Skip to main content

Ślunski Cajtung 04/2017

Page 1

GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ

CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE

Mało Ślůnska!

Ciiiiii! Niy wyzdradźcie nos panoczku, bo my sam propagujŷmy ślůnsko autonomio

We

tym nomerze Cajtunga momy, prowda pedzieć, mało Ślůnska. Bo je sam tekst o Gdańsku i Szczecinie ze kierymi Polska, eli przīdzie ze sąsiadami na krzīwe pyski, moge mieć srogo ŏstuda. I moge się pokozać, co niŷ snokwiony ślůnski separatyzm, ale ŏne mogom być problemŷm integralności polskich grenic. Momy tyż tekst o Łemkach, skuli tego, co im Poloki zrychtowali 70 lot nazod, wiosnom 1947 roku. Idzie pedzieć, co mieli ůwdy jeszcze grożyj, jak Ślůnzoki. Jejch nacyjo Polska chneda unicestwiła. A dziś nacjonalisty padajom, co Bierut, kiej to robił, mioł recht. Dziwno rzecz, ale skuli Ślůnska a Łemkůw polskie prawicowce, kiere ŏbycznie mianujom PRL ruskom okupacjom – som Bierutowi radzi a majom go w zocy! Poczytocie ŏ tym na zajcie 4 a 5. No i momy blank niŷ ślůnski tekst, na przīleżytość rocznice Konstytucje 3 maja. Powiŷ fto: a co ta konstytucjo miała do Ślůnska? Psinco miała, ale pokazywo festelno różnica mentalno miŷndzy Polokoma a Ślůnzokoma. Do naszyj pragmatycznŷj nacyje boła ta konstytucjo rychtycznom balakwastrom. Cweku w nij żodnego niŷ boło, Poloki same sie niom poproisły ŏ rozbiory. A dali szkamdały, co te rozbiory stały się faktŷm! Niŷ je jednak tak, co ślůnskich spraw ni ma. Na zajcie 3 znońdziecie analiza, czamu RAŚ tak spaproł promocja kongresu EFA a na zajcie 2 spominomy, iże 6 maja je rocznica likwidacje naszŷj autonomie. Wele nos to ůwdy, 6 maja a niy 2, werci sie powiesić ślůnsko fana. No a piszŷmy tyż ŏ tym (zajty 5-6), jak bydzie ze naszymi szpitalami, kiej już wlezie ta szumno Sieć. Wele nos bydzie z tego kupa śmiŷchu. Z przewagom kupy. No i momy nowego felietonisty, warszawioka. Ale tŷn warszawiok, Marek Łuszczyna je przeca autorŷm bucha „Polskie Obozy Koncentracyjne”, kiero ŏsprawio ŏ tym, jak Polska do Ślůnzokůw te lagry we 1945 roku ŏtwiŷrała. Łuszczyna robi wiŷncyj do historycznŷj prowadzie o Ślůnsku, jak mocka szumnych Hanysůw. Wiŷmy, co chocia Cajtung je kwietniowy, we aprilu ciynżko go kupić, chneda wszandy do kioskůw trefi 2 abo i 4 maja. Ale momy tako wiara, co nom wyboczycie. Szef-redachtůr

NR 6/7 4 (61) 2017r. 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 3,00 ZŁ (8% VAT) (42)kwiecień CZERWIEC/LIPIEC

Konspiracyjny Kongres - czytaj str. 3

Przepraszamy za spóźnienie

- ale już niebawem

Z

łośliwość rzeczy martwych oraz zrządzeń losu spowodowały, że druk książki „Gott mit Uns – ostatni żołnierze” opóźnił się prawie o dwa miesiące. Wszystkich, którzy na nią niecierpliwie czekają przepraszamy i zapewniamy, że w maju zaczniemy realizować Wasze zamówienia. Także w maju (ale raczej pod koniec i na początku czerwca) trafi do wybranych, dobrych księgarń. Przepraszamy tych wszystkich, którzy licznie dzwonią i piszą maile, zamawiając te pasjonujące wspomnienia ostatnich żyjących Ślązaków – żołnierzy armii III Rzeszy, bo chociaż nie czujemy się winni opóźnień, to jednak lubimy dotrzymywać słowa. A chętnych do nabycia książki prosimy kontaktować się z nami po 15 maja. Pod adresem maila megapres@interia.pl, na koncie fb Instŷtut Ślůnskij Godki lub pod numerami telefonu: 501-411-994 lub 535 998 252. Wydawca


2

kwiecień 2017r.

Homo sapiens pedzioł tak: PIOTR SEMKA, czołowy proPiS-owski publicysta w wywiadzie dla portalu silesion. pl (27.03.2017 r.), w kontekście kongresu EFA stwierdza: „Proszę zauważyć, że w Niemczech nie ma okręgów autonomicznych, mimo że są oficjalnie uznane przez państwo mniejszości narodowe. W tym kraju, podobnie jak we Włoszech, gdzie na północy jest silna mniejszość tyrolska, która ma odrębną kulturę i język, hasło autonomii nie jest aprobowane. Są to bowiem kraje o charakterze unitarnym, podobnie zresztą jak Polska, i nie tworzą regionów autonomicznych”. Panoczku Semka, wy se musicie jakie insze cajtungi a ksiůnżki kupić, bo fanzolicie, oj, fanzolicie. Katać Niŷmcy som państwŷm unitarnym, kiej mianujom sie „Federalno”. A to skirz tego, co kożdy land je autonimiczny. Hań autonomio majom wszyjscy, Bajeroki, Sasy, Szwaby a inaksze. Kożdy mo swůj regionalny rzond a swůj parlament. Po wtóre, we Tyrolu ni ma żodnŷj myńszości tyroslkij, ino nimiecko. Ku tumu we Italie, chocia je unitarno, regiony autonomiczne som. I fto wom pedzioł, co hań hasło „autonomio” niy je aprobowane? Ten sam Piotr Semka 30 marca w TVN (Loża Prasowa) mówi o metropolii warszawskiej, że jest źle wprowadzana, bo na Śląsku ze swojej wszyscy są zadowoleni. A wyście panoczku Semka spytali tych wszyjskich? Bo wiŷcie, PiS padoł, co we Warszawie tyż wszyjscy bydom radzi, ale kiej przīszło ku referendum, tuż pokozało sie, co chneda żodŷn jij niŷ chce. Moge u nos byłoby tak samo? Bo jedŷn niy chce do kupy Ślůnska ze Altrajchŷm, wtóry niŷ wiy, na pierona mu to. Ino nos żodyn ŏ opinia niŷ pytoł. Bo i na co, kiej Semka wiŷ, co u nos kożdy je „za”.

Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów

redakcja nie zwraca.

POLSKA PRESS Sp. z o.o.,

Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec

6 maja, wywieś fana Nijak niŷ idzie spokopić, czamu poniŷkierzy przīszli ku tŷmu, co 2 maja bydzie Dniŷm Ślůnskij Fany. Czy my som jaki papagaje, kiere muszom robić wdycki to, co Poloki? I kiej ŏni ŏgłosili, iże 2 maja bydzie festym fany polskij, to my tego somego dnia muszymy mieć fest naszŷj żółto-modryj?

li zamachu stanu a wziŷni władza, brali nom koncek po koncku tŷj autonomie. Ale cołkij niŷ mieli śmiałości zlikwidować. Zrobiły to dziepiŷro komunisty, kiere chciały Ślůnzokůw upokorzyć a zastraszyć, bestuż rychtowały do nos lagry koncentracyjne, kozali pod-

pisować Deklaracjo Wierności Narodowi Polskiemu – no i znieśli autonomio. Fto 6 maja powiesi ślůnsko fana, tŷn do sygnał, co my ŏ tym wszyjskim pamiŷntomy a spodobać sie polskimu nacjonalizmowi niŷ domy. DD

R

ychtyczny fest ślůnskij fany winiŷn być sztyry dni niŷskorzyj. Coby pokazywała ŏna, co autonomie my niŷ przepomnieli a niŷ przepomnymy nikej! A genau 6 maja (1945 roku) Krajowa Rada Narodowa, kierom regierowoł Bolesław Bierut, zniesła ślůnsko autonomio. Zrobiła to bezprawnie, wbrew polskij konstytucje, kiero tŷn KRN uznowoł. Konstytucjo nakazowała zapytać ŏ zwola na kożdo zmiana w autonomie – tuż tym barżyj jej likwidacjo – Sejm Śląski. A przeca tŷn Sejm po wojnie się niŷ zebroł, a zwoli niŷ doł, tuż dekret KRN boł niŷlegalny. Ale! III RP ŏdowołała już wszyjskie niŷlegalne dekrety Bieruta, krom tego jednego. Kiej ukrzywdził kogo inszego, jak samych Polokůw, to widać Bierut boł dobry. Widać to tyż po Łemkach, o kierych piszymy na zajcie 5. Autonomio ślůnsko prowda pedzieć ograniczały już piłsudczyki. Zaro, jak ino we 1926 roku dokona-

C

zasami pisujemy o portalu prawicowo-nacjonalistycznym wpolityce.pl. Który z upodobaniem, a udaje też, że ze znawstwem, analizuje to, co dzieje się na Śląsku. Stojąc oczywiście na stanowisku, że Śląsk jest odwiecznie polski, a Ślązacy są po prostu Polakami. Pisuje tam między innymi częsty bohater naszych łamów Piotr Spyra, a portal lubi uchodzić za ekspertów w śląskich sprawach. Popis swojego eksperctwa dali 20 kwietnia, kiedy przeprowadzali wywiad z wojewodą śląskim, Jarosławem Wieczorkiem. I to dali go już w pierwszym pytaniu, które brzmiało: Panie Wojewodo, 20 kwietnia 1873 roku urodził się Wojciech Korfanty. Kiedy umierał, w 1938 roku, „Kurier Polski” żegnał go stwierdzeniem,

n Dekret z 6 maja 1945, znoszący autonomię województwa śląskiego.

Ekszperty wpolityce że wielka jest księga długów jakie naród polski zaciągnął u człowieka, który „utrzymawszy polskość śląskiej ziemi” pod zaborami, włączył potem „do polskiej korony ten klejnot”. A w pana ocenie jaki dług najważniejszy mają Polacy u Korfantego? Ups, jedno pytanie, a tyle głupot. Jak się chce rozmawiać o Korfantym i jego śmierci, to wypadałoby sprawdzić, kiedy zmarł. A było to w roku 1939, nie 1938. Powiedziałby im to prawie każdy, kto choć trochę interesuje się historią Śląska, bo to wiedza powszechna, że piłsudczycy wypuścili go z więzienia śmiertelnie chorego, tuż przed II wojną światową.

Poza tym gdyby panowie ci znali historię Polski, o której tak chętnie rozprawiają, to wiedzieliby, że Śląsk nigdy nie był pod zaborami. Bo termin „zabory” jest ściśle związany z terminem „rozbiory Polski” – zabory to właśnie te tereny, które na skutek rozbiorów przypadły trzem sąsiednim mocarstwom. W czasie rozbiorów Śląsk już od kilkuset lat nie miał z Polską nic wspólnego, więc i pod żadnym zaborem nie był. Rozmówca portalu, wojewoda Jarosław Wieczorek okazał się nie lepszy. Najpierw bowiem wyznał, że nie ma zgody na zakłamywanie historii, ale nie chodziło mu wcale o to zakłamane pytanie, tylko prawdę o naszej historii,

opowiadanej choćby przez Cajtung, a potem dodał: „Myślę, że władze centralne i władze stolicy mogłyby zaangażować się w ideę zbudowania pomnika Korfantemu w Warszawie. 100-lecie odzyskania niepodległości Polski, przypadające w roku 2018, jest doskonałą do tego okazją”. Ciekawi bylibyśmy dlaczego w kontekście Korfantego dobry jest rok 1918, a nie na przykład 1916 czy 1925. Albo jakikolwiek inny. Bo jeśli chodzi o Śląsk, a raczej jego kawałek, to trafił od do Polski cztery lata później, w roku 1922. Wojewoda fanzolił na własny rachunek. Pod pytaniem nikt się nie podpisał, widnieje tam adnotacja, że to zbiorowy tekst redakcji wpolityce. pl. Widać oni tam wszyscy takie śląskie eksperty. DD


3

kwiecień 2017r.

RAŚ zmarnował fantastyczną okazję, by pokazać Polakom o co mu chodzi

Kongres konspiracyjny Na przełomie marca i kwietnia odbył się w Katowicach kongres EFA – Wolnego Sojuszu Europejskiego, skupiającego narody bez państw. O tym, że nadchodzi, pisaliśmy w numerze lutowym i marcowym. Dziwiąc się zarazem, że jego gospodarz, Ruch Autonomii Śląska, nie robi nic, by imprezę rozpropagować. I rzeczywiście, przeszedł on niemal zupełnie niezauważony. Jakby w konspiracji!

M

edia ogólnopaństwowe nie zauważyły imprezy wcale, media regionalne potraktowały ją marginalnie. RAŚ zmarnował rzadką okazję, by pokazać Polsce, że autonomia w Europie to

CZEGO NIE CHCIELI POKAZAĆ? RAŚ z kongresem EFA poszedł w konspirę! Pytanie czemu? Nie chciał drażnić polskich nacjonalistów? Raczej nie – bo

Gdy wrzucimy Kongres EFA w Katowicach, wyświetleń … 26. To tyle, ile ma piłkarz A-klasy albo początkujący hydraulik. Internet tego wydarzenia po prostu nie zauważył. A jeśli nie ma cię w internecie, to cię nie ma wcale! normalność, że nie jest żadnym ekstremistycznym ruchem. I że w dążeniach autonomicznych nie ma nic, co zagraża państwu. O tym wszystkim dało się Polsce opowiedzieć. Okazja była taka, że lepszą trudno sobie wyobrazić. Otóż mamy w Katowicach i Basków, i Katalończyków, i Szkotów, Irlandczyków, Fryzów i wielu innych. Eurodeputowanych. Tym da się zaciekawić media. A co z tym zrobił RAŚ? Gdy w internetową wyszukiwarką google wrzucimy Kongres Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach – pojawiają się setki wyświetleń. Pisała o tym Wyborcza. Newsweek, mówił RMF, pokazywała TVP, Polsat, TVN – a ślady tego wszystkiego są w internecie. Gdy wrzucimy Kongres EFA w Katowicach, wyświetleń … 26. To tyle, ile ma piłkarz A-klasy albo początkujący hydraulik. Internet tego wydarzenia po prostu nie zauważył. A jeśli nie ma cię w internecie, to cię nie ma wcale! Dla EFA to oczywiście obojętne. Podobało im się. Ale oni tu przyjechali przyjąć budżet na 2017, skwitować 2016, wybrać nowe władze i tyle. Mogą wszędzie, byle była sala do głosowań i wyrko, żeby się kimnąć. To RAŚ dał. Ale on sam mógł chcieć zrobić z kongresu wielkie wydarzenie; Zamiast tego robił co mógł, żeby było cicho.

RAŚ lubi ich drażnić. Nie chciał pokazywać, że EFA to nie tylko autonomiści, ale też separatyści? Raczej nie, bo jeden z nielicznych śląskich separatystów, Darek Jerczyński, nie umiał się dopytać, gdzie otwarta część. Pytał też nas, ale nie wiedzieliśmy – bo RAŚ Cajtunga na kongres nie zaprosił. Podobnie jak innych gazet, które piszą o nim ciepło. Była część kongresu otwarta dla publiczności. Ale gdzie ona była, pozostawało w zasadzie tajemnicą. Owszem, nieoficjalnie dowiadywaliśmy się, że miejsce kongresu (centrum wystawiennicze na Bytkowie) do końca trzymane jest w tajemnicy, żeby polscy narodowcy nie robili tam zadym. Tajemnica jednak była tak wielka, że żaden przekaz

na. W trakcie i po kongresie zauważyli go Teresa Semik z Dziennika Zachodniego, wroga wszystkiemu, co robi RAŚ, podzielający jej poglądy dyżurny publicysta od wszystkiego mediów „publicznych” – Piotr Semka, oraz marginalny portalik Silesion.pl. W sumie tyle, co nic. Więc jeszcze raz trzeba zapytać: czemu? Czemu RAŚ tak skrzętnie zataił ten kongres? Według nas wcale nie dlatego, że bał się narodowców, prowokacji, awantur. A dlatego, że nie chciał swojego elektoratowi, swoim zwolennikom pokazać, do jakiej organizacji międzynarodowej należy. Bo RAŚ do tego EFA pasuje mniej więcej tak, jak Polska pod rządami PiS-u do Unii Europejskiej.

RAZEM Z „LEWAKAMI”… RAŚ w zdecydowanej większości jest bogobojny, religijny i konserwatywny. Większość jego członków ma poglądy gospodarcze zbliżone do Korwina-Mikkego. Gdyby RAŚ jakimś cudem trafił do Parlamentu Europejskiego, zapewne chciałby należeć do frakcji chadeków, czyli Europejskiej Partii Ludowej. Tej samej, w której jest PO i PSL. Tymczasem EFA w tym europarlamencie tworzy wspólny klub z Zielonymi. Do Zielonych, czyli jednej z odmian lewicy

Jednak RAŚ odwołujący się do prawicowego elektoratu mógł bać się pokazać tych swoich europejskich sojuszników. Bo temat ten mogliby podnieść przeciwnicy RAŚ-u, i pokazać go jako lewaków. A „lewica” większości Ślązaków nie kojarzy się dobrze. z kongresu nie poszedł w Polskę. Przeszedł niezaważony. Przed rozpoczęciem pisał o nim jedynie Piotr Spyra, twierdząc że to impreza szkodliwa i… niebezpiecz-

Semka prima aprilis

Ponieważ kongres kończył się w prima aprilis, Ruch Autonomii Śląska na swoim facebooku umieścił informację, że w razie wyjścia Polski z UE, zorganizuje na Śląsku referendum niepodległościowe – a EFA je popiera. Na żarty prima aprilisowe nabiera się rzadko kto. Ale ci, którzy wszędzie widzą spisek i wrogie siły – najłatwiej. Więc Piotr Semka, nadworny publicysta Dobrej Zmiany, który najwyraźniej profil RAŚ uważnie śledzi, dostrzegł wpis, ale nie skojarzył, że jest 1 maja. I zagrzmiał: „RAŚ wzywa do niepodległościowego referendum na Śląsk w razie Polexitu. Ale jak ktoś nazwie ich separatystami -rozlega się oburzony chór”. Paru innych prawicowców podchwyciło ton Semki. I tak w związku z kongresem RAŚ-owi wyszło choć jedno. Primaaprilisowy żart. AM

im najbliżej. Symbol różnorodnych mniejszości – Tęcza – zaistniał właśnie, gdy w europarlamencie Zieloni pierwszy raz zawarli sojusz z EFA. Sojusz ten zafunkcjonował jako Grupa Tęcza. I chociaż Zieloni jako zasadniczą część programu mają walkę o naturalne środowisko, to jednak należą też do polityków najbardziej liberalnych w kwestiach aborcji, praw mniejszości seksualnych i wszystkich innych. Regionaliści z założenia popierają każdą mniejszość: etniczną, narodową, ale też właśnie seksualną. Są więc po drugiej stronie niż PiS, który tnie Puszczę Białowieską, ale tak samo po drugiej stronie w sprawie legalizacji par homoseksualnych. Wspólna grupa w PE Zieloni-Wolny Sojusz Europejski skutkuje wspólnym stanowiskiem we wszystkich takich spra-

wach. Grupa ta częściej głosuje tak, jak socjaldemokraci, niż jak chadecy. EFA nie narzuca wprawdzie swoim członkom – wśród nich i RAŚ-owi – żadnych postaw światopoglądowych. Musi zresztą tak być - z takiej Hiszpanii jest w niej kilka partii, i lewicowych i prawicowych, które łączy jedynie regionalizm, a wszystko inne

Henryk Mercik (wicelider RAŚ, wiecmarszałek województwa śląskiego powiedział witając delegatów: „Życzę państwu dobrego pobytu w województwie śląskim”. Czyż to nie znamienne, że witał nie na Górnym Śląsku, który dąży do autonomii, lecz w województwie śląskim? Czy i dla niego „Śląskie” i Śląsk to synonimy?

cji. Bo jeśli nie, to mieliśmy po prostu popis skrajnej promocyjnej nieudolności, pi-arowe dyletanctwo do potęgi. Formacja,

Mieliśmy po prostu popis skrajnej promocyjnej nieudolności, pi-arowe dyletanctwo do potęgi. Formacja, która nie wykorzystuje takich okazji do propagowania swoich idei nie zasługuje ani na dobry wynik wyborczy na Śląsku, ani na sympatię w innych częściach Polski dzieli. Jednak RAŚ odwołujący się do prawicowego elektoratu mógł bać się pokazać tych swoich europejskich sojuszników. Bo temat ten mogliby podnieść przeciwnicy RAŚ-u, i pokazać go jako lewaków. A „lewica” większości Ślązaków nie kojarzy się dobrze. W każdym razie chcę wierzyć, że takimi właśnie motywami kierował się RAŚ, przeprowadzając ten kongres w konspira-

która nie wykorzystuje takich okazji do propagowania swoich idei nie zasługuje ani na dobry wynik wyborczy na Śląsku, ani na sympatię w innych częściach Polski. Liderzy RAŚ-u od lat mówią, że chcą do Polaków dotrzeć z prawdziwym przekazem, czym jest autonomia i o co im chodzi. Teraz mieli ku temu okazję i wyśmienicie ją spaprali! Adam Moćko

O kongresie EFA kilka razy wspomniał portalik Silesion.pl, bodaj trzy razy „Dziennik Zachodni”, dwa razy propisowski portalik WWpolityce.pl, raz Radio Piekary. Nie pozostawił na kongresie (i RAŚ-u) suchej nitki rydzykowy „Nasz Dziennik”. O dziwo Gość Niedzielny zachował się bardzo powściągliwie, podając raczej suche fakty bez komentarzy. Nie udało się przy okazji kongresu doprowadzić do medialnej dyskusji o tym, czym jest autonomia. I o tym na ile jest „opcją niemiecką”, zagrożeniem dla polskości. RAŚ okazji nie wykorzystał. I tyle.

JAN DZIADUL (Polityka): Ważna jest refleksja, czy EFA zdaje sobie sprawę z kim rozmawia: z reprezentacyjną drużyną Górnego Śląska (Śląska) czy z graczami klasy B? (…) Już same te wymienione brytyjskie formacje (pomijając rzecz jasna znaczenie szkockiej SNP) świadczą o jakości i przyszłości EFA. Wśród 46 organizacji, w Katowicach reprezentowanych przez ok. 200 delegatów, ma te, które chcą niepodległości, autonomii albo tylko uwzględnienia ich odrębności etnicznych i kulturowych. Odbywa się więc zjazd narodów bez państw albo też, jak lubią o sobie mówić, Regionów Stu Flag. Sprawy Szkocji są znane, a będą znane i nagłaśniane coraz bardziej. W Hiszpanii nacjonaliści katalońscy też nie dadzą o sobie zapomnieć, a tam, gdzie kują ich konia, nogi podstawiają takie żaby jak choćby Partia Aragońska czy Bloki: Galicji i Valencii. Danii mają serdecznie dość Wyspy Owcze (o Grenlandii nie wspomnę), stąd Farerska Partia Ludowa wznosi się na fali ogólnego zdegustowania i domaga się niepodlegści. Tak naprawdę Bóg jeden wie, co z takiej katowickiej imprezy w dalszej przyszłości się urodzi. W 1884 r. odbyła się tu światowa konferencja syjonistyczna, no i po blisko 60 latach wyszedł z tego Izrael. Czy z obecności takich partii jak Morawianie lub Alandzka Przyszłość zrodzą się państwa niezależne od Czech i Finlandii? Wątpię, ale być może jestem człowiekiem małej wiary. EFA każdego roku spotyka się w państwach, i raczej w pokojowej atmosferze, które mają w niej swoich członków – są dzisiaj w Polsce, w Katowicach. Nic wielkiego, ale czytam rozsądnego publicystę, który sugeruje ministrowi na B., aby w kierunku międzynarodowych narodowców – zaproszonych przez naszych wrednych autonomistów – nie wymachiwał policyjnymi pałkami. Zapewniam, że ten zjazd nie oderwie Śląska od Polski. Choć pewnie szkockie mordy, po ich trunku, i te z Wysp Owczych – tego by chciały.


4

kwiecień 2017r.

Zaginiony naród

Często przypominając naszą Tragedię Górnośląską, gdy powojenna, niby komunistyczna, Polska postanowiła zrealizować przedwojenne marzenie narodowców o państwie jednolitym etnicznie – zapominamy, że nie tylko my padliśmy ofiarę ówczesnych czystek etnicznych i zastraszania wszystkich mniejszości. Taki sam los spotkał mniejsze i większe narody, żyjące na wschodzie Rzeczypospolitej.

polskiego (ba, nawet Słowacy za swoich!) – a Łemkowie pozostawali sobą i nikim innym, odporni na agitację większych słowiańskich narodów. Uznawać ich więc za Ukraińców bądź Polaków, to tak, jakby za Polaków (bądź Niemców) uznawać Ślązaków. Sami się takimi nie czuli, pozostawało zastraszyć.

ROZPROSZYĆ! W tej sytuacji komunistyczna Polska postanowiła rozrzucić ich po całych „Ziemiach Odzyskanych”, zakładając, że oderwani od współplemieńców, od własnej religii, będą się znacznie szybciej asymilować z polską większością. Wiele łemkowskich wsi opustoszało w ramach Akcji Wisła zupełnie, w innych pozostały tylko pojedyncze rodziny. Podobnie było i z miasteczkami – a Polacy zasiedlali opuszczone przez nich domy. Dotknął ich los podobny jak wysiedlanych ze Śląska do Niemiec. Z jedną wszak różnicą – tutaj wysiedlenia miały miejsce w ramach jednego państwa. Najbardziej znany z polskich Łemków, malarz-prymitywista Nikifor trzykrotnie wysiedlony, trzy razy wracał do Krynicy z Dolnego Śląska na piechotę. Po trzecim powrocie pozwolono mu zostać. No ale Nikifor, choć bez nazwiska, choć niedojdowaty, był już postacią w miarę znaną, więc potraktowano go lepiej, niż innych.

O

ile zrozumieć jeszcze można działania skierowane przeciw Ukraińcom, wspierającym UPA, która ledwie trzy lata wcześniej dopuściła się rzezi wołyńskiej, a teraz nie akceptowała polskiej władzy na swoich terenach – o tyle wymierzenie tej akcji przeciw Łemkom nie miało żadnego racjonalnego uzasadnienia. Mimo, że od końca XIX wieku Ukraińcy prowadzili wśród nich agitację podobną, jak polska na Śląsku –nie przynosiła ona większych efektów. Agitatorzy twierdzili, że dawni Rusini, to dzisiaj właśnie Ukraińcy, więc Łemkowie są nimi, jakby w sposób oczywisty. Łemkowie tkwili jednak przy swojej odrębności i jeśli poczuwali się do więzi z innymi ludami, to raczej z jeszcze mniej licznymi rusińskimi Bojkami czy Hucułami – też mieszkającymi w Karpatach – a nie narodem ukraińskim. Łamkowie, Bojkowie, Hucułowie czuli się wprawdzie Rusinami, ale nijak Ukraińcami. Ba, bliższą więź czuli nawet z Rusinami Serbskimi, niż z Ukrainą. Wśród Łemków, podobnie jak wśród Ślązaków, na przełomie XIX i XX wieku zaczęło wykształcać się poczucie odrębności narodowej.

KILKADZIESIĄT LAT REPRESJI n Kierunki wysiedlania w Akcji Wisła. Te południowe obszary, w okolicach Nowego Targu i Nowego Sącza to właśnie ziemie zamieszkane nie przez Ukraińców lecz Łemków. źródło www.irekw.internetdsl.pl

NIE BYLI UKRAIŃCAMI Sytuacja taka trwała przez całą pierwszą połowę XX wieku, więc UPA, nie mając oparcia w miejscowej ludności, praktycznie tu nie działała. Nie miała swoich struktur nie tylko w okolicach Nowego Targu, gdzie było ich jeszcze sporo, ale nawet w Krynicy, zachodnim centrum Łemkowszczyzny. Jednak także w Łemkowszczyźnie wschodniej, w okolicach Komańczy (zachodnie Bieszczady), UPA było znacznie słabsze, niż na terenach bardziej północnych i wschodnich. Łemkowie po prostu do Ukraińców mie-

Przyjmuje się, że B - Akcja Wisła – zorganizowana decyzją iura Politycznego KC PPR trwała od 28 kwietnia do końca lipca 1947. Jednak okazjonalne wysiedlenia miały miejsce jeszcze przez ponad dwa lata. W wyniku akcji wojskowej rozbito siły UPA w ilości 1 500 ludzi (17 sotni), oraz uwięziono 2 900 aktywnych lub domniemanych członków OUN, Przesiedlenia objęły ponad 140 tysięcy osób cywilnych, uwięziono około 3000 aktywnych (bądź domniemanych aktywistów OUN i UPA), rozbito 17 sotni UPA.

li chyba jeszcze większy dystans niż do Polaków. Chociaż dzielili z nimi prawosławną religię.

dopodobne, chcieli po prostu zniszczyć każdy niepolski żywioł w swoim państwie. A trzeba tu dodać, że Polacy na

Albo powojenni polscy komuniści ruszając na rozprawę z UPA kompletnie nie mieli rozeznania, kto tę formację popiera; albo, co bardziej prawdopodobne, chcieli po prostu zniszczyć każdy niepolski żywioł w swoim państwie Albo więc powojenni polscy komuniści ruszając na rozprawę z UPA kompletnie nie mieli rozeznania, kto tę formację popiera; albo, co bardziej praw-

równi z Ukraińcami próbowali od końca XIX wieku przerobić Łemków na swoją modłę. Ukraińcy uznawali ich za swój szczep, Polacy za plemię narodu

Rusini (Rusnacy) – termin odnoszony historycznie do narodów wschodniosłowiańskich i ludności prawosławnej na ziemiach historycznej Rusi, od której pochodzi ich nazwa. Z czasem zaczęło używać jej dla Rusi Południowej (dla rozróżnienia od Rosjan, Moskali) – czyli dla Ukraińców, zaś Rusinów Karpackich nazywać Rusnakami. Po polsku czasem Rusinami nazywano wszystkich wyznawców prawosławia zamieszkujących RP.

A tych innych represjonowano po II wojnie nie po raz pierwszy! Bo, to właśnie dla Łemków, choć nie tylko dla nich, otwarto pierwszy w Europie obóz koncentracyjny. W 1914 roku w Telerhofie (niedaleko Grazu) Austro-Węgry utworzyły go dla swoich poddanych, reprezentantów słowiańszczyzny wschodniej, wobec których miano podejrzenia, że mogą przejść na stronę Rosji. Obóz zapełnił się Łemkami, Bojkami, Ukraińcami. W roku 1918 Łemkowie spróbowali stworzyć własną republikę. Jednak ten maleńki lud nie miał szans w rywalizacji o północne Karpaty z Polską i Czechosłowacją. Kraje to podzieliły Łemkowszczyznę zgodnie z przedrozbiorową polską granicą z końca XVIII wieku. Okres międzywojenny nie był jednorodny. Czasem II RP robiła do Łem-

Obecnie Rusini Karpaccy często uważani są za czwartą- obok Rosjan, Białorusinów i Ukraińców – grupę Słowian Wschodnich. Oprócz Łemków zaliczani są do niej Wierchowińcy, Bojkowie, Hucułowie. W Polsce Łemkowie należą do jednej z czterech wymienionych w ustawie mniejszości etnicznych. Czyli posiadają status, o jaki Ślązacy zabiegają od wielu lat. Co nie zmienia faktu, że wciąż uważani są najczęściej za Ukraińców.


5

kwiecień 2017r.

ków oko, nawet wprowadzając naukę ich języka, aby utrzymać ich dystans do Ukraińców – innym razem ogłaszała im, że są po prostu Polakami, i zmuszała do porzucania prawosławia na rzecz Kościoła Greckokatolickiego. No a po wojnie… Po wojnie w ramach układu o wymianie ludności (9 września 1944 r.) zaczęto Łemków dość masowo – i najczęściej nie pytając o zdanie, przesiedlać na Ukrainę,

20 łemkowskich wsi zupełnie przestało istnieć. Do końca PRL-u Łemkowie praktycznie nie istnieli. Trzeba powiedzieć, że spotkał ich los gorszy, niż Ślązaków! Nieliczny naród, rozrzucony na kilkuset kilometrach, szybko tracił swoją tożsamość. W 1945 roku po obu (polskiej i słowackiej) stronach granicy mieszkało około 250 tysięcy Łemków. Ponad połowę z nich w latach 1945-46 wysiedlono na Ukrainę.

Najsławniejszym Łemkiem jest bez wątpienia Andrew Warhol, jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów XX wieku. Urodził się już w USA, ale jego rodzice, Andrij (Andrew) Warhola i Ulija (Julia) Justyna Zavacka (nazwisko Warhola zmienili na Warhol po przyjeździe do USA), byli Łemkami, z wsi Mikova leżącej blisko polskiej granicy. Śłowacy oczywiście – wbrew faktom uważają go za Słowaka. Najbardziej znanym polskim Łemkiem był także artysta-malarz, prymitywista Nikifor (Epifaniusz Drowniak). A chichotem historii trzeba uznać fakt, że współkierujący Akcją Wisła Władysław Gomułka ze strony matki też pochodził z rodziny łemkowskiej. Zresztą Krosno, w którym się urodził i wychował, leży raptem 10 kilometrów od Łemkowszczyzny.

Dotknął Łemków los podobny jak wysiedlanych ze Śląska do Niemiec. Z jedną wszak różnicą – tutaj wysiedlenia miały miejsce w ramach jednego państwa uznając ich właśnie za Ukraińców. Zaś wiosną 1947 roku, bo zabiciu generała „Waltera” Świerczewskiego Polska rozpoczęła Akcję Wisła, której celem było zniszczenie UPA, poprzez odcięcie jej od naturalnego zaplecza, czyli ludności ukraińskiej. Zaliczono na niej jednak także Łemków (i Bojków). A Dotknęła ona około 200 ich miejscowości leżących w pięciu górskich powiatach. I rozrzucono po całej zachodniej Polsce.

Spośród pozostałych w Polsce, w ramach Akcji Wisła wysiedlono około 50 000. Na Łemkowszczyźnie pozostały tylko niedobitki. W ostatnim spisie powszechnym (2011) narodowość łemkowską zadeklarowało około 6000 ludzi, z czego większość mieszka na Dolnym Śląsku (głównie okolice Legnicy i Wałbrzycha). Tak więc dziś są Łemkowie… Ślązakami. Adam Moćko

n Marylin Monroe Warhola to ikona popkutury XX wieku.

W województwie śląskim poza finansowaniem znajdzie się ponad połowa szpitali

W sieć czy pod rynnę?

„Wpaść w sieci” niczego dobrego nie oznacza. Już samo słowo „sieć” brzmi niepokojąco. Oczywiście tak normalnie, bo w kraju cudów, w którym zachodzą tylko dobre zmiany, sieć może stać się szczytem marzeń, a wpadanie w nią – celem nadrzędnym. Konkretnie: w sieć szpitali.

J

est taka bajka: 1 października obudzimy w nowej rzeczywistości, w której funkcjonuje sprawny system służby zdrowia oparty na sieci szpitali. Pomysł nie jest ani nowy, ani głupi: sieć w szpitali funkcjonuje z powodzeniem w wielu krajach, choćby w Niemczech, a wiadomo: w Niŷmcach to ja!

TAK ROBI SIĘ SIEĆ Sieć szpitali polega z grubsza na zapewnieniu określonej populacji dostępu do leczenia szpitalnego. Na co się leczą pacjenci, do jakich specjalistów trafiają, wynika z danych z ubiegłych lat. To bogaty zbiór danych, zawierający informacje: ilu pacjentów korzystało z POZ, ilu z porad specjalistów, ilu trafiło do szpitali, na rehabilitację, gdzie realizowanych jest najwięcej usług medycznych różnego rodzaju, gdzie jest najwięcej lekarzy, pielęgniarek, położnych, sprzętu medycznego itp., itd. Na tej podstawie opracowywane są mapy potrzeb zdrowotnych, podstawa tworzenia Sieci. Z danych dotyczących leczenia w ubiegłych latach można wyczytać również tendencje: jakich usług medycznych potrzeba coraz więcej, jakich coraz mniej. Jak do tego dołożyć tendencje demogra-

ficzne, zaplanowane i realizowane strategie społeczne i inne ważne czynniki, które będą miały wpływ na potrzeby zdrowotne, można stworzyć solidny dokument, który będzie aktualny przez kilka albo i kilkanaście lat. Mapy potrzeb zdrowotnych zaczęły powstawać dopiero niedawno, pierwsze obowiązują od połowy 2016 roku.

TAMTEN SYSTEM – UZNANIOWY Od 2014 roku zamiast kolejnych konkursów, które – przy wszystkich swoich wadach – mogły jakoś weryfikować istniejący rynek usług medycznych, wprowadzono kolejne aneksy, które go zabetonowały de facto do dziś. Kto załapał się

załapały się na procedury znacznie gorzej wycenianie, np. realizowane na oddziałach wewnętrznych. Te miały kolokwialnie mówiąc „w plecy”. Niczym nadzwyczajnym były sytuacje, kiedy pacjenci po operacjach kardiochirurgicznych w prywatnych placówkach trafiali do szpitali publicznych na dalsze, często długotrwałe leczenie, za które NFZ płacił słabo. Najgorzej jednak mieli ci, którzy przygotowując się do kontraktowania budowali nowe oddziały; ba! całe szpitale nawet. Te inwestycje się po prostu nie zwróciły, bo rynek prywatnych usług medycznych istnieje na poziomie podstawowej opieki zdro-

Mysłowicki Szpital Miejski nr 2 będzie w Sieci jako placówka I stopnia, ale bez okulistyki, która… jest jego wizytówką. Jeżeli nie zdobędzie kontraktu to albo właściciel, czyli miasto wyłoży rocznie kilka milionów na utrzymanie oddziału, albo oddział zostanie zlikwidowany. Wtedy wszyscy pacjenci oczekujący na leczenie zaćmy wypadną z kolejki Podstawy, na jakich wcześniej Narodowy Fundusz Zdrowia rozstrzygał konkursy na poszczególne świadczenia wydają się dość uznaniowe. Jasne, że były kryteria konkursowe, a punkty za oferty „wyliczał komputer” (ulubione tłumaczenie pracowników NFZ), ale efekty tych konkursów bywały różne. Łącznie z aferalnymi. Przy czym nie wiadomo czemu ta sama procedura w Katowicach była tańsza niż w Warszawie. Lekarzy mamy gorszych czy pacjentów?

na pokład w 2011 roku, kiedy odbyło się ostatnie kompleksowe kontraktowanie usług szpitalnych, ten płynął. Kto się nie załapał, miał pecha i kłopoty. Najczęściej finansowe. I tak prywatne szpitale, które umiały wykorzystać bardzo dobre wyceny usług m.in. kardiochirurgicznych, chirurgii naczyniowej i okulistyki - otrzymały kontrakty z których żyły całkiem dobrze. Czasem wręcz bogato. Gorzej ze szpitalami, traf chce zwykle państwowymi, które w kontraktowaniu

wotnej, opieki specjalistycznej, ewentualnie chirurgii jednego dnia, ale nie w leczeniu szpitalnym, gdzie koszta idą w tysiące, dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych. I rzecz wcale nie dotyczy tylko szpitali prywatnych, ale i publicznych, tworzonych za publiczne pieniądze, czego niejedynym przykładem dąbrowskie (za przeproszeniem) Centrum Onkologii. Centrum powstało po analizach i za zgodą Ministerstwa Finansów, marszałka województwa, wojewody i NFZ. Ale przez

pierwsze dwa lata przyjmowało pacjentów na koszt Szpitala Specjalistycznego im Sz. Starkiewicza, przy którym powstało, bo nie dostało kontraktu. Tak czy siak summa summarum mamy w Polsce prawie półtora tysiąca szpitali, z czego część kilkunasto- albo nawet kilkułóżkowych. O tym, że obowiązujące jeszcze rozwiązanie generuje coraz dłuższe kolejki oczekujących, nawet nie warto mówić. Bo widać.

GIGANTOMANIA ZAMIAST SPECJALISTYKI I oto na te i wiele innych problemów minister zdrowia uzbrojony w mapy potrzeb zdrowotnych znalazł rozwiązanie: Sieć szpitali I, II i III stopnia, placówek specjalistycznych (pulmonologicznych, pediatrycznych i onkologicznych) oraz ogólnopolskich, w skład których wejdą ministerialne i uniwersyteckie instytuty oraz szpitale kliniczne. Szpitale I stopnia będą realizowały usługi w zakresach: chirurgia ogólna, choroby wewnętrzne, położnictwo i ginekologia oraz pediatria lub neonatologia. Szpitale II stopnia, poza wyżej wymienionymi, także chirurgię dziecięcą, kardiologię, neurologię, okulistykę, ortopedię i traumatologię ruchu, otolaryngologie i urologię. Wymagania szpitala III poziomu są jeszcze bardziej rozbudowane i obejmują ponadto np. reumatologię, toksykologię kliniczną i kliniczną transplantologię. dokończenie na str. 6


6

Dokończenie ze str. 5 Szpitale, aby zakwalifikować się do poszczególnych poziomów będą musiały udzielać świadczeń w ramach, co najmniej odpowiednio: 2, 6 lub 8 profili. Do kompletu w Sieci znajdą się jeszcze świadczenia z zakresu: nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, progra-

kwiecień 2017r.

Bo jeśli mają oddziały nie wymienione w nowej ustawie dla swojego poziomu, to w ramach sieci nie będą otrzymywały na nie pieniędzy. Muszą po staremu startować w konkursach, które mają być rozpisane w lipcu, zaraz po oficjalnym ogłoszeniu listy szpitali, które zaczną funkcjonować w ramach Sieci.

W województwie śląskim ze 141 istniejących obecnie szpitali zostanie 69, czyli niespełna połowa. Szpitale, które wpadły w sieć, także nie mogą odetchnąć z ulgą. Bo jeśli mają oddziały nie wymienione w nowej ustawie dla swojego poziomu, to w ramach sieci nie będą otrzymywały na nie pieniędzy mów lekowych i rehabilitacji leczniczej, a także świadczenia z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (AOS) realizowane w przychodniach przyszpitalnych. A co z resztą? Bo w samym tylko województwie śląskim ze 141 istniejących obecnie szpitali zostanie 69, czyli niespełna połowa. Szpitale, które wpadły w sieć, także nie mogą odetchnąć z ulgą.

Na przykład mysłowicki Szpital Miejski nr 2 będzie w Sieci jako placówka I stopnia, ale bez okulistyki, która… jest jego wizytówką. Jeżeli nie zdobędzie kontraktu to albo właściciel, czyli miasto wyłoży rocznie kilka milionów na utrzymanie oddziału, albo oddział zostanie zlikwidowany. Wtedy wszyscy pacjenci oczekujący na leczenie zaćmy wypadną z kolejki i będą musieli zapi-

Nasz region, zupełnie inny od reszty kraju, bo cały zurbanizowany i gęsto zaludniony, różni się też strukturą szpitalnictwa. U nas w promieniu dwudziestu kilometrów można naliczyć kilkadziesiąt szpitali, podczas gdy w Polsce wschodniej jest właśnie jeden na kilkadziesiąt kilometrów. Pozornie więc u nas Sieć powinna sprawdzić się lepiej. Ale tylko pozornie, bo w rzeczywistości ich gęstość powoduje, że są specjalistyczne. W Siemianowicach oparzeniówka, w Piekarach ortopedia i tak dalej. Więc często nie kwalifikują się do Sieci. Likwidacja części z nich zapewne zdemoluje służbę zdrowia w aglomeracji katowickiej. I nawet już mało kto będzie pamiętał, że kiedyś, raptem kilkanaście lat temu, mieliśmy autonomiczną Śląską Kasę Chorych, a służba zdrowia działała tak, że cała Polska nam zazdrościła. Ale potem przyszła warszawska urawniłowka, a teraz wraz z nią Sieć. A ty pacjencie, Siedź. Siedź w Sieci i płacz…

sać się do od nowa, do innej placówki. Może na rok 2025?

STARY DO INTERNISTY. TO MŁODY MOŻE DO GINEKOLOGA? Na konkursy (dla szpitali i nieznanej bliżej liczby oddziałów) spoza sieci minister zdrowia przeznacza …9% (tak, dziewięć!) wszystkich środków zaplanowanych na leczenie szpitalne. Czy załapią się oddziały leczące zaćmę? Co będzie ze szpitalami (zwykle prywatnymi), które nie mają Izby Przyjęć (warunek konieczny, by wejść do Sieci), a wstawiają w ramach zabiegów planowych endoprotezy stawów biodrowych i kolanowych? Wszak tu padają kolejne polskie rekordy oczekiwania pacjentów na operacje. W szpitalach publicznych, gdzie endoprotezy są wstawiane zarówno planowo, jak i w trybie nagłym (np. u pacjentów z wypadków), ci „planowi” muszą ustępować tym „nagłym”, którzy mają pierwszeństwo. I czekają, czekają, czekają. Jak wejdzie Sieć, mogą czekać jeszcze dłużej, tyle, że w nowej kolejce. Na aucie znaleźli się też seniorzy, bo oddziały geriatryczne nie znalazły się w żadnej kategorii szpitali. Ponoć nie ma takiej potrzeby, bo będą mogły spokojnie funkcjonować w ramach interny, albo pacjenci geriatryczni będą po prostu leżeli na oddziale chorób wewnętrznych i będą konsultowani przez specjalistów geriatrii. To może by zrobić tak, że również dzieci będą leżały na wewnętrznym, a pediatra będzie konsultantem oddziału? Kiedyś chirurg operował wszystkich bez względu na wiek. Dziś dziećmi zajmują się specjaliści chirurgii dziecięcej. Może niepotrzebnie? Teraz osobami w podeszłym wieku zajmują się oddzia-

ły geriatryczne. A jutro już niekoniecznie. To czemu wszystkich po prostu nie wrzucić do jednego wora? Miejsc rezydenckich dla lekarzy na specjalizacjach ubywa, więc mnożenie specjalności tylko komplikuje i tak już niełatwą sytuację…

GUMOWE SZPITALE Ale ad rem. W kontekście tego, o czym była mowa wyżej, pewnie można by się ucieszyć, że wraz z upadkiem

(pewnie chodzi o mniejsze placówki) i jeszcze – bo tak zapowiada minister zdrowia – zlikwidować kolejki. Na niektórych oddziałach, w niektórych szpitalach, być może da się zwiększyć liczbę leczonych chorych. Ale są oddziały, choćby i wspomniane interny, gdzie pacjentów zawsze jest pełno, a jak dojdą jeszcze seniorzy, to będzie już czyste szaleństwo. Co z resztą? Co z chirurgią, gdzie zwykle też jest dużo pacjentów, a chirurgię jednego dnia (jeszcze do niedawna zachwalaną jako tańszą i bar-

W naszym województwie połowa szpitali, która zostanie, ma przejąć zadania drugiej połowy i jeszcze – bo tak zapowiada minister zdrowia – zlikwidować kolejki. Na niektórych oddziałach, w niektórych szpitalach, być może da się zwiększyć liczbę leczonych chorych. Ale są oddziały, choćby i wspomniane interny, gdzie pacjentów zawsze jest pełno, a jak dojdą jeszcze seniorzy, to będzie już czyste szaleństwo prywatnych podmiotów leczniczych, o których w służbie zdrowia zwykło się mówić, że nauczyły się wybierać rodzynki z tortu, „uwolni się” spory zasób kadry medycznej różnego szczebla, której w Polsce rozpaczliwie brakuje. Trudno powiedzieć, gdzie wszyscy oni trafią (o ile nie pracują w kilku placówkach i po prostu ubędzie im pracy), ale pewne jest, że szpitale, które zostaną, nie są z gumy i nie przejmą wszystkich lekarzy, pielęgniarek a przede wszystkim procedur. W naszym województwie wychodzi na to, że połowa szpitali, która zostanie, ma przejąć zadania drugiej połowy

dziej przyjazną pacjentowi) wyrzucono poza Sieć? Pytania można mnożyć. Pewnie znalazłyby się odpowiedzi przynajmniej na część z nich, gdyby ministerstwo zdecydowało się na pilotaż w choć jednym województwie. Sprawdzić, jak to zadziała. Najlepiej małym, że jakby co, to sąsiednie przejmą pacjentów. Ale PiS, jako to PiS, idzie na ostro. I może się okazać, że służba zdrowia nie wpadła w żadną ozdrowieńczą (nomen omen) sieć, ale – jak już nieraz bywało – pod rynnę. A wtedy naprawdę trzeba będzie mieć zdrowie, żeby się leczyć. Joanna Noras


7

kwiecień 2017r.

Mądrość a nie dupowatość W ciągu ostatniego ćwierćwiecza utarł się i wszedł do polskiego imaginarium społecznopolitycznego stereotyp „dupowatego Ślązaka.” Frazą tą często – i raczej bezrefleksyjnie – posługują się publicyści piszący o Ślůnsku, w tym i nestor polskiego filmu i polityki, czyli Kazimierz Kutz.

S

tereotyp ten zda się sam z siebie wyjaśniać dlaczego tak niewielu Ślůnzoków jest obecnych w (polskiej) kulturze i polityce, jak i we najwyższych władzach własnego regionu, czyli w województwie śląskim i opolskim. Dość obraźliwe w swym wydźwięku słowo „dupowatość” to synonim

mieckiej dwujęzyczności autonomicznego województwa śląskiego w roku 1926, śląskich urzędników i nauczycieli usunięto z urzędów i szkół, bo śląski jednak okazał się językiem zbyt różnym od polszczyzny, a pisać i nauczać po niemiecku już nie było wolno. Za to w niemieckiej części regionu do pewnego stopnia hołubio-

śmiennych w niemczyźnie, uczyniono wtórnych analfabetów. Za PRL-u Ślązak miał być robotnikiem i w końcu nauczyć się pisać i mówić „poprawnie po polsku”. Nie miał większych szans na zrobienie kariery we własnym hajmacie. Tych nielicznych, którym udało się skończyć polski uniwersytet i zde-

Likwidacja niemczyzny jako języka dnia codziennego, nawet w najmniejszych śląskich miejscowościach, dała impuls do wzmożonego użycia śląszczyzny, którą władze – z pewnym przymrużeniem oka – interpretowały jako język polski. Jednak w efekcie z setek tysięcy Ślůnzokůw piśmiennych w niemczyźnie, uczyniono wtórnych analfabetów. na postrzeganą bierność czy zgodliwość Ślůnzoków względem losu, który zazwyczaj znoszą z pokorą. A polityczne zmiany w XIX i XX stuleciu nie szczędziły im ciosów.

DECYZJE PODEJMOWALI INNI Po utworzeniu niemieckiego państwa narodowego w roku 1871, usunięto język polski jako drugi lub pomocniczy ze szkolnictwa podstawowego oraz z urzędów gminnych i powiatowych. (Był on bliższy ślążczyźnie niż język niemiecki. Polszczyzna ułatwiała Ślązakom w szkole nabycie podstawowej edukacji, a docelowo niemczyzny.) Do tego doszła oficjalna walka nowego państwa z kościołem katolickim w, celu podporządkowania hierarchii rzymskokatolickiej państwu. Od tego momentu Ślůnzok już nie mógł być sobie sobą, katolikiem i dobrym Prusakiem. Musiał stać się „prawdziwym Niemcem”, a najlepiej przejść na luteranizm. Nikt go nie pytał co on sam o tym wszystkim sądzi. Po wielkiej wojnie, także bez udziału Ślązaków w podejmowanych decyzjach, rozdzielono ich region między Czechosłowację, Niemcy i Polskę. Sami Ślązacy w przeważającej mierze chcieli przede wszystkim niepodzielności Wiŷrchnego Ślōnska, czy to jako regionu autonomicznego w Niemczech lub Czechosłowacji, czy też jako niepodległego państwa w

no ślůnszczyznę, bo pozwalała ona osłabiać wpływy polskiego ruchu narodowego w Provinz Oberschlesien.

ZAWSZE GORSZY SORT Po II wojnie światowej Warszawa otrzymała niemal całość Wiyrchnego Ślůnska. Często wbrew ich woli, gros Ślůnzokůw zatrzymano w regionie, lecz jako „autochtonów”, czyli „Polaków drugiego (gorszego) sortu”, żeby posłużyć się frazą z obecnego leksykonu polskiego dyskursu politycznego. Lecz podobnie jak po I wojnie światowej, całość ślůnskij inteligenci z dawnej Provinz Oberschlesien – poważanej za „nieodwracalnie zniemczoną” – wysiedlono na zachód od linii Odry i Nysy. Znowu wszystkie decyzje zapadły ponad głowami samych Ślůnzokůw, również i ta – którą podjęto w sprzeczności z obowiązującym prawem – o zniesieniu autonomii województwa śląskiego. Zaraz potem pozmieniano licznym Ślązakom imiona i nazwiska na „polskobrzmiące” oraz zakazano używania języka niemieckiego, pod reżymem zróżnicowanych kar, od mandatu aż do pobytu w gliwickim obozie dla „przestępców językowych”. Kroki te już w pierwszej powojennej pięciolatce spowodowały likwidację niemczyzny jako języka dnia codziennego, nawet w najmniejszych śląskich miejscowościach. Dało to impuls

cydowali się wstąpić do PZPR, najczęściej „dla bezpieczeństwa” wysyłano do innych regionów Polski. Nieoficjalnie Ślązaków traktowano jako „krypto-Niemców”, a „prawdziwi Polacy” często mówili o nich jako „hanysach” czy nawet „hitlerowcach”. „Prawdziwi Polacy” nie zawierali niemal ze Ślązakami małżeństw, aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

„NIEMIECKI” AWANS Wtedy ponad dziesięcioletni kryzys późnego komunizmu uczynił nagle ze Ślązaków atrakcyjnych małżonków, bo

do wzmożonego użycia śląszczyzny, którą władze – z pewnym przymrużeniem oka – interpretowały jako język polski. Jednak w efekcie z setek tysięcy Ślůnzokůw pi-

KAMELEON NIE JEST DUPOWATY. MISTRZEM JEST! W tej sytuacji Ślązakom nie pozostało nic innego, jak przybrać barwy ochronne wobec totalitarnych i autorytarnych reżymów władających ich regionem od końca XIX wieku. Nawet polska demokracja, która nastała po roku 1989, w tym wymiarze pozostaje w swym charakterze silnie autorytarna wobec Ślązaków, ich kultury i języka. A przecież najważniejsze to przetrwać i zapewnić godziwy byt rodzinie. Ślązacy przyswoili sobie cechy kameleona. To tylko pozór bierności – czy jak kto chce – „dupowatości”. W tej sytuacji trzeba niezwykłej zaciętości i wytrwałości, żeby utrzymać się na powierzchni, a przy tym nie wyprzeć się siebie samego, jak i zachować tradycję i tożsamość. Ślůnzok

mieckim i podwójnemu obywatelstwu setki tysięcy Ślůnzokōw korzystało z integracji europejskiej już od roku 1991. „Prawdziwi Polacy” dołączyli do nich prawie półtorej dekady później, gdy Polska została członkiem Unii Europejskiej w roku 2004. Z kolei, w ramach prawa – pomimo bezprawnych nacisków i prześladowań – w roku 2007 Ślązacy doprowadzili do międzynarodowego uznania ślaszczyzny, jako języka w ramach standardu ISO6393. Rok później otwarli własną śląskogodkową Wikipedię. Po śląsku wydaję się kilkanaście tytułów książkowych każdego roku. A to wszystko bez żadnej pomocy ze strony państwa polskiego, któremu Ślązacy solidnie płacą podatki. W spisie z roku 2011, aż 850 tysięcy osób zadeklarowało przynależność do narodu śląskiego a ponad pół miliona, że na co dzień posługuje się językiem śląskim. Wystawia się sztuki po śląsku, a poza kontrolą państwa, w internecie powstała cała śląskogodkowa cybersfera, w której można pisać, czytać, oglądać, słuchać i nadawać we godce, po ślůnsku. I gdzie tu ta rzekoma ślůnsko „dupowatość”? Niektórzy mogliby zarzucić Ślůnzokom, że powinni bardziej energicznie dochodzić swych praw. Ale wiadomo jak takie „energiczne dochodzenie” może się skończyć. Ślązacy nie pragną przemocy. Pamiętają o trzech śląskich wojnach

W międzywojennej Polsce, po zniesieniu oficjalnej polsko-niemieckiej dwujęzyczności autonomicznego województwa śląskiego w roku 1926, śląskich urzędników i nauczycieli usunięto z urzędów i szkół, bo śląski jednak okazał się językiem zbyt różnym od polszczyzny, a pisać i nauczać po niemiecku już nie było wolno. dzięki związkowi z nimi można było się wyrwać z szarej rzeczywistości realnego socjalizmu do „kolorowej zgnilizny kapitalizmu” w RFN. Nastanie demokracji w roku 1989 i otwarcie granic pozwoliło Ślůnzokom wyjeżdżać masowo do RFN oraz oficjalnie określać się jako Niemcy i/lub Ślůnzocy we własnym hajmacie. Warszawa uzna-

Ślązacy nie pragną przemocy. Pamiętają o trzech śląskich wojnach domowych z lat 1919, 1921 i 1921; wejściu Armii Czerwonej i polskich oddziałów do Wiŷrchnego Ślōnska w roku 1945; upokorzeniach polonizacji i germanizacji; oraz ograniczeniach obecnej polskiej demokracji. Przemoc w niczym nie pomaga, tylko niszczy i rodzi jeszcze więcej przemocy unii z Niemcami. Po podziale ich regionu większość śląskiej inteligencji wyjechało do Niemiec. W międzywojennej Polsce, po zniesieniu oficjalnej polsko-nie-

Początkowo nie godzono się na istnienie Niemców w Wiŷrchnym Ślůnsku, a prasa i decydenci określali ich obraźliwym terminem „vokswagendeutschów”. W końcu pogodzono się z ich istnieniem, zwłaszcza, że organizacjom niemieckim nie powiodło się odtworzyć przekazu międzygeneracyjnego języka niemieckiego. Za to gros polskiej klasy politycznej i społeczeństwa polskiego poważa Ślązaków za „zakamuflowaną opcję niemiecką”.

ła istnienie wiyrchnoślōnskich Niemców, ale nie Ślůnzokw. Organizacje tych ostatnich są po dziś dzień tępione i likwidowane, jako „niezgodne z polska racją stanu”.

jest zdany sam na siebie. Nie ma żadnych legalnych organizacji ślůnskich, nie mówiąc już o władzach czy państwie, które by się za nim wstawiły. Półtora wieku pozbawiania Ślązakōw własnej podmiotowości grupowej zmusiło ich do pragmatycznego podejścia do życia. Jeśli nie da się już godnie żyć w hajmacie, to trzeba wyjechać. Ku temu należy zdobyć zawód, nabyć odpowiednie języki, nawiązać konieczne znajomości, zabezpieczyć potrzebne dokumenty, a przed rokiem 1989 – także łapówki dla urzędników i bezpieki, żeby wydano im paszport. Żadną miarą takie grupowe samozaparcie Ślůnzokůw nie jest podobne „dupowatości”. Raczej wygląda na rozsądne i solidnie planowane dostosowanie się do dynamicznie zmieniających się warunków politycznych i ekonomicznych, łącznie z braniem pod uwagę (jako rozwiązania wyżej wymienionych dylematów bytowych) emigracji za granicę tego czy innego państwa. Na przykład, dzięki paszportom nie-

domowych z lat 1919, 1921 i 1921; wejściu Armii Czerwonej i polskich oddziałów do Wiŷrchnego Ślōnska w roku 1945; upokorzeniach polonizacji i germanizacji; oraz ograniczeniach obecnej polskiej demokracji. Przemoc w niczym nie pomaga, tylko niszczy i rodzi jeszcze więcej przemocy. Lepiej znaleźć własną drogę bez rozlewu krwi, nawet gdy sytuacja zda się być beznadziejna. Cierpliwość i wyrzeczenie się przemocy, lecz bez rezygnacji z własnych ideałów, to esencja ślůnskigo podejścia do życia. „Żołnierze wyklęci”, terroryzm czy partyzantka są obce ślůnskimu etosowi. Dla Ślůnzoka najważniejsze jest trwanie przy swoim bez narażania życia i rodziny. Innymi słowy – obywatelskie nieposłuszeństwo i bierny opór. Ale to przecież nie jest dupowatość! A jak już się nie da u siebie wytrzymać, to zawsze przecież można wyjechać. Pra? Tomasz Kamusella University of St Andrews


8

kwiecień 2017r.

Wolne Miasto - s Ci, którzy krzyczą o śląskim separatyzmie najczęściej nie zdają sobie sprawy, że jeśli Polska pójdzie na udry z sąsiadami, to nie Śląsk będzie problemem. Lecz dwa duże miasta, do których polskie prawa są lekko wątpliwe. I ci, którym przyznał je Traktat Poczdamski w 1945 roku mogą się o nie upomnieć. W myśl prawa międzynarodowego będą mieli sporo racji.

POLSKA

GDAŃSK

P

rzedwojenna Polska miała na południowo-zachodniej granicy autonomiczne, ale jednak własne województwo śląskie, na północy zaś nie należący wcale do niej, ale i nie do Niemiec, Gdańsk. Mini-państwo pod opieką Ligi Narodów (poprzednik ONZ), dla którego niektóre funkcje – na przykład polityka zagraniczna – prowadziła Polska, ale jednak żadnej władzy nad nim nie miała. Zresztą między Polską a Gdańskiem, w zdecydowanej większości zamieszkałym przez Niemców, często dochodziło do ostrych konfliktów.

POD NIEMIECKĄ OKUPACJĄ I chociaż w 1939 roku władzę w Gdańsku sprawowała zupełnie NSDAP, dążące do zjednoczenia z Rzeszą, to jednak było to aż do września niepodległe państwo – i jako takie, podobnie jak Polska zostało formalnie napadnięte. Nawet proklamacja Rady Wolnego Miasta o przyłączeniu do Niemiec jest tu bez znaczenia, bo konstytucja Gdańska takie sprawy pozostawiała w gestii światowych mocarstw, a nie woli samych mieszkańców. Gdańsk przez kolejnych 6 lat, aż do

zdobycia przez Armię Czerwoną w marcu 1945 roku, był w myśl prawa pod niemiecką okupacją. Traktat Poczdamski, mówiący o podziale Niemiec, Gdańska więc nie dotyczył – bo nie był on częścią

cie rozmów nad uznaniem granic, poruszać i tę sprawę, oni stanowczo odmawiali mówiąc, że Gdańsk nie stanowił terytorium przedwojennych Niemiec, więc nie mają żadnego prawa zawierać umów w

Krzysztof Skubiszewski (w międzyczasie minister spraw zagranicznych RP). Postawił taką otóż tezę, że ponieważ Wolne Miasto nie było w pełni suwerennym państwem lecz terenem po-

Krzysztof Skubiszewski postawił tezę, że ponieważ Wolne Miasto nie było w pełni suwerennym państwem lecz terenem powierniczym Ligi Narodów, to jego wcielenie do Polski w 1945 i 1949 roku nie było aneksją, a przyłączeniem opuszczonych ziem, z których suwerenności gdańskie państwo i społeczeństwo zrezygnowało. Ciekawi w tym jedynie, w jaki sposób Skubiszewski wydedukował, że państwo i społeczeństwo ze swej suwerenności zrezygnowało? Podjęła w tej sprawie jakąś uchwałę Rada Wolnego Miasta, odbyło się jakieś referendum? tego państwa. Był pod niemiecką okupacją. Dlatego też w Poczdamie ustalono, że teren Wolego Miasta oddaje się pod tymczasową administrację polską. Ale żaden międzynarodowy akt prawny nigdy Wolego Miasta Gdańsk nie zlikwidował – a ponieważ Pacta Sund Servanda (umów należy dotrzymywać) to postanowienia Traktatu Wersalskiego nadal są w mocy. Wiedzą to doskonale Niemcy. Gdy Polacy próbowali, w trak-

jego sprawie i jego imieniu. Tak więc i traktat z 1970 roku, podpisany między Polską a NRD, ani ten z 1990, podpisany już ze zjednoczonymi Niemcami, nijak się do Wolnego Miasta nie odnosi.

SKUBISZEWSKI POFANTAZJOWAL Polska ma świadomość złożoności tej sprawy. Już dawno ekspertyzę na ten temat napisał prof.

wierniczym Ligi Narodów, to jego wcielenie do Polski w 1945 i 1949 roku nie było aneksją, a przyłączeniem opuszczonych ziem, z których suwerenności gdańskie państwo i społeczeństwo zrezygnowało. Polska więc wzięła jakby Ziemię Niczyją. Rok 1949 pada w ekspertyzie dlatego, że 11 stycznia tego roku Sejm RP ustawą scalił Gdańsk (i wiele innych ziem poniemieckich) z polską administracją państwową.

POD SOWIECKĄ OKUPACJĄ Ciekawi w tym jedynie, w jaki sposób Skubiszewski wydedukował, że państwo i społeczeństwo ze swej suwerenności zrezygnowało? Podjęła w tej sprawie jakąś uchwałę Rada Wolnego Miasta, odbyło się jakieś referendum? Skądże znowu. Miasto zdobyła Armia Czerwona, wprowadziła tam po swojemu terror, potem przekazała Polsce, a o terrorze czasów Bieruta teraz opowiada się ciągle – to co Gdańszczanie mieli do powiedzenia i kto ich o zdanie pytał? Niemal wszystkich wysiedlono po prostu do Niemiec, a Polska teren zagospodarowała jak swoje. Niemniej status prawny terytorium wciąż jest niejasny. Niemcy wprawdzie Traktatu Poczdamskiego nigdy nie podpisały – no ale przyjmuje się, że nie musiały, bo przecież podpisały bezwarunkową kapitulację, więc alianci nie pytając ich o zdanie mogli ziemie niemieckie podzielić, jak chcą. Niemcy zgodzili się na każde warunki. Ale w spraw terenów należących przed wybuchem wojny do Niemiec. Gdańsk nie należał, nie podpisał żadnej kapitulacji, żaden akt prawny tego pań-


9

kwiecień 2017r.

sprawa otwarta

n Od 2016 roku w mieście buduje się okrągłe skrzyżowanie, które uzyska nazwę Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk - Rzeczpospolita Polska (1920-1939). Czyżby znak czasów? stwa nie rozwiązał – formalnie więc istnieje.

ODOSOBNIENI. NA RAZIE A nawet działa. W 1980 roku po raz pierwszy zebrał się w Koblencji senat Wolnego Miasta na uchodźctwie. Uznał, że podobnie jak

w porównaniu z okupacją Gdańska przez Polskę. Na razie nikomu, poza grupką potomków przedwojennych Gdańszczan, na tym nie zależy. Nie mają żadnego ważnego protektora. Ale jeśli rządy PiS-u skłócą Polskę skutecznie z całą Europą, zwłaszcza zaś z Niemcami, to ci mogą wesprzeć gdańskie działa-

Senat Wolnego Miasta uznaje że podobnie jak Gdańsk był w latach 1939-45 okupowany przez III Rzeszę, tak dziś jest przez Polskę. Gdańsk był w latach 1939-45 okupowany przez III Rzeszę, tak dziś jest przez Polskę. Czyni starania o przyjęcie do ONZ, gdzie pewnie zacznie prezentować swoje racje. A wówczas może się okazać, że okupacja Krymu przez Rosję to pikuś

nia. Choćby na zasadzie „Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie”. A zasada ta może dotyczyć jeszcze bardziej innego państwa. Polskę od Krymu i Donbasu dzieli dobry tysiąc kilometrów. Niezmiennie jednak polskie rządy wi-

dzą potrzebę wtrącania się w to, co tam się dzieje. Tymczasem Rosję od Wolnego Miasta Gdańska nie dzieli nawet tysiąc metrów. Po prostu ze sobą graniczą – dokładnie tam, gdzie przed wojną była granica Gdańska i Prus, czyli na Mierzei Wiślanej. Tej Mierzei, którą PiS chce przekopać, co tak wkurza ruskich. Jaki więc problem dla Rosji, członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, podnieść nagle problem okupacji Gdańska przez Polskę.

PROTEKTORZY MOGĄ SIĘ ZNALEŹĆ Międzynarodowi eksperci niekoniecznie muszą się wtedy zgodzić z teorią Skubiszewskiego. A Rosja (i być może Niemcy też) mogą sypnąć w Gdańsku groszem, aby lansować wśród mieszkańców wizję niepodległego Gdańska, którego mieszkańcom będzie się żyło znacznie

zamożniej, niż w Polsce. Może się nagle okazać, że to nie śląski, lecz gdański separatyzm jest problemem Polski. Separatyzm oparty na mocnych prawnych podstawach. Prawdę powiedziawszy nie rozumiem, dlaczego RAŚ szukając w Polsce sojuszników, nie próbuje tego zrobić właśnie w Gdań-

sku. Wystarczy poczytać tamtejsze fora dyskusyjne, by zauważyć, że koncepcja Wolnego Miasta ma wielu zwolenników. Co ciekawe także wśród potomków tych, którzy pojawili się w Gdańsku po 1945 roku. Tych wcześniejszych niemal wszystkich wypędzono. Ale i to jest

Alandzki Gdańsk

W okresie międzywojennym podobny nieco do Gdańska status terytorium powierniczego Ligi Narodów miały Wyspy Alandzkie. I chociaż Liga Narodów w roku 1946 roku przestała istnieć, zastąpiona przez ONZ, Finlandia nie zamierza im przywilejów nadanych przez Ligę odbierać, uznając je za nadal wiążące. Językiem urzędowym jest tam szwedzki, wyspy mają własną policję, własną pocztę – a gdy Finlandia wstępowała do Unii Europejskiej, na Wyspach było oddzielne referendum. Gdyby mieszkańcy nie wyrazili zgody, Finlandia weszłaby do UE bez Alandii. Co więcej – Wyspy Alandzie, zgodnie z decyzją Ligi Narodów, pozostają strefą zdemilitaryzowaną. To dowód, że decyzje Ligi Narodów, jeśli ONZ ich nie zmieniła, pozostają w mocy! Nie ma czegoś takiego jak przedawnienie umów międzynarodowych. Traktat wersalski, o ile uprawnione podmioty nie zmieniły później jego postanowień, jest umową międzynarodową obowiązującą do dziś. W sprawie Gdańska żadne późniejsze decyzje nie zapadły.


10

kwiecień 2017r.

dla Polski problem. Bo jeśli okaże się – a ryzyko tego jest ogromne – że Polska wypędziła ich nielegalnie, nie ze swojego terytorium, to będą im się należały zwroty majątków. Kamienic, pól. Trzeba też pamiętać, że to nie tylko sam Gdańsk, ale i kilkadziesiąt wsi i miasteczek wokół niego. Wolne Miasto miało wszak pięć powiatów i terytorialnie było tylko niewiele mniejsze od Luksemburga, a dziesięć razy większe od Lichtensteinu, o San Marino czy Andorze nawet nie wspominając.

PO ZACHODNIEJ STRONIE ODRY Inaczej – ale tylko trochę lepiej dla Polski – jest ze Szczecinem. Niby w 1970 i 1990 roku Polska podpisała traktaty o nienaruszalności granic z Niemcami. Tylko zawsze można z głupia frant zapytać, których granic. Tych obecnie istniejących, czy tych ustalonych na Konferencji Poczdamskiej? Bo chociaż w ogromnej większości tożsame, różnią się zasadniczo właśnie w kwestii tego miasta. Traktat Poczdamski stanowi jasno: „Głowy trzech rządów zgodziły się, że aż do ostatecznego ustalenia zachodniej granicy Polski nie-

n Jeden rzut oka na mapę wystarczy, by przekonać się że Szczecin leży na ziemiach, przyznanych przez Traktat Poczdamskie Niemcom. mieckie niegdyś obszary na wschód od linii biegnącej od Morza Bałtyckiego bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i stąd wzdłuż Odry aż do ujścia zachodniej Nysy (Łużyckiej – przyp. DD), dalej wzdłuż zachodniej Nysy aż do granicy cze-

Takie było (jest?) to miasto

skiej (...) przechodzą pod zarząd państwa polskiego”. Wystarczy popatrzeć na jakąkolwiek mapę Polski, by stwierdzić, że Szczecin leży po zachodniej stronie Odry. Czyli – na zachód od polskiej granicy! Polskim politykom przez dziesięciolecia sprawa ta spędzała sen z powiek. Kiedy dążyli do podpisania traktatów granicznych z Niemcami, to nie chodziło im o Śląsk, bo jego przynależność do Polski jest bezdyskusyjna, lecz właśnie o Szczecin. I wielokrotnie drżeli, że będą go musieli oddać.

KAPRYS STALINA Wiedzieli bowiem doskonale, że jedyną przyczyną, iż miasto to leży w Polsce był… kaprys Józefa Stalina. Chociaż granice na Odrze

lina znaczyła więcej, niż traktaty międzynarodowe. Kiedy już powstało kolejne państwo od niego zależne – Niemiecka Republika Demokratyczna – premier jej i Polski (Otto Grotewohl i Józef Cyrankiewicz) spotkali się w 1950 roku, i podpisali Układ Zgorzelecki. Stanowi on: „ustalona i istniejąca granica biegnąca od Morza Bałtyckiego wzdłuż linii na zachód od miejscowości Świnoujście i dalej wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka, oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy czechosłowackiej, stanowi granicę państwową między Polską a Niemcami”. Czyli mamy powtórzenie z Poczdamu – i wydawało się, że Szczecin trzeba będzie jednak Niemcom oddać. W sprawę chyba jednak ponownie wmieszał się Stalin, bo 27 stycz-

którego jest się honorowym obywatelem – jakoś tak niezręcznie. Potem Polska normalizowała swoje granice z RFN (1970) i i zjednoczonymi Niemcami (14 listopada 1990). W tym drugim pada zapewnienie, że strony uznają Układ Zgorzelecki z 1950 roku i porozumienie z 1951. No ale przecież w myśl Układu Zgorzeleckiego Szczecin jest w Niemczech, a w myśl porozumienia z 1951 roku – w Polsce. To w końcu gdzie? Niemcy od kilkunastu lat uznają wciąż Polskę za swojego bardzo ważnego partnera i sojusznika. Na pewno im nie w głowie rozpętywanie burzy o Szczecin, który jest im potrzebny, jak umarłemu kadzidło. No ale jeśli Polska zechce poszturchiwań z Niemcami, to i sprawa Szczecina może ponownie wy-

Niemcy od kilkunastu lat uznają wciąż Polskę za swojego bardzo ważnego partnera i sojusznika. Na pewno im nie w głowie rozpętywanie burzy o Szczecin, który jest im potrzebny, jak umarłemu kadzidło. No ale jeśli Polska zechce poszturchiwań z Niemcami, to i sprawa Szczecina może ponownie wypłynąć Wolne Miasto Gdańsk (niem. Freie Stadt Danzig) – to quasi-państwo pod protektoratem Ligi Narodów, które istniało w latach 1920-39. Najwyższą władzą był w nim parlament a wykonawczą senat – coś w rodzaju rządu. Liczyło około 400 000 mieszkańców. Powstało z przedwojennego powiatu grodzkiego Gdańsk, większości powiatów górnogdańskiego i dolnogdańskiego oraz fragmentów powiatu (w tym Sopot, w Wolnym Mieście był samodzielnym powiatem miejskim), tczewskiego, elbląskiego, malborskiego, kościerskiego i kartuskiego. Państwo miało niecałe 1900 km2 (czyli mniej więcej 50 km szerokości i 40 km długości), a jego walutą był gulden gdański. Językiem urzędowym był niemiecki, ale władze do ludzi deklarujących się jako Polacy i Kaszubi musiały zwracać się w języku polskim. Wolne Miasto nie sprawowało władzy samodzielnie, w wielu sprawach uzależnione było od Ligi Narodów i Polski. Polska m.in. prowadziła za nie sprawy dyplomatyczne i konsularne czy musiała wyrazić zgodę na zaciąganie przez Gdańsk zagranicznych zobowiązań finansowych. Terytorium Wolnego Miasta należało do obszaru celnego Rzeczypospolitej Polskiej, a kontrola celna była prowadzona przez polskich funkcjonariuszy celnych. Polska była też właścicielem linii kolejowych na obszarze Wolnego Miasta. Nie zmienia to faktu, że relacje między Polską a Wolnym Miastem stale układały się źle – gdańskie władze czuły się o wiele bardziej związane z Niemcami, niż z Polską. Najlepiej dowodzi tego fakt, że stopniowo także tam przejmowało władzę NSDAP, w 1938 roku sprawując ją już praktycznie niepodzielnie. Po II wojnie światowej żaden traktat międzynarodowy nie zlikwidował Wolnego Miasta Gdańska. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego istnieje ono do dziś. DD

były już wstępnie ustalone, 20 lutego 1945 roku jako przewodniczący Państwowego Komitetu Obrony ZSRR wydał rozporządzenie nr 7558, w którym pada zdanie „miasto Szczecin pozostaje po stronie polskiej”. Czym się kierował i dlaczego tak zdecydował – nie wiadomo. Może chciał mieć na wszelki wypadek po prostu punkt zapalny w stosunkach z zachodnimi sojusznikami? Może i tak, bo wbrew rozporządzeniu Stalina sowiecka administracja wcale nie spieszyła się z przekazaniem Polsce tego miasta. Zrobiła to dopiero pół roku później. Jeszcze miesiąc później podpisano traktat poczdamski, w cytowanym wcześniej zapisem, i wydawało się, że miasto jednak trafi do Niemiec – ale w tej części Europy wola Sta-

nia 1951 podpisano załącznik do tej umowy, utrzymujący w mocy rozporządzenie Stalina z 1945 roku.

HONOROWY ZAKŁADNIK Gdy jednak Stalina zabrakło, Niemcy postanowili się w Moskwie (no bo niby gdzie?) o Szczecin upomnieć. Mieli wszak za sobą i Traktat Poczdamski i Układ Zgorzelecki. Polscy komuniści rozegrali jednak sprawę po mistrzowsku i uczynili Nikitę Chruszczowa (następcę Stalina)… honorowym obywatelem Szczecina. „Ja nie jestem honorowym obywatelem, lecz bardziej zakładnikiem” mówił niewiele później Chruszczow do premiera NRD, Waltera Ulbrichta. Bo rzeczywiście, oddawać Niemcom polskie miasto,

płynąć. A biorąc pod uwagę nastroje w tym mieście, Niemcy mogliby chyba zażądać referendum, z dużą nadzieją na jego wygranie. Zresztą mało gdzie na tzw. Ziemiach Odzyskanych chyba teraz by go nie wygrali. Każdy woli być bogaty niż biedny, a w kontekście widma polexitu chęć znalezienia się po tamtej stronie granicy nęci tym bardziej. Nawet jeśli szwenda się tam znacznie więcej islamskich „uchodźców”, niż u nas. Tak więc Polska może mieć na terenach byłych Niemiec znacznie poważniejsze problemy niż śląscy autonomiści, którzy akurat jeśli zgłaszają pomysły oderwania od Polski – to tylko w żartach. W przypadku Gdańska i Szczecina na żartach wcale się skończyć nie musi. Dariusz Dyrda


11

kwiecień 2017r.

Ta konstytucja, którą się hucznie świętuje, była takim samym dramatycznym wygłupem, jak powstanie warszawskie, albo PiS-owska ofensywa w sprawie Saryusza-Wolskiego.

Od 3 maja do 27:1 W ubiegłorocznym sierpniowym numerze Cajtunga przedstawiliśmy nasz punkt widzenia na Powstanie Warszawskie – zryw kompletnie idiotyczny. Tekst zyskał spory odzew, bo chociaż sprawa Śląska bezpośrednio nie dotyczy, to jednak pokazuje, jak nasza śląska mentalność inna jest od polskiej. Tym razem więc, ponieważ numer ukaże się w kioskach na przełomie kwietnia i maja, spojrzenie Ślązaka na Konstytucję 3 Maja. Akt prawny, który dla ludzi racjonalnych w Polsce powinien być jedynie powodem do wstydu.

To

chyba właśnie wtedy, 3 maja 1791 roku po raz pierwszy wzniosłe ideały wzięły w Polsce górę nad rozsądkiem. A potem już stale – absurdalne Powstanie Styczniowe, prowokacyjna polityka wobec Niemiec przed II wojną światową, Powstanie Warszawskie,

Hrabio San Escobar, widzę że kroczysz moją drogą!

bezsensowni żołnierze wyklęci, a ostatnio 27:1 w Brukseli. Polskie elity od ponad dwustu lat najwyraźniej lubują się w przegrywaniu, czerpią z tego jakąś masochistyczną radość. A dzieciom w szkołach wmawiają, że te masochistyczne akty były czymś wspaniałym, godnym szacunku i naśladowania. Moralnym zwycięstwem.

Prof. ANDRZEJ CHWALBA (Uniwersytet Jagielloński) dla onet.pl (kilka lat temu): Można sobie wyobrazić, że 3 maja 1791 r. nie uchwalono Konstytucji. Wówczas nie byłoby wojny w jej obronie i drugiego rozbioru. Nie wybuchłoby powstanie kościuszkowskie, które doprowadziło do trzeciego rozbioru i wymazania Rzeczpospolitej z mapy Europy. Te wydarzenia stanowią niepodzielną całość. Konstytucja była kamieniem, który spowodował lawinę. Była prowokacją, na którą Rosja odpowiedziała tak, jak odpowiedzieć musiała, chroniąc swoje imperialne interesy.

Prof. ANDRZEJ CHWALBA (Uniwersytet Jagielloński) dla onet.pl (kilka lat temu): Prawdziwi mężowie stanu nie uchwalaliby Konstytucji. Krok po kroku kontynuowaliby reformy. Sejm, który rozpoczął obrady w 1788 r., wiele zmienił na lepsze. Zwiększono armię, przyznano pewne prawa mieszczanom, usprawniono system administracyjny i podatkowy. Te zdobycze można było zachować, bo Rosja godziła się na ograniczoną przebudowę państwa. Niestety, polskie elity polityczne nie określiły granic realnych do wykonania zmian. Nikt nie ustalił, gdzie należy się zatrzymać. Nikt nie powiedział, że jeżeli się nie zatrzymamy, to grozi nam poważne niebezpieczeństwo. To był błąd.

I że dzięki nim polskość przetrwała. Ciekawe, że jakoś przetrwała też choćby czeskość, bez takich wygłupów. Wróćmy jednak do wieku XVIII i Konstytucji 3 Maja. Śląska te sprawy oczywiście nijak nie dotyczyły, od dobrych 500 (jak nie 600) lat byliśmy poza państwem polskim, przynależąc do cesarstwa rzymskiego (niemieckiego), a w jego ramach raz do koro-

buchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. I dokładnie te same wydarzenie doprowadziły też do Konstytucji 3 Maja.

ŻADNA RZECZYPOSPOLITA TYLKO ROSYJSKI PROTEKTORAT Królestwo polsko-litewskie od XVII wieku było kompletnie niewydolne. Bez

Chociaż nie do końca, bo i Prusy wtrącały tu swoje trzy grosze. W 1720 roku Rosja i Prusy podpisały traktat, w myśl którego zobowiązały się nie dopuszczać do żadnych zmian ustrojowych w Polsce. Od tego momentu państwo „polskie” było bardziej zależne od sąsiadów, niż PRL od Moskwy. W tym kontekście teorie, że PRL był pod okupacją, a tamta Polska państwem wolnym, są śmieszne. Bo to właśnie za króla Poniatowskiego (i Augusta III Mocnego) władzę w Polsce sprawował niepodzielnie carski ambasador. Polskie stronnictwa polityczne nie prowadziły polityki w kraju, lecz na dworze carycy Katarzyny. To dlatego Czartoryscy posłali tam swojego przystojnego kuzyna Stasia Poniatowskiego, a caryca za jego talenty łóżkowe uczyniła tego ambasadora Czartoryskich polskim królem. Tak, tak – Katarzyna miała większy wpływ na wybór polskiego króla, niż Breżniew na wybór I sekretarza PZPR. Polskie próby uwolnienia się spod tego stanu rzeczy (na przykład Konfederacja Barska w 1768 roku) kończyły się szybko fiaskiem. Ale w połowie XVIII wieku Polacy byli jeszcze narodem pragmatycznym – i z motyką na słońce się nie porywali. Wiedząc, że Rosja ma dziesięć razy więcej wojska niż Polska, a Prusy siedem razy więcej (Austria podobnie) uznawali istniejący stan rzeczy. Inna sprawa, że polska szlachta wyżej ceniła swoje przywileje niż niepodległość i bardziej bała się zamachu, po którym król wzmocni swoją władzę, niż panoszenia się w Polsce obcych mocarstw. Polska szlachta chciała mieć po prostu święty spokój. Owszem, pod koniec lat 80. XVIII wieku pojawiały się coraz częściej głosy o konieczności naprawy państwa, ale było wiadomo, że Rosja i Prusy nie wyrażą na to zgody. Że musi to doprowadzić do kolejnego rozbioru Polski, jak ten z 1772 roku. Trzeba było czekać okazji, kiedy zaborcy wezmą się za łby, albo jakimś dynamicznym zmianom ulegnie sytuacja polityczna w całej Europie. Jak choćby wojna 30-let-

To chyba właśnie wtedy, 3 maja 1791 roku po raz pierwszy wzniosłe ideały wzięły w Polsce górę nad rozsądkiem. A potem już stale – absurdalne Powstanie Styczniowe, prowokacyjna polityka wobec Niemiec przed II wojną światową, Powstanie Warszawskie, bezsensowni żołnierze wyklęci, a ostatnio 27:1 w Brukseli ny czeskiej, raz do Austrii, innym razem do Prus. Zresztą to cesarstwo zostało niewiele później (w roku 1804) zlikwidowane, bo odrodzić się po niespełna 70 latach, ale już ze stolicą w Berlinie, a nie Wiedniu. Procesy, które do tej likwidacji doprowadziły zaczęły się w Paryżu, wraz z wy-

sprawnej władzy, pieniędzy, armii. Sąsiednie państwa toczyły na jego terytorium wojny, łupiąc go przy okazji niemiłosiernie, a ono nie było w stanie nijak się przeciwstawić, bronić swoich granic. Zaś od roku 1717 było praktycznie rosyjskim protektoratem.

nia, mająca miejsce 150 lat wcześniej. I Polacy umieli czekać. Państwo było niewydolne, ale trwało. I być może do rozbiorów by nie doszło, gdyby nie szaleńcy, którzy uchwalili konstytucję 3 maja. Na kolejnych rozbiorach nie zależało przede wszystkim Rosji. Po co miała za-


12

kwiecień 2017r.

tego spreparowano zagraniczne depesze, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie. Mimo to w sejmie trwała od wielu godzin burzliwa debata, gdy nagle król Poniatowski złożył – bez żadnego głosowania – przysięgę na nową konstytucję. Uchwalając tę konstytucję zakpiono z demokracji szlacheckiej i zwykłych zasad fair play, a ponadto król Poniatowski złamał pacta conventa, na które wstępując na tron poprzysiągł.

uchwaleniu konstytucji, a zaraz potem postanowiła złagodzić oczywisty gniew Katarzyny. Możliwość ku temu była tylko jedna – natychmiast powołać konfederację, która sprzeciwi się takiemu uchwaleniu takiej konstytucji. Konfederację tę powołano w miasteczku Targowica, na Ukrainie. Oczywiście – chodziło wszak o ułagodzenie Katarzyny Wielkiej – jej zasady ustalono wcześniej w Petersburgu.

Uchwalając tę konstytucję zakpiono z demokracji szlacheckiej i zwykłych zasad fair play, a ponadto król Poniatowski złamał pacta conventa, na które wstępując na tron poprzysiągł.

n Karta tytułowa Konstytucji 3 Maja. Tylko szaleńcy mogli wierzyć, że sąsiedzi pozwolą wcielić ją w życie. dowalać się kawałkiem Rzeczypospolitej, dzielić się z Prusami i Austrią, jeśli sprawowała władzę nad całością? Za to Prusy – jak w 1939 roku – łakomie patrzyły na Gdańsk i okolice.

MIĘDZY ROSJĄ A PRUSAMI W takiej sytuacji wydarzyły się dwie rzeczy. Zebrał się kolejny polski sejm (1788) złożony w większości z posłów, którzy wiedzieli, że państwo wymaga reformy – i wybuchła rewolucja francuska (1789). Do tego Rosja zajęta była czym

rosyjską interwencją. No i ponieważ wojna prusko-austriacka wisiała na włosku, Prusy obiecywały, że pomogą Polsce odzyskać utraconą w I rozbiorze Galicję. Dyplomaci polscy po cichu się zgodzili, ale do sojuszu tego Gdańska nie wpisano. Bali się reakcji warszawskiego sejmu. Który w tym czasie intensywnie pracował. Zanim doszło do feralnego 3 maja 1791 roku, sejm ten dokonał już niezbędnych reform w systemie podatkowym, dzięki czemu kasa państwa miała przestać świecić pustkami – a co za tym idzie dokonał też reformy wojskowej. Powołując armię mniejszą wprawdzie niż rosyj-

Polskie „elity” tej zmiany nie zauważyły! Król i jego brat prymas Poniatowski, dwaj bracia Małachowscy, Hugo Kołłątaj i inni pracowali już w pośpiechu nad nową, wzorowaną na amerykańskiej, konstytucją. A do tego 6 września 1790 roku sejm podjął uchwałę o niepodzielności ziem Rzeczypospolitej, co praktycznie przekreślało sojusz z Prusami. Poniatowski, Kołłątaj i reszta nie wykazali się wcale większym zmysłem politycznym, niż PiS przy sprawie Tuska/Saryusza-Wolskiego, to wierzyli naiwnie, że mimo zmiany sytuacji, wciąż mogą liczyć na pruską ochronę przed Rosją, kiedy już

W połowie XVIII wieku Polacy byli jeszcze narodem pragmatycznym – i z motyką na słońce się nie porywali. Wiedząc, że Rosja ma dziesięć razy więcej niż Polska, a Prusy siedem razy więcej (Austria podobnie) uznawali istniejący stan rzeczy innym, bo prowadziła jednocześnie wojnę ze Szwecją i Turcją, więc Polacy umyślili sobie, że oto nastał ten moment. Ale nadal myśleli jeszcze racjonalnie. Plan rozbudowy wojska zamierzano oprzeć o zacieśnienie sojuszu z Rosją (tak!), jako jej korpus posiłkowy w Turcji. Wywołało to jednak protest Prus, więc do Berlina wysłano dyplomatów, którzy mieli zawrzeć sojusz z Prusami, jako zabezpieczenie przed rosyjską interwencją. Berlin zażyczył sobie w zamian Gdańska i Torunia, ale zapewniał o obronie Polski przed

ska czy pruska, ale jednak znaczącej. Tylko za budowanie tej armii zabierano się znacznie mniej aktywnie, niż za wkurzanie Rosji. Bo Polska zażądała – pod naciskiem Prus – wycofania jej wojsk z kraju. Co też się w roku 1789 stało. A Polska oficjalnie podpisała z Prusami sojusz. Ale rewolucja francuska zmieniła wszystko. Nagle to Francja stała się wrogiem wszystkich znaczących europejskich monarchii. A do tego Rosja zakończyła wojnę ze Szwecją i była gotowa z powrotem zająć się sprawami polskimi.

W Konstytucji 3 Maja był zapis jawnie prowokacyjny wobec Rosji. Otóź dawała ona wolność osobistą chłopom, którzy przybyli osiedlić się zza granicy. Dla Rosji musiało to oznaczać wyludnienie się jej zachodnich obszarów, bo chłopi uciekaliby do Polski. Paweł Jasienica pisał w „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”: „Mało dała Konstytucja chłopu? Na pewno! Lecz i to co dała było prowokacją w stosunku do mocarstw ościennych. Nie można wątpić, ze paragraf o chłopach zachęcił carat do zbrojnej interwencji w za dużo sobie pozwalającej Rzeczypospolitej”.

konstytucję uchwalą. Gdy ją uchwalili, nadchodziła burza. Rosyjska burza.

NIELEGALNY ZAMACH STANU Tym bardziej, że ta konstytucja była zwyczajnym zamachem stanu, nie mającym nic wspólnego z legalnym obradowaniem sejmu. Pierwszą po Wielkanocy sesję sejmu Małachowski zwołał na 5 maja, licząc, że posłowie opozycji trzy dni wcześniej w Warszawie jeszcze nie będą (coś jak posiedzenie posłów PiS w Sali kolumnowej, bez opozycji). Przy pierwszym czytaniu – 2 maja - nad ustawą zagłosowało zaledwie 84 spośród 500 posłów. Nikła mniejszość! Ale 3 maja sejm obradował otoczony przez wojsko i tłum warszawiaków, którym udzielił się paryski, rewolucyjny duch. Lud chciał tej konstytucji. Do

Opozycja była bezradna, bo wiedziała, że ci, którzy się sprzeciwią, zostaną rozszarpani przez tłum. Ale opozycja wiedziała również, że caryca Katarzyna nie dopuści do takich zmian ustrojowych, jakie w konstytucji tej są zawarte. Oznaczają one niemal drugi po Francji rewolucyjny kraj. Opozycja – mądrzejsza od Poniatowskiego i Kołłątaja – wiedziała, że ta konstytucja musi się skończyć potężnym rozbiorem, albo wręcz likwidacją państwa polsko-litewskiego. A w zasadzie tylko polskiego, bo konstytucja tę litewskość zniosła.

W Polsce przywykło się określać Targowiczan słowem „zdrajcy”. Przyjrzyjmy się więc tym zdrajcom, przywódcom Targowicy. Marszałek (dziś powiedzielibyśmy Prezes) Konfederacji Targowickiej – Szczęsny Potocki – parę lat wcześniej na własny koszt wystawił pułk piechoty i 24 działa. Tak postępuje zdrajca? Choć magnat, z duchu republikanin (będąc w 1790 roku w Paryżu przystąpił do jakobinów), popierał reformy, ale powolne, bez narażania się Rosji. Bo wiedział, że to się musi skończyć katastrofą. Albo Seweryn Rzewuski, hetman polny koronny. Ćwierć wieku przed Konstytucją 3

Wkurzona Katarzyna zmusiła Polaków nie tylko do odwołania Konstytucji 3 Maja, ale także wszystkich wcześniejszych reform Sejmu Czteroletniego. Przepadła i reforma skarbu, i reforma wojska. Ba, Polska musiała zrezygnować z jakiejkolwiek polityki zagranicznej. Po Konstytucji 3 Maja Polska znalazła się w sytuacji znacznie gorszej, niż przed nią. Nie wniosła za to – inaczej, niż się ją przedstawia - niczego ważnego do naprawy państwa! Najważniejsze reformy (podatkowa i wojskowa) uchwalono już dwa lata wcześniej, Kolejne można było wprowadzać powoli, już pod osłoną dość mocnej polskiej armii. Ale wiosną 1791 roku Polacy utracili instynkt samozachowawczy. 3 maja uchwalili akt prawny, który musiał oburzyć sąsiednie mocarstwa.

TARGOWICA – PRÓBA NAPRAWIENIA WYGŁUPU Już następnego dnia część posłów wniosła protest przeciw nielegalnemu

maja na kilka lat więziony przez Rosjan za próbę wyrwania Polski spod rosyjskiej kurateli. Też po prostu wiedział, że to się udać nie może. Jedynie hetman Ksawery Branicki, blisko skoligacony z faworytem Katarzyny, księciem Patiomkinem, był bardzo prorosyjski, nie wyobrażał sobie Polski bez rosyjskiej protekcji. Pozostali wybrali jednak Targowicę, jako próbę ratowania Polski. Targowiczanie wezwali na pomoc rosyjskie wojska. Ale w XVIII wieku to był stały zwyczaj, gdy zawiązywano konfederację. Przecież w taki sam sposób Poniatowski został królem. A same Konfederacje miały w Polsce ponad 200 lat tradycji. To dzięki Konfederacji w 1572 roku wpro-

Konstytucja 3 Maja wprowadzała w Rzeczpospolitej ustrój zbliżony do funkcjonującego w ówczesnej Anglii. Likwidowała liberum veto i konieczność przestrzegania przez posłów na sejm instrukcji sejmików wojewódzkich (poseł nie mógł głosować inaczej, niż mu sejmik nakazał), wprowadziła głosowanie większością . Ustanawiała też rząd, powoływany przez króla, ale odpowiedzialny przed parlamentem. Przyznawała wiele praw mieszczanom z miast królewskich, umożliwiała im nabywanie praw politycznych oraz prawo do nabywania ziemi. Zarazem jednak odbierała prawa polityczne biednej szlachcie. Jako dziedzicznych królów wskazała saskich Wettinów, nawet ich o zdanie nie pytając. Tu warto dodać, że wybór padł na Sasów, bo inaczej niż obecne podręczniki, ówcześni Polacy Augusta II Sasa i Augusta III Sasa oceniali bardzo wysoko. I wreszcie Konstytucja w czasach już oświecenia, okazała się bardzo konserwatywną, określając katolicyzm religią panującą i zakazując odstępstwa od niego. W ”zamordystycznych” Prusach i Rosji wolności religijnych przestrzegano.


13

kwiecień 2017r.

n Hanusz Dobry, książę opolsko-raciborski, twórca pierwszej na świecie konstytucji, ponad 250 lat przed Konstytucją 3 Maja.

n W roku 1792 Rosja nie toczyła już wojny z Turcją i Szwecją, więc mogła rzucić przeciw Polsce duże siły. Pod Zieleńcami udało się odnieść Polakom nikłe zwycięstwo, ale to wszystko, na co było ich stać. wadzono wolności religijne, którymi Polacy do dziś tak chętnie się chwalą. To dzięki Konfederacji udało się Polakom poderwać do wojny ze Szwedami podczas Potopu. Konfederacja była więc normalną, usankcjonowaną zwyczajem (i prawem) częścią polskiej demokracji szlacheckiej.

WKURZONA KATARZYNA Ale gdzie tam! Polacy jak wiele razy później, zamiast ruszyć głową, woleli ruszać szabelką. Jak w późniejszych powstaniach porwali się z motyką na słoń-

Polscy historycy lubią pisać, że II rozbiór skompromitował Targowicę, która nie zdołała uratować granic. Ale to nie do końca prawda. Karą za Konstytucję 3 Maja była likwidacja wszystkich reform – a rozbiór był karą za wojnę 1792 roku Co więcej, Targowiczanie podnosili, że konstytucja została uchwalona nielegalnie. Ponadto to raczej oni cieszyli się poparciem większości szlachty, która też tę nielegalność widziała. Wtedy, w latach 1791-92, mieszczaństwo (zwłaszcza warszawskie) popierało Konstytucję, ale szlachta stała po stronie konfederatów targowickich. I Targowica miała szansę uratować Polskę przed rozbiorami. Wszak treść jej aktu powołania zaakceptowała Katarzyna, a czytamy w nim, że Konfederacja żąda, by „Rzczplta udzielną, samowładną, niepodległą, w granicach całą została” i nie wyraża zgody na oderwanie „najmniejszej cząstki kraju”. „Żądamy sobie utwierdzić rząd republikański, bo do innego przywyknąć nie zdołamy, bo inny niepokój i ruinę przynieść nam tylko może” – proklamowali, za zgodą carycy, Targowiczanie. Mogło to oznaczać tylko jedno – Katarzyna Wielka nie była zainteresowana kolejnym rozbiorem Polski, chciała całe państwo utrzymać nadal jako rosyjski protektorat. Na tereny Rzeczypospolitej wkroczyły, wezwane przez Targowicę wojska rosyjskie. Był jeszcze czas, aby się z Konstytucji wycofać, aby przyznać, że była uchwalona nielegalnie i jest nieważna. Wrócić do stanu prawnego, w którym trwała Polska przecież od dobrych 60 lat. I czekać na lepszą okazję.

ce. Wyruszyli więc na wojnę z Rosją. Przegrali ją szybko, a król Poniatowski z podkulonym ogonem przystąpił do Targowicy. Zorientował się – tyle, że za późno – iż wywołał szkodliwą awanturę. Próbował ratować ile się da, bo wtedy jeszcze nie wymyślono polskiej mantry o moralnych zwycięstwach. Za wiele się uratować nie dało. Wkurzona Katarzyna zmusiła Polaków nie tylko do odwołania Konstytucji 3 Maja, ale także wszystkich wcześniejszych reform Sejmu Czteroletniego. Przepadła i reforma skarbu, i reforma wojska. Ba, Polska musiała wycofać wszystkie swe przed-

A do tego była mniejsza. Teoretycznie przecież Polska miała sojusz z Prusami, więc żeby udobruchać to państwo Rosja oddała mu obiecany przez polskich dyplomatów Gdańsk, oraz dorzuciła Wielkopolskę – jako ekwiwalent za wkład Prus w wojnę z rewolucyjną Francją wtedy, gdy Rosja pacyfikowała rewolucyjną Polskę. Król Prus zagroził, że jeśli Wielkopolski nie dostanie, wycofa się z antyfrancuskiej koalicji. Rosja, żeby ukarać niepokorną Polskę, wzięła sobie na wschodzie trzy razy więcej, niż dostały Prusy. Polscy historycy lubią pisać, że II rozbiór skompromitował Targowicę, która nie zdołała uratować granic. Ale to nie do końca prawda. Karą za Konstytucję 3 Maja była likwidacja wszystkich reform – a rozbiór był karą za wojnę 1792 roku. Wojnę w której Polska odniosła raptem jedno większe zwycięstwo, co wystarczyło, aby uchwalić istniejący do dziś Order Virtuti Militari.

NICZEGO SIĘ NIE NAUCZYLI Polacy z nauczki tej nie wyciągnęli żadnych wniosków. Państwo wciąż było niewiele mniejsze, niż obecna Polska. I niemal natychmiast po II rozbiorze wybuchło w nim powstanie, kościuszkowskie. Stłumione z łatwością było przyczyną III rozbioru, po którym Polska przestała istnieć. Tak więc II i III Rozbiór był efek-

Gdyby nie bezsensowna Konstytucja 3 Maja, Polska zapewne bez zaborów, ale za to ze wzmocnionym skarbem i armią, dotrwałaby do zwycięstw napoleońskich, które tworzyły w Europie nowy ład. Zamiast tego wygłupem świętowanym rokrocznie 3 maja wymazała się z mapy Europy. stawicielstwa dyplomatyczne, czyli zrezygnować z jakiejkolwiek polityki zagranicznej. Po Konstytucji 3 Maja Polska znalazła się w sytuacji znacznie gorszej, niż przed nią. A nawet niż przed rokiem 1788, gdy zaczęła się reformować.

tem braku zrozumienia przez ówczesne polskie elity realiów polityki międzynarodowej. Waszczykowski jest tylko uczniem tej szkoły. Potem był podobno 123-letni okres zaborów. Termin śmieszny, bo na przykład

Królestwo Polskie lat 1815-1831 miało znacznie większą niezależność od Moskwy, niż Rzeczpospolita Szlachecka drugiej połowy XVIII wieku, z czasów Augusta III Sasa i Stanisława Poniatowskiego. Gdyby nie bezsensowna Konstytucja 3 Maja, Polska zapewne bez zaborów, ale za to ze wzmocnionym skarbem i armią, dotrwałaby do zwycięstw napoleońskich, które tworzyły w Europie nowy ład. Wtedy może nawet mogłaby odebrać część ziem I zaboru. Zamiast tego wygłupem świętowanym rokrocznie 3 maja wymazała się z mapy Europy. Potem wywoływała kolejne bezsensowne powstania, listopadowe, styczniowe. Sukces odniosło jedynie wielkopolskie, ale to był akurat jedyny sprzyjający

Polacy lubią o niej mawiać, że druga na świecie (po amerykańskiej) i pierwsza w Europie. Więc może jednak warto przypomnieć o spisanej w 1600 roku, i działającej w XVII i XVIII wieku konstytucji San Marino. Albo konstytucji Korsyki uchwalonej i spisanej w 1755 roku, dającej w XVIII wieku prawo wyborcze kobietom. No i oczywiście jest jeszcze, starszy od nich wszystkich – konstytucja Górnego Śląska z 1531 roku. Bez wątpienia najstarsza konstytucja świata, nie uznawana za taką jedynie dlatego, że choć księstwo opolsko-raciborskie było bogate, to jednak nie było suwerenne, stanowiąc część Korony Czeskiej. dzie miał rację – ale ja też nikogo nie pouczam, a opisuję jedynie, w jak idiotyczny sposób Polacy pod koniec XVIII wieku swoje państwo stracili. Co zaś najśmieszniejsze – idiotyzm ten hucznie obchodzą, jako wielki sukces swojej państwowości. I jeszcze jedno. Jest dziś w Polsce formacja polityczna, która tych oceniających

Polskim patriotą może być tylko osoba zaczepiająca mocniejszego, a potem płacząca, że w mordę dostała. A to dodatkowo wyklucza z kręgu polskich patriotów zdecydowaną większość Ślązaków. Bo dla nas zawsze pragmatyzm i spokój ważniejszy był od bezsensownego honoru. powstaniu moment. Armie zaborców były rozbite, w Rosji rewolucja – a istnienie państwa polskiego w zasadzie przesądzone, jedynie jego granice stanowiły pewną niewiadomą. Takie i tylko takie powstania mają sens. Ktoś może powiedzieć, że Ślązacy, którzy od niemal 800 lat nie mają własnego niepodległego państwa, nie powinni pouczać Polaków, jak o nie walczyć. I bę-

sytuację międzynarodową nazywa zdrajcami. Jak wtedy Targowicę. W ten sposób polskim patriotą może być tylko osoba zaczepiająca mocniejszego, a potem płacząca, że w mordę dostała. A to dodatkowo wyklucza z kręgu polskich patriotów zdecydowaną większość Ślązaków. Bo dla nas zawsze pragmatyzm i spokój ważniejszy był od bezsensownego honoru. Dariusz Dyrda

W przedwojennej Polsce Konstytucję 3 Maja bardzo celebrowali Piłsudczycy. Ale trudno się dziwić, wprowadzono ją także zamachem stanu, z pogwałceniem obowiązującego prawa. Czy nie przypadkiem także dziś jej ranga rośnie?

Dziś opowiada się, że komuniści z PRL-u nie cenili tej konstytucji. Tymczasem byli równie bezrefleksyjni w jej ocenie jak reszta Polaków. Wystarczy wziąć dowolny podręcznik historii z PRL-u, by czytać hymny pochwalne na jej cześć. Jedynie święto to zlikwidowali, bo było zbyt blisko 1 maja, więc odbierałoby część splendoru tego z punktu widzenia komunistów ważniejszemu.


14

kwiecień 2017r.

Nojlepszy gĕszynk 35zł

30zł

We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!

45zł

35zł

35zł

A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?

35zł

35zł

35zł

35zł

5zł

30zł

30zł

5zł

Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 535 998 252, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.

* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!


15

kwiecień 2017r.

FIKSUM DYRDUM

M

oże zabrzmi to idiotycznie, ale czasem zastanawiam się, czy uznanie godki za język regionalny przypadkiem by nam nie zaszkodziło. Nie, nie – nie odbiło mi, nie uznałem nagle że to gwara języka polskiego. Nie uważam też – jak Pańczyczka – że godki skodyfikować się nie da, bo „co wieś to inna pieśń”, co powiat to godajom/rzondzom inacyj/inaczej, i bestuż tako kodyfikacja zabijałaby te nasze godki domowe. Przecież także w Polsce jest wiele gwar, ale język literacki też istnieje – i jedynie góralom podhalańskim wypada publicznie mówić po swojemu, a cała reszta ma się posługiwać „wspólnym”. Kodyfikacja godki ma dla mnie znaczenie fundamentalne, ale uznanie jej za język – już nie. Boję się bowiem, co by się z tym językiem stało, gdyby go uznano i poszły za tym publiczne pieniądze. Kto by się do nich dorwał? Kto, co i jak zacząłby za te pieniądze propagować? Może właśnie Pańczyczka bajdurzyłaby nam za nie, że odwiecznym marzeniem każdej śląskiej

Boję się języka śląskiego rodziny było połączyć się z polską macierzą. A Marek Szołtysek głosiłby swoje księżycowe prawdy o Śląsku.

go zastrzyku finansowego sobie poradzi. Tak, jak poradziła sobie polszczyzna pod zaborami, bo to właśnie wtedy po-

Nasza literatura, sztuka, teatr (niech żyje Marian Makula!) – słowem kultura – rozwija się dynamicznie mimo bra-

Boję się, co by się z tym językiem stało, gdyby go uznano i poszły za tym publiczne pieniądze. Kto by się do nich dorwał? Kto, co i jak zacząłby za te pieniądze propagować? Może właśnie Pańczyczka bajdurzyłaby nam za nie, że odwiecznym marzeniem każdej śląskiej rodziny było połączyć się z polską macierzą. Podpadnę teraz wszystkim oficjalnym mniejszościom narodowym i etnicznym w Polsce – ale chciałbym oficjalnego uznania języka i narodowości śląskiej, a zarazem odebrania (lub przynajmniej znacznego ograniczenia) mniejszościom finansowania z budżetu państwa. Jeśli coś jest autentyczną potrzebą, to bez państwowe-

wstały największe perły polskiej literatury, te pióra Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Prusa, Reymonta. Kto wie, może gdyby nie zabory, to by ten Mickiewicz nie wiersze pisał, tylko oficerem był albo rolnikiem? A kurdupel Sienkiewicz leczyłby kompleksy wzrostu nad kieliszkiem w jakiejś knajpie?

ku tego finansowania. A może odwrotnie, może dzięki temu, że go nie ma. Że teraz nie da się dostać dobrze płatnego zlecenia na pisanie powieści po śląsku. Że teraz śląska książka czy gazeta musi się po prostu sprzedać. I sprzedają się, bo ludzie tego chcą. Sprzedają się, bo wydawcy decydują się wydać tylko

PISZE CÓRKA NACZELNEGO

A

merykańska przygoda Dyrdówny dobiega końca. Wracam w lipcu do Lędzin/Tychów, na Śląsk, do najjaśniejszej IV RP – wierzę, że wciąż do Europy. Już odliczam dni, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Choć też nie ukrywam, że na niedługo, bo zaraz potem lecę na studia do Anglii. Okazuje się, że wychodzą taniej, niż w Warszawie albo Wrocławiu. Naprawdę! Ale na razie wracam do domu. Via warszawskie Okęcie, co jest historią zabawną. Kiedy ojciec dowiedział się, że mam przesiadkę w Berlinie, stwierdził, że jak ma

Wracam!

nie, na duże lotniska do Berlina, Wiednia, Pragi czy Warszawy droga jest z Górnego Śląska podobna. Więc jakby nie patrzeć to my jesteśmy środkiem Europy środkowej. Tak sobie myślę, że może nie tylko z węgla, ale i z tego położenia wynika wyjątkowość wielokulturowej historii naszego regionu. W którym z tych państw byśmy nie leżeli, do stolicy mieliśmy dość blisko, by nie być peryferią, a zarazem na tyle daleko, że jednak nie zlewaliśmy się z tym stołecznym (berlińskim, praskim, wiedeń-

Wracam! Stęskniłam się za ojca roladą z kluskami i kapustą (wolę zasmażaną od modrej!) i tatarem ojca, gołąbkami babci, naleśnikami ze szpinakiem w sosie serowym Karoliny i wieloma innym kulinariami. Stęskniłam się za godką, za śląską familią… no normalnie, stęskniłam się za tym, co domowe. Ale nauczyłam się też, że Śląsk, Polska a nawet Europa nie są pępkiem świata. Świat ma więcej pępków, niż karmiąca suka sutków. Każdy ma swój własny, Ojciec-Dyrda jest zakręcony na Śląsk, Liam

Na duże lotniska do Berlina, Wiednia, Pragi czy Warszawy droga jest z Górnego Śląska podobna. Więc jakby nie patrzeć to my jesteśmy środkiem Europy środkowej. Z tego położenia wynika wyjątkowość wielokulturowej historii naszego regionu. W którym z tych państw byśmy nie leżeli, do stolicy mieliśmy dość blisko, by nie być peryferią, a zarazem na tyle daleko, że jednak nie zlewaliśmy się z tym stołecznym (berlińskim, praskim, wiedeńskim, warszawskim) żywiołem jechać po mnie do Warszawy, to już woli do Berlina. Bo niby trochę dalej, ale droga lepsza – wyjaśnił. Chociaż prawdziwi Polacy pewnie uznaliby, że folksdojcz Dyrda woli jechać dalej, do stolicy niemieckiego zaborcy, niż bliżej, do stolicy moralnych zwycięstw. Taka Dyrdy mać (babci Mirze broń Boże nie ubliżając). Dopiero po rozmowie z ojcem uzmysłowiłam sobie, że faktycz-

skim, warszawskim) żywiołem. Choć tu, w USA, blisko-daleko nabrało dla mnie innego znaczenia. Na przykład moja przyjaciółka z Tychów, Hania, mieszka ode mnie bliziutko, wszystkiego 400 kilometrów. No i kiedy teraz myślę, że będę studiowała pod Londynem, to też mi wychodzi, że blisko od domu, niecałe dwie godziny lotu. Brexit mnie trochę martwi, ale wierzę, że nie będzie źle.

na Szkocję, Andrew na Alaskę, Linda na swój język Aafrikans, najpiękniejszy według niej na świecie. I tylko ja jestem już chyba zupełnie kosmopolityczna, bo jestem tak samo zakręcona na tatara, jak na roladę, shushi, pizzę i nowojorską wołowinę z grilla. Co ja wam poradzę, że dla mnie kraj jest wart tyle, ile warta jest jego sztuka kulinarna? Zofia Dyrda

to, co naprawdę dobrze, ciekawie napisane. Czy finansowanie z budżetu państwa każdego chłamu, bo po śląsku, niezależnie od tego, jak napisane, tylko kto ma lepsze chody u Niezwykle Wysokiej Komisji Dzielącej Szmal Na Śląski Język Rergionalny - tego nie zniszczy?. Zawsze uważałem, że prawdziwa sztuka obronić umie się sama. Że nie potrzebuje państwowej gotówki. Od zawsze widzę, że dotowane czasopisma, w rodzaju miesięcznika „Śląsk”, są nudne jak flaki z olejem. Ich wydawanie jest dotowane a kupują – czyli znowu dotują –jedynie urzędy i instytucje za publiczne pieniądze. Mam nadzieję, że proceder taki nigdy nie zaistnieje w stosunku do języka śląskiego. Bo wydawane w ten sposób czasopisma i książki, wystawiane sztuki teatralne – mogą nam godkę jedynie skutecznie obrzydzić. Dariusz Dyrda

WYBACZCIE, JESTEM Z WARSZAWY

„Polskie obozy koncentracyjne” to podtytuł użyty z premedytacją. Gdybym miał możliwość decydować jeszcze raz, dałbym go na tytuł a z reszty zrezygnował. Po pierwsze wiedzieliśmy z wydawcą że wybuchnie afera i mieliśmy nadzieję że jak największa. Nie tylko dla pieniędzy, serio, przynajmniej ja. Dla mnie niesamowite było odkrycie, że te obozy zakwestionowały jedną z podstawowych reguł dziennikarskich. Nie zachodziła w ich przypadku dyfuzja informacji; niby „wiadomo” a guzik wiadomo, niby pojawiają się książki i artykuły, ale ludzie o tym do siebie nie mówią. Zatrzymują to w sobie. Pierwszy raz spotkałem się ze zjawiskiem indywidualnego wstydu za przeszłe winy narodu i osłupiałem. Dopiero potem zrozumiałem że na Śląsku to raczej cień strachu, który został rzucony kilkadziesiąt lat temu albo dawniej. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy użyć siły, kopnąć w tę dziwną zmowę z całej - jak nam się wówczas wydawało - siły. Nie czuliśmy się zagrożeni fizycznie, ale zdawaliśmy sobie sprawę że jesteśmy młodzi i możemy się mylić. „Duża szansa że nic takiego się nie stanie” - mówił wydawca, ale on nie pochodzi z Warszawskiej Pragi i nie zna gry w kreskę, która opiera się na łucie szczęścia właśnie. Dwóch Łysych rysuje kredą kreskę na chodniku i czeka w bramie aż nadejdą nieświa-

Dialog z tradycją domi przechodnie. Jeśli nie nadepną kreski – leci w ich stronę słowo „szaconek”, jeśli nadepną – pięść z sygnetem, nie da się przed nią obronić. Kiedy już gruchnęło, najgłupiej zachował się Maciej Świrski z Reduty Dobrego Imienia, który wycisnął z mojej książki maksymalnie dużo materiału promującego swój ruch, aż koledzy z marketingu wydawnictwa patrzyli z uznaniem. Najpierw Reduta napisała że zagroziliśmy bezpieczeństwu kraju i osłabiliśmy w wymiarze międzynarodowym pozycję Polski, jak również ugodziliśmy w interesy polityczne państwa. I Polska Agencja Prasowa to ogłosiła! Dziwny Infantylizm prawicy dotyczy, jak widać, nie tylko sposobu pojmowania patriotyzmu ale najwyraźniej także formułowania oskarżeń. Nie mam tylko pojęcia po co, w jakim taktycznym celu poza autopromocją Reduta Dobrego Imienia przypisała nam, mnie i wydawcy, dysponowanie możliwościami wyrządzenia tak wielkich szkód. Przecież gdyby te zarzuty przeczytać komuś bez kontekstu, powiedziałby że chodzi o niezwykle wpływowego szkodnika, a ja naprawdę nie żywię aż takich ambicji. Jednak pieczeniarstwo Świrskiego weszło na wyższy poziom kilkanaście dni później. Uparł się żeby nie odpuszczać i wsparł „pomocą prawną”

reduty dość ryzykowną sprawę. Postanowił bronić grupy skinheadów, którzy zaatakowali dziennikarkę Newsweeka na jakimś prowincjonalnym portalu. Wydawca tygodnika dał sprawę do sądu a teraz Świrski chce pomóc polskim chłopcom w starciu z niemieckim gigantem. Mi to się ładnie wiąże w całość, Janusz Głowacki powiedział ostatnio, że każdy młody Hun, bez względu na płeć, potrafił w wieku czterech lat skandować imię wodza podczas treningu walki białą bronią i dlatego reforma edukacji jest w naszym kraju niezbędna. *** Pod koniec stycznia wracałem do domu a fioletowa twarz Heńka (który od dawna już nie gra w kreskę, bo alkohol odebrał mu nogę) poprosiła mnie o papierosa. - I o parę złotóweczek może, bo widziałem, że teraz sąsiad się wdał w taki głośny cymes. - W jaki cymes Panie Heniu? - No, w dialog z tradycją taki elegancki. Dałem mu pewną ręką za te bystre, ożywcze słowa. Marek Łuszczyna PS. Uprzejmie dziękuję za możliwość zamieszczania comiesięcznych felietonów z warszawskiego punktu widzenia. Mam nadzieję nie zanudzić państwa, choć czasami pewnie będę irytował.


16

kwiecień 2017r.

Na facebooku ruszyła nowa strona – ilustrowany samouczek śląsko-angielski. Jego autorami są Marcin Melon (ten od Komisorza Hanusika) i rysownik Jacek Zygmunt. Trocha to do szpasu, trocha filozoficzne.

To sie werci poczytać:

Ksiůżka ślůnsko – nojlepszy Ksiůżka ślůnsko – nojlepszy gĕszynk podgĕszynk krisbaum! pod krisbaum Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Rychtig Gryfno Godka”? łôsprowki”? „Rychtig Gryfno Godka”? „Pniokowe „Pniokowe łôsprowki”? ”? Eli ni mosz, terozki ”? Eli ni mosz, terozki „Asty kasztana „Asty kasztana festelno kupić je blank tanio. festelno szansa szansa kupić je blank tanio. księgarniach tych książek kosztuje WW księgarniach kompletkomplet tych książek kosztuje średnio około 135 złotych. Uz nas razem z kosztami średnio około 135 złotych. U nas razem kosztami przesyłki wydasz na nie!!!jedynie: !!! przesyłki wydasz na nie jedynie: 110 złotych !!!110 złotych !!! Ale możesz je oczywiście Ale możesz je oczywiście kupić także kupić osobno. także osobno. Koszt –przesyłki – 9 złotych. Koszt przesyłki 9 złotych. Wprzypadku przypadku zamówienia powyżej złotych W zamówienia powyżej 100 złotych – 100 przesyłka gratis. – przesyłka gratis. lub telefonicznie 535 998 252. lub telefonicznie 535 998 252. Można teżwpłacając zamówić wpłacając na konto Można też zamówić na konto 96 2528 1020 2528 0302 0133 9209 96 1020 0000 03020000 0133 9209 - ale prosimy przy podawać zamówieniu podawać - ale prosimy przy zamówieniu numerkontaktowego. telefonu kontaktowego. numer telefonu „Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego

– to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z Instytut Godki. Instytut ŚlůnskijŚlůnskij Godki. naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron formatu A-4. 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53 Cena 60 złotych.

„Pniokowe Łosprowki” „Rychtig Dariusza Dyr- Eugeniusza „Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyr-Gryfno Godka” Kasztana, Ginter- „OpoPierończyk - „OpoAstyAsty Kasztana, Ginter Pierończyk Kosmały (Ojgena dy języka – to śląjedyny podręcznik językaz Pnioków ślą- – popular– to jedyny podręcznik wieści o Śląsku niewymyślonym” todyauwieści o Śląsku niewymyślonym” to aunego felietonisty Radia Piekary) to kilskiego. W 15 czytankach znajdujemy znajdujemy tentyczna sagaz Załęża. rodziny się W 15 czytankach tentyczna saga rodziny Jak zsięZałęża. Jakskiego. dowcipnych gawęd w takiej kompendium wiedzy kadziesiąt o Górnym Śląsku, kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, w Katowicach śląskim pokoleniom? żyłożyło w Katowicach śląskim pokoleniom? a podnajważkażdą czytankąśląskiej wyjaśnia a pod każdą czytanką wyjaśnia godce,najważkierom dzisio nie godo Historia przeplatana nie tylko zabawnymi Historia przeplatana nie tylko zabawnymi niejsze różnice między śląskim niejsze różnice między językiem śląskim jużjęzykiem żoděn, krom samego Ojgena! 210 anegdotkami,ale też wspomtragicznymi wspomanegdotkami,ale też tragicznymi polskim. Wszystko toformatu uzupełnione a polskim. Wszystko toa uzupełnione stron A-5. nieniami i pięknymi zdjęciami z prywatnych nieniami i pięknymi zdjęciami z prywatnych świetnym isłownikiem śląsko-polskim i 20 złotych. świetnym słownikiem śląsko-polskim Cena zbiorów. stron formatu A-5. zbiorów. 92 stron92 formatu A-5. polsko-śląskim. 236 stron formatu A-5. polsko-śląskim. 236 stron formatu A-5. Cena: 15 złotych. Cena: 15 złotych. Cena 28 złotych. Cena 28 złotych.

Uns” – ostatni Eugeniusza żołnierze „Gott mitŁosprowki” „Pniokowe Mariana Kulika, to wspomnienia Kosmały (Ojgena z Pnioków – popularostatnich Ślązaków, służących w armii IIIto kilnego felietonisty Radia Piekary) Rzeszy. Stare opy spominajom przedwokadziesiąt dowcipnych gawęd w takiej jenno Polska, służba przī dzisio wojsku i to, co godo śląskiej godce, kierom nie się samkrom dzioło, samego kiej przīszłyOjgena! Poloki a 210 już żoděn, Rusy. Fascynująca stron formatu A-5. lektura. Cena: 2920 złotych. Cena złotych.

„Dante i inksi” Mirosława Syniawy, to antologia wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena 23 złote

„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskijDariusza Jerc „Historia Narodu Śląskiego” nacyje” to drugaksiążka część skrzącego się humorem o historii Ś – to jedyna opowiadająca naszego punktu widzenia, a nie kryminału zwłasnego elementami fantasy, rozgrywajączeskiego czy niemieckiego. 480 stron forma cy się na dzisiejszym Śląsku. Autor, Marcin Cena 60 Melon, jest anglistą, co w książce widać szkół - cena 28 złotych

„Komisorz Hanusik” autorstwa Marc

Melona laureata II miejsca na ślą „Ich książęce wysokości” - to dzieje władców jednoaktówkę z 2013 roku. to pierw Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra komedia kryminalna w ślunskiej god Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wic„Chytrzyjszy jak Sherlock Holmes, bar jakale James Bond! man Ecikwyzgerny z Masztalskich, będącego też A wypić por lompyi historii na placu” wybitnymchoćby znawcą kultury regionu– taki jest Ac Hanusik, bohater książki. - cena 30 zł Cena: 28 złoty


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ślunski Cajtung 04/2017 by KO production - Issuu