GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ
CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE
NR 6/7 12 (42) (57)CZERWIEC/LIPIEC grudzień 2016r. 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 2,00 ZŁ (8% VAT)
Gorący czas, spokojna gazeta
O
statni numer Cajtunga w tym roku nie jest, mimo świąt, radosny. Ale z czego się tu cieszyć, kiedy społeczeństwo, także śląskie, jest chyba bardziej podzielone, niż w grudniu 1981 roku. Wówczas wrzenie społeczne sięgało zenitu – i dziś, po 35 latach, znów się tak dzieje. Staramy trzymać się z daleka od bieżącej polskiej polityki – ale nie da się, jeśli kolejny polski rząd uderza w tradycyjną śląską gałęź gospodarki, górnictwo. I to w sposób oszukańczy, bo właśnie ten rząd obiecywał, że żadnej kopalni nie zamknie. Piszemy o tym na stronie 4. Na stronie 6-7 rozmowa z posłanką, ale nie tyle dotycząca bieżących wydarzeń, co na temat projektów ustaw o języku śląskim, mniejszości etnicznej. No ale młoda posłanka Monika Rosa podczas tych debat pokazała się, jako największy orędownik naszej sprawy w sejmie. Kiedyś na Wiejskiej reprezentował nas Marek Plura, dziś rolę tę przejęła właśnie ona. Na stronie 5 przypominamy słynnego „ślązakożercę” Piotra Spyrę. Który domaga się uznania praw mniejszości polskiej w Niemczech. Jakoś brak praw Ślązaków go nie martwi. No a na stronie 2 o tym, czym za kilka dni zacznie żyć Europa, a co polski sejm zlekceważył – czyli o Roku Reformacji. Reformacji, która niegdyś objęła niemal cały Śląsk i jest częścią naszego dziedzictwa. Wracając do polityki – ustawy dekomunizacyjne nakazują zmiany nazw ulic. Większość miast jeszcze się za to nie zabrała, więc opublikowaliśmy dla samorządowców ściągę z wybitnymi postaciami śląskimi. I to takimi, które nie powinny wzbudzać kontrowersji. Poza tym piszemy o tych, którzy w latach 1953-1989 próbowali legalnie wyjechać ze Śląska do Niemiec, a na stronach 14-15 zapowiadamy niezwykłą książkę. Są to wspomnienia ostatnich żyjących Ślązaków z armii III Rzeszy. Ich refleksje na temat wojny, przedwojennej Polski i wiele innych. „Gott mit uns” ukaże się w styczniu, ale my drukujemy już jej fragmenty. Zapraszamy więc do lektury, i do siego, 2017, roku! Szef-redachtůr
Opa, ponknom sie już samstond, ja?!
Winszujĕmy Wom: - Zocnych Godnych Świont - Szumnego krisbauma - Zabranego Dzieciontka A na 2017 rok, cobyście niĕ mieli żodnych starości, żodnŷj utropy, a zaś coby my wszyscy we naszym hajmacie byli coroz barżyj u sia! Redakcjo
2
grudzień 2016r.
To ważna część także śląskiego dziedzictwa
Nadchodzi Rok Reformacji Niemal cała Europa będzie obchodzić Rok Reformacji. Bo 500 lat temu, w 1517 roku, Marcin Luter przybił na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze swoje 95 tez, dążących do reformy w Kościele Katolickim, do zaprzestania kupczenia odpustami i tym podobnych wypaczeń nauk Chrystusa. Co ciekawe, 450 lat później II Sobór Watykański przyznał… Lutrowi wiele racji.
n KPo zwycięstwie katolicyzmu (1648) cesarz w ramach zawartego pokoju zezwolił na wybudowanie na Śląsku trzech ewangelickich „Kościołów Pokoju” – w Świdnicy, Jaworze i Głogowie. Dwa z nich istnieją do dzisiaj, i są to największe drewniane budynki na świecie. Kościół w Świdnicy (na zdjęciu) od 2001 roku znajduje się na światowej liście dziedzictwa UNESCO.
KONTYNUATOR HUSA Reformacja zainicjowana przez Marcina Lutra błyskawicznie rozprzestrzeniała się po Europie. Przyjmowały ją kolejne kraje, a jednym z pierwszych był Śląsk, zresztą podobnie jak cała korona czeska, do której należał. I nic dziwnego, Luter był niejako kontynuatorem nauk Jana Husa, wcześniejszego o nieco ponad 100 lat czeskiego ka-
Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów
redakcja nie zwraca.
POLSKA PRESS Sp. z o.o.,
Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec
znodziei, który podobnie jak Luter próbował zreformować Kościół, i spłonął za to na stosie. Czesi – a wraz z nimi część Ślązaków - przez sto lat walczyli o swoją husycką religię. A gdy zostali pokonani, nagle pojawił się Luter, który wydawał się jego kontynuatorem. Nic więc dziwnego, że Czechy i praktycznie cały Śląsk niemal natychmiast przyjęły jego religię. Katolicyzm na Śląsku niemal zaniknął. I było tak do 1618 roku. Cesarz niemiecki Maciej coraz bardziej prześladował protestantów, w efekcie czego wybuchło wtedy czesko-śląsko-łużyckie powstanie przeciw niemu. Wojna trwała wiele lat, ale ostatecznie cesarz zwyciężył i rozpoczęła się – chwilami brutalna – rekatolicyzacja Śląska. Niemniej na Śląsku religia wg Lutra w dużym stopniu przetrwała aż do naszych czasów. Reformacja to ważna część dziedzictwa Śląska.
SEJM ZLEKCEWAŻYŁ WŁASNĄ TRADYCJĘ Zresztą Polski też. Jej „złoty wiek” (II połowa XIV i początek XVII) niemal w całości pokrywa się z okresem swobód religijnych w Rzeczypospolitej i ogromnego wpływu protestantów na państwo.
Jednak potem Polska dokonała ostrego zwrotu ku katolicyzmowi, uprzykrzając życie innowiercom. Pokrywało się to z okresem upadku jej znaczenia. Tak więc reformacja jest dziedzictwem Śląska, Polski, Europy. Jej znaczenie dostrzega też papież Franciszek bierze udział w obchodach Roku Reformacji. Nie chcą tego dostrzec polscy katolicy. Polski parlament odrzucił wniosek o uznanie roku 2017 – Rokiem Reformacji. Będzie za to na przykład Rokiem Rzeki Wisły, Tadeusza Kościuszki, Józefa Piłsudskiego i Rokiem Koronacji Matki Boskiej Częstochowskiej, Królowej Korony Polskiej. Owszem, to również okrągła rocznica, w 2017 roku przypada 300. lat nałożenia ikonie korony. Jednak odrzucenie jubileuszu Reformacji jest trwaniem w pogardzie dla innowierców, zapoczątkowanej w XVII wieku. Trwaniem w pogardzie dla wspólnego dziedzictwa Europy.
TO NIE ŚWIĘTOWANIE ROZŁAMU Zwłaszcza, że upamiętnienie Reformacji nie jest postrzegane przez ewangelików jako świętowanie rozłamu w Kościele. Jego organizatorzy wyraźnie mówią, że jest pytaniem o aktualność
Ewangelii, o prawo do jej interpretacji. Rok Reformacji ma być w Europie (ale także choćby w USA) wielkim wydarzeniem ekumenicznym. Polski Sejm nie chce w tym współpracować. Może to mniej ważne w Polsce wschodniej, gdzie protestantów było niewielu. Ale na Śląsku, gdzie do dziś w każdym większym – a i mniejszych też – mieście jest świątynia ewangelicko-augsburska (czyli „luterańska”) to raczej dowód pogardy władz dla „gorszego sortu”. A może i lęku, bo nie jest żadną tajemnicą, że coraz więcej śląskiej (polskiej zresztą też) inteligencji przechodzi na protestantyzm. Osoby takie można znaleźć choćby w ścisłym szefostwie RAŚ.Do polskiej wersji katolicyzmu zniechęca ich jego zabarwienie narodowe (sprzeczne z pojęciem „katolicki” czyli powszechny) oraz wtrącanie się kleru w każdy aspekt życia politycznego. No i powierzchowność polskiej wersji religii katolickiej, gdzie biblię mało kto czyta. Zniechęceni do kleru, szukają jednak łączności z Chrystusem, i znajdują ją w kościele ewangelicko-augsburskim. Joanna Noras
MARTIN LUTHER (1483-1546) wcale nie chciał rozbijać Kościoła. Widział w nim jednak wiele zła, więc wierzył, że uda się go zreformować. Ten niemiecki zakonnik (augustianin)i wykładowca teologii przeżył wstrząs w 1510 roku, podczas podróży do papieża. Zobaczył papieża zajętego wojnami i politycznymi knowaniami, bluźniercze żonglowanie sakramentami, czy wreszcie… odprawianie w pośpiechu siedmiu mszy świętych przy jednym ołtarzu! Bo za każdą zapłacono. Czarę goryczy przelała znacznie zwiększona przez papieża Leona X sprzedaż odpustów – na spłatę kościelnego zadłużenia. Przerażali go sprzedawcy odpustów przekonujący, że żal za grzechy i pokuta nie są potrzebne tym, którzy wykupili odpust za grzechy. Gdy V sobór laterański (1512-17) nie ukrócił tych praktyk, Luter zdecydował się na jawny manifest – swoje 95 tez. Najważniejsze wydają się trzy: Teza 1: Gdy Pan i Mistrz nasz Jezus Chrystus rzecze: „pokutujcie”, to chce, aby całe życie wiernych było nieustanną pokutą. Teza 36: Każdy chrześcijanin, który za grzechy żałuje prawdziwie, ma i bez listu odpustowego zupełne odpuszczenie kary i winy. Teza 62: Istotny, prawdziwy skarb kościoła to święta ewangelia chwały i łaski Bożej. Papiestwo próbowało przywołać Lutra do porządku,- nie wdając się z nim w żaden dialog i zmusić do odwołania swoich nauk, ale on, mając już gwarancję bezpieczeństwa w osobie księcia elektora saskiego, odmówił. W 1519 roku, gdy zaniepokojony popularnością jego nauk Kościół podjął dysputę, Luter stwierdził, że nieomylny nie jest ani papież, ani sobór a jedynie sama biblia. To spowodowało papieską bullę przeciw Lutrowi i nakaz spalenia jego pism. 3 stycznia 1521 papież Leon X ekskomunikował Lutra na zawsze, co oznaczało, że każdy katolik może go bezkarnie zabić. Rozłam w kościele zachodnim stał się faktem.
3
grudzień 2016r.
Nojlepszy gĕszynk pod krisbaum!
35zł
30zł
We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!
45zł
35zł
35zł
A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?
35zł
35zł
35zł
35zł
5zł
30zł
30zł
5zł
Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 535 998 252, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.
* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!
4
grudzień 2016r.
Po obiecankach-cacankach przyszło gorzkie rozczarowanie
Narasta górnicza złość Polska nigdy śląskiego górnictwa nie rozpieszczała. Nawet wówczas, gdy było niby perełką w jej głowie. Bo także wówczas niszczono nasz region, fedrując na zawał, a różne metody „motywacyjne” były tak naprawdę bezwzględnym naciskiem na zwiększenie wydobycia. Ale nikt nigdy nie oszukał śląskich górników tak, jak obecna władza. Która w kampanii wyborczej obiecywała im, że żadna kopalnia nie zostanie zamknięta – a rok po przejęciu władzy, akurat w trakcie Barbórki i Bożego Narodzenia, likwiduje śląskie kopalnie. Posyłając na bruk górników – dokładnie tych górników, którzy jej zaufali i w 2015 roku właśnie na PiS oddali swoje głosy. OSZUKAŁA WŁASNA NAIWNOŚĆ „PiS nas oszukał” – mówią dziś ci górnicy. Ale to nie do końca jest prawda. Sami się oszukiwali wierząc, że partia ta jest w stanie dotrzymać obietnic, które hojnie składała na lewo i prawo, aby pozyskiwać głosy. Dziwnym trafem zapominając, że tym, którzy łatwo i dużo obiecują, raczej nie należy wierzyć. Nie słuchając tych, którzy już wtedy mówili, że na 500+ w budżecie państwa nie ma pieniędzy. Jeśli jednak ten postulat wprowadzono, to trzeba wszędzie indziej przykręcać kurki, szukać pieniędzy gdzie się da. A państwo, które nałożyło na siebie takie zobowiązania, nie ma pola manewru. Musi likwidować wszystko, co – choćby przejściowo – przynosi mu stra-
ty. Państwo tak zarządzane nie ma na inwestycje. I wszyscy ci, którzy wierzyli, iż będzie inaczej, nie zostali oszukani przez PiS. Głosując na PiS sami się oszukali. Nie zmienia to faktu, że jeszcze nikt nigdy nie informował górników o zamykaniu kopalń pomiędzy Barbórką a Bożym Narodzeniem. Tymczasem właśnie wtedy o definitywnych takich zamiarach rządu PiS dowiedzieli się górnicy ostatniej zabrzańskiej kopalni węgla kamiennego – Makoszowy. A obietnice o poszukiwaniu prywatnego inwestora traktują jako ponury żart.
SZYDŁO NIE WSZĘDZIE MIESZKA Wszyscy doskonale wiedzą, że takim inwestorem może być tylko energety-
n KWK Krupiński w Suszcu ma podzielić los kopalni Makoszowy.
n Kopalnia Makoszowy – jej pracownicy dostali od PiS-u koszmarny prezent na Dzieciątko. ka. O ile jednak manewr ten uratował kopalnie Brzeszcze, o tyle w przypadku innych może być gorzej. Bo przecież Brzeszcze to rodzinne miasto i okręg wyborczy premier Beaty Szydło, więc
ką górnika i nie pozwoli zamknąć żadnej kopalni. Teraz górnicy nawet nie mogą wręczyć jej petycji – mówił jeden z rozżalonych uczestników wyprawy do Brzeszcz.
PiS. Teraz musi się opowiedzieć albo za rządem, albo za swoimi członkami, górnikami ze śląskich kopalń. Jeśli stanie po stronie rządu, to NSZZ Solidarność nie ma już czego na kopalniach
Jeszcze nikt nigdy nie informował górników o zamykaniu kopalń pomiędzy Barbórką a Bożym Narodzeniem. Tymczasem właśnie wtedy o definitywnych takich zamiarach rządu PiS dowiedzieli się górnicy ostatniej zabrzańskiej kopalni węgla kamiennego – Makoszowy tam porażka wizerunkowa PiS-u byłaby szczególnie dotkliwa. W Zabrzu mniej. Górnicy kopalni Makoszowy rozpoczęli więc podziemny protest, ale liczba protestujących spada. – Ludzie boją się, że ci, którzy w proteście będą brali udział, nie dostaną potem roboty w innych kopalniach. A ja mam dzieci na utrzymaniu – mówi nam jeden z górników, który zdecydował się na rezygnację ze strajku. Strajkujący przekonują, że z taką presją psychologiczną nie spotykali się chyba od stanu wojennego. – Kazano nam podpisywać listy obecności, dawano do zrozumienia, że ci, którzy będą strajkować, nie znajdą po zamknięciu tej kopalni pracy w innych – mówią górnicy. Słowa te potwierdzał Jerzy Hubka, przewodniczący związku zawodowego kopalni Makoszowy. Część górników wybrała się do Brzesz, pod dom premier Szydło. Tam chcieli jej przypomnieć wyborze obietnice. Nie zostali jednak dopuszczeni przez Biuro Ochrony Rządu. – W kampanii wyborczej mówiła, że jest cór-
W podobnej sytuacji są górnicy KWK Krupiński. Oni nie godzą się na przeniesienie zakładu do Spółki Restrukturyzacji Kopalń, bo wiedzą już, że oznacza to początek zamykania kopalń. A twierdzą, że przy inwestycji rzędu 250 milionów, która pozwoli zmienić profil wydobycia z węgla energetycznego na koksowniczy, kopalnia stanie się rentowna na wiele lat. Przy zyskach Jastrzębskiej Spółki Węglowej to nie są jakieś kolosalne pieniądze. Sęk w tym, że rząd zapewne te pieniądze potrzebuje na inne cele.
GORĄCE ŚWIĘTA W WARSZAWIE Ogółem mówi się o 7 do 14 kopalniach do likwidacji. To aż nadto, by poderwać do walki całą branżę, a górnicze wyprawy na Warszawę, z paleniem opon, zna cały kraj. Tym razem jednak poważny zgryz ma Solidarność, zazwyczaj protestów tych organizator. Dotychczas wiernie stała przy rządach
szukać. Śląscy górnicy znajdą sobie inną platformę artykułowania swych oczekiwań. Pisać w miesięczniku o sytuacji w górnictwie nie jest prosto – jest ona bowiem dynamiczna, zmienia się z dnia na dzień. Być może okres świąt będzie dla górników i rządów Beaty Szydło bardzo nerwowy. Dla całego Śląska też, bo jakkolwiek wielu ludzi zgadza się także u nas, że górnictwo jest branżą schyłkową, to jednak trudno się pogodzić ze sposobem, w jaki kolejne polskie rządy, a szczególnie obecny, podchodzą do tego problemu. Nie tworząc dla regionu żadnych form osłonowych, żadnej kompleksowej koncepcji dla Śląska, którego kluczowy przemysł powoli zanika. Trudno za to winić tylko PiS, bo nie czyniły tego żadne polskie rządy po 1989 roku. Ale żaden chyba górnikom nie naobiecywał tyle, co ten. Żadnemu od dawna tak nie zaufali – więc teraz rozgoryczenie będzie tym większe. Magda Pilorz
5
grudzień 2016r.
Piotr Spyra mniejszości śląskiej nie zauważa, ale mitycznych Polaków w Westfalii tak
Oni nie mogą być uznani - my tak
Odżywa temat rzekomo nierównego statusu Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech. Niemcy mają w Polsce status mniejszości narodowej, a Polacy w Niemczech nie. Sprawę odgrzał Piotr Spyra, prezes kanapowego stowarzyszenia Polski Śląsk, który zaczął jeździć po Polsce z prelekcją „Mniejszość polska w Niemczech, a mniejszość niemiecka w Polsce”. Ostatnio nawiedził z nią Szczecin.
T
eza Spyry jest prosta: Polacy są w tym układzie nierówno traktowani. Bo w myśl polskiego prawa Niemcy mają w RP status mniejszości narodowej – podlegającej ochronie państwa. Zaś Polacy w Niemczech takiego statusu nie mają, chociaż mieli w okresie międzywojennym. Dlatego domagają się od państwa niemieckiego równoprawnego traktowania, o co dopomina się też niemiecka Polonia. Spyra twierdzi, że kolejne polskie rządy po prostu nie umiały sprawy z Niemcami wynegocjować.
MNIEJSZOŚĆ NARODOWA TO AUTOCHTONI! Co jest błędem z założenia. I prawo polskie, i prawo niemieckie jednoznacznie regulują, jaka grupa etniczna może być na terytorium państwa uznana za mniejszość narodową. Prawodawstwo polskie jest w tej materii bardzo podobne do niemieckiego, choć pewne niewielkie różnice istnieją. O dziwo, polskie jest bardziej precyzyjne, za to niemieckie lepiej chyba oddaje sens mniejszości narodowej. Przed wojną rzeczywiście i w Polsce była oficjalnie uznawana mniejszość niemiecka, i w Niemczech mniejszość polska. Nie wyjaśniając całej historii pogranicza, wystarczy wytłumaczyć to na przykładzie Górnego Śląska. Po jego podziale w 1922 roku na terenach, które przypadły Polsce, zamieszkiwały dziesiątki tysięcy Niemców. Rodzin osiadłych tu od stuleci, przywiązanych do ziemi. Na pewno była to mniejszość niemiecka w odrodzonym państwie polskim. Taka mniejszość była też w Łodzi, na Pomorzu, w Wielkopolsce, ale przecież tereny te kilkaset lat leżały w państwie niemieckim.
Z drugiej strony na zachodniej części Górnego Śląska, który w 1922 roku pozostał przy Niemczech, mieszkała ogromna rzesza ludzi o polskiej orientacji narodowościowej, tych, którzy w czasie wojny domowej i plebiscytu 1921 roku opowiedzieli się za Polską. Czuli się Polakami. Też autochtoni „od zawsze”, od czasów jeszcze piastowskich, najczęściej osiadli zresztą na wsiach, gdzie ich rodziny od pokoleń prowadziły gospodarstwa rolne. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie byli to żadni imigranci zarobkowi, lecz właśnie ludność rdzenna, autochtoniczna. A to właśnie to – i w prawie polskim i niemieckim – stanowi fundament uznania jakiejś grupy za mniejszość narodową. Fakt bycia ludnością miejscową a nie imigrantami ekonomicznymi.
DUŃCZYCY, FRYZOWIE, LITWINI, UKRAIŃCY… To dlatego Niemcy za mniejszość narodową na swoim terenie uznają Duńczyków, którzy w Szlezwiku-Holszynie mieszkają od ponad tysiąca lat, a tereny te trafiły do Niemiec w II połowie XIX wieku. To dlatego uznają za mniejszość narodową Fryzów, którzy też od średniowiecza żyją wzdłuż wybrzeża Morza Północnego, od Holandii, po Danię (i Holandia i Dania też ich za mniejszość uznają), to wreszcie dlatego Niemcy uznają na południowych terenach byłej NRD słowiańską mniejszość Serbołużycką, ale Słowianie ci mieszkali tam już w czasach Mieszka I. Więcej rdzennych mniejszości na terenie Niemiec po prostu nie ma. Podobnie Polska. Za mniejszość narodową uznaje Litwinów i Białorusinów, bo oni na północno-wschodnich terenach RP po prostu stanowią ludność rdzen-
A Polacy w Niemczech? Nawet na najmniejszym skrawku państwa niemieckiego w obecnym kształcie nie zamieszkuje rdzenna ludność polska! Ani na tym skrawku Dolnego Śląska, który pozostał w niemieckich granicach, ani na niemieckim Pomorzu. Tam Polaków jako ludności miejscowej nie było nigdy! Nie mogli więc pozostać ani po I, ani po II wojnie światowej. Jedyni Polacy, jacy są w Niemczech, to imigracja zarobkowa. Ludzie, którzy wyemigrowali z Polski za chlebem. Piotr Spyra to wie – podobnie jak i ta niemiecka Polonia – ale twierdzą, że niektórzy z nich żyją tam od 7-8 pokoleń, bo są po-
Potomkowie Polaków, którzy wyjechali 150 lat temu do Westfalii, to może 1% zamieszkujących w Niemczech Polonii. Reszta to imigracja końca XX i początku XXI wieku. Czyli bardzo świeża, świeższa nawet niż Turcy, którzy też w Niemczech statusu mniejszości narodowej nie mają, i raczej mieć nie będą tomkami emigracji jeszcze z połowy XIX wieku, do kopalń i fabryk Westfalii. I że 150 lat, kilka pokoleń, to okres wystarczająco długi, by uznać ich za ludność rdzenną.
POLSKA – 100 LAT, NIEMCY – LUDNOŚĆ RODZIMA W myśl polskiego prawa można by tak uznać, bo polskie uznaje cezurę 100 lat, jako dowód bycia „autochtonami”. Niemieckie nieco inaczej – mówi o ludności rodzimej, tradycyjnie zamieszkującej dany obszar. W niemieckim prawie nie
Ślązacy spełniają wszystkie kryteria mniejszości narodowej. Poza jednym – wpisania nas na tę listę wymaga woli Sejmu RP. A polski sejm mówi „nie”. I jeszcze dziwią się Niemcom, którzy nie chcą uznać mniejszości polskiej, żadnych kryteriów nie spełniającej. ną, wymieszaną z Polakami. Na południowym wschodzie identyczna sytuacja jest z Ukraińcami, zamieszkującymi okolice Przemyśla, Sanoka. Też „od zawsze”. Oraz Niemców, których zdecydowaną większość po 1945 roku wysiedlono, ale kilka procent pozostało na Górnym Śląsku, od Bytomia po Brzeg. Oni tu nie przybyli 50 ani nawet 150 lat temu, lecz też w średniowieczu. W XVIII czy XIX wieku Niemcy stanowili zdecydowaną większość mieszkańców Śląska, więc trudno nie uznawać ich za ludność rdzenną. I dlatego państwo polskie w 1991 roku uznało tę mniejszość narodową.
namczycy nie są mniejszością narodową w Polsce. Tych oczywistych prawd Piotr Spyra, który jeździ po kraju szczuć na państwo niemieckie, jakoś dostrzec nie chce. Ciekawe, że na tej samej zasadzie nie
ma jasnej cezury czasowej, jedynie zapis, że „od dawna”. Spyra opowiadając o pokrzywdzonych Polakach twierdzi, że 150 lat spełnia kryteria „od dawna”. Państwo niemieckie twierdzi inaczej – zwłaszcza iż wszyscy mają świadomość, że ci potomkowie Polaków, którzy wyjechali 150 lat temu do Westfalii, to może 1% zamieszkujących w Niemczech Polonii. Reszta to imigracja końca XX i początku XXI wieku. Czyli bardzo świeża, świeższa nawet niż Turcy, którzy też w Niemczech statusu mniejszości narodowej nie mają, i raczej mieć nie będą. Albo Arabowie, Wietnamczycy itd. Z tej samej przyczyny zresztą Wiet-
szczuje też na Izrael i Armenią! Bo w Polsce status mniejszości narodowych przysługuje i Żydom, i Ormianom. Ustawodawca uznał, że narody te tak dawno zamieszkują Polskę, iż status ten im się należy. Ale też faktycznie, Żydzi żyją w Polsce od średniowiecza, a Ormianie przynajmniej od czasów Jagiellonów. W obu przypadkach ponad 500 lat. Jednak stosując logikę Spyry, na zasadzie wzajemności Armenia i Izrael powinny uznać u siebie mniejszość polską. Bo przecież jacyś Polacy tam mieszkają. W Armenii przynajmniej równie długo, jak w Westfalii. Jedni Polacy w XIX wieku wyjeżdżali za chlebem do Westfalii, a inni – w ramach rosyjskiego caratu – na Kaukaz, tam szukać szczęścia. Dotyczyło to zwłaszcza rzemieślników, ślusarzy, zegarmistrzów itp. Więc także oni zamieszkują Armenię od 150 lat, a imiona i nazwiska (Ałła Kuźmińska. Artiom Karłowicz, Marzena Kurach-Aghamiryan) liderów armeńskiej Polonii jednoznacznie wskazują, że nie jest to emigracja ostatnich lat: Dlaczego więc pan Spyra nie upomni się o równorzędny status, jak Ormian w Polsce, i dla nich?
CHODZI O SZUKANIE NIEMIECKICH KRZYWD… A dlatego, że status Polonii pewnie niewiele go obchodzi. Nie chodzi mu
chyba o Polonię, tylko o pokazanie, jak to Niemcy gnębią i zawsze gnębili Polaków. Na Śląsku i poza Śląskiem. Bo te „krzywdy” mogą być uzasadnieniem dla jeszcze intensywniejszej polonizacji Śląska. Na Śląsku Piotr Spyra – niedawny wicewojewoda a jeszcze wcześniej wicemarszałek województwa – znaczenie utracił, więc próbuje je odbudować takimi pozaśląskimi, ale w jakże śląskim kontekście, działaniami. Zresztą prawo polskie ma jeszcze jedną pułapkę. Za mniejszość narodową można uznać tylko tę grupę etniczną, która poza terytorium, gdzie jest mniejszością, posiada jeszcze gdzieś swoje państwo narodowe. Dlatego mniejszością narodową są Żydzi (bo mają Izrael) i Ormianie (bo mają Armenię). Ale gdyby od 800 lat mieszkało w Polsce pół miliona Kurdów, to statusu mniejszości narodowej nie dostaną, gdyż własnego państwa, mimo lat walk, stworzyć im się nie udało. To dlatego państwo polskie nie może – nawet gdyby chciało – uznać Ślązaków za mniejszość narodową. Państwa śląskiego przecież nie ma. Ale mogłoby za mniejszość etniczną, bo ona właśnie tym różni się od narodowej, że jest odrębna od większości, ale państwa nie ma. Mimo, że w spisie powszechnym pół miliona – jak najbardziej miejscowej, autochtonicznej – ludności tę, odrębną od polskiej, narodowość zadeklarowało. Ślązacy spełniają wszystkie kryteria mniejszości narodowej. Poza jednym – wpisania nas na tę listę wymaga woli Sejmu RP. A polski sejm mówi „nie”. I jeszcze dziwią się Niemcom, którzy nie chcą uznać mniejszości polskiej, żadnych kryteriów nie spełniającej. Piotra Spyry, też rdzennego Ślązaka, to jednak nie interesuje. Zamiast tego woli jeździć po Polsce i szczuć na Niemcy, z powodu grupy potomków jakichś mitycznych polskich imigrantów do Westfalii, sprzed 150 lat. Ślązaków są setki tysiące; ciekawe czy tych westfalskich XIX-wiecznych Polaków jest przynajmniej stu. Dariusz Dyrda
PIOTR SPYRA: Polacy mieli statut mniejszości do 1939 roku, zabrali im go naziści. Co prawda po 1945 większość obszarów zamieszkałych przez Polaków znalazły się w Polsce, ale wspomniani Polacy z Westfalii też do 1939 roku należeli do polskiej mniejszości w Niemczech, więc nie widzę powodu, żeby nie cofnąć nazistowskiego prawodawstwa w tym względzie
6
grudzień 2016r.
Czuję w sobie śląskośća Rozmowa z MONIKĄ
ROSĄ, posłanką Nowoczesnej z okręgu katowickiego
- Kiedy w Wikipedii wpisze się Monika Rosa, pojawia się „urodzona w Czeladzi”. Skąd więc takie zaangażowanie w walkę o uznanie śląskiej godki za język regionalny? Urodziłam się w Czeladzi, wychowałam w Gliwicach, studiowałam w Katowicach. Ale – żeby nie było nieporozumień – nie przywiązuję większej wagi do antagonizmów śląsko-zagłębiowskich, nie jest dla mnie problemem, że urodziłam się w Altrajchu, jak się to na Śląsku często mówi. Wracając do korzeni, dziadek był, po śląsku, górnikiem. - Rodowity Ślązak? - I znów ten śląsko-zagłębiowski zgrzyt. Moja rodzina jest śląsko-zagłębiowsko-kresowa. Ot, taka mieszanka, krojcok, jak zresztą u nas chyba większość. W dzieciństwie nie przywiązywałam jednak do tego większej wagi. Jedna koleżanka mówiła „jo ida”, a druga „ja idę”, ale nie miało to wpływu na nasze relacje. Ta polsko-śląskość była jakby czymś oczywistym, i jako dziewczynka się nad tym nie zastanawiałam. - A kiedy zaczęłam się zastanawiać? - Na studiach. Wybrałam politologię, specjalizację dziennikarską. Zaczęłam studia w 2005 roku, a to był akurat okres eksplozji popularności Ruchu Autonomii Śląska, może nawet śląskości, a mój wydział, Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskie-
dobrze, bo z asystentki zostałam zastępcą dyrektora zespołu obsługi bieżącej w Gabinecie Prezydenta RP. No i rzeczywiście, tam poznałam Ryszarda Petru. Okazało, że mamy z Petru zbieżne poglądy na wiele spraw. I że oboje uważamy, iż istniejące partie się zużyły i musi powstać coś nowego. Do tego na przykład kradzież oszczędności obywateli z OFE. Oboje byliśmy tym oburzeni.
n Monika Anna Rosa (ur. 24 kwietnia 1986 w Czeladzi) – posłanka Nowoczesnej na Sejm VIII kadencji, Sekretarz Klubu Poselskiego. Absolwentka politologii na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pracowała w lokalnych mediach i przedsiębiorstwie zajmującym się rekrutacją. Od 2010 była urzędniczką w Kancelarii Prezydenta RP w okresie prezydentury Bronisława Komorowskiego, zajmowała m.in. stanowisko zastępcy dyrektora Zespołu Obsługi Bieżącej w Gabinecie Prezydenta RP. Współtworzyła czasopismo „Liberté!”, działała w Młodym Centrum, następnie w Stowarzyszeniu Projekt: Polska. W wyborach parlamentarnych w 2015 kandydowała do Sejmu w okręgu katowickim z pierwszego miejsca na liście Nowoczesnej Ryszarda Petru. Uzyskała mandat posłanki, otrzymując 20 126 głosów. naturalnie o tej tematyce rozmawialiśmy. Śląskość stała się ważna. - Jednak pani do RAŚ-u ani jego młodzieżowej przybudówki Młodzież Górnośląska nie wstąpiła…
Podobała mi się diagnoza RAŚ-u, ale recepta już mniej. To, że Śląsk jest w Polsce niedoceniany, niedowartościowany, było dla mnie oczywiste. Podobnie jak to, że tożsamość śląską należy pielęgnować. Ale w moim przekonaniu nie można naprawiać kawałka Polski. Trzeba naprawić całe państwo, zdecentralizować a wtedy i postulaty RAŚ-u mają szansę na realizację. go, można chyba śmiało nazwać tego RAŚ-u matecznikiem. To przecież tu pracownikami naukowymi są Jerzy Gorzelik, Małgorzata Myśliwiec, Tomasz Słupik, czyli wiodące postaci ruchu śląskiego. Kilku moich kolegów wstąpiło do RAŚ-u, więc jakby
- Nie. Podobała mi się diagnoza RAŚ-u, ale recepta już mniej. To, że Śląsk jest w Polsce niedoceniany, niedowartościowany, było dla mnie oczywiste. Podobnie jak to, że tożsamość śląską należy pielęgnować. Ale w moim przekonaniu nie można na-
Z WYSTĄPIEŃ SEJMOWYCH MONIKI ROSY: Kilka dni temu otrzymałam list od Damiana z Palowic, w którym pisał: Czuję się Ślązakiem i obywatelem Polski. Mam 27 lat, jestem inżynierem, płacę podatki i udzielam się charytatywnie. Jednocześnie gniewam się na Polskę, że nie jest w stanie uszanować mojej tożsamości i zagwarantować prawem jej ochrony. Dlaczego w Republice Czeskiej może być śląska mniejszość etniczna, a w Polsce nie?
prawiać kawałka Polski. Trzeba naprawić całe państwo, zdecentralizować a wtedy i postulaty RAŚ-u mają szansę na realizację. Ale ich nie można zrealizować w Katowicach, trzeba w stolicy, w Warszawie. Dlatego zaangażowałam się w ogólnopolskie ruchy wolnościowe, liberalne, takie typowe NGO, czyli organizacje pozarządowe. Najpierw było to Stowarzyszenie Młode Centrum a potem „Projekt: Polska”. Zajmowaliśmy się między innymi promowaniem Unii Europejskiej, oraz zachęcaniem ludzi do udziału w wyborach, czy to unijnych, czy to parlamentarnych. Nie przypuszczałam wtedy nawet przez chwilę, że już za kilka lat sama w nich wystartuję, i to z pierwszego miejsca na liście… Celem „Projektu: Polska” było zasadniczo kształtowanie postaw obywatelskich i zachęcanie do udziału w życiu publicznym. Ponieważ sama się nim żywo interesowałam, to byłam na bieżąco także z projektami RAŚ-u, choćby 100 000 podpisów pod obywatelskim projektem ustawy. Sekundowałam, w poprzedniej kadencji Sejmu, żeby się udało. Przeszło to jednak na kadencję, w której już ja sama jestem parlamentarzystką. Szkoda, bo w tamtym Sejmie szanse były większe. - No właśnie, ma pani ledwie lat 30, a już była „jedynką” na liście. Pomogła w tym pewnie praca w kancelarii prezydenta RP. Jak się tam pani dostała?
- Niemal równocześnie z tym, jak wybory prezydenckie wygrał Bronisław Komorowski, ja skończyłam studia i rozglądałam się za pracą. Bardzo poważnie brałam pod uwagę zgodną z wykształceniem, czyli dziennikarską. Ale szef kancelarii prezydenta Komorowskiego, Jacek Michałowski, miał taką wizję, żeby spróbować zatrudniać w niej młodych ludzi
- Pracowała pani w kancelarii prezydenta, który tę ustawę o OFE podpisał, a mówi, że to była kradzież? - Dziś prezydent Komorowski odsądzany jest od czci i wiary, ale pracownik jego kancelarii nie musiał się zgadzać ze wszystkim, co on podpisał. Za to pracując tam widziałam mnóstwo nieprawdopodobnych bubli prawnych, które przychodziły do podpisu. Rodziła się we mnie jakaś taka odpowiedzialność za Polskę. O tym też rozmawiałam z Ryszardem. I kiedy postanowił tworzyć Nowoczesną, już po przegranej Komorowskiego z Andrzejem Dudą, zaproponował mi współpracę. Zaangażowałam się w kampanię wyborczą, miałam wiele pomysłów. I nagle okazało się, że jestem nie tylko sztabowcem, ale też kandydatką do Sejmu. I to z pierwszego miejsca. On wtedy stawiał na kobiety. Wierzył, że nie nawalę w kampanii, ja uwierzyłam jemu, że ma pomysł jak naprawić Polskę. No i jesteśmy w jednym klubie poselskim. Chociaż, powiem to zupełnie szczerze, kiedy okazało się, że jestem posłanką, poczułam brzemię odpowiedzialności. Mówiłam
Dla wielu mieszkańców regionu poczucie bycia Ślązakiem jest czymś ważniejszym, niż tożsamość polska. I że nie widzę powodu, by tego Ślązakom zabraniać. Że są pełnoprawnymi obywatelami, więc mają prawo oczekiwać od państwa polskiego, by te ich, po części też moje, potrzeby potraktować poważnie. Na razie bitwę przegraliśmy, ale temat wróci! z organizacji pozarządowych. Złożyłam więc dokumenty, przeszłam pięciogodzinną rozmowę kwalifikacyjną i zostałam przyjęta. Skakałam ze szczęścia! Początkowo byłam mało znaczącą stażystką, asystentką, ale z czasem dostawałam coraz poważniejsze zadania. Najważniejszym było koordynowanie obchodów 25-lecia wyborów 1989 roku, które odbywały się pod auspicjami prezydenta Komorowskiego. Chyba wywiązałam się
przed chwilą o odpowiedzialności za Polskę, 26 października 2015 roku okazało się nagle, że rzeczywiście ją ponoszę. Koledzy, związani z RAŚ-em natychmiast mi przypomnieli, że wśród wielu ważnych spraw jest i ta ze śląskim obywatelskim projektem ustawy. Stało się też dla mnie jasne, że w Nowoczesnej ekspertem od tego tematu będę ja. No bo kto, poseł z Warszawy albo Poznania? Chociaż podczas debaty w Sejmie
7
grudzień 2016r.
okazało się, że na temat śląskości w innych partiach, zwłaszcza PiS-ie dużo do powiedzenia mają posłowie z Podlasia, albo posłanka Arciszewska-Mielewczyk z Gdańska. - Podczas styczniowej debaty plenarnej na temat języka śląskiego i śląskiej mniejszości etnicznej, pani głos był bar-
ki za język. Zła byłam, że w tej sprawie jego wyrocznią jest senator Maria Pozdziej-Pańczyk z PO, wróg uznania godki. Teraz nagle mogłam wystąpić na sejmowej mównicy i obalać argumenty jej, argumenty posłów PiS-u czy klubu Kukiz’15. Mogłam od serca mówić, że dla nas, na Śląsku, ta godka jest czymś ważnym. Że dla wielu mieszkańców regionu poczu-
wie jego klubu tylko przez nieporozumienie byli przeciw, ale on sam złoży taki poselski projekt ustawy. Czekam na ten projekt. - Wierzy pani, że Kukiz to zrobi? - Obiecał, więc czekam. Wspomniałam o poprzedniej kadencji Sejmu. Wtedy było łatwiej, bo idea, przynajmniej pozornie, miała popar-
Ja tę śląskość poczułam w sobie, gdy wyprowadziłam się do Warszawy. Gdy co chwilę musiałam tłumaczyć, że nie każdy mieszka w cieniu hołdy (ja nie mieszkałam), a po ulicach nie chodzą sami górnicy w czako z pióropuszem albo w arbaitancugu. Gdy musiałam tłumaczyć, że Śląsk ma zupełnie inną, nie związaną z Polską, historię. Im częściej tłumaczyłam, tym bardziej się tym nakręcałam. Śląskość we mnie rosła, pęczniała. Pracując w kancelarii prezydenta Komorowskiego zła byłam na niego, za negatywny stosunek do uznania godki za język. Zła byłam, że w tej sprawie jego wyrocznią jest senator Maria Pozdziej-Pańczyk z PO, wróg uznania godki. Teraz nagle mogłam wystąpić na sejmowej mównicy i obalać argumenty jej, argumenty posłów PiS-u czy klubu Kukiz’15. dzo jednoznaczny, a zarazem nacechowany emocjami. Można powiedzieć, że walczyła pani o sprawę jak lwica. Polityczna kalkulacja, czy aż tak pani na tym zależało? - Wie pan, dla większości członków klubu Nowoczesna to był temat mało ważny, w żaden sposób nie dotyczący ich, ani ich wyborców. Ale w sposób niejako oczywisty popierali projekt, bo to wynika z samej istoty ruchu wolnościowego. Według nas, państwo nie powinno przeszkadzać żadnej grupie obywateli w tym, co dla nich jest ważne, a nie szkodzi innym obywatelom. Z tej przyczyny popieramy choćby in vitro, i z tej samej przyczyny, dla zasady, Nowoczesna jest za językiem śląskim i śląską mniejszością etniczną. Bo jeśli Ślązacy tego chcą, a innym to nie szkodzi, to w czym problem? Ale dla mnie sprawa była też emocjonalna. Ja tę śląskość poczułam w sobie, gdy wyprowadziłam się do Warszawy. Gdy co chwilę musiałam tłumaczyć, że nie każdy mieszka w cieniu hołdy (ja nie mieszkałam), a po ulicach nie chodzą sami górnicy w czako z pióropuszem albo w arbaitancugu. Gdy musiałam tłumaczyć, że Śląsk ma zupełnie inną, nie związaną z Polską, historię. Im częściej tłumaczyłam, tym bardziej się tym nakręcałam. Śląskość we mnie rosła, pęczniała. Pracując w kancelarii prezydenta Komorowskiego zła byłam na niego, za negatywny stosunek do uznania god-
Z WYSTĄPIEŃ SEJMOWYCH MONIKI ROSY: W swoim programie Nowoczesna kieruje się podstawową zasadą - zasadą wspierania wolności Polaków. I właśnie ze względu na tę wolność Nowoczesna popiera dodanie tej mniejszości do listy czterech innych mniejszości etnicznych. I gdyby rzecz dotyczyła tylko Nowoczesnej oraz Ślązaków, można by tutaj zakończyć. Ale stawką jest coś więcej. Bo stawką jest kształt państwa. Czy Polska będzie krajem służącym swym obywatelom? Krajem, który pozwoli Polakom rozwijać się i wzajemnie wzbogacać? Czy też będzie krajem prowokującym konflikty, w którym władze dzielą mniejszości na lepsze i gorsze - ze strachu, z niewiedzy, z cynicznego, politycznego wyrachowania?
tać o górnictwo. PiS składał górnikom podczas kampanii piękne obietnice, a teraz chce zamykać kopalnie. Co na to Nowoczesna? I pani osobiście? - My tych obietnic nie składaliśmy. Trzeba spojrzeć uczciwie prawdzie w oczy. Węgiel kamienny jest paliwem schyłkowym. Owszem, stanowi o naszym bezpieczeństwie energetycznym, polska energetyka jest o niego oparta, ale tendencje na całym świecie są takie, że stawia się na odnawialne źródła energii. Zwłaszcza tam, gdzie trzeba fedrować bardzo głęboko pod ziemią. Ale można to robić albo z głową, planowo, tworząc plan dla regionu, w którym górnictwo jest stopniowo wygaszane. Tak, jak to zrobili Niemcy, Francuzi, Belgowie. Albo bez głowy, obiecując w wyborach, że żadnej kopalni nie zamkniemy, a potem stawać przed problemem kopalń trwale nierentownych, bardzo zadłużonych. Przy czym nierentownych także dlatego, że źle zarządzanych, że z fatalną strukturą zatrudnienia. Prywatne firmy planują budowę no-
wizytówką w najdalszych krańcach świata, zatrudniają tysiące ludzi, generują zyski i równocześnie mogą stanowić o sile tych kopalń, które będą funkcjonować ale już w oparciu o nowe wzorce i modele. - Tuż przed Barbórką Ryszard Petru wzburzył tysiące górników, twierdząc, że nie powinni dostawać wcześniejszej emerytury, lecz po 15 latach pracy znaleźć sobie inną pracę… - Tak, czytałam ten hejt w internecie. To oburzenie. Że Petru nie zdaje sobie sprawę, jaka to ciężka praca. A przecież właśnie taki pomysł jest dowodem, że zdaje sobie sprawę. My wiemy, że nikt nie może do 65 roku pracować na dole, podobnie jak być baletnicą czy piłkarzem. Albo strażakiem, bo kto chciałby, aby ratował go strażak, którego w kościach łupie. Ale z drugiej strony starzejącego się społeczeństwa nie stać na wysyłanie 40-latków na emerytury. Dotyczy to i górników i choćby tych strażaków czy policjantów. Zachodnie państwa,
cie bycia Ślązakiem jest czymś ważniejszym, niż tożsamość polska. I że nie widzę powodu, by tego Ślązakom zabraniać. Że są pełnoprawnymi obywatelami, więc mają prawo oczekiwać od państwa polskiego, by te ich, po części też moje, potrzeby potraktować poważnie. Na razie bitwę przegraliśmy, ale temat wróci!
cie rządzącej partii PO, mogła też liczyć na spore poparcie w klubach SLD czy Ruchu Palikota.
- Widzi pani możliwość, by w bliskiej perspektywie Sejm uznał godkę za język regionalny a Ślązaków za mniejszość etniczną? - Mniejszości na pewno nie. Nie w tej kadencji Sejmu. Ilość agresji w wypowiedziach posłów PiS czy Kukiz’15 pokazuje, że oni w tym widzą jakieś zagrożenie dla polskiej racji stanu. Ale godka – kto wie. Dużo rozmawiam o tym z posłami i w zasadzie wielu z nich wyraża otwartość. Twierdzą wprawdzie, że śląski jest znacznie bardziej podobny do polskiego, niż kaszubski, ale ja wtedy odpowiadam, że tak myślą, bo nigdy prawdziwego śląskiego nie słyszeli. Że to, co słyszą w kabaretach jest tylko polszczyzną lekko stylizowaną na śląski. I że jeśli państwo tej mowy śląskiej nie będzie chronić, to ona zaginie. Dają się przekonać. Nie wszyscy, ale wielu. I nie wykluczam, że za rok, może dwa, ten sam parlament podejmie ustawę o uznaniu godki za język regionalny. Czekam na dotrzymanie słowa przez posła Pawła Kukiza. Powiedział niedawno, że posło-
My wiemy, że nikt nie może do 65 roku pracować na dole, podobnie jak być baletnicą czy piłkarzem. Albo strażakiem, bo kto chciałby, aby ratował go strażak, którego w kościach łupie. Ale z drugiej strony starzejącego się społeczeństwa nie stać na wysyłanie 40-latków na emerytury. Dotyczy to i górników i choćby tych strażaków czy policjantów. Zachodnie państwa, Niemcy, Francja stworzyły więc właśnie system, że przez 10-15 lat jest się górnikiem, a potem zdobywa się nowy zawód i nową, lżejszą pracę. Tam to działa, więc czemu nie miałoby działać u nas?
Z WYSTĄPIEŃ SEJMOWYCH MONIKI ROSY: Jeśli zaś chodzi o język, to szczęśliwie czasy pewnego wielkiego, w cudzysłowie, polityka; Wielkiego Językoznawcy mamy już dawno za sobą i spory możemy zostawić lingwistom, ale język śląski jest faktem, bo kto z państwa zrozumie zdanie: „Padajom: bezma przonie to je najsrogszy dings w cołkim świecie”. Jest takie powiedzenie, że język to dialekt z armią i flotą wojenną. Nie każdy język potrzebuje swojego państwa. Dziś do nas należy decyzja, czy Ślązacy będą mogli rozwijać swój język, swoją kulturę i swoją historię na równych prawach z innymi obywatelami, na równi z 13 mniejszościami i jedną większością, czy też może uznamy ich za ludzi, którzy na to nie zasługują, rodząc tym samym poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
- No właśnie, dziś „za” jest tylko Nowoczesna i PO. Przy czym wy dla mnie jesteście bardziej wiarygodni, bo oni mogli to załatwić wcześniej i tego nie zrobili.
- To pan powiedział, nie ja. Ale jak mówię, dla mojej formacji bogactwem Polski jest różnorodność, etniczna, wyznaniowa, światopoglądowa. I o tę różnorodność powinniśmy dbać! - Jakbym słyszał Jurka Gorzelika. - A ko komplement, czy krytyka? - Ani jedno, ani drugie. Stwierdzenie faktu. - Potraktuję więc to jako komplement. W moim przekonaniu – i tu najwyraźniej jestem z nim zgodna – istnienie śląskiej grupy etnicznej jest bogactwem Polski. Zresztą szerzej, Śląsk jest jej bogactwem. Z tym, jaką część PKB wytwarza, jaka tu infrastruktura, ile nowoczesnych technologii, powinien być traktowany przez państwo polskie jak perełka. A często jest jak piąte koło u wozu. - Jak już jesteśmy przy technologiach i PKB. Trudno nie zapy-
wych kopalń, ale tam, gdzie węgiel można wydobywać efektywnie, bez przerostów zatrudnienia, bez prezesów z partyjnego nadania, z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. No i ewentualne problemy kopalń prywatnych będą problemami ich, a nie państwa. Państwo to przez kilkadziesiąt lat drenowało śląskie górnictwo, więc wypadałoby się Śląskowi odwdzięczyć. Ale nie poprzez utrzymywanie kopalń na siłe, przed którymi nie ma przyszłości. Tylko biorąc po trosze przykład z tego jak zrobili to Niemcy w Westfalii, gdzie region dzięki wsparciu władz państwowych odszedł od górnictwa bezboleśnie, stworzyć wizję Śląska nowoczesnego. Śląska nie opartego na górnictwie, ale takiego którego jest ono cały czas częścią. Bo górnictwo to nie same kopalnie, to także producenci maszyn, technologii, know-how, instytuty i jednostki badawczo rozwojowe, które również stanowią o sile tego regionu, niejednokrotnie są jego
Niemcy, Francja stworzyły więc właśnie system, że przez 10-15 lat jest się górnikiem, a potem zdobywa się nowy zawód i nową, lżejszą pracę. Tam to działa, więc czemu nie miałoby działać u nas. Dla mnie skandaliczny był system sprzed ponad 20 lat, gdzie wysokimi odprawami – około 50 000 złotych - zachęcano górników do odejścia z kopalń, zamiast jednak przygotować go do innej pracy, wyposażono jedynie w zestaw sloganów o wolnym rynku. My proponujemy rozwiązanie systemowe, sprawdzone. To i lepsze i uczciwsze od obietnic, które górnikom składał PiS. Złożył ogromną ilość obietnic i nie jest w stanie się z nich wszystkich wywiązać. - To przynajmniej w sprawie Ślązaków jest szczery. Nic nam nie obiecywał, i nic dać nie zamierza! - To prawda. Ale trudno się z tego cieszyć. Rozmawiał Dariusz Dyrda
8
grudzień 2016r.
Nadajcie naszym ulicom imiona śląskich patronów
Jak zmieniać, to mądrze Zgodnie z kwietniową ustawą o dekomunizacji – która weszła w życie we wrześniu – gminy mają rok, aby pozmieniać nazwy ulic, kojarzące się komunizmem lub PRL-em. Jeśli tego nie zrobią, przy współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej, będzie mógł dokonywać tego wojewoda.
n Gliwickie Łabędy. Mamy tu ulice Karola Marksa, Róży Luksemburg, Maksyma Gorkiego, Włodzimierza Majkowskiego. Wszystkie zapewne podpadają pod ustawę dekomunizacyjną. A jeśli tak, to może warto ich zamienić na wybitne postaci z historii Śląska?
P
oczątkowo gminy nie wykazywały entuzjazmu, bo jak wyjaśniali ich włodarze, dekomunizacji ulic dokonano jeszcze w latach 90. minionego wieku. Nie wszystkie, bo na przykład w gliwickich Łabędach jest ulica Karola Marksa (i nie tylko tam, chociażby w Orzeszu też) czy Róży Luksemburg. Łabędy jakby ta poprzednia uliczna dekomunizacja ominęła.
ZRÓBCIE TO LEPIEJ, NIŻ W SIEMIANOWICACH Ale to wyjątek, po 1989 roku masowo zniknęły ulice Bieruta, Hanki
Sawickiej, Waryńskiego czy właśnie Róży Luksemburg. Trochę komunistów jeszcze jednak zostało, więc na Górnym Śląsku pierwsza wzięły się za to Siemianowice Śląskie, które w listopadzie zmieniły nazwy 14 ulic (pisaliśmy o tym w poprzednim numerze). Usuwając komunistów, nie skorzystały z okazji, aby nadać ulicom prawdziwie śląskie nazwy, przypominające nasze wybitne postaci. Dobrze, by inne gminy nie popełniły tego samego błędu. Dlatego ich prezydentom (burmistrzom, wójtom), radnym oraz działaczom społecznym przygotowaliśmy ściągę. Znając obecne realia nie ma
na nich postaci kontrowersyjnych z polskiego punktu widzenia, bojowników o niepodległość Śląska czy aktywistów narodowości śląskiej. Nie ma też postaci oczywistych, które w wielu miastach się pojawiły dawno, w rodzaju Korfantego, Godulli, czy biskupów Adamskiego, Bednorza. Są za to ludzie ze Śląska, których nazwiska lub dzieło znane są w całej Europie. Śląscy nobliści, ale nie tylko.
NASZA ŚCIĄGA Lista na pewno nie jest kompletna (nigdy nie będzie!), jest też wy-
biórcza, bo kierowaliśmy się naszymi odczuciami. Wiemy jednak, że nasze miasta byłyby o wiele bardziej śląskie, gdyby znajdowały się w nich chociażby ulice Emina Paszy, Troplowitza, von Eichendorffa czy papieża Piusa X. Poniżej – w ramach ściągi – przybliżamy te i kilka innych postaci.
EMIN PASZA – jeden z najwybitniejszych badaczy Afryki, zarazem afrykański polityk i wódz. Urodzony jako śląski Żyd Eduard Schnitzer (ur. 28 marca 1840 w Opolu), w dzieciństwie wraz z matką przeszedł na
9
grudzień 2016r.
religię ojczyma – luteranizm – by w wieku dojrzałym zostać mahometaninem i przyjąć imię Mahmed Emin Pasza. Był już wówczas paszą (gubernatorem) egipskiej prowincji Ekwatoria, obejmującej część obecnego Sudanu i Ugandy. Karierę na Bliskim Wschodzie rozpoczął jako lekarz wojskowy w armii tureckiej (choć studiów medycznych w Berlinie nie ukończył). Jako gubernator badał geografię Afryki, jej faunę i florę. Po wybuchu powstania Mahdiego (islamiści) toczył z nimi zacięte i zazwyczaj zwycięskie walki. W 1990 roku przeszedł na służbę w kolonialnej administracji niemieckiej w Afryce. Badał wówczas okolice Jeziora Wiktoria, poszukując źródeł Nilu. W 1892 roku zamordowali go handlarze niewolników, prawdopodobnie z zemsty, że przez lata zwalczał ich proceder. W latach 1880-92 cała Europa żyła jego przygodami i odkryciami. Chyba żadna ulica na Śląsku, jego ojczyźnie, nie nosi jego imienia.
go do 60, a z czasem do 48 godzin, zachowując pełne wynagrodzenie i – wówczas nie tak częste – płatne urlopy. Jego pracownicy, rzecz w tych czasach bardzo rzadka, dostawali świąteczne premie. Gliwicom ufundował pomnik - alegorię górnośląskiego przemysłu - autorstwa berlińskiego rzeźbiarza Arthura Bock a- przedstawiający robotnika z młotem. Rzeźba zniknęła w 1945 roku. Zmarł w roku 1918. Nigdzie na Śląsku – także w Gliwicach - nie ma chyba swojej ulicy.
– oficjalnie Włoch z dziada pradziada, ale tak naprawdę chyba syn chłopa z Boguszyc niedaleko Toszka, Johanna Krawca (Krawietza), który podczas wojen napoleońskich zawędrował do Włoch i tam zdezerterował, przyjmując włoską wersję nazwiska Krawiec, czyli Sarto. I jemu urodził się w 1835 roku syn,
bergu i kupuje podupadającą firmę farmaceutyczną w Hamburgu. Rozwinął ją do tego stopnia, że miała swoje placówki w 29 krajach na 4 kontynentach i zatrudniała 500 osób. Ale nic dziwnego, jeśli to w tej firmie zaczęto produkować wynalazki właściciela: pierwszy plaster („Leukoplast” – 1901 rok), pierwszą pastę do zębów („Pebeco” – 1905) oraz świetne mydło „nivea” (1906) a niewiele potem – w 1911 roku – pierwszy trwały a zarazem najbardziej znany w historii krem o tej samej nazwie. Słynął z dbałości o swych robotników. Gdy dopuszczalny tygodniowy czas pracy wynosił 72 godziny, on w swoich fabrykach początkowo obniżył
skiem, gdzie działał też jako dyplomata śląskiego księcia Henryka Probusa i czeskiego króla Przemysła Ottokara. Sam nie uważał się ani za Niemca, ani za Polaka, przyznając się jednak do obu tych nacji, pisząc o sobie „Syn Turyngów i Polaków”. Urodził się zapewne w Legnicy, zmarł we Wrocławiu. W obu tych miastach, ale tylko tam, ma swoją ulicę.
JOSEPH VON EICHENDORFF
PIUS X
OSCAR TROPLOVITZ – odkrywca może nie wielki, ale jakże praktyczny. To właśnie on wynalazł pastę do zębów, plaster i stworzył krem Nivea. Urodził się w 1863 roku w Gliwicach, zmarł w 1918 roku w Hamburgu. Jego ojciec był budowniczym gliwickiej synagogi, zniszczonej przez hitlerowców. Sam,mimo że marzył o studiach z zakresu historii sztuki, z przyczyn praktycznych związał się z farmacją. Był farmaceutą na Śląsku i w Poznaniu, a potem jednocześnie studiuje filozofię w Heidel-
tywnym działaczem rekatolizacji Śląska, do niedawna niemal w 100% protestanckiego. Nadworny lekarz cesarza Ferdynanda II, pod
koniec życia swój majątek przekazał na czele dobroczynne. Ostatnie dziesięć lat życia spędził we wrocławskim klasztorze, gdzie był lekarzem bezdomnych. We Wrocławiu, w którym w 1624 roku się urodził – zmarł mając 53 lata. Trudno znaleźć na Śląsku ulicę jego imienia, choć w Wałbrzychu jest prywatna uczelnia im.Angelusa Silesiusa.
– gdyby Polakom tłumaczyć, kto zacz, to trzeba po prostu powiedzieć, że to śląski Mickiewicz. Niemal jego rówieśnik, urodził się w roku 1788, w Łubowicach pod Raciborzem, zmarł w 1857 w Nysie. Syn zubożałej szlachty śląsko-morawskiej utrzymywał się jako urzędnik państwowy, jednak jego pasją
Giuseppe Sarto, późniejszy papież Pius X. Ponad wszelką wątpliwość żywo interesował się on sprawami Śląska a na osobistych audiencjach kilkukrotnie przyjmował chłopkę spod Toszka, Maryjkę, siostrzenicę Johanna Krawietza. O czym mógł papież rozmawiać z taką chłopką, jak nie o sprawach rodzinnych? Pius X był ostatnim przed Janem Pawłem II papieżem, którego wyniesiono na ołtarze. Zresztą na portretach i zdjęciach widzimy człowieka o słowiańskiej a nie włoskiej urodzie. Najpewniej był to papież Ślązak. Jeśli nawet nie jest to pewne, to jako święty zasługuje na bycie patronem ulicy. A chyba nigdzie na Śląsku nie jest.
ANGELUS SILESIUS (Anioł Ślązak właść. Johannes Scheffler) – barokowy poeta religijny, słynny z utworów o mistycznym zjednoczeniu z bogiem. Jego Heilige Seelenlust czytywali przez dziesiątki lat zarówno protestanci, jak i katolicy. Lekarz i filozof, Polski szlachcic, ale i ściśle śląski, gdyż swoje szlachectwo odziedziczył po dziadku, właścicielu Dębieńska (dziś dzielnica Czerwionki-Leszczyn). Imię Angelus Silesius przyjął, gdy przeszedł z protestantyzmu na katolicyzm, po przegranej przez protestantów na Śląsku wojnie 30-letniej. Stał się ak-
WITELO – Można chyba śmiało powiedzieć, że Witelo był najwybitniejszym naukowcem epoki średniowiecza. Ten żyjący w XIII wieku mnich był pierwszym od stuleci człowiekiem, który zjawiska przyrodnicze starał się zbadać w sposób doświadczalny i wyjaśnić naukowo, a nie jako działanie sił nadprzyrodzonych. Wyjaśniał także odbieranie impulsów przez mózg, tworząc podstawy psychologii postrzegania. Jednak przede wszystkim jest twórcą optyki – nauki o zjawiskach światła, jego rozchodzeniu się, rozpraszaniu, załamaniach, którymi wyjaśniał – jako pierwszy w dziejach – takie zjawiska meteorologiczne jak tęcza czy mgła. Jego traktat naukowy, w skrócie zwany „Perspektywa”, był przez stulecia najpoważniejszym dziełem naukowym, na które powoływali się Kopernik, Leonardo da Vinci, a gdy Johannes Kepler w XVII wieku pisze swoje wielkie dzieło naukowe o optyce i astronomii, nazwie je skromnie „Dodatek do Vitelona”. Vitelo był – poza okresem nauki na sławnych europejskich uniwersytetach – cale życie związany ze Ślą-
HENRYK BRODATY – Bodaj najwybitniejszy ze śląskich Piastów. W polskiej historiografii pisze się, że próbował odbudować królestwo polskie, skupiając pod swoją władzą większość jego ziem (Śląsk, Wielkopolskę i Małopolskę). Niezależnie od tego, czy rzeczywiście tak było, Brodaty to najpotężniejszy śląski monarcha w historii, władający jednym z najmocniejszych państw Europy przełomu XII i XIII wieku. Mąż św. Jadwigi, patronki Śląska. Ojciec Henryka Pobożnego (też dobry patron ulicy), który państwo ojca jeszcze rozwijał, ale cios, po którym już nigdy się nie podniosło, zadali mu w bitwie pod Legnicą Tatarzy. Sam Pobożny zginął w tej bitwie.
HANUSZ (JAN) DOBRY
ANZELM EFORYN – XVI-wieczny Ślązak, ale związany z Polską, na przykład jako pierwszy w historii lekarz miasta Krakowa. Na krakowskim uniwersytecie wykładał też dialektykę i logikę. Jeden z najwybitniejszych umysłów swojej epoki, przyjaciel Erazma z Rotterdamu. Gdy Erazm zwrócił się do niego w liście, jako do Polaka, Anzelm swój list podpisał „ „Tuus et suus, Anselmus Ephorinus, Silesius non Polonus” („Twój i swój własny, Anzelm Eforyn, Ślązak nie Polak”.
I tyle – a przecież niemal wszystkie śląskie miasta swój rozkwit zawdzięczają jego wynalazkowi.
była poezja. Stworzył pięć sztuk teatralnych, 10 powieści i opowiadań oraz liczne wiersze, opiewające piękno Śląska. W Niemczech ustawiany w jednym szeregu z Schillerem i Goethem, na Śląsku znany mało, choć ma swoje pomniki w Raciborzu i Wrocławiu. Swoje ulice ma w Opolu, Raciborzu i Kędzierzynie-Koźlu.
– może nie tak wybitny, jak jego daleki przodek Henryk Brodaty, ale powód do dumy bodaj jeszcze większy. Bo gdyby ten książę Górnego Śląska był władcą suwerennym, a nie podległym królestwu czeskiemu, to pierwszą konstytucją świata nie byłaby amerykańska, lecz starsza o 250 lat (!) – śląska. „Przywilej Hanuszowy” spełnia bowiem wszystkie kryteria konstytucji państwowej, skupiając w jednym akcie prawnym regulacje dotyczące organów władzy, praw obywateli, sądownictwa i organizacji państwa. Hanusz II Dobry był także twórcą pierwszego w historii Prawa Górniczego, „Ordunku Górnego” (napisanego w językach nie-
JOHANN CHRISTIAN RUBERG – mówiąc o Godulli, Baildonie, Donnersmarckach zapominamy o odkrywcy, bez których ich fortuny nigdy by nie wyrosły. Ten potomek Sasów, pracując w dobrach książąt pszczyńskich na przełomie XVIII i XIW wieku swoim odkryciem zmienił oblicze Śląska. Do tego czasu cynk – podstawę ówczesnej gospodarki – umieli wytapiać tylko Chińczycy, i to na skalę rzemieślniczą. Ruberg – w tyskich Paprocanach – wynalazł metodę przemysłową, zwaną do dziś w metalurgii „śląską”. To dlatego zaczęły masowo powstawać u nas huty. A kiedy w swoim piecu hutniczym zamienił węgiel drzewny na kamienny, nagle obok hut równie masowo zaczęły powstawać jego kopalnie. To Ruberg, który sam zmarł w nędzy, na terenie obecnych Lędzin, stoi więc za nagłym wzrostem znaczenia i bogactwa Śląska w I połowie XIX wieku. Ulica i szkoła im. Ruberga znajdują się w Lędzinach, w Mysłowicach jest rondo jego imienia.
mieckim, czeskim i polskim). Książę zmarł w roku 1532, jako ostatni przedstawiciel Piastów Opolsko-Raciborskich. A zarazem najlepszy chyba gospodarz tych ziem. Spośród znaczniejszych miast Górnego Śląska swoje ulice ma tylko w Opolu i Rudzie Śląskiej. Jak na władcę, który dla tych ziem stworzył pierwszą na świecie konstytucję – bardzo skromnie.
FRIEDRICH WILHELM VON REDEN – to, że swoją ulicę (oraz pomnik i park) ma tylko w Chorzowie, po-
10
grudzień 2016r.
winno być powodem do wstydu. Bo ten pruski minister górnictwa zorganizował na początku XIX wieku przemysł na Górnym Śląsku, to on sprowadzał tu nowinki techniczne z całego świata, dzięki czemu w ciągu zaledwie 20 lat stał się Górny Śląsk jednym z najprężniejszych centrów przemysłowych ówczesnego świata. Sprowadzał nowinki techniczne (pierwszą na kontynencie europejskim maszynę parową) ale i wybitnych inżynierów (na przykład Szkota Johna Baildona). Zmarł w roku 1815 na Śląsku.
Amazonka Augusta Kissa
talnych pomników. Obok domu w którym urodził się, stoi upamiętniający go obelisk, ale swojej ulicy nie ma w żadnym śląskim mieście.
ŚLĄSCY NOBLIŚCI – samodzielna nazwa ulicy Śląskich Noblistów brzmi dobrze. Ale przecież każdy z nich zasługuje też na własne ulice. A Śląsk noblistów miał znacznie więcej, niż Polska. I to ze wszystkich dziedzin, w których przyznaje się Nagrodę Nobla! Czterech fizyków, czterech chemików, czterech lekarzy oraz po jednym literacie i ekonomiście. Fizycy to Otto Stern, Maria Goeppert-Mayer, Max Born i Phillip Lenard. Chemicy to Fritz Haber, Eduard Buchner, Friedrich
THEODOR KALIDE – ten urodzony w Chorzowie a zmarły w Gliwicach artysta, to jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy XIX wieku! Wykonał setki klasycystycznych rzeźb, w tym także pomniki pruskich królów, dla najważniejszych niemieckich miast. Jego karierą poważnie zachwiała zbyt nowatorska rzeźba „Bachantka na Panterze”, w której upatrywano alegorii Wiosny Ludów. Kalide był twórcą chorzowskiego pomnika von Redena. Pomnik zniszczony w 1939 roku przez polskich nacjonalistów, odtworzył w 2001 roku tyski (paprocański) rzeźbiarz Augustyn Dyrda.
AUGUST KISS – to też paprocański rzeźbiarz, o europejskiej sławie. Niemal rówieśnik Kalidego (Kiss urodzony w 1802, Kalide w 1801), rywalizował z nim o miano najlepszego rzeźbiarza Niemiec połowy XIX stulecia. Obaj nazywa-
ni byli rzeźbiarzami brązu i żelaza, z racji metali, w jakich odlewano ich rzeźby w górnośląskich hutach. Najbardziej znane jego rzeźby to „św. Jerzy walczący ze smokiem” i „Amazonka”, która zdobyła nagrodę w 1855 na światowej wystawie w Paryżu. Wykonał też dla najważniejszych niemieckich miast kilka monumen-
Bergius i Kurt Alder. Pisarzem był Gerhard Hauptmann a ostatnim Ślązakiem, który dostał Nobla (w 1994 roku) był urodzony we Wrocławiu i pochodzący ze Śląska ekonomista Reinhard Selten, który nagrodę otrzymał za wkład w teorię gier.
n Otto Stern z Żor, laureat nagrody Nobla z fizyki w 1943 roku. To tyle naszych propozycji na szybko. Ale oczywiście panteon wybitnych śląskich postaci jest ogromny. I to w zasadzie w każdej dziedzinie działalności człowie-
ka. Może więc samorządy śląskich miast, zmieniając nazwy ulic, zechcą poszukać naszych własnych patronów, a nie wygrzebywać ich nie wiadomo skąd? Joanna Noras
Reden precz?! Ziętek też
U
stawa „dekomunizacyjna”, choć jeszcze nie weszła pełną parą w życie, już doczekała się poprawki. Mianowicie senackiej ustawy o „o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy bu-
Nie ma u nas żadnych w zasadzie pomników propagujących niemiecki (bądź, wężej, pruski) militaryzm, ale skąd można mieć pewność, że PiS-owski wojewoda do spółki z IPN-em nie wpadną na pomysł, że chorzowski pomnik hrabie-
Włoskie miasta dlatego są tak piękne, że tam każda kolejna epoka stawiała swoje pomniki, nie burząc dzieł poprzedników. Z drugiej strony mamy Państwo Islamskie, które burzy nawet zabytki kultury antycznej, bo to nie są dzieła ich wizji świata dowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Jeśli wejdzie ona w życie, to dotyczyć będzie także pomników związanych nie tylko z komunizmem, ale też – jak podkreśla ustawa - militaryzmem pruskim, rosyjskim i niemieckim..
go von Redena – pruskiego ministra górnictwa – nie podpada pod tę ustawę. Takie obawy żywi na przykład Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska. Jeszcze większe obawy dotyczą pomnika Jerzego Ziętka i jego popiersia w urzę-
dzie marszałkowskim. PiS próbował go usuwać nawet bez tej ustawy. - Burzenie pomników to barbarzyństwo, można je przecież opatrzeć stosownymi opisami, omawiającymi kontekst historyczny. Na tym polega solidna edukacja historyczna – mówi Gorzelik. 90-letni dziś twórca pomnika Redena, artysta-rzeźbiarz Augustyn Dyrda przygląda się sprawie z właściwej sobie ironią: - Dla rzeźbiarzy to dobrze, gdy burzy się pomniki, bo przecież na ich miejsce trzeba będzie postawić nowe, więc moi młodsi koledzy będą mieli pod dostatkiem zleceń. Ale burzenie pomników zawsze było domeną systemów totalitarnych, które potrzebowało cokołów dla „swoich” bohaterów, zarazem skazując na zapomnienie bohaterów poprzednich epok. Włoskie miasta dlatego są tak piękne, że tam każda kolejna epoka stawiała swoje pomniki, nie bu-
n Pomnik von Redena w Chorzowie. Zrekonstruowany w 2002 roku. Czy padnie ofiarą nowej, senackiej ustawy? rząc dzieł poprzedników. Z drugiej strony mamy Państwo Islamskie, które burzy – chociażby w Syrii - nawet zabytki kultu-
ry antycznej, bo to nie są dzieła ich wizji świata. Każdy może sam sobie odpowiedzieć, do kogo mentalnie jest bliżej auto-
rom tej ustawy, do kochających sztukę Włochów czy Państwa Islamskiego. Adam Moćko
11
grudzień 2016r.
FIKSUM DYRDUM
13
grudnia ech mioł we gowie rīchtig karasol. 16 grudnia zaś. A to skirz tego, co media na zmiana godały, jaki to niŷszczynści trefiło nos 13 grudnia 1981 roku, a za chwila zaś ŏ kolejnych akcjach PiS-u, kiery wele mie je blank na generała Jaruzelskigo podany. Ŏn ogłosił 13 grudnia, co nom przůdzij boło wolno, a co je już zakozane – a ŏni durś robiom to samo. Ŏn mioł swojigo mentora, kieremu możne i pszoł, ale na zicher się go boł, we Moskwie, a zaś ŏni majom swojigo we Toruniu. A toruński geburstag fajrowali tak, co, wierza, ani geburstag Stalina takim świŷntym niŷ boł… 16 grudnia zaś, roz o tragedie hajerůw ze Wujka, za chwila o tragedie hajerůw ze Makoszůw. Wujek – Makoszowy, Wujek – Makoszowy. Ino ekipa Jaruzelskigo tych ze Wujka pokorała za niŷusłuchali, a bergmony ze Makoszůw som korane ino skirz tego, co teroźno ekipa zno sie moge na toruńskim nauczaniu, ale zaś na ekonomie a regierowaniu wcale. No a ku tymu we stanie wojennym chneda nic niŷ szło kupić – a tera tyż kupić coroz ciŷnżyj, bo „giełda” kiero mie rajcuje, pokazywo, co masło już po sztyry piontka, a za sztrom płaca sto złotych drożyj, jak rok nazod. Kiej su-
2016? Bier sie, moge 2017 bydzie lepszy! chom analityków, kierzy padajom, co inflacje chneda ni ma, to se myśla: „chopcy, idźcie do marketu, a poblikejcie na ceny”. I spomino mi sie komunikat ze PRL-u, co inflacje ni ma, bo „wprawdzie podrożały chleb, mleko, wędliny
woł na Nowy Rok, coby na bezrok niŷ boło gorżyj, coby my mieli jaki gelt, jako robota, a za śmiocie ze prezydenta abo premiera czowiek niŷ trefioł do haresztu abo – fto jejch hań wiŷ – koncentracionlagra. A moge ino za to, co czo-
Wdyckich na Nowy Rok czakoł ze nadziejami, co bydzie lepij. Ze planami, idyjami do realizacje, ze radościom. Latoś – baji piŷrszy roz w żywobyciu – boja sie, co nom tŷn Nowy skludzi. Chocia mom tyż nadzieje.
Kiej suchom analityków, kierzy padajom, co inflacje chneda ni ma, to se myśla: „chopcy, idźcie do marketu, a poblikejcie na ceny”. I spomino mi sie komunikat ze PRL-u, co inflacje ni ma, bo „wprawdzie podrożały chleb, mleko, wędliny i papierosy, ale za to potaniały lokomotywy spalinowe i przęsła mostowe”. i papierosy, ale za to potaniały lokomotywy spalinowe i przęsła mostowe”. Niŷ ciŷrpia tego polskigo: „Co słychać?” – „Stara bieda!”. To tako dziadowsko witaczka ludziůw, we kierych ni ma optymizmu. Nale kiej filuja, co sie wyprawio we Polsce, to kożdymu ino byda winszo-
wiek mo się za Ślůnzoka a żodnego wiŷncyj. Moge na bezrok Ślůnzok zaś bydzie „folksdojcz, wróg polskiej ojczyzny”. W internecu piszom tak już pora lot, ale przeca we Sejmie idzie słyszeć słowa, kiere pora lot nazod tyż widziało sie inoś we internecu, tuż fto wiŷ, jak bydzie.
Bo eli przīdzie ku totalitaryzmowi, to wszyjscy jednako momy przesrane, wyfronknom nos ze Unie, i bydymy żyli we toruńskim kołchozie. Nale eli to szczeli, a zaś przīdzie „jutrzenka wolności”, ůwdy moge Polsko pomiarkuje, iże sam u nos żyje ślůnsko nacyjo, kiero niŷ chce być skirz swoji tożsamo-
ści wtórym zortŷm obywateli. Niŷ wierza, co ůwdy nafasujŷmy autonomio, ŏ to bydzie jeszcze dugo starość, ale mogę – dej Ponbůczku! – Polsko ĕntlich uzno nos za myńszość etniczno a do nom zwola być Ślůnzokoma, a niŷ bydzie wciskać nom, co som my Polokoma. Kiej wezna za pora dni do gości opłatek, to genau tego byda kożdŷmu winszowoł. Żol patrzeć, co Poloki ze swoim faterlandŷm nagrowajom. PiS wychwolo piłsudczykowsko sanacjo, kiero regiŷrowała starom Polskom. A jo se tak forszteluja, co eli ta sanacjo boła choć trocha podano na PiS, to jo już rīchtig wiŷm, czamu Ślůnzoki ze Katowic, Rybnika, Chorzowa, Bielska – witali ze takom radościom nimiecki wojska. Przeca i dzisio rod bych doł hajmat kożdymu, bele sam boło normalnie. Tuż tego Wom na 2017 winszuja – coby my żyli we normalnym, choby i trocha ańfachowym, państwie. Dariusz Dyrda
PISZE CÓRKA NACZELNEGO
C
zego oni uczyli mnie w tych polskich szkołach??? Że im dalej na południe, tym cieplej! No więc siedzę sobie w tym Nowym Jorku, szerokość geograficzna północna 40,45 stopnia – czyli bardziej na południe, niż Barcelona, Porto, Stambuł a nawet Neapol. I co? I kiedy piszę ten tekst, 16 grudnia, za oknem też 16. Tyle, że minus 16 Celsjusza. A ojciec mówi, że w Tychach tylko minus 1. No to ja się pytam, czemu w mieście, które jest bardziej na południe od Stambułu i Neapolu, ja mam zimno jak w Helsinkach? Jakbym chciała zaznać amerykańskich mrozów, to bym pojechała na Alaskę a nie do Nowego Jorku! Ale trzeba przyznać, że u nas by już wszyscy stękali, jak im zimno, a tu każdy przyjmuje to ze spokojem. Chociaż autami trochę strach jeździć, bo oni tu – naprawdę – nie wiedzą nawet, co to opony zimowe. Ślizgam się autem (a toyota sienna to taki troche mniejszy autobus) po lodzie równie bezwładnie, jak mój ojciec na łyżwach. Ups, chyba podpadłam, bo Dyrdzie się wydaje, że jest łyżwiarzem pierwsza liga… No ale do rzeczy, czuję, że po raz
Tylko świąt mi brak pierwszy w tym USA zatęsknię za domem właśnie podczas świąt. Niby całe dzieciństwo mówiłam, że ich nie lubię, ale gdy sobie wspomnę ten krisbaum, tego karpia (moja „amerykańska rodzina” nie umie się nadziwić, że można to jeść!), a nawet
bez lulajże… Ba, moje koleżanki, jedna Dunka i dwie z RPA nawet nie rozumieją, o co mi chodzi z pasterką, na którą chcę iść do pubu. A w mojej tyskiej licealnej klasie podział był prosty, jedni szli na Pasterkę do kościo-
da? Aha, na szczęście mam też koleżankę Austriaczkę, która mówi, że na Pasterkę chodziła prababcia i ona ze mną na tę nowoczesną chętnie wyskoczy. Oj, łza się w oku kręci… Kiedy pomyślę o taty karpiu w galercie, z (też
Ojciec (a tym bardziej opa) tej pubowej pasterce nie umieli się nadziwić, powtarzając, że „za moich czasów…”, ale przecież jak się dzieciątko rodzi, to idzie się oblać, prawda? Aha, na szczęście mam też koleżankę Austriaczkę, która mówi, że na Pasterkę chodziła prababcia i ona ze mną na tę nowoczesną chętnie wyskoczy zapach kompotu z suszek (którego zresztą nie lubię) oraz moczki – której nie lubię jeszcze bardziej – to się jakoś tak łza w oku kręci. Tu niby choinka też będzie, ale co to za święta bez tego kapra, moczki i kompotu z suszek na stole; co to za święta, jeśli pod tę choinkę prezent podrzuci mi Mikołaj, a nie Dzieciontko??? I
ła, inni do pubu, a ci najbardziej pojednawczy szli do kościoła, a po niej przychodzili do pubu. Gdzie dzieliliśmy się opłatkiem i składali sobie życzenia. Ojciec (a tym bardziej opa) tej pubowej pasterce nie umieli się nadziwić, powtarzając, że „za moich czasów…”, ale przecież jak się dzieciątko rodzi, to idzie się oblać, praw-
taty produkcji) sosem tatarskim; o tym jak Dyrda fałszuje, nucąc „W żłobie leży”, to wsiadłabym w samolot i leciała do domu. Tylko wtedy ominęłyby mnie święta i Sylwester po nowojorsku, a jestem ich jednak ciekawa. Chociaż coś naszego na ten amerykański stół zrobię! Może uwarza
zupę grzybową, chociaż po suszone borowiki chyba muszę iść do polskiego sklepu. Nie, drogi tatusiu, śląskiego sklepu w Nowym Jorku nie ma, naprawdę muszę do polskiego! Aha, muszę tam też kupić śmietanę, bo Amerykanie znają tylko taką chudą, 12%. Święta tak nastrajają, że gdybym tu miała moje skrzypce, które od pięciu lat leżą zakurzone w Tychach na szranku, to nawet zagrałabym tym moim Amerykanom jakąś kolędę. Choć po kilku latach bez ćwiczeń, to może lepiej, ze tego nie usłyszą… Aha, dostałam zaproszenia na polską wigilię, do polskiego klubu. Ale kiedy przeczytałam, że tam będzie barszcz i kutia, to mi jakoś ochota odeszła. Barszcz i kutia na wigilijnym stole są równie „moje”, jak na przykład kurczak zapiekany w cieście z frytkami. Ale może mróz utrzyma do wigilii – bo jeśli wtedy śnieg będzie skrzypiał pod butami, to idąc na pasterkę poczuję się trochę jak w domu. Zofia Dyrda
12
grudzień 2016r.
W okresie PRL-u setki tysięcy Ślązaków starały się o wyjazd do Niemiec. Była to często droga przez mękę
A po co īno tam chcecie jechać? „Po co tam chcecie jechać”? - w urzędach paszportowych pytano Ślązaków, którzy w czasach głębokiego PRL-u, wyrażali wolę wyjazdu na stałe do RFN Zresztą nie tylko pytano, ale z każdym z osobna przeprowadzano stosowną „rozmowę uświadamiającą”, mającą zniechęcić do opuszczania tzw. macierzy.
P
olska z jednej strony wyrażała zgodę, by ci, którzy poczuwają się do narodowości niemieckiej, mieli prawo wyjechać – z drugiej strony miała świadomość, że masowy wybór emigracji ze Śląska mógł spowodować perturbacje w – jakże ważnym dla ludowej ojczyzny – wydobyciu węgla czy wytopie stali i innych metali. Owszem, na Śląsk można było zwieźć dziesiątki tysięcy wulców, z kieleckiej czy suwalskiej wsi, ale wszyscy wiedzieli, że oni muszą pracować pod fachowym okiem sztajgrów, brygadzistów czy choćby starszych śląskich kolegów, nawykłych do ciężkiej roboty w przemyśle. Dzięki temu przemysłowi towarzysze śląsko-dąbrowskiej organizacji partyjnej cieszyli się specjalnym statusem w PRL-owskim rankingu ważności i wynikającymi stąd przywilejami, których nie mieli zamiaru się pozbywać. A było się czego obawiać, gdyż w latach 1952 -1985 wyemigrowało do RFN z Górnego Śląska grubo ponad 400 tysięcy ludzi. Natężenie zjawiska wyjazdów –regulowane deklaracjami i porozumieniami między rządami PRL i RFN – było poniekąd wyznacznikiem procesów normalizacyjnych pomiędzy obydwoma państwami. Kiedy następowało rozluźnienie, i wnioski można było składać, wówczas właśnie funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa (a potem Służby Bezpieczeństwa), bo tylko oni zajmowali się paszportami, realizowali wytyczne swoich partyjnych zwierzchników i na różne sposoby starali się odwieść od zamiaru wyjazdu. Ostateczną decyzję też oni podejmowali.
przynależność narodową” decydował nie sam zainteresowany, lecz SB.
DRUGA FALA – ZA GIERKA
n Ślązacy w Niemczech nadal chcą trzymać się razem. Na Schlesiertreffach spotyka się po kilka tysięcy ludzi. Najwięcej w Hannoverze.
PIERWSZA FALA – POSTALINOWSKA ODWILŻ Fali takich wyjazdów było kilka. Pierwsza była rezultatem ustnego porozumienia pomiędzy delegacjami polskiego i niemieckiego Czerwonego Krzyża z grudnia 1955 roku. Przewidywało ono możliwość wyjazdów na stałe z Polski do RFN w ramach tzw. łączenia rodzin . Do początków
Do Niemiec z terenów historycznego Górnego Śląska od początku lat 50. wyjechało 1,5 mln osób. Jedni – o czym pisze tekst – legalnie, a inni po prostu nie wracając z „wyjazdów turystycznych”.Proces ten trwał z ogromną siłą do 1993 roku, gdy władze niemieckie ograniczyły możliwość uzyskania stałego pobytu i obywatelstwa wyłącznie dla tych Ślązaków, których przodkowie w 1938 roku mieszkali na terenie Niemiec. Możliwość tę utracili więc Ślązacy z okolic Katowic, Ziemi Pszczyńskiej, Tarnogórskiej czy Rybnickiej. Natomiast Ślązacy z okolic Gliwic, Zabrza czy Opolszczyzny nadal mogli obywatelstwo uzyskiwać. Część emigrantów na starość wraca do rodzinnych stron, pobierając niemiecką emeryturę. Ale niewielu, bo tam pozostają ich dzieci, wnuki. Coraz mniej przyjeżdża też na święta. Drugie i trzecie pokolenie nie czuje już bowiem tak bliskich związków ze śląskim hajmatem, poza tym gdy pomarły omy i opy, nie bardzo jest do kogo przyjeżdżać.
1959 roku wyjechało na tej podstawie około 225 tysięcy osób. Zakończenie porozumienia w lutym 1959 roku oznaczało powrót do sytuacji, w której zgoda na wyjazd stały należała do wyłącznej kompetencji służby bezpieczeństwa. Mimo to w latach 1959-70 wyjechało z Polski kolejne 100 tysięcy ludzi. W 1970r. podczas negocjacji nad układem o normalizacji-poprawie stosunków między PRL a RFN, strona polska nie zgodziła się na rozpatrzenie problemu obecności w Polsce Niemców, lub osób pochodzenia niemieckiego. O żadnej mniejszości niemieckiej nawet nie chciała słyszeć. Nie zaakceptowała tym samym postulatu „zwiększenia przepuszczalności granicy”. Jednak 18 listopada 1970 roku do rządu RFN wystosowana została „informacja Rządu PRL”, w której stwierdzono, że osoby, które ze względu na swą bezsporną niemiecką przynależność narodową, pragną wyjechać do jednego z dwóch państw
niemieckich, mogą to uczynić w oparciu o obowiązujące w PRL prawo. Ponadto weźmie się pod uwagę sytuację rodzin mieszanych i podzielonych oraz takie przypadki obywateli polskich, którzy na
Niemniej, tak sformułowane stanowisko władz polskich stało się przyczyną gwałtownego wzrostu zainteresowania wyjazdem do RFN. Tylko w okresie od stycznia do 31 lipca 1970 roku w byłym województwie katowickim stosowne wnioski złożyły 27 702 osoby . Ponadto 80 procent z nich to mieszkańcy tylko trzech miast: Zabrza (9253 osoby), Bytomia (6585 osób) i Gliwic (6468osób). Skala tego zjawiska i jego charakter musiały być dla władz niepokojące. Prawie 52 %. ubiegających się to robotnicy, 5909 to młodzież ucząca się, a 3113 to dzieci do lat siedmiu. Nie zabrakło nawet członków PZPR , których się doliczono 74. W „Informacji w sprawie wyjazdów na pobyt stały w Niemieckiej Republice Federalnej” zwracano uwagę , że „epidemia” wyjazdów ogniskuje się w niektórych dzielnicach miasta lub poszczególnych zakładach pracy. Po prostu miejscach, gdzie ludzie nabrali śmiałości i postanowili spróbować, w oparciu o śląskie pochodzenie, wyrwać się z siermiężnej Polski. Ale też Zabrze, Bytom, Gliwice w okresie międzywojennym leżały w Niemczech, więc tamtejsza ludność bardziej
Skuteczność przekonywania Ślązaków do rezygnacji z wyjazdu była niewielka. W Bytomiu na ogólną liczbę 2875 rozpatrzonych wniosków, odnotowano tylko kilkanaście przypadków rezygnacji z wyjazdu. W Zabrzu spośród 6228 ubiegających się o zgodę na wyjazd, zrezygnowało 8 osób, a w Gliwicach na 3434 chętnych wycofało się 10 osób skutek zmiany ich stosunków rodzinnych bądź wskutek zmiany wcześniej powziętej decyzji, wyrażają życzenie połączenia się ze swoimi bliskimi bądź krewnymi mieszkającymi w RFN lub NRD. Oczywiście o tym, czy ktoś ma „bezsporną niemiecką
czuła się z Niemcami związana. W 1921 roku wiele proniemieckich rodzin wyprowadziło się tam z Katowic, Chorzowa i innych miast, które przyłączono do Polski. - Mój fater w 1920/21 roku był frajkorpsem, miołech na to papiůry. Bił sie,
13
grudzień 2016r.
coby Ślůnsk ŏstoł w Niŷmcach. Kiej Piekary trefiły do Polski, to my sie przekludzili do Bytomia. Czy trzeba lepszego dowodu, że moja familia uważała się za nimiecko? – pyta Hubert Lakotta (w PRL – Łakota), który w 1973 roku, po dwóch latach starań wyjechał do Niemiec. Dziś ma lat 83 i mieszka w Lubece. Nie był wyjątkiem. W Bytomiu na przykład tylko, w kopalni „Bobrek” wnioski takie złożyło 258 osób, a w hucie „Bobrek” 233. Komitet miejski PZPR w Bytomiu oszacował, że ubiegający się o zgodę na wyjazd stanowią około 3 %.ogółu zatrudnionych w tym mieście. W ciągu całego 1971 roku liczba złożonych wniosków wyniosła 131 823. Z punktu widzenia Polski naprawdę epidemia.
NIEMCÓW ZACHĘCALI DO ZOSTANIA… POWSTANIAMI ŚLĄSKIMI Narastająca z miesiąca na miesiąc fala składanych podań skłoniła władze partyjne do opracowania zasad postępowania wobec osób ubiegających się o wyjazd do RFN. W kwietniu 1971 r. na podstawie zaleceń KCPZPR opracowane zostały tajne wytyczne sekretariatu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Mając na celu ograniczenie tendencji wyjazdowych występujących w niektórych miejscowościach
RFN. W tym celu Wydział Propagandy KW został zobowiązany do oddelegowania dziennikarzy z prasy wojewódzkiej do pracy w terenie. Ich zadaniem miało być współredagowanie tekstów osłabiających tendencje emigracyjne. Do odpowiednich działań zobowiązano również szkoły. Dzieci ,których rodzice zgłosili zamiar wyjazdu, powinny zostać otoczone przez nauczycieli i wychowawców szczególną opieką wychowawczo-uświadamiającą w szkole i poza szkołą (miejsca „poza szkołą” były odbierane jako rozsadnik wrogiej propagandy).
EMERYTÓW CHĘTNIE, PRACUJĄCYCH NIE Szczególną rolę w „Wytycznych” przypisano powiatowym i miejskim komisjom, które rozpatrywały podania osób o wyjazd. Ich dotychczasowy skład –miejscowy aktyw partyjny –należało uzupełnić o działaczy ZSL, SD (partii satelickich w stosunku do rządzącej PZPR) oraz osoby bezpartyjne, cieszące się autorytetem w lokalnym środowisku. Jednocześnie zwrócono uwagę, ab dbać „o odpowiednie proporcje między ilością decyzji negatywnych i decyzji pozytywnych”. Komisje te zobowiązano - od zaraz - do dokumentowania przeprowadzonych rozmów. Powinny one uwzględniać w szczególności stanowisko wyrażo-
zasadą stało się nagrywanie tych rozmów i sporządzanie na tej podstawie specjalnych stenogramów. Wraz z pozytywną opinią komisji i wnioskiem zainteresowanej osoby, były one przesyłane organom paszportowym MO (czyli SB), które na tej podstawie mogły wydać bądź nie wydać paszportu emigracyjnego (w jedną stronę) z zachowaniem kolejności: jako pierwsi otrzymywali emeryci, osoby chore i niezdolne do pracy zawodowej oraz te, które porzuciły. Ci nawet lepiej, żeby wyjechali… woj. katowickiego, sekretariat KW zalecił przede wszystkim nasilenie działań propagandowych dla „umocnienia procesów integracyjnych wśród śląskiego społeczeństwa”. Okolicznością sprzyjającą miała być rocznica „III powstania śląskiego”. Przede wszystkim zalecano przygotować przemyślaną kampanię w lokalnych mediach. Za pożądane uznano publikowanie wspomnień i wywiadów z zasłużonymi działaczami zajmującymi się polonizacją autochtonów, podkreślających najczęściej wymyślone - i jakże często nieprawdziwe - związki Śląska z „macierzą” oraz walkę zbrojną z naporem germańskim w okresie tzw. powstań śląskich czyli śląskiej wojny domowej, jak również w czasie II wojny światowej. Nikt w tych komitetach partyjnych nie pomyślał, że taka argumentacja wobec rodzin, które w czasie tych powstań były po niemieckiej stronie, raczej jeszcze bardziej zrazi je do Polski. To była propaganda rażąco sprzeczna z ich rodzinną pamięcią i doświadczeniami. Zalecono jednocześnie ukazywanie – na przykład poprzez wyselekcjonowane przedruki z prasy zagranicznej –trudnej sytuacji emigrantów wyjeżdżających do
ne przez rozmówcę oraz inne ważniejsze fragmenty rozmowy. Jak wynika z zachowanej dokumentacji, zasadą stało się wręcz nagrywanie tych rozmów i sporządzanie na tej podstawie specjalnych stenogramów. Wraz z pozytywną opinią komisji i wnioskiem zainteresowanej osoby, były one przesyłane organom paszportowym MO (czyli SB), które na tej podstawie mogły wydać bądź nie wydać paszportu emigracyjnego (w jedną stronę) z zachowaniem kolejności: jako pierwsi otrzymywali emeryci, osoby chore i niezdolne do pracy zawodowej oraz te, które porzuciły pracę i nie pracowały co najmniej od dwóch lat. Czyli ludzie nieczynni zawodowo i tzw. element kontrproduktywny, najczęściej bez przygotowania zawodowego. Ci nawet lepiej, żeby wyjechali…
ROZMOWY NIEWIELE DAWAŁY Z podsumowania działalności komisji w okresie od stycznia do końca lipca 1971 roku dokonanego w Komendzie wojewódzkiej MO w Katowicach wynika, że skuteczność oddziaływania była niewielka. W Bytomiu na ogólną liczbę 2875
rozpatrzonych wniosków, odnotowano tylko kilkanaście przypadków rezygnacji z wyjazdu. W Zabrzu spośród 6228 ubiegających się o zgodę na wyjazd, zrezygnowało 8 osób, a w Gliwicach na 3434 chętnych wycofało się 10 osób . Jako przyczynę tego zjawiska podawano fakt, że rozmówcy zaproszeni na spotkanie z komisją byli dobrze do niej przygotowani, mieli argumenty, kontrargumenty czy wręcz gotowe odpowiedzi na zadawane pytania. Zachowywali się uprzedzająco taktownie i udzielali wyczerpujących wyjaśnień. Postawy takie bazowały na przekonaniu, że przebieg rozmowy może się przyczynić do pozytywnego załatwienia wniosku. Istotne jest również to, że po stronie władz powszechna była świadomość, iż niezależnie od oficjalnie podawanych motywów (niemiecka narodowość, zamiar połączenia się z bliskimi w RFN ) zdecydowana większość chciała wyjechać z pobudek ekonomicznych. W skali całego kraju (co oznacza niemal wyłącznie w skali Śląska, ewentualnie z dodatkiem Mazur) w latach 197175 liczba złożonych wniosków wyniosła 175 tysięcy. Na podstawie oficjalnych kryteriów w „Informacji” oraz przy zastosowaniu (mniej oficjalnie) powyższych metod, władze wydały ponad 62 tysiące zezwoleń na wyjazd stały do RFN. - Miałam wówczas kilka lat. Wniosek rodziców odrzucono. Udało nam się wyjechać gdy już byłam studentką, dopiero w 1988 roku – mówi Karin Morawietz, dziś niemiecka dziennikarka.
PRZYWILEJ ŚLĄZAKÓW Bo pomimo najprzeróżniejszych zabiegów „towarzysze” nie byli w stanie zatrzymać fali wyjazdów ze Śląska, o czym nie omieszkano poinformować lud pracujący miast i wsi używając żargonu typowego dla PRL: „byli folksdojcze, sieroty profaszystowskie oraz niedobitki V kolumny w popłochu opuszczają naszą socjalistyczną ojczyznę, kierując się do swoich dawnych i obecnych mocodawców w RFN. Z czego najbardziej powinni się cieszyć mieszkańcy Śląska, że władza ludowa uwolniła ich od wroga klasowego i narodowego”. Mieszkańcy Śląska natomiast, nie mający miejscowych korzeni zamiast cieszyć, smucili się, że oni nie mają szans, na wyjazd do Niemiec i niemieckie obywatelstwo. W PRL-u właśnie tego zazdroszczono Ślązakom najbardziej. Nie lepiej zaopatrzonych sklepów, nie nieco wyższych zarobków, lecz właśnie szansy na opuszczenie Polski. W latach 80. gdy o paszport turystyczny było już łatwo, nie trzeba było nawet pytać władz o zgodę na wyjazd do Niemiec. Ale Polacy nie byli tam przyjmowani, Ślązacy tak. Dziś może to zrobić każdy w ramach swobodnego przepływu osób w Unii Europejskiej, poszukując dla siebie lepszego miejsca na kontynencie. Wtedy, pomiędzy 1970 a 1989 (a nawet kilka lat dłużej) – był to przywilej wyłącznie Ślązaków. A ci, którzy byli z terenów należących do Niemiec przed II wojną światową (dokładnie w 1938 roku) pewne wynikające z tego przywileje mają do dziś. Marian Kulik
ORYGINALNY FRAGMENT STENOGRAMU ROZMOWY PRZEPROWADZONEJ Z OSOBĄ UBIEGAJĄCĄ SIĘ O PASZPORT (ŹRÓDŁO: BIULETYNU IPN -CZERWIEC -LIPIEC 2004 ROK. ANDRZEJ SZNAJDER „DO KOGO TAM JEDZIECIE”. Katowice, dnia 23VI 1971r. Tajne spec (jalnego)znacz (enia). Egz.nr. Stenogram rozmów prowadzonych w dniu 17.06.1971r. przez zespół aktywu partyjnego przy KWK „Rozbark” z osobami ubiegającymi się o emigracyjny wyjazd do RFN. Skład Zespołu: 1. dyrektor administracyjny - Śmiejkowski Tytus 2. sekretarz POP – Wójcik Stanisław 3. przewodniczący rady zakładowej – Skowron Kazimierz 4. kierownik administacyjno-gosp - mgr Pelka Mikołaj 5. protokolantka, kierownik działu socjalnego-Bojan Helena Rozmowa ob.K[…]Tomasz - Pan K[..] Tomasz stara się o wyjazd stały do RFN? Pan pracuje na kop od września 1937r. do lutego 1945 i od maja 1945 do chwili obecnej na stanowisku rębacz i jako strażnik, mieszka pan w Bytomiu[..], jest to mieszkanie kopalniane… - Tak jest - Kolego, do kogo tam jedziecie? - Panie dyrektorze, ja mam tam brata, szwagra, żona ma siostrę tam. - A dzieci tutaj macie? - One już są żonate. - Wszystko jedno, ale dzieci tu, a ojciec tam. - One nie chcą jechać, bo czują się Polakami - Dobrze, a wy kolego ? - Ja jestem Niemcem. - Jak to, dzieci Polakami, wy jesteście urodzeni w Chorzowie Starym, wypracowany strażnik, godło polskie nosi na czapce, ni stąd ni zowąd twierdzi, że jest Niemcem. Jak to nastąpiło, tak od razu poczuliście się Niemcem? - Od razu to nie nastąpiło, tylko że tam żądają nas. - Wy jesteście cenionym pracownikiem, tyleście się wysłużyli, tyle dobrego zrobili dla naszej kopalni, dla Śląska. - Ale tu mi się kończy praca po 65 roku życia, a mam tam brata, jest starszy ode mnie, jest chorowity i chciałby ze mną być. - Ja rozumie, jakbyście byli lekarzem, ale brat jest stary i wy ni stąd, ni zowąd chcecie tam jechać. - Jestem wychowany w Niemczech, w Westfalii od dziecinnych lat, posiadam szkołę niemiecką, potrafię perfekt pisać, mówić i czytać po niemiecku. - No to wszyscy na Górnym Śląsku to umieją. - To nieprawda. - A przecież urodziliście się w Chorzowie? - Tak - Chorzów to zawsze był polski - Ale to przechodziło do Niemiec, ja wiem dobrze wszystko. - A ile pan miał lat, jak pan wyjechał do Westfalii ? - Rok i w dziewiętnastym roku przyjechałem tutaj. A w 1921 roku były zrobione granice na Śląsku. - Ale w zasadzie to byliście tylko 10 lat. - Dwanaście i tam skończyłem szkołę powszechną, a jak tu przyjechałem, to tu były Niemcy i tu dalej do 13 roku chodziłem do szkoły. - A dlaczego nie wyjechaliście w latach 1945-48, a wyście chyba wszystko czynili, żeby udokumentować, że jesteście Polakiem. - Bo nie było żadnej okazji. - Jak to, w 1945 roku dziesiątki tysięcy wyjechało. - Ja to wszystko znam, czy była okazja, czy nie było, ludzie uciekali przez granicę, a po co ja miałem przez granicę uciekać. - Nie, w 1946r. nikt przez granicę nie uciekał, na siłę się wyrzucało, bo mu udowodniono, ze jest Niemcem, a on udowadniał, że jest Polakiem. Chodziły wtedy po domach tzw. trójki, pytały o narodowość . - Ja nie mogę nic powiedzieć, bo u mnie nikt nie był. - Jasne, że chodzili do tych, którzy rzeczywiście byli Niemcami. Od 193r. pracujecie na Rozbarku, tyleście lat przepracowali. - I to uczciwie. - Zostawicie tu swoje dzieci - ile macie? - Córka i syn. Córka nie chce jechać, bo powiada, że ona czuje się Polką, a syn ma 38 lat i też wyrabia papiery na wyjazd. - A żona też chce jechać ? - Też. - Skąd pochodzi ? - Z Chorzowa. - Ale pan Panie .K. służył w wojsku polskim przed wojną. - Tak - Więc jaki z pana za Niemiec. - Służyłem w WP , bo miałem obywatelstwo polskie ale narodowość niemiecką. - Przed wojną miał pan narodowość niemiecką? - Tak - Kolego, a czasie Niemców wyście pracowali tutaj, jaką mieliście folkslistę ? - Drugą…
14
grudzień 2016r.
Za
kilka lat ta książka nie mogłaby już powstać. A może nawet dziś, gdyż większość z opowiadających w niej swoje dzieje, już nie żyje. Marian Kulik zdążył z nimi porozmawiać, zanim zmarli. A takich, jak oni ubywa błyskawicznie, wszak najmłodsi mają 88 lat. Autor książki – Marian Kulik – w roku 2010 zorientował się, że Ślązaków, którzy walczyli na frontach II wojny światowej, w armii niemieckiej, gwałtownie ubywa. I zaczął spotykać się z nimi, spisywać ich wspomnienia. Początkowo publikował je w „Jaskółce Śląskiej”, organie prasowym RAŚ, ale gdy sylwetek tych przybywało, w głowie naszego redaktora naczelnego, Dariusza Dyrdy zrodził się pomysł,
„Gott mit uns” - niebawem w sprzedaży
by wydać je w formie książkowej. Pojawia się bowiem coraz więcej opracowań naukowych i popularno-naukowych na ten temat. Który przestał być tabu. Ale opracowania to jedno, a osobiste opowieści osób, które służyły w niemieckich
mundurach zupełnie coś innego. Tym bardziej, że opowieści te bogato przeplatane są wspomnieniami i refleksjami na temat przedwojennej Polski, hitlerowskich Niemiec, Śląska. Poznajemy Śląsk lat 30. i 40. XX wieku oczami chłop-
ców i młodych mężczyzn. Oglądamy ich oczami Europę i Rosję. Wczuwamy się w bombowe naloty, wielkie i mniejsze bitwy, w których uczestniczyli. I chociaż tych opowieści jest ciut ponad dwadzieścia, to każdy Ślązak znajdzie w nich coś wspólnego z losem swojego ojca czy dziadka, pradziadka. Przybliży mu to, co przodek przeżywał w tamtych latach. Jedni z bohaterów „Gott mit uns” czują się zadeklarowanymi Niemcami, inni wkładali mundur Wehrmachtu wbrew sobie, bo czuli się Polakami, jeszcze inni byli tylko i wyłącznie Ślązakami, lojalnymi obywatelami III Rzeszy. Również to spektrum postaw można znaleźć na łamach tej książki. Książki, która ukaże się w styczniu, a my dziś prezentujemy fragmenty wspomnień, które się w niej znajdą.
Fragmenty przygotowywanej do druku książki
Mariana Kulika „Gott mit uns!- ostatni żołnierze (wspomnienia Ślązaków z armii III Rzeszy)”. *** zawitało do nas dwóch szupoków (policja) i jeden krótko do mnie powiedział: „ skocz po ojca”. Ojciec się od razu zjawił; oni najpierw odstawili rowery, a potem wolno podchodząc do mnie i ojca powiedzieli: „mamy pewną informację, że posiadacie karabin, którym kłusujecie i musimy natychmiast dokonać rewizji w waszej chałupie”. Ojciec próbował zaprzeczać, a policjanci, jakby nie słyszeli, żwawo ruszyli w kierunku domu. Najpierw weszli do kuchni, potem do pierwszej izby, na koniec do drugiej izby. Wtedy ten starszy policjant, jakby wiedział, że tam jest to czego szukają, zdecydowanym ruchem włożył rękę za szafę - i od razu wyciągnął berdankę. Wskazując palcem na mnie, powiedział: „ubieraj się idziesz z nami”. Wtedy ojciec cały pozieleniały na twarzy, stanął miedzy mną, a nimi mówiąc: „ja rabczykuję i ja strzelałem, przez to mnie bierzcie”. Wtedy ten szupok patrząc ojcu pod nogi powiedział: on jest młody i dużo wytrzyma, a ty zajmuj się domem i rodziną. Jeszcze tego samego dnia, zostałem przewieziony do aresztu śledczego w Katowicach. Po czterech dniach odbyła się rozprawa, na której sędzia krzyczał na mnie, że kiedy mój brat poświęca życie i zdrowie dla kraju, to ja zajmuję się kłusowaniem, narażając Rzeszę na straty. Nie wiadomo jak długo i jak głośno by jesz-
17 urodzinach, otrzymałem rozkaz natychmiastowego zgłoszenia się w komendanturze. Biegłem tam z duszą na ramieniu, cały zestresowany, gdyż do tego miejsca rzadko kogo wzywano i nie zawsze wzywany wracał o własnych siłach. Po zgłoszeniu swojego przybycia, otrzymałem polecenie udania się do jednego z pomieszczeń po dalsze instrukcje. Wchodząc do wskazanego pokoju, regulaminowo zameldowałem się i dopiero po chwili - cały czas stojąc na baczność - zauważyłem, że jedynymi meblami w tym pomieszczeniu były dwa krzesła i stół zawalony papierami, oraz leżąca na nich wojskowa czapka w czarnym kolorze, z trupią główką. Wyjątkowość chwili i wynikające stąd napięcie spowodowały, że widziałem tylko ten stół i leżącą na nim czapkę. Musiało minąć dobrych kilka minut, zanim się jako tako oswoiłem z otoczeniem i zauważyłem, że przed oknem stoi odwrócony do mnie tyłem, w czarnym oficerskim mundurze - ktoś tak ogromnego wzrostu, że wydawał mi się jakimś nienaturalnym olbrzymem. Po chwili, myślę że zamierzonego milczenia, tajemniczy oficer niskim głosem warknął „spocznij”, a następnie zapytał za co mnie posadzili. Dopiero jak usłyszał odpowiedź, to się odwrócił i wtedy zobaczyłem, że ten człowiek ma niesamowicie przenikliwy wzrok, którym mnie dziurawił jak laserem , a ja stałem jak słup soli, mając wrażenie jakbym miał bezwład
wa, w której ginie wyłącznie przeciwnik. Za te chłopięce fantazje w przyszło im zapłacić najwyższą ceną. Na krótko przed wybuchem wojny Chorzów zaczął przypominać garnek z gotującą się wodą, który ktoś przez nie uwagę przykrył pokrywką. Wzajemna niechęć, zrodzona jeszcze w czasach wojny domowej, między ludnością o orientacji niemieckiej i polskiej, tłumiona przez 17 lat, teraz zaczęła gwałtownie emanować, ale już nie niechęcią, lecz prawdziwą nienawiścią; pyskówki i awantury uliczne stały się codziennością. Wtedy byłem zaledwie 13-latkiem, ale dzisiaj po latach, zastanawiam się dlaczego władze państwowe, mając do swej dyspozycji środki umożliwiające, załagodzenie czy stłumienie wzajemnych waśni, nie zastosowały zgodnie z prawem tych mechanizmów, ale obojętnie patrzyły na pogarszającą się sytuacje, tak jakby miały w tym swój własny interes. Mój ojciec w lipcu 1939 roku został zmobilizowany i jako saper kolejowy stacjonował w Krakowie. Myślę że będąc wojskowym, miał bardziej precyzyjny wgląd w dramatycznie pogarszającą się sytuacje polityczną i przez to tak nagle zdecydował, abyśmy się przeprowadzili w sierpniu do Kielc, gdzie mieszkał brat ojca. W Kielcach zastał nas wybuch wojny. (…) Niebawem zjawił się nasz ojciec, który wraz z kolegą uciekł z niewoli, ale jego po-
Potem już wszystko odbywało się niezwykle sprawnie, spisanie dokumentów w kilkunastu egzemplarzach i doktorzy, którzy we dwóch sprawdzali czy jestem zdolny do wojaczki. Dopiero po wyjściu od lekarzy zerknąłem w dokumenty i zauważyłem, że stałem się ochotnikiem zwerbowanym do brygady Waffen SS . cze wrzeszczał ten oskarżyciel, ale akurat przyniesiono mu do wglądu „winowajczynię całego zdarzenia”, która była zapakowana w szary papier pakowy. Gdy ją rozwinięto, z dużym zdziwieniem popatrzył najpierw na flintę, a potem na mnie i już znacznie spokojniej zapytał: „i ty z tego strzelałeś?”. Wyrok brzmiał: rok pobytu w obozie pracy przymusowej. Obóz koncentracyjny! Na trzeci dzień od ogłoszenia wyroku przestąpiłem bramę obozu pracy przymusowej, gdzieś daleko w Rzeszy. Na temat tych miejsc napisano już bardzo wiele, od siebie dodam tylko tyle, że tam się każdy łamał jak przysłowiowy „colsztok”. Ja, człowiek przyzwyczajony do nie ograniczonej wolności, poczułem się tam jak jaskółka w klatce i wiedziałem, że tak jak jaskółka, zgasnę wcześniej niż inni. Zostałem przydzielony do robót przy budowie ogromnych obiektów ziemnych, prawdopodobnie zbiorników na benzynę, przy których codziennie pracowaliśmy jak mrówki. Po dwóch miesiącach odbywania kary w obozie, a tydzień po moich
mięśni i zamęt w głowie. Niespodziewanie zapytał: „chcesz zamienić pobyt w obozie na służbę w wojsku?”. A ja ryknąłem: „Tak jest!” Potem już wszystko odbywało się niezwykle sprawnie, spisanie dokumentów w kilkunastu egzemplarzach i doktorzy, którzy we dwóch sprawdzali czy jestem zdolny do wojaczki. Dopiero po wyjściu od lekarzy zerknąłem w dokumenty i zauważyłem, że stałem się ochotnikiem zwerbowanym do brygady Waffen SS . *** Nasz budynek musiał być dość obszernym familokiem, skoro mieszkało w nim osiem rodzin, a na parterze była tzw. świetlica, gdzie zbierała się młodzież zrzeszona w organizacjach paramilitarnych, którą dowodził i szkolił mój ojciec. Jako dowódca i instruktor w jednej osobie, ojciec przechowywał w domu trzy karabiny, którymi ci młodzi ludzie ćwiczyli swoje umiejętności strzeleckie, przy okazji bawiąc się w wojnę (z Niemcami albo bolszewikami). Niektórzy z tych młodych chłopców, w swej młodzieńczej naiwności uwierzyli, że wojna to tylko zaba-
byt w Chorzowie, na powrót wcielonym do Niemiec, musiał być głęboko zakonspirowany, gdyż już wtedy był intensywnie poszukiwany przez Geheime Staatspolizei (Gestapo), ze względu na jego przed wojenną działalność. Aby nie zostać zadenuncjowany, cichaczem wyjechał do Generalnej Guberni, i zamieszkał w odległej od centrum Kielc dzielnicy Baranówek, gdzie udało mu się, pod zmienionym nazwiskiem, zameldować dzięki czemu otrzymał pracę i nowe dokumenty. Moja matka, jak przystało na wzorową żonę, razem z dziećmi pojechała za mężem, co nie było trudne, gdyż jako Niemka mogła spokojnie podróżować i zamieszkać wśród Polaków. Pomimo że trwała wojna, nasz pobyt w Kielcach przebiegał bez większych wstrząsów, każdy żywił nadzieję, że wojna musi się kiedyś skończyć i wszystko wróci do normalności. Jako Niemcy mieliśmy kartki żywnościowe bogatsze od naszych sąsiadów, co w niczym nie pogorszyło stosunków między nami. Do końca naszego pobytu w tym mieście układały się bardzo poprawnie. Ojciec, jako były podoficer WP, dość wcześnie
związał się z polskim podziemiem, nie jestem w stanie powiedzieć jakie to były organizacje, ale był w tej konspiracji dość mocno zakotwiczony. (…) Na początku 1944 roku zostałem wezwany do komisji wojskowej w Krakowie, która mieściła się w ogromnym gmachu. Po dość szczegółowych oględzinach zadecydowano, że jestem zdolny do odbycia służby wojskowej w Wehrmachcie i skierowano mnie do Legionowa koło Warszawy, gdzie spotkałem wielu rekrutów z całej Polski. W Legionowie z kolei komenda wojskowa mieściła się w starych koszarach, gdzie zjawił się niemiecki oficer frontowy, który szybko skompletował z nas stuosobowy oddział, który otrzymał nazwę Zapasowego Oddziału Pancernego z siedzibą w Zinten (Prusy Wschodnie). *** Podczas roboty u Michalskiego wydarzył się ciekawa incydent. Mianowicie wybuchła wojna i nagle granica zniknęła. Dla kogoś, kto nie zna specyfiki śląskiej, te sprawy mogą być bardzo dziwaczne, ale dla mnie i tych co tu żyją od lat 1 września 1939 roku był oczywistą oczywistością, nad którą się za bardzo nie zastanawiano, bo też nie bardzo było czego żałować, szczególnie gdy się było młodym, bez roboty i perspektyw na przyszłość, a ci którzy byli starsi to wspominali dobre lata tzw. starych Niemiec i też nie żałowali września 1939, oczekując powrotu do tamtych tłustych lat dobrobytu. A jeśli już chodzi o samych żołnierzy niemieckich, wkraczających na Górny Śląsk, to byli bardzo pozytywnie nastawieni do Ślązaków, zresztą większość była takimi samymi Ślązakami jak my, tylko z tamtej strony granicy. Mówili i myśleli tak samo jak my, od razu tworząc wzajemne ciepłe relacje, czego nie można było powiedzieć o wojsku polskim, gdzie większość stanowili ludzie obcy mentalnie, kulturowo, a bariera językowa też nie ułatwiała wzajemnego fraternizowania się między autochtonami, a żołnierzami polskimi. Ale nie należy też zapominać o tych nielicznych Ślązakach, którzy z różnych powodów dali się uwieść państwowej propagandzie o mocarstwowości najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wikłając się w bezproduktywne starcia z wkracza-
jącym Wehrmachtem, co najczęściej dla tych nieszczęśników kończyło się tragiczną i bezsensowną śmiercią. Pamiętam naiwną wiarę tej pro-polskiej młodzieży w zapewnienia propagandzistów, że „jutro kolonialne wojsko francuskie wylądują na Muchowcu” i czekając na nich „poszła w bój z przysłowiowym jednym nabojem”, płacąc za to straszliwą daninę krwi. (…) mój brat, który wtedy uczęszczał do elitarnej szkoły technicznej w Katowicach i był odbierany jako wielce uczony i nowoczesny, święcie wierzył obłąkańczym sloganom, mówiącym „o guzikach, których nikomu nigdy nie oddamy”. I jak przystało na prawdziwego młodego patriotę już bardzo wcześnie rano miał wiarygodną informacje o wybuchu wojny. Zaraz też ubrał się w mundurek szkolny i wraz z kolegą obserwowali drogę w kierunku na Gliwice, skrupulatnie licząc przejeżdżające samochody w nadziei , że lada moment nastąpi szarża kawalerii polskiej, której następnie będą mogli przekazać meldunek o wrogich samochodach. Naprawdę, oni w to wierzyli! (…) Nie wiem dokładnie, który to był dzień września ale nie wcześniej jak drugi, kiedy mój brat pokazał mi mężczyznę ukrywającego się na kartoflisku, któremu żona przez parę dni donosiła jedzonko. Znałem go bardzo dobrze, należał do gatunku tych, którzy jako pierwsi zawsze potrafią bezbłędnie wyczuć „kiedy i skąd nadchodzi zmiana pogody” i gdy opuścił kartoflisko opowiadał, że bał się freikorpsów i dlatego się zakopał na polu miedzy naciami z kartofli, chociaż nikt nie słyszał żeby o niego pytali czy go szukali, ale widocznie trafiło na chłopa przewidującego, który ukrył się tak na wszelki wypadek, profilaktycznie. Wtedy mnie to bawiło, a jeszcze bardziej po latach, ten sam pan, już jako bohater z okresu walki z najeźdźcą , cały obwieszony medalami i odznaczeniami był obwożony po okolicznych szkołach, gdzie dzieciom i młodzieży godzinami opowiadał jak to 1 września 1939 roku, poświęcając życie, dzielnie walczył strzelając do najeźdźcy hitlerowskiego. I tak w Paniówkach wydarzył się cud, na polu zamiast kartofli wyrósł bohater wojenny, a z czasem niemal narodowy.
15
grudzień 2016r.
(…) W Wigilię 1942 roku zostałem awansowany do stopnia starszego żołnierza (gefrajter) a pierwszym moim zadaniem po awansie było obieranie kartofli. Tamtą wigilię pamiętam również i z tego względu, że na kolację podano kartofle, gotowaną rybę i szpinak. Ale na drugi dzień czyli w pierwsze Święto Bożego Narodzenia już serwowano prawdziwie świąteczne potrawy. 10 stycznia 1943 roku wszystkich porozsyłano do jednostek docelowych. Mnie i jeszcze czterech kolegów oddelegowano do Boulogne (duży port nad kanałem La Manche) we Francji, dokąd mieliśmy się udać pociągiem z przesiadką w Brukseli. Gdzie z kolei przez przypadek dałem się wciągnąć w awanturę i tylko dużemu szczęściu zawdzięczam, że nie zostałem aresztowany przez żandarmerię. Po przybyciu na miejsce i błyskawicznym zamustrowaniu w po francuskich koszarach, już na drugi dzień byłem marynarzem na okręcie. Niedużym, za to szybkim i zwrotnym, przeznaczonym do patrolowania obszarów przybrzeżnych, w tym przypadku kanału La Manche. Załoga składała się z 40 marynarzy obsługująca dwa cztero lufowe działka 25mm i cztery karabiny maszynowe MG-42. Służbę miałem każdej nocy, kiedy wychodziliśmy w zespole siedmiu okrętów na patrol czy konwojowanie innych statków. Służba była ciekawa i karmiono nas bardzo dobrze, ale też groziło nam wiele niebezpieczeństw, przede wszystkim ze strony nieprzyjacielskich samolotów, które czyhały na takie jednostki, jak nasza . Jak bardzo to były niebezpieczne kontakty, mogłem się przekonać podczas jednego z rejsów, kiedy wyszliśmy w morze przy dużej mgle, z której niespodziewanie wypadła wprost na nas eskadra nieprzyjacielskich samolotów. Dzięki Bogu nie zostaliśmy zatopieni ale stoczyliśmy
dopiero tam zaczynasz powoli dochodzić do siebie. Ale sam początek, kiedy cię wszyscy poszturchują, popychają, bezkarnie opróżniają kieszenie, zabierając co się im spodoba, nie należy do przyjemnych chwil. *** Nasze czołgi (Pzkpfw IV kaliber działa 75mm, prędkość do 40km/godz, pancerz do 30mm) wykonały manewr jak na ćwiczeniach, zbliżając się powoli do wrogiej wsi, prowadząc jednocześnie nękający ostrzał z dział. Po paru salwach osiedle, jako że było drewniane, zaczęło się gwałtownie palić, języki ognia wykwitały wysoko w niebo. Teraz do akcji zaczęły wchodzić nasze transportery opancerzone z grenadierami na pokładzie, przeciw którym zaczęła się wylewać ze wsi czarną masą czerwona piechota. Najpierw ozwało się groźne „urra! urra!” a potem wszystko zagłuszyły MG-42 (niemiecki szybkostrzelny karabin maszynowy) z naszych transporterów, masakrując wrogą piechotę, która jak fala wylewała się spośród zabudowań, płynąc ku naszym transporterom, a następnie gwałtownie odpływała, dziesiątkowana przez nasze karabiny maszynowe. Po paru takich falowych atakach, bielusieńki step wokół palących się zabudowań był upstrzony mnóstwem czarnych punktów, których każdy oznaczał zabitego czerwonoarmistę. Nasze czołgi zadanie wykonały, i powoli zaczęliśmy się wycofywać formując na powrót kolumnę marszową, a nad pole bitwy nadlatywały sztukasy (bombowce nurkujące) żeby tę nieszczęsną wieś zetrzeć z powierzchni stepu. Po początkowych sukcesach nasze wojska zaczęły tracić impet, grzęznąc w ciężkich walkach z przeważającymi siłami wroga, który pomimo zadawanych mu ciężkich strat, wciąż dysponował wielokrotną przewagą. Aby zacho-
posmarował kromkę smalcem i podał ciężarnej matce. Kobieta powoli żując chleb, odezwała się czystą niemczyzną „zabierzcie nas ze sobą bo my tu pomrzemy z głodu”(kobieta najprawdopodobniej wywodziła się z tzw. Niemców Nadwołżańskich). Było nas pięciu i wszyscy - jak na rozkaz - opuścili głowy, bo wiedzieliśmy, że w żaden sposób nie możemy pomóc tym nieszczęśliwym ludziom. Następnego dnia od rana grzaliśmy silniki, oczekując nowych rozkazów, które przywiozła ze sobą grupa wysokich rangą oficerów. Poprosili nas, żeby im pomóc wydrapać się na samotnie stojący w stepie wysoki kurhan (wysokie ziemne kopce usypane przez koczowników, pierwotnych mieszkańców tych stepów). Po dwudziestu minutach byliśmy na szczycie wzniesienia, z którego rozpościerał się wspaniały widok. Oficerowie rozłożyli lornetę nożycową i obserwowali horyzont nad którym mizernymi ledwie widocznymi błyskami wybuchały rakiety sygnalizacyjne, wystrzeliwane przez naszych żołnierzy uwiezionych w Stalingradzie. Byliśmy jakieś 40 km od naszych kolegów, ale żeby do nich dotrzeć należało zniszczyć masy nieprzyjaciela, blokujące dostęp do Stalingradu. Co natenczas – o czym jeszcze nie wiedzieliśmy - stawało się niewykonalne. Szykowaliśmy się do ataku, ale jeszcze tego samego dnia zostaliśmy sami zaatakowani przez piechotę i czołgi sowieckie. Nasz panzer ( czołg) toczył się na szpicy. W pewnym momencie usłyszałem potworny huk i wyrzuciło mnie z siedzenia, całą kabinę wypełnił gryzący zapach prochu. W szaleńczym pośpiechu opuściłem wnętrze czołgu najbliższym włazem. Po chwili na wpół ogłuchły stoję, razem z kolegami, koło naszego wozu, wokół którego świstają pociski i bezradnie patrzymy na porozrywaną przez minę czołgową gąsienicę. Jeden z ko-
Mój brat, który wtedy uczęszczał do elitarnej szkoły technicznej w Katowicach i był odbierany jako wielce uczony i nowoczesny, święcie wierzył obłąkańczym sloganom, mówiącym „o guzikach, których nikomu nigdy nie oddamy”. I jak przystało na prawdziwego młodego patriotę już bardzo wcześnie rano miał wiarygodną informacje o wybuchu wojny. Zaraz też ubrał się w mundurek szkolny i wraz z kolegą obserwowali drogę w kierunku na Gliwice, skrupulatnie licząc przejeżdżające samochody w nadziei , że lada moment nastąpi szarża kawalerii polskiej, której następnie będą mogli przekazać meldunek o wrogich samochodach. bardzo dramatyczny bój, ponosząc spore straty - czterech kolegów zostało zabitych, a dwóch rannych, głównie od odłamków żelaza, które podczas walki fruwały wokół nas. (…) Do niewoli wzięli nas Nowozelandczycy. Po komendzie „opróżnić kieszenie!” i wysypaniu ich zawartości na ziemię, bez słowa skonfiskowano każdą rzecz która, wydała im się ciekawa. I tak pozbyłem się swojego zegarka. Niewola niby oznacza, że już się nie zginie na froncie. Pewna ulga. Ale, przynajmniej na początku, nie jest tak kolorowo, jak by się mogło wydawać, no bo jak masz być w anielskim nastroju, podchodząc zupełnie bezbronny, z rękami uniesionymi nad głową, ku tym, do których jeszcze przed chwilą strzelałeś? Przecież każdy z tych żołnierzy mógł cię zastrzelić, patrząc pochmurnie spod okapu swojego hełmu, choćby tylko dlatego, że mu przypomniałeś kogoś, kto godzinę temu zabił jego kolegę. Taki zawsze ma racje, zawsze się wytłumaczy, a przełożeni zawsze jemu uwierzą, chociażby wiedzieli, że kłamie - bo to ja jestem wrogiem, a on jest tym, który ze mną walczy i poświęca swoje życie. Dopiero potem, kiedy już napięcie minie i kiedy zostaniesz zaprowadzony w jakieś miejsce, gdzie jest więcej podobnych jak ty jeńców,
wać skuteczny i stały nacisk na wroga, konieczna była wymiana czołowych oddziałów, których wartość bojowa znacznie zmalała. W tym celu rozpoczęliśmy luzowanie (wymianę) - nasz „Panzergrenadier Regiment” wychodził na czoło, a dotychczasowe czołówki odchodziły na głębokie tyły, w celu uzupełnień. Przed tak ważnym zadaniem dowództwo zarządziło krótki postój w niewielkim chutorze ( wieś kozacka), w celu uzupełnienia paliwa i amunicji. Ten chutor to była bezładnie rozrzucona grupa glinianych chałup, krytych blachą albo trzciną, z oknami wąskimi jak otwory strzelnicze zasypanymi do połowy śniegiem. W jednym z takich domostw nasza załoga zrobiła sobie biwak, ktoś przyniósł gorącą grochówkę, ktoś wyciągnął nie wiadomo skąd flaszkę - i już się zaczęło robić przytulnie. Pod koniec naszej „uczty” ujawnili się domownicy, którzy dotychczas bez ruchu siedzieli na piecu, jak gipsowe figurki. Była to kobieta w zaawansowanej ciąży i dwójka małych dzieci. Bezszelestnie się do nas zbliżyły, obserwując naszą łapczywą konsumpcję. Nie pamiętam kto pierwszy podał dzieciom menażkę, która w ich małych dziecinnych rączkach wyglądała jak kanister, z którego od razu zaczęły nabożnie siorbać grochówkę. Ktoś inny
legów mówi do mnie: „a co z twoją ręką?” Ja patrzę, a moja dłoń zaczyna nabierać bordowo szary kolor i puchnie w oczach. W tym momencie poczułem przejmujący ból i upadłem. Koledzy mnie podnieśli i pomogli iść, nie uszedłem daleko gdy odczułem coś, jakby uderzenie batem w nogę i widzę, że powyżej kolana na spodniach jest dziurka, z której się jeszcze unosi delikatny dymek. Zaraz potem zrobiło mi się ciemno w oczach. *** Pewnego razu jedna z zatrudnionych kobiet znalazła niemiecką gazetę, w której reklamowano wyposażenie i sprzęty kuchenne. Przyszła z tą gazetą do mnie, jako do tego, który dość łatwo potrafił się z nimi porozumieć, żebym jej wytłumaczył do czego służą te wszystkie dziwne sprzęty, prezentowane w gazecie. A potem musiałem ją długo przekonywać, że to nie jest żaden blef, że te wszystkie sprzęty są nieodzowne w normalnym codziennym życiu; że w naszym świecie tak mieszka większość ludzi. Zdumienie tej kobiety brało się stąd, że przez dwadzieścia lat tym nieszczęśliwym ludziom wmawiano, że cały świat jest uciskany przez kapitalistów i tylko w ZSRR ludzie żyją najszczęśliwiej. Teraz nagle okazało się, że uciskany przez kapi-
talistów niemiecki robotnik, ma mnóstwo sprzętów, o których ona nawet pomarzyć nie może… Ale wracając do frontu. Dopóki była zachowana względna równowaga w proporcji sił, to nasze wojska trzymały się bardzo dzielnie, od czasu do czasu skutecznie kontratakując wroga. Ale gdy przeciwnik na bieżąco mógł uzupełniać swoje ubytki, rosnąc w siłę, a nasze wojska topniały jak śnieg na wiosnę a o uzupełnieniach nawet nikt nie wspominał, wtedy stało się jasne, że trzeba wiać, bo inaczej zrobi się kocioł i drugi Stalingrad. Każdy odwrót bywa niebezpieczną operacją, kiedy wszystko zawodzi i każdy chce jak najszybciej uciec przed wrogiem. Tak było i tym razem - podczas naszego odwrotu w kierunku zaprzyjaźnionej Rumunii, a właściwie Besarabii (dzisiejsza Mołdawia). Przez dwa tygodnie zaopatrzenie prawie wcale nie funkcjonowało i musieliśmy indywidualnie, każdy na własną rękę zdobywać pożywienie. Dopiero po dotarciu do tej Besarabii pierwszy raz zjadłem normalny posiłek. Po wycofaniu się do Rumunii wcielono mnie do nowej dywizji, bo poprzednia jednostka uległa kompletnemu rozpadowi i przestała istnieć. Wraz z nią przepadła większość naszych dokumentów, o czym się dowiedziałem dopiero po latach, kiedy starałem się odtworzyć przebieg swojej służby. (…) Nasz pobyt w Rumuni szybko się skończył, gdyż z sojuszników stali się naszymi wrogami i znów trzeba było się wycofywać. Tym razem na Węgry, które były naszym ostatnim już sojusznikiem i naszą ostatnią ostoją. Węgry były krajem zadbanym, gdzie ludziom żyło się dostatnie i żal było patrzeć jak ten ich piękny kraj jest bezwzględnie eksploatowany i niszczony przez wojnę. Jednak nasz potencjał wojskowy był już bardzo marny i zaczynało wszystkiego brakować, co zmuszało nasze wojska do odwrotu, może już nie tak panicznego jak poprzednie, ale ciągłego. Wtedy dla każdego stało się już jasne, że wojna jest przegrana i trzeba zacząć poważnie myśleć jak wyjść cało z tej wojennej zawieruchy. Krótko przed opuszczeniem Węgier przejeżdżając przez jakiś opuszczony dworzec kolejowy, natrafiliśmy na zapomniane i bezpańsko stojące na bocznicy wagony pełne beczek wina. Do niedawna karne wojsko niemieckie było już tak rozbestwione, że nawet ich nie otwierali tylko do nich strzelali, a potem pili prosto z dziur w beczkach tryskające wino. Jedyna droga odwrotu na zachód, żeby uniknąć sowieckiej niewoli, wiodła przez Czechy i tamtędy wędrowaliśmy. W okolicach Czeskiego Nowego Miasta zastał nas koniec wojny i każdy ruszył w swoim kierunku. Byłem przygotowany na ten moment już wcześniej - kupiłem cywilne ubranie w zamian za wojskowego konia. Dzięki temu w miarę bezpiecznie mogłem rozpocząć wędrówkę w kierunku domu. Razem ze mną wędrował również zdemobilizowany Czech z Ostrawy, z którym było mi raźniej i bezpieczniej. To jego towarzystwo urato-
wało mnie, gdy nas zatrzymała Czeska milicja , która chciała nas wysłać do sowieckiego obozu jenieckiego , ale dzięki właśnie jemu udało się tego uniknąć czeska policja. Mało tego, otrzymałem papiery świadczące, że jestem wracającym robotnikiem przymusowym i mają mnie nakarmić w każdym napotkanym domu. Granicę Czeską przekroczyłem w Dziedzicach. Byłem prawie w domu. W Dziedzicach chciałem się od razu zgłosić do odpowiedniego Urzędu, żeby mi dali jakieś papiery, bez których było strach podróżować. Na moje szczęście trafiłem jednak po drodze na kolejarza, który mi odradził ten zamiar, pokazując piwnicę pełną takich naiwniaków jak ja, którzy w zamknięciu czekali na transport do Rosji. Idąc za radą tego życzliwego człowieka wsiadłem do potwornie przepełnionego pociągu, który się nagle skądś pojawił - i jak się okazało jechał do Katowic Brynowa. Do centrum Katowic dojechałem na dachu pociągu, który też był oblepiony do granic możliwości, takimi jak ja powracającymi rozbitkami, a potem jeszcze do Orzesza, skąd do domu wróciłem pieszo. Próg rodzinnego domu przekroczyłem 18 maja 1945 roku. *** Do niewoli wzięli nas Francuzi - i od razu przekazali Amerykanom, którzy po jakimś czasie zaczęli nas segregować pod względem narodowościowym. Wszystkich Ślązaków przewieźli do Lacurtin i zaproponowali wstąpienie do Wojska Polskiego, wyraźnie dając do zrozumienia, że wiele na tym zyskamy. Kiedy się nad tym zastanawialiśmy, nastąpił koniec wojny. W tej sytuacji, mając więc pewność, że już nie zostaniemy znów wysłani na front, podobnie jak większość kolegów, skorzystała z propozycji zgłaszając akces do WP. Lepiej przecież być żołnierzem armii, która wojnę wygrała, niż tej, która przegrała. W nowym wojsku były prawdziwe wczasy! Jedzenie jak w cywilu, do tego papierosy, czekolady i cytrusy bez ograniczeń, żołd podwójny, więc można było bez problemu wyjść na miasto i spokojnie usiąść w kawiarni. Ubrano nas w nowiutkie mundury i zakwaterowano w koszarach, bo przedtem mieszkaliśmy w namiotach. Na naszych kwaterach zjawiali się oficerowie i namawiali, żeby pozostać na Zachodzie, bo w Polsce będzie wprowadzony system sowiecki. Dzisiaj żałuję i to bardzo, ale wtedy… no cóż w domu czekała narzeczona, zasypując mnie listami, żebym natychmiast wracał. Amerykanie zawieźli nas ciężarówkami do Szczecina. Tam zostaliśmy przywitani czarną kawą zbożową, jałową kaszą i sucharami z czego amerykańscy kierowcy i konwojenci śmiali się do rozpuku, pytając się, jak można tak karmić ludzi, kiedy wojna się już skończyła. Nam za bardzo już nie było do śmiechu, widząc jaka czeka nas rzeczywistość, ale „Rubikon został przekroczony” i odwrotu nie było. Po trzech dniach ewidencjonowania otrzymałem bilet kolejowy do Rybnika. I tak się zakończyła moja wojenna wędrówka.
16
grudzień 2016r.
Tyż majom hołdy! P
Szpas ministra? Zaś my som Niŷmce...
E
gipt je blank podany na Ślůnsk. Sami widziecie, co ŏni hań tyż majom hołdy, ino jejch ŏd klary som blank wysuszone! Ku tymu Egipt tyż tajluje sie na Górny a Dolny, tela, że jejch hołdy som na Dolnym. Ku tymu u nich tyż resierujom egipskie „gorole”, kiere mianu-
ją sia Arabami, ale wcale Egipcjanami niŷ som. Rychtyczne Egipcjany – lud, kiery żyje hań ŏd tauzŷnůw lot – mianują sie Kopty, i wcale niŷ wyznowajom Allaha, ino Chrystusa. Ale, tak jak na Ślůnsku, autochtony ni majom nic do godki, ŏ wszystkim decydujom arabski przybyciny.
Araby rade by tych autochtonów – jak gorole Ślůnzokůw – ze Wgiptu kasik wykludzili. Tela co hań (jak doł pozůr Darek Jerczyński) żodŷn Koptom niŷ wiŷszo nudli, co som Araboma, hań im żodŷn etnicznŷj tożsamości niŷ ŏdmawio.
olska budowała autostrady nie dla Polaków, a dla Niemców i Rosjan – pedzioł niedawno wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit (PiS). Tuż zaś sie pokozało, iże my som chyba Niŷmce. Bo autostrada A-4 to przecież najważniejsza arteria komunikacyjna Górnego Śląska, pozwalająca nie tylko szybko przejechać z jednego miasta aglomeracji do drugiego, ale w 45 minut zajechać z Opola do Katowic. Więc jeśli ta autostrada służy Niemcom albo Rosjanom to… Rusami niŷ som my na pewno. Ostały inoś Niŷmce.
To sie werci poczytać:
Ksiůżka ślůnsko – nojlepszy gĕszynk pod krisbaum! Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Rychtig Gryfno Godka”? „Pniokowe łôsprowki”? „Asty kasztana ”? Eli ni mosz, terozki festelno szansa kupić je blank tanio. W księgarniach komplet tych książek kosztuje średnio około 135 złotych. U nas razem z kosztami przesyłki wydasz na nie jedynie: !!! 110 złotych !!! Ale możesz je oczywiście kupić także osobno. Koszt przesyłki – 9 złotych. W przypadku zamówienia powyżej 100 złotych – przesyłka gratis. lub telefonicznie 535 998 252. Można też zamówić wpłacając na konto 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 - ale prosimy przy zamówieniu podawać numer telefonu kontaktowego.
Instytut Ślůnskij Godki. 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53
Asty Kasztana, Ginter Pierończyk - „Opowieści o Śląsku niewymyślonym” to autentyczna saga rodziny z Załęża. Jak się żyło w Katowicach śląskim pokoleniom? Historia przeplatana nie tylko zabawnymi anegdotkami,ale też tragicznymi wspomnieniami i pięknymi zdjęciami z prywatnych zbiorów. 92 stron formatu A-5. Cena: 15 złotych.
„Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyrdy – to jedyny podręcznik języka śląskiego. W 15 czytankach znajdujemy kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, a pod każdą czytanką wyjaśnia najważniejsze różnice między językiem śląskim a polskim. Wszystko to uzupełnione świetnym słownikiem śląsko-polskim i polsko-śląskim. 236 stron formatu A-5. Cena 28 złotych.
„Pniokowe Łosprowki” Eugeniusza Kosmały (Ojgena z Pnioków – popularnego felietonisty Radia Piekary) to kilkadziesiąt dowcipnych gawęd w takiej śląskiej godce, kierom dzisio nie godo już żoděn, krom samego Ojgena! 210 stron formatu A-5. Cena 20 złotych.
„Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego – to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron formatu A-4. Cena 60 złotych.
„Komisorz Hanusik” autorstwa Marcina Melona laureata II miejsca na śląską jednoaktówkę z 2013 roku. to pierwsza komedia kryminalna w ślunskiej godce. „Chytrzyjszy jak Sherlock Holmes, bardzij wyzgerny jak James Bond! A wypić poradzi choćby lompy na placu” – taki jest Achim Hanusik, bohater książki. Cena: 28 złotych.
„Dante i inksi” Mirosława Syniawy, to antologia wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena 23 złote
„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskij nacyje” to druga część skrzącego się humorem kryminału z elementami fantasy, rozgrywający się na dzisiejszym Śląsku. Autor, Marcin Melon, jest anglistą, co w książce widać szkół - cena 28 złotych
„Ich książęce wysokości” - to dzieje władców Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wicman Ecik z Masztalskich, ale będącego też wybitnym znawcą kultury i historii regionu - cena 30 zł