Skip to main content

Akademicki Przegląd Sportowy 07/2008

Page 1

AKADEMICKI PRZEGLĄD SPORTOW

Pismo Zarządu Głównego AZS

[od redakcji]

Lost

P

oolimpijskie obrachunki zaczęły się, zanim zgasł znicz w Pekinie. To było do przewidzenia. Dziennikarze „śledczy” już w połowie igrzysk zaczęli stawiać gilotynę. Ponieważ przerabiamy to od kilkunastu lat, siła rażenia nie jest zbyt duża. Podobnie było po Sydney, Atenach, mistrzostwach Europy w piłce nożnej. To nie są incydentalne przypadki. Problem chyba jest znacznie szerszy – szwankuje system. Sport polski porusza się jakby w zaklętym kręgu, współczesna młodzież nazywa to jednym słowem: lost. Zagubienie – tajemnicza sytuacja, akcja bez początku i końca, od euforii do klęski. Ci sami ludzie, w różnych rolach, grają w tym serialu od dobrych kilkudziesięciu lat. Obsada jak na scenie – od postaci komicznych do tragicznych. I jak w telenoweli brazylijskiej: scenarzysta dawno stracił wątek. Tym bardziej że w przypadku struktur sportowych jednoznacznego autora przeróżnych pomysłów nigdy się nie udało ostatecznie ustalić. Na sporcie każdy się zna, przeto poszczególne ekipy polityczne dowolnie w tym kociołku mieszały, obsadzając urzędy centralne i lokalne według własnego uznania. Niby realizowano jakąś strategię, co kilka miesięcy nowelizowano prawo sportowe. Tryby mielą znaczne pieniądze i tysiące ludzi ponazywanych na użytek biurokracji kadrami – od gminnej, poprzez wojewódzką, aż do narodowej. Urzędnicy dodali tym kadrom litery alfabetu – na razie trzy pierwsze A, B, C. Znając prawo Parkinsona, na tym się nie skończy. Nasz mały świat sportowy targany jest porywami od dobrych dwudziestu lat. Czy ktoś może powiedzieć, na czym ta reforma ma polegać i kto jest jej autorem? Krótko po 1989 roku zaczęły padać kluby sportowe – z prostej przyczyny: utraciły dotychczasowe źródła finansowania. Na ich miejsce powstały hybrydy z epoki realnego socjalizmu, makroregiony, federacje, okręgi. I potem ktoś spróbował to opisać w normach prawnych. Ustawa o kulturze fizycznej po kilku nowelizacjach ostatecznie została wzmocniona ustawą o sporcie kwalifikowanym i rozporządzeniami sprowadzającymi szkolenie sportowe do buchalterii

w magazynie półproduktów. Z otwartej dla sportu zawodowego furtki skorzystali głównie ci, którzy mieli coś do zaoferowania. Złoty deszcz obsypał piłkarzy, koszykarzy i siatkarzy. Reguły gry stały się okrutne, rynek powoli wymiata polskich sportowców na trybuny. Wielu przyjezdnych deklaruje co prawda wolę zostania Polakami, niektórym to się udaje, tylko co to ma wspólnego z jakąś strategią? Powstają widowiska zachwycające kibiców, szczególnie w małych miastach, w których ambitnie działają spółki skarbu państwa (węgiel, miedź, energia). Wstrząsy dotknęły już prawie wszystkie związki sportowe. Były aresztowania, dochodzenia, komisarze, lotne brygady, nadzwyczajne zjazdy i Bóg wie co jeszcze. Niektóre sprawy ciągną się latami. Jaka jest przyczyna tego absurdalnego stanu? Gdybym to ja wiedział... Wśród tych, które można wymienić, kilka widać gołym okiem. Za działalność opisaną w pieniądzach i procesach zbliżonych do produkcyjnych (szkolenie) odpowiadają struktury zarządzające oparte na społecznej aktywności i zawodowcy, czyli trenerzy, którzy w aktualnym prawodawstwie nie dorobili się jeszcze statusu grupy zawodowej. Ci pierwsi, wybierani są w drodze plebiscytowej (wybory w stowarzyszeniu), drudzy próbują z kilku kawałków zatrudnienia (szkoły, kluby, różne kadry) uzbierać pensję. Tak przypadkowo dobrane towarzystwo dostaje narzędzie w postaci pieniędzy i jakiegoś systemu, który ma przynieść Polsce laury olimpijskie. Dla świętego spokoju przyjęto jako wytłumaczenie regułę: Nie wiemy skąd się biorą sukcesy, nie pytajcie też o przyczynę porażek. Jako potwierdzenie tej krajowej teorii służył Adam Małysz. Przykuwał uwagę milionów, wygrywał w znakomitym stylu i był ciągle nierozpoznany. Może lepiej zostawić stowarzyszeniom ich samodzielny byt, a cały problem administrowania sportem kwalifikowanym, szczególnie w aspekcie przygotowań olimpijskich, oddać w ręce fachowców zatrudnianych w państwowej instytucji na solidRedaktor nych kontraktach.

Redaktor naczelny: Bartłomiej Korpak Sekretarz redakcji: Halina Hanusz Adres redakcji: 00-056 Warszawa ul. Kredytowa 1a tel./faks (22) 828-02-76 502-250-604 www.azs.pl e-mail: aps@azs.pl

Skład: Paweł Piętka © FALL tel. (12) 413-35-00, 294-15-28, www.fall.pl Numer zamknięto 25 września 2008 r. Wydawnictwo zrealizowano ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki, nakład 5000 egz. ISSN 0209-0546

aps nr 07 2008 (265)


[IO Pekin]

W 2001 roku Pekin był organizatorem letniej uniwersjady, siedem lat później – igrzysk olimpijskich. To były dobre lata, przynajmniej z perspektywy przyjezdnego.

Zmiany, wielkie zmiany

7 lat tłustych Gigantyczne zmiany w infrastrukturze miejskiej. Wielopasmowe jezdnie, liczne estakady i trzy nowe obwodnice, kilka dodatkowych linii metra, duże przestrzenie wypełnione zielenią, wieżowce ze szkła i aluminium, wiele z nich w bardzo nowoczesnej architekturze. Do tego nowy terminal lotniczy, pewnie pięć razy większy niż słynny warszawski Terminal 2. Z głównych ulic poznikały sklepiki i warsztaty, zastąpiły je firmowe witryny światowych marek, liderów rynku konsumpcyjnego. Już tylko na obrzeżach miasta, i raczej w ukryciu, pozostały hutongi – domy w drewnianej zabudowie, często slumsy bez wody i prądu. Stanowiły swoisty folklor i zjawisko chętnie fotografowane przez turystów. Czy oprócz przyjezdnych ktoś z nostalgią je wspomina? Pewnie tak. Bardzo niewiele wiemy o ludziach, którzy w tej niekończącej się zabudowie mieszkali. Od tysięcy lat dominuje w Chinach pogląd, że los jednostki nie ma żadnego znaczenia, najważniejsze jest dobro ogółu – a więc kiedyś cesarstwa, a teraz państwa rządzonego przez partię komunistyczną. Ale ludzie też się zmieniają. W Pekinie mieszka ich około 17 milionów. Nawet jeżeli prawdą jest, że część została przymusowo wysiedlona z miasta, to i tak ci, którzy zostali, widoczni byli aż w nadmiarze. Po siedmiu latach, obcując nawet przez kilka dni z mieszkańcami stolicy Chin, widać gołym okiem zmiany, jakie dokonały się nie tylko w ubiorze i higienie osobistej, ale także w sposobie zachowania. Za sukces należy uznać prawie całkowite wyplenienie tak modnego kiedyś śmiecenia na ulicy, plucia pod nogi, palenia tytoniu w każdym miejscu. Tak jak na całym świecie niezastąpionym – jak wydaje się – atrybutem życia codziennego stają się telefony komórkowe i inne elektroniczne gadżety. Co trzeci młody człowiek ma słuchawki na uszach, co drugi aparat cyfrowy. Uśmiechają się do ciebie, turysto, ale powierzchownie, bo zajęci www.azs.pl

są swoimi sprawami. Tak jak prawie cały zapracowany świat, wszyscy się gdzieś spieszą, wszędzie ruch, gwar, tłok. Chińczycy chyba we krwi mają rywalizację, taką najprostszą, życiową. Kto pierwszy wejdzie do metra, kto zajmie to wymarzone siedzące miejsce, kto pierwszy przejdzie na drugą stronę ulicy i nie da się przejechać nadjeżdżającemu samochodowi, kto kogo lepiej zajedzie na skrzyżowaniu. Spotkania z takim Pekinem doświadczyliśmy tuż po przylocie. W piątek 8 sierpnia z okazji otwarcia igrzysk mieszkańcy Pekinu, a może całych Chin, dostali dzień wolny od pracy. A co robią ludzie, jak mają wolne? Wychodzą na spacer. A gdzie miało być najciekawiej w tym dniu? Na Placu Tiananmen. Już koło 10.00 liczba chcących pospacerować po tym miejscu skutecznie zablokowała wszelkie stacje metra, przejścia podziemne, nadziemne, skwery, nieliczne ławki. W tym wszystkim – liczne oddziały różnie umundurowanych funkcjonariuszy, trochę kontestującej młodzieży i korek na amen. O 10.00 okazało się, że do Zakazanego Miasta chwilowo nie wpuszczają, bo nie ma już tam miejsca (kilkaset hektarów dawnej siedziby chińskich cesarzy). Plac z uwagi na bezpieczeństwo władz został solidnie pogro-

dzony, przystąpiono zatem do akcji wypchnięcia spacerujących. W naszym przypadku były to dwie stacje metra do tyłu.

Ptasie gniazdo Infrastruktura miejska Pekinu, nawet jeżeli zmodernizowana została specjalnie na igrzyska, będzie dobrze służyła miastu w perspektywie wielu lat. Co uczynią Chińczycy z obiektami sportowymi, to już większa zagadka. Park Olimpijski to kilkaset hektarów zagospodarowanego terenu, z własną linią metra, ale także stadion na 90 000 ludzi, 3 hale widowiskowe na kilkanaście tysięcy każda, kompleks pływalni. Tuż obok jeszcze jeden stadion i dwa kompleksy hal z zapleczem. Z informatorów trudno wyczytać, jak zorganizowany jest sport w Chinach. Że jest reprezentacja prawie w każdej dyscyplinie sportu, to wiemy, wystarczy popatrzeć na tabelę medalową igrzysk. To że są gwiazdy, też wiemy, chociaż te największe, jak chociażby Yao Ming, grają w NBA. O tym, że mają doskonały system selekcji i szkolenia, przekonali się wszyscy oglądając popisy nastolatków bijących rekordy świata. Nigdzie nie odnotowano


[IO IO Pekin] Pekin natomiast danych dotyczących klubów działających w Pekinie, lig w grach zespołowych. Kto zatem zapełni te hale i stadiony po igrzyskach – nie wiadomo. Patrząc też na chińską publiczność przyglądającą się rywalizacji olimpijskiej, trudno było zauważyć jakieś większe zainteresowanie przebiegiem walki. Okrzyki ograniczały się do słów brzmiących po polsku jak „ja jo” (naprzód, do walki) i często wymuszane były przez spikera bądź organizatorów widowni. Entuzjazm zaś wywoływany był przez ukazujące się na tablicach świetlnych napisy – „meksykańska fala”, „gool”, „attack”. Kibicowano oczywiście chińskim sportowcom, ale wydaje się, że wiele dyscyplin widzowie zobaczyli po raz pierwszy w życiu. Nigdzie poza obiektami olimpijskimi specjalnego zainteresowania rywalizacją sportową nie było widać. Znane z Europy wielkie telebimy instalowane w parkach czy transmisje w pubach – w Pekinie nie funkcjonowały. Telewizja transmitowała oczywiście wydarzenia olimpijskie, głównie z udziałem sportowców chińskich, ale raczej bardzo wybiórczo. Chińskie narodowe sporty typu skoki do wody, tenis stołowy, strzelectwo, podnoszenie ciężarów zbyt widowiskowe w przekazie telewizyjnym nie są, a w grach zespołowych gospodarze większych sukcesów nie odnosili. Dystrybucja biletów była jedną z zagadek tych igrzysk. Nigdzie ich nie można było kupić, większość trybun była wypełniona w 100% przez gospodarzy, nieraz znudzonych niezrozumiałą rywalizacją, praktycznie nie istniał biletowy chiński czarny rynek. Tym biznesem zajęli się przybysze głównie z Europy i Ameryki Południowej. Bilet plasował człowieka w zupełnie innej rzeczywistości. Przede wszystkim można było wejść np. do Parku Olimpijskiego, zaczerpnąć oddechu w wielkim świecie, wziąć udział w czymś wy-

jątkowym, chociaż nie do końca zrozumiałym. Kibicowanie podczas igrzysk to zapewne temat na osobną wielotomową rozprawę. Kibice dzielili się zasadniczo na trzy grupy. Pierwsza kibicowała sportowcom swojego kraju wszędzie tam, gdzie dostała bilety wstępu. To głównie Polacy, Brazylijczycy, Francuzi. Największe emocje budziły gry i na trybunach tych dyscyplin dominowali Polacy w kategorii flag, śpiewów, okrzyków, strojów i malowanych twarzy. W większości przyjechali dla siatkówki i piłki ręcznej, chociaż nie szczędzili gardeł i dla innych dyscyplin, jak tylko dostali się na trybuny. Grupa druga to kibice jednej dyscypliny sportu. Na wielu obiektach zasiadali codziennie ci sami ludzie, śledząc losy rywalizacji w poszczególnych konkurencjach. Zafascynowany byłem kilkusetosobową grupą Francuzów pojawiających się codziennie na torze kajakarstwa górskiego. Taki sympatyczny towarzyski piknik, często całe rodziny podążające za kimś bliskim. Na pływalni widoczni byli Amerykanie: tysiące fotografii, kilometry (a właściwie megabajty) nagranej taśmy. Siostry Michaela Phelpsa stały się dzięki temu równie sławne jak ich brat. Podobnie było na zawodach hippicznych, wioślarskich, gimnastycznych, tenisowych. No i trzecia grupa to kibic chiński, raczej incydentalny, ale wierny i cierpliwy. W niezłe osłupienie musieli wpaść uczestnicy przedpołudniowych eliminacji w lekkoatletyce, widząc na stadionie kilkadziesiąt tysięcy ludzi od pierwszej do ostatniej minuty zawodów. I na koniec słów kilka o specjalnej grupie kibiców – to uczestnicy igrzysk, którzy zakończyli starty albo znaleźli chwilę, by dopingować kolegów. Wszyscy zapamiętali telewizyjną migawkę: nasz mistrz Tomek Majewski dopingujący Szymona Ziółkowskiego i Piotra Małachowskiego. Jest w tym jakiś tajemny sekret, przekazanie pozytywnej energii.

Polskie igrzyska Te zapewne dopiero się zaczną na dobre kilka tygodni po powrocie z Pekinu. Przed wyjazdem do Chin nadmuchany został znowu balon entuzjazmu, nadziei, marzeń o wielkich sportowych sukcesach, o fladze biało-czerwonej łopoczącej nad arenami olimpijskimi. Głównie za sprawą mediów. Zimny kubeł wody po piłkarskich mistrzostwach Europy nic tu nie dał. Znowu wywołano ekstazę sukcesu. Być może zawinił wygórowany optymizm wielu zawodników, ale z drugiej strony, z jakim nastawieniem ma jechać sportowiec na igrzyska. Każdy chce wygrać, każdy starał się odpowiednio przygotować, chciał dać z siebie wszystko. Analitycy sportowi związani ze sportem wyczynowym dosyć precyzyjnie wyznaczyli trend polskiego sportu olimpijskiego, w jakim poruszamy się od kilkunastu lat. Kilka miesięcy przed Pekinem w „Sporcie Wyczynowym” zespół autorów (Andrzej Pac-Pomarnacki, Anna Możdżyńska, Marian Szczechowicz, Jerzy Tkaczyk) dosyć precyzyjnie przeanalizował wszelkie szanse polskiej reprezentacji. Szkoda, że pismo jest niskonakładowe i poza branżą nikt się takimi materiałami nie interesuje. Ta uwaga dotyczy także szerokiej sfery ludzi pracujących na rzecz polskich związków sportowych. Przyjęty skrót myślowy „10 medali” stał się przyczynkiem dywagacji, burzy medialnej, rozliczania całej ekipy, a w szczególności prezesa PKOl. Kolejny chwyt marketingowy, kompletny bezsens. Czy gdyby polscy sportowcy zdobyli 11 medali, to byłby sukces? A 12? Czy to są miarodajne kryteria oceny pracy w szkoleniu sportowym? Z przebiegu walki na olimpijskich arenach wynikało bardzo dużo, tych szans medalowych było niewiele ponad 20, skuteczność 50% wydaje się na odpowiednim poziomie. W tych 10 polskich medalach potwierdziły się wszelkie prawidłowości, jakie towarzyszą od lat rywalizacji olimpijskiej. Najbliżej sukcesu są zawsze faworyci – Leszek Blanik, czwórka wioślarska. Trzeba na co dzień

aps nr 07 2008 (265)


osiągać wyniki na poziomie medalu olimpijskiego, to wtedy łatwiej jest na podium wskoczyć – Tomasz Majewski, Piotr Małachowski, Maja Włoszczowska, Szymon Kołecki, kajakarki. Trzeba w najważniejszym starcie wykazać maksymalną determinację – czwórka podwójna wagi lekkiej, drużyna szpady męskiej, Agnieszka Wieszczycka. No i nieraz trzeba mieć jakiś szczęśliwy dzień, jakiś strzał w dziesiątkę – w Pekinie nic takiego się nie zdarzyło (w Sydney mieliśmy złoty duet w rzucie młotem). I druga strona medalu. W każdej rywalizacji są ci, którzy o włos przegrywają swoje medalowe szanse – Otylia Jędrzejczak, osady kajakowe, Marcin Dołęga, żeglarze w klasie Star. W wielu konkurencjach nie wystarczy pobić życiowe rekordy, aby dostać się do finału. Są też ci, którzy grają wręcz pokerowo. Nasz kajakarz slalomowy Krzysztof Bieryt w drugim przejeździe nie tylko bronił 3. pozycji, ale atakował z pasją jeszcze wyższy stopień podium. Miał wywrotkę, przegrał wszystko. Z przebiegu rywalizacji olimpijskiej najbardziej szkoda medalu floretowej drużyny kobiet. W tym turnieju i w tym dniu zarówno Amerykanki, jak i Węgierki były do bezdyskusyjnego ogrania. W finale można było polec z honorem w walce z Rosjankami. Cały fachowy świat szermierki taki scenariusz uznałby za najbardziej prawdopodobny. No tak, ale co innego profesjonalizm, a co innego mówienie o nim. Pranie można było zrobić z medalem w dłoni, efekt byłby piorunujący. I na koniec jeszcze jedna refleksja ogólna. Więcej niż połowa polskiej reprezentacji dostała się na igrzyska w wyniku długich, żmudnych i nieraz wieloetapowych kwalifikacji. Dotyczyło to wielu lekkoatletów, wszystkich gier zespołowych i kilkunastu innych sportowców. W tym przypadku za sukces uznano fakt dostania się do Pekinu, zabrakło natomiast energii, by podjąć wyzwanie walki o medalowe podium.

www.azs.pl

Z białym gryfem Jako AZS byliśmy dumni z ponad 70 reprezentantów. Teraz po igrzyskach możemy do kronik sportu akademickiego dopisać medalowe osiągnięcia Leszka Blanika, Tomka Majewskiego, osad czwórki podwójnej i czwórki podwójnej wagi lekkiej, drużyny szpady męskiej. Miejsc finałowych było też bardzo dużo. Pewnie niedługo jakieś oficjalne zestawienie pokaże, który klub i który związek najwięcej wniósł do pekińskiego dorobku. Na tym tle rodzi się trochę inne pytanie. Czy istnieje jeszcze w Polsce takie zjawisko jak sport klubowy? Na ile zawodnicy są z AZS, a na ile z klubu o nazwie kadra narodowa, w ramach której szkolą się przez 200 lub 250 dni w roku. Odnosi się wrażenie, że kierownikiem takiego klubu jest ministerstwo sportu. Tam się liczy punkty, tam rozdysponowywuje pieniądze, ustala, kto i dokąd ma jechać, kto ma być trenerem, ile ma zarabiać. Gdzieś w tej strukturze administracyjno-biurokratycznej gubią się sami zawodnicy. Czy mają jeszcze czas na przebywanie w swoim domu, mieście, uczelni, klubie, w tych miejscach, gdzie tworzą się więzy międzyludzkich kontaktów? Z emocjami o swoim klubie, a głównie o swoim trenerze mówili szermierze: szpadziści (Tomek Motyka, Robert Andrzejuk – AZS Wrocław) w samych superlatywach o Adamie Medyńskim, florecistki (wszystkie) tylko źle o Tadeuszu Pagińskim. Inni raczej mówili o sobie. Patrząc na gry zespołowe i aktywność na rynku transferowym, pojęcie klubu dla zawodników kontraktowych przestało mieć już jakiekolwiek znaczenie. Liczą się pieniądze i roczne wyzwania. Czy z faktu, że w przeciągu ostatnich 10 lat przez AZS w Częstochowie i Olsztynie przeszła niemal cała kadra narodowa siatkarzy, można wyciągnąć jakieś wnioski?

Nie ma też jednoznacznych wniosków dotyczących udziału zawodników w światowej rywalizacji w sporcie akademickim. Szczególnie na polskim podwórku nie przywiązuje się do tego żadnej wagi. W oficjalnych metryczkach polskich reprezentantów podano nawet bardzo odległe miejsca uzyskiwane przez nich na mistrzostwach świata czy Europy w różnych kategoriach wiekowych, o karierze w sporcie akademickim ani słowa. A przecież znakomita większość reprezentantów uczestniczyła w rywalizacji uniwersjadowej. Tomasz Majewski, Agnieszka Wieszczek, wioślarze wcześniej zdobywali tam medale. Tylko dziennikarze Eurosportu w tym zakresie zachowują od lat wielką staranność, korzystając z pełnej bazy danych. Śledząc rozwój kariery poszczególnych zawodników, przy wielu nazwiskach olimpijskich mocarzy po sukcesach w sporcie młodzieżowym pojawiają się medale w rywalizacji akademickiej. To taka prawidłowość. No chyba że ktoś wystrzeli jak z armaty, np. z rekordem świata w pierwszym międzynarodowym starcie na olimpijskiej pływalni. Warto zatem w bazie danych wyniki akademickich mistrzostw świata i uniwersjad odnotowywać. Patrząc na finał sztafety męskiej 4x400 m, w Pekinie przegraliśmy rywalizację z Australią, która wystąpiła w składzie z ostatniej uniwersjady w Bangkoku. Tam Polacy byli górą, zdobyli złoty medal. Bartłomiej Korpak Foto Marek Gawroński


[IO Pekin]

Srebro pod wodzą „Kierownika” Takiej eksplozji szczęścia nie widzieliśmy już dawno. Czysta, szczera radość czterech chłopaków z dokonania czegoś nieprawdopodobnego. Poczucie szczęścia całej czwórki po zdobyciu medalu było odwrotnie proporcjonalne do szans, jakie im dawano na zdobycie medalu.

Czwórka startuje w kategorii lekkiej. Należy pamiętać, że mimo iż każdy z nich mierzy ponad 180 cm, to ich indywidualna waga nie może przekraczać 72,5 kg, a średnia na osadę 70 kg. To dla mężczyzn wyzwanie.

Czy medal ma zapach? Mówią, że zapach medalu tak naprawdę poczuli po półfinałach, kiedy płynąc swoim tempem, chwyt po chwycie wyprzedzali kolejno każdą osadę, by na mecie zameldować się jako pierwsi. To gwarantowało im pewne miejsce w finale i tor obok duńskiej osady. I ta myśl, że może, może... Ale po kolei.

Grunt to robić swoje

A

le ci medaliści nie mają o to do nikogo pretensji, bo jak sami powtarzają, dla nich sukcesem było już samo zakwalifikowanie się na igrzyska do Pekinu. Wszystko, co działo się potem, było już ekstrabonusem.

Możliwe czy nie? Niemożliwe stało się możliwe w chińskie niedzielne popołudnie (u nas poranek) 17 sierpnia na torze wioślarskim Shunyi Olympic Rowing-Canoeing Park w Pekinie. Polska czwórka bez sternika wagi lekkiej mężczyzn zdobyła pierwszy srebrny medal IO w tej kategorii – i jeden z niewielu w historii polskiego wioślarstwa olimpijskiego. I pomyśleć, że najlepsze miejsce, jakie zajęli w światowych regatach w tej konkurencji, to tylko 8. miejsce – na mistrzostwach świata w 2007 r. (co dało im właśnie kwalifikację olimpijską) oraz w czasie pucharu świata w tym roku w Poznaniu. A dokonali tego, prowadzeni przez trenera Mariana Drażdżewskiego, olimpijczyka z Monachium ’72, kolejno: Paweł Rańda (KS AZS Politechnika Wrocławska), Miłosz Bernatajtys (RTW Bydgostia), Łukasz Pawłowski (AZS UMK Toruń) i Bartłomiej Pawełczak (RTW Bydgostia). Szefem osady jest Paweł Rańda, pseudonim „Kierownik”. To on nadaje tempo na łodzi, daje znać, kiedy wzmocnić czy przyspieszyć. Ale też motywuje kolegów i nigdy się nie poddaje.

Po dwóch dniach, w niedzielę rano stanęli do najważniejszego w swojej dotychczasowej karierze wioślarskiej wyścigu. W szranki stanęło 6 osad, sama światowa śmietanka czwórek bez sternika wagi lekkiej: Duńczycy, Kanadyjczycy, Francuzi, Brytyjczycy, Holendrzy, no i oczywiście Polacy. Ruszyli wolno, a nam się gardła ścisnęły w pytaniu, czy to tylko taka taktyka, czy dali już z siebie wszystko i więcej nie mogą. W głowie od razu pojawiło się wytłumaczenie, że nawet, jak będą ostatni w finale, to przecież to i tak dobre 6. miejsce. Ale znowu tak samo jak w półfinałach zaczęli przyspieszać po pokonaniu około 700 m. Napięcie rosło, a wraz z nim puls i ciśnienie. I pytanie kołaczące się po głowie, co oni robią – niemożliwe, oni chyba płyną po medal!

się rzecz wielka, niespodziewana i wydawałoby się niemożliwa... Polacy przekroczyli linię mety na 2. pozycji, zdobywając srebrny medal! Niewiarygodne! Nie dali rady tylko osadzie duńskiej, która jako pierwsza na mecie uzyskała czas 5:47.76. Nasi dopłynęli do mety z czasem 5:49.39, a trzeci byli Kanadyjczycy (5:50.09). Zapytany o przegraną z duńską osadą „Kierownik” odpowiada: – Goniliśmy Duńczyków, ale nie daliśmy rady. Jednak z nimi przegrać, to i tak jakby wygrać. Paweł wie, co mówi – osada duńska to niezwykle mocna i doświadczona załoga. Dość powiedzieć, że ich szlakowy to już trzykrotny złoty medalista igrzysk. Ważne, że cała czwórka czuje, że dali z siebie wszystko i to się opłaciło. Dobrze, że nie sparaliżowała ich ranga zawodów i choć młodzi i olimpijsko niedoświadczeni, potrafili stanąć na wysokości zadania. Jaki jest plan na teraz? Według „Kierownika”: – To przede wszystkim potwierdzenie klasy na przyszłorocznych MŚ, no i oczywiście... IO w Londynie! Trzeba pamiętać, że to młoda osada, wszyscy poniżej trzydziestki, więc Londyn 2012 stoi przed nimi otworem. Paweł Rańda już dziś zapowiada, że teraz do zdobycia jest tylko złoto! Zaraz po powrocie do Polski macierzyste kluby zorganizowały swoim podopiecznym uroczyste powitanie. Tekst Małgorzata Pawlak Foto Eurosport i Małgorzata Pawlak

Gra va banque Jak opowiedział sam Paweł Rańda, szlakowy osady: – Powiedziałem kolegom, że jeśli nam uciekną, to od 1000 metrów idziemy va banque i najwyżej nie damy rady dopłynąć do końca. Ale będziemy wiedzieli, że daliśmy z siebie wszystko. Ruszyli w drugiej połowie dystansu jak torpeda, wyprzedzając po kolei każdego, kto stawał im na drodze. Emocje wzięły górę nad wszystkim, bo oto działa

aps nr 07 2008 (265)


e Krakowiani ch na igrzyska

[IO Pekin]

Emocje, radość, „Sportowy wściekłość, walka Zakończyły się Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Dla mnie – pasjonujące dwa tygodnie.

O

d świtu do godzin wieczornych oglądałem zmagania sportowców z naszej i innych reprezentacji. Miałem nadzieję i cieszyłem się ze zwycięstw polskich wyczynowców. Tak jak oni czułem gorzki smak porażki. Gdy oni w odległym Pekinie walczyli na parkiecie, czułem jakbym też tam był. Czułem przemożną chęć zwycięstwa i przypominałem sobie, jak to jest, kiedy jest się sam na sam z bramkarzem drużyny przeciwnej i się nie trafia. Było tak na zakurzonym boisku podwórkowym, na murawie nieco lepszej od kartofliska, na asfaltowym, szkolnym boisku, gdy poprzecierana piłka przypominała prawdziwą, a porozrywana siatka miała zatrzymać piłkę w bramce, a strzępy zwisające z kosza imitowały siatkę koszową. Cieszyłem się z udanych akcji na boisku i skutecznej taktyki na torze. Było mi przykro, gdy przegrywali nasi, a zaraz pojawiała się wściekłość, jak wielu dziennikarzy, komentatorów nie rozumiało walki i sensu walki, psychicznych zawiłości przed startem i w pierwszych minutach meczu. Jakże się wściekałem, słysząc: – Co on zrobił! W takim momencie! A on czuł, że jest czyste pole i ma zwycięski punkt przed sobą. Myśli nic nie podpowiadały, to działały same mięśnie ćwiczone przez setki, tysiące godzin właśnie, by w tym decydującym momencie – wykonać ruch ręką, nogą, by w harmonii doskonałej całe ciało wykonało ten jeden, właściwy, złożony z dziesiątków układów mięśni – ruch, dający nam radość i pognębiający rywala. W tym jednym momencie – ta pusta przestrzeń przed atakującym naszym siatkarzem, piłkarzem dawała mu moc giganta i ogromną chęć wybuchu energii – wyzwolił ją, opadał na parkiet i już zrywał się do gestu tryumfu, bo nie mogło przecież być inaczej… Gwizdek sędziego niszczył tę drogę do tryumfu – mocy było za wiele czy o ułamek milimetra dłoń ułożona inaczej i piłka trafiała w aut albo w bramkarza. Jakże współczułem Twardowskiemu. Chyba jako jedyny z całej plejawww.azs.pl

dy startujących kajakarzy miał reprezentować nas w trzech konkurencjach i w każdej wymagano, by płynął na najwyższym światowym poziomie. Płynął indywidualnie, ale rezygnował z walki, by zachować siłę na walkę w zespole – rezygnował z siebie na rzecz kolegów. Ileż dumy dali mi piłkarze ręczni i sam Wenta – swoją postawą i hartem sportowego ducha – polskiego ducha. Ileż w nim woli Polaka! Smutno patrzyłem na zdjęcie Szmala, wtulonego w objęciach klęczącego trenera, ale ten widok dał mi więcej wzruszeń niż niejedno zwycięstwo. Oni będą jeszcze wygrywać! Kiedy patrzyłem na naszego małego rycerza rodem z Argentyny – gasł we mnie entuzjazm, a rosła wściekłość – ten człowiek ogromny duchem i potężny wiedzą – uczynił z naszych siatkarzy wojowników! Po raz pierwszy widziałem naszych siatkarzy walczących do końca! Tak jak niegdyś Serbowie. Nasi pokazali waleczność. Tak, zabrakło tych ułamków milimetrów, a głód zwycięstwa i eksplozja energii (ja to rozumiem!) słały czasami piłki w aut, ale – nikt nie powtórzył spektaklu, tej dramaturgii z meczu Polska – Włochy. Teraz donoszą, że nasz mały rycerz nie będzie z nami! Nie zobaczę tego zapatrzenia Kadziewicza w Argentyńczyka. Nie mogę sobie wyobrazić naszych siatkarskich orłów bez małego rycerza – to już nie będzie to… A szermierze? Ich walka z Francuzami. Czułem tę bezradność w przebijaniu się przez długie ręce czarnoskórych Francuzów i rosła we mnie wściekła niemoc – znam ten ból odbijania się od przeciwnika przy każdej próbie i narastającą chęć szybkiego rewanżu – próba i znowu przeciwnik trafia, do rewanżu, ale to przeciwnik trafia, a potem… Francuz Jeannet nadweręża nadgarstek – można go trafiać bezkarnie! Nie. Zawrotniak tego nie czyni. Przegrywa, ale nie chce zwycięstwa przy cierpieniu przeciwnika. Czy rzeczywiście przegrał? Krzysztof Kowalski

noblista”

Takimi słowami przywitał w sali senackiej krakowskiej AWF jej nowy rektor prof. Andrzej Klimek srebrnego Radka. Wyczyn to historyczny w naszym klubie. Przypomnę tylko srebrny medal Staniszewskiego na C2 w Sydney w 2000 roku. Klub na co dzień skupiający dwanaście sekcji wyczynowych, pomijany z grubsza przez media (powód: brak sekcji piłki nożnej…), stał się w jednym dniu gospodarzem konferencji prasowych, spotkań z przedstawicielami mediów, nagrań telewizyjnych i wszelkich przedsięwzięć związanych z szeroko pojętą promocją medalisty (jedynego z Małopolski) na terenie nie tylko Małopolski. Spore zainteresowanie dziennikarzy szermierką wynikało także po trosze z tego, co dzieje się w Polskim Związku Szermierczym, a dokładniej mówiąc z tego, o czym z rozżaleniem opowiadali nasi olimpijczycy na gorąco w Pekinie. To, czy prezes jest prezesem od dwóch czy dwudziestu lat, czy problemem jest C2H5OH, czy system szkolenia jest ok czy nie, nie powinno interesować medalistów, uczestników pekińskich zmagań ani działaczy klubowych. Czy nie najważniejszy jest ten właśnie wywalczony w pocie czoła medal? Czy chwila, w której złoty, srebrny czy brązowy krążek pojawia się na szyjach biało-czerwonych, to nie jeden z najpiękniejszych momentów w ich sportowej karierze… może i życiu? Zostawmy te kwestie. Minister sportu obiecywał zmiany w polskim sporcie i może trzeba mu zaufać, bo sami nie zmienimy nic. Jest sukces i na jego bazie trzeba budować coś nowego, trzeba go trafnie sprzedać, umieć wykorzystać. Radek często podkreślał w wypowiedziach dla mediów, że doskonale funkcjonuje w AZS program ACSS. Program ten, uruchomiony kilka lat temu przy akademiach wychowania fizycznego, sprawdza się, działa i przynosi efekty. Dowodem, w przypadku naszego klubu, jest dziesięciu olimpijczyków w Pekinie i szereg osiągnięć na innych arenach sportowych. Cieszmy się zatem sukcesami, skupiajmy na pracy, z nadzieją że na górze pojawią się zapowiadane zmiany. Ze sportowym Konrad Mirecki konrad.mirecki@azs-awf.pl


[Krakowianie

na igrzyskach]

Zabrakło 6,8 sekundy Rozmowa z Agnieszką Stanuch, kajakarką, która w finale K-1 zajęła 5. miejsce

To twój drugi start na igrzyskach olimpijskich. W Pekinie było lepiej niż w Atenach.

Tak, w Atenach wypadłam nieco poniżej własnych oczekiwań, zajmując 13. miejsce, ale zdobyłam sporo doświad-

czenia i myślę, że to zaprocentowało w Pekinie. Niewiele zabrakło do medalu. Było kilka niespodzianek, odpadały faworytki. Podchodzisz to tego 5. miejsca jak do sukcesu czy czujesz może lekki niedosyt?

Na igrzyskach było sporo niespodzianek i to nie tylko w konkurencji K-1 kobiet. Wielu pewniaków odpadło, nie awansując nawet do finału. Przejazd finałowy był u nas grą nerwów, presji. Nie wytrzymały m.in. Stepanka Hilgertowa (dwukrotna złota medalistka z Atlanty i Sydney) czy Jennifer Bongard (złota medalistka z MŚ w 2003 i 2007 roku). Przed wyjazdem na igrzyska myślałam, że satysfakcję dałoby mi 6. miejsce, przy założeniu, że popłynę dwa równe, dobre przejazdy i moje rywalki też popłyną optymalnie. Czuję niedosyt, bo nie zrealizowałam założeń i popełniłam dwa bardzo duże błędy w półfinale. Przejazd finałowy miałam 12 sekund szybszy od półfinałowego, a do brązowego medalu zabrakło mi 6,8 sekundy.

Ateny to nie przypadek Rozmowa z Grzegorzem Sudołem – chodziarzem, który w chodzie na 50 km był 9. Emocje opadły. Proszę, oceń swój olimpijski start.

Ogólnie start uważam za udany. Wielu zawodników chciałoby być w pierwszej dziesiątce na świecie, jednakże nutka żalu pozostała. Wszystko podporządkowałem igrzyskom, a miejsce nie odzwierciedla włożonej pracy i możliwości, nie daje mi satysfakcji. Już byłem na igrzyskach siódmy. W Pekinie podjąłem walkę o wszystko, o medal. Każdego dnia i na każdy trening wychodziłem z myślą o nim. Okazało się, że padły kosmiczne wyniki jak na tę pogodę. Byłem przygotowany na wynik w granicach 3:42–3:43. Jeszcze w roku ubiegłym miałem rekord życiowy 3:49, a w tym poprawiłem go na 3:45:47. Potwierdziłem, że Ateny to nie był przypadek i jestem dalej w pierwszej dziesiątce na świecie. Ze względu na brak informacji z PZLA musiałem chodzić jedną pięćdziesiątkę dodatkowo, co odbiło się na końcowym sukcesie. Podobnie było z terminem wylotu do Pekinu. Osobiście bardzo podobał mi się twój występ. Zaryzykowałeś. Opłaciło się?

Dziękuję. Odebrałem mnóstwo gratulacji dotyczących świetnej olimpijskiej po-

stawy, walki o najwyższe cele. Niestety, najważniejsze jest miejsce na mecie. Nie było aż tak wielkiego ryzyka. Oczywiście można było iść spokojnie i wywalczyć miejsca 4–5. Byłem pełen energii i dobrej myśli, bardzo dobrze się czułem na trasie. Musiałem być blisko, by walczyć o medal, dlatego taka, a nie inna taktyka chodu. Nie popełniłem błędu taktycznego, problemem był zgubiony żel energetyczny na 34. i 42. kilometrze. Szczególnie na 42. km był on bardzo drastyczny w skutkach. 2 km szedłem dłużej bez tzw. doważonej energii, co było błędną decyzją. Dziś bym się wrócił, zatrzymał, a jeśli nawet nie, to nie brałbym potem dwa razy żelu, by nadrobić braki. Błąd ten kosztował odcięcie „prądu” na ostatnich 5. km, szczególnie 3. przed metą. Końcówka była ciężka. Klimat w Pekinie chyba nie pomagał chodziarzom?

Pogoda i trasa były takie same dla wszystkich. Pewnie, że dla Europejczyków trochę cięższe. Byłem dobrze zaaklimatyzowany. Temperatura 32OC i wilgotność na poziomie 80% na pewno stanowiły wyzwanie. Ze względów organizacyjnych za długo przebywałem w Pekinie przed startem i to mogło być małym błędem. Za to kilka innych posunięć PZLA było karygodnych i one rzutowały na gorsze samopoczucie zawodników. Co dalej? Idziesz do Londynu?

Będzie atak na medal w Londynie?

Tak naprawdę jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Trenuję dalej, a co będzie – zobaczymy... Decyzję o trenowaniu do Pekinu podjęłam w 2005 roku, po obejrzeniu zawodów na torze w Holandii. Tamtejszy tor podobny jest do tego w Pekinie. Spodobała mi się duża, trudna woda. Taka, jaką lubię. Poczekam, aż zakończą budowę toru w Londynie. Czym zajmujesz się na co dzień?

Na co dzień pracuję jako rehabilitantka w Klinice Chirurgii Naczyń, Serca i Transplantologii KSS im. Jana Pawła II, więc na nic poza treningami praktycznie nie mam czasu. Fakt, że pracuję, sprawia, że jestem lepiej zorganizowana i mam większą ochotę na każdy trening. To czas tylko dla mnie.

Po dziewiątym miejscu na igrzyskach nie przysługuje mi stypendium sportowe. Ostatnie 3 lata też go nie otrzymywałem z centrali, nawet po uzyskaniu minimum olimpijskiego! Nie może być tak, że zawodnik musi pracować, by mógł przygotować się do startu. Tylko dzięki pomocy sponsorów: firmy ACTION – głównego sponsora, hotelu „Galicja” w Ulanowie, firmy Farma-Projekt z Krakowa, klubu AZS AWF Kraków oraz dzięki programowi ACSS mogłem załatać duże braki finansowe potrzebne na przygotowania. Bardzo im dziękuję. Bez Was nawet taki wynik byłby niemożliwy! Rafał Fedaczyński, który był na 8. miejscu, też wyjechał do Anglii do pracy, by przeżyć i mieć za co się przygotować. To skandal! Dlatego po starcie w przyszłorocznych MŚ w Berlinie zastanowię się nad Londynem. Wynikowo idę w górę, wchodzę w najlepszy wiek, znalazłem odpowiedni program treningowy dla siebie i dlatego chciałbym pozostać w sporcie. W tym roku uzyskałem dwa najlepsze wyniki na 50 km i zwyciężyłem w Polsce na wszystkich dystansach. Dalszy rozwój bez wsparcia i zaplecza jest jednak niemożliwy. Z drugiej strony sprawy organizacyjne i finansowe w PZLA nie napawają optymizmem i zniechęcają do dalszego pozostania w sporcie wyczynowym: na dziś ludzie, którzy byli na miejscach 9–54 lub nie pojechali na igrzyska, są na tym samym poziomie finansowania – bez stypendium! Mam nadzieję na zmiany. aps nr 07 2008 (265)


[Krakowianie

na igrzyskach]

Srebrny Radek Medal olimpijski to ogromny sukces. Chyba megasprawa dla zawodnika?

Oczywiście, że jest to wielki sukces. Jak powiedział rektor krakowskiej AWF prof. Andrzej Klimek – to sportowy nobel. Ale najważniejsze jest to, żeby pozostać człowiekiem, którym się było wcześniej. Przykładem może być Adam Małysz. Dla mnie ten medal jest jeszcze większym motywatorem do pracy. Jestem jeszcze młodym zawodnikiem i niejedno mogę osiągnąć dla polskiego sportu. Zdaję sobie sprawę, że na ten sukces składa się praca wielu ludzi, z pewnością im to również pomoże w pracy i w działaniach. Pewnie pozostał niedosyt po turnieju indywidualnym. Będzie zemsta w Londynie?

Tak. Co tu dużo mówić – jak dla mnie, walka była ustawiona – zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. W czasie analiz z trenerem dopatrzyliśmy się sześciu pomyłek sędziowskich. To za dużo, aby można było mówić o zwykłym błędzie w sędziowaniu. To mnie nie boli, ponie-

waż na tę sprawę nie miałem wpływu. Bardzo rzadko taka sytuacja zdarza się w szermierce. Myślę, że nie chodzi tutaj o zemstę, bo nie jestem człowiekiem małostkowym i pamiętliwym. Po prostu – zrobię wszystko, aby się przygotować do następnych igrzysk i zdobyć złoty medal indywidualnie i drużynowo. To cel chyba każdego sportowca na świecie. Twoim klubowym trenerem jest Zbigniew Ryczek. Spędzacie wiele czasu razem. Czy jest ojcem sukcesu?

Zbigniew Ryczek jest moim trenerem, przyjacielem. Jego podejście do pracy jest holistyczne. To nie jest tylko trener od obciążeń. Poza sportem spędzam z nim bardzo dużo czasu. Czasem jego żona i moja dziewczyna są na nas złe, że z kolei im poświęcamy mniej czasu. Pozostawiając z boku głośny ostatnio temat PZSzermierczego i całej szopki, jaka miała miejsce w Pekinie, jak podchodzisz do kolejnych igrzysk? Czy zmieni się system szkolenia, czy dotychczasowy jest w porządku? Przyniósł przecież efekt. A może to zasługa pracy indywidualnej w klubie?

Jest to w 90% praca z trenerem klubowym. Trenuję w AZS AWF Kraków, który jest dofinansowany z programu

Rosjanki były bardzo dobrze przygotoMimo wszystko wane. Jeśli chodzi o mnie, to 8. miejsce

Rozmowa z Wiolettą Frankiewicz, lekkoatletką, która w biegu na 3000 m z przeszkodami zajęła 8. miejsce.

Biegałaś na 1500 m. Skąd zmiana dystansu?

Zawsze chciałam biegać przeszkody, niestety ten przywilej był zarezerwowany dla panów. Kiedy 3 lata temu wpisano 3 km z przeszkodami pań do programu zawodów w 2008 roku i zawodów olimpijskich, przyjęłam to z wielką radością i wiedziałam, że pobiegnę. Nie zmienia to faktu, że nadal biegam 1500 m i mam nadzieję na poprawienie rekordu życiowego. Niesamowity bieg Rosjanek. Wręcz niewiarygodne tempo. Pobiegłaś bardzo dobrze. Jesteś z siebie zadowolona?

Po biegu eliminacyjnym, w którym Samitowa zdecydowała się na szybkie tempo (9.15), łatwo zwyciężając, wiedziałam, że w finale padnie rekord świata. www.azs.pl

jest jak najbardziej zadowalające, biorąc pod uwagę trudności, z jakimi się borykałam podczas przygotowań. Rok temu miałam poważną kontuzję kręgosłupa, która wyłączyła mnie z normalnego funkcjonowania na 2 miesiące (musiałam leżeć na twardym podłożu, aby odciążyć kręgosłup, i zaprzestać chodzenia!). Na szczęście dr Ela Mirek cierpliwie mi pomagała, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Grudzień i styczeń spędziłam na rehabilitacji. Na domiar złego po wyleczeniu kontuzji, powoli wchodząc w trening, w kwietniu miałam poważny wypadek samochodowy, który również na parę tygodni wyłączył mnie z przygotowań. Przez wzgląd na mój kręgosłup trener Król troszkę zmienił trening, odpuszczając dużą część siły biegowej. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie nie będziemy już mieć takich problemów i będziemy przygotowani na MŚ w Berlin na mocne bieganie. Współpracujesz z trenerem Zbigniewem Królem. Jak on ocenia twój start?

ACSS i myślę, że to właściwa droga. Moim zdaniem trzeba zdecentralizować finansowanie sportu i przenieść ciężar na obwód. Temu mogą służyć ACSS, ośrodki policji i wojska. ACSS w swojej strukturze są wystarczająco dobrze przygotowane, aby przejąć ciężar ze związków sportowych, które nie ogarniają wszystkich zadań. Solą sportu są zawodnicy i to do nich mają trafiać środki. Jeżeli się nic nie zmieni, to będziemy dreptać w miejscu. A świat ucieka do przodu. To pokazały ostatnie igrzyska. Teraz czas na relaks czy powrót do pracy?

Póki co odpoczywam. Ale to nie oznacza, że niekontrolowanie. Jest to czas również wkomponowany w proces szkolenia, tzw. okres roztrenowania. A pracę treningową zaczynam pod koniec września. Co zrobisz z nagrodą?

Nagroda ma mi pomóc w dalszej pracy. To zastrzyk finansowy, który przeznaczę na dalszy rozwój. Bardzo chcę też pomóc innym, tak jak inni pomagali mnie.

Z mojego występu w Pekinie trener jest zadowolony. Zrobiłam dwa najlepsze wyniki w sezonie na głównej imprezie i zajęłam miejsce w ścisłym finale. Pekin zadziwia. Czy wykorzystałaś czas na poznanie go, czy raczej nie pociągały Cię smogowe spacery?

Tym razem byłam tylko na Murze Chińskim. Był to mój szósty pobyt w Chinach, a piąty w Pekinie, więc wcześniej już go zwiedziłam, ale nie mogłam sobie odmówić powtórnej wycieczki na Great Wall. Resztę czasu po starcie spędzałam na kibicowaniu naszej reprezentacji. Jakie masz plany? Zobaczymy cię w Londynie?

Bardzo chciałabym wystartować w Londynie i tam zakończyć karierę. Będzie to zależało jednak od zdrowia. Chciałabym mieć roczną przerwę na macierzyństwo. Mam nadzieję, że te plany uda mi się zrealizować. Serdecznie dziękuję Justynie Góralik i całej firmie Dama Kier (producent bielizny damskiej) za pomoc w realizacji moich planów poprzez sponsoring.

Rozmowy przeprowadził Konrad Mirecki. Foto AZS AWF Kraków

Rozmowa z Radosławem Zawrotniakiem, srebrnym medalistą w szpadzie drużynowo


[IO IO Pekin] Pekin

Ocena występu sportowców AZS w Igrzyskach Olimpijskich Pekin 2008 Sportowcy AZS odnieśli sukces już na etapie kwalifikacji olimpijskich, gdyż w składzie reprezentacji Polski znalazło się 73 zawodników, co stanowiło 31,6% ekipy. W poprzednich igrzyskach letnich ostatnich lat ilości te były znacznie mniejsze i wynosiły: Barcelona 1992 38/211 = 18% Atlanta 1996 33/174 = 19% Sydney 2000 46/192 = 23,9% Ateny 2004 49/202 = 24,3% Pekin 2008 73/231 = 31,6%

W reprezentacji olimpijskiej znaleźli się zawodnicy 14 klubów AZS. W ośmiu z nich zostały powołane formalnie ACSS, w pozostałych klubach jest realizowany podprogram pomocniczy ACSS, jednak z pełnym systemem nadzoru i kontroli. Liczba zawodników wg klubów AZS AWF Warszawa 17 AZS AWFiS Gdańsk 14

AZS AWF Kraków AZS Poznań AZS AWF Wrocław AZS UWM Olsztyn AZS UMK Toruń AZS AWF Gorzów AZS AWF Poznań AZS Łódź AZS UW Warszawa AZS Szczecin AZS PW Wrocław AZS AWF Katowice Razem

10 5 5 5 3 3 3 2 2 2 1 1 73

Najwięcej olimpijczyków AZS posiadał w lekkoatletyce, choć trzeba przyznać, że było to efektem stosunkowo niskich wskaźników kwalifikacyjnych przyjętych przez PZLA, dzięki którym akademicy stanowili prawie połowę polskiej reprezentacji w tej dyscyplinie. Jeszcze wyższy wskaźnik procentowy (86%) wystąpił w szermierce, gdzie je-

Lokaty zawodników AZS w IO Pekin 2008 Lokata Imię Nazwisko Dyscyplina 1 Leszek Blanik Gimnastyka Sportowa 1 Tomasz Majewski Lekkoatletyka 1 Michał Jeliński Wioślarstwo 1 Adam Korol Wioślarstwo 1 Marek Kolbowicz Wioślarstwo 1 Konrad Wasielewski Wioślarstwo 2 Robert Andrzejuk Szermierka 2 Radosław Zawrotniak Szermierka 2 Tomasz Motyka Szermierka 2 Paweł Rańda Wioślarstwo 2 Łukasz Pawłowski Wioślarstwo 4 Otylia Jędrzejczak Pływanie 5 Szymon Ziółkowski Lekkoatletyka 5 Anna Jesień Lekkoatletyka 5 Paweł Zagumny Siatkówka M 5 Marcin Możdżonek Siatkówka M 5 Patryk Brzeziński Wioślarstwo 5 Sławomir Kruszkowski Wioślarstwo 5 Michał Stawowski Wioślarstwo 6 Anita Włodarczyk Lekkoatletyka 6 Paweł Korzeniowski Pływanie 6 Aleksandra Socha Szermierka 6 Bogna Jóźwiak Szermierka 6 Irena Więckowska Szermierka 6 Radosław Zawrotniak Szermierka 7 Piotr Kędzia Lekkoatletyka 7 Karolina Tymińska Lekkoatletyka 7 Karolina Chlewińska Szermierka 7 Małgorzata Wojtkowiak Szermierka 7 Magdalena Mroczkiewicz Szermierka 7 Sylwia Gruchała Szermierka 8 Agnieszka Stanuch Kajakarstwo Górskie 8 Wioletta Frankiewicz Lekkoatletyka 8 Dorota Dydo-Jędrusińska Lekkoatletyka 8 Rafał Fedaczyński Lekkoatletyka

Klub AZS AWFiS Gdańsk AZS AWF Warszawa AZS AWF Gorzów AZS AWFiS Gdańsk AZS Szczecin AZS Szczecin AZS AWF Wrocław AZS AWF Kraków AZS AWF Wrocław AZS PW Wrocław AZS UMK Toruń AZS AWF Warszawa AZS Poznań AZS AWF Warszawa AZS UWM Olsztyn AZS UWM Olsztyn AZS AWF Poznań AZS UMK Toruń AZS UMK Toruń AZS AWF Poznań AZS AWF Warszawa AZS AWF Warszawa AZS Poznań AZS AWF Warszawa AZS AWF Kraków AZS Łódź AZS AWFiS Gdańsk AZS AWFiS Gdańsk AZS AWFiS Gdańsk AZS AWFiS Gdańsk AZS AWFiS Gdańsk AZS AWF Kraków AZS AWF Kraków AZS Poznań AZS AWF Katowice

dynie dwóch zawodników nie reprezentowało pionu AZS. Liczba zawodników wg dyscyplin Lekkoatletyka Szermierka Wioślarstwo Pływanie Żeglarstwo Siatkówka M Gimnastyka Sportowa Judo Kajakarstwo Górskie Kajakarstwo Klasyczne Razem

32 12 11 7 5 2 1 1 1 1 73

W medalowym dorobku polskiej reprezentacji zawodnicy AZS mieli bardzo istotny udział. Wśród 10 zdobytych medali wkład zawodników AZS wyniósł 42,5%, a wszystkie 3 złote medale zostały wywalczone przez akademików. Konkurencja skok kula 4x 4x 4x 4x szpada dr. szpada dr. szpada dr. 4- wl 4- wl 200 mot. młot 400 ppł. rozgrywający środkowy 8+ 8+ 8+ młot 200 mot. szabla dr. szabla dr. szabla dr. szpada 4x400 7-bój floret dr. floret dr. floret dr. floret dr. K1 3000 prz 4x100 chód 50 km

Uwagi/Wynik 16,537 21.51

2:07.02, 3 79.22 54.29

71.56 1:54.60, 4

3:00.32 6.428

202,92 9:21.76 dyskw., elim. 43.47 03:46:51

Opracowanie Stanisław Petka aps nr 07 2008 (265)


[ACSS]

ACSS w Olsztynie Po wielu staraniach oraz długim oczekiwaniu udało się! W Olsztynie powołano pierwsze poza akademiami wychowania fizycznego Akademickie Centrum Szkolenia Sportowego.

P

rogram Akademickiego Centrum Szkolenia Sportowego jest realizowany w Polsce od 2005 roku. Od momentu powołania programu przez ministerstwo sportu w ośmiu akademiach wychowania fizycznego Uniwersytet Warmińsko-Mazurski i Klub Sportowy AZS UWM czynili starania, aby zostać pierwszym w Polsce (poza AWF) pełnoprawnym uczestnikiem programu. Wykonano niezbędne działania zmierzające do osiągnięcia w Olsztynie statusu pełnoprawnego ACSS. 30 listopada 2007 roku senat Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego podjął uchwałę o umieszczeniu w statucie UWM zapisu o działalności uczelni na rzecz sportu kwalifikowanego. Stworzono projekt regulaminu ACSS, skład rady programowej oraz wzajemne porozumienie pomiędzy uczelnią a klubem. Wreszcie 15 lipca 2008 roku o godzinie 11.00 w Sali Senatu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego odbyło się, w obecności sekretarza stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki Zbigniewa Pacelta, wiceprezesa Zarządu Głównego AZS Witolda Zimnego oraz władz Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego z JM Rektorem prof. Ryszardem Góreckim na czele, uroczyste wręczenie klubowi AZS UWM oraz UWM Olsztyn certyfikatu Akademickiego Centrum Szkolenia Sportowego. W uroczystości uczestniczyli także wicemarszałek województwa Urszula Pasławska, wiceprezydent miasta Anna Wasilewska, posłanka Beata Bublewicz, trenerzy, działacze, zawodnicy oraz rektorzy z całej Polski, którzy uczestniczyli w Kortowie w Szkole Letniej Zarządzania Strategicznego. Poza uroczystym wręczeniem certyfikatu ACSS Zbigniew Pacelt przedstawił – głównie rektorom – strategię działań w polskim sporcie. AZS Olsztyn ma bogate tradycje sportowe. W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia klubu studenci z Kortowa reprezentowali Polskę na siedmiu igrzyskach olimpijskich, prawie dwudziestu uniwersjadach letnich i zimowych, kilwww.azs.pl

kudziesięciu mistrzostwach świata i Europy oraz w wielu innych imprezach międzynarodowych i krajowych. W rejestrze sportu studenckiego w AZS Olsztyn zanotowano do tej pory 18 olimpijczyków i ponad 120 członków kadry narodowej. W tym roku na igrzyskach olimpijskich w Pekinie uczestniczyła rekordowa liczba naszych zawodników. Sekcję żeglarską reprezentowali Rafał Szukiel i Patryk Piasecki. W grach zespołowych – siatkarze Paweł Zagumny i Marcin Możdżonek. Piątym zawodnikiem był lekkoatleta Kacper Kozłowski. Barwy innych krajów reprezentowali siatkarze, którzy wywalczyli awans na igrzyska jako zawodnicy AZS Olsztyn: Niemcy Bjoern Andrae i Frank Dehne oraz Richard Lambourne, który został mistrzem olimpijskim. Wyjątkowy klimat Olsztyna sprzyja uprawianiu sportu. Przepięknie położone jest miasteczko studenckie Kortowo, jakiego nie ma w całej Polsce. Kampus usytuowany nad Jeziorem Kortowskim, otoczony lasami, ma wewnątrz praktycznie całą infrastrukturę potrzebną do życia, z przyzwoitą bazą sportową, jak stadion LA z nawierzchnią tartanową, wyremontowaną halą sportową, przystanią żeglarską, ośrodkiem jeździeckim, kortami tenisowymi czy powstałymi niedawno boiskami wielofunkcyjnymi do gier zespołowych. Sekcja taekwondo od kilku lat jest jedną z najlepszych, jeżeli nie najlepszą sekcją w Polsce. Zawodnicy AZS UWM zdobywają corocznie kilkadziesiąt medali w zawodach taekwondo w kraju i za granicą. Trenerem koordynatorem sekcji jest Dariusz Nowicki – znany w Europie trener i sędzia międzynarodowy oraz psycholog sportowy, który także reprezentował nasz klub w Pekinie jako sędzia zawodów taekwondo. Sekcja lekkoatletyki po przejęciu zawodników Gwardii Olsztyn stała się również wizytówką uczelni oraz naszego regionu. Szczycimy się, że w ubiegłym roku nasz student Kacper Kozłowski, zawodnik AZS, osiągnął wspaniały wynik na mistrzostwach świata w LA, wyprowadzając na ostatniej zmianie sztafety 4 x 400 m zespół

na 3. miejsce. To dopiero drugi medal na MŚ w LA w historii Warmii i Mazur. Trenerem koordynatorem sekcji jest znany w Polsce trener Zbigniew Ludwichowski, członek zarządu Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, trener reprezentacji Polski juniorów. Sekcja żeglarstwa i bojerów corocznie przynosi nam rozgłos w postaci zdobytych medali na mistrzostwach Polski, Europy i świata. Mamy obecnie 9 reprezentantów Polski w klasach Finn, 470 i DN. Michał Burczyński jest jednym z najlepszych zawodników na świecie w klasie DN, mając na swym koncie tytuły mistrza świata i mistrza Europy. Drugi rok program ACSS w Olsztynie realizuje także sekcja badmintona, mając już na swym koncie pierwszy znaczący sukces w postaci medalu w mistrzostwach Polski. Chcielibyśmy wspomnieć o siatkarzach AZS Olsztyn występujących w rozgrywkach Polskiej Ligi Siatkówki jako spółka akcyjna Piłka Siatkowa AZS UWM Olsztyn. Stuprocentowym udziałowcem spółki jest KS AZS UWM Olsztyn. W minionym sezonie w składzie naszych siatkarzy znajdowało się trzech reprezentantów Polski oraz po jednym reprezentancie USA, Niemiec i Turcji. Od pięciu lat nasi siatkarze zdobywają medale w rozgrywkach PLS. Piłkarze ręczni, koszykarze, drugi zespół siatkarzy AZS UWM występują w rozgrywkach II ligi państwowej. Studenci należący do takich sekcji jak jeździectwo, piłka nożna czy brydż osiągają wysokie wyniki sportowe w MPSzW. Należy wspomnieć o dużym zainteresowaniu studentów Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego zajęciami rekreacyjnymi jak aerobic, sporty siłowe, karate, unihokej czy korfbal. Mamy nadzieję, że powołanie ACSS w Olsztynie stworzy jeszcze większe możliwości do uprawiania sportu na wysokim poziomie, co powinno przynieść w przyszłości znaczące osiągnięcia na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata i mistrzostwach Europy oraz na uniwersjadach i akademickich mistrzostwach świata. Tomasz Jankowski Foto Janusz Pająk


ie k c i m Akade ostwa z r t s i M i Polsk Wydarzeniem sportowym w okresie międzywojennym były zorganizowane przez Akademicki Związek Sportowy pierwsze w Polsce zawody wielodyscyplinowe. Zorganizowali je 1 października 1921 roku działacze AZS Warszawa. Nazwano je Olimpiadą Akademicką, a protektorat nad nią objął Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Zawody odbyły się na Agrykoli w obecności Naczelnika Państwa, jak też w obecności wielu przedstawicieli misji zagranicznych, sfer wojskowych oraz sportowych. Udział w zawodach wzięli reprezentanci AZS Poznań, AZS Wilno i AZS Warszawa. O tytuły najlepszych w dniu otwarcia rywalizowano w lekkoatletyce i tenisie, a w drugim dniu odbyły się regaty wioślarskie, mecz piłki nożnej oraz chód na 10 km. Akademicka impreza wzbudziła kontrowersje w środowisku sportowym. Jak komentował „Przegląd Sportowy”: Obradujący w Warszawie zjazd przedstawicieli akademickich związków sportowych uchwalił na wniosek AZS warszawskiego dopuścić do udziału tylko zrzeszonych w AZS. Co najmniej dziwna ta uchwała sprowadza całą sprawę od razu na błędny tor. Jeżeli jest bowiem mowa o olimpiadzie, to jasną jest rzeczą, że powinna ona nosić charakter reprezentatywny uniwersytetów lub też miast uniwersyteckich – jak zresztą jest na całym świecie – a żadną miarą nie można nadużywać szumnego i obiecującego tytułu wszechakademickiej olimpiady dla skromnego, bądź co bądź, konkursu, wtedy gdy znaczna część akademików nie może z przyczyn formalnych – wytworzonych powyższą uchwałą – wziąć udziału w zawodach. (…) W ten sposób zorganizowana olimpiada sportowa, urządzana co roku w innym mieście, byłaby naprawdę wielkim świętem akademickim. W przyszłości mogłaby się ona z czasem, gdy nastaną normalne stosunki, rozrosnąć i przemieniać na ogólnoeuropejską olimpiadę akademicką. Redakcyjne postulaty stały się faktem. Pomysł organizacji zawodów wielo-

dyscyplinowych kontynuowano w następnych latach działalności AZS. Dwa lata później, w dniach 5–8 lipca 1923 roku, przy okazji pierwszego jubileuszu w stowarzyszeniu (15 lat AZS Kraków) odbyły się zawody. Mistrzostwa Akademickich Związków Sportowych rozegrane w Krakowie wybiły się na pierwszy plan spomiędzy wszystkich przedsięwzięć sportowych ubiegłego sezonu. Były to zaiste szczególne igrzyska, na których normalny widz sportowy klął, wzruszał ramionami lub też spozierał obojętnie po bokach – które jednakże w umysłach bardziej wnikliwych sportowców pozostaną pamiętne jako ważny i to pierwszorzędnie ważny etap w rozwoju naszego sportowego ruchu. Już sam fakt, że program zawodów obejmował spotkania przedstawicieli wszystkich dzielnic Polski w sześciu kardynalnych dyscyplinach sportowych, był dla naszych warunków prawdziwą rewolucją – donosił „Przegląd Sportowy”. Zawody te uznano za pierwsze nieoficjalne akademickie mistrzostwa Polski. Startowali w nich studenci Krakowa, Lublina, Lwowa, Poznania, Warszawy, Wolnego Miasta Gdańska. Rywalizowano w: lekkoatletyce, piłce nożnej, pływaniu, szermierce, tenisie i wioślarstwie. – …niektóre dyscypliny okazały się nieomal domeną niektórych środowisk (jak np. lekkoatletyka Warszawy, tenis i szermierka Krakowa), że właśnie najrówniejsza konkurencja przejawiła się w sporcie stojącym na igrzyskach na najniższym poziomie, tj. w piłce nożnej. (…) Pewne wyjaśnienie sytuacji nastąpiło też w sporcie szermierczym. Tu znowu mieliśmy sposobność do porównania „klasy” poznańskiej z krakowską. Przedstawiciel Poznania (…) p. Laskowski zaprezentował się jako szermierz niezwykle obiecujący, któremu brak tylko rutyny, aby móc sprostować zawodnikom krakowskim. Wspaniałe warunki przyrodzone Laskowskiemu, którego olimpijska sylwetka zwracała powszechną na się uwagę, wydźwigną go niewątpliwie rychło na czoło polskich szermierzy, tak jak wysunęły go na czołowe miejsce w polskim boksie średniej wagi. (…) Jednocześnie bowiem przedstawiciele różnych środowisk poznawali się wzajemnie, jedni drugim otwierali oczy

na zaniedbane gałęzie sportu. Kraków ujrzał lekkoatletykę, Warszawa szermierkę, środowiska mniej wyrobione – wszystkie gałęzi sportu, opanowane już i postawione na pewnym poziomie przez inny – nauczył się wiele tak „champion” jak i normalny zawodnik, nauczyli się organizatorowie igrzysk, błysnęły nowe i nieznane talenty – pisał komentator „Przeglądu Sportowego”. Taka sama formuła mistrzostw Polski Akademickich Związków Sportowych obowiązywała na zorganizowanych analogicznych przeprowadzonych zawodach w 1924 roku w Warszawie i rok później – w Poznaniu. W kolejnych latach mistrzostwa organizowano oddzielnie dla poszczególnych dyscyplin, ale warszawscy działacze, zainspirowani rywalizacją krajową, wpisali się również w początek historii międzynarodowej sportowej rywalizacji studenckiej. W dniach 17–21 września 1924 r., z okazji I Kongresu Confederation International des Etudiants (CIE), odbyły się I Międzynarodowe

Zawody Akademickie. O ile w Kongresie uczestniczyli przedstawiciele 17 krajów, o tyle w zawodach sportowych startowali reprezentanci 7 krajów: Anglii, Estonii, Francji, Nowej Zelandii, Polski, USA i Włoch. Program zawodów obejmował 5 dyscyplin: lekkoatletykę, tenis, szermierkę, wioślarstwo i piłkę nożną. I Międzynarodowe Mistrzostwa Akademickie w Warszawie uznane zostały za pierwsze akademickie mistrzostwa świata. Po wojnie kontynuowano Mistrzostwa Polski Akademickich Związków Sportowych, a do zawodów w wielu dyscyplinach sportowych powrócono w 1951 roku. Ale do sfery sportu dołączyła ideologia i polityka. Akademickie Zrzeszenie Sportowe, wspólnie z organizacjami młodzieżowymi (ZMP, ZSP) organizowało wielkie święto akademickie, w ramach którego były zawody sportowe pod nazwą Akademickich Mistrzostw Polski. Była to centralna impreza w kalendarzu rocznym AZS. W jednym mieście, w jednym czasie spotykał się cały AZS. aps nr 07 2008 (265)


Pierwsze odbyły się we Wrocławiu, i były manifestacją studentów-sportowców na kilka tygodni przed XI Letnimi Akademickimi Igrzyskami Świata i na rzecz Zlotu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. Program sportowy obejmował: koszykówkę, lekkoatletykę, piłkę nożną, piłkę ręczną, pływanie, siatkówkę. Na otwarciu na stadionie olimpijskim we Wrocławiu było wiele osobistości, m.in.: sekretarz Komitetu Wykonawczego Międzynarodowego Związku Studenckiego Bernard Bereanu, sekretarz ZG ZMP Józef Faruga, kierownik Wydziału Młodzieży Studenckiej Jarosław Ładosz, przewodniczący RN ZSP Ryszard Majchrzak, przewodniczący ZG AZS Janusz Szałkowski oraz przedstawiciele GKKF. W imieniu studentów-sportowców ślubowanie złożył akademicki mistrz świata, zawodnik AZS Poznań, Zdobysław Stawczyk: – Przyrzekamy, że startując w I Akademickich Mistrzostwach Polski walczyć będziemy o zaszczytne tytuły, dla chwały i dalszego rozkwitu sportu Polski Ludowej, dla wykonania wielkich zadań planu 6-letniego, wzmocnienia sił obronnych naszego kraju przeciw zakusom anglo-amerykańskich imperialistów i utrwalenia pokoju. II AMP odbyły się w Warszawie z udziałem około 1800 reprezentantów 16 środowisk AZS, o 30% więcej niż we Wrocławiu. Tym razem AMP był manifestacją na cześć Zlotu Młodych Przodowników Budowniczych Polski Ludowej. Defilada na stadionie CWKS była wyrazem hasła Studenci sportowcy w walce o pokój, a młodzież z trybuny pozdrawiała wiceminister szkół wyższych i nauki Eugenia Krassowska, która swoje wystąpienie zakończyła słowami: – Niech żyje młodzież Polska – chluba i nadzieja Polski Ludowej. Niech żyje Największy Przyjaciel i Wychowawca młodzieży – Prezydent Bolesław Bierut. Mocną stroną rywalizacji sportowej był najlepszy powojenny wynik Marii Chojnackiej-Ilwickiej w biegu na 100 m – 12.3 i jeszcze dwa jej tytuły mistrzowskie – w skoku w dal (5.15) i w skoku wzwyż (1.48). W koszykówce kobiecej najlepsza okazała się Romualda Gruszczyńska, też zawodniczka AZS AWF Warszawa, z czasem jedna z najlepszych koszykarek Europy. Rok później fanfarzyści obwieścili otwarcie mistrzostw w Krakowie. 900 uczestników III AMP walczyło o tytuły akademickich Mistrzów Polski Ludowej pod hasłami uczczenia IV Festiwalu Młodzieży i Studentów w Bukareszcie oraz III Kongresu Studentów. Pierwszy raz byli goście zagraniczni – sportowcy z NRD. Sypały się rekordy: świata – w sztafecie 2 x 200 m ustanowiony przez sztafetę NRD (1:39.5) i Polski – Zdzisława Chromika na 1500 m (3:50.4) www.azs.pl

i Ciachówny w rzucie oszczepem (44.92), a wszyscy pasjonowali się pojedynkami doskonałych biegaczy – Stefana Lewandowskiego i Edmunda Potrzebowskiego czy Władysława Hasiora (rzeźbiarz, AZS Warszawa) w biegu na 5000 m, Urszuli Figwer, znanej siatkarki AZS Kraków, pozyskanej dla lekkoatletyki (startowała w konkursie kuli i oszczepu). W 1954 r., w rocznicę 10-lecia Polski Ludowej, gospodarzem był Poznań. Dokonując otwarcia wiceprzewodniczący GKKF Paweł Procek powiedział: – Główny Komitet Kultury Fizycznej wysoko ocenia upór i samozaparcie w pracy zawodników Akademickiego Zrzeszenia Sportowego, który nie zaniedbując nauki stale podnoszą swój poziom sportowy. Młodzież przyrzekała: – W myśl wytycznych II Zjazdu PZPR i naszego ukochanego Opiekuna i Nauczyciela tow. Bolesława Bieruta systematycznie podnosić będziemy swoją wiedzę i poziom ideowo-polityczny. Pod przewodem ZMP nieugięcie dążyć do przekształcenia Polski w kraj zdrowych i szczęśliwych ludzi, zdolnych do twórczej i ofiarnej pracy dla naszej Ludowej Ojczyzny. (…) Przyrzekamy za przykładem sportowców radzieckich, oddać wszystkie nasze siły i młodzieńczy entuzjazm dla jeszcze pełniejszego przygotowania się do odpowiedzialnej pracy w budownictwie Polski socjalistycznej. (…) Program sportowy zwiększył się (za sprawą udziału Polski w XII AMŚ w Budapeszcie) o rywalizację w: boksie, skokach do wody, tenisie, strzelectwie, zapasach i kolarstwie (na starcie w wyścigu indywidualnym honorowym starterem była Ligia Choińska, członek Prezydium ZG AZS). Mistrzostwa pokazały olbrzymi lekkoatletyczny dorobek AZS. W 1955 r. mistrzostwa były w Gdańsku i Sopocie na cztery tygodnie przed V Światowym Festiwalem Młodzieży i Studentów i II Międzynarodowymi Igrzyskami Sportowymi w Warszawie. W V AMP startowali zawodnicy ze Związku Radzieckiego. W 1958 roku, roku jubileuszu 50-lecia AZS, odbyły się w Krakowie VIII

Międzynarodowe AMP. Uczestników witał prof. dr Walery Goetel, przewodniczący Komitetu Wykonawczego VIII AMP i założyciel AZS Kraków. Przewodniczącym Komitetu Honorowego był Józef Cyrankiewicz, prezes Rady Ministrów, obecny w Krakowie na uroczystej akademii, na której udekorował AZS – Złotym Krzyżem Zasługi. W Krakowie obecni byli m.in.: Stefan Żółkiewski, minister szkolnictwa wyższego, i Włodzimierz Reczek, przewodniczący GKKF, który przemawiał tymi słowami: – Nieście wysoko sztandar pokoju, sportu, kultury społecznej i dżentelmeństwa nie tylko sportowego. Uczcie polską młodzież akademicką poprzez sport, jak trzeba umieć pomagać słabszym, jak zachowywać się po dżentelmeńsku w życiu. W zawodach startowali akademicy z 11 państw: Belgii, Czechosłowacji, Francji, Izraela, Jugosławii, Norwegii, Rumunii, Węgier, Szwecji, ZSRR i Polski. Mistrzostwa rozegrano w 7 dyscyplinach: gimnastyce, koszykówce, la, piłce ręcznej, rugby, siatkówce, szermierce. Po kolejnych dziesięcioleciach, w których akademickie mistrzostwa Polski rozgrywano oddzielnie w poszczególnych dyscyplinach, oddzielnie w kategorii kobiet i mężczyzn, przeprowadzono AMP w Grach Zespołowych, tj. w koszykówce, piłce ręcznej oraz siatkówce, w kategorii kobiet i mężczyzn. Pierwsze zawody zorganizował AZS Szczecin w 1996 roku, a w tym roku – Organizacja Środowiskowa AZS Rzeszów. W 1998 roku do programu AMP w Krakowie dołączył tenis stołowy. Wielokrotnie zastanawiano się nad rywalizacją w innych jeszcze dyscyplinach. Bez powodzenia. Może okazją będzie XIV z kolei AMP, którego gospodarzem ma być Kraków – z okazji jubileuszu 100-lecia AZS. Halina Hanusz

kie c i m e Akad ostwa z M istr i Polsk


XIII AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, 28–31 VIII 2008

K

iedy w 1996 roku w Szczecinie odbyły się pierwsze po kilku latach przerwy Akademickie Mistrzostwa Polski w Grach Zespołowych, pytań stawiano bardzo wiele. Jedno z nich brzmiało: – Na jak długo w takiej formule? Wymiar imprezy, mimo licznych zawirowań, przetrwał do dzisiaj, dyscypliny te same, liczba zespołów i liczba uczestników każdego roku na podobnym poziomie. No i to, co najważniejsze, zainteresowanie klubów AZS cały czas względnie duże. Za nami tegoroczne mistrzostwa, tym razem przeprowadzone w Rzeszowie. A więc jakby w praniu można było ponownie przyjrzeć się w całej rozciągłości tej imprezie. Zacznijmy od organizacji mistrzostw. Tu reguła potwierdza się każdego roku. Miasto gospodarz podejmuje wyzwania, wnosi wiele dodatkowych ciekawych elementów, szuka swoich własnych rozwiązań, a co najważniejsze mobilizuje wiele osób na rzecz tych zawodów. Wydaje się, że jesteśmy organizacją stworzoną do robienia imprez. Im większe wyzwanie, tym większa mobilizacja. Pojawiają się pomysły, a co najważ-

niejsze także ludzie, którzy potrafią je zrealizować. Nie inaczej było w Rzeszowie. Z jednej strony otwarte ramiona Politechniki, miasteczko akademickie, obiekty sportowe, stołówka, pełna mobilizacja władz rektorskich, kierownictwa SWFiS, uczelnianego AZS. Z drugiej strony zaangażowanie pod auspicjami Organizacji Środowiskowej AZS pozostałych uczelni, a także samorządów lokalnych mniejszych miejscowości, takich jak Tyczyn (turniej piłki ręcznej kobiet). Po drugie; mobilizacja klubowych drużyn. Zjawili się w Rzeszowie prawie wszyscy. Jak to bywa: potencjalne zróżnicowanie umiejętności, adekwatne do miejsca w ligowych rozgrywkach, w takim turnieju często było niedostrzegalne. Oglądając poszczególne pojedynki nie mogliśmy narzekać na brak emocji. Rywalizacji towarzyszyła niejednokrotnie dramaturgia do ostatnich minut i nieoczekiwane zwroty akcji. Wiele zespołów przyjechało do Rzeszowa prawie w ligowych składach. Trenerzy, mimo często sparingowego traktowania poszczególnych pojedynków, walczyli jednak o ostateczne zwycięstwo.

Kolejny argument brzmi trochę jak komunał: mistrzostwa w takiej formule to możliwość integracji nie tylko w wymiarze płci, ale także w wymiarze dyscyplin. Tak na co dzień piłkarze ręcznie mają nikłą okazję sympatyzować z koszykarkami czy siatkarkami, w wielu klubach gry to pojedyncze organizacyjnie sekcje. Cykliczność rozgrywek powoduje tworzenie tradycyjnych więzi i znajomości w gronie zawodniczek i zawodników, co nie zmienia faktu ostrej rywalizacji. I na koniec warsztat trenerski. Każda okazja do nauki jest dobra. Wśród prowadzących zespoły akademickie są zarówno trenerzy z olbrzymim sportowym dorobkiem, jak i ci, którzy dopiero startują do wielkiej kariery. Kilka dni spędzone na hali sportowej to dobra lekcja dla całych zespołów szkoleniowych. Kiedyś trzeba się uczyć, kiedyś trzeba korygować błędy, rozmawiać o warsztacie, poszukać swojego miejsca w grupie. Potrzeba rozmowy i wymiany doświadczeń wydaje się być oczywista. Chociaż nieformalnie, ale fachowcy starają się trzymać w grupie związanej z daną dyscypliną. Może czas pomyśleć o wydłużeniu mistrzostw o jeden dzień poświęcony seminaryjnemu spotkaniu. BK

[rozmowa]

Szczęśliwa trzynastka Rozmowa z dr. Januszem Zielińskim – wiceprezesem Organizacji Środowiskowej AZS Rzeszów Z perspektywy zakończonych XIII Akademickich Mistrzostw Polski w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym – podjęcie się przez AZS Rzeszów ich organizacji to nie lada wyzwanie. Co was do tego skłoniło?

Realizacja tak dużego przedsięwzięcia, jakim niewątpliwie są akademickie mistrzostwa Polski, nie była łatwa. Rezerwacja hal sportowych, zapewnienie transportu pomiędzy obiektami, zakwaterowanie i wyżywienie ponad 50 drużyn – to tylko nieliczne z prac, jakie musieliśmy wykonać. Jednakże AZS Rzeszów z roku na rok jest coraz prężniejszym ośrodkiem akademickim. Podejmując się roli gospodarza mistrzostw, chcieliśmy zweryfikować zdobywane ostatnimi czasy doświad-

czenia. Ponadto zależało nam na zbudowaniu pozytywnego wizerunku, dobrych relacji z innymi środowiskami. Sprawdzając się w roli organizatora dużej ogólnopolskiej imprezy sportowej myślę, że zyskamy zaufanie obecnych i potencjalnych partnerów. Warto również pamiętać, że wydarzenie tej rangi to także świetna okazja do promocji Akademickiego Związku Sportowego, który jak wiemy obchodzi 100-lecie swojego istnienia. Kto zatem był najbardziej zaangażowany w przygotowania?

Pomoc i wsparcie otrzymaliśmy z wielu stron. Największy trud poniosły Kluby Uczelniane AZS – przede wszystkim te z Rzeszowa (Politechniki i Uniwersytetu). Nie sposób w tym miejscu pominąć takich osób jak Andrzej Lisiak – sekretarz Organizacji Środowiskowej, czy Grzegorz Sowa – prezes Klubu AZS Politechniki Rzeszowskiej. Bardzo wiele zawdzięczamy również przychylności władz uczelni oraz miasta Rzeszowa. Impreza z pewnością nie przybrałaby obecnego kształtu, gdyby nie wsparcie ministerstwa sportu i turystyki, a także województwa podkarpackiego, i oczywiście

hojnych sponsorów oraz patronów medialnych. Ponadto w całym szeregu prac niezwykle istotny był wkład pracowników i studentów rzeszowskich uczelni, członków AZS.

Oprócz sukcesu organizacyjnego jesteśmy również świadkami sukcesu sportowego.

W rzeczy samej. Oczywiście podczas uroczystego otwarcia mistrzostw nie sądziłem, że uda nam się zdobyć tyle medali. Jednakże w duchu liczyłem na skuteczny doping miejscowej publiczności oraz atut własnego boiska. Szczególnie cieszy mnie brązowy medal siatkarek mojego klubu, czyli Uniwersytetu Rzeszowskiego (trener: Tadeusz Olszowy). Miłą niespodzianką było także srebro koszykarzy Politechniki (trener: Maciej Lutak). Niesamowitym wyczynem popisali się również nasi tenisiści stołowi (trener: Tadeusz Czułno), rywalizujący w ostatnim dniu mistrzostw, którzy zdobyli aż 14 medali (4 złote, 4 srebrne i 6 brązowych). To jednoznacznie świadczy o wysokim poziomie sportu akademickiego w naszym regionie. Sądzę, że dla wielu uczestników, nie tylko medalistów, oraz dla nas organizatorów, trzynasta edycja AMP była bardzo szczęśliwa. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Grzegorz Miedziński aps nr 07 2008 (265)


[tenis tenis sto³owy sto³owy]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Mocny akord gospodarzy Mocnym akordem zakończyli XIII Akademickie Mistrzostwa Polski w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym pingpogiści ekstraklasowej drużyny BAĆ-POL CASH &CARRY AZS Politechniki Rzeszów.

P

o srebrnym medalu KU AZS PRz w koszykówce męskiej oraz dwóch brązowych medalach siatkarek KU AZS UR i piłkarzy ręcznych Akademickiej Reprezentacji Podkarpacia tenisiści stołowi dołożyli 14 medali (4 złote, 4 srebrne i 6 brązowych) zdobytych w kategorii seniora, juniora i młodzika. Rzeszowscy akademicy zdominowali najbardziej prestiżowy turniej seniorski mężczyzn, gdzie w komplecie obsadzili podium we wszystkich konkurencjach (gry pojedyncze, podwójne i mieszane). Ogółem seniorzy KU AZS PRz zdobyli 8 medali (3 złote, 3 srebrne i 2 brązowe). Multimedalistami imprezy zostali Paweł Chmiel – złoto w singlu i mikście w parze z Anetą Olendzką ze Stelli Gniezno, srebro w deblu wraz z Żabskim, Alan Woś – srebro w singlu, złoto w deblu, brąz w mikście z A. Szymańską (SKTS Sochaczew), i Tomasz Lewandowski – brąz w singlu, złoto w deblu i srebro w mikście w parze z Kingą Stefańską z KTS Tarnobrzeg. Dorobek ten byłby z pewnością jeszcze większy, ale nie mógł z powodu kontuzji wystartować Piotr Chmiel, stąd na podium w grze pojedynczej wdarł się Radosław Żabski z ekstraklasowej Gorzovii. 3 medale dołożyli juniorzy akademików z Politechniki: Piotr Zając srebro w grze mieszanej z Ren Bingram z AZS Łomża oraz brąz w grze podwójnej w parze ze swoim kolegą klubowym Mateuszem Pięciakiem oraz ten drugi w mikście w parze z Karoliną Gołąbiewską także z AZS

www.azs.pl

Łomża. Także 3 medale zdobyli najmłodsi reprezentanci AZS z Rzeszowa, w kategorii młodzików złoto w singlu przypadło Piotrowi Cyrnkowi, który zdobył też brąz z młodszym kolegą z drużyny Maciejem Szurlejem, natomiast Maciek wywalczył też brąz w grze pojedynczej. W obu turniejach seniorskich obsada mogłaby być lepsza, gdyby nie kolizja terminów z Mistrzostwami Polski LZS i udziałem drużyny AZS AJD Częstochowa w rozgrywkach europejskich pucharów (uzyskała awans do II rundy Pucharu ETTU – gratulujemy). Mimo to poziom turnieju męskiego należy ocenić bardzo wysoko – udział reprezentantów Polski, wśród kobiet czołówka seniorek była zbyt wąska. W kategoriach młodzieżowych brylowali wśród chłopców zawodnicy AZS UE Wrocław, a w gronie dziewcząt zawodniczki KU AZS PWSiP Łomża. Medaliści Seniorki Gra pojedyncza: 1. Antonina Szymańska SKTS Sochaczew), 2. Bingram Ren (AZS Łomża), 3–4. Aneta Olendzka (Stella Gniezno) i Kinga Stefańska (KTS Tarnobrzeg). Gra podwójna: 1. Wang Qian (AZS AJD Częstochowa) – Rachela Dytko (Gorce Nowy Targ), 2. Bożena Rzetelska – Dorota Borkowska, 3–4. A. Szymańska – A. Olendzka i Kamila Świniarska – Katarzyna Listwon (AZS Łomża). Seniorzy Gra pojedyncza: 1. Paweł Chmiel, 2. Alan Woś, 3–4. Tomasz Lewandowski (wszyscy AZS Politechnika Rzeszów) i Radosław Żabski (Gorzovia). Gra podwójna: 1. T. Lewandowski – Alan Woś, 2. Paweł Chmiel – R. Żabski, 3–4. Andrzej Borkowski – Rafał Michalak i Tomasz Fortunko – Michał Jarosik (obie pary z AZS UE Wrocław). Gry mieszane: 1. P. Chmiel – A. Olendzka, 2. T. Lewandowski – K. Stefańska, 3–4. A. Woś – A. Szymańska i Patryk Lebek – Wang Qian (AZS AJD Częstochowa). Juniorki gra pojedyncza: 1. Ren Bingram, 2. Anna Żak (AZS UE Wrocław), 3–4. Ewa Mazur

(AZS UE Wrocław) i Weronika Łuba (AZS Łomża), gra podwójna: 1. Ren Bingram – Karolina Gołąbiewska, 2. A. Żak – A. Mazur, 3–4. Monika Narolewska – Weronika Łuba (AZS Łomża) i Aleksandra Pięta – Kamila Gębka (AZS AJD Częstochowa). Juniorzy gra pojedyncza: 1. Tomasz Filbrandt (AZS AWFiS Gdańsk), 2. Kamil Duniec , 3–4. Piotr Matuszewski i Tomasz Urbański (wszyscy AZS UE Wrocław), gra podwójna: 1. T. Filbrandt – K. Duniec, 2. P. Matuszewski – T. Urbański, 3–4. P. Zając – M. Pięciak i Przemysław Iwuć – Artur Stopczyński (AZS Zielona Góra). Gry mieszane: 1. K. Duniec – E. Mazur, 2. P. Zając – Ren Bingram, 3–4. T. Filbrandt – M. Narolewska i M. Pięciak – K. Gołąbiewska. Kadetki Gra pojedyncza: 1. Alicja Leśniak (AZS Kielce), 2. Alicja Chrząstowska (AZS UE Wrocław), 3–4. Kamila Gębka (AZS AJD Częstochowa) i Edyta Szabłowska (AZS Łomża). Gra podwójna: 1. E. Szabłowska – A. Leśniak, 2. A. Chrząstowska – Ewelina Chmielewska (AZS UE Wrocław), 3. Anja Borkowska – Paula Rydz (AZS Politechnika Wrocławska). Kadeci Gra pojedyncza: 1. Przemysław Kościelniak, 2. Michał Bańkosz, 3–4 Wojciech Niedźwiecki (wszyscy AZS UE Wrocław) i Kacper Malinowski (AZS AJD Częstochowa). Gra podwójna: 1. P. Kościelniak – Jakub Kupsik (AZS UE Wrocław), 2. M. Bańkosz – W. Niedźwiecki, 3–4. Grzegorz Żmuda (AZS Politechnika Wrocław) – Dawid Kozłowski (AZS Zielona Góra) i Kacper Gołda – Kacper Malinowski (AZS AJD Częstochowa). Gra mieszana: 1. P. Kościelniak – E. Szabłowska, 2. D. Kozłowski – A. Leśniak, 3–4. J. Kupsik – A. Chrząstowska i K. Gołda – K. Gębka. Młodziczki Gra pojedyncza: 1. Kamila Gębka, 2. Paula Rydz, 3. A. Borkowska. Młodzicy Gra pojedyncza: 1. Piotr Cyrnek, 2. Grzegorz Błaszczyk, 3–4. Kamil Ratajczyk (obaj AZS UE Wrocław) i Maciej Szurlej, gra podwójna: 1. G. Błaszczyk – Marcel Ciołkosz (AZS UE Wrocław), 2. K. Ratajczyk – Michał Kudła (AZS UE Wrocław), 3–4. Maciej Literski – Mateusz Jędrejko (AZS Politechnika Wrocław) i P. Cyrnek – M. Szurlej. Tekst Tadeusz Czułno Foto Ireneusz Kanabrodzki


[koszykówka koszykówka K K]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Złoto wraca do Gorzowa

Tradycyjnie już o złote medale w koszykarskich rozgrywkach wśród kobiet walczyły Gorzów z Poznaniem. Zespoły, które wiedzą o sobie bardzo dużo, znają się doskonale z ekstraklasowych parkietów. W ostatnich latach bardzo często rywalizowały także na akademickich mistrzostwach Polski. Znów stworzyły ciekawe widowisko. Wygrał AZS PWSZ 88:71.

S

eniorska ekipa AZS PWSZ i akademiczki z Poznania przez fazę eliminacyjną przemknęły jak burza. Gorzowianki w każdym meczu zdobywały ponad 100 punktów! W grupie pewnie wygrały z warszawskimi zespołami – Politechniką i Uniwersytetem, a także z Uniwersytetem Gdańskim (rzuciły ekipie znad morza rekordowe 130 „oczek”). Także dla Poznania rozgrywki grupowe były praktycznie bezbolesne. Trudną przeprawę miały jednak w meczu z AZS AWF Katowice. Długo utrzymywał się wynik remisowy, ale faworytki z Wielkopolski w drugiej połowie pojedynku przechyliły wreszcie szalę na swoją korzyść. Wygrały 84:72. Więcej spodziewaliśmy się po pojedynkach półfinałowych. W nich emocji mieliśmy jak na lekarstwo. Pewnie podążające do finału drużyny z Gorzowa i Poznania nie miały problemów ze swoimi rywalkami. AZS PWSZ rozjechał AZS AWF Katowice 108:47. – Właśnie wychodzą góry. W Szklarskiej Porębie wykonałyśmy niesamowitą pracę, która zaczyna

procentować. Spodziewałyśmy się większego oporu ze strony katowiczanek. Ale już w pierwszej kwarcie wiele się wyjaśniło. Później już tylko powiększałyśmy przewagę – powiedziała młoda gorzowianka Claudia Trębicka. – Nie dałyśmy rady z Gorzowem, bo niesamowicie wymęczyłyśmy się w południe z Poznaniem. Chciałyśmy się im postawić i uniknąć rywalizacji z AZS PWSZ w półfinale. Nie udało się. Gorzów jest bardzo mocny, bardzo podkręcił tempo od początku. Był dla nas po prostu nieosiągalny – oceniła Agnieszka Stypka z Katowic. Poznanianki pewnie wygrały swój bój o finał z Uniwersytetem Warszawskim 96:56, a ich zwycięstwo ani przez moment nie podlegało dyskusji. – Gorzów ma ciekawą zawodniczkę na rozegraniu. Australijka Samantha Richards dużo widzi na boisku, jest nową, groźną bronią AZS PWSZ. Trzeba zwrócić także uwagę na bardzo szybką Czeszkę Katerinę Zohnovą. To nowe koszykarki, dla nas jeszcze spore zagadki, bo widziałyśmy je tylko z boku. Dziewczyny, które zostały w Gorzowie po zdobyciu brązowego medalu, także mogą przechylić szalę. Musimy uważać na cały zespół – mówiła nam przed finałem Agata „Gucio” Rafałowicz z Poznania. Komplementowała rywalki także kapitan gorzowianek Justyna Żurowska: – Z Poznaniem przyjechało kilka bardzo dobrych zawodniczek. Jest doświadczona Monika Sibora, która trzyma cały ten zespół w ataku i obronie. Fajnie na tym turnieju gra dziewczyna z Gorzowa, ale studiująca w Pozna-

niu, Patrycja Mazurczak. Musimy uważać także na nią. Ale też jasno określiła cel: – Przyjechałyśmy tu po najcenniejszy medal. Chcemy odebrać pierwsze miejsce poznaniankom, które ostatnio z nami wygrywały. Dawno już nie miały-

śmy akademickiego złota. My przyjeżdżałyśmy jednak na AMP w odmłodzonym składzie, bo dużo dziewcząt trenowało z reprezentacją Polski. Teraz czas na gorzowskie złoto – podkreślała przed decydującą rozgrywką w Rzeszowie kapitan AZS PWSZ Gorzów. To miał być finał ciekawy, elektryzujący, a przede wszystkim zupełnie sprawiedliwy i oczywisty. Taki był. Emocji nie brakowało, była walka. Ale od początku spotkania ze wskazaniem na Gorzów. Brązowe medalistki w ekstraklasie rozpoczęły od prowadzenia 5:0, po pięciu minutach gry było już nawet 17:7. Poznań do tego meczu wrócił tylko na chwilę, gdy po pierwszej kwarcie przegrywał 22:28. Gorzowianki narzuciły jednak swój firmowy, szaleńczy rytm i po 17 minutach miały 19 punktów zaliczki. – Pewnie kontrolowaliśmy poczynania rywalek – cieszył się trener Gorzowa Dariusz Maciejewski. Dla jego ekipy były to pierwsze oficjalne mecze przed ligą. – Obie ekipy mają jeszcze sporo braków – powiedział szczerze Maciejewski. – Bo pod koniec sierpnia nie może być inaczej. Do nas dojadą jeszcze trzy zawodniczki Anna Breitreiner, Lindsay Taylor i Shala Crawford. Poznań też ma kilka dziewcząt na kadrze. W lidze zagrają inne zespoły – kończył wywód szkoleniowiec AZS PWSZ. Gorzowianki, mimo „braków”, ani na moment nie straciły kontroli nad meczem finałowym. Wygrały 88:71. – Ten finał to było takie zdarzenie losowe. Bo nikt nie wiedział, na co tak naprawdę obie drużyny stać. Zwycięstwo nie było naszym celem, na tym etapie wszystko było jednak możliwe. To po prostu turniej na drodze do ekstraklasy. Każdy chce wygrywać, chcieliśmy mieć piąte złoto AMP z rzędu. Ale nic na siłę i tragedii nie ma – podsumowała zmagania trener poznanianek Katarzyna Dydek. Mecz o I miejsce: AZS PWSZ Gorzów Wlkp. – AZS Poznań 88:71 (28:22, 21:11, 16:21, 23:17) Ostateczna kolejność 1. AZS PWSZ Gorzów Wlkp., 2. AZS Poznań, 3. AZS Uniwersytet Warszawski, 4. AZS AWF Katowice, 5. AZS Rzeszów, 6. AZS Uniwersytet Gdański, 7. AZS PWSZ Gorzów Wlkp. II, 8. AZS Politechnika Warszawska. Najskuteczniejsza Justyna Żurowska (Gorzów Wlkp.) Najlepiej broniąca Joanna Zalesiak (Gorzów Wlkp.) Najlepsza rozgrywająca Okeisha Howard (Poznań). Tekst Kamil Siałkowski Foto Grzegorz Miedziński aps nr 07 2008 (265)


[koszykówka koszykówka M M]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Katowice odebrały tytuł Szczecinowi Pierwsze miejsce mimo porażki z Politechniką Radomską, wywalczyła drużyna AZS AWF Katowice.

D

rugie miejsce zgarnęli zawodnicy AZS Politechniki Rzeszowskiej. Zwycięzcy sprzed roku – AZS Szczecin – nie obronili złotego medalu i w końcowej klasyfikacji zajęli dopiero 3. miejsce. W tym roku AMP gościły w malowniczym Rzeszowie. Mimo wcześniejszych ustaleń ostatecznie w zawodach wzięły udział jedynie cztery teamy, co znacznie uprościło schemat rozgrywek. Zawodnicy zespołów: AZS Politechnika Radomska, AZS Szczecin, AZS Politechnika Rzeszowska i AZS AWF Katowice wychodzili na boisko tylko trzy razy, a gra już od pierwszego gwizdka toczyła się o wysoką stawkę. Przy tak ograniczonej liczbie występów nie ma miejsca na błędy i zawodnicy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Pierwsze dwa spotkania rozegrano jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem mistrzostw, wczesnym czwartkowym popołudniem. Mecze toczące się równocześnie na dwóch salach dostarczyły kibicom wielu wrażeń, choć każdy z nieco innych powodów. Podczas gdy AZS AWF Katowice spokojnie grał przeciw drużynie AZS Politechniki Rzeszowskiej, na drugim boisku drużyny z Radomia i Szczecina ostro ze sobą walczyły, spychając momentami samą grę na drugi plan. Starcie katowiczan i współgospodarzy AMP zachwycało techniką i czystością zagrań, natomiast brutalne spotkanie radomian i reprezentantów Pomorza chwilami przywodziło na myśl bokserski ring. Koszykarze obu drużyn od samego początku grali bardzo agresywnie. Mimo wyrównanej gry do ostatnich minut trzeciej kwarty nieznacznie prowadziła drużyna Politechniki Radomskiej. Dopiero w ostatniej części spotkania ostro zdopingowani przez trenera Zbigniewa Majcherka szczecinianie odrobili straty, wyszli na prowadzenie i utrzymali korzystny dla siebie wynik do

www.azs.pl

gwizdka kończącego mecz. Jednak zachowanie poszczególnych zawodników obu teamów, a przede wszystkim trenera Majcherka, przysłaniało grę i pozostawiło niesmak u widzów na znacznie dłużej, niż zapamiętali oni punktowe wyniki starcia. Krzyki, przepychanki, kłótnie i rękoczyny wprowadzono jako kolejny stały element gry. Najsmutniejsze, że trener, który powinien dawać przykład właściwego zachowania na boisku, sam napędzał agresję wśród swoich graczy. Kwestionował decyzje sędziego, pokrzykiwał na zawodników i gwałtownie gestykulował, co jeszcze uatrakcyjniało widowisko. W porównaniu z tym spotkaniem gra na drugim boisku była tak poprawna, że aż nudna. Katowice objęły prowadzenie w pierwszej kwarcie i nie oddały jej już do końca, pewnie wygrywając z Rzeszowem 89:72. W drugim dniu koszykarskich zmagań także nie brakowało emocji. Rozegrano w sumie aż cztery spotkania, które rozstrzygnęły o ostatecznej klasyfikacji występujących drużyn. Mimo wysiłków i gry na bardzo wysokim poziomie zawodnicy AZS Szczecin musieli uznać wyższość drużyny z Katowic. Zwycięstwo nad faworytem zawodów bardzo ucieszyło katowiczan. Jak przyznał w rozmowie z redakcją APS Krzysztof Wosz, kapitan drużyny AZS AWF Katowice, pokonanie szczecinian było celem jego zespołu w czasie rzeszowskich mistrzostw. – W zeszłym roku przegraliśmy z nimi dwoma punktami, dlatego teraz chcieliśmy udowodnić, że jednak jesteśmy lepsi, i to się udało. Szczecin reprezentuje bardzo ostry styl gry, jednak na nas to za mało, bo pokonaliśmy ich aż jedenastoma punktami – dodał szczęśliwy Wosz. Z dwóch przegranych drużyn reprezentacja gospodarzy okazała się lepsza, pokonując AZS Politechnikę Radomską różnicą dwunastu punktów. Mimo punktowego prowadzenia w trzeciej i czwartej kwarcie radomianie nie zdołali odrobić znacznych strat z pierwszej połowy spotkania. Zwyciężając w pierwszej turze

piątkowych zmagań, AZS AWF Katowice zapewnił sobie pierwsze miejsce bez względu na wynik meczu z drużyną Politechniki Radomskiej. Ta z kolei, po dwóch poniesionych porażkach, nie miała już szans na poprawę swojego czwartego miejsca w końcowej statystyce. Prawdziwe emocje towarzyszyły więc tylko walce o drugie i trzecie miejsce pomiędzy zespołem AZS Szczecin i AZS Politechniką Rzeszowską. Było to niezwykle wyrównane i poprawne spotkanie aż do samego końca. Po pierwszej kwarcie był remis, kolejną wygrali rzeszowianie z przewagą jedynie pięciu punktów. W kwarcie trzeciej to szczecinianie byli lepsi – odrobili stratę i wysunęli się na jednopunktowe prowadzenie. O podziale srebra i brązu między zespołami zadecydowała dopiero czwarta kwarta. Reprezentacja miasta goszczącego turniej zdobyła więcej punktów i wygrała całe spotkanie przewagą sześciu punktów. Tymczasem zwycięzca XIII AMP, AZS AWF Katowice, niespodziewanie uległ w swoim ostatnim starciu drużynie z Radomia 54:67. Krzysztof Woś tak wyjaśnił porażkę drużyny w finalnym spotkaniu: – To była zabawa. My i tak mieliśmy już pierwsze miejsce, a oni ostatnie – bez względu na wynik. Jednocześnie to było fizycznie najtrudniejsze spotkanie, bo zmęczenie dawało nam się we znaki. Dwa mecze dziennie to masakra, nie ma czasu odpocząć! Nie udało się nam też zwiedzić miasta – dodał z żalem. – Po dekoracji wracamy już do domu. Tak szybki wyjazd z Rzeszowa uniemożliwił katowiczanom świętowanie zwycięstwa na wieczornej dyskotece, zorganizowanej dla wszystkich uczestników AMP. Jednak trener AZS AWF Katowice – Mirosław Stawowski może być dumny ze swoich podopiecznych. Zagrali swoje i choć nie przeszli bez porażki przez rzeszowskie zmagania, to oni zabrali złoty medal do domu. Kolejność końcowa 1. AZS AWF Katowice 2. AZS Politechnika Rzeszowska 3. AZS Szczecin 4. AZS Politechnika Radomska. Tekst Anna Kwasik Foto Grzegorz Miedziński


[pi³ka pi³ka rêczna K K]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Wrocław czarnym koniem turnieju Choć XIII Akademickie Mistrzostwa Polski w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym przeszły do historii, na długo pozostaną w pamięci zawodników i uczestników imprezy.

O

rganizator turnieju – Organizacja Środowiskowa AZS Rzeszów – dołożył bowiem wszelkich starań, aby zawody przebiegały zgodnie z hasłem: Atmosfera, Zabawa, Sport. Uczestnicy zostali zakwaterowani na terenie miasteczka studenckiego Politechniki Rzeszowskiej. Tam odbywała się weryfikacja ekip i główne biuro zawodów, tam też rywalizowali ze sobą koszykarze i koszykarki. Turnieje siatkarskie rozgrywano w halach Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz ROSIR-u w centrum miasta. Piłkarze ręczni grali w halach Zespołu Szkół Agroprzedsiębiorczości w podrzeszowskim Miłocinie, a piłkarki – w tyczyńskim gimnazjum publicznym. Niedawno oddana do użytku hala gimnazjum zachwyciła trenerów i uczestników. Rzeczywiście, miła obsługa i warunki sanitarne sprawiły, że grało się przyjemnie. W tym roku o tytuł akademickiego mistrza Polski w piłce ręcznej walczyło sześć żeńskich drużyn. Turniej był mocno obsadzony. Do rywalizacji zgłosiły

sie aż trzy zespoły grające na co dzień w ekstraklasie – AWFiS Gdańsk, KU AZS Politechniki Koszalińskiej oraz beniaminek AZS AWF Warszawa. Pierwszego dnia mistrzostw obyło się bez niespodzianek i większych emocji, ale już pierwsze mecze dały przedsmak tego, co będzie się działo w dniach następnych. Pewne kilkunastobramkowe wygrane zostały zapisane na kontach drużyn walczących później o miejsca medalowe. Zespół z Gdańska pewnie pokonał AZS AWF Poznań 36:18 (16:9). Drugą wygraną nad zespołem znad Warty zanotował beniaminek ekstraklasy AZS AWF Warszawa 21:32 (9:13). Nie zawiodły także szczypiornistki z Koszalina. Zdobywczynie Pucharu Polski, mimo że do Rzeszowa przyjechały w niepełnym składzie, zdeklasowały koleżanki z krakowskiego AWF 36:24 (17:12). Kolejną porażkę zespół z grodu Kraka zaliczył w starciu z wrocławskim AZS 20:34 (9:17). Dwie przegrane zespołów z Krakowa i Poznania w praktyce oznaczały jedynie pojedynek o 5. miejsce w turnieju. W drugim dniu imprezy wydawać by się mogło, że dla bardzo dobrze grających koszalinianek mecz z ekipą z Wrocławia to przysłowiowa kropka nad i. Stało się jednak odwrotnie. Mecz był bardzo zacięty i wyrównany do końca. Wrocławianki, silnie zmotywowane, w końcówce pierwszej połowy odrobiły straty i zaczęły grać jak w transie.

Szybkie i skuteczne ataki oraz bardzo dobra dyspozycja bramkarki pozwoliły na utrzymanie przewagi do końca i w efekcie odniesienie niespodziewanego zwycięstwa 22:25 (10:11). Po przegranej w półfinale z późniejszymi mistrzyniami z Gdańska 27:19 (13:10) zespół koszaliński zakończył turniej na trzecim miejscu i musiał zadowolić się jedynie brązowym medalem. Natomiast dobra passa wrocławianek trwała nadal. Niesione dopingiem koleżanek z ławki rezerwowej, w drugim meczu półfinałowym, po zaciętej walce wyeliminowały warszawianki 25:19 (9:7), sprawiając tym samym nie lada niespodziankę i awansując do ścisłego finału. A pomyśleć, że drużyna z Wrocławia zaledwie tydzień przed mistrzostwami rozpoczęła treningi w składzie, w jakim występowała na zawodach. Śmiało można powiedzieć, że był to czarny koń zawodów. Na sobotni poranek zaplanowano dwa najważniejsze mecze rozstrzygające o pozycjach medalowych. Kibice nie oglądali już takich emocji jak dnia poprzedniego. Przebieg gry odzwierciedlał poziom zespołów. Pewna i duża przewaga przez całe 60 minut meczu dla ekipy z Politechniki Koszalińskiej przyniosła temu zespołowi brązowy medal. Na twarzach zawodniczek można było jednak dostrzec lekki niedosyt. Mecz finałowy to popisowa w każdym elemencie gra szczypiornistek z Gdańska, świeżo upieczonych akademickich mistrzyń Polski. Pomimo wyraźnie słabszej dyspozycji w tym meczu wrocławianki ogromnie cieszyły się z odebrania srebrnych medali. Komplety krążków oraz nagrody indywidualne zostały wręczone na uroczystym zakończeniu mistrzostw w obecnosci przedstawicieli Miasta i Gminy Tyczyn, Zarządu Głównego AZS oraz Organizacji Środowiskowej AZS Rzeszów. Trenerzy wszystkich ekip zdecydowali, że tytuł najlepszej bramkarki należy się Małgorzacie Sadowskiej z AWFiS Gdańsk. Najlepszą zawodniczką została Joanna Dworaczyk (Politechnika Koszalińska), a nagrodę dla najskuteczniejszej odebrała Joanna Koniuszaniec (AWFiS Gdańsk). W przyszłym roku AMP w Grach Zespołowych w Krakowie. Ostateczna kolejność 1. AZS AWFiS Gdańsk 2. AZS AWF Wrocław 3. AZS Politechnika Koszalińska 4. AZS AWF Warszawa 5. AZS AWF Kraków 6. AZS AWF Poznań. Tekst Monika Pliś Foto Marian Misiakiewicz aps nr 07 2008 (265)


[pi³ka pi³ka rêczna M M]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Faworyci nie zawiedli Trzech ekstraklasowców – AZS AWFiS Gdańsk, AZS AWF Gorzów Wlkp. oraz Stal Mielec (w turnieju jako Akademicka Reprezentacja Podkarpacia) – zameldowało się w Rzeszowie w najmocniejszych składach. ch rywale trzymają się mocno, walczą często do ostatnich sekund, ale niewiele mogą wskórać. – Jesteśmy tu po to, aby bronić honoru województwa podkarpackiego. Chcemy pokazać, że piłka ręczna w tym regionie nie wyginęła. Swoją drogą to fajną nazwę nam wymyślili. Ale to nie przez przypadek, bo wielu chłopaków studiuje w Rzeszowie – powiedział Ryszard Skutnik, trener ekstraklasowej Stali Mielec, która musiała oswoić się z nazwą Akademicka Reprezentacja Podkarpacia. Jak poszło gospodarzom?

w czasie mistrzostw ekstraklasową ekipą z Gdańska. Z wygranej Gorzowa z Politechniką Radomską 27:26 mógł być zadowolony trener Michał Kaniowski. Cieszył się, ale tylko z wyniku. – Nasza gra pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Zagraliśmy bardzo słabe spotkanie. Honor jednak uratowaliśmy, wygraliśmy jedną bramką. Zabrakło nam skuteczności. Pudłowaliśmy z niesamowitych pozycji, nie tylko z tych wypracowanych. Prowadziliśmy z Radomiem czterema bramkami 11:7, mieliśmy kolejne okazje na podwyższenie prowadzenia. A tu nagle coś się skończyło i przegraliśmy połowę 12:14! Musieliśmy się mocno napracować, aby pokonać rywala. Tego dnia gorzowianie pokonali również ekipę AZS AWF Warszawa 42:29. Drugiego dnia rozgrywano półfinały. Na początek starcie AZS AWF Gorzów z Rzeszowem. Pierwsze minuty to dość wyrównana walka. Żadna z drużyn nie mogła odskoczyć przeciwnikowi na więcej niż 3–4 punkty. Regularnie do siatki trafiali gorzowianie: Bartosz Ruszkiewicz i Marcin Skoczylas, notabene król strzelców I ligi w zeszłym sezonie. Natomiast w ekipie z Podkarpacia naj-

7–9 bramkami. W pewnym momencie piłkarze z Trójmiasta, osłabieni z powodu braku 2 zawodników odbywających karę, zdobyli kolejny punkt. Z taką skutecznością nie można przegrać wejścia do finału. Na 6 minut przed końcem spotkania strata AWF zmalała do sześciu punktów. W końcówce musieli uznać wyższość Gdańska 33:26. Mecz o trzecie miejsce rozegrały AWF Biała Podlaska z Rzeszowem. Gospodarze, zapewne czując jeszcze gorycz półfinałowej porażki, niesamowicie się zmobilizowali. Wyśmienita zespołowa gra i nie najwyższa dyspozycja rywali pozwoliła rzeszowianom schodzić na przerwę z dziewięciobramkowym prowadzeniem (13:22). Kolejna odsłona to nadal konsekwentne zdobywanie przewagi. Końcowy wynik odzwierciedlał rozgromienie ekipy AWF (24:44). Finałowe starcie pomiędzy AWFiS Gdańsk a AWF Gorzów Wlkp. przebiegało na początku dość wyrównanie. Zawodnicy, a szczególnie szkoleniowcy obydwu drużyn mieli na uwadze jego stawkę, dlatego długo i dokładnie rozgrywano piłkę. Po pierwszych 30 minutach na tablicy wyników 14:12 dla zawodników z Trójmiasta. Po wznowie-

Na otwarcie turnieju przegrali w walce o pierwsze miejsce w grupie z innym kandydatem do medalu – AZS AWFiS Gdańsk 28:31. – Sami jesteśmy sobie winni – podkreślał trener Skutnik. – Gdańsk miał przewagę od początku meczu, ale my mieliśmy takie sytuacje, których zmarnować nie mieliśmy prawa. Wiele akcji powinniśmy zagrać dłużej, a niepotrzebnie się podpalaliśmy. I rywal bił nas okrutnie z kontry – analizował szkoleniowiec Stali. Dwa zwycięstwa po pierwszym dniu odnotowały drużyny z Gdańska i Gorzowa. Szczypiorniści znad morza bez większych problemów ograli 40:21 AZS KŚ Katowice. – Takie mecze też są potrzebne. Na tydzień przed ligą [ekstraklasa startuje 6 września – przyp. red.] trzeba przećwiczyć wiele wariantów gry. Gdy rywal jest z nieco niższej półki, jest o to łatwiej – tłumaczył Leszek Biernacki, który opiekował się

częściej celnie rzucali Grzegorz Sobut i Tomasz Machocki. Praktycznie cała druga odsłona to ciągłe 1–2-bramkowe prowadzenie szczypiornistów AWF. Do końca pojedynku gorzowianie nie oddali prowadzenia i zakończyli go z dorobkiem 33 bramek – o dwie wyprzedzając rywali. W drugim półfinale AZS AWFiS Gdańsk podejmował AZS AWF z Białej Podlaskiej. Początek był bardzo zacięty, ale mało skuteczny w wykonaniu obydwu zespołów. Do 5. minuty wynik spotkania 1:1. Jednak był to jedyny wyrównany fragment meczu. W kilka minut gdańszczanie zdobyli czterobramkowe prowadzenie. To wywołało pewną dezorganizację w szeregach zawodników z Podlasia, której następstwem był bardzo niekorzystny wynik w pierwszej połowie – 19:11. Cała kolejna odsłona to ciągłe wysokie prowadzenie akademików z Pomorza

niu gry ożywili się środkowi z Pomorza, zdobywając kolejne bramki. Gorzowianie starali się odrobić straty, ale kilka strat piłki i niewykorzystanych dogodnych sytuacji zaprzepaściło szansę na wygraną. Akademickim mistrzem Polski w piłce ręcznej mężczyzn w 2008 roku został AZS AWFiS Gdańsk. Najlepszy bramkarz Krzysztof Szczęsny (Gorzów Wlkp.) Najskuteczniejszy Kacper Żuk (Biała Podlaska) Najlepszy zawodnik Piotr Chrapkowski (Gdańsk) Ostateczna kolejność 1. AZS AWFiS Gdańsk 2. AZS AWF Gorzów Wlkp. 3. Akademicka Reprezentacja Podkarpacia 4. AZS AWF Biała Podlaska 5. AZS Uniwersytet Zielonogórski 6. AZS AWF Warszawa 7. AZS Politechnika Radomska 8. AZS KŚ Katowice. Tekst i foto Grzegorz Miedziński

I

www.azs.pl


[siatkówka siatkówka K K] Nie dały wygrać rywalkom ani jednego seta. Czy wystawią zespół podstawowy, czy rezerwowy, grają na tym samym – wysokim poziomie. O kim mowa? Wiadomo – o siatkarkach AZS Białystok!

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów 28–31 VIII 2008

Po prostu ekstraklasa Trzecie miejsce... ... czyli największa niespodzianka mistrzostw w siatkówce kobiet. Uniwersytet Rzeszowski na podium! Najpierw wyjście z grupy, mecz półfinałowy i w pojedynku o trzecie miejsce zwycięstwo, które było rewanżem za wcześniej przegrany, zacięty pojedynek z Ostrowcem. Dziewczynom z Podkarpacia należy się na pewno szacunek za to, że mimo iż tylko one wierzyły w wysokie miejsce, udało im się przebić przez ścianę rywali. Drugi ich mecz – wygrana. Zawodniczki straciły jeden set na rzecz Politechniki Częstochowskiej (jednego z pretendentów do najniższego stopnia podium). Trzeci pojedynek – gładkie zwycięstwo z radomską polibudą – co dało wyjście z grupy na drugim miejscu. Następnie przegrana w półfinale z LSK (3:0) i na końcu, w walce o trzecie miejsce, zwycięskie spotkanie z dziewczynami z Ostrowca (3:2) – tak się zdobywa puchar.

Drugie miejsce... ... czyli im się po prostu należało. Drugie miejsce nie przyszło tak łatwo. O ile w starciu grupowym z AZS Białystok reprezentantki Politechniki Śląskiej z Gliwic nie popisały się formą, o tyle w meczu o finał z Ostrowcem Świętokrzyskim pokazały klasę, pokonując pierwszoligowy zespół 3:1. O tym meczu kapitan AZS Białystok, Joanna Szeszko, tak powiedziała: – Politechnika Śląska pozytywnie nas zaskoczyła

tym meczem – gliwiczanki pokazały, że nie przez przypadek zaszły tak wysoko! Wyjście z grupy gliwiczankom nie sprawiło większego kłopotu, zresztą po okrzyku: Super Gliwce, Super! można się było spodziewać wszystkiego! Wygrane z krakowskimi ekonomistkami (3:0) i warszawskimi wuefistkami (3:0) powinny dać silny bodziec do walki. Niestety formę zespołu, a dokładniej jej brak, pokazał grupowy pojedynek z Białymstokiem, który Gliwice mocno przegrały (25:12, 25:16, 25:18). Mecz półfinałowy – odrodzenie – ciągła walka punkt za punkt i na koniec sukces – wygrana i pojedynek o pierwsze miejsce z grupowym przeciwnikiem z ekstraklasy. Finałowy mecz interesujący – może nie pod kątem samej zaciętości, lecz ze względu na fakt, że zespoły szanowały siebie nawzajem, walcząc o każdy punkt. Przykładem może być pierwszy set, który białostoczanki wygrały dopiero w 27. punkcie. Ostatecznie Politechnika Śląska z Gliwic zajęła należne jej drugie miejsce (w kulisach mówiono, że gdyby polibuda wygrała, zbierano by podpisy pod apelem o zmianę nazwy na Politechnika Gliwicka).

Pierwsze miejsce... ... czyli to można było przewidzieć! Trudno jest pisać o zespole, który wychodzi na boisko, robi to, co do niego należy – wygrywa wszystkie mecze, nie tracąc przy tym ani jednego seta. Pierwsza grupowa rozgrywka – wysoka wygrana z AWF Warszawa do 16, 15, 17. Z drużyną, która ostatecznie zajęła ósme miejsce, krakowskim Uniwersytetem Ekonomicznym, kolejne zwycięstwo do 17, 20, 18. Ostatni grupowy mecz – również gładka wygrana z przyszłymi pretendentkami do pierwszego miejsca – Politechniką Gliwicką do 12, 16, 18. – Niezależnie od tego, z jakim zespołem gramy, gramy tak, jakbyśmy grały z najlepszymi,

okazując każdemu szacunek – przyznaje kapitan AZS Joanna Szeszko, która wywalczyła na AMP 6 złotych, 1 srebrny i 1 brązowy medal (w tym roku 7. złoty medal). W meczu półfinałowym z gospodyniami – rzeszowiankami, białostoczanki – nie mając nic do stracenia – najlepiej zagrały ostatni set. Wymiana punkt za punkt spowodowała rozstrzygnięcie dopiero przy 25:24. Mecz finałowy to pokaz mistrzowskiej gry, zakończony piłką meczową kapitan drużyny Joanny Szeszko, trenowanej przez Dariusza Luksa.

Najlepsze dziewczyny... ... pochodzą ze zwycięskich drużyn. Najlepszą zawodniczką została Agata Karczmarzewska-Pura reprezentująca barwy AZS Białystok. Za najlepszą rozgrywającą trenerzy uznali Magdalenę Pietroczuk z Politechniki Śląskiej. Natomiast najwszechstronniejszą siatkarką została studentka Uniwersytetu Rzeszowskiego – Paula Rauch.

Zabrakło na podium Spoglądając na tabelę ze zgłoszonymi drużynami można było w ciemno obstawiać pierwsze dwa miejsca – AZS Białystok i Ostrowiec Świętokrzyski. Na szczęście każda dyscyplina sportu, także siatkówka, jest nieprzewidywalna. Białystok – jeszcze przed pierwszym uderzeniem piłki – był faworytem. Ostrowiec również, ale zawiódł. Na AMP pojawiło się więc pytanie: kto, prócz dziewczyn z ekstraklasy wejdzie na podium? Szkoda, że ubiegłoroczne zwyciężczynie AWF Poznań nie startowały na AMP – wyższy poziom rozgrywek to ciekawsze zawody. Końcowa klasyfikacja 1. AZS Białystok 2. Politechnika Śląska Gliwice 3. Uniwersytet Rzeszowski 4. AZS Ostrowiec Świętokrzyski 5. AZS AWF Warszawa 6. AZS Politechnika Częstochowska 7. AZS Politechnika Radomska 8. AZS UE Kraków. Tekst i foto Mateusz Tomanek aps nr 07 2008 (265)


[siatkówka siatkówka M M]

AMP w Grach Zespołowych i Tenisie Stołowym, Rzeszów, 28–31 VIII 2008

Siatkówka – prawdziwie męska rzecz! W rywalizacji siatkarzy zabrakło drużyn z ekstraklasy. Mimo to ekipy zaprezentowały bardzo wysoki i wyrównany poziom gry.

K

ażda z nich charakteryzowała się własnym, oryginalnym stylem. Ostatecznie zwycięzcami zostali pierwszoligowcy z Nysy, uważani za faworytów rozgrywek. W wielu jednak momentach wydawać się mogło, że zakończenie będzie zupełnie inne.

Na prowadzenie wysuwa się AZS PWSZ Krosno! W meczu rozgrywanym pierwszego dnia drużynie z Nysy na drodze do wygranej stanęli krośnianie. Przejęli oni zresztą bezprecedensowe prowadzenie już w pierwszym dniu mistrzostw. Starcie Krosna z AZS PWSZ Nysa dostarczyło wszystkim niesamowitych wrażeń. Zawodnicy z Nysy przegrali 2:3 (w setach –22, –19, 18, 21, –18). Mecz zakończył się asem serwisowym Jakuba Habla (kapitana drużyny Podkarpacia). Obie drużyny pokazały zdecydowaną i mocną grę. Na boisku aż iskrzyło od nadmiaru energii i poświęcenia. Mocne bloki i silne ataki były domeną obu zespołów. Niestety częste nieprzemyślane działania pomnażały punkty oddawane za darmo. Taka polityka gry towarzyszyła drużynie z Krosna już do końca, co udzielało się często także ich rywalom. Kilka godzin później krośnianie ponownie dostarczyli nam niesamowitych emocji wygrywając z AZS Politechniką Rzeszowską 3:0 (17, 18, 22). Pozwoliło im to wyjść z grupy A na pierwszym miejscu! Po tych meczach zapracowali sobie na status faworytów rozgrywek.

Gospodarze się nie popisali W grupie B dwa mecze jednego dnia rozegrał klub AZS UR Rzeszów. Najpierw przegrał 3:2 (22, –22, –23, 23, 8) z AZS UWM Olsztyn. Był to jednak najlepszy mecz rozegrany przez tę drużynę. W odróżnieniu od zespołów z grupy A w tym meczu na pierwszym planie stawiano taktykę, a nie użytą siłę. Niesamowity doping publiczności, a także www.azs.pl

długie i ciekawe wymiany sprawiały, że prezentowana siatkówka stawała się sztuką a nie walką. Dla trenera rzeszowskiej drużyny – Adama Maryniaka – był to mecz koncertowy: – Graliśmy z zespołem, który reprezentuje bardzo wysoki poziom. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski wytrenował czwarty z najlepszych zespołów siatkarskich w Europie, co pokazali jego zawodnicy w ostatnich akademickich mistrzostwach Europy we Włoszech. Naprawdę trzeba się mocno sprężyć i wznieść na wyżyny, aby w ogóle móc prowadzić wyrównany mecz z tym zespołem. I nam się to udało, pokazaliśmy klasę. Po pierwszym przegranym secie wygraliśmy dwa kolejne! W czwartym secie brakowało nam naprawdę niewiele. Przegraliśmy do 23. Sam trener olsztynian Andrzej Grygołowicz przyznał: – Zespołowi z Rzeszowa zabrakło dosłownie dwóch piłek do wygranej. To zwycięstwo na pewno dodałoby powera rzeszowianom w dalszych rozgrywkach. Było to niesamowicie wyrównane starcie. Potem niestety było już tylko gorzej. W meczu z AZS Gwardia Gubin/Zielona Góra, rzeszowianie przegrali 0:3 (–23, –15, –18). Trener Adam Maryniak przyznał, że chłopcy nie spisali się dobrze: – Można doszukiwać się przyczyny naszej porażki. Wygrał zespół bardziej doświadczony, z większą determinacją, na co dzień grający w całym składzie w drugiej lidze, a jeszcze dwa sezony temu – w pierwszej.

W drugim dniu zmagań AZS Politechnika Rzeszowska przegrała kolejny mecz z rywalem ze swojej grupy AZS PWSZ Nysa 0:3 (–12, –13, –20). Drużyna z Nysy, mimo wcześniejszej porażki z AZS PWSZ Krosno, zapewniła sobie awans do półfinału. Z kolei w drugim spotkaniu AZS Gwardia Gubin/Zielona Góra zmierzyła się z AZS UWM Olsztyn, wygrywając 3:1 (–24, 21, 13, 28). Początkowo czysta i wyrównana gra w czwartym secie przerodziła się w komedię pomyłek. Od stanu 25:25 do 30:28 dla Zielonej Góry drużyny zdobywały kolejne punkty jedynie dzięki błędom przeciwników. Wszyscy z niecierpliwością czekali, aby ktoś wreszcie zakończył tę farsę. Awans do półfinału zapewniły Gwardii ZG bloki, z którymi AZS UWM Olsztyn nie był w stanie sobie poradzić. Zielonogórzanie

nie zdołali jednak dostać się do finału. Ostatecznie przegrali 1:3 z AZS PWSZ Nysa (–17, –14, 22, –16). W drugim meczu półfinałowym spotkały się dwa niezwykle mocne zespoły AZS UWM Olsztyn oraz AZS PWSZ Krosno. Przygnębiony poranną porażką Olsztyn odzyskał skrzydła wygrywając z Krosnem 2:3 (–21, 30, –21, 10, –9). Czwartkowa bezkonkurencyjna gra drużyny z Podkarpacia nie przyniosła im kolejnego sukcesu. Mimo to AZS PWSZ Krosno pokonał w rankingu tych mistrzostw obie rzeszowskie drużyny, których w tegorocznych zawodach Podkarpacia pokonać nie mógł, zajmując zaraz po nich – trzecie miejsce.

W drodze po medale W meczu o 5 miejsce AZS Politechnika Rzeszowska zmierzyła się z AZS Uniwersytet Rzeszowski przegrywając 0:3 (–20, –19, –21). Rywalizując o brąz drużyna AZS PWSZ Krosno zawiodła po raz kolejny, wygrywając tylko jeden set z AZS Gwardia Gubin/ZG 1:3 (–23, 22, –23, –21). W meczu finałowym złoto wywalczył zespół AZS PWSZ Nysa wygrywając z AZS UWM Olsztyn 3:1 (–16, 17, 11, 15). W olsztyńskim klubie zdecydowanym faworytem był Marek Wawrzyniak, uznany zresztą za najlepiej atakującego w tych rozgrywkach, co wynikało nie tylko ze zdobytych przez niego punktów, ale także wrażeń publiczności. Jego zdecydowane i silne zagrania pozwalały nadrabiać braki kolegów z klubu. Ze zwycięskiej drużyny wytypowano najlepszego gracza tych zawodów – Dawida Migdalskiego, natomiast tytuł najwszechstronniejszego zawodnika przyznano Pawłowi Kucińskiemu z Zielonej Góry. Ostateczna kolejność 1. AZS PWSZ Nysa 2. AZS UWM Olsztyn 3. AZS Gwardia Gubin/Zielona Góra 4. AZS PWSZ Krosno 5. AZS Uniwersytet Rzeszowski 6. AZS Politechnika Rzeszowska. Tekst i foto Joanna Kozłowska


LISTY DO REDAKCJI

Zamieć pod dywan Zbyt długo żyję na świecie, żeby dziwił mnie byle drobiazg. Tymczasem ostatnio zdziwił mnie tekst w APS (nr 5/2008) autorstwa Tomasza Aftańskiego pt. Nie zamiotę pod dywan… Poważna sprawa. Autor artykułu, jak sam objawia, długo się zastanawiał, czy warto go publikować. W końcu doszedł do wniosku, że warto. Chciałbym wykazać, że wniosek ten był błędny. Błąd zawiera twierdzenie Tomasza Aftańskiego, że od dwóch lat pełni zaszczytną funkcję trenera akademickiej reprezentacji Polski w futsalu. Cóż to za zaszczyt i cóż za pełnienie funkcji, skoro od dwóch lat takiej reprezentacji po prostu nie ma? Odnoszę wrażenie, że o polskim futsalu akademickim wiem, jak dotąd, niemal wszystko. Wiedza ta podpowiada mi, że Tomasz był faktycznie trenerem akademickiej reprezentacji Polski, ale od 20 sierpnia (początek jedynego zgrupowania, okraszonego dwoma „sparingami wewnętrznymi”) do 3 września 2006 r. (jak dotąd ostatni mecz reprezentacji, przegrany zresztą w kiepskim stylu; jego stawką był brązowy medal AMŚ). Czyli nie dwa lata, a dwa tygodnie. Z przykrością też stwierdzam, że od 4 września 2006 r. nie odnotowano już zgrupowań, gier ani żadnej innej formy aktywności akademickiej reprezentacji Polski w futsalu, także żadnych przygotowań do nieosiągalnych już (dla nas) AMŚ 2008 rozgrywanych w Słowenii. Właśnie mijają dwa lata… Podobnie jak Tomasz Aftański jestem zbulwersowany i sfrustrowany faktem, iż Polska nie zagra w Słowenii. Tym bardziej że dyskretnie napominany (dlaczego akurat ja?) przez działaczy futsalu z zagranicy, co najmniej dwukrotnie zwracałem uwagę Kolegom z Prezydium ZG AZS, że czas już zgłosić zespół, najwyższy czas już zgłosić zespół itp. Odnosiłem wówczas wrażenie, że jestem dość lekceważąco odbierany jedynie jako pomniejszy uczestnik wyścigu szczurów do celu o umownej nazwie sympatyczna wycieczka do Słowenii – uczestnik, który na załapanie się do składu tej „wycieczki” nie ma najmniejszej szansy. Zrezygnowałem więc z mieszania się do spraw, które uważano za niemoje. Teraz żałuję, bo w efekcie na AMŚ do Słowenii jadę sam. Komitet organizacyjny Mistrzostw zaproponował mi funkcję szefa Komisji Dyscypliny oraz komisarza. Reprezentacji Polski na Mistrzostwach nie będzie.

Natomiast aktywność samego Tomasza w kwestii zgłoszenia Polski do Mistrzostw przejawiła się wyłącznie w tym, że któregoś dnia zadzwonił do biura ZG AZS i znienacka zapytał, dlaczego zespołu nie zgłoszono. Musztarda po obiedzie. Uważając się za trenera reprezentacji, która nie posiadała przecież kierownika, managera i w gruncie rzeczy miała dopiero powstać, nie pilnował podstawowej kwestii – uczestnictwa w AMŚ, właściwie w jedynej imprezie, uzasadniającej istnienie i poważne finansowanie zespołu. Tymczasem ochoczo, intensywnie i śmiało ogłaszał się jego trenerem w mediach ogólnopolskich i lokalnych. I znalazł sponsorów technicznych. Gdy nastąpiło wielkie bęc i okazało się, że Polska do Słowenii nie pojedzie, Tomasz natychmiast wskazał osobę odpowiedzialną za ten stan rzeczy. Konkretnie – kierownika Działu Sportu Kwalifikowanego w biurze ZG AZS. Zdaniem Tomasza to wyłącznie Staszek Petka (ów kierownik) winien jest wszystkiego złego. W normalnej firmie, jak sam pisze, dyscyplinarnie zwolniłby go z pracy (Staszka nikt nie zwolnił, z czego wnioskować należy, śledząc rozumowanie Tomasza, że AZS to firma nienormalna). Tymczasem jego wina jest, moim zdaniem, mocno dyskusyjna. Dlaczego niby kierownik Działu Sportu miałby zgłaszać do AMŚ reprezentację, która de facto nie istniała? Reprezentację, dla której do lutego 2008 r. (termin zgłoszeń) nie zatwierdzono żadnego sztabu, trenera, planu przygotowań; która nie odbywała zgrupowań, nie rozgrywała meczów i właściwie nie miała niczego poza bardzo ogólną wizją. A przecież chodziło o obronę IV miejsca na świecie w – tutaj w pełni się zgadzam z Tomaszem – najpopularniejszej dyscyplinie akademickiej w Polsce. Nie chodziło bynajmniej o kompromitację! Zdaniem Tomasza kilkanaście miesięcy pracy poszło na marne. Jaka to była praca? Tomasz daje odpowiedź: praca własna, budowanie pozytywnego wizerunku reprezentacji (…), zaufanie zawodników, trenerów i prezesów klubów. Praca podobno kosztowała (będę domagał się zwrotu poniesionych wydatków i – zaznaczam – nie będzie to mała kwota; … od początku pracowaliśmy bez wynagrodzenia). Śmieszne. Ale powstają też poważne pytania: kto jeszcze i z czyjego namaszczenia pracował, podkreślmy – bez wynagrodzenia – razem z Tomaszem? Kto jest teraz

temu komuś winien pieniądze? Kogo Tomasz nazywa swoim sztabem? Kto ten sztab nominował? Mógłbym pisać o odbiorze w środowisku trenerskim Tomasza Aftańskiego, który, poza dwutygodniowym epizodem na AMŚ, jeszcze nigdy nie prowadził futsalowego zespołu akademickiego (w ALF, MPTU czy też w MPSzW). Mógłbym przytaczać opinie o nim, jakie bez ogródek prezentuje przewodniczący Komisji Futsalu PZPN. Nie powstałby z nich, zapewniam, pozytywny wizerunek. Tomaszowi po prostu zabrano zabawki. Nie pojechał z zespołem do Słowenii, a przecież bardzo chciał. Ze swej strony zauważę, że – ze względu na fatalne notowania, jakie ma w PZPN po epizodzie w charakterze trenera reprezentacji narodowej – od początku marne były na ten wyjazd jego szanse. Konieczność dobrej współpracy AZS z PZPN przy organizacji akademickiej reprezentacji Polski nie budziła i nie budzi cienia wątpliwości, a z Tomaszem Aftańskim jako trenerem ta współpraca raczej była niemożliwa. Byłem świadkiem oburzenia przewodniczącego Komisji Futsalu, Kazimierza Grenia, gdy – bez jego wiedzy – Tomasz ogłosił się trenerem akademickiej reprezentacji również na oficjalnych stronach internetowych Komisji. Artykuł Tomasza w APS wzbudza też moje poważne wątpliwości natury ogólnej. Odbieram go jako zbiór osobistych pretensji, zamieszczony na stronach lokalnych, w miejscu, w którym z założenia należałoby pisać o problemach albo sukcesach całych regionów – w tym przypadku AZS województwa pomorskiego. Czegoś takiego szukałem, rozpoczynając lekturę felietonu Nie zamiotę pod dywan… Na próżno. Zdumiewa mnie również i wzbudza moje oburzenie fakt, że Tomasz, w końcu członek ZG AZS, bardziej niż inni azetesiacy zobowiązany do przestrzegania pewnych utrwalonych form, ośmielił się określić swojego starszego kolegę Staszka Petkę drwiąco i wręcz pogardliwie brzmiącym – w kontekście całego tekstu – mianem „jegomościa”. Artykuł Tomasza kończy krótkie zdanie: Dostałem (…) cios w tył głowy. Aha. Piotr Kuś PS Ale chciałbym jeszcze dodać, że Tomkowi Aftańskiemu życzę przecież jak najlepiej. Jestem też głęboko przekonany, że w sezonie 2008/2009 jego La Bamba Red Devils Chojnice zajmie w ekstraklasie futsalu miejsce w czubie tabeli. aps nr 07 2008 (265)


[z

azs.pl...]

Nie zabrakło fantazji

Narada w Górkach

A

dniach 17–19 września br. w Gdańsku – Górkach Zachodnich odbyła się narada szkoleniowa pracowników jednostek AZS. Wzięli w niej udział sekretarze organizacji środowiskowych, urzędujący wiceprezesi, dyrektorzy klubów AZS AWF, główni księgowi oraz pracownicy odpowiedzialni za program ACSS i prowadzenie ewidencji członkowskiej w AZS. Uczestnicy mieli okazję poznać nowo oddany hotel AZS w Górkach Zachodnich, czyli Centrum KonferencyjnoWypoczynkowo-Żeglarskie Galion. Spotkanie dotyczyło aktualnych spraw Związku. Poza corocznymi rozmowami o najważniejszych zadaniach jednostek AZS w nowym roku akademickim przedstawiono informację nt. obchodów jubileuszu 100-lecia AZS, systemu ewidencji członków, nowych warunków ubezpieczenia NNW, które uległy zmianie wraz ze zmianą towarzystwa ubezpieczeniowego na Uniwersum, wniosków z realizacji programu ACSS 2008 i planowanych działań w 2009 roku, oceny realizacji zakresu merytorycznego i finansowego po pierwszym półroczu Programu rozwoju sportu w środowisku akademickim, kalendarza planowanych zadań w zakresie sportu powszechnego w roku 2008/2009 oraz zagadnień z marketingu i promocji AZS.

tmosfera, Zabawa, Sport – takie hasło towarzyszyło uczestnikom Festiwalu Sportów Wodnych AZS i Memoriału Pamięci Edka Sądeckiego w Windsurfingu. Impreza odbyła się w bazie AZS Uniwersytetu Rzeszowskiego na wyspie Polańczyk nad Soliną. Festiwal i Memoriał były organizowane przez studentów-azetesiaków z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej z Krosna i Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jak co roku zgromadziły wielu pasjonatów sportów wodnych, żeglarstwa, windsurfingu, kajakarstwa, a luźna formuła zawodów pozwoliła wziąć w nich udział wszystkim chętnym, bez względu na żeglarskie umiejętności. Podczas dwudniowych zawodów rozegrano regaty m.in. windsurfingowe Edi Windsurfing Cup, w których wzięło udział ponad 30 zawodników i zawodniczek. Najlepszy okazał się Maciej Barabasz – reprezentant AZS AWF Wrocław, przed Januszem Świętoniowskim i Maciejem Pomaskim. Wśród pań zwyciężyła Joanna Piecuch (AZS UR) przed Edytą Nizioł (AZS UR) i Moniką Barabasz (AZS PWSZ Krosno). Kilkuletnią tradycją tej imprezy stało się rozgrywanie jednego z biegów regat windsurfingowych w przebraniach. I tym razem nie zabrakło fantazji zawodnikom. Wzbudzili tym niemałą sensację wśród widzów i żeglarzy na jeziorze. Regaty windsurfingowe z cyklu Edi Windsurfing Cup są największą tego typu imprezą w regionie, cieszącą się z roku na rok rosnącą popularnością wśród miłośników deski z żaglem. W ramach Festiwalu rozegrano ponadto regaty w klasie Omega, regaty kajakowe na wesoło oraz mecz piłki wodnej Wyspa kontra Reszta Świata, w którym po raz kolejny z rzędu tryumfowali wyspiarze. W klasyfikacji generalnej Festiwalu, w której punktowano udział w każdej z konkurencji, zwycięzcą okazał się, podobnie jak w Edi Cup, Maciej Barabasz wyprzedzając Janusza Świętoniowskiego i Tomasza Nizioła (AZS UR). Oprócz rywalizacji sportowej uczestnicy regat doskonale bawili się podczas koncertu zespołu szantowego Klang oraz podczas niedzielnego ogniska i koncertu na wodzie w wykowrześnia oficjalnie podpisananiu muzyków Pawna została umowa o współła Steczkowskiego. pracy pomiędzy AkademicW całej imprezie kim Związkiem Sportowym a nowo wzięło udział ponad powstałym portalem internetowym 70 zawodników i zaAktywni.pl. wodniczek z całego Portal ten skupia miłośników sportu kraju. Wszyscy zai rekreacji, umożliwiając poszerzenie pewniali, że z pewwiedzy na temat wybranych dyscyplin nością wrócą za rok. oraz poszukiwanie obiektów sportowych Zapraszamy! i partnera do wspólnej gry. Sponsorzy impreŚwiętując obchody 100-lecia istnienia zy: APOLLO – SIGAZS, Związek rozpoczął realizację nowej MA COMPUTERS, strategii rozwoju, która ma wzmocnić wiDECO – GLASS, zerunek organizacji. Współpraca z portaMAX Sport, BH lem internetowym, którego profil użyt– RES, FENIKS, kowników odpowiada profilowi członFEBE, FAN SPORT, ków AZS, powinna przynieść wymierne HERMINA, Masarkorzyści i wskazać nowe perspektywy nia Karol Benbenek sportu akademickiego w Polsce. w Przeworsku.

Aktywny AZS

12

www.azs.pl

W

Wybór MS


Autorka plakatu – Klaudia Sroka jest studentką V roku Wydziału Grafiki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Praca zdobyła I nagrodę w konkursie na plakat z okazji jubileuszu 100-lecia AZS.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Akademicki Przegląd Sportowy 07/2008 by AZS-APS - Issuu