poleca !
Książka jest absolutnie porywająca. Mimo wszystkich potworności, jakie niesie za sobą wojna, ta historia nimi nie epatuje, pozbawiona jest podkolorowanych faktów czy patosu. Bo to w istocie książka o wielkiej i prawdziwej miłości, która wszystko przetrzyma.
MONIKA KICMAN z domu Formińska (1912–1997) – warszawianka, pochodziła z rodziny o tradycjach
ZAMÓW BEZPŁATNY KATALOG! tel. 12 345 40 99, 12 446 72 55 tel. kom.: 533 313 404 www.HistoriaMojaPasja.pl
patriotycznych. W 1936 r. wyszła za mąż za Czesława Kicmana, a rok później przyszedł na świat ich syn Stanisław Maciej. Przed II wojną światową oboje małżonkowie pracowali w warszawskim urzędzie telekomunikacyjnym, podczas okupacji włączyli się w działania konspiracyjne, Monika została łączniczką, a jej mąż działał w oddziałach bojowych AK. Wybuch Powstania Warszawskiego zamiast długo oczekiwanej wolności przyniósł niewyobrażalne barbarzyństwo, jakim była rzeź Woli, a potem aresztowanie całej rodziny i wywózkę do obozów koncentracyjnych w Niemczech. Monika wraz z synem trafili do Bergen-Belsen (w Dolnej Saksonii), a Czesław – do Sachsenhausen (w Brandenburgii), później do Flossenbürga (w Bawarii). Już po wyzwoleniu Kicmanowie długo nie mogli się odnaleźć, a kiedy to nastąpiło, zamieszkali z racji otrzymanej pracy w Jeleniej Górze, ale ostatecznie w 1949 r. wrócili do ukochanej stolicy, gdzie żyli, ciesząc się wnukami i prawnukami. Gorącym orędownikiem wspomnień o rodzicach jest ich syn ks. Stanisław Kicman, który w 2013 r. jako 76-letni wdowiec przyjął święcenia kapłańskie.
ISBN 978-83-7864-326-5
Cena: 34,90 w tym 5% VAT
Monika Kicman
POKONAĆ STRACH
Wojna zdawała się wisieć w powietrzu. I rzeczywiście rozpoczęła się 1 września 1939 r. Od tego też dnia rozpoczęła swoją wojenną opowieść Monika Kicman, młoda żona i matka, której przyszło wraz z najbliższymi przeżywać okupację przede wszystkim w Warszawie. Wojenna rzeczywistość codziennie przynosiła nowe wyzwania, a jej wszechobecnym towarzyszem był lęk. O siebie i najbliższych. Ale mimo aresztowań, szykan i ulicznych łapanek bohaterowie, podjęli walkę nie tylko o swoje przetrwanie, ale i aktywnie włączyli się do konspiracji. Co nimi kierowało? Jak zrozumieć to – w gruncie rzeczy – codzienne igranie ze śmiercią?
Monika Kicman
POKONAĆ STRACH
poleca !
Pokonać StRach
Monika kicman
Pokonać StRach
Wydawnictwo aa kraków
Redakcja: Magdalena Maziarz
Skład, łamanie, projekt okładki: Anna Smak-Drewniak Zdjęcia: archiwum rodzinne ks. S. M. Kicmana, Wikimedia Commons Copyright by Stanisław Maciej Kicman
Copyright by Wydawnictwo AA, Kraków 2018
ISBN 978-83-7864-326-5
Wydawnictwo AA s.c. 30-332 Kraków, ul. Swoboda 4 tel.: 12 292 04 42 e-mail: klub@religijna.pl www.religijna.pl
Sł o w o w s tę p n e
Oddajemy w Państwa ręce książkę pisaną sercem. To nie tylko relacja o losach jednej z polskich rodzin, które przeżyły koszmar II wojny światowej, to książka o wielkiej miłości do Ojczyzny, miłości małżonków, rodziców, miłości człowieka do człowieka inspirowanej wiarą w Boga i Bogu, wiarą bez warunków. Tym kochającym człowiekiem była Autorka tej książki, moja wspaniała i niezapomniana Mama. Kreśląc te słowa, pragnę dać świadectwo, że na kartach książki nie ma przesady, zbędnej kolorystyki czy nadmiernej gloryfikacji postaci. Są tu fakty kraszone zwykłym ludzkim lękiem, a często nawet strachem – stąd tytuł książki – który jednak można pokonać, gdy się kocha, gdy zapomina się o sobie samym po to, by służyć innym. Kontynuacja powojennych losów rodziny znalazła się na kartach książek mojego autorstwa pt.: Wiadomości zapisane sercem, Moje Ziemie Odzyskane, Od świtu do zmierzchu oraz w pamiętniku mojego ojca pt. Jedno życie – pięć pokoleń. Chciałbym jeszcze dodać, że gdy owdowiałem (po 53 latach małżeństwa) odżyło we mnie powołanie do kapłaństwa. W 2013 r. przyjąłem z rąk kard. Kazimierza Nycza święcenia kapłańskie i od niemal pięciu lat jestem księdzem. W tym miejscu pragnę wyrazić wdzięczność Wydawnictwu AA, które po wysłuchaniu moich relacji o rzezi Woli w telewizji, zainteresowało się opisywaną historią i podjęło trud wydania książki. 5
Warto zaznaczyć, że rękopis powstał w połowie lat 50., próba wydania książki w latach 60. skończyła się niepowodzeniem i w ten sposób maszynopis leżał w szufladzie Autorki aż do jej śmierci w 1997 r. Później staraniem rodziny w 2002 r. udało się wydać wspomnienia Mamy w niewielkim nakładzie. Jestem przekonany, że gdyby tę przedmowę przyszło kreślić samej Autorce, książkę tę dedykowałaby swemu ukochanemu mężowi Czesławowi i wszystkim, którym przez całe życie służyła. Ks. Stanisław Maciej Kicman
Rozdział czwarty
P O W S TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N I E
Poniedziałek 31 lipca 1941 r. zaczął się i upłynął tak normalnie, że swoją powszedniością rozproszył moje troski. Za to nogi po całodziennych biegach spuchły mi niesamowicie. W nocy obudził nas nalot, ale byliśmy tak umordowani całodzienną harówką, że nawet nie wstawaliśmy z łóżek. W największym strachu udało mi się szczęśliwie zasnąć. We wtorek 1 sierpnia nie otrzymałam biegów w terenie, tylko na miejscu, to znaczy w RGO na Złotej. Widziałam z okna nieustannie wpadających i wybiegających młodych ludzi. Wynosili w bańkach od mleka (nie trudno się było domyślić co), również skrzynie, paczki, jakby RGO było tym nadziane. Koło trzynastej przyszła „Myszka”. – Pani „Staszko”, mam tu panią zastąpić, trzeba walizkę natychmiast doręczyć „Teofilowi”, walizkę nieść ostrożnie. („Myszka” nie była jeszcze zaprzysiężona i nie znała adresów.) – Czy mam wracać tutaj? – Nie, absolutnie, ja tu mam zostać, dalsze instrukcje otrzyma pani od „Teofila”. Niech się pani pospieszy, bo robi się „gorąco”, pewnie dziś się zacznie. Śliczna, ciemnowłosa dziewczyna zastąpiła mnie na swoją zgubę. Na Złotej zastało ją Powstanie i tam zginęła, pochowana w szafie na miejscowym podwórku, a ja tymczasem, z tym swoim niechcący ocalonym życiem i bardzo ciężką walizką, jechałam na stopniach tramwaju na Mokotów. Od pętli do mieszkania „Teofila” 259
P oko n ać strach
był spory kawałek drogi. On sam był tak zmieniony, jak po ciężkiej chorobie, ale nie śmiałam go pytać. W wojskowych bryczesach, wysokich butach, bez marynarki, ponury jak noc. Dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że dotknęło go osobiste nieszczęście. Z walizki bardzo się ucieszył. – Czy mam wracać na Złotą? – A mąż pani już wyszedł? – zapytał jakby nie słyszał mego pytania. – Nie, rano wyszedł normalnie do pracy. – Proszę jechać prosto do domu, przecież macie dziecko. Do „Mapy” meldować się już nie trzeba. Jutro czekać na łącznika. Nie na własną rękę. W tramwaju tłok niesamowity. Patroli w ogóle nie widać. Wśród przechodniów przeważnie młodzi ludzie z paczuszkami pod pachą. Nie trzeba było wprawnych oczu łączniczki, aby dostrzec, że coś się święci. Dręczyła mnie myśl, czy zastanę jeszcze Cześka. Było już po trzeciej, gdy wpadłam do domu. No jest, chwała Bogu. Był mocno zdenerwowany, dotąd nie miał rozkazu gdzie jego punkt. – Czy mama nigdzie nie wychodziła z domu? Nikt o mnie nie pytał? Babcia zaprzeczyła. – Raz tylko zeszłam na dół zawołać Maciusia. Zasiedliśmy do ulubionej Maciusia zalewajki, ale jakoś to jedzenie nie szło nam wcale. Pukanie do drzwi. Czesiek zerwał się pierwszy. Krótka wymiana hasła i odzewu, jeszcze krótkie „tak jest”, klapnięcie zamykanych drzwi. Czesiek był tak podniecony, że aż rumieńce wystąpiły mu na twarz. Naturalnie zupy nie skończył. – No więc idę. Zostańcie kochani z Bogiem. Mój punkt aż na Smolnej, kawał drogi. Nie wiadomo, czy złapię jakiś tramwaj lub rikszę. Poprawił swój szary kombinezon roboczy. Schylił się do skrzynki z węglem, wyciągnął niewielką paczkę bardzo wyraźnego kształtu. Babcia Kasia przypomniała sobie o chlebie. 260
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
– Polecę do Piwochy, to weźmiesz świeżego pieczywa. Nareszcie mogłam się rozpłakać. Przytulił mnie. – Mamusiu, czego płaczesz, gdzie tatuś idzie? – Ano wiesz, mamusia nie lubi, gdy idę pograć w karty z wujkiem Bronisiem. – Mamusiu, nie bój się, tatuś na pewno wygra. – Widzisz, kochana, już nam syn wywróżył. Staliśmy tak spleceni we trójkę w uścisku. Boże drogi, jak sobie dziś wspomnę banalność tamtych słów. – Czesiuńku, ty wiesz, nie możemy ciebie stracić, rozumiesz? To chyba długo nie potrwa może trzy, cztery dni, może tydzień, prawda? – Prawda. – Wrócisz? – Jasne. Dosłownie wyskoczył z domu, jakby go coś niosło. Nie odwracając się, machał ręką z podwórza. Pobiegłam do Kosińskich, aby wyjrzeć z balkonu na ulicę. Przed sklepem żegnał się z mamą. Zwyczajnie w rękę, w twarz, jej najmłodszy „Kajtek”, jak go nazywali starsi bracia. Nie obejrzał się już. Skręcił w Karolkową i świat poszarzał w moich oczach. Babcia Kasia z zaczerwienionymi oczyma wzięła się za zmywanie, a ja za wycieranie naczyń. – Pójdę, dziecko, na działkę, podbiorę trochę kartofli, urwę pomidorów, na oknie dojdą. Chodź z babcią. Na łóżku leżą Maćka skarpetki, to poceruj. Zostałam sama. – Kiedy? – pytałam siebie. Dochodził daleki pomruk przechodzący w jednostajne dudnienie. Wszystko dobrze – myślałam. Rosjanie tuż, tuż pomogą naszym, tak pocieszałam się w duchu, przyciskając łomocące w piersiach serce. – No, niechby i dwa tygodnie potrwało, mamy co jeść. Szkoda, że mu nie dałam paru czerwieńszych. 261
P oko n ać strach
Słowa mamy wyrwały mnie z zadumy. Rzeczywiście pomidory były piękne, choć jeszcze zielone. – Chleba mamy skąpo, ale mam w poszewce trochę sucharów, słoninki też trochę mało, ale do pokraszenia starczy. Cukru kostkowego od ciotek ze dwa kilo. Ułożyłam pomidory. Ledwie zdążyłam odejść, gdy tuż pod naszym oknem zaterkotał karabin maszynowy. Chwyciłam Maćka. Wtłoczyliśmy się w sam kąt łóżka. Posypały się gęste strzały. Ciekawość przezwyciężyła strach. Zostawiłam małego z babcią, a sama wysunęłam się chyłkiem do Kosińskich, musiałam się zorientować, skąd idą strzały. Rzeczywiście szły z ulicy. U sąsiadów wszyscy leżeli na podłodze pod ścianami. Z Alinką podczołgałyśmy się bliżej balkonu. Od Laskowej w kierunku Dworskiej posuwało się kilkunastu młodych. Kilku było przy parkanie od wewnątrz składu węgla. Ze szkoły, gdzie stała niemiecka autokolumna, wychodzili Niemcy, kierując się ku Laskowej. Na wysokości składu posypały się w ich kierunku strzały. Dwóch Niemców osunęło się na ziemię, reszta cofnęła się do bramy. Chłopcy wyskoczyli z Laskowej po upragnioną broń; przygwoździła ich seria z automatu prawdopodobnie ukrytego w bramie Niemca. Zamierałam z przerażenia, a jednak nie ruszałam się z miejsca, patrzyłam tak mocno, że ten obraz utrwalił się w moim mózgu do dziś i do końca życia, jak negatyw na kliszy. Jestem pewna, że gdybym miała broń, to do tego szkopa, idącego teraz tak pewnie w naszą stronę, mijającego obojętnie ciała swoich towarzyszy i trzech naszych biedaków, strzelałabym bez drgnienia serca. Nim Niemiec doszedł do rogu, błyskawicznie z Laskowej wyskoczył, strzelił i z powrotem skrył się za róg chłopak w prochowcu z czarną rozwianą czupryną. Niemiec padł, wciągnęli go w Laskową i nerwowo rozbrajali ściągnięte w Laskową ciała towarzyszy i Niemców. Wtedy rozległ się przeciągły jazgot serii z ciężkiego karabinu maszynowego ustawionego na dachu szkoły. Uciekliśmy wszyscy 262
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
do sieni. Zadźwięczała rozbita szyba. Dopiero po dłuższej chwili odważyliśmy się chyłkiem wejść do mieszkania. Wzdłuż ściany czołgaliśmy się do balkonu. Cali we krwi, leżeli nasi na bruku. Ten czarnowłosy leżał na Niemcu, któremu odpinał automat. Ocaleli, biegli na oślep w Laskową. Wróciłam do mieszkania. Zęby szczękały mi jak w febrze, gdy opowiadałam babci. Wojdecka z przeciwka powiedziała nam jeszcze, że trzech przedostało się przez dom Gadomskiego do nas, że prawie dzieciaki, broń porzucili do śmietnika i kobiety pozabierały ich do swoich mieszkań. Teraz Powstanie musiało rozgorzeć na dobre w całym mieście; przez całą noc dochodziły strzały, pojedyncze i seryjne z broni maszynowej z różnych stron miasta. To samo następnego dnia. Do okna, chociaż wychodziło na podwórze, bałyśmy się podejść. Stół przesunęłam do naszego okna, bliżej kuchni. Nie było innego wyjścia jak tylko czekać. Wieczorem wzdłuż Dworskiej przejechał czołg, ostrzeliwując na oślep bramy domów. W czwartek z samego rana wpadła Kosińska. Zaczęła nas ściskać, całować, płakać z radości. – Powstańcy zajęli naszą ulicę. Niemcy odjechali nocą samochodami. Wojdecki widział naszych, jak szli. Przysięgał, że widział Janka Knedlera. „Philips” w naszych rękach, „Klawe”, szpital i remiza. Na fabryce nasza flaga, chodźcie zobaczyć. Stanęłyśmy z mamą przy balkonie. Łzy płynęły mi po twarzy. Naprzód do boju żołnierze Polski Podziemnej za broń! Boska potęga nas strzeże woła do boju nas dzwon. Godzina zemsty wybiła za zbrodnie, mękę i krew.
263
P oko n ać strach
Do broni! Jezus Maryja! Żołnierski woła nas zew. Zorza wolności się pali przed Polską, idących lat, moc nasza, przemoc powali wolności rodzi się świat! Godzina zemsty ...
Boże, dzięki Ci! Och, czemu tu nie ma Cześka. Może już martwy, jak tamci, a może gdzieś w Śródmieściu zaczepił własnymi rękami flagę. Tymczasem na Dworskiej wszczął się ruch niezwykły. Na rogu Karolkowej i Dworskiej stawiano barykadę. Z domu Naciążka ściągano wozy i platformy. Jakiś chłopczyna, w hełmie spadającym na uszy, wpadł na nasze podwórze. Ludzie, znoście butelki i co kto ma – naftę, benzynę, bimber. Nie trzeba było prosić, lokatorzy z naszego domu dźwigali bańki, pełne gąsiory, butelki i inne. Nawoływano chłopców do napełniania butelek. Mały, może dziesięcioletni synek Rajskich, błagał matkę, aby go puściła, nie mogąc sobie z nim dać rady, zamknęła małego na klucz, a sama zeszła na dół z innymi. Nim usłyszała wołających ją sąsiadów, chłopak zdążył na prześcieradłach spuścić się z pierwszego piętra i uciekł w stronę Karolkowej. W jakiś czas później zjawił się na podwórzu w hełmie i opasce biało-czerwonej. Niestety, nasza radość trwała krótko. Spłoszył nas z ulicy warkot samolotów, a w chwilę później rozszalało się bombardowanie. Nosiły się zewsząd dymy palących się domów. Nad naszym domem przelatywały samoloty, kołując i zawracając. Trafili w jezdnię przed naszym domem, zryli dosłownie pole Hubali, tak że odłamki zsiekały 264
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
tylną ścianę naszego domu. Na ten czas uciekliśmy na parter do Gaurów, gdyż piwnic w naszym domu nie było, a sutereny, z oknami przy samym chodniku, nie dawały żadnego bezpieczeństwa. Od tego dnia, przeżywaliśmy niekończące się piekło. Mój biedny mały synek był chyba dzielniejszy ode mnie, a ja formalnie zamierałam ze strachu. Modliłam się żarliwie o ratunek, chociaż dla dziecka. Po co go przywlokłam od Marychy, chyba na śmierć. Głaskał mnie po twarzy, tulił się, gdy nadlatywały samoloty kulił się cały i wciskał mi główkę pod pachę. – Mamuśku, chyba się tak bardzo nie boisz, prawda? – Najbardziej się lękam o tatusia. Gdy dom kołysał się, ufnie patrzył mi w oczy i przemawiał do mnie swoim słodkim szczebiotem: „A ja myślałem, że ty się boisz o nas. Mówimy paciorek i babcia wciąż się modli na różańcu, to chyba nic się nam nie stanie.” Wiara dziecka dodawała mi sił. Przy tym wszystkim, jak mówiła mama, „nerwy rzuciły się mi na żołądek”. Miałam boleści, biegunkę i torsje. Chyba piątego sierpnia przyszło coś nowego. Akurat myłam się, gdy usłyszeliśmy jakby szczekanie psa, rzuciło mnie na ścianę, wywróciłam taboret z miską wody, wreszcie ogłuszający huk, chyba tym razem w nasz dom. Była to tak zwana „krowa”, ciężkie działo bijące na oślep z pancernego pociągu na Dworcu Zachodnim. „Krowa” rozerwała się tuż przy naszym domu i jedna jej część trzepnęła w schodki sklepu Piwochy, rujnując kąt piwnicy pod sklepem. Tego dnia nasi sąsiedzi Kosińscy opuścili swoje mieszkanie, wyszli z domu z całą rodziną. Jej siostra znalazła jakiś opuszczony garaż czy składy na peryferiach, tam się ukryli i wytrwali aż do wyzwolenia Warszawy. Mimo straszliwych bombardowań, ludzie nieustannie wędrowali. Jedni, ocaleli ze spalonych domów, inni, w obliczu straszliwych bestialstw, starali się wyjść za miasto. Idący od Wolskiej i ci od Towarowej opowiadali rzeczy wprost niewiarygodne. Na Wolskiej 265
P oko n ać strach
24 wymordowano około 1000 osób, w fabryce tapet Franaszka rozstrzelano wszystkich ze straży fabrycznej i nie wiadomo ilu cywilnych osób wraz z dyrektorem, a do hal fabrycznych Ursusa spędzano mieszkańców z sąsiednich domów, blisko kilka tysięcy ludzi. Takie krwawe żniwo jednego dnia. Czy to możliwe? Trudno było uwierzyć. Jakaś kobieta, prawie obłąkana, przyszła od Wolskiej od strony Karolkowej. Nie mogliśmy sobie z nią poradzić, mdlała raz po raz. Gdy oprzytomniała, ustaliliśmy, że wprost cudem ocalała z domu na rogu Krochmalnej i Towarowej, który Niemcy podpalili, a ratujących się z płomieni siekli z karabinów maszynowych. Ona nie pamiętała nawet, jak jej się udało wydostać. Biegła na oślep. Widziała czołg niemiecki, przed którym jako osłonę pędzono ludzi. To kaci spod Głogowa, zawsze ci sami ludobójcy. Siódmy dzień Powstania to morze ognia wokół nas. Nie można było się zorientować, czy to remiza tramwajowa, czy kościół oo. Redemptorystów na Karolkowej, prawdopodobnie jedno i drugie. Od Karolkowej buchały żywe płomienie, od Kolejowej czarna płachta dymu przysłaniająca pożary. Samoloty niezmordowanie wyrzucały śmiercionośne ładunki na to nieszczęsne, bezbronne miasto. Nie było nadziei, aby nasz dom narożny, trzypiętrowy ocalał w tym piekle. Wpadła do nas sąsiadka z przeciwka, Wojdecka. – Znowu idzie w naszą stronę spora grupa ludzi. Zbiegłam do bramy. Przybysze byli zdumieni, że nie było u nas dotąd Ukraińców. Stłoczeni w bramie opowiadali straszne rzeczy. Szli z różnych stron Woli. Kościół oo. Redemptorystów płonął, ojców i wszystkich ludzi szukających schronienia w świątyni wywleczono, pognano ich Wolską i po przeciwnej stronie kościoła św. Wojciecha wymordowano, podpalając stosy ciał, które płonęły jak pochodnie. Nie ma już chyba na Wolskiej domu bez masowych egzekucji. Na Wolskiej 102 urządzili istną rzeź mieszkańców z pobliskich ulic, a na cmentarzu prawosławnym zginęły z rąk bestialskich katów dzieci z sierocińca i innych z przeciwnej strony ulicy – około 1000 osób. 266
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
Liczby pomordowanych stają się nierealnie olbrzymie. Skąd się bierze tyle narodu. Znikąd ratunku ani pomocy. Już miałam odejść, bo warkot samolotów targnął powietrzem, gdy mignęła mi znajoma twarz kobiety z Prostej. – Proszę pani, dom pod 34 już spłonął 3 sierpnia. Ten drewniak na froncie rozsypał się jak z kart. Śladu po nim nie ma. Ósmego sierpnia, około dziesiątej rano, powstał nagle zgiełkliwy ruch na podwórzu i w chwilę później na klatce schodowej. Wrzaskliwe raus i tupot wielu nóg. Blada i roztrzęsiona wpadła Wanda Cybulska. Była sama w domu, bo matka z Cechą i Hanką były na Lwowskiej. – Ciociu, Ukraińcy na podwórzu wrzeszczą, żeby schodzić. – Ano co robić, co Bóg da, tak będzie, weźcie kenkarty i schodzimy razem, ty Wanda trzymaj się z tyłu, za nami. Na dole minęłyśmy Niemca, który wrzeszcząc swoje raus sadził na górę po dwa stopnie. Stanęliśmy w szeregu. Niektórzy Ukraińcy mówili po polsku. Najprzód wykrzykiwali Banditen z powodu dużej ilości mężczyzn. Legitymując, popychali kolbami, nagle przyczepili się do tramwajarza Kuszelewskiego. Kazali mu maszerować przez całe podwórze, szarpiąc na nim służbowy mundur, dopatrywali się w nim powstańca. W końcu, gdy żona podała im czapkę tramwajarską, dali mu spokój i przystąpili do „legitymowania”, przy czym zdzierali zegarki i biżuterię, zrywali brutalnie łańcuszki, nie siląc się bynajmniej na odpinanie. Ściągnął mi pierścionek, a przegapił obrączkę, nawet tego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Maciulek tulił się do mnie. W jego drobnym, drżącym ciałku czerpałam siłę do życia. Tak bardzo pragnęłam go ocalić. Ostatecznie zakończono torturę „sprawdzania dokumentów”. Kazali rozejść się do mieszkań, zachowywać się spokojnie, bowiem oni będą nad nami czuwać i po południu znowu zajrzą. Póki nie odjechali, nie byliśmy pewni swojego losu, drżałam, czy nie podpalą domu lub nie wystrzelają nas, tak równiutko ustawionych. Babcia Kasia była dobrej myśli. 267
P oko n ać strach
– Może już się tą naszą krwią zatkali i dadzą nam spokój. Teraz wszystkich lokatorów ogarnęła gorączka zabezpieczania swego mienia. Mamie również udzielił się ogólny zapal. W pierwszym rzędzie wyniosła do piwnicy nieszczęsne radio zawiązane w pluszową kapę z łóżka, następnie całe „Wackowe dobro”, pościel i nasze zimowe okrycia. Swetry, ciepłą bieliznę dziecka ułożyłam w małej walizeczce, w drugą również niewielką, włożyłam swoje drobiazgi, trochę chleba, w pudełko po klockach poukładałam kostki cukru, również kawałek posolonej słoniny. Maciuś też miał swoją walizeczkę, jakieś ubranko, trochę sucharków, słodyczy i ulubione organki Cześka. Upał był nie do zniesienia. Położyłam się na opustoszałym łóżku. Maciek nie odstępował mnie ani na chwilę. Gdy samoloty zaczęły znowu wyprawiać nad nami swoje harce, zbiegliśmy na parter do państwa Gaurów, u nich też za drzwiami zostawiłam nasze walizki. Babcia Kasia ugotowała kartoflankę, ale jeść się nikomu nie chciało. Czekaliśmy z upragnieniem nocy, z nadzieją, że trochę ucichnie. A może to najgorsze zaskoczy nas we śnie i oszczędzi nam nowej porcji strachu. Zerwały mnie na nogi strzały. Krótka seria tuż, tuż, chyba na podwórzu. Znowu szurgot wielu nóg. Otwierały się kolejno drzwi po naszej stronie korytarza do Kankiewiczów, Cybulskiej, Wojdeckich. U Kosińskich nie było nikogo, więc poszła seria w drzwi, to samo u krawców obok, których nie było od pierwszego dnia Powstania. Wreszcie do nas... raus. Staliśmy gotowi przyjąć nasze przeznaczenie. Chciałam coś jeszcze w locie pochwycić, album ze zdjęciami małego był pod ręką, a z otwartej bieliźniarki, mój żałobny kapelusz. Walizki były na dole, Gaurowie wynieśli już do sieni. Popychane przez schodzących wyszłyśmy przed bramę. Wanda przyłączyła się do nas. Stłoczeni staliśmy już dłuższą chwilę. Przed nami na rozstawionych szeroko nogach stał Ukrainiec z gotowym do strzału 268
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
automatem. Przewiercał nas złym wzrokiem. Nie wiedziałam, co robić, patrzeć na tę okrutną maskę z ironicznym grymasem, czy zamknąć oczy. Chciałam się modlić, ale zapomniałam pacierza, tylko „Zdrowaś Mario” i „Jezus, Mario” plątały mi się myśli i słowa, a Maciulek „Mamuśku, co teraz będzie, co z nami będzie?” i tak w kółko. Tymczasem z naszego domu dochodziły krótkie serie, to Ukraińcy buszowali po mieszkaniach. Podobno wtedy zabili Wojdeckiego, który ukrył się w mieszkaniu. Jeszcze musieli kogoś na działce dopaść, bo krótkie serie słychać było tuż za domem. Pognali nas w kierunku Woli przez Skierniewicką. Szliśmy środkiem jezdni, a wszystkie domy po obu stronach ulicy płonęły żywym ogniem. Z otworów okiennych wyskakiwały języki ognia, liżąc zewnętrzne ściany domów. Duszno było i strasznie. Szliśmy, przyginając się coraz do ziemi, bo cały czas rozrywały się pociski, gdzieś bardzo blisko. Mimo porażenia strachem i kompletnego otępienia na widok naszej kochanej, latami przemierzanej ulicy Wolskiej, przejęła mnie zgroza. Jak żywe pochodnie płonęły domy po obu stronach ulicy. Swąd spalenizny połączony z odorem rozkładających się ciał pobudzał do torsji. Duchota straszna. Dochodziliśmy do kościoła św. Wojciecha, naprzeciw dymiło gryzącym dymem usypisko zwęglonych ciał. Przy dwóch wejściach na ogrodzony teren kościoła stali esesmani. Kolejno selekcjonowali wchodzących, oddzielając mężczyzn. Brutalnie odrywali mężów od żon, popychając do drugiej bramki. Rozległ się spazmatyczny płacz dziecka. To od małej dziewczynki odrywali ojca, popychając małą do furty kobiet. Zaraz samotne kobiety wzięły ją między siebie. W pobliżu figury Matki Bożej, na całym trawniku, obok świątyni, kazali tej ogromnej gromadzie ludzi uklęknąć, z rękami złożonymi na głowach. Przed nami wystawiono karabin maszynowy, przy którym stał rozwrzeszczany 269
P oko n ać strach
watażka. Najprzód zaczęli wypytywać, kto zna niemiecki, bo potrzebują tłumacza, ale nikt się nie odezwał, więc ogłosili, że potrzeba do sprzątania, też nikt się nie zgłosił, po chwili wyciągnęli z tłumu kilka kobiet klęczących bliżej. Od ulicy Syreny dochodziły nieustannie krzyki kobiet i dzieci. Na jakiś czas cichły, potem znów narastały. Serie pistoletów maszynowych grały nieustająco. Samolotów nie było słychać, zatem cały ten odcinek Woli znajdował się w rękach wroga. Mój biedny synek kurczowo przyciskał się do mnie, obok klęczała babcia Kasia. Po raz pierwszy byłam szczęśliwa, że mąż nie był z nami. Rozdzieleni dobrowolnie, mieliśmy już udrękę rozstania za sobą, na pewno mniej bolesną niż ta, którą przeżywalibyśmy tutaj. Maciuś wśród łez powtarzał „Mamuńku, co teraz będzie”, mdlały mu rączki, więc kazałam mu mocniej oprzeć się o mnie. Babcia Kasia odmawiała półgłosem różaniec. Ja nie spuszczałam z oczu żołdaka przy karabinie maszynowym, śledziłam z napięciem każdy ruch, oczekując ze skurczonym sercem. W tym przerażeniu straciłam zupełnie poczucie czasu. Przemawiałam czule i spokojnie do Maciusia. – Nic się nie bój, zamknij oczka i mów paciorek, tatuś ma jeszcze gorzej. Mój własny głos wydał mi się obcy. Wtem niespodzianie zjawił się drugi Niemiec i gardłowym głosem kazał Ukraińcowi zabrać karabin, a sam ochrypłym aufstehen poderwał nas i wskazał kierunek do głównych, otwartych szeroko drzwi kościoła, ponaglając wrzaskiem los i schnell. Jeszcze nie dowierzałam, wzięłam babcię Kasię pod rękę, mały trzymał się mego płaszcza, bo przez ramię przerzuciłam walizkę związaną paskiem z małym tobołkiem. Ludzie parli całą siłą, jakby w obawie, że Niemcy się rozmyślą. Szliśmy prawie na końcu, po prostu opadłam z sił. Wchodząc po stopniach, spojrzałam w lewo, przy pierwszych drzwiach piętrzyła się we wgłębieniu sterta ciał ludzkich. Do dziś pamiętam niektóre, wysuwające się głowy, twarze i małe, w lakierkach i pomarańczowych skarpetkach, nóżki dziecka. 270
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
Pierwsze, co zauważyłam w kruchcie, to walające się w kałuży moczu ampułki. Ludzie spiesznie zajmowali miejsca, z trudem przeciskaliśmy się do prawej nawy, po drodze spotkałam Irkę Ławrynowicz, koleżankę z Urzędu i Halinkę Malicką, koleżankę ze szkolnych lat od Konopnickiej. Zawsze zazdrościłam jej i Hali Centkiewicz, że miały możność studiować w Akademii Sztuk Pięknych. Zajęliśmy niewielki skrawek miejsca pod ścianą. Usiadłam na posadzce, opierając się plecami o ścianę. Błogosławiony chłód orzeźwiał i uciszał zmęczenie. Synek przycupnął na walizce obok i oparł główkę na moich kolanach. Mama wyjęła z walizki kilka kostek cukru, ale chciał tylko pić, a o wodzie nie było co marzyć. Środkiem kościoła nosili rannych. Kobiety z naszego domu poznały w noszących swych mężów, a więc na szczęście tej grupy mężczyzn nie rozstrzelali. Przed wielkim ołtarzem leżeli ranni. Nie czułam ani głodu ani strachu, byłam jak pusty wór. Gdy tak bezmyślnie rozglądałam się po świątyni, wzrok mój zatrzymał się na przeciwległej ścianie. Na wprost mnie była stacja Męki Pańskiej „Pan Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem”. Ni to szloch, ni to spazm zacisnął mi krtań, więc bezgłośnie szeptałam „Kłaniamy się Tobie Chryste i błogosławimy Ciebie, żeś przez święty krzyż swój świat odkupić raczył”. Wraz ze łzami spłynęło na mnie uciszenie i ufność, że Bóg jest z nami, że nas nie opuści. Spojrzałam na mamę. Splotła ręce na kolanach i mówiła niby do mnie, niby do siebie. – Tyle lat życia. Tam umierał ojciec i Bronek, myślałam, że i tam złożę głowę. Jak mogłam stamtąd odejść, zostawić to wszystko, dorobek całego życia, jak mogłam? Milczałam, nie umiałam się zdobyć na słowa pociechy. Spoglądałam dookoła, znajome twarze kobiet z naszego domu, tuż obok nas rodzina Kankiewiczów. Ile trzeźwości umysłu mieli niektórzy. Krzątali się, omiatali zajęte przez siebie miejsce, zdejmowali z siebie, jak z wieszaka ubrania, rozmyślnie nałożone jedno na 271
P oko n ać strach
drugie, układali do walizek. Dziecko usnęło i ja zaczynałam drzemać. W świątyni panował mrok. Głowa coraz leciała mi w dół. Babcia Kasia spokojnie jak w domu na własnym łóżku, podjęła swoje różańcowe modlitwy. Zerwał nas na równe nogi wrzask raus. Ruszyliśmy otępieni. Esesman poprowadził zbitą gromadę za kościół, na prawą stronę bliżej muru. Okazało się, że nie na rozstrzał. Zatroszczyli się o nasze fizjologiczne potrzeby, które trzeba było spełnić, jedni tuż obok drugich, na bacznych oczach „dobrodziejów”. Rano, skoro świt, znowu poderwali nas do wyjścia, tym razem byłam pewna, że to „rozwałka”. Już mną nie trzęsło, byłam zrezygnowana, jak człowiek zdecydowany na usunięcie straszliwie bolącego zęba. Tylko Maciulka, mojego umiłowanego synka było mi żal, ach jak straszliwie żal. Popędzili nas Wolską, a dalej Bema. Dwie walizki związane paskiem przerzuciłam przez ramię, coś przycisnęłam, aha to żałobna woalka od kapelusza; przypomniałam sobie słowa jakiejś kobiety: „Patrzcie jakaś wariatka w kapelusz się ubrała”, więc to było o mnie. Po prawej stronie wszystko płonęło. Mijając Dworską, spojrzałyśmy w lewo, a tam w okolicach naszego domu widać było kłęby dymu i ognia. W międzyczasie zgubiliśmy się z lokatorami naszej kamienicy. Wandzia też odłączyła się od nas, trzymała się z rodziną Brodowskich. W pobliżu zobaczyłam młodych Gaurów, pchali przed sobą dziecinny wózek z jakimś tobołkiem, a ona na ręku niosła dziecko. Na Dworcu Zachodnim stał długi skład pociągu. Świeciło słońce, nie warkotały nad głową samoloty. Zdjęłam kapelusz i wcisnęłam do torby. Wysadzili nas nie na samej stacji Pruszków, ale nieco bliżej, bo szliśmy spory kawałek drogi wzdłuż muru Remontowych Zakładów Kolejowych. Przed bramą stał żołnierz. Gdy wpędzano nas w bramę, zdążyłam zauważyć, że Gaurowie pertraktują z wartownikiem, podawali mu dużą paczkę. Widocznie udało im 272
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
się wyjść, bo już później ich nie spotkałam. W olbrzymich halach kłębiły się tłumy ludzi. Maciuś płakał, domagał się picia i jedzenia. Między ludźmi błąkającymi się bez celu, kręciły się sanitariuszki RGO w białych fartuchach. Zajęliśmy jakiś możliwy kąt. Podążając za biegnącymi ludźmi, dotarłam do jakiejś kolejki. Rozdawali zupę. Głód ścisnął mi wnętrzności. Czekałam z niecierpliwością aż nasi sąsiedzi z Dworskiej, państwo Badziagowie, zjedzą zupę i pożyczą nam naczyń. Przewidujący ludzie mieli nie tylko dwie miski, ale i łyżki. Chodziłam po terenie, żeby zdobyć jakiś garnuszek. Niestety, z trudem zdobyłam butelkę. Następnego dnia zaniepokoił mnie wygląd Maciusia. Był nabrzmiały na buzi, a nóżki tak mu spuchły, że pasek pantofla był niewidoczny, na łydce uwierała go gumka skarpety. Przestał upominać się o jedzenie, tylko bez przerwy wołał o picie. Postanowiłam za wszelką cenę wydostać się stąd. Ktoś mi powiedział, że jedna z sióstr wyprowadza, ale tylko za złoto. Miałam przecież jeszcze pierścionek i obrączkę. Aby tylko wydostać się za bramę, później poszlibyśmy bodaj pieszo do Marychy albo do Grodziska. Obiecała nas wyprowadzić, kazała mi czekać w pobliżu wyjścia. Za jakiś czas wróciła, podając mi biały fartuch, ale okazało się, że w ten sposób mogła wyprowadzić jedynie mnie. Nie było mowy o wyjściu mamy z dzieckiem. Pierścionka nie zwróciła. Następnego dnia przybiegła na salę znowu jakaś siostra i od drzwi wolała: – Matki z dziećmi szykować się do wyjścia, transport do Łowicza. Byłyśmy z mamą jedne z pierwszych przy drzwiach. Uformowano nas w dwuszereg. Wyszliśmy. Po drodze do pociągu gestapowiec selekcjonował podchodzących. Rozdzielili nas z babcią Kasią. Ogarnęło mnie przerażenie. Opowiadano, że wszystkich ludzi będą „likwidować”, że tak zrobili z poprzednim transportem. Próżno babcia Kasia wydzierała się do mnie, chcąc mi podać tobołek z rzeczami 273
P oko n ać strach
Maciusia. Brutalnie popchnięta do przodu, znalazłam się po chwili w wagonie towarowego pociągu. Zdobyłam miejsce przy ścianie pod samym okienkiem, a więc z odrobiną powietrza. Ruszyliśmy. Przez otworek drzwi mignął przed naszymi oczami tłum ludzi na przejeździe kolejowym, machano nam rękami i czapkami. W wagonie tym było sześćdziesiąt osób i dwa wózki dziecinne z kwilącymi maleństwami. Obok mnie wciśnięty w sam kąt, na walizkach, Maciuś. Suchary się już skończyły. Pozostały kostki cukru i kilka kawałków solonej słoniny, które Maciusiowym scyzorykiem (o mądre dziecko) pokroiłam na cieniutkie plasterki. W Skierniewicach, na peronie była masa ludzi; odpychani przez Niemców przeciskali się do otwartych drzwi wagonów, podając chleb i butelki z piciem. Podniosłam Maciusia do okienka, dostał bochenek chleba i butelkę herbaty. Przy drzwiach powstała kotłowanina, bo żywność zatrzymywali ci pierwsi przy drzwiach, nie podając dalej. Stąd wymysły, klątwy tych, co byli w głębi wagonu. Zaczęto więc rzucać chleb ponad głowami pierwszych. Doszły nas krzyki, że jedziemy do Reichu. Nie chcieliśmy wierzyć, więc odkrzykiwano, że do Łowicza. Gdy zatrzymaliśmy się w Koluszkach, było już wiadomo, że wiozą nas do Niemiec. Wyrzuciłam na peron kartkę zaadresowaną do Marychy, że jedziemy w nieznanym kierunku. W nocy maleństwa płakały z głodu, matki nie miały w piersiach pokarmu. Nad świeczką podgrzewałyśmy wodę z moim kostkowym cukrem, zaspokajając choć na krótko głód niemowląt. W Łodzi (wtedy to się nazywała Litzmannstadt) na peronie zobaczyliśmy spacerującego żandarma. – Dokąd jedziemy? – Nach Deutschland. Nie było już wątpliwości. Mijaliśmy Kalisz, Ostrów Wielkopolski. Już dwie osoby ratowały się ucieczką, podobno szczęśliwie. 274
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
Nam wyszło to na złe, bo zasunięto uchylone drzwi i zamknięto z zewnątrz. Zrobiło się duszno, musieliśmy wdychać po odrobinie powietrza przez szpary w deskach wagonu. Gdy chciałam trochę wyprostować zdrętwiałe nogi, usłyszałam pod swoim adresem „Hrabina, trumnę se kup, to wyciągniesz giry”. Jedynie na co się wszyscy zgodzili, to na opróżnienie miejsca w samym rogu wagonu na załatwianie potrzeb fizjologicznych. W tym celu wycięto w podłodze wagonu spory otwór. Koszmaru tej podróży trudno zapomnieć, a jeszcze trudniej opisać. Zapamiętałam dwa miejsca postoju. Pierwsze: stacja kolejowa w Halle. Przyjechaliśmy tam w czasie nalotu. Cała niemiecka obsługa pociągu uciekła, zostawiając nas na pastwę losu w zamkniętych wagonach. Maciuś, cały czas drzemiący, zerwał się na odgłos detonacji bomb. – Mamusiu nalot, ubierz mnie, zejdźmy na dół. Przytuliłam go do siebie. – Cicho synku, jesteśmy w ubraniu. Targał mną nieludzki strach o to moje najdroższe dziecko, na myśl, że mógłby wybuchnąć pożar. Drugim zapamiętanym, dość długim postojem był napis „Buchenwald”. Ludzie-cienie, z wielkimi olejnymi literami „KL” na plecach, uwijali się przy naprawie torów. Rozdano nam zupę w papierowych kubeczkach. Również więźniowie oddawali nam swoje porcje chleba. Od strony stacji przyszła grupa esesmanów. Zaczęła się bieganina, wrzaski raus. Wpadli do naszego wagonu. Lustrowali każdy kąt, póki nie wypędzili młodych, dorastających chłopców i mężczyzn. Ustawili ich piątkami w pobliżu wagonu i rozpoczęło się liczenie, a w wagonie płacz rozłączonych. Jedna z kobiet, której wywlekli męża i syna przybliżyła się do drzwi i gdy Niemcy przesunęli się po odliczeniu pierwszych szeregów, zeskoczyła zwinnie i nim się ktokolwiek zorientował, wyszarpnęła syna z szeregów i nim zdążyliśmy odetchnąć już była z nim w wagonie; skurczonemu na klęczkach, usiadła niemal na plecach. Inne kobiety 275
P oko n ać strach
obstawiły ją tobołkami. Widać było, jak Niemcy powtórnie liczyli i w końcu odmaszerowali w stronę obozu. Nasz pociąg ruszył. Chłopiec opuścił niewygodne ukrycie. Okazało się, że w zanadrzu marynarki miał ukrytą malutką psinę, która ledwie dyszała. – Macieju, jak mogłeś? – Mamusiu, właśnie nie mogłem jej zostawić. Widzisz Ciapciu żyjemy. Popatrzyłam na chłopca, ładny, czarniutki, dość wysoki, miał chyba z 16 lat. Dzielną matką była pani Jadwiga Sikorska, z którą dzieliłam dalsze losy. Już straciłam rachubę czasu, byłam przeraźliwie słaba, a może głodna, gdy pociąg zatrzymał się. Nie było widać stacji ani peronów, tylko żelazna krata z napisem „Bergen-Belsen”. Kazali nam wysiadać. Pociąg był już obstawiony wojskiem. Wywiązała się sprzeczka pomiędzy Niemcami, którzy nas przywieźli, a tymi którzy nas mieli odebrać. Z gestów można się było domyślić, że tamci w ogóle nie chcą nas przyjąć. Prowadzili nas przez drogę leśną. Zrobiło się ciemno. Tłum zmaltretowanych kobiet z dziećmi, otoczony po zęby uzbrojonym konwojem, co to będzie, dokąd nas prowadzą? Wpijał mi się w ramię pasek od walizek, ciągnął uwieszony u ręki Maciuś. Równolegle do drogi leśnej szła szosa, wzdłuż której biegły słupy telefoniczne czy elektryczne. Co jakiś czas mijaliśmy posterunki. Na niebie krzyżowały się smugi świetlne reflektorów. Nareszcie las się skończył. Zarysowały się gęsto ustawione baraki; nietrudno było się domyślić, że zbliżamy się do obozu. Znowu wściekłość miejscowych esesmanów. Nie mieli nas gdzie ulokować. Noc była gwiaździsta, ale bardzo chłodna. Stałyśmy jak zbite stado owiec, póki nie rozbili nam namiotów, do których wrzucono trochę słomy. Na tę słomę dosłownie padałyśmy ze zmęczenia. Dopchałam się do samego brzegu, ale nie wyszło nam to na dobre z powodu 276
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
chłodu. Dygotałam z zimna, mimo że okryliśmy się płaszczem. Całą noc, mimo zmęczenia, głodu i wyczerpania nerwowego, nie mogłam zasnąć. Otulałam małego, przyciskałam go do siebie, aby mi się tylko nie przeziębił. Ranne słońce oświetliło teren. Boże, przecież to 15 sierpnia, dzień Maryi. Było to miasteczko ciemnych baraków, upstrzone namiotami jak nasz, z brezentu o barwie ochronnej. Opodal, na otwartej przestrzeni, stały koryta z kranami, a także olbrzymi kwadrat kloacznego dołu, ogrodzony drążkami, które służyły za sedesy. Upatrywałam ciągle jakiegoś naczynia. Na usypisku śmieci walały się całe stosy puszek po konserwach, wybrałam dwie większe, możliwie czyste. Przechodzący w pasiaku więzień uśmiechnął się życzliwie, wygmerał z kieszeni gwóźdź i kawałek sznurka, bez słowa wziął ode mnie puszki, przebił gwoździem otworki i przecisnął sznurek. A więc miałam naczynia. Każde, nawet najgorsze chwile mają przynajmniej okruchy radości. Z umytymi „garnuszkami” przybiegłam do baraku. Maciek siedział na ziemi i popłakiwał. – Gdzie byłaś tak długo? Korzystając z dobrodziejstwa wody, wymyłam go, choć woda była lodowato zimna. Mieliśmy kawałek mydła, nowy powód do radości. Przy czesaniu Maciusia znalazłam wesz. W namiocie kobiety odmawiały litanię. Święto Wniebowzięcia Najświętszej Panienki, rocznica Cudu nad Wisłą. Dla nas siedem dni tułaczki od chwili wygnania z domu i myśli, co robi babcia Kasia, czy żyje Władek z Irką i Marylką, ciotki Genia i Józia, Organiściakowie, Jaśka z Wojtusiem. Do nich biegły moje westchnienia, ale na myśl o mężu, kurczyło się coś we mnie. Przenikał mnie tak ostry ból, że musiałam przyciskać rękę do serca, bo czułam, że mi się rozerwą piersi. Przed namiot przyniesiono kocioł z jedzeniem. Przynieśli je więźniowie, podobno Żydzi węgierscy. Ta niby zupa to mieszanina obierzyn, pokrzywy i liści buraczanych. Mój mały synek jadł 277
P oko n ać strach
z apetytem i powtarzał z zapałem – Mamusiu, nawet babcia Kasia nie umiałaby takiej zupy ugotować, pyszna! Znajome sąsiadki z naszego domu potakiwały z uśmiechem, mówiąc, że babcia na pewno nie umiałaby takiej zupy ugotować. Tego samego dnia zmarły obydwa maleństwa, które jechały w naszym wagonie. Przez kilka następnych dni nikt się nami nie zajmował, jakby Niemcy o nas kompletnie zapomnieli. Niestety to były nasze złudzenia. Po tygodniu zerwali nas skoro świt. Poprowadzono nas na tak zwany „Appellplatz” i tam rozpoczęło się liczenie. Dzieci poniżej czternastego roku życia lat nie brano w rachubę, a starsze – zaliczano do dorosłych. Ogarnęła nas trwoga, że starsze dzieci mogą wysłać oddzielnie, a może maluchy też matkom odbiorą i wyślą do jakiegoś „kinderhausu”, jak chodziły słuchy. Rozpaczliwe myśli tłukły się po głowie. Tymczasem esesmani ustawili po jednej stronie matki z małymi dziećmi, po przeciwnej matki ze starszymi powyżej lat czternastu, ale ciągle im się liczba nie zgadzała, bo zaledwie odeszli liczyć dalej, matki ze starszymi dziećmi przeskakiwały na drugą stronę, dzieci chowały nieco za siebie, w ten sposób matek ze starszymi było coraz mniej. Pierwszego dnia liczenie trwało do czwartej po południu. Byłyśmy głodne, udręczone, a dzieci wprost słaniały się na nogach, a do tego upał nie do zniesienia. Takie codzienne „liczenie” trwało przez tydzień. Zrozumiałyśmy, że to był ich specyficzny sposób znęcania się. Pod koniec sierpnia zerwali nas o 5 rano i pod konwojem esesmanów pognano tą samą drogą w stronę stacji. Na torach stał długi skład pociągu towarowego; na poszczególnych wagonach wypisane były kredą nazwy różnych miast. Upychano nas do wagonów z takim pośpiechem, że nie zdążyłam odczytać napisu na moim. Już nie pamiętam, jak długo trwała ta koszmarna jazda. W sumie nie trwało to aż tak długo, tylko że byliśmy tak stłoczeni, że 278
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
nie można było poruszyć ani ręką ani nogą. Nazwa stacji, na której nas wyładowano, brzmiała Hameln koło Hanoweru. Prowadzili nas środkiem jezdni, ku uciesze bawiących się na ulicy dzieci. Przechodnie obrzucali nas nienawistnymi spojrzeniami. Widok wynędzniałych kobiet z tobołkami na ramionach ani gromada wlokących się obok matek dzieci nie wzbudzał w nikim współczucia. Jak baty spadały na nas dyszące gniewem okrzyki: Polnische Banditen, Warschauer Aufstandige itd. Poprowadzono nas do zakładu fotograficznego, zrobiono nam zdjęcia oznaczone numerem. Następny etap to arbeitsamt. Od razu, na ulicy, przydzielano nas poszczególnym Niemcom. Oglądano ręce, lustrowano naszą przydatność, część kobiet zabierali chłopi na furmanki, które stały długim rzędem. Naszą grupę „najął” jakiś gruby Niemiec, więc ruszyłyśmy za nim, nie wiedząc, dokąd idziemy i do jakiej pracy. Zasychało mi w gardle z pragnienia i głodu. Serce mi pękało z bólu, jak patrzyłam na moje dziecię, które ledwie przebierało nóżkami, chwilami zostawało w tyle i znowu podbiegało, żeby dorównać kroku. – Mamusiu, daleko jeszcze? – Nie, synku, już bliziutko, trzymaj się mocno. Naszym nowym „schronieniem” była fabryka koców na przedmieściu Hameln, Mariental 10. Barak przerobiony z hali fabrycznej. Po jednej stronie piętrowe prycze, po przeciwnej szafki na ubrania. Wysoko, prawie pod sufitem, oszklone zbrojonym szkłem okienka. Wąskie przejście środkiem, a na samym końcu baraku ustęp, nie skanalizowany, bez zamykanych drzwi, trzy drewniane otwarte przegródki, a wzdłuż ściany kamienne koryto z kilkoma kranami zimnej wody. W całym ogromnym baraku nie było kuchni do gotowania ani pieca. Jeszcze tego samego dnia załatwiono wszystkie papierkowe formalności, otrzymałam arbeitskartę. Rozdano nam po misce krupniku z chlebem. Zapowiedziano, że nazajutrz od szóstej 279
P oko n ać strach
rano mamy się stawić do pracy w fabryce. Tego wieczora na wąskiej pryczy, na słomianej poduszce (Maciuś miał swój jasieczek z Warszawy), przytuleni do siebie, przykryci dwoma kocami, zasnęliśmy bez pacierza, bez jednej bodaj myśli o Cześku. Do olbrzymich, zębatych maszyn rzucałyśmy całe tłumoki szmat, które maszyna szarpała dokładnie na puch. Nie było nas widać wśród pyłu, unoszącego się wokół maszyn. Praca wymagała zręczności i siły do znoszenia całych pak szmat i sznurków. Od szóstej rano, do półgodzinnej przerwy obiadowej nie było czasu, aby rozprostować plecy. O dwunastej przynoszono nam kocioł zupy z tak zwanego wohlfahrtsamtu, czyli opieki społecznej; prawie zawsze brukiew z kapustą. Dostawałyśmy tej zupy po dwie miski, dla siebie i dla dziecka oraz foremkowy klocek czarnego gliniastego chleba na cały tydzień. O szóstej wieczorem kończyłyśmy pracę. Na kolację przynoszono nam kociołek gorącej mięty. Znacznie później otrzymałyśmy kartki na mięso, tylko dla dzieci, 10 dag tygodniowo. Dzieciom do lat sześciu obiecano również mleko, ale do końca naszego pobytu nie otrzymały ani kropli mleka. Przez pierwsze dni byłyśmy jakby wprzęgnięte w turbiny „naszych” maszyn, bez własnej myśli, bez woli, bez czucia. Powoli zaczęłam się oswajać ze swoim otoczeniem i życiem w gromadzie. Już rozróżniałam poszczególne twarze, zamieniałam, choćby po kilka słów z paniami na sąsiadujących ze mną pryczach. Ja z Maciusiem spałam na górnej pryczy, pode mną pani Dąbrowska (w poważnym stanie) z dwiema córeczkami, obok mnie bardzo piękna pani Małgorzata Zalewska z jasnowłosym Wojtusiem, pod nią, na parterze, przezacna kochana pani Genia Ottowa ze Zbyszkiem i Zosią, z drugiej strony pani Jadwiga Sikorska z Maciejem (tym uratowanym w Buchenwaldzie) i z małą psiną Ciapkiem. Spotkałam się też z młodą matką, panią Genią Laskowską, którą zapamiętałam w czasie drogi i jej dwuletnią córcią Monikę. Nieco dalej dwie 280
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
prycze zajmowała pani Kwinta z dwójką dzieci – Agnieszką i Krzysiem, a obok pani Janina de Laurane ze swoim urwisem Andrzejem. I jeszcze pani Wiśniewska z Zosią, pani Nowicka z synkiem Markiem i bratem Adasiem, sama w poważnym stanie. Pani Rakowska również w czwartym miesiącu ciąży z matką i kilkuletnim dzieckiem, pani Wiśniewska z Zosią i Jurkiem. Siwowłosa pani Maria Mrozowska, nauczycielka, wiecznie mówiąca o swym synu i córce, którzy zostali w ogniu Powstania. Pani Sabinka mająca z sobą dwójkę dzieci zupełnie obcych, którymi opiekowała się z oddaniem i matczyną troską. Pani Smoleńska, uosobienie subtelności i dobroci z dwiema córeczkami Martą i Anią, wreszcie pani Kozłowska z Julkiem. Była jeszcze spora grupa innych pań, ale nie pamiętam ich nazwisk. Gdy wróciła mi zdolność myślenia, zaczęła mnie nękać trwoga o męża. Co się z nim stało? Niemożliwe, aby ocalał w tym piekle. Myśli-zmory napastowały mnie każdej nocy. Wyobrażałam go sobie w różnych sytuacjach: zabitego, rannego, wzywającego pomocy. Zmordowana po całodziennym dniu pracy ponad siły, skulona pod kocem, ściskająca w ręku krzyżyk różańca, nie modliłam się, ale skamlałam o życie Cześka. Bez niego nie wyobrażałam sobie życia, bez niego nie liczyło się nic. Wydawało mi się, że ja jedna tak cierpię. Nie zastanawiałam się, że każda z nas nosiła taki ból w piersiach. Jedne w takim położeniu jak ja, inne rozłączone z mężami w Buchenwaldzie, a jeszcze inne mające mężów w oflagach czy stalagach od 1939 roku. Już tyle lat borykały się z udręką, aby wyżywić dzieci. – Pani Kicman, proszę się na mnie nie gniewać – zagadnęła mnie kiedyś Ottowa – źle pani robi, tak rozpaczając, już przez ten czas co tu jesteśmy, zmieniła się pani nie do poznania. No cóż, wykończy się pani raz dwa, a dziecko zabiorą i zniemczą. Zabiorą i zniemczą, zabiorą i zniemczą – stukało w zbolałej głowie w takt chodzących maszyn. Wieczorem zmówiliśmy z Maciusiem cały pacierz, bez jednej łzy, przytuliłam synka i ze wszystkich sił powtarzałam w duchu: „Niedoczekanie wasze, łotry”. 281
P oko n ać strach
Nie umawiając się, rozpoczęły się głośne pacierze dzieci. Głodne i śpiące były „zapędzane” przez matki do modlitwy wieczornej. – Boże, daj zdrówko tatusiowi – mamrotał dzieciak. – Głośniej – ponaglała matka. Dziecko powtarzało nieco głośniej. – I żeby szczęśliwie do nas powrócił. Takiej modlitwy, jaką odmawiała maleńka, dwuletnia, a może trzyletnia Monika, nie słyszał dobry Bóg jak świat światem. – Kiedy nareszcie, Boziu, wrócisz mojego tatusia? Modlę się i modlę, a Ty nic. Każ mu zaraz wrócić, bo my się z mamą zapłaczemy. Słyszysz, Boziu. I niech kupi cukierków. To nie była prośba, to było wadzenie się z Bogiem o ojca, z wiarą jaką tylko u dziecka można spotkać. Zaraz pierwszej niedzieli napisałam list do Michałów, bo gdzież mogłam napisać, gdy w Warszawie toczył się krwawy bój. Nie było „wachmana” ani żadnego z Niemców. Wyszłam za bramę, rozglądając się za skrzynką, chociaż ryzykowałam, ponieważ list był bez znaczka, ledwie zdobyłam papier i kopertę. Spostrzegłam kilku mężczyzn. Jeden z nich podszedł do mnie. – Czy to prawda, że przywieźli kobiety z dziećmi z Warszawy? – Tak. Nie mógłby pan wrzucić mi list do rodziny, tylko nie mam znaczka. – Nie szkodzi, kupię. O Jezusie, do Kutna. Toż ja rodak z Kutna, a pana zawiadowcę Kicmana znam, pracowałem na torze. Wywieźli mnie jeszcze w 1940 roku. Podchodzili inni. Padały pytania. Gdy powiedziałam, że nie ma Niemców, przyszli do baraku. Chyba byli przygotowani na tę wizytę, bo nasze dzieci obdarowali jabłkami i chlebem. Chleb – do końca życia powinnam ten wyraz pisać wielką literą. Chleb śnił mi się każdej nocy. Józio z Kutna wrócił jeszcze po wrzuceniu listu. Kieszenie miał wypchane jabłkami. – Niech się pani nie martwi, co rusz przyniosę małemu owoców. Jeszcze kanapka, a raczej pajda razowego chleba z salcesonem. 282
R o zd zi a l I V. P OWS TAN I E – OB Ó Z – W YZ W O L E N IE
O, jacy ludzie są dobrzy. Józio prócz owoców przynosił nam wiadomości radiowe. Warszawa krwawiła, ale Powstanie trwało. Wojska radzieckie i polskie zajęły Pragę, lada dzień wejdą na lewy brzeg Wisły. Lewicowy rząd w Lublinie rozpoczął działalność. Martwiłam się o wszystkich, co zostali w Warszawie. Czy żyją? Jak ciotki Genia i Józia dobrnęły ze sklepu do domu na Poznańską? A ciotka Janka, siostra mego ojca, co borykała się z dwojgiem dzieci po śmierci męża? Myślałam o rozpaczy Stachny i Mietka, bo Janusz na pewno w Powstaniu, a Stacha Kryńska z matką na Wroniej... Jaki los spotkał moją ukochaną i jedyną przyjaciółkę Ziutę ze szczęśliwych lat na międzymiastowej, wszak i ona z małym Jankiem sama jedna po śmierci Wacka pozostała w samym kotle Woli na Górczewskiej. A co się stało z Jaśką i Wojtusiem, a Stefan i Genek przecież walczyli w Powstaniu, może zetknęli się gdzieś z Cześkiem? O Władka i jego rodzinę byłam spokojna, skoro Praga już zdobyta, to i oni na Grochowie już wolni. Myśl o Cześku była ponad ogólne pojęcie bólu. Trudno to nazwać lub ująć. To był ból „tabu” zaciskający kleszczami serce, gardło, to był ból niemy. W połowie października zjawił się w naszym baraku pan Leonard Koriat, przywieziony ostatnim transportem uczestnik Powstania, który wyszedł z cywilną ludnością. Otoczyłyśmy go kołem, jedna przez drugą zadawała pytania. Opowiedział o tragicznym zakończeniu Powstania, o tysiącach zabitych w walce, poległych pod gruzami, dobijanych w szpitalach, o ostatecznej zagładzie ukochanego miasta. Te wiadomości załamały mnie zupełnie. „Umrzeć, umrzeć” – nie opuszczała mnie myśl o śmierci-wybawicielce. Schudłam niesamowicie. Wtedy właśnie przyszedł list. Miłosierdzie Boga nie ma granic. Umyłam Maćka przed spaniem i otuliłam kocem, z drugiego koca usiłowałam sklecić spodenki, które skroiła mi pani Wiśniewska. – List do pani Kicman. 283
P oko n ać strach
Podawany z rąk do rąk dotarł do mnie. Od Michałów. Drżącymi palcami otwierałam delikatnie kopertę, aby nie uszkodzić listu. Wewnątrz drugi list. Tłusty nadruk gotykiem Auszug aus der Lagerordnung..., a pod tym drobne literki pisane ołówkiem: Ich bin gesund..., pisane najdroższą ręką. I to było istotne, nie do uwierzenia, radosne. Czesiek żyje! Odgrodzony od nas setkami kilometrów, chodzi, mówi, myśli o nas, tęskni, pewnie głoduje jak my, ale jest. Istnieje. Przycisnęłam list do piersi i spojrzałam przytomniej. Do mojej pryczy podnosiły się głowy, niespokojne i pytające spojrzenia. Nareszcie po moim uśmiechu odgadły. – Żyje? Kiwnęłam głową w radosnym upojeniu, nie mogąc jeszcze przemówić. Bogu dzięki – rozchodziły się do swoich prycz, ocierając oczy i wzdychając w niemej trwodze o swoich. A ja czytałam w kółko te kilkanaście słów, niezbyt udolnie po niemiecku skleconych, że martwi się o nas, pisze na adres Michałów, bo nie wie, gdzie się obracamy, prosi o cebulę i tytoń. Żadna poezja świata nie potrafiłaby wnieść do mego serca takiego błogostanu ani odzwierciedlić mojej radości. Maciulek pocałunkami rozmazał adres na kopercie, że ledwie mogłam odczytać nadawcę: Schutzhafting: Kicman Czesław Nr 24865 Block 14 Arbeitskommando Hersbrück Stammkomando Flossenbürg
Wolno było odpisać piętnaście linijek po niemiecku. Niezdarnie budowane zdania po niemiecku nie mogły oddać mojej troski i tęsknoty. Widziałam, że wszystkie panie zazdrościły mi. Z Buchenwaldu nie odezwał się dotąd nikt. Dwom paniom udało się wyjechać. 284
P O SŁ O W I E
Zanim postawiłam kropkę po ostatnim zdaniu w moim przepisywanym odręcznie pamiętniku, już wiedziałam, że muszę uzupełnić tę garść moich wspomnień jakimś zakończeniem, a raczej posłowiem. Nie można bowiem tego ogromu przeżyć zamknąć nieoczekiwanym spotkaniem u ciotek, a nawet tym wzruszającym momentem, gdy w drzwiach kuchni zamajaczyła ukochana sylwetka Cześka i kiedy wreszcie po tylu tarapatach znalazłam się w jego opiekuńczych ramionach. Ta chwila naszego spotkania to przecież nie film zatrzymany w kadrze, to był właściwie początek, wstęp do nowego etapu naszego życia. Wtedy był rok 1945, a dzisiaj, gdy kreślę te słowa, mamy jesień 1987, a więc drugie tyle życia przewaliło się przez nas od chwili owego spotkania. Ono porwało nas, wciągnęło w swój wir i potoczyło się wartkim nurtem. Najprzód w skromnej pracy w Urzędzie Telekomunikacyjnym w Jeleniej Górze, a następnie, gdy nasza nieustająca tęsknota za Warszawą się urzeczywistniła w 1950 roku, zamieszkaliśmy w skromnym pokoiku z kuchnią na Muranowie i rozpoczęliśmy pracę w naszym kochanym, starym, mocno sfatygowanym Głównym Urzędzie Telekomunikacji Międzymiastowej na Nowogrodzkiej. Syn nasz rósł, uczył się i był naszą wielką pociechą i radością. Szły lata trudne, pełne wyrzeczeń, zawodów i rozczarowań. Były radości i smutki, choroby i pogrzeby, po prostu zwykłe ludzkie, pełne szarpaniny życie, z całym ciężarem powojennych lat. 377
P oko n ać strach
Nie było odpoczynku po przetrwaniu piekła okupacji, tragedii powstania, męki obozów i wiecznego we dnie i w nocy nękającego nas strachu, przenikającego od stóp do głów, tłumionego maską obojętności za dnia, zaciskającego kleszczami dygoczące serce w nocy. Pewnie dlatego mój pamiętnik opatrzyłam tytułem „Strach”. Minęło tyle lat, a groza tamtych dni, jeszcze od czasu do czasu odzywa się jak zmora w męczących snach. Z dobroci i Miłosierdzia Bożego dożyliśmy sędziwych lat. W ubiegłym roku, 7 czerwca 1986 r. święciliśmy jubileusz złotych godów – pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego. W obecnym roku 1987 (8-14 czerwca) przeżywaliśmy Święty Kongres Eucharystyczny oraz w tym samym czasie trzecią wizytę Ojca Świętego Jana Pawła II. Obecnie trwamy w uwielbieniu i czci Maryi w ogłoszonym przez Ojca Świętego Roku Maryjnym, który się zakończy 15 sierpnia 1988 r. Są to piękne dni w życiu Kościoła i wiernych. Dożywamy więc szczęśliwych (bo ciągle jeszcze razem) ostatnich lat czy dni, Bogu tylko wiadomo, pogodnej jesieni naszego życia. Ukochany syn Stanisław Maciej nie zawiódł naszych nadziei, jest naszą radością, dumą i chlubą. Obdarzył nas kochaną synową i dwoma dorodnymi wnukami. Starszy z nich Jacek, po ukończeniu studiów muzycznych pojął za żonę Katarzynę, również absolwentkę Akademii Muzycznej i ci z kolei obdarowali nas najsłodszą maleńką prawnuczką Urszulką, która we wrześniu skończyła 6. miesiąc życia. Młodszy nasz wnuk Paweł, po ukończeniu Liceum Konserwacji Zabytków, dopiero wkracza w życie. Od wielu lat, od wczesnej wiosny do jesieni przebywamy na wsi, w uroczo położonej Wildze. Wśród sosnowego lasu, pośród brzóz i jałowców stoi nasza chatka, maleńki domek, w którym cała nasza rodzinka spędza wakacje i urlopy. 378
PO S Ł O W I E
Może właśnie dlatego, mimo przeróżnych dolegliwości naszego wieku (ja ukończyłam 75, a Czesiek 77 lat), trzymamy się jeszcze dosyć krzepko, zaangażowani bez reszty w życie naszych dzieci i wnuków, służąc im radą i pomocą w miarę naszych sił. Dziękując Stwórcy Przedwiecznemu, Najświętszemu Sercu Jezusa i Przenajświętszej Maryi, Matce naszej za każdy przeżyty dzień, z głębi naszych serc płynie ku niebu wdzięczne Magnificat w podzięce za wszystkie otrzymane „Hojne dary i za dobrodziejstwa, którym nie masz miary”. 18 października 1987 roku
S PIS T REŚ C I
Słowo wstępne . ............................................................................................................. 5
Rozdział pierwszy
WYBUCH WOJNY .......................................................................................................... 7
Rozdział drugi
WITONIA ........................................................................................................................77
Rozdział trzeci
WARSZAWA ................................................................................................................. 175 Rozdział czwarty
POWSTANIE – OBÓZ – WYZWOLENIE . ...........................................................259 posłowie ....................................................................................................................... 377
381
poleca !
Książka jest absolutnie porywająca. Mimo wszystkich potworności, jakie niesie za sobą wojna, ta historia nimi nie epatuje, pozbawiona jest podkolorowanych faktów czy patosu. Bo to w istocie książka o wielkiej i prawdziwej miłości, która wszystko przetrzyma.
MONIKA KICMAN z domu Formińska (1912–1997) – warszawianka, pochodziła z rodziny o tradycjach
ZAMÓW BEZPŁATNY KATALOG! tel. 12 345 40 99, 12 446 72 55 tel. kom.: 533 313 404 www.HistoriaMojaPasja.pl
patriotycznych. W 1936 r. wyszła za mąż za Czesława Kicmana, a rok później przyszedł na świat ich syn Stanisław Maciej. Przed II wojną światową oboje małżonkowie pracowali w warszawskim urzędzie telekomunikacyjnym, podczas okupacji włączyli się w działania konspiracyjne, Monika została łączniczką, a jej mąż działał w oddziałach bojowych AK. Wybuch Powstania Warszawskiego zamiast długo oczekiwanej wolności przyniósł niewyobrażalne barbarzyństwo, jakim była rzeź Woli, a potem aresztowanie całej rodziny i wywózkę do obozów koncentracyjnych w Niemczech. Monika wraz z synem trafili do Bergen-Belsen (w Dolnej Saksonii), a Czesław – do Sachsenhausen (w Brandenburgii), później do Flossenbürga (w Bawarii). Już po wyzwoleniu Kicmanowie długo nie mogli się odnaleźć, a kiedy to nastąpiło, zamieszkali z racji otrzymanej pracy w Jeleniej Górze, ale ostatecznie w 1949 r. wrócili do ukochanej stolicy, gdzie żyli, ciesząc się wnukami i prawnukami. Gorącym orędownikiem wspomnień o rodzicach jest ich syn ks. Stanisław Kicman, który w 2013 r. jako 76-letni wdowiec przyjął święcenia kapłańskie.
ISBN 978-83-7864-326-5
Cena: 34,90 w tym 5% VAT
Monika Kicman
POKONAĆ STRACH
Wojna zdawała się wisieć w powietrzu. I rzeczywiście rozpoczęła się 1 września 1939 r. Od tego też dnia rozpoczęła swoją wojenną opowieść Monika Kicman, młoda żona i matka, której przyszło wraz z najbliższymi przeżywać okupację przede wszystkim w Warszawie. Wojenna rzeczywistość codziennie przynosiła nowe wyzwania, a jej wszechobecnym towarzyszem był lęk. O siebie i najbliższych. Ale mimo aresztowań, szykan i ulicznych łapanek bohaterowie, podjęli walkę nie tylko o swoje przetrwanie, ale i aktywnie włączyli się do konspiracji. Co nimi kierowało? Jak zrozumieć to – w gruncie rzeczy – codzienne igranie ze śmiercią?
Monika Kicman
POKONAĆ STRACH
poleca !