Copyright © by Mariusz Wollny Opieka redakcyjna: Izabella Giera Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja, korekta i łamanie: Zespół – Wydawnictwo PLUS Projekt okładki: Rafał Górniak – grafika, Eliza Luty – typografia ISBN 978-83-7515-304-0
www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków. Wydanie I, 2014. Druk: Abedik, Poznań
Moim wspaniałym córkom: Zorce, Jance i Zuzce, które są dla mnie pociechą i ogromnym wsparciem
ROK 1607 (7115)
Posiwiały kruk przeleciał tuż za kratą, łypiąc na nich jednym okiem i kracząc szyderczo. – To koniec – szepnął z rozpaczą Pietrowski. Fatalista, jak większość Moskwicinów, usiadł na kamieniach i zwiesił głowę. Bartek kilkakrotnie z furią szarpnął kratę oddzielającą ich od wolności, a kiedy ani drgnęła, przylgnął twarzą do prętów i patrzył w niebo tak intensywnie, jakby chciał przed śmiercią wyryć sobie w pamięci ten widok na wieczność. Kłykcie zaciśniętych na prętach palców pobielały, tak silny był to chwyt. Tylko Ryx jeszcze się nie poddawał. Jego chłodny, niepoddający się emocjom umysł wymyślał kolejne sposoby ratunku i je odrzucał, czując, że coś mu umyka. Ponownie sięgnął po holenderskie plany podziemnych kanałów i zaczął je pospiesznie przeglądać. – Już wiem – odezwał się po chwili. – Kierunek obraliśmy dobry, tylko jesteśmy o jedną kondygnację za wysoko. Spójrz – klepnął Juszkę w ramię i podsunął mu kartę przed oczy – tu powinno być zejście na niższy poziom. To zaledwie kilka kroków stąd. Musimy się cofnąć. – Niczego po drodze nie widziałem. 7
– Bośmy się nie rozglądali. Ruszamy. Nadzieja dodała im energii i zapaliwszy świecę, raźno ruszyli za Ryksem, jednak kiedy stanęli we wskazanym przez niego miejscu, do którego docierało jeszcze dzienne światło od zamkniętego kratą wyjścia, spotkał ich tym większy zawód – w jednolitej ścianie z nowych cegieł nie było nie tylko żadnego otworu, ale na oko również żadnej luki w wapiennym spoiwie. – Zamurowano je, ale musi tu być! – Kacper z wściekłością walnął pięścią w mur. – I co z tego? – Juszka machnął ręką z rezygnacją. – Ja mogę nawet walić łbem, bylebym wiedział, że to coś da. Bartek syknął, bo dopalająca się świeca oparzyła mu dłoń. – Daj mi ją. – Ryx odebrał od chłopca świecę i zdmuchnął płomień. Rozjarzony knot zaskwierczał i zaczął okropnie kopcić. Kacper przybliżył świecę do muru. – Obserwujcie kurz! Jeżeli za tą ścianą jest przejście, on pokaże nam, gdzie go szukać. Patrzyli w napięciu. Z początku dym rozpełzał się we wszystkich kierunkach, aż nagle pomknął ku niewidocznej szparze i wniknął w mur. Chciało im się krzyczeć z ulgi i z trudem się powstrzymali, tylko Pietrowski z rozmachem klepnął Turopońskiego w plecy. – Skąd znałeś ten sposób? – Gdzieś o nim czytałem. Ryx podał Moskowicie ogarek, wyszarpnął zza pasa lewak i wbił solidne, graniaste ostrze we wskazaną przez dym spoinę. Wystarczyły dwa uderzenia, by powstała spora dziura, a kiedy z rozmachem uderzył głowicą sztyletu w cegłę, ta wypadła na zewnątrz ze stukotem. – Dobra nasza! – ucieszył się Bartek, znów uwierzywszy, że nie ma takiej obieży, z której jego pan nie potrafiłby znaleźć wyjścia. 8
Wstyd mu było za niedawny moment zwątpienia. Miał nadzieję, że Turopoński nie zauważył tej jego chwili słabości. – Ciii... – Ryx gestem nakazał mu milczenie i zaczął nasłuchiwać zwrócony w stronę, z której spodziewał się nadejścia prześladowców. – Spokój – szepnął Pietrowski po chwili. – I to mi się właśnie nie podoba. – Może stracili trop? – podsunął Bartek. – Albo pobłądzili? – Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Masz mój puginał i oddaj mi swój nóż. Ty też – zwrócił się Kacper do Juszki. – Niech jeden powiększa otwór, a drugi mu przyświeca. Zaraz wracam. Szybko ruszył tam, gdzie łączyły się dwa kanały. Ostrożnie wyjrzał za załom. Prześladowcom albo też skończyło się światło, albo istotnie odbili gdzieś w bok. Ledwie zdążył tak pomyśleć, usłyszał plusk, jakby ktoś pośliznął się i wpadł do wody, a potem stłumione przekleństwo: – Job twoju mat’! Łyknąłem jakieś gówno, tfu... Który skurwysyn mnie popchnął? Zapalcie pochodnię, bo potopimy się w tej gnojowicy! – Milcz, durniu – syknął ktoś, a Ryksowi wydało się, że rozpoznaje głos Hermokrata Białoskórskiego. – Trza oszczędzać światło. Diabli wiedzą, ile czasu przyjdzie się sam błąkać, zanim ich dopadniemy. – Już niedługo. – Tym razem nie było wątpliwości: ten głos należał do Prochora Białoskórskiego. – Mircea, przypal łuczywo i idziemy dalej. Mizerne światło rzucane przez smolną drzazgę wystarczyło, by Ryx zorientował się, jaka odległość dzieli go od pościgu. Zważył w dłoniach noże, nabrał tchu i wyskoczył zza węgła. Błyskawicznie wyrzucił oba żelaza. Idący na przedzie gruchnął w ściek bez jęku, ale następny, gorzej trafiony, zawył jak ranne zwierzę. Gruchnęła palba i pociski zaczęły z wizgiem rykoszetować we wszystkich kierunkach. 9
Jeden drasnął Ryksa, gdy szybko wracał do swoich, licząc na to, że nowe straty znów na chwilę powstrzymają prześladowców. Tymczasem Juszce i Bartkowi udało się uczynić dziurę na tyle dużą, że można było w nią wsadzić głowę, lecz zbyt małą, by szybko przecisnąć się na drugą stronę. – Odsuńcie się – zarządził Kacper. Ugiął nogę i kopnął z całej siły, raz, drugi i trzeci. Bez skutku. – Teraz ja – zaproponował Bartek. Usiadł, oparł się mocno plecami o mur i całą powierzchnią podeszew podkutych butów niczym taranem obunóż rąbnął w ścianę naprzeciwko. Może cegły były już obruszone, a może uderzył w lepszy punkt, ale raczej po prostu jego kopnięcie miało większą moc, dość, że spory kawał muru odpadł od reszty. Wciąż było wąsko, ale jakoś przepchnęli się na drugą stronę. Przodem poszedł Juszka z dogasającą świecą, za nim Bartek, a na końcu Kacper. Wytarte od częstego używania w przeszłości kamienne stopnie były śliskie od wszechobecnej wilgoci. A ponieważ kręte schody wiodły stromo w dół, korytarz był ciasny, a strop niski, Ryx wyrżnął weń w którymś momencie głową, pośliznął się, upadł na chłopca, ten na Pietrowskiego i razem potoczyli się na łeb na szyję, na końcu wpadając w nurt raźno mknącej prawdziwej podziemnej rzeki. Wartka woda porwała ich i poniosła naprzód. – Dokąd płyniemy?! – zawołał Ryx do Pietrowskiego, gdy obaj wyłonili się z kipieli. – Do Nieglinnej albo do Moskwy, nie ma innej możliwości! – To dobrze! W tej chwili obok Kacpra pojawiła się głowa Bartka z ustami łapczywie szukającymi powietrza. – Nie umiem pływać! – wrzasnął chłopak. 10
– Złap się mnie i nie puszczaj! Kiedy rzeka wyrwała się na powierzchnię, jeszcze przyspieszyła zamiast zwolnić i rozlać się szeroko, ponieważ ujście ocembrowano kamieniami, zarówno dno, jak i brzegi.
* Luby Diariuszu, jedyny mój pocieszycielu, nareszcie mogę skreślić te parę słów, bo do tej pory ani nie było sposobności, ani nie dostawało mi sił ni ochoty. Nawet teraz, gdy wspomnę, co wydarzyło się w Moskwie owego strasznego majowego poranka, mimo iż minęło od tego czasu pół roku z okładem, łzy cieczą mi same do ócz i skapują na te karty, więc daj mi chwilę, mój Diariuszu, na ogarnięcie się... Wieczorem tego feralnego dnia, kiedy bojarom udało się wreszcie zaprowadzić na ulicach jaki taki ład, powiedziono Najjaśniejszą Panią razem z fraucymerem do dworu imć wojewody sędomierskiego, obrawszy ją uprzednio z szat, że ostała w jednej sukni i z kilkoma zaledwie koszulami. Mimo to nie skarżyła się. Rzekła jeno: „Wolałabym, żeby mi Murzynka wrócili, którego mi wzięli, niż wszystkie klejnoty i ochędóstwa”. Trudno opisać, jak ciężko nam było na sercach, gdyśmy się dowiedziały, ilu przyjaciół i drugich zacnych ludzi nie obaczymy już nigdy. Tyle krwi niewinnej przelanej, tyle krzywdy ludzkiej... Dlaczego? Powiedziano mi wszak na pociechę, że ojciec mój i macierz przeżyli tumult, chwalić Boga, bo już nachodziły mnie najczarniejsze myśli. W niewiele dni potem, przy czym znów wiele było płaczu, Jej Wysokość (razem z ojcem) wyrzucono z dworu na zamku i przeniesiono do miasta, do dworu Własiewa, który po nią posłował do Polski, pozwalając zatrzymać przy sobie niewiele sług i ledwie kilka dwórek. Pozostałe z nas rozdzielono. Nie wiem, co się stało z drugimi, ale miało to tę dobrą stronę, że nareszcie połączyłam się z rodzicielami. Wciąż o wielu 11
z naszych nie było wieści i to oraz niepewność jutra doskwierało nam bardziej niźli niedostatek. W sierpniu dowiedzieliśmy się, że prostych żołnierzy i większość czeladzi już odesłano ku granicy, zaś reszta pójdzie na zesłanie daleko za Moskwę, ale nie wszyscy razem, lecz partiami i w różne strony. Najjaśniejszą Panią z wojewodą sędomierskim i drugimi znacznymi panami wysyłano do Jarosławla, panów Wiśniowieckich do Kostromy (ponoć 300 wiorst od Moskwy), zaś nas razem z Ewką Świerzbistą dołączono do panów Adama Wolskiego, Stanisława Niemojewskiego, Stanisława Korytki, Michała Ratomskiego, pana Tyzenhauza, pana Kosieckiego z żoną, dwóch panów Stadnickich, Marcina i Jędrzeja oraz bezpańskiej czeladzi panów Kazanowskich i tych panów, co poginęli z rąk rebelizantów. Wpierw zebrawszy naszą gromadę społem (130 ludzi) za Moskwą, w wilię Wniebowzięcia Najświętszej Panienki, to jest 14 sierpnia, powiedziono na północ w asystencji kilkorga przystawów (bardziej dozorców niż opiekunów), w tym dwóch głównych tudzież diaka (wyższego urzędnika), i dwóch rot strzelców pod setnikami. Celem naszym miał być Rostow leżący 150 wiorst od Moskwy. Nie będę szczegółowo opisywała tej podróży, bo pan Niemojewski, który łaskawie odstąpił mi kilka swoich kart i odróbkę inkaustu, sam pisze diariusz i na pewno robi to o wiele lepiej i dokładniej ode mnie. Droga do Rostowa zajęła nam dwie niedziele. 1 września, w samo tutejsze Nowe Lato, gdy miejscowi weselili się i świętowali, widzieliśmy z dala żałosny orszak Najjaśniejszej Pani i towarzyszących jej naszych ludzi wiedzionych pod strażą do Jarosławla, obrzucanych grubymi słowy przez gawiedź, ale okrom machania rękami i nawoływania się z oddali nie mogliśmy nic więcej uczynić, bo nam nie dozwolono. Przykry był to widok tylu znacznych person tak pognębionych i złachmanionych, kiedy miało się jeszcze w pamięci, jak niedawno szumnie i strojnie wszyscyśmy wjeżdżali do Moskwy do wtóru wiwatów gawiedzi podobnej 12
do tej, która teraz lżyła nas i opluwała. Cóż, niezbadane są wyroki Boże... Zaprawdę jako rzecze Pismo: nie znacie dnia ani godziny. Niedługo potem do naszej kompanii dołączono dwóch panów Świrskich i trzydzieścioro czeladzi, za to pana Jędrzeja Stadnickiego zawrócono do Moskwy. Oprócz ciasnoty i niedojadania doszła nowa uciążliwość: przejmujące zimno, gdyż 21 września spadł pierwszy śnieg i zaczęła się zima, a my nie mieliśmy ciepłych szat ani żadnych okryć. Zaraz wielu naszych pochorowało się z wyziębienia, a tydzień później umarło na płuca trzech czeladników, w tym Paweł, wierny sługa ojcowy, który gdy byłam mała, huśtał mnie na kolanie. Stłoczono nas w czterech dworach, ale dozwolono nam wychodzić, choć w asystencji przystawa. Jednak i to się skończyło, gdy pan Niemojewski, idąc na targ, by kupić coś do jedzenia, zaczepiony przez jakiegoś strzelca powadził się z nim i z miejscowymi i doszło do bójki. Kazano naszym wówczas oddać wszystkie konie i wszelaki oręż (choć nieco, co lepszego, udało się nam ukryć). W listopadzie przyszła gramota (znaczy pisanie) od teraźniejszego cara Wasyla Szujskiego, żeby nas odesłać nad Białe Jezioro, bo tam karmienie tylu gąb wyjdzie o wiele taniej – skarbiec carski jest pusty, bo poprzedni car Dymitr rzekomo zmarnotrawił go na zbytki. Ruszyliśmy podwodami na północ 27 listopada, nie robiąc dziennie więcej niż po parę mil, bo trakty tu marne, i nocując w małych wioskach w nędznych kurnych chałupach po kilkanaście albo kilkadziesiąt osób, bo w tym kraju sioła nie liczą więcej niźli po parę chat i to w znacznym od się oddaleniu. Nareszcie pod sam koniec novembra dotarliśmy do leżącego nad Wołgą tatarskiego miasta Romanowa, gdzie przenocowawszy, zaraz z rana puściliśmy się w dalszą podróż, by 2 grudnia stanąć w Wołogdzie. Wołogda to wcale niemała osada, ale jak większość moskiewskich miast nieporządnie pobudowana, murami ani 13
nawet płotem nie obwiedziona, bez kamienic, z prawie pustymi błotnistymi przedmieściami, gdzie wszelako wiele jest składów cudzoziemskich faktorów, głównie angielskich i flandryjskich. Jest bowiem Wołogda ważną stacją i emporium na drodze do Archangielska o 10 mil od Morza Scytyjskiego przy ujściu rzeki Dźwiny moskiewskiej położonego, które to miasto Angielczycy kupczący z Moskwą pobudowali w czasach wielkiego kniazia Iwana Groźnego. Z leżącej w widłach rzek Suchony i Wołogdy osady tejże nazwy statki większe od naszych szkut i podobne do szmag wiozą do Dźwiny i dalej ku Archangielsku wosk, łój, skóry, kosmaty towar (to jest futra z Sybiru) tudzież jodły i skwierczynę (bo lepszych drzew w tutejszych lasach nie uświadczysz) i mieniają z Angielczykami i Olędrami z Niderlandów na wyborne rusznice szkockie z krzoskami, sukno i francuskie czerwone wino, którego indygeni nie zażywają inaczej jak w cerkwiach podczas komunii świętej i stąd zwą je cerkiewnym. Pierwszy to też raz był od wielu miesięcy, kiedyśmy mijając owe składy zamorskich towarów, usłyszeli mowę odmienną od tutejszej ruskiej. I choć przystawowie ostrzegli nas, byśmy nie próbowali z cudzoziemcami rozmawiać, nie mogłam się powstrzymać, gdy...
* – Zuzanno! – usłyszała wołanie i zamarła z uniesionym piórem, jak łotrzyk przyłapany na gorącym uczynku. Kropla inkaustu spłynęła z czubka pióra na kartę, tworząc brzydki kleks. – Zuza! Skaranie boskie z tą dziewczyną. Nigdy jej nie ma, gdy jest potrzebna... – zrzędliwy głos wwiercał się w uszy. – Już idę, matko. Zuzanna westchnęła, otarła starannie pióro, zamknęła kałamarz i podniosła się z miejsca. Matka bardzo źle znosiła 14
poniewierkę. Podupadła na ciele i duchu w przeciwieństwie do ojca. Ten, choć wysechł na wiór i oczy mu zapadły, trzymał się jakoś, a nawet odżywał, kiedy Niemojewski prosił go o użyteczne przy pisaniu diariusza informacje, chętnie dzieląc się swą wiedzą o carstwie i jego sprawach, którą posiadł jako sekretarz zabitego cara Dymitra. Zuzanna, z niedawno rozbudzoną ciekawością świata, mając otwarte oczy i umysł, chłonęła wszystko w drodze na zesłanie i na miejscu, zawsze gotowa dowiedzieć się czegoś nowego, rada przysłuchiwała się tym ich rozhoworom. Nie bała się przy tym ciężkiej pracy i robiła więcej, niż na nią przypadało. Dzięki temu łatwiej znosiła niewolę i związaną z nią poniewierkę, Matka zaś przeciwnie. Stale utyskiwała, bez przerwy wypominała mężowi, że z jego winy znaleźli się w tak żałosnym położeniu, traktowała córkę jak jedną ze sług, których ją pozbawiono, nieustająco wymagała od niej usługiwania, sama nie robiąc nic oprócz poganiania Zuzanny i utyskiwania na jej niewdzięczność i opieszałość. Zazwyczaj spędzała czas w łóżku, utrzymując, że nadwerężone zdrowie nie pozwala jej się ruszać. Nie umiała już mówić inaczej niż jęczącym, pełnym pretensji i żalów tonem, który działał na domowników przygnębiająco, a z czasem zaczął ich niepostrzeżenie irytować. Mąż i córka usiłowali zachęcić jejmość do zajęcia się czymkolwiek lub choć do wyjścia na świeże powietrze. Bez skutku. – Co robiłaś? Znów czytałaś? Bo chyba nie pisałaś? – Pisałam. – A jednak! Tak się słucha matki? Próżniactwo i nadmiar uczoności jednako szkodzą niewieście na urodę. Ile razy perswadowałam ci, że to nie jest zajęcie dla dobrze urodzonej panny? – A co jest? – Zuzanna z trudem powstrzymała się, by nie dodać: Posługiwanie? – Nie bądź bezczelna! To wszystko wina twojego ojca! Mieliśmy opływać w dostatki, a co mamy? Żyjemy jak żebracy, 15
chłopstwo w naszym majątku ma się lepiej. Nie tegom się spodziewała, idąc za imć Słońskiego. Złote góry mi obiecywał i co? Przez niego i ty z niczym zostaniesz, bo kto zechce nędzarkę, której na domiar Bóg poskąpił urody? Pewnie za karę, żeś we wszystkim wdała się w ojca... Zuzanna zacisnęła zęby. Nie po raz pierwszy słyszała od matki przykre słowa i jej cierpliwość już się wyczerpywała. Zmilczała jednak. I tak nie przekona matki, że teraz idzie o przetrwanie. Tylko i aż. Wszystko inne było mało ważne. Umarli nie mają przyszłości, przynajmniej doczesnej. A ona chciała żyć. Może i była starą panną, lecz czuła się młodo. – Ciasno tu i zimno jak w psiarni – narzekała jejmość. – Zjadłabym coś, ale pewnie niczego w spiżarni nie ma, taka to z ciebie gospodyni. Dobry Boże, zwróć mi zdrowie, bym zdołała wstać z tego łoża boleści, bo inaczej zamorzy tu mnie ta moja wyrodna córka! Uskarżanie się na ciasnotę było w sytuacji Słońskich wręcz grzechem, gdyż oni oraz Kosińscy mieli przywilej pomieszkiwania w osobnych chatach, inni mieli gorzej. – Przecie wiesz, że trzeba czekać na wieczerzę, którą wydadzą w karmnej izbie nie wcześniej jak za dwie godziny – mówiąc to, Zuzanna sięgnęła pod wezgłowie, gdzie jak zwykle trzymała dla matki połowę przydziałowego placka z rżanej mąki (w tych stronach pszenica rodziła marnie albo wcale) odjętego sobie od ust przy poprzednim posiłku. Słońska zaczęła łapczywie pochłaniać czerstwe pieczywo. Jak na osobę, która prawie wcale się nie ruszała, miała zadziwiający apetyt. – Przydałaby się omasta – wymamrotała z pełnymi ustami. – Czemu nie weźmiesz trochę grosza, który nam ostał, i nie kupisz masła na targu? – Mówiłam ci o tym nie raz, że tutejsi ludzie pieniędzy niezwyczajni, za jedno ichnich dziengów i naszych mińców, i wolą mieniać towar za towar, my zaś nie mamy już nic do 16
wymiany oprócz twoich strojów, których nie pozwalasz ruszać – odparła znużona. – Jeszcze tego brakuje, żebym ostała w samym gieźle jak jakaś dziadówka! Tego chcesz? Niedoczekanie! Zapal w palenisku, bo mi zimno. Tego życzenia Zuzanna spełnić nie mogła, bo zima wciąż trzymała w najlepsze (indygeni powiadali, że jeśli ustąpi przed połową czerwca, to będzie wielkie dziwowisko), choć był już marzec, więc skąpo jak wszystko wydzielany opał należało oszczędzać na przeraźliwie chłodne noce. Zdjęła tylko z siebie barani kożuszek i nakryła nim matkę. Rozgrzana posiłkiem i dodatkowym okryciem jejmość pomarudziła jeszcze trochę, po czym usnęła i zaczęła pochrapywać, więc Zuzanna, trzęsąc się i szczękając zębami, mogła nareszcie wrócić do przerwanej pracy. Zimą dzień trwał w tych stronach nie dłużej niż cztery godziny i tylko wówczas można było pisać i czytać, zwłaszcza drobne literki. Kiedy jednak przeczytała ostatnie zapisane zdanie, wspomnienia naszły ją z tak wielką siłą, że musiała znów odłożyć pióro, by opanować wzruszenie...
* – Myślałem, że już po mnie – przyznał Bartek, przerywając opowiadanie i wzdrygając się na wspomnienie. Pociągnął solidny łyk piwa. – Kreml albo inaczej Krymgród przypomina bardzo nasz Wawel. Oblewają go dwie rzeki i przekop z trzeciej strony. Owe rzeki, Moskwa i Nieglinna, nie są zbyt głębokie ani bystre, przynajmniej w lecie. Ponoć da się je wówczas przejść w bród. Ale była dopiero wiosna i wody, wezbrane po roztopach, jeszcze nie całkiem opadły. Kiedy więc podziemna struga nas wypluła, wyprysnęliśmy niby korki z owego francuskiego wina, które zowią szampanem, wpadając w nurt 17
Moskwy tuż obok miejsca, gdzie uchodziła do niej Nieglinna. Od razu poszedłem na dno wczepiony w pana Turopońskiego jak kleszcz, pociągając go za sobą. Odzież krępowała nam ruchy, a boty ciążyły niby kamienie. Do tego trzeba było walczyć z pławem, na szczęście niezbyt silnym, jako że Moskwa płynęła na wschód, a to nam nie odpowiadało. Do dziś nie wiem, jakim sposobem panicz Kacper zdołał uporać się z takim brzemieniem, zwłaszcza że podczas upadku ze schodów, jak się potem pokazało, rozbił sobie głowę. Ale dokonał tego i zdołał wyciągnąć mnie na płyciznę, gdzie już czekał ów Moskowita Pietrowski. Społem dowlekliśmy na zachodni brzeg panicza, który całkiem opadł z sił. – Nikt nie dostrzegł waszej ucieczki? – przerwała mu Zosia Turopońska. – Dostrzeżono ją, acz nie od razu, chwała Bogu. Ale kiedy to się już stało, kule zaczęły siec wodę wokół nas niczym grad, zwłaszcza gdy do strzelców z murów Kremla dołączyli ci z Zamoskworiecza na południowym brzegu rzeki. Z pierwotku zdało się, że cudownym zrządzeniem Opatrzności nikt z nas nie ucierpiał, lecz potem prawie równocześnie Pietrowski dostał postrzał w ramię, a mojemu panu kula przebiła lewicę. Pietrowski nie mógł mi pomóc, więc zarzuciłem panicza na plecy i zaciągnąłem w nadbrzeżny gaj poza zasięg moskiewskich rusznic. Ale wprzódy jakaś zabłąkana kula strzaskała nogę jegomościa. Zdarłem z grzbietu koszulę i jak umiałem, opatrzyłem rany panicza, a potem obwiązałem rękę Pietrowskiemu i co sił w nogach pognaliśmy na zachód. Chciałem w pierwszej napotkanej wsi zdobyć konie i przewodnika na drogę, ale uszliśmy dobrą milę, nie napotykając żywego ducha... Tylko on wiedział, ile go kosztowała ta droga przez mękę z nieprzytomnym Ryksem na plecach i słaniającym się Pietrowskim, którego trzeba było poganiać i stale mobilizować, bo szybko zaczął ustawać. Bartek nie znał drogi 18
(a półprzytomny Pietrowski był bezużyteczny) ani języka, nie miał żadnego planu w odwodzie, za to na głowie dwie kaleki, a na karku pościg. Odpowiedzialność go przytłaczała, a im dłużej szli, tym większa ogarniała rozpacz. Nigdy w życiu nie czuł się tak bezradny. Nie martwił się o siebie. Najbardziej gnębiła go myśl, że Ryx umrze mu na rękach, jeśli szybko nie otrzymają pomocy. Co gorsza, coraz częściej przystawał z powodu zmęczenia, ale z uporem parł naprzód, pamiętając, że Ryx nie zostawił go w rzece, a na pewno nie było mu lżej. Kusiło go, by skręcić z traktu, lecz bardziej od pościgu bał się zgubić w lesie albo ugrzęznąć w bagnie. Na przymusowych przystankach strzygł uszami, nasłuchując pogoni, którą z pewnością za nimi posłano, a za każdym głośniejszym dźwiękiem serce mu zamierało. Ale o tym nie zamierzał opowiadać nikomu. – Ja już znam tę historię – rzekł Niziołek, podnosząc się z miejsca – więc za zezwoleniem waszych miłości pójdę uprzedzić panicza, że będzie miał odwiedziny. Ostatnio zrobił się drażliwy. Starsza Turopońska kiwnęła głową na znak zgody, a Bartka spytała: – A co z pościgiem, przecież w końcu was dopadł? – A jakże. Uszliśmy może z milę, gdym posłyszał tętent. Ledwośmy zdążyli zejść z traktu i zapaść w przydrożnych krzach, gdy nadciągnęli. Wiódł ich ten piekielnik Prochor Białoskórski okropnie na pana Turopońskiego zawzięty. Było ich ponad pół setki, łotry Białoskórskich i moskiewscy strzelcy pospołu. Nie łudziłem się, że nas ominą, bo Pietrowski i pan Ryx mocno krwawili, więc choć trakt był zryty końskimi kopytami, zostawialiśmy za sobą wyraźne ślady, po których i dziecko by trafiło. I tak się stało. Tuż obok naszej kryjówki stanęli, zbili się w kupę, a ponieważ pan Turopoński zaczął właśnie majaczyć i coś wykrzykiwać w malignie, Prochor wrzasnął: „Wyleziesz po dobrawoli, Ryx, żebyśmy mogli cię 19
dobić jak psa, czy mamy cię wywlec i obwiesić na pierwszej gałęzi?!”. Byłem już gotów wyskoczyć z chaszczy i rzucić się na tego zbója z gołymi rękoma, ale wtenczas może o pół stajania od nas gruchnęła salwa z wielu luf, a zaraz potem druga, z innej strony. I jeszcze raz to samo. Z tak małej odległości prawie wszystkie strzały były celne i od razu połowica tamtych legła w piachu, zaś pozostali w miejscu zawracali konie, umykając, aż się kurzyło, a pierwszy Prochor. Pogoń, która ruszyła za nimi, ubiła jeszcze paru. Ale to już wasze miłości pewnie wiedzą, kto nas ocalił i co było dalej... – Opowiadaj – zażądała Zosia. – Macierz i wuj Stanisław nigdy nie mówią mi wszystkiego, jakbym wciąż była dzieckiem. – Uratowali nas Persa, Szowleha i drudzy nasi ludzie, których Angielczyk Merrick wywiódł z Moskwy poprzedniego dnia, lecz oni zaparli się, by czekać na pana Turopońskiego przy trakcie do Możajska, bo wedle Merricka i my musieliśmy nim zdążać, gdyby udało nam się wydostać z Kremla. Zoczyli nas i pościg w tej samej chwili i zastawili zasadzkę. Angielczyk Merrick, który wciąż był z nimi, na nowo opatrzył panicza i Pietrowskiego, a potem zabrał ze sobą Moskwicina i odjechał wprost na północ do faktorii, co ją Angielczycy mają w tamtych stronach, spiesząc się, by dogonić zmierzającego tam druha, niejakiego Lisita... Pominął to, że Merrick przed odjazdem dopilnował, by dobili wszystkich rannych, żeby nikt nie dowiedział się, iż maczał palce w ucieczce Ryksa i jego ludzi. – ... Uczyniliśmy dla pana Turopońskiego kołyskę ze skór zawieszoną pomiędzy dwoma wierzchowcami i pomknęliśmy naprzód, za radą Merricka omijając Możajsk i wykręcając wprost na południe, by przez Siewierszczyznę, najbardziej życzliwą zabitemu carowi Dymitrowi, dotrzeć do Kijowa, a stamtąd do Lwowa. Nie było łatwo, bo już pierwszej nocy niespodziewanie przyszedł mróz, który trzymał 20
osiem dni, zniszczył zboża w polu, listowie na drzewach i trawę na łąkach. Mimo to pędziliśmy dniem i nocą, często zmieniając konie, i w zaledwie dziesięć dni pokonaliśmy drogę równą blisko stu pięćdziesięciu milom węgierskim. Medyk we Lwowie powiedział, że dzień zwłoki, a nie dowieźlibyśmy naszego pana żywego. I to już naprawdę wszystko, co mam do powiedzenia. – Byłeś bardzo dzielny – powiedziała Zosia z błyszczącymi oczyma. – Nie zrobiłem nic, czego nie zrobiłby kto inny na moim miejscu – odparł Bartek beznamiętnie. Był młody, lecz poważny jak na swój wiek i ostatnimi czasy przywykł do obcowania z wyżej postawionymi. Joannę Turopońską mile zaskoczyła ta odmiana, ponieważ zapamiętała go jako dzikusa spoglądającego spode łba, wierzgającego rodzicom i rwącego się do bitki. Teraz widziała mężczyznę, który wiele przeżył i poznał swoją wartość. Dawny Bartek najeżyłby się pod ciekawym wzrokiem Zosi i zemknął, gdzie pieprz rośnie, obecny nie zmieszał się, uśmiechnął tylko lekko i to panna spiekła raka. Kiedy opowiadał, co zdarzyło się w Moskwie, czasem oczy jakby zapadały mu się w głąb i milkł. Nie po to, by zaczerpnąć tchu, ale dlatego, że przeżywał wszystko na nowo. O rzezi w dzień świętego Andronika nie rozwodził się, ale kobiety i tak były wstrząśnięte. Znały już relacje ocalałych szczęśliwców, którym udało się wrócić do kraju. Królewna Anna Wazówna czytała im także fragmenty listów pisanych do króla przez uwięzionych w Moskwie, a potem zesłanych do Jarosławla, ale tym razem odczuwały wszystko osobiście. Gdy skończył, Zofia nie wytrzymała i spytała bezceremonialnie: – Baliście się? – Zośka! – mitygowała ją matka. – Panicz Ryx nie bał się wcale, a przynajmniej nie okazywał lęku, żeby mnie jeszcze bardziej nie wystraszyć. Ja 21
z pierwotku trwożyłem się okropnie. Z czasem przekonałem się, że do wszystkiego można przywyknąć – odparł chłopak poważnie. – Zabijałeś ludzi? Jakie to uczucie? – Zośka! – No co? Chcę wiedzieć, jak to jest. Tym razem na odpowiedź czekała dłużej. – Ciężko to opisać – powiedział Bartek z namysłem. – Jedno jest pewne: człowiek już nigdy nie będzie taki jak przedtem. – Dopił piwo, wstał, skłonił się kobietom i powiedział przepraszającym tonem: – Wielmożne panie wybaczą, ale południowa przerwa właśnie dobiegła końca. Muszę wracać do szkoły.
* Ten osobliwy znak wyhaftowany na kaftanie srebrną nicią... To musiał być on! Odkąd uratował ją owego strasznego poranka, nie było dnia, by o nim nie myślała. A teraz stał oto przed największym składem w Wołogdzie, z wyjątkiem rozpiętej ciepłej szuby odziany dostatnio na włosko-niemiecką modłę, rozmawiając z brzuchatym miejscowym kupcem w równie kosztownych szatach. Oczy jej załzawiły. Krzyknęła rozdzierająco: – Pan Turopoński! Mężczyzna podniósł głowę, ukazując pociągłą twarz osłoniętą szerokoskrzydłym kapeluszem ozdobionym strusim piórem. Jęknęła z wielkiego rozczarowania i zachciało jej się płakać. To nie był Ryx. Nie znała go, ani on jej, poznała to po minie, a jednak żywo postąpił kilka kroków ku podwodzie. Strażnik pilnujący wozu próbował go zatrzymać, lecz tamten huknął na niego rozkazująco: – Pójdź po setnika, chcę z nim mówić. Na co czekasz? Nuże! 22
Podszedł do dziewczyny. Z uszanowaniem zdjął z głowy kapelusz i czekał w milczeniu, spoglądając na nią pytająco. – Wybacz – rumieniąc się z zakłopotania, powiedziała po rusku, gdyż w takim języku rozmawiał zarówno z kupcem, jak i ze strzelcem. – Pomyliłam cię z przyjacielem. Nazywa się Kacper Turopoński, ale zwą go Ryx. Ten znak mnie zmylił. – Wskazała jego pierś. – Jak ci na imię, pani? – Zuzanna Słońska. – Muszę już iść, zanim zaczną coś podejrzewać, ale odnajdę cię. Obiecuję. Nasadził kapelusz i obrócił się na pięcie, wpadając na setnika z marsową miną, która zrzedła na widok zachodniego (nie licząc szuby) stroju intruza. Poruszający się swobodnie po kraju Niemcy (obojętnie: angielscy, francuscy czy holenderscy, jak ich w carstwie określano) musieli cieszyć się wielkimi łaskami u cara i posiadać stosowne pozwolenia. – Nie wolno rozmawiać z więźniami, sudar – rzekł oficer raczej przepraszającym niż pouczającym tonem. – Wiem o tym i już odchodzę. Myślałem, że znam jedną z tych niewiast, ale się myliłem. Odszedł niedbałym krokiem, nie oglądając się za siebie. Kilka dni, które spędzili w Wołogdzie, zanim zmieniono im podwody, upłynęły Zuzannie jak we śnie. Nic do niej nie docierało, niczym nie potrafiła się przejąć, myślała tylko o Ryksie i niecierpliwie oczekiwała wizyty nieznajomego. Ten wszak dał o sobie znać dopiero w chwili, gdy już straciła nadzieję. Przyprowadził ją do pustego składu obok ich kwater przystaw, który zanim wyszedł, chowając do kieszeni pękatą sakiewkę i zamykając za sobą drzwi, zastrzegł: – Macie pięć minut, więcej nie mogę wam dać. – Słyszałaś, pani, więc nie przerywaj mi i słuchaj uważnie – powiedział nieznajomy. – Nazywam się John Merrick, Anglik, plenipotent naszej Kompanii Moskiewskiej, która ma 23
faktorie w stolicy, tutaj oraz w Archangielsku. Niedługo muszę wracać do Moskwy. I tak marudziłem tu nazbyt długo. Nowy car gotów podejrzewać, że zatrzymało mnie co innego niż sprawy naszej Kompanii i bezpieczne odprawienie do Anglii mojego wspólnika Lisita. Ale w Wołogdzie zostaje nasz stały faktor, mister James Brewster. Możesz się do niego zwrócić w razie koniecznej potrzeby, a on na hasło „Ryx” postara się pomóc ci w miarę możności. Tu masz zapisane to nazwisko, a także imię kupczyka z Białego Jeziora, który będzie pośrednikiem między wami. Jest zaufany i dobrze opłacony, lepiej jednak nie korzystać z jego usług zbyt często. – Podał jej złożony skrawek papieru. – Zapamiętałaś? – Kiedy kiwnęła głową, odebrał jej świstek i schował do kieszeni, wyjmując z niej kolejną sakiewkę. – Weź to. Wewnątrz znajdziesz tutejszą monetę obiegową i dwadzieścia szczerozłotych portugałów, igłę z mocnymi nićmi, abyś mogła zaszyć monety w odzienie, i kilka innych użytecznych drobiazgów. Dałbym ci więcej, ale jeśli choć tyle uda ci się bezpiecznie ukryć przed strażnikami, to i tak będzie dobrze. Pamiętaj, że po przyjeździe na miejsce jeszcze raz zrewidują was wszystkich dokładnie. – Dlaczego pan to robisz? Nawet mnie nie znasz. – Ale znam Ryksa. To mój brat. – On nie ma braci. – To braterstwo innego rodzaju. – Wskazał godło na piersi: siedem serc i Feniksa. – Jest nas na całym świecie tylko siedmiu fratrów i jeden za drugiego oddałby życie. Skoro to twój przyjaciel, jesteś dla mnie jak siostra. – Czy wiesz, co się z nim stało? Uszedł z Moskwy? – Uszedł. – Na pewno? – Byłem przy tym. – Bogu dzięki! – Westchnęła z ulgą, nagle coś w wyrazie jego twarzy uderzyło ją i zapytała: – Nie mówisz mi wszystkiego, prawda? 24
– Raniono go – powiedział po krótkim wahaniu. – Ciężko? – Chyba tak. Serce jej stanęło. W tej chwili bez pukania do szopy wszedł przystaw. – Trzeba wracać – oznajmił. – Już skończyliśmy – odparł Merrick i zwrócił się do Zuzanny: – O Ryksa się nie trap. Żył, kiedy go uwozili ku granicy, a nas niełatwo zabić. Nawet kulą, bo na rękę nie udało się to jeszcze nikomu. Dziś z pewnością jest już zdrów i bezpieczny. Martw się o siebie. – Nie wiem, jak ci dziękować... – Nie ma za co, siostro. Przystawie, przykro byłoby mi usłyszeć, że sudaryna w drodze do Białego Jeziora i na miejscu doznała większych niedogodności, niż to konieczne. – Bądźcie spokojni, panie.
* Czekając na powrót gospodarza, dokończyły posiłku. Starsza zamówiła gramatkę na świeżej śmietanie z ośródkami promnickiego chleba, gruzłami twarogu i polnym kminem do smaku, sporządzoną wedle przepisu świętej pamięci jejmości Balcerowej, po której Niziołek przejął krakowską gospodę U Balcera na ulicy Wąskiej zwanej Kącikiem, pozostawiając starą nazwę. Turopońska zazwyczaj nie przepadała za piwną polewką, ale chłodny marcowy dzień i męcząca podróż z Warszawy zaostrzyły jej apetyt. Poza tym prosta potrawa przypomniała jej młodość spędzoną w tym miejscu. Młodsza wybrała zrazy z grzybami i śmietaną i do tego kaszę krakowską, którą lubiła tak samo jak swego czasu królowa Anna Jagiellonka. Popijały właśnie wyborne węgierskie wino trzymane w gospodzie tylko dla wyjątkowych gości, kiedy zobaczyły na schodach wracającego z góry gospodarza. 25