GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ
CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE
Bajkowa kraina
T
en numer Cajtunga jest prawdziwie bajkowy. Bo i przyszło nam żyć w iście bajkowej krainie. Bajkowej, bo nierzeczywistej. Niby to, co nas otacza, jest wciąż prawdziwe, ale to wszystko, co nam opowiadają, niewiele już z rzeczywistością ma wspólnego. Chodzi o historię Śląska – i ściśle z nią w ostatnim stuleciu związaną - historię Polski. Sierpień i wrzesień to szczególne nasycenie tymi bajkami. Bo i wojna polsko-bolszewicka, i powstanie warszawskie, i wojna 1939 roku. O ile wojna polsko-bolszewicka dotyczyła Śląska w stopniu niewielkim – o tyle pozostałe wydarzenia jak najbardziej. W tym numerze natomiast o bajce powstania warszawskiego. O tym, że Polacy bezmyślnie zniszczyli swoją stolicę a potem na nas, Ślązaków, spadł ogromny wysiłek jej odbudowy. Piszemy o tym na stronach 8-11. A my nawet nie mogliśmy specjalnie protestować, bo przecież byliśmy element narodowościowo podejrzany, o czym piszemy na stronach 4-8. Byliśmy nim, gdyż we wrześniu 1939 roku witaliśmy wkraczający Wehrmacht radośnie (o czym obok, na stronie 1). Według jednak polskie „polityki historycznej” Ślązacy bronili Śląska przed Niemcami, jeśli trafiali do niemieckiego wojska to tylko przymusowo wcielani, a o tym jak nas traktowano w latach 1945-46 najlepiej ani mru mru. Bajki, które udają historię. Kolejną bajkę demaskujemy na stronie 12. Święty Jacek Odrowąż był bowiem Ślązakiem, nie Polakiem. Za to na stronie 14, dla odmiany, o prawdziwych historiach, ale opowiedzianych jak bajki. Czyli o nowej książce Waldemara Cichonia. No a obok felietony. Milej lektury. Szef-redachtůr
NR 6/7 7-8(42) (53)CZERWIEC/LIPIEC sierpień 2016r. 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 2,00 ZŁ (8% VAT)
Zaś bydom fanzolić o wieży spadochronowŷj?
U nas witali radośnie Za kilka dni 1 września - kolejna rocznica niemieckiej napaści na Polskę w 1939 roku. I pewnie znowu zaczną karmić nas mitami o bohaterskiej obronie Katowic, o represjach na Śląsku, o wieży spadochronowej, gdzie rzekomo polscy harcerze walczyli z nadciągającym Wehrmachtem. Ale to bajki.
O
wszem, dla rdzennej Polski ta napaść, a tym bardziej następująca po niej 6-letnia okupacja to czasy bardzo mroczne. Hitlerowcy dopuszczali się w Polsce licznych zbrodni, chyba tylko dalej na wschód, na terenach ZSRR były podobne. Ale Górnego Śląska to nie dotyczyło. Dla naszego hajmatu to, co stało się we wrześniu było po prostu jego ponownym zjednoczeniem, po podziale na część polską i niemiecką w 1922 roku. Wrzesień 1939 roku zlikwidował granicę państwową, która doskwierała tysiącom ludzi na Śląsku. Z prawnego punktu widzenia przynależność do Niemiec tych terenów w latach 1939-45 to była okupacja, ale mało kto na Śląsku czuł się pod okupacją. Nie przypadkiem po polsku mówi się „podczas okupacji”, ale po śląsku „za Niŷmca”.
ROZCZAROWANI POLSKĄ Ślązacy nie traktowali Niemców jako najeźdźców. Po 17 latach polskich rządów nawet wielu z tych, którzy w 1921 roku, w plebiscycie głosowali za Polską, teraz witało wkraczający Wehrmacht kwiatami. Polska przedwojenna bardzo bowiem Ślązaków rozczarowała. Nie tylko swoim bałaganem, jakże innym od pruskiego ordnungu, do którego przywykli. Nie tylko biedą – bo po 17 latach Polski, standard życia był tu niższy niż w sąsiednich, wciąż niemieckich, Gliwicach czy Bytomiu. Przede wszystkim pogardą, jaką przybysze z Małopolski i Wielkopolski, na czele z wojewodą Korfantym, okazywali Ślązakom. Usuwaniem ich ze stanowisk kierowniczych. A jeszcze bardziej nie dotrzymywaniem umów. W 1920 roku Polska obiecała Śląskowi autonomię. Nadała ją. I niby się mówi, ze zlikwidowali ją dopiero komuniści w 1945 roku – ale to nie do końca prawda. Od zamachu majowego, w 1926 roku, autonomia była przez piłsudczyków (zwłaszcza wspomnianego Grażyńskiego) stale pogwałcana. A przywódca propolskich Ślązaków, Wojciech Korfanty, gnił w polskim sanacyjnym więzieniu. Nic więc dziwnego, że nawet wielu z tych propolskich w 1921 roku, w ciągu tych 17 lat bardzo w zapa-
n Mieszkańcy Katowic i mieszkańcy Bielska-Białej witają Wehrmacht. W innych miastach śląskich było podobnie.
łach do Polski ochłodło. Ślązacy we wrześniu 1939 roku nie rozpaczali, jak mieszkańcy Warszawy, Krakowa czy Poznania. Witali nowych panów ze spokojem. Byli oczywiście i tacy, którzy chwytali za broń. Nieliczni powstańcy śląscy na przykład. Zwłaszcza ci słynący z germanożerstwa. Jak Walenty Fojkis z Siemianowic, który z zimną krwią zastrzelił kilku wziętych do niewoli freikorpsów. Czyn
większości mediów nawet się nie zająkną, że nie Górny Śląsk, tylko niewielki kawałek Górnego Śląska. Reszta przez cały czas należała do Niemiec. Za kilka dni będziemy znów słuchać o bohaterskiej obronie wieży spadochronowej – największej fikcji śląskiej historii, bo takiej obrony nigdy nie było. Wymyślił ją Kaziemierz Gołba, w swojej powieści „Wieża Spadochronowa”. Gdyby taka obrona miała rzeczywiście miejsce, musie-
Za kilka dni będziemy znów słuchać o bohaterskiej obronie wieży spadochronowej – największej fikcji śląskiej historii, bo takiej obrony nigdy nie było ten wzbudził zażenowanie u towarzyszącego mu polskiego oficera. Owszem, Fojkis musiał bać się powrotu Niemców. Dziś ten człowiek, który strzelał do bezbronnych, ma w Katowicach swoją ulicę! Kiedy 3 września wkraczał Wehrmacht, niewielu ludzi żywiło wobec Polski większy sentyment, niż wobec Niemiec. Oczywiście poza imigrantami, którzy zjawili się tu po roku 1922 jako urzędnicy, nauczyciele, oficerowie. Ale kiedy oni pomiędzy 1 a 4 wrześniem uciekli, reszcie Polska była raczej obojętna.
ZA KILKA DNI – FASZEROWANI BAJKAMI Oczywiście za kilka dni będziemy słuchać, jak to Niemcy zajęli Górny Śląsk. W
libyśmy przecież znać jakieś nazwisko walczącego tam harcerza. Tymczasem absolutnie nul, kompletna anonimowość. Czemu? Bo ich po prostu nie było. Mimo to w Polsce co roku tym mitycznym harcerzom z wieży składa się hołd. Bo takie mity mają przykryć prawdę. Prawdę, ze mieszkańcy tych Katowic witali Wehrmacht entuzjastycznie. Widać to na wielu zdjęciach. Ale to prawda niewygodna, bo wtedy nie da się twierdzić, że ci Ślązacy byli Polakami. Wtedy trzeba przyznać, że Polakami nie byli! Że w najlepszym razie było im wszystko jedno, czy to państwo polskie, czy niemieckie. Być może gdyby to wojsko polskie wkraczało do Gliwic –witano by je równie radośnie. Bo też oznaczałoby to ponowne zjednoczenie regionu. Ale jednak chyba nie,
wyniki plebiscytu z 1922 roku wskazują, ze więcej Ślązaków było proniemieckich, niż propolskich. Wracając jednak do samego wkraczania Wehrmachtu – w większości śląskich miast witano go równie radośnie. Fotografie archiwalne pozostały z niewielu miast, ale tam, gdzie przetrwały, zawsze są takie same. Radośni ludzie, a w oknach – zawczasu przygotowane – fany z hakenkrojcem.
CZEKALI INNYCH NIEMCÓW Entuzjazm znacznie opadł, gdy zaczęły się pierwsze egzekucje powstańców i innych antyniemieckich aktywistów. Bo Ślązacy oderwani od Niemiec w 1922 roku inne Niemcy zapamiętali. Pamiętali państwo prawa cesarza Wilhelma i kanclerze Bismarcka. Zamiast powrotu państwa prawa nadeszła bestialska III Rzesza. Ale to już zupełnie inna historia. Jarosław Kaczyński nazwał nas, Ślązaków „zakamuflowaną opcją niemiecką”. Wiele w tym racji, ale też trzeba powiedzieć wprost - Polska pomiędzy 1922 a 2016 rokiem robi sporo, by nas do siebie zniechęcać. Bo nas się na typowych Polaków, z ich upodobaniem martyrologii, przerobić nie da. My mamy własną historię, własną tożsamość, własny język. Nie uznawanie ich powoduje nasze obcowanie się od polskości. A kiedy to się dzieje – z sentymentem zaczynamy wspominać czasy niemieckie. Gdyby jednak Polska pozwoliłaby nam być na Śląsku tylko i wyłącznie Ślązakami – to każdy wcześniejszy władca Śląska, który nam tych praw nie nadał, byłby w naszych oczach gorszy, niż Polska. Dariusz Dyrda, Adam Moćko
2
sierpień 2016r.
Jak pani radna i RAŚ wzajemnie zrobili się w konia
Cicho(s) sza pani Kasiu jako lider komitetu wywalczyła mandat radnej. I od razu okazało się, że z RAŚ-em jej nie po drodze.
WZAJEMNIE ZDRADZENI
W czerwcowym numerze Cajtunga pisaliśmy krótko, że siemianowiczanka Katarzyna Cichos już, już miała zostać wicekonsulem Polski w Manchesterze, ale nagle prawicowe portale wyciągnęły jej współpracę z RAŚ, przypięły łatkę separatystki i nominacja przestała być aktualna.
P
ani Katarzyna Cichos to działaczka powiązana z separatystycznym i antypolskim Ruchem Autonomii Śląska – alarmował portal wpolityce.pl. Ministerstwo Spraw Zagranicznych skwitowało sprawę krótko: „Kandydatura została jeszcze raz sprawdzona i wycofana”. W czerwcu nas to oburzało. Teraz jakby mniej, bo – można by tak rzec – pani Kasi się należało. Kiedy jesienią 2014 roku kandydowała na urząd prezydenta Siemianowic, z komitetu „Siemianowicka Inicjatywa Mieszkańców i Autonomiści” to RAŚ był cacy. Prezydentem wprawdzie nie została, ale
Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów
redakcja nie zwraca.
POLSKA PRESS Sp. z o.o.,
Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec
Gdy siemianowicki RAŚ jeszcze jesienią ubiegłego roku wzywał ją, by złożyła mandat radnej, bo porzuciła swój program, pani Katarzyna odpowiadała, że to właśnie ona jest mu wierna, a działacze RAŚ po prostu zostali „kupieni” przez zwycięzcę wyborów prezydenckich. „Przedstawiciele RAŚ, nigdy – pomimo licznych moich propozycji kierowanych do Pana Przewodniczącego i nie tylko, nie zaprosili mnie na spotkanie, ani też nie zwrócili się o pomoc, czy wsparcie. (…) Osobiście mogę jedynie dodać, iż nie sądziłam, że przyjęte stanowiska pracy i możliwości współpracy z nazwijmy to „lokalnymi mediami” tak bardzo przemienią prawdziwych aktywistów w narzędzia aparatu władzy. Nie taki RAŚ poznałam i nie z takim rozpoczęłam współpracę” – pisała jesienią 2015 pani Katarzyna. Więc można było nawet przypuszczać, że to po prostu animozje między kilkoma ludźmi, a nie wyparcie się relacji z autonomistami przez panią Katarzynę. Aż do lipca bieżącego roku, gdy nagle, zaatakowana przez prawicowe portale – pani Kasia wydała oświadczenie. „Nigdy nie byłam związana z RAŚ (Ruch Autonomii Śląska – przyp. red.), a raczej czuje się częścią prawej stroną sceny politycznej. Teraz muszę walczyć o dobre imię z tymi, z którymi przecież się utożsamiam” – stwierdza. Pani Cichos w swoim oświadczeniu nie wypiera się także poparcia autonomistów, lecz twierdzi, że była to współpraca z grupką lokalnych działaczy, którym chodziło o poprawę warunków życia w Siemianowicach Śląskich. Hmmm, pani Katarzyna miała w na-
zwie swojego komitetu wyborczego słowo „Autonomiści” a nie tylko SIM. Rozumiemy, że sprawy miasta mogły być kluczowe dla Siemianowickiej Inicjatywy Mieszkańców, ale dla autonomistów? C.zy ona, doktor prawa, naprawdę uważa, że jedynym celem autonomistów są dziury w drogach i inne drobne miejskie sprawy? A może kiedy Autonomiści popierali, to było fajnie, bo zwiększali szan-
wet nie myśli, o pracy w polskiej dyplomacji. PiSowski MSZ prześwietlił panią Cichos i ostatecznie stanowiska wicekonsula nie dostała. Szkoda jednak, że przed wyborami samorządowymi RAŚ także jej nie prześwietlił. Bo wówczas dowiedziałby się, że środowiska Frondy, portalu wpolityce.pl i tym podobne, określa, jako tę część strony politycznej, z którą się utożsamia. A to wła-
W tychże Siemianowicach była też inna kandydatka na prezydenta, podobnie jak Katarzyna Cichos, młoda prawniczka. Bardzo popularna i znana ze swej bezkompromisowości od czasu, gdy będąc działaczką PO napisała list otwarty do ówczesnego premiera Donalda Tuska o korupcji w śląskich strukturach własnej (i jego) partii. Samo nazwisko Doroty Połedniok (bo o nią chodzi) najlepiej wskazu-
Pani Katarzyna miała w nazwie swojego komitetu wyborczego słowo „Autonomiści” a nie tylko SIM. Rozumiemy, że sprawy miasta mogły być kluczowe dla Siemianowickiej Inicjatywy Mieszkańców, ale dla autonomistów? C.zy ona, doktor prawa, naprawdę uważa, że jedynym celem autonomistów są dziury w drogach i inne drobne miejskie sprawy? se na dobry wynik wyborczy, ale kiedy nagle spiknęła się z PiS-em, to zaczęli uwierać? I wtedy zaczęła udawać, że nie wie, jakie są ideały autonomistów?
CHCIAŁA BYĆ ZA I PRZECIW Cały polityczny życiorys pani Katarzyny wskazuje, że zawsze najbliżej było jej do środowisk popierających PiS, różnych kościelnych organizacji. Jeśli jednak dla chwilowych, doraźnych korzyści, postanowiła podeprzeć się popularnością RAŚ-u, to cóż się dziwi, że teraz dawni polityczni przyjaciele ten mariaż jej wypominają. I spowodowali utrącenie jej kandydatury na wicekonsula w Anglii. Pni Kasia po prostu przejechała się na swoim cwaniactwie, a teraz narzeka, że jej zniszczono życie. „ Zniszczono mnie jako człowieka” – pisze. Jeśli jednak ktoś chce zostać prezydentem miasta pod szyldem Autonomiści, to musi się liczyć z tym, że drzwi zamknięte dla autonomistów, będą też zamknięte dla niej. A właśnie z powodu światopoglądu zbliżonych do niej środowisk, żaden autonomista na-
śnie ci, którzy RAŚ nazywają separatystami i piątą kolumną. Gdyby RAŚ się pani Kasi przyjrzał dokładniej, to pewnie rok po wyborach nie musiał jej nawoływać, by złożyła mandat, który zdobyła m.in. dzięki szyldowi RAŚ.
RAŚ FATALNIE PUDŁUJE Niestety, lokalni działacze RAŚ miewają fatalne wyczucie polityczne i rozeznanie. Strasznie pudłują, stawiając na swoich politycznych faworytów.
je, czy jest etniczną Ślązaczką. Nigdy też nie kryła poparcia dla śląskich postulatów, na przykład uznania języka śląskiego. Miała jednak pecha raz czy drugi wyrazić się niepochlebnie o liderze RAŚ-u, Jerzym Gorzeliku, a to oznaczała, że ta część strony politycznej skreśliła akurat ją. I tak siemianowicki RAŚ zamiast postawić na swoją, wybrał nieswoją. A potem się dziwią, że w wyborach samorządowych dostają kiepskie wyniki… Magdalena Pilorz
SPROSTOWANIE JAKIE BOHATERKA TEKSTU ZAMIEŚCIŁA W PORTALU „WPOLITYCE.PL”: Nawiązując do informacji „Po prostu ręce opadają. Ważna nominacja w dyplomacji dla działaczki popieranej przez antypolskich separatystów z RAŚ”w dniu 4 czerwca 2016 roku na portalu wPolityce.pl, informuję, iż zawierał on nieprawdziwe informacje i oświadczam, że: - Nie jestem powiązana z Ruchem Autonomii Śląska - Nie jestem popierana przez Ruch Autonomii Śląska - Nie jestem i nigdy nie wspierałam ani nie utożsamiałam się z ruchem określanym jako „separatystyczny i antypolski”, czy dążącym do osłabienia polskości Śląska. dr Katarzyna Cichos Jak na kogoś, kto ubiegał się o mandat prezydenta miasta pod szyldem „SIM i Autonomiści” ( współtworzonym przez RAŚ) i z tego komitetu został radną– to całkiem nieźle. Pani Katarzyna Cichos nie wie, że nie można ciastka zjeść i go mieć.
Sianie kibolskiej nienawiści
W
Katowicach kilku chacharów, najpewniej kiboli, zabiło człowieka. W samym centrum miasta, koło Dworca i Galerii Katowickiej, blisko komisariatu policji, na terenie objętym monitoringiem, 19-letni mężczyzna (a w zasadzie jeszcze chłopak) ugodzony nożem stracił życie. Straszne. Ale równie straszne jest to, co z informacją tą uczyniły media. Prasa, radio, telewizja. Tytuł z Dziennika Zachodniego: „Młody piłkarz GKS zadźgany przed dworcem PKP zmarł w
szpitalu”. Tytuł z Telewizji Publicznej: „19-letni były piłkarz GKS Katowice zadźgany możem w centrum miasta”. RMF: „Nie żyje Dominik Koszowski. 19-letni piłkarz GKS Katowice, został zabity nożem w centrum miasta”. W prawie każdym tekście informacja, że prawdopodobnie dokonali tego pseudokibice. Wyłania nam się z tego obraz pseudokibiciowskiej wojny, gdzie zawodnik GKS-u Katowice zostaje zamordowany za swoje barwy klubowe. Nie wiemy jeszcze tylko przez kogo. Przez ki-
boli Ruchu Chorzów, GKS-u Tychy czy jakichś innych? A przecież to paskudna manipulacja. Dominik Koszowski nie był żadnym piłkarzem GKS-u Katowice. O tym, że zamordowano byłego piłkarza GKS-u Katowice można by pisać, gdyby zamordowano Jerzego Wijasa, Piotra Świerczewskiego, Jana Furtoka, a niechby jakiegoś mniej znanego gracze, który w ligowych rozgrywkach nieraz przywdziewał koszulkę tego klubu. Natomiast śp. Dominik Koszowski trenował jedynie w mło-
dzieżowych drużynach tego klubu i w prawdziwej, dorosłej „Gieksie” nigdy nie zagrał. Jego nazwiska i twarzy nie znali kibole GKS-u, więc co dopiero wrogowie GKS-owi. Śmierć chłopaka nie miała żadnego związku z tym, że będąc jeszcze młodszym uprawiał piłkę nożną. Polskie media strasznie zeszły na psy. Dawniej dziennikarze znali pojęcie odpowiedzialności za słowo, dziś bezmyślnymi tytułami podsycają kibolskie waśnie, także między śląskimi klubami. Komuś to służy? AM
3
sierpień 2016r.
A firmy ze Śląska ino do łopaty, ja?
Kasa na piękne oczy (Kuby)
26-28 sierpnia – Katowice są siedzibą dość dziwnego festiwalu. Jeszcze dziwniejsze jest jednak to, że Katowice zapłaciły za promocję tego festiwalu fundacji, która promocją się nie zajmuje, a powstała trzy miesiące wcześniej. Nie ma numerów telefonów, pod którymi można się z nią skontaktować – za to ma w zarządzie Kubę Wojewódzkiego. No i jest z Warszawy.
F
undacja Promocji Regionów „Wyspa Kultury” została zarejestrowana w warszawskim sądzie rejestrowym 4 maja 2016 roku. A już w czerwcu wygrała przetarg opiewający na milion złotych w katowickim samorządzie. Musiała zresztą wygrać – bo ma prawa autorskie do festiwalu, na który Katowice rozpisały przetarg! Ponieważ jednak nikt inny nie miał prawa w nim wystartować, więc wybrano Wyspę Kultury. I postanowiono dać jej milion złotych. Jak podają służby miasta Katowice: „ Na podstawie art. 67, ust. 1, pkt. 1b pzp, Fundacja Promocji Regionów Wyspa Kultury jest jedynym wykonawcą tj. posiadającym autorskie prawa majątkowe do organizacji imprezy o nazwie Międzynarodowy Festiwal Seriali Serialis w Katowicach, który ma możliwość zrealizować zamówienie”.
WARSZAWIACY PROMUJĄCY ŚLĄSK…
ZMIANA WYOBRAŻEŃ O KATOWICACH. NA JAKIE?
n Na promocję tego festiwalu Katowice dały milion złotych. warszawskiej fundacji, która powstała dwa miesiące wcześniej i nie ma promocyjnego dorobku. Ba, nie ma nawet działań promocyjnych w wykazie swojej działalności gospodarczej! Ów Międzynarodowy Festiwal Seriali Serialis gości w katowickim Centrum Kongresowym przez ostatni sierpniowy weekend. Mniejsza już z tym, na ile to trafione przedsięwzięcie. Organizatorzy chwalą się, że to pierwszy taki festiwal w Europie Środkowo-Wschodniej. Przechodzi jednak bez większego echa, choć obecność jednego z aktorów serialu „Gra o Tron” przyciągnie zapewne nieco jego widzów.
kiem okaże się sukcesem, fundacja będzie mogła przenieść go gdziekolwiek, choćby do Warszawy, gdzie ma siedzibę. Zresztą sama nazwa tej fundacji jest zabawna. „Fundacja Promocji Regionów” z Warszawy. To już teraz promocją regionów, w tym i Górnego Śląska, mają zajmować się Warszawiacy? Jeśli tak, to po co w urzędzie miasta Katowice, w urzędzie marszałkowskim, wydziały promocji, z sowicie
dźwiękowych i muzycznych; 58, 11, z, wydawanie książek; 58, 14, z, wydawanie czasopism i pozostałych periodyków; 58, 19, z, pozostała działalność wydawnicza; 47, 6, , sprzedaż detaliczna wyrobów związanych z kulturą i rekreacją prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach; 63, 12, z, działalność portali internetowych; 68, 20, z, wynajem i zarządzanie nieruchomościami własnymi lub dzierżawionymi.
„Fundacja Promocji Regionów” z Warszawy. To już teraz promocją regionów, w tym i Górnego Śląska, mają zajmować się Warszawiacy? Jeśli tak, to po co w urzędzie miasta Katowice, w urzędzie marszałkowskim, wydziały promocji, z sowicie opłacanymi pracownikami. Tylko po to, by przekazywać kasę warszawskim fundacjom? Zdumiewa jednak co innego. Najwyraźniej – jak wynika z zacytowanego wcześniej fragmentu – to nie miasto Katowice, lecz fundacja z Kubą Wojewódzkim w zarządzie, ma do niego prawa autorskie. Tak więc Katowice zaangażują spore pieniądze w jego organizację i wypromowanie, a jeśli przypad-
opłacanymi pracownikami. Tylko po to, by przekazywać kasę warszawskim fundacjom? Co więcej Fundacja ma na swojej stronie internetowej zarejestrowany zakres swojej działalności. Czytamy tam: telewizyjnych; 59, 14, z, działalność związana z projekcją filmów; 59, 20, z, działalność w zakresie nagrań
Próżno szukać na tym wykazie usług promocyjnych. Tak więc Katowice zleciły usługi promocyjne firmie, która takimi się nie zajmuje! I zapłaciły jej za to milion złotych. Może dlatego festiwal przechodzi prawie bez echa? Bo ci, którzy mają zrobić promocję, niewiele o tym wiedzą.
I cóż to za promocja naszego regionu, jeśli musi ją zrobić firma z Warszawy? To raczej antypromocja, bo sugeruje, że sami niczego zrobić nie umiemy. Do organizacji festiwalu musimy wynająć firmę z Warszawy, do jego promocji też firmę z Warszawy. A firmy z tego „promowanego” regionu do czego? Do łopaty tylko? Joanna Górska z katowickiego magistratu nie widzi problemu. – Zamówienie udzielono zgodnie z procedurą dysponowania środkami na promocję turystyki biznesowej na terenach postindustrialnych. W ramach kwoty przeznaczanej na Festiwal Seriali Serialis Miasto Katowice otrzymuje od organizatorów bogatą pulę działań promocyjnych i reklamowych związanych z festiwalem. Zapowiedzi medialne oraz relacje z imprezy pozwolą zapewne osiągnąć wysoki współczynnik tzw. ekwiwalentu reklamowego – który, podobnie jak w przypadku wielu innych imprez dotowanych przez miasto Katowice, zapewne przekroczy inwestowaną kwotę – wyjaśniała portalowi infokatowice.pl, który nagłośnił skandalik jako pierwszy. I pewnie pani Joanna ma rację, że prawa nie złamano. Tylko jakoś po pierwsze, nie widać tych bogatych działań promocyjnych, po drugie – czy ratusz stołecznej Warszawy zleciłby jakiekolwiek takie działania firmie z Katowic? Do tego takiej, która istnieje dwa miesiące i nie ma żadnego dorobku? Czy nawet katowicki samorząd nie może się wyzwolić z warszawskiego kolonializmu i musi promować swoje miasto za pomocą warszawskiej firmy, która bierze za to ciężką kasę? Pani Joanna Górska zapewnia, że dzięki takim wydarzeniom jak Serialis zmienia się wyobrażenie o Katowicach. Tylko niby na jakie? Chyba tylko na takie, że mieszkają tu ćwoki, które same niczego nie umieją zrobić. Fundacja Promocji Regionów „Wyspa Kultury” pokazuje za to, jak kulturalnie można Hanysów oskubać z kasy. Wmawiając im jeszcze, że to ich promocja. Joanna Noras
4
sierpień 2016r.
Dziś Ślązacy przestali być Polsce potrzebni,
Śląsk niedotrzym TOMASZ KAMUSELLA
W roku 1922 wschodni skrawek Górnego Śląska został uzyskany od Niemiec przez nowoutworzone polskie państwo narodowe. Stało się tak w wyniku porażki Cesarstwa Niemieckiego w pierwszej wojnie światowej oraz z powodu trzech wojen domowych w Górnym Śląsku, które przekonały Aliantów do podziału regionu. Całość Górnego Śląska (wcześniej niemieckiego) Polska uzyskała z rąk Związku Sowieckiego w roku 1945, po upadku niemieckiej Trzeciej Rzeszy.
W
łączenie najpierw części, a następnie całości regionu w obręb polskich granic, Warszawa łączyła z serią dalekosiężnych obietnic – formalnych oraz nieformalnych – skierowanych do Ślązaków, tak aby przekonać ich do nowej, niesprawdzonej jeszcze, władzy, przychodzącej zza rosyjskiej granicy, która wtedy przebiegała między Katowicami a Sosnowcem. Sejm Ustawodawczy (1919-1922) – wybrany w celu uchwalenia konstytucji oraz zorganizowania ram instytucjonalnych państwowości polskiej – 15 lipca 1920 roku wydał ustawę konstytucyjną zawierającą Statut Organiczny Województwa Śląskiego. Statut ten dotyczył bliżej nieokreślonego obszaru nie będącego wtedy ani de facto, ani de jure częścią Polski. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego Górny Śląsk pozostawał w granicach Niemiec, a de facto administracje na jego większej części (czyli na Górnośląskim Obszarze Plebiscytowym) władzę sprawowała od lutego 1920 roku Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku.
STATUT ORGANICZNY – POGWAŁCENIE PRAWA? Wydanie takiego Statutu – do którego jakże chętnie śląskie organizacje odwołują się w okolicach 15 lipca - stanowiło jednak pogwałcenie kilku podstawowych zasad prawa międzynarodowego i samej demokracji. Po pierwsze, Statut ten tyczył obszaru znajdujących się poza Polską, w granicach innego suwerennego państwa. Polska stanowiła prawo dla terenów nie leżących w Polsce! Po drugie, posłowie Sejmu Ustawodawczego stanowili prawo dla ludności niereprezentowanej w tymże ciele ustawodawczym, bowiem Warszawa nigdy nie przeprowadziła w Górnym Śląsku wyborów do tego Sejmu. Czyli sami Ślązacy nie mieli nic do powiedzenia w sprawie Statutu. Decyzje zapadły ponad ich głowami, bez jakiegokolwiek formalnego ich współudziału. Rozbiór Górnego Śląska przeprowadzili Alianci na żądanie Polski. We współczesnej Europie trudno sobie wyobrazić, żeby jakieś państwo mogło na serio utrzymywać, iż z poszanowaniem demokracji i prawa wydało ustawę dla obszaru
n Michał Grażyński, wojewoda śląski 1926-39. To ten człowiek uczynił autonomię śląską martwym prawem a Ślązaków rugował z urzędów. poza swymi granicami, który ma zamiar wkrótce opanować w wyniku działań wojennych lub nego-
dotychczasowej historii polskiego państwa narodowego – obowiązywały zapisy Statutu Organicznego,
W roku 1926 ostatecznie zniesiono oficjalną dwujęzyczność regionu (już wcześniej, bo od roku 1923 urzędy państwowe i samorządowe musiały prowadzić administrację wyłącznie po polsku, podobnie sądownictwo od roku 1924). Wiązało się to nie tylko z usunięciem z życia publicznego niemczyzny, ale także – choć nieformalnie – języka śląskiego, silnie kojarzonego przez napływowych urzędników polskich z niemieckością. Narzucenie wyłącznego użycia języka polskiego w życiu publicznym wiązało się z usunięciem ze stanowisk w administracji prawie wszystkich Ślązaków. W życiu codziennym porozumiewali się oni z polskimi kolegami w języku śląskim, który zbliżony jest do polszczyzny. Lecz z tego powodu, iż praktycznie wszyscy śląscy urzędnicy uczęszczali do szkół niemieckojęzycznych, w piśmie byli biegli jedynie w języku niemieckim. Po roku 1926 stanowiło to podstawę do natychmiastowego zwolnienia z zajmowanych stanowisk. Zastąpili ich urzędnicy i nauczyciele z innych regionów Polski, głównie z Galicji. Ówczesną „dobrą zmianę” ułatwił zbrojny zamach stanu (eufemistycznie określany jako „przewrót majowy”) przeprowadzony w dniach od 12 do 15 maja 1926 roku. Zakończył on okres niezwykle krótkiej (siedmioletniej) demokracji w Polsce, i jeszcze krótszej (czteroletniej) demokracji w autonomicznym województwie śląskim. Od tej pory pozorny sztafaż insty-
Wydanie takiego Statutu – do którego jakże chętnie śląskie organizacje odwołują się w okolicach 15 lipca - stanowiło jednak pogwałcenie kilku podstawowych zasad prawa międzynarodowego i samej demokracji. Po pierwsze, Statut ten tyczył obszaru znajdujących się poza Polską, w granicach innego suwerennego państwa cjacji międzynarodowych. Jedynym zbliżonym przypadkiem jest rosyjska aneksja ukraińskiego Krymu w roku 2014. Z tym, że społeczność międzynarodowa jednak nie uznała tego fait accompli.
AUTONOMIA TRWAŁA KRÓTKO W województwie śląskim – jedynym autonomicznym obszarze w
który wyłączał ten region spod obowiązywania polskiej Konstytucji, w zakresach regulowanych przez Statut Organiczny. Niezależne od Warszawy, Sejm Śląski oraz Skarb Śląski były podstawą autonomicznej półpaństwowości województwa śląskiego. Autonomia w pełnym wymiarze przewidzianym przez Statut była wykonywana niezwykle krótko, bowiem przez cztery zaledwie lata.
tucji demokratycznych pozostawał pod ścisłą kontrolą rządu i wojska. Taka „demokracja kontrolowana”, podobna była tej w putinowskiej Rosji, lub jeszcze trafniej – tej w łukaszenkowej Białorusi. Wybory samorządowe (zwane wtedy „komunalnymi”), przeprowadzone w województwie śląskim 19 listopada 1926 roku, były probierzem sprawdzającym czteroletni dorobek polskiej demokracji oraz popularność
5
sierpień 2016r.
więc liczy się z nimi jeszcze mniej, niż dawniej
manych obietnic nowej sanacyjnej władzy. Ślązacy wypowiedzieli się przeciwko „dobrej zmianie”, gremialnie głosując na ugrupowania niemieckie, które zdobyły bezwzględną większość w największych miastach regionu oraz ponad 40 procent głosów w skali całego województwa. Reszta przypadła rozbitej polskiej scenie politycznej. To należało w przekonaniu „dobrej zmiany” zmienić i w tym celu spis powszechny z 1931 roku „wykazał”, iż województwo śląskie było … najbardziej polskie pod względem etnicznojęzykowej jednorodności ze wszystkich województw w Polsce. Opornych, od roku 1934, wysyłano do obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej (obecnie Biaroza w Białorusi). Za to że Ślązacy ważyli się głosować na partie niemieckie oraz na te niezwiązane z obozem władzy, w końcu w roku 1935 zmieniono ordynację wyborczą do Sejmu Śląskiego ograniczając liczbę posłów o połowę, z 48 na 24. Dodatkowo upewniono się, że wszystkie mandaty sejmowe zdobędą kandydaci BBWR (Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem), czyli
ska, która najwięcej skorzystała z utworzenia międzywojennej Polski, byłaby o wiele węższa i zmuszona prowadzić o wiele mniej wystawny tryb życia. Po wojnie, Górny Śląsk był potrzebny nowej – ideologicznie i terytorialnie – Polsce „ludu pracującego” w tym samym celu, czyli dla zbalansowanego budżetu i rozwoju (uprzemysłowienia) kraju. Czyli jako swoistego rodzaju kolonia wewnętrzna, taka sobie tam „Katanga”, jak owe podejście do spraw Śląska od lat 70. XX wieku komentowali sami Ślązacy przy użyciu tego wyrażenia. Oczywiście, nikt Ślązaków o zdanie nie pytał. Krajowa Rada Narodowa (KRN, 1943-1947) – podobnie jak na początku okresu międzywojennego Sejm Ustawodawczy – była ciałem legislacyjnym, w którym nie znalazło się miejsce dla przedstawicieli Ślązaków. Komunistyczną tą „konstytuantę” zawiązano pod ścisłym nadzorem Kremla w celu zaprowadzenia „demokracji ludowej” w powojennej Polsce. 6 maja 1945 roku KRN zniosła Statut Organiczny Województwa Śląskiego bez oglądania się na za-
n Jedynym Ślązakiem, który w PRL-u sięgnął po najwyższe państwowe urzędy był jak Mitręga z Michałkowic (obecnie dzielnica Siemianowic Śląskich). W latach 1959-74 był ministrem górnictwa a w latach 1970-74 także wicepremierem. Mitręga jednak już w okresie międzywojennym działał w polskich organizacjach komunistycznych. wcześniej utracone w roku 1922. I rzecz jasna Ślązacy z tej części regionu, która pozostała w granicach międzywojennych Niemiec, nie-
Narzucenie wyłącznego użycia języka polskiego w życiu publicznym wiązało się z usunięciem ze stanowisk w administracji prawie wszystkich Ślązaków. W życiu codziennym porozumiewali się oni z polskimi kolegami w języku śląskim, który zbliżony jest do polszczyzny. Lecz w piśmie byli biegli jedynie w języku niemieckim. Po roku 1926 stanowiło to podstawę do natychmiastowego zwolnienia z zajmowanych stanowisk. „sprawdzeni nasi”, a nie „jacyś tam niepewni” Ślązacy. Tu już nawet fasady demokracji nie było.
BEZ NAS BYŁABY BARDZO BIEDNA Po co Polsce potrzebny był Górny Śląsk, który w granicach jakkolwiek luźno rozumianego państwa polskiego, nie znajdował się już od połowy XIV wieku, a według niektórych badaczy nawet od wieku XII? Otóż we wschodniej części tego regionu rozwinęło się drugie największe w Europie zagłębie przemysłowe. Bez jego zdobycia tzw. Polska A (tj. na zachód od Wisły) wyglądałaby w okresie międzywojennym tak jak Polska B (tj. na wschód od Wisły). A warstwa urzędniczo-oficer-
pisy, które prawo do likwidacji autonomii regionu dawały wyłącznie Sejmowi Śląskiemu. Czyli nielegalnie. Ale tak jak poszanowanie prawa i demokracji nie było najmocniejszą stroną międzywojennej Polski, to tym bardziej nie przejmowała się zasadami praworządności Polska komunistyczna. Znowu o losie Ślązaków i ich regionu zadecydowano bez nich, nad ich głowami.
NIEMCY NIE - NIEMCY W czasie II wojny światowej cała miejscowa ludność autonomicznego województwa śląskiego, ponownie wcielonego do Niemiec, odzyskała obywatelstwo niemieckie
zmiennie legitymowali się niemieckim obywatelstwem aż do roku 1945. W komunistycznej Polsce, w czasie wielomilionowych wysiedleń Niemców, postanowiono zatrzymać prawie wszystkich Ślązaków. Dlaczego? Przecież wysiedlenie ich nie stanowiłoby problemu, zgodnie z prawem można by wszystkich uznać za Niemców. Tak, ale wówczas, bez nich, stanąłby przemysł górnośląski, a wtedy powojenna odbudowa kraju (nie mówiąc już o uprzemysłowieniu) trwałaby o wiele dekad dłużej. Warszawa zadecydowała, że Ślązacy to nie Niemcy, tylko Polacy, choć może zbyt mało uświadamiający sobie własną „odwieczno-piastowską” polskość. Dlatego dla bezpieczeństwa „wyróżniono” ich na-
prędce utworzonym określeniem „autochtoni”, tak aby urzędy i ludność nie myliła ich ani z Niemcami, ale też nie z „prawdziwymi Polakami”. Autochtonów oficjalnie uważano za Polaków. Jednak zakazywano im mówienia po niemiecku w domu i z sąsiadami, uniemożliwiano wyjazd do Niemiec, w ramach służby wojskowej kierowano do niewynagradzanej pracy w kopalniach, rzadko dawano możliwość obejmowania kierowniczych, nie mówiąc już o wyższych stanowiskach w administracji lub gospodarce. Dlaczego? Bowiem nieoficjalnie, lecz zupełnie otwarcie traktowano autochtonów jako „krypto-Niemców”. Polska Ślązaków nigdy nie chciała, ale była zmuszona okolicznościami, żeby ich zatrzymać, nawet przy użyciu przymusu. Albowiem bez Ślązaków oraz ich kwalifikacji nie dałoby się zbudować w miarę nowoczesnej polskiej gospodarki przemysłowej, która gradualnie zastąpiła ekstensywne rolnictwo postszlacheckie, które na zasadach wciąż pół-pańszczyźnianych zatrudniało bezrolną lub małorolną ludność wiejską od Warty po Niemen.
WYOBCOWANI NA SWOJEJ ZIEMI Izolację społeczno-polityczną Ślązaków podkreślało zjawisko en-
dogamii, czyli zawierania małżeństw we własnym kręgu etniczno-kulturowym. Polacy rzadko zawierali związki małżeńskie ze „Ślązakami-autochtono-krypto-Niemcami”, to nie uchodziło. Ślązacy nie stanowili „dobrej partii” aż do zapaści gospodarczej w latach 80. ubiegłego wieku. Periodycznie narastające wśród Ślązaków niezadowolenie z powodu niskiego poziomu życia (w porównaniu z tym, którym cieszyli się ich krewni w RFN) oraz permanentnego statusu obywatela drugiej lub nawet trzeciej kategorii, było co jakiś czas umniejszane poprzez kontrolowane wyjazdy do RFN. Tak aby nie dopuścić do wybuchu społecznego niezadowolenia w tym wciąż przecież „etnicznie niepewnym” regionie. Owa wymuszona emigracja na granicy oficjalnie przemieniała „autochtonów-Polaków” w Niemców, których jednak w Polsce pogardliwie określano jako Volkswagendeutschów, czyli „Polaków udających Niemców w pogoni za niedostępnym w Polsce kapitalistycznym dobrobytem”, symbolizowanym przez niemiecki samochód marki volkswagen. Przestało to jednak odstraszać potencjalnych małżonków o etnicznie polskich korzeniach, jako że małżeństwo ze Ślązakiem dawało szanse na „normalne życie na Zachodzie”. Nie ważne co
6
sierpień 2016r.
n Ślązacy na wyższych stanowiskach stanowili wyjątki. Sytuację tę miała maskować pozycja Jerzego Ziętka, przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (1964–1973), wojewody śląskiego (1945–1950), wojewody katowickiego (1973–1975), członka Rady Państwa. Jednak ważniejszy od niego zawsze był wojewódzki I sekretarz PZPR, A oni Ślązakami nie bywali, chyba że za takiego uznać Edwarda Gierka, którego matka była Ślązaczką spod Pszczyny. mówili ludzie i co pisały reżymowe gazety; ani ideologii, ani polskości nie można było włożyć do garnka i pożywnego obiadu z nich ugotować, jak w sklepach nawet na kartki nic nie można było już kupić. Tak za późnego PRL-u zakończyła się endogamiczna izolacja Ślązaków. Oddolnie Ślązaków przyjęto za swoich, a ich potencjalna niemieckość okazała się nie tak straszna, jakby władze chciały żeby ją „prawdziwie polscy” oby-
watele postrzegali. W przełomowym roku 1989 ćwierć miliona obywateli Polski ludowej ruszyło hurmem po lepsze życie w RFN. Przynajmniej połowa z nich, lub nawet dwie trzecie to byli etniczni Polacy. Każdy rozumiał, że w Polsce mimo zachodzących przemian po upadku komunizmu życie nie od razu znacznie się polepszy. Że będzie potrzeba na to co najmniej jednego pokolenia. Niektórzy nie chcieli czekać tak długo. Życie ma się jedno.
Przedwojenna Polska uczyniła wszystko, by zagarnąć jak największą część Górnego Śląska. To dzięki niemu nie była najbardziej zacofanym krajem Europy. W Polsce było ponad 1/3 analfabetów, na Śląsku nie było ich praktycznie wcale. Przyzwoity wskaźnik miały jeszcze tylko tereny zaboru pruskiego – w Wielkopolsce 2,8%, na Pomorzu 4,3%. Natomiast w kongresówce (tzn. zaborze rosyjskim) wskaźnik ten przekraczał 50%. Miarę rozwoju gospodarczego kraju oceniano wówczas poziomem wytopu stali, wydobycia węgla itd. Więc Śląsk stanowiący raptem 1,1% terytorium RP produkował 75 % polskiego węgla, 100 % koksu, 75 % żelaza i stali, niemal 100 % cynku i ołowiu … I był to przemysł nowoczesny! Pochodziło stąd 80% polskiego eksportu. Nawet port w Gdyni powstał po to, by śląskie produkty eksportować. To dlatego równocześnie z budową portu powstawała magistrala kolejowa Katowice-Gdynia. Najwybitniejszy przedwojenny polski ekonomista, Eugeniusz Kwiatkowski pisał: Śląsk postawił przed Polską konieczność rozstrzygnięcia nowych wielkich problemów, wciągnął całe społeczeństwo jeszcze silniej i zdecydowaniej w orbitę cywilizacji zachodu. Śląsk wywołał konieczność szybkiej rozbudowy Gdyni i połączenia wybrzeża morskiego Polski bezpośrednią siecią komunikacyjną z całą Rzeczpospolitą”.
UZNANO ŚLĄSKICH NIEMCÓW… Przerażenie Warszawy, iż być może wszyscy Ślązacy (podobnie jak to w latach 70. XX wieku miało miejsce w przypadku Mazurów)
mieckim, które zmagały się wtedy z integracją Niemców etnicznych masowo napływających do RFN z państw postsowieckich. Zaczęto kwalifikującym się Ślązakom wydawać obywatelstwo i paszporty niemieckie (a zarazem i unij-
ło w sprzeczności zarówno z prawem polskim i niemieckim. Ale Warszawa i Bonn (a następnie Berlin) pragmatycznie zdecydowały się przymknąć na to oko. Nieformalne lecz ściśle przestrzegane ograniczenia polskiej
Zaczęto kwalifikującym się Ślązakom wydawać obywatelstwo i paszporty niemieckie (a zarazem i unijne od roku 1992) bez konieczności opuszczania Polski. Z kolei polska administracja nie wymagała od nich zrzeczenia się polskiego obywatelstwa, co wcześniej było normą. W latach 90. XX stulecia około ćwierć miliona Ślązaków uzyskało obywatelstwo niemieckie. Do niedawna podwójne obywatelstwo stało w sprzeczności zarówno z prawem polskim i niemieckim. Ale Warszawa i Bonn (a następnie Berlin) pragmatycznie zdecydowały się przymknąć na to oko. wyjadą zostawiając za sobą niemożliwą do załatania dziurę demograficzną, przyczyniło się do uznania istnienia Niemców w Górnym Śląsku. Demokracja zaczęła działać. Jeśli ktoś czuje się Niemcem, to może tworzyć i przystępować do organizacji niemieckich. Było to także na rękę władzom nie-
ne od roku 1992) bez konieczności opuszczania Polski. Z kolei polska administracja nie wymagała od nich zrzeczenia się polskiego obywatelstwa, co wcześniej było normą. W latach 90. XX stulecia około ćwierć miliona Ślązaków uzyskało obywatelstwo niemieckie. Do niedawna podwójne obywatelstwo sta-
demokracji szybko się ujawniły w Górnym Śląsku, zwłaszcza na niwie etnicznojęzykowej. Zezwolono na mniejszościowe szkolnictwo niemieckie, lecz do dziś nie utworzono ani jednej niemieckojęzycznej szkoły mniejszościowej. Jeszcze szerzej zakrojone represje spotykają samych Ślązaków w
7
sierpień 2016r.
n Jerzy Buzek – z rodziny bardzo zasłużonej dla śląskości. Brat jego dziadka był współtwórcą statutu autonomii śląskiej. Jednak sam Buzek, premier RP i przewodniczący parlamentu europejskiego, uznaje śląskość tylko w jej polskiej wersji. Tylko taki Ślązak ma szansę na karierę polityczną w Polsce. ich własnym hajmacie. Od roku 1996 uniemożliwia się Ślązakom zakładanie partii i organizacji, a te które nawet zostaną zarejestrowane delegalizuje się w trybie niemalże natychmiastowym na wniosek „narodowo i państwowo uświadomionej” prokuratury. Te zachowania struktur państwa względem Ślązaków są bardziej represyjne od tych, które obserwowano w Polsce międzywojennej. Wtedy jednak oficjalnie zezwolono na działanie Związkowi (Obrony) Górnoślązaków (ZG), i dopuszczano jego członków do uczestnictwa w wyborach aż do początku lat 30. XX stulecia, chociaż w końcu Warszawa nakazała zdelegalizować ZG w
zaków. W postkomunistycznej Polsce zasady demokracji przestrzega się tylko względem etnicznie polskiej ludności oraz tych mniejszości narodowych, etnicznych i językowych, których członkowie razem policzeni nie stanowią więcej niż jeden procent ludności kraju. Zda się, że dopóki jeszcze Polsce był niezbędny przemysł górnośląski to Warszawa Ślązaków tolerowała, choć z ciągle rosnącą niechęcią i nieufnością. Obecnie, po dramatycznej deinduistrializacji Górnego Śląska, ta ledwie skrywana niechęć przeszła w otwarte odrzucenie. W od ćwierćwiecza wolnej już i demokratycznej Polsce, nie ma ani wolności stowarzyszania i określania
Działania władzy wskazują, że Ślązak jeśli chce pozostać w Górnym Śląsku i w Polsce, to musi być albo Polakiem, albo Niemcem. Jest jeszcze jedna opcja – wyjechać z hajmatu i zostać sobie uznanym Ślązakiem, chociażby nawet w Wielkiej Brytania. Ale nie w Polsce, w kraju „dobrej zmiany”, tej samogłoszonej przez siebie „kolebce europejskiej tolerancji, demokracji i wielokulturowości”. roku 1934, kiedy to – co niezwykle symboliczne – otwarto obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej.
… ALE ŚLĄZAKÓW NIE Pomimo wyraźnie wyrażonej woli w spisach z lat 2002 i 2012, których wyniki oficjalnie opublikowano, Warszawa uparcie i wbrew faktom nie uznaje istnienia ani ponad 900 tysięcy Ślązaków, ani języka śląskiego, którym na co dzień posługuje się co najmniej pół miliona osób. Tym samym znieważa się prawie milion ciężko pracujących polskich obywateli, którzy przestrzegają dyskryminującego ich prawa, oraz płacą podatki wydatkowane między innymi na … finansowanie dyskryminacji Ślą-
się dla Ślązaków, ani akceptacji dla ich języka śląskiego. Przecież Warszawa wie lepiej kim są Ślązacy i co dla nich najlepsze. Nikt nie będzie słuchał ich „hanyskiego szwargotania”. Zda się, że już nie ma miejsca na Górnym Śląsku dla Ślązaków. Działania władzy wskazują, że Ślązak jeśli chce pozostać w Górnym Śląsku i w Polsce, to musi być albo Polakiem, albo Niemcem. Jest jeszcze jedna opcja – wyjechać z hajmatu i zostać sobie uznanym Ślązakiem, chociażby nawet w Wielkiej Brytania. Ale nie w Polsce, w kraju „dobrej zmiany”, tej samogłoszonej przez siebie „kolebce europejskiej tolerancji, demokracji i wielokulturowości”. Tomasz Kamusella St. Andrews, Szkocja (śródtytuły pochodzą od redakcji)
We wschodniej części Górnego Śląska należącego w latach 1922-1939 do II Rzeczypospolitej - 95% mieszkańców przyjęło Niemiecką Listę Narodowościową (Volkslistę, DVL). W 1945r. wszystkich tych Ślązaków uznawano powszechnie za zdrajców narodu polskiego. Przeniesiono w ten sposób na obszar Śląska schemat „Volksdeutscha” z Generalnej Guberni, gdzie na Listę wpisywali się tylko rzeczywiście Niemcy. Jednak uznanie Ślązaków za Niemców oznaczałoby wysiedlenie ich, co skończyłoby się zapaścią śląskiego przemysłu. Więc władze polskie zezwoliły członkom III i IV grupy Volkslisty na pozostanie w kraju, pod warunkiem złożenia haniebnej Deklaracji wierności narodowi i państwu polskiemu. Uczestników grupy I i II, wraz z tzw. „Reichsdeutschami”, nakazano wysiedlić. Jednak wszystkich Ślązaków poddano restrykcjom.
8
sierpień 2016r.
Za tela! Już tego bełkotu o Powstaniu
Z szaleństwa Rzecz niby nie dotyczy Śląska – ale tylko pozornie. Po pierwsze bowiem Śląsk jest w państwie, które z niezwykłą pompą celebruje kolejną rocznicę tego szaleństwa. Po drugie – kiedy Polacy w szaleńczym zrywie doprowadzili do zniszczenia swojej stolicy, to na Ślązaków spadł największy ciężar jej odbudowy. To nasze huty i fabryki musiały realizować hasło „Cały naród odbudowuje swoją stolicę”. A co więcej, w śląskich miastach rozbierano kamienice, aby ze starej cegły odbudowywać warszawską starówkę. Tak więc gdy media, politycy, szkoła zasypują nas masą dziwnych informacji o tym powstaniu, warto napisać, jak było naprawdę.
prawdę tego potrzebują, to zrobili to wręcz wzorcowo.
OSAMOTNIENI MILITARNIE I POLITYCZNIE
n Warszawa w 1945 roku i Berlin w 1945 roku. Obie stolice do ruiny doprowadziło szaleństwo przywódców. O Adolfie Hitlerze jednak każdy wie, że był paranoikiem dążącym do władzy nad światem i zbrodniarzem. O tych, którzy do takiego stanu doprowadzili Warszawę, mówi się: bohaterowie.
To
, co słyszeliśmy o nim przez pierwszych tegorocznych dwadzieścia dni sierpnia było bowiem festiwalem opowieści z dziedziny fantastyki. Prawdy w tym tyle, że 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00 Armia Krajowa w Warszawie poderwała się do walki przeciw armii nie krajowej, lecz prawdziwej. Jednej z najpotężniejszych armii świata. Kilka tysięcy młodych mężczyzn uzbrojonych w pistoleciki rzuciło wyzwanie III Rzeszy. Już czwartego dnia powstania inicjatywa była zupełnie po stronie niemieckiej, choć ogółem trwało ono 63 dni, kiedy to powstańczy dowódcy podpisali kapitulację. Prawdy w tym tyle, że na rozkaz Adolfa Hitlera w odpowiedzi za ten zryw postanowiono Warszawę
zrównać z ziemią, a całą ludność wymordować. Wydaje się, że niemieccy dowódcy, przynajmniej niektórzy, rozkaz o wymordowaniu całej ludności torpedowali.
go, polską godność i tożsamość. Być może. Zawsze twierdziłem, że nie rozumiem polskiej natury, więc nie będę wnikał, czy rzeczywiście do pod-
Żeby nie zanudzać nazwiskami, szczegółami, datami: polski rząd w Londynie po rozmowach z Amerykanami i Anglikami doskonale wiedział, że powstanie na żadną pomoc aliantów liczyć nie może. Ich odpowiedzi na sugestie powstania były jednoznaczne: musicie wszystko uzgadniać z Armią Sowiecką i z nią koordynować jakiekolwiek działania zaczepne waszej armii podziemnej przeciw Niemcom. Na naszą pomoc nie liczcie. Tak więc polski rząd w Londynie był przeciwny wykrwawianiu AK w beznadziejnej walce. Tu jedno nazwisko jest niezbędne. W maju 1944 na spadochronie zrzucono do Polski pułkownika Leopolda Okulickiego, mianowanego zresztą natychmiast na generała. Okulicki miał powstrzymać bezsensowne atakowanie Niemców, zwłaszcza w Warszawie. Tymczasem to właśnie on przeforsował… ideę rozpoczęcia powstania 1 sierpnia 1944 roku. Powstania całkowicie nieprzygotowanego. Plan AK „Burza” zakładał, że na niektórych terenach kraju Armia Krajowa będzie atakowała Niemców, aby Sowieci wkraczali na terenu już pod polską jurysdykcją. Plan ten nie obejmował Warszawy, więc zmagazynowane tu zasoby broni Polacy przerzucali na przykład na teren Białostocczyzny, która była w planie Burza ujęta. Broń z Warszawy wywożono potajemnie jeszcze kilka dni przed wybuchem powstania. Dlatego znajdujące się w Warszawie oddziały Armii Krajowej były niemal bez uzbrojenia. 1 sierpnia 1944 roku zdolność bojowa warszawskiej AK była znacznie niższa, niż kilka miesięcy wcześniej. Wiedzieli o tym wszyscy – łącznie z Okulickim – którzy decydo-
Plan Burza nie obejmował Warszawy, więc zmagazynowane tu zasoby broni Polacy przerzucali na przykład na teren Białostocczyzny, która była w planie Burza ujęta. Broń z Warszawy wywożono jeszcze kilka dni przed wybuchem powstania. Dlatego 1 sierpnia 1944 roku zdolność bojowa warszawskiej AK była znacznie niższa, niż kilka miesięcy wcześniej Zostawmy na boku polskie opowieści o tym, że powstanie pozwoliło zachować polskiego ducha narodowe-
trzymywania swojej tożsamości Polacy muszą raz na kilkadziesiąt lat prowadzić swoją młodzież na rzeź. Jeśli na-
wali o wybuchu powstania. Co więcej, 30 lipca emisariusz z Londynu, Jan Nowak-Jeziorański informował szefo-
9
sierpień 2016r.
Warszawskim słuchać niŷ idzie!
a robią cudo stwo AK, że na pomoc aliantów (w tym desant polskiej Brygady Spadochronowej) nie mają co liczyć, a wpływ powstania na światową opinie publiczną i nacisk na zachodnie rządy będzie znikomy. Taka burza w szklance wody.
CHYBIONE RACHUBY To akurat powinno przemówić do przywódców powstania. Oni bowiem nie do końca liczyli na militarny sukces powstania. Wierzyli jednak, że szaleńczy zryw Warszawy pobudzi sumienie
ska. Tym razem jednak nie rozbite, ale doborowe. I nie na zachód, tylko na wschód. Armia III Rzeszy pokazywała, że nadal jest potęgą i że właśnie na przedpolach Warszawy szykuje się do kontrofensywy. Niemcy nad Wisłą gromadzili wszystkie siły, które mogli. I trudno się dziwić – bo Wisła była ostatnią dużą naturalną przeszkodą przed terenami rdzennie niemieckimi. Następna duża rzeka, Odra, leżała już wewnątrz etnicznych Niemiec. To nad nią znajdował się przecież Breslau, jedno z najważniejszych niemieckich miast. Je-
Niemcy nad Wisłą gromadzili wszystkie siły, które mogli. I trudno się dziwić – bo Wisła była ostatnią dużą naturalną przeszkodą przed terenami rdzennie niemieckimi. Następna duża rzeka, Odra, leżała już wewnątrz etnicznych Niemiec. Jeśli więc chcieli Niemcy zatrzymać sowietów przed terenami zamieszkanymi już przez ludność niemiecką – to mogli to uczynić tylko na Wiśle! świata i zachodnich rządów – że każe im odmienić założenia i wyrwie Polskę ze strefy wpływów sowietów. I otóż Nowak-Jeziorański, w imieniu polskiego londyńskiego rządu mówił im jasno: żadnego sumienia świata nie pobudzicie, a rządu angielskiego i amerykańskiego nie zmusicie do zmiany porozumień ze Stalinem. To powstanie politycznie nic nie da. Jeszcze kilka dni wcześniej można było wierzyć w sukces militarny. 21 lipca wydawało się, że Niemcy są rozbici i niezdolni do dalszej walki. Przez Warszawę przeprawiały się na zachód rozbite niemieckie jednostki. Ale trwało to zaledwie kilka dni. 27 lipca przez miasto znów ciągnęły niemieckie wojR
E
śli więc chcieli Niemcy zatrzymać sowietów przed terenami zamieszkanymi już przez ludność niemiecką – to mogli to uczynić tylko na Wiśle! A jeśli bronić Wisły, to przede wszystkim bronić Warszawy! Tak więc teorie przywódców powstania, że niemiecki garnizon warszawski jest słaby dowodziły ich dyletanctwa. Niemcy wokół miasta gromadzili siły, które złamałyby bez większego trudu dziesięciokrotnie większy zryw zbrojny. Ten, kto w takiej sytuacji wydawał rozkaz powstania w Warszawie, skazywał to miasto na rzeź!
LUDOBÓJSTWO NALEŻAŁO PRZEWIDZIEĆ K
n Stalin, Roosevelt. Churchill. O losach naszej części kontynentu decydowała ta trójka, a w zasadzie pierwszy z lewej – Stalin, a nie warszawscy chłopcy z pistolecikami. I rzeczywiście, rzeź zaczęła się. Ale czyż mogło być inaczej? Z początkiem sierpnia 2016 roku słuchaliśmy ostat-
przewidzieć”. Otóż takiego bestialstwa i mordowania ludności cywilnej należało się spodziewać!
powstania. Jeśli w Warszawie wybuchło naprawdę, należało potraktować ją jako zastraszający przykład, aby na pomysł po-
byli bohaterscy, ale to jedyna prawda, jaką słyszymy o nich. Ginęli bez sensu, bez szansy na jakikolwiek sukces; polityczny, militarny. Ginęli bohatersko, a każdy z ginących powstańców zabierał ze sobą do grobu kilkudziesięciu niczemu niewinnych cywilów. Członków własnego narodu. Ginęli bohatersko, unicestwiając swoje ukochane miasto. nich żyjących powstańców, mówiących, że przecież „nikt nie mógł się spodziewać takiego bestialstwa”, „mordowania ludności cywilnej nie można było L
Latem 1944 roku Niemcy byłe już bite na wszystkich frontach. W ich naczelnym dowództwie musiała istnieć obawa, ze na terenach wciąż okupowanych wybuchną A
wstania nie wpadli mieszkańcy Paryża, Pragi, Brukseli. Los Warszawy miał przerazić chętnych do naśladowania! Dokończenie na str. 10 M
A
10
sierpień 2016r.
ne z ziemią. Że te budynki, które powstanie przetrwały, były po jego upadku unicestwiane jeden po drugim. Zbrodni tej dokonała III Rzesza – ale zbrodni tej by nie było, gdyby nieodpowiedzialni dowódcy i równie nieodpowiedzialni podkomendni! Wszystkie bogate narody zachowujące się racjonalnie (jak Czesi, Francuzi, Holendrzy) – przywódców tego powstania, generała Okulickiego (ps. Niedź-
Jeśli, jak chcą prawicowi politycy, sowieci byli tak potężni, to czemu tego nie zrobili? Czemu wszystkie te miasta padły w sowieckie ręce później, niż Warszawa? Może po prostu armia czerwona nie była w stanie kontynuować ofensywy po zdobyciu Warszawy? A jeśli nie była w stanie, to po co miała iść na pomoc powstańcom. Powstańcom, którzy nie kryli, że sowietów uważają za wrogów, podobnie jak Niem-
Dziś naszym śląskim dzieciom media, szkoła, politycy wmawiają, że powstanie warszawskie było wspaniałym, wzniosłym, patriotycznym czynem. Podczas gdy powinny, jak ich starzīki i omy wiedzieć, że wspaniale i wzniośle to je robić do swojigo hajmatu, rozwijać go, a niŷ nieprzemyślanymi decyzjami doprowadzać do ruiny. Tak zawsze myśleli Ślązacy. Nawet jeśli Polakom się takie myślenie nie podoba wiadek), generała Chruściela (ps. Monter), generała Pełczyńskiego (ps. Grzegorz) skazałyby na wieczną hańbę a być może też na karę śmierci. Za spowodowanie ludobójstwa na własnym narodzie. W Polsce ludzie ci wynoszeni są dziś do rangi bohaterów… Polaka tylko Polak jest chyba w stanie pojąć. Jak można tak wykrwawić własny naród bez szansy na sukces, i jeszcze zostać za to bohaterem?
n Nazywany w Polsce bohaterskim, ale na szczęście też czasem obłędem, najbardziej idiotycznym bojem II wojny światowej. Dokończenie ze str. 9 Kto jak kto, ale Polacy w roku 1944 doskonale wiedzieli, że III Rzesza jest państwem zbrodniczym. Przecież w tejże Warszawie na porządku dziennym było rozstrzeliwanie ludzi z łapa-
Owszem, byli bohaterscy, ale to jedyna prawda, jaką słyszymy o nich. Ginęli bez sensu, bez szansy na jakikolwiek sukces; polityczny, militarny. Ginęli bohatersko, a każdy z ginących powstańców zabierał ze sobą do grobu kil-
A przecież nie walczyli nawet z tą armią! Niemcy do tłumienia powstania w niewielkim stopniu użyli regularnego wojska, w tym weteranów zaprawionych w walkach ulicznych wielu sowieckich miast. Do stłumienia po-
Kto jak kto, ale Polacy w roku 1944 doskonale wiedzieli, że III Rzesza jest państwem zbrodniczym. Przecież w tejże Warszawie na porządku dziennym było rozstrzeliwanie ludzi z łapanek – jako aktu odpowiedzialności zbiorowej za zabicie niemieckiego żołnierza. I ludzie, którzy regularnie czytali na afiszach długie listy rozstrzelanych musieli się spodziewać, że hitlerowcy wobec warszawiaków zastosują odpowiedzialność zbiorową za powstanie? Ci ludzie, od generała do ostatniego żołnierza AK i Szarych Szeregów musieli brać to pod uwagę. Albo też byli ograniczeni umysłowo, niezdolni do logicznego myślenia. nek – jako aktu odpowiedzialności zbiorowej za zabicie niemieckiego żołnierza. I ludzie, którzy regularnie czytali na afiszach długie listy rozstrzelanych, bez sądu, bez wyroku,, bez żadnej winy – ci ludzie musieli się spodziewać, że hitlerowcy wobec warszawiaków zastosują odpowiedzialność zbiorową za powstanie? Ci ludzie, od generała do ostatniego żołnierza AK i Szarych Szeregów musieli brać to pod uwagę. Albo też byli ograniczeni umysłowo, niezdolni do logicznego myślenia.
kudziesięciu niczemu niewinnych cywilów. Członków własnego narodu. Ginęli bohatersko, unicestwiając swoje ukochane miasto. Odbierając krajowi tych, którzy po skończonej wojnie powinni ten kraj odbudowywać. Wojny jednak wygrywają nie bohaterscy, lecz mądrzy, przebiegli. Oni byli tylko bohaterscy. Ginęli, bo uroili sobie, że jakieś warszawskie struktury AK potrafią stawić czoła tej armii, która kilka lat wcześniej rzuciła wyzwaniu niemal całemu światu.
wstania rzucono jednostki policji oraz zbrodnicze oddziały w rodzaju tego osławionego pułku Dirlewangera. Zwyrodnialców, powyciąganych z niemieckich więzień, do pacyfikowania ludności cywilnej. Ale oni doświadczenia bojowego nie mieli. Jednak nawet takie jednostki wystarczyły z naddatkiem, by powstanie stłumić. Przykład Warszawy miał odstraszyć wszystkich potencjalnych naśladowców. Nic więc dziwnego, że rozkaz Hitlera mówił, iż miasto ma być zrówna-
BAJKI O POWSTANIU Tymczasem aktualny polski minister obrony narodowej, Antoni Macierewicz, mówił 1 sierpnia 2016 roku: „Muzeum Powstania Warszawskiego przywraca kolejnym pokoleniom pamięć waszego czynu. Przywraca i sprawia, że staje się on osią naszej historii walki o niepodległość. Tym właśnie było powstanie.” Nie wyjaśnił, bo tego nie jest wyjaśnić w stanie nikt, jak powstanie, które ani na krok nie przybliżyło Polaków do niepodległości – może być osią walki o niepodległość. Tym bardziej, że tak naprawdę od tej pełnej suwerenności Polskę raczej oddaliło, bo w powstaniu straciły życie tysiące ludzi, którzy po 1945 roku sprawie tej mogłyby służyć. Inni politycy zbliżeni do PiS snują nawet wizję, że powstanie warszawskie uratowało Europę przed zalaniem przez komunizm. Bo sowieci, czekając aż się wykrwawi, na dwa miesiące zatrzymali swoją ofensywę na Zachód. Gdyby nie czekali pod Warszawą, doszli by może i do Paryża… To się już zupełnie kupy nie trzyma. Nawet gdyby przyjąć, że Armia Czerwona nie była wykrwawiona ofensywą wiosenną i potrzebowała odpocząć, nim przekroczy linię Wisły – bo tak sugerują ci prawicowcy – to kto mógł zabronić Armii Czerwonej atak na innych odcinkach Wisły? Na Kraków, Częstochowę na południu, na Toruń na północy… I dalej przeć na zachód, okrążając Niemców w Warszawie?
ców? Jaki wódz przy zdrowych zmysłach szedłby na pomoc tym, o których wie, że po wspólnym zwycięstwie natychmiast zwrócą się przeciw niemu? Sowieci nie idąc na pomoc Warszawie, zachowali się logicznie ,zgodnie ze swoją racją stanu. Trudno winić ich o to, że dbali o interes swój, a nie – wrogie im - polityczne kombinacje generała Okulickiego.
ŚLĄZACY – MY OBY TAK NIGDY! Jak wspomniałem na początku, sprawa niby Śląska nie dotyczy. Ale tylko niby – bo natychmiast gdy minęła wojenna zawierucha, śląski przemysł zaprzęgnięto do odbudowy stolicy. - We Wrocławiu rozbierano budynki, a uzyskane miliony cegieł przewożono do Warszawy, by ją odbudować – potwierdza, znaną na Śląsku prawdę, varsavianista Jan Mencwel. Może warto dodać, że dotyczyło to też innych obiektów. Wielu Ślązaków skierowano do prac przymusowych przy odbudowie Warszawy. Tak więc w jakimś, niewielkim stopniu, także my ucierpieliśmy za szaleństwo tego powstania. Ale ważniejsze jest coś innego. Dziś naszym śląskim dzieciom media, szkoła, politycy wmawiają, że powstanie warszawskie było wspaniałym, wzniosłym, patriotycznym czynem. Podczas gdy powinny, jak ich starzīki i omy wiedzieć, że wspaniale i wzniośle to je robić do swojigo hajmatu, rozwijać go, a niŷ nieprzemyślanymi decyzjami doprowadzać do ruiny. Tak zawsze myśleli Ślązacy. Nawet jeśli Polakom się takie myślenie nie podoba, lepiej dla Ślązaków, żeby pozostali przy swoim pragmatycznym (a nie romantycznym) nastawieniu. Dlatego mam nadzieję, że Ślązacy nigdy nie nabiorą szacunku do powstania warszawskiego. Bo jeśli się coś szanuje, może zechce się to naśladować. Głęboko w to wierzę, że nigdy żaden śląski szaleniec nie poprowadzi własnego narodu na rzeź. Dariusz Dyrda
11
sierpień 2016r.
Okazuje się, że suweren nie ma nic do gadania
Opole - koniec demokracji w Polsce Przypadek Opola dowodzi jednoznacznie, że samorządność w Polsce się kończy. To ogromny cios dla śląskich autonomistów, którzy twierdzą, że dopiero autonomia jest prawdziwą samorządnością. Okazuje się jednak, że dla obecnie rządzących Polską nawet ta niewielka samorządność, z jaką na poziomie gmin, powiatów, mieliśmy do niedawna, też przechodzi do historii. Teraz samorządy terytorialne zaczynają znaczyć tyle, co nic. Samorządy, więc i demokracja.
W
poprzednim numerze opisywaliśmy sytuację podopolskich gmin, które wbrew swej woli zostają decyzją rządu z 17 lipca włączone do miasta Opola. Ma się to stać 1 stycznia. Na nic protesty samych mieszkańców tych gmin, w Polsce ad 2016 przestali być oni podmiotem, suwerenem. Decydują za nich politycy w swoich gabinetach. Styl zarządzania Polską wrócił więc do tego z czasów PRL-u.
WRACAJĄ METODY KOMUNY Jak to wyglądało wówczas? Dobrze obrazuje to przypadek innego kawałka Górnego Śląska – okolic Tychów, Katowic, Mysłowic. W 1975 roku, w ramach reformy administracyjnej państwa postanowiono zlikwidować powiaty. Wśród nich także powiat tyski obejmujący sporo gmin. W tym także miasta, jak Bieruń, Łaziska Górne, Mikołów. W czasie istnienia powiatu (1954-1975) prawa miejskie uzyskało kilka innych gmin: Orzesze, Wesoła, Lędziny, Imielin, Kostuchna i Murcki. Stały się miastami. Inne – ponad 10, nadal pozostawały wsiami. I tak było do roku 1975, gdy nagle z dnia na dzień, bez pytania mieszkańców o zdanie, przestały – wraz z likwidacją powiatów - istnieć miasta Bieruń, Lędziny, Imielin, Kostuchna, Murcki. Oraz kilka gromad (wsi). Bieruń i Lędziny (oraz kilka samodzielnych wsi) stały się z dnia na dzień dzielnicami miasta Tychy, Imielin i Wesoła przypadły Mysłowicom, zaś Kostuchna, Murcki, Podlesie – dzielnicami Katowic. Kilka wsi wchłonął też Mikołów. Kilkaset tysięcy ludzi, tylko na tym kawałku Śląska, bez pytania ich o zgodę zmieniło miejscowość zamieszkania. Jedni stali się tyszsanami, inni katowiczanami, inni mysłowiczanami. Same Tychy w ciągu jednej nocy podwoiły liczbę swoich mieszkańców i trzykrotnie zwiększyły swoje terytorium.
ROZPAD TYCHÓW, ROZPAD MYSŁOWIC – CZYLI WRACA DEMOKRACJA Kiedy tylko komuna upadła, w miejscowościach tych natychmiast zaczął się oddolny ruch calem odłączenia się od „zaborcy”. I to obrazuje, jak bardzo demokracja, w której wtedy Polacy się zakochali, różniła się od obecnej. Miasto Tychy stanęło przed dramatem, bo niemal cały przemysł, w tym trzy ogromne kopalnie, znajdował się w tych dążących do samodzielności, dzielnicach. Tychy miały się okazać miastem bez przemysłu, a więc bez dochodów, otoczonym małymi, bardzo bogatymi miasteczkami. A
jednak… a jednak rada miasta niemal bez sprzeciwów, wyraziła zgodę na secesję sześciu gmin. „Jeśli taka jest wasza wola, będziemy ją szanować. Powodzenia na swoim” – powiedziała jesienią 1990 roku mieszkańcom dotychczasowych dzielnic przewodnicząca rady miasta, Ryta Stożyńska. Niewiele później Imielin (oraz mniejszych Chełm) oddzieliły się od Mysłowic – też bez protestów tego miasta, choć Imielin był dzielnicą najbogatszą. W Murckach, Kostuchnie, Wesołej taki obywatelski ruch separatystyczny był niewielki, więc pozostały one przy Katowicach (Murcki i Kostuchna) oraz Mysłowicach (Wesoła). Jednak bez wątpienia gdyby ich mieszkańcy wówczas masowo poparli odłączenie się - przystałyby na to władze Mysłowic i Katowic. Podobnie jak w 1995 roku władze Bytomia uszanowały pragnienie mieszkańców dzielnicy Radzionków, że nie chcą już być Bytomiem, lecz Radzionkowem po prostu. „Wasz Radzionków, wasze
woda. Nie interesując się wolą mieszkańców ani nawet rady powiatu opolskiego, postanawiają oni, że ten Dobrzeń ( i kilka innych gmin) część swoich terenów – zamieszkałych – muszą oddać miastu Opole. Ba, „nie interesują się wolą mieszkańców” to delikatnie powiedziane. Tą wolą nie interesowano się za Gierka, gdy nie pytając mieszkańców o zdanie, zmieniano granice administracyjne. Obecne prawo nakazuje zrobić konsultacje społeczne. Więc zapytano mieszkańców, którzy powiedzieli wyraźnie, że do Opola nie chcą. Po czym ich wolę zlekceważono, postępując dokładnie wbrew niej. Zlekceważenie jest tym poważniejsze, że tereny te zamieszkuje licznie niemiecka mniejszość narodowa. Zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem terenom zamieszkanych przez mniejszości etniczne i narodowe nie wolno dowolnie zmieniać struktury administracyjnej, jeśli zachwieje to pro-
n Opole – terytorialnie się rozrośnie, ale na pewno miasto nie będzie od tego większe. Bo przyłącza tereny typowo wiejskie. objęcia ich ochroną, przysługującą mniejszościom. Nie chciał tworzyć mniejszości niemieckiej na swoim terenie śląskiej konkurencji.
„Nie interesują się wolą mieszkańców” to delikatnie powiedziane. Tą wolą nie interesowano się za Gierka, gdy nie pytając mieszkańców o zdanie, zmieniano granice administracyjne. Obecne prawo nakazuje zrobić konsultacje społeczne. Więc zapytano mieszkańców, którzy powiedzieli wyraźnie, że do Opola nie chcą. Po czym ich wolę zlekceważono, postępując dokładnie wbrew niej. prawo” – usłyszeli i Bytom wyraził zgodę na ich odejście. Rada Ministrów jedynie sankcjonowała decyzje, które zapadały w samych gminach. Tam, gdzie duże miasto szanowało wolę mieszkańców dzielnicy, że nie chcą być częścią tego miasta. Tak działo się w Polsce końca XX wieku. Jeszcze w XXI wieku, w roku 2005, mieszkańcy „osiedla Homera” w Tychach uznali, że bliżej im do Bierunia niż Tychów. Krótkie konsultacje społeczne i decyzja rady miasta Tychy: przecież nie będziemy ich trzymać na siłę. To ich osiedle.
OPOLE CZYLI GORZEJ NIŻ ZA KOMUNY Tak było za wszystkich poprzednich rządów w Polsce, po roku 1989, kiedy upadł PRL i społecznościom lokalnym dano prawo do decydowania o swoim losie. Demokratycznie. Ale widać, że właśnie się to skończyło. Że w Polsce pod obecnymi rządami wola suwerena, społeczeństwa, nie odgrywa większej roli. Że teraz o losach mieszkańców gminy Dobrzeń Wielki, Dąbrowa, Komprachcice i Prószków pod Opolem, nie decydują oni sami, lecz warszawski rząd, opolski prezydent i opolski woje-
porcjami etnicznymi, narodowościowymi, na terenie gminy. Tymczasem zmiany te spowodują, że gdy w małej gminie Niemców było 19%, w wielkim Opolu, zamieszkałym niemal w całości przez imigrantów, „hadziajów”, ich procent ludnościowy spadnie do 2, może 3, co spowoduje, że nie będą mieć żadnych szans w wyborach samorządowych, a więc i radnych w miejskim samorządzie. Zmiana granic spycha ich na margines życia społecznego.
CHCIAŁ ZASZKODZIĆ ŚLĄZAKOM, ZASZKODZIŁ SWOIM Prawdą jest, że mniejszość niemiecka po części sama sobie zgotowała ten los. A dokładniej rzecz biorąc, zgotował ją Rafał Bartek, lider mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie. Zresztą mieszkańcy gmin przyłączanych do Opola, często mu to wypominają. O co chodzi? Ano o to, że gdy komisja wspólna rządowo-mniejszościowa, opiniowała projekt ustawy o uznaniu śląskiej grupy etnicznej (potocznie zwanej narodowością śląską) – wiceprzewodniczący tej komisji, właśnie Rafał Bartek, był zdecydowanie przeciwny dopisaniu do ustawy Ślązaków i
- Gdyby wtedy pan działał w interesie Śląska a nie własnej ferajny, to teraz w naszej gminie mniejszość nie stanowiłaby 19 procent, lecz prawie 40. Bo w spisie powszechnym 19 procent u nas wpisało narodowość niemiecką a 18 procent śląską. Blokowaniem mniejszości śląskiej tak na-
prawdę działa pan także na szkodę mniejszości niemieckiej! – tymi mniej więcej słowami jeden z mieszkańców ocenił działania Bartka. Mieszkańcy Dobrzenia Wielkiego i innych gmin, okrojonych 17 lipca na rzecz Opola nie ustają w protestach. Zamierzają odwołać się do Trybunału Konstytucyjnego, uważając, że zagwarantowane im prawa mniejszościowe zostały naruszone. Tylko co z tego, jeśli w Polsce roku 2016 to premier decyduje, które orzeczenia TK opublikować, a których nie. A te nieopublikowane nie nabierają mocy prawnej. Tak więc o tym, czy Opole dokona zaboru na sąsiednich gminach czy nie – w zasadzie zależy wyłącznie od premier Beaty Szydło. Mieszkańcy na razie walczą. Na wzór miesięcznicy smoleńskiej, każdego 19 dnia miesiąca zamierzają w Warszawie protestować przeciw decyzji rządu. Najbliższy protest – 19 września. Adam Moćko
Skarga podopolskich gmin (a dokładnie powiatu opolskiego) do Trybunału Konstytucyjnego na rozporządzenie rządu z 17 lipca o powiększeniu Opola, opiera się na kilku bardzo ważnych argumentach. Najważniejsze z nich to: - Ustawa o samorządzie gminnym stanowi, że z wnioskiem o zmianę granic występuje rada gminy. Tymczasem opolskiego wniosku nie złożyła rada miasta lecz prezydent miasta. Arkadiusz Wiśniewski. - Naruszono artykuły 2, 15 i 167 konstytucji RP. Tym, że rząd podjął decyzję „pomimo braku istnienia uzasadnionego publicznego interesu lokalnego oraz z pominięciem kryteriów, które należy uwzględnić przy ustalaniu granic gmin, w efekcie czego zmienia on granice powiatu opolskiego, naruszając stabilizację stosunków społeczno-terytorialnych”. A co za tym idzie: „drastyczne pogorszenie warunków działania powiatu opolskiego; ograniczenie w sposób istotny zdolności do wykonywania przez powiat opolski zadań publicznych; pozbawienie powiatu opolskiego wystarczających zasobów finansowych, (…) ; naruszenie więzi społecznych, gospodarczych i kulturowych. No i wreszcie naruszenie praw mniejszości niemieckiej gwarantowanych unijną Konwencją ramową o ochronie mniejszości narodowych. Przyłączenie terenów zamieszkałych przez mniejszość do niezamieszkałych „stanowi przejaw dyskryminacji wynikającej z przynależności do mniejszości niemieckiej, prowadząc do zmiany proporcji narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszość niemiecką oraz ograniczenia przysługujących im praw i wolności, a także ich asymilacji wbrew ich woli”.
12
sierpień 2016r.
Jacek Odrowąż był Ślązakiem, w Polsce tylko działał jak wielu zagranicznych zakonników
Zrobili ze świętego - Polaka! O świętych w Cajtungu piszemy rzadko. Tym razem jest okazja, bo 17 sierpnia kościół katolicki obchodził wspomnienie św. Jacka Odrowąża. Przy okazji –jak zwykle - w kościołach mówiono o nim jako o Polaku. Otóż taki był z niego Polak, jak i z czarnoskórego piłkarza Emmanuela Olisadebe, który kilkanaście lat temu grał w reprezentacji Polski. Odrowąż był tylko i wyłącznie Ślązakiem.
O
wszem, w XII wieku ród Odrowążów był już mocno osadzony w Polsce. Na przykład Iwo Odrowąż był kanclerzem krakowskiego księcia Leszka Białego oraz biskupem krakowskim. Ale Odrowążowie nie byli rdzennym polskim rodem możnowładczym, jak na przykład potężny ród Nałęczów. Odrowążowie byli rodem czeskim bądź morawskim, a pierwszy jego przedstawiciel w Polsce, Prandota Stary, przybył na polski dwór razem z księżniczką Judytą, wydaną za polskiego księcia Hermana. Był to początek XII wieku, więc można chyba przyjąć, że biskup Iwo był jego wnukiem, a św. Jacek prawnukiem.
NARODÓW WÓWCZAS NIE BYŁO! Oczywiście w średniowieczu nie istniały narody w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Nie było Polaków, Ślązaków, Czechów. Jeśli więc jakiejś osobie z tamtych czasów przypisujemy narodowość – to jedynym sensownym kryterium jest państwo, w którym się urodził. A Jacek Odrowąż urodził się właśnie w państwie śląskim, żadnej Polsce (państwo polskie jako takie zresztą wówczas nie istniało, było państwo małopolskie, państwo wielkopolskie, państwo mazowieckie).
n Pałac Larischów w Kamieniu Śląskim od XVIII wieku pełni rolę sanktuarium św. Jacka. To najważniejsze, po Annabergu, miejsce pielgrzymek na zachodniej części Górnego Śląska. W międzyczasie jednak państwo polskie się rozpadło, i różne gałęzie rodu znalazły się w różnych piastowskich księstwach. Gałęź, z której wywodził się św. Jacek miała swoją siedzibę w Kamieniu Śląskim, na terenach księstwa śląskiego. W 1180 roku papież wydał bullę oficjalnie zrzucającą władzę krakowskiego seniora nad tym księstwem. Od tego momentu nie była to żadna dzielnica państwa polskiego – Śląsk stał się w pełni niepodległym, suwerennym państwem. I w tym to niepodległym państwie śląskim (którego władca czynił starania o koronę królewską!) urodził się trzy lata później Jacek.
Tak więc Polacy przypisują sobie św. Jacka bezpodstawnie. Owszem, historycznie był patronem Polski, do dziś jest patronem Krakowa, chociaż także – choć tyle – archidiecezji katowickiej. Uczynienie go patronem Krakowa ma sens, bo w tym mieście głównie działał. Podobnie zresztą jak na Wołyniu (dziś Ukraina –Jacek jest też patronem Wołynia). Jednak średniowieczni zakonnicy, zwłaszcza ci wybitni, wcale niekoniecznie działali na terenie swoich miejsc urodzenia. Cyryl i Metody, urodzeni na terenie dzisiejszej Grecji, działali w Czechach i na Morawach, na Śląsku, na Rusi. Święty Wojciech, z ziemi kłodzkiej – wtedy w pań-
GŁUPOTA Z WIKIPEDII: W Wikipedii czytamy: „Jacek Odrowąż żył w okresie rozbicia dzielnicowego, etapu rozwojowego państwa feudalnego datowanego w historii Polski na lata 1138–1320, polegającego na podzieleniu jednolitej monarchii średniowiecznej na wiele zwalczających się księstw dzielnicowych. Zdaniem Marii Boguckiej, władza zwierzchnia księcia senioralnego przestała funkcjonować już za Kazimierza Sprawiedliwego”. To potrzebne jest zdanie mało znanej historyczki, Marii Boguckiej, żeby wiedzieć, że w 1180 roku papież wydał bullę, w myśl której zasada senioralna przestaje funkcjonować i każde z dotychczasowych dzielnicowych księstw stała się niepodległym państwem?
stwie czeskim – działał w Polsce, na Rusi i Prusach. I tak dalej i tak dalej. Kościół katolicki działał wówczas w – można tak powiedzieć – religijnie zjednoczonej Europie.
DROGA DO POLSKI, NA RUŚ, DROGA DO ŚWIĘTOŚCI Jacek był pierwszym w Polsce dominikaninem. Ale też ascetą, podobną słynącym cudami. Jednak zanim się to stało, odbywał studia w Paryżu i Bolonii. A habit dominikański przyjął z rąk samego Dominika, założyciela zakonu. Wkrótce potem Dominik wysłał go do Polski, jako przedstawiciela Zakonu Kaznodziejskiego (jak brzmi oficjalna nazwa dominikanów), aby tu budował struktury tego zgromadzenia. Do Krakowa dotarł latem 1221 roku. Dość szybko otrzymali od biskupa Iwo Odrowążą kościół św. Trójcy, kolebkę polskich dominikanów. Pomocny był zapewne fakt, że biskup Iwo Odrowąż był bliskim krewnym Jacka, członkiem tego samego rodu. Jednak sam Jacek zabawił w Krakowie zaledwie kilka lat. W 1228 roku wyruszył na Ruś (dzisiejsza Ukraina), gdzie zakładał klasztory w Kijowie i Haliczu. Tereny te nie miały wspólnego z Polską, trafiły do terytorium państwa polskiego kilkaset lat później. Ruś była już wówczas prawosławna (rozdzielenie kościoła wschodniego i zachodniego nastąpiło w 1054 roku), ale ruscy książęta z dynastii Rurykowiczów byli, jak byśmy to dziś powiedzieli, ekumeniczni i życzliwie przyjmowali u siebie „papieskich” zakonników. Musiał być Jacek dobrym organizatorem, bo wkrótce potem dominikanie wysłali go na północ, nad Bałtyk, gdzie z jego inicjatywy powstały klasztory w Gdańsku, Chełmnie, Elblągu, Toruniu, a także w Rydze, Dorpacie i Królewcu. A więc na terenach już chrześcijańskich, ale też znajdujących się we władaniu pogańskich jeszcze Prusów, Jaćwingów i Żmudzinów. Pod koniec życia zamieszkał w pierwszym założonym przez siebie klasztorze, krakowskim. Tam też zmarł, najprawdopodobniej 15 sierpnia 1257 roku.
NIE TYLKO JEGO SOBIE PRZYPISALI W Wikipedii czytamy, że „Jacek Odrowąż był siódmym dominikaninem i piątym Polakiem wyniesionym na ołtarze”. Siódmym dominikaninem – zgoda. Polakiem nie był, więc ani piątym, ani dwudziestym piątym. Zresztą z tym „piątym” też można by dyskutować, gdyż ani
n Na kolumnadzie świętych przy watykańskim placu św. Piotra jest tylko jeden święty z terenów obecnej Polski. To jednak nie Polak, a Ślązak, Jacek Odrowąż. pierwszy, św. Wojciech nie był Polakiem (był ostatnim potomkiem możnowładczego czeskiego rodu Sławnikowiców), ani Jadwiga Śląska nie była Polką (była Niemką, Bawarką, żoną władcy śląskiego, nie polskiego).
n Tak przedstawiany jest w ikonografii. Tak więc rzeczywistych polskich świętych z Polski w czasach przed Jackiem mamy dwóch: św. Stanisława ze Śzczepanowa i mało znanego św. Andrzeja Świerada (Żurawek) z X wieku. Obaj byli z Małopolski. Nie tylko Odrowąża, ale też Wojciecha i Jadwigę znacznie łatwiej uznać już za Ślązaków. Jadwigę, bo była wprawdzie Bawarką, ale żoną władcy niepodległego Śląska; a Wojciecha, bo jego rodowe państewko, ziemia kłodzka, leży na pograniczu Czech i Śląska.
NA PLACU ŚW. PIOTRA I NA OBRAZACH MISTRZÓW Wróćmy do Jacka Odrowąża. Kanonizował go papież Klemens VIII, w roku 1594. A o znaczeniu tej postaci niech świadczy fakt, że gdy budowano Watykan, wśród 140 figur, które okalają plac św.
Piotra, znajduje się też Jacek Odrowąż. Żadnego polskiego świętego tam nie ma. W 1686 roku papież Innocenty XI ustanowił świętego głównym patronem Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Święty Jacek jest patronem archidiecezji katowickiej i diecezji opolskiej, a także Krakowa, Kijowa i Wrocławia. Jest również patronem polskiej prowincji Zakonu Kaznodziejskiego. Jacek Odrowąż jest świętym znanym szeroko poza Śląskiem i poza Polską. W baroku był we Włoszech jednym z najczęściej malowanych świętych. W ikonogorafii przedstawiany w habicie i czarnym płaszczu z kapturem, a w dłoni trzyma monstrancję oraz księga, nawiązująca do jego działalności kaznodziejskiej. W legendach zaś przedstawia się go jako idącego po wodzie, na ratunek tonącemu chłopcu. Na terytorium obecnej Polski kult Jacka poza Krakowem rozkwita oczywiście od lat w Kamieniu Śląskim, miejscu jego urodzenia. Odpust około 17 sierpnia przyciąga tu tysiące wiernych z bliższych i dalszych okolic. Istnieją źródła potwierdzające, że jeszcze przed kanonizacją w końcu XV wieku, modliła się tu do niego miejscowa ludność. Kult Jacka rozkwita także przy okazji jarmarków, w Poznaniu czy Warszawie. Inaczej niż w Gdańsku nie są to Jarmarki Dominikańskie, lecz Jarmarki św. Jacka. Aż dziwne, że na pomysł taki nie wpadnie Opole, historyczna stolica Górnego Śląska, z którego wywodzi się Jacek, jedyny przez kilka stuleci górnośląski święty. Dariusz Dyrda
TAKŻE W LOURDES Figura Św. Jacka znajduje się nie tylko na placu św. Piotra w Rzymie. Jest jedynym nie-Francuzem, znajdującym się w kolumnadzie drogi procesyjnej w Lourdes. A w 1594 roku w hiszpańskiej Saragossie rozpisano konkurs poetycki na jego cześć. Wygrał go Miguel de Cervantes y Saavedra (1547–1616), który potem zasłynął w całym świecie, jako autor pierwszego romansu satyrycznego „Don Kichot”.
13
sierpień 2016r.
Nojlepsze gŷszynki! Do cołkij familie i kamratów
35zł
30zł
We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!
45zł
35zł
35zł
A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?
35zł
35zł
35zł
35zł
5zł
30zł
30zł
5zł
Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 535 998 252, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.
* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!
14
T
sierpień 2016r.
Nowa książka Cichonia już niebawem
rzy miesiące temu pisaliśmy o książce Waldemara Cichonia „Zdarziło sie na Ślonsku“. To kilkanaście zabawnie napisanych historyjek – każda w dwóch wersjach językowych, po polsku i we godce – opowiadających o niezwykłych śląskich postaciach i wydarzeniach. Była więc bitwa pod Legnicą, ale był też himalaista Jerzy Kukuczka.Bardzo ładnie wydana, i jeszcze ładniej ilustrowana książka adresowana jestdo
B
oł łon ślonski grof, geniyialny wynojdywocz, jedyn z piyrwszych szpecow łod absztelowania bez drotow. Godajom, iże to łon złonaczył nowoczesno telekomunikacjo! Ja, idzie pedzieć, iże tyż skiż niego mogymy dzisiej dzwonić z mobilniokow i sznupać we internecie. Urodził sie we Gorzycach - majontku ziymskim kole Wodzisłowia Ślonskigo. Jak kożdego synka z niymieckij familie grofow, łod bajtla bildowali go na gospodorza i wojoka. Ja, ale łonymu gospodarka ani wojowanie blank niy pasowało. Za to mioł rod wszysko, co sie tyczy techniki a maszyn. - Jezderkusie, łon niy bydzie za wojoka - jargoł sie jego fater, kiery mioł łone fest niyrad. - Durś ino te śrobki a dinksy łoglondo. Coby sie fater niy szterowoł młody Georg sztopnoł sztudirowanie matymatyki a przirody i poszeł do wojska we Berlinie. Szczimoł tam ino trzi lata, potym tak mu łone łobrzidło, iże zaś zaczon nauka. Poszeł do Charlottenburga - słynnyj Wyższyj Szule Technicznyj. Sam sztudirowoł budowa maszyn i technika, sam trefił sie z profesorym Adolfym Slabym. To był szumny uczony, jedyn z nojwiynkszych w Niymcach szpecow łod elektrotechniki i jedyn z piyrwszych majstrow łod telekomunikacje. Hnet sie pokamracili i profesor pedzioł ulubionymu sztudyrokowi, iżby tyn łostoł jego spomogoczym. To kamracynie łobstowało wiela lot i skiż nigo wynodli moc patyntow. W 1897 roku prziglondali sie blank ciekawymu ekszperymyntowi. We Anglije włoski wynajdywocz Gugliemo Marconi po roz piyrwszy wysłoł powiadomiynie telegrofym bez drotu. Łobaj mieli blank radzi to, co łoboczyli. - Na zicher muszymy łono złonaczyć u nos - pedzieli se.
dzieci, ale dorosły czytelnik, jeśli Śląsk jest mu bliski, przeczyta ją także z przyjemnością. Jako pierwsi informujemy, że na ukończeniu jest druga część, w której Waldek pokazuje kolejne wybitne śląskie postaci, chociaż nie tylko ludzi, bo jest na przykład rozdział o fiacie 126p. Jednak przede wszystkim pokazani są tam ludzie. Często zapomniani, jak Emin Pasza, niezwykle znacząca w Afryce postać końca XIX wieku, ale noszący prawdziwe na-
zwisko Schnitzer ów zaPasza był Ślązakiem z Opola.Nikomu na Śląsku nie trzeba natomiast mówić, kim był na przykład John Baildon, ale i o nim z książki Cichonia dowiemy się sporo mało znanych szczegółów. My, dla pokazania stylu pisania Waldemara Cichonia wybraliśmy inno rozdzialik z jego nowej, jeszcze nie wydanej książki. O dużym walorze poznawczym, bo o ile o Baildonie, Dzierżoniu, Mateczce Ewie von Thiele słyszało na
Śląsku wielu ludzi, o tyle wybitny ślaski wynalazca Alexander von Arco spod Wodzisławia jest niemal nieznany. Prezentujemy tu jedynie śląską wersję tekstu. Waldek Cichoń czekając na ostateczne usystematyzowanie śląskiej transkrypcji, na razie pisze używając jedynie liter polskiego alfabetu. Operuje jednak nimi z dużym wyczuciem, co nie przeszkadza w czytaniu tak zapisanego śląskiego języka.
Georg Wilhelm Alexander graf von Arco (1869-1940)
Radyjowy hercog Pora tydni potym naiste sprobowali. Z wiyrchu wieży kościoła w Sacrow pod Poczdamym posłali sygnoł, kiery łodczytali połtora kilometra dalij, w bazie cesarskij marynarki wojynnyj. Boła to piyrszo tako transmisjo w Niymcach - piyrwy do godania bez telefon i posyłanio telegramow zdatne boły droty. Ja, toż boło to droższe, a przi tym nie dawało sie posłać telegrama na szif - no bo jak ciongnońć droty do kożdego łonego? Skuli tego marynorze chcieli mieć takie łone, kiere by ich przi posyłaniu powiadomiyń na szify spomogło. Slaby i von Arco wziyni sie do roboty. Sztudirowanie i wynojdywanie nowych dinksow do łonego posyłanio powiadomiyń bez drotu udowało sie, toż po leku posyłali łone coroz dalij. Hnet udało sie alfabetym Morse’a posłać sygnoł 21 kilometrow łod miyjsca nadanio. Ja, terozki antyna nadawczo wrazili w srogi luftbalon i puścili łonego 300 metrow w luft. Po roku sygnoł dało sie już posyłać 60 kilometrow dalij. Szła im ta robota dobrze, toż dali sie do wynojdywania blank nowych dinksow do absztelowanio bez drotow - antyn, mikrofonow i inkszych do łonego. Graf von Arco stoł sie nojwiynkszym w Niymcach szpecym łod takigo absztelowanio. Hnet łostoł derechtorym i głownym inżinierym w blank nowym manszafcie, kiery mioł łone radiowe technologie łonaczyć. Boło z tym trocha szpasu: nałonczas w Niymcach
boły dwie firmy, kiere sie łonym zajmnowały. W piyrszyj - AEG - robili Slaby i von Arco, drugo mianowała sie Siemens-Halske. Niy chcieli jedne wynojdywocze z wturymi fongować naroz, niy chcieli sztimować. Jak jedni co wynodli - niy pedzieli drugim. Som kajzer Wiluś musioł na koniec wstryczyć do łonego swoi dwa piyntoki. Jak już tego wszyskiego było doś, to sie zgorszył i pedzioł - łodtond mocie łonaczyć badania razym i szlus! Tak powstała badawczo ferajna Telefunken, kiero za pora lot przeksztołciła sie w jedna z nojwiynkszych firm łod radiowych technologiow na świocie. Von Arco łostoł amtsforsztejerym łonego. Za niudugo Telefunken mog sie pochwolić wielkim łosiongniyciym - w Nouen postawiła srogo radyjostacyjo, kiero mogła posyłać sygnoły na dalekość 300 kilometrow. Ja, dzisiej to nic nodzwyczajnego, ale nałonczas - to boło cosik! Inkszy kunsztik to boł, jak noszymu hercogowi podarziło sie posłać na dalekość ludzki głos. To boła piykno operowo aria, kiero śpiywoł Italok Enrco Caruso. Prziglondała sie i przisłuchiwała łonymu sama cesarsko para; godajom, iże kajzer Wiluś mioł to rod. Ludzie niy mogli sie tyż nadziwować, jak 29 paździyrnika 1923 roku po roz piyrwszy w Niymcach mogli se posuchać radyja. Dyć, przi łonym robił tyż Georg von Arco, kierymu zaczyni godać „Jego Wysoko Czynstotliwość”.
„Radyjowy herzog” wynod ponad 100 patynow do radyjowych technologiow i absztelowanio bez drotow. Ale pszoł niy ino technice a radyju: mioł tyż rod filozofia, przeciwił sie wojnom,
chcioł iżby Niymcy pokamracili sie z Francuzami. No i łobywilwioł auta. A jak już boły szerwone… Som złonaczył pora łonych, jak boł na pynsyji. Ja moc dobrego wynod! Eli bez łonych dinksow świot bołby dzisiej taki som, eli ludzie mogliby ze sobom godać i posyłać se powiadomiynia tak leko i wszyndzie kaj som? Zdo sie, iże niy. Nasz ślonski herzog boł jedyn z tych, kierzy to wszysko zaczyni. Toż spomnijcie se ło łonym, jak dzwonicie kaś z mobilnioka, posyłocie z łonego SMS abo używocie internetu.
WALDEMAR CICHOŃ (ur. 1974) jest tyszaninem, takim blank ślůnskim pniokiym ze familie, kiero miyszkała sam ŏd zawżdy. Z wykształcenia i zawodu dziennikarz zaczynał w tyskich tygodnikach lokalnych. Potem zaczął pracować w ogólnopolskiej prasie branżowej, a pisarzem – chociaż marzył o tym od dziecka – został przez przypadek. Otóż jego mały syn Marcel nie polubił czytania, ale za to chętnie bawił się z ich domowym kotem Cukiereczkiem. Waldek, żeby zachęcić syna do lektury napisał serię książeczek dla dzieci o Marcelu i Cukiereczku. Książki te stały się bardzo popularne, sam Waldek czuł jednak coraz większą potrzebę pisania także w swojej ojczystej mowie, po śląsku. I tak powstało Zdarziło sie na Ślonsku, a obecnie przygotowywana jest do druku druga część.
15
sierpień 2016r.
FIKSUM DYRDUM
J
erombol! Coby ze tym światŷm ŷntlich boło, kiej by Poloki durś go niŷ retowały! Tak kaś kole Dnia Polskigo Wojoka, to je roczniceWarszawskij Bitwy, senator Żaryn ze PiS padoł, iże na jij storocze winny do Polski przījechać delegacyje wszījskich ojropejskich nacyj, a uklynknonć. Skirz tego, co Poloki we 1920 roku zretowali cołko Europa ŏd ruskij inwazje. Na ta okoliczność senator Żaryn chciołby tyż bez Wisła, kole Warszawy, przeciepać Łuk Triumfalny. A zaś wy, paciuloki, Francuzy, Niderlandczyki, Niymce a insze Italoki klynkejcie, przed nami, zaś my bydymy wom ŏsprawiać o ksiŷndzu Skorupce, kiery ta warszawsko bitwa wygroł, a ŏ Wielgim Prezydŷncie, kiery polyg pod Smoleńskiŷm. Bydziecie mogli tyż ŏddać pokłon cwilingowi Wielgigo Prezydŷnta. Pora dni przůdzij kieryś ze polityków PiS (zdo mi sie, iże minister Macierewicz) ŏsprawioł ŏtym, iże Warszawski Powstanie zretowało Ojropa przed – toć, że tyż – bolszewickom inwazjom. To je ale cud – kielanoście tauzŷnůw karlusůw ze rebulikami i gŷwerami a flaszkami ze benzinom zretowało Ojropa przed najsrogszom armiom świata, kiero miała godnij tankůw, jak ŏni giwerów! Że tyż ta gupio Ojropa niŷ chce spokopić, iże we 1944 roku warszawioki jom zretowały, chocia coby tego dokozać, musiały zbulić swoji miasto. A to przecież nie koniec. W 1683 roku polska husaria pod królem Sobieskim uratowała Europę przed inwazją islamską. To Polakom Niemcy
Retownicy świata zawdzięczają, że dopiero teraz, a nie 300 lat wcześniej, w niemieckich (czy duńskich) miastach trzeba przestrzegać prawa szariatu. Oczywiście nie można zapomnieć i o roku 1989, kiedy to dzielny naród polski wyzwolił Europę Środkową od komunistycznej zarazy. Stwierdzam jednak z przykrością, że polscy politycy zbyt skromnie eksploatują ratowanie świata. Je-
sji czołobitności za ratowanie jej przed germańskim zalewem pod Grunwaldem, w roku 1410. I zwrócić uwagę, na chlubną postawę pułków smoleńskich, które dzielnie tam walczyły pod rozkazami polskiego króla. Dlatego można by, zamiast upominać się o wrak, zażądać od Rosjan, żeby w podzięce za Grunwald oddali wrak razem z całą Ziemią Smoleńską i przyległościami.
cy świat ratowali) – to przypominaliby Polacy ciągle światu, cywilizacji zachodniej i wschodniej, że swoje istnienie zawdzięcza tylko narodowi polskiemu. W tej sytuacji żaden zachodni polityk, przepełniony wdzięcznością, nie ośmieliłby się Polsce wypomnieć jakiegoś Trybunału Konstytucyjnego czy innych pierdół. Ruscy do wdzięczności, jak wiadomo, zdolni nie są, ale nimi
Prawdę powiedziawszy, kiedy słucham tego wszystkiego, to zastanawiam się, po co Polsce to całe NATO! Czyż nie piękniej byłoby, jak w 1944 roku, porwać się samotnie na przeważające siły wroga, zginąć na barykadach, ale uratować Europę przed wschodnimi barbarzyńcami i okazać prawdziwe oblicze tych barbarzyńców? A za kilkadziesiąt lat, gdy Warszawa wyzwoli się z ruskiej okupacji, mieć kolejną okazję do świętowania tych pięknych polskich zwycięstw moralnych śli śląskiego władcę Henryka Pobożnego uważają za Polaka – a wbrew logice uważają – to można na przykład śmiało stwierdzić, że w 1242 roku Polacy uratowali Europę przed zalewem mongolskim. Tak naprawdę bitwa pod Legnicą miała marginalne znaczenie, ale chyba jednak większe, niż Powstanie Warszawskie. Poza tym, chyba przez skromność, Polacy przyznają się do ratowania tylko zachodu przed wschodem. Podczas gdy mogliby spokojnie zażądać od Ro-
Piękna by to była historyczna narracja: Polacy ratowali wschód przed zachodem a zachód przed wschodem. Teraz jest w niej nierównowaga, sugerująca, że dzielny i szlachetny polski naród nie wszystkim potrzebującym niesie pomoc. I gdyby tak organizować miesięcznice na każdą z tych okazji: bitwy pod Legnicą, bitwy pod Grunwaldem, bitwy pod Wiedniem, bitwy Warszawskiej, Powstania Warszawskiego (i wielu innych bitew, w których Pola-
nie ma się co przejmować, bo eskadry szybowców z polskich aeroklubów, które na wojnę szykuje już minister Macierewicz, zapewnią nam druzgoczącą miażdżącą przewagę nad niewdzięcznymi kacapami. A gdyby przypadkiem nie zapewniły, to też szkoda niewielka – w najgorszym razie w nierównym boju Polacy po raz kolejny uratują świat przed zalewem wschodnich hord, ruską inwazją. Pięknie będzie. Prawdę powiedziawszy, kiedy słucham tego wszystkiego, to zastana-
wiam się, po co Polsce to całe NATO! Czyż nie piękniej byłoby, jak w 1944 roku, porwać się samotnie na przeważające siły wroga, zginąć na barykadach, ale uratować Europę przed wschodnimi barbarzyńcami i okazać prawdziwe oblicze tych barbarzyńców? A za kilkadziesiąt lat, gdy Warszawa wyzwoli się z ruskiej okupacji, mieć kolejną okazję do świętowania tych pięknych polskich zwycięstw moralnych. Różni prawicowi politycy i dziennikarze czytają Ślůnski Cajtung. Ulubieniec nowej władzy red. Semka , w TVP, podobnie jak portal www.wpolityce.pl lubią się na nasz miesięcznik powoływać w programach telewizyjnych. Politycy ci i dziennikarze natychmiast rozszyfrują mój niecny spisek. Dyrdzie idzie o to, by w kolejnym rozbiorze Polski ruscy zajęli Warszawę, a tacy jak on śląscy separatyści, podarują wtedy Śląsk Angeli Merkel. Albo jakiemuś innemu Abdullahowi Hossanowi, który wtedy zapewne będzie kanclerzem Niemiec. Ale niedoczekanie zakamuflowanej opcji niemieckiej, niedoczekanie! Oczywiście, że niedoczekanie. Tym bardziej, że wcale na to nie czekam. Tylko nijak nie potrafię zrozumieć, jak dorośli ludzie, piastujący wysokie państwowe urzędy, mogą z poważną miną wypowiadać przed obiektywami kamer takie głupoty o ratowaniu świata. No chyba że, po usunięciu z telewizji publicznej kabaretów, to politycy mają w niej zapewnić widzom dawkę humoru. Tylko jaki procent widzów się połapie, że oni po prostu jaja sobie robią? Dariusz Dyrda
PISZE CÓRKA NACZELNEGO
Gold Cug
N
iestety, sen pękł jak bańka mydlana. Naukowcy się nie mylili i nie dość, że w tunelu pod Wałbrzychem złotego pociągu nie ma, to nawet tunelu nie ma. A przecież każdy tam, między Wałbrzychem a Świdnicą rękę by sobie dał uciąć, że tereny wokół zamku Książ są zryte tunelami kolejowymi, niczym Bytom chodnikami górniczymi. A tu psińco – jak mawia mój ojciec – koparki kopały, kopały ale w najlepszym razie wydobywały kawałki potłuczonych filiżanek. A głębiej już tylko glinę i ił. W Złoty Pociąg nie wierzyłam od początku. Bo niby czemu Niemcy mieliby chcieć ukryć swoje skarby terenach, które po 1945 roku mają przypaść zapewne Polsce, a nie tym, które tak czy inaczej Niemcami będą. W jakichś alpejskich, trochę jednak większych niż karkonoskie, kryjówkach? Wiarę w Pociąg najbardziej podsycało to, że przybysze na „Ziemie Odzyskane” co i rusz w kominach, zamurowane
w ścianach, zakopane w ogrodach, znajdowali skarby poprzednich mieszkańców tych ziem. Raz było to trochę złotych monet, innym razem kosztowności, albo – nic zresztą już nie warte – akcje niemieckich przedsiębiorstw. Ale to przecież ogromna różnica. W 1945, gdy na „prastare piastowskie ziemie” wkraczało państwo polskie i armia sowiecka, kazano się Niemcom wynosić stąd z jedną walizką.
Niemiec. Zwłaszcza, jeśli byłby to pociąg pancerny. Już widzę, jak taki Panzer Cug jedzie sobie przez Dolny Śląsk do Berlina, połyskuje zaruściałymi armatami, a ludność przybyła zza Buga spogląda i mówi: o, jakiś nowy model volkswagena czy cuś? Z opowieści rodzinnych, ale i na przykład wielkiej polskiej pisarki, Marii Dąbrowskiej, wiem, że Polacy otrzymali na
Po części wycyckane, po części zaniedbane, są dziś tylko cieniem tego, co Polska dostała tu w 1945 roku (no, może poza Wrocławiem, on znów staje się europejską metropolią!). I kiedy już wszystko wycyckano, nagle po latach pojawiła się nadzieja, że oto można jeszcze wycyckać Złoty Pociąg. Że coś z niemieckiego bogactwa jeszcze tu zostało. Nic więc dziwnego, że Gol-
Co innego jednak wrócić cichcem po zakopane w ogrodzie monety, a co innego po cały Golden Cug! Tylko wariat mógłby wierzyć, że uda się go cichaczem wykopać i jeszcze pojechać do Niemiec. Zwłaszcza, jeśli byłby to pociąg pancerny. Już widzę, jak taki Panzer Cug jedzie sobie przez Dolny Śląsk do Berlina, połyskuje zaruściałymi armatami, a ludność przybyła zza Buga spogląda i mówi: o, jakiś nowy model volkswagena czy cuś? Kto tam na poniewierkę zabierze swoje skarby? Lepiej ukryć i wierzyć, że kiedyś się po nie cichcem wróci. Co innego jednak wrócić cichcem po zakopane w ogrodzie monety, a co innego po cały Golden Cug! Tylko wariat mógłby wierzyć, że uda się go cichaczem wykopać i jeszcze pojechać do
Zachodzie ziemie mlekiem i miodem płynące, jakże inne od tych zacofanych, biednych kresów wschodnich. Dąbrowska przewidywała, a historia przyznała jej rację, że Polacy nie dadzą radę poziomu cywilizacyjnego tych ziem utrzymać i że będą się one staczać, w kierunku tych kresów litewsko-białorusko-ukraińskich.
den Cug ożywił nadzieje. Ale nadzieja, jak wiadomo, matką… Drugą odsłonę poszukiwania Pociągu obserwowałam już z USA, gdzie przebywam od dobrych kilku tygodni. Kraju wyrwanego Indianom, biednego, który jednak – odwrotnie niż „Ziemie Odzyskane” -udało się uczynić krainą miodem i
mlekiem płynącą. Kraju, gdzie marzenia się spełniają. Czego jeszcze wprawdzie nie odczułam. A w zasadzie odczułam. Bo przyjechałam tu niby do pracy, opiekować się dziećmi, a jak na razie stale jestem na wakacjach. Na jedne zabrała mnie rodzina, u której sama jestem w Nowym Jorku, na drugie rodzina z Waszyngtonu, u której dziećmi opiekuje się moja przyjaciółka. I mnie, i Hankę traktują tu jak członków rodziny. I nie próbują nam wcale wmawiać, że Amerykanie są czymś lepszym od reszty świata. Zanim siadłam do pisania, przeczytałam ojca felieton. Ten, który jest obok. Przysłał mi go na maila. I sobie tak pomyślałam, że USA dwukrotnie ratowały Europę. W czasie I i II wojny światowej. Ale jakoś chyba nikomu nie przyszłoby tu do głowy, żeby teraz domagać się za to podziękowań i klękania przed narodem amerykańskim. Może dlatego, że wszyscy wiedzą, że oni naprawdę tę Europę uratowali. I nie muszą tego wmawiać ani sobie, ani innym? A swój dobrobyt budują sami, nie zaś szukając ukrytych w Złotych Tunelach skarbów Tolteków, Azteków, czy innych starożytnych indiańskich cywilizacji. Zofia Dyrda
16
slonskisuchar.pl
sierpień 2016r.
Nowości wydawnicze
W ofercie mamy trzy nowe świetne książki:
Super promocjo do każdego, fto chce wydrukować banery abo plandeki po ślůnsku. - Normalno cena m2 - 17 zł + 23 % VAT (brutto 20,91 zł - i tak jedna z nojniższych cen w regionie) - Cena do wydrukůw po ślůnsku za m2 - 13 zł + VAT (brutto 15,69 zł) Drukujŷmy do szerokości 160 cm (długość wiela trzeba) na nojwyższyj zorty maszynie Roland. Zamůwiŷnie idzie skłodać do redakcji Ślůnskigo Cajtunga - Tel. 0-501-411-994, e-mail: megapres@interia.pl
Takim właśnie przykładem jest książka „Dante i inksi” Mirosława Syniawy, będąca antologią wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena 23 złote
Ślůnskie ksiůnżki w hurcie tanij! Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Rychtig Gryfno Godka”? „Pniokowe łôsprowki”? „Asty kasztana ”? Eli ni mosz, terozki festelno szansa kupić je blank tanio. W księgarniach komplet tych książek kosztuje średnio około 135 złotych. U nas razem z kosztami przesyłki wydasz na nie jedynie: !!! 110 złotych !!! Ale możesz je oczywiście kupić także osobno.
„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskij nacyje” to druga część skrzącego się humorem kryminału z elementami fantasy, rozgrywający się na dzisiejszym Śląsku. Jest już w sprzedaży. Autor, Marcin Melon, jest nauczycielem w jednej z tyskich szkół, więc jest to dokładnie ten śląski dialekt, którego używa się na naszym terenie - cena 28 złotych
Koszt przesyłki – 9 złotych. W przypadku zamówienia powyżej 100 złotych – przesyłka gratis. lub telefonicznie 535 998 252. Można też zamówić wpłacając na konto 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 - ale prosimy przy zamówieniu podawać numer telefonu kontaktowego.
Instytut Ślůnskij Godki. 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53
Asty Kasztana, Ginter Pierończyk - „Opowieści o Śląsku niewymyślonym” to autentyczna saga rodziny z Załęża. Jak się żyło w Katowicach śląskim pokoleniom? Historia przeplatana nie tylko zabawnymi anegdotkami,ale też tragicznymi wspomnieniami i pięknymi zdjęciami z prywatnych zbiorów. 92 stron formatu A-5. Cena: 15 złotych.
„Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyrdy – to jedyny podręcznik języka śląskiego. W 15 czytankach znajdujemy kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, a pod każdą czytanką wyjaśnia najważniejsze różnice między językiem śląskim a polskim. Wszystko to uzupełnione świetnym słownikiem śląsko-polskim i polsko-śląskim. 236 stron formatu A-5. Cena 28 złotych.
„Pniokowe Łosprowki” Eugeniusza Kosmały (Ojgena z Pnioków – popularnego felietonisty Radia Piekary) to kilkadziesiąt dowcipnych gawęd w takiej śląskiej godce, kierom dzisio nie godo już żoděn, krom samego Ojgena! 210 stron formatu A-5. Cena 20 złotych.
„Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego – to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron formatu A-4. Cena 60 złotych.
„Komisorz Hanusik” autorstwa Marcina Melona laureata II miejsca na śląską jednoaktówkę z 2013 roku. to pierwsza komedia kryminalna w ślunskiej godce. „Chytrzyjszy jak Sherlock Holmes, bardzij wyzgerny jak James Bond! A wypić poradzi choćby lompy na placu” – taki jest Achim Hanusik, bohater książki. Cena: 28 złotych.
Farbą drukarską pachną jeszcze „Ich książęce wysokości”. To dzieje władców Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wicman Ecik z Masztalskich, ale będącego też wybitnym znawcą kultury i historii regionu - cena 30 zł