GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ
CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE
Już niedługo Gody
N
astępny numer miesięcznika nie za miesiąc, ale za trzy tygodnie – bo wypada wydać go przed świętami. Więc ledwo skończyliśmy ten, już zabieramy się za następny. Obiecuję, że będzie radośniejszy, ale bo jak – na święta – zrobić taką w sumie smutną gazetę. Smutną, bo gdy zaczynaliśmy ją wydawać siedem lat temu (jak ten czas leci) staliśmy murem za RAŚ-em, nawet jeśli za jedną czy drugą rzecz mu skrytykowaliśmy. Przecież pierwszy -jedyny bezpłatny - numer Cajtunga wydaliśmy na wybory w listopadzie 2011 roku, gdy RAŚ wystawił własny komitet do senatu. Ta bezpłatna gazeta była wyrazem wsparcia dla tego komitetu. Teraz musimy stwierdzić, że RAŚ stoi na rozdrożu i albo się pozbiera, albo to już łabędzi śpiew. Piszemy o tym na stronie 3. A na 4-5 o obrzydliwej zdradzie, która wywaliła z sejmiku województwa śląskiego wszystkich śląskości życzliwych, a przejęli go polscy nacjonaliści. Teraz jedyna śląskość jaka u nas będzie, to ta „powroto-macierzowa”. A o Tragedii Górnośląskiej będą mówić, że to upodlili nas ludzie narodowości komunistycznej, którzy tylko dla niepoznaki nosili na czapkach białe orzełki. Może spróbuję nam wmawiać, że śląskie rodziny musiały wtedy podpisywać deklarację wierności komunizmowi, a nie deklarację wierności narodowi polskiemu? Co ciekawe, koalicja PO, Nowoczesna. PSL, SLD chciała (na wniosek SLD) dbać o naszo godka i kultura. Zapisali to w umowie koalicyjnej. ŚPR do tego niepotrzebna. Ale zdrajca to zniweczył. Ciul. O tym, czy ciul, czy jednak nie ciul piszemy na stronach 12-13. Piszemy też o nadziei na lepszą śląską organizację. Ślonzoki Razem po swoim kongresie deklarują, że o narodowość śląską będą się upominać bardziej, niż ktokolwiek wcześniej. O tym na str. 6. Jak zwykle mamy sporo historii. Choć teraz powiązanej z teraźniejszością, bo odwiedzili nas licznie członkowie rodu von Schaffgotsch. Na rocznice z nimi związane. Więc przypominamy historię górnośląskiej linni tego rodu, od tego, kto stworzył ich potęgę finansową, czyli Karola Godulli i córki służącej, która została najbogatszą niemiecką hrabiną. Ona, nie hrabia, bo majątek był jej, Johanki Grycik. No i przypominamy wielkiego śląskiego wynalazcę. Nasi południowi sąsiedzi nazywają go Ojcem Czeskiej Techniki. Ale nie był Czechem, tylko Ślązakiem, jego rodzina wciąż mieszka między Bielskiem a Skoczowem. Myślimy, że choć ten numer nie jest specjalnie radosny, to jednak jest ciekawy. Szef-redachtůr
NR 6/7 10 (42) (79)CZERWIEC/LIPIEC listopad 2018r. 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 3,00 ZŁ (8% VAT)
Województwo utopione w Kałuży
czytaj str. 4-5 W każdą środę w Tychach, Mysłowicach, powiecie bieruńsko-lędzińskim, mikołowskim i pszczyńskim a od połowy października także w południowych dzielnicach Katowic. To się werci czytać.
2
listopad 2018r.
Rada bez sensu
Związek Górnośląski w listopadzie wystąpił z Rady Górnośląskiej, ciała w założeniu skupiającego śląskie organizacje.
R
ada powstała sześć lat temu. Jej członkowie deklarowali – warunek przynależności do Rady – poparcie dla uznania języka i narodowości śląskich oraz na rzecz edukacji regionalnej. Spotykała się rzadko, ale chociaż teoretycznie należało do niej kilkanaście organizacji, to tak naprawdę zdominowana była przez RAŚ. Bo jeden członek Rady był rzeczywiście przedstawicielem RAŚ-u, drugi reprezentował wprawdzie inne stowarzyszenie, ale był członkiem zarządu RAŚ-u i tak dalej. Po raz ostatni Rada zebrała się niemal dwa lata temu. Teraz Diethmar Brehmer, przewodniczący Niemieckiej Wspólnoty „Pojednanie i Przyszłość”, zapowiedział w sierpniu jej reaktywację. Na pierwszym spotkaniu było 11 osób. A Związek Górnośląski niemal natychmiast odpowiedział, że już w tym gremium uczestniczył nie będzie.
FASADOWA RADA - Szanuję pana Brehmera za to co robi dla bezdomnych, ale celem Rady nie była działalność charytatywna. Jej cele to język,
się z wyborami, z poparciem dla ŚPR, bo pan Brehmer jest członkiem władz tej partii. Inni też działali na jej rzecz. Więc wychodziło mi, a teraz wychodzi tym bardziej, że ta Rada ma być po prostu kolejną przybudówką tej partii. Związek Gór-
Brehmer odpowiedział Frankiemu w internecie: „Radzę jednak sprawę ponownie przemyśleć i skonsultować z członkami Związku lub chociaż z przewodniczącymi kół. Działacze Związku Górnośląskiego byli inicjatorami powołania Rady, skupiającej
Reaktywacja Rady w sierpniu kojarzyła mi się z wyborami, z poparciem dla ŚPR, bo pan Brehmer jest członkiem władz tej partii. Inni też działali na jej rzecz. Więc wychodziło mi, a teraz wychodzi tym bardziej, że ta Rada ma być po prostu kolejną przybudówką tej partii. Związek Górnośląski nie jest zainteresowany taką formułą narodowość, edukacja regionalna. W to byliśmy się gotowi angażować. Poza tym reaktywacja Rady w sierpniu kojarzyła mi
nośląski nie jest zainteresowany taką formułą – powiedział nam prezes ZG, Grzegorz Franki.
kilkanaście organizacji pozarządowych i nie jest w interesie społecznym marnowanie i niwelowanie ich pracy. Nie jest w ślą-
skim zwyczaju mozolne budowanie a później niszczenie”. Franki jednak uważa, że Rada zdominowana przez jedną partię nie jest żadną ogólnośląską reprezentacją. Nie będzie też reprezentacją Ślonzoków.
BEZ NAJWAŻNIEJSZYCH??? Również Jerzy Bogacki, z Fundacji Silesia, współzałożyciela Rady, nie widzi sensu działania w tym gremium: - W ostatnich wyborach najmocniejszą, a więc najważniejszą siłą śląską okazali się Ślonzoki Razem. Jaki więc sens ma działalność Rady Górnośląskiej bez tej najmocniejszej śląskiej organizacji? A jej nikt nie zaprosił. To ja byłem przedstawicielem Fundacji w Radzie, a w tym nowym, już zupełnie fasadowym jej wydaniu, nie zamierzam uczestniczyć. AMO
Puszczają nerwy
J
erzy Gorzelik - śląski polityk regionalny pisze pod koniec listopada w internetowej dyskusji: „Nie ma dwóch frakcji śląskich (choć dla wyborcy to może nie być czytelne). Jest jedna partia śląska - ŚPR - i zakamuflowana opcja warszawska, która całą energię poświęca szerzeniu kłamstw o ŚPR. Miesiąc po wyborach widać to już wyraźnie. I choć ten drugi projekt ma
Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów
redakcja nie zwraca.
POLSKA PRESS Sp. z o.o.,
Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec
żywotność obliczoną pewnie na jeszcze jakiś rok, trzeba się liczyć z tym, że także za pięć lat ktoś wymyśli coś podobnego, by rozbić śląskie głosy. ŚPR musi zatem unikać prostych błędów, które popełniła tym razem, i nie pomagać swoim przeciwnikom - także tym, którzy ukryli się pod górnośląską flagą”. Gorzelik sfrustrowany swoją wyborczą klęską, stracił resztki realizmu. Zapomniał, że: - w ramach kłamstw, to ŚPR w sądzie przegrała (w trybie ordynacji wyborczej) ze Ślonzokami Razem.
elektoratu, tylko sięgnęły po elektorat, który nie miał bez nich swojej politycznej reprezentacji. - fantazjuje, że Ślonzoki Razem są „obliczoną pewnie na jeszcze jakiś rok”. O co opiera takie rachuby? - nazywa na wskroś śląską organizację, kierowaną niemal wyłącznie przez swoich dawnych kolegów, dawnych działaczy RAŚ: „zakamuflowana opcja warszawska”. Na czym niby polega warszawskość Ślonzoków Razem? Czy na tym, że on chce województwa śląskiego z Częstochową a oni bez?
SWACZYNA: SZKODA, ŻE JORG TAK KOŃCZY… O komentarz do tej wypowiedzi poprosiliśmy Leona Swaczynę, lidera Ślonzoków Razem. Oto on: Wydrukuję sobie tę wypowiedź Gorzelika. Bo na spotkaniach z wyborcami czasem pytają, jakie są szanse współpracy z ŚPR. Moja odpowiedź brzmi – dopóki sekretarz generalny ŚPR będzie wypisywał o nas takie rzeczy, nie ma żadnych. Po takim wpisie, to ja się mogę z Gorzelikiem spotkać na sali sądowej, je-
Gorzelik nazywa na wskroś śląską organizację, kierowaną niemal wyłącznie przez swoich dawnych kolegów, dawnych działaczy RAŚ: „zakamuflowana opcja warszawska”. Na czym niby polega warszawskość Ślonzoków Razem? Czy na tym, że on chce województwa śląskiego z Częstochową a oni bez? - udaje że nie wie, iż „ten drugi projekt” zarejestrowano jako partię wcześniej, niż jego ŚPR, więc nie mógł on powstać, by rozbić głosy nieistniejącej ŚPR. Po prostu nie chce zrozumieć, że coraz więcej Ślůnzoków już mu nie wierzy, że Ślonzoki Razem nie rozbijały jego
- nie widzi potencjalnego koalicjanta, tylko pisze o nich, by „nie pomagać swoim przeciwnikom - także tym, którzy ukryli się pod górnośląską flagą”. Może i się ukryli, bo Gorzelik ją porzucił a oni podnieśli, przez uszanowanie. Bo zawsze się z nią utożsamiali.
śli zarząd partii pozwie go o szkalowanie naszej organizacji, ale nigdzie indziej. Przez ponad 10 lat blisko współpracowaliśmy i zawsze, gdy forsował rozwiązania, które były sprzeczne z moim zdrowym rozsądkiem, mawiałem: „Jorg, coby sie pokozało, co jo się witnoł, a niy ty”.
Ale niestety, od czasu, gdy z jego otoczenia zniknęli ludzie rozsądni, a zastąpili ich sami klakierzy Gorzelika, popularność RAŚ-u zaczęła dramatycznie spadać. Więc wymyślił sobie taką ucieczkę do przodu, ŚPR. Ale uciekł tylko nazwą, kierunek działania nadal miał ze śląskością niewiele wspólnego. Więc wyborcy pokazali mu żółtą kartkę. Nie zrozumiał, szuka winy w nas, a nie w sobie, więc myślę, że za pięć lat pokażą mu czerwoną. Leszek Miller powiedział kiedyś, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Gorzelik kończy w stylu żenującym. Przykro mi, bo przez lata był liderem działań, które przyświecały i mi. Ceniłem go na tyle, że poświęcałem swój wolny czas(i pieniądze), gdy potrzebował jechać gdzieś autem w ramach pisania swojej habilitacji. Jurek bowiem nie ma prawa jazdy i auta. Ale mam nadzieję, że nie pociągnie za sobą RAŚ-u. Mam tę nadzieję nie tylko dlatego, że oddałem RAŚ-owi kilkanaście lat życia. Opieram ją na mocniejszych podstawach: bardzo wielu działaczy RAŚ-u przychodzi do nas rozmawiać o współpracy. Oni też już rozumieją, że Jorgowi została tylko żółć i nienawiść, a na tym się niczego zbudować nie da. A my na współpracę z każdym, komu zależy na Śląsku, jesteśmy gotowi. JN
3
listopad 2018r.
Mercikizm-gorzelikizm się nie przyjął. Nie miał prawa.
Gdy niemal trzydzieści lat temu powstał Ruch Autonomii Śląska, głosił autonomię. Ale nie czegokolwiek, tylko Górnego Śląska. Nie tylko dlatego, że miał ją przed wojną, ale również dlatego, że Śląsk zamieszkuje lud inny od polskiego, inny cywilizacyjnie, kulturowo. Po prostu zasługujący na to, by w tym niemal jednonarodowym państwie być potraktowany osobno.
R
AŚ walczył o to przez lat niemal dwadzieścia – a choć początkowo lekceważony, można uznać, że odniósł sukces. Bo jego idea przebiła się do świadomości społecznej, a po tych dwudziestu latach działania, niemal milion deklaracji narodowości śląskiej, w tym niemal połowa jako ważniejszej od polskiej, lub wręcz jedynej – potwierdza, że Ślązakom idea ta jest bliska.
PORZUCONA IDEA I wówczas stała się rzecz zdumiewająca. Liderzy RAŚ zaczęli odchodzić od tej idei. Trudno nie odnieść wrażenia, że zrobili to pod wpływem swoich koalicjantów, z którymi działali w sejmiku. Nagle zaczęli mówić nie, jak przedstawiciele narodowości śląskiej, nie Górnego Śląska nawet, tylko przedstawiciele… województwa śląskiego. W jego obecnych granicach. Zaczęli mówić nie o naszym górnośląskim hajmacie,
Koniec epoki! wet pięknej, ale kompletnie nierealnej; ale jak pokazała praktyka, prowadzącej do potwornych wypaczeń. Ideologii, która teoretycznie mając służyć większości społeczeństwa, uczynić je szczęśliwym, w rzeczywistości nie uszczęśliwiła nikogo - a unieszczęśliwiła miliony. Gdy przestał obowiązywać, prawie wszyscy odetchnęli z ulgą. Prawie, bo poza tymi nielicznymi, którzy czerpali z niej pełnymi garściami profity. Mercikizm-gorzelikizm nie jest wprawdzie ideologią tej miary, ale wspomniane powyżej cechy są im wspólne.
INACZEJ MYŚLEĆ NIE WOLNO Wspólne jest i to, że kilka lat temu w RAŚ-u stał się ideologią obowiązującą. Inaczej tam już myśleć nie było wolno – chy-
My nie jesteśmy, jak sobie Gorzelik z Mercikiem wymyślili, anonimowi regionaliści. My som Ślůnzoki! Ale oni próbowali stworzyć jakąś fikcję, że anonimowy regionalizm jest ze ślůnskością tożsamy. Ale nie jest! Wyborcy – Ślůnzoki – 21 października powiedzieli im to bardzo wyraźnie tylko o „naszym regionie”, województwie, składającym się w 48% z ziem śląskich i w 52% z nieśląskich, jako tym, któremu należy się autonomia. Wcale nie pytając mieszkańców Częstochowy, Dąbrowy Górniczej, Żywca, czy tej autonomii chcą. I nie pytając Ślůnzoków, czy chcą wspólnej autonomii z Sosnowcem. A jeszcze później coraz rzadziej zaczęli mówić o autonomii, a coraz częściej o decentralizacji Polski i pogłębianiu w niej samorządności. Gdzieś w tym wszystkim zatracał się Śląsk, jako kraina od reszty Polski odmienna. Tak narodził się mercikizm-gorzelikizm. Nazwę tę stworzyłem nawiązując do marksizmu-leninizmu. Ideologii może na-
ba, że chciało się być wyszydzanym przez współtwórcę ideologii Jerzego Gorzelika oraz wypychanym na margines organizacji. Obaj ideolodzy, Jerzy Mercik i Henryk Gorzelik, nie dopuszczali, by ktokolwiek inny mógł jakąś myśl do tego ruchu wnosić. Wierność tej nowej idei stała się wymogiem absolutnym. A idea się rozwijała. Oczywiście rozwijana przez Mercika i Gorzelika. Mercik potrafił opowiadać o naszym wspólnym regionie, od Częstochowy po Żywiec. Słowa Śląsk używał już bardzo niechętnie, słowa autonomia jeszcze bardziej. Bywając – jako oficjel – w różnych miejscach, nie wspominał, ze reprezentuje Ruch Autonomii Śląska, który
uczynił go wicemarszałkiem województwa. Niechętnie używał słowa Śląsk, zdecydowanie woląc województwo śląskie. Wreszcie wymyślił Śląską Partię Regionalną. O której Gorzelik dodawał, że jest najlepszym wyborem dla mieszkańców … Sosnowca.
REGIONALIŚCI ZNIKĄD Partia w której, wbrew zapowiedziom, niebawem pojawił się Gorzelik i stał się jej nieformalnym wodzem (formalnie jest tylko sekretarzem zarządu). Tu już nie musieli używać słowa autonomia, nawet przedstawiając się, z jakiej są organizacji. Już nie byli śląskimi patriotami, stali się… regionalistami. Ale bez wspominania głośno, jaki region reprezentują. Takimi „regionalistami ogólnymi”. Co jest w Europie novum absolutnym. Bo owszem, wspólnym mianem regionalista określa się dla ułatwienia tych wszystkich, którzy domagają się zwiększenia samodzielności swojego regionu, jego samorządności. Ale swojego! Żaden raczej Szkot nie powie, że jest szkockim regionalistą, tylko szkockim patriotą. To badacz z zewnątrz nazwie go regionalistą, tak samo, jak nazwie Baska, Katalończyka, Morawianina. Bo dla niego mają cechą wspólną, którą jest właśnie ta tendencja jak największego uniezależnienia swojej ojczyzny od centrali. Podobnie, jak szkaciorz, grzybiorz, myśliwy – nigdy nie powie, że ma anonimowe hobby. On powie, że jest szkaciorzem czy myśliwym. A nie po prostu hobbystą. Tak zwani regionaliści gorzelikizmu-mercikizmu zupełnie tego nie zrozumieli. Chcieli być regionalistami, bez określenia granicy swojego regionu. Regionalistami niczego.
KLĘSKA DZIWACZNEJ IDEI Ta idea się nie przyjęła. Od początku wiedziałem po prawdzie, że się nie przyjmie. Bo my nie jesteśmy, jak sobie Gorzelik z Mercikiem wymyślili, anonimowi regionaliści. My som Ślůnzoki! Ale oni próbowali
stworzyć jakąś fikcję, że anonimowy regionalizm jest ze ślůnskością tożsamy. Ale nie jest! Wyborcy – Ślůnzoki – 21 października powiedzieli im to bardzo wyraźnie. Regionaliści dostali dwa razy mniej głosów, niż wcześniejszy autonomiści. Ponad połowę głosów odebrali im Ślonzoki Razem, odwołujący się do tego, co stanowiło istotę RAŚ, a nie to, co Mercik z Gorzelikem z RAŚ-u zrobili. Pierwsi liderzy RAŚ-u, ci, którzy organizację tę 30 lat temu zakładali, właśnie dlatego popierają dziś Ślonzoków Razem, a nie ŚPR. Ba, nawet nie RAŚ obecny, bo i tam mercikizm-gorzelikizm obowiązuje. RAŚ był ideą. Autonomia Śląska. Tak naprawdę autonomia nas, Ślůnzoków! Bez Altraichu, bez Częstochowy, bez Żywca. Mercikizm-Gorzelikizm od tej idei odszedł. Na rzecz nieokreślonego regionalizmu. I można by na tym zakończyć. Nie przyjął się, i tyle. Można by, gdyby nie ostatnia aktywność internetowa Jerzego Gorzelika. On, gdy zorientował się, że ta uliczka jest ślepa, naraz przypomniał sobie dawne idee. Naraz znów wiele pisze o śląskości, nagle sprawy narodowe stają mu się bardzo bliskie. Znacznie mniej tam narzekania na centralne rządy, znacznie więcej śląskiej tożsamości. Najwy-
w zasadzie jedynie do tych, którzy deklarują narodowość śląską. Ślonzoki Razem, które nie wyborców szukają, lecz starają się tę narodowość wśród jak największej ilości ludzi rozbudzić. Wynik wyborczy ma być tylko tego efektem. Coraz większa grupa członków i działaczy ŚPR-u szuka porozumienia ze Ślonzokami Razem. To ci, którzy trzeźwo oceniają sytuację i widzą, że na dziś Ślonzoki Razem są partią mocniejszą, cieszącą się większą popularnością. To ci, którzy wierzą w porozumienie między oboma partiami. I to porozumienie jest możliwe, ale tylko jeśli ŚPR odejdzie od mercikizmu-gorzelikizmu. Jeśli pozbędzie się ludzi, którzy i ją, i Ruch Autonomii Śląska powiedli na manowce. Gdyby bowiem Ślonzoki Razem przystali na współpracę z formacją mercikizm-gorzelikizm głoszącą, automatycznie marginesowali by się tak samo, jak ŚPR.
JEDNOŚĆ TAK - ALE WOKÓŁ ŚLŮNSKIEJ IDEI! Ślůnzoki domagają się takiej współpracy. Bo, jak masowo piszą w internecie „w jedności siła”. Bo „jest nas zbyt mało, byśmy
Merickizm-gorzelikizm jest może i dobry dla Śląska. Polskiego Śląska. Śląska, ale nie Ślůnska. Bo on, nawet jeśli nie takie było zamierzenie jego twórców, konsekwentnie zmierza do polonizacji Ślůnzoków raźniej Gorzelik próbuje powrócić do idei, które kiedyś dały mu – i całemu RAŚ-owi – popularność. I którą i on, i organizacja ta straciła, gdy zaczęła lansować mercikizm-gorzelikizm.
UTRACONA WIARYGODNOŚĆ W sumie można by się cieszyć. Można by, tylko czy ten zwrot będzie dla Ślůnzoków wiarygodny. Czy uwierzymy, że to rzeczywista zmiana, a nie tylko kamuflaż, celem odzyskania wyborców. Bo zważywszy, że nastąpił on zaraz po przegranych z kretesem przez ŚPR wyborach, Gorzelikowi raczej nie o Śląsk, nie o Ślązaków, a o wyborców chodzi. Ideą mercikizmu-gorzelikizmu próbował ich szukać wśród Polaków, nie tylko na Śląsku, ale też w Sosnowcu, Będzinie. Gdy przekonał się, że takich wyborców nie pozyska, nagle znów próbuje ich szukać głównie w środowisku narodowości śląskiej. Tylko – raz zawiódł, odwrócił się od narodowości śląskiej. Czy ma szanse odzyskać jej sympatie? Tym bardziej czy ma na to szanse pod szyldem Śląskiej Partii Regionalnej? Jeśli obok niej mocno już zaistniała partia Ślonzoki Razem, odwołująca się
się jeszcze dzielili”. Bo „od liderów oczekujemy, by umieli zakopać topory wojenne i się dla dobra Śląska dogodać” (to wybrane internetowe wpisy). I wszystko to prawda. Tylko najpierw trzeba ustalić, czym jest Śląsk. Bo dla Ślůnzoków razem to teren, na którym zamieszkują rdzenne Ślůnzoki, a dla ŚPR-u województwo śląskie. O dobro czego ma więc w tej współpracy chodzić? Merickizm-gorzelikizm jest może i dobry dla Śląska. Polskiego Śląska. Śląska, ale nie Ślůnska. Bo on, nawet jeśli nie takie było zamierzenie jego twórców, konsekwentnie zmierza do polonizacji Ślůnzoków. By stali się, jak Małopolanie czy Wielkopolanie, jedynie mieszkańcami jakiegoś regionu Polski, a nie odrębną grupą etniczną. Czyli zmierza do czegoś, z czym przez dziesięciolecia walczył RAŚ, a co promuje choćby Piotr Spyra, lider ruchu Polski Śląsk. Który mógłby się do ŚPR-u z jego obecnym programem spokojnie zapisać. Bo on też jest regionalistą. Ślonzoki Razem nie mogą podjąć programowej współpracy z taką formacją. Tak więc to członkowie ŚPR-u muszą zdecydować, w jakim kierunku chcą pójść. Ślaskości, czy wciąż mercikizmu-gorzelikizmu. Dariusz Dyrda
4
listopad 2018r.
PiS wziął sejmik. Czy cokolwiek z tego wynika?
Województwo utopione w Kałuży Jedni rozpaczają, mniej liczni się cieszą, jeszcze inni wzruszają ramionami. Chodzi o to, że dość niespodziewanie, 21 listopada, PiS przejął sejmik województwa śląskiego. Dość niespodziewanie, bo koalicja złożona z PO, Nowoczesnej, SLD i PS-u miała większość 23 radnych, a PiS mniejszość – 22. Ale niespodzianka nie jest taka zupełna, bo wszyscy interesujący się polityką regionalną wiedzieli, że PiS próbuje z koalicji wyciągnąć jedną osobę. Wystarczy, żeby większość zmieniła się w mniejszość.
N
ieoficjalnie dowiadujemy się, że PiS próbował podchodów i pod jedynego PSL-owca (podobno miał się w to angażować biskup!) i pod licznych radnych Koalicji Obywatelskiej (PO-Nowoczesna). Od ogłoszenia wyniku wyborów (24) października jednak bezskutecznie i wydawało się, że koalicyjna większość dotrwa do pierwszej sejmikowej sesji, zwołanej na 21 listopada. A wybór zarządu województwa na pierwszej sesji dużo załatwia, bo o ile do powołania zarządu wystarczy zwykła większość, to do odwołania 3/5. Oznacza to, że żeby powołać, wystarczy mieć 23, ale żeby odwołać – 28. Było więc oczywiste, że kto sejmik weźmie 21listopada, ten go już raczej przez pięć lat nie odda.
ZWROT W KAŁUŻY W szeregach koalicji zaczęło robić się nerwowo 17 listopada, gdy radny Woj-
padł się pod ziemię. We wtorek 20 listopada jednak najbliższych poinformował, że w zasadzie już zdecydował. Było oczywiste, że zdecydował pójść do PiS. Ostatecznie o swojej decyzji poinformował, na
Wojciech Kałużą z Żor przestał odbierać telefony swych koalicyjnych i partyjnych (Nowoczesna) kolegów. Po prostu zapadł się pod ziemię. We wtorek 20 listopada jednak najbliższych poinformował, że w zasadzie już zdecydował. Było oczywiste, że zdecydował pójść do PiS ciech Kałużą z Żor przestał odbierać telefony swych koalicyjnych i partyjnych (Nowoczesna) kolegów. Po prostu za-
wspólnej z PiS-em konferencji, rano przed rozpoczęciem sesji sejmiku województwa śląskiego. Stwierdził, że robi to dla do-
Gdyby była ŚPR?
W
środowisku ŚPR rozgoryczenie z wzięcia przez PiS sejmiku było – obserwując ich wpisy na facebooku – chyba jeszcze większe, niż kiedy oni nie dostali się do sejmiku. Oburzenie na Wojciecha Kałużę ogromne. To aż zdumiewające – można odnieść wrażenie, że od Koalicji oczekiwali jakichś profitów. A przynajmniej pozostawienia na stanowiskach ludzi, obsadzonych z klucza Śląskiej Partii Regionalnej. Jednak ŚPR oburzająca się na Kałużę, brzmi wyjątkowo… niewiarygodnie. Bo o ile pozostali koalicjanci przed wyborami wyraźnie deklarowali, że żadne koalicje z PiS-em nie wchodzą w rachubę, o tyle lider ŚPR, Jerzy Gorzelik publicznie oświadczył, że koalicji z PiS-em nie wyklucza. Co więc stałoby się, gdyby ŚPR dostała się do sejmiku? Może PiS nie musiałby szukać swojego konia trojańskiego w szeregach Koalicji Obywatelskiej. Może po prostu zawarłby sejmikowy sojusz z ekipą Gorzelika i Mercika? Pewnie prezesowi Kaczyńskiemu nie bardzo by się to podobało, bo przecież dla jego ekipy to element antypolski, ale lepiej trochę nagiąć swoje standardy i województwo mieć, niż nie naginać, i nie mieć. Przecież na tej samej zasadzie PiS gdzieniegdzie zawiera soju-
bra Śląska, przekonany do dobrego programu Prawa i Sprawiedliwości. Kilka godzin później, głosami tej partii, został wybrany wicemarszałkiem województwa. Choć koalicja, próbując go „odbić” pro-
sze z SLD, choć „komuchami” też niby się brzydzi. A nawet gdyby nie cała ŚPR… Liderem listy był w okręgu gliwicko-tarnogórskim Aleksander Kőnig, który nigdy nie działał w żadnej śląskiej organizacji (bodaj poza jakimś stowarzyszeniem śląskich chórów).
ponowała mu nawet marszałka. Nadaremno, zresztą nie mieli z nim nawet jak porozmawiać, bo poruszał się wszędzie, oto-
czony wianuszkiem polityków PiS-u. Jakby go pilnowali.
KAŁUŻA NA SPRZEDAŻ Rzeczywiste motywy? Można się tylko domyślać, bo media podają różne, powołująs się jednak na polityków… anonimowych. Jednym miał więc Kałuża mówić, że jest już ustawiony do końca życia. Inni sugerują, ze miał na niego haka, w związku z nieprawdami w oświadczeniach majątkowych (sprawa kryminalna). Inni spodziewają się szybkiego awansu jego żony w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. O ewentualnych profitach, ważniejszych niż
Mamy warunek, sejmik zażąda od sejmu uznania narodowości śląskiej. Ewentualnie, zamiast tego, czterech wskazanych przez nas członków tej narodowości dostanie fuchy w zarządach państwowych spółek!
uważam, że pobłądził – akurat jego raczej wykluczam z grona ludzi podatnych na propozycje korupcyjne. Podobnie jak Janusza Witę, lidera ŚPR w okręgu rybnickim. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie Gorzelik, nie wykluczający przed wyborami koalicję z PiS-em, jest świetnym alibi dla
Co więc stałoby się, gdyby ŚPR dostała się do sejmiku? Może PiS nie musiałby szukać swojego konia trojańskiego w szeregach Koalicji Obywatelskiej. Może po prostu zawarłby sejmikowy sojusz z ekipą Gorzelika i Mercika? Człowiek, który nagle stał się „jedynką” w sposób… niewiadomy. Plotka – jak to plotka, być może nieprawdziwa - mówi, że miejsce na liście sobie po prostu kupił. No bo za jakie dla śląskości zasługi tę jedynkę dostał? Bez wątpienia Hanys, dość bliski mniejszości niemieckiej, ale takich jest dużo. A on po prostu chciał się dostać do sejmiku. Jaką mamy gwarancję, że dla pana Aleksandra, lokalnego biznesmena, PiS nie miałby propozycji, którą przyjąłby? Albo dotychczasowy wicemarszałek Henryk Mercik? Cokolwiek nie uważałbym o Jurku Gorzeliku – a
Kałuży. Gorzelik nie wykluczył koalicji z PiS-em przed wyborami, ale radnym nie został. Kałuża radnym został, więc nie wykluczył po wyborach. Ślonzoki Razem dla odmiany, żadnych deklaracji współpracy z PiS-em, ani nikim innym nie składały. Ich przekaz był czytelny: możemy współpracować nawet z diabłem, jeśli on uzna narodowość śląską i naród śląski. W przeciwnym razie, jeśli dostaniemy się do sejmiku, będziemy w nim w opozycji, jako reprezentacja narodu śląskiego. Nawet jeśli państwo polskie tego narodu
nie uznaje. Wszystkie jedynki Ślonzoków Razem działają w śląskim ruchu od dziesięcioleci. Dokładający do niego z własnych pieniędzy. Ludzie wielokrotnie sprawdzeni. Dlatego to kolejna przyczyna, dla której cieszę się, że ŚPR nie weszła do sejmiku. Bo jednak wielu Ślůnzoków utożsamia tę partię ze śląskością. Ona dużo gada o tym, że trzeba odebrać warszawskim par-
tiom wpływ na Śląsk, ale na koniec zadowala się bycie miejscową przystawką tych polskich partii. Ale jak by odebrała większość ich wyborców, gdyby, jak Kałuża, zawarli sojusz z PiS-em? Bo PiS da więcej stanowisk niż PO… Wyboczcie, ale jo w ideowość ŚPR już niỳ wierza! Dariusz Dyrda
5
listopad 2018r.
Nic nie straciliśmy! Zwolennicy ŚPR, i ludzie (wybaczcie, ale to prawda) ogłupieni ich propagandą wmawiają nam, że śląskość coś traci, bo PiS przejął władzę nad województwem śląskim. A ja pytam, co traci? Tak konkretnie, co?
Co
przez osiem lat w sejmiku tego województwa zyskała dla śląskości ŚPR, a wcześniej RAŚ? Co dla języka śląskiego, co dla śląskiej narodowości? Odpowiedź brzmi: NIC! Przez osiem lat RAŚ, a potem ŚPR-u w sejmiku nie załatwili dla śląskości nic. Nie warto tego omawiać szerzej, bo wynik wyborczy wskazuje, że tak samo odebrali to Ślůnzoki. Uznali, że takich przedstawicieli już nie potrzebują. Bo RAŚ/ŚPR w tym czasie głosował za tym, że: - Chcemy „Krakowic”, czyli wspólnego regionu z Krakowem, ale bez Opola! - Nie chcemy żeby Częstochowa opuściła województwo śląskie Ponadto coraz częściej głosił, że nasz region to nie Śląsk tylko województwo śląskie, z tą Częstochową, Sosnowcem, Żywcem.
n Wicemarszałek Kałuża i popularny w internecie mem. Znajdź pięć szczegółów różnicących obie osoby. urząd wicemarszałka, dowiemy się dopiero za jakiś czas. Tak czy inaczej, decyzja Kałuży jest zaskakująca. Z jego wypowiedzi a nawet kampanii wyborczej, wyglądał on na zaprzysięgłego wroga PiS-u. W jego kampanii cały czas przejawiał się wątek, że nie wolno oddać władzy nad Śląskiem warszawskiej partii z siedzibą przy ul. Nowogrodzkiej (tam mieści się PiS). Zresztą jest to typowa retoryka dla Nowoczesnej, której od kilku lat Kałuża jest – a raczej był - jednym z najaktywniejszych aktywistów w województwie. Na tyle aktywnym, że w wyborach do sejmiku na liście Koalicji Obywatelskiej dostał pierwsze miejsce. Był więc do sejmiku pewniakiem! Wydawało się, że dokładnie sprawdzonym. Nawet środowiska przestępcze wiedzą, że do ryzykownej roboty bierze się tylko ludzi pewnych, sprawdzonych. Ponieważ więc było wiadomo, że wybory będą na styk, to pewniacy powinni być sprawdzeni bardzo dokładnie. Tymczasem rybnicka jedynka KO zawiodła swoich. – Sprzedał się! – mówili zwolennicy koalicji. – Ciekawe, za ile nasi kupili tego Kałużę? – zastanawia się wielu niższych rangą członków PiS-u. Przypadek Kałuży był przez kilka dni najżywiej komentowanym wydarzeniem w województwie śląskim, głośno o nim było w całym państwie polskim. Nieznany polityk (wcześniej najwyższa jego funkcja to wiceprezydent Żor), nagle stał się znany w całym kraju. Choć niekoniecznie z dobrej strony, bo niezależnie od poglądów, na Śląsku takich, którzy zmieniają nagle, koniunkturalnie, poglądy, mówi się „kabociorz”. I nie jest to komplement.
WYBORCY NIE SĄ DUMNI Sam Kałuża już po swojej wolcie ogłosił, że jego partią jest Śląsk i „Liczę na to, że moi wyborcy zrozumieją mój krok i będą ze mnie dumni. Ja czuję potrzebę pracy dla
dobra regionu”. Jego wyborcy jeszcze tego samego dnia okleili jego biuro obraźliwymi kartkami. Nie są dumni. Tak jednak czy inaczej, Wojciech Kałuża jednoosobowo zmienił układ sił w województwie śląskim. Dzięki niemu dotychczasowy tyski radny Jakub Chełstowski został marszałkiem województwa, wszystkie inne wybieralne funkcje w urzędzie marszałkowskim i sejmiku objęli politycy PiS-u. W dalszej kolejności trzeba spodziewać się czystek w całym urzędzie i instytucjach, spółkach podległych marszałkowi. Media sporo na ten temat piszą. Więc my zastanówmy się, co będzie znaczyć to dla śląskości. O tym w następnym tekście. Adam Moćko
Na wspólnej ulotce Kałuży i jeszcze jednego kandydata czytamy: Obaj doskonale wiedzą, jakie zagrożenie dla naszego śląskiego samostanowienia, niesie dziś centralistyczna polityka Prawa i Sprawiedliwości. Nie godzą się z tym, by ośrodek decyzyjny, determinujący Nasze życie, znajdował się w Warszawie – przy ul. Nowogrodzkiej. Jak widać, pan wicemarszałek Kałuża zmienił poglądy natychmiast.
POLSKA PARTIA ZE ŚLĄSKA To jest wbrew interesom Ślůnzoków! Takie podejście jest w interesie Warszawy, która chce z naszej świadomości wymazać Śląsk i zastąpić województwem śląskim (w 52% składającym się obecnie ziem małopolskich). Tak więc ŚPR psiocząc na Warszawę, działa w jej interesie. Nie zachowuje się jak partia śląska lecz jak polska partia na Śląsku
też nic dla realizacji tych postulatów nie robiła. I zrobić nie zamierzała. Owszem, prezes DURŚ, Józef Porwoł (członek władz ŚPR), drze szaty, że w nowym PO-ŚPR-owskim rozdaniu miały być pieniądze na edukację regionalną, które te-
Prezes DURŚ, Józef Porwoł (członek władz ŚPR), drze szaty, że w nowym PO-ŚPR-owskim rozdaniu miały być pieniądze na edukację regionalną, które teraz przepadną. Tylko czemu te same wojewódzkie rządy nie dały ich przez poprzednie osiem lat? Kogoś, kto rządził tak długo, ocenia się po tym, co zrobił, a nie po tym, co obiecuje. Bo obiecanki-cacanki raz przepadną. Tylko czemu te same wojewódzkie rządy nie dały ich przez poprzednie osiem lat? Kogoś, kto rządził tak długo, ocenia się po tym, co zrobił, a nie po tym, co obiecuje. Bo obiecanki-cacanki. Owszem, może, gdyby dalej rządziła koalicja PO-ŚPR Jerzy Ciurlok (ściśle związany z ŚPR) dostawałby więcej możliwości prowadzenia pogadanek o Śląsku w Bibliotece Śląskiej czy chorzowskim Teatrze Rozrywki. Może Marian Makula (czło-
Jedne „Krakowice” zrobiły śląskości znacznie więcej szkody, niż zysków dały te inicjatywy! Bo Krakowice rozwadniają Śląsk w polskości! A twierdzenie, że jesteśmy już jednym regionem z Częstochową i Sosnowcem wyrządza szkody dwa razy więcej Owszem, RAŚ/ŚPR będzie opowiadać, ile to dla Śląska zrobiła. Że Szlak Zabytków Techniki (czy jak się to nazywa), że Industriada, że Muzeum Górnośląskie jest naprawdę górnośląskie. I że stołki na Stadionie Śląskim są żółto-modre, nasze. Że w należących do marszałka teatrach nareszcie wystawiane są śląskie sztuki. Fajnie, gdyby to był efekt trzech miesięcy działalności, ale ośmiu lat??? Jedne „Krakowice” zrobiły śląskości znacznie więcej szkody, niż zysków dały te inicjatywy! Bo Krakowice rozwadniają Śląsk w polskości! A twierdzenie, że jesteśmy już jednym regionem z Częstochową i Sosnowcem wyrządza szkody dwa razy więcej.
OBIECANKI-CACANKI Tak naprawdę Górnym Śląskiem od ośmiu lat rządziła ogólnopolska partia PO, a RAŚ/ŚPR był tylko małoznaczącą przystawką. Więc cóż się zmienia, że rządzić nim teraz będzie ogólnopolski PiS? Bardziej jednoznacznie deklarujący wrogość wobec naszych śląskich postulatów – ale PO, poza puszczaniem do nas czasem oka,
mowej, zwanej powstaniami śląskimi. Żeby dowiedzieć się, czy większość z autochtonów chciała połączyć się z polską macierzą czy też jednak pozostać w Niemczech. A może większość nie chciała ani jednego, ani drugiego – tylko śląskiego państwa?
nek władz ŚPR) dostałby więcej pieniędzy na swój górnośląski teatr. Może ktoś tam dostałby dotację czy stypendium na jakąś książkę po śląsku. Tylko – jaki procent
Z punktu widzenia województwa śląskiego chyba gorzej, że PiS je przejął. PO przez lata rządzenia województwem wykształciła kadry, które robiły to dobrze. Widać rozwój. Mam poważne obawy, że PiS takich kadr nie ma, a rozwój zostanie zastąpiony patriotyczną, nacjonalistyczną pompą.
MOŻE CZAS PRZEJRZEĆ NA OCZY? Tylko – dla Śląska to lepiej! Wszyscy przekonają się, że państwo polskie do nas, Ślůnzoków czasem puszcza oko, ale jedyne, na czym naprawdę mu zależy, to ostateczne nas spolonizowanie. Ostateczne wmówienie nam, że nie mamy żadnego języka, tylko gwarę. A ci z nas, którzy twierdzą, że stanowią jakąś osobną narodowość są albo obłąkani, albo są agentami obcych państw. PiS tym tylko różni się od PO, że głosi to jednoznacznie, podczas gdy PO też to robi, ale ma kilku Plurów i Pietraszewskich, którzy mają zmiękczać przekaz. A ŚPR była tylko listkiem figowym, który to uwiarygadniał. Owszem, ja sam, jako obywatel pol-
Wojtek, za co sprzedałeś swoją twarz?! – dopytywała z mównicy na sali plenarnej Monika Rosa, liderka Nowoczesnej na Śląsku. (promil raczej) Ślůnzoków chodzi na pogadanki Ciurloka czy do teatru Makuli? Jaką inicjatywy te mają wartość dla całej reszty? Jak rozbudzają śląską tożsamość?
NIE ZROBILI NIC DLA ŚLĄSKIEJ TOŻSAMOŚCI I co one są warte, jeśli zarazem te same wojewódzkie władze ŚPR/PO stale celebrują polskość Śląska, za wzór stawiają nam Korfanego, a nie umieją znaleźć choćby pieniędzy, na rzetelne zbadanie lat 191921, żeby dowiedzieć się, ilu naprawdę Ślązaków walczyło po obu stronach wojny do-
ski wolę PO, niż PiS. Bliższa jest mi wizja państwa Tuska, niż państwa Kaczyńskiego. Ale jako obywatelowi polskiemu – jako Ślůnzok nie widzę między tymi partiami różnicy. Jako obywatel polski, mieszkaniec województwa śląskiego, mogę ubolewać, że władzę w sejmiku przejęła partia w rządzeniu nieudolna, partia o jednoznacznym nacjonalistycznym charakterze. Ale jako Ślůnzok nie czuję, byśmy cokolwiek stracili, bo jak na razie ten sejmik nijak nie realizował naszych aspiracji. Nie robił tego dotychczas, nie będzie robił teraz – więc co za różnica? Dariusz Dyrda
6
listopad 2018r.
Ślonzoki Razem po kongresie z ambitnymi celami.
Władze bez zmian
W sobotę, 17 listopada, GŁOSY ino richtig Ślůnski Sejm. Ku tymu werci sie O CELACH PARTII działać, a niŷ do poru mandatůw we sejmiku. w Kaletach odbył się I kongres partii Oklaskami przyjęli słowa przewodnicząWSPÓŁPRACA? cego Leona Swaczyny: - Som my dziepiyro TAK, ALE … Ślonzoki Razem. na sztarcie, ale trzeja pedzieć co sztartli my Aktywiści partii dobrze! Niyskoro wybory do europarlamenZebrani rozważali, czy Ślonzoki Ratu, i postaromy sie coby na kieryś ze moczem powinni szukać współpracy z innymi – głównie osoby nych list boł nasz człowiek. Eli się udo, byśląskimi organizacjami, zwłaszcza z ŚPRkandydujące w dzie ȏn głosem Ślonzoków w Brukseli, by-em i RAŚ-em. Uznali, że tak, ale głównie dzie hań spominoł ȏ naszych sprawach. Rana płaszczyźnie taktycznej, wyborczej, bo ostatnich wyborach zym som wybory parlamentarne. Ślonzoki współpraca programowa z – jak ją tu często samorządowych, Razem sztartnom do senatu, a może tyż ponazywali – polską partią na Śląsku, jest trudstaromy sie, coby nasi kandydaci zaś byli na na do wyobrażenia. ŚPR chce budować jakiś zebrali się, aby na mocnych listach do sejmu. Może jakiś parlabliżej nieokreślony regionalizm i rozwijać czteroletnią kadencję mentarny mandat wywalczymy, a kożdy bysamorządność, Ślonzoki Razem chcą rozbudzie festelnym sukcesym. Ale – nojważniedzać śląski patriotyzm, dumę z bycia Hanywybrać władze i sze - bydom to świetne okazje do promowasem. Jeśli się to uda, to realizacja celów poliwytyczyć sobie nio śląskości i Ślonzoków Razem. Ślonskjij tycznych przyjdzie sama. kierunki działania. Kongres był burzliwy, Tyn sejmik, kiery je marzeniem ŚPR, do nos znaale i radosny. czyni mo niywielgi. Jego kompetencje som małe.
R
adosny, bo Ślonzoki Razem osiągnęli znacznie więcej, niż im wróżono w trakcie kampanii wyborczej. Niemal wszyscy obserwatorzy nie wierzyli, ze zdołają stworzyć listy do sejmiku województwa śląskiego, potem twierdzili, że list tych nie zdołają zarejestrować, bo nie zbiorą głosów poparcia – wreszcie, że nawet jeśli wystartują, to będą jedynie zupełnym marginesem, bo prawdziwą reprezentacją Ślůnzoków jest Śląska Partia Regionalna.
BO OKAZALI SIĘ MOCNIEJSI ŚPR, której sondaże i „eksperci” dawali 4 do 6 mandatów w sejmiku, której liderzy stale gościli w mediach (Ślonzoki Razem co najwyżej sporadyczne). Propozycje współpracy – ale na równorzędnych warunkach – wysuwane przez Ślonzoków Razem, ŚPR lekceważyła. A gdy zawarła wreszcie, niedługo przed wyborami, ze Ślonzokami Razem porozumienie o nie prowadzeniu negatywnej kampanii – zaraz je złamała na tyle, że Ślonzoki Razem pozwały ją w trybie wyborczym i w sądzie wygrali. ŚPR posunęła się bowiem do internetowego „oszustwa”, wprowadzając program, który po wpisaniu w wyszukiwarkę słów „Ślonzoki Razem” – przekierowywał na stronę ŚPR. Mimo tych wszystkich rzekomych przewag, ŚPR wybory sejmikowe przegrała. Przegrała nie tylko w tym sensie, że nie wprowadziła do sejmiku żadnego radnego. Przegrała boleśnie, wizerunkowo, ze Ślonzokami Razem, gdyż dostała od nich mniej głosów. W okręgach śląskich (ŚPR wystawiła także listę w Sosnowcu) mniej o prawie 6000. Tak więc 21 października okazało się, że dziś najmocniejszą śląską siłą są Ślonzoki Razem. Wszystko to wiedzieli uczestnicy kongresu. Nic więc dziwnego, że byli pełni entuzjazmu do dalszego działania.
Prowda, co eli się je we sejmikowyj koalicje, to idzie nafasować stołki do swojich kamratůw. Niekierym to styko, ale nom sie niy rozchodzi o stołki, ino o realizacjo naszych postulatůw. Sejmik je wert ino na tela, co głos ze hańkejszyj mównicy słychać lepij, niźli głos na małym trefie. Ino tela! nacyje, ślonskij godki. Coby my za piynć lot te mandaty do sejmiku na zicher szafli. Bo dzisio inomy som richtig reprzentacjom Ślonzoków. Dariusz Dyrda uzupełniał: - Od lat RAŚ popełniał kardynalny błąd. Uznawał, że jego liderzy nie mają startować do parlamentu, bo mają mandaty radnych sejmiku, jeśli więc ich wyborcy wybrali, to powinni ten mandat wypełnić do końca. Ale mocne partie, jak PO, tylko liderom, o rozpoznawalnych nazwiskach, dadzą miejsca na listach. A naszych spraw, godki, narodowości śląskiej, edukacji regionalnej – nie da się załatwić w sejmiku wojewódzkim. Nie ma on takich uprawnień. To można załatwić tylko w sejmie, w którym, na skutek absurdalnego uporu swojego szefostwa, RAŚ swoich przedstawicieli od 25 lat nie ma. Także dlatego ja, Lyjo Swaczyna, Andrzej Roczniok i inni, odeszliśmy z RAŚ-u. RAŚ od kilkunastu lat drepcze w miejscu, więc nic dziwnego, że Ślůnzoki powoli się do jego idei zniechęcają. Ale my, naszym działaniem, pozwolimy im uwierzyć, że te cele są realne. Po czym dodawał: Tyn sejmik, kiery je marzeniem ŚPR, do nos znaczyni mo niywielgi. Jego kompetencje som małe. Prowda, co eli się je we sejmikowyj koalicje, to idzie nafasować stołki do swojich kamratůw. Niekierym to styko, ale nom sie niy rozchodzi ȏ stołki, ino ȏ realizacjo naszych postulatůw. Sejmik je wert ino na tela, co głos ze hańkejszyj mównicy słychać lepij, niźli głos na małym trefie. Ino tela! Ale wierza, co doczkom, kiej we Katowicach niỳ bydzie żodyn sejmik,
- Tera na nos i ŚPR welowało do kupy 110 000 ludzi. A spis powszechny pokozoł, co do ślůnskości przyznaje sie chnet milion ludzi. Nawet jak połowa niy chodzi na wybory, to i tak nasz docelowy elektorat stanowi pół miliona. Bestuż niy szukomy elektoratu kaj indzyj. Pół miliona głosów to 15 mandatów w sejmiku, 20 mandatów w sejmie, pora sena-
swoim kongresie wybierze do władz nowych, młodszych ludzi. I jeśli Ślonzoki Razem chcą rozmawiać – mają zrobić to samo. Żeby do rozmów przystąpili już ci nowi liderzy, nie obarczeni dawnymi animozjami. - Przypadek, gdy działacz jednej partii mówi innej, kogo mają sobie do władz wybrać, a kogo nie wybierać, jest skandaliczny – mówił wiceszef Ślonzoków Razem Jerzy Bogacki. A przewodniczący Swaczyna dodawał: - Dawne animozje… To nie ja wyrzuciłem Gorzelika z RAŚ-u, któremu poświęciłem kilkanaście lat życia, tylko on mnie. Może rozmowę o tych animozjach zacząłby od słowa „przepraszam”.
NOWE/STARE WŁADZE Nie wiadomo, na ile owa wypowiedź Gorzelika wpłynęła na decyzję kongresu, ale wybrał on zarząd w niezmienionym składzie. – Nie będzie nam pan Gorzelik mówił, kto w naszym imieniu może z nim rozmawiać. Albo będzie rozmawiał z tym, kogo wskażemy my, albo wcale nie musimy z nim rozmawiać – mówiła jedna z uczestniczek kongresu. Wybory, jak i cały kongres, wzorcowo przeprowadził sekretarz partii Andrzej Roczniok, więc zapewne pozostanie nim nadal, chociaż sześcioosobowy zarząd dopiero się ukonstytuuje, wybierze spośród siebie wiceprzewodniczącego, skarbnika, sekretarza i dwóch członków zarządu. Jedynie przewodniczącego Leona Swaczynę wybrano osobno. – Dziynkuja wom. Niych żyje śląsko nacyjo! – mówił stary/nowy przewodniczący Swaczyna. I dodawał: - Przed wyborami padali, co niy domy rady sztartnonć, co weznymy głosy na poziomie statystycznego felera. Tera padajom, co za trzy miesionce się rozle-
n Lyjo Swaczyna: Som my dziepiyro na sztarcie, ale trzeja pedzieć co sztartli my dobrze! Niyskoro wybory do europarlamentu, i postaromy sie coby na kieryś ze mocnych list boł nasz człowiek. Eli się udo, bydzie ȏn głosem Ślonzoków w Brukseli, bydzie hań spominoł ȏ naszych sprawach. Razym som wybory parlamentarne. Ślonzoki Razem sztartnom do senatu, a może tyż postaramy sie, coby nasi kandydaci zaś byli na mocnych listach do sejmu. Może jakiś parlamentarny mandat wywalczymy, a kożdy bydzie festelnym sukcesym. nak stanowił zarazem program wyborczy na wybory 2018 roku. Tym razem jednak uzyskał wyższą rangę, przez cztery najbliższe lata będzie wytyczał kierunki działania Ślonzoków Razem. Do kongresu nie dopuszczono osób, które w ostatnich tygodniach złożyły deklaracje członkowskie. – Znamy metody działania kilku panów, których nazwisk tu nie wymienia. Musieliśmy się liczyć z tym, że spora część tych osób zapisała się ino po to, żeby
Na ewentualnej współpracy z ŚPR-em cieniem kładą się wypowiedzi Jerzego Gorzelika, którzy uczestnicy kongresu określali jako skandaliczne, bezczelne i absurdalne. Chodzi o sugestie sekretarza ŚPR, że partia ta na swoim kongresie wybierze do władz nowych, młodszych ludzi I jeśli Ślonzoki Razem chcą rozmawiać – mają zrobić to samo. Żeby do rozmów przystąpili już ci nowi liderzy, nie obarczeni dawnymi animozjami. - Przypadek, gdy działacz jednej partii mówi innej, kogo mają sobie do władz wybrać, a kogo nie wybierać, jest skandaliczny – mówił wiceszef Ślonzoków Razem Jerzy Bogacki torów. Jo wiym, że to melodia przyszłości, ale cele trzeba se stawiać ambitne. Ale żeby ten cel osiągnąć, muszymy w ludziach rozbudzić duma z bycia Ślonzokiym. Duma, kiero przerodzi się w welowaniu ino na Ślonzoków. – przekonywał sekretarz partii, Andrzej Roczniok. Na ewentualnej współpracy z ŚPR-em cieniem kładą się wypowiedzi Jerzego Gorzelika, którzy uczestnicy kongresu określali jako skandaliczne, bezczelne i absurdalne. Chodzi o sugestie sekretarza ŚPR, że partia ta na
cimy. Ale to ȏd naszyj aktywności, pracowitości, zależy w jakim miejscu bydymy za trzī miesionce i za trzī lata.
PROGRAM NA LATA Poza tym Kongres przyjął swój główny dokument, Manifest Programowy Ślonzoków Razem. Nie jest to dokument nowy, bowiem zarząd partii przyjął go jeszcze we wrześniu (publikowaliśmy go w Cajtungu). Wtedy jed-
dokonać wrogiego przejęcia naszej partii. A potem ją rozwalić. Dlatego proponujemy, żeby wszystkich, kierzy złożyli deklaracje, przyjąć właśnie na kongresie. Ci, którzy je złożyli, bo popierają nasze cele, zaangażują się w działalność. Ci, kkierzy złożyli w celu wrogiego przejęcia, się nie pokażą, wiedząc, że przez najbliższe cztery lata na przejęcie Ślonzoków Razem szans nie mają – mówił stary/nowy zarząd. Kongres niemal jednogłośnie poparł jego propozycję. Adam Moćko
7
listopad 2018r.
W połowie listopada Śląsk odwiedziło kilkunastu przedstawicieli rodu von Schaffgotsch. Przyjechali na dwie msze za swoich przodków. Odwiedzili też rodowy pałac w Kopicach. Choć dziś żadni Schaffogotschowie u nas nie mieszkają, historia ich fortuny jest niezwykła. I nie oni ją stworzyli. A chociaż w Cajtungu pisaliśmy już tej historii kilka lat temu, to świetna okazja, by ją znów przypomnieć. Tym bardziej, że także w listopadzie minęła rocznica śmierci Karla Godulli. A bez niego na Górnym Śląsku żadnych potężnych Schaffgostchów by nie było.
Od kuternogi do arystokratki
N
azywali go diabłem. I nazywali go królem węgla i stali. Nienawidzili go i szanowali. Bali się go. A dziewczynka go kochała. Karola Godulli nie da się zamknąć w zwykłych ramach. Wymyka się wszystkim uogólnieniom. Gdyby był Amerykaninem,
rzył o zostaniu szlachcicem. Licząc na to, podarował niemieckiemu królowi pod mało ważnym pretekstem, bajońską sumę miliona talarów. Więc gdy w ramach otwarcia trasy kolejowej Opole-Mysłowice (1846) podróżował nią sam król Fryderyka Wilhelma IV, Godulla czekał na peronie w Chebziu (obecnie dzielnica Rudy Śląskiej), w towarzystwie orkiestry i licznych swoich pracowników. Liczył, że król choć chwilę pogawędzi z najbogatszym, najpotężniejszym przemysłowcem swego państwa. Tymczasem pociąg nawet nie zwolnił, król nawet z okna nie wyjrzał. Może królowi Prus przeszkadzała oczywista słowiańskość tego króla węgla i stali? W każdym razie rozsierdzony Godulla wrócił do swego gabinetu, rozsypał po całej podłodze monety z podobizną króla i deptał po nich. Deptać musieli też wszyscy, przychodzący do niego w tym dniu, podwładni. Od tego czasu do śmierci już nigdy nie próbował szukać kontaktów z królewskim dworem. Ba, dwa lata później król sam mu
Rozsierdzony Godulla wrócił do swego gabinetu, rozsypał po całej podłodze monety z podobizną króla i deptał po nich. Deptać musieli też wszyscy, przychodzący do niego w tym dniu, podwładni. Od tego czasu do śmierci już nigdy nie próbował szukać kontaktów z królewskim dworem w Hollywood powstałoby o nim pięć filmów fabularnych i pięć seriali. Gdyby był Anglikiem albo Rosjaninem, też film fabularny by powstał. A że był Hanysem, to tylko są o nim lakoniczne wzmianki. Był niezwykły! Chciał się spotkać z królem Prus, który przyjechał na Śląsk. Ponieważ król wzgardził propozycją, kazał rozsypać monety z królewską podobizną. Bo ma-
szlachectwo chciał nadać. Ale wtedy Godulla już wzgardził. Powiedział, największe szlachectwo to pamięć potomnych.
ZMALTRETOWANY URZĘDNIK Jego problemem było to, że nie czuł się Niemcem. Za to w Polsce byłby bohate-
Umierający Carl Godulla zostawił po sobie m.in. 19 kopalń galmanu, sześć kopalń węgla, trzy huty cynku, cztery majątki ziemskie, które łącznie miały 70 tys. mórg pola i 3,5 tys. mórg lasu. Łącznie jego majątek szacowano na niebotyczną wówczas kwotę 2 000 000 talarów. To znacznie więcej, niż połączone posiadłości Radziwiłłów, Lubomirskich, Sapiehówi jeszcze kilku najbogatszych polskich rodów. Oni swoje majątki odziedziczyli po przodkach. On swój zbudował w ciągu 40 lat pracy.
rem – ale i Polakiem się nie czuł. Był tutejszy, był Ślůnzokiỳm. Ale po prawdzie, niewiele go to interesowało. On żył by zarabiać pieniądze. Po co - nie wiadomo, bo
przebudowie 1825 roku była to największa i huta cynku najnowocześniejsza. Europejskie gazety okrzyknęły ją ósmym cudem świata!
„Maria”. Przekonał też hrabiego do budowania kopalń węgla, by i od jego dostaw się uniezależnić. Stworzył bodaj pierwsze prawdziwe na świecie konsorcjum hut-
Nie może mieć rodziny, nie może mieć dzieci. Oszpecony przez kłusowników, wygląda tak, że nigdy nie pozwoli się sportretować. Żyje skromnie. Nawet pałac, który sobie buduje, jest na pokaz, jako dowód jego bogactwa. Bo dalej mieszka w domu zarządcy Bellestremów. Jedyną ma pasję – jest pracoholikiem! nie interesowało go specjalnie ich wydawanie. Nie był z biedy. Jego ojciec był zamożnym urzędnikiem, leśnikiem. Na tyle zamożnym, że wydzierżawił dwa szlacheckie majątki ziemskie. Ale dzieci było pięcioro, majątek tylko dzierżawiony, więc dzieci też musiały uczyć się fachu. Karol, po ojcu, leśnikiem został. Nie wiadomo czym – zapewne solidny wykonywaniem obowiązków – naraził się kłusownikom. Dopadli go i skrzywdzili okrutnie. Powiesili na drzewie, nogami w dół, zmasakrowali twarz tak, że oko stracił, połamali ręce i nogi, więc do końca życia rękę miał niesprawną i kulał. A jakby tego było mało – podobno – pozbawili męskości. Tako kaleka zjawił się w 1809 roku u hrabiego Bellestrama, starając się u pracę urzędniczą. Hrabia go przyjął, bo potencjalny urzędnik, choć kaleka, miał solidne wykształcenie.
Jest huta, są kopalnie, ale jest i chłonny rynek. Więc Godulla ciułając grosz do grosza, ze swojej wysokiej wypłaty, ale i udziałów w hucie, w 1823 roku zaczyna budowę swojej własnej kopalni galmanu
niczo-górnicze. To dlatego, gdy przemysł cynkowy w latach 20. XIX wieku przeżywa kryzys, i wiele firm upada, on i hrabia Bellestrem wychodzą z niego mocniejsi. Dokończenie na str. 8
BUDUJMY PRZEMYSŁ! Hrabia miał nosa! Młody Godulla docenia to, co dzieje się w śląski przemyśle. Dopiero co wynalezioną metodę wytopu cynku i używania do tego węgla kamiennego. Namawia hrabiego, by w to inwestować. W 1812 r. rozpoczęto budowę huty cynku „Karlhütte”. Dwa lata później Godulla zostaje głównym zarządcą dóbr hrabiego, a jeszcze rok później –zapewne za wzorową pracę - dostaje też udziały w hucie. W roku 1828 - kolejne. A po – zainicjowanej oczywiście przez Godullę -
W tekście piszę Godulla, nie Godula, bo on sam tak się pisał. To Polacy sfałszowali mu nazwisko. Na cmentarzu w Lyskach (między Rybnikiem a Raciborzem) zachował się też grób jego matki. Napis jest czytelny. Godulla a nie Godula. Na pewno jego domowym językiem był śląski, zresztą prawie na pewno posługiwał się też dobrze czeskim i polskim. Podręcznik tego ostatniego miał zresztą przez całe życie w swojej poręcznej biblioteczce. Na pewno też niechętnie patrzył na germanizowanie śląskich nazw miejscowości. O tej, w której miał swoje huty i kopalnie nigdy nie pisał -zgodnie z urzędową nazwą - Morgenrothhütte, tylko tak, jak mówiła ludność miejscowa: Hebzie. Również jego kopalnie i szyby nazywały się „Orzegów”, „Bujaków”, „Staś”, „Czech”, „Josna”, a nie, jak u innych przedsiębiorców, po niemiecku. Tak pisał Godulla. Więc szanując go, nie można fałszować. Polonizować ani germanizować. Bo on nie był ani polski, ani niemiecki. Był nasz.
8
listopad 2018r.
nWybudował sobie pałac. Ale w nim nie zamieszkał. Dokończenie ze str. 7 Jest u Bellestrema dalej zarządcą, ale jego własny majątek rośnie szybko, bo żyje bardzo skromnie. Za zarobione pieniądze kupuje kopalnie „Stein” i „Rosalie” oraz huty „Morgenroth” i „Gute Hoffnung”. Oraz dobra ziemskie: Orzegów, Szombierki, Bobrek, Bujaków. Staje się prawdziwym magnatem.
BOGATY, ALE ZGORZKNIAŁY Ale nie może mieć rodziny, nie może mieć dzieci. Oszpecony przez kłusowników, wygląda tak, że nigdy nie pozwoli się sportretować. Żyje skromnie. Nawet pałac, który sobie buduje, jest na pokaz, jako dowód jego bogactwa. Bo dalej mieszka w domu zarządcy Bellestremów. Jedyną ma pasję – jest pracoholikiem!
tam schował, oczekując ciekawskich służących. Wpada do knajp, by tą samą laską kulawego lać swoich pracowników, którzy zamiast zanieść wypłatę do domu, przepijają. A że jednocześnie jego majątek rośnie w oczach, to lud prosty opowiada, że ma pakt z diabłem. Lud ma nawet dowody, bo z komina jego domu wydobywają się dziwne dymy. Skąd prości ludzie mają wiedzieć, że „diabeł” przeprowadza różne chemiczne eksperymenty, praży w piecu różne rudy, by zobaczyć, co z tego wyniknie…
DZIEWCZYNKA Z KWIATUSZKAMI Boją się go w zasadzie wszyscy. Poza małą Johanką. Dzieckiem jego służącej, która tu mieszka. Dziecko – miała wtedy lat zapewne pięć – wdzięczna za dach
Testament stanowi dla dziewczynki śmiertelne niebezpieczeństwo. Mówi bowiem, że jeśli umrze ona bezpotomnie, majątek wraca do siostrzeńców. Taka pokusa! Cała Europa się zastanawia, czy dziewczynce nie przydarzy się starannie zaplanowany śmiertelny wypadek. Pracoholikiem złośliwym. Gdy stanowczo zakazuje zaglądać do jego kredensu w biurze, a lokaj otworzy drzwiczki, dostaje zza nich laską, bo Godulla się
nad głową i bezpieczeństwo, zbiera na łące kwiatki i zanosi zgorzkniałemu magnatowi. W jego sercu coś pęka. Od tej pory w gabinecie tego mruka, gdzie każdy chodzi
z lękiem, może się bawić ta dziewczynka. Stała się jego oczkiem w głowie, angażuje dla niej nauczyciela. A w roku 1847 sądowo staje się jej prawnym opiekunem. W zasadzie rodziną. Gdy rok później umiera w boleściach, na kamicę nerkową, dyktuje swój testament. Przez kilka tygodni jest on największą sensacją Europy. Bo testamentem tym niemal cały, ogromny, majątek zapisał właśnie jej. Fortunę olbrzymią, bo Godulla był prekursorem kapitalizmu. Budował huty i kopalnie, ale też pierwszy na Śląsku budował dla swoich pracowników domy, bo po co mają wynajmować gdzie indziej, jak mogą u niego. Kupował okoliczne majątki ziemskie, unowocześniał je, zwiększał plony, by jego pracownicy jedli to, co on wytworzył. Otworzył dla nich sklepy, w których gotówką nie musieli płacić, po prostu potrącało im się z wypłaty. Jak i czynsz. Na wszystkim tym zarabiał – ale też w epoce krwiożerczego kapitalizmu jego pracownicy mieli godziwy byt zapewniony. I w zasadzie gotówki – jak w epoce kart bankomatowych – nie potrzebowali.
DZIEWCZYNKA Z FORTUNĄ I ten majątek zapisał Johance. Nie cały, bo dbał o swoich pracowników. Testamentem zapisał im 50 000 talarów – sumę iście magnacką. Cztery razy tyle zapisał swoim siostrzeńcom, których miał za nierobów, utracjuszy. Nie pominął ich, a za kwotę tę można było kupić kilka kopalń. Ale 90
Pałac w Kopicach. W 63-heltarowym parku było dziesięć sztucznych jezior, w tym jedno przed samym wejściem, a na nim sztuczna wyspa. Otoczony był fosą, wokół której stały był rzeźby, miał liczne wieże . W parku znajdowały się liczne budowle romantyczne, choćby sztuczne ruiny średniowiecznego zamku i „świątynia dumania”. W oranżerii Kopic rosły dwudziestometrowe australijskie eukaliptusy. Dopiero ten pałac był symbolem bogactwa Jahanny i jej małżonka. Na zdjęciach: Pałac w Kopicach w czasach świetności i dziś.
procent swojego majątku, szacowanego na ponad dwa miliony talarów, największej przemysłowej fortuny Prus, zapisał dziecku swoje służącej. Bo okazała zgorzkniałemu magnatowi serce. Nawet nazwiska spadkobierczyni nie znamy, bo urzędnicy pisali je ze słuchu. Może więc była Grycik, może Gryczik, może Gryzik albo Gryczyk? Była córką biednej chłopskiej rodziny z Poremby, dzielnicy Zaborza (dziś i Zaborze i Poręba są częścią Zabrza). Jej ojciec Jan pracował w hucie cynku, należącej do Karola Godulli, matka była u niego służącą. Gdy dziewczynka miała trzy lata, ojciec zmarł. Matka, planowała kolejne małżeństwo, w którym jednak dzieciak stanowi przeszkodę. Niejako więc z konieczności, podrzuciła córkę swojej przyjaciółce, najbardziej zaufanej służącej Godulli, Emilii Lukas. Rok później Godulla umiera. Na niegroźną dziś, ale wtedy powodującą śmierć w boleściach, kamicę nerkową. Wijąc się w bólach, dyktuje we Wrocławiu – gdzie ą zabrał, jadąc do najlepszych europejskich lekarzy – testament. Siostrzeńcy, gdy się o nim dowiadują, wpadają w furię. Liczyli, że największą przemysłową fortunę Europy odziedziczą oni. A tymczasem dostali dużo, stali się ludźmi naprawdę bogatymi,
sza panna w feudalnym wciąż państwie go nie miała. Król też tak uważa, i nadaje Johannie szlachectwo wraz z nazwiskiem rodowym: von Schomberg-Godulla. Godulla jest jego członem oczywistym. A Schomberg? Też oczywistym. Obecnie to Szombierki, przemysłowa osada, w której oprócz hut i kopalń stał też ten pałac Godulli. Teraz rezydencja Joanny, a niebawem też Hansa Ulricha.
KOPCIUSZEK NA ODWRÓT Jak pisałem w tygodniku Echo: „Najczęściej nazywana bywa Śląskim Kopciuszkiem. Porównanie kompletnie nietrafione, bo – jak bajkę pamiętamy - w Kopciuszku zakochał się królewicz, uczynił ją królową a potem żyli długo i szczęśliwie. Na czym w szczegółach polegało to szczęśliwe życie - nie mamy pojęcia. Natomiast gdy Johanka wychodziła za mąż za hrabiego Hansa Ulryka, ze starego książęcego śląskiego rodu Schaffgotschów (spokrewnionego ze śląskimi Piastami), ten poza arystokratycznym tytułem miał niewiele, bo niemal cały rodowy majątek odziedziczył jego stryj. To raczej on był Kopciuszkiem, który wżenił się w majątek Jo-
Najczęściej nazywana bywa Śląskim Kopciuszkiem. Porównanie kompletnie nietrafione, bo – jak bajkę pamiętamy - w Kopciuszku zakochał się królewicz, uczynił ją królową a potem żyli długo i szczęśliwie. Natomiast gdy Johanka wychodziła za mąż za hrabiego Hansa Ulryka, ten poza arystokratycznym tytułem miał niewiele, bo niemal cały rodowy majątek odziedziczył jego stryj. To raczej on był Kopciuszkiem, który wżenił się w majątek Joasi ale dziesięć razy więcej dostaje ta córka służącej. Próbują testament podważyć, ale sądy wzruszają ramionami: może i testament Godulli jest dziwaczny, ale zgodny z prawem. Testament stanowi jednak dla dziewczynki śmiertelne niebezpieczeństwo. Mówi bowiem, że jeśli umrze ona bezpotomnie, majątek wraca do siostrzeńców. Taka pokusa! Cała Europa się zastanawia, czy dziewczynce nie przydarzy się starannie zaplanowany śmiertelny wypadek. Godulla przewidział jednak i to. Wykonawcą testamentu czyni jednego ze swoich (może jedynego?) przyjaciół. Maximiliana Schefflera. Prawnika. Ten ukrył małą Johankę w klasztorze Urszulanek we Wrocławiu. Pilnowano jej dniem i nocą. Zarazem bardzo dbano o jej edukację, wszak miała zarządzać największym w państwie koncernem przemysłowym. A gdy miała lat szesnaście zamieszkała we wrocławskiej willi Schefflera i zapewne tam poznała o jedenaście lat starszego porucznika huzarów, hrabiego Hansa Ulricha von Schaffgotsch. Skoligaconego z niejedną monarszą rodziną, ale bez majątku. Młodzi – i oboje urodziwi - przypadli sobie do gustu. A chociaż ona była bajecznie bogata, to jednak ślub hrabiego z dziewczyną z ludu, byłby mezaliansem. Ale niezawodny Scheffer zwrócił się do króla o nadanie Johance tytułu szlacheckiego. Bo jakoś tak głupio, by najbogat-
asi. Ale prawdą jest, że żyli długo i szczęśliwie. A ona – zarządzająca majątkiem sama, gdyż miała rozdzielność majątkową – ogromną fortunę, odziedziczoną po Godulli, jeszcze siedmiokrotnie powiększyła.”
Król pruski nadał Johance szlachectwo. Więc i herb. Herb nowej szlachcianki w sposób też oczywisty – swoimi barwami – nawiązywał do Górnego Śląska, a swoim godłem do źródła jej majątku. Widzimy w nim , na żółto-modrym tle, kuplę, czyli znany do dziś symbol górnictwa. Na kuplę składa się zielosko i pyrlik. Zielosko to narzędzie o kształcie klina, coś jak czekan, służące do kucia w węglu, odrywania jego brył. Pyrlik zaś to młotek, którym uderzano w zielosko.
9
listopad 2018r.
miecku równie dobrze, jak po polsku. I pewnie z polską szlachtą po niemiecku a nie śląsku Johanka rozmawiała.
PANI DOBROCZYNNA
n Dziewczynka Johanka i młoda hrabina Johanna i Hans Ulrich pobrali się w 1858 roku. Polska literatura jeszcze przez wiele lat obrzydza ten ożenek. Gustaw Morcinek, w powieści „Pokład Joanny” wyszydzał hrabiego: „Koło niej pętają się inżynierowie i jej narzeczony, suchy, chu-
wy podłużnej, ani chudej szyi, ani ust cienkich. Jest przystojny. Wykształcony. Nie tak bogaty, jak jego przodkowie, ale przecież nie biedny, jakieś tam majątki ziemskie posiada. No i wbrew Morcinkowi nie był też panem na Kopicach, kupili je już po ślubie.
Johanka wybrała Schaffgotscha. I, jak w bajce - żyli długo i szczęśliwie. Przeżyli razem 52 lata, do jej śmierci w 1910 roku on żył jeszcze pięć lat, a mieli czwórkę dzieci. Też już oczywiście nie żyją. Podobnie, jak wnuki. Na mszę do Bytomia w 2018 roku przyjechały ostatnie żyjące prawnuki oraz prapra i prapraprawnuki. . Ona okazała się godną spadkobierczynią Godulli! Inwestowała w przemysł z rozmachem, a budowana przez nią elektrociepłownia Szombierki (dokończona już po śmierci hrabiny) uważana jest za jeden z najpiękniejszych obiektów postindustrialnych na świecie. Pod koniec życia zgodnie z obowiązującymi trendami, przekształciła kon-
najpierw sołdaci tańczyli, a potem wrzucono ją do fosy. A hrabiego… posadzili z fajką w ustach na ławce obok drzemiącego pod wpływem alkoholu. Miejscowa wieść niesie, że ten, gdy się obudził, w momencie osiwiał. Zwłoki walały się jeszcze długo, w końcu miejscowy proboszcz pochował je na tutejszym cmentarzu. Po wielu latach potomkowie ufundowali nagrobek. A teraz przyjechali na groby swoich przodków – oraz odwiedzić to, co Johanka i jej mąż ufundowali. Pewnie im strasznie przykro widzieć Śląsk, który ich przodkowie zostawiali jednym z najbogatszych regionów Europy, a dziś to tylko wspomnienie. Jak Godulla, jak Johanka Grycik. Dariusz Dyrda
n Johanka i Hans Ulrich. Razem przeżyli ponad 50 lat.
w rodowym mauzoleum w spoczęła Johanna, a pięć lat później Hans Ulrich. I spoczywali tam do roku 1945, gdy sowieccy żołnierze wywlekli zwłoki z sarkofagu. Ze zmumifikowaną hrabiną najpierw sołdaci tańczyli, a potem wrzucono ją do fosy. A hrabiego… posadzili z fajką w ustach na ławce obok drzemiącego pod wpływem alkoholu. Miejscowa wieść niesie, że ten, gdy się obudził, w momencie osiwiał dy, o podłużnej głowie hrabia Hans Ulrich von Schaffgotsch na Kopicach. Patrzy na nią żabimi oczyma […]. Na jego wąskich, skrzywionych ustach błąka się szyderstwo i obłuda. [...] Zdjął czapkę i wytarł łysinę pachnącą chusteczką”. „Śmieszny był z tą swoją chudą szyją tkwiącą z wysokim kołnierzu […], z rudawymi bokobrodami, z cienkimi ustami wykrzywionymi w pogardliwym grymasie”. „Biedaczysko hrabia, świszczypała niemrawy, lęka się, żeby mu nie przepadły miliony grefiny Joanny”. Mamy wiele zdjęć hrabiego. Nawet jako człek w średnim wieku nie był łysy, więc tym bardziej jako27-latek. Nie ma ani gło-
Próbuje też szturchać ten ślub propolska gazeta Nowiny Raciborskie. w 1890 roku pisząc: „Pomiędzy starającymi się o jej rękę był podobno i hrabia M. z Poznańskiego, Polak. Miał najwięcej widoków powodzenia, lecz małżeństwo rozbiło się o to, że rodzina hrabiego drwiła sobie zbytnio z lichej wymowy polskich wyrazów panny Gryczyk. Obrażona zerwała stosunki z hrabią M. i poszła za mąż za hrabiego S., Niemca”. Johanka po polsku nie mówiła wcale. Znała język śląski, do polskiego podobny. A polska arystokracja z Wielkopolski, należącej od 70 lat do Prus, mówiła po nie-
cern w spółkę akcyjną Gräflich Schaffgotsche Werke (Zakłady Hrabiowskie Schaffgotsch). Po jej śmierci czwórka dzieci została po równo podzielona udziałami. Była pierwszą światową businesswoman. Ale nie tylko. Była dobra i szlachetna. Bezpłatny prąd z elektrociepłowni dla mieszkańców Bytomia, to tylko jedno z jej dobrodziejstw. Warto też wspomnieć, że osady, gdzie były domy jej pracowników, elektryfikowano już w XIX wieku. Wcześniej, niż Warszawę, o innych polskich miastach nie wspominając. Chyba nigdy nie zapomniała, że pochodziła sama z ludu. Śląskiego ludu. Chętnie nosiła śląski strój, rozmawiała po śląsku. Do historii przeszła jako fundatorka szkół, sierocińców oraz kościołów. Msza, na którą przyjechali Schaffogotschowie, odbyła się w jednym z tych, które ufundowała. Przeniosła tam zwłoki Godulli, z inskrypcją: Tu spoczywa w Panu człowiek najszlachetniejszy.
PANI ZBEZCZESZCZONA
13 listopada, w 160 rocznicę ślubu Johanny von Grycik-Schomberg i Hansa Ulricha von Schaffgotsch w tym samym kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Szobierkach, została odprawiona msza w ich intencji. Nabożeństwo odprawił biskup diecezjalny gliwicki – ks. Jan Kopiec. W uroczystym nabożeństwie wzięło udział 23 członków rodu Schaffgotsch. Organizatorem ich przyjazdu na Śląsk z różnych zakątków świata (Niemcy, Austria, Wielka Brytania, a nawet daleki Hong-Kong) był Maciej Mischok, pomysłodawca odbudowy mauzoleum Schaffgotsch w Kopicach. Po nabożeństwie głos zabrał przedstawiciel rodu Schaffgotsch - praprawnuk Johanny i Hansa Ulricha - hrabia Hans Ulrich Schaffgotsch. Powiedział: „Cieszę się, że po 160 latach możemy świętować tę uroczystość i potomkowie pamiętają. Johanna i Hansa Ulrich byli fundatorami kościołów, przedszkoli, szkół, zakładów przemysłowych i osiedli patronackich”. MD
Godulla spoczywa tam do dziś, w spokoju. Jej własne zaś zwłoki i jej męża, zostały obrzydliwie zbezczeszczone. Ale żeby opowiedzieć gdzie i jak, trzeba najpierw wspomnieć o Kopicach. Tę majętność, na granicy Śląska Górnego i Dolnego, kupili tuż po ślubię. W miejsce starego pałacu wybudowali nowy, z którym na Śląsku nie mogło równać się nic, nawet „Mały Wersal”, rezydencja Donnersmarcków w Świerklańcu. Najpiękniejszy chyba europejski pałac końca XIX wieku. To tam, w rodowym mauzoleum w spoczęła Johanna, a pięć lat później Hans Ulrich. I spoczywali tam do roku 1945, gdy sowieccy żołnierze wywlekli zwłoki z sarkofagu. Ze zmumifikowaną hrabiną
n Zamek Chojnik i niezwykle rozbudowany herb Schaffgotschow. Ród von Schaffgotsch, z którego wywodził się jej maż, należał do najstarszej śląskiej szlachty. Pierwsze – choć wątpliwej wiarygodności – wzmianki o nim pochodzą z XII wieku, ale w XIV już na pewno należał do najważniejszych na Śląsku. Gocz I Starszy (Gotsch Schaff) około 1360 roku został posiadaczem jednej z najpotężniejszych śląskich warowni, zamku Chojnik (w Karkonoszach, niedaleko Jeleniej Góry). Z zamkiem wiąże się piękna legenda. Jedna z córek rodu ogłosiła, że wyjdzie za mąż za tego, kto da radę konno objechać twierdzę. Rzecz była niemal niewykonalna, bo z jednej strony mury przylegały do kilkudziesięciometrowej przepaści. Wielu śmiałków, próbując, straciło w niej życie. Aż zjawił się rycerz, który tak Schaffgotschównie przypadł do gustu, że była gotowa wycofać się z żądania. On jednak ambitnie wsiadł na konia i dał radę przejechać rozpadliny nad przepaścią. Potem jednak hardo stwierdził, że nie zostanie mężem panny, która swoją pychą doprowadziła wielu innych rycerzy do śmierci. Wsiadł na konia i odjechał. A ona, z rozpaczy, też rzuciła się w tę przepaść. Od tego czasu podobno na zamku straszą konno ci, którzy skręcili w niej kark, starając się o jej rękę. Późniejsza historia rodu też była burzliwa. W XVII wieku skoligacili się ze śląskimi Piastami (jedna z ostatnich Piastówien została żoną Hansa Ulryka, generała armii cesarskiej w wojnie XXX-letniej). Jego członkowie byli za przejście z obozu jednego niemieckiego monarchy do drugiego, ścinani toporami (tenże Hans Ulryk). W wyniku wojen religijnych utracili wszystkie majątki, ale po powrocie na łono katolicyzmu, zostały im zwrócone. Jeden z Schaffogtschów był też biskupem wrocławskim, którego diecezja rozciągała się wówczas na cały Śląsk. A jednak nigdy nie byli tak bogaci i wpływowi, jak wtedy, gdy jeden z nich ożenił się z córką ubogiego chłopa, ale spadkobierczynią genialnego przemysłowca. W polskich herbarzach ich herb (zwany Gocz lub Szafgocz) też występuje, bo jedna z gałęzi rodu zamieszkała w przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, na Ziemi Wieluńskiej. Na herbie wszystkich gałęzi rodu widnieje owca (po niemiecku Schaf). Także z tych przyczyn ród dla Niemców był zawsze nieco zbyt „polski”, a dla Polaków niemiecki. A oni byli po prostu szlachtą śląską. W czasach wojen walczyli, czyj Ślask ma być, ale wczasach pokoju wiernie służyli temu, kto akurat Śląskiem władał. Ród nie wygasł. W Niemczech, Austrii i Szwajcarii żyją jego przedstawiciele.
10
listopad 2018r.
Briftiger przīsmyczył
Macie się dogadać!
C
hciałem podziękować redaktorowi Dyrdzie za ostatni Cajtung. Po wyborach był jedyną osobą, która podziękowała na swoich łamach i tym, którzy oddali głos i na Ślonzoków Razem, i na ŚPR. Jednym, który po tych wyborach podjął próbę pogodzenia tych środowisk. Wszyscy inni, a słuchałem wypowiedzi w radiu, czytałem w gazetach, dużo w internecie, obrzucają się wzajemnie błotem (Kałużą?). Ślonzoki Razem puszą się, że dostali lepszy wynik niż ŚPR. ŚPR popada w śmieszność, twierdząc, że elektorat (czyli m.in. ja) pomylił się po prostu głosując na Ślonzoków Razem.
NIE BYŁO POMYŁKI Więc zapewniam pana Gorzelika i wszystkich innych panów z ŚPR, że się nie pomyliłem! Przez kilkanaście dni, aż do ostatniej chwili, stojąc przed urną, zastanawiałem się, przy której z tych list postawić swój znaczek. Moja żona się nie zastanawiała – postawiła przy Gorzeliku. Ja też widziałem nazwisko Gorzelik Jerzy na liście ŚPR oraz nic nie mówiące mi nazwiska na liście Ślonzoków Razem. Kojarzyłem tam pana Jerczyńskiego, ale z jego książki, bo samego człowieka nigdy nie widziałem, oraz panią Dyrda, o której sądziłem, że jest krewną Dariusza (teraz wiem, że żona). Te dwa nazwiska dawały mi gwarancję, że to jest organizacja na wskroś śląska. Swój krzyżyk postawiłem przy jedynce na liście, pani Jelonek, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, ale je-
śli ta śląska partia na nią postawiła, to widocznie wiedziała czemu. Nie pomyliłem się stawiając mój krzyżyk przy anonimowym mi nazwisku Jelonek a nie dobrze znanym Gorzelik. Po prostu nie chciałem głosować na partię, której lider nie wykluczył koalicji z PiS-em. Nie chciałem głosować na partię, która jako swojego kandydata prezydenta w moim mieście wystawiła panią Kanclerz, która ze śląskością ma tyle wspólnego, ile ja z Podkarpaciem. Po prostu jo je Ślonzok i na Ślonzoków chciałem głosować, a nie na miejscowy wariant PO. Zresztą powinniście się panie Gorzelik nazwać Śląska Regionalna Platforma Obywatelska, wtedy przynajmniej wszystko byłoby wiadomo o waszym programie.
GORZELIKU – CZASEM ZAMILCZ Po wyborach pan Gorzelik i jego koledzy zaczęli takich jak ja obrażać, że jesteśmy prymitywami, którzy nie wiedzieli, na kogo głosują, bo tak naprawdę chcieli na kogoś innego (to znaczy Gorzelika…). I że ten wynik to pomyłka moja, czyli nieuświadomionego elektoratu. Przekonał mnie tym pan Gorzelik, że owszem popełniłem pomyłkę głosując w roku 2010 i 2014 na … niego. Pycha i arogancja tego człowieka mnie przeraża. I tym się właśnie zaraz po wyborach różnił redaktor Dyrda. Nie twierdził, że ktoś się pomylił, nie opowiadał, czyja jest wina albo brak winy –po prostu podziękował wszystkim, którzy oddali głos na jedną z dwóch partii, bez orzekania, która lepsza a która gorsza.
Ale widzę, głównie w internecie, że był to głos wołającego na puszczy. Że i Ślonzoki Razem i ŚPR coraz bardziej okopują się na swoich pozycjach. A mnie się to nie podoba. Ja się zgadzam, że swój wynik Ślonzoki Razem mogą uznać za sukces, a ŚPR swój za klęskę. Mało mnie obchodzi, czemu tę klęskę poniosła, mało mnie obchodzą tłumaczenia, że nazwa ŚPR była nierozpoznawalna. Mnie obchodzi to, że wspólnie, i Ślonzoki Razem i ŚPR, zmarnowaliście 110 000 głosów oddanych na śląskość. Że nie umiejąc się dogadać między sobą, spowodowaliście, że przez pięć lat tej śląskości w sejmiku nie będzie.
DOGADAJCIE SIĘ! Ale to już było. Bardziej mnie martwicie ( i wkurzacie ) tym, że nie potraficie dogadać się i teraz. Kiedy już my, Ślonzoki, pokazaliśmy w wyborach, że nasze sympatie dla obu partii są mniej więcej pół na pół. Głosowaliśmy na was i uszanujcie to, siądźcie do stołu! W jedności siła, a Ślonzoków jest za mało, żeby między sobą walczyć o nasze głosy. Panie Swaczyna, panie Roczniok, panie Gorzelik, panie Nowara, apeluję do was w imieniu takich zwykłych śląskich wyborców, jak ja! Dostaliście głosów pół na pół, więc siądźcie jak równy z równym. Postanowiłem ten list napisać przerażony tym, jak ŚPR w internecie zaczął opluwać red. Dyrdę, który pierwszy w Cajtungu wyciągnął rękę do zgody. Panie Gorzelik – naprawdę zbyt często traci pan okazję, by milczeć. Pański obraźliwi styl dyskusji w internecie zraził już do pana, i pańskiej for-
Żeby nie było tak przyjemnie, otrzymujemy i takie listy:
Won do Niemiec
W
y antypolskie świnie! Jak byłem w Katowicach, kupiłem sobie przez ciekawość tego szmatławca. Tego Zeitunga. Znajomy mi powiedział: kup, zobacz, co te hanysy wypisują! Jak wam się Polska nie podoba, jak się Polakami nie czujecie, to won do Niemiec. Nie ma żadnej narodowości śląskiej, za sam taki dopisek nad tytułem tej waszej gazety powinien się wami zająć prokurator. A za to, co w środku, tym bardziej! Powstańcy śląscy w grobach się przewracają, bo oni o polski Śląsk walczyli, a wy się polskości wypieracie. Jak się czujecie szwabami, to wasi skundleni przodkowie mogli w 1945 roku wyjechać do Niemiec. Wystarczyło powiedzieć,
że jesteście szwaby a nie Polacy, a by was do wagonów wsadzili. Ale wtedy udawaliście Polaków. Zawsze wy, Hanysy, łasicie się do silniejszego, ale przy pierwszej okazji zdradzicie, jak w piątej kolumnie, jak potem zostaliście foksdojczami. Napisaliście, że czujecie się w Polsce obywatelami drugiej kategorii. Wy powinniście mieć obywatelstwo drugiej kategorii, na lepsze nie zasługujecie. Pan prezes Kaczyński miał rację: wy jesteście gorszy sort Polaków. Jeśli Polaków, bo nikt, nawet chyba wy sami, nie wie, kim jesteście. Chcielibyście być Niemcami, ale Niemcy wami pomiatają, bo nie ma w was honoru ani nic. Wy śmierdzące gnoje! Podskakujcie dalej, pier(usunięte przez
redakcję)cie dalej o autonomii od Polski, o jakiejś śląskiej narodowości. Żydzi mogli chociaż uciec do Izraela, ale gdzie wy uciekniecie, jak cierpliwość Narodu Polskiego się skończy??? Do Niemców? Jedźcie, wynocha, będziecie tam zapieprzać na brudnych Arabów a oni będą gwałcić wasze szpetne śląskie baby. I gadać będziecie na migi, bo ani po polsku, ani po niemiecku nie umiecie, tylko bełkotacie tą swoją prymitywną gadką. I wtedy, chołoto, u szkopów zatęsknicie za Polską. Ale my już was nie przyjmiemy, bo dla zaprzańców w Polsce miejsca nie ma. Prawdziwy Polak (pisownia oryginalna)
macji, wielu ludzi. Czy naprawdę nauczyciel akademicki musi się stale popisywać w dyskusjach chamstwem? Tak, chamstwem, bo choć słów wulgarnych pan nie używa, to pańskie wypowiedzi są obraźliwe. A jeśli już pan nie ma czym obrazić, to z pana Rocznioka pan kpi, że nie jest, jak pan, doktorem na uniwersytecie, tylko pracuje jak większość zwykłych ludzi. Sugeruje pan, że on, czy red. Dyrda piszą pod wpływem alkoholu – chociaż ja mieszkam w Katowicach i wiem, że o wiele łatwiej spotkać na piwie pana, niż ich. Parę razy sam pana z piwem na Mariackiej widziałem. Ale piwo jest dla ludzi, natomiast taki styl dyskusji kogoś, kto nazywa siebie politykiem – nie uchodzi.
ZRÓB MIEJSCE INNYM Piszę to, bo przez lata Jerzy Gorzelik był dla mnie śląskim idolem, człowiekiem, który ma pomysł, jak nas prowadzić do wyma-
rzonej autonomii. Dziś widzę, że sprowadził nas na manowce. Myślę, że najwyższy czas, by władzę nad RAŚ-em i tą ŚPR przejęli ludzie mniej przekonani o własnej nieomylności, mniej aroganccy, a bardziej budujący zgodę między Ślonzokami. Gdzieś tam (bodaj w Radiu Piekary) pan Gorzelik po wyborach zapowiadał, że cofa się z pierwszego szeregu, że ustąpi miejsca młodszym. Panie Jerzy! Przez resztki szacunku, które mam dla pana z dawnych czasów, niech pan to zrobi. Może wówczas zapamiętamy pana jako śląskiego przywódcę a nie politycznego chuligana i awanturnika. Nie wiem, czy „Cajtung” wydrukuję mój list. Jeśli nie prosiłbym, by upowszechnić go choć wśród działaczy ŚPR i Ślonzoków Razem. My – Ślonzoki - oczekujemy, że się dogadacie. I jesteście nam to winni! Adam Kopoczek, Katowice (tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji)
Od redakcji: Zastanawiałem się, czy wydrukować ten list, bo choć zgadzam się niemal ze wszystkim, co w nim napisane – to jednak z pewnym zażenowaniem czytałem, jak czytelnik, pan Kopoczek, mnie chwali. Z zażenowaniem, bo to już dziś nie do końca prawda. Arogancja liderów ŚPR po wyborach jest jeszcze większa, niż przed. Może wynika to z faktu, że skończyły się lukratywne polityczne posadki i trzeba zmierzyć się z normalnym życiem, może z frustracji, ale dziś nie wyobrażam sobie, by usiąść z tymi ludźmi do stołu rozmów. Jerzy Gorzelik, - tu pan Kopoczek ma rację – był ikoną śląskości. Ale i Maria Pańczyk-Pozdziej nią była 25 lat temu, gdy organizowała pierwsze konkursy Po Naszemu czyli Po Śląsku. Potem jednak stała się śląskości hamulcową, i bardziej je szkodzi, niż służy. Jurek Gorzelik powoli skręca w tę samą stronę i powinien się zastanowić, czy chce być drugą Pańczyczką. Ale co z tą, wciąż koleżeńską, radą zrobi, to już jego sprawa. Dariusz Dyrda
Ferajna jest, dyrektora nie ma D wa lata temu, po naszym tekście „U nas witali radośnie” dyrektor TVP Katowice Tomasz Szymborski srozpoczął nagonkę na nasz miesięcznik. Pisał między innymi: „To już koniec tej ferajny”. Materiał wyemitowany w kierowanej przez niego telewizji z tej okazji był skrajnie tendencyjny. Jeszcze parę razy stacja nas atakowała, a zarazem w TVP Katowice zabrakło miejsca dla prezentowania śląskości, poza jej krupniokową, cepeliadową wersją. Mamy więc dla czytelników Cajtunga wiadomość. Nasza ferajna – której Szymborski wróżył szybki koniec - ma się dobrze, natomiast TVP Katowice nie ma dyrektora. Tomasz Szymborski został z funkcji tej odwołany, podobno za wpis w internecie, który nie spodobał się jego przełożonym. Wierzymy jednak, że przygarnie go wicemarszałek Wojciech Kałuża. Pasowaliby do siebie doskonale. Wierzymy zarazem, że TVP Katowice pod nowym kierownictwem będzie tworzyć także prawdziwe programy o Śląsku i Ślůnzokach. Że znajdzie się tam miejsce i na naszą godkę i na naszą kulturę. Że jedynymi zapraszanymi do studia, którzy o niej dyskutują, nie będą „Prawdziwi Polacy”. JN
11
listopad 2018r.
Przegrał ze Stephensonem miejscem a nie talentem
Bożek śląskiego silnika
Pod koniec listopada (25) w Polsce obchodzony jest Dzień Kolejarza. To świetna okazja, by przypomnieć wybitnego Ślązaka, który tylko nieznacznie przegrał z Georgem Stephensonem wyścig o miano ojca kolej parowej. Przegrał, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu.
S
tephenson bowiem pracował w błyskawicznie rozwijającej się przemysłowej Anglii. Znalazł przemysłowca, który docenił wizję zbudowania transportu bardziej efektywnego, niż konny. Przez lata finansował doświadczenia inżyniera. Josef Bożek urodził się na Górnym Śląsku, ale po jego austriackiej stronie, między Bielskiem, a Skoczowem. Gdyby wybrał się nieco dalej na północ, może i on znalazłby mecenasa w osobie Redena, Baildona, księcia pszczyńskiego lub innego magnata rodzącego się tu przemysłu. Zamiast tego wybrał się do Pragi, a ta była wówczas jeszcze stolicą regionu europejskiego na wskroś rolniczego, zresztą równie rolniczej Austrii. W którym nawet silniki parowe przyjmowały się znacznie wolniej niż u nas, bo tamtejsze manufaktury pracowały w oparciu u koła wodne, ustawiane na licznych w tym górzystym kraju, rwących potokach. Tu na wynalazki Bożka nie było zapotrzebowania. Mimo, że jego konstruktorskie talenty doceniono szybko. I u nas zapomniany, za południową granicą jest ten Ślązak nazywany Ojcem Czeskiej Techniki. Choć jego rodzina wieś – Biery – leży na Śląsku, nie w Czechach. Do tego obecnie polskiej części Śląska. Niemniej w Czechach o Bożku uczą w szkołach, na Śląsku niemal nikt o nim nie wspomina. Pewnie dlatego, że nigdy nie powiedział o sobie, że jest Polakiem.
WYNALAZCA OD DZIECKA Już jako młody chłopiec, ten syn zamożnego młynarza konstruował w różne maszyny. Rodzinie się nie podobało, że nicpoń. Być może więc pod wpływem ojca zaczął studiować w Pradze filozofię, ale rychło ją porzucił, zatrudniając się jako rzemieślnik w świeżo otwartej praskiej politechnice. Nie spełniał wprawdzie wymagań, jak byśmy dziś powiedzie-
n Replika auta parowego Bożka. li, konkursu na stanowisko, ale cieszył się już reputacją złotej rączki, która umie zrobić wszystko. A politechnika szukała rzemieślnika, który zbuduje każdy zaprojektowany prototyp oraz kopię zagranicznej maszyny. Wiadomo też było, że Bożek każdą maszynę jeśli się jej przyjrzy, umie naprawić. Wielkim hitem początku XIX wieku była maszyna parowa. Liczni konstruk-
nowych i miał pomysł, jak mankamenty usunąć. Ponieważ jednak w Czechach, ani nawet całym austriackim państwie, na stacjonarną maszynę zapotrzebowania nie było – myślał o silniku parowym, jako napędzie dla pojazdów. Wiedział, że po świecie pływają już pierwsze statki parowe, wiedział, że coraz częściej pojawia się parowy pojazd lądowy. Ku tym rozwiązaniom kierował swoje myśli.
mie tym nie chciałby tramwajem jeździć. Więc Bożek skłania się ku parowemu samochodowi. Pomysł też nie nowy, bo pierwsze kołowe pojazdy na parę pojawiły się kilkadziesiąt lat wcześniej, ale lubiły… wybuchać. Swój pojazd parowy zademonstrował w Pradze ostatecznie w roku 1815. Woził nim chętnych po mieście. Skonstruował go rok później, niż Stephenson swoją lokomotywę, ale niemal na pewno bez wiedzy o jego wynalazku. Za to silnik parowy Bożka był nowocześniejszy, wydajniejszy. Po prostu lepszy. Był to w ocenie fachowców najlepszy silnik parowy na świecie pierwszych 20 lat XIX wieku. Nieznacznie tylko zmodernizowany zastosował dwa lata później, gdy swoim parowcem woził prażan po Wełtawie. Też najlepszym wówczas parowcem na świecie. Ale, w kraju bez przemysłu, i jego parowe auto, i jego parowiec, były tylko ciekawostkami, bez praktycznego zastosowania. Gdyby zamiast w Pradze mieszkał w Bytomiu, Gliwicach… Gdyby jego parowce mogły ruszyć ze śląskim węglem po Wiśle, Odrze…
ZAPOMNIANY Ile jednak można żyć z ciekawostek? Schorowany Bożek miał coraz mniej siły
Nie spełniał wprawdzie wymagań, jak byśmy dziś powiedzieli, konkursu na stanowisko, ale cieszył się już reputacją złotej rączki, która umie zrobić wszystko. A politechnika szukała rzemieślnika, który zbuduje każdy zaprojektowany prototyp oraz kopię zagranicznej maszyny. Wiadomo też było, że Bożek każdą maszynę jeśli się jej przyjrzy, umie naprawić torzy w Europie udoskonalali wynalazek Watta, aby znajdował on zastosowanie w przemyśle. Bożek do tego grona dołączył późno – właśnie dlatego, że ani w Czechach, ani w Austrii nie było na maszyny parowe zapotrzebowania. Dlatego, że w Czechach nie było ani przemysłu, ani kopalń węgla, paliwa dla parowej maszyny. Początkowo więc szedł drogą zupełnie inną. W wyniku wojen napoleońskich Europa pełna była inwalidów wojennych, bez rąk, nóg. Rosyjskiemu oficerowi Danilukowi – ponad 200 lat temu – skonstruował protezy nóg, które umożliwiały mu jazdę konną i chodzenie po schodach bez kul. Komu innemu protezę ręki, pozwalającą pisać. Poza tym tworzył – na wzór holenderskich czy angielskich – maszyny tkackie, tyle że napędzane właśnie młynem wodnym. Oraz udoskonalał zegary.
CZAS PARY Ale maszyna parowa – jak każdego technika początku XIX wieku - go ciekawiła. Czytał o nich, marzył o własnych konstrukcjach, widział błędy w coraz to
Ponieważ jednocześnie projektuje w Pradze tramwaj konny, jeżdżący po szynach, więc idzie tym samym tropem, co Stephenson. Pojazd parowy na szynach. Czyli kolej. Ale był na innej pozycji, niż Stephenson. Tamtemu brytyjski fabrykant płacił za stworzenie szybkiego i lepszego połączenia między Manchesterem a portowym Liverpoolem (raptem 30 kilometrów), niż fury. Więc – również z braku porządnych dróg – wybrał szyny. W Pradze nie ma zapotrzebowania na środek transportu, łączący w mocny sposób dwa punkty. Gdyby nie mieszkał w Pradze, tylko – powiedzmy w prężnie rozwijającym się wówczas Bytomiu, pewnie poszedłby taką drogą jak Stephenson. I może byłby szybszy. Ale u nas jeszcze przez 30 lat wożono węgiel i rudy do hut furami! A on miał pomysł i na tory, i na pojazd parowy… Ale mieszkał w Pradze. Więc chociaż Bożek projektuje miejskie tramwaje konne, to stała trasa dla pojazdu parowego nie ma tu sensu. Przecież parowy tramwaj w wąskich uliczkach miasta stworzyłby kłęby dymu nie do wytrzymania. Nikt w dy-
na swoje wynalazki. Może, gdyby któregoś dnia wybrał się do rodzinnych Bier, unowocześnił rodzinny młyn, byłoby inaczej. Ale nie zrobił tego, słynąc jako wynalazca dziwactw, nie pokazał w domu ich skuteczności. W efekcie rodzina wydziedziczyła tego „wałkonia”, „syna marnotrawnego”. Co nie przeszkadza jej się
Józef Bożek (cz. Josef Božek) Ur. 1782 w Bierach – między Bielskiem, Cieszynem a Pszczyną. Zm. 1835. Konstruktor-mechanik, wynalazca, nazywany często „polsko-czeskim Stephensonem” (1782-1835). Twórca wielu wynalazków, w tym pierwszego w Europie parowca, samochodu parowego, pierwszego ciągnionego po torach konnego tramwaju, ale też maszyn przędzalniczych czy wyprzedzających swoją epokę protez. Jako jeden z bardzo nielicznych w swojej epoce, tworzył wynalazki bez możnego sponsora. Dlatego przegrywał z konkurencją.
dziś, po 200 latach, nim szczycić. Żona, schorowana, podobnie jak on, nie potrafiła być ostoją. Ostatnie 20 lat życia zmagał się z biedą i swoją klęską wynalazcy. Zmarł w roku 1835,w zapomnieniu i skrajnej biedzie. Marząc do końca o wynalazkach, które okazały się niepowodzeniem. Nie dlatego, że były gorsze od konkurencji – tylko dlatego, że tworzył je w miejscu gorszym, niż konkurencja. W Czechach… A w Polsce? No niby pisał o nim Gustaw Morcinek, Zofia Kossak-Szczucka napisała o nim opowiadanie ”Czarodziej”. Dziś przypominają go dwie tablice: w rodzinnych Bierach i w Cieszynie. Ale poza tym zapomnieliśmy o wybitnym śląski wynalazcy, więc zagospodarowali go sobie Czesi. Dariusz Dyrda
PIERWSZY WYPADEK
Pierwszy pojazd parowy skonstruował Francuz Nicolas-Joseph Cugnot. W 1769 roku zbudował ”ciągnik” dla artylerii. W 1771 roku pojazd zderzył się z murem. I jest to pierwszy znany wypadek samochodowy. Państwo francuskie w tym momencie zrezygnowało z ciągnika, ale wynalazca dostał dożywotnią rentę. Bożek mógł tylko o takiej pomarzyć.
12
listopad 2018r.
Ciulowa sprawa Grzegorz Kulik, tłumacz na język śląski choćby „Dracha” Szczepana Twardocha czy „Małego księcia” wypowiedział się w internecie. Z wypowiedzią tą jedni się zgadzają, inni piszą, że Kulik nie powinien niczego na śląski tłumaczyć, bo najwyraźniej nie wyczuwa niuansów śląskiego słownictwa.
KULIK NAPISAŁ TAK: „Od kilku dni karierę w polityczno-dziennikarskim teatrzyku robi słowo „c..l”. Rzucane jest na prawo i lewo, najczęściej w zestawieniu z nazwiskiem Wojciecha Kałuży. Mój stosunek do Wojciecha Kałuży pozostawmy z boku. Zastanawia mnie to, że i Kamilowi Durczokowi, i Monice Rosie to słowo tak łatwo przechodzi publicznie przez gardło. Czym jest „c..l”? Jest to wulgarne określenie męskiej części ciała, bądź wyzwisko kierowane zwykle do mężczyzn. W 2012 roku ówczesny prezes stowarzyszenia „Pro Loquela Silesiana”, Rafał Adamus, w wywiadzie dla „Dzien-
brania kapitału politycznego? Bo tak to w tym momencie wygląda. My próbujemy młodych ludzi na Śląsku przekonywać, że śląski nie jest przepełnionym wulgaryzmami językiem prostaków, a Rosa publicznie daje dowód dokładnie tego, bo wybiera sobie jedno z najwulgarniejszych śląskich słów i pozuje na wielką obrończynię śląskiej sprawy rzucając nim na wszystkie strony. Ja uważam, zachowanie pani posłanki Rosy jest skandaliczne. W końcu pełni ona służbę publiczną. Nie tak, jak Durczok, który ma swój portal i na tym portalu sobie poprzeklina. Za taki język pani posłanka powinna przeprosić. Nie Kałużę, tylko śląskie społeczeństwo, które nie życzy sobie wulga-
Grzegorz Kulik: Czym jest „c..l”? Jest to wulgarne określenie męskiej części ciała, bądź wyzwisko kierowane zwykle do mężczyzn nika Zachodniego” stwierdził, że jest to jeden z najcięższych na Śląsku wulgaryzmów. Profesor Miodek, człowiek ideologicznie z przeciwnej strony niż Adamus, mówił w zeszłym roku „Gazecie Wrocławskiej” „Na Górnym Śląsku, w czasach mojej młodości, ‚c..l’ był jednym z najgorszych wyzwisk, a przy okazji nazwą męskiej części ciała.”, a w tym roku w Wiadomościach Uczelnianych UO: „na Śląsku, bardzo wulgarnym słowem jest „c..l”, nie tak mocny przecież w pozostałych regionach kraju.” Wrażliwość Adamusa i Miodka jest dokładnie taka sama jak moja. Nie mieści mi się w głowie, że można tak sobie przed ludźmi stanąć i rzucać tym słowem. Rozumiem jeszcze Durczoka, bo nie dość, że jest kontrowersyjny, to nie słynie on z przebierania w słowach. Ale posłanka Rosa? Ta sama posłanka, która podobno jest zwolenniczką popularyzacji i emancypacji śląskiego języka, staje przed ludźmi w Żorach i daje świadectwo tego, że nie ma najmniejszego pojęcia na temat śląskiej wrażliwości językowej. Jak tak można? To znaczy, że to całe „wsparcie” dla śląskiej mowy jest tylko pustą próbą ze-
ryzowania swojej przestrzeni publicznej i swojego języka. A jeśli nie, to śląskie społeczeństwo wystawi pani Rosie odpowiednią ocenę podczas kolejnych wyborów”. Tyle Kulik. Ja jednak odnoszę wrażenie, że to on ma niewielkie wyczucie śląskiej wrażliwości językowej. I przede wszystkim nie rozumie słowa „ciul”. Nie wiem, co znaczy on i na ile jest mocny w innych regionach kraju, ale na Śląsku jest powszechnym nazwaniem nieudacznika. Przecież nawet „paciulok” jest jego pochodną, jest tylko wariacją. I nawet jeśli był słowem wyjątkowo grubym – to w godce w zasadzie wulgaryzmów pozbawionej. W pełnym ich polskim taki„ciul” jako nazwanie niedojdy, nieudacznika – był niemal neutralny.
JAK PISZE PROF. ZBIGNIEW KADŁUBEK: Zaczynom łod „ciula”, ślonskigo arcysłowa, żodnego to niy dziwi. Niy yno jo myśla, że ze ślonskich przeklyństw te słychać nojczyńścij. Nikerym sie nawet zdowo, że jak umiom pedzieć „ty ciulu”, to już umiom godać po ślonsku, ale to ni
n Inwektywa tutaj użyta jest prawidłowo. Widać twórcy internetowych memów lepiej ją rozumieją, niż tłumacz na śląski. I niż manifestacja w śląskich przecież Żorach. ma prowda. We wicach i w tyjatrze godajom „ty ciulu”. Jak usłyszom ludzie „ty ciulu”, zaro sie lachajom choby gupi do syra. Słowo „ciul” ni ma obelżywe. Je w nim coś łagodnego. Teroz sie godo, że to je fest szpetne słowo a downij to było taki normalne.
TAKI NIYRYCHTYCH Ale jak sie godo „ty ciulu”, to o czym sie myśli? – Niy, niy o tym! Musza wom pedzieć (i możno trocha wos rozczarować), że ciul we starych słownikach to ni
ma to, co myślymy, jak godomy „ciul”. W żodnym wypadku ni ma to czyńść ciała jakigoś chopa. Słowo te bezma prziszło na Ślonsk z Małopolski. Ale na Ślonku te znaczynie chopske i galotowe jest fest popularne: Dyć powiedzynie: „mjynkim ciulym zrobiony” (na kogoś, fto je trocha niyrychtich) jednoznacznie nom godo, o co sie rozchodzi…
CIUŁA – GUPIELOK W downyj Polsce, kaś cztyrysta lot tymu abo i wiyncyj, godało sie „ciuła”.
Tyn „ciuła” to był taki gupielok, co cały czos yno szporowoł, a tego, co uszporowoł i tak niy wydowoł – i dalij szporowoł. Ludzi sie z niego ofyn śmioli, bo niy umioł żyć: nic sie niy kupił, nic niy zjod, piwa sie niy napił. Sztyjc yno ciułoł tyn ciuła grosz do grosza.
KAŚ CIULŁO Niy yno „ciul” godomy: godomy tyż „ciulnońć sie” – abo „ciulnońć komuś”, co znaczy „uderzyć sie” albo „uderzyć kogoś”. Idzie sie dejmy na to ciulnońć ło
13
listopad 2018r.
Kadłubek: Słowo „ciul” ni ma obelżywe. Je w nim coś łagodnego. Teroz sie godo, że to je fest szpetne słowo a downij to było taki normalne rant stoła, co sie potym czuje fest a fest. Abo kiej co komu łoroz śleci i je fest butel, to sie godo: „Słyszołeś jak coś ciulło”? Słyszoł-żech niydowno, jak wtoś w bance do Mysłowic ryczoł: „Zaro ci ciulna, ty ciulu!”. Moim zdaniym to nadmiar, chocioż retorycznie momy sam arcydzieło imprekacji”. Do opisu Kadłubka warto jeszcze dodać, że można sie ciulnonć w rachowaniu, czyli pomylić w obliczeniach. A ciułać to tyle, co kłamać. Eugeniusz Kosmałam wybitny ekspert godki, używający w niej chyba największej ilości rdzennych słów śląskich, ucina pytanie krótko: Ciul po śląsku (póki nie było goroli) nie jest wulgary-
zmem. To wulgarne znaczenie nadali mu dopiero Polacy. Wreszcie Rychtig Gryfno Godka, pierwszy podręcznik mowy śląskiej,
roku: Ciul – 1. Fallus, członek męski w stanie wzwodu. 2. przygłup, bezmyślny niedojda, idiota. I przykład użycia: Ty ciulu, jak byś nie pił gorzouy, toś můw w Bayernie grać, a niy w jakisikej Polonii Belekajów. Dyrda zresztą twierdzi, że słowa tego nie rozumie do końca ani posłanka Rosa, ani Kulik. Bo postawę Kałuży można po polsku określić słowem na „ch”, ale nijak śląskim „ty ciulu”. Bo to drugie oznaczałaby, że zrobił on jakąś głupotę a nie łajdactwo. O wiele jednak bardziej nie dziwi go brak wyczucia Ku-
Dariusz Dyrda: Ciul potrafi być nawet pieszczotliwy, na przykład w zdaniu: Inoś mioł ciulu karminadle odgrzoć, a żeś je spolił. Chopa do kuchnie puścić. autorstwa naszego redaktora naczelnego, Dariusza Dyrdy, w wydaniu z 2009
lika, który próbuje pozować na mistrza godki. I jeśli do rozumienia bardzo po-
Eugeniusz Kosmała: Ciul po śląsku (póki nie było goroli) nie jest wulgaryzmem. To wulgarne znaczenie nadali mu dopiero Polacy. pularnego śląskiego słowa potrzebuje on podpierania się cytatami z Miodka czy jakiegoś Adamusa, których nikt nigdy nie słyszał godać po ślůnsku, to aż z ciekawości sięgnie po jego tłumaczenia na śląski. Żeby się – być może - pośmiać z ich nieudolności. - Ciul potrafi być nawet pieszczotliwy, na przykład w zdaniu: Inoś mioł ciulu karminadle ȏdgrzoć, a żeś je spolił. Chopa do kuchnie puścić… – mówi Dyrda.
KOMPROMITACJA TŁUMACZA Tak więc okazuje się, że słowo to bywa różnie rozumiane. Ale niedobrze jest, gdy o jego użycie brzmi ktoś, kto
powinien śląskim władać jak mało kto, a sam nie bardzo je rozumie. A już karkołomna teza Kulika, że jeśli Rosa użyła słowa ciul, to jej poparcie dla mowy śląskiej jest tylko zagrywką polityczną jest śmieszne. Używanie śląskiego słowa, nawet jeśli niezbyt eleganckiego, na pewno nie przynosi szkody godce. Trudno nie odnieść wrażenia, że Kulik po prostu nie lubi Rosy (albo i całej Nowoczesnej czy Koalicji Obywatelskiej) i postanowił jej przywalić na oślep. Wywołując przy tym żywą internetową – i nie tylko – dyskusję, co też ten „ciul” dokładnie znaczy. Adam Moćko
Nie przeproszę za wulgaryzm. Należał mu się Rozmowa z MONIKĄ ROSĄ, posłanką Nowoczesnej z Katowic - Pani poseł, w internecie można znaleźć sporo wpisów, że nie powinna pani używać takiego języka. Że powinna pani przeprosić, może nie Kałużę, ale wyborców. Przypomnijmy, na wiecu w Żorach powiedziała pani: „Kałuża, ty ciulu, okradłeś mnie z wiary w ludzi”. - Powiedziałam. Ja w zasadzie wulgaryzmów nie używam, nawet prywatnie a co dopiero w publicznej wypowiedzi. Ale nie ma dość wulgarnego słowa na to, co zrobił Wojtek Kałuża. Nie ma dość wulgarnego słowa, by określić jego samego. Pierwszy chyba ciulem nazwał go Kamil Durczok. Na tę manifestację przyszli ludzie z transparentami „Kałuża ty ciulu”. Więc kiedy
ch… Anatomicznie tak, ale epitet wobec człowieka oznacza bardziej nieudacznika, niedojdę, patałacha. - No cóż, nie jestem aż taką znawczynią godki, choć faktycznie, sama też kojarzę go bardziej w tym znaczeniu. Ale jeśli Ślązacy masowo zaczęli o Kałuży go używać, uznałem, że to znaczenie też istnieje. Jeśli świadomie błędnie użyłam śląskiego słowa, mogę za to akurat przeprosić. - Zostawmy już tego ciula. To podobno pani uparła się, że jedynką do sejmiku ma być właśnie Wojciech Kałuża… - Uparła się to nie jest właściwe słowo. Przekonywałam, że Kałuża ma duży po-
ry raczej by nie dał się skusić żadną polityczną korupcją. - Gdyby nie Kałuża, który zachwiał moją wiarą w człowieka, odpowiedziałabym żarliwie, że za Łukasza daję głowę. Teraz nie dałabym już chyba za nikogo. Bo Kałuża okradł mnie właśnie z wiary w ludzi. Wracając jednak do Łukasza, to ten zarzut wobec mojej osoby jest absurdalny. To ja, kilka miesięcy temu przekonywałam, że będzie najlepszą jedynką. Jednak na jego kandydaturę nie zgodzili się głównie w PO. - I trudno się dziwić, przecież zrobienie jedynką listy PO-Nowoczesna kogoś,
Kiedy doszło do mojego wystąpienie, dałam wyraz temu, że według mnie Kałuża na taki epitet zasługuje. Uważałam tak wtedy, uważam teraz, więc przepraszać nie będę. Poza tym, wie pan, wulgaryzmy w ustach kogoś, kto ich używa jak znaków interpunkcyjnych, nie niosą siły emocjonalnej, nie robią wrażenia. Ja chciałam, żeby ludzie odczuli moje wzburzenie, moją wściekłość. doszło do mojego wystąpienie, dałam wyraz temu, że według mnie Kałuża na taki epitet zasługuje. Uważałam tak wtedy, uważam teraz, więc przepraszać nie będę. Poza tym, wie pan, wulgaryzmy w ustach kogoś, kto ich używa jak znaków interpunkcyjnych, nie niosą siły emocjonalnej, nie robią wrażenia. Ja chciałam, żeby ludzie odczuli moje wzburzenie, moją wściekłość. Mnie się to słowo nie wypsnęło, użyłam go w pełni świadomie. - Ale wie pani, ono tak nie końca adekwatne, śląski ciul nie oznacza dokładnie tego samego, co polskie słowo na
tencjał wyborczy. Uważałam tak, bo choćby w wyborach na prezydenta Żor kilka lat temu przegrał nieznacznie. Był bardzo aktywny i jego zachowanie wskazywało, że szczerze nienawidzi PiS-u. Więc nikomu, także mnie, nie przyszło do głowy, że może wyciąć taki numer, tak parszywie zdradzić. - Na śląskich internetowych forach można znaleźć wpisy, gdyby nie ten pani upór, to jedynką byłby dobrze znany w tych środowiskach Łukasz Kohut, młody działacz Demokratycznej Unii Regionalistów Śląskich, człowiek prawy, któ-
kto coraz wyraźniej deklaruje, że swoje sympatie polityczne lokuje przy Robercie Biedroniu, byłoby niepoważne. Nie poszedłby do PiS-u, ale już jako radny sejmiku budowałby struktury waszej, bądź co bądź, konkurencji. - Takie też były wobec tej kandydatury zastrzeżenia, a że są racjonalne, to kandydatura Łukasza upadła. Pojawiły się zamiast tego dwie inne, a ja optowałam za Kałużą, bo, powtórzę, miał większy potencjał wyborczy. Zresztą wynikiem to potwierdził. Gdyby nie to, co zrobił potem, wszyscy by mi forsowania jego osoby gratulowali.
- A tak? Sypią się gromy na pani głowę? - Bardziej w mediach i internecie, niż w środowisku Nowoczesnej czy PO. Nikt przecież nie zakładał, nie przypuszczał, że okaże się takim… Że zdradzi. - Ale wie pani, wcześniej będąc zastępcą prezydenta Żor, na spotkaniach, także publicznych, dyskredytował go. Gdy był w PO, przeszedł do Nowoczesnej, za dobre miejsce na liście do sejmu. Nielojalność ma wpisaną w życiorys. Do tego wysoki kredyt we frankach czynił go osobą podatną na korupcję polityczną. Nikt nie sprawdza takich rzeczy wybierając pewniaki na listach? - Kredyt trudno brać pod uwagę, przecież mnóstwo ludzi ma kredyty hipotecz-
ne. Gdyby skreślać takich, to na listach musieliby być sami milionerzy. Oni zresztą mają znacznie większe kredyty, na rozwój swoich firm. A jego nielojalności? PO i Nowoczesna to mimo wszystko ta sama strona politycznej sceny, więc on może i zawiódł wtedy swoją partię, ale nie zdradził swoich ideałów. Wtedy wierzyłam, że ma jakieś ideały. Jeśli dziś mamy koalicję, a on kilka lat temu przeszedł od nich do nas, to bez znaczenia.. Tylko po „taśmach prawdy” i innych wpadkach PO tamtych czasów, nielojalność wobec PO można było wytłumaczyć po prostu chęcią odcięcia się od tych skojarzeń. Ale patrząc na to teraz, ma pan trochę racji, to jednak była oznaka nielojalności, a kto jest nielojalny, to i podle zdradzić może. Rozmawiał Dariusz Dyrda
14
listopad 2018r.
Nojlepszy gĕszynk 35zł
30zł
We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!
45zł
35zł
35zł
A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?
35zł
35zł
35zł
35zł
5zł
30zł
30zł
5zł
Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 501 411 994, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.
* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!
15
listopad 2018r.
P
owyborcze emocje już opadały, kiedy wyskoczyła sprawa Kałuży. I wyszedł wstyd, bo gańba to richtig, że najbardziej spektakularny zdrajca w Polsce jest Ślązakiem. Nawet jeśli nie Ślůnzokiỳm, choć nie wiem, genealogii ob. Kałuży (panem go nie nazwę) nie badałem – ale obawiam się, że to Hanys, bo kiej godo po naszymu, to poradzi ślůnski słowa pedzieć rechtownie a niŷ „z polska”. I smola to, kogo wyzdradził a do kogo. Downo, downo tymu, 800 lot nazod, na azjatyckich stepach Dżingis-Chan proł sie ze jakimś inkszym tatarskim wodzem. Dwa oficery tego drugigo pociepały go, przīleciały do Dżingis-Chana i wyzdradziły mu wszyjsko.Wiela ich je, jako majom taktyka. Dżingis-Chan hańtego sproł, a razŷm kozoł przīzwać tych dwůch. I pado im: tera dostaniecie swoja nagroda, swoja prymio. Zaczym ȏbu jejch zadźgoł! Bo, jak pedzioł: Zdradzili swojigo chana, gizdy ȏszydne. Za zdrada je ino jedna prymio: śmierć! Nie, nie nawołuję do zabicia Wojciecha Kałuży. Niech żyje w swoim luksusie i swojej sromocie. Historię Dzingis-Chana przytoczyłem tylko po to, że każdy prawy człowiek, niezależnie od poglądów, zdrajcą się brzydzi. Teraz Polacy mają prawo uważać, że Ślůnzoki do zdrady są skore. I tego Kałuży wybaczyć nie umiem. Bo jak spojrzeć w historię, to spora część Ślůnzokůw zdrady dopuściła się tylko raz, w latach 1919-21, kiedy zbałamuceni polską propagandą zdradzili państwo, którego byli obywatelami. W tym mój
O zdradzie i nie tylko
dziadek. Polska tych zdrajców nazywa bohaterami… Wielki polski hetman Zamoyski powiedział, niemal 500 lat temu: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Więc co się Kałuży dzi-
Jeśli w Polsce zdrady dzielą się na słuszne, bo dla nas, i obrzydliwe – bo przeciw nam, to ja mam kolejny dowód, że Polakiem nie jestem. Bo mnie taki system wartości jest obrzydliwy. Do mie zdrada to zdrada – i szlus, ni ma godki!
I trochę popisać, bo mam zaczętą śląską powieść, a razem z Marianem Kulikiem piszę drugą część Gott mit Uns (tym razem o Tragedii Górnośląskiej) – ale zawsze brakuje czasu, by nad tym usiąść dłużej, niż dwie-trzy godziny.
Jeśli w Polsce zdrady dzielą się na słuszne, bo dla nas, i obrzydliwe – bo przeciw nam, to ja mam kolejny dowód, że Polakiem nie jestem. Bo mnie taki system wartości jest obrzydliwy. Do mie zdrada to zdrada – i szlus, ni ma godki! wić, jeśli polską dziatwę chowie się na zdrajcy-bohaterze Wallenrodzie choćby. Jeśli Kukliński, który zdradził Polskę, tyle że Polskę „niewłaściwą” jest dla wielu bohaterem – chociaż jego zdrada systemu obrony Układu Warszawskiego mogła wtedy, w razie konfliktu militarnego, atomowego, narazić na śmierć wiele milionów Polaków. Prosta zasad Dżingis-Chana: on zdradził swojego wodza, swoją żołnierską przysięgę. I zdrada nie ma wytłumaczenia.
Cieszę się, jak chyba nigdy, że idzie Boże Narodzenie. Religijny specjalnie nie jestem, Dzieciontko to do mie zasadniczo gyszynki, krisbaum i kaper,kiery nikej niŷ mo takigo kustu, jak we Wilijo, a makůwki som ino we Wilijo – ale latoś niŷ na gỳszynki, kapra a makůwki sie ciesza. Raduja sie, bo świỳnta to czas radości, czas we kierym, wierza, udo mi sie przepomnieć ȏ ostudzie ze Kałużom, ȏ chaji Ślonzoki Razem-ŚPR i dychnonć se ȏde tego, tak ȏbycznie, dychnonć.
Może przez święta nadgonię. I zapomnę o tych gorących politycznych miesiącach, październiku i listopadzie. Chociaż tego nie widać, ta polityczna gorączka trwa. Co mądrzejsi ludzie w ŚPR zrozumieli, co się stało i przychodzą do Ślonzoków Razem szukać porozumienia. Co mądrzejsi ludzie w ŚPR przekonują przed ich kongresem, że szefostwo, które przez lata rozbijało śląski ruch, trzeba wymienić. Ciekawe, czy na taki ruch zdecyduje się też Ruch Autonomii
FIKSUM DYRDUM Śląska. Obie organizacje mają kongresy jakoś tak w zimie. A jeśli już przy śląskim ruchu jestem – 5 grudnia minie pięć lat, od czasu gdy polski Sąd Najwyższy zdelegalizował Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej. Pięć lat. Skarga leży w Brukseli, ale te pięć lat pokazuje, tempo, w jakim dzieją się nasze sprawy. Kiedy więc w tym kontekście słyszę, że ktoś się pyszni, że dzięki jego bycia w wojewódzkiej koalicji Stadion Śląski ma żółto-modre krzesełka, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Bo zic, to ino zic. Eli komu stadionowo ryczka styknie, to richtig, mo sukces! Zesel do sia, ryczka do nos – tak se rychtowali ślůnski sprawy. I niỳ poradzom sie nadziwać, co jejch Ślůnzoki ze tego zesela wyciepali. Ale mom tyż mało, śmiỳszno utropa. Widza, co na zidlungach potraciły sie klopsztangi. Tuż kaj te boroki przed Godami wyklupiom swoji tepichy? Bo katać niỳ klupiom? Grudzień, który właśnie się zaczyna, to na Śląsku oczywiście także Barbórka. Wszyskim bergmonom winszują sam nojlepszego, ale rod żech je, co grubůw je u nos coroz mynij. Jo wiym, co te wulce, kiere na gruby przez 70 lot się kludziły ku nom na gruba – niỳ stracom sie, kiej już ȏstatnio gruba zawrom. Już sam wrośli, majom bajtle, a jejch bajtle majom się niỳroz za wiynkszych Ślůnzokůw, jak dziecka ȏd autochtonów. Ale byda rod kiej w Polsce Ślůnzok niỳ bydzie znaczył to samo, co grubiorz, tak samo jak Polak=katolik. Bo nasza kultura a cywilizacjo je fest bogato, a gruby to inoś tego maluśki koncek. Dariusz Dyrda
PISZE CÓRKA NACZELNEGO
B
ilet kupiony, kofer spakowany, i kiedy będziecie czytać te słowa, to ja będę albo w samolocie, albo już w Pyrzowicach, albo nawet u ojca na kaczce z kluskami i kapustom. Nie modrom, bo modrej nie lubię, tylko kiszonej, zasmażanej. Pyszną Karolina zasmażaną kapustę robi, a te głupie Brytyjczyki kiszonej kapusty nie znają. Jak można być tak cywilizowanym, naukowo rozwiniętym krajem, a nie znać kiszonej kapusty??? Ostatnio przez Anglię przebiegła wiadomość, że rządząca Polską partia przymierza się tak zmienić prawo, żeby można było wyprowadzić kraj z Unii bez referendum. Angoli – oczywiście tych, którzy interesują się czymkolwiek poza meczem Manchester-Chelsea – zatkało. OK, oni sobie w referendum z Unii wyszli (czego większość teraz żałuje), Unię opuszczają, ale to była decyzja narodu, a nie jakiegoś dyktatorka. Ale Angoli nie to oburza nawet na jakich zasadach Polska mogłaby Unię opuścić. Ich oburza myśl, że mogłaby to zrobić. Taki ruch Anglik uważa za oszustwo, złodziejstwo. Oni wychodzą, bo spora część z nich była podczas referendum zdania, że to dla nich lichy interes, że znacznie więcej Unii dają, niż od Unii dosta-
Podciągam kiecę i lecę ją. Teraz, gdy negocjują traktat, nie są już tego tacy pewni – ale jednak tak uważali. I teraz taki mądrzejszy Brytyjczyk mówi do mnie: to jak to, my mamy sieci
-parki i co tam jeszcze, i teraz mówi: charnijcie nos w rzīć??? Przecież to zwykłe złodziejstwo jest – mówi Anglik, i Szkot też mówi.
wariatów wystarczy, by wyprowadzić wasze państwo z Unii? Mówią mi mądrzy Anglicy: zapamiętaj sobie dziecko, my, Anglia, czy będziemy
Mój ojciec czasem fantazjuje, jakby to fajnie było mieć śląskie państwo. Tak po prawdzie nigdy nie rozumiałam, po co mu to, bo co za różnica, w jakim państwie się żyje, jakie jest jego godło i jego hymn. Ważne, jak się żyje. Ale zaczynam rozumieć, Śląsk też przez 1000 lat – jak Anglia – był częścią europejskiej cywilizacji. Starzy ludzie, w Anglii, w USA, nie mają pojęcia, co to Mazowsze czy Małopolska, ale termin Silesia jest dla nich zrozumiały. Część Europy a tamte to już Azja chyba kanalizacyjne sprzed 50 lat, tak samo wodociągi czy sieci energetyczne, drogi nam się podziurawiły, bo trzeba było, w ramach spójności UE, pompować naszą kasę w kraje Nowej Unii, a najwięcej z największy z nich, Polskę. I ta Polska, za nasze, bo przecież nie za swoje, pobudowała u siebie wodociągi, kanalizację, sieci elektryczne znacznie nowsze i nowocześniejsze niż u nas. Pobudowała sobie nowe drogi, aqua-
Kiedy mu odpowiadam, że to przecież nie jego zmartwienie, bo on sam z Unii wychodzi, to odpowiada: zgoda, ale niewdzięczność jest niewdzięczność. My wychodzimy, bye –mówią – ale dokładali się też do was Niemcy i Francuzi, Belgowie i Holendrzy. I ich wszystkich chcecie teraz oszukać. Nawet nie wy, nawet nie w referendum, tylko zadecyduje o tym kilkuset ludzi. Ilu ma wasz parlament? 460? To 300
w Unii czy nie, to od ponad 1000 lat stanowimy część cywilizacji europejskiej. Wy, jeśli wylecicie z niej, znów będziecie tylko wschodem, tym co na wschód od Europy. Jak Białoruś albo Ukraina. W Anglia, nawet jeśli w Unii nie będzie, to ty, obywatelka tej Unii, dalej będziesz mogła u nas studiować, pracować. Jak wylecicie z Unii, masz na to takie same szanse, jak gdybyś była Białorusinką.
Mój ojciec czasem fantazjuje, jakby to fajnie było mieć śląskie państwo. Tak po prawdzie nigdy nie rozumiałam, po co mu to, bo co za różnica, w jakim państwie się żyje, jakie jest jego godło i jego hymn. Ważne, jak się żyje. Ale zaczynam rozumieć, Śląsk też przez 1000 lat – jak Anglia – był częścią europejskiej cywilizacji. Starzy ludzie, w Anglii, w USA, nie mają pojęcia, co to Mazowsze czy Małopolska, ale termin Silesia jest dla nich zrozumiały. Część Europy a tamte to już Azja chyba. I państwo śląskie byłoby częścią Europy tak po prostu, a nie dlatego, że ktoś akurat jakiś traktat podpisał. Ja wiem, że to tylko fantazja, że za życia mojego ojca, a za mojego pewnie też, może i moich dzieci (nie mam, i nie wiem, czy mieć będę) – żadnego państwa śląskiego nie będzie. Ale fajnie móc pofantazjować. Z drugiej strony dziadek mówi, że mając lat tyle, co teraz ojciec, fantazjował, jak by to było, gdyby w Polsce upadł komunizm. Komunizmu od prawie 30 lat nie ma, a dziadek ma się dobrze. To kto wie? Kończę pisać, bo głupio spóźnić się na samolot. Zwłaszcza jak lotnisko pod nosem. Zofia Dyrda
16
listopad 2018r.
Książka, na którą wielu z naszych Czytelników długo czekało – już jest. Już ją wysyłamy, rozwozimy po Śląsku. Jeśli zgłosicie się do nas, chętnie zorganizujemy u Was wieczór autorski, NA KTÓRYM Gott mit Uns będzie po promocyjnych cenach.
To sie werci poczytać:
„Dante i inksi” Mirosława Syniawy, to antologia wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena
Ksiůnżka ślůnsko – nojlepszy gĕszynk pod krisbaum!
23 złote
Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Richtig Gryfno Godka”? „Gott mit Uns”? „Asty Kasztana”? Eli ni mosz, terozki festelno szansa kupić je blank tanio. W księgarni komplet tych książek kosztuje średnio około 155 zł. U nas – razem z kosztami wysyłki – wydasz na nie jedynie !!! 120 złotych!!! Ale możesz je oczywiście kupić także osobno. Koszt przesyłki – 9 złotych. W przypadku zamówienia powyżej 100 zł – przesyłka gratis. Można zamówić internetowo: megapres@interia.pl lub telefonicznie: 501-411-994. Można też zamówić, wpłacając należność na konto: 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Prosimy przy zamówieniu podawać numer telefonu kontaktowego. Instytut Ślůnskij Godki 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53
„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskij nacyje” to druga część skrzącego się humorem kryminału z elementami fantasy, rozgrywający się na dzisiejszym Śląsku. Autor, Marcin Melon, jest anglistą, co w książce widać szkół - cena 28 złotych
„Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego – to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron, format A-4, cena 60 zł.
„Asty Kasztana, Ginter Pierończyk – „opowieści o ląsku niewymyślonym”, to autentyczna saga rodziny z katowickiego Załęża. Jak się żyło w Katowicach śląskim pokoleniom? Historia przeplatana nie tylko zabawnymi anegdotami , ale też tragicznymi wspomnieniami i pięknami zdjęciami z prywatnych zbiorów. 92 strony, formak A-5. Cena 15 zł.
„Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyrdy – to jedyny podręcznik języka śląskiego. W 15 czytankach znajdziemy kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, a pod każdą czytanką autor wyjaśnia najważniejsze różnice między śląskim a polskim. Wszystko to uzupełnione świetnym słownikiem polsko-śląskim i śląsko-polskim. 236 stron, format A-5. Cena 29 zł.
„Gott mit Uns - ostatni żołnierze” Mariana Kulika. To wspomnienia ostatnich Ślązaków, służących w armii III Rzeszy. Stare opy spominajom przedwojenno Polska, służba przy wojsko i to, co sie sam dzioło, kiej przīszły Poloki a Rusy. Fascynująca lektura. 240 stron, format A-5, Cena 29 zł.
„Ich książęce wysokości” - to dzieje władców Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wicman Ecik z Masztalskich, ale będącego też wybitnym znawcą kultury i historii regionu - cena 30 zł