ISSN:368849
NR 17
LUBIĘ W KLUBIE czyli maniury, piczony, szlaufy i inne
GIERSZAŁ, GOMBRO, JACKO, GRAFFITI & STREET ART
150
www.hiro.pl
INTRO HIRO 17
foto okładka | PIOTR DĘBSKI modelki | SYLWIA & NATALIA
hiro kontra świat INFO
wszystko pomiĘdzy
RECENZJE
4 Kyst. Wrażliwość jest trendy 8 Gooral. Pokonać stereotyp
zdawać by się mogło, że od ostatniego numeru dzielą nas epoki. Ślub księcia Williama i Kate middleton, beatyfikacja jana pawła ii, zabicie osamy bin ladena, erupcja wulkanu Grímsvötn na islandii, wizyta baracka obamy w warszawie. to wszystko w ciągu ledwie miesiąca. świat przyśpiesza, wraz z czym zmieniamy się My wszyscy. sporo o tych zmianach w majowo-czerwcowym „HIRO”. oczywiście na luzie, ale z ambicjami mówienia o rzeczach aktualnych i ważnych. Kolejny numer też podwójny – lipcowo-sierpniowy. a od września już co miesiąc „Hiro”, jakiego jeszcze nie widzieliście!
12
MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY
Smif-N-Wessun.
14
Szlachetniejsi niż colt
Lubię w klubie. Seks, narkotyki, balety 30 Jakub Gierszał. Buntownik z pozoru 32 Nintendo vs. Playstation. Mały może więcej 36 Muzyczne blogi. Przełom w tańcu o architekturze 40 Polski street art. Czy wyprzedaje swoje ideały?
46 Muzyka 48 Film 50 Komiks 51 Gry
redaktor naczelny:
Grzegorz Czyż grzegorz.czyz@hiro.pl
redaktor strony internetowej:
promocja:
Maciek Lisiecki maciek.lisiecki@hiro.pl REKLAMA:
Agnieszka Wróbel agnieszka.wrobel@hiro.pl
Agnieszka Jaros agnieszka.jaros@hiro.pl Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl
SKŁAD:
administracja:
Kasia Walentynowicz kasia.walentynowicz@hiro.pl
Paulina Kur paulina.kur@hiro.pl
dystrybucja:
Marzena Skubij marzena.skubij@hiro.pl event manager:
Agnieszka Żygadło agnieszka@hiro.pl
PROJEKT MAKIETY:
Paweł Brzeziński (Rytm.org // Defuso.com)
CafÉ Szafa w Gdańsku
Lokal, choć w samym centrum, ukryty jest przed zgiełkiem miasta. Interesujące, przytulne wnętrza oraz wiele zakamarków gwarantują, że każdy amator rozrywki znajdzie tu miejsce dla siebie. Współpracownicy:
Piotrek Anuszewski, Jerzy Bartoszewicz, Andrzej Cała, Tomek Cegielski, Patryk Chilewicz, Bartosz Czartoryski, Piotr Dobry, Karolina Dryps, Marek Fall, Zdzisław Furgał, Marcin Flint, Piotr Gatys, Aleksander Hudzik, Marcin Kamiński, Łukasz Knap, Adam Kruk, Sonia Miniewicz, Jan Mirosław, Marla Nowakówna, Maciek Piasecki, Piotr Pluciński, Jakub Rebelka, Kasia Rogalska, Anna Serdiukow, Dorota Smela, Filip Szałasek, Bartosz Sztybor, Patrycja Toczyńska
FELIETONIści:
Dawid Kornaga, Maciej Szumny WYDAWCA:
Agencja HIRO Sp. z o.o. ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa prezes wydawnictwa:
Krzysztof Grabań kris@hiro.pl
ADRES REDAKCJI:
ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel./fax (22) 8909855
Charlotte Chleb i Wino w Warszawie
Przegryź doskonałą tartinę na wypieczonym na miejscu chlebie, popij wyśmienitą kawą albo winem, a na koniec zabierz ze sobą do domu pachnącą bagietkę na zakwasie. Smaki Paryża na Placu Zbawiciela.
WWW.HIRO.PL e-mail: halo@hiro.pl
Informacje o imprezach: HIROZDZIRO.PL Społeczność: FACEBOOK.COM/HIROFREE.FB DRUKARNIA: LCL DYSTRYBUCJA ul. Dąbrowskiego 247/249 93-231 Łódź
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Wrażliwość jest trendY tekst | mAciek piasecki
foto | maciej landsberg
Czekając na zew natury
Jeśli martwiło was, że za granicą polską muzykę reprezentują zawsze pani Kozidrak i budka suflera, to mamy dobre wieści – w tym roku Polska chwali się zespołem Kyst. Mają już za sobą występy na słynnym SXSW i przeglądzie Eurosonic, a za chwilę wyjeżdżają do Hiszpanii na Primaverę. Przy okazji są też adresatami pierwszego folkowego dissu w historii polskiej muzyki. Jak sobie na to zapracowali? Macie poczucie, że wasza kariera rozwija się bardzo, bardzo szybko? Debiutancką płytę wydaliście własnym sumptem w zeszłym roku, a teraz wyjazd na SXSW, Primavera… Inni pracują na to latami! Tobiasz Biliński: Wszyscy strasznie wyolbrzymiają to South by South-
west – że zajebiście, że zaraz będziemy sławni. A tam występowały też blogowe hajpy odkryte miesiąc wcześniej albo nikomu nieznane zespoły kowerujące Metallikę! Adam Byczkowski: Tak! Alcohollica – A Texas Tribute To Alcohol And Metallica... (śmiech) Tobiasz: Może chodzi o to, że byliśmy tam jednym z niewielu zespołów z Polski...? Czyli to nie jest tak, że koncert w Stanach to przepustka do wielkiego sukcesu? Tobiasz: Może tak było kiedyś, w czasach Trubadurów. Adam: Na SXSW występuje blisko dwa tysiące zespołów. W tym masz
mołdawskie country i czeskie reggae. Bez szans na jakąkolwiek karierę.
Ale jesteście trochę dumni, że tam zagraliście? Ktoś przecież was wybrał, bo stwierdził, że należycie do najciekawszych zespołów w Polsce! Tobiasz: To bardzo subiektywne. Wybrało nas dosłownie kilka osób,
a nie cała Polska. Adam: Większą zajarą niż granie był sam wyjazd do Stanów. Tobiasz: Gdy dowiedzieliśmy się, że lecimy na SXSW, to prawie popuściliśmy w gacie. Adam: Jednak po zagraniu tam wiemy, że takie przeglądy najwięcej dają uznanym niezalowym gwiazdom. Ktoś przyjdzie na ich koncert, by się upewnić, czy wziąć ich na swój festiwal. Żaden promotor nie będzie przecież oglądał setek małych zespołów! Tobiasz: Mimo to, po naszych występach pojawiło się kilka dość zabawnych propozycji, np. wywiad w meksykańskim radiu i propozycja współpracy z niemiecką wytwórnią. Adam: Ale goście w futrach i z cygarami oferujący lukratywne kontrakty do nas nie podchodzili.
04
info
I
Za to z pewnością pomógł wam ten wyjazd zyskać rozgłos w Polsce... Tobiasz: Tak, to na pewno pomogło. Dużo osób dowiedziało się, że ist-
niejemy. Ale dużo też nas dissowało. Choćby słynny tekst na pewnej stronie o tym, że lepiej by było, gdybyśmy w tym Teksasie już zostali. Skoro o dissach mowa, to jesteście bohaterami bodaj pierwszego folkrockowego dissu w Polsce, jeśli nie na świecie. Bo chyba nie macie wątpliwości co do tego, że utwór „Woolen Touch” trójmiejskiego zespołu Kiev Office to zaczepka skierowana w waszą stronę? Adam: To jest udane, bo jest zabawne. Ja się śmiałem, gdy tego słuchałem! Tobiasz: Pytanie, czy było zamierzone? Adam: Tak, to ewidentny diss, oni zrobili nawet okładkę z takim niedo-
creme’owy cyklista poszukiwany!
konkurs
rozwiniętym jelonkiem!
Jesteś fajną dziewczyną/chłopakiem z brzydkim rowerem i chcesz to zmienić, ale nie masz hajsu? Przyślij nam swoje zdjęcie na własnym albo pożyczonym rowerze, a my oddamy ci hipsterską holenderkę marki Creme.
Źle wam życzą? Nabijają się? Tobiasz: Wszyscy się z nas trochę nabijają. Adam: Przynajmniej jesteśmy na tyle charakterystyczni, że łatwo nas
sparodiować. A zespół Kiev Office gra w Trójmieście kilka razy dłużej niż my – wydaliby w końcu coś fajnego oprócz śmiesznych dissów.
Zdjęcia z dopiskiem CREME wysyłajcie na adres: konkurs@hiro.pl. Znajdźcie nas też na: www.facebook.com/hirofree.fb.
No właśnie, sporo zespołów pewnie po cichu zazdrości wam ekspresowych sukcesów. Podzielcie się swoją tajemnicą – jak do tego doszliście? Na pewno sporo dał wam występ na polskim przeglądzie Dont Panic We’re From Poland. Tobiasz: South by Southwest, Eurosonic, Primavera – to wszystko za-
wdzięczamy tamtemu showcase’owi, tam byli wszyscy przedstawiciele tych festiwali.
A co było przed Don’t Panic? To prawda, że Tobiasz leżąc w łóżku wysyłał e-maile, gdzie się dało? Tobiasz: Dobrze jest nie mieć życia (śmiech). Sporo osób pytało mnie,
jak zabukowałem całą europejską trasę. Jak jeszcze nie masz kontaktów to jest kwestia siedzenia przed laptopem. Wysyłasz dwadzieścia e-maili, na dwa dostaniesz odpowiedź, jedna brzmi „spierdalaj”, a druga „może”. Tej odpowiedzi „może” się trzymasz. Zrobienie trasy w lutym zajęło mi siedem miesięcy, przy czym sama trasa trwała trzy tygodnie. Adam: Jak to mawia Leszek Możdżer, „dupogodziny”. Tobiasz: Tak to działa. Adam: Jednak ile by się nie siedziało, najpierw trzeba mieć spoko muzę, robić coś interesującego. A wy co macie interesującego? Bo mnie w waszych utworach najbardziej interesują emocje. Potrafilibyście je nazwać? Adam: U mnie to zawsze jest jakaś tęsknota. Tobiasz: Lekka nostalgia... Gejoza... Adam: Taka apoteoza natury. Ja na maksa mam w sobie ten klimat.
Odkąd mieszkam w Warszawie, to przyjeżdżając nad morze, normalnie padam na kolana.
Ta tęsknota za bliżej nieokreśloną naturą to chyba dziś dość powszechne uczucie, szczególnie wśród mieszkańców miast. Może właśnie dlatego muzyka Kyst się podoba? Tobiasz: To dotyczy ludzi z większą wrażliwością. Mimo wszystko sporo
ludzi naszych koncertów nie odbiera emocjonalnie, tylko podoba im się pałer, pierdolnięcie, dużo bębnów. Adam: Czasem jacyś dziwni twardziele po koncercie podchodzą i mówią, że zajebiście. W Newcastle groźny dresik z Polonii trzymający tanie piwo powiedział, że brzmimy trochę jak „ten zespół, co taki kwaśny ziomek napierdala przez pięć minut”. Chodziło o Ściankę.
A może on się wzruszył, tylko nie potrafił tego okazać inaczej? Tobiasz: Myślę, że bardzo rzadko ludzie przeżywają na koncertach
prawdziwe emocje. Z reguły przychodzą wypić piwo i popatrzeć, jak ktoś napierdala na perkusji czy na gitarze. Ja mam odwrotnie – jeśli koncert jest dobry, to nawet mogę się rozpłakać. Adam: Zajebiście, że w ogóle komuś się podobamy. Myślałem, że jak ktoś nie jest z Sopotu i się nie jara morzem, to ta muzyka do niego nie trafi.
konkurs
konkurs g-Shock
UWAGA! POKAŻ, JAK SIEJESZ ZNISZCZENIE! Mówią na ciebie „niszczyciel”? Masz talent do psucia, łamania, tłuczenia i ogólnej destrukcji? Weź do ręki aparat i pokaż światu dzieło swojej niszczycielskiej pasji. Czekamy na foty zmasakrowanych przedmiotów: laptopów, komórek, ciuchów, itd., itp. Najlepszych nagrodzimy trzema niezniszczalnymi zegarkami marki G-SHOCK. E-maile o temacie NISZCZYCIEL z dowolną liczbą załączników ślijcie na adres: konkurs@hiro.pl.
konkurs
konkurs adidas
Napisz, jak byś przekonał swoich ziomów, że bieganie jest cool. Dozwolone są wszelkie formy literackie. Dla najlepszych dwie pary adidasów CC Ride. W e-mailu o temacie adidas podaj też numer buta, a całość ślij na: konkurs@hiro.pl.
KYST Grupa powstała przed dwoma laty w Sopocie z inicjatywy przyjaciół z dzieciństwa: Tobiasza Bilińskiego (perkusja, gitara, śpiew) i Adama Byczkowskiego (gitara, śpiew). Obecnie jest triem, które zasila berlińczyk Ludwig Plath (perkusja, śpiew). Muzycy prowadzą label Gingerbrad oraz organizują festiwal pod tą samą nazwą. Po norwesku „kyst” znaczy „wybrzeże”.
05
INFO
I
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Jackson by koper
Już 2 czerwca król popu powróci jak żywy w 14 multisensualnych wcieleniach. Będzie go widać, słychać i czuć.
Pośmiertnie wydaje płyty, występuje w teledyskach u boku Akona albo objawia się pod postacią kozła na Opolszczyźnie. Owszem, świętemu muzyki pop trochę nie wypada zniżać się do poziomu ziemskich kurników, jednak z drugiej strony ile można polerować lakierki ze „Smooth Criminal” i ćwiczyć moonwalk na niebiańskim firmamencie? Od 2 czerwca w łódzkiej galerii Eternia i Starej Szwalni Michael Jackson będzie obecny ciałem, a odwiedzający będą mogli go dotknąć, poczuć i posłuchać. Autorką rzeźb jest Aleksandra Koper, która od 20 lat obsesyjnie zajmuje się swoim idolem z dzieciństwa. – Wszystkie moje prace są definicjami wielkości tego człowieka, który wdarł się w moją głowę i w moją tożsamość – wyznaje artystka. Wśród 14 wcieleń króla znalazł się m.in. Michael i jego złote krocze zmumifikowany faraon, showman i hermafrodyta w stylu Art Nouveau. – Chcę, aby ludzie, którzy będą patrzeć na te rzeźby, poczuli to co ja – mówi Koper. Ciekawe, co poczuje Michael. (AW) www.eternitygroup.pl
konkurs Jacko zostawił po sobie wiele. Światu, ale szczególnie najbliższym. HIRO lubi konkrety, więc pytamy, ile po MJ-u zostało dzieciom? Oczywiście pieniędzy. Odpowiedzi ślijcie na adres: konkurs@hiro.pl, w tytule wpisując JACKO. Do wylosowania 2 egz. książki „The Resistible Demise Of Michael Jackson”, ufundowanej przez wydawnictwo ZERO BOOKS.
HIRO promuje
Neonowe BoaRdshorty
quiksilver
W najnowszych boardshortach Quiksilvera nie ukryjesz własnego zadka nawet w najciemniejszym kącie wydmy. Psychodeliczne kapsuły, kaskady kolorów i wodne pistolety… Odważne kolorystycznie projekty walą po oczach i są alternatywą dla modnego w tym sezonie minimalizmu. Quiksilver łączy inspirację z technicznością dzięki wyposażaniu swoich boardshortów w ekologiczne i ultra zaawansowane technologie: Diamond Dobby DLX, Eco Circle, Eco Sweden i 4-ways Stretch... Będzie na co popatrzeć. Więcej na www.quiksilver.com.
06
info
I
Gooral
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
tekst | Marcin Flint
foto | michał Kopaniszyn
Czy jesteście gotowi na oscypek nadziewany electro? I kwaśnicę drgającą wraz z całą murowaną piwnicą do wtóru dubstepowych wobbli? To nie jest fusion na każdy żołądek, ale debiutujący solowo Gooral ma naprawdę porządny przepis. Bielsko-Biała, twoje rodzinne miasto, leży na Pogórzu, prawda?
Nie wiem, jak to z tym jest geograficznie. Wiem za to, że jest miastem otoczonym górami. Jedziesz na południe i nagle na nie trafiasz. Za nim są szczyty. Do Bielska należy Klimczok, który ma 1117 metrów wysokości. Psujesz mi plan. Chciałem jeszcze dodać, że teraz mieszkasz w Warszawie i jesteś góralem nieco „ściemnionym”.
To pół mojego życia. Wyczynowo trenowałem narciarstwo, byłem instruktorem. Ksywki dorobiłem się na studiach w Poznaniu. Nie da się ukryć, że nie wychowałem się w kulturze góralskiej, a mój ojciec nie chodził w stroju góralskim i nie grał w takowej kapeli. Gdyby było inaczej, może nie znalazłbym w sobie tyle dystansu, by połączyć góralszczyznę z muzyką elektroniczną. Tym bardziej ciekawi mnie fascynacja tym, co ludowe. Skąd wzięła się u młodego chłopaka?
Przed ośmioma laty bardzo chciałem wymyślić coś nowego. To był czas popularności „Buddha Baru” i „Karma Collection”, gdy producenci z zachodu jeździli do Tybetu i tworzyli zafascynowani tamtejszą kulturą. Bardzo mi się to podobało. Zarazem zdałem sobie sprawę, że sam mam góry pod nosem, widzę je co rano. Przypomniałem sobie też o kumplu, który w stroju góralskim popylał na zajęcia, gdy ja byłem mieszkają-
HIRO promuje
kross
budowniczy
Czapki z głów przed firmą Kross, która zdecydowała się młodym rowerzystom z Przasnysza zbudować taki bike park – mówi pan Olek, tato Piotra Kołodzieja, mistrza Polski BMX. Rodzinny duet pomagał przy ustalaniu kątów i proporcji skoczni oraz kierował pracami koparek i wywrotek. Tuż obok skoczni swoje „dzieło” w międzyczasie skończyli bracia Piotr i Paweł Rynkiewiczowie. Wybudowali pumptrack – niewielki tor do jazdy na rowerze w kółko. Już 19 czerwca w przasnyskim Kross Bike Parku poznacie efekty ich pracy. Więcej info wkrótce na www.kross.pl.
cym w bloku kilkulatkiem. Zapytałem, czy by nie chciał spróbować współpracy. Po namowach powiedział, że spoko. Zrobiliśmy wtedy skład Psio Crew. Zależało wam na tym, by znaleźć wspólny mianownik między elektroniką i folklorem czy raczej zderzyć to, co z założenia nie może do siebie pasować?
Najbardziej to chcieliśmy posypać muzę klubową elementami góralskimi. Ale ludowy żywioł rósł w moc, może nawet urósł za bardzo, stawiając mnie jako artystę przez to z boku. Przy czym wrósł we mnie i już pozostał. W utworach sygnowanych jako Gooral zmieniasz proporcje między rdzennym a syntetycznym.
Tak, bliżej temu do klubu. Choć nagrywałem z naturszczykami ze Szczyrku, Bukowiny, Zakopanego, zatem głęboko wszedłem w temat. Do współpracy z taką ekipą trzeba mieć mocną głowę, co?
Wypada (śmiech).
Czuć po tobie faceta lubiącego dopiąć wszystko na ostatni guzik. To dlatego „Ethno elektro” powstawało tak długo?
Musiałem odzyskać energię. Kończąc przygodę z zespołem Psio Crew, nie byłem w dobrej formie. Trzeba było wszystko od nowa zbudować. Więc budowałem, kurka wodna. Co na płycie zamknie usta malkontentom uważającym, że już zgrałeś się z pomysłów na łączenie etnicznego z elektronicznym?
Powinni posłuchać śpiewającego falsetem Jana Mędrali. Nie było łatwo wkomponować go tak jak trzeba, z szacunkiem i zachowaniem komfortu obu stron. A z drugiej strony – klubowego wokalu Wiosny. Czego brak ci do pełni szczęścia?
Osiągnięcia lepszego brzmienia, optymalnej formy – mojej, moich muzyków, menadżera i wydawcy. Wiesz, do tej pory rynek pozostawiał wiele do życzenia, deptało się piękne rzeczy. Poza tym uderzenia na Europę i świat. Oraz komfortu finansowego.
08
INFO
I
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
rzeczowo hiro poleca gadżety
gadżety HIRO
HIRO LifeCam Studio Pierwsza na rynku kamera firmy Microsoft mogąca nagrywać w jakości Full HD (1080p). Technologia TrueColor, automatycznie dostosowująca jasność i kolorystykę podczas nagrań wideo, praktycznie w każdych warunkach oświetleniowych, rozwiązanie ClearFrame, redukujące cyfrowy szum obrazu, pojawiający się podczas nagrywania w warunkach słabego oświetlenia, mikrofon kierunkowy i wiele, wiele innych... Nawet James Bond nie powstydziłby się takiego sprzętu. Cena: 329 zł. www.microsoft.com/pl
Nowy xBox360 Wireless Controller for Windows Nowy pad z wejściem PC to prawdziwe cacko. Jeżeli poprzednia wersja była bardzo dobra, to obecna jest.... wypaśna. Zmniejszona waga, jeszcze wygodniejszy kształt, miłe z dotyku materiały, z których wykonano obudowę. Cud, miód i orzeszki. Cena: 159 zł.
www.microsoft.com/pl
Touch Mouse Najbardziej kosmiczna myszka od MS. W pełni dotykowa powierzchnia, technologia śledzenia BlueTrack, zapewniająca pracę niemal na każdej powierzchni, czy rozwiązanie flick scrolling, a więc nawigacja w dokumentach tekstowych i przeglądanie internetu prostsze niż kiedykolwiek. Takie rzeczy tylko w... Microsofcie. Cena: 239 zł.
www.microsoft.com/pl
10
INFO
I
HIRO promuje
Wiosna w pełni, a w twojej szafie żałoba? Najnowsza kolekcja House’a to czysta przyjemność, inspirowana najciekawszymi momentami w historii mody. Retro, punk i grunge to tylko fragment popkulturowej układanki. Chcesz napisać własną historię? Sweterek 39,90 zł Koszulka 59,90 zł
dla niej Dżinsy 119,90 zł
Okulary 39,90 zł
dla niego Sukienka 49,90 zł
Zabaw się w stylistę House’a i stwórz wiosenny look ze zdjęć znalezionych w sieci. Do produkcji kolażu wystarczy proste narzędzie graficzne i elementarne wyczucie obciachu. Na projekty o temacie HOUSE czekamy pod adresem: konkurs@hiro.pl. Najlepsze propozycje nagrodzimy zestawami House’a wybranymi przez stylistę HIRO. 11
INFO
I
Smif-N-Wessun
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Szlachetniejsi niż Colt
tekst | Piotrek Anuszewski
Tegoroczna wiosna jest wyjątkowo łaskawa dla fanów hip-hopu. Kiedy będziecie czytać te słowa występy De La Soul i Hocus Pocus, wieńczące Warsaw Challenge, będą już tylko miłym wspomnieniem. Podobnie live acty mistrza instrumentalnego hip-hopu – DJ’a Shadowa – w Warszawie i Krakowie, a także koncert weterana Juice Crew i członka eMC – Masty Ace’a – w toruńskim NRD. Jak wiadomo, od nadmiaru głowa jednak nie boli, więc organizatorzy dwóch najpopularniejszych stołecznych cyklów imprezowych – Rap History Warsaw oraz A Pamiętasz Jak? – połączyli siły i już 4 czerwca zapraszają Was do klubu 1500m2 na wyjątkowy występ legendarnej grupy Smif-N-Wessun!
HIRO promuje
foto | materiaŁy promocyjne
Rezygnacja z pierwotnej nazwy (do której zespół mógł na szczęście powrócić w 2004) nie była łatwym krokiem. Ta quasi-gangsterska formułka wyrażała bowiem w dużym stopniu charakter grupy, doskonale obeznanej z wielkomiejskimi realiami życia, gdzie konflikty nader często rozstrzygano przy użyciu siłowych argumentów, a pociągnięcie za spust było ostateczną, ale powszechnie stosowaną formą konfrontacji. Ogromny street credit S&W wynikał również z brawurowego stylu, w jaki zaznaczyli na hip-hopowej mapie miejsce swego pochodzenia. Duet zawsze dumnie
koszulki
Boom Bap
Świeżutkie i pachnące latem ubrania francuskiej, streetware’owej marki Boom Bap dostępne są już w naszym kraju. Najnowsza kolekcja wiosna/lato 2011 czerpie inspirację z kultury ulicznej lat 80. i 90. Wykorzystuje elementy hip-hopowe i ikony popkultury minionych dekad, jak np. Ciasteczowy Potwór z Ulicy Sazamkowej, Baracus z Drużyny A czy laleczka Chucky. Markę Boom Bap na Polski rynek wprowadza sklep UrbanFlavours.pl. Ceny za t-shirt - od 109 do 119 zł.
XL Summer
Dance Intensive by FNF
HIRO promuje
XL Summer Dance Intensive by FNF to piąta edycja największych w Polsce warsztatów tanecznych. Między 2 a 20 lipca w Darłówku tancerze z całej Polski będą trenować pod okiem aż 20 najlepszych na świecie choreografów. W tym roku zajęcia na dwóch turnusach poprowadzą m.in. MIGUEL ANTONIO, TONY CZAR i LEE DANIEL. Więcej informacji o warsztatach na www.fnfsummer.com.
Ci, którym logo S&W kojarzy się ze znanym producentem broni palnej zza oceanu, idą dobrym tropem. Zaraz po wydaniu przez nowojorczyków debiutanckiego “Dah Shinin’” (1995) – albumu, który jest dziś zaliczany do kanonu muzyki rap – analogię tę dostrzegli również prawnicy firmy zbrojeniowej ze Springfield w Massachusetts. Popularność na ulicach „Wielkiego Jabłka” i 300 tys. sprzedanych egzemplarzy longplaya wystarczyły, by Tek i Steele zostali pozwani przez „rewolwerowców” o bezprawne wykorzystanie zastrzeżonej nazwy. Tego typu sprawa nie była już wtedy żadnym precedensem. Wcześniejsze spory sądowe (Luke Skyywalker i 2 Live Crew vs. George Lucas oraz turntablistyczna załoga X-Men kontra komiksowe imperium Marvel) pokazywały, że artyści nie mieli najmniejszych szans z biznesowymi potentatami na sali rozpraw. Aby więc uniknąć wypłaty wysokiego odszkodowania Tek i Steele postanowili zmienić nazwę zespołu na Cocoa Brovaz.
reprezentował osiedle Brownsville położone na wschodnim Brooklynie. Domem dla nich jest jednak nie Brooklyn, ale mityczny “Bucktown”, którego legendę Steele oraz Tek od lat niestrudzenie budują i umacniają wespół z ekipą ziomali zrzeszonych jako Boot Camp Clik, czyli super-grupą, w której skład wchodzą: Black Moon, Heltah Skeltah, Originoo Gunn Clappaz, no i naturalnie Smif-N-Wessun. Ale BCC to przede wszystkim kolektyw aktywnie wspierających się przyjaciół-producentów. Dopiero czwarty, ostatni krążek w dorobku S&W – “The Album” (2007) – nie został tknięty ręką naczelnych beatmakerów BCC. Trzymamy zatem kciuki za reprezentantów Duck Down Records i mamy nadzieję, że 4 czerwca Warszawa choć na te kilka chwil przemieni się w „Bucktown”. Więcej info na: www.facebook.com/raphistorywarsaw www.facebook.com/apamietaszjak
12
INFO
I
GRAJ I WYGRAJ 2
Więcej konkursów na hiro.pl
KONKURSY
pary słuchawek ufundowanych przez Prestigio. Wyślij mail na adres: konkurs@ hiro.pl – w temacie wpisz Prestigio.
4
5
zegarki z odjechanej kolekcji GOA od Lacoste. Nagrody ufundowane przez ZIBI s.a. Wyślij mail z tematem Lacoste na adres: konkurs@hiro.pl.
koszulek ufundowanych przez urbanflavours.pl. Wyślij mail na adres: konkurs@hiro.pl – w temacie wpisz boom bap.
3
pary słuchawek Cresyn ufundowanych przez MP3Store. pl. Wyslij mail na adres: konkurs@hiro.pl – w temacie wpisz CRESYN.
15 płyt Lady Gaga „Born This Way” ufundowanych przez magic Records.
15 płyt Arctic Monkeys
„Suck It And See” ufundowanych przez ISOUND.
15
płyt Snoop Dogg „Doggmentary” ufundowanych przez EMI MUSIC.
15
3
Uwaga! Na hasło HIRO 10% zniżki w sklepie urbranflavours.pl.
10
płyt Metronomy „The English Riviera” ufundowanych przez WARNER BROS.
10
płyt Newest Zealand „Newest Zealand” (Japan Edition) ufundowanych przez THISTIME.
10
10
płyt Muzyka Końca Lata „PKP Anielina” ufundowanych przez Thin MAN REcords.
koszulek ufundowanych przez cotton beat. Wyślij mail na adres: konkurs@hiro.pl – w temacie wpisz cotton beat.
5
płyt Très.b „The Other Hand” ufundowanych przez EMI MUSIC.
płyt Tin Pan Alley „All Hall The Omnipotent Universe!” ufundowanych przez antenę krzyku.
15
5 kuponów na download Ni-
płyt The Kills „Blood Pressures” ufundowanych przez ISOUND.
czapki ufundowane przez urbanflavours. pl. Wyślij mail na adres: konkurs@ hiro.pl – w temacie wpisz New Era.
wea „02” ufundowanych przez Antenę krzyku.
Wyślij mail na adres: konkurs@hiro. pl – w temacie wpisz nazwę zespołu.
13
INFO
I
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
MEGAHIRO
Lubię w
Dla większości młodych DidżeJów i klubowych aktywistów muzyka klubowa zaczęła się wczoraj, wraz z ich pojawieniem się. srogą zajawkę Łapią zwłaszcza didżeje, przyjmując gwiazdorskie pozy z taką buńczucznością, jak gdyby przed nimi istniało tylko disco polo. kiedyś był DJ Extase, DJ górnik oraz dj słowik, dziś mamy Alcowhore, The cocksuckers oraz Hungry hungry models. i nie hungry models, ale wymowne hungry hungry models. czy zatem jest tak dobrze, czy... tak źle?
klubie tekst | Marcin Hubert
foto | Piotr Dębski
15
megahiro
m
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Kultura klubowa. W Polsce. Tego tematu nawet patykiem nie tykają już krajowe kolorowe magazyny czy telewizje śniadaniowe. Chyba że ktoś w błysku stroboskopów i pod naporem środków odurzających fajnie legnie na parkiecie, ktoś komuś coś do drinka doda albo w klubie pojawi się pani Doda. Skrobną coś o nas i nad nadwiślańskim „klabingowaniem” pochylą się od czasu do czasu zagraniczne media, zwabione choćby słynną urodą naszych niewiast i wciąż niską ceną naszego piwa. Uroda i procenty mącą w głowach, toteż z owego pochylania się często niewiele wynika. Ostatnio pisał o nas brytyjski „The Guardian”, o naszych imprezach donosiła słynna rozgłośnia BBC Radio 1, a w kwietniu tego roku z włoskiego „Vogue’a” można było się dowiedzieć, że życie nocne w Warszawie dopiero się zaczyna. Porażeni tym sensacyjnym faktem bywalcy Trendu, Filtrów, Blue Velvet czy dawnych Hybryd i Piekarni, zapewne doszli do
wniosku, iż kilkanaście lat temu musieli przeżyć zbiorą halucynację. Cóż, może rzeczywiście była to halucynacja...? GDZIE SIĘ PODZIAŁY TAMTE TECHNOPARTY?
Na technoparty każdy szanujący się freak przychodzi z gwizdkiem zawieszonym na szyi, świecącą na czerwono rowerową lub górniczą lampką, czasami przeciwpyłową maską i diodami święcącymi wokół spawalniczych okularów. Mężczyźni noszą bardzo krótkie, pofarbowane na jaskrawe kolory włosy, kobiety zaś fryzury stylizowane na grzeczną pensjonarkę. Tak w roku 1998 w swojej publikacji „Technomania. Cyberplemię w zwierciadle socjologii” pisał socjolog Tomasz Szlendak. Twierdził on również: Na technoparty nie idzie się ze swoją narzeczoną czy chłopakiem, tak jak czyni się to, wychodząc na normalną dyskotekę w sobot-
16
megahiro
m
ni wieczór. Udajemy się na rave sami lub (co zdarza się częściej) z grupą przyjaciół technomanów. Czytając te słowa z perspektywy lat, można tylko serdecznie się uśmiechnąć. A także uronić łzę, stwierdzając z nostalgią, że dziś prawdziwych „technoparty” już nie ma (skąd zresztą wziąć tę górniczą lampkę lub spawalnicze okulary?). Nasi „technomaniacy” dorośli i zdjęli światełka, maski oraz rękawiczki, by zająć się wychowywaniem własnych dzieci. Oczywiście na porządnych i mądrych obywateli. Dziś wszyscy spragnieni masowego hedonizmu zamiast w halach bawią się na licznych festiwalach, których w Polsce nieustannie przybywa i które organizuje się przy oficjalnym wsparciu władz miast czy gmin. I oczywiście dzięki dofinansowaniu zasobnych firm i koncernów. Kultura klubowa przestała być modnym i nośnym tematem dla mediów. Z rynku prasowego zupełnie wyparowały specjalistyczne maga-
zyny poświęcone muzyce elektronicznej, a samo hasło „klabing” – czy z angielska, a zatem bardziej nobilitująco: „clubbing” – u nikogo nie wywołuje już choćby skromnych rumieńców. Co więcej, „klabing” to obecnie termin z kategorii „sucharów”, niemal równie zamierzchły co „prywatka” lub „potańcówka”. Tyle że w odróżnieniu od tamtych, których wciąż używa się czasem dla żartu, postrzegany jako obciachowy. W połowie pierwszej dekady XXI wieku gwoździem do trumny oraz żałosnym finałem medialnego zgiełku wokół klabingu stała się TVNowska produkcja o pobudzającym wyobraźnię tytule „Co za noc”. Sam program okazał się rozwinięciem reklamowej działalności stacji, a dzięki niemu ta mniej świadoma klubowo część społeczeństwa (czyli zdecydowana większość) dowiedziała się, że klub to nażelowana dyskoteka pełna lansujących się, prężących i przypieczonych na solarium celebrytów i innych mistrzów tańca.
17
megahiro
m
MUA | Monika Kołodziej, style | DOROTA BIELECKA, Paulina Nowik, models | Sylwia Błaszczyk @ Fashioncolor, Natalia Nowicka @ Fashioncolor, Ola Horośko @ Fashioncolor, thx | Misbehave, Straight Krukt Posse, Plaża Kraków
mocniej, szybciej, więcej Kult didżeja właściwie przeminął (chyba że ma się 14 lat i jest się fanem Tiësto), a jego gaża w ciągu ostatnich 10 lat znacznie zmalała. Przynajmniej na Zachodzie – bo u nas stawka didżejska od lat niezmienna i niska. W oczach mediów DJ to dziś już ani bóg, ani artysta. Raczej taki czasoumilacz do wynajęcia. Żywy jukebox. Bohater drugiego planu z telewizyjnych reklamówek czy telenowel. Wiecznie uśmiechnięty, permanentnie gibiący się do rytmu półgłówek z przyklejonymi do uszu wielkimi słuchawkami. A jak już przemówi, to na pewno będzie to słowo „cool”. W porywach do „ekstra” oraz „super”. Po cichu i bez specjalnych fanfar elektroniczna muzyka klubowa rozsiadała się wygodnie w powszechnej świadomości i dziś funkcjonuje właściwie na tych samych prawach co pop czy rock – jest i już. Jej obecność nikogo nie ekscytuje, nie dziwi, nie oburza. Czasem tylko pokolenie naszych rodziców czy dziadków (ewentualnie sąsiadka) palnie, że „kiedyś to były ładne melodie”. Co zaskakujące, Boddika czyli Alex Green, połowa brytyjskiego duetu Instra:mental i jeden z najbardziej progresywnych twórców klubowych A.D. 2011, także stwierdził ostatnio, iż najlepsza muzyka została już napisana... Mimo zmian kluby istnieć nie przestały, przeciwnie – zwiększyła się ich ilość, a wraz z nimi liczba imprez. Zatarła się natomiast granica pomiędzy prawdziwym klubem a trochę lepszą dyskoteką czy nawet barem z imprezowymi ambicjami, podłym nagłośnieniem i anonimowym didżejem na stanie, serwującym Michaela Jacksona, Dianę Ross, a w ekstatycznym zrywie – Fatboya Slima. Często za jednym zamachem, w jakimś koszmarnym, wołającym o pomstę do nieba maszapie. Wstęp do większości podobnych lokali, zazwyczaj usytuowanych w samym centrum miasta, jest darmowy. Ich ilość, brak opłaty za wejście oraz dobra lokalizacja przekładają się na coraz niższą frekwencję w klubach z prawdziwego zdarzenia, często znajdujących się poza ścisłym centrum. A tych na imprezowej mapie Polski jest coraz mniej – wiele z nich bądź upadło, bądź po zmianie właściciela podupadło artystycznie i repertuarowo. Szczególnie widoczne jest to w Warszawie. Klubom nie pomaga również pokoleniowa wymiana klubowiczów. Ta świadoma i muzycznie wyrobiona gwardia, zaprawiona w hedonistycznych bojach i licznych podsufitowych lotach, ze szklanką dobrej whisky czy kieliszkiem czerwonego wina w jednym oraz jointem w drugim ręku, osiadła we własnych domach i sporadycznie pojawia się „na mieście”. Mamy za to nowe pokolenie głodne zabawy, ale dopiero odnajdujące się w coraz bardziej zatłoczonym klubowym świecie i poznające swoje rozrywkowe potrzeby. Nakręcone i rozpędzone dzisiejszym tempem życia, dopiero uczące się tego, w którym momencie i przy jakim lokalu zaciągnąć ręczny. Brak (a w każdym razie niedobór) stałej i świadomej publiki absolutnie nie zachęca do realizacji ciekawszych, ambitniejszych i po prostu droższych projektów. Nie gwarantuje również ich opłacalności. Bez sponsora zorganizowanie imprezy z zagranicznym artystą czy didżejem jest dziś dla klubu wyzwaniem i sporym ryzykiem (tymczasem przed dekadą w stołecznej Piekarni zawsze był tłum – bez względu na to, kto i jaką muzykę grał oraz jak drogi był bilet). Frekwencyjnego sukcesu nie gwarantuje też popularne do niedawna electro-pierdolnięcie (sztandarowe hity to „Mars” Fake Blooda oraz „Bonkers” Dizzy’ego Rascala), umiłowane i adorowane przez hiperwystylizowaną i przybierającą iście teatralne postawy młodzież blogową – taki współczesny i równie inwazyjny dla oczu odpowiednik starych dobrych technomaniaków. Tyle że w miejsce masek, światełek i koszulek z zielonymi ludkami, mamy dziś orgię kolorów bijącą od bandanek, flanelowych koszul czy przydługich t-shirtów (najlepiej marki Mishka). od drum’n’bassu do... future bassu Wciąż dużym zainteresowaniem cieszą się imprezy drum’n’bassowe. Te od lat mają swoją wierną publikę. Podobnie rzecz się ma z dubstepem – właściwie jedynym innym gatunkiem akceptowalnym przez naszych drum’n’bassowych fanów. Od kiedy jednak za dubstep wziął się sam Tiësto (teraz powinien nastąpić jęk czytających), grono wielbicieli tego gatunku może się tylko powiększyć... Na naszych klubowych parkietach świetnie radzą sobie liczne odmiany techno, a powodów do dumy niezmiennie dostarczają tacy uznani
na świecie artyści jak Jacek Sienkiewicz, Marcin Czubala czy grupa Catz and Dogz. Nie słabnie popyt na wszelkiej maści brzmienia house’owe, głównie jednak na te bardziej przaśne i mniej wyszukane. Fluorescencyjnego, psychodelicznego transu już się raczej nie uświadczy, za to do łask wróciło disco – w różnych formach i podgatunkach. Popularny pod koniec lat 90. uśmiechnięty big beat zmienia się na naszych oczach w coraz bardziej nieznośny i schematyczny nu-funk, żerujący na standardach muzyki rozrywkowej. W 2010 roku breakbeat pokłonił się muzyce rave, sięgnął po dusbtepowe basy oraz jungle’owe rytmy i przyśpieszył do tempa 140 beatów na minutę.
legendarne Białe kozaczki odeszły już do lamusa. Dziś najlepiej wylaszczone przedstawicielki imprezowej populacji to maniury, dalej plasują się trochę brzydsze piczony, a stawkę zamykają szlaufy, które balansują na granicy prawa i undergroundu.
Stosunkowo nowym, a na pewno wartościowym zjawiskiem w polskich klubach (oczywiście na świecie również) jest obecność bardzo pojemnego nurtu muzycznego określanego „future bass” i będącego reakcją na coraz bardziej prymitywną dubstepową rąbankę rodem z tartaku. Garage, 2-step, techno, house, dubstep (ten z duszą), UK funky, breakbeat – to wszystko może trafić do przepastnej „future-bassowej” szuflady, pięknie zmutować i przekształcić się w coś świeżego i ciekawego. „Future bass” to także wymowny przykład, jak coraz mniej schematyczna i coraz bardziej nieprzewidywalna bywa współczesna muzyka taneczna – już ponad sztywnymi gatunkowymi podziałami (te niestety w polskiej świadomości klubowej wciąż istnieją). Mamy nawet własną, zdolną future-bassową reprezentację. Coraz liczniejszą i docenianą na świecie (m.in. The Phantom, Zeppy Zep, Supra1, Sentel czy Space, Ladies). Mam Pendrive’a, wiem co to być didżejem, dziwko! „Everybody wants to be a DJ” – te oto słowa z klasycznego nagrania De La Soul („The Magic Number”) już kilkanaście lat temu brzmiały słusznie i na miejscu. Nigdy jednak nie były równie aktualne co dziś. Bo dziś, dzięki rozwojowi techniki, nawet już nie tyle pragnie się didżejem zostać, co po prostu się nim zostaje. Nie potrzeba do tego specjalnych predyspozycji, talentu czy znajomości techniki miksowania. Nie trzeba też obszernej kolekcji płyt winylowych oraz kompletu gramofonów. Zresztą tych ostatnich na rynku jest coraz mniej. W październiku zeszłego roku firma Panasonic ogłosiła wstrzymanie produkcji klasycznego didżejskiego modelu Technics SL-1200. Oczywiście najważniejszą przyczyną owej smutnej decyzji jest powszechny proces digitalizacji muzyki oraz niska cena formatu cyfrowego (dla „sprytków” nawet brak jakichkolwiek opłat). Zatem by dziś zostać didżejem, wystarczy odpowiednio duże ego, laptop i kontroler, a beaty sklei za nas miły komputer (dokładniej: odpowiedni program z funkcją automatycznej synchronizacji beatów). Podczas występu jest za to więcej czasu na interakcję z klubowiczami, prężenie się, przybijanie piątek i bycie prawdziwym królem parkietu. A jak się ktoś przyczepi, zawsze można powiedzieć, że gra się „live-act”. To oczywiście tylko teoria. Choć stosowana w praktyce przez niektórych bohaterów naszej sceny klubowej. Zresztą bywa, że dobrodziejstwa techniki wykorzystuje się w jeszcze bardziej „kreatywny” sposób. Będąc szczęśliwym posiadaczem laptopa, można w trakcie imprezy odtwarzać muzykę np. prosto z YouTube’a. Sam byłem tego świadkiem – słaba jakość youtube’owego dźwięku oraz dość kontrowersyjny sposób zapewniania klubowej rozrywki absolutnie nikomu nie przeszkadzały i nikogo nie dziwiły. Pamiętam, że sam nawet nieźle się bawiłem. A raczej miałem niezły ubaw z całej tej sytuacji. Ale przecież o dobrą zabawą w tym wszystkim chodzi, prawda? autor znany jest jako DJ Harper, współtworzy też duet boogie mafia. w radiowej czwórce prowadzi audycje „Funkadelia” i „Basstion”
19
megahiro
m
w co się bawią dzieci nowej rewolucji seksualnej tekst | Łukasz Knap
ilustracje | Karolina dryps
perwersje stanowiły margines życia erotycznego ludzi wszystkich epok. jednak wraz z pojawieniem się internetu indeks „niezdrowych” potrzeb zaczął się Kurczyć. zachowania, które wcześniej uchodziły za zboczenia, zaczynamy uznawać za normę, a obowiązującym kodem mówienia o seksie staje się pornografia. chyba zaszokowaliśmy samego Michela Houellebecq’a. W jednym z odcinków popularnego talk-show „Rozmowy w toku” zaproszona kobieta opowiadała o przygodnym seksie z mężczyznami w miejscach publicznych. Wyznała, że seks jest dla niej potrzebą fizjologiczną, taką samą jak jedzenie, oddychanie czy picie, „dlatego w chwili słabości sięga po mężczyznę, który akurat jest pod ręką”. Po emisji programu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na TVN karę w wysokości 300 tys. zł, gdyż „relacje młodych kobiet o prowadzonym przez nie życiu seksualnym stanowiły obraz współżycia seksualnego sprzeczny z moralnością i dobrem społecznym”. Sprawa pokazuje, jak anachroniczny obraz seksualności jest konserwowany przez telewizję. W nowych mediach kontrowersyjne wyznania pań z programu Ewy Drzyzgi mogłyby uchodzić co najwyżej za rozrywkę dla pruderyjnych kur domowych. porno za darmo W dziedzinie seksu przełomem dla Polski okazał się już rok 1989. Po latach socjalistycznej propagandy sprowadzającej seks do reprodukcji wyobraźnię Polaków zaczęły stymulować filmy porno sprowadzane z Niemiec i programy dla dorosłych zgrywane z telewizji satelitarnej. Granice tego, co można pokazać w przestrzeni publicznej, zaczęły się gwałtownie przesuwać, ale katalizatorem prawdziwych przemian w naszej seksualności okazał się dopiero internet. Jeszcze na początku 2000 roku 58% Polaków uważało, że dostęp do materiałów pornograficznych jest zbyt prosty, a ponad połowa popierała prawny zakaz ich rozpowszechniania. Obecnie stosunek społeczeństwa do pornografii stał się znacznie bardziej liberalny. Według ostatnich badań prof. Zbigniewa Izdebskiego z 2010 roku aż 86% internautów korzysta ze stron pornograficznych. Dostęp do różowych produkcji nigdy nie był łatwiejszy, serwisy w rodzaju xvideos.com, streamsex.com czy rawgonzo.com udostępniają nieograniczoną ilość filmów pornograficznych za darmo – od amatorskich „dokumentów” kręconych komórką po pełnometrażowe „fabuły” specjalistycznych studiów filmowych. Z każdym rokiem również coraz łatwiej naśladować to, co zobaczymy na ekranach. Mało kto pamięta, że jeszcze na początku lat 90. prezerwatywy kupowało się ze ściśniętym gardłem, unikając wzroku sprzedawcy, który z poczuciem zażenowania wyjmował wstydliwy produkt spod lady. Tymczasem dziś w każdym sklepie, markecie czy na stacji benzynowej można dostać żele nawilżające lub wibrujące nakładki na penisa. Ninajbardziej zdeterminowane masochistki szukały sadystów zdolnych obciąć im wargi sromowe nożycami do blachy
kogo specjalnie nie bulwersuje, gdy w popularnych dyskontach pojawia się bielizna erotyczna czy kostium diabełka lub pielęgniarki, które jeszcze niedawno dostępne były jedynie w sex-shopach. Obecnie w ofercie tychże królują bardziej „zaawansowane” gadżety w rodzaju skórzanej maski imitującej koński łeb, a sprzedawanej w zestawie z korkiem analnym, z którego wyrasta koński ogon. Sprawy łóżkowe stały się tematem rozmów na ulicy, w radiu, telewizji i serwisach plotkarskich. Seks przestał kojarzyć się z tabu, intymnością, a nawet prokreacją. Stał się formą ogólnodostępnej rozrywki. anal w standardzie Łatwiejszy dostęp do serwisów dla dorosłych i szerokiego asortymentu dóbr ubarwiających współżycie ma wpływ na zmianę podejścia do wielu miłosnych praktyk, jak choćby do seksu analnego, który przestał kojarzyć się z więzieniem i coraz częściej bywa formą urozmaicenia życia intymnego partnerów. Co zaskakujące, według cytowanych już badań prof. Izdebskiego niemal połowa respondentów przyznających się do tego typu kontaktów to kobiety. Świetnie widać to również w ofertach towarzyskich. Przed kilkunastoma laty na palcach jednej ręki dało się policzyć ogłoszenia prostytutek, które godziły się uprawiać z klientami seks analny. Dziś tę formę zbliżenia oferuje większość ogłaszających się pań. W wyniku ekspansji takich portali jak odloty.pl lub roksa.pl, gdzie można przebierać w tysiącach ogłoszeń, rynek usług seksualnych został zmuszony do profesjonalizacji. Dziś nie wystarczy wydrukować ulotki z informacją o „masażu” lub „kociakach”, żeby przyciągnąć klientów. Ważna jest specjalizacja, dlatego w nagłówkach anonsów tak często podkreślany jest zakres usług („Ewa głębokie gardło”, „Ciężarna 19 łykam w cenie”, „Najlepszy anal w mieście”, „Duet les”, „Królowa fistingu”, „100% głęboki rimming”, „Uległa suka do wzięcia”). Zdumiewające, że wśród specjalizacji na czoło zaczyna wysuwać się uległość, często w wersji hard BDSM, która jeszcze kilka lat temu praktycznie nie występowała w ofercie komercyjnej. Warto zauważyć, iż najnowsze badania nad prostytucją pokazują, że tak jak kiedyś większość kobiet świadczących usługi seksualne pochodziła ze środowisk patologicznych, tak dziś wiele z nich wywodzi się z tzw. dobrych rodzin. Dlatego pomału przestaje mieć rację prof. Zbigniew Izdebski, autor badania nad prostytucją dla TNS OBOP, gdy stwierdza: To, co łączy prostytucję kiedyś i dziś, to pobudki finansowe. Na naszych oczach dochodzi do głębokich przemian mentalno-kulturowych w społeczeństwie, które wymagają chyba nieco innej interpretacji.
21
megahiro plus
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
szwagrowie z garsoniery Płatny seks organizuje życie wielu wirtualnych społeczności. W Polsce największym forum wymiany informacji na temat usług oferowanych przez prostytutki jest garsoniera.com.pl. Szwagrowie, bo tak zwracają się do siebie użytkownicy portalu, recenzują „divy”, posługując się przy tym wyśrubowanymi kryteriami. – Przez telefon rozmawia się bez pośredników, suka wyjaśnia dokładnie proponowany przez siebie zakres usług, wraz ze szczegółowym opisem ile i gdzie można włożyć czy też co i gdzie można na nią wydalić – pisze użytkownik Garsoniery. Po czym wystawia ocenę: Do kontaktu i logistyki nie można mieć żadnych zastrzeżeń – 10/10. Pod uwagę brany jest lokal, ciało dziewczyny, tzw. francuz (w gumie lub bez), stosunek klasyczny i analny, atmosfera. Wszystko w skali od 1 do 10. Społeczność portalu liczy sobie ponad 100 tysięcy osób! Każda z nich, w zależności od zaangażowania i doświadczenia, osiąga określony stopień wtajemniczenia (żółtodziób, stary wyjadacz, etc.). Z dyskusji prowadzonych przez użytkowników powstaje obraz Garsoniery jako wirtualnej utopii, której mieszkańcy czerpią ideały i wzory piękna z porno, a praktykują w realu. W spotkaniach opisywanych przez szwagrów nie ma miejsca na spontaniczność, każde „posunięcie” jest wyreżyserowane według powtarzanego scenariusza. Jeden z użytkowników (pedro63) porównał spotkanie z divą do jazdy próbnej wypatrzonym samochodem: Jeden lubi SUVy, inny roadstery, jeszcze inny zwykłe kombiaki. Mechaniczne podejście do seksu sprawia, że oczekiwania szwagrów wobec dziewczyn mają wspólny mianownik. Kobieta powinna zachowywać się jak gwiazda porno („zawsze chętna, gdyby mogła to chyba sama by się wyruchała”) i wyglądać jak gwiazda porno (duże usta, duże piersi, twarde sutki, etc.). Satysfakcjonujące spotkanie z divą powinno przypominać scenę filmu dla dorosłych: Francuski rewelacyjny, połyka cały sprzęt i pozwala się, za przeproszeniem, ruchać w usta. Na-
lega, by wszystko robić przy lustrach, ale cóż piękniejszego od oglądania Iwony z głową zwisającą z łóżka i buzią wypchaną szczelnie członkiem. Dupcię też poproszona wylizuje aż miło. Oprócz kilkunastu wyspecjalizowanych działów („Strefa Niskobudżetowa”, „High Life”, „Drogówka”) na Garsonierze funkcjonuje „Babska Strefa”, która powstała dla uczestniczących w życiu forum kobiet, w tym prostytutek, które mają szansę wymienić się opiniami na temat klientów. Czasem niewybrednie żartując sobie z nadmiernego owłosienia niektórych panów lub wspominając najgłupsze z usłyszanych pytań: Od jakiegos czasu jestem pozabranżowa, ale lata kurewstwa pamiętam i tekst słyszany kilkakrotnie, zbijający mnie z nóg (vel łóżka), pamiętam doskonale: (po dwuminutowym seksie) Czy miałaś tak mocny orgazm jak ja??? W niektórych dyskusjach pojawiają się jednak tematy poważniejsze, np. jak bronić się przed agresywnymi klientami. Jest też miejsce na autorefleksję: Nie można dawać dupy za pieniądze do późnej starości... Wśród klientów jest wielu amatorów kwaśnych jabłek... Ale nawet taka fantazja ma swoje granice... rozdziewiczaLnia róż Coraz liczniejszy głos kobiet w skrajnie mizoginistycznej społeczności konsumentów treści erotycznych w sieci wskazuje na przyznawanie sobie przez płeć piękną prawa do realizacji własnych pragnień na tych samych zasadach, na których robią to mężczyźni. Zabawnym komentarzem do owego nowego rozdziału w emancypacji seksualnej Polek jest strona rozdziewiczalnia.pl z galerią defloratorów wdzięczących się do potencjalnych klientek, którym gwarantują, że ich pierwszy raz będzie „przeżyciem niezapomnianym, jedynym w swoim rodzaju, do którego wielokrotnie będą mogły wracać pamięcią”. Serwis, skądinąd nadal istniejący, okazał się mistyfikacją, ale na żart dały się złapać media. Niektóre z nich przytomnie zwró-
22
megahiro plus
ciły uwagę, że w gruncie rzeczy oferowana usługa nie jest niczym nowym, gdyż rynek męskich prostytutek staje się coraz większy i coraz bardziej wyspecjalizowany. W przypadku wyzwolonych seksualnie kobiet i ich partnerów werbowanych przez internet kierunek przepływu środków finansowych częściej bywa jednak odwrotny. Zjawisko handlowania dziewictwem obseruwujemy od dobrych kilku lat, tak samo jak zjawisko sponsoringu, który początkowo był eufemizmem prostytucji, ale obecnie coraz częściej jest rozumiany jako uczciwy i niekrępujący układ towarzyski. Zwracając uwagę na konsumpcyjny wymiar współczesnych relacji międzyludzkich, Zygmunt Bauman napisał, że partnerzy coraz częściej oczekują od siebie „gwarancji zwrotu wydanych pieniędzy”. Ideałem stają się związki czysto seksualne, dlatego w ogłoszeniach w serwisie sponsoraszukam.pl dziewczyny często podkreślają, że nie są dziwkami, pragną relacji opartej na luźnej przyjaźni i wzajemnym szacunku, ale ze sponsoringiem nie mniejszym niż 4 tys. złotych miesięcznie. wszyscy jesteśmy ekshibicjonistami Media współtworzą kulturę, w której publiczna nagość, voyeuryzm oraz nacechowane seksualnie spojrzenie są dozwolone jak nigdy przedtem – uważa antropolog Brian McNair. A Richard Sennet dodaje, że w sferze publicznej można zaobserwować „bolesny rozrost sfery prywatnej”. Ekshibicjonizm stał się legitymowaną formą autopromocji, także w polityce, czego karykaturalne skutki można było zaobserwować podczas zeszłorocznych wyborów samorządowych. Katarzyna Szczołek, kandydatka do dzielnicy Bemowo w Warszawie, pokazała się na plakacie wyborczym w bieliźnie. Z kolei Agnieszka Rupniewska z SLD zaproponowała swoim wyborcom „S.E.K.S.” (Skuteczne, Efektywne, Kreatywne i Sumienne). A Marta Ratuszyńska (też z SLD) chciała „wyssać Warszawę z Mazowsza”. Gloryfikacja kultury porno i przesunięcie granicy wstydu w „publicznej” przestrzeni wirtualnego forum ośmielają nawet najbardziej nieśmiałych. Aktorki z filmów dla dorosłych coraz częściej występują w roli celebrytek, o których rozpisują się gazety. W prasie lifestylowej można przeczytać o przyjemnościach płynących z doggingu, fistingu, pissingu lub rimmingu albo dowiedzieć się, dlaczego bukkake jest doświadczeniem, którego nie zapomina się do końca życia. Wszystkie te pojęcia – jeszcze kilkanaście lat temu obecne wyłącznie w podręcznikach seksuologii – dziś są wyczerpująco opisane w Wikipedii, a przede wszystkim znane, i to od strony praktycznej, całym rzeszom amatorów odkrywania (jeśli nie w realu, to przynajmniej w sieci) nowych lądów w seksie. Mają oni wiele możliwości poznania się w serwsiach społecznościowych w rodzaju amateri.pl – rozrastającego się portalu amatorskich zdjęć i nagrań wideo, lub zbiornik.com – najprężniej działającego portalu społecznościowego dla dorosłych, na którym zarejestrowało się już ponad 546 tysięcy użytkowników, par, mężczyzn, kobiet, osób transsesksualnych! Na swoich profilach użytkownicy zachęcają do kontaktów i komentowania umieszczanych przez nich prywatnych materiałów. Co ciekawe, większość fot i filmów jest dostępna publicznie, a niektórzy użytkownicy ujawniają na nich swoje twarze.
Funkcja nadawania obrazów z kamerek internetowych sprawia, że na czatach zanika podział na oglądanego i oglądającego. dzięki technologii możliwa jest nowa forma kontaktów, które wcześniej sprowadzały się albo do ekshibicjonizmu, albo do voyeuryzmu.
waniem praktykami, których celem jest przekształcenie różnych części ludzkiego ciała (body modification). Na ogólnodostępnych forach można znaleźć zdjęcia wyrafinowanych skaryfikacji, instrukcje wszczepiania implantów podskórnych, rozszczepiania języka albo rytuałów podwieszania ciała na hakach. Body modification oraz inne ekstremalne praktyki doprowadziły pod koniec ubiegłego roku do zamknięcia przez policję serwisu bdsm.pl. Za jego pośrednictwem przykładowo najbardziej zdeterminowane masochistki szukały sadystów zdolnych obciąć im wargi sromowe nożycami do blachy. Wiele ogłoszeń w zawoalowany sposób dotyczyło też animal sex, choć póki co krakowska prokuratura postawiła właścicielowi strony jedynie zarzut „prezentowania treści pornograficznych związanych z użyciem przemocy”. Jak więc widać, Polska nie stoi już w rozkroku między liberalnym podejściem do cielesności i seksu a surowymi normami etyki katolickiej, jak to było jeszcze u progu nowego tysiąclecia. Czy zatem już tylko krok dzieli nas od legalizacji aborcji, prostytucji i związków partnerskich osób homoseksualnych...?
sadomasoneria Przybywa w Polsce klubów dla swingersów organizujących imprezy dla par i singli, dla których – jak głosi hasło z witryny klub69.net –„seks grupowy jest ważnym i istotnym elementem życia erotycznego”. Znajdujący się w podwarszawskich Markach klub SwingSwing albo stołeczne Usta urządzają w luksusowych willach spotkania dla par (hetero-, homoi biseksualnych), które chcą wymieniać się partnerami, oraz gang bangi, gdzie preferowany jest seks w układach jedna kobieta plus kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu mężczyzn. Dla swingersów organizuje się specjalne wakacje – zaprzyjaźnione kluby znajdują się na całym świecie, co jest jednym z elementów rosnącego popytu na seksturystykę. Dla wielbicieli mocniejszych wrażeń urządza się orgie BDSM, na których dopuszczalny jest seks w każdej postaci, włącznie z biciem partnera czy oddawaniem na niego moczu i kału. Pojawia się coraz więcej klubów specjalizujących się w BDSM (np. poznański Sinferno) oraz imprez popularyzujących fetyszyzm (fetysz-o-mania w warszawskiej Fabryce Kotłów). BDSM powszednieje, co idzie w parze z rosnącym zaintereso-
23
megahiro plus
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
tekst | Patryk Chilewicz
foto | Materiały promocyjne
“Wojna polsko-ruska”
Narkotyki to zło. Raz spróbujesz i po tobie. Lęki, depresje, halucynacje. Na koniec kryminał. nie wchodź do biblioteki, trzymaj się z daleka od klubów, unikaj kontaktu wzrokowego z chłopakami na osiedlu! chyba że już rąbiesz cztery dychy dziennie, nie miewasz po tym zawrotów głowy i wciąż masz na to siano. wtedy powinieneś być najszczęśliwszym z ludzi... Zarówno chęć skosztowania zakazanego owocu, jak i potrzeba wprowadzenia swej świadomości w odmienny stan (często wychodzi na to samo, prawda?) towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. Archeologia narkomanii istnieje, a jakże, ale najłatwiej prześledzić ostatnie pół wieku, przykładając obyczaj ćpania do popkulturowego wzornika. W latach 60. odurzanie się nawet trudno nazwać ćpaniem. Z dzisiejszej perspektywy wszystko wygląda równie niewinne co beatlesowska „fantazja” o Lucy na niebie z diamentami (pierwszy – zakamuflowany – hołd dla LSD; po dwóch latach od nagrania „Lucy in the Sky with Diamonds” McCartney przyznał się do zażywania psychodelika, Lennon ciągle zaprzeczał) i marihuanowy dymek spowijający hipisowskie skupiska festiwalowe, z farmą Maxa Yasgura na czele. Lata 70. to hard rock, hard drugs. Nikt już nie chce być miły, porządny i grzeczny. Liczy się de-
strukcja i chaos. Zawrotną karierę robi heroina. W latach 80. nawet grzeczne gwiazdy popu były niegrzeczne, ale o tym dowiedzieliśmy się w następnej dekadzie. Mrok, złość i zapomnienie. Totalne upodlenie w najgorszym i najniższym wydaniu. Lata 90. to rozwój muzyki klubowej i popu. Rock odchodzi w zapomnienie wraz z Kurtem Cobainem, rodzina Osbourne’ów sprzedaje się MTV, a Courtney Love wraz z Whitney Houston kursują między imprezami a odwykami. Zmiana klimatu to kolejna zmiana substancji. Kokaina dzięki wstawiennictwu Kate Moss ugruntowuje swoją pozycję królowej wśród narkotyków imprezowych. Ale modne stają się również tabletki, kwasy i amfetamina, brane nie tylko przez klubowiczów, których nie stać na koks, ale też przez przeciętnych studentów kierunków ścisłych, którzy ściskają swój mózg, by zaliczać kolejne egzaminy. Oczywiście na piątki. Lata dwutysięczne to totalny harmider. Wszystko byle jakie, panuje totalna apatia i znużenie wszystkimi i wszystkim. Pojawia się metaamfetamina, która kusi pomarańczową barwą, ale odstrasza skutkami zażywania. W sobotnie i niedzielne poranki zombie wychodzą ze swoich ulubionych klubów, chowają się za ciemnymi okularami i wracają do domu, by samotnie przeżyć zejście. W tym czasie Amy Winehouse wciąga kolejną kreskę kokainy, rzucając butelką po whiskey w swojego ukochanego, Charlie Sheen uprawia seks z nieznaną grupką osób, a Lindsay Lohan znika gdzieś w łazience z pijaną Paris Hilton i łysą Britney Spears. MTV pokazuje rozpieszczone szesnastolatki dostające na urodziny Ferrari, wychodzi kolejna seria „Skins”, gdzie koks, sperma i krew dozowane są w niepokojąco dużych ilościach, a najbardziej ćpuńskie klu-
24
megahiro plus
by robią serie imprez dla licealistów. Jakby tego było mało, nauczyciele chemii w liceum – jak główny bohater „Breaking Bad” – gotują po godzinach metę, za pomagierów mając swoich byłych uczniów! Świat się kończy, nadeszła Apokalipsa, którą musimy przeżyć. Ale tak na trzeźwo? Wszystko już było – pisze Jakub Żulczyk w swojej powieści „Radio Armageddon”. I w takich czasach przyszło nam żyć. Znudzone gwiazdy, zblazowana młodzież, zużyte miejsca, substancje i ludzie. Wszyscy ze zmęczeniem wciągają kolejną kreskę z osobnikami, których nawet nie lubią, lecz nie widzą innej drogi. Bo z kim się bawić? Co z kim wciągać? Wszyscy mają takie same reakcje na te same substancje. Weekend toczy się własnym, nudnym trybem: bifor, klub, after. W tle muzyka, którą już nikt się nie przejmuje, bo nie jest do niczego potrzebna. I nagle pojawia się coś nowego, marzenie każdego porządnego narkomana. Pojawiają się sklepy z narkotykami! Rosną jak grzyby po deszczu, po krótkim czasie są na rogu każdej ulicy. Niemożliwe staje się możliwym. Można już bez problemu wejść do eleganckiego sklepu, po konsultacji ze sprzedawcą wybrać sobie pakuneczek, wyjść i spokojnie na środku ulicy zapalić odpowiednik marihuany czy wciągnąć odpowiednik speeda. Nie jest prawdą, że dopalacze nie istniały wcześniej. Istniały od dawien dawna w postaci ogólnodostępnych leków (kto nie słyszał o Acodinie czy Tussipeccie?), różnorakich klejów i środków chemicznych, których skład bez problemu można odnaleźć w sieci. Dla chcącego nic trudnego. Media tworzące rzeczywistość w Polsce nigdy nie doceniły zagrożenia płynącego z apteki czy sklepu z klejami. W końcu gimnazjaliści kupujący butapren to zupełnie normalna sprawa... Zagrożenie odkryto dopiero wówczas, gdy na każdym rogu ulicy pojawiły się sklepy, w których dostawaliśmy gotowe produkty z cynicznym napisem: „Produkt kolekcjonerski”. Kolekcjonerami została duża część społeczeństwa ze wszystkich warstw społecznych. Gimnazjalista, licealista, student, magister prawa i pani z warzywniaka – wszyscy mogli legalnie spotkać się i oddać wspólnej, w pełni legalnej przyjemności. Nie dziwi więc fakt, że na stronie dopalacze.com, którą pewnie niejeden gimnazjalista miał za stronę startową, zapalono cztery miliony świeczek. 10% rodaków przeżegnało się po utracie produktów, które miały szansę odebrać berło uzależnień alkoholowi, naturalnemu sprzymierzeńcowi każdego prawdziwego Polaka. Każdy z klientów smart shopów miał swoją ulubioną substancję. W Polsce chyba największym hitem został mefedron, który ciągle nie skończył swojej kariery wśród niegrzecznej młodzieży. Ta „sól do kąpieli”, pod jaką to nazwą sprzedawano mef, była znakomitym zamiennikiem nudnych już wówczas amfetaminy czy ecstasy. Co lepsze, miała krótszy czas działania i można było po niej normalnie iść spać, co nie zawsze udawało się po amfie. Dzieciaki mogły więc na luzie wciągnąć w dzień parę kresek, dostać lekkiego odlotu, po południu odrobić lekcje, a wieczorem bezpiecznie zasnąć pod okiem troskliwych rodziców. Czy dopalacze to narkotyki idealne? Legalne, ładnie zapakowane, mające krótsze i uboższe działanie od innych narkotyków, lecz zapewniające oczekiwany odlot. Ich problem polega na tym, że są na tyle świeżym produktem, że nie znamy ich działań niepożądanych. Nie wiemy, które substancje jak wpływają na ośrodki mózgowe czy nerwowe, które silnie uzależniają, a które szpecą po latach (jak to się okazało z metaamfetaminą). Narkomani-wyjadacze zwykli cynicznie powtarzać mantrę Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii, że „tylko słabi gracze biorą dopalacze”. Choć w ustach osób biorących nie-dopalacze brzmi to niczym wyjęte z czarnej komedii, to jednak coś jest na rzeczy. W końcu sam król dopalaczy, Dawid Bratko, w jednym z wywiadów stwierdził: Dopalacze kupują debile. Nie jest prawdą, że dopalacze zniknęły. Przeszły zwyczajnie do drugiego obiegu i można cały czas kupić je w portalach na zagranicznych serwerach, a co popularniejsze „smakołyki” u dilera. Zażywanie dopalaczy stało się w oczach młodych ludzi bardziej elitarne, gdyż jest zwyczajnie zakazane. Zaraz po hucznym zamknięciu wszystkich sklepów kolekcjonerskich w Polsce robiły wrażenie przynoszone na imprezy zbiory, zapasy na gorsze czasy. Następowało odkupywanie, na substancjach bogaciły się kolejne osoby i interes kwitł dalej, choć oczywiście nielegalnie i po cichu, więc nie przedostał się już do głównego nurtu mediów, gdzie dominuje przekonanie, że wraz z zakazem problem znikł.
Jak Polska wyszła z krótkiego romansu z legalnymi narkotykami? Według mnie obronną ręką. Ci, co chcieli spróbować, spróbowali. Ci, co chcieli brać, brali. Ci, co nadal chcą brać, biorą. Nie ma skutecznego systemu zakazów, który mógłby powstrzymać ludzi przed zażywaniem nielegalnych substancji, które zawsze będą w obrocie. Dopóki jest popyt, będzie i podaż. W dobie błyskawicznego przepływu informacji nie ma szans ukrócić sprzedaży narkotyków.
Mefedron, „Tajfun”, mieszanki ziołowe, które okazywały się wcale nie takie naturalne, party pills i inne wynalazki można cały czas dostać na terenie kraju. Jak nie drogą internetową, to u „kolegi” klatkę obok czy klasę wyżej. Problem dopalaczy polega na tym, że przyzwyczaiły one dużą część społeczeństwa do łatwego dostępu do wybranych produktów. O ile kiedyś wiązało się to z ryzykiem, tajemnicą i pewnym wysiłkiem, o tyle teraz wystarczy pięć minut w sieci lub jedna rozmowa telefoniczna. Większość społeczeństwa jest zwyczajnie nieprzygotowana na takie ułatwienia, co kończy się później gimnazjalistami na odwyku. Dziećmi, którym nie przyszłoby do głowy spróbować narkotyków, a teraz normalnym dla nich jest, że są one dostępne tak jak coca-cola. Skoro są dostępne, to dlaczego by ich nie spróbować? Zwłaszcza że wszystkie znaki dookoła mówią, że ćpanie jest cool, a sexy jest bohaterka jednego z telewizyjnych seriali, Cassie, która półprzytomnym głosem mówi: Wow, it’s lovely.
“Breaking Bad”
25 maja Bronisław Komorowski podpisał ustawę legalizującą posiadanie na własny użytek nieznacznej ilości środków odurzających lub substancji psychotropowych. ich sprzedaż na terenie polski jest nadal zakaza. Ustawa wejdzie w życie za 6 miesięcy.
Mając za przykłady seriale typu „Skins”, „Misfits”, „Weeds” i „Breaking Bad”, a za idoli Ke$hę czy Lady Gagę pozostaje tylko edukacja i wiara, że następne pokolenia nie będą głupsze od poprzednich. Od zawsze kolejne pokolenie młodzieży zwiastuje koniec świata swoim nieodpowiedzialnym, pozbawionym fantazji i zdrowego rozsądku zachowaniem (kto z nas tego nie słyszał...?), więc wstrzymajmy się z lamentami na tę współczesną, zupełnie inną młodzież, gdyż po niej przyjdzie jeszcze kolejna, i jeszcze kolejna. A świat, jeśli nie zaufamy Majom, nie zawali się od bucha trawki. Jeśli miałoby tak się stać, to żylibyśmy od tysięcy lat w istnym Armageddonie... 10% rodaków przeżegnało się po utracie produktów, które miały szansę odebrać berło uzależnień alkoholowi, naturalnemu sprzymierzeńcowi każdego prawdziwego polaka
25
megahiro plus
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
klubowa mapa polski Jeśli po lekturze poprzednich tekstów nabraliście ochoty, aby zaszaleć, oto Po klubach w dziesięciu głównych ośrodkach polski oprowadzają znawcy lokalnego rynku rozrywek.
SZCZECIN Etamski: Szczecin nie rozpieszcza ilością wartościowych koncertów, najlepiej się tu sprawdza muzyka taneczna. Festiwal Boogie Brain (z niezwykłym koncertem na wraku statku) w dużej mierze stawia właśnie na jej ambitne odmiany, jednocześnie wspierając bardziej eksperymentalne formy muzyki, która niestety w naszym mieście praktycznie nie istnieje (pamiętamy festiwal Musica Genera). Klub 13 Muz organizuje ciekawe wydarzenia, Alter Ego, City Hall, czasem wydarzy się coś w Brama Jazz Cafe. Teatr Kana ma ogromny potencjał, ale niewykorzystany.
tekst | maciek piasecki
foto | kasia walentynowicz
TRÓJMIASTO Bartosz Filipowicz (Twin Prix): Do niedawna Trójmiasto uznawane było za przyczółek drum’n’bassu, a teraz bardzo dobrze przyjął się też dubstep. Ciężkie fidgetowotrashowe pierdolnięcie praktycznie ominęło Trójmiasto. Bardzo dobrze jednak radziły sobie wszelkiego rodzaju noce indie (CUcamber, Od Cure do Blur). Polecam kluby Ucho, Mandragora, Sfinks 700, Buffet, CSG, La Dolce Vita, Flissak 76. Do legendarnego Spatifu bardzo ciężko wejść, chodzą tam sami artyści i niby ma być elitarnie, ale jest żałośnie pod względem muzycznym.
POZNAŃ Mentalcut: Od kiedy interesuję się tutejszą sceną, czyli od połowy lat 90., zawsze rządził tu minimal, być może ze względu na bliskość Berlina. Tresory gromadziły tłumy, podobną niszę wypełnia teraz dubstep – organizatorzy imprez wykonali tu ogromną pracę i Poznań pod względem popularyzacji dubstepu wyprzedził większość miast w Polsce. Baltimore Club, Baile Funk czy Kuduro zawsze znajdą odbiorców. W czołówce miejsc wartych sprawdzenia znajduje się powstały pół roku temu klub 8 Bitów. Nadal sporo ludzi odwiedza Eskulap. Electro wciąż jest tu popularne, jednak czuć przemijającą modę, o czym świadczy mniejsze zainteresowanie Café Mięsną. Electro nigdy nie było tu tak chętnie słuchane jak w Warszawie, podobnie bassline/UK funky/garage nie przyjęły się tak dobrze jak w Krakowie.
WROCŁAW Adam Stępiński (Slam Dunk): We Wrocławiu, choć mnogość klubów i imprez nie poraża, można znaleźć ciekawe wydarzenia praktycznie w każdym gatunku. Po upadku legendarnej Drogi Do Mekki trzeba było znaleźć nowe miejsca. Niewielki Das Lokal prezentuje house i electro grane przez czołówkę wrocławskich didżejów, często także gości z Polski i zagranicy. Z kolei duża postindustrialna przestrzeń Krakowska 180 jest otwierana tylko na większe wydarzenia, np. prezentujące najciekawszych polskich producentów Made in Poland. Raz na kwartał odbywa się impreza My Head Is Dubby w Browarze Mieszczańskim, prezentująca brytyjską scenę basową (i nie tylko). Osobom, które nie odnajdują się w typowo klubowych klimatach, polecam tzw. indie dyskoteki: Szajba, Niskie Łąki, Vis a Vis. Sporo interesujących koncertów odbywa się w nowym klubie Puzzle.
KATOWICE Radek Heidenreich (razor_radish, kolektyw 3Unltd): W Katowicach od zawsze była popularna raczej ciężka muzyka, na co wpływ miał zapewne wszechobecny przemysł ciężki i industrialna architektura. Obecnie ludzie najchętniej słuchają wszystkiego spod znaku bass, czy to post-garage, bassline, heavy bass czy dubstep. Bez dobrego basu nie ma udanej biby w Katowicach. Polecam Oko Miasta – klub w samym środku ronda, gdzie co jakiś czas odbywa się Fake Party, chyba najpopularniejsza impreza w Katowicach. Nie można zapomnieć o ulicy Mariackiej, gdzie nocne życie tętni 7 dni w tygodniu. Od maja startują tam co weekend imprezy na świeżym powietrzu „Lajera na Mariackiej”. Nie ma ciszy nocnej, a wszędzie dookoła kawiarnie i knajpki. No a z Mariackiej robimy dosłownie dwa kroki i jesteśmy w INQbatorze. Będąc w Katowicach, należy też odwiedzić jazz klub Hipnoza, gdzie można bardzo dobrze zjeść i posłuchać ciekawej muzyki.
TORUŃ
WARSZAWA
Tomek Ceba (klub NRD): Większość toruńskich klubów zatrzymała się na muzyce house i disco – niestety nie chodzi o disco lat 70. czy aktualny renesans tych gatunków, tylko taki kiepski pop, bez żywych instrumentów i wokali. Popularny jest drum’n’bass w swoim brytyjskim, przesterowanym wydaniu, można na niego trafić podczas odbywających się od 10 lat imprez ekip Dark Roller i Basic Elementz. Dobrze trzymają się też sceny funku i turntablismu, regularnie przewija się dubstep.
ŁÓDŹ
Oskar Stelągowski (Boy Division, organizator God Save The Queen): Warszawa – jako jedno z niewielu dużych miast w Polsce – oparła sie fali dubstepu, mając bardzo bogatą ofertę imprez disco i house. Co tydzień mamy jeden lub dwa duże bookingi, z artystami z pierwszej ligi. Lokalni promotorzy, zajawkowicze inwestują mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, żeby ciągle zaskakiwać nowymi pomysłami. Do moich ulubionych klubów należą Kamieniołomy, 1500m2 (z ciekawą, surową architekturą), Obiekt Znaleziony i Nowy Wspaniały Świat. Odwiedzającym Warszawę polecam też lufkę w Przekąskach Zakąskach. Karol Czerniakiewicz (Warsaw City Rockers): Elektroniczne brzmienia niekoniecznie kojarzą się z czymś szczerym czy autentycznym, a publiczność nastawiona wydaje się być wyłącznie na prostacką, hedonistyczna rozrywkę. Jeżeli interesuje was szczera, bezpretensjonalna, nieokiełznana zabawa przy gitarowej muzyce, to polecamy imprezy na których gramy my albo Cool for Cats czy DJ Stare. Bywamy na skłocie Elba, w Powiększeniu, na koncertach w Eufemii.
Kuba Wandachowicz: Przed ośmioma laty Łódź była klubową potęgą, tymczasem dziś nie wygląda to różowo. Na szczęście zmiany idą w dobrym kierunku, bo za sprawy wzięło się wreszcie parę młodych osób, np. organizatorzy Fuck The System w Bagdadzie. Oni chcą organizować rzeczy podobne do tych, które dzieją się w Warszawie, bo takie imprezy cieszą się teraz powodzeniem. Coraz słabiej trzyma się electro, industriale i minimale. Wszystko to, co kojarzy się z amfetaminą i oszczędną muzyką, to jest ślepy zaułek. Choć niektórzy grający od zawsze didżeje jak Wiktor Skok starają się łączyć nowe ze starym i wychodzi im to dobrze.
LUBLIN Kuba Majsiej (organizator Electric Nights): Jedyne godne uwagi miejsca to Soundbar (przyczółek w miarę ambitnej elektroniki, czasem zdarzają się koncerty na żywo, np. Kamp!), Tektura (mnóstwo inicjatyw, imprezy od hardcore, przez ska, retro i indie, aż po tańce klubu seniora), Graffiti (koncerty i rockoteki), Disco Fever (w weekendy to zwykła dyskoteka, w większość czwartków promujemy tam lokalnych didżejów i zespoły) oraz Czarna Owca (to raczej duży pub, ale organizują koncerty i imprezy taneczne, sporo gra tam Śmierć Disko Soundsystem czy Krawiec, czasem można ustrzelić potańcówkę przy muzyce ludowej i folkowej oraz innych awangardowych klimatach). Może jeszcze Archiwum, Max Café i Centrala. Reszta to dyskoteki – nie polecam, można dostać w ryj lub zostać zwyzywanym od „pedała”.
KRAKÓW Matthew Yapovsky (Junkie Punks): Gród Kraka jest otwarty na basowe brzmienia. Klimaty garage/dubstep cieszą się tu szczególnym uwielbieniem, festiwale pokroju Unsound w namacalny sposób o tym świadczą. Do takiego stanu rzeczy mocno przyczynił się kolektyw Supra1. Otwartość i mieszanie się nowych trendów, gatunków czy tez subkultur powoduje dużą różnorodność. Od niespełna roku góruje tutaj klub Fabryka z setkami metrów kwadratowych i co rusz światowej klasy zagranicznymi gośćmi. Dużym zainteresowaniem cieszą się także Pauza, Łódź Kaliska, Rdza, Krzysztofory, Caryca i cała kamienica skupiająca 5 klubów przy ul. Wielopole 15. Kuba Kiraga (Foolscreen DJs): Irytuje nas brak miejsc, gdzie można usłyszeć gitarową muzykę – chcielibyśmy wyciągnąć z domów wszystkich tych, którzy z powodu ograniczonej muzycznie oferty krakowskich klubów postanowili postawić na nich krechę. Polecamy Klub Re – ich wiara w niszowe zespoły i ambicję krakowskiej publiczności daje kopa na zachętę do dalszego działania. Trochę dalej od centrum jest nowohucki klub Kombinator. Fanom muzyki punk radzimy wybrać się do Kawiarni Naukowej. Warto również wybrać się gdziekolwiek, gdzie koncerty organizuje agencja Front Row Heroes.
27
megahiro plus
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
W koszulce za dychę
Jakub gierszał (ur. 1988) – aktor. Debiutował w filmie „Wszystko co kocham”, po którym prasa nazwała go „polskim jamesem deanem”, bo ładnie się zaciągał i zaczesywał bez brylantyny. Sławę przyniosła mu „Sala samobójców”, a już na jesień zapowiadana jest gangsterska „Yuma”. deklaruje, że nie wystąpi w żadnym telewizyjnym show.
30
film
F
tekst | agnieszka wróbel, zdzisław furgał
foto | filip skrońc
jakub gierszał stał się zakładnikiem swego wizerunku. prywatnie skromny, uśmiechnięty i kontaktowy, w mediach wystylizowany na wyalienowanego ponuraka w okresie burzy i naporu. efekt? jego nazwisko jest jednym z najczęściej wyszukiwanych haseł w internecie, a nastoletnie fanki piszą na forach, że chcą z nim tracić dziewictwo... Wpisujesz czasem w wyszukiwarkę swoje nazwisko?
Osobiście postanowiłem się w to nie wkręcać, bo można sobie tylko zaszkodzić. Ale robi to moja mama – trochę na zasadzie sprawdzania, co tam u syna. Gdybym czytał, co o mnie wypisują, to pewnie byłbym na tyle sobą przejęty, że nigdy nie kupiłbym koszulki za 10 złotych (śmiech). No właśnie. Gdzie ubiera się Jakub Gierszał? Jakiej słucha muzyki? Takie pytania pojawiają się najczęściej w internecie.
Koszulkę mam z dziurą – dlatego była za dychę. Spodnie – nie pamiętam skąd. Buty kupiłem, bo stare mi przemokły. A skarpety pożyczyłem, bo mam wszystkie brudne (śmiech). Co się zaś tyczy muzy, to nie mam nawyku noszenia słuchawek na uszach, nie mam iPoda i chyba przez to niewiele słucham. Bez tego lepiej mi się myśli. Ale nie chcesz się czasem odciąć? W autobusie, pociągu – przecież ciągle jeździsz z Krakowa do Warszawy.
Tak, dużo jeżdżę, ale wolę poczytać niż słuchać. Nadrabiam teraz zaległości – właśnie dostałem od dziadka kilkanaście kapitalnych książek. A chodzisz po knajpach czy jako celebryta wyznajesz zasadę, że mniej bywać znaczy wyżej się cenić?
Celebryta? Kto to jest celebryta? Z jaką dziedziną jest to związane? Chodzę, to jasne, choć teraz jakby trochę mniej. Kiedy częściej bywałem w Krakowie i studiowałem, to cały czas się imprezowało, chodziło się do... Aaa, wy nie znacie Krakowa... Znamy!
No to chodziło się do Spokoju, do Psa, w akademiku były imprezy. Jednak teraz, kiedy częściej wyjeżdżam, krążę, wygląda to tak, że przedwczoraj nie miałem wolnego, wczoraj też nie, dzisiaj nie mam. Przez to, że musisz bardziej ogarniać, to mniej możesz imprezować. Luz odszedł. Masz jakieś nałogi?
Palę, jak widać (zaciąga się wiśniowym djarumem). Chyba jeszcze nie dorosłem do tego, by rzucić. Na razie mi się to podoba. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że emo to kultura naszych czasów. Przecież emo to obciach... Naprawdę uważasz, ze dzieciaki teraz takie są?
W latach 80. w Polsce rządziły punki. W latach 90. synonimem młodzości był hip-hop. Sam nosiłem wtedy szerokie spodnie i wychowałem się w duchu tej kultury. To samo jest dziś z emo, które odzwierciedla nasze czasy, ale na pewno nie jest to dzisiejsza młodzież jeden do jednego. A co z hipsterami?
Kiedy pojedziesz do miejscowości liczącej 50 tysięcy mieszkańców, nie uświadczysz ani jednej takiej osoby. A dziewczyn emo znajdziesz co najmniej kilkanaście. A młodzież bananowa, którą oglądaliśmy w „Sali Samobójców”?
Byłem wraz z reżyserem Jankiem Komasą na kilku takich imprezach i panował dość ciężki klimat. Podstawowe pytanie brzmiało: „Czym zajmuje się twój ojciec?”. Kilka takich scen żywcem przenieśliśmy do filmu, chociażby studniówkową imprezę, na której dziewczyny zaczynają się całować, a inni to kręcą... Czy trudno było ci zagrać rozpieszczonego nastolatka?
Nie pochodzę z takiego środowiska, dlatego na początku nie mogłem zrozumieć, jak można mieć takie problemy. Musiałem poświęcić dużo czasu, by wczuć się w rolę chłopaka, któremu w dupie się poprzewracało. Czy w Niemczech, gdzie spędziłeś pierwsze lata swojego życia, czułeś się wyobcowany, dzieciaki wytykały cię palcami?
Nie, bo tam fala emigracji nie była tylko z Polski, nie miałem w klasie samych Niemców. Byli Rosjanie, mulaci, mój przyjaciel Turek z Iranu, byli też oczywiście inni Polacy. Jak przyjechałem do Polski i okazało się, że wokół mnie są tylko polskie dzieci, to dopiero poznałem, co to brak tolerancji. Czy twój powrót do Polski był traumatyczny?
Na pewno zmiana kraju wywarła na mnie duży wpływ. Ale kiedy masz 11 lat, to nie mówisz „chcę” lub „nie chcę”, to rodzice decydują. Odnalezienie się w nowym miejscu na pewno nie było proste. Może dlatego bardziej byłem outsiderem, gdy tu przyjechałem, aniżeli wcześniej, w Niemczech. We wszystkich filmach, w których do tej pory zagrałeś, wcielasz się właśnie w rolę outsidera. Świadomie?
Na ogół aktorzy obsadzani są w różnych projektach w zależności od osobowości i warunków fizycznych. Mnie obsadzają jako outsidera. Chudy i zgarbiony koleś nie będzie przecież grał kabana (śmiech). Po zakończeniu zdjęć do „Sali samobójców” ogoliłeś głowę. Nie myślałeś sobie wtedy właśnie: „O, teraz mógłbym zagrać dresiarza albo skinheada”?
To pociągające. A co do mojej głowy, to po prostu denerwowały mnie czarne włosy. W dniu zakończenia zdjęć postanowiłem, że je zgolę. Zszedłem z planu, dziewczyny z charakteryzacji to załatwiły (śmiech). A jak się pracuje ze znanymi polskimi aktorami? W twoim nowym filmie „Milion dolarów” grałeś z samą śmietanką. Ktoś cię zainspirował? A może ktoś cię wkurzył?
Ja nie mam czegoś takiego, że jak przyjdzie na plan gwiazda, to trzeba przed nią bić pokłony. Może to przez to, że wychowywałem się w Niemczech i popularni polscy aktorzy nie są bohaterami mojego dzieciństwa. Dostajesz serialowe propozycje?
Czasem się zdarzają, ale na razie chcą mnie tylko do epizodów... musiałem poświęcić dużo czasu, by wczuć się w rolę chłopaka, któremu w dupie się poprzewracało
31
film
F
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
szok przyszłości na rynku konsol do gier tekst | jerzy bartoszewicz
foto | Materiały promocyjne
Super Mario Bros.
gry wideo dawno temu zmieniły świat. i to nie tylko w wymiarze kulturowym, ale i technologicznym. elektroniczna rozrywka zaczyna stawać się głównym dostawcą wynalazków zmieniających życie człowieka. Jeśli ktoś powątpiewa, że szczytowym osiągnięciem myśli technicznej są dziś zabawki lub urządzenia przyjmujące wtórnie rolę zabawek, zapraszamy do lektury poniższego tekstu. Jednym z najbardziej fascynujących objawów postępu technologicznego jest miniaturyzacja. Moc obliczeniowa maszyn sprzed trzydziestu lat, zajmujących niekiedy całe pomieszczenia i zużywających energię odpowiadającą zapotrzebowaniu niewielkiej wioski, dziś wydaje się
śmieszna w porównaniu z możliwościami zwykłych telefonów komórkowych na baterię litowo-jonową. Mieszkaniec współczesnego świata znajduje się w ciągłym ruchu, a komputer jako jego najlepszy przyjaciel musi dotrzymywać mu kroku. Laptopy, będące do niedawna najlepszym połączeniem mocy i mobilności, dziś wstydzą się swoich gabarytów przy poręcznych netbookach, smartfonach i coraz popularniejszych tabletach. Przenośne urządzenia służą nie tylko do pracy, ale przede wszystkim do multimedialnej rozrywki. Doskonale wiedzą o tym ich producenci, toteż w bieżącym roku będziemy świadkami prawdziwej rewolucji na tym polu. 26 lutego w Japonii, a 25 marca w Polsce miała miejsce premiera przenośnej konsoli Nintendo 3DS. Jest ona następcą NDS-a, który zajął zaszczytne drugie miejsce pośród najlepiej sprzedających się urządzeń do gier w historii. Szczyt podium do dziś piastowany jest przez PlaySta-
32
TECHNO
tion 2. Inżynierowie z Nintendo dostali niełatwe zadanie – zaprojektować konsolę mającą powtórzyć sukces poprzednika. NDS stał się hitem dzięki połączeniu dwóch ekranów, w tym dotykowego, co było w swoim czasie nowatorskim i atrakcyjnym rozwiązaniem. Zbudowanie podobnej konsoli, która oferowałaby jedynie większą moc obliczeniową (przekładającą się na lepszą oprawę audiowizualną gier), to było za mało. Producent postanowił zaszokować całą branżę elektronicznej rozrywki i podczas ubiegłorocznych targów E3 ogłosił, że nowy przenośny system będzie wyposażony w wyświetlacz, pozwalający na dostrzeżenie trójwymiarowej głębi bez potrzeby używania specjalnych okularów. Dziś możemy się już przekonać, że technologia ta nie tylko działa, ale robi piorunujące wrażenie. Jest to możliwe dzięki sprytnemu zabiegowi; górny ekran konsolki wysyła naprzemiennie lekko przesunięte obrazy, kierowane osobno do prawego i lewego oka. Reszta dzieje się już w naszym mózgu, który – korygując je – tworzy poczucie głębi. W podobny sposób na co dzień postrzegamy otaczający nas świat. Dzięki temu, patrząc w niewielki trzyipółcalowy ekranik, mamy wrażenie, jakbyśmy spoglądali w głąb jakiejś magicznej krainy. Co więcej, odbywa się to bez utraty jasności i kontrastu obrazu, co jest wadą alternatywnej technologii wykorzystującej okulary migawkowe. Rozwiązanie to jest również przyjemniejsze i bardziej naturalne dla oczu, jednakże ze względów bezpieczeństwa i komfortu użytkowania Nintendo zadbało o suwak umożliwiający zmniejszenie efektu głębi aż do zera. Ekran 3D nie jest jedyną nowością, jaką wprowadzono. Dzięki umieszczeniu nad tradycyjnym kierunkowym „krzyżakiem” płaskiej gałki analogowej, pozwalającej na precyzyjne sterowanie, zwiększył się komfort grania. Pomysłowi Japończycy ukryli w urządzeniu także krokomierz i żyroskop. Kontrolowanie rozgrywki za pomocą wychyłów jest wprawdzie standardem w przypadku niektórych telefonów komórkowych, lecz wprowadzenie krokomierza jest czymś wyjątkowym. Nintendo chce w ten sposób zaktywizować graczy, którzy przebywając określone ilości kilometrów, będą mogli odblokowywać w grach różnego rodzaju bonusy. Wisienką na torcie są jednak znajdujące się po zewnętrznej stronie obudowy bliźniacze obiektywy, pozwalające na robienie trójwymiarowych fotografii. Wykonane w ten sposób zdjęcia można poddać podstawowej obróbce w prostym programie graficznym. 3DS posiada slot na karty SD, zatem nasza radosna twórczość może być przenoszona i bezpiecznie przechowywana na wieki. Obiektywy są również wykorzystywane we wbudowanych w system konsoli grach, działających na zasadzie rozszerzonej rzeczywistości. Dzięki przesyłanemu w czasie rzeczywistym obrazowi teatrem działań może stać się stół lub biurko. Kładziemy na nim specjalną papierową kartę, która po rozpoznaniu przez konsolę staje się dla niej punktem odniesienia. Spoglądając przez ekran urządzenia, ze zdumieniem odkryjemy, że na naszym biurku zadomowił się np. ziejący ogniem smok. Tego typu zabawa nie jest wprawdzie na konsolach niczym nowym, czego przykładem jest choćby wirtualny zwierzak „Eye Pet”, bohater gier na platformy Sony, lecz ekran 3DS-a nadał jej głębi – w sensie dosłownym. Wbudowany moduł WiFi otwiera konsolę na świat, jednocześnie ułatwiając poszerzanie jej funkcjonalności dzięki aktualizacjom pobieranym z internetu. Wszystkie usługi dostępne w Europie Zachodniej będą działać również w Polsce. Nintendo podpisało też umowy z Warner Bros., Disneyem, DreamWorks oraz Eurosportem, co oznacza, że możemy się spodziewać bogatej oferty filmów i programów telewizyjnych w 3D. Na deser pozostaje funkcja Street Pass, umożliwiająca bezprzewodową wymianę danych uśpionym konsolom, gdy znajdą się w zasięgu swoich modułów WiFi. W przyszłości, gdy liczba posiadaczy 3DS-a wzrośnie, opcja ta będzie przydatna przy budowaniu społeczności graczy.
Ponieważ nawet najbardziej innowacyjna konsola jest bezużyteczna bez wsparcia twórców gier, producent zadbał o to, by pozyskać do współpracy najlepszych z nich. W trójwymiarowej wersji zobaczymy tytuły należące do znanych i cenionych serii, jak „Resident Evil” czy „Metal Gear Solid”. Nie zabraknie też nowych przygód flagowych postaci Nintendo, z hydraulikiem Mario na czele. W chwili obecnej w Polsce konsolę można nabyć za kwotę oscylującą w granicach 999 zł.
Nintendo 3DS
Sony, będące największym rywalem Nintendo na rynku konsol przenośnych, nie zamierza oddać swojego kawałka tortu bez walki. 27 stycznia bieżącego roku japoński gigant zaprezentował światu następcę PlayStation Portable. Projektując urządzenie postanowiono, że będzie ono kierowane do nieco innej grupy odbiorców niż w przypadku konkurencyjnego 3DS-a. NGP, bo taka właśnie jest nazwa kodowa konsoli, zaskoczy nas swym pięciocalowym dotykowym ekranem typu multitouch, pracującym w rozdzielczości HD 960×544 pikseli. To ponad dwa razy więcej niż ma do zaoferowania 3DS, wyświetlający po 400×240 pikseli na każde z oczu. Konsola będzie oferować potężną moc obliczeniową dzięki czterordzeniowemu procesorowi. Sony zapewnia, że na ekranie NGP zobaczymy oprawę audiowizualną zbliżoną do tego, co oferuje PlayStation 3. Podczas prezentacji zaproszeni dziennikarze mogli zobaczyć dema technologiczne oparte na silnikach gier „Yakuza 4” i „Metal Gear Solid 4”, a także olśniewająco piękny fragment rozgrywki „Uncharted Portable”. Wszystko wskazuje na to, że miłośnicy wodotrysków graficznych i wysokich rozdzielczości na konsolce się nie zawiodą. NGP odziedziczy wszystkie przyciski znane z PSP. Dodatkowo będzie posiadać nie jedną, a dwie gałki analogowe oraz spec-
W 1988 roku fabuła gry „Super Mario Bros.” zainspirowała producentów z branży porno do nakręcenia alternatywnej historii przygód wąsatych hydraulików. W rolę Super Hornio wcielił się równie kultowy i podobny do włoskiego imigranta Ron Jeremy.
jalny dotykowy panel zamontowany z tyłu. Sprzęt będzie wyczuwać ruch w sześciu osiach, dzięki połączeniu akcelerometru i żyroskopu. Wszystko to zapewni wygodne i precyzyjne sterowanie nawet w wymagających grach. Producent zadbał także o wbudowanie mikrofonu, obiektywów po obu stronach obudowy, modułów Bluetooth, WiFi i GPS, a nawet elektronicznego kompasu. Planowana jest również sprzedaż droższego modelu urządzenia, posiadającego dostęp do sieci 3G. Funkcjonalność ta będzie wykorzystywana w specjalnych grach i aplikacjach działających na zasadzie rozszerzonej rzeczywistości. Jak widać, Sony
33
TECHNo
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Sony PlayStation NGP
podobnie jak Nintendo traktuje tę przyszłościową formę rozrywki bardzo poważnie. Zmianie ulegnie także nośnik, na jakim zapisywane będą pudełkowe wersje gier. Do lamusa przejdą znane z konsoli PSP dyski UMD. Ich miejsce zajmą specjalne karty flash, początkowo oferujące około 4 GB pojemności. Co ciekawe, od pięciu do dziesięciu procent pamięci będzie zarezerwowane na zapisy stanu gier oraz poprawki i uaktualnienia pobierane z sieci. Sony stawia również na dystrybucję cyfrową – dzięki dostępowi do PlayStation Network będziemy mogli zagrać w produkcje typu Minis, klasyki z PSOne, tytuły z PSP oraz dedykowane NGP nowości. Warto wspomnieć, że nowe gry będą wspierały system odblokowywanych trofeów, znany z PlayStation 3. Niestety, nie jest jeszcze znana data światowej premiery urządzenia. Nieoficjalnie mówiło się dotychczas, że pierwszy region, którym najprawdopodobniej będzie Japonia, z możliwości NGP będzie mógł cieszyć się pod koniec roku. Jednakże na skutek tragicznych wydarzeń w Kraju Kwitnącej Wiśni, podczas których ucierpiało kilka fabryk Sony, może dojść do opóźnienia. Branżowi analitycy twierdzą zgodnie, że zyska na tym Nintendo, mając czas na rozbudowanie biblioteki gier dostępnych na 3DS-a. Sony zamierza również zawojować rynek gier na telefony komórkowe. Działania prowadzone są na dwóch frontach – pierwszy z nich to sprzedaż licencjonowanych tytułów za pomocą usługi PlayStation Suite, dostępnej dla systemów Android, iOS oraz komórkowego Windows 7. Drugi to promocja nowego telefonu dedykowanego miłośnikom elektronicznej rozrywki. Xperia PLAY, bo tak ów konsolofon się nazywa, posiada wysokiej jakości ekran dotykowy typu multitouch. Gdy zechcemy pograć, wysuwamy ukryty panel umożliwiający precyzyjne sterowanie. Koniec z nerwowym głaskaniem brzegów ekranu. Telefon uzbrojono w zestaw przycisków oraz wygodny gładzik, z powodzeniem zastę-
spoglądając przez ekran urządzenia, ze zdumieniem odkryjemy, że na naszym biurku zadomowił się np. ziejący ogniem smok
pujący gałki analogowe. Zarówno recenzenci, jak i pierwsi posiadacze urządzenia są zgodni – nowa Xperia PLAY to najlepszy telefon do grania, jaki kiedykolwiek powstał. Posiada on także wszelkie funkcje będące standardem dla smartfonów, w tym aparat fotograficzny (5.1 MP), moduł GPS i dostęp do tysięcy aplikacji dzięki zainstalowanemu systemowi Andr oid w wersji 2.3. Tym samym produkt Sony staje się najlepszym telefonem do grania na emulatorach starych konsol (niezliczona ilość ich darmowych wersji na Android Marketplace). Usługa PlayStation Suite może okazać się jednak pułapką, jaką Sony zastawiło na własny produkt. Na rynku dostępnych jest obecnie coraz więcej pracujących na Androidzie telefonów, opartych o technologie potężniejsze niż te, które zastosowano w Xperii PLAY. Możemy się także spodziewać nowych smartfonów oferujących ekrany 3D – pierwszy z nich, czyli LG Swift 3D, swoją polską premierę będzie miał już w czerwcu. Działa on oczywiście pod systemem Android, zatem będzie posiadać dostęp do usługi Sony. Programiści amatorzy, chcący tworzyć trójwymiarowe gry bez konieczności kupowania drogich licencji od Nintendo, zapewne zainteresują się możliwościami telefonu LG. Dla graczy będzie to oznaczało premiery ambitnych niezależnych produkcji, dostępnych za darmo lub za grosze. Co więcej, LG Swift 3D ma kosztować około 2000 zł. Niewiele mniej zapłacimy za Xperię PLAY, która wobec konkurenta korzystającego z technologii 3D prezentuje się nieco skromniej. Rozwój mobilnych technologii przebiega coraz szybciej. W styczniu NVIDIA zaprezentowała światu czterordzeniowy mobilny procesor Tegra 3, zwany również Kal-El – fanom komiksów imię to zapewne jest znane. Jest on wydajniejszy od pecetowego Intel Core 2 Duo. Jeśli projektantom uda się rozwiązać problem wysokiego poboru energii, tradycyjne domowe komputery mogą stracić rację bytu. Jeszcze mocniej okopią się one na pozycjach narzędzi pracy filmowców, grafików i programistów, ewentualnie pozostaną superwydajnymi maszynami dla wymagających graczy. Dostępny w sprzedaży od marca smartfon Motorolla Atrix 4G posiada stację dokującą z ekranem i klawiaturą, zmieniającą go w notebooka. Wszystko wskazuje więc na to, że już niedługo będziemy nosić w kieszeni cały komputer. A technologie rodem z książek SF już niedługo mogą stać się rzeczywistością.
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
tańcu architekturze rzecz o muzycznych blogach
Przełom w o
tekst | Maciek Lisiecki
foto | internet
Wszyscy, którzy załamują ręce nad pikującym w dół poziomem czytelnictwa w Polsce, powinni przejrzeć w końcu na oczy – zamiast sumować liczby wypożyczeń bibliotecznych wolumenów lepiej mierzyć pojemność internetowych czytników. Mnogość mobilnych urządzeń umożliwia lekturę w każdych okolicznościach przyrody. Wujaszek podpowiada, kogo i co czytać. W sieci i za darmo. Przywołana w tytule wyświechtana metafora to oczywiście przewrotny żart. Albowiem o muzyce – jak to ujął klasyk – warto rozmawiać. Całkiem łatwe stało się to w dobie internetu, który przyjmie wszystko, co nie znajduje dla siebie miejsca w tracących grunt pod stopami (a więc i zdrowy rozsądek) mediach tradycyjnych. Sporo więc w sieci miejsc w pełni interaktywnych, a nie tylko klikalnych, nastawionych poza nadawaniem także na odbiór. Bytów jakby poza czasem, stroniących od newsowej bieżączki, oferujących autentyczną wartość dodaną. Zatem zapomnijcie o katalogu hypem.com i przestańcie mierzyć czas spędzony w internecie ilością pobranych danych – bajt to przecież jednostka pojemności, a nie wiedzy! A z newsowego gorillavsbear.net przerzućcie się na nie mniej już słynny chocolatebobka.blogspot.com, produkujący content sam w sobie ocierający się o sztukę. Ostrzegam jednak: poniższy spis sieciowych „lektur obowiązkowych” potraktować należy jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Wiele z nich może wydać się przesadnie niszowych czy hermetycznych, niezwykle wymagających, formalnie bezpardonowych. Jednak bez wątpienia wszystkie oferują lekturę ciekawą (ku refleksji!), często rozłożoną na wiele postów (w czym przypominają XIX-wieczne powieści odcinkowe). Bo choć internetowe pisanie nie zna ograniczeń, to czytelnik nie gumka od majtek i bywa, że pęka (vide: tl;dr). Internet nie jest bezpiecznym miejscem, jest niestety odbiciem realnego świata, a więc – jak chce Wojtek Bąkowski – ciemną rurą. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać by nie przepaść z kretesem – warto też znać bezpieczną przystań, tudzież rafę, na której rwący ton sieciowej naparzanki ustępuje choć na chwilę rzeczowej dyskusji. Takim miejscem jest niewątpliwie forum I Love Music (ilxor.com), ogniskujące anglojęzyczne środowisko parających się pisaniem o muzyce. Bez względu na temat – merytoryczne dysputy o wyższości tego nad owym mieszają się z zabawowymi wątkami (zdjęcia zapomnianych „gigantów” pub-rocka, fanowskie fotki Snoop Dogga) – dominuje przyjacielska atmosfera, a wielu użytkowników występuje z otwartą przyłbicą. Tak jak założyciel forum Tom Ewing, który bloguje (tomewing.tumblr. com), rozkłada na czynnik pierwsze numery jeden brytyjskiej listy przebojów (freakytrigger.co.uk/sub/popular) i zaraża muzycznym optymizmem w poczytnym serwisie pitchfork.com (seria Poptimist). Na p4k-u publikuje (wciągająca kolumna Why We Fight) również Nitsuh Abebe (agrammar.tumblr.com), na co dzień redaktor muzyczny „New York Ma-
internet nie jest bezpiecznym miejscem, jest NIESTETY odbiciem realnego świata, a więc – JAK CHCE WOJTEK BĄKOWSKI – ciemną RuRĄ
gazine”. Z kolei Mark Richardson jako managing editor zawiaduje popularnym „piczem” Resonant Frequency, a w wolnych chwilach (markrichardson.org) udowadnia, że jest realizacją filmowego Roba z kultowej ekranizacji równie kultowej powieści „Przeboje i podboje” Nicka Hornby’ego. I tak jak Rob mieszka w Chicago. Przypadek? Honorable mention w kategorii „ludzie” wędruje do Jeffa Weissa (passionweiss.com), którego od rzeszy podobnych mu freelancerów odróżnia dystans do przedstawianego świata i znakomite poczucie humoru w relacjach z wszelakich imprez (np. podsumowanie modowych szaleństw na tegorocznej Coachelli). Przyszłość prasy drukowanej wydaje się przesądzona i nie ma się co obrażać. Wystarczy jednak ruszyć głową, by w struchlałe próchno tchnąć świeżego ducha. Na internetowych łamach brytyjskiego Guardiana (guardian.co.uk) regularnie blogują wspomniany już Tom Ewing, pamiętający mistrzów fachu John Harris (także o polityce), specjalista od czarnych brzmień Alex Macpherson (bardziej emocjonalne wpisy na alexmacpherson.tumblr.com), Paul Morley (google him, now!), Simon Reynolds, który nie wymaga przedstawienia (warto jednak odesłać do jego intrygującego szkicownika hardlybaked.blogspot.com) oraz zawsze urocza Wendy Fonarow, która udzieli odpowiedzi na każde muzyczne pytanie (rubryka „Ask the indie profesor”). Podobny patent na sieciowe pisanie wyznają twórcy moteldemoka.com, ale ich przyjemnie regularne wpisy to zazwyczaj wypadkowa krótkiego tekstu czy wręcz egzystencjalnego haiku i klimatycznej playlisty. Wersja totalna to zestawienie najlepszych niezależnych albumów wszech czasów, dekada po dekadzie, które robi naprawdę spore wrażenie. Podobnie jak językowa dezynwoltura autorów terminal-boredom.com. Lektura ich popisów to czysta radość, choć zajmują się oni muzyką zupełnie mi obcą i obojętną – garażowy łomot i wszelkie odmiany gitarowego lo-fi. Żelazny klasyk ich twórczości i zarazem mój osobisty faworyt to zajadła klątwa, której pełen tekst drukujemy w oryginale: May the drunken ghosts of the dead junkies these posers idolize haunt their asses forever! Sztywnym i poważnym, ale przede wszystkim łaknącym wiedzy, polecam natomiast oneweekoneband.tumblr.com. W imieniu objawia się charakter – ów świeżutki blog to platforma, na której muzyczny dyskurs odbywa się w tygodniowych rundach poświęconych kolejnym niezależnym zespołom (m.in. The Replacements, Hüsker Dü, of Montreal). Wyraźnych reguł – poza ramą czasową – brak, a mnogość form zaskakuje (od nieznanych fotografii, poprzez koncertowe wspomnienia, po recenzje kolekcjonerskich rarytasów). Najlepsze wciąż może przyjść.
26 36
muzyka
m
W tym miejscu pragnę przywołać bloga, którego status nie jest do końca jasny (niepokojąco długi okres milczenia), choć dotychczasowe wpisy to pożywka na prawie rok. Autor pictograms.blogspot.com dokumentuje muzyczne, w większości rockowe, logotypy. Skąd fascynacja metalowców rogacizną albo obsesja śmierci u punkowców? Warto sprawdzić. Co prawda, nie dowiecie się stamtąd, jakiego fontu użyć przy projektowaniu logo własnego zespołu, ale jako materiał podglądowy rzecz sprawdza się wyśmienicie. Konkretnych designerskich podpowiedzi szukajcie natomiast pod imacsonline.com – dział covers oferuje wnikliwe analizy popularnych ostatnio okładek, wywiady z ich twórcami, a także rzeczone obrazki w wysokiej rozdzielczości. Na koniec obcojęzycznej części polecanek mały wtręt osobisty, czyli clubfonograma.com – muzyczny przewodnik po egzotycznych brzmieniach Ameryki Południowej. Jego pomysłodawca współtworzył nieodżałowanego Stylusa, co jest gwarancją rzeczowości i odkrywczości wpisów. Niech papierkiem lakmusowym będzie zeszłoroczny, dziwnie przemilczany u nas album „Mena” chilijskiej Annie, czyli Javiery Meny. Jeżeli podejdzie, to ów blog awansuje do waszego sieciowego topu. Serio, serio.
37
muzyka
m
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
A teraz apel do czytelników: odwiedzajcie stilon-c60.blogspot.com, przepastne archiwum nagrań rzadkich i bardzo rzadkich, a przede wszystkim polskich. Żelazna kurtyna opadła dawno, ale jej półcień dotąd skrywa rzeczy – głównie punk i nową falę, głównie z lat 80. – które niewątpliwie zasługują na kilka promieni słońca, czyli waszej uwagi. Polacy nie gęsi, mamy się czym pochwalić. W gąszczu krajowych wydawnictw pomagają odnaleźć się wearefrompoland.blogspot.com – marka sama w sobie, z zestawem siedmiu e-składanek na koncie i poradnikowym wręcz cyklem dla debiutantów – oraz bardziej niezalowy odprysk pierwszego, czyli poliszmnie.wordpress.com. W obu przypadkach, przyjemna i krzepiąca – się dzieję! – lektura.
Musicspot.pl to pierwsza w Polsce muzyczna platforma blogowa. jest W sieci od kwietnia 2010. inicjatywę wsparło wielu artystów i dziennikarzy – blogi prowadzą m.in. Afrojax, Kuba Ambrożewski, Borys Dejnarowicz, Marta Słomka i Jacek Sobczyński. dołączcie!
Fenomen w kategorii indywidualności to bez wątpienia produkujący się także na tych łamach Filip Szałasek, a.k.a. fightsuzan.blogspot.com. Odważne, obficie czerpiące z fachowej literatury, ale i estetyki strumienia świadomości wpisy to jego znak rozpoznawczy. „Fuck the Beatles” jako motto bloga to nie zagranie pod publiczkę, a rękawica rzucona wszystkim – przede wszystkim blogerom banalizującym sieciowy dyskurs, ale i zwykłym czytelnikom. Romantyczny, pełen wewnętrznych sprzeczności, płomienny esej pisany z perspektywy czytelnika, obawiającego się eksplozji podręcznikowych fobii blogosfery i ujednolicenia technik pisania o muzyce – oznajmia Szałasek w nagłówku bloga. Pozostaje tylko pogratulować i życzyć odwagi! Równie ciekawy, ale częściej operujący uniwersalnymi emocjami styl prezentuje Marek Sawicki na tableau.jogger.pl. Stwierdzenie, że to polska odpowiedź na przywołany już terminal-boredom.com jest rażącym niedopowiedzeniem, czego najlepszym dowodem poczytna rubryka Out Of Print (z okazjonalnym „ficzuringiem” Szałaska) w serwisie screenagers.pl, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi już od jesieni zagości na stałe w „HIRO Free”. W taki sposób o takiej muzyce w tym kraju nie pisał i nie pisze nikt. Epokowa sprawa. Niniejszym pragnę wyrazić swoją osobistą radość z przyszłej współpracy z red. Sawickim!
Z poczucia obowiązku – i dla równowagi wobec licznych przykładów z zagranicy – pochwalić należy blogi krajowych dziennikarzy. Niestety, dla nas sieciowa obecność to wciąż bardziej fanaberia niż standard. Obowiązkowo odwiedzić należy stronę Strona Borysa Dejnarowicza (substanceonly.net/microblog.html) – muzyk i współzałożyciel świętującego właśnie dziesięciolecie serwisu porcys.com dzieli się ze światem zarówno emocjami związanymi z muzyką, jak i obawami o przyszłość gatunku ludzkiego (nerwowa reakcja na niepokojące doniesienia z boksującej się z atomowym zagrożeniem Japonii). Podobnie ma w zwyczaju również Paweł Franczak, który na brzydkieslowonaf.wordpress.com dotkliwie kąsa (Kydryńskiego) i szturcha (Sierockiego), ale zazwyczaj w interesujący sposób pisze (nie tylko) o muzyce. Największe rzesze czytelników przyciąga oczywiście miły i kompetentny w każdej dziedzinie Bartek Chaciński – ostatnio z racji redakcyjnej przynależności częściej blogujący na polifonia.blog.polityka.pl niż pod dobrze wszystkim znanym adresem chacinski.wordpress.com (w formie coraz bardziej pomysłowych, krótkich recenzji). Mocny w gębie pozostaje nieodmiennie Jarek Szubrycht (szubrycht.wordpress.com), choć dziś częściej zajmuje go wspominanie młodzieńczych lat, popisy celebrytów i oferta telewizji śniadaniowych. Najlepsze zostawiłem jednak na koniec – Mariuszowi Hermie pozazdrościć należy nie tyle bloga (ziemianiczyja.pl), co pomysłów na jego urozmaicanie. Od linków dokumentujących jego działalność dziennikarską, poprzez wyjęte z szuflady szkice, spontaniczne tweety, oryginalne teksty i analizy, po spektakularne Kioski zbierające do kupy tony sieciowych odnośników. A wszystko to przy nienagannej edycji i językowym wyczuciu. Pochwalić również należy oddanie inicjatywie i reakcje na wszelkie komentarze – przyjemny ewenement w kontekście mocno jednokierunkowych zazwyczaj blogów dziennikarzy. Wprawdzie internet pozostaje niespełnioną obietnicą, ale idea sieci jako nieuchronnie najpoważniejszego, najbardziej demokratycznego źródła wiedzy o świecie zdaje się być bliska młodym Polakom. Plan minimum to zmiana obecnego, przykrego stanu rzeczy – najchętniej czytanym tytułem w Polsce pozostaje „Tele Tydzień”. Plan długofalowy to przekształcenie internetu z ciemnej rury w środowisko przyjazne wszystkim chcącym się czegoś dowiedzieć i mającym coś do powiedzenia. Czemu wujaszek będzie się przyglądał z niesłabnącym zainteresowaniem.
czy polski street art wyprzedaje swoje ideały? tekst | aleksander hudzik
foto | kasia walentynowicz
Awantura o służewiecki mur uświadomiła wszystkim, że wartość ścian pomazanych sprayem oszacowują dziś marketerzy. świat reklamy próbuje zwęszyć interes, gdzie się tylko da, stąd wykonanie muralu znajduje się dziś w ofercie różnych agencji jako tzw. działanie niestandardowe. a gdzie w tym wszystkim jest sztuka...? Street art w 2010 roku dobił ostatecznie do brzegu zwanego popkulturą. Banksy za swój film „Wyjście przez sklep z pamiątkami”, w którym przez ponad 90 minut robi nas w balona, omal nie otrzymał Oskara. Statuetki nie zdobył, ale sporą widownię – na pewno. Co więcej, publika mogła zobaczyć jego film nie tylko w studyjnych, ale też zupełnie komercyjnych kinach. O Banksym warto mówić, a gdy robi to on sam, powinniśmy być szczęśliwi w dwójnasób. Warto mówić także o tym, co dzieje się u nas. Książka „Polski street art” Elżbiety Dymnej i Marcina Rutkiewicza to właśnie przewodnik po naszym podwórku. Jednym się podoba, drugim nie, ale na pewno na jej dostępność i popularność narzekać nie można. Teraz każdy bywalec księgarni obok albumu contemporary art i photography now może zobaczyć sztukę ulicy. Street art stał się celebrytą na artystowskim świeczniku. Ale jak się tam wspiął? Kalendarz kulturalny usiany jest wydarzeniami z metką street. Murale powstają jak grzyby po deszczu. Zamiast do IKEI idziemy na targi „Need For Street”, gdzie kupić można designerskie gadżety typu DIY. Do klubów przyciągają nas nie tylko koncerty, ale street art jamy. Wystarczy przypomnieć Secret Wars 2010. Bitwa na flamastry między ekipą z Polski i Szkocji wypełniła warszawskie Powiększenie po brzegi i rozgrzała publikę do czerwoności. Tacy twórcy jak Zbiok, M-City czy Sepe stali się rozpoznawalni na równi z artystami sztuki „wysokiej”. Mamy popularnych artystów, mamy znane prace. Wszystko to jest wierzchołkiem góry, która formuje się już od wielu lat. Rozpoznawalność medialna street artu przyciągnęła zainteresowanie wszystkich, w tym wielkich międzynarodowych koncernów. Cóż, orężem popularności można wiele zdziałać. Ale – jak się niedawno okazało – można się też pokaleczyć. O mały włos nie stało się to udziałem marki adidas. Firma utożsamiana z kulturą ulicy, muzyką, sportem, wreszcie deską i graffiti, omal nie strzeliła sobie w stopę, gdy postanowiła zrealizować niestandardową kampanię, która podziałałaby na wyobraźnię coraz liczniejszych wy-
problem w tym, by – JAK MÓWI BANKSY – pop zrobił dla street artu to, co „karate kid” dla sztuk walki, a nie to, co „szczęki” dla surfingu
znawców street artu. A gdzie w Warszawie najlepiej przemówić językiem sztuki ulicy, jeśli nie na służewieckim murze (gwoli przypomnienia, drugą intratną przestrzeń – Metro Centrum – zajęła już firma Nike)? Mekka polskiego graffiti, 1100 metrów ściany, ponad 250 dzieł – to wszystko miało pójść pod pędzel na rzecz gigantycznej reklamy adidasa. Plotka o zaanektowaniu muru przez znany brand poszła w świat, a raczej w cyberprzestrzeń, i w ciągu ledwie kilku godzin facebookowa grupa „adisucks” miała 10 tys. członków, namawiających swoich znajomych do bojkotu marki. Wypadało już tylko czekać na chóralne: „Gdzie jest mur”. Cała „afera adidasa” przypominała odbijanie piłki, z tym że pomiędzy firmą a środowiskiem stał jeszcze cały zastęp pośredników, co dodatkowo gmatwa sprawę. Szum podkręcały też media – TVN i Gazeta Stołeczna w mnożących się nieporozumieniach dopatrywały się co najmniej zamachu na wolną i demokratyczną wypowiedź. Ściana służewieckiego Toru Wyścigów Konnych jest faktycznie przestrzenią demokratycznej sztuki. Wiele można o niej mówić, wiele zarzucić – przyjmuje raz lepsze, raz gorsze dzieła. Niestety, od dłuższego czasu zarastała mchem. Plan zagospodarowania jej nowymi ni to muralami, ni to billboardami kreującymi wizerunek adidasa jako marki młodzieżowo-streetartowej to niewypał – szczęśliwie tak w zamyśle, jak i realizacji. Historia ma jednak swój szczęśliwy finał. Tak oto za sprawą adidasa i sporego zamieszania mur zyskał parędziesiąt metrów nowego wdzianka (zagruntowaną przez adidasa ścianę już tydzień później sprejowali bracia streetersi) i sporo szumu, który na pewno na złe mu nie wyjdzie. Odkąd street art stał się modny, nie może się opędzić od wielbicieli. A tymi równie często co firmy prywatne są państwowe instytucje, które potrzebują dużo młodzieżowego „lubię to”. W taki oto sposób w Roku Chopinowskim na ścianach zaobserwowaliśmy wzmożone występowanie Fryderyków Chopinów. Naszą chopinadę zacznijmy od preludium. Już w 2009 roku na skrzyżowaniu ulic Złotej i Marszałkowskiej w Warszawie powstał pierwszy mural chopinowski. Frycek gra, pod palcami wije mu się klawiatura, a gdzieś obok pod parasolką skrywa się jego ukochana George Sand. Wszystko wygląda świetnie, do pracy nad muralem przyłożyli się profesorzy polskiego streetu: Sepe, Chazme
40
kultura
i Elo Melo. Jeden Chopin to naprawdę dobra inicjatywa, szczere połączenie polskiej tradycji i sztuki nowych czasów. Cała armia Chopinów to niestety inna bajka. Tymczasem wizerunków naszego wielkiego kompozytora w samej Warszawie zrealizowano jeszcze kilka. Piętnaście minut piechotą i jesteśmy przy ulicy Konopczyńskiego, gdzie czeka aż dwóch Chopinów. W tym przypadku za sprawą nie stoją jednak ludzie, którzy bawią się farbą w puszce, a firma graficzna. Ta obok Chopina na murach polskich miast upamiętnia też kubki do kawy, ubrania, itp. Zresztą nie o biednego Frycka tu chodzi, a o reklamę, która przybrała streetartowe wdzianko. „Bo też kocham Chopina... i słuchać”, jak Adaś Miauczyński, „ale nie przez drzwi, sufit, ścianę!”, czyli po prostu na siłę. Ani słuchać, ani oglądać. Nie lubię też myśleć o tym, że Maria Skłodowska-Curie, nowy „patron roku”, już doczekała się muralu. Boję się o to, jak uwieczniony zostanie kolejny jubilat – Czesław Miłosz. Rapujący wiersze? Czy walczący z Szymborską na nagrody Nobla? W muralach chopinowskich sprytnie wykorzystano wizualne skojarzenie ze street artem. Podobieństwo kończy się jednak na formie wykonania – może i na ścianie, ale bez ducha, którym sztuka ulicy żyje. Wychwycono modę na styl graficzny, ale pogardzono ideą, która street artowi od początku towarzyszy. Murale nie mają w sobie tego buntowniczego rozczochrania, które zastąpione jest kaskadą radosnych barw. Angażować street art w defiladowe dekoracje to trochę jak kazać Rychowi Peji śpiewać hymn podczas meczu reprezentacji. Chcielibyście? On Szacunek Ludzi Ulicy zdobył raczej tekstami w stylu: Komercja, komercja, to mnie właśnie irytuje. No właśnie. Grad zarzutów o zaprzedanie ideałów spadł na Zbioka, któremu przypadło w udziale tworzenie murali pokazywanych w ubiegłorocznym spocie reklamowym TVN-u, a który już wcześniej współpracował z kilkoma markami odzieżowymi. Była to jednak krytyka bardziej zawistna niż merytoryczna. Zbiok po prostu dobrze zarobił, a kto nie lubi zgarniać pieniędzy za to, co lubi robić, a przy okazji robi to znakomicie? Czy szanowany artysta popularnego nurtu sztuki współczesnej ma sprzedawać frytki w McDonald’s, a po nocach ganiać ze sprayem w dłoni? Dla większości nie, ale dla niektórych – tak. Oceniając sytuację street artu w Polsce nie da się przeoczyć pewnych tendencji, sprzecznych ideologii, które tę sztukę rozrywają. Jej pole oddziaływania staje się coraz szersze, co dzieli rosnące środowisko na frakcje. Ortodoksi nadal będą marzyli o graffiti rodem z lat 80. z Nowego Jorku – czystej rebelii w sprayu. Młodsi zaakceptują pewne kompromisy, gdyż nie jest prawdą, że sztuka ulicy sprzedała się za popularność. Powinniśmy raczej dostrzegać plusy tej popularności, jak choćby to, że odwiedzili nasz kraj panowie Blu i Roa, zostawiając po sobie ślady, a konkretnie Ściany – w Warszawie i we Wrocławiu w ramach festiwalu Out Of Sth. Do Polski zawitali też Inse i Inka, a to mniej więcej tak, jak gdyby Madonna odwiedziła nas trzy razy i jeszcze nagrała tu teledysk. Do nas przyjeżdżają, my wyjeżdżamy – i nie chodzi tu o loty na Zieloną Wyspę. M-city podbija swoimi czarno-białymi muralami nie tylko europejskie miasta. Ostatnio artysta gościł m.in. w São Paulo i Rio de Janeiro. Natomiast projekt Super City Bros. panów z Vlepvnetu zawędrował aż do Norwegii. Vlepvnet znalazł zresztą sposób na street-pop – ich ideą jest Postvandalizm, czyli wszystko to, co wiąże się z dewastacją, chaosem i wywrotową działalnością, która leży u podstaw sztuki ulicy. Wykorzystane zostaje to, co w przestrzeni publicznej brzydkie, zniszczone, już zdewastowane, co przez popkulturę jest wyrzucone na śmietnik. Idea jest klarowna – odkrywamy potencję brzydoty miasta, pokazujemy i czekamy na reakcję. Zresztą na podobnej zasadzie opierają się działania panów z galerii Viuro i samozwańczego pierwszego wandala Warszawy, niejakiego KRAC -a (jeśli nie kojarzycie, przejdźcie się dowolną ulicą w centrum Warszawy).
Czy street to tylko Warszawa? Nie! Kraków, Wrocław, Poznań – tam, gdzie rozwija się sztuka, popularyzuje się też street art. Wspomniany Out Of Sth zapełnił wrocławskie ściany pracami najwyższej próby, artystów takich jak Vova Vorotniow. Kraków gościł w zeszłym roku grupę Twożywo w ramach festiwalu Artboom. Wreszcie wiele działo się w Poznaniu na Biennale Sztuki Mediations. Street art staje się pełnoprawną sztuką w przestrzeni publicznej. Tworzy wizerunek miasta, tak jak tworzą go inne działania artystyczne poza obszarem galerii. Zaciera się granica między muralami a palmą Rajkowskiej i rzeźbami Althamer (z tym że Joannie Rajkowskiej nikt nie kazał stawiać w Warszawie palmy upamiętniającej Wielki Czyn, a Althamer mógł postawić na Pradze pomnik Gumie, a nie Wielkiemu Rodakowi). Wzrostowi zainteresowania street artem towarzyszą też inicjatywy bardziej utylitarne i z założenia nastawione na zysk, czerpiące jednak inspirację z tego nurtu i aprobowane przez środowisko, jak popularna trójmiejska marka odzieżowa Mleko.
mural: Łukasz Mieszkowski i Marcin Urbanek
na początku marca w galerii senatorskiej w warszawie doczekaliśmy się pierwszej aukcji polskiego street artu! profesjonalnie, bo przy pomocy domu aukcyjnego rempex, zlicytowano wiele prac na kwotę kilkudziesięciu tysięcy złotych!
Street art łatwo wykorzystać – nie ma zaplecza instytucjonalnego towarzyszącego sztuce z galerii, nie ma krytyków, kuratorów, artystycznego światka. Jest tylko moda, która spowodowała, że dziś ten rodzaj sztuki wypada lubić, nawet jeśli niewiele się z niego rozumie. Z drugiej strony chyba nie sposób oczekiwać, że coś, co miało swój początek dawno i daleko, czyli w latach 80. w USA, miałoby tkwić ciągle w tym samym punkcie. Street art musiał w końcu zostać doceniony w taki a nie inny sposób, wejść z undergroundu na salony. Problem w tym, by – jak mówi Banksy – pop zrobił dla street artu to, co „Karate Kid” dla sztuk walki, a nie to, co „Szczęki” dla surfingu.
41
kultura
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
tekst | Łukasz Greszta
Zbierasz się na odwagę, by wyrazić siebie w przestrzeni publicznej? Nim zdecydujesz się zrobić swoją pierwszą w życiu wrzutę na którejś z osiedlowych ścian, wypadałoby co nieco wiedzieć o historii graffiti, by potem nie nazwali cię wandalem, tylko artystą.
foto | Materiały promocyjne
Początków graffiti zapewne jest tyle, ilu opowiadających o nich. Niektórzy sięgają do czasów antycznej Grecji, inni skupiają się na okresie Rewolucji Przemysłowej, albo na czasie narodzin związków zawodowych i ruchów socjalistycznych. Banalna prawda jest taka, że na murach pisano od zawsze. Jednak to, co znamy jako graffiti, swoje początki ma zdecydowanie w Stanach Zjednoczonych. Jedną z najbardziej ciekawych historii narodzin tego zjawiska jest ta związana z fabryką broni w Detroit. Któryś z jej pracowników pisał na sprzęcie, z którym miał styczność, „Kilroy was here”. Umieszczał do tego jeszcze mały i prosty rysunek. Praca cieszyła się taką popularnością wśród amerykańskich żołnierzy, że kiedy przemierzali Europę, sami pozostawiali napis i rysunek na murach budynków. Po wojnie napis „Kilroy was here” wykorzystywano podczas pacyfistycznych demonstracji. Jednak to wciąż prehistoria w kontekście współczesnego graffiti. Forma i kształt, a także cały duch zaczął oblekać się w realny kształt w latach 60. ubiegłego wieku w mieście braterskiej miłości – Filadelfii. To właśnie tam działał jeden z pierwszych rozsławionych zawodników ze sprayem – Cornbread. Legenda głosi, że pierwsze prace Cornbreada miały na celu zwrócenie na niego uwagi przez pewną dziewczynę. Ostatecznie zwróciło na niego uwagę trochę więcej osób. Cornbread zasłynął tym, że pomalował spód jednego z samolotów na lotnisku tuż przed tym, jak ten wzbił się w powietrze. Oprócz Cornbreada w Filadelfii działali między innymi Cool Earl czy Kool Kev. To właśnie ich rozwijanie stylu i pracowitość doprowadziły do początków graffiti na terenie Nowego Jorku. Słowo graffiti pierwszy raz zostało użyte w oficjalnym piśmie w Nowym Jorku w 1967 roku. Pojawiło się w raporcie władz miasta o „dobrych manierach w metrze” i brzmiało tak: Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite 269 PLN
Knit graffiti
Chcesz skoncentrować uwagę mężczyzn na swoich nogach? Bądź zauważalna od samych stóp! Pomogą Ci w tym buty Reebok Leather Clean Ultralite z kolekcji Classic Lite w kolorze excellent red. Dzięki unikalnej podeszwie 3D Ultralite zyskasz komfort i podparcie stopy – przydatne przy kolejnych skokach na miasto!
42
kultura
Don’t write graffiti. Chyba w ciągu kolejnych dwóch dekad wiele osób potraktowało je jako wyzwanie. Julio 204, Tracy 168, Lee 163 czy Taki 183. Ich tagi rozprzestrzeniały się po mieście w zawrotnym tempie. Szczególny wkład w promocję swojego miał Taki 183, który stał się bohaterem pierwszego artykułu traktującego o graffiti. Tekst został opublikowany 21 lipca 1971 w „New York Timesie”. Jednak mimo znaczącego wkładu w pisanie historii graffiti Taki nie kontynuował swojej przygody z murami i metrem. Zapytany dlaczego porzucił graffiti powiedział: Nie robisz tego co robiłeś mając 16 lat, kiedy masz już 19. Graffiti było wtedy już nie do zatrzymania – gdy przestało przybywać liter i cyfr Taki 183, na ich miejsce pojawiły się tysiące nowych. Coraz większą uwagę zaczęto przywiązywać nie tylko do lokalizacji, w jakich powstawały prace, ale również do stylu. Phase 2 jest uważany za pierwszego writera, który w swoich pracach malował strzałki, z kolei Flint 707 i Pistol uchodzą za tych, którzy dali początek 3D w graffiti. Lata 70. były eksplozją i rozkwitem ruchu. Przyciągnął on uwagę bohemy nowojorskiej. Z jednej strony był czymś potępianym i ściganym przez władze, z drugiej – fascynującym i podniecającym dla artystowskiego środowiska. Co ciekawe, pierwsza „prawdziwa” wystawa graffiti wcale nie odbyła się w Nowym Jorku. Ba, nawet nie w Stanach Zjednoczonych, tylko w Rzymie. W galerii La Medusa Claudio Bruniego swoje prace pokazali m.in. Lee Quinones czy Fab 5 Freddy. A potem już się potoczyło. Początek lat 80. to boom na graffiti w Wielkim Jabłku. Nastoletnie dzieciaki, które prawie codziennie łamały prawo, „bombiąc” pociągi metra, nagle stawały się głównymi Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite 269 PLN
Co zapewni Ci świetny wygląd? Krawat, mucha? Proponujemy połączenie ponadczasowego wzornictwa, miejskiego stylu i lekkich materiałów – Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite. Nowa odsłona klasycznego buta Classic Leather z wyjątkową podeszwą zewnętrzną 3D Ultralite, z odpornej na ścieranie gumy gwarantuje przyczepność i trwałość, a niski profil buta – wygodę. Enjoy! bohaterami wernisaży. Takie miejsca jak Fun Gallery Patti Astor czy Fashion Moda Stefana Einsa zyskiwały status kultowych miejsc. Odwiedzali je Debbie Harry, Malcolm McLaren, Andy Warhol ze swoją świtą. A w galeriach, podobnie jak na ulicach, królowało kolejne pokolenie artystów. Rammellzee, Revolt, Dondi, Lady Pink, Futura 2000, Zephyr, Blade czy Daze. W tym samym momencie na scenie artystycznej Nowego Jorku debiutował Jean-Michel Basquiat. Graffiti przekroczyło granicę i przestano je postrzegać jako formę wandalizmu, stało się ono częścią sztuki współczesnej. Takie filmy jak „Wild Style” czy dokument „Style Wars” również przyczyniły się do wzrostu popularności ruchu – nie tylko w USA, ale i na świecie. Nie bez znaczenia w tym wszystkim była rodząca się siła hip-hopu, który był nieodzownie powiązany z kulturą farby. Dzieciaki ze slumsów Nowego Jorku zaczęły jeździć ze swoją twórczością po całym świecie. Pomiędzy 1980 a 1989 Futura 2000 i Crash wzięli udział w blisko 200 wystawach na całym świecie. I tam pozostawiali ziarna graffiti. Mode2, Bates czy Delta to legendy europejskiej sceny, które zaczęły tworzyć pod wpływem kontaktu z gośćmi z Ameryki (we Francji działał artysta podpisujący się Zlotykamien). Lata 80. mijały szybko. Graffiti stało się modne, trafiło do galerii, telewizji i reklamy. Równocześnie w jego sercu – Nowym Jorku – coraz bardziej zaostrzaNajnowszą kolekcję znajdziecie na: www.reebok.com/PL
ły się przepisy „antygrafficiarskie”. Od 1984 do 1989 władze miasta wydały 52 miliony na walkę z graffiti i czyszczenie pociągów. Swój boom na graffiti przeżywało również Los Angeles. Wykształciło się tam z nieco innych korzeni i w inny sposób, ale również było obecne w Kalifornii. Kluczową rolę odegrał w tym Chaz Bojorquez – twórca stylu Cholo związanego z Latynosami. Równie ważne było otwarcie galerii ACE i prezentowanie tam w połowie lat 80. gwiazd z Nowego Jorku.
Light painting
Lata 90. były momentem, kiedy twórczość w przestrzeni miejskiej zaczynała nabierać innego wyglądu. Zaostrzenie kar, zmiany architektoniczne i wykorzystywanie nowych form przekazu, a przy tym wszystkim ten drobny fakt, że graffiti w jakiś sposób zwolniło. Media przestały je eksploatować, pozwolono mu żyć własnym życiem (oczywiście pomijając cały czas wykorzystywanie go w reklamach i równocześnie uznawanie za coś nielegalnego). Graffiti rozlało się po świecie i zaczęło buzować na innych kontynentach. Wielu artystów z USA opuściło swój kraj i tworzyło za granicą, jak choćby JonOne. Paryż stawał się jednym z najbardziej interesujących miejsc, potem dołączył do niego Berlin. Europa wypracowywała swój własny język i styl. Daim, Delta, Loomit, Jay czy Miss Van stworzyli własny unikatowy kod. Pojawiło się również wielu artystów rozwijających tę sztukę w oryginalnej formie knit graffiti lub light paintingu, zwanego też świetlnym graffiti. Na przełomie tysiącleci zaczynał też tworzyć człowiek, w którego istnienie wielu nie wierzy aż do dziś. Bristol’s Dry BreadZ Crew była pierwszą ekipą, w której graffiti tworzył Banksy. Kiedy na początku XXI wieku przerzucił się na szablony i zaczął podbijać ulice Londynu, świat zachłysnął się czymś, co wydawało mu się nowe. Nazwano ten ruch street artem. Ale to już zupełnie inna historia... Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite 269 PLN
Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite Jeśli lubisz detale idealnie skomponowane ze strojem – buty Reebok Classic Lite Leather Clean Ultralite stworzono z myślą o Tobie! Dzięki zastosowaniu w nich wyjątkowej podeszwy w kolorze malibu blue, będziesz mogła śmiało połączyć je ze strojami z kolekcji Reebok! Unikalna podeszwa 3D Ultralite zapewnia lekkość i podparcie stopy, a niski profil buta – komfort.
43
kultura
m
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
odcinek 10: Witold Gombrowicz tekst | Filip Szałasek
foto | marla nowakówna
Warto przeszczepić co nieco z edukacyjnych obowiązków na zbliżające się wakacyjne przyjemności. Na przykład ponowną lekturę Gombrowicza. Przydałoby się ocalić tego cudnego faceta ze szponów szkolnego kanonu.
„Trans-Atlantyk” postrzegany był za czasów mojej licealnej edukacji jako zmora. Zdaje się, że nawet go podówczas nie przeczytałem. Dopiero w któreś wakacje całkiem przypadkiem odkryłem, że nie było się czego bać. Odstręczająca uczniów Ojczyzna okazała się być artykułowana w „Trans-Atlantyku” jako „oj, czy zna?” – jękliwe wołanie z otchłani łobuzerskiej duszy do mamy: czy jeszcze pamięta marnotrawną latorośl zagubioną gdzieś w zamorskich krajach? Osadzone w Argentynie groteskowe perypetie imigranta, po raz pierwszy w życiu wystawionego na kontakt z gejami, tropikiem i żywym trupem polskiej tradycji, paradoksalnie żwawszym po odcięciu od macierzystego ciała, są po prostu zabawne. Czy opisuje puszczalskie psy, czy hrabiów zatrudniających ludzi do czytania dworskich bibliotek, bo ktoś musi, Gombrowicz nie spuszcza z absurdalnego tonu. Popada nawet momentami w furię: pluje na ludzi lub skrada się wokół polskiej ambasady niczym Kordian planujący carobójstwo lub karykatura Raskolnikowa, rozpłaszczająca nos o szybę tarasu lichwiarki. U progu XXI wieku gotycki kryminał przeznacza się dla odbiorców bardziej obytych z kulturą niż forysie i lokaje. Sto lat temu było trochę inaczej. Dbały o prestiż, Gombrowicz opublikował więc „Opętanych” anonimowo, dla pieniędzy, a może i odskoczni od bardziej wymagających zajęć. Znajoma kucharka zwierzyła się jego bratu, że „Opętani” to jedna z najlepszych książek, jakie czytała, jedno z tych dzieł, utworów wielkiego formatu, których próżno spodziewać się po bujającym w obłokach Witoldzie. Z czasem poczęto bronić tego tytułu – Maria Janion, sam Gombrowicz i inni – i bardzo słusznie, ponieważ niewiele jest takich indeksów w polskiej propozycji lekturowej. Porównanie, jakie nasuwa się przy pierwszych stronach, to Boris Vian – surrealizm wielu sytuacji (polskie kluby tenisowe podbija chłopak z ulicy, milionerzy zachowują pełną kulturę wobec swoich utrzymanek, lecz giną z rąk własnych kuzynek) przesłania bowiem chwilowo mięsisty kryminał (czy czerniejące usta bohaterów to dokonany przez antycypację plagiat pomysłu Eco z „Imienia róży”?).
starsi panowie, swatając ze sobą dwoje nastolatków, odskakują jak oparzeni, kiedy okazuje się, że gówniarstwo wiedzie już od dawna dość rozbudowane życie erotyczne
W czołowej trójcy zmieściłbym jeszcze „Kosmos”. Powieść często pomijaną w popularnej recepcji Gombrowicza, prawdopodobnie ze względu na nowatorski synkretyzm. Mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju kryminału semiotycznego. Bohaterowie śledzą znaki (kreski na suficie, układ patyków w ogródku), fantomy sensów chwiejące się na wietrze codziennych intryg w mieszczańskim domostwie, próbując dojść do ładu z tajemniczymi zabójstwami (pierwszy pada wróbel) i wszechobecnością mrocznego erotyzmu (dziwnie pociągające, zniekształcone usta Kataszki, podglądanie nudnego pożycia Leny i jej męża, przyszłego samobójscy, wreszcie onanizm w miejscu dawnych tryumfów seksualnych jako obleśna wariacja na temat poezji pamięci). Dla odświeżenia „Ferdydurke” zalecam porównanie lekcji łaciny według Gombrowicza z wizją tych samych czterdziestu pięciu minut szkolnego czasu widzianych oczami Zbigniewa Herberta w „Labiryncie nad morzem” (rozdział „Lekcja łaciny”). Herbert, od pierwszego kontaktu, wymaga od czytelnika szacunku, rewizji własnej wiedzy, itd. Łacina więc leży mu jak ulał – jako młody chłopak widział w szkolnym latyniście uosobienie rzymskich cnót. Zaś Gombrowicz, ustami swego alter ego – Gałkiewicza, woła w reakcji na deklinacyjną końcówkę „-us”: Wcale! Tra, la, la. O Boże! Mama! (...) O, nie mogę, nie mogę! I nie chodzi tu o to, że jest bardziej ludzki od poważnego Zbigniewa. Nie leży mu skostnienie form, trup wysokiego akademizmu, pochwała intelektualnej martwoty. Trochę niżej niż wymienione już tytuły cenię sobie „Pornografię”. Jakby trochę wbrew sobie kontynuował tu Gombrowicz temat teatrzyku rozgrywanego między ramolami a młodymi. Starsi panowie, swatając ze sobą dwoje nastolatków, odskakują jak oparzeni, kiedy okazuje się, że gówniarstwo wiedzie już od dawna dość rozbudowane życie erotyczne. Może jednak przesadzam, twierdząc że to lekki spadek formy, bo przecież i w „Pornografii” jest Gombrowicz bardzo satysfakcjonującym pisarzem, demonstrującym przede wszystkim trudną dla niektórych prawdę, że geniusz i polot mogą chodzić w szacie błazeńskiej, niekoniecznie z miną ponurej powagi, tą alfą i omegą kujonów. Sięgnij też po... „622 upadki Bunga” Stanisława Ignacego Witkiewicza lub „Jezioro Bodeńskie” Stanisława Dygata
44
książka
“Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów!”
43 45
książka
RECENZJE MUZYka „Helplessness Blues” Sub Pop 9/10
Debiutancki krążek Fleet Foxes, okrzyknięty arcydziełem 2008 roku, trochę przypadkiem okazał się sukcesem komercyjnym – panująca wówczas moda na folkowych brodaczy sprawiła, że nieprzebojowa płyta stała się przebojem. To się już nie powtórzy, bo „Helplessness Blues” wyciąga dalsze konsekwencje z folkowej rewolucji. Nici z radiowych melodii w stylu „He Doesn’t Know Why” czy „Your Protector”. Pozostają muzyczne dziwactwa w stylu Sufjana Stevensa, przepocone słuchawki, trochę niecodziennej magii. Jeżeli klątwa drugiej płyty krąży niczym chmura nad debiutantami, szczęśliwie ominęła ona
płyty HIRO
HIRO
Fleet Foxes. Robin Pecknold powiedział, że album ten kosztował go związek i zdrowie – wysoka cena, ale efekt imponujący. Jego łagodny głos zyskuje tu więcej przestrzeni niż na pierwszym krążku, przenosząc słuchaczy hen w dalekie prerie i pozostawiając tam na długie godziny. „Helplessness Blues” swobodnie miesza w kotle muzycznych dekad: słychać tu Grizzly Bear („Someone You’d Admire”), Simona i Gurfunkela („The Plains/ Bitter Dancer”), a nawet renesansowe madrygały („The Cascades”). Swoją prawdziwą wielkość grupa ujawnia jednak dopiero w ośmiominutowym utworze „The Shrine/ An Argument”, który lepi w jedno dwie warstwy krążka – tę bardziej pogodną z tą pochmurną. Całość hipnotyzuje i może się przyśnić. Na żywo nowego materiału będzie można posłuchać już 6 lipca w Poznaniu. Adam Kruk
Katy B „On A Mission” Rinse 7/10
Muzyka Końca Lata „PKP Anielina” Thin Man 7/10
Rozpowszechnił się dość ambiwalentny stosunek do debiutu Katy. „On A Mission” zawiodło przede wszystkim nadzieje tych, którzy oczekiwali damskiego responsu na najnowsze dubstepy. Miłośnicy klubowych brzmień chcieli zobaczyć w roli szkieletu kompozycji to, co było dotychczas jedynie ich ozdobą, czyli kobiece wokalizki, cięte i wtłaczane między beaty zależnie od kaprysu producentów. Udało się aż nadto: debiut Katy faworyzuje charakterystyczną, jazzującą wokalistykę, więc zaczęli przeciągać go na swoją stronę fani chart-popu. UK funky, rekwizyty sceny basowo-dubowej, blichtr r&b, vintage’owy głos – wszystko podszyte toposem dziewczyn na mieście, ubarwianym tęsknotą za złotą erą brytolskich parkietów. Komu lekcje wydają się zbyt pilnie odrobione, ten odpocznie przy mniej erudycyjnym, intymnym zakończeniu. Być może związane z „On A Mission” zamieszanie płynie właśnie z wyczerpującej, albumowej formuły? Świat spodziewał się dobrze znanych singli wśród wypełniaczy, a dostał równą, spójną całość. Filip Szałasek
Nie, nie musisz wybierać: Nerwowe Wakacje czy Muzyka Końca Lata? To jedna reprezentacja – młodych zdolnych. Cholernie zdolnych. Spektakularnego debiutu tych pierwszych nie sposób zignorować, tych drugich nie sposób już dłużej ignorować. „PKP Anielina”, trzeci album ekipy z Mińska Mazowieckiego, dopełnia „tryptyku prowincjonalno-miłosnego” na tyle skutecznie, że aż smutno się robi na sercu. Pocieszam się, że to bardziej takie podsumowanie, rozliczenie z nostalgiami przeszłości osób, o które coraz głośniej upomina się dorosłość. A muzycznie to wręcz awans na wyższy poziom – przestrzenne, umiejętnie zagęszczane brzmienie, przyjemnie odsączone z „juwenaliowych” naleciałości. Brzmienie w pewnym sensie, a na pewno bardziej niż dotychczas, uniwersalne, wolne od natychmiastowych – krajowych – skojarzeń. Niczym sztubackie w przesadzie, a zarazem i dopowiedzeniach teksty, które wymykają się lokalnym inspiracjom, by szerzyć krzepiące przesłanie. Jakie? Proszę posłuchać. Maciek Lisiecki
Świeże
FLEET FOXES
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
The Kills „Blood Pressures” Domino 5/10 Femme fatale garage blues pop zarejestrowany na wilgotnej od potu sex-taśmie to nic innego jak czwarty krążek brytyjskoamerykańskiego duetu. Podczas gdy spora część współczesnej sceny alternatywnej ucieka w mocno artystowskie klimaty (...) konsekwentnie taplają się w rockowej surowiźnie – pisze Sankowski. To mniej komercyjna, piosenkowa i łagodna płyta – dodaje Gacek. „Blood Pressures” stoi pod znakiem skoku w bok Alison Mosshart z The Dead Weather i w finale wychodzi, że ten longplay to biedniejszy krewny „Sea Of Cowards”. VV i Hotel męczą przymulone i pobrudzone post-zeppelinowe riffy z „niemiecką” motoryką. Najczęściej wieje od tego przeciętnością, z której zespół wyrywany jest głównie dzięki Mosshart, bo – jak to kiedyś pisałem – ona ma ciary w głosie. Względnie zajął mnie cytat z Kayah i Bregovicia w „Satelitte”, z Lennona w „Wild Charms” i z „Get It On” T. Rex w „Damned If She Do”. Ale i tak idę o zakład, że The Kills o klasę lepiej dają na żywo. Promotorzy, bukujcie ich! Marek Fall
Panda Bear „Tomboy” Paw Tracks 8/10 Jeśli istnieją jeszcze fani muzyki, którzy nie słyszeli żadnej płyty Pandy, mogą spokojnie zacząć od „Tomboya”. Przede wszystkim Noah Lennox skonsolidował tu swoje atuty: modlitewne, sypialniane psych-indie z „Young Prayer” tańczy pod wodą niczym zalecające się manaty z gęstą, miazmatyczną psychodelią „Person Pitch”. Poza własnymi pomysłami (m.in. wpływy „transowego” projektu Jane, który współtworzył wraz ze Scottem Mou w latach 2002-05), nawiązuje Panda do osiągnięć konkurencji, np. akwatycznego, post-russellowskiego disco, rozpropagowanego przez zeszłoroczne „Swim” Caribou („Afterburner” Lennoxa to – wypisz, wymaluj – „Sun” Snaitha). Niespotykane wcześniej minimalistyczne mgiełki („Scheherazade” i „Drone”) pełnią rolę oddechu przed introdukcją kolejnych singli, zachęcających do podzielenia z artystą fascynacji starociami (Brian Wilson). „Person Pitch”, przynajmniej na początkowych etapach, mogło kojarzyć się z pokonywaniem nurtu, na „Tomboy” liczy się pełne zanurzenie. Filip Szałasek
nIwea „02” Qulturap 5/10 Follow-up być może najbardziej kontrowersyjnej płyty ostatnich lat dociska – wedle słów Wojtka Bąkowskiego – Niweę w stronę ciemności. Artysta, performer i etatowy laureat porzucił ramy klaustrofobicznego psycho-pamiętnika z komuny,
tv on the radio „Nine Types of Light” Interscope 6/10 Głębokie wokale, funkowe aluzje, zręczność kompozycyjna – wszystko to znajdziemy na „Nine Types Of Light”. Mimo to, płyta rozczarowuje nie tylko okropną okładką, ale i powielaniem sprawdzonej wirtuozerii. Albumem „Dear Science”
TEn typ mes „Kandydaci na szaleńców” Alkopoligamia 9/10 Trzy lata temu w kawałku 2cztery7, swojej drugiej macierzystej formacji, Ten Typ Mes nawinął, że owinął sobie hip-hop wokół pewnego narządu ciała. Uczciwie trzeba przyznać mu rację. Trzecia solówka, szczególnie w dwupłytowej wersji spe-
alexander „Alexander” Vagrant 8/10 Solowa płyta Alexa Eberta arcydziełem może nie jest, ale dobrze pokazuje wszystko to, co od lat lęgnie się w głowie szalonego Amerykanina. Jego hipisowskie podejście do grania dało się we znaki już przy poprzednim projekcie, czyli Edward
Nerwowe wAkacje „Polish Rock” Wytwórnia Krajowa 7/10 Wydawałoby się, że większość młodych polskich wykonawców wychodzi z założenia, że lepiej i fajniej jest powoływać się na inspirację zagranicznymi artystami. Tymczasem od Nerwowych Wakacji już na wstępie dostajemy dekla-
arctic monkeys
„Suck It And See” Domino 6/10 Wiele się zmieniło od czasu, gdy w 2006 roku oglądałem ich w Dreźnie. Niewiele wcześniej z woli ludu „I Bet You Look Good On A Dancefloor” dotarło na szczyt brytyjskiej listy przebojów; niewiele później sprzedaż debiutu zrobiła z nich w tydzień „lepszych od Beatlesów”. Dziś wiemy już, że Małpy nie dały zrobić z sie-
by dokumentnie zanurzyć się w egzystencjalnym strumieniu świadomości, „niedorozwiniętym” freestyle’u i popsutych zdaniach, których treść sprawia, że „02” jest do słuchania po ciemku „z widokiem na diodę”. Dociska też Dawid Szczęsny, którego zimna fala jest coraz zimniejsza, a hip-hop coraz bardziej duszący. Muzyk wznosi się tu na wyżyny, robiąc na beacie osobiste „Closer” albo mroczną trylogię Cure’ów, i to jego plugawy artyzm działa jak detoks na pozy i manieryzm
Bąkowskiego. Nawet gdyby przyjąć, że mamy do czynienia ze szczerą wypowiedzią artystyczną, to do wyrzygania zamęcza ta pretensjonalność opowieści o „życiu kurewskim” dla dzieciaków ubranych w H&M i prężnych menadżerów. Choć na uczelniach artystycznych z pewnością mają z „02” noce czarne jak smoła, to znów w zamierzeniu był strach, a wyszło kuglarstwo. Edycja winylowa zacna, nie przeczę. Ale czekam na instrumentale. mareK fall
sprzed trzech lat TV On The Radio ugruntowali swą pozycję na tyle, że kolejny mogliby nagrać a capella, na tamburynach albo z chórem zwierzęcym. Zamiast tego otrzymujemy zaledwie rzetelne dzieło, którego słucha się gładko i błogo. Wyzbyte jest jednak nerwu poprzednich krążków. By przeskoczyć samych siebie, zespół potrzebował prawdziwej bomby, a tą nowa płyta nie jest. TV On The Radio to nadal najlepszy skład na planecie, tym razem jednak bez magicznej formuły
– na „Nine Types Of Light” słychać maestrię każdego elementu, zgubiła się jednak ich synergia. Malone założył projekt Rain Machine, Sitek działa jako Maximum Baloon, a Adepimbe udziela się aktorsko – i może bardziej zależy im obecnie na karierach solowych. Bo za wyjątkiem drapieżnego „No Future Shock” i rozkołysanego „You” na ostatniej wspólnej płycie brakuje niespodzianek, powielane są jedynie wypróbowane już wzory. Adam Kruk
cjalnej, to jedna z najlepszych rzeczy, jakiej kiedykolwiek doczekał się polski rap. Ba, czy tylko rap, czy może muzyka niezależna w ogóle? Raczej to drugie, bo na „Kandydatach na szaleńców” mamy flirt z dubstepem, numer drumowy, punkowy, a nawet trochę współczesnego folku. Przede wszystkim mamy jednak soczystą, zróżnicowaną podróż przez hip-hop w wydaniu klasycznym (Kixnare), nowoczesnym (SoDrumatic), przebojowym (Bob Air) oraz soulowym (fantastyczny Sto-
na). Na deser trochę syntetycznego południa (kokainowa „Biała laska w kusej sukni z folii” z Pihem) oraz futurystyczny funk w wykonaniu The Soulist. Jak na tym tle wypadł Mes jako raper? Maturę ma już za sobą, więc cenzurkę z oceną wzorową zostawmy innym. Jemu wypada zwyczajnie pogratulować – mnogości flow, melodyjnego głosu, szczerości, otwartości i błyskotliwości skojarzeń. To jest rap, to są emocje! Andrzej cała
Sharpe And The Magnetic Zeros (choć tamten materiał wydawał się nieco poważniejszy od albumu imiennego). Szczytowym punktem „Aleksandra”, swoistego śmietnika zapożyczeń i cytatów, jest „Truth” – utwór przejmujący, przepiękny i ze spaghetti-westernowym zagwizdem. Dwa lata temu z Zerami Ebert też nagrał coś podobnego, ale niebezpieczna indie-chwytliwość owego „Home” od razu została wyssana przez trzy seriale, reklamę, ligę hokejową i romantyczną ko-
medię o nieudacznikach. Nowy materiał raczej się przed tym obroni, a przyczepić można się tu do zbyt oczywistego czerpania z lat 60., wchodzenia co chwila do rzeki country i folku (oczywiście z przedrostkiem -alt), silenia się na gospel czy popadania w soul. Ale nie bądźmy kapryśni – to wbrew pozorom bardzo spójna płyta. Ktoś rzucił, że Alex to nowy Devendra Banhart. Bez obaw – to równie wielki oryginał, łączy ich tylko broda. zdzisław furgał
rację: Projekt powstał z zamiłowania do tradycji polskiej muzyki rozrywkowej spod znaku melodyjnego bigbitu oraz przejmującego swym klimatem „zewu wolności” lat 80. Niby niewiele, a jednak odważnie. Założenie, konsekwentnie zrealizowane na „Polish Rock”, zostało dodatkowo przefiltrowane przez doświadczenia muzyków znanych m.in. z The Car Is On Fire czy Afro Kolektywu, dzięki czemu dostajemy album dość unikatowy. Szukasz melodyjności i zgrabnych refre-
nów? Mówisz, masz. Ciekawych i niebanalnych tekstów po polsku? Bardzo proszę. Może jeszcze nieskomplikowanego i nieprzekombinowanego, a jednocześnie nieprostackiego brzmienia? To też znajdziesz. Słuchając „Polish Rock”, można odnieść wrażenie, że płyta powstała bez spiny i zadęcia. Ot, chłopaki nagrali fajne piosenki, których chce się słuchać w te ciepłe wieczory raz po raz, bo zawsze można odkryć w nich coś nowego. kAsia rogalska
bie sezonowych gwiazd. Drugi album pokazał proces przemiany chłopców w mężczyzn, a gdy już mieli u stóp całą Wielką Brytanię, na przekór wszystkim ruszyli do USA przygotować trzeci krążek pod okiem Josha Homme’a. „Suck It And See” jest kontynuacją “Humbug”, tyle że w mniej przytłaczającej odmianie. Te piosenki nadal mają u podstaw klasyczny, sixtiesowy sznyt i Anglię w krwioobiegu (trójca Clash-Smiths-Oasis), ale James Ford w kalifornijskim Sound City Studio, gdzie powstało „Nevermind”, nadał
im taki power, jakby wkrótce miał zmartwychwstać grunge. „Suck It And See” powtarza jednak błędy poprzedniczki, czyli tłumi nowym brzmieniem to, co u Małp zawsze było najfajniejsze – charakterystyczne progresje akordowe oraz rytmikę, tempo, świeżość... Arctics co prawda nie strzelają sobie samobója i kilkoma numerami udowadniają, że ciągle mają w sobie ogień, ale wolałbym, żeby akcja „dojrzałość” i „Stany” nie zrobiła z nich na stałe drugoligowej drużyny. Marek Fall
FILMY HIRO
HIRO
reż. Lars von Trier premiera: 27 maja 8/10 Koniec świata nie dzieje się wokół, ale w nas – zdaje się twierdzić Lars von Trier w swoim najnowszym filmie. Ale póki co najbardziej z wszystkiego prawdopodobny jest koniec kariery Duńczyka, bo choć jego „Melancholia” nie wzbudziła oczekiwanych kontrowersji na MFF w Cannes, to wzbudził je on sam. Władze festiwalu uznały go za „persona non grata” natychmiast po jego wypowiedzi podczas konferencji prasowej, że rozumie Hitlera i mu współczuje. W „Melancholii” von Trier opowiedział historię dwóch sióstr, Claire (Charlotte Gainsbourg) oraz Justine (fantastyczna Kirsten Dunst), zderzając ze sobą dwa sposoby odczuwania rzeczywistości. Pokazał świat oczami kogoś, kto nie boi się końca, bo nie ma nic do stracenia. Zaakcentował paranoję, która rodzi się w człowieku, kiedy jego zdrowy rozsądek zostaje wystawiony na próbę. Jednak oglądając film, bynajmniej nie czujemy się wystawieni na próbę, nikt nie zadaje nam pytań ani nie żąda odpowiedzi. Lars von Trier idzie w przeciwną stronę – dystansuje nas od wydarzeń, które rozgrywają się na ekranie. Przybiera postawę melancholika, który nie dopuszcza nas do swojego świata, tylko odwraca wzrok, gdy ktoś patrzy mu za długo w oczy. Być może boi się, że można by dostrzec w nich pustkę. Reżyser odsłania ją tylko w rytuałach, które nic nie znaczą, w istocie przed niczym nie chronią. Anna Bielak
Świeże
melancholia
ŚWINKI
reż. Robert Gliński premiera: 20 maja 5/10 W „Świnkach” Robert Gliński bezkrytycznie daje się ponieść sensacyjności podjętego tematu, zatraca się w snutej opowieści, pędem mknie w pułapkę scenariuszowego nieprawdopodobieństwa. Bo jego nowy film to w gruncie rzeczy dokonanie epigońskie w stosunku do brytyjskiego realizmu społecznego, nie wzbogacające pod kątem merytorycznym i formalnym ani dorobku rodzimego kina, ani filmografii samego reżysera. Dziwić może stosunkowo pro-
Kobieta, która pragnęła mężczyzny
reż. Per Fly premiera: 17 czerwca 3/10 Karen (Sonja Richter), duńska fotografka, poznaje w Paryżu Maćka (Marcin Dorociński), który wzbudza w niej wyjątkowo silną, nieznaną jej do pory namiętność. Kobieta szybko popada w seksualną obsesję, porzuca męża i córkę, chcąc zjednoczyć się z kochankiem. Idealizując go, nie dostrzega jego prawdziwych intencji, nie potrafi dostrzec, kim naprawdę jest
jej oblubieniec, i wpada w pułapkę stworzoną z własnych marzeń i pragnień. Sny zaczynają mieszać się z fikcją, a ponury krajobraz Warszawy jest doskonałym komentarzem dla tego wyniszczającego, kontrowersyjnego związku. I choć film w niektórych mediach zaklasyfikowano jako erotyczny, raczej bliżej mu do dramatu psychologicznego o niespełnionej uczuciowo kobiecie, pokładającej nadzieje w nieodpowiednim mężczyźnie. Najnowsza produkcja Pera Fly’a miała szokować jak „Ostatnie tango w Paryżu”, być kontrowersyjna jak „Intymność”, stać się nowym „Fatalnym zauroczeniem”. W rzeczywistości jednak nuży swą banalnością i brakiem oryginalności. Wszystko to już w kinie było wielokrotnie i w o wiele lepszym wydaniu, po co więc zadowalać się substytutem? Sonia Miniewicz
tekcjonalne potraktowanie trudnej przecież kwestii dziecięcej prostytucji w przygranicznej, zabitej dechami mieścinie – Gliński nieudanymi chwytami dramaturgicznymi i nierozsądnymi wyborami fabularnymi konsekwentnie zubaża wymowę filmu. Jakby tego było mało, „Świnki” wchodzą do kin w dwa lata po światowej premierze. Zbyt późno, bowiem polski widz oglądał już „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec, względem których obraz Glińskiego wydaje się wtórny. Może i film ten chciałby krzyczeć głośno, ale nie ma po co, został przekrzyczany jeszcze zanim otworzył usta. Pozostaje więc „Świnkom” leżeć i kwiczeć w ciemnym kącie. Bartosz Czartoryski
foto | materiały promocyjne
RECENZJE FILM
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
MR. NICE reż. Bernard Rose
Premiera: 20 maja 6/10 „Mr. Nice” to pean na rzecz ziela, pokazujący że nawet jeśli dzieje się źle, nie trzeba łapać złej jazdy. Bohater filmu (Rhys Ifans), choć miły, wcale nie nazywa się Nice. To pseudonim, którego Howard Marks (postać autentyczna) używa podczas swoich podróży. Przemieszcza się sporo, bo ma w tym interes – przemyca narkotyki. Trochę dla pieniędzy, bardziej jednak z miłości do haszu. Jest dzieckiem kontrkultury, dla jednych oznaczającej walkę o wolną miłość czy przeciw wojnie, dla innych – o prawo do narkotykowego odlotu. Reżyser filmu, Bernard Rose, w latach 80. zasłynął z kręcenia odważnych teledysków, m.in. do „Relax” Frankie Goes To Hollywood czy „Smalltown Boy” Bronski Beat. Po przygodzie w Hollywood lat 90. (horror „Candyman” i „Wieczna miłość” z Garym Oldmanem) wrócił na Wyspy, by nakręcić właśnie „Mr. Nice”. Obraz zdobył status dzieła kultowego, wpisując się w uwielbianą tam konwencję filmów o używkach w stylu „Withnail And I” czy „Trainspotting”. Czy po antydopalaczowej histerii równie przychylna okaże się polska widownia? Adam Kruk
Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach reż. Rob Marshall Premiera: 20 maja 7/10
Obiecano nam kiedyś przygodę na krańcu świata – nie była ciekawa. Dopiero czwarta część „Piratów z Karaibów” wytrąca z równowagi, pokazując akcję, z której nie spuszczamy oka, do tego opatrując ją dowcipem z wyższej półki i zmysłowością rodem z gorącej Hiszpanii. Reżyser Rob Marshall udowodnił, że podstawową cechą jego filmów jest znakomicie wyważona spektakularność. Akcja startuje od pieczołowicie rozplanowanej ucieczki po dachach powozów, wylądowania na galerach i rozpętania rebelii na statku Czarnobrodego. Potem serce w serce z Jackiem (Johnny Depp) pożądamy aroganckiej córki kapitana – Angeliki (Penelope Cruz), która wplątuje pirata w szereg mrożących krew w żyłach przygód, w tym w bitwę z morderczymi syrenami. Wyprawa do źródła młodości zaowocowała odświeżeniem wyświechtanej przez lata formuły. Historia zyskała nieobecną wcześniej głębię. Nikt jednak nie drąży w tym celu psychiki postaci – wystarczyło, że Dariusz Wolski (operator) podkręcił zjawiskowe efekty specjalne dzięki technologii 3D. Fani cyklu znajdą w kinie przyjemność, jaką Jackowi dałoby jedynie ponowne stanięcie za sterami Czarnej Perły. Anna Bielak
RECENZJE KOMIks
HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
komiks HIRO
Berlin: Miasto Dymu Scen. i rys.: Jason Lutes
Kultura Gniewu 8/10
Dalszy ciąg opowieści o Berlinie lat 20. i 30. ubiegłego wieku w epopei Jasona Lutesa. Po rewelacyjnym „Mieście kamieni” przyszedł czas na odrobinę gorsze, ale mimo wszystko trzymające bardzo wysoki poziom „Miasto dymu”. Kolejny tom kontynuuje wątki z poprzedniego, ale też rozpoczyna kilka nowych. Wszystko po to, by tego głównego i najważniejszego bohatera komiksu – miasto Berlin – pokazać ze wszystkich możliwych stron. Kilkunastu narratorów oprowadza więc czytelnika po stolicy Republiki Weimarskiej, przedstawiając swój punkt widzenia na poszczególne sytuacje i swoją wizję tej metropolii. Z jednej strony oglądamy Berlin zraniony przez tragiczne wydarzenia z maja 1929 (zaskakujący i wzruszający finał poprzedniego tomu), z drugiej – Berlin społecznie podzielony na komunistów i nacjonalistów, wreszcie z trzeciej – Berlin pełen nocnych klubów ociekających hedonizmem i brakiem refleksji. Lutes świetnie porusza się między kolejnymi wątkami, odpowiednio je dawkuje i prowadzi. Do tego wzorowo buduje postaci, dzięki czemu nie są one bezdusznymi pionkami, tylko osobami, któ-
HIRO tekst | Bartosz Sztybor
re mają charakter i rozwijają się wraz z kolejnymi kartami komiksu. „Berlin: Miasto dymu” to kawał świetnego powieściopisarstwa, w którym przez obyczajowy pryzmat oglądamy historyczne wydarzenia. To mięsista literatura opowiadająca o ludziach tworzących miasto i mieście wpływającym na ludzi. To w końcu bliski perfekcji komiks, w którym narracja obrazkowa zachwyca swoim wyważeniem i pogardą dla oczywistości. Od tej perfekcji i wielkości pierwszego tomu oddalają jednak momenty, w których pojawia się nadmiar treści czysto historycznej. Brakuje w niej nie tylko emocjonalnej siły, ale i samym planszom zaczyna wtedy brakować rysunkowej ogłady (kompozycja zaczyna szwankować przez zbyt dużą ilość tekstu). I choć oczywiste jest, że te momenty są niezbędne, to jednak cała reszta dowodzi, że Jason Lutes jest po prostu mistrzem, gdy opowiada przede wszystkim o ludziach i ich uczuciach.
Wybryki Xinophixeroxa Scen. i rys.: Tony Sandoval
Timof Comics 7/10
Wystarczy spojrzeć na okładkę, by stwierdzić, że Tony Sandoval jest faworytem do zdobycia nagrody dla autora, który wymyślił najtrudniejszy do wymówienia tytuł roku 2011. Xinophixerox (prawda, że trudno?). Zaleta to czy wada – ciężko stwierdzić, ale efekt w postaci połamanego języka należy wliczyć w cenę. Xinophixerox. Dość już jednak o okładce, bo przecież to, co odkrywa się po jej otwarciu, jest najciekawsze. Xinophixerox. A środek zachwyca od razu, pięknymi rysunkami i feerią barw. Xinophixerox. I choć wydawało się, że już poprzednie komiksy Sandovala pokazywały szczyt jego możliwości, tutaj osiąga poziomy wręcz nieosiągalne. Xinophixerox. Jego oryginalny styl rysowania i niesamowita umiejętność w operowaniu akwarelami autentycznie powalają na kolana. Xinophixerox. Po-
niekąd warto na tych kolanach zostać, bo inaczej trzeba zagłębić się w treść, a ta pozostawia już wiele do życzenia. Xinophixerox. Na pewno zarzutów nie można mieć do stworzonego przez
autora świata, poszczególnych charakterów czy narracji imitującej bajkę. Xinophixerox. Gorzej jest jednak z samą fabułą, która – do czego zresztą sam Sandoval się przyznaje – była tworzona spontanicznie. Xinophixerox. Cóż, spontaniczność nie dba o sens, stąd w ciągu przyczynowo-skutkowym ciężko o logikę. Xinophixerox. Zdarzenia po prostu następują po sobie i prowadzą do błahego zakończenia. Xinophixerox. Mimo to, Sandovalowi udało się stworzyć na tyle świetną atmosferę za pomocą samego rysunku, że o treści można zapomnieć. Xinophixerox. Brakuje jej, owszem, ale nie zmienia to faktu, że – chyba teraz przeczytanie tytułu nie powinno być problemem – „Wybryki Xinophixeroxa” to arcydzieło formy.
RECENZJE Gry
gry HIRO
Crysis 2 Electronic Arts
PC, PS3, Xbox 360
9/10
Wszystkim miłośnikom pierwszoosobowych strzelanek „Crysis” kojarzy się z przełomowym silnikiem graficznym, który rozłożył na łopatki całą branżę gier. Druga część hitu nie obniżyła poziomu oprawy, jednocześnie podnosząc poziom grywalności, co dało bardzo zadawalający efekt. Akcja toczy się w Nowym Jorku, trzy lata po wydarzeniach z „jedynki”. Big Apple, podobnie jak inne metropolie, zostało zaatakowane i spustoszone przez kosmitów. Nasz główny bohater wyposażony w Nano-skafander, musi stawić czoła alienom oraz wrogim żołnierzom jednostki C.E.L.L. Fabuła
HIRO tekst | Tomek Cegielski
prowadzona jest w bardzo ciekawy sposób – mamy tu wiele animowanych przerywników, dialogów miedzy bohaterami oraz innych elementów wprowadzających filmowy klimat. Mimo iż w grze poruszamy się po dosyć sporych połaciach terenu, nie możemy mówić o typowym free roamingu, znanym choćby z serii GTA. Mapy są na tyle duże, iż umożliwiają swobodne obmyślanie taktyki na podejście wroga. Możemy przykładowo znaleźć dogodną pozycję snajperską, wykorzystać w zakradaniu się kamuflujące właściwości pancerza czy też najzwyczajniej w świecie ordynarnie wbić się w gniazdo wroga z ciężkim karabinem maszynowym. Eliminowanie wrogów ułatwiają właściwości wspomnianego kombinezonu, który pozwala szybciej biegać, wyżej skakać, zwiększa odporność na pociski – jego liczne zdolności odblokowujemy wraz z zabijaniem kosmitów. Znakomicie przedstawia się też arsenał broni, a największym plusem gry jest chyba jej żywotność – ukończenie „Crysis 2” może zająć nawet ponad dwadzieścia godzin. Podsumowując: mamy do czynienia z pełnowartościowym sequelem we wspaniałej oprawie – do najwyższej oceny zabrakło jedynie odrobiny innowacyjności.
Homefront THQ Inc.
PC, PS3, Xbox 360
foto | materiały promocyjne
6/10
„Homefront” to kolejny przedstawiciel najpopularniejszego gatunku gier ostatnich lat – military shooterów. Mamy rok 2027, Ameryka po kryzysie ekonomicznym zostaje najechana przez Koreę Północną. Wcielamy się w jednego z rebeliantów, który wraz z towarzyszącą mu ekipą chce przepędzić okupanta z ulic USA. Głównym mankamentem gry jest jej liniowość – mimo że akcja toczy się w mieście, autorzy nie dali nam jakiejkolwiek swobody poruszania się po nim. Dostępna dla gracza przestrzeń odgrodzona jest trzepakami, ławkami, ogniem i niewidzialnymi ścianami, w efekcie czego biegamy po wąskich korytarzach, które nie zostawiają zbyt wiele pola do manewru. Poruszanie się po tych swoistych tunelach w niewielkim stopniu urozmaicają pojazdy: możemy przelecieć się helikopterem, złapać za działko umieszczone na hummerze albo dowodzić zdalnie sterowanym pojazdem. Niestety,
z wszystkim tym mieliśmy do czynienia w setkach innych gier i już raczej nie robi to na nikim wrażenia. Kiepskie mapy gra rekompensuje świetnie wyreżyserowaną akcją i trybem multiplayer. Twórcom udało się stworzyć obraz wojny pełen emocji, przede wszystkim za sprawą brutalnych scen oraz ostrego języka w przerywnikach filmowych, których mamy tu sporo. Tryb wieloosobowy korzysta zaś z rozwiązań sprawdzonych w tak znanych tytułach jak „Call Of Duty” czy „Counter Strike”. Grafika trzyma umiarkowany poziom – ani nie szokuje, ani nie zniesmacza. Podsumowując: „Homefront” jest grą niewybijająca się ponad przeciętność, jednakże ma swoje mocne strony, dla których warto poświęcić trochę czasu na jej przejście. Ale uwaga! Jeśli nie ukończyłeś jeszcze „Battlefielda” lub „Medal Of Honor”, „Homefront” nie powinien cię interesować.
Dawid vs. Goliat o wojnie, którą wiodę z szatanem, światem i ciałem HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL
Parada minionej wolności tekst | DAWID KORNAGA
Gorące wspomnienia
17 września roku hardcore’owego ’99. Sobota. Słońce, zmęczone całodziennym promieniowaniem, powoli zapada w kimę. nie ma co się dziwić, od miliardów lat zmęczone jest patrzeniem na naszą nudną planetę. zaraz, zaraz... Właśnie dzieje się coś ciekawego. Słońce opóźnia więc swój sen. Jest jasno zaintrygowane pewnym niezwykłym wydarzaniem. Późne popołudnie w środku Polski. Kończy się pierwsza kadencja prezydenta Kwaśniewskiego. Jan Paweł II żyje w najlepsze i śmiga po świecie z przesłaniem „żadnych kondomów”. Bracia Kaczyńscy ładują polityczne akumulatory na następną dekadę. Bronisław Komorowski jest znacznie chudszy niż dziś, a „Krytyka Polityczna” nie wie, że powstanie za trzy lata. Tak, nikt nie wie, co to jest „Mam talent”, e-reader, iPad, a nawet iPhone. Wieże World Trade Center jeszcze stoją. Bin Laden zapuszcza brodę, której rośnięcie skończy się definitywnie za dwanaście lat, kiedy jej właściciel zostanie zastrzelony w ataku amerykańskich sił specjalnych. W Niemczech płaci się markami, a we Włoszech lirami. Nie ma podatku Belki, nie ma Świątyni Opatrzności. Jest tak sobie, choć nieźle, czyli w sam raz. No, ale wracamy do początku. Nie było wtedy Google Maps, więc uściślijmy: to Łódź, ulica Piotrkowska. Wszędzie ludzie. Młodzi, nieco starsi, starzy, a nawet bardzo starzy. Co jest grane? To kolejna, inspirowana berlińską Love Parade jej słowiańska odsłona o solidarnościowej nazwie – Parada Wolności. Socjolog, chcący podsumować błyskotliwym paradoksem à la Oscar Wilde obecny tu przekrój społeczny, miałby niezły orzech do zgryzienia, który zapewne połamałby mu mądralińskie zęby. Nie pasowali do siebie, a jednak pasowali do siebie, ci wszyscy kontrastowi partycypanci. Faceci we flanelowych koszulach, wieśniacko jaskrawych dżinsach za 39 PLN
foto | TomaSZ kwaśny/ fotoz.pl
z hipermarketowej promocji, w grzywkach na lizusa lub ogoleni na dresa. Panny z końskimi ogonami w stylu przedwojennej dojarki krów. Niektórzy, zazwyczaj płci męskiej, przebrani w transwestyckie, skrzące lubieżnymi hormonami ciuszki. Puchate, zielone czy pomarańczowe boa podduszające naprężone koksem szyje. Niebosiężne koturny, obcisłe podkoszulki sięgające pępka, wielu w maskach gazowych lub chirurgicznych. Odjechana maskarada. A pośród tego nieziemskie dziewczęta z odkrytymi, push-upowymi stanikami, z których wylewają się konkretne rozmiary. Jedni przypudrowani, drudzy zmejkapowani i seksualnie uwydatnieni w każdym szczególe. Teraz zoom na didaskalia, które dosłownie rozjeżdżają Piotrkowską. Główne celebrytki tego dnia – ciężarówki z platformami. Kto je prowadzi? Technoszatany? Nie wiadomo. Na platformach znów ludzie. Jedni pełnią rolę rave-fordanserek, drudzy pichcą muzę na miejscu. Didżeje przy konsoletach i, z perspektywy A.D. 2011, oldskulowych komputerach. Głośniki jeden przy drugim niczym mury twierdzy Kamieniec Podolski. Grzmią muzyką. Coraz szybszą. Bum, bum, bum. Rytmy podkręcone, przyjemnie transowe. Nie dyskotekowe czy w stylu disco polo, kiedy jesteś szalona, lecz takie, których unikają mainstreamowe rozgłośnie radiowe czy stacje telewizyjne – nawet teraz, w czasach streamingu, Lady Gagi i którejś tam rocznicy śmierci Michaela Jacksona. Nikt nie nagrywał Parady na smartfona, nie uploadował jej potem na YouTube’a czy Wrzutę, ba, nikt nie miał stałego dostępu do sieci z racji jego braku. Za to chyba każdy trząsł sobą, ile się dało. W tym i ja, lepiący ze śniegu w nosie szalonego bałwana w swojej głowie. Przy ciężarówce, na której grał kolektyw Polish Hardcore Mailorder. W kilkugodzinnej drodze do hali sportowej, gdzie potem do rana w potopie podkładów i wokaliz dopełni się Parada. Dekadencja i hedonizm. Trochę wina i kokaina. Świetne laski. Fajni kolesie. Było gejowsko. A to znaczy, że luzacko; to taki niemrawy, choć pełen autentyzmu synonim. Techno z natury jest trans. Nie przejmuje się ramami. Jest obrazem, który anektuje również ściany. Dla stonowanych osobowości to „jeb-jeb-jeb”. Dla zaangażowanych – bicie serca. Ból. Radość. Ekstaza. Czasem ecstasy. Co z tego zostało? Ano niewiele. Narkomobilizatory wypchane przez dopalacze. Choć od niedawna zbanowane w naszym kraju, to już zastępowane przez te na nielegalu. No i święta polska wóda, której nikt się nie ośmieli zakazać. Ponętne panny z Parady niańczą dziś dzieci, kupują kremy przeciwzmarszczkowe, męcząc się monogamią i dotykiem brzuchatego męża. Na ich miejsce przychodzą nowe. Tylko gdzie? Może w legendarnym berlińskim klubie Berghein, który przygarnął sieroty po Love Parade. A u nas? Nie wiem. Czekam. Czy nadaremno? Podobno nadchodzi nowe, jeszcze bardziej radykalne. Jędrne, wściekłe, ultraszybkie, jumping style razy dwa. Aż strach się bawić. Można oberwać endorfiną. Czy podołam? Dołączę? Zacznę skakać i ekstazjować się ten ostatni raz? Chciałbym. Wpierw nagi lunch. Potem kolacja. I żadnych, naprawdę żadnych zakwasów.
DAWID KORNAGA – PISARZ. DEBIUTUJĄC KILKA LAT TEMU, NAZYWAŁ SIEBIE POSZUKIWACZEM OPOWIEŚCI. DZIŚ POTRAFI JE TEŻ NIEŹLE KREOWAĆ, CO NIE ZAWSZE SŁUŻY JEGO ZDROWIU, JAK RÓWNIEŻ PROWADZI GO DO NAŁOGOWEGO ŁAMANIA WIĘKSZOŚCI Z SIEDMIU GRZECHÓW GŁÓWNYCH. MIESZKA W WARSZAWIE.
52
FELIETON
Moje HIRO czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić
STAN DUPY PRZEMKA PILARSKIEGO tekst | MACIEJ SZUMNY
Przychodzi Przemek Pilarski do lekarza. „Czy jest choć jedna rzecz, z którą nie ma Pan problemu?” – pyta lekarz po szczegółowych i dogłębnych oględzinach. „Tak, stan dupy” – Odpowiada przemek. I to prawda. Pilarski jest chyba najlepszym polskim standuperem albo standupistą – sam się zastanawia, gdy musi coś wpisać w rubryce „zawód”. A może, po prostu, nazwijmy go po polsku: powstańcem? Sama idea stand up comedy, czyli zabawnych występów na żywo w formie monologu, wywodzi się z zadymionych amerykańskich barów. Tam nierzadko na scenie komicy wywoływali skandale, nabijając się z prezydentów, religii, czy rzucając inne niewybredne i bardzo niepoprawne politycznie żarty. Przekraczanie granic dobrego smaku to także jeden z wyróżników tego gatunku, chociaż moim zdaniem o wiele zabawniejsze, a zarazem trudniejsze jest balansowanie na owej granicy: jedną nogą w eleganckiej restaura-
Przemysław Pilarski wyjątkowo od przodu
foto | konrad dobrzyński
cji, drugą w ubikacji. W Polsce jest to zjawisko stosunkowo nowe, stąd brak jeszcze dobrego słowa, które zastąpiłoby angielski „stand up”. Od niedawna występy można śledzić w kilku programach telewizyjnych, a przede wszystkim na żywo, w różnych barach o dziwnych nazwach, które pragną uchodzić na bardzo offowe. Najważniejsze w tym zawodzie są osobowość oraz poczucie humoru. I tu właśnie widać ogromną przewagę Pilarskiego nad innymi podobnymi artystami. Bo stand up nie polega na zakładaniu głupio wyglądającej czapki, przyklejaniu sobie klaunowego nosa czy parodiowaniu innych. Najważniejsze, aby być na scenie sobą i w ten sposób wywoływać śmiech u publiczności. Tego nie da się udawać, a widzowie szybko odrzucają wszelkie przejawy sztuczności. Ja miałem szczęście mieszkać z Przemkiem przez kilka lat i na co dzień, zupełnie nieświadomie, rozśmieszał mnie do łez. Inteligencja, dowcip, świadomość własnych braków, a także dystans do wszystkiego sprawiają, że Pilarski ma idealne warunki do występowania na scenie. I nawet fakt, że słabo wymawia „r”, potrafi zamienić w swój atut, wciąż pamiętając o dyplomie wiszącym nad łóżkiem, w którym pani logopedka zaświadczała, że Przemysław Pilarski zawsze i wszędzie potrafi ładnie wymawiać wszystkie nasze zgłoski. Nie zawsze, oj nie zawsze, szczególnie jak się najebie. Jakie są jego żarty? Wyobraźcie sobie, że zabawne – co nie jest wcale takie oczywiste. Kiedy miałem trzy lata, słowa „kupa” lub „siki” wywoływały we mnie salwy śmiechu. Dziś mam trochę więcej lat i wymagam rozrywki bardziej wysublimowanej, abstrakcyjnej, mniej dosłownej. Nie bawiło mnie udawanie seksu oralnego w wykonaniu feministki, co miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć u innych artystów. Pragnę tego balansowania, tego spaceru po ostrzu absurdu. Przemek jest królem takiego dowcipu. Przytoczę kilka przykładów: „Znacie to uczucie, kiedy coś wam nie chce przejść przez gardło, chociaż samo ciśnie się na usta?”, „Komentujący w internecie są jak pasożyty przewodu pokarmowego – z byle gówna potrafią zrobić aferę”. Kiedy obejrzało się Pilarskiego, nie chce się oglądać nikogo innego. Opisując pierwszego pornola, który obejrzał w życiu, a który zdarzył się być gejowsko-futbolowy, mówi: „Wyobrażacie sobie dwadzieścia dwie cioty biegające po boisku? To jakby Polska grała z Polską”. Chociaż teksty przygotowuje sobie zawczasu, na scenie jest niesamowicie naturalny i zręcznie reaguje na zachowanie publiczności. Poza sceną jest zresztą taki sam jak w świetle jupiterów – nosi takie same marynareczki i lansiarski obuw, gada głupoty do ekspedientek i czasem aż dziw bierze, że taka gwiazda, a też kupuje ćwierć kilo salcesonu jak my wszyscy. Choć zdradzę w tajemnicy, że „Sekretem Mnicha” też nie pogardzi. A gdzie można obejrzeć jego stan dupy? Na www.standuppolska.com, w serwisie YouTube albo na prześwietleniu u urologa w państwowej przychodni. Szukajcie też na Fejsie.
Maciej „Ebo” Szumny – bloger i poeta, wielbiciel starych citroënów. Wcześniej związany z markami Nike oraz Reebok, doprowadził do rozkwitu kultury sneakers w Polsce. aktualnie mieszka na wyspach zielonego przylądka.
53
FELIETON
foto | Stanisław Malinowski/ fotostan.pl
MALDOROR
da moki e rt Tulińs | fo , Michał
o ląg fotŁukasz Sze
AGA POU Między 4 a 8 maja Łódź stała się mekką fashionistów. Na wybiegach Alei Projektanów w Hali EXPO zaprezentowała się czołówka polskich projektantów. Uwaga młodszej widowni skupiła się na części OFF OUT OF SCHEDULE, która stała się wizytówką polskiej awangardy mody. Na łódzkim Fashion Weeku nie mogło zabraknąć też „HIRO Free”, które dziel-
nie wspiera początkujących artystów. A 7 maja bawiliśmy się na oficjalnym afterparty w klubie Stara Szwalnia, gdzie zagrali: Hungry Hungry Models, NO. 107, Holly Kitty, a nieziemski szoł zafundował nam zespół Yummy Cake. Wielkie dzięki dla firmy Epson za oświetlenie tego koncertu, Edvarda Mess Szlasy za niebanalne kostiumy, Maćka Szupicy za wizuale i Tatuaży Zmywalnych za superdziary. Do jesieni!
ZUO Corp
marcin PODSIADŁO
V!TOR
paulina PLIZGA BERENIKA CZARNOTA
plastikowy karolina rybarczyk