Skip to main content

Ślunski Cajtung 02/2019

Page 1

GAZETA NIE TYLKO DLA TYCH KTÓRZY DEKLARUJĄ NARODOWOŚĆ ŚLĄSKĄ

CZASOPISMO GÓRNOŚLĄSKIE

Bez szansy na zjednoczenie

Z

wydaniem tego numeru czekaliśmy na konwent ŚPR, który miał miejsce w pierwszą sobotę marca. Wierzyliśmy, że Śląska Partia Regionalna wybierze do swoich władz ludzi dolnych do rzeczowego dialogu na rzecz zintegrowania śląskich środowisk. Już wiemy, że tak się nie stało. Podobnie, jak przedtem wiele razy na kongresach RAŚ-u, ekipa Jerzego Gorzelika pozbyła się z władz wszystkich, którzy potrafią mieć zdanie inne, niż on. Sam Gorzelik jest niby tylko jednym z 21 członków rady politycznej tej partii, ale skład władz wskazuje, że nadal będzie pociągał tam za sznurki. W efekcie jeszcze podczas konwentu znany satyryk i bard Marian Makula ogłosił rezygnację z członkostwa w ŚPR, dzień później uczynienie tego zapowiadała dotychczasowa wiceprzewodnicząca partii, Ilona Kanclerz. A lista takich osób będzie pewnie znacznie dłuższa. Podobnie po konwencie już zaczynają się rezygnacje z członkostwa w RAŚ-u. Dodać trzeba, że kilka tygodni temu legitymację RAŚ-u złożył jego człowiek legenda, Ingemar Klos, autor między innymi sztandaru Ruchu Autonomii Śląska. Klos związany był z organizacją od ponad 25 lat, i zawsze był gotów do pracy na jej rzecz. O konwencie ŚPR i jej nowych władzach piszemy na str. 13. Ale znacznie bardzie z przodu tematy w sumie ważniejsze, czyli o pomyśle zmiany nazwy województwa ze śląskiego na śląsko-małopolskie (str. 3-5). A zaraz za tym rozważania, czy w Niemczech żyją jacyś liczni Ślązacy, czy też po prostu ludzie o śląskim pochodzeniu, ale bez śląskiej tożsamości (str. 6-7). Natomiast na stronach 8-9 o sensacyjnych planach III Rzeszy przebudowy śląskiej aglomeracji – o polskim planów tych kopiowaniu. Na stronie 11 zapraszamy do wywiadu Łukaszem Kohutem, znanym orędownikiem walki o uznanie języka śląskiego, za którego sprawą temat ten znalazł się w programie partii Wiosna. Kohut będzie zapewne jej „jedynką” w wyborach do europarlamentu w województwie śląskim. A „trójką” na liście PiS-u ma być w nim … Patryk Jaki, który niedawno jeszcze tak bardzo czuł się warszawiakiem (czyt. Str. 2). Gazetę uzupełnia zabawne opowiadanie, kolejny fragment powieści Hajmat (cieszymy się, że pierwszy tak przypadł Wam do gustu) i felieton o hokeju. Miłej lektury. Szef-redachtůr.

NR 6/7 2/ 2019r. (72) (42) CZERWIEC/LIPIEC 2015r. ISSN 2084-2384 NR INDEKSU 280305 CENA 3,00 ZŁ (8% VAT)

Jaki spadochroniarz

Nieoficjalnie wiadomo, że Patryk Jaki przymierzany jest na trzecie miejsce listy PiS-u w województwie śląskim. s. 2


2

nr 2/2019r.

Jaki spadochroniarz Nieoficjalnie wiadomo, że Patryk Jaki przymierzany jest na trzecie miejsce listy PiS-u w województwie śląskim. Zaraz za innym wiceministrem, Grzegorzem Tobiszowskim. W historii przynależności Polski do UE nie było jeszcze tak gremialnego ataku członków rządu na Parlament Europejski. Wygląda to coraz bardziej na ucieczkę do Brukseli przed skutkami swoich rządów.

A

le przypadek Jakiego jest szczególny. Posłem został z Opola, pół roku temu przekonywał nas wszystkich, że jest warszawiakiem, kibicem Legii, wierząc, że tym sposobem zostanie prezydentem tego miasta. Teraz nagle chce zostać europosłem z województwa śląskiego? Czy będzie nam dla odmiany teraz opowiadał, że Śląsk jest jeden i przecież on jest ze Śląska? Czy Hanysy dadzą się nabrać na jego bajeczki? Inna sprawa, że Jaki wcale nie ze Śląska chciał się do Brukseli wybrać. Planował z Warszawy, gdzie przecież niedawno PiS prowadził wielką promocję jego osoby – ale tam mógłby zagrozić Jackowi Saryuszowi-Wolskiemu, któremu obiecano „pewny” mandat następnej kadencji, za udział w farsie wyboru przewodniczącego Rady Europy (Saryusz-Wolski przegrał z Donaldem Tuskiem 27:1). W tej sytuacji naturalnym jego okręgiem byłby dolnośląsko-opolski. Tu jednak na jedynce jest minister edukacji Anna Zalewska a na dwójce Beata Kempa, podobnie jak Jaki z Solidarnej Polski. PiS koalicyjnej partyjce nie odda miejsc 2 i 3, a poza tympanie sobie konkurencji Jakiego nie życzą, więc i stamtąd został „przepędzony”. Więc spróbował dostać się na trójkę w okręgu małopolsko-świętokrzyskim. Veto postawiła chyba jednak tamtejsza ”jedynka” Beata Szydło, która zamierza błysnąć rekordowym wynikiem i obawia się, że Jaki mógłby

ten jej indywidualny rekord popsuć. I chyba wywalczyła, że Jaki ostatecznie spadochroniarzem będzie u nas. Liderka listy Jadwiga Wiśniewska, obecna eurodeputowana, pewnie nie jest szczególnie zadowolona, bo nazwiska Tobiszowski i Jaki są bardzie znane, niż jej. . Chętnie zapewne pozbyłby się go też drugi na liście Grzegorz Tobiszowski, bo może się okazać, że PiS zdobędzie tylko dwa mandaty i ten drugi odbierze mu Jaki. Ale pozycja Tobiszowskiego nie jest chyba tak mocna jak Zalewskiej czy Szydło i może mu się nie udać. Ale Jaki na trójce to największy cios dla Izabeli Kloc, która w 2010 nieznacznie przegrała wybory do PE. To ona miała być trójką i spróbować teraz, jeśli PiS weźmie trzy mandaty. Gdy zjawi się Jaki, pewnie znów będzie musiała obejść się smakiem. Tym bardziej, że partia chce, by wystartował też Bolesław Piecha, który

chciał sobie już dać spokój z polityką, ale 130 tysięcy głosów zdobyte pięć lat temu robi jednak wrażenie i może przysporzyć głosów liście PiS-u w okręgu rybnickim. Jeśli Piecha da się namówić, to Klocowa nie ma żadnych szans, bo także ona liczy na głosy głównie tam. Tak więc Jaki spadochroniarz nie jest im na rękę, ale czy – podobnie jak w innych okręgach – uda im się go pozbyć. Mało prawdopodobne, bo Jaki ma mocne parcie na Brukselę, a okręgów, w których tą trójką mógłby być, jest coraz mniej. Ciekawe jak mieszkańcy naszego województwa potraktują przeciepa Jakiego. Ze swojego miejsca na konkurencyjnej liście Koalicji Europejskiej nie może być też zadowolony mocno kojarzony z regionalizmem Marek Plura (PO). Obecny eurodeputowany dostanie najpewniej dopiero szóstą lokatę, w środku stawki. Bo miejscami trzeba

się było podzielić z koalicjantami. Lokomotywą listy ma być ponownie Jerzy Buzek, zasiadający w parlamencie europejskim od czasu, gdy Polska się w nim znalazła i w każdych wyborach zbierający mnóstwo głosów. Jednak czy niemal 80-letni polityk zdoła jeszcze raz pociągnąć ten wózek? Bo na pewno nie zdoła być lokomotywą dwójka – działacz SLD z Częstochowy, Marek Balt, ani trójka, posłanka Mirosława Nykiel z Bielska-Białej. Także 67-letni Jan Olbrycht (miejsce nr 4.) wydaje się nieco zgraną kartą a znajdująca się na miejscu piątym Barbara Dolniak z Zagłębia (Nowoczesna) też nie jest postacią szerzej znaną. W porównaniu z listą PiS-u te nazwiska są mniej rozpoznawalne, i to może być szansa dla Plury, jeśli przekona śląskie środowiska, że jest ich kandydatem. Może mieć jednak ten kłopot, że jedynką Wiosny Biedronia też będzie zapewne znany śląski regionalista

To już pięć lat

Gazeta nie tylko dla osób deklarujących narodowość śląską ISSN 2084-2384 Gazeta prywatna, wydawca: Instytut Ślunskij Godki (MEGA PRESS II) Lędziny ul. Grunwaldzka 53; tel. 0501 411 994 e-mail: megapres@interia.pl Redaktor naczelny: Dariusz Dyrda Nie zamówionych materiałów

redakcja nie zwraca.

POLSKA PRESS Sp. z o.o.,

Oddział Poligrafia, Drukarnia Sosnowiec

M

inęło pięć lat od brutalnego zabójstwa burmistrza Zdzieszowic Dietera Josefa Przewdzinga. Przez ostatnie dwa lata swojego życia stał się najbardziej znanym orędownikiem autonomii ekonomicznej Górnego Śląska. Jego koncepcja była prosta. 1/3 wszyst-

kich podatków wypracowanych w gminie zostaje na miejscu, 1/3 trafia do województwa, 1/3do budżetu centralnego. W odpowiedzi PiS urządzał pod jego biurem pikiety, a poseł tej partii Sławomir Kłosowski kilka ty-

Łukasz Kohut (wywiad z nim na str. 11), a jakby tego było mało, podobno RAŚ zamierza Plurze nie tyle pomagać, co przeszkadzać. Relacje pomiędzy tym stowarzyszeniem (a raczej jego szefem), a Markiem Plurą ostatnio podobno bardzo oziębły. Zresztą nie można wykluczyć, że rzutem na taśmę pod koniec listy znajdzie się jeszcze jeden śląski regionalista. Choćby szef RAŚ-u Jerzy Gorzelik czy Lyjo Swaczyna ze Ślonzoków Razem. Ten ostatni byłby dla koalicji chyba cenniejszym nabytkiem, bo jego mogłaby poprzeć Mniejszość Niemiecka (ma z nią znacznie lepsze relacje niż Gorzelik czy Plura) a w ostatnich wyborach do sejmiku Ślonzoki Razem miały lepszy wynik, niż ŚPR. I były to głosy Hanysów „zaprzysięgłych”, którzy bez takiego kandydata raczej na żadną polska partię nie zagłosują, zostając w domach. Adam Moćko

godni przed morderstwem złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przez niego przestępstwa, polegającego na… dążeniu do osłabienia integralności i jedności państwa. W tym czasie Przewdzing dużo jeździł po Śląsku, przekonując do założenia prawdziwie śląskiej partii. Choć wyraźnie podkreślał, że chodzi mu tylko o autonomię gospodarczą, nie polityczną. O tym mówiły też dokumenty tej partii, które miał już przygotowane. - Widziałem je kilka dni przed śmiercią Dietera. Wtedy widzieliśmy się i rozmawialiśmy ostatni raz – mówi nasz redaktor naczelny, Dariusz Dyrda. Przewdzing został zamordowany wieczorem, 18lutego 2014 roku na terenie swojego „rancza” w Krępnej, w pobliżu Zdzieszowic. Mord był wyjątkowo brutalny, rozcięto mu tętnice tak, by szybko się wykrwawił. Takie ciosy wskazują na dobrą znajomość anatomii. Morderca nie został ujęty i coraz więcej wskazuje, że już nigdy nie zostanie. Choć na samym pogrzebie większość z zebranego tłumu miała przekonanie, że było to zabójstwo polityczne, policja- przynajmniej początkowo – wykluczyła taki motyw. Żadnego innego tropu nie znalazła. Od tego czasu każdego roku przedstawiciele śląskich organizacji zjawiają się 18lutego na jego grobie, by oddać mu hołd. Partia Ślonzoki Razem postąpiła jednak w tym roku nietypowo. Jej przedstawiciele zjawili się na grobie nie 18 a 24 lutego. - 18 lutego je hań pełno kwiotków, zniczy. A 24 lutego Dieter mioł gyburstag, u nos je zwyk, coby tego dnia tyż iś na grób. Tuż my się wybrali 24 a niy 18 – wyjaśnia lider partii Lyjo Swaczyna. Na zdjęciu: Kwiaty od Ślonzoków Razem w gyburstag Przewdzinga Adam Moćko


3

nr 2/2019r.

Ktoś chce z nas zrobić Małopolskę

Petycja o zmianie nazwy województwa Żyjemy w szalonym kraju. Tylko Polacy potrafią wymyślić, by zamiast dopasować województwa do historycznych granic regionów – tworzyć wieloczłonowe nazwy tych województw. Znów wróciła sprawa zmiany nazwy województwa. Ze śląskiego na śląsko-małopolskie. Jakby sensowniej nie było po prostu ziem małopolskich przyłączyć do województwa małopolskiego. Zarazem województwo śląskie stałoby się naprawdę śląskim.

Po

kilku latach przerwy temat powrócił za sprawą stowarzyszenia Beskidzki Dom, które przekonało kilkanaście innych stowarzyszeń z małopolskich części naszego województwa, by złożyć wspólną petycję w sprawie zmiany nazwy województwa. Złożono ją w urzędzie marszałkowskim, ale ponieważ zmiana ta leży w gestii parlamentu (wymaga zmian w ustawie) marszałek województwa przekazał petycję do ministra spraw wewnętrznych i administracji. Składający petycję nie kryją, że liczą na poparcie wpływowych środowisk politycznych. Najprawdopodobniej chodzi im o partię Jarosława Gowina. A petycję składali przedstawiciele kilkunastu stowarzyszeń, reprezentujących wszystkie nieśląskie części województwa, czyli – najprościej rzecz

n Ta mapa, deklaracji narodowości śląskiej, najlepiej pokazuje, gdzie jest Górny Śląsk. ujmując – Ziemi Częstochowskiej, Zagłębia Dąbrowskiego i Ziemi Żywieckiej. Inicjator akcji, Grzegorz Wnętrzak z Beskidzkiego Domu od lat podnosi, że nasze województwo w 51% składa się z ziem małopolskich, więc nazwa jest nieadekwatna do rzeczywistości. Wnętrzak naprawdę dobrze zna historię, wie gdzie jest Śląsk a gdzie Małopolska – i w swojej argumentacji ma rację. A raczej miałby, gdyby nie… wiele ale.

WOJEWÓDZTWA Z NARUSZENIEM LOGIKI Fundamentalne „ale” polega właśnie na tym, jak tworzone są w Polsce województwa. Nie ma w tym żadnej logiki, bo w

Warszawie rysując ich granice kompletnie lekceważy się historię czy tożsamość regionalną mieszkańców – w efekcie sklejając w jedno województwo ziemie tak sobie obce, jak Górny Śląsk i okolice Czę-

Chyba, że ten brak logiki nie jest jej brakiem, lecz działaniem celowym. Że państwo polskie od 1945 roku stale dokłada starań, by wszystko wymieszać w jednym tyglu, by poczucie tożsamo-

czytelników wie, gdzie mieszkają choćby Kurpie? Gdzie Poleszuki? Czy teraz ma przyjść kolej na nas? Gdy w roku 1998 zmniejszano ilość województw z 49, propozycje były różne. Te

Dziś w Polsce mówi się „na Górnym Śląsku i Opolszczyźnie” – tak jakby Opolszczyzna nie była Górnym Śląskiem. Rekord pobił pewien telewizyjny dziennikarz sportowy, który stwierdził na antenie, że drużyna opuściła już Opole i udała się na Górny Śląsk do Sosnowca stochowy czy Zawiercia. Czy nawet żywiecczyzna, bo chociaż ona kiedyś (dawno!) Śląskiem była, to dziś śląskiej tożsamości nie ma tam wcale.

ści regionalnej znikło w nim zupełnie. W ogromnej części mu się to udało, bo o ile większość z nas wie jeszcze, gdzie żyją Kaszubi i górale podhalańscy, to ilu

mówiące o województwach 8 czy nawet 12 były racjonalne, dopasowane do historycznych krain. Dokończenie na str. 4


4

nr 2/2019r.

Fałszywa nuta Gorzelika

Od

dawna uważam, że województwo śląskie nie powinno mieć w swoich granicach żadnego Sosnowca, Częstochowy, Żywca. Dlatego kilka lat temu moje związki z Ruchem Autonomii Śląska zaczęły się rozluźniać. Bo gdy wojewódzcy radni RAŚ zagłosowali za zacieśnianiem związków z Małopolską (popularne Krakowice) a nie z województwem opolskim – uznałem to za zdradę tych ideałów, za działanie na szkodę powstania w dalszej perspektywie województwa rzeczywiście śląskiego. A dziś jestem pewien, że gdyby nie Krakowice, to teraz nie byłoby absurdalnych pomysłów zmiany nazwy naszego województwa.

OPOLSKIE ZŁAMANIE ZASADY

ZDRADA NR 1 – KRAKOWICE Jerzy Gorzelik mówił wówczas, że na współpracy z Krakowem możemy zyskać dużo więcej niż z Opolem, bo Kraków to wiodący ośrodek artystyczny, naukowy. Bardzo szybko okazało się, jak zyskujemy – za podstawowe lotnisko Krakowic uznano Balice a nasze Pyrzowice jako zapasowe… W ramach tej współpracy Kraków dostaje na kulturę kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy niż my… Ale, co ważniejsze, nawet gdybyśmy rzeczywiście korzystali, to i tak kosztem rozmywania naszej tożsamości. Ja rozumiem, że takich czynników nie musi brać pod uwagę potomek goroli, którzy zjawili się na Śląsku kilkadziesiąt lat temu, ale lider organizacji nazywającej się Ruch Autonomii Śląska???

GEN HIEROWSKIEGO? Po napisaniu tych słów … parsknąłem śmiechem. Bo uzmysłowiłem sobie, że przecież Jerzy Gorzelik jest wnukiem Zdzisława Hierowskiego spod Przemyśla, który zjawił się na Śląsku natychmiast po tym, gdy przypadł on Polsce i należał do gorliwych polonizatorów, był współpracownikiem wojewody Grażyńskiego.

wych próbowali przekonywać mieszkańców Zagłębia, żeby głosowali na ich Śląską Partię Regionalną. Co wskazuje, że naprawdę wierzyli, że to już jeden region. Dlatego z ciekawością, ale i nadzieją czekałemm na kongres ŚPR. Wiedząc, że jeśli tam nadal pociągał będzie sznurki Gorzelik (i Mercik) to ŚPR pozostanie partią bezideową, pozornie śląską a wszystko co mówią służy tylko temu, by odzyskać zaufanie Ślůnzoków. A potem – jak poprzednio przez osiem lat – nic nie robić dla realizacji ich postulatów. Jeśli zaś ŚPR powie „tym panom już dziękujemy” to widziałem nadzieję, na zjednoczenie wszystkich śląskich środowisk. Ale ŚPR nadal pozostawił ich u władzy. I co teraz z płynącym często przekazem: - Chętnie siądziemy do rozmów.

BYLE DO WŁADZY Teraz nagle, gdy Ślązacy ich za to rozliczyli, nie wybierając ponownie do sejmiku, zorientowali się, że ich „nowoczesny regionalizm niczego” nie jest żadną ideą, że Ślązaków śląskość interesuje a nie regionalizm. Wciągnęli więc znów na siebie szaty

Jerzy Gorzelik jest wnukiem Zdzisława Hierowskiego spod Przemyśla, który zjawił się na Śląsku natychmiast po tym, gdy przypadł on Polsce i należał do gorliwych polonizatorów, był współpracownikiem wojewody Grażyńskiego Więc Gorzelik to właśnie – jak napisałem wyżej – „potomek goroli, którzy zjawili się na Śląsku kilkadziesiąt lat temu”. Tylko jego dziadek nie zjawił się tu do roboty na grubie czy w hucie. On przyjechał na te bogate ziemie, by tu „umacniać polskość”. To dlatego czasem, gdy wyskakiwał z pomysłami w rodzaju Krakowic, ówczesny członek zarządu RAŚ a obecny lider partii Ślonzoki Razem mawiał, że oto odezwał się gen Hierowskiego.

KOLEJNA ZDRADA Ale Krakowice nie były jedyne. Gdy trzy lata temu w Częstochowie pojawił się pomysł, by stworzyć tam osobne województwo, sporo śląskich działaczy się cieszyło. Że oto może spełni się nasze marzenie, że Częstochowa pójdzie sobie z województwa śląskiego. „Ślůnski Cajtung” sekundował częstochowianom z całego serca. A RAŚ? Wojewódzcy radni Ruchu Autonomii Śląska głosowali wówczas przeciw aspiracjom Częstochowy, podejmując uchwałę o integralności województwa śląskiego. Oni się już nie ze Śląskiem utożsamiali, tylko właśnie z województwem śląskim. Z tym tworem, który terytorialnie tylko w 49% jest śląski, a w 51% małopolski. Oni okazali się wtedy pożytecznymi idiotami tych, którzy teraz chcą zmieniać nazwę naszego województwa. W interesie pana Wnętrzaka a nie Śląska grali. Wtedy po raz pierwszy w RAŚ-u doszło do poważnych sporów programowych – bo wielu członków stowarzyszenia się z tym nie zgadzało.

ZDRADA NR 3 Jeszcze dalej od Gorzelika szedł Henryk Mercik, wiceszef RAŚ i wicemarszałek województwa śląskiego w latach 20142018. Ten już wprost mówił o ”naszym regionie, od Częstochowy po Żywiec”. A obaj oni podczas ostatnich wyborów samorządo-

Dokończenie ze str. 3 Jednak atak przypuszczono z Opola. Ówczesne rządowe plany ekipy Jerzego Buzka zakładały likwidację województwa opolskiego i – zgodnie z logiką – południowej, górnośląskiej części połączenie z województwem śląskim, zaś z województwem dolnośląskim połączenie dolnośląskiej w rzeczywistości części północnej. Województwo opolskie było bowiem tworem sztucznym, w połowie górnośląskim, w połowie dolnośląskim. Trochę tak, jak śląskie, w połowie rzeczywiście śląskie, w połowie małopolskie.

śląskości, które dwa lata wcześniej z obrzydzeniem zrzucili, i teraz udają, że chodzi im o województwo śląskie w historycznych granicach. Ja im nie wierzę! W moim przekonaniu chodzi im tylko, by znów się dorwać do żłoba! Dlatego z ciekawością, ale i nadzieją czekam na kongres ŚPR, który odbędzie się za kilka dni. Wiedząc, że jeśli tam nadal pociągał będzie sznurki Gorzelik (i Mercik) to ŚPR pozostanie partią bezideową, pozornie śląsk,ą a wszystko co mówi służy tylko temu, by odzyskać zaufanie Ślůnzoków. A potem – jak poprzednio przez osiem lat – nic nie robić dla realizacji ich postulatów. Jeśli zaś ŚPR powie „tym panom już dziękujemy” to widzę nadzieję, na zjednoczenie wszystkich śląskich środowisk. Zwłaszcza, że rozmawiając z liderami różnych śląskich organizacji ciągle słyszę ten sam warunek: - Chętnie siądziemy do rozmów nad stworzeniem wspólnego programu, ale jeden warunek: ja do rozmów z Gorzelikiem ani nikim, kim Gorzelik steruje, nie siadam!

OSIEM STRACONYCH LAT Liderzy ŚPR _ Gorzelik i Mercik - mogą dziś opowiadać, że jest za odłączeniem ziem małopolskich od naszego województwa. Ale biblijna mądrość powiada: „po owocach ich poznacie”. Więc ja pytam, co oni zrobili w tym kierunku przez osiem lat zasiadania w sejmiku? Nic! To osiem lat udawania, że Ślązacy mają tam jakąś swoją reprezentację, było dla śląskości zupełnie stracone. Żadnej śląskiej reprezentacji w latach 2010-2018 w sejmiku nie mieliśmy, jedynie kilku panów miało dobrze płatne stołki. Więc teraz, gdy nie weszły ani Ślonzoki Razem, ani ŚPR – nic nie straciliśmy! Choć i nic nie zyskaliśmy. Tych kilku panów straciło swoje stołki – i tyle! Dariusz Dyrda

W 1998 roku chciano ten opolski bezsens naprawić. Ale pojawiło się wiele sprzeciwów. Ideologiczny wyraził po-

karz sportowy, który stwierdził na antenie, że drużyna opuściła już Opole i udała się na Górny Śląsk do Sosnowca.

OPOLSKI DYLEMAT Jednak przy okazja petycji o zmianie nazwy województwa można powrócić do idei województwa górnośląskiego. Zwłaszcza że opolskie, z liczbą mieszkańców już poniżej miliona, z fatalnymi wskaźnikami gospodarczymi, jest jednym z dwóch najsłabszych polskich województw. Niewiele ustępują mu niektóre powiaty. Dlatego rządzący przy okazji rozważań nad województwem śląskim powinni się zastanowić, czy jednak nie zlekceważyć dawnych apelów Mariana Piłki i nie podzielić opolskiego między Dolnośląskie i Górnośląskie.

O ile większość z nas wie jeszcze, gdzie żyją Kaszubi i górale podhalańscy, to ilu czytelników wie, gdzie mieszkają choćby Kurpie? Gdzie Poleszuki? Czy teraz ma przyjść kolej na nas? seł AWS-u (z partii ZChN) Marian Piłka: „Nie możemy pozwolić, by Ślązacy się połączyli”. Pragmatycznie walczyła mniejszość niemiecka, mająca świadomość, że w opolskim stanowi znaczną polityczną siłę, a w górnośląskim byłaby marginalna, bo w konurbacji katowickiej czy na ziemi pszczyńskiej, rybnickiej tej mniejszości prawie nie ma. W górnośląskim sejmiku, jak w sejmie RP, mniejszość byłaby tylko kwiatkiem do kożucha. No i w obronie województwa opolskiego stanęły tamtejsze elity. Wiedząc, że jeśli województwo utrzymają, to będą elitami wojewódzkimi, a jeśli ono zniknie, będą jedynie elitami powiatowymi, czy-

Oczywiście, że wywoła to ogromne protesty w samym Opolu, oczywiście, że będzie bronił go Patryk Jaki. I nawet jest prawdopodobne, że Opolanie mając taki wybór postawiliby na Dolnośląskie. Że historyczna stolica Górnego Śląska leżałaby w województwie Dolnośląskim. Bo do Wrocławia jest bliżej niż do Katowic – to po pierwsze, a po drugie w dynamicznie się rozwijającym województwie Opole byłoby drugim, najdalej trzecim najważniejszym miastem (po Wrocławiu i ewentualnie Wałbrzychu), a w śląskim miast o potencjale większym od Opola jest z dziesięć. I to nie licząc tych małopolskich, jak Częstochowa czy Sosnowiec.

Ja rozumiem, że pana Wnętrzaka czy jego kolegów z Częstochowy uwiera ta śląskość, niejako im narzucona. Ja im współczuję, że będąc Małopolanami, muszą mieszkać w województwie śląskim. I ja zawsze popierał będę ich starania, jeśli zechcą ten stan rzeczy zmienić – ale w sposób sensowny. Polegający na tym, by ich małopolskie tereny odłączyć od województwa śląskiego i przyłączyć do małopolskiego li żadnymi. Walczyła więc o opolskie zawzięcie Dorota Simonides, choć sama z katowickiego Nikiszowca pochodzi a wspierał ją nawet Kazimierz Kutz, z katowickich Szopienic. Oboje ci katowiccy „wielcy Ślązacy” (w tym kontekście cudzysłów jest konieczny) robili co mogli, bo nie zjednoczyć ziem górnośląskich w jednym województwie. Niech im wybaczone będzie. Efekt? Dziś w Polsce mówi się „na Górnym Śląsku i Opolszczyźnie” – tak jakby Opolszczyzna nie była Górnym Śląskiem. Rekord pobił pewien telewizyjny dzienni-

Ale powiaty strzelecki, kędzierzyński, krapkowicki. prudnicki, oleski a zapewne i większość opolskiego wołałyby pewnie być w województwie górnośląskim. Bo nie wyobrażam sobie, by zmian administracyjnych po raz kolejny dokonano nie pytając o zdanie samych mieszkańców.

CHCECIE MAŁOPOLSKIEGO? IDŹCIE DO NIEGO! Tak powinna wyglądać zachodnia granica województwa górnośląskiego. Ja rozumiem rozgoryczenie autorów petycji o


5

nr 2/2019r.

Wszystko wymieszane Mało kto zdaje sobie sprawę, że Lublin to też historyczna Małopolska. Idąc więc tropem tej petycji powinny być trzy województwa: Małopolskie, Śląsko-Małopolskie i Lubelsko Małopolskie. Ale województwo łódzkie składa się z ziem mazowieckich i wielkopolskich. Więc czy powinno nosić nazwę łódzko-mazowiecko-wielkopolskie? A województwo lubuskie to ziemie śląskie, wielkopolskie i rzeczywiście lubuskie. Tam jednak nikt nie zgłasza projektu nazwania go lubusko-dolnośląsko-wielkopolskie. Taka sytuacja dotyczy większości polskich województw. Dlaczego więc wniosek pojawia się tylko u nas? Przyczyna tak naprawdę jest tylko jedna: oni wszyscy mają świadomość, że Ślązacy nie są Polakami, więc w swoim polskim nacjonalizmie chcą się od śląskości dystansować.

zmianę nazwy województwa. Mieszkam raptem kilka kilometrów od Przemszy, za którą leży już Chełmek i Libiąż – województwo małopolskie. Mogło się więc 21 lat temu zdarzyć, że jakiś warszawski „ekspert” przesunął granicę województw kilka kilometrów na zachód – i bardzo śląskie Lędziny, Imielin, Chełm Śląski (w 2011 roku niemal 40% ludzi zadeklarowało tu narodowość śląską) znalazły się w województwie małopolskim. Mieszkańcy na pewno nie chcieliby się z tym pogodzić. Podobnie jak dawniej mieszkańcy okolic Lublińca, będący w województwie częstochowskim. Tylko jestem pewien, że moi sąsiedzi robiliby wszystko, by znaleźć się w woje-

małopolskiego. Wtedy złączyliby się z pozostałymi małopolskimi ziemiami, z którymi czują oczywistą więź.

KASA MISIU, KASA A jednak oni nie chcą tego rozwiązania najbardziej oczywistego. Podkreślają nawet, że nie chodzi im o zmianę granic województwa. Dlaczego? To również proste. Oni doskonale wiedzą, że w województwie małopolskim będą daleką i mało ważną prowincją. Że tam liczy się tylko Kraków (podobnie jak w województwie dolnośląskim tylko Wrocław) a cała reszta jest tylko mało znaczą-

Tereny małopolskie, przyczepione do nas na siłę, bez pytania o zdanie ich, ale i nas – są wobec Śląska nadal cywilizacyjnie zapóźnione. Bez tego balastu bylibyśmy województwem o połowę mniejszym (zwłaszcza bez dołączenia części woj. opolskiego), ale w przeliczeniu na mieszkańca znacznie bogatszym. Mającym więcej na inwestycje. Ale – co najważniejsze, jednolitym kulturowo i historycznie wództwie śląskim a nie wpadali na pomysł, by województwo ze stolicą w Krakowie nazywać małopolsko-śląskim, tylko dlatego, że mało ważne kawałki Śląska do niego należą. A przecież właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia. Ja rozumiem, że pana Wnętrzaka czy jego kolegów z Częstochowy uwiera ta śląskość, niejako im narzucona. Ja im współczuję, że będąc Małopolanami, muszą mieszkać w województwie śląskim. I ja zawsze popierał będę ich starania, jeśli zechcą ten stan rzeczy zmienić – ale w sposób sensowny. Polegający na tym, by ich małopolskie tereny odłączyć od województwa śląskiego i przyłączyć do

cymi do niego przydatkami. Oni doskonale wiedzą, że żyją w województwie bogatym, jednym z najbogatszych w Polsce, i dzięki temu inwestycje w ich infrastrukturę są nieporównywalnie wyższe, niż gdyby byli w małopolskim. I wiedzą, że to bogactwo województwa nie ich tereny wytwarzają, lecz jego część górnośląska. Oni są beneficjentami pieniędzy wypracowanych u nas i dalej chcą z nich korzystać. Wiedzą, że na trafieniu pod skrzydła Krakowa by stracili. Chcą więc być dalej w naszym województwie. Ale ich jego śląskość uwiera. Chcieliby podkreślić, że oni nie są Ślązakami. Oczywiście, że nie są. I dlatego ja

W przypadku oddzielenia ziem małopolskich od górnośląskich dylemat będą mieli mieszkańcy Bielska-Białej. Bielsko jest Śląskiem, Biała - Małopolską. Dziś po obu stronach rzeki śląskiej tożsamości prawie nie ma, ale gdyby przyszło im wybierać? Czy na pewno mieszkańcy Bielska wybraliby małopolskość wiedząc, że w tamtym województwie będą tylko ubogim krewnym? I jak do tego pomysłu, który wszak w Bielsku się narodził, ma się też tam lansowana idea odrębnego rzekomo regionu Podbeskidzie. To podregion Małopolski czy Śląska? Bo nie można być podregionem dwóch różnych regionów? Petycja ta dowodzi jednoznacznie, że Podbeskidzie jest propagandową hucpą, a tak naprawdę mamy część Małopolski i część Śląska. AMO

również uważam, że nazwa województwa jest myląca. Dlatego od lat głoszę, że ziemie te powinny zostać od naszego województwa odłączone i przyłączone do małopolskiego (Żywiec) albo świętokrzyskiego (Częstochowa, Sosnowiec). Tak, jak było przed wojną. Województwo śląskie było maleńkie, stanowiło ledwie 1% terytorium państwa. Cztery razy mniejsze od kolejnych niewielkich (tarnopolskie, pomorskie, krakowskie). Ale wytwarzało ponad połowę produkcji przemysłowej państwa. Będąc najmniejszym, było najbogatsze, Było wśród polskiej biedy krezusem. Podobnie byłoby i teraz. Tereny małopolskie, przyczepione do nas na siłę, bez pytania o zdanie ich, ale i nas – są wobec Śląska nadal cywilizacyjnie zapóźnione. Bez tego balastu bylibyśmy województwem o połowę mniejszym (zwłaszcza bez dołączenia części woj. opolskiego), ale w przeliczeniu na mieszkańca znacznie bogatszym. Mającym więcej na inwestycje. Ale – co najważniejsze, jednolitym kulturowo i historycznie.

CO Z TEGO WYNIKNIE… Tak więc – wierzę, naprawdę wierzę, że petycja złożona w urzędzie marszałkowskim zaowocuje poważną dyskusją. Ale nie nad nazwą województwa, lecz nad jego kształtem. Nad jego przede wszystkim wschodnimi, ale też zachodnimi granicami. Że Polska wzniesie się ponad nacjonalistyczne słowa Mariana Piłki i nareszcie zacznie patrzeć na województwa, jako wspólnoty opartej na tożsamości i historii. A nie będzie sobie dowolnie rysować na mapie ich granice. Wierzę w to nawet w Polsce PiS-owskiej, bo ja zawsze wolę wierzyć, że rządzą mną ludzie mądrzy, niż że rządzą mną durnie. Dariusz Dyrda

n Niektórzy wciąż marzą o tej granicy.

Altrajch?

Problem niepoważny jest z Częstochową. Bo ona wcale niekoniecznie historycznie jest Małopolską. Podobnie, jak jest spór czy Oświęcim to historycznie Śląsk czy Małopolska, tak w przypadku Częstochowy trwają dyskusje, czy to Małopolska, czy Wielkopolska czy może odrębna od obu Ziemia Łęczycka. Bo jeśli na przykład okaże się, że to trzecie, to za kilka lat pojawić się może postulat nazwania województwa śląsko-małopolsko-łęczyckim. Problem poważny jest z Altrajchem, zwanym po polsku Zagłębiem Dąbrowskim. Ono zrosło się za Śląskiem na dobre. Mamy już nawet szczególny twór prawny: metropolię, skupiającą miasta Śląska i Zagłębia. Cajtung przed dwoma trzema laty zwracał uwagę, że to metropolia dwóch różnych regionów. Że to kolejny etap rozmazywania tożsamości regionu. Wtedy nawet nie sądziliśmy, że nie będzie to Metropolia Silesia, ale sam pomysł znajdowania się w niej miast nie z Silesii

wydawał nam się zły. I mieliśmy rację, bo Metropolia nie jest Silesia, tylko Śląsko-Zagłębiowska. Czy jeśli województwo zmieni nazwę, stanie się Śląsko-Małopolską? Na logikę tak, bo Zagłębie Dąbrowskie przyznaje się zarazem do bycia Małopolską (ma zresztą rację, bo nią jest). Problem poważny polega na tym, że o ile odejście Żywca czy Częstochowy do innego województwa nie stanowi żadnego problemu, to odejście Sosnowca Dąbrowy Górniczej czy Będzina już tak. Ale czy na pewno? W Niemczech istnieje wielkie dwumiasto Mannheim-Ludwigshafen. Leżą po dwóch stronach Renu, ale mostów tam przez rzekę więcej, niż w Warszawie przez Wisłę. A jednak leżą w dwóch osobnych niemieckich landach, co nie przeszkadza im być jednym organizmem gospodarczym, społecznym. Więc Altrajch musi sam zdecydować, co mu bliższe, Śląsk czy Małopolska. A my pamiętać musimy, że dawno temu tereny te nazywano Nowy Śląsk. AMO

Stanowisko partii Ślonzoki Razem

W

ielu Ślonzoków się oburza na propozycję zmiany nazwy naszego województwa. Na Śląsko-małopolskie. A my przyjęliśmy ją z… zadowoleniem. Bo to szansa na otwarcie dyskusji nie nad nazwą wprawdzie, ale nad kształtem województwa śląskiego. Nasi liderzy stoją bowiem od dawna, a partia od momentu powstania, na stanowisku, że województwo o takiej nazwie winno skupiać ziemie górnośląskie w historycznych granicach. Żadnych więcej i żadnych mniej. Dlatego naszym marzeniem, ale i celem politycznym do którego dążymy, jest połączenie ziem górnośląskich leżących obecnie w województwach śląskim i opolskim – i uczynienie z nich jednego województwa. Jednak nikomu nie chcemy narzucać naszej woli, liczymy że województwo w nowym kształcie rozstrzygnie się w referendach na poziomie miast i powiatów, a nie z woli warszawskich urzędników czy nawet parlamentarzystów. Chcemy wierzyć, że uszanują oni wolę suwerena. Choć z przyczyn praktycznych siedzibą władz województwa powinny być Katowice, największe miasto regionu, gdzie ponadto mieści się historyczny budynek Sejmu Śląskiego, także dziś pełniący funkcję siedziby władz wojewódzkich – to jednak uważamy, że oficjalną stolicą województwa górnośląskiego powinno być Opole, przez stulecia będące stolicą Górnego Śląska. Gdyby jednak mieszkańcy tego miasta w referendum uznali, że wolą należeć do województwa dolnośląskiego, ze smutkiem, ale uszanujemy ich decyzję. Bo dla nas posiadanie wspólnej tożsamości oznacza poczuwanie się do tej wspólnoty. My nie poczuwamy się do wspólnoty z ziemiami małopolskimi, leżącymi dziś w województwie śląskim. Dlatego z radością przyjmiemy wiadomość, że ziemie te mogą trafić do swojego historycznego województwa: małopolskiego, Ich miejsce jest tam!

Natomiast nigdy nie przystaniemy na zmianę nazwy naszego województwa na śląsko-małopolskie. Z polskimi partiami parlamentarnymi, których choć jeden poseł podniesie rękę za taką zmianą – możliwości współpracy nie widzimy! Bo każdy poseł, który podniesie za tym rękę, w naszym odczuciu potwierdzi, że uznaje Śląsk za podbitą kolonię, którą można pomiatać. Zarząd partii Ślonzoki Razem

LYJO SWACZYNA, lider partii: Półżartem moga dodać, że Altrajch to niŷ je ziymia mi wrogo. Kożdy, fto miyszko we aglomeracji katowickij, mo hań kamratůw, momy kupa spůlnego. Dzisio je jedyn srogi miejski organizm. Wierza, co za pora lot bydzie województwo górnośląski, ale niy poradzą se forsztelować, coby my na siła do miego Altrajch brali, abo na siła wyciepowali. Niych ôni decydujom, czy lepi im we województwie górnośląskim, abo we małopolskim czy kieleckim, we kierym byli za staryj Polski. Jak zdecydujom, my to uszanujymy. A jeśli wybierom małopolski abo kielecki, to przeca nic niŷ zawadzo, coby my dali byli jednym miejskim ôrganizmŷm. Som my przeca do kupy niŷ ino we Unie Europejskij ale tyż w Rzeczypospolitŷj Polskij. I tak, jak dzisio tysiące ôświymcimiokůw ze województwa małopolskigo jeździ do roboty na Ślůnsk, tak samo nic sie niŷ zmiyni, eli we województwie tym bydzie Sosnowiec, Dąbrowa, Będzin. Tyż bydymy im u nos radzi.


6

nr 2/2019r.

Dziś w Niemczech prawdziwych Ślůnzoków już nie ma

20 lat temu na śląskie trefy w Niemczech, zwłaszcza w Westfalii, zjawiały się dziesiątki tysięcy ludzi. Teraz dwa-trzy tysiące, to dużo. Opowieści więc o Ślązakach w Niemczech to fantastyka. Tam żyją Niemcy ze śląskim pochodzeniem.

T

ypowy obrazek ze śląskiego trefu to osiemdziesięcioletni dziadek z dwudziestoletnim wnukiem. Nawet niespecjalnie kryje, że dał wnukowi 300 euro, żeby go tu przywiózł. Wnuk zapatrzony jest w smartfona i najwyraźniej czeka, aż dziadek da hasło do odwrotu. Tego,

Niemcem z Essen. Owszem, wie, że rodzina ojca pochodzi z Chorzowa, a rodzina mamy z Lublińca, ale rodzice poznali się już w Niemczech. Mama, z imigracji lat 60. się tu już urodziła, ojciec przyjechał z rodzicami jako nastolatek w latach 80. Ojciec jeszcze trochę tej śląskości w sobie ma, ale mama, podobnie jak syn, czuje się tylko Niemką. Choć oma ze strony mamy, tak samo jak dziadek ze strony taty, uważa się za Ślązaczkę. Jak się spotkają, czasem rozmawiają po śląsku. Ale rzadko, bo babcia podkreśla, że ona jest z rodziny śląskich Niemców i nawet jak mieszkali w Polsce, to byli Niemcami.

OSTATNI MOHIKANIE Opa inaczej, nigdy się Niemcem nie czuł, przyjechał tu „za Jaruzelskiego” na niemieckie papiery, skuszony lepszym życiem. Ale, podkreśla, ôn je Ślůnzok (ostatecznie może powiedzieć Oberschlesier) a nie żaden Niemiec. On za Śląskiem, za Chorzowem tęskni. Ale gdy – rzadko – odwiedza hajmat, stwier-

POLSKIE CYGAŃSTWO Druga kategoria, to ci, którzy swój wyjazd do Niemiec oparli na zupełnym oszustwie. Biorąc stare rodzinne dokumenty powoływali się na

dza, że i tu Śląska zostało już niewiele. Jeszcze czterdzieści lat temu godka na ulicach była rzeczą oczywistą, nienaturalnie brzmiał raczej język polski. Teraz zdarzają się szyldy po śląsku, zdarzają się ludzie w śląskich koszulkach, ale chneda żodyn niy poradzi godać. - Znajom może co trzeci ślůnski wort – twierdzi opa. I tylko tacy, dziś po siedemdziesiątce, siedzący w Essen przy piwie, kierzy sam ôsprowiajom po ślůnsku, czują się tu Ślązakami. Ślązakami na obczyźnie, którzy wybrali Niemcy z powodu poziomu życia a nie poczucia przynależności do narodu niemieckiego. Niejeden teraz, na penzyji, wróciłby na Śląsk. – Ale by mi sie hań cniło, za dzieckami, za wnukami. To siedza sam, we ancli, ze mojom babom, ale ich mogą nawiedzić, ôni tyż przidom. A hań we Chorzowie co? Mom trocha starych kamratůw, ale ôni ze kożdym rokiym sie tracom. A z dalszom familiom, kiero hań miyszko, kontaktu mom niywiela – opa wyjaśnia przyczyny swojego mieszkania w Niemczech.

zoków, spośród tych, którzy nie dali się jeszcze zupełnie spolonizować, nie czuje się jednak także Niemcami! Że my mamy świadomość bycia ludem nie polskim wprawdzie, ale słowiańskim. I niemiecka tożsamość zupełnie nie jest naszą tożsamością.

jaki sens ma bycie śląskim Niemcem w Niemczech? Żadnego, poza tym jednym, że ich chyba naprawdę można nazwać ziomkostwem. Któremu, inaczej nawet niż Erice Steinbach, marzy się rewizja granic i powrót Śląska do Niemiec. Nietrudno dostrzec to, śledząc choćby niektóre fora internetowe na facebooku. Ich wizja jest taka, że śląskie organizacje, nieważne czy Ślonzoki Razem, czy ŚPR czy RAŚ popełniają błąd, bo wszyscy powinni działać w ramach mniejszości niemieckiej, gdyż Śląsk to stary niemiecki kraj a wszyscy autochtoni są… Niemcami niemieckie pochodzenie – ale natychmiast po uzyskaniu obywatelstwa zaczynali manifestować polskość i ją kultywują. I co ciekawe, o ile rodziny podczas wyjazdu deklarujące rzeczywistą śląskość – szyb-

Tylko tacy, dziś po siedemdziesiątce, siedzący w Essen przy piwie, kierzy sam ôsprowiajom po ślůnsku, czują się tu Ślązakami. Ślązakami na obczyźnie, którzy wybrali Niemcy z powodu poziomu życia a nie poczucia przynależności do narodu niemieckiego. Niejeden teraz, na penzyji, wróciłby na Śląsk. – Ale by mi sie hań cniło, za dzieckami, za wnukami. To siedza sam, we ancli, ze mojom babom, ale ich mogą nawiedzić, ôni tyż przidom. A hań we Chorzowie co? Mom trocha starych kamratůw, ale ôni ze kożdym rokiym sie tracom co mówią przy stoliku nie rozumie, bo rodzice jeszcze godką się niby umieją posługiwać, choć wrzucając mnóstwo niemieckich słów tam, gdzie tych z godki nie potrafią sobie przypomnieć. Ale on już tej dziwnej mowy nie zna wcale. To znaczy zna słowo plynskiyrz. Zna, bo od dzieciństwa go bawi, a tak mówią opa, oma i vatti. Nawet on sam go czasem użyje. Ale to tyle. Nawet gdyby jednak dosiedli się z dziadkiem do stolika, gdzie rozmawia się po niemiecku, to też interesowałby się niewiele bardziej. Bo cóż go mogą obchodzić wspomnienia z Chorzowa sprzed 50 lat, tego, że w środku miasta dymiła huta. Sam był w tym Chorzowie trzy razy. Jako dziecko na pogrzebie brata dziadka, na weselu jakiejś kuzynki i raz, mając lat 8, w trakcie wakacji, na byzuchu u kilku krewnych. Nie podobało mu się, wszyscy na ulicach jacyś smutni. I brudno. Choć po prawdzie teraz w Niemczech też jest brudno. To już nie te Niemcy, co jeszcze kilka lat temu. Wnuk, w odróżnieniu od dziadka wcale się za Ślązaka nie uważa. Jest

sce, czuli się przede wszystkim związani z niemieckością. Oni, nieważne czy w latach 60. czy 80. czy jeszcze później, wyjeżdżali rzeczywiście do kraju, z którym czuli się emocjonalnie związani, nawet jeśli czynniki ekonomiczne też odgrywały jakąś rolę.

ko się zazwyczaj germanizują, o tyle te o polskiej tożsamości przy tej polskości trwają, nawet jeśli młodsze pokolenie mówi znacznie lepiej po niemiecku niż polsku.

I to nich dotyczy tytułowe zdanie „Dziś w Niemczech prawdziwych Ślůnzoków już nie ma”. Bo oni tam przestali być Ślůnzokami, stali się Oberschlesierami. Definiują się jako Ślązak-Niemiec. W sumie podobnie do członków mniejszości niemieckiej w Polsce. Tylko u nas ma to sens. Jeśli ktoś czuje się Niemcem, ale mieszka na Śląsku, to należy do DFK. Jest śląskim Niemcem. Członkiem niemieckiej mniejszości narodowej na Śląsku. Ale jaki sens ma bycie śląskim Niemcem w Niemczech? Żadnego, poza tym jednym, że ich chyba naprawdę można nazwać ziomkostwem. Któremu, inaczej nawet niż Erice Steinbach, marzy się rewizja granic i powrót Śląska do Niemiec. Nietrudno dostrzec to, śledząc choćby niektóre fora internetowe na facebooku. Ich wizja jest taka, że śląskie organizacje, nieważne czy Ślonzoki Razem, czy ŚPR czy RAŚ popełniają błąd, bo wszyscy powinni działać w ramach mniejszości niemieckiej, gdyż Śląsk to stary niemiecki kraj a wszyscy auto-

NIEMCAMI BYLIŚMY KRÓTKO Nie znając historii Śląska nie zdają sobie też sprawy, że wcale nie jest on „odwiecznie” niemiecki. Że niemiecki stał się stosunkowo niedawno, w połowie XVIII wieku, gdy Prusy zdobyły go na monarchii Habsburgów. Mniej więcej w tym samym okresie, co rozbiory Polski. Wcześniej leżał przez stulecia w koronie czeskiej. Co jednak nie oznacza, że w Czechach, bo korona ta była federacją czterech państw, w której obok królestwa czeskiego było też księstwo śląskie oraz Morawy i Łużyce. Państwa te połączone były jedynie unią personalną, jak obecnie Wielka Brytania, Kanada, Australia. W każdym z tych państw głową jest brytyjska królowa Elżbieta, ale chyba nikt nie sądzi, że Australia jest z tego powodu częścią Wielkiej Brytanii! Tak samo Śląsk, jako niezależne państwo do XVII wieku był częścią federacyjnej korony czeskiej. Korona ta, żeby

Dyskusje w zamkniętej grupie na fb wyglądają jak mantra. Nazwiska rozmówców też są nieistotne, bo żaden z nich nie jest postacią znaną, publiczną. Ale ich wspólne argumenty brzmią: Ślůnsk boł wdycki nimiecki! Od pewnego czasu wielu z nich domaga się zarejestrowania w Niemczech polskiej mniejszości narodowej. Jakby zapominając, że gdy tu przyjeżdżali, deklarowali, że są Niemcami, nie Polakami. Więc zwyczajnie okłamali podając przyczyny, dla których chcą być obywatelami Niemiec.

FAŁSZYWA OCENA Są oczywiście i ci, którzy nawet mieszkając przez lata w powojennej Pol-

chtoni są… Niemcami. Negują więc, jeszcze bardziej stanowczo niż państwo polskie, czy niektórzy działacze mniejszości niemieckiej, istnienie narodowości śląskiej. Twierdząc, że Ślůnzok to albo Polak, albo Niemiec ze Śląska. Są więc tak naprawdę, nie zdając sobie sprawy z tego, wielkimi „pożytecznymi idiotami” państwa polskiego. Promują bowiem skład narodowościowy Śląska dokładnie taki, jaki jego polonizatorom jest na rękę. Mieszkając w Niemczech nie zdają sobie sprawy, że większość nas, Ślůn-

sprawę jeszcze bardziej skomplikować, była częścią cesarstwa rzymskiego, potocznie zwanego niemieckim. Ale cesarstwo też nie było państwem, tylko związkiem państw. Coś jakby Unia Europejska. W granicach cesarstwa, potocznie zwanego niemieckim, leżała spora część Włoch, Chorwacja, Słowenia, Belgia – czyli tereny wcale nie przez Niemców zamieszkane. Oraz właśnie Śląsk, Czechy, Morawy. Przynależność jednak do związku państw, na którego czele stał niemiecki cesarz, wcale nie oznacza, że były to tereny nie-


7

nr 2/2019r.

mieckie. Tak więc częścią państwa niemieckiego byliśmy raptem 170 (część wschodnia Górnego Śląska) albo 200 (zachodnia) lat.

HISTORIA RODZINNA ZAMIAST HISTORII I także u nas nigdy Niemcy nie stanowili większości ludności. Mimo dużej ilości niemieckich osadników, od XII

ludności tej wielkie oburzenie. Nie czuła się bowiem Polakami i nie chciała być Polakami. Chociaż nie bardzo istniała też u nich świadoma tożsamość śląska. Ta zaczęła się rodzić na początku XX wieku, potem, wczasach PRL-u nieco osłabła, ale w ostatnim ćwierćwieczu mamy znowu jej eksplozję. Przyznaje się do niej, w większym lub mniejszym stopniu, prawie milion ludzi. Prawie dziesięć razy więcej, niż deklaru-

nich nie jest postacią znaną, publiczną. Ale ich wspólne argumenty brzmią: Ślůnsk boł wdycki nimiecki! Co nos Czechy obchodzom, u nos we familie żodyn niy spomino, że za Czechów było dobrze, ino że za Niymca. Majom recht! We żodnyj familie niy spomino sie tego, co boło 250 lot nazod! 99% z nas nic nie wie o swoich przodkach z początku XVIII wieku. Nawet jeśli znajdziemy w księgach parafialnych

Jesteśmy germanofilami; nam, inaczej niż Polakom czasy niemieckie nie kojarzą się źle. Ale to nijak nie znaczy, że czujemy się Niemcami albo chcielibyśmy do Niemiec. Po prostu Śląsk niemiecki kojarzy nam się lepiej niż rządy polskie. Natomiast czasów państwa śląskiego w koronie czeskiej w pamięci rodzinnej nie ma wcale. Za dużo czasu minęło aż po XX wiek – zawsze zdecydowaną większość stanowiła ludność słowiańska, nie niemiecka. Ślůnzoki, nie Schlesiery. Od XIX wieku zaczęła zresztą na

je narodowość niemiecką. W tej sytuacji opowieści panów, którzy wyemigrowali przed laty, że Ślązacy są Niemcami i powinni działać w ramach mniejszości nie-

ich imiona, nazwiska, daty urodzin i śmierci, to i tak niczego się nie dowiemy o ich poglądach, o tym co myśleli na ten albo tamten temat. Kim się czuli. Więc

wspominać i w sposób oczywisty przyznać, że cywilizacyjnie Niemcy stali znacznie wyżej od Polski. Wprawdzie coraz mniej liczne, ale pokolenia pamiętające „za Niymca” wciąż jeszcze żyją, rodzinne opowieści z tej epoki też są żywe. I są to jakże często ciepłe wspomnienia, nawet jeśli ktoś z familii zginął za Fuehrera i Reich. Tak, jesteśmy germanofilami; nam, inaczej niż Polakom czasy niemieckie nie kojarzą się źle. Ale to nijak nie znaczy, że czujemy się Niemcami albo chcielibyśmy do Niemiec. Po prostu Śląsk niemiecki kojarzy nam się lepiej niż rządy polskie. Natomiast czasów państwa śląskiego w koronie czeskiej w pamięci rodzinnej nie ma wcale. Za dużo czasu minęło.

ŻYCIE PRZESZŁOŚCIĄ Bez nauki historii Śląska większość z nas nawet nigdy się nie dowie, że takie czasy były. Ale to nie oznacza, że tę historię trzeba utożsamiać z państwem niemieckim. Do Niemiec, a w zasadzie Prus, w XVIII wieku trafiliśmy dokładnie tak samo, jak do Polski w XX. W wyniku wojny, a nas samych o to, cze-

mość niemiecką, drudzy polską. Nie są więc Ślůnzokami.

SŁABA TOŻSAMOŚĆ W Niemczech osobę o jednoznacznej śląskiej tożsamości ubywa z każdym rokiem. Jest ich tam tak niewielu, że można wręcz powiedzieć, że prawie ich nie ma. Tak więc w bajki można włożyć opowieści tych wszystkich, którzy twierdzą, że milion Ślůnzoków mieszka na Śląsku a drugi milion w Reichu. W Reichu tym, którym Śląsk jest bliski, prawie nie ma. Młodsze pokolenia są po prostu Niemcami, a starsze nawet jeśli o nim myślą, to albo jako o krainie dzieciństwa albo marząc, by wrócił do Niemiec. To w sumie pokazuje, jaka nasza śląska tożsamość jest… słaba. Nie umiemy jej przekazać poza Śląskiem następnym pokoleniom. Choć wcale nie musi to oznaczać niczego złego. Bo kiedy patrzy się na Polaków, którzy już trzecie pokolenie tęsknią za swoją krytą strzechą chałupą pod Lwowem, wciąż myśląc o tych terenach, jako o polskich – to może nawet lepiej, że nasi ziomkowie, wyjechawszy do Niemiec, o Śląsku zapomi-

Nie można im się dziwić, że tak szybko stają się Niemcami. Nasza tożsamość jest słaba i tu, na miejscu. Nie może zresztą być inaczej, jeśli kolejnym pokoleniom bajdurzy się o odwiecznej tęsknocie Ślązaków za Polską, nie uczy się ich naszej historii, zamiast tego wciskając polskich żołnierzy wyklętych, jeśli nawet wielu rdzennych Ślązaków dyskredytuje godkę, mówiąc o niej (nawet w dobrej wierze) gwara. W takiej sytuacji niełatwo śląską tożsamość obronić. Ale po opuszczeniu Śląska obronić się jej po prostu już nie da.

n Na śląskich trefach w Niemczech ludzi co roku jest mniej, i są coraz starsi. Śląsk napływać także masowo emigracja z Polski, kraju biednego i zacofanego, do regionu, gdzie prężnie rozwijający się przemysł potrzebował rąk do pra-

mieckiej, brzmią po prostu komicznie. Dlaczego ludzie, którzy Niemcami się nie czują, mieliby w niemieckiej mniejszości działać?

mamy tylko imię i nazwisko – to żadna rodzinna historia. A czasy niemieckie? Te świetnie pamiętają jeszcze moi rodzice, zwłaszcza

Nie odnaleźli się w nowych Heimatach, ich myśli wciąż wokół Śląska krążą. Ale… nie Śląska dzisiejszego, nie tego realnego, lecz tego z opowieści omy, opy. Dzisiejszego nie rozumieją i rozumieć nie chcą. Nie rozumieją dzisiejszych śląskich aspiracji, wydaje im się, że jest wiosna roku 1921 i niebawem odbędzie się plebiscyt, czy chcemy być w Niemczech, czy w Polsce. Oni z całych sił agitują za Niemcami cy. To ci polscy osadnicy zaczęli przekonywać miejscową ludność, że jest polska, co początkowo zresztą wywoływało

Dyskusje w zamkniętej grupie na fb wyglądają jak mantra. Nazwiska rozmówców też są nieistotne, bo żaden z

ojciec, żołnierz Wehrmachtu, bo mama, jak Śląsk do Polski trafił, miała lat 13, dzieckiem była. Tak, te czasy można

go chcemy, nikt nie pytał. Ci niemieccy Ślązacy mówią, że dziś jesteśmy pod polskim zaborem. Nawet gdyby uznać tę narrację, trzeba powiedzieć, że wcześnie byliśmy pod niemieckim. Biorąc pod uwagę czas, który ci panowie poświęcają polskojęzycznym stornom fb, można im tylko współczuć. Nie odnaleźli się w nowych Heimatach, ich myśli wciąż wokół Śląska krążą. Ale… nie Śląska dzisiejszego, nie tego realnego, lecz tego z opowieści omy, opy. Dzisiejszego nie rozumieją i rozumieć nie chcą. Nie rozumieją dzisiejszych śląskich aspiracji, wydaje im się, że jest wiosna roku 1921 i niebawem odbędzie się plebiscyt, czy chcemy być w Niemczech, czy w Polsce. Oni z całych sił agitują za Niemcami. Oni sami mogą się za Ślązaków uważać. Bo każdy może, więc także panowie Joachim i Konrad, którzy 30 lat temu ze Śląska wyjechali. Podobnie jak panowie Czesław i Mieczysław, którzy czterdzieści lat temu przyjechali do roboty na śląsko gruba i już tu zostali, tu mieszkają ich dzieci i wnuki. Ale ani jedni, ani drudzy nie mają śląskie tożsamości etnicznej, pierwsi mają tożsa-

nają. Bo ile pokoleń można zamiast realnym światem, żyć rojeniami? Nie można też im się dziwić, że tak szybko stają się Niemcami. Nasza tożsamość jest słaba i tu, na miejscu. Nie może zresztą być inaczej, jeśli kolejnym pokoleniom bajdurzy się o odwiecznej tęsknocie Ślązaków za Polską, nie uczy się ich naszej historii, zamiast tego wciskając polskich żołnierzy wyklętych, jeśli nawet wielu rdzennych Ślązaków dyskredytuje godkę, mówiąc o niej (nawet w dobrej wierze) gwara. W takiej sytuacji niełatwo śląską tożsamość obronić. Ale po opuszczeniu Śląska obronić się jej po prostu już nie da. Mam szkolnych kolegów, którzy mieszkając na Śląsku deklarują swoją narodowość jako śląską. Ale moi liczni szkolni koledzy, którzy wyjechali jeszcze jako dzieci z rodzicami albo jako młodzi ludzie już sami, a dziś mieszkający w Niemczech, na pytanie kim są, odpowiadają, że Niemcami (rzadziej) albo Polakami (częściej, choć na niemieckie papiery wyjechali). Osoby u śląskiej tożsamości wśród nich nie znam. W Niemcach Ślązaków nie ma! Dariusz Dyrda


8

nr 2/2019r.

Polacy wybudowali Tychy zgodnie z niemieckimi planami

Ostatecznego zwycięstwa

NIE DOCZEKALI Sztandarowym niemieckim miastem miały być Tychy. Taką decyzję podjęto na naradzie wiosną 1941 roku, a pełni poparł ją zarówno Heinrich Himmler, który powiedział, że to najlepsze miejsce na siedzibę Gau, jak i szef kancelarii Rzeszy Hans Lammers. Decyzję tę zaakceptował sam Hitler, który planował na Górnym Śląsku ogromne zmiany urbanistyczne.

W roku1969 wydano książkę Prof. Kazimierza Wejcherta „Miasto na warsztacie”, opowiadające o budowie Nowych Tychów. Szczegółowi opisuje tam poszczególne etapy projektowania i budowy miasta. Tylko jakoś zupełnie zapomniał napisać o inspiracji niemieckimi planami. Bał się podejrzenia o plagiat, czy też bał się, że przyznanie się do takiej inspiracji będzie końcem jego kariery? Tego się już nigdy nie dowiemy, zmarł ponad ćwierć wieku temu.

N

iemcy nowoczesnych Tychów nie zbudowali. Zaczęli je budować niemal dokładnie dziesięć lat później Polacy. A urbanistyczna koncepcja rozwoju miasta profesorskiego małżeństwa Kazimierza Wejcherta i Anny Adamczewskiej-Wejchert przez wiele dziesięcioleci wzbudzała zachwyty, że wizjonerska, że przewidziała dynamiczny rozwój komunikacji, dzięki czemu wciąż nie ma tu korków, że miasto pełne parków jest przyjazne mieszkańcom. Och-om i ach-om nad Wejchertami nie było końca. Aż do roku 2008, gdy profesor Ryszard Kaczmarek znalazł w archiwach państwowych stare niemieckie plany.

n Jeden z roboczych planów niemieckich Tychów.

NIE WIZJA, A CUDZA KONCEPCJA I okazało się, że koncepcja Wejchertów jest zdumiewająco z nimi zbieżna. Zresztą i ilość planowanych mieszkańców, około 120 tysięcy, też się zgadza. Pan Antoni od Smoleńska powiedziałby: „Przypadek?

Polska retoryka „Gościa Niedzielnego” sprzed 10 lat: „W efekcie miasto do dziś nie ma prawdziwego centrum, czyli przestrzeni publicznej, w której ludzie z całego miasta chcieliby się spotykać – mówi inż. Niemczyk (chodzi o Stanisława Niemczyka, o którym piszemy w głównym tekście – przyp. red.). Nie ma on wątpliwości, że faszystowskie Tychy byłyby tworem nieprzyjaznym człowiekowi, bo naznaczonym totalitarną ideologią. A jednak niemiecki projekt uważa za bardziej naturalny, lepszy niż ten, który po wojnie zrealizowali Polacy”. To jak to? To w roku 2009 Gość Niedzielny nie uważał stalinizmu, gdy Wejchertowie planowali Nowe Tychy, jako system zbrodniczy??? Czy też polski projekt, mimo, że też wczasach zbrodniczej ideologii budowany nie jest ją jednak naznaczony, bo jest polski? A może po prostu architektura nie jest naznaczona ideologią, tylko jest przyjazna albo nie, niezależnie od tego, jaka ideologia akurat rządzi…

Nie sądzę!”. Jednak pan Antoni w swojej sprawie żadnego dowodu, mimo wydania ogromnych kwot pieniędzy, nie znalazł. Tu zaś dowód jest aż nadto oczywisty. Na niemieckich planach są pieczątki Miastoprojektu, potwierdzające, że wypożyczano je na początku lat 50. XX wieku, gdy Wejchertowie Tychy projektowali. - Mogli ich szukać, bo wiedzieli o ich istnieniu. W Tychach w niemieckich planach wiedział każdy. Byłem chłopcem, na początku lat 40. gdy było w mieście o tym głośno. Władze chwaliły się, że Tychy będą wzorcowym niemieckim miastem. Gdy kilkadziesiąt lat później słyszałem o wzorcowym socjalistycznym mieście Tychy, to od porównania tych dwóch sloganów, chciało mi się śmiać. Nie pamiętam oczywiście szczegółów, może ich zresztą nawet wtedy nie znałem, byłem przecież tylko 15-latkiem, ale wydaje mi się, że w niemieckich planach był równoczesny rozwój na północ

i południe – mówi mój ojciec, Augustyn, rocznik 1926.

SKOPIOWALI, ALE ZEPSULI Jednak na niemieckich planach rozwoju na północ nie ma. Urbanistyczny układ miasta jest łudząco podobny do obecnego. Z jedną, ale kluczową różnicą. W planach

procańskiego ominąć południowe osiedla i dalej kierować się w stronę Bojszów i Oświęcimia. Dzięki temu tory nie przecinałyby miasta, mogłoby powstać spójne centrum. Kto zna dzisiejsze Tychy, ten wie, że jest zupełnie inaczej. Choć nie ma w nich żaden dużej rzeki, a jedynie większy strumyk, i to na północy, wyglądają jak miasto nad dużą rzeką, którego północna i południowa część połączone są trzema mostami. Przez środek miasta idzie bowiem szeroki na sto metrów, głęboki na kilkanaście wykop, w którym poprowadzono tory. Rycie go, częściowo w litej skale, było przedsięwzięciem ekonomicznie i urbanistycznie idiotycznym. Czemu więc powstał? Wybitny tyski architekt i urbanista, Stanisław Niemczyk, uważa, że Wejchertowie nie mogli popełnić tak poważnego błędu. Zwłaszcza, że w pierwszych planach, gdy generalnym projektantem miasta był prof. Tadeusz Teodorowicz-Teodorowski, kolej szła podobnie jak na planach niemieckich. Co więc się stało? Otóż swoje palce mieszał w tym zapewne sam Bolesław Bierut. Wiadomo, że po naradzie u niego dokonano zmian w tyskich planach. Nie wiadomo wprawdzie jakich, ale plotka głosi, że to właśnie on kazał przesunąć tory, żeby pracownicy mieli bliżej na pociąg do roboty. Stanisław Niemczyk, porównując kilka lat temu dla „Gościa Niedzielnego” te niemieckie i polskie plany, wyraził się: - Te

Na niemieckich planach są pieczątki Miastoprojektu, potwierdzające, że wypożyczano je na początku lat 50. XX wieku, gdy Wejchertowie Tychy projektowali. niemieckich linia kolejowa nie szła przez środek miasta, lecz najpierw szła na południe, w kierunku Pszczyny, a potem skręcała na wschód, by w pobliżu Jeziora Pa-

plany powinno się dziś pokazywać studentom urbanistyki, żeby wiedzieli, jak pozornie niewielka zmiana może mieć potężne konsekwencje”.


9

nr 2/2019r.

WYBRANE Z ŻELAZNĄ LOGIKĄ Zostawmy już jednak tory. Zdumiewa precyzja, z jaką Niemcy planowali miasto. Lokalizacja została wybrana nie tylko z powodu bliskości Katowic, choć pierwotnie rozważano też okolice Raciborza, na przykład Rudy. Ale analiza geologiczna stwierdziła, że pod Tychami nie ma znaczących złóż węgla, kopalnie tu nie powstaną, więc i szkody górnicze miastu nie grożą. Ponadto miasto ma na południu piękny zbiornik wodny (Jezioro Paprocańskie) i Puszczę Pszczyńską, więc miesz-

kanie w ich sąsiedztwie nie jest zbyt komfortowe. Dlatego planowano budowę miast w pewnym oddaleniu do werków, a wśród lokalizacji dla nich też wymieniano Tychy właśnie czy Knurów. Do realizacji tych planów nie doszło, bo najpierw wybuchła wojna, a potem aglomerację podzielono między Polskę a Niemcy. Gdy w roku 1939 znalazły się w jednym państwie, do pomysłu wrócono, acz z licznymi zmianami. Deglomeracja miała polegać na budowie trzech nowych dużych miast, do których miała się przenieść część mieszkańców, ze zdaniem III Rzeszy, przeludnionej aglomeracji. Jedno z nich miało po-

Stanisław Niemczyk, porównując kilka lat temu dla „Gościa Niedzielnego” te niemieckie i polskie plany, wyraził się: - Te plany powinno się dziś pokazywać studentom urbanistyki, żeby wiedzieli, jak pozornie niewielka zmiana może mieć potężne konsekwencje”. kańcy będą mieli zapewnione tereny wypoczynkowo-rekreacyjne. Dziś widać, jak słuszne były te założenia, mieszkania w Tychach należą do najdroższych na Śląsku, z racji tego, że to miejsce tak przyjazne mieszkańcom. Hitlerowskie Tychy miały być monumentalne, z wielkim placem służącym defiladom i wiecom, z dużym stadionem (zlokalizowanym zresztą bardzo blisko obecnego), z reprezentacyjnymi budynkami. III Rzesza lubowała się w takiej architekturze. Inna sprawa, że blok sowiecki w czasach Stalina też, więc pierwsze tyskie osiedla jeszcze takie budynki mają.

ŻEBY LUDZIOM (NIEMCOM!) ŻYŁO SIĘ LEPIEJ Tychy były jednak tylko jednym z wielu elementów zmian urbanistycznych, jakie na początku lat 40. zaplanowała na Śląsku III Rzesza. Już znacznie wcześniej, tuż

wstać na północnym zachodzie, a najbardziej prawdopodobną lokalizacją były Pyskowice. Blisko do Zabrza i Gliwic, tylko niewiele dalej do Bytomia i Tarnowskich Gór. Tam jednak nie doszło do konkretnego planowania, nawet przecież dokładnie lokalizacji nie wybrano.

ALTRAJCH – DEPOLONIZACJA O wiele więcej wiadomo o projektowaniu miasta, też na ponad 100 mieszkańców, na terenie Nowego Śląska, czyli Altrajchu. Z Sosnowca czy Będzina praktycznie cała polska (o żydowskiej nie wspominając) ludność miała być wysiedlona do Generalnej Guberni. Na tej samej naradzie, w marcu 1941roku katowickie gauleiter Fritz Bracht wraz z głównym śląskim planistą Gerhardem Zieglerem, usłyszeli od Himmlera, że śląski obszar industrialny ma zbyt gę-

w tym także Niemców sprowadzonych ze wschodu, głównie z terenów Ukrainy. Lepszych polskich rolników planowano jednak zostawić wierząc, że w niemieckim otoczeniu powoli będą się germanizować. Himmler był zdecydowany, stwierdził, że depopulację miast aglomeracji katowickiej należy przeprowadzać „”bez oglądania się na możliwe skutki”. Więc po części zapewne przymusowo. Dlaczego? To proste. Nie tylko Tychy, także Katowice miały być miastem monumentalnym, więc potrzebne były wielkie place i miejsca na nowe ogromne budowle. Ale, co równie ważne, znajdujące się tu fabryki zostały w latach 1922-1939, w czasie Polski, niemal zupełnie wyeksploatowane, park maszynowy zużyty – i teraz firmy te jeśli miały się rozwijać i unowocześniać, potrzebowały przestrzeni. Katowice więc miały być miastem przemysłu, rozmachu i urzędów, a nie ludną metropolią dla okolicy. Poza tym w ocenie Zieglera katowicka gęsta zabudowa uniemożliwia rozwiązanie choćby problemów komunikacyjnych. I wreszcie, centrum Katowic miało być czysto niemieckie, dla ludzi, jakbyśmy to dziś określili, co najmniej z klasy średniej. Nie wykluczone więc, że w pierwszej kolejności wysiedleniom do Altrajchu podlegaliby Ślůnzoki, głównie ci z trzecią i czwartą kategorią volkslisty. Niemieckie osadnictwo rolnicze w Altrajchu nie wyszło. Na wsiach wokół Sosnowca i Będzina osadzono w latach 1940-1942 zaledwie 265 osadników.

KATOWICE - DUMA NADPROWINCJI Planując nową stolicę rejencji katowickiej w Tychach, wcale bowiem nie zamierzano odebrać stołeczności Katowicom. One miały pozostać stolicą górnośląskiej nadprowincji. Co ważne, tutaj – w odróżnieniu od sąsiednich miast – przemysłu miano nie rozbudowywać, miały stać się centrum administracyjno-reprezentacyjno-kulturalnym. Przy czym pamiętać należy, że ówczesne Katowice były mniejsze, bo

Zdumiewa precyzja, z jaką Niemcy planowali miasto. Lokalizacja została wybrana nie tylko z powodu bliskości Katowic, choć pierwotnie rozważano też okolice Raciborza, na przykład Rudy. Ale analiza geologiczna stwierdziła, że pod Tychami nie ma znaczących złóż węgla, kopalnie tu nie powstaną, więc i szkody górnicze miastu nie grożą. Ponadto miasto ma na południu piękny zbiornik wodny (Jezioro Paprocańskie) i Puszczę Pszczyńską, więc mieszkańcy będą mieli zapewnione tereny wypoczynkowo-rekreacyjne. Dziś widać, jak słuszne były te założenia, mieszkania w Tychach należą do najdroższych na Śląsku, z racji tego, że to miejsce tak przyjazne mieszkańcom przed I wojną światową, niemieckie władze uznawały, że potężny przemysłowy region między Mysłowicami a Gliwicami jest zbyt zagęszczony, że ani fabryki, huty, kopalnie nie mają tu miejsca na rozwój, ani miesz-

ste zaludnienie, więc część mieszkańców należy przenieść tam. Co więcej, w ramach umacniania niemczyzny, wsie wokół miast Zagłębia Dąbrowskiego mają być zasiedlone przez niemieckich osadników,

Rozbudowa Tychów była częścią Planu Sześcioletniego (1950-55), oficjalnie zwanego Planem Budowy Podstaw Socjalizmu. Jednym z jego celów była szybka urbanizacja kraju, a w tej części do najważniejszych elementów należała budowa Nowych Tychów. Miasto miało powstawać według wzorów radzieckich: szerokie drogi, wielorodzinne 3-4 piętrowe bloki, reprezentacyjne gmachy. Architektura w sumie zbliżona do hitlerowskiej. W ramach planu 1 stycznia 1951 roku, decyzją premiera rozpoczęto budowę Nowych Tychów.

przecież choćby przemysłowe Szopienice, Murcki, Kostuchna były osobnymi miejscowościami. Nowa rola Katowic zakładała doskonałe połączenia komunikacyjne, na przykład połączenia autostradowe z Krakowem i Wrocławiem (choć nie wykluczone, że autostrada miała iść bardziej na południe od obecnej) oraz kolejowe. Gdy obecnie Metropolia ogłasza zamiar budowania osobnych torów kolejowych dla wahadłowych kolei aglomeracji, tak by nie musiały korzystać ze wspólnymi z pociągami dalekobieżnymi - warto wiedzieć, że także to było wtedy w planach.

Hans Lammers, prawa ręka Hitlera i szef kancelarii Rzeszy, wielki zwolennik inwestycji na Ślasku sam był Ślązakiem. Wychował się w Lublińcu, i to w jednej kamienicy z Edytą Stein, świętą kościoła katolickiego, patronką Europy, zamordowaną w Auschwitz-Birkenau. Tak więc ten obergruppenfuehrer SS i jeden z najważniejszych zbrodniarzy wojennych, jako młody mężczyzna musiał znać dość dobrze małą Edytkę (było od niej 12 lat starszy).

Na przykład takie osobne wahadłowe tory do wspomnianych Tychów.

WIELKIE LOTNISKO W BOJSZOWACH I dalej do Bojszów. W Bojszowach Nowych bowiem zaplanowano duże, między-

tych kierunkach. Do planów tych powrócono w epoce Gierka, ale na planach się skończyło. Teraz znów się o nich mówi. W planach było też dobre połączenie samochodowe (choć słowo autostrada nie padało) z Wiedniem. Ale, co ważne, na Śląsku przy ciągach komunikacyjnych miały powstawać nowe miasta.

Deglomeracja miała polegać na budowie trzech nowych dużych miast, do których miała się przenieść część mieszkańców, ze zdaniem III Rzeszy, przeludnionej aglomeracji. Jedno z nich miało powstać na północnym zachodzie, a najbardziej prawdopodobną lokalizacją były Pyskowice. Blisko do Zabrza i Gliwic, tylko niewiele dalej do Bytomia i Tarnowskich Gór narodowe lotnisko. Przewidując znaczny wzrost lotnictwa pasażerskiego roli tej nie mógł pełnić Muchowiec, bo ciągły ryk silników przeszkadzałby mieszkańcom. Niemcy doskonale znali walory meteorologiczne Pyrzowic (najrzadziej w okolicy mgły, ko-

I pewnie wszystko to by powstawało, gdyby 22 czerwca 1941 roku nie zaczęła się wojna niemiecko-sowiecka. Po pierwszych błyskawicznych sukcesach, armia niemiecka utknęła w Rosji, a gdy walki były coraz bardziej zacięte, Hitler oso-

Planując nową stolicę rejencji katowickiej w Tychach, wcale bowiem nie zamierzano odebrać stołeczności Katowicom. One miały pozostać stolicą górnośląskiej nadprowincji. Co ważne, tutaj – w odróżnieniu od sąsiednich miast – przemysłu miano nie rozbudowywać, miały stać się centrum administracyjnoreprezentacyjno-kulturalnym rzystna róża wiatrów), tam jednak lokowano duże wojskowe lotnisko Luftwaffe. Więc pasażerskie musiało być gdzie indziej i postawiono właśnie na Bojszowy. Trochę to zresztą dziwne, bo pasażerowie startujących i lądujących samolotów widzieliby rozległy Auschwitz-Birkenau. Przecież to niecałe 5 kilometrów w linii prostej. Planowanych na wielką skalę inwestycji było wiele więcej. Kanał Odra-Dunaj, miał otworzyć rynki południowej Europy na węgiel z zasobów Zagłębia Karwińsko-Ostrawskiego, a Kanał Gliwicki (nazwanego Kanałem Adolfa Hitlera), miał być przedłużony do dorzecza Wisły aby cały Górny Śląsk mógł wysyłać węgiel w obu

biście zdecydował, że z teraz cały wysiłek państwa skierować trzeba na cele wojenne, a z ambitnymi planami wobec Śląska trzeba poczekać do ostatecznego zwycięstwa. To nigdy nie nastąpiło, a trzy lata później Górny Śląsk przypadł Polsce. Która przez kolejne 50 lat nie widziała potrzeby depopulacji przemysłowego regionu a ludzie żyli w cieniu kominów. Tychy w PRL-u były w zasadzie jedynym polskim elementem realizacji tamtego ambitnego planu. Autostrady A-4 iA-1 drugim, już w XXI wieku. Teraz, po niemal 80 latach, niektóre z tych rozwiązań za konieczne do wdrożenia uważa Metropolia, niech nazwa jej będzie przemilczana. Dariusz Dyrda

Mała metropolia W planach niemieckich było też tworzenie… Metropolii. Nie dla wszystkich śląskich miast, lecz stworzenia jednego supermiasta z Gliwic Zabrza i Bytomia. Byłby to ośrodek porównywalny w Wrocławiem, i planowano w nim właśnie tworzyć choćby wyższe uczelnie. I miało to być ”miasto idealne” zgodnie z zasadami niemieckiego urbanisty Brunona Tauta, który twierdził : Użyteczność jest podstawowym prawem estetyki. Centrum tego idealnego miasta miał o znajdować się w okolicach obecnego dworca w Zabrzu, praktycznie rzeczywiście w jego środku. Ale to akurat niemieckie plany sprzed dojścia Hitlera do władzy. Jego ekipa rozwój Śląska widziała inaczej.


10

nr 2/2019r.

Nojlepszy gĕszynk 35zł

30zł

We Niŷmcach tyż werci sie demonstrować ślůnskość!

45zł

35zł

35zł

A może wybieresz se inkszy tres, abo inszy gadżet?

35zł

35zł

35zł

35zł

5zł

30zł

30zł

5zł

Instytut Ślůnskij Godki, 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53.* adres e-mail: megapres@interia.pl, tel. 501 411 994, konto bankowe 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Eli kupisz za 100 zł abo lepij (do kupy ze ksionżkami ze ôstatnij strony) – dostawa gratis. Na terenie aglomeracji katowickiej możliwe dostarczenie kurierem i zapłata przy odbiorze.

* Powyższy adres jest jedynie adresem korespondencyjnym. Nie ma tam sklepu!


11

nr 2/2019r.

Poparcie dla aspiracji Ślązaków Z ŁUKASZEM KOHUTEM, liderem partii Wiosna na nasze województwo rozmawia Dariusz Dyrda

- Wiosna jest pierwszą partią w historii Polski, która wpisała do swojego programu uznanie godki za język regionalny. Jednak można usłyszeć, że inne partie też to obiecywały a potem zapominały… - Owszem, obiecywali pojedynczy posłowie, ale nie cała partia. Która partia na swojej ogólnopolskiej konwencji o tym mówiła? Żadna. To jednak ogromna różnica. My pokazujemy, że dla Wiosny to jeden z ważnych elementów jej programu. - Odnoszę wrażenie, że miałeś spory wpływ na to, iż ten punkt się w programie pojawił… - Na pewno, ale przecież nie tylko ja. Podczas licznych spotkań Roberta Biedronia na Śląsku widział, jakie to dla nas ważne. Robert w sposób oczywisty jest wrażliwy na oczekiwania wszelkich mniejszości, bo sam do mniejszości należy. On po prostu wie, jak to jest, być nie uznawaną, pogardzaną mniejszością. Walczy o prawa mniejszości seksualnych, ale tak samo zależy mu na nieuznawanej śląskiej mniejszości etnicznej. Widzi, że Ślązacy są w państwie polskim dyskryminowani. - Zarazem jednak po jego słowach o likwidacji kopalń na Śląsku zawrzało. Wielu ludzi stąd, od znanych polityków po anonimowych internautów zaczęło was mocno atakować. - Prezydent Andrzej Duda może sobie gadać, że węgla jest u nas na sto, dwieście, tysiąc lat, ale prawda jest inna. Większość kopalń i tak skończy żywot do 2035 roku, z braku pokładów do wydobycia. Sami górnicy wiedzą to doskonale. Owszem, wiem, jest węgiel, 1000 czy 1200 metrów pod ziemią. Ale nie ma technologii, która pozwala z takich głębokości wydobywać go konkurencyjnie w stosunku do zagranicznych, którzy kopią go odkrywkowo. Ale też popatrz, co się dzieje, jeśli gdzieś jest pomysł uruchomienia nowej, prywatnej kopalni. Ogromne protesty społeczne, rady gmin na szybko uchwalają plany zagospodarowania przestrzennego, wykluczające wydobycie. Okazuje się, że wszyscy chcemy niby węgla na Śląsku, ale nikt koło swojego domu. Ja sam mieszkam na szkodach górniczych, widzę wszędzie poankrowane domy, pękające ulice, rozrywane wodociągi – więc tych ludzi rozumiem. - Ale realnie rzecz biorąc, w Polsce do 2035 roku nie ma alternatywy dla energetyki węglowej a nawet dla palenia węglem w domach jednorodzinnych. No i wreszcie za zanieczyszczenie powietrza nie odpowiadają przecież kopalnie, lecz niewłaściwe go spalanie. - To prawda, ale energetyka też musi się przestawiać na inne paliwa, niż węgiel. Może rzeczywiście nie zdąży do 2035 roku, ale trzeba pokazywać determinację w tym kierunku. I my ją pokazujemy. Zarazem nie stanowi to żadnego zagrożenia dla pracy górników. Przecież zdecydowana większość tych, którzy dziś fedrują, w 2035 roku będzie na emeryturze. Wreszcie

nikt nie będzie przeciw, jeśli jakaś kopalnia swój urobek będzie sprzedawać na eksport. Albo gdy naukowcy opracują zapowiadaną od lat metodę zgazowania węgla pod ziemią na skalę przemysłową. Poza tym spójrz co u nas dzieje się w zimie. Wszyscy krzyczą, że smog, że nie da się oddychać. A przecież za smog odpowiada właśnie ten węgiel. I masz rację, istnieją

- To nieprawda. Często są tańsze od węgla. Weźmy przykład z Wiednia. czy wiesz, że tam od tego roku nie wolno już w nowopowstających domach montować kotłowni gazowych i olejowych? Jedynym dopuszczalnym sposobem ogrzewania w stolicy Austrii, uznawanej w rankingach za najlepsze na świecie miasto do życia, są pompy ciepła. Owszem, jednorazowy wydatek jest

marzeniem jest kopanie węgla pod swoimi miastami. - Ale z hejtu w internecie wynika, że bardzo wielu ludzi na Śląsku jest oburzonych. Kubły pomyj wylewane są także na ciebie, jedynego rozpoznawalnego działacza tej partii na Ślasku… - Hejt towarzyszy mi odkąd zacząłem działać społecznie. Nie mogę powiedzieć, że się do niego przyzwyczaiłem, bo tak nie jest, ale jest też pewnym wyznacznikiem rozpoznawalności. W kwestii hejtu związanymi z kilkoma słowami o zamykaniu kopalń, robią to ci, którzy nie zadali sobie trudu poznania naszego programu. Moja mama była dyrektorką szkoły, gdzie przez lata królowały klasy górnicze. Obecnie rzadko który górnik wysyła już swoje dzieci do klas górniczych – dominują nowe kierunki jak technik mechatronik, mechanik, czy specjalista od OZE. I bardzo dobrze! Polska od 70 lat traktuje Śląsk jak wewnętrzną kolonię, eksploatując go bezwzględnie. Bierze się od nas do budżetu najwięcej, a nakłady na kulturę mamy kilkadziesiąt razy mniejsze, niż Warszawa czy Kraków. Z tym trzeba skończyć, Śląsk nie może być kolonią. Wracając zaś do górnictwa, dobry program to taki, który przy likwidacji kopalń zapewni dobre programy osłonowe. Choć Śląsk pokazał i bez nich swoje siły witalne. Większość kopalń zamknięto, a u nas bezrobocia prawie nie ma, płace należą do najwyższych w Polsce, choć wciąż są znacznie niższe niż na Zachodzie. Dla ludzi dziś związanych z górnictwem da się też znaleźć alternatywne miejsca pracy. Więc uspokajam – rewolucji nie będzie, raczej naturalna ewolucja. - Programy dla Śląska… Każda partia je ogłasza. Zazwyczaj na słowach się kończy. - Bo to kłamstwo w założeniu. W państwie centralistycznym, unitarnym, nie ma programów dla regionu, jest program dla państwa.

W kwestii hejtu związanymi z kilkoma słowami o zamykaniu kopalń, robią to ci, którzy nie zadali sobie trudu poznania naszego programu. Polska od 70 lat traktuje Śląsk jak wewnętrzną kolonię, eksploatując go bezwzględnie. Bierze się od nas do budżetu najwięcej, a nakłady na kulturę mamy kilkadziesiąt razy mniejsze, niż Warszawa czy Kraków. Z tym trzeba skończyć, Śląsk nie może być kolonią. Wracając zaś do górnictwa, dobry program to taki, który przy likwidacji kopalń zapewni dobre programy osłonowe. Choć Śląsk pokazał i bez nich swoje siły witalne. Większość kopalń zamknięto, a u nas bezrobocia prawie nie ma. metody spalania węgla w sposób znacznie czystszy, także w domowych kotłowniach, ale teoria sobie a praktyka sobie. Po kominach widać i czuć nosem, że ludzie nie tylko palą węgiel źle, ale też palą plastiki i inne śmieci. Dlatego w moim przekonaniu odejście od domowych kotłowni jest koniecznością. - Dla wielu rodzin inne paliwa są za drogie.

wyższy, niż kotła węglowego, ale później eksploatacja znacznie tańsza. I programy likwidacji niskiej emisji powinny stawiać przede wszystkim na te pompy, a nie piece węglowe czwartej, piątej, siódmej generacji. Każda następna generacja mniej zanieczyszcza, ale wciąż zanieczyszcza. A pompa ciepła nie! I co mądrzejsi ludzie zdają sobie sprawę. Nie dam sobie wmówić, że na moim ukochanym Śląsku mieszka ciemny lud, który nie umie myśleć, a jedynym jego

Ja sam jestem zwolennikiem państwa federalistycznego, ale nie od razu Wawel zbudowano. Dlatego jestem zwolennikiem programu dla państwa, uwzględniającego specyfikę regionów. Nasze, śląskie, bolączki są od lat zdefiniowane, nasze atuty też. - Wróćmy do Ciebie. Wygląda, że jesteś w niej jedną z najważniejszych osób, na spotkaniach stoisz zaraz koło Roberta Biedronia.

- Jestem koordynatorem regionalnym partii na trzy województwa: śląskie, małopolskie i opolskie. Więc spory kawał Polski. Odpowiadam tu za tworzenie jej struktur, za organizowanie spotkań. Znamy się z Robertem od lat, gdy był posłem, nieraz mu w różnych akcjach pomagałem, więc gdy mi zaproponował tę funkcję, ale i harówę, powiedziałem, że przyjmuję, ale pod jednym warunkiem. Że doceni Śląsk, a zwłaszcza śląskich autochtonów. Na razie mnie nie zawiódł, a uznanie ślonskij godki trafiło do głównego programu partii Wiosna. - Można usłyszeć, że będziesz „jedynką” tej partii na Śląsku do europarlamantu. - Na poziomie centralnym nie zapadły jeszcze żadne decyzje. Jestem do dyspozycji, bo wiem, że bezsprzecznie dla Śląska wiele spraw można załatwić w Brukseli. Pożyjemy, zobaczymy, decyzje zapadną niedługo. - Twoi hejterzy, którzy twierdzą, że Cię dobrze znają, piszą w internecie, że próbujesz zostać parlamentarzystą, bo ci się pracować nie chce. - Jakoś nie zauważyłem lenistwa, może z braku czasu? Od młodych lat ciężko pracowałem, studiowałem dwa kierunki studiów jednocześnie, każde wakacje spędzałem na Zachodzie, zarabiając na kolejne lata studiów. Później zaraz po studiach wyjechałem na emigrację, pracując najpierw fizycznie, a później jako koordynator projektów w Oslo, w Pradze i na Filipinach. Do Polski wróciłem w 2012 roku i założyłem swoją firmę fotograficzną. Oprócz tego od tamtego czasu udzielam się w różnych organizacjach społecznych i politycznych. Mam co robić i mam swoje ideały, którymi się kieruję. - A te twoje ideały? - Dotyczą wielu spraw, choćby rzeczywiście świeckiego państwa. Są zresztą zgodne z programem Wiosny. Ale poza tym od lat jestem postrzegany jako śląski regionalista. Ważne są dla mnie sprawy godki, sprawy narodowości. - A jednak hejtują cię także śląscy regionaliści, członkowie RAŚ-u czy ŚPR-u! A Jerzy Gorzelik, szef RAŚ, też twierdzi, że jako naturalny lider powinieneś być jedynką do sejmu, a nie Brukseli. - Jerzy Gorzelik jest dla mnie legendarnym działaczem RAŚ, ale stale popełnia ten sam błąd. Nie chce zrozumieć, że im jest się w wyżej umocowanym organie, tym można więcej załatwić dla swojej Ziemi. W sejmiku więcej niż w radzie miasta, w sejmie więcej niż w sejmiku, w europarlamencie więcej niż w sejmie. - A może boi się, że będąc eurodeputowanym odbierzesz mu pozycję lidera śląskich regionalistów? - To ty powiedziałeś, nie ja. Nie są nam potrzebne na Śląsku kolejne podziały, wolałbym połączyć zwaśnione śląskie środowiska, a nie dzielić.


12

nr 2/2019r.

Jedynoste: Niy worz drugiymu co ciebie niy miełe T

***

elewizor ôd Hildy poszoł blank kaput. Boroka ślimto. Dyć niŷ ôboczy nowy tajli „Maszkyty na zolyty”. Niy wiŷ boroka, eli jeszcze roz zoboczy morske chroboki skokać we gorkij wodzie, co je potyn podowajom świyżo zdechnione nale knusprig i ze czornymi ślypkami na wiyrchu. Możno prawie lokato kucharyjo narychtuje nowe jodło, na tŷn przïkłod wancki we galercie pod dekom ze blanszowanyj ôberibe abo ôgony ôwiyndzie w bioły szekuladzie, abo zdrowotne bonbony - radiski we kruszonce ze ôsmendzonych mandli, zawinione we skůra ôd heringa a we pulwrze ze szmpiniokōw. Możno, nale ôna tygo niy uwidzi!

A chnetki za tyn czos Hilda zmiarkowała, co jejch tyż je wiyncy niŷ echt. Chytła sie za bauch, kej lazła na wiyrch po suodkach. A we ônym choby kamynie, a rzić choby kalfas – z biydom prziszła na czworty sztok. Boroka niŷ boła nic robić ze sztyry dnie. Skiż tygo ôtwarła byfyj i copła kristera. Tak sie zaro pomyślała, co czasem jedna rzïć drugi rzyci musi pomóż. Beztōż z kristerom pod parzom wrōciła sie do Gryjtki. Jak inŏ ta slezie ze ustympu, to jej wrazi tyn frup a ôna jejch kristera i bydzie po ptokach. Jŏ wom padom, żodyn by tygo niy chcioł cuć ani ôglondać, co hań sie dzioło.

A ô to sam idzie, co piyrwszy roz we ślōnskij geszichcie chop sie blank raduje, co w doma niy ma telewizje…

*** Bonik: Hilda! Jŏ Ci godom, co jŏ tygo piyrońskiygŏ telewizora niŷ dom zrychtować! Tůż Ty nic ino sie gafcys na te klupnione zendungi ô warzyniu! Jŏ już bez cia ściep ôziym kilo, bo mi podowosz durś ino dupsliki na jydyn bajs, blank ôszydliwe a wynokwione. Dowosz mi talyrz choby do grofa, a żarcio na niym ani zdrzeć. Hilda: To ty niŷ chcesz spokopić co już downŏ we Niŷmcach tak warzom, a my som dali ze zadku. Muszymy brać przïkłod a niŷ inŏ wiedzieć roulada, kluski a modrŏ kapusta, rosół ze kure, karminadle, panczkraut abo krupnioki. Niŷ mogymy ôdstować, a jŏ przeca durś dowom pozůr, co byś jodoł na światowym poziomie!

- Ty se ani Rajnat niy poradzisz forsztelować, ale mie bab na obiod dała jakisikej humus. Mie sie to ino z glizdom kojarzy. - Padosz? A zaś jo dostoł gofra ze jajcym, liściami a tomatom! Polyj Bonik, bo niy strzimia!

Bonik: Jŏ sie niŷdugo straca skiż tygo poziomu. Wiysz co: smola to wszyjsko, ida do szynku ze Rajnatym! Weznymy sie ajsbajn ze zynftym, bo mie już we zdrzadle z biydom widać. Galoty na zicherkach, do kożdych hołzyntregle a pysk na jedno umycie. Ida!

Gryjtka: Na szczynście żech ôtwarła kej mie zaczło wurcować, bo żech sie gibko zmiarkowała, co kejby erka po mie przyjechała, to by gerda musieni wyłomać.

Hilda: A idź, stroć sie. Gryjta mo telewizor, to sie puda do niyj!

*** Hilda stoi pod dźwiyrzami i ceko co jej Gryjta ôtworzy a tu nic, cisza. Dzwoni jeszcze roz. Ôroz ftoś tam stynko. Hilda cało choro pyto sie, eli to Gryjtka i co jej je. Gryjtka: Hilda, jeżeś to ty? Jŏ niy poradza wylyź ze hajźla. Wcora żech wziena tyn recept na sauerkraut z podziymkami we kakauszalach i cało noc

mie morzyło, a terozki mom taki drapszajs, aże mi szłapy dyrgotajom. Hilda.. pomóż! Hilda: Jezderkusie! A zaparłaś dźwiyrze, bo jak jŏ wleza?

Hilda: To inŏ dockej, jŏ zaroz puda na wiyrch po frup do rzyci i jedyn cetel, kaj mom cutatyn na taki klajster na zaczymianie. Mosz biołŏ glina w dōma? Gryjtka: Biołŏ glina? Niyy … Niy mom, nale ôd kond nos te Perchliki z wiyrchu zaloły, ze gipsdeki coś durś ślatuje tukej we hajźlu, możnŏ prawie styknie na tyn miszung. Hilda: Gryjtsien, niy… wyboc, to ô co inkszego idzie. Wczora we „Babskim Zdrzadle” żech przecytała, co biołŏ glina sztopuje lepiyj jak wongel, zaroz ôblekłach jakla i u Ptocki we geszefcie żech dostała kupić pół funta tyj laksyry.

Gryjtka: Dobre, niŷ godej tyla ino leć po tyn frup a ta glina!

*** A chnetki za tyn czos Bonik ze Rajnatym kukali na puste talyrze po tustym ajsbajnie, nale kożdyn mioł bauch połny a Rajnat bali ôtwarty rajsferszlus, co by szło dychać. Bonik: Teroz, kej już niy mom godu, moga Ci chopie pedzieć, jake mie w tym moijim małżeństwie niyszczyńście trefiło, jako ôstuda! Twoja Truda to je janioł wele moiji Hildy. Tōż ôna blank ôgupła ôd ty mody na pofyrtane warzŷni. We telewizje, to, forszteluj se, nic inŏ warzom, a take hamozie, co zanim to do gymby wrazisz, to już cie aże dźwigo. Roz mie ta mokwa tak ôcyganieła, co niby niedziela, na ôbiod roulady a modrŏ kapusta. Jŏ żech sie radowoł choby dziko świnia, a Hilda kłodzie talyrz a na niym, chopie, bronotny oublat choby szipa a we ônym roztomajte glizdy, biołe razym ze zielonymi, i to we marasie zmaźnionym krwiom. Rajnat: Niŷ!

Bonik: Jak niŷ, jak ja! Ta krwia to boła zaroz.. zaroz… mom to kajś zakonotowane, czekej.. krupy kuskus ze hummusym zatonkane we tincie spode ćwikły, a ta roulada to boła.. zesuszono zoja ze glonami Caulerpa lentillifera. Rajnat: Chopie, nalej mi jednygo, prosza Cie. Ino niy tygo jegermajstra, kerego żeś wrzon na krympfy. Bonik nalewo gorzoła i dalij wajo: Bonik: Rajnat, jŏ Ci godom, co Hilda je na prowdy pofytrano. Jŏ już myśloł naprać sie każdego dnia jak fuzekla, co by szło bez garło wszyjsko szluknońć. Ino przi moijich krympfach, moga nojwyży zelter ze Szczawnice słepać. Rajnat: Szkoden goden Bonik. Ôkropnie mie Ciebie żol, nale niŷ wiym, możno zacnij som warzyć? Bonik: Rajnat, ustoń przestać! Wiysz co, z takom radom kajsik jadom! Bonik a Rajnat wyduldali wszyjstko ze stoła i już nic wiyncy niy godali. Ôba poszli markotne do sia.

Ôbie bioło-żůłte na gymbie choby hauskyjza, nale, bez tyn drapszajs a kristera, lekućkie poszły do izby sie siednońć. Gryjtka wziena sie ta biołŏ glina do zmaszkiycyniŏ i jak zowdy ôtwarła telewizor. A tam zaś kucharyje uwijajom sie kole jodła. Ôroz sie dwie take szczasły do konkurse, kero uwarzï lepij. Piyrszo wrzona tablet ze forszpajzom i podowo chopowi, co to za tyn kust wydowo noty. Ôn nojprzód poprawio binder, przewroco ślŷpiami i ciepie afki a razym prawi, co te ôszkliwe amajze we pudercukrze do porzondku smakujom ze tym kołocym, aże ôn by ta amajzynpasta przepadzito maszkycił dalij. Wtůro kucharyjo już trocha znerwowano przyniesła wartko filowany zadek ôd świcie, a że filowała ta rzić grzïbami shitake we zouzie z wajnu, to sie inŏ forsztelujcie, jaki to bōu za ôbrozek. Hildy aże śmiertka powonioła, Gryjta wartko zawarła ślypia i nacisła inkszy knefel. Ôroz ôbie znodły sie choby we blank maszkytnym śniku, choby we pupynsztubie. Gryfnŏ a srogŏ choby langyelza blondina ôtwiyro szrank i wyciongo eleganckie łachy. Siado na stołku kole zdrzadła a inksze jom sztiglujom, robiom jejch lica choby dlo pupy, sztapirujom kudły, pulwer co sie miechto, ciepiom na gymba a razym mołt lipensztift dowajom na wargi. Do tygo muzik na dobro launa i tak sie zaczyno zendung „Wciep Rózynka, bydziesz galant”. Trocha sie nasze baby zlynkły, co to zaś bydzie ô warzyniu… ale niy. Inŏ ta modydama sie tak mianuje a cołko reszta je ô ôblycach. Hilda: Myślisz Gryjtka, co my tyż mogymy sie tak galant ôblyc? Ciepnymy to warzynie i bydymy w nowych łachach, gryfnie wysztiglowane szpacyro-


13

nr 2/2019r.

Gryjtka: Ja, Hilda! Już zaro biera portmanyj i wyłażymy!

*** Hilda a Gryjtka polazły zônacyć sie nowo friza, pazury, malung na gymba, sztrich na ôko i srogie brwie a wylazły ze zalonu „Wunderbaba” blank inksze, aże niŷ podane na sia. Kupiyły sie kożdo zandale na srogich abzacach, krůtke kecki, nowe bisynhaltry push-apy, koszule ściongajonce fety, galotki na plaskato rzić, co by niŷ mieć polstrůw a do tygo pościybowane zajdenbluze. W doma sie przeblykły, zrobiyły sie bonkawa i entlich ôddychły, bo bouy blank kaput. Prawie ftoś zaczon klupać na dźwiyrze. Gryjtka: Jerōnie, dyć ledwo sie siedniesz, zaro coś cie zeszteruje.

*** Gryjtka ôbocyła bez judasza co to je Rajnat ze chopym ôd Hildy Bonikiym a ôba blank ôżarte.. Niy boło inkszy rady, jak chacharom ôtworzyć. Musi Hilda wziena kluc, a tyn gizd zaś swojygo przepomnioł, zaś Rajnat to przed Trudom trzynsie galotami, beztůż przïszoł sam, co by go Truda niŷ ôboczyła napranego. Bonik: My chyba niy trefili, kaj my mieli trefić, wyboczcie paniczko, nale my som blank ôżarte, a jo, wiycie, naprany choby fuzekla bez ta pierońsko ôstuda z warzyniem, ażech na zicher pomyloł sztok. Bołech pewny co sam mieszko Gryjtka, bo moja staro chciena sam przyńść skuli telewizje. Jo niŷ moga zność kluca beztōż szukołech Gryjtki… Jŏ już som niy wiym. Mom karasol we gowie. Wyboczcie.

uchy we telewizje, na prowdy! Tyn borok wysłepoł cołko flacha jegermajstra, toż niy dziwejcie sie, co fandzoli.

*** Gryjtka zło, co w jejch domie je tako haja, wziena połno giskana i naloła Bonikowi na gowa coby trocha ôcucnoł. Tyn gośno chepnoł, potym rynkowem wytar sie smarki, przejechoł po ślypiach i chwila boł blank monter. Nale tak się ino zdowało, bo zaro liznoł na ziŷmia i przestoł dychać. Rajnat wrzon go na pukel i poszoł śniym do Hildy. Już niŷch sie tam radzom bez niŷgo. Jemu już styknie wajanio, przecaś jeszcze musi tuplikować Trudzie, że sie ôżar skuli wielgij przocielstwa do Bonika. Bonik społ a społ. Ôtwar ślypia, kej wylazła klara i wejrzoł po izbie. Przï zogówku na wertikole ôboczył tablet ze śniodaniŷm. W szolce tyj, smażonka ze sznitlokiym, krom tygo oplerki, pora sznitek chlyba, żymła z marmeladom i buterkekse. Pomyśloł, co go wzieni do niŷba, ino niŷ doł sie rady spokopić czamu gipsdeka niŷ je modrŏ ino biołŏ, a izba dostoł gynau tako jak mioł za żywota. W tyn czos do izby wlazła piŷkno kobiyta, blank podano na Hilda w eleganckij mantelszyrcy. Na serwecie z jejch strōny betōw leżoł malućki talyrz hawerfloków na wodzie. Ôśmioła sie do Bonika, pokozała co mo sam narychtowany besztek i mo jeś, bo mo wyblyscono gymba. Ôna to co inkszego – mo kust dlo sia, nale ôn musi sie trocha spragdać.

*** Bonik: Kule–bele, katać to ty Dziubecku? Hildecko, jakoś ty je piykno a dobro! Takiygo śniodanio to żech downo niy jod, a mom głud. Hilda: Terozki żech ekstra dlo ciebie narychtowała śniodaniy, bo ôbiod to sie som zônaczysz. Musza ciś do Gryjtki poôbglondać telewizje, bo nosz telewizor to pudzie zicher na hasiok.

Gryjtka: Dyć jŏ jes Gryjtka, a tukej kole mie stoi waszo Hilda. Bonik, doć ci brele?! Co żeś ôślep bez ta gorzoła?

Bonik: Hildecko, niŷ… Jŏ wartkŏ wciepna śniodaniy do szachty i zaro leca na werksztela ze tym telewizorym. Dockej ino, Zeflik to poradzi zrychtować przed połedniŷm.

Bonik: Ta frela to je moja baba? Ta wyciaciano hrabinia ô chudym zadku? Jeronie, Rajnat, ôni nom do ty gorzoły dodali jaki marihuany, abo co..

Hilda: Jŏ teroz niŷrada warza, nale niych ci bydzie…

Hilda: Ô ty faroński giździe! Ty chacharze jedŷn! Ty pierzïnie, jak jŏ ci do rzyci nakopia a pizna bez tyn gupi bezpysk a wezna kloper, a świtna, a cie praskna, to ci sie zaroz ôdwidzi tyn twoj myjtermas w ôcach. Dej pozór jako ty mosz rzić! Bonik: Rajnat, wartko uciekomy, przecaś to jes rychtig moja Hilda!!!! Rajnat: Hilda, niŷ strajecie sie tak, dyć ôn jak je ôżarty to widzi za dwoje. Mocie blank licho rzïć choby te dzio-

*** Bonik chnetki poszoł na werksztela, nale po drōdze już mioł ôbmyślone, jak Hildy zrobi za bozna. Ô Zefliku kożdy wiy, co ôn je machlyrz. Beztōż Bonik kozoł mu tak zrychtować telewizor, co by chytoł na skwol inŏ jedyn kanal i to tyn, kaj warzom ślůnskie baby a chopy, niŷ gorole. Hildy ôcygani, co inakszy niy szło nic szafnońć, co ôn niy może za to… i bydzie fertich. A Rajnatowi bydzie sie ino asiył, co u Bonikōw gro i bucy! Jadwiga Sebesta

Gorzelik z tylnego siedzenia

ŚPR wyciął opozycję „gorzelikiem nr 2” a „gorzelikiem nr 3” nieznacznie wygrał Adamus, od tej chwili nowy szef ŚPR-u. Dotychczasowy przewodniczący Marek Nowara też nie jest już nawet członkiem rady politycznej. Wiceprzewodniczącym partii wybrano Zenona Lisa z Tarnowskich Gór, także „wiernego żołnierza” Gorzelika, a w zarządzie dodatkowo zasiadają Piotr Snaczke (sekretarz), Łukasz Giertler (skarbnik) oraz Marta Bainka, Marcin Bartosz, Dietmar Brehmer i Ryszard Ucher.

Fot: rafaladamus.eu

wać ze naszymi chopami. Ôba gryfnioki, ściepli rube basy i już niŷ ma gańby sie s niymi pokozać na mieście. A my pudymy sie nojprzůd do golaca, bo dałerwele już downo niŷmodne, domy sie uszczyc myjna i farbnońć wosy na siwe ze blondym!

W

pierwszą sobotę marca w Rybniku odbył się konwent Śląskiej Partii Regionalnej. Czyli największego przegranego jesiennych wyborów samorządowych. ŚPR utraciła wszystkie cztery mandaty w sejmiku wojewódzkim (zdobyła je zresztą jeszcze jako RAŚ a nie ŚPR). Utraciła też radnych, choćby w Chorzowie czy Katowicach. Co więcej, prestiżowo przegrała wybory także z konkurencyjną partią Ślonzoki Razem, którą działacze ŚPR ostentacyjnie lekceważyli.

DWIE FRAKCJE – DWA POGLĄDY Po tych wydarzeniach w Śląskiej Partii Regionalnej wyłoniły się dwie frakcje. Jedna, na czele której stał Jerzy Gorzelik (oficjalnie sekretarz partii) i Henryk Mercik (szef jej rady politycznej) – do jesiennych wyborów ważni w województwie politycy, a po nich jedynie osoby prywatne. Ci konsekwentnie stali na stanowisku, że Ślonzoki Razem nie stanowią żadnej siły politycznej, a ich lepszy wynik wyborczy to tylko … zbieg kilku niefortunnych dla ŚPR przypadków. Druga frakcja, reprezentowana choćby przez Ilonę Kanclerz (jesienią kandydat ŚPR na prezydenta Katowic) czy znanego śląskiego barda Mariana Makulę, optowała za dążeniem do jak najszybszego zjednoczenia śląskiego ruchu, czy to przez połączenie obu partii, czy też powołanie jakiejś zupełnie nowej organizacji. Ta frakcja ciągle utrzymywała kontakty ze Ślonzokami Razem, inaczej niż Gorzelik czy Mercik.

BRZEMIENNE W SKUTKI WYBORY Tak więc decyzje personalne na konwencie ŚPR decydowały o przyszłości całego śląskiego ruchu. Także o przyszłości Ruchu Autonomii Śląska, bo działacze ŚPR i RAŚ-u to w dużym stopniu te same osoby. W ciągu ostatnich kilku lat struktury RAŚ-u zamarły w kilku powiatach i miastach – i mniejsza już o przyczyny, choć najczęściej wymieniane jest niedemokratyczne kierowanie organizacją przez Jerzego Gorzelika. Teraz rozpad struktur będzie jeszcze szybszy. Delegaci na konwent na przykład z powiatu bieruńsko-lędzińskiego są oburzeni, że w wyborach do władz ŚPR-u ich „wycię-

CZAS ADAMUSA

to”. Nie kryli jeszcze w sobotę wieczorem, że przynajmniej dla części z nich to koniec przygody z RAŚ-em i ŚPR-em. Zresztą należy się spodziewać, że sporo delegatów – nie tylko z tego powiatu - po konwencie partię tę opuści. A za nimi także członkowie, którzy delegatami nie byli. Jeśli opuszczą ŚPR, to zapewne i RAŚ.

SZEREGOWY CZŁONEK? Potencjalni śląscy partnerzy ŚPR też nie kryli rozczarowania wynikami konwentu. Zapowiadali już wcześniej, że warunkiem współpracy jest to, by partią nie kierował, bezpośrednio, lub z tylnego siedzenia, jako „szeregowy członek” (przez analogię do szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego). Po wyborach nowych władz partii widać, że Gorzelik będzie miał w niej znacznie więcej do powiedzenia, niż wynikałoby z faktu, iż jest jednym z 21 członków rady politycznej partii.

Krytycy nowych władz mówią prywatnie, że nowy przewodniczący i wiceprzewodniczący to życiowi nieudacznicy, których wybrano po to, by łatwo było nimi sterować. Adamus lukratywne posady obejmował z politycznego rozdania. Gdy RAŚ lub ŚPR dwukrotnie współrządził województwem, to Adamus dwukrotnie dostawał dyrektorską posadę w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska. Gdy RAŚ-u w rządzącej województwem koalicji nie było, to ów „dyrektor” musiał się zadowolić pracą osoby sprzedającej tzw. ”chwilówki”. Najwyraźniej na normalnym rynku zapotrzebowania na jego menadżerskie zdolności nie było. Jesienią kandydował na prezydenta Chorzowa i uzyskał poparcie na poziomie 3,5%. Ciekawe więc, jak teraz pokieruje partią?

WCIĄŻ SAMORZĄDNOŚĆ I co dalej z samą partią będzie? Dzień przed konwentem liczyła około 300 członków, ale słuchając zapowiedzi delegatów, kilka dni po nim może stopnieć o jakieś 100

Skład tej rady pokazał, że pełną władzę nad nią uzyskali „gorzelikowcy”. Ilona Kanclerz, do soboty wiceprzewodnicząca partii, jesienią promowana jako otwarcie się na inne niż RAŚ środowiska, tym razem nie została nawet wybrana do rady politycznej. Podobnie jak wspomniany wcześniej Marian Makula. Skład tej rady pokazał, że pełną władzę nad nią uzyskali „gorzelikowcy”. Ilona Kanclerz, do soboty wiceprzewodnicząca partii, jesienią promowana jako otwarcie się na inne niż RAŚ środowiska, tym razem nie została nawet wybrana do rady politycznej. Podobnie jak wspomniany wcześniej Marian Makula. Nowe szefostwo partii (21-osobową radę polityczną i 8-osobowy zarząd) tworzą w zdecydowanej większości ludzie zupełnie lojalni wobec Gorzelika. O funkcję przewodniczącego ubiegało się zresztą tylko dwóch kandydatów, ale Rafał Adamus i Henryk Mercik to właśnie dwójka jego najbliższych współpracowników (obaj zasiadają zresztą także w z zarządzie RAŚ-u). Wybory miedzy

osób. Nie wiadomo jednak, ile z nich przejdzie do Ślonzoków Razem, ile do mniejszych śląskich stowarzyszeń a ile da sobie spokój z polityką. Tym bardziej, że nie bardzo wiadomo, jaki kierunek politycznych działań partia wybierze, bo opowieści o otwieraniu się na nowe środowiska należy między bajki włożyć. Podobnie jak zapowiedź nowego przewodniczącego Adamusa, że ŚPR będzie szukała partnerów poza Śląskiem, w oparciu o idee nie etniczności, lecz poszerzonej samorządności i decentralizacji. Czyli dokładnie te same wartości, które ŚPR wyniosła na sztandary przed jesiennymi wyborami samorządowymi, w których została znokautowana. Adam Moćko


14

nr 2/2019r.

Wyjaśnić Polakowi, czym jest Hajmat, to jak wyjaśnić Papuasowi, czym jest bigos. Można próbować, ale po co? I tak nie zrozumie. Bo żeby zrozumieć smak trzeba poczuć; opowiedzieć się nie da ani Papuasowi smaku bigosu, ani Polakowi istoty Hajmatu. Tak jak Papuasowi nic nie powie, że bigos to z grubsza rzecz biorąc uduszona razem kapusta i mięso – plus przyprawy – tak Polak nie pojmie, że Hajmat to ojczyzna ważniejsza od Ojczyzny.

No

to już wiem, czemu SS-man pisał po polsku. Mieszkał w Polsce, pracował na kopalni, był polskim obywatelem. A komuniści nie wiedzieli, że SS-mana u siebie mają? Wiedzieli, nawet w życiorysie o tym napisał. I nic mu nie zrobili, nawet jak się przyznał? No bo przecież pisze tylko, że mu dali spokój z PZPR. Ciekawe czemu? Tacy sami okupanci, jak hitlerowcy. Ruskie pachołki! To co im przeszkadzało, że jakiś SS-man mordował mieszkańców walczącej Warszawy? Przecież oni tak samo mordowali żołnierzy wyklętych. Po jednych pieniądzach byli z takim SS-manem. W końcu znalazłem! Znaczy mój akt chrztu, bo przecież nie te notatki hitlerowca. Wcale nie były w tej PRL-owskiej meblościance, tylko w mamy szafce nocnej. Były tam wszystkie moje świadectwa szkolne, dokumenty sakramentów, akt ślubu rodziców i cała dokumentacja medyczna mamy. Ze łzami w oczach przejrzałem ją. Od wykrycia raka do śmierci mamy minęło raptem 17 miesięcy. Na samym dole była fotka ze chrztu. Mamy. Babcia i dziadek stoją obok, a na rękach trzyma ją jakiś starszy pan. Elegancki, uśmiechnięty. Wydaje mi się, że gdzieś w zakamarkach pamięci mam tę twarz. Pewnie jakiś daleki wujek. Może to mamy chrzestny? Pewnie tak, bo na zdjęciu poza mamą, dziadkami, tym starszym panem, jest tylko jeszcze jakaś pani. Więc na pewno fotka z rodzicami i chrzestnymi. Tę panią też zresztą kojarzę. No pewnie, przecież to ciocia Irenka. Byłem u niej kilka razy w Monachium. Ona też czasem przyjeżdża do Pszczyny. A że nie od razu ją poznałem? Nie dziwota, ciocia Irenka ma dobre sto kilo, a na fotce jest szczupluteńka. No i teraz ma lat ze 70, a na zdjęciu przecież mniej, niż 30. A i tak ją poznałem. Nigdy nawet nie wiedziałem, że była chrzestną mojej mamy. Moja ciocia Irene Kranz. Ja rozumiem, że wyjechała za komuny do Niemiec, ale czy musiała się tam wyrzec polskości? I mówić tym swoim twardym akcentem: My nikej niy byli Poloki – mówi. A niby kim byliśmy, za kogo Powstańcy Śląscy krew przelewali? Za Polskę, za połączenie z ojczyzną.

ROZDZIAŁ II Dręczą mnie ci dirlewangerowcy. Skurwysyny. Muszę jeszcze o nich w guglu poszukać. No ale jak już jestem przy kompie, to sobie wreszcie dziś tę koszulkę kupię. Warszawa’44. I znak Polski Walczącej. Trochę o niej zapomniałem, ale mi ten pamiętnik przypo-

HAJMAT odc. 2

mniał. Ten bydlak pisze tam przecież, że mordował w Powstaniu Warszawskim. A koszulka z Żołnierzami Wyklętymi trochę już wyblakła. To teraz będę miał Warszawę’44. Niby Justyna trochę się śmieje, że Warszawa to gorole. Ale teraz to moje miasto. I dobra, gorole, ale bohaterowie. Chciałbym, żeby mój pradziadek był żołnierzem wyklętym. Nie był. No ale nie był też jak ten z pamiętnika. Tyle dobrze. Dziadek się śmieje, że u nas żołnierzy wyklętych nie było. Że może w Kielcach, albo w Sosnowcu, ale nie u nas. Wkurza mnie to. Przecież też jesteśmy Polakami. A dziadek niech se gada, co chce. Pierdoły takie. Ale może dziadek wie, co tu robi pamiętnik tego SS-mana? Ciekawe, co on tam jeszcze napisał? Zajrzę w inny zeszyt. Nasza wioska, Kobiór, po niemiecku Kobier (a co mnie obchodzi dziadu hitlerowski, jak Kobiór jest po niemiecku!) leży prawie w środku Puszczy Pszczyńskiej. Od mojego domu do zamku myśliwskiego książąt von Pless to na piechty może godzina. Zresztą do ich normalnego zamku, nie myśliwskiego, w Pszczynie, też nie więcej niż dwie godziny. I to nie spiesząc się. A poza tym Puszcza. Puszcza-żywicielka. Bo przecież mieliśmy trochę pola, ojciec pracował u księcia w tartaku, brał wypłatę, ale bez puszczy by była bieda. A tak, w lecie ostrężyny – znaczy jeżyny, jak po polsku piszę – jagody, i grzyby. Drzewa się zawsze nazbierało na opał. Ale moją familię puszcza żywiła inaczej. Niby był strach i gojnych, i feśtrów, ale od dziecka chodzilimy, najpierw ze starzikiem a potem z ojcem, na rab. Ustrzeliło się sarnika to jedzenia było na tydzień. A jak dzika to jeszcze ojciec mięsa zaniósł ciotce, co w Mokrym miała gospodę. Choć wiele z tego nie było, bo co przyniósł za mięso? Halba, czasem dwie. Wypił ze starzikiem, ze sąsiadem. A my co z tego mieli? Gówno i tyle. To lepiej, jak ubił zająca albo sarnika. Ha, zając! Pamiętam, że jak po wojnie usłyszałem to słowo, to mnie rozbawiło. Kto by pomyślał, ze hazok może nazywać się zając?

*** Początek pamiętnika brzmiał nawet normalnie. Ten SS-man jest dopiero ze sto stron dalej. A tak, to chociaż wiem, że ten hitlerowiec był stąd, z Kobióra. Raptem wieś sąsiednia, jak iść przez las. Ale skąd jego pamiętnik u nas? Dziadka trzeba zapytać, przecież dziadek jest z Kobióra. Nagle zamarłem, bo jak ten hitlerowiec to mój pradziadek? Który mieszkał piętro pode mną? Ale przecież nie, upewniłem się wertując pamiętnik. Ten esesman miał pesel 2406. A pradziadek ma geburstag w maju. Roku nie pamiętam, ale urodziny tak, bo dwa dni przed moimi. Tak ma na grobie napisane. Ur. 13.05.1923, zm. coś tam 2012. To już siedem lat, jak nie żyje… Z Kobióra był, to może znał tego esesmana. Na pewno znał. Wioska, a to rówieśnicy. To może on trafił na pamiętnik i zachował. Bo znał tego, co go pisał? Na pewno. No ale Weronice w Warszawie na pewno nie powiem, że mój pradziadek miał kolegę esesmana. A może wcale nie kolegę? Może to zabrał, żeby o tamtym prawdę światu powiedzieć. Że żyje tu między nami hitlerowiec. No bo komuniści, ja przeczytałem, wiedzieli, co z niego za ziółko. Ale komuniści byli takie same świnie. Jak to dobrze, że komuny nie pamiętam, że nie żyłem w tym ruskim zniewoleniu. Strasznie musiało być. Dziadek mówi, że wcale tak źle nie było. Że przecież wybudowali ciotce Klarze dom w Kobiórze, obok domu pradziadka, a nam całkiem nowy, w Paprocanach. Że nawet dwa razy na wakacjach w Bułgarii byli. I mieli auto. Wielka rzecz, mieć auto! Albo ta Bułgaria. Ja przecież byłem z Weroniką w Egipcie i Tunezji. Nawet fajnie, tylko te arabskie brudasy. Dzika hołota. Śmieszna rzecz, ale jak jechałem, pierwszy raz, jeszcze z rodzicami, pradziadek uczył mnie liczyć po arabsku. Skąd pradziadek umiał po arabsku? Choćby tylko liczyć? I pokazywał arabskie cyfry. Nawet do naszych podobne, pewnie nam ukradli. Ale jed-

nak trochę inne. Muszę o to dziadka spytać. A przy okazji popytać, czy wie coś o tym esesmanie. Bo niby pamiętnik skurwysyna, ale jak już znalazłem to spalić żal. Zaraz, zaraz, dziadek pewnie jeszcze nie śpi… Dziadek siedział nad rozstawioną szachownicą. Bo często sam ze sobą grał w szachy. Śmieszyło mnie to, bo najczęściej remisował. A jak czasem biały dziadek wygrał z czarnym dziadkiem, to się dziadek smucił, nie cieszył. Widać wtedy był ten czarny. Ale znowu jak wygrał czarny, to dziadek się znowu smucił, widać wtedy był ten biały. Znaczy dziadek grając sam ze sobą nie wygrywał nigdy, bo albo remisował, albo przegrywał. Kiedyś go nawet zapytałem, czemu nigdy nie cieszy się, że wygrał, tylko zawsze smuci, że przegrał. A on tylko machał ręką, że z czego się cieszyć, kiedy białymi zrobił głupi ruch. No a jak żadnymi nie zrobił głupiego ruchu, to zremisował. No ale szachy to i tak był pikuś. Teraz, jak do dziadka zajrzałem, to siedział w kalesonach i grał w szkata. Sam ze sobą grał. Dokładał z tych kupek i też rzadko bywał zadowolony. Szachy to jeszcze rozumiałem, nauczył mnie, ale ten szkat? Idiotyczna gra, gdzie dupek raz jest wyższy od asa, raz niższy i ciągle coś z tymi dupkami trzeba liczyć. Bo jak masz dwa to dobrze, innym razem jak masz dwa, to źle. Taka kretyńska gra, że mogli ją tylko Niemcy wymyślić. Dziadek chciał mnie nauczyć, ale ja nie chciałem. No to mnie nauczył grać w blackjacka. Tylko mówił na niego oczko - Dziadek, znowu grasz sam ze sobą w tą głupią szwabską grę – zagadnąłem, siadając naprzeciw. Fotel zapadł się pode mną, bo te dziadka fotele na pewno komunę pamiętają. Ale dziadek nie da ich wyrzucić, bo podobno babcia je lubiła. Dobrze, że w lodówce nie trzyma kawałka kiełbasy, który lubiła babcia. A on? Dorzucił kartę z jednej kupki, dorzucił z drugiej. Spojrzał na mnie. Dorzucił jeszcze raz. Zapłacił sobie z jednej kupki drobnych na trzy pozostałe po osiemnaście groszy i wygłosił zdanie, niby po polsku, ale wca-

le nie po polsku: z dwoma grajom trzi, ni majom wyjścio. Zmaścili to i tela! Jak ja tego nie lubię. Czy oni naprawdę nie mogą nauczyć się mówić do porządku, tylko bełkotać tą swoją prostacką gwarą? Jak ja bym chciał z dziadkiem porozmawiać jak poważni ludzie. Przecież wiem, że umie, bo w pracy tak mówił. Ale w domu nigdy po polsku nie powie. Tylko godo. I jeszcze z tego dumny. Idiotyzm jakiś. Ile ja się przez to wycierpiałem! W liceum podrywałem Sylwię. Najfajniejsza laska w klasie. Nawet szło dobrze, ale kiedyś w butiku ogląda bransoletę i pyta, „pożyczysz, bo mi brakuje?” Zapytałem: „a wiela?” a ona parsknęła śmiechem. Wiela, wiela, oj Hanysie… Taki wstyd. Przy Weronice też mi się raz wyrwało „kaj”. I też na mnie tak spojrzała, z politowaniem. Powiedziała, trochę ze smutkiem, „słychać, że ze wsi jesteś”. A co ja poradzę, jak dziadek kaj, mama kaj, i tata kaj. A, cholera by ich wzięła, w robocie umieją powiedzieć „gdzie”. Wiem, bo słyszałem. No, ale nie przyszedłem się z dziadkiem kłócić. Zresztą po co, jak on to „kaj” kocha, jakby warte było. Zapadłem się w fotelu. On złożył te swoje dziwne zielone karty do szkata. Dziadek złożył karty. – Za bajtla durś eś ku mie przłaził. A tera rod cie widza, ino rzadkoś je. Wiym, teli świat, stadiony świata. A jo sam, w ancli… - Dziadku… - Ehe, ehe… - No kurcze, denerwuje mnie ten starzik. Nie mogę normalnie powiedzieć dziadku, jak w Polsce? - To już lepij godej mi Erwin! - Dobra, mniejsza z tym. Dziadku, znaczy starzik, znalazłem w szpargałach rodzinnych pamiętnik esesmana. Wiesz coś o tym? - No ja… Pora razy padoł, że coś tam szkryflo. A tyś to znod? - Fto padoł? – wyrwało mi się, jakby wbrew sobie, ale wpadłem w tę mowę śmieszną ludową. - No ujek. Dziwok boł i tela. Durś godoł, co spisze gyszichta, historio znaczy swojigo żywobycio. Bajtli niy mieli, ciotka miała we kroku coś niyrichtiś. Tuż ujek pisywoł. I tyś to znod? - Ujek??? To jakiś esesman był! Zbrodniarz! - A mosz hań co o jego zbrodniach? - Był w SS. Zabijał powstańców warszawskich. Bohaterów! - No ja… Jakby jejch żodyn niy zabił, to by bohatyrami niy byli… Eli zaś idzie o ujka Richata, to był nojlepszy czowiek, jakigoch znoł! - Ten esesman??? - Tyn som! Ujek Richat. Cdn. Dariusz Dyrda


15

nr 2/2019r.

M

ało z nas zdaje sobie sprawę, jak wiele łączy nas z Czechami. Zwyczaje, umiłowanie piwa, rubaszny dowcip. I to piwo, i dowcip przez stulecia było Polakom obce, bo nad piwo stawiali gorzoła, choć w ostatnim czasie im się to zmienia. To znaczy gorzoły się nie wyrzekli, ale piwo też polubili. Niestety, poczucia humoru nie mają nadal. Lubią mówić, że poczucie humoru mają, ale nie ze wszystkiego wolno się śmiać. Co dla mnie świadczy o braku poczucia humoru, bo jeśli ktoś ma je naprawdę, potrafi znaleźć komizm nawet w sprawach bardzo poważnych. I Ślůnzoki wdycki tak miały. Jeszcze jedno, co przez dziesięciolecia łączyło nas z Czechami, to upodobanie do hokeja. Dziś spolonizowani, nawet w karnawale ślůnski chop uważa, że jedyny bal to fusbal, ale dawniej u

Hokej śląski czy polski kibiców zdobył Puchar Polski (faworyzowane GKS Tychy i GKS Katowice odpadły w półfinale) – to w ćwierćfinale fazy play-off dostał od Cracovii szybki łomot 4:0, w rywalizacji do czterech wygranych meczów. Wydawało się, że podobny łomot sprawią swo-

graniczni trenerzy, jeśli krajowi, z tych klubów o mniejszym budżecie i teoretycznie gorszymi (bo tańszymi) zawodnikami, walczą z tymi bogatymi klubami jak równy z równym? Piszę o tym, bo hokej - nasz śląski sport - obrazuje wiele polskich bolą-

Obie śląskie hokejowe potęgi (GKS Tychy i GKS Katowice) finansowane są z pieniędzy publicznych. Pierwsza z miejskiej kasy, druga przez koncern energetyczny Tauron. I obie zawodzą. Natomiast ekipa, która w ćwierćfinałach pokazała klasę (Cracovia) ma prywatnego właściciela. Podobnie jak dobrze radzące sobie Podhale. Rodzi się więc pytanie, czy to nie jest tak, że ten, kto wydaje pieniądze swoje, a nie publiczne, lepiej dobiera działaczy, którzy na skład mają wpływ? Głębiej się zastanawia, który zawodnik jest dobry, a nie który drogi? nas hokej rywalizował z nim na równi, a 60 lat temu w samych tylko obecnych Katowicach było sześć hokejowych klubów. Był taki w każdym mniejszym miasteczku. Dopiero później, gdy hokeiści przenieśli się na sztuczne lodowiska, dyscyplina ta obumarła tam, gdzie ich nie było, ale jeszcze roku1988 hokej na olimpiadzie oglądało u nas prawie tyle samo widzów, co dwa lata wcześniej piłkarski mundial. A śląscy hokeiści, w rodzaju braci Góralczyków czy Heńka Grutha byli takimi samymi sportowymi gwiazdami, jak wielcy fusbaolrze. Dziś i tak hokejem pasjonuje się u nas więcej ludzi, niż w innych regionach Polski, a połowa polskiej ekstraligi to drużyny z Górnego Śląska, zaś najpoważniejszy kandydat do awansu w jej szeregi też jest nasz – choć (niestety) w przyszłym sezonie zabraknie tam innego górnośląskiego klubu, Polonii Bytom. Ale kiedy późnym latem sezon ruszył, wydawało się oczywistym, że walka o mistrzostwo Polski rozstrzygnie się między klubem z Tychów (obrońca tytułu) i jego katowickim imiennikiem (wicemistrz 2018). Dysponują i większą kasą od reszty rywali i – przynajmniej na papierze –znacznie mocniejszym składem. Pytaniem pozostawało tylko, czy trzeci klub z naszego hajmatu, jastrzębski JHK włączy się w walkę o brązowy medal. Już wiadomo, że się nie włączy, bo choć kilka tygodni temu ku zdumieniu

im ćwierćfinałowym rywalom tyszanie i katowiczanie, tym bardziej, że sezon zakończyli niemal łeb w łeb, z dużą przewagą punktową nad wszystkimi następnymi drużynami. No i przyszło im się mierzyć z drużynami z końca tabeli, znacznie słabszymi niż JHK czy Cracovia. Tymczasem nic z tych rzeczy, męczą się nie miłosiernie, po pięciu kolejach było 2:3 (Katowice przegrywały z Unią Oświęcim a Tychy z Gdańskiem). Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu polska liga hokejowa nabiera rumieńców, i nie dzieli się na trzy drużyny mocne i resztę do bicia, z drugiej może się okazać, że nie tylko trzech śląskich drużyn nie będzie na podium, ale może się nawet okazać –jak tak dalej pójdzie – że nie będzie tam żadnej. Taka sytuacja nie zdarzyła się już od dawna. Fascynujące jest co innego. Obie śląskie hokejowe potęgi (GKS Tychy i GKS Katowice) finansowane są z pieniędzy publicznych. Pierwsza z miejskiej kasy, druga przez koncern energetyczny Tauron. I obie zawodzą. Natomiast ekipa, która w ćwierćfinałach pokazała klasę (Cracovia) ma prywatnego właściciela. Podobnie jak dobrze radzące sobie Podhale. Rodzi się więc pytanie, czy to nie jest tak, że ten, kto wydaje pieniądze swoje, a nie publiczne, lepiej dobiera działaczy, którzy na skład mają wpływ? Głębiej się zastanawia, który zawodnik jest dobry, a nie który drogi? Bo akurat trenerów wszystkie czołowe mają z podobnej półki. Choć rodzi się też pytanie, po co u nas ci za-

czek. Po pierwsze brak … kształcenia. W każdej naszej drużynie o jej sile (w większym lub mniejszym stopniu) stanowią obcokrajowcy. Kilkanaście lat temu niemal wyłącznie Czesi i Słowacy, teraz liga roi się od Finów, Kanadyjczyków, Amerykanów, Rosjan. Ale to nie

daj żadnego. Tak na marginesie, mało znany Oliwa osiągnął w NHL od Czerkawskiego nieporównanie więcej, raz tę ligę wygrał, drugi raz był o włos. Grał w jednym ataku z dwoma najlepszymi hokeistami swoich czasów: Mario Lemieux i Jaromirem Jagrem. Czerkawski zaś był gwiazdką, ale najsłabszych drużyn, outsiderów tej ligi. Ale dziś to on uchodzi za najwybitniejszego polskiego hokeistę w historii. Wśród ludzi, którzy się na hokeju nie znają, bo ci, którzy mają o nim wiedzę, Czerkawskiego nie umieszczą chyba w piątce najwybitniejszych graczy. A znajdzie się w niej na pewno przynajmniej dwóch rdzennych Hanysów: Feliks Góralczk (z Wyr) i Henryk Gruth (z Rudy). Jednak dziś żaden ani śląski ani polski klub nie szkoli graczy tej miary. Wolą kupować kanadyjskie spady, niż kształcić własnych hokeistów. Polski – i śląski - sport poszedł bowiem w idiotyczne szkolenie młodzieży. Biorą grupkę dwudziestu chłopców i mają nadzieję, że wyszkolą z nich kolejnego Lewandowskiego czy Grutha. Dawniej trenerzy chodzili na dzikie boiska, gdzie chłopcy grali w piłkę, na stawki, gdzie grali w hokeja, i przyglądali się, czy nie

FIKSUM DYRDUM wach, kolegów trenujących od kilku lat. Po trzech latach trenowania grali już w ekstraklasie, po czterech byli jej gwiazdami. Ale bo obaj mieli wybitny talent do sportu, i pewnie takie same sukcesy odnosiliby jako piłkarze, narciarze, tenisiści. I szkolenie wybitnych sportowców polega nawyszukiwaniu takich talentów, a nie trenowanie w nieskończoność łamagi, który ile by godzin treningowi nie poświęcił, drewnianą łamagą pozostanie. Polacy także tego nie chcą zrozumieć. Upierając się, że wszystkich należy uczyć tak samo. Wybitnego talentu sportowego identycznie jak kogoś, komu humanistka przychodzi jak kromka z masłem, albo tego, który lekcji z matmy nawet nie potrzebuje, bo wszystko łapie w niej w lot. W efekcie wszystkich ich polska szkoła ciągnie w dół i może tylko w religii osiągają poziom podobny, a sukcesów żadnych. Dlatego pasjonując się hokejem mam świadomość, że polska liga jest ubogą krewną tych lepszych. Nie mówię nawet o kanadyjsko-amerykańskiej NHL, albo rosyjskiej KHL, ale nawet czeskiej. Rzecz zresztą ciekawa, Czesi, żyjący przez stulecia w kręgu kultury niemieckiej, wychowani w jej wzorcach (nawet jeśli nie mają tego świadomości) utrzymali po rozpadzie Czechosłowacji nie tylko wysoki poziom hokeja ale odnoszą sukcesy w wielu najróżniejszych dziedzinach. Słowacy, którzy przez te stulecia bliżej byli Polaków, poza tą kulturą niemiecką, nawet w hokeju dziś mają poziom zbliżony do polskiego, choć jeszcze na początku XXI wieku zdobyli mistrzostwo świata. Ale zdobyli je zawodnicy wyszkoleni jeszcze we wspólnym z Czechami państwie. Najwyraźniej przynależność do kręgu kulturowego rzutuje na każdą niemal dziedzinę życia.

Czesi, żyjący przez stulecia w kręgu kultury niemieckiej, wychowani w jej wzorcach (nawet jeśli nie mają tego świadomości) utrzymali po rozpadzie Czechosłowacji nie tylko wysoki poziom hokeja ale odnoszą sukcesy w wielu najróżniejszych dziedzinach. Słowacy, którzy przez te stulecia bliżej byli Polaków, poza tą kulturą niemiecką, nawet w hokeju dziś mają poziom zbliżony do polskiego, choć jeszcze na początku XXI wieku zdobyli mistrzostwo świata. Ale zdobyli je zawodnicy wyszkoleni jeszcze we wspólnym z Czechami państwie. Najwyraźniej przynależność do kręgu kulturowego rzutuje na każdą niemal dziedzinę życia są tuzy ze swoich krajów, to ci, którzy tam w profesjonalnym hokeju się nie łapali. Więc błyszczą u nas, bo młodych krajowych zawodników jak na lekarstwo. Młodych polskich graczy na sensownym poziomie jest niewielu. A GKS Tychy, klub, który ćwierć wieku temu posłał dwóch swoich wychowanków (Krzysztof Oliwa i Mariusz Czerkawski) za ocean, gdzie grali w najlepszej lidze świata – NHL - dziś w swoich szeregach ma raptem jednego wychowanka. GKS Katowice bo-

znajdą takiego, który ma fantastyczną koordynację ruchową, wrodzoną szybkość. I takiego namawiali do uprawiania sportu. W hokeju uważa się, że powinno się go trenować od 5, najdalej 7 roku życia. Bo to – inaczej niż fusbal – sport techniczny i jazdy na łyżwach (podobnie jak w łyżwiarstwie figurowym) trzeba uczyć od małego dziecka. A jednak i ten Gruth i ten Czerkawski zaczęli trenować w wieku lat 13 i w ciągu roku przegonili, także w technice jazdy na łyż-

I tylko się smutno zastanawiam, ile w nas, żyjących od niemal 80 lat w Polsce, pozostało z europejskiego, czyli niemieckiego, kręgu kulturowego, a na ile jesteśmy już wyrobem polakopodobnym, któremu tylko się wydaje, że się od Polaka czymś rózni… Dariusz Dyrda PS. Ponieważ moja córka czasu felietonu napisać nie miała, musiałem rozpisać się na całą stronę gazety. Ale mam nadzieję, że nie zanudziłem.


16

nr 2/2019r.

Książka, na którą wielu z naszych Czytelników długo czekało – już jest. Już ją wysyłamy, rozwozimy po Śląsku. Jeśli zgłosicie się do nas, chętnie zorganizujemy u Was wieczór autorski, NA KTÓRYM Gott mit Uns będzie po promocyjnych cenach.

To sie werci poczytać:

„Dante i inksi” Mirosława Syniawy, to antologia wielkich dzieł światowej poezji na język śląski. Tytuł pochodzi od „Boskiej Komedii” Dantego, której fragmenty znajdziemy tam właśnie w godce. Poza tym są jednak wiersze czołowych poetów niemieckich, rosyjskich, francuskich, angielskojęzycznych, a także azjatyckich. Okazuje się, ze w godce brzmi to świetnie! - cena

Ksiůnżka ślůnsko – nojlepszy gĕszynk pod krisbaum!

23 złote

Mosz już „Historia Narodu Śląskiego”? „Richtig Gryfno Godka”? „Gott mit Uns”? „Asty Kasztana”? Eli ni mosz, terozki festelno szansa kupić je blank tanio. W księgarni komplet tych książek kosztuje średnio około 155 zł. U nas – razem z kosztami wysyłki – wydasz na nie jedynie !!! 120 złotych!!! Ale możesz je oczywiście kupić także osobno. Koszt przesyłki – 9 złotych. W przypadku zamówienia powyżej 100 zł – przesyłka gratis. Można zamówić internetowo: megapres@interia.pl lub telefonicznie: 501-411-994. Można też zamówić, wpłacając należność na konto: 96 1020 2528 0000 0302 0133 9209 Prosimy przy zamówieniu podawać numer telefonu kontaktowego. Instytut Ślůnskij Godki 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53

„Komisorz Hanusik we tajnyj służbie ślonskij nacyje” to druga część skrzącego się humorem kryminału z elementami fantasy, rozgrywający się na dzisiejszym Śląsku. Autor, Marcin Melon, jest anglistą, co w książce widać szkół - cena 28 złotych

„Historia Narodu Śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego – to jedyna książka opowiadająca o historii Ślązaków z naszego własnego punktu widzenia, a nie polskiego, czeskiego czy niemieckiego. 480 stron, format A-4, cena 60 zł.

„Asty Kasztana, Ginter Pierończyk – „opowieści o ląsku niewymyślonym”, to autentyczna saga rodziny z katowickiego Załęża. Jak się żyło w Katowicach śląskim pokoleniom? Historia przeplatana nie tylko zabawnymi anegdotami , ale też tragicznymi wspomnieniami i pięknami zdjęciami z prywatnych zbiorów. 92 strony, formak A-5. Cena 15 zł.

„Rychtig Gryfno Godka” Dariusza Dyrdy – to jedyny podręcznik języka śląskiego. W 15 czytankach znajdziemy kompendium wiedzy o Górnym Śląsku, a pod każdą czytanką autor wyjaśnia najważniejsze różnice między śląskim a polskim. Wszystko to uzupełnione świetnym słownikiem polsko-śląskim i śląsko-polskim. 236 stron, format A-5. Cena 29 zł.

„Gott mit Uns - ostatni żołnierze” Mariana Kulika. To wspomnienia ostatnich Ślązaków, służących w armii III Rzeszy. Stare opy spominajom przedwojenno Polska, służba przy wojsko i to, co sie sam dzioło, kiej przīszły Poloki a Rusy. Fascynująca lektura. 240 stron, format A-5, Cena 29 zł.

„Ich książęce wysokości” - to dzieje władców Górnego Śląska - a książka wyszła spod pióra Jerzego Ciurloka, znanego bardziej jako wicman Ecik z Masztalskich, ale będącego też wybitnym znawcą kultury i historii regionu - cena 30 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ślunski Cajtung 02/2019 by KO production - Issuu