły muzycznej i nie grać. Nie to, co moja starsza siostra Ewa, która skrzypkowania jest magistrem i gra przecudnie. Gdyby podczas świąt nie było przerwy szkolnej, a w ich drugi dzień nie wybiera-

dzi to może razić, ale ja lubię i moi znajomi też. Ale tak to było, gdy spędzałam święta na Śląsku, a spędzałam je tu do 19 roku życia. Potem jedne w USA i dwa razy w Anglii. Z dala od bliskich, od rodziny. Kiedy z tych wszystkich atrakcji został niemal wyłącznie ten pasterkowy pub, jakoś sam na atrakcyjności stracił.

skończyłam osiem lat wie, że dla mnie, wśród prezentów pod choinkę, książka znaleźć się musi) i nawet skosztowała makowca, choć raczej ciast innych. Makówek i moczki, którymi próbuje uraczyć mnie niezmiennie ojciec, udało mi się jak dotychczas uniknąć. Jakoś tak w tych Junajted Stejds a potem Grejt Britajn, gdy nadchodzi wieczór 24 grudnia, robię się

markotna.I ten mój markot (jak jest słowo markotny, to i markot musi być!) trwa prawie aż do sylwestra. Rok temu, tu w Anglii, wielkopolska koleżanka próbowała mnie poczęstować … kluskami z makiem. Maku nie lubię, ale byłam ciekawa, cóż to takiego kluska z makiem. Może coś w rodzaju kluski ze śliwką? Ale nie, podała mi wymieszane z makiem i bakaliami łazanki. I ja to mam jeść??? Brrr. Łazanki to ja w wigilię mogę zjeść w zupie grzybowej, ale nie z rodzynkami! Niewiele wiliji znam poza śląską. Ale śląska, patrząc nie z perspektywy tej dawnej, tylko obecnej, anglosaskiej, jest cudowna. Gdy dziadek śpiewa na zmianę jedną zwrotkę z Cicha Noc, Święta Noc, a drugą ze Stille Nach, Weilige Nacht – to ja wiem, że jestem w domu. Gdy ten podarek nie jest od Aniołka, tylko gyszynk od Dzieciontka, to ja jestem w domu. I zazdroszczę całemu mojemu rodzeństwu – sztuk trzy – że oni bydom kole tego krsibauma, pod kierym Dariusz do gyszynki, a mie gyszynk ino na konto przīdzie… Zofia Dyrda


16

grudzień 2018r.

Książka, na którą wielu z naszych Czytelników długo czekało – już jest. Już ją wysyłamy, rozwozimy po Śląsku. Jeśli zgłosicie się do nas, chętnie zorganizujemy u Was wieczór autorski, NA KTÓRYM Gott mit Uns będzie po promocyjnych cenach.

To sie werci poczytać:

„Dante i inksi” Mirosława Syniawy, to antologia wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena

Ksiůnżka ślůnsko – nojlepszy gĕszynk pod krisbaum!

23 złote

Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Richtig Gryfno Godka”? „Gott mit Uns”? „Asty Kasztana”? Eli ni mosz, terozki festelno szansa kupić je blank tanio. W księgarni komplet tych książek kosztuje średnio około 155 zł. U nas – razem z kosztami wysyłki – wydasz na nie jedynie !!! 120 złotych!!! Ale możesz je oczywiście kupić także osobno. Koszt przesyłki – 9 złotych. W przypadku zamówienia powyżej 100 zł – przesyłka gratis. Można zamówić internetowo: megapres@interia.pl lub telefonicznie: 501-411-994. Można też zamówić, wpłacając należność na konto: 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Prosimy przy zamówieniu podawać numer telefonu kontaktowego. Instytut Ślůnskij Godki 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53

„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskij nacyje” to druga część skrzącego się humorem kryminału z elementami fantasy, rozgrywający się na dzisiejszym Śląsku. Autor, Marcin Melon, jest anglistą, co w książce widać szkół - cena 28 złotych

„Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego – to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron, format A-4, cena 60 zł.

„Asty Kasztana, Ginter Pierończyk – „opowieści o ląsku niewymyślonym”, to autentyczna saga rodziny z katowickiego Załęża. Jak się żyło w Katowicach śląskim pokoleniom? Historia przeplatana nie tylko zabawnymi anegdotami , ale też tragicznymi wspomnieniami i pięknami zdjęciami z prywatnych zbiorów. 92 strony, formak A-5. Cena 15 zł.

„Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyrdy – to jedyny podręcznik języka śląskiego. W 15 czytankach znajdziemy kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, a pod każdą czytanką autor wyjaśnia najważniejsze różnice między śląskim a polskim. Wszystko to uzupełnione świetnym słownikiem polsko-śląskim i śląsko-polskim. 236 stron, format A-5. Cena 29 zł.

„Gott mit Uns - ostatni żołnierze” Mariana Kulika. To wspomnienia ostatnich Ślązaków, służących w armii III Rzeszy. Stare opy spominajom przedwojenno Polska, służba przy wojsko i to, co sie sam dzioło, kiej przīszły Poloki a Rusy. Fascynująca lektura. 240 stron, format A-5, Cena 29 zł.

„Ich książęce wysokości” - to dzieje władców Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wicman Ecik z Masztalskich, ale będącego też wybitnym znawcą kultury i historii regionu - cena 30 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ślunski Cajtung 12/2018 by KO production - Issuu