Skip to main content

POST SCRIPTUM

Page 36

POST

NIEZALEŻNY KWARTALNIK LITERACKO-ARTYSTYCZNY

SCRIPTUM PROZA

POEZJA

PUBLICYSTYKA

GOŚĆ SPECJALNY

LORENZO QUINN

SZTUKI WIZUALNE fb: post scriptum

1 / 2021

RZEŹBIENIE JEST JAK T EAT R

PIOTR JAKUBCZAK – MALARSTWO

BLOGOWANIE Z KULTURĄ Katarzyna Brus-Sawczuk PROF. IZOLDA KIEC Ot, tak się toczy świat… Agnieszki Osieckiej

MUZEUM WŁÓKIENNICTWA W ŁO DZ I Joanna Nordyńska

KINO ART HOUSE ARTYSTA – ZAKLINACZ STRACHU Renata Szpunar

H A I K U P OGość P O Lspecjalny SKU POST SCRIPTUM

1


NOWOŚĆ!

dla wszystkich miłośników wersji papierowej

SPIS TREŚCI:

DRUK NA ŻYCZENIE

24,95 zł

zamówienia bezpośrednio w drukarni:

4. 28. 32. 72. 78. 100.

PROZA:

Rozstrzygnięcie Plebiscytu na Artystę Roku 2020 Arcydzieła Literatury: Aleksander Sołżenicyn – Marcin Laskowski Felieton Juliusza Wątroby – Chwilówka Artysta – zaklinacz strachu – Renata Szpunar-Kubczyk Opowiadanie Jarka Prusińskiego – Chata nad jeziorem Jarosław Prusiński rozmawia z dr filozofii Małgorzatą Sarnowską

wyczerpane.pl https://www.wyczerpane.pl/post-scriptum-i-2021.html

SZTUKI WIZUALNE:

24. Malarstwo – Ula Dzwonik 36. Wywiad z rzeźbiarzem Lorenzo Quinnem – Renata Cygan 62. Piotr Jakubczak – malarstwo – Jarosław Prusiński

WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:

https://www.yumpu.com/xx/document/ read/65459925/post-scriptum-1-2021

POEZJA:

11. Małgorzata Kulisiewicz – wiersze 12. Izolda Kiec o Agnieszce Osieckiej 18. Iwona Suwała – Poezja i fotografia 22. Tereska – Wanda Dusia Stańczak o poetce-drwalu Teresie 30. 50. 82. 90.

Bachledzie-Kominek Elżbieta Adamiec – wiersze Haiku po polsku – Agnieszka Herman Kącik satyryczny Polecane – Tadeusz Zawadowski

ROZMAITOŚCI:

6. Wywiad z Katarzyną Ruchałą – zastępcą dyrektora 56. 84. 92.

Książnicy Beskidzkiej – Jarosław Prusiński Muzeum Włókiennictwa w Łodzi – Joanna Nordyńska Arthouse Charlie – Joanna Nordyńska Blogowanie z kulturą – Katarzyna Brus-Sawczuk

ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

Foto na okładce:

Lorenzo Quinn

Renata Cygan (redaktor naczelna), Jarosław Prusiński, Katarzyna Brus-Sawczuk, Joanna Nordyńska, Juliusz Wątroba, Izolda Kiec, Renata Szpunar-Kubczyk, Katarzyna Saniewska, Wanda Dusia Stańczak, Robert Knapik, Ewelina Kwiatkowska-Tabaczyńska, Marcin Laskowski. Rysunek satyryczny: Konrad Wieczorkowski. Korekta: Agnieszka Woźniak. Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan. Skład i opracowanie graficzne: Renata Cygan 2 fb: post scriptum email: postscriptum.mag@gmail.com POST SCRIPTUM


WSTĘPNIAK

Reportaż, felieton, esej, recenzja, wywiad – różnorodne formy dziennikarskiego przekazu – dają czytelnikom czasopism, takich jak nasze Post Scriptum, wybór. Stanowią także o sile i głębi przekazu. To ważne szczególnie w przypadku tak subiektywnej, a czasem ulotnej sferze naszego życia, jaką jest Sztuka. Nasi Czytelnicy (a szczęśliwi jesteśmy, że mamy ich coraz więcej) zauważyli zapewne, że szczególne miejsce wśród tych wielobarwnych form wypowiedzi na naszych łamach zajmują wywiady. Ja chętniej nazywam tę formę rozmowami z twórcami, artystami, animatorami kultury. Staramy się uchwycić i zachowywać dla Was te rozmowy w formie możliwie bliskiej oryginałowi, tak, by utrzymać indywidualny styl wypowiedzi naszych interlokutorów, ich cenny, żywy język, spontaniczność, dynamikę i naturalność. Wywiady powinny wzbudzać refleksje i emocje i przypominać raczej pogawędkę między przyjaciółmi, a nie wycyzelowany, przeintelektualizowany, pozbawiony uczuć materiał. Robienie wywiadów to fascynująca przygoda, dzięki której poznajemy niezwykłych ludzi i poszerzamy swoją wiedzę. Gościem specjalnym tego numeru jest artysta wielkiego kalibru – sławny na całym świecie rzeźbiarz – Lorenzo Quinn (prywatnie syn oskarowego aktora, Anthony’ego Quinna). Lorenzo, to niezwykle utalentowany twórca, ale również, a może przede wszystkim, artysta z misją, podejmujący w swojej twórczości ważne tematy społeczne. Jego monumentalne rzeźby pełnią zarówno funkcję estetyzującą, jak i edukacyjną, wskazując na problemy naszej, wołającej o pomoc, planety. Jako wybitny artysta posiada nie tylko umiejętności techniczne, ale zdolność do wytwarzania nowych znaczeń. Miałam przyjemność i zaszczyt osobiście rozmawiać z Lorenzo. Serdecznie namawiam Państwa do przeczytania wywiadu, bo rozmowa była naprawdę fascynująca. Poza tym mamy dla Was dużo dobrej sztuki: poezji, malarstwa, fotografii, a także ciekawostki z biblioteki, kina i muzeum. Gościmy też czwórkę interesujących blogerów, którzy opowiadają nam o kuluarach, historii i sensie prowadzenia blogów. Polecam, zapraszam i życzę miłej lektury.

NUMER KONTA:

Redaktor Naczelna

IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60 UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160 POST SCRIPTUM

3


ARTYSTA ROKU 2020 K R Z YS Z TO F B I E L I Ń S K I

4

POST SCRIPTUM


Plebiscyt na ARTYSTĘ

ROKU 2020 został rozstrzygnięty!

U

biegły rok odcisnął swoje piętno na nas wszystkich. Wielu z nas „oberwało” od wirusa, chorowali nasi znajomi, bliscy, przyjaciele. Jednak nie sama pandemia była największym problemem. Karierę zrobiły słowa: „lockdown” i „obostrzenia”. Artyści, jako grupa, odczuli ciężar tych słów najwcześniej i musieli znosić go najdłużej. Pozamykano kina, teatry, odwołano koncerty, wystawy, spotkania autorskie. Dlatego właśnie redakcja naszego magazynu postanowiła choć trochę wesprzeć ludzi, którzy żyją z talentu i ciężkiej pracy, dając nam swoje serca i dusze. Paradoksalnie to dzięki Artystom jakoś udało się nam wszystkim przetrwać te wszystkie lockdowny. Dzięki muzyce, filmom, książkom. Po długich naradach postanowiliśmy zorganizować plebiscyt na Artystę Roku 2020. Pomimo i wbrew pandemii. Przy nominacjach kierowaliśmy się kilkoma przesłankami: wartością artystyczną, talentem, osobowością, oryginalnością. Plebiscyt przerósł nasze (najśmielsze, chciałoby się powiedzieć, choć śmiałości nam nie brakowało) oczekiwania. Akcja bardzo szybko przetoczyła się przez internet, co przełożyło się na imponujący zasięg – ponad 120 tys. osób odwiedziło po raz pierwszy nasz fanpage (żywych ludzi, nie robotów linkujących). Chcemy, żeby ten plebiscyt wpisał się na stałe w kalendarz wydarzeń artystycznych i żeby obok aktualnego zwycięzcy w kolejnych latach podium zajmowali równie wspaniali Artyści. Nie przedłużamy już, bo ci z Was, którzy być może jeszcze nie wiedzą, chcą się w końcu zapoznać z wynikami. Mamy zaszczyt przedstawić piątkę finalistów: 5. KRZYSZTOF KONOPKA – malarz-orapista. Prekursor nowego nurtu malarstwa, niezwykle wrażliwy i utalentowany. Prywatnie człowiek bardzo skromny i przesympatyczny. 4. SEBASTIAN MOŃ – jego magiczne obrazy przywodzą na myśl mistrza Beksińskiego, ale pomimo inspiracji, Sebastian idzie własną drogą, daje sztuce coś od siebie. To nieuchwytne COŚ, dzięki czemu trudno pomylić go z kimś innym. 3. ALICJA STAŃSKA – niezwykle ciekawa osobowość. Hafciarka, która ukończyła prestiżową, paryską szkołę haftu i kryminolog w jednym. Jej sztuka jest jedyna w swoim rodzaju: mocna, czysta w przekazie, zaciskająca się na duszy odbiorcy jak imadło. A wszystko to za pomocą delikatnego haftu! 2. TAMARA RAVEN – wybitna osobowość sceniczna. Piosenkarka o czystym, charakterystycznym głosie. W jej muzyce słychać szum ciepłego wiatru. Czuć gorące promienie wschodzącego latem słońca i chłód listopadowych wieczorów. Słychać tęsknotę za Ojczyzną. A może coś zupełnie innego? Musicie posłuchać sami. Wśród takich postaci (wymieniliśmy zaledwie czwórkę z dwudziestki, a każdy z nominowanych wart jest osobnego wyróżnienia) trudno o wytypowanie zwycięzcy. Całe szczęście, że Wy zrobiliście to za nas, oddając swoje głosy na ulubionych Artystów (gdyby zależało to od nas i zaprzyjaźnionych z nami znawców sztuki, którzy pomagali nam przy przy ustalaniu listy nominacji, skończyłoby się na jednym wielkim skłóceniu wszystkich ze wszystkimi, bo każdy miał swoich faworytów, których by pewnie bronił do upadłego). Ostatecznie zwycięzcą plebiscytu został znakomity, polski fotograf teatralny i abstrakcyjny:

KRZYSZTOF BIELIŃSKI Sylwetkę laureata przedstawimy bliżej w czerwcowym numerze naszego magazynu. Galę wręczenia statuetki, ze względu na aktualną sytuację pandemiczną, przewidzieliśmy na lipiec tego roku. Mamy nadzieję, że wirus latem odpuści i uda się spotkać z Czytelnikami i Artystami na żywo. Przygotowujemy też wariant on-line dla tych, którzy nie będą mogli osobiście wziąć udziału w wydarzeniu. Zaglądajcie do nas na fanpage, bo tam pojawią się szczegóły. [PS]

POST SCRIPTUM

5


KATARZYNA RUCHAŁA

D

ziś naszym gościem jest pani Katarzyna Ruchała, zastępca dyrektora Książnicy Beskidzkiej. Zgodziła się z nami porozmawiać o tym, jak wygląda czytelnictwo w Polsce na przełomie lat 2020 i 2021. 4000 lat p.n.e. pismem klinowym posługiwali się Sumerowie, pismo węzełkowe (nieodczytane do dziś) pojawiło się w Ameryce Południowej 1800 lat p.n.e. (używane przez Inków). Pismem wreszcie posługiwali się Celtowie i Wikingowie (pismo runiczne), a także, jak sądzę, Słowianie (kroniki rzymskie wspominają o tym, że Słowianie podpisywali posągi swoich bogów), nie wspominając o Rzymianach i Grekach. Mitologia Sumerów zaczyna się od tego, że na początku nie było nic, a potem wypowiedziano słowa i stały się rzeczy. Słowa przed rzeczami. Jakże piękna symbolika! Czy w roku 2021 wciąż pamiętamy o magii słów? Czy ludzie wciąż czytają książki? Nadal cenią słowa, czy bardziej zajmują ich rzeczy? Jak to wygląda z perspektywy pracowników biblioteki? Jakie książki są najchętniej wypożyczane? Kryminały, literatura kobieca oraz książki sensacyjne. Niewiele się zmieniło w preferencjach Czytelników na przestrzeni ostatnich kilku czy kilkunastu lat. Spotkałem się z opinią, że z bibliotek korzystają emeryci, a młodzi ze smartfonów. Nie do końca zgadzam się z tą opinią. Wielu emerytów wypożycza książki, jednak największą grupę naszych Czytelników stanowią osoby pracujące. Młodzi (czyli kto?) korzystają głównie z lektur oraz czytają literaturę fantastyczną, jednak trzeba przyznać, że bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się kody do e-booków na platformie Legimi, które można czytać na smartfonach. Jednakże w mojej opinii e-booki i audiobooki nie konkurują z tradycyjnymi książkami papierowymi, lecz stanowią ich uzupełnienie.

6

POST SCRIPTUM


Czy biblioteki w jakiś sposób promują dobre książki, czy poddają się reklamie i proponują książki znanych autorów, dlatego że są

„lekkości”, o której mówiliśmy? Czy biblioteki nie powinny być świątyniami słowa podczas zalewu tandety? Zwłaszcza teraz. Co Pani o tym myśli?

W naszej bibliotece staramy się

Charakterystyczną cechą ostatnich dekad jest ogromne tempo rozwoju i przemian zachodzących w świecie. Wymusza ono elastyczność i ciągłą redefinicję funkcji bibliotek. W ostatnich dwudziestu latach biblioteki stały się ważnymi punktami na mapie – centrami kultury, informacji i edukacji, są też miejscami spotkań i przestrzenią oddaną na potrzeby działania lokalnych społeczności. Aby człowiek mógł się rozwijać i uczyć, potrzebuje do tego odpowiedniego miejsca oraz narzędzi. W nowoczesnych bibliotekach projektowane są sale warsztatowe, a także przestrzenie, w których wciąż w ciszy i spokoju można oddać się lekturze czy nauce.

znani, a nie dlatego, że dobrzy?

dokonywać zakupów dla szerokiego grona odbiorców, kupujemy literaturę topową oraz autorów niszowych. W dzisiejszych czasach trudno narzucić Czytelnikowi zmianę gustu czytelniczego. Fakt jest taki, że ludzie wolą literaturę topową ze względu na dobrą reklamę w mediach oraz chęć zrelaksowania się przy lekkiej lekturze. Nie można jednak nie zauważyć rosnącego zainteresowania książkami, które zdobywają nagrody literackie. Bibliotekarze starają się przede wszystkim promować czytelnictwo, poprzez sprostanie oczekiwaniom Czytelników. Obecnie zauważamy trend powrotu do literatury klasycznej i to bardzo często wśród młodych osób w wieku szkolnym oraz studentów. Ja sama staram się nie oceniać gustów czytelniczych. Literatura „ambitna” wymaga od Czytelnika zaangażowania, a co za tym idzie czasu i skupienia. Niestety w dzisiejszym świecie jest to towar deficytowy i być może dlatego wolimy czytać literaturę lekką, przyjemną zapewniającą rozrywkę. To przecież można połączyć! Może być przyjemnie i wartościowo zarazem. Dobra literatura nie musi być ciężka jak kowadło. Jeśli jest trudna, to pewnie nie jest aż taka wartościowa, jak się wszystkim wydaje. Nie sądzi Pani? Z pewnością! Ale ta „ciężkość” zależy od indywidualnej wrażliwości Czytelnika. Nikt nie ma wagi, która mogłaby ją obiektywnie ocenić. To co dla Pana jest piękne, dla innego będzie zbyt ciężkie. Jakie wyzwania stoją przed bibliotekami w obecnych czasach? Może teraz ich rola jest jeszcze ważniejsza niż kiedyś? Może to właśnie one powinny kształtować czytelnicze gusta. Dodawać tej

Dostrzegając potrzebę zmian, buduje się nowoczesne biblioteki, których przestrzeń pod względem wizualnym i funkcjonalnym dostosowana jest do potrzeb współczesnego użytkownika. Część bibliotek jest modernizowana, zyskując nowe aranżacje i przestrzenie do działalności. Biblioteka to już nie tylko książki papierowe, to miejsce spotkań. Miejsce, gdzie wypożycza się filmy, muzykę, gry oraz e-booki. Biblioteki publiczne idą z duchem czasu i dzięki temu mają się dobrze, a ich oferta cieszy się szerokim zainteresowaniem. To wszystko zmienia podejście do bibliotek, przyciąga ludzi. Co do wyzwań, przed jakimi stoją dzisiejsze biblioteki, to w dalszym ciągu zachęcanie do czytania na wszystkie możliwe sposoby. Odpowiadając na pytanie: czy biblioteki powinny być świątyniami słowa pośród zalewu tandety? Nie sądzę. Uważam, że każdy ma prawo do własnych opinii i poglądów. Trudno fanki harlequinów zmusić do czytania bardziej ambitnej literatury.

Każdy z nas ma prawo wyboru i nie można nikogo zmuszać do czytania określonych książek, tak samo jak nie można wymagać od konesera jajecznicy, aby uwielbiał kawior. Z gustami się nie dyskutuje. Zadaniem biblioteki publicznej jest promowanie szeroko pojętego czytelnictwa. Jeżeli będziemy zarzucać ludziom, że czytają „tandetę”, to zarówno słowo pisane, jak i biblioteki przestaną mieć rację bytu. Proszę nie zapominać, że istnieją również biblioteki naukowe oraz klasztorne i wiele innych, które nieustannie są świątyniami słowa, pośród zalewu „tandety”. Ja bym podsuwał wielbicielkom harlequinów np. Kwietniową Czarownicę albo Trzy godziny ciszy. Koneserom kryminałów Simona Becketta i jego Chemię śmierci albo Roberta Galbraitha (czyli J. Rowling). Nikt nie rodzi się z wyrobionym gustem. Pamiętam moją szkolną bibliotekarkę i książki, które mi podsuwała. Od Króla szczurów po Małe zielone ludziki. To między innymi dzięki niej jestem w takim punkcie swojej czytelniczej i pisarskiej drogi, a nie innym (pozdrowienia dla pani Danusi, bo wiem, że czytuje Post Scriptum). A jakie są Pani książkowe fascynacje? Nieustannie zachwycają mnie książki Charlesa Dickensa, Marka Twaina, Ernesta Hemingwaya. Uwielbiam czytać reportaże, które pokazują jakąś konkretną historię bądź opisują konkretne wydarzenie. Cenię sobie reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, Hanny Krall czy też Wojciecha Jagielskiego. Każdemu kto jest miłośnikiem literatury faktu, gorąco polecam fantastyczną trzytomową Antologię polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szczygła. Oczywiście ze względu na wykonywany zawód czytam też inną literaturę: powieści, kryminały, książki sensacyjne, psychologiczne. Książka musi mnie zaciekawić, wywołać emocje, mam ją zapamiętać.

POST SCRIPTUM

7


Praca w bibliotece była wyborem czy przypadkiem? Jest to zawód, o którym przeciętni ludzie myślą – miły, łatwy i przyjemny. Tymczasem współczesny bibliotekarz to między innymi animator kultury, osoba o wszechstronnych zainteresowaniach, przewodnik po świecie informacji. Moja historia pracy w bibliotece jest dość długa. Na pytanie „Czy była przypadkiem?” nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie. Z perspektywy lat uważam, że w moim życiu nie ma przypadków. Wszystko ma swój czas i sens. Jako dziecko marzyłam o tym, aby zostać bibliotekarzem. Od 4. klasy szkoły podstawowej byłam wolontariuszem w bibliotece szkolnej. Uwielbiałam to miejsce. Potem

dorosłam, zmieniły się marzenia i priorytety. Realizowałam się zupełnie w innej dziedzinie, aby ostatecznie trafić do biblioteki. W bibliotece wykonywałam wszystkie rodzaje prac bibliotecznych. Pozwoliło mi to poznać bibliotekę kompleksowo. Obecnie zajmuję się promocją czytelnictwa oraz wyznaczaniem kierunków działania biblioteki. Praca ta poprzez swoją różnorodność daje mi wiele satysfakcji, jest ciekawa, a co najważniejsze cały czas pozwala mi się rozwijać. Spokojnie mogę powiedzieć, że czuję się spełniona. Żyjemy w świecie obrazkowym. Książka jest wymagająca, trzeba jej poświęcić czas i pełną uwagę. Nie można czytać powieści, jednocześnie gotując lub pisząc wiadomości

ZAJMUJĘ SIĘ PROMOCJĄ CZYTELNICTWA ORAZ WYZNACZA NIEM

Nieustannie zachwycają mnie książki Charlesa Dickensa, Marka Twaina, Ernesta Hemingwaya z przyjaciółmi. Film na to pozwala, a książka nie. Czy to jest zmierzch słowa pisanego? W dobie audiobooków można robić wiele rzeczy równocześnie. Można gotować przysłowiowy obiad lub prowadzić samochód, czytając, a raczej słuchając lektury. Czasami, co najwyżej można przypalić ziemniaki, jeśli lektura sprawi, że zapomnimy, gdzie jesteśmy lub co robimy. Nie wydaje mi się, abyśmy mogli mówić o zmierzchu słowa pisanego. Nawet jeśli mamy w ręku audiobook, to musimy pamiętać, że jest on efektem właśnie słowa pisanego. Czesław Miłosz powiedział, że w Polsce jest więcej piszących niż czytających. Jest w tym ziarno

8

POST SCRIPTUM

gorzkiej prawdy, czy to jedynie licentia poetica? Coś w tym jest. Dzisiaj każdy może wydać sobie książkę, a jeżeli jest jeszcze dobrym marketingowcem, to może być pewien sukcesu. Na rynku wydawniczym co rusz pojawia się nowy autor, ale również i ci, którzy na nim są od lat, potrafią w ciągu roku wydać kilka książek, co kiedyś było nie do pomyślenia. Można zastanawiać się nad tym, czy to jest dobra literatura. Które artystyczne wydarzenia organizowane przez Książnicę Beskidzką najbardziej zapadły Pani w pamięć? Takich

wydarzeń

było

całkiem


B

iblioteka

to już nie tylko książki papierowe, to miejsce spotkań. KIERUNKÓW DZIAŁANIA B IBLIOTEKI.

dużo. Gdybym miała wymieniać, to głęboko w pamięć zapadły mi spotkania z Ryszardem Krynickim, Andrzejem Stasiukiem, Olgą Tokarczuk, Eustachym Rylskim, ale także z Michałem Ogórkiem, Jerzym Bralczykiem czy też Mariuszem Szczygłem. Każde z tych spotkań było inne i wniosło coś nowego, jakiś ładunek emocjonalny i to jest pozytywne. Kultura, w której żyjemy, powoduje, że stale oceniamy innych. Staram się tego nie robić. W różności jest piękno. Katarzyna Ruchała prywatnie. Jaka była w wieku lat 20 i obecnie, w wieku lat 22? ;) Byłam trochę młodsza :) Marzenia, plany? Chciałaby Pani skoczyć ze spadochronem, wybrać się w Himalaje, przeżyć coś niesamowitego? Skąd takie ekstremalne pomysły dla mnie? Kocham świat i życie, które na co dzień dostarcza mi wiele emocji. Jeżdżę na nartach, rowerem po

górach, przyznaję, dość ekstremalnie. I to chyba mi wystarcza. Ponadto uwielbiam zwiedzać świat, poznawać różne kultury. Sporo już widziałam, ale sporo jeszcze, mam nadzieję, przede mną. Dla mnie niesamowite jest to, że mam z kim to wszystko robić. No i na koniec: jak Pani biblioteka odczuła pandemię? Jest bardzo źle czy tylko źle? Pandemia COVID-19 sprawiła, że cała nasza dotychczasowa rzeczywistość zatrzymała się. Zmuszeni byliśmy z dnia na dzień zawiesić dotychczasowe działania i sposób ich realizacji, wypracować nowe metody pracy i komunikacji, zrezygnować z wielu projektów. Musieliśmy zamknąć drzwi przed naszymi Czytelnikami i na nowo przemyśleć formy swoich działań. Bibliotekarze Książnicy Beskidzkiej bardzo szybko odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Działalność kulturalna i edukacyjna przeniesiona została do sieci. Ich pomysłowość i kreatywność sprawiły, że nie straciliśmy kontaktu

z czytelnikiem. Dzisiaj z satysfakcją mogę powiedzieć, że nie sprawdziły się przewidywania wielu osób o zmierzchu czytelnictwa. Nasi czytelnicy z radością do nas powrócili, kiedy to tylko było możliwe. Problem, który występuje, dotyczy czytelnictwa dzieci. Niestety to ta grupa wiekowa podlegała największym obostrzeniom reżimu sanitarnego. I to właśnie w tej grupie wiekowej odnotowaliśmy najwyższe spadki, które – już dzisiaj to widzimy – będą trudne do odrobienia. Generalnie w całej sieci (18 placówek) odnotowaliśmy spadek 20 proc. w stosunku do 2019 roku, a przewidywany był spadek co najmniej 40 proc. Jest to wiadomość pozytywna i dobrze wróży czytelnictwu na przyszłość. Bardzo dziękuję za poświęcony czas na rozmowę. Spełnienia marzeń, Pani Kasiu. [JP]

POST SCRIPTUM

9


10

Grafika: Renata Cygan

POST SCRIPTUM


KAPLICZKA NA SKRAJU DROGI O Yasmin Yasmin! dziewczyno jasnowłosa dziewczyno białowłosa wołam cię w rozkwicie jak jaśmin białym wołam na końcu drogi biel twej sukni rozmywa się jak mgła znikasz O Yasmin przyszłaś jak duch znikasz jak duch stamtąd O Yasmin biała moja dziewczyno matko moja Yasmin

SPRZEDAWCY JAŚMINU Biały dar Boga kolczyki i bransolety bransolety i kolczyki jaśminowe ofiarowuje ojciec w przeddzień ślubu swej córce mąż kładzie gałązki jaśminu obok starego ciała żony jako pożegnalny podarunek Dar Boga Biały Dar niedaleko świątyni sprzedawcy jaśminu warzą los strząsają śnieżny pył z kwiatów na drogę bez powrotu

M A Ł G O R Z ATA ODBLASKI Jaśminowe raje zarosły piołunem, niszczeje pradawna zieleń. Przez szczerbaty mur uciekły ogrodowe krasnale i żaby. Wyblakły kurz stopniowo pokrywa pamięć po jaśminowych ludziach, którzy odbijają się czasem w lustrze jeziora, jakby lubili tu do nas wracać.

KULISIEWICZ

POEZJOBRANIE Liść czerwony piorunem strąca, w listopadowy spleen nas wplata, jak w babiego lata warkocz. Jeszcze nie pora na odlotów jesień, nie ptakami jeszcze-śmy, lecz snem złotym niedopełnionym, dalekim, bez końca. Jesiennym poezjobraniem piękna świata.

POST SCRIPTUM

11


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

I Z O L D A

K I E C

Ot, tak się toczy świat…

AGNIESZKI OSIECKIEJ Pomnik A. Osieckiej w Opolu (autor: Marian Molenda)

Koledzy ze Studenckiego Teatru Satyryków mówili o piosenkach Osieckiej „Agusiowate”, a ona o sobie – „polityczna gapa”. Ponieważ jej świat funkcjonował na własnych prawach, odległych od politycznych kalkulacji i narodowych symboli. O tym, jaka jest rzeczywistość wokół, dowiadywała się ze zdziwieniem, ale i z pokorą przyjmowała tę wiedzę. W jednym ze swoich najpiękniejszych utworów, zatytułowanym Nie żałuję, napisała: Że w tym kraju przeżyłam te kilka podłych lat. Nie, nie żałuję. Że na koniec się dowiem: ot, tak się toczy świat. Nie, nie żałuję. Nie żałowała – poświęciła bowiem całą swoją uwagę i swój talent Okularnikom, Kochankom z Kamiennej, Donkiszotom, Mężczyznom z Przeszłością i Kobietom po Przejściach. Których historii lubiła słuchać. I którym stworzyła ciepły kąt na przetrwanie oraz dobrą pogodę na szczęście. W uważnych słowach, w najpiękniejszych melodiach.

12

POST SCRIPTUM

*** Agnieszka Osiecka miała własną wersję stworzenia świata, zapisaną w utworze Gonią wilki za owcami. Oto w siedmiodniowym trudzie „Bozia, pan Stworzenia” wystrugał porządek natury z „drewieneczka najtwardszego”:

Zrobił Pan Bóg ziemi grudę i zimowe ptaki chude zrobił mrówki z mrówczętami Odrę Nysę z dopływami.

Tę istniejącą z woli i pod opieką Boga krainę zaludniają – niczym balową salę przygotowaną na przyjęcie gości – Agusiowi melancholicy, dzieci Saturna ze swoim słynnym „nic, które boli” w sercach i w duszach. Między nimi znajduje się dziewczyna z walizkami pełnymi snów, z nadzieją na dobry los, z tęsknotą i pożarem w sercu. Tutaj kończy swoją nieudaną podróż, by rozpocząć nowe życie pytaniem: „Kto powie, ile potrwa świat i ja?” Być może to właśnie ona nazwie tę przestrzeń Rajem – i postanowi… znaleźć w niej odrobinę szczęścia: nie wiedziałam, że ja także będę Ewą, nie wierzyłam, nie czekałam, nie przeczułam w głębi snu, że jeżeli jest gdzieś niebo, to tu, to tu.

Śladem dziewczyny podążają kolejni przybysze – „niekochani i kochani / odtrąceni i wybrani / lokatorzy cudzych marzeń / bohaterzy wielkich zdarzeń / dzieci Ziemi nieserdecznej / samotności niebezpiecznej”, a zatem: Małgośki i Marzanki, polskie Madonny, Szpetni Czterdziestoletni, Rafael, Zdzich i Okruszek, Cyganka, Renata, Jagna, Bronka i Maria – pachnąca miętą albo bzem…


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

Płaskorzeźba upamiętniająca bohaterów piosenki Agnieszki Osieckiej w Łodzi przy ul. Włókienniczej 2 (dawniej ul. Kamienna) (autor Wojciech Gryniewicz)

Zbłąkanym w nieznanym świecie podróżnym wydawać się może, iż „wystarczą pieniądze na bilet i jesteś już u Raju bram”. Lecz to nie wszystko. Gdyż warunkiem uczestnictwa w balu jest odnalezienie partnera do zabawy – samotny taniec to szaleństwo, to gest wariatki wirującej w czerwonej poświacie, z czerwoną udręką w sercu. W tym świecie, stworzonym przez prywatnego Boga Agnieszki Osieckiej, ludzkie życie toczy się na wzór funkcjonowania natury. Skoro Odra i Nysa posiadają swoje dopływy, a mrówki mrówczęta, to i człowiek musi mieć towarzysza, przyjaciela, kochanka. Prawo to zamyka się w prostym, wystylizowanym na ludową mądrość, zatem prawdę odwieczną i niepodważalną, stwierdzeniu: „Gonią wilki za owcami / a chłopaki za babami / a dziewczyny za zamęściem”. Samotność postrzegana jest tutaj w kategoriach grzechu. „Byłam sama, jestem sama / resztę grzechów dobrze znasz” – wyznaje w pięknej modlitwie do Matki-Ziemi jedna z bohaterek Osieckiej. Skąd zatem w świecie tym, zbudowanym na wspólnocie dwojga, tak wielu grzeszników – zdradzonych, zranionych, skrzywdzonych? Okazuje się, że podczas aktu stworzenia:

Zaczął Pan Bóg szczęście lepić z lustereczka maluśkiego jedno tylko dostał w sklepie nie wystarczy dla każdego.

W los człowieka rwącego się do tańca na balu, gdzie gospodarzem i wodzirejem jest sam Bóg, z góry wpisane więc zostało cierpienie: opuszczenie, zwątpienie, samotność. O chwile szczęścia – tak nieliczne – należy zabiegać, wykradać je Stwórcy, naturze, innym ludziom, gdyż jedynie: „Ten ma szczęście, kto ukradnie / bo za mało w świecie tego”. Przy innej okazji pada pytanie: „Czy warto życie zamieniać we łzę?” – i zaraz po nim refleksja: „Dla wszystkich ludzi nie starczy wszak wina”. Z tego stwierdzenia, że szczęście nigdy nie jest trwałe, wynika zasada kierująca postępowaniem bohaterów Osieckiej: „Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go”… Złodzieje szczęścia nie żyją poza dobrem i złem, lecz wobec dobra i zła, a zatem doznają na przemian to bólu i trosk, to radości i upojenia życiem – kosztują „to słodkie rodzynki / to gorzkie migdały”. Dopiero przecież doświadczenie zmienności losu pozwala na osiągnięcie pełni człowieczeństwa: nie przypadkiem Stwórca ulepił szczęście z lustereczka – magicznego symbolu samopoznania i refleksji nad własnym miejscem w świecie. Samowiedza zaś i świadomość siebie nie są możliwe bez rozpoznania wszelkich stron i odcieni egzystencji, pełnia szczęścia jest nie do osiągnięcia bez znajomego smaku łez, goryczy opuszczenia i klęski. Grzechem, którego nie pojmie kochający i cierpiący człowiek ani nie wybaczy Bóg,

POST SCRIPTUM

13


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

Agnieszka Osiecka i Bułat Okudżawa w Warszawie w 1992 r. (źródło: NAC)

Krystyna i Henryk Grynbergowie, Agnieszka Osiecka i Julian Stryjkowski, 1967 r. (źródło: Polona)

jest nieumiejętność odczuwania smutku i radości istnienia, a więc niezdolność tak do ofiarowania, jak i do przyjęcia miłości.

Była dla niego laleczką, Zabaweczką liryczną przed snem. On zaś był jej potrzebą serdeczną – królewiczem, paniczem i lwem. Dał jej szminkę, puder, tusz. Dał jej może tysiąc róż, ale serca swego – cóż, serca nie dał, pewno nie miał

– to tancerz z Naszego ostatniego bolera. Być może ten sam, a z pewnością taki sam mężczyzna jak ten, którego inna bohaterka pyta: „Kto nauczył cię tak ładnie patrzeć na łzy?” Przestrogą dla takich właśnie, nieczułych i bezdusznych kochanków jest historia Jagny z ulicy Próżnej i Jana kancelisty. „A on był dla niej jak młody bóg, / Żebyż on jeszcze kochać mógł” – wzdycha autorka, która opowiada o losie dziewczyny zdradzonej przez podłego chłopca:

14

POST SCRIPTUM

Przez niego więc siebie zabiła ta, co z miłości tańczyła, Bóg jej wybaczył czyny sercowe i lody podał jej malinowe.

Bóg bowiem opieką otacza nieszczęśliwych, porzuconych i odtrąconych, lecz o zdolnych do kochania sercach. Sprawiedliwość wymierza tym, których jedyną odpowiedzią na ofiarowane uczucia są zdrada, kłamstwo lub obojętność. Przyszłość Jana kancelisty to dla nich ostrzeżenie, dla wszystkich oszukanych zaś – dowód nieustannej obecności na balu współczującego i współodczuwającego Niebieskiego Wodzireja: Posłuchaj, niewierny kochanku, co nienawidzisz poranków: wróci do ciebie jeszcze ta trumna, gdzie leży twoja kochanka dumna. Bo taki, co kochać nie umie, przegra – choć wszystko rozumie. Bóg cię pokarze swą nieczułością za to, żeś gardził ludzką miłością.


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

Naprzemienność cierpień i szczęść wpisanych w ludzki los stanowi odzwierciedlenie cyklicznych zmian zachodzących w przyrodzie. Wiosna i lato oznaczają szczęście, miłość, obecność kochanej i kochającej osoby, a wśród barw przewagę zieleni – symbolu nadziei i odradzającego się życia. „Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, / ja jeszcze z wiosną się roztańczę!” – zapowiada bohaterka utworu W żółtych płomieniach liści. „Zielono mi i spokojnie” – tak zaczyna się jedno z najpiękniejszych w polskiej piosence wyznań miłości, składane podczas letniej nocy, w rozświetlonym blaskiem księżyca lesie: Zielono mi i spokojnie bo dłonie masz jak konwalie noc pachnie nam jak ten młody las popielatej pełen mgły a w ciszy leśnej tylko ja i ty… Zielono mi jak w niedzielę Dziękuję ci, najmilsza ma, za tę zieleń. Zielono mi, bo ty, właśnie ty w noc i we dnie mi się śnisz i jesteś moją ciszą w czasie złym…

Inaczej jesień i zima – te kojarzą się z rozstaniem, opuszczeniem, samotnością. Nic dziwnego zatem, że dominują tu kolory zdrady (czerwień) i żałoby (czerń i fiolet). Ponury, mroźny świat jest jak coraz bardziej zamieniające się w grudkę lodu serce kochanka. Panowanie zimy w przyrodzie okazuje się tyleż znakiem, który ofiarowuje natura jako zapowiedź nieuchronnej odmiany losu („zamarzają na śmierć kartofliska / wiem, że pora rozstania jest bliska”), ile projekcją rozterek kobiety przeczuwającej kres miłości: Jeszcze oczy ci rozjaśnia moje słowo i mój gest, jeszcze świecę ci jak gwiazda, ale to już nie tak jest. Jeszcze tyle trzeba przebyć niewesołych bladych zim… Czy nam zimy wynagrodzi letnich ognisk wonny dym? Pod śniegiem świat pochylony, siwieje mrozu brew, to pora zmierzchów czerwonych, to pora czarnych drzew. A wiatr w kominie śpi, bo ciemno. A ja? Co ja? Co ze mną?...

Rytm funkcjonowania przyrody – tym samym ludzkiego życia – odpowiada boskim planom funkcjonowania świata, gdzie po każdej kolejnej

apokalipsie następuje odrodzenie, po potopie arka wyrusza na morze, a zatem po każdym rozstaniu nadejść musi nowa miłość: Za parę lat wypłyniemy znów na wodę, za parę lat pogonimy znowu w szkodę, we włosach kwiat, choć te włosy już niemłode, snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal… Za parę lat na kulawej naszej barce ruszymy w świat, ja – dziewczyna, a ty – harcerz, popłynie śpiew: „kto nie służył w marynarce”… Snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal… Na pokład nasz zabierzemy zwierząt parę, niech będzie kot, jakaś kura czy kanarek, i znowu „start”, nastawimy znów zegarek – snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal…

Złodziejem szczęścia jest się przez całe życie. To bowiem nie profesja ani wyuczona lekcja, lecz sposób na osiągnięcie pełni istnienia, na poznanie świata w każdym jego wymiarze. Na poszukiwanie kolejnej przygody, nowej miłości czas jest zawsze i dla każdego – tak długo, dopóki trwa bal, gra orkiestra i oczekują na swój Wielki Występ kolejni tancerze. Nawet po najcięższych trudach i doświadczeniach, na przekór osamotnieniu i upływającemu czasowi, nastaje wreszcie „dobra pogoda na szczęście”. Przemijające lata nie oznaczają kresu wędrówki do miejsc, „gdzie kochają nas”. Skoro „serce wciąż bije, to serce, ten drań”, nie liczą się granice czasu i bariery wieku. Młodość kończy się dopiero wraz z pytaniem: „Ach panie, panowie / Czemu ciepła nie ma w nas?”... Tymczasem jednak trzeba wierzyć w wygraną. Tak naprawdę nawet samotni złodzieje szczęścia nie pozostają sami. We wszystkich przygodach, decyzjach i wyborach towarzyszy im – wzywająca „na szlaki szczęść i bied” – ich siostra „nadziejka-złodziejka”, która: Mówi, że będzie lepiej, że miłość kupisz w sklepie, że niebotyczne niebo pochyli się nad tobą, i potanieje słońce nam jak pajda chleba, jak wódki sto gram!

POST SCRIPTUM

15


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

Dlatego samotny Rafael zyskuje zapewnienie: „Gdzieś na tym świecie jest dziewczyna / której nie śmieszy to / to twoje imię znaczy dla niej / srebrną noc, złoty dzień, śniegu biel…”, a porzucony chłopiec otrzymuje radę, by poszukać Weroniki – przynoszącej zwycięstwo: Jedna zła dziewczyna to nie wszystko, Po ziemi chodzą Weroniki śliczne, […] Ich serca są jak ciepłe winogrona, Zachowaj dla nich swoje serce czyste, Wracaj, wracaj do nas.

„Wracaj do nas” – gdyż w rozgoryczeniu, samotnie, nie należy opuszczać balu. Tylko jego wodzirej i kreator może podjąć decyzję

A

GNIESZKA OSIECKA

o zakończeniu zabawy, o przemianie karnawałowych psot w ponury dance macabre. Bóg Agnieszki Osieckiej bowiem, zapraszając zbłąkanych wędrowców na bal, umieszczając ich w gronie wybranych, którym dane jest przeżyć „karnawał – w życiu raz”, daje im wolność wyboru – partnera, balowego kostiumu i rodzaju tańca. Z daleka obserwuje swoich podopiecznych i – jak Deus ex machina rodem z antycznego teatru – pojawia się na każde ich wezwanie, by wskazać właściwy (cóż, że nie zawsze ten najłatwiejszy…) wybór dalszej drogi:

Daj mi Panie rozpoznanie Bym wiedziała co jest co Czy mam wszystko mówić mamie Czy zostawić to i to To i to, ta i ta Deus ex machina… Daj mi Panie rozpoznanie Kim ja jestem, kim ach kim Czy mam zostać leśnym drwalem Czy z wojskami iść na Rzym To i to, ta i ta Deus ex machina… Daj mi Panie rozpoznanie Czy ja z dobrych czy ze złych Czy to twoje jest rozdanie Czy mam karty w rękach swych To i to, ta i ta Deus ex machina… Daj mi Panie rozpoznanie Czy mam oddać się na złom Czy dostawszy tęgie lanie Jeszcze nie pchać się na prom Daj mi Panie rozpoznanie Czy szaleństwo jest tuż, tuż Czy to tyś miał Panie w planie Żeby nie żałować róż. To i to, ta i ta, Deus ex machina… Daj mi Panie rozpoznanie Czy zaryczy ranny łoś Kiedy przyjdzie już konanie Czy zapali światło ktoś. To i to, ta i ta, Deus ex machina…

16

POST SCRIPTUM


Izolda Kiec o OSIECKIEJ

„Daj mi Panie rozpoznanie” – oto jedyna prośba złodziei szczęścia. Reszta to już słowa podzięki za „cuda fantastyczne”, za to, że „dałeś nam czas, że słuchasz i oglądasz nas”. Ponad świadomością, iż wszyscy balowi goście to tylko „zabawki Pana Boga”, dominuje wdzięczność za tę jedną Wielką Szansę, za wyrozumiałość i dyskretną opiekę. Tym samym Agnieszka Osiecka przywraca swoim bohaterom status platońskiej zabawki zmyślnie wykonanej przez Boga, nie degradując jednak ludzkiego bytu, lecz postrzegając człowieka jako doskonałe Boże dzieło, jako „księcia stworzeń”. Dlatego próżno szukać wśród postaci Osieckiej stoików lub sceptyków. Tu wszystkim rządzą emocje, żarliwa wiara w naturalny ład świata, w dobro i piękno człowieka (Człowiek piękny jest – tak zatytułowała autorka jeden ze swoich ostatnich utworów), oraz chęć właściwego wykorzystania każdej ofiarowanej chwili istnienia, gdyż radości życia towarzyszy świadomość, że człowiek przebywa na balu „przelotnie jak ptak”, a pozostaje po nim jedynie „najczarniejsza z gwiazd”.

W tym odwiecznym teatrze świata zamienionym u Osieckiej na balową salę obowiązuje perspektywa moralna – nie jest ważna liczba przetańczonych godzin, dni, lat, lecz sposób, w jaki prosi się partnera do tańca i umiejętność stawiania właściwych tanecznych kroków. Ecce homo – to jedyna rola, jaką wyznacza Bóg-wodzirej aktorom-tancerzom, sposób i styl zachowania w balowej sali zależą wyłącznie od wskazanych. „Warto żyć” – przekonuje jeden z tancerzy. „Kręć się, kręć się, katarynko – wtóruje inny. – Dalej, póki starcza siły!” I wreszcie – sama Agnieszka Osiecka: „Nie żałuję”… Że nie dałeś mi, Panie, zasypiać słodkim snem. Nie, nie żałuję. Że nie byłam przez chwilę szarotką ani lwem. Nie, nie żałuję. Nie, ja nie żałuję, Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, Panie mój.

[IK]

Izolda Kiec z Osiecką w Opolu. Autor zdjęć: Marek Dybizbański

Izolda Kiec – prof. dr hab. w zakresie kulturoznawstwa; literaturoznawczyni i teatrolożka; prezeska Fundacji Instytut Kultury Popularnej, zatrudniona w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu (w Katedrze Kuratorstwa i Teorii Sztuki). Autorka artykułów i monografii książkowych poświęconych literaturze i teatrowi XX wieku oraz formom kultury popularnej. W 2015 r. wyróżniona przez minister kultury odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. W 2016 i 2020 r. stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatura. W roku 2017 stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego.

POST SCRIPTUM

17


IWONA SUWAŁA F

O

T

O

G

R

A

F

I

A

P

O

E

Z

J

A

CZARNA JESIEŃ Lodzia uwielbia czekoladowe aniołki których ojciec nie zdołał sprzedać na odpuście dzieli je na siedem kawałków miłości ósmy rusza się w maminym brzuchu niecierpliwie czekając na zimę każdy na coś czeka lepiąc papierowe łańcuchy na choinkę nad stołem płomień naftowej lampy nikło oświetla okrągłą twarz matki gładzi brzuch z niepokojem po domu błąka się śmierć dotyka zmęczonych skroni ojca i płacze rajskie jabłuszko spada ze stołu pęka szyba i serce od jazgotu obcej mowy dzwon nie milknie halt Lodzia uwielbia jesienne łąki żegna się z nimi jakby na zawsze na szczęście ma starą plisowaną spódniczkę nie szkoda że dziura po kuli biegnie szybko w stronę przeznaczenia

18

POST SCRIPTUM


PROLOG przytul mnie chuda kobieto dotknij skostniałą dłonią rozpalonej głowy owiń mnie szczelnie pasmem szarych włosów i szepcz że przetrwam jak ty nieś mnie i kołysz jak najdroższą córkę ucisz płacz który wzbiera we mnie powodzią wylewa się niszcząc zielone korzonki przyszłych dzieci kobieto o niebieskich oczach kochaj mnie za wszystkie matki którym zabrakło sił nakarm mnie życiem jak ta przedostatnia z blizną na wardze i słowikiem w sercu

POST SCRIPTUM

19


20

POST SCRIPTUM


STOP-KLATKA wszystko co możesz we mnie znaleźć to zachody słońca i żółte kaczeńce przewijają się jak niemy film w starym kinie jeśli widzisz śmiejące się twarze splecione dłonie i nogi biegnące ku morzu to tylko fatamorgana otrząśnij się i zobacz słone kałuże kilka zgarbionych drzew zimne ciało rajskiego ptaka uwierz za mnie że tylko śpi

I W O N A

S U WA Ł A BAŚŃ ZIMOWA słowo nie stało się ciałem zawisło w czarnej przestrzeni jak księżyc nad drewnianą chatą w środku dzieje się dzień od nowa od nowa ogień w kominie paruje woda w balii skrapla się na małych szybkach włosach usta pełne śmiechu stół pachnący chlebem ugina się od czyichś wspomnień brzęczy szkłem naszą chwilą szepcze jeszcze tak niedosłyszalnie jakby nas nie było

MOGĘ mogę być Penelopą w nieskończoność spoglądać przez okno wygładzać fałdy twojej koszuli w rękach list którego zapach przeminął jak czułość mogę z uporem Don Kichota zwalczać demony bezczelnie siedzą na twoich ramionach i patrzą jak nie śpisz jak mijasz się z sobą niknąc coraz ciszej mogę być plastrem miodem kolorem wrzosu deszczem na powiekach mogę milczeć nie oddychać tylko nie pozwól mi wierzyć że cię nie ma

a przecież jesteśmy dotykamy się biegamy jak dzieci wokół niego do drewnianych drzwi na biały świat śnieg prószy z drzew tak realnie jak ciepło kożucha twoich oczu które wymyśliłam goście zza światów razem z nami płaczą od wzruszeń w takt bałałajki wesoło weselnie dzwonią sanie w tę podróż nigdy nie skończoną na białej pościeli samotne ręce księżyc przykleja się do szyby czaruj mnie czaruj tylko tyle potrafisz w powietrzu kreślę słowa których nigdy nie zbierzesz w dłonie bo cię nie ma. www.iwonas-artphotography.com

POST SCRIPTUM

21


Tereska POD TATRZAŃSKIM NIEBEM „Zostaw tę poezję! Napisz książkę koniecznie pod tytułem Noc i Dzień. Noc to będzie całe nasze dzieciństwo i młodość, a dzień – nasze teraz” – te słowa dźwięczą w uszach Teresy Bachledy-Kominek bezustannie. Kiedyś posłucha siostry, napisze. Ale nie teraz. Teraz ma swój las i… nową miłość, Andersena. Spotkałyśmy się kilka lat temu w zakopiańskiej willi „Astoria”, na poetyckiej biesiadzie. Już chyba pierwszy uścisk dłoni zdradził, że los wyrzeźbi nam kilka wspólnych ścieżek. Ten jej uśmiech, iskry ciepła, wiersze, a w nich prostymi słowami o sprawach nieprostych. Tereska. Magicznie zwyczajna, zwyczajnie magiczna. Drobniutka z siłą nie do pokonania… Kobieta-drwal z certyfikatem, siekierka jej nie podskoczy, a piła bez szansy na bunt. Praca mordercza, niebezpieczna, niejednego osiłka powali, a Tereski nie. I druga Tereska – delikatna, drobniutka, wrażliwa na piękno, dostrzega je w każdym źdźble trawy, w kałuży, pomarszczonym liściu. A nade wszystko widzi je w każdym milimetrze lasu, który pokochała, jak chyba nikt dotąd. Jest noc 2020/2021. Zamknięci pandemią witamy nowy rok w domach. Księżyc rzuca promień na leśną dróżkę, by towarzyszce wspólnych schadzek oświetlić bezpieczną drogę. Mróz skrzypi pod stopami. Właśnie wybiła sekunda ostatnia dla starego kalendarza. Tereska w ukochanych filcokach wspina się po swojej leśnej górze na zakopiańskiej Cyrhli, przysiada na pieńku, wyciąga karteczkę i pisze. Palce grabieją, nic to. Trzeba zdążyć, zanim myśl ucieknie. „Nie mogę inaczej, one mi dyktują, te drzewa, kamyki, każda igiełka, każdy listek. Ty nie pytaj, bo słów nie ma takich – ja tam wyfruwam ponad ciało, taki musi być raj. Kiedy ci źle, wypłaczesz się cichcem, a za chwilę jesteś wygłaskana i pocieszona. Jak mogłam nie przywitać z moją wielką miłością nowego kalendarza. Wiem, że mi nie wierzysz…” – śmieje się Tereska. Wierzę, no z tym rajem to mi nie po drodze, bo słuchając, nasuwam na plecy pled, wyobraźnia nie chce się zamykać na zmrożone palce. Przy jej samozaparciu, sile, wszystkie moje słabości obnażają się podwójnie i to mi nie w smak. Wreszcie: mam cię! Atakuję ją delikatnie, ale dosadnie. Jak to jest, że tak rozkochana w lesie, w każdym krzaczku, listku chwyta za siekierę, albo piłę, niszczy swój raj, a serce nie pęka… „Nie zrozumiesz… Ja im pomagam, co by z honorem

22

POST SCRIPTUM

Zaśmioł sie miesioncek W złotej aureoli, Stary rocek minon, Nima sie co zolić. Nowy sprzyjoł bedzie, Obiecoł mi przecie… Niek sie radość z gór Hen ku morzu niesie. 01.01.2021 w lesie przy sałasie

legły. Wiatr szuka takich, żeby siłą powalić, a tych się nie chwyta, bo nie stawiają oporu. Lekceważy. One chore albo nadłamane są zagrożeniem. Innego nie drasnęłabym nawet paznokciem. Przytulić – tak, opisać najpiękniej, jak umiem – tak, ale nie skrzywdzić. Czytam im, one słuchają. Tak jak drwale…” – uśmiecha się Tereska. Tak, tak jak drwale. Pracuje z nimi w lesie, jedyna kobieta. Szacunek ma, poważanie. Kobieta i… poetka. Zanim rozpoczną wycinkę, siadają na pniakach i proszą: Ciotko (nie ma pokrewieństwa, ale jest w zwyczaju, żeby do dojrzałej kobiety tak się zwrócić) – a napisałyście co nowego? Przeczytajcie, pytomy wos. Długo pytoć nie trzeba. To już rytuał. Zanim chwycą za piły – Tereska im czyta dwa, trzy wiersze. Niedawno jeden poprosił o wiersz dla swojej kobiety, drugi dla żony. Napisała. Radości podobno było w rodzinie i wzruszenia dużo. Dziwią się drwale, że poetka rąbie drzewo. Ona ma jedną odpowiedź: gdyby nie las, to tych wierszy by nie było… Las. We wrześniu uległa namowom i pojechała do Danii na zbiór jabłek. W filcokach i z gałązką ze swojego ukochanego lasu. Miała ją cały czas obok łóżka albo pod poduszką. A z tą namową to historia cała. Siostra, Małgorzata, była niesamowicie zdolna. Tereska skończyła szkołę podstawową, dłużej kończyła niż przewidywał program, sporo dłużej. Twierdzi, że „jej inteligencja w porównaniu z Małgorzatą, mieści się w jednym bucie”. Siostra wyczytała chyba wszystkie książki w bibliotece, bardzo chciała być lekarzem. Nie dane jej było. Szukała swojego miejsca w trudnym życiu. Świat baśni otworzył przed Małgorzatą w dzieciństwie Hans Christian Andersen. Do tego stopnia, że podczas pożaru domu rodzinnego (była już młodą kobietą), uratowała bezcenny skarb – baśnie Andersena. I z nimi wyjechała do Danii. Niemal bez niczego, ale z wyczytaną, zniszczoną, ukochaną książką.


Mieszka tam od wielu lat. W pobliżu domu z dzieciństwa Andersena w Odense. Tak bardzo zapragnęła żyć w jego świecie. A książka na honorowym miejscu… No, może na krótko baśnie zmieniły adres. A wszystko za sprawą Tereski. Gospodarz, u którego pracowała w sadzie, miał letni domek tuż nad morzem. Tam się nasza poetka urządziła na tych kilka tygodni. Z ukochanymi filcokami, gałązką z zakopiańskiego lasu i… baśniami Andersena. Po zbiorze pędziła do domku i czytała, czytała. Odwiedziła dom dzieciństwa poety, weszła w jego baśniowy świat i już nie ma odwrotu. „Posłałam ci trzy baśnie: o Hani marzycielce, magicznym drzewku i Jasiu juhasiku. Zerknij, jak ci czas pozwoli. Wiesz, to te z Danii, tam je napisałam w domku nad morzem. Czytałam, czytałam, pochłonięta. A rano, kiedy wychodziłam, znalazłam tuż przed drzwiami domku piękne pióro synogarlicy. Dusiu, to był znak. Podniosłam i już wiedziałam, że bez kilku baśni nie wrócę do domu. Ale to dopiero początek. Zamówiłam Dzienniki Andersena 1925-1875 i nie mogę się doczekać. Wszystko chcę wyczytać o nim do cna. Wiesz, że miał bardzo trudne dzieciństwo, nasze życiorysy są takie podobne. Muszę poznać jego świat, klimaty, w jakich się obracał, bo przede mną wielkie marzenie: wydać baśnie.” Znalazłam czas, choć podchodziłam do tego jak pies do jeża. Myślałam: jak ona te baśnie wymyśla. Las tak, przyroda tak, życie tak, ale fantazja? Ciekawość jednak była duża. Przeczytałam wszystkie trzy. I nie z ciekawości, a z przyjemnością. Pisane językiem

ROBOTNICY Czy to stolarz, czy drwal, Czy kominiarz, czy zdun, czy też murarz, co piony ustawia, wszystkim chodzi po głowie owo proste przysłowie, tylko praca z nieróbstwa wybawia. Konopnicka wzdychała… Tuwim w wierszu wspominał: Że też wszyscy dla wszystkich potrzebni, Chyba lepiej artystom, Bo nie muszą na siłę Utrzymywać się ze zbędnych im bredni. Biedę jakoś się sklepie, Można skromniej coś w sklepie, Byle było do garnka co włożyć, A gdy garnek dziurawy, Smaczne suche potrawy, Grunt, by myśli wciąż płodzić i mnożyć. Można fraszką okrasić, Aforyzmem dopieścić Owe głody tęsknego poety, Reszta jemu nie ważna, Życie wciąż szuka błazna, Lecz artysta się nie da, niestety!

literackim, nie gwarą, którą Tereska często w wierszach stosuje. Ale jakie plastyczne opisy, ukochany las ze swoimi tajemnicami, niespotykane metafory. Takie dokładnie w punkt. Bez przerysowania. Przy najbliższej wycince przerwa będzie nieco dłuższa, bo baśń to nie wiersz, na czytaniu troszkę minut zejdzie. Ale jeżeli – jak Tereska mi powiedziała – drwale przy wierszach „zapadali w tak piękne skupienie, że nikt by nie uwierzył”, to w ten świat wejdą z nią z pewnością jak zaczarowani. A że przeczyta im, to pewne. Bo zapomniałam dodać, że kiedy ociągała się z decyzją wyjazdu do Danii, to oni właśnie naciskali: „jedźcie, ciotka, jedźcie, napiszecie co nowego, jedźcie…” [WDS]

Wanda Dusia Stańczak

HEJZE, HEJ! Hej ludziska uceni i prości Syćkim zycem tyj śwarnej miłości Tyj jedynej nieuwiynzionej, Nie sprzedanej i nie kupionej, Bez podotku, li tyz bez granic, Ftorej serce nie zbyńdzie za nic. Tyj miłości Wom zycem ludziska, Ftoro trysko, jak potok olcyski, Uślachetnio myślenie bez gniewu Nadajency scynście nom syćkim. Hej ludziska! Nie dejmy se wydrzyć Tyj radości z promiennej dusy! Ino kochoj cłeku, a scyrze, Nie bój nic! Miłości nie skrusy…

POST SCRIPTUM

23


24

POST SCRIPTUM

M A L A R S T W O

ULA DZWONIK SUMMER TIME II_24X30_akryl na płycie_2020

ŻAGLÓWKA_40X30_akryl na panelu_2020 KIEDY NIE WIDZISZ MOICH SŁÓW; 54X54; akryl na tekturze;2021


U L A

D Z W O N I K

Ur. w 1973r. w Zduńskiej Woli. W latach 1994-1998 studiowała na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu . Dyplom z wyróżnieniem otrzymała w pracowni malarstwa prof. Andrzeja Klimczaka-Dobrzanieckiego. Uprawia malarstwo i rysunek. Uczestniczyła w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Autorka kilkunastu wystaw indywidualnych. Laureatka GRAND PRIX Marszałka Województwa Podkarpackiego, V Triennale Polskiego Malarstwa Współczesnego 2019 oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego QUADROART 2016 (Międzynarodowe Biennale Obrazu); Nagrody Fundacji im. I.J. Paderewskiego w Krakowie i nagrody specjalnej Palm Art Award w Lipsku. Jest obecna w rankingu polskich artystów współczesnych KOMPAS SZTUKI 2008;2010;2012;2013 oraz w Art Compass 2015 opublikowanym przez Art Domain Whois Publisher (Niemcy). Członek rady programowej Fundacji Promocji Sztuki ARTAFFERA. Jej prace znajdują się w galeriach, muzeach i zbiorach prywatnych w kraju i za granicą. W TWÓ RCZOŚCI W CHARAKTERYST YC ZNY S PO S Ó B ŁĄC ZY M A L ARSTAWO Z RYS UNKIEM . J E J KO M P OZ YC J E TO P R Z E D E W S Z Y S T K I M S U B I E K T Y W N Y KO M E N TA R Z C O DZ I E N N O Ś C I , W K TÓT YC H C I Ą G L E P O S Z U KUJ E N A J T R A F N I E J S Z E J M E TA F O RY I A D E KWAT N E J F O R M Y.

OPRÓCZ BŁEKITNEGO NIEBA_50X50_akryl pł_2019 https://www.facebook.com/ula.uladzwonik

POST SCRIPTUM

25


26

POST SCRIPTUM


ULA DZWONIK IT’S UP TO ME/70X100/ 2021

POST SCRIPTUM

27


ARCHIPELAG

Śledztwo:

GUŁAG

Stanisław Lem w kryminalnej odsłonie

ALEKSANDER Zaraz po rewolucji październikowej 1917 roku, w Kraju Rad, powołano do życia Sądy Ludowe oraz Trybunały Rewolucyjne mające zastąpić carskie, moralnie obrzydliwe sądy. Sędziów wybierać mieli robotnicy i chłopi, jednak kandydatów wystawiała Partia. Często wybierano wśród… jednego kandydata. Co nawet lepiej i prościej, bo po co by sobie utrudzeni proletariusze mieli łamać głowy? Jeden kandydat, to i wybierać łatwo. Pozwoliło to stworzyć w Rosji demokrację (rządy ludu tłumaczymy z greckiego jako „demokracja” – demos kratos), ale nie anarchię, która by nastała, gdyby każdy mógł sobie wybierać, kogo tylko by chciał. A jednak pomimo tego, dobrze dopasowanego do potrzeb Władzy mechanizmu, sądy działały opieszale i wciąż skażone były elementem klasowo nieczystym. Człowiek został skazany przez

28 28

POST SCRIPTUM

SOŁŻENICYN

prawomyślnego (w tym przypadku to chyba lewomyślnego?), usłużnego wobec Władzy sędziego, na podstawie niesprawdzonego donosu, na rozstrzelanie i nagle w mechanizmie coś zazgrzytało. Prokurator i obrońca byli wykształceni przez carskie uczelnie, obaj elokwentni, elegancko ubrani i znający prawo i… (o zgrozo!) obaj OPROTESTOWALI wyrok Sądu! Niebywałe w kraju, gdzie często nawet adwokaci domagali się wysokich kar dla oskarżonych. A tu nagle prokurator zażądał ZMNIEJSZENIA wyroku! W głowie się nie mieściło to nikomu. Nie dość tych bezeceństw. Środowisko sędziowskie też nie było całkiem wolne od reakcyjnego, kontrrewolucyjnego, kułackiego elementu. Wiera Zasulicz, co strzelała do urzędnika państwowego – naczelnika stołecznej delegatury – czyli do Władzy, została uwolniona od zarzutów i karetą odjechała

z sądu, śmiejąc się Władzy w twarz. Wolna jak ptica! I to w czasach, gdy za byle donos dawali 25 lat łagru, jeśli ktoś miał szczęście. Tak wielka niesprawiedliwość zatrzęsła Władzą i ludem pracującym miast i wsi. Postanowiono, że koniec z warcholstwem sędziów (choć sami ich wybierali – przepraszam – proponowali). Trzeba było coś z tym w końcu zrobić! Na początek podniesiono kary. Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości ZSRR ogłosił, że nie można dawać kar mniejszych niż jeden rok ciężkich robót. Wprowadzono też nadzór urzędniczy nad sądami, żeby wyroki zawsze były zgodne z tym, co się Władzy podoba. Urzędnicy mogli unieważniać lub zmieniać wyroki sądów i podnosić kary z np. pół roku do 10 lat (albo i dowolnie więcej). Tym sposobem byle urzędnik, ledwie piśmienny, bez


jakiegokolwiek wykształcenia (carscy byli niedobrzy, a rewolucyjnych jeszcze nie wyedukowano) stał się ważniejszy od sądu, choćby to był i sąd najwyższy (Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości) i mógł jego wyrok z pogardliwym uśmieszkiem podrzeć i dać własną wykładnię prawa. Urzędnik taki miał czelność na przykład zarzucać NTS, że jego uchwały są NIEZGODNE Z PRAWEM (jeśli mu się nie podobały). Pomimo wprowadzenia urzędniczego nadzoru nad sądami Władza w dalszym ciągu była niezadowolona z powodu opieszałości procedur. W końcu ZASTĄPIONO sądy karami administracyjnymi. Karę administracyjną nakładało się bez zbędnych ceregieli: bez obrońców, świadków, udowadniania winy, bez oglądania oskarżonych. Mogło to być 25 lat łagru albo i rozstrzelanie. Dowolnie. Tym sposobem Władza wreszcie mogła przyśpieszyć odnowę moralną i zakończyć z sukcesem reformę wymiaru sprawiedliwości. Trzeba tu być sprawiedliwym i zaznaczyć, że carskie sądy też miały swoje za uszami. Do praktyki powszechnej weszło branie łapówek od podsądnych. Chłop w sporze z panem właściwie od razu był skazany na porażkę. Głośno opisywany był przypadek pewnej pani ziemianki (Sapczucha), która masowo mordowała swoich chłopów i włos jej z głowy za to nie spadł, bodajże aż do Rewolucji, gdy spadł razem z głową. Jednak „reforma” sądownictwa wylała za okno dziecko razem z kąpielą. Autor książki, Aleksandr Isajewicz Słożenicyn, karą administracyjną został skazany na 11 lat łagru za pisanie listów do przyjaciela (może niezbyt w nich chwalił Władzę albo, co gorsza, był wobec niej krytyczny?). Aresztowano go w Polsce w 1944 roku pod Ostródą i prosto z frontu przewieziono na Łubiankę. W 1970 roku otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. W 1973 roku pozbawiono go obywatelstwa

ZSRR i wygnano z kraju. Na emigracji spędził kolejne 20 lat. Wrócił do Ojczyzny w 1994 roku. Chciałbym się tu na chwilę zatrzymać, zadumać. Sztukę tworzy się nie dla przeszłych, ale dla przyszłych pokoleń. Wstrząsający zapis drążącego społeczeństwo rosyjskie nowotworu w latach 1917-1985 nie po to jest nam, współczesnym, dany, żebyśmy spali spokojnie, bo to przecież historia. Jest nam dany po to, żebyśmy nie spali spokojnie, bo historia lubi się powtarzać. Wszystko, co robili usłużni Władzy urzędnicy i prawnicy było zgodne z ówczesnym prawem. To nie ustawy czy rozporządzenia są wartością samą w sobie, a prawa człowieka. Prawo niezgodne z prawem nie jest prawem, a sąd obsadzony przez ludzi zależnych od Władzy nie jest sądem. Obywatel nie może być karany administracyjnie bez prawa do obrony czy choćby podania swojej wersji wydarzeń. To, że jakaś dyktatura wymyśla sobie tzw. „prawa” i na ich mocy działa, to nie znaczy, że działa zgodnie z prawem.

Świat Archipelagu jest światem strasznym, przerażającym, okrutnym. Do dziś mam przed oczami obrazek z książki: zimowy poranek, czekiści, śmiejąc się i niewybrednie komentując, wybierają sobie młode dziewczyny skazane z jakiegoś błahego powodu albo i bez powodu. Wybierają jak swoje, bo za nimi stoi Władza i „prawo”. Kobiety idą nagie, jedna za drugą, ze spuszczonymi głowami. Oficjalny powód jest taki, że trzeba sprawdzić, czy skazane czegoś nie przemycają. Tak naprawdę chodzi o to, żeby oprawcy mogli się dokładnie przyjrzeć, a potem złożyć wybrance propozycję, której nie będzie mogła odrzucić, jeśli chciała żyć. A one chciały! Były młode, całe życie przed nimi, tyle nadziei, planów, marzeń. I to wszystko mogło się posypać na tym więziennym placu, jak zamki z piasku. Nie śpijcie spokojnie. [ML]

POST SCRIPTUM

29


DAVID LYNCH O SOWACH: Sowy nie są tym, czym się wydają

E L Ż B I E T A

A D A M I E C

chcę zdążyć na tę miłość odległą jak Werona która ma przemoczone deszczem włosy wypełnia sobą milczenie pokój dłonie dyskretnie skrapla czas

30

POST SCRIPTUM

gdy drżą słowa kocham niewinność dni doświadczam nocy po niej ocalam pamięć bezgranicznie ufam drzewom i rysuję delikatne gwiazdy poczekam na ciebie jeszcze chwilę uczeszę włosy i stanę na brzegu zdziwienia dzień dobry powiedz i powiedz jeszcze że pohukiwania sowy znaczą tyle co westchnienia unoszą liście nasycone miłością i te którym zabrakło szczęścia jak sowa przybywasz bezszelestnie prosisz o mniej kolorów melancholię i sny w biały dzień ubieram suknię która ma kolor twoich oczu cień dotyka ramion wokół leżą rozbite amfory uwolniły wiatr i wszystkie tajemnice miłość jest odległa jak Werona i jak sowa nie jest tym czym jest

ZAWSZE GDY… wiatr dotyka gałęzi cicho łka odprowadzam wzrokiem ostatni liść ukamienowaną ciszę biegłą myśl i pył ten sam wiatr co gałęzie gładzi porusza niebo i kształty bezdomne zmywa łzy z zapłakanych liści i śni śni o tym że milczenie jest olbrzymie większe od ludzi w jesiennym słońcu drży powieka bezszelestnie upadają słowa po polanach wędrują delikatne sarny wiewiórka przenosi ostatni orzech a ja ? widzę twoją twarz kołyszę w dłoniach miłość dopóki dopóki spada ostatni liść i gdzieś w zaułku skrzypią drzwi


ŻEBRO ADAMA skrzypek ze smyczkiem w dłoni uczy niebo oddychać grudzień przybył z daleka jak zwykle zbyt wcześnie w zimowe bezkresne noce sny jak kolorowe freski szukają zagubionego żebra Adama mchy ścinają mrozem wierzę w siłę ramion tęsknotę i horyzont oczu mądrość gdy z dna chwili wyłuskują blask i wieczność spójrz grudniem smutnieje ostatni kosmyk włosów a słowa budują i odmieniają przez przypadki świat ze słów noc śmiertelnie obojętna nie potrafi być nocą studnią się staje z obumarłą wodą ktoś opisał czułość i ciszę snów śnienie ledwie muśnięte siwe popołudnie skrzypek ze smyczkiem w dłoni uczy niebo oddychać dni umierają odchodzą ludzie kot ostrożnie stąpa po śniegu ciągle nie wiem czy powinnam cię kochać a jabłoń wciąż krwawi krwawi

ELŻBIETA

ADAMIEC

KILKA WIERSZY I BOJAŹŃ SUMMERTIME pochyl się nade mną gwiazdy owijają się wokół ciała czarne dziury stwarzają pozory nieświadomego zrozumienia gdybyś wiedział jak potrafię kruszyć księżycowe kamienie pisać miłość słuchać jak saksofon opisuje kobietę gdybyś wiedział gdybyś rozumiał kota siedzącego w słońcu oraz einsteina który nigdy nie farbował włosów i rozpisał wszystkie opowiadania hemingwaya w prosty wzór dał do zrozumienia freudowi że w tej chwili jest niepotrzebny ponieważ saksofon maluje rozbierającą się kobietę rozrzuca dźwięki rozprasza anioły by się nie rumieniły a dotykały szklanki na której został ślad czerwonej szminki i smutnych dowcipów delikatnie wyciągam nić z przejrzystych wspomnień snują się myśli i ich przedziwna nagość chowam dłoń w twoich włosach niebo jest takie ogromne bezdomne ciche nie jeszcze nie opadają w nas liście

kiedy kierkegaard w październikowy poranek upadł nieprzytomny na kopenhaskiej ulicy nie było w nim bojaźni i drżenia stał się aniołem nagle przestał się lękać spokój nic nie mogę powiedzieć nie chcę i nie powinnam kurczę się w sobie zaniemówiłam by posłuchać bicia serca szumu przepływającej krwi nie boli mnie strach bolą mnie myśli staję się liściem płatkiem róży falą morską której nikt nigdy nie namalował jestem ja której ciągle jest mniej drżę ciągle drżę a bojaźń? ona zniknie oby jak najpóźniej pewnie upadnę na jakiejś ulicy będzie mnie mniej płatek liść morze fala kierkegaard w październikowy poranek upadł nieprzytomny… nie mam z nim nic wspólnego tylko bojaźń drżenie i kilka wierszy

Zdjęcia: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

31


KRZYSZTOF ŁOZOWSKI Koty z miasta Łozowsko wielkie, olej, płótno, 30x50cm, 2013

CHWILÓWKA Juliusz Wątroba

Przepraszam, ja tu tylko na chwilę – mam świadomość, że Państwo nie macie ochoty na dłużej, a ja nawet chęci. Bo nie ma czasu, bo czas pogania, dogania, wyprzedza, przegania. Wszystko i wszystkich. To dziwne. Jeszcze jeden paradoks. Wszak ludzkość, od zarania, czyniła wszystko, co tylko możliwe i niemożliwe, by wolnego czasu mieć jak najwięcej. Wszystkie wynalazki najtęższych umysłów, na pierwszym planie i w tle, miały na celu czynienie życia człowieka rozumnego i myślącego (to optymistyczne założenie) lżejszym, przyjemniejszym, z mnóstwem wolnego czasu, który można przeznaczyć na kochaśki, igraszki czy inne proste lub skomplikowane rozrywki, właśnie dla zabicia czasu albo chociażby tylko na hedonistyczne lenistwo w czasie, gdy to czas nas zabija – wolno acz nieustannie i nieuchronnie. O ironio, tu się król stworzenia pomylił, przeliczył, a może tylko w twórczym zapale zagalopował i zapomniał, co leżało u podstaw pomysłów – od koła poczynając, na najnowszych modelach przeróżnych komputerów kończąc. Bo oto okazało się, że wszystko to, co miało czas oszczędzać, a nawet magazynować go do wykorzystania na przyjemności, wynikające z radosnego fenomenu istnienia, obróciło się przeciw nam. Na złość zagrało na nosie, zakpiło i zachichotało złośliwie. Każdy kij ma dwa końce. Każdy wynalazek, mający z założenia służyć dobru człowieka (trwożnym milczeniem pomijam wynalazki służące do zadawania cierpienia bliźnim, od narzędzi tortur, po bomby atomowe), ma dwie strony – jasną i ciemną. I ta ciemna często bierze górę nad światłością. Więc to, co miało oszczędzać czas, bezczelnie go kradnie. Już mój dziadek Teofil (urodzony jeszcze

32

POST SCRIPTUM

w dziewiętnastym wieku) nazywał telewizor „złodziejem czasu”, gdy wyciągał zza pazuchy fujarkę albo organki z kieszeni, by krowy na pastwisku, prócz przeżuwania zielonej soczystości, miały także doznania artystyczne wyższego rzędu. Dopiero niedawno naukowcy stwierdzili, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale także wpływa na mleczność krów! Był więc mój dziadek zarówno prorokiem, jak i wesołkiem pocieszającym zafrasowane zwierzątka oraz sfrustrowanych bliźnich. Ile tych „złodziejów czasu” w międzyczasie się namnożyło i ile coraz szybciej się mnoży w postępie geometrycznym czy też wykładniczym? Jeszcze nie zdążymy się dobrze zapoznać z jednym, a już drugi, nowszy i lepszy wpycha się na chama, chcąc zająć miejsce uboższego poprzednika, poprzedzony, a jakże, natarczywą reklamą – też lepszą, działającą nawet na podświadomość… A czasu coraz mniej. Od chwili do chwili. Chwil, które stają się coraz krótsze. To już nawet nie chwile, a chwilątka, chwilki, chwileczki, chwilunie. Jeszcze jedna się dobrze nie zaczęła, a już się skończyła, wypchnięta poza nawias, na margines, boczny tor przez nową, lepszą, krótszą, atrakcyjniejszą, wpraszającą się, naprzykrzającą, jak intruz, jak wścibska pożyczająca soli sąsiadka. Robią to tak perfidnie, że nawet nie mamy świadomości opisanego zjawiska… Nieodżałowanej pamięci Rysiu Riedel śpiewał w one dni, że „w życiu piękne są tylko chwile”. To też nieprawda, bo w życiu chwile są też niepiękne, a tych brzydkich i szarych jest znacznie więcej. W przeciwieństwie do pierwszych, króciuśkich, mijających błyskawicznie, niepiękne ciągną się jak guma do żucia – albo lepiej do życia(?) – lub jak makaron – ten z serialowej piosenki (młodszym przypominam, że chodzi o „Wojnę


domową”). Można zresztą filozoficznie stwierdzić, że życie tylko chwilką. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to sztuka życia, mądrość życiowa, intuicyjne chwytanie się brzytwy pod różnymi postaciami (by oszukać czas), podpowiada, że tymi pięknymi, trwającymi okamgnienie chwilami, powinniśmy się delektować, smakować je, celebrować, zachwycać się, pomnażać i przenosić dalej serdeczną pamięcią oraz wspomnieniami, by neutralizowały beznadziejny czas, gdy zwątpienie puka do drzwi, obłaskawiając (z)mroki, w których często zanurzamy się po uszy, nie mówiąc już o duszy – wiem, wiem, że wyszedł mi mimochodem częstochowski rym, ale dobrze mi z tym… Nie oszukujmy się jednak, bo wszystko to na własne życzenie, z przyzwoleniem, z dobrodziejstwem inwentarza, na chwilę, na łapu capu, pobieżnie, po łebkach, naprędce, na muśnięcie, na pozorowane działanie. Na co to komu i po co? A któż to wie. Tak od zadyszki do zadyszki, od pierwszego (lepszego?), do drugiego (gorszego, choć miało być jeszcze lepsze!). W biegu, w pędzie, bez namysłu, bezrozumnie… „A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost…” – tłoczą się, kłębią w przepełnionej banałami i zaśmieconej zbędnymi informacjami mózgownicy błyskotliwe strofy genialnego Tuwima. I przyspieszają te słowa, i czyny… Migają twarze w szalonym pędzie. Czy to jeszcze pociąg, czy może już karuzela – z Madonnami? Zdumiony przyglądam się przewrotnemu światu, choć świat mnie nie zauważa i nie słyszy, bo z zagłuszającym grzmotem piorunów i szybkością błyskawicy przelatuje obok – to pociągiem pospiesznym, to odrzutowcem, to rakietą. Nie ma czasu na zamyślenie, refleksję, bo zanim myśl zdąży się rozpalić, już następna ją gasi, rozpychając się łokciami, bezpardonowo rugując poprzedniczkę, by zająć jej miejsce, by być… też tylko na chwilkę, bo już kolejna dopomina się o swoje, już nawet nie pięć minut, a pięć sekund… Próbuję wyhamować, ochłonąć, zreflektować się, napisać coś sensownego w bezsensownej i bezdusznej pogoni za wszystkim i niczym. Ale jak to zrobić, by nie zanudzić, nie zniechęcić, nie wylądować w koszu, zanim skończy się pierwsze zdanie? Najlepsze do powiedzenia tego, co się chce powiedzieć, są przykłady. Z życia wzięte. Nie jakieś wyimaginowane, wydumane, wyskrobane z zakamarków chorej wyobraźni pobudzanej dopingiem, ale jasne, proste, jędrne, klarowne, jak wino najlepszej marki, działające na zmysły słuchacza czy czytelnika. Skąd jestem taki przemądrzały i o tym wiem? Dowiedziałem się przed dziesiątkami laty, gdy świat był trochę mniej zwariowany i zakręcony niż obecnie. Wtedy zimą padał śnieg, a w naszym kraju nie hodowało się lam, strusi czy baranów kameruńskich. Od kogo się dowiedziałem? Od starowinek, chodzących nabożnie na rekolekcje parafialne do wiejskiego, drewnianego kościółka. Największe wrażenie robiły na nich poruszające do głębi, wyciskające łzy i powodujące krwawienia serce, a często nawet nieuzasadnione poczucie winy, nauki wygłaszane

przez grzmiąco brzmiących kaznodziejów, przywołujących właśnie konkretne przykłady. Dobro fruwało w nich pod niebiosa, a zło lądowało nieuchronnie w piekle – jeśli się nie nawróciło! Dlatego będzie przykład. Z przydługim wstępem, gdy wszystko tylko na chwilę: kiecka, buty, samochód, komputer… Bo jeszcze jednej sukienki dobrze nie przymierzysz, a już druga kusi krojem, kolorystyką, modą właśnie… A góry śmieci rosną, rosną, rosną (jak mury w solidarnościowej pieśni), zasypując cały świat. Jeszcze jednego komputera dobrze nie zainstalujesz, a już nowsza generacja się wprasza, zawracając w głowie i w kieszeni. Na chwilę, chwileńkę, chwilątko… Wszystko teraz dzieje się tak szybko: w biegu, w pogoni, w doganianiu, w przepędzaniu, w poganianiu, w pędzie, w obłędzie… Bez czasu do namysłu, na zastanowienie, na przemyślenie… Nowe myśli gonią i wyganiają nawet te, które nie zdążyły się jeszcze pojawić… Wszystko tylko na chwilę, jak lichwiarskie „chwilówki”, które trzeba długo spłacać; na byle jaką chwilę, byle jak zrobione. Na przykład taka pralka. Niegdyś, zakupiona z trudem, wystana w kolejce, wytęskniona i oczekiwana, prała przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Aż blaszana obudowa zardzewiała, a mniej lub bardziej skomplikowane mechanizmy zużyły się do szczętu. Z łezką w oku żegnał człowiek tę martwą istotę, wyrzucaną na złom, bo zżył się z nią, jak z psem czy kotem… Dzisiaj kupuje się estetyczną pralkę najnowszej generacji, najlepszą i najwspanialszą (tak ją przynajmniej reklamują!), która wytrzymuje tylko do końca okresu gwarancyjnego, będącego jednocześnie dniem śmierci, perfidnie zaplanowanym przez producentów – kłamców i oszustów w jednym… Ale nie ma się nad czym zastanawiać, bo już czekają jeszcze lepsze, nowszej generacji, najbardziej energooszczędne i piorące (szczególnie mózgi) cacka… Pytania się piętrzą i mnożą, ale największym problemem są łebki decydentów, którzy pozwalają i przyzwalają na to, by wytwarzać niezmierzone ilości tandetnych produktów, a przede wszystkim śmieci. Wszystko to z lotu ptaka wygląda jak działania monstrualnych istot, które są wiecznie naćpane albo przynajmniej chroniczne uzupełniają krew tradycyjnym Ce dwa Ha pięć O Ha. A może tak jest w istocie? Obejrzałem ostatnio, ze zdumieniem i przerażeniem, film dokumentalny, z którego wynikało, że prezydentem największego mocarstwa (zastrzelonym w głośnym zamachu ) „opiekował się” nadworny medyk pochodzenia niemieckiego, który systematycznie szprycował go narkotykami; nie jego jedynego zresztą, bo np. jego kochankę śpiewającą mu pięknie na urodzinach, także. Może moje dzieci i wnuki, po wielu latach, dowiedzą się (o zgrozo!) co brali aktualnie najważniejsi?!? Jeśli do tego dodamy wirtualne światy, które łączą się i przeplatają ze światem realnym, smutkiem wieje nawet z komedii, a chłód nadciąga i w środku upalnego lata… Na chwilę spienionego czasu lepszy wariant, głupszy serial czy nieporadna piosneczka napisana beztalenciem…,

POST SCRIPTUM

33


no i oczywiście nowa, młodsza żona! No właśnie – młodsza żona, w dodatku piękniejsza i lepsza. Tu już najwyższy czas na zapowiadany, pierwszy lepszy przykład z życia wzięty. Pan młody był tuż przed czterdziestką. Już na pierwszy rzut oka macho. Bezczelny, z tupetem i chamstwem, które najdosłowniej malowało się na wypachnidłowanej twarzy. Inteligentny biznesman całą gębą, z wielką forsą i jeszcze większym mniemaniem o sobie. Właściciel wiekowego dworku, który przed laty nabył i właśnie odrestaurował. W tej architektonicznej perełce odbyła się uczta weselna, na której i ja byłem, miód i wino piłem itd. Ale byłem tam nie jako biesiadnik, a zaproszony błazen, mający uatrakcyjnić głupkowatym występem kabaretowym weselną ucztę. Co zresztą uczyniłem, za całkiem niezłe pieniądze, a usatysfakcjonowany moimi popisami pan młody (no, już nie za bardzo) zaprosił mnie wspaniałomyślnie do weselnego stołu i ubaw po pachy do samego rana. Panną młodą była piękna, inteligentna i wrażliwa dwudziestolatka, którą polubiłem od pierwszego wejrzenia. I nie mogłem zrozumieć, jak taka dziewczyna może wychodzić za tego prostaka i chama, wprawdzie z mamoną, ale jednak… Cóż – jej wybór. Któż zresztą kobietę zrozumie? A była już… czwartą żoną krezusa! Nie to było jednak najdziwniejsze. Niepojęte było, przynajmniej dla mnie, to, że na owej uczcie były… trzy poprzednie żony nadzianego forsą bohatera! Z kilkoma sztukami nieletniego przychówku! Bawiły się do wschodu słońca, beztrosko, na luzie, jak gdyby nigdy nic!!! Bo taka moda, taki trend, że wszystko na chwilkę, chwileńkę, chwilątko, a więc żona też! Może to pokłosie oglądania tasiemcowych seriali (od „Mody na sukces” poczynając), gdzie całe życie sprowadza się do lawinowych zmian partnerów seksualnych, tak że w kolejnych odcinkach można się pogubić, bo nie da się już doliczyć, kto z kim i ile razy się pier…, chciałem powiedzieć kochał. W miastach ilość rozwodów przewyższa ilość zawieranych małżeństw. Cóż taka moda, taki trend (wiem że się powtarzam, choć – prócz kobiet – nic się nie powtarza!), a nowszy model przecież lepszy od tego starego, zajeżdżonego gruchota! Wszystko w porządku (?) gdy sezonowi małżonkowie nie mają dzieci. Wtedy nich się żenią i rozwodzą nawet dziesiątki razy, gdy tylko mają zdrowie i kasę. Jeśli jednak efektem ich rozlicznych zbliżeń (przed oddaleniami) są dzieci, już nie czas na ironię, drwiny, czy podśmiechujki. To najprawdziwszy dramat istot powołanych na świat przez nieodpowiedzialnych osobników, którzy nie zasługują na miano rodziców, kojarzące się z ciepłem rodzinnym, bezpieczeństwem oraz z domem zbudowanym głównie z serc, a dopiero potem ze ścian. Niewinnych dzieci, które do końca życia muszą cierpieć za niepopełnione czyny… Wiem, że uogólniam, że nie można wszystkiego mierzyć jedną miarą, ale dramaty i tragedie rozbitych rodzin najdosłowniej bolą… Coś się poważnie zrobiło, a miało być lekko, łatwo i… przyziemnie. Przyjemnie też miało być! Bo przyjemności, bez ograniczeń, w najwyższej cenie są

34

POST SCRIPTUM

priorytetem, tak ważnym, że aż bezcennym! Wiem, wiem, jestem zacofanym konserwatystą starej daty, nie z tej epoki, dla którego nowe ma sens tylko wtedy, gdy jest lepsze od starego. Wynika to nie tylko z biologicznych uwarunkowań, bo dusza młodziutka jak brykający, rączy źrebak, a z poważnego traktowania życia, które trwa tylko chwilę. Jestem z wyboru autsajderem, wlokącym się w ogonie przemian. Dlatego głupio wyglądam i głupio się czuję w towarzystwie z najwyższych sfer (a mam szczęście i nieszczęście bywać wśród elit, jak i bratać się z bliższymi mi menelami), w których panowie mają zwykle czwartą czy piąta żonę, co ogłaszają z dumą i wyniosłością samców alfa. A ja? Pytany o numer żony zwykle czerwieniłem się jak pierwszoklasista i ze spuszczoną głową dukałem, że pierwsza… Ech, szkoda biadać… Myślałem i myślałem, aż wymyśliłem i od razu moje akcje na towarzysko-próżnościowej giełdzie wzrosły. Teraz przedstawiam swoją ślubną słowami: To moja AKTUALNA żona! Prawda, jak pięknie brzmi! Wprawdzie mojej aktualnej żonie nie za bardzo się to podoba, ale przecież stwierdzenie jest prawdziwe, to „szczyro prowda”, jakby powiedział znajomy baca, a ile rodzi domysłów: która to żona?, na jak długo?, kiedy będzie następna?, a może już kolejna na podorędziu i ta nie może się doczekać rozwodu? Już też nie patrzą na mnie ważni panowie z grubymi potrfelami, z najwyższych półek, jak na nieudacznika czy obrzyganą, nieporadną i politowania godną sierotę.


KRZYSZTOF ŁOZOWSKI: MIASTO ŁOZOWSKO WIELKIE, OLEJ, PŁÓTNO, 40X50CM, 2015

KRZYSZTOF ŁOZOWSKI: Okna zanurzone w akwamarynie, olej, płótno, 40x30cm, 2013 To taki śmiech przez łzy, zapach przez bzy, gdy wszystko na chwilę ze świadomością, że jedyną stałą, nie poddającą się zmianom jest… niestałość i zmienność, bo wszystko inne tylko do czasu: stanowiska, zaszczyty, miejsca na pomnikach czy na okładkach kolorowych pisemek. Już kolejna gwiazdka mruga zalotnie… sutkiem(!), gasząc chwilową poprzedniczkę; już nowe wybory, które zmiotą ze stanowisk wszystkomogących przez chwilę; już z pomników wichrem historii postrącani niegdysiejsi święci, ustępują miejsca nowym idolom… I tak, wyścig szczurów trwa, życie toczy się coraz szybciej, na okrągło, na niby, na fałsz… Bez autorytetów, z ruchomą prawdą, bez punktów odniesień, bez własnego miejsca na ziemi, nad którą ludzie, jak zdezorientowane ptaki, kołują wysoko, daremnie szukając rodzinnego gniazda lub chociażby miejsca zaczepienia. A ból istnienia, który próbujemy zagłuszyć rożnymi sposobami, coraz intensywniejszy… Skaczę z tematu na temat, jak pijany zając przed śrutem z flint bohaterskich myśliwych. Natłok zbędnych informacji powoduje ADHD nie tylko u dzieci. Jestem w tej chwili, piszę w tej chwili, a po chwili mnie nie ma – i to nie żadna ściema. W czasach, gdy brak czasu, gdy wszystko trwa krótko, na dłużej zatrzymał nas tylko… koronawirus! I przywołał wszystkich do porządku. Unieruchomił machinę, która zdała się nie do zatrzymania! Nieproszony, niechciany, wredny i bezczelny intruz, który traktuje

jednakowo zarówno prezydenta, jak i sprzątaczkę, nie pytając o stanowiska, stany kont czy świadomości. Jeszcze przed rokiem wydawał się tak odległy, że aż abstrakcyjny, nieosiągalny, niemal zmyślony. Hulał gdzieś w Państwie Środka, a zacofani Azjaci nie mogli sobie z nim poradzić. My w Europie albo w Stanach byliśmy ważni, dumni, rozwinięci, dyktujący warunki i decydujący o losach innych, siedząc w rozpędzonym, cywilizacyjnym tirze, którego nie zatrzyma głupi (ś)wirus! „Pycha kroczy przed upadkiem” – ta salomonowa, biblijna mądrość jest wygłaszana ostatnio często przez pełnych pychy osobników. Wyniosłość przed pokorą, którą trzeba przyjąć nagle i niespodziewanie. Trzeba było się zatrzymać, zrobić krok do tyłu i wykopać niezliczone groby, które nie były ujęte w krótkotrwałych czy dalekosiężnych prognozach… Ale idzie wiosna, rozsłoneczniona, roześmiana. Zieloność czeka cierpliwie, by nagle wybuchnąć, zawrócić w głowach optymizmem z wiarą, nadzieją i (nade wszystko) miłością, która „cierpliwa jest, łaskawa jest” i „wszystko przetrzyma”, a więc czas pandemii też, byśmy wrócili (nie wszyscy, niestety) do piękniejszego i lepszego świata, do piękniejszego i lepszego życia, które jest jednym wielkim sensem, głoszącym pochwałę istnienia – już nie na chwilę, a na zawsze… [JW]

POST SCRIPTUM

35


RZEŹBA

GAIA

36

POST SCRIPTUM


S I Ł A

N A T U R Y

LORENZO QUINN

POST SCRIPTUM

37


38

POST SCRIPTUM LOOKING TOWARDS THE PAST


LORENZO QUINN (ur. 7 maja 1966 w Rzymie) – włosko-amerykański artysta rzeźbiarz, aktor i producent filmowy, piąty syn hollywoodzkiego aktora Anthony’ego Quinna, laureata Oscara, i projektantki kostiumów Jolandy Addolori, jest czołowym awangardowym rzeźbiarzem figuratywnym. Dwudziestokilkuletni Quinn cieszył się krótką karierą aktorską, grając u boku swojego ojca. Nie lubił jednak pracy w zawodzie aktorskim i postanowił skoncentrować się wyłącznie na rzeźbie. W swojej pracy inspirował się takimi artystami jak Michał Anioł, Pietro Bernini, Jean-Baptiste Carpeaux czy Auguste Rodin. Jego droga zawodowa jest imponujaca – rzeźby autorstwa Lorenzo Quinna znajduja się w publicznych i prywatnych kolekcjach na całym świecie; w licznych instytucjach muzealnych, ratuszach i bankach, a także stały się własnością takich osobistości jak Jan Karol I Burbon, szejk Muhammad ibn Raszid Al Maktum, sir Bernie Ecclestone, sir Elton John, Lakshmi Mittal, Donald Trump czy Rudy Giuliani. Jego monumentalna rzeźba Encounters (Spotkania) wystawiona została na Majorce w 2003 roku, a Aspire w Dosze (Katar) podczas Igrzysk Azjatyckich 2006. Dwie z jego rzeźb – What Goes Around, Comes Around i The Force of Nature zainstalowano w czerwcu 2008 roku przez Galerię Belvedere w Marina Barrage w Singapurze, w stałej kolekcji Public Utilities Board of Singapore. W 1994 roku, otrzymał zlecenie z Watykanu, by stworzyć rzeźbę św. Antoniego. Rzeźba została pobłogosławiona przez papieża Jana Pawła II na placu Świętego Piotra. 5 marca 2002 roku Quinn wraz ze swoją grupą artystów z projektem Angels of the World dostał się do finału konkursu zorganizowanego przez Lower Manhattan Development Corporation, gdzie jury wybrało projekt upamiętniający tych, którzy zginęli w zamachu na World Trade Center. Lorenzo Quinn stał się sławny na całym świecie dzięki monumentalnym, wizjonerskim pomysłom, wśród których największą popularnością cieszyła się dotąd instalacja Support, przedstawiająca dłonie wynurzające się z kanału i podtrzymujące jeden z zanurzonych w nim weneckich budynków.

POST SCRIPTUM

39


LEAN ON ME

Twoja artystyczna droga jest doprawdy imponująca. Początkowo studiowałeś malarstwo (w American Academy of Fine Arts w Nowym Jorku), jesteś producentem i aktorem, wystąpiłeś w kilku ważnych produkcjach filmowych, w tym Onassis: The Richest Man in the World, Stradivari i uznanej kreacji jako Salvador Dalí w Dalí. Dlaczego rzuciłeś aktorstwo? Nie spełniałem się w tej formie sztuki. Wiele rzeczy mi się nie podobało w aktorstwie, ale głównie fakt, że zawsze trzeba podążać za czyjąś kreatywnością. Jako indywidualny, niezależny artysta postępuję zgodnie z własnymi wytycznymi twórczymi i to właśnie lubię w sztuce. W aktorstwie mi tego zabrakło. Inna rzecz to wybujałe ego na każdym planie filmowym. Wiesz, wystarczy, że na co dzień muszę się zmagać z własnym ego, więc radzenie sobie z przerostem ego innych było zbyt przytłaczające. Mój ojciec był bardzo znanym aktorem, więc wiem, jak wygląda Hollywood

40

POST SCRIPTUM

od podszewki i jak działa hollywoodzka polityka – to też mi się nie podobało. Czasami jako aktor interpretujesz postać, a potem idziesz do domu i tak naprawdę nie wiesz, kim jesteś. Czy dalej jesteś odgrywaną postacią czy już osobą prywatną? Gdzie przebiega granica? Ja jestem osobą prywatną; nie przepadam za publicznymi pokazami, nie lubię być celebrytą. Jako aktor zawsze jesteś wystawiony na pokaz i to jest kolejny powód, dla którego rzuciłem aktorstwo. Dlaczego w końcu zdecydowałeś się zostać rzeźbiarzem? Kiedy malowałem, zawsze szukałem w swoim malarstwie elementu 3D, moje obrazy zazwyczaj były dość wolumetryczne. Jako rzeźbiarz mam do czynienia z rzeczami, z którymi nie stykam się podczas malowania. Na przykład muszę radzić sobie z Matką Naturą, z grawitacją. W malarstwie tego nie ma. W rzeźbie nie


M R

ALOWANIE JEST JAK FILM ZEŹBIENIE JEST JAK TEATR

można oszukiwać (w malarstwie – owszem). Nawiasem mówiąc, uwielbiam malować, szkoda, że ​​nie kontynuuję tej dziedziny sztuki tak często, jak bym sobie życzył, ale od czasu do czasu sięgam po pędzel. Jednak muszę przyznać, że jakość mojego malarstwa to nie to samo co jakość mojej rzeźby. W malowaniu jest dużo techniki, malarstwo jest fantastyczne i bardzo kreatywne, ale to rzeźba jest moją miłością. Porównując te dwie dziedziny sztuki, powiedziałbym, że malowanie jest jak film, a rzeźbienie jest jak teatr. Stworzyłeś kilka niesamowitych rzeźb, które przeciwstawiają się grawitacji – mówię tu o serii Siła Natury. Wydaje się to niemożliwe, ale udało Ci się uchwycić ruch, wiatr we włosach i ubraniu. Jak tego dokonałeś? Rzeźbienie to także inżynieria, tu trzeba walczyć nie tylko z materią, ale też z żywiołami, aby uchwycić stan nieważkości. I jest to fantastyczne uczucie, jeśli jesteś w stanie to osiągnąć. W malarstwie jest to bardzo łatwe, w rzeźbie trzeba się namęczyć. Dlatego właśnie lubię rzeźbić. Ponieważ nie jesteśmy tylko artystami, ale też stajemy się trochę inżynierami. „Im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz… bądź dawcą”, Twoje kreacje są bardzo sugestywne, budzą emocje i poruszają ważne tematy. Wykazujesz dbałość o planetę; wykonałeś kilka bardzo ważnych, znaczących prac na tematy społeczno-polityczne, takie jak wojna, przemoc domowa, wykorzystywanie

seksualne i prawa człowieka (np. This Is Not A Game, Home Sweet Home, Love Me Tender, Without boundaries). Czy myślisz o sobie jako o artyście z misją? Nie myślę o sobie jako o artyście z misją, ponieważ nie tworzę w tym celu. Tworzę takie prace, a nie inne, bo odczuwam taką potrzebę. Oto kim naprawdę jestem. To nie jest żadna fasada, nie jest to z góry przemyślane, nie robię tego, żeby zaimponować – jest to naprawdę autentyczne i wypływa z mojego wnętrza. Nie wyobrażam sobie tworzenia sztuki, która nie ma żadnego głębszego znaczenia. Po prostu myślę, że sztuka bez przesłania jest jak dekoracja, wiesz – jest po prostu ornamentalna. Nie chcę, aby moja sztuka była tylko dekoracyjna. Gdybym chciał zająć się sztuką zdobniczą, byłbym znacznie bardziej płodny, ponieważ jest tak wiele pięknych obrazów, które mógłbym wyrzeźbić! Ale nie wiąże się z tym żaden większy sens, żadne przesłanie, a każda rzeźba, którą wykonuję – duża czy mała – musi posiadać tę podstawową cechę. W rzeczywistości przesłanie pojawia się w mojej głowie jeszcze przed zmaterializowaniem dzieła, które chcę wykonać. Kiedy więc myślę o nowej rzeźbie, najpierw werbalizuję to, co chcę przekazać. Ponieważ uważam, że sztuka jest komunikacją, sztuka jest dialogiem. Ty i ja prowadzimy teraz dialog. Zadzwoniłaś do mnie, ponieważ wiedziałaś, że chcesz zrobić ze mną wywiad. Nie wykonałaś tego telefonu niespodziewanie. Zadzwoniłaś do mnie z jakiegoś powodu. Więc kiedy tworzę sztukę, zawsze przyświeca mi jakiś cel. Nie tworzę sztuki bez powodu.

POST SCRIPTUM

41


S

ZUKAM BARDZO ŁATWEJ, BEZPOŚREDNIEJ KOMUNIKACJI Z WIDZEM

LOVE

Wspomniałeś, że pierwotna myśl, idea kształtuje się w Twojej głowie, zanim w ogóle zasiądziesz do manualnej pracy nad dziełem. Najpierw pojawiają się słowa, tekst poetycki, który w konsekwencji staje się integralną częścią dzieła. To dość nowatorskie. Skąd ten pomysł?

bezpośredniej komunikacji z widzem, który interesuje mnie jako widz, a nie jako krytyk. Chcę mówić językiem międzynarodowym, zrozumiałym dla wszystkich, nie tylko dla elit. Chcę posługiwać się prostymi przekazami, prostymi obrazami. Kiedy widz zobaczy moje dzieło, powinien od razu być w stanie powiedzieć, o czym jest dana rzeźba, nawet przed zapoznaniem się z tytułem pracy. Nie jestem artystą abstrakcyjnym i nie chcę być, ponieważ mam coś do powiedzenia. Chcę, aby moje prace były zrozumiałe. Gdybyśmy prowadzili naszą rozmowę w różnych językach – Ty po polsku, a ja po chińsku, nie zrozumielibyśmy się. Byłaby to abstrakcyjna rozmowa. Tak to czuję. Moja sztuka ma być prostolinijna i przystępna.

Słowa są moją inspiracją, fascynują mnie. Na przykład Give and Receive są słowami, które wywołały w mojej głowie obraz rzeźby. Wiesz, wielu krytyków nie zgadza się z moją pracą i myślę, że głównym powodem jest to, że moje dzieła są bardzo bezpośrednie, niezawoalowane. Nie potrzebuję krytyków do interpretacji mojej sztuki, nie szukam ich aprobaty. Szukam bardzo łatwej,

Kiedyś powiedziałeś: „Nie chcę tworzyć żadnych barier swoją sztuką’’. Właściwie częściowo już odpowiedziałeś na to pytanie, ale chciałabym nawiązać do Twoich rzeźb dłoni, rąk. Wykonałeś ich dużo. Ręce, gesty, to język uniwersalny, zrozumiały dla wszystkich, w każdym zakątku świata. Czy właśnie to Ci przyświeca, gdy tworzysz rzeźby dłoni?

Głęboko wierzę, że jesteś artystą z misją i uważam, że wszyscy artyści powinni być tacy jak Ty, ponieważ uprzywilejowane osoby publiczne powinny kształcić i dawać przykład. Myślę, że to właśnie robisz i uważam, że jest to bardzo potrzebne. To bardzo miłe z Twojej strony, dziękuję.

42

POST SCRIPTUM


Widziałaś moje prace, więc wiesz, że rzeźbię nie tylko ręce, ale także całe postaci, pełne figury. Ale większość moich dużych, monumentalnych rzeźb to właśnie ręce. I znów powodem jest to, aby moje prace, przesłanie w nich zawarte, mogły być powszechnie rozumiane i akceptowane. Wiele moich rzeźb stworzyłem i sprzedałem na Bliskim Wschodzie, a wiadomo, że tam kulturowo nie ma pozwolenia na przedstawianie nagich postaci. Dla mnie to nie jest problem, ponieważ mogę powiedzieć to, co chcę przekazać, przedstawiając samą rękę czy gest. Gesty są niesamowicie opisowe. Można opowiedzieć całe życie, używając tylko rąk. Nie chciałbym skupiać się tylko na rękach, bo stałoby się to nudne, lecz kiedy pracuję nad dużymi, monumentalnymi dziełami sztuki, staram się używać rąk jako tematu przewodniego. Ponieważ ten przekaz jest uniwersalny i zawiera podstawowe przesłanie.

jak kobieta. Chcę stworzyć swój własny język, podobnie jak Szekspir stworzył, wymyślił ponad tysiąc nowych słów. Chcę używać sztuki wizualnej do przedstawiania ludzi, przedmiotów lub emocji. I zaczynam od podstaw – od kwadratu i koła. Uważam, że ogólnie mężczyźni są bardziej kwadratowi. Mamy twardsze powierzchnie, mamy kąty i w pewnym sensie jesteśmy dość prości w konstrukcji. Wyobraź sobie sześcian – sześcian jest bardzo prosty, choć kanciasty. Podnosisz go, kładziesz na stole, a ponieważ ma mocną podstawę, nie porusza się, pozostaje w miejscu. Natomiast okrąg, kula, koło – gdy je poruszysz, toczy się i buja. Jeśli położysz je na stole, kręci się wokół, więc jest bardziej złożone, ale też bardziej miękkie i delikatne w dotyku. Nie ma twardych krawędzi ani zadziorów. Tak więc w wielu moich pracach używam tych obiektów: koła lub kwadratu, aby przedstawić mężczyznę lub kobietę.

Zacząłeś tworzyć bardziej symboliczną sztukę opartą na kole i kwadracie – co one symbolizują?

„Sztuka publiczna należy do ludzi; rzeźbiarz nie istnieje po zainstalowaniu dzieła” – w jakim stopniu jesteś przywiązany do swoich dzieł? Czy trudno Ci jest rozstawać się ze swoimi rzeźbami?

Kwadrat symbolizuje postać męską, a koło jest okrągłe

GIVE POST SCRIPTUM

43


T PA EM HY AL M FE E

RE

E

TH

E RC O F

OF

TU NA

O nie, absolutnie nie. Ale bardzo trudno było rozstawać się z obrazami. Pracowałem nad jednym obrazem czasem miesiąc, czasem rok albo dłużej, a potem oczywiście go sprzedawałem i miałem z tego pieniądze. Ale po pewnym czasie pieniądze znikały, ale nie było też obrazu i pojawiał się żal. Myślałem wtedy: to niesprawiedliwe! (śmiech). Natomiast jeśli chodzi o rzeźby, to zawsze mam odlew i zawsze mam prawa autorskie, więc w tym przypadku raczej dzielę się swoją pracą z klientami, nie do końca się z nią rozstaję. Inaczej jest, kiedy rzeźbię w marmurze. Wtedy tak – ciężko mi się rozstawać z moim dziełem. Natomiast jeśli mówimy o pracy publicznej, to już jest inny temat – nie mam z tym większego problemu. W tym przypadku moim absolutnym przywilejem i zaszczytem jest to, że dzieło nie jest już moje, że jest własnością ludzi. Jest to także sposób na pozostawienie pewnego dziedzictwa po sobie. Wiesz, życie na ziemi jest takie krótkie. Czas, w którym tu jesteśmy, mija w jednej chwili. Mam już 54 lata. Patrzę wstecz i przypominam sobie, jak miałem 3, 4, 5 lat, tak jakby to było wczoraj. Im jestem starszy, tym szybciej mija czas. Obecnie pracuję nad rzeźbą o przemijaniu. To bardzo interesująca rzeźba – Wahadło czasu (myślę, że kiedy będzie gotowa, będzie to moja najlepsza, jak dotąd, praca). Myślisz o czasie, widzisz dorastające dzieci, moje mają 26, 24, a najmłodsze 15 lat, a jeszcze wczoraj były w moich ramionach, a dzień wcześniej to ja byłem w ramionach mojego ojca. Jako artysta zapewniam sobie długowieczność, będę istnieć, nawet gdy mnie już nie będzie. Pomyśl o wielkich mistrzach z przeszłości, nadal są z nami każdego dnia i to jest naprawdę niesamowite. Widziałam film, na którym tworzysz obraz, używając własnej krwi. Nazwałeś tę pracę Autoportret DNA

44

POST SCRIPTUM

mojego odcisku palca. Muszę przyznać, że film jest dość mocny i bardzo interesujący! Jaki był zamysł powstania tej pracy? Poszedłem oddać krew; Jestem dawcą, od czasu do czasu oddaję krew. Tym razem motywem przewodnim był Covid. Dojechałem na miejsce, wypełniłem wszystkie potrzebne dokumenty, zaczęto pobierać mi krew. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie umieściłem w papierach jednej drobnej rzeczy. Na wszelki wypadek zawołałem lekarza i powiedziałem: „zapomniałem dodać, że biorę tabletki na włosy, nie wiem, czy to ważne, ale chcę, żebyś wiedział”. A on na to „Nie możesz oddać krwi, jeśli je bierzesz”. Na to ja: „Naprawdę? Dzięki Bogu, że ci powiedziałem”. Ale krew została już pobrana i w zaistniałej sytuacji zamierzali ją po prostu wyrzucić. Więc szybko zareagowałem: „Nie, nie, nie! Nie wyrzucamy! Jestem artystą i mam pomysł, jak tę krew wykorzystać”. W każdym razie krew została uratowana, szybko wróciłem z nią do studia, wziąłem białe płótno i stworzyłem duży odcisk mojego palca, używając mojej własnej krwi zamiast farby. Pomysł jest taki, że po zakończeniu pandemii przekażę pieniądze ze sprzedaży tego obrazu dla banku krwi. Taki był przecież pierwotny cel – oddać krew, więc teraz oddam ją w postaci mojego obrazu. Jeśli nie mogę oddać krwi, oddam pieniądze. Teraz mam pytanie techniczne: opowiedz nam trochę o procesie tworzenia. Wiem, że zaczynasz od tekstu, ale interesuje mnie, od czego zaczynasz robić rzeczywistą rzeźbę? Jakiego materiału używasz? Jak wygląda ten proces?


T PA EM HY AL M FE E

L BA CE AN

GIVE AND TAKE

VE LO OF

CO TO E E

W R

U FO S VE LO

ZTUKA?

M

S

JEST

MYŚLĘ, ŻE TO ZMATERIALIZOWANIE

E

MOCJI

POST SCRIPTUM

45


Co robię… hmm… to zależy. Tu nie ma z góry ustalonej reguły. Zwykle zaczynam od rysunku, a potem bywa różnie. Najprawdopodobniej zrobiłbym szkielet z drutu, potem dodałbym plastelinę i zrobiłbym makietę. Następnie, jeśli miałaby to być bardzo duża rzeźba, zeskanowałbym makietę i zlecił druk 3D, co pomaga zaoszczędzić co najmniej 6 miesięcy pracy. Następnie pracowałbym na wydrukowanym modelu, który pokrywałbym gliną, aby wykonać ostateczny odlew. Twoje rzeźby są bardzo wyrafinowane, eleganckie i pełne harmonii. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Twoje prace, od razu pomyślałam, że same w sobie przypominają biżuterię. Jak to się stało, że postanowiłeś tworzyć biżuterię na podstawie swoich rzeźb?

EMPOWERMENT

BUILDING BRIDGES

Cóż, w pewnym momencie ludzie zaczęli mnie zaczepiać: „Spójrz, ta rzeźba wygląda jak bransoletka, powinieneś na jej podstawie zrobić bransoletkę. Inni artyści robią takie rzeczy”. Ale nie można tak po prostu zmniejszyć dużej rzeźby i zrobić z niej biżuterii. Trzeba wykonać pewną pracę, dostosować temat, materiał, aby na bazie konkretnej rzeźby stworzyć wyrób jubilerski. Dlatego zatrudniłem do współpracy kogoś, kto umie przetransferować moje rzeźby na biżuterię. Wie, jak to zrobić i tym właśnie się zajmuje. Nie wszystkie rzeźby nadają się do tego projektu, musimy działać wybiórczo. Ale głównym powodem tego pomysłu jest to, że wiele moich rzeźb mieszka w domach prywatnych. Tylko monumentalne dzieła znajdują się w miejscach publicznych, ale większość moich prac należy do osób prywatnych i przez to nie jest dostępna dla szerszej publiczności. Stąd tylko ograniczona, niewielka liczba osób może je zobaczyć. Dlatego przesłanie w nich zawarte nie jest szeroko dostępne. W przypadku biżuterii jest inaczej. Nie są to pojedyncze egzemplarze, większa ilość osób nosi ją, pokazuje, dzieli się z innymi, co powoduje, że konkretna rzeźba staje się tematem rozmowy i tego, co ona reprezentuje i co artysta chciał przez nią przekazać. Zasadniczo jest to inny sposób na przekazanie artystycznego przesłania szerszej publiczności na większą skalę. Nadal znajdujemy się w środku pandemii. Galerie, muzea, teatry, kina są wciąż zamknięte. Dla artystów to bardzo trudny czas. W jaki sposób wpłynęło to na Ciebie i Twoją sztukę?

YOU ARE THE WORLD

46

POST SCRIPTUM

W czasie pandemii byłem znacznie bardziej płodny niż kiedykolwiek i niezwykle kreatywny. Dla mnie był to pierwszy rok, od wielu lat, kiedy nie podróżowałem i mogłem zostać w domu. A musisz wiedzieć, że czasami podróżuję nawet do 200 dni w roku. Czy możesz sobie wyobrazić, jak to wpływa zarówno na kreatywność, jak i na produktywność? Odwiedzam klientów, miejsca,


N

IE WYOBRAŻAM SOBIE TWORZENIA SZTUKI, KTÓRA NIE MA GŁĘBSZEGO ZNACZENIA

w których umieszczane są moje rzeźby, wystawy i tak dalej. Teraz jestem w domu, więc mogę tworzyć bez żadnych zakłóceń. To był dla mnie fantastyczny artystycznie rok. Oczywiście nie mogę teraz publikować moich nowych prac, czekam, aby pokazać je na następnych wystawach sztuki i bardzo zależy mi na tym, aby móc podzielić się tym, nad czym pracowałem przez ten czas. Myślę, że moje następne wystawy będą sporą niespodzianką. Prywatnie, ponieważ moja rodzina i przyjaciele są zdrowi i czują się dobrze, a ja byłem niesamowicie produktywny, miniony rok był bardzo dobry dla mnie i mojej twórczości. Jednak negatywnym aspektem Covidu jest niewątpliwie cierpienie całego świata. Ludzie tracą życie, miejsca pracy, zamykają się firmy, jest strach o przyszłość, o to jak będzie wyglądał świat po pandemii. Z pewnością życie już nie będzie takie jak kiedyś. Tak więc, na poziomie emocjonalnym był to bardzo trudny rok, ale na mnie osobiście nie odcisnął zbytniego piętna. Urodziłeś się w Rzymie, dorastałeś we Włoszech i Ameryce, obecnie mieszkasz w Barcelonie. Dużo

podróżujesz, wystawiając swoje prace na całym świecie, od Ameryki po Europę, Bliski Wschód i Azję. Gdzie jest Twoje miejsce na ziemi? Gdzie jest Twój dom? Dobre pytanie. Mój dom jest tam, gdzie jest moja rodzina. Moi najbliżsi mieszkają w Hiszpanii, więc mój dom jest obecnie w Hiszpanii. Gdyby moja rodzina przeprowadziła się do Miami lub do Włoch – to te miejsca stałyby się moim domem. Jestem tu od prawie 24 lat – dlaczego to mówię? Ponieważ przyjechaliśmy tu pierwotnie na krótki okres, na 6 miesięcy, a to było 24 lata temu. Przez pierwsze 2-3 lata nawet nie myśleliśmy o kupnie domu, po prostu wynajmowaliśmy miejsce do mieszkania z myślą, że w końcu wrócimy do Nowego Jorku, ponieważ stamtąd przyjechaliśmy. Ale życie w Hiszpanii jest bardzo dobre. Jakość życia jest wysoka. Wydaje mi się, że jedyną rzeczą, której mi tu brakuje, to biznes. W Nowym Jorku jest więcej możliwości prowadzenia biznesu niż w Hiszpanii. Ale życie to nie tylko pieniądze! Powodem, dla którego zarabiasz, jest lepsze życie. Jeśli spędzasz cały swój czas na zarabianiu

POST SCRIPTUM

47


SUPPORT W

S

P

A

R

C

I

E

Lorenzo Quinn podczas międzynarodowego festiwalu sztuki Biennale w Wenecji w 2017 roku, za pomocą olbrzymich rzeźb dłoni wynurzujących się z Canal Grande postanowił zwrócić uwagę na zagrożenie, jakim dla miasta są zmiany klimatyczne. Wybór Wenecji nie był przypadkowy. Miastu, które co roku odwiedzają miliony turystów, w wyniku postępujących zmian klimatycznych grozi w przyszłości całkowite zalanie. Dłonie podtrzymywały jeden z budynków, aby podnieść świadomość społeczną na temat globalnego ocieplenia i konsekwencji związanych z tym niepokojącym zjawiskiem. Rzeźba ma przypominać, że wszystko jest w naszych rękach i tylko od nas zależy, czy globalne ocieplenie będzie postępować, czy je powstrzymamy, tak aby przyszłe pokolenia nadal mogły podziwiać zabytkowe uliczki Wenecji. Olbrzymie dłonie, które ostatkiem sił wydostają się z zielonych otchłani weneckiego kanału i spoczywają na murach budynku, symbolizują obawę o przyszłość. Niepokój jest jednak pomieszany z nadzieją, że wspólnymi siłami uda się zapobiec klęsce klimatycznej. Instalacja odzwierciedla dwie natury człowieka: twórczą oraz destrukcyjną. Gigantyczne, powlekane żywicą poliuretanowe piankowe ręce (za wzór posłużyły mu dłonie jego najmłodszego syna) sięgają desperacko znad Kanału Grande, by spocząć na zabytkowym hotelu Ca ‘Sagredo – zarówno w akcie wsparcia, jak i desperacji – i pokazują, że mogą zarówno utrzymać Wenecję nad wodą jak i doprowadzić do jej zatopienia. Quinn zwraca uwagę na dwoistość ludzkiego charakteru, który potrafi budować i niszczyć, a do obu tych czynności wykorzystuje swoje ręce.

pieniędzy, nie masz dobrego życia – to po co to wszystko? Mieliśmy szczęście przez cały okres lockdownu, ponieważ mieszkamy w pięknej okolicy; z jednej strony morze, z drugiej góry. Więc nawet podczas największych obostrzeń mogliśmy uprawiać sporty, chodzić na spacery w góry, itd. Nie czujemy się uwięzieni, mamy dużo swobody. Tak więc mój fizyczny dom jest tam, gdzie jest moja rodzina. Jak powiedziałaś, jestem zarówno Włochem, jak i Amerykaninem, ale czuję się bardziej Włochem. Wspomniałeś o nowej rzeźbie, nad którą obecnie pracujesz. Czy możesz nam coś więcej zdradzić? Niestety nie. To będzie niespodzianka.

48

POST SCRIPTUM

Może więc mógłbyś opowiedzieć nam o swoich artystycznych planach na przyszłość? Mam sporo planów. Pracuję nad dużymi, monumentalnymi rzeźbami, które ukażą się w wielu krajach. Jest też nowy projekt, który będzie wystawiony w Londynie. Mam nadzieję, że wkrótce, choć z oczywistych powodów ciągle przesuwamy datę; z końca zeszłego roku na luty, potem na maj, ale wygląda na to, że dobrniemy do czerwca lub nawet września. Chcę też stworzyć rzeźbę, którą zainstaluję na jeziorze Iseo we Włoszech, tak jak zrobił to Christo. On wykonał pływające pomosty, a ja chcę wykonać monumentalną rzeźbę Jesteś światem. Myślę też o kolejnym Biennale. Pracuję nad wieloma różnymi rzeczami.


Więc zamierzasz pojawić się również na następnym Biennale? Tak myślę, taki mam plan. Sądzę, że mam naprawdę dobry pomysł, ale czekam na informacje o temacie najbliższego Biennale. Nie ogłoszono jeszcze tytułu. Kiedy przedstawią tytuł, wtedy będę wiedział, co chcę robić i jaką pracę pokażę. Czym jest dla Ciebie sztuka? Och, to kolejne dobre pytanie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był w stanie odpowiedzieć na to w inteligentny sposób. Co to jest sztuka? Myślę, że to zmaterializowanie emocji.

Jesteś nie tylko artystą tworzącym oszałamiające dzieła sztuki, ale także człowiekiem, który porusza bardzo ważne kwestie dotyczące samej ludzkości. Głęboko wierzę, że sztuka istnieje po to, aby edukować, wskazywać problemy i zmuszać ludzi do myślenia i działania. Bardzo Ci za to dziękuję. Życzyłabym sobie, żeby wszyscy artyści byli tacy jak Ty. Nasza planeta potrzebuje silnego głosu. O tych sprawach trzeba głośno wykrzyczeć, aby ludzie się obudzili i podjęli działania. Bardzo dziękuję, że zechciałeś poświęcić swój cenny czas na ten wywiad. To była fascynująca rozmowa i nie mam wątpliwości, że czytelnicy Post Scriptum będą tego samego zdania. Życzę Ci wielu sukcesów. [RC]

POST SCRIPTUM

49


HAIKU

po polsku K

iedy w początkach lat 20. Awangardziści Krakowscy utworzyli hasło dotyczące poezji „Minimum słów, maksimum treści”, nie mogli wiedzieć, jaką karierę zrobi wśród twórców niezwykle popularnej formy wiersza japońskiego – haiku. Haiku to najkrótszy utwór poetycki, składający się z trzech wersów 5-7-5 czyli z 17 sylab – oryginalne japońskie haiku stanowi tylko jedną linijkę, ale też ich mory, odpowiadające długości brzmienia jednej krótkiej głoski, to trochę co innego niż nasze sylaby. Za prekursora haiku uważa się poetę Matsuo Basho żyjącego w latach 1644-1695. Wcześniej haiku stanowiło element początkowy dłuższego utworu haikai – poezji uprawianej na japońskich dworach. Basho wyodrębnił pierwszy wers i nadał mu rangę samodzielnego utworu poetyckiego. Haiku klasyczne nie może istnieć bez kigo, czyli słów lub zwrotów dotyczących pór roku i kireji – cięcie, czyli podziału wiersza na dwie w pewnym stopniu niezależne części. Obecnie powstają również haiku, gdzie kigo zastępuje się elementem nowości lub świeżości tzw. współczesne haiku. Jeżeli chodzi o treść – haiku jest próbą zatrzymania ulotności chwili. Japończycy kochają wszystko, co efemeryczne. Poeci nie używają w utworach metafor, ważny jest element osobistego przeżycia, emocji, czułości dla obserwowanego świata, muzyka. Wszyscy prezentowani autorzy należą do Polskiego Stowarzyszenia Haiku i mają na swoim koncie wiele nagród krajowych i międzynarodowych. Zajmują istotne miejsce w światowej społeczności poetów haiku. Szkoła klasycznego haiku, w której doskonalą swoją sztukę pod troskliwą opieką prof. Agnieszki Żuławskiej-Umedy, ściśle współpracuje z działającą w Japonii szkołą o nazwie KUZU.

AGNIESZKA HERMAN

50

POST SCRIPTUM


AZI KUDER – z wykształcenia humanistka, uprawiająca różne dziedziny sztuki: prozę, poezję i malarstwo. Autorka powieści Dwudyszna, Oczy Renifera, oraz tomiku poetyckiego Zapach haiku . Haiku i haigi zostały opublikowane m in. w DailyHaiga, World Haiku Association, Cattails, Green Pencil, Wild Plum, Asahi Haikuist Network, Kuzu, Mainichi, Salonie Literackim, Almanachu ,,Ptaki Wędrowne,,. Laureatka konkursów: „Wiersze w metrze”, „Ogród dźwięku”, „Polskie haiku”, ,,Wiśnie i wierzby,,, wyróżniona w międzynarodowych konkursach: The Iafor Vladimir Devide Haiku Award oraz Wild Plum. Nominowana do Nagrody Poetyckiej im. Ewy Tomaszewskiej za najlepsze haiku w języku angielskim, opublikowane w 2018 roku. Członkini Polskiego Stowarzyszenia Haiku oraz World Haiku Association. Współzałożycielka Sopockich Warsztatów Haiku, współredaktorka Magazynu Artystyczno -Literackiego ,,Haiku Port”. Od roku 2018 prowadzi grupę facebookową Warsztaty Haiku abc.

pada śnieg niedokończony obraz z magnolią wzgórza i doliny ile jeszcze pociągnięć pędzla do rzeki? księżyc w nowiu wiedźma poluje na mandragorę wietrznie zniknęły wszystkie liście z płótna malarza jesienne niebo malarz utopił w stawie cały błękit zardzewiały klucz na dnie szuflady twoje listy letni domek zamykam na klucz zapach rumianku pękający lód zabieram ze sobą księżyc medytacja unosi mnie letni wiatr noc w kostnicy brakuje czwartego do brydża

MARTA CHOCIŁOWSKA – poetka haiku. Członkini redakcji Almanachu Polskiego Stowarzyszenia Haiku Ptaki Wędrowne oraz magazynu internetowego ,,Papierowy Żuraw”. Jej wiersze były publikowane w czasopismach haibun, haiga, haiku i senryu na całym świecie. Jest współautorką kilku antologii haiku i senryu a także laureatką oraz jurorką w międzynarodowych konkursach haiku. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Haiku od 2018 roku i menedżer Rejestru Haiku Fundacji Haiku.

późny wieczór mruczenie kota i czajnika salut armatni jak cicho drzewo wiśni zrzuca płatki blues odbicie jesieni w lustrze za barem ogród zen na powiekach Buddy płatki śniegu Droga Mleczna ławica srebrzystych ryb wypełnia morze wykopki snuje się po pastwiskach niebieskawy dym jesienna mżawka drgnięcie końskich uszu strząsa kropelki zamyślenie . . . okrzyk znad brzegu rzeki przecina mgłę ścinanie trzciny stopniowo błękitnieje rozlewisko staw skuty lodem niezliczone ślady stóp donikąd

POST SCRIPTUM

51


MAŁGORZATA FORMANOWSKA – poetka haiku, członkini redakcji Almanachu Polskiego Stowarzyszenia Haiku Ptaki Wędrowne oraz magazynu internetowego Papierowy Żuraw. Laureatka I. edycji Nagrody Poetyckiej im. Ewy Tomaszewskiej za najlepsze haiku anglojęzyczne 2018 roku. W 2020 roku jej haiku nawiązujące do japońskiego drzeworytu pojawiło się na stronie internetowej Bristol Museum. Dwukrotnie zdobyła wyróżnienie w konkursie Wiśnie i Wierzby w 2019 i 2020 roku. Haiku z 2019 roku było nominowane do drugiej edycji Nagrody Poetyckiej im. Ewy Tomaszewskiej za najlepsze haiku w języku polskim. W 2018 i 2020 roku znalazła się wśród 100 najbardziej kreatywnych poetów haiku w Europie według zestawienia prowadzonego przez Krzysztofa Kokota. Wzięła udział w Haiku Postcard Project zorganizowanym przez Krzysztofa Kokota w 2020 roku. Jej haiku były publikowane w wielu polskich i zagranicznych magazynach i antologiach. Wielokrotnie wyróżniana w polskich (I. miejsce w Konkursie Jednego Haiku w 2017 roku, Ogólnopolski Konkurs Haiku Wiśnie i Wierzby) i międzynarodowych konkursach haiku (Bashoan International English Haiku Competition, Yamadera Basho Memorial Museum English Haiku Contest, Wild Plum Haiku Contest, UKIAH Haiku Contest, Sharpening The Green Pencil).

jesienna mgła nagle przede mną katedra jesienny świt zawieszone na niebie wieże katedry bezsenność spacerujemy razem ja i Wielki Pies zimowy zmierzch jedna po drugiej wrony bezsenność patrzymy na siebie ja i księżyc wołałeś mnie? och nie, to tylko wiosenny wiatr burza między pocałunkami płatki jaśminu wiosenny świt… pełne deszczówki moje kalosze

52

POST SCRIPTUM

ROBERT KANIA – autor tomików poetyckich: Spot (2014) - nominacja w konkursie ,,Złoty Środek Poezji” 2015 na najlepszy poetycki debiut książkowy roku, 39 haiku (2015) oraz Wołynie i inne wiersze (2017). Ten ostatni ukazał się po bułgarsku jako prizivi i drugi stikhotvoreniya (2018) w przekładzie Łyczezara Seliaszki. Publikował m.in. w ,,biBLiotece”, ,,Fabulariach”, ,,Pegazie Lubuskim”, ,,Przekroju”, ,,Przydrożach”, ,,sZAFie, ,,Tekstualiach”, ,,Wytrychu”, internetowym wydaniu ,,Odry” oraz w kilkunastu międzynarodowych magazynach haiku. Członek kapituły Nagrody Poetyckiej im. Ewy Tomaszewskiej. Członek kolegium redakcyjnego drukowanego rocznika ,,Ptaki Wędrowne”. Redaktor naczelny internetowego magazynu ,,Papierowy Żuraw”. W latach 2015-2018 prezes Polskiego Stowarzyszenia Haiku.

ciepły wiatr białe nitki spadają na ręce krawca błyskawica na kolcach jeża krople deszczu ruiny zamku polne kwiaty w sali balowej stara jabłoń wspomnienie zamiast owoców dwunaste danie coraz mniej spojrzeń na puste krzesło liście opadają pomiędzy nami szelest gazety płatek za płatkiem powoli znika podwórko z dzieciństwa pocałunki łaty śniegu już tylko gdzieniegdzie śnieżyca nagle za dużo kierunków


WIESŁAW KARLIŃSKI – emerytowany pedagog, obecnie dziennikarz, tłumacz, podróżnik i poeta. Sympatyk miejscowego Klubu Młodych Twórców WENA. Zwiedził ponad 40 krajów opisując je w setkach artykułów. Jeden z członków założycieli Polskiego Stowarzyszenia Haiku. Pierwsze haiku napisał wiele lat temu w norweskim lesie. Od dekady ekscytuje go także haiga. Z powodzeniem brał udział w wielu konkursach literackich i dziennikarskich. Opublikował – także pod pseudonimem Wilhelm Karud – ponad 300 tekstów, m.in. w ,,Angorze”, ,,Gazecie Wyborczej”, magazynach kulinarnych, miesięczniku ,,Poznaj Świat”, prasie polonijnej, Antologii Polskiego Autostopu. Jego haiku oraz haiga sukcesywnie pojawiają się w The Mainichi, Daily Haiga i w podsumowaniach konkursów polskich oraz międzynarodowych.

znów pachnie sianem pierwsze spotkanie wnuczki z konikiem polnym wiatr od jeziora głaszcze mnie po twarzy smukła trzcina obóz harcerski przy ostatnim ognisku pierwsza miłość wiosna w parku na łuku amorka para gołębi zamglona przystań łagodny wiatr odsłania jej sekrety rzeka graniczna na tamtym brzegu trawa bardziej zielona pociemniało – gubi drogę na niebie klucz dzikich gęsi płatek wiśni pada na bujny dekolt spojrzenie starca zimowy zmierzch wchodzi do stacji metra uliczny skrzypek mroźny poranek muska mnie po policzkach ciepło piekarni

KRZYSZTOF KOKOT – poeta, farmaceuta. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wiersze prezentowane były w prasie krajowej, czasopismach aptekarskich i almanachach. Pisze w języku literackim, jak i po śląsku. W 2010 i 2018 wyróżniony tytułem: „Przociel Ślonski Godki”. W dorobku tomiki poezji Daj mi talent, Poznań 2007, Bez recepty, Nowy Targ 2010, Dmuchawce, Poznań 2011, Haiku Time , Poznań 2012, Wokół Haiku, Poznań 2017, Krzok, Poznań 2019. Publikowany w prasie japońskiej i europejskiej, wyróżniany w światowych konkursach i antologiach. Pomysłodawca i koordynator Polish International Haiku Contest. W latach 2012-2015 był inicjatorem wydań almanachów haiku współczesnych polskich autorów: Niebieskie trawy (2012), Dajmy grać świerszczom (2013), Pory roku w polskim haiku (2015). Wszystkie we współpracy z Wydawnictwem Kontekst z Poznania. Uczestnik Drugiej Międzynarodowej Konferencji haiku w Krakowie (2015). Od roku 2013 – razem z Robertem Kanią prowadzą konkurs kukai o światowym zasięgu „European Quarterly Kukai”. Honorowy Członek Polskiego Stowarzyszenia Haiku.

starość – przechodzę obojętnie obok wiosny ku jesieni – drgnął na partyturze cień słonecznika odlot ptaków – ostatnia chwila na fotografię wiosenna pieśń – krople rosy drżą na polnych kwiatach mżawka – ceremonia parzenia herbaty i komar stara łajba – igła kompasu pokazuje wschodzące słońce parking przy lotnisku – w szybach samochodów startują samoloty pukanie do drzwi – z tej i tamtej strony znaki zapytania przesilenie wiosenne – dziadek masuje żonę opodeldokiem

POST SCRIPTUM

53


H A I K U 54

POST SCRIPTUM

SŁAWA SIBIGA – poetka haiku. Autorka siedmiu tomów wierszy w tym trzy z poezją haiku Sen o Japonii ( 2016), Ślad na księżycu ( 2018), Kształt wiatru ( 2020). Współautorka dziesięciu antologii poezji haiku. Jej wiersze można usłyszeć na antenie Polskiego Radia Katowice i Polskiego Radia Koszalin. Haiku publikuje w polskich i zagranicznych magazynach internetowych oraz w japońskich miesięcznikach ,,Kuzu” i ,,Senryu To”. Związana z Polskim Stowarzyszeniem Haiku które współtworzyła i z lokalnym środowiskiem poetyckim. Laureatka konkursów, we wrześniu 2019 nominowana do nagrody im. Ewy Tomaszewskiej za najlepsze haiku opublikowane w 2018 roku. Przewodnicząca jury Ogólnopolskiego Konkursu Wakai haiku w Tychach. Propagatorka tej formy poezji i organizatorka wielu spotkań poetyckich. Pisze także dla dzieci.

z błękitu nieba w błękit rzeki szum wodospadu dziura w dachu odziedziczona po babci wiosenna pełnia wszystko odległe tylko kwitnące maki lekko drżą lato w górach… chłód który wynoszę z jaskini opuszczony dom z gniazda w kominie głos kawki jesienny deszcz stroiciel fortepianów uchyla okno jesienne słońce… chłód który otacza puste molo płatki śniegu malarz dodaje biel do bieli spotkanie po latach kruszę stopą lód na kałuży dźwięk wiatru cisza z jaką opada płatek śniegu


IRENA SZEWCZYK – hungarystka, poetka haiku, fotografka, joginka. Jest członkiem założycielem oraz byłą sekretarz Polskiego Stowarzyszenia Haiku. Pisze haiku i tworzy foto haigi, które zamieszcza na swoim blogu Iris Haiku. Jej utwory zdobywają nagrody w prestiżowych konkursach (HIA – 2011, 2013, Konkurs Poetycki im. Danusi Pawłowicz – 2013, Mainichi – 2015, 2016, 2019, Wiśnie i wierzby – 2019) oraz są publikowane i tłumaczone na wiele języków w czasopismach i antologiach na całym świecie. Uzyskała nominację do Nagrody Poetyckiej im. Ewy Tomaszewskiej za najlepsze haiku 2019. Jej fotografie publikowane są jako ilustracje do japońskiej poezji w amerykańskich wydawnictwach (Frameless Sky, Into the Wrap and Woof). Dzierży tytuł Master Haiga Artist przyznany przez Światowe Stowarzyszenie Haiku w Japonii.

niespokojne trzciny łabędź na brzegu omija mój cień wiosenne kwiaty jakże słabe w tym roku oczy babci koniec spowiedzi za bramą kościoła wiosenny deszcz bezgraniczna mgła z drugiego brzegu wraca tylko przewoźnik znów tego roku przyszła jesień — na dłoni brązowa plamka powiew wiosny suknia panny młodej wybrzuszona świeże kwiaty z jej ogrodu na jej grób żaba w moim ogrodzie książę incognito nagły sztorm zostawia ruiny zamku na plaży

ZUZANNA TRUCHLEWSKA – laureatka wielu konkursów poetyckich i haiku, polskich i międzynarodowych. Jej haiku oraz haigi są publikowane w wielu międzynarodowych magazynach. Współautorka trzech antologii haiku. Tworzy również w gwarze śląskiej (kartki pocztowe – haigi). W czasopiśmie Wolnej Inicjatywy Artystycznej „Wytrych” z Rybnika redaguje „Strefę Haiku”. Jedna z założycielek grupy „Pogotowie 5-7-5”, organizuje wiele spotkań i inicjatyw poetyckich. Członkini założycielka PSH, od 2017 r. członek Zarządu.

oczekiwanie – przerębel wypełnia się tarczą księżyca zamglony księżyc ślady po pocałunku takie widoczne wędrowne ptaki z każdym ruchem skrzydeł bliżej domu nagły podmuch – w gnieździe czapli para siwych piór zawierucha – wraz ze śniegiem podrywa się stado gawronów chmury i chmury płyną razem z wiatrem rozpięte żagle późna jesień – tyle zmarszczek na kałuży! po wojnie… w lufie czołgu ptasie gniazdo

POST SCRIPTUM

55


MUZEUM

WŁÓKIENNICTWA w Łodzi

zdjęcia: archiwum CMWŁ

56

POST SCRIPTUM

Łódź, niegdyś określana miastem kominów, później miastem włókniarek, w ostatnich latach rozwijająca bazę centrów logistycznych ze względu na usytuowanie przy skrzyżowaniu głównych szlaków komunikacyjnych, dziś próbuje także ugruntować pozycję na turystycznej mapie świata, proponując coraz więcej atrakcji dla przybyszów. Jednym z dobrze znanych już w Europie miejsc stał się prawie trzydziestohektarowy łódzki kompleks handlowo-usługowo-rekreacyjny Manufaktura, utworzony na terenie zrewitalizowanego zespołu pofabrycznego jednego z najbogatszych łódzkich przemysłowców drugiej połowy XIX w., Izraela Poznańskiego. W budynkach pofabrycznych powstają także inne, mniejsze obiekty rozrywkowo-restauracyjne lub biurowe, np. Off Piotrkowska czy Monopolis, który w zeszłym roku zdobył dwie nagrody Award Winner dla najlepszych projektów w Polsce w międzynarodowym konkursie International Property Awards 2020-2021 odbywającym się od 27 lat w Wielkiej Brytanii, a także bardzo prestiżową nagrodę MIPIM AWARDS w kategorii Best Mixed-Use, czyli najlepsza funkcja mieszana. Wyróżnienia nazywane Oscarem Branży Nieruchomości przyznano na uroczystej gali w Paryżu. Monopolis był jedynym kandydatem z Europy. Wróćmy jednak do kominów. Obecnie w Łodzi jest ich około 60, w tym mierzący 265 m komin elektrociepłowni EC-4, będący szóstym co do wysokości kominem w Polsce. Ta ilość to zaledwie jedna piąta wszystkich łódzkich przemysłowych kominów, których najwięcej było w latach 40. ubiegłego wieku. Pierwszy komin stanął w Łodzi za sprawą prekursora Łodzi przemysłowej, fabrykanta Ludwika Geyera. Przybył on do Polski w 1828 roku jako bardzo młody mężczyzna i wykorzystując dobrą koniunkturę oraz warunki hydrologiczne miasta postawił tu w 1833 r. pierwszą fabrykę. Zainstalował w niej 33 krosna tkackie, 11 stołów do drukowania perkali, 7 kotłów farbiarskich, 2 maszyny do maglowania i 1 do osmalania tkanin. Dwa lata później zaczął budować przędzalnię i tkalnię mechaniczną. W 1839 roku zamontował w niej pierwszą nie tylko w Łodzi, ale i w całym Królestwie Polskim maszynę parową. Wymagała ona wybudowania wysokiego na 35 m komina. Druga, konkurencyjna maszyna parowa stanęła w Łodzi dopiero po piętnastu latach. Traugott Grohmann postawił ją w swojej przędzalni przy ul.Tylnej. To teren zwany „lamusem” od nazwy jednej


archiwum CMWŁ (najszybszej) z 18 rzek przepływających przez Łódź. Jego syn Ludwik, który przejął interes po ojcu, był także wielce zasłużonym łodzianinem. Rozbudował fabrykę i stworzył w niej pierwszą fabryczną straż ogniową. Założycielem kolejnej był Karol Scheibler, najbogatszy łódzki fabrykant, właściciel największego kompleksu fabrycznego w historii Łodzi, jednego z największych w Imperium Rosyjskim. Ten przemysłowiec był znany także z działalności opiekuńczej. Oprócz wspomnianej straży pożarnej, za jego przyczyną powstało również osiedle dla robotników na Księżym Młynie, szpital, teatr. Pomagał budować kościoły (różnych wyznań!), przytułki dla sierot i bezdomnych. Oczywiście jako najbogatszy fabrykant miał aspiracje, by być właścicielem najwyższego komina, będącego oznaką prestiżu i zasobności. Komin był także obiektem architektonicznym. Właśnie komin elektrowni Scheiblera według projektu Alfreda Fischa jest postrzegany jako jeden z ciekawszych przykładów secesji przemysłowej. Ale kominy to nie tylko oznaka rozwoju. To także charakterystyczne dla obrazu Łodzi w tych czasach dymy. Trzeba dodać, że pierwsze fabryki powstawały na działkach fabrykantów, których parcele przylegały do głównej ulicy miasta – ul. Piotrkowskiej. To był czas niezwykle szybkiego, niekontrolowanego rozwoju Łodzi. Po II wojnie światowej większość fabryk uległa nacjonalizacji, ale dymiące kominy oznaczały pracę i wydźwiganie się z powojennej zapaści. Dopiero lata 60. wraz ze zmianą koncepcji wizerunku miasta

spowodowały powolną redukcję kominów wraz z powstawaniem elektrociepłowni, do których zaczęły być przyłączane fabryki. Jednak ten pierwszy, symboliczny komin ocalał, a istniejący wokół niego kompleks fabryczny stał się w latach 60. siedzibą Centralnego Muzeum Włókiennictwa, jedynej tego typu placówki w Europie. Po znacjonalizowaniu fabryka funkcjonowała najpierw jako Państwowe Zakłady Bawełniane nr 3, od roku 1950 nazwane imieniem F. Dzierżyńskiego, następnie pod nazwą ZPB „Eskimo” istniała do lat 90. XX wieku. W 1960 roku najstarszy budynek (siedziba pierwszej fabryki) został wydzielony z zakładów na potrzeby powstałego przy Muzeum Sztuki Działu Tkactwa, który od tej pory funkcjonował jako Muzeum Historii Włókiennictwa, a od roku 1975 r. jako Centralne Muzeum Włókiennictwa. Budynek był charakterystyczny od początku swojego istnienia, albowiem jako jedyny wówczas spośród obiektów fabrycznych, został otynkowany i szybko zaczął być określany mianem Biała Fabryka. Obok niej, na terenie dawnych ogrodów, powstał skansen miejskiej architektury, dzisiaj nazywany Łódzkim Parkiem Kultury Miejskiej. W muzeum możemy znaleźć niemal wszystko, co jest związane z procesem wytwórczym przemysłu włókienniczego. Oprócz stałych wystaw, muzeum oferuje wiele wystaw tematycznych. Od roku 1972 jest współorganizatorem, a od 1982 jedynym organizatorem niezwykle prestiżowej imprezy tj. Międzynarodowego Triennale Tkaniny promującego współczesną tkaninę unikatową.

POST SCRIPTUM

57


Aneta Dalbiak – ukończyła historię sztuki nowoczesnej w Instytucie Sztuki PAN, filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim, dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i Podyplomowe Studium Fundusze Unii Europejskiej na Wydziale Prawa Uniwersytetu Łódzkiego; trenerka Narodowego Centrum Kultury; wykładowca akademicki; realizatorka licznych projektów z obszaru sztuki współczesnej. Zawodowo związana z Muzeum Sztuki w Łodzi od 2006 do 2016 r. gdzie realizowała między innymi 5 edycji projektu pn.: „Digitalizacja zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi” finansowanych ze środków programu Kultura+, 6 edycji projektu „Rozwój «Międzynarodowej Kolekcji Sztuki XX i XXI w.» Muzeum Sztuki w Łodzi” finansowanego z programu „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej”. Koordynowała wiele projektów wystawienniczych i wizerunkowych, w tym ogólnopolską kampanię outdoorową pn. „Promocja marki regionalnej Muzeum Sztuki w Łodzi nowoczesność i tradycja” w ramach projektu dofinansowanego z Regionalnego Programu Operacyjnego Woj. Łódzkiego. W roku 2015 uhonorowana za swoją działalność odznaką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Zasłużony dla kultury polskiej”. We wrześniu 2016 roku po wygranym

konkursie rozpoczęła pracę na stanowisku dyrektorki Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi.

Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi sukcesywnie się rozrasta. Obecnie, pomimo pandemii, działa bardzo prężnie, o czym z nadzieją i optymizmem mówi dyrektor placówki Aneta Dalbiak. Główne moje doświadczenie dotyczące muzealnictwa jest związane z Muzeum Sztuki. Pracowałam tam 10 lat i byłam odpowiedzialna m.in. za powstanie nowego oddziału zajmującego się sztuką współczesną, tj. MS2. Pole moich zainteresowań skupione było od zawsze wokół sztuki najnowszej, w tym także tkaniny artystycznej, którą postrzegam jako jedno z istotnych mediów dla współczesnych artystów. Zatem obejmując stanowisko dyrektorki CMWŁ, miałam przekonanie, że posiadając wcześniejsze doświadczenie, jestem w stanie wypracować taką formułę działalności muzeum, która będzie w pewnym zakresie komplementarna do tego, czym zajmuje się Muzeum Sztuki, ale także Muzeum Miasta Łodzi. Co zatem chciała Pani zmienić?

58

zdjęcia: archiwum CMWŁ

POST SCRIPTUM

Przede wszystkim, to, na czym mi zależało, to równomierny rozwój wszystkich znajdujących się tu kolekcji i budowanie programu wokół nich. Oprócz tego, że mamy najlepszą kolekcję współczesnej


archiwum CMWŁ

tkaniny artystycznej w Polsce, a i z pewnością jedną z najlepszych w Europie, o czym nie każdy wie, Biała Fabryka jest też jednym z ważniejszych obiektów budujących tożsamość Łodzi. To tu rozpoczęła się historia Łodzi przemysłowej. Przyjęłam więc, że muzeum powinno rozwijać się symetrycznie w oparciu o cztery filary, będące odzwierciedleniem zbiorów instytucji tj. sztuka współczesna i tkanina artystyczna, historia przemysłu w Łodzi, ale także kultura miejska, czyli losy i życie codzienne zwykłych ludzi, robotników, drobnych rzemieślników prezentowane w domkach na terenie parku kulturowego, zaś czwartym obszarem tematycznym, który, jak mi się wydaje, jest też bardzo silnym wyróżnikiem tego muzeum w kraju, jest jego kolekcja odzieży. Mam na myśli program wystaw modowych, który rozpoczęliśmy prezentacją kolekcji Adama Leja oraz wystawą Jerzego Antkowiaka w 2018 roku, a także naszą współpracę z łódzką ASP, z Wydziałem Wzornictwa. W naszym muzeum w 1975 r. powstał pierwszy w polskim muzealnictwie wyodrębniony Dział Odzieży z własną kolekcją nakierowaną na gromadzenie ubiorów współczesnych. Nie mamy tu w zasadzie kostiumów starszych niż z dwudziestolecia międzywojennego, ale jesteśmy w posiadaniu naprawdę świetnej i kompletnej kolekcji odzieży współczesnej, pozwalającej prześledzić zmiany zachodzące w modzie na przestrzeni dekad XX w. Jest to ewenement w skali kraju, bowiem w Polsce nie ma jeszcze siatki muzeów prezentujących modę, a już w szczególności modę współczesną. Czyli można powiedzieć, że jest to encyklopedia mody współczesnej dla kostiumografów?

Jak najbardziej. Dodam, że ta kolekcja jest bardzo chętnie wypożyczana przez inne muzea. Mamy w niej bardzo dużo kwerend. Rozumiem, że to symetryczne działanie się udaje? Tak, udaje się. Przez ostatnie dwa lata prowadziliśmy inwestycje ze środków unijnych. Dzięki tym środkom poddaliśmy modernizacji najstarsze skrzydło fabryki pod nową wystawę stałą, opowiadającą historię Łodzi z perspektywy rozwoju przemysłu włókienniczego. Kolejnym elementem projektu unijnego był Łódzki Park Kultury Miejskiej, czyli dawny skansen, w którym poddane renowacji zostały wszystkie znajdujące się tam domki. Dosłownie kilka dni temu zakończyliśmy przygotowania do otwarcia nowej wystawy stałej „Łódzkie mikrohistorie”. Co prawda z powodu pandemii, muzeum, jak wiadomo, bywa chwilowo nieczynne, ale wystawa już czeka na możliwość zwiedzania. Prowadzi Pani tę placówkę od czterech lat. Które wydarzenie zgromadziło najwięcej publiczności? Które było największym sukcesem? Oczywiście miarą sukcesu może być albo satysfakcja z przeprowadzenia ciekawej, istotnej imprezy, albo liczebność odwiedzających, ewentualnie sukces medialny, a najlepiej, jeśli wszystkie te wyznaczniki są wysokie, prawda? Z pewnością dużym zainteresowaniem zarówno mediów, również tych lifestyle’owych, jak i publiczności cieszyły się obie wystawy prezentujące modę. To był niewątpliwie sukces komercyjny. Wystawa Adama Leja, domu mody Dior, przeszła nasze oczekiwania. Kolejka do obejrzenia jej w ramach akcji Noc Muzeów mierzyła

POST SCRIPTUM

59


„Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie mikrohistorie” foto: Anna Perek-Kowalska.

60

POST SCRIPTUM


kilkaset metrów. To miłe, gdy widzi się kolejkę nie do sklepów, a do przybytków sztuki. Myślę, że sukcesem była też ostatnia edycja Triennale, na której bardzo dopisała publiczność zagraniczna. Ludzie przyjechali do Łodzi specjalnie na to wydarzenie i to naprawdę z bardzo daleka. Kanada, Japonia. To świadczy o naprawdę dużym prestiżu imprezy. Oceniam, że ok. 70 procent to była publiczność zagraniczna. Jest to wymierna korzyść dla miasta, oprócz samej promocji, rzecz jasna. Ci ludzie spędzali tu czas, spali, jedli, a zatem różne branże miały pożytek z tego wydarzenia. Moim zdaniem, należało to przedsięwzięcie odrobinę zreformować i to właśnie uczyniliśmy. Była to pierwsza edycja opatrzona hasłem przewodnim. Artyści tworzyli prace na konkretny temat, ponadto nabór był otwarty, bez wstępnej selekcji, czyli artyści zgłaszali się bezpośrednio, a nie jak wcześniej poprzez rekomendację konsultantów dopuszczających uczestników do udziału w wystawie. Niegdyś muzeum miało siatkę takich opiniodawców w różnych krajach i bazowało na ich zdaniu, co jednak mimo wszystko były subiektywne. W obecnych czasach, w których jest niezwykła łatwość kontaktów internetowych, uważam, że była to formuła przestarzała. Teraz to wybrane przez Radę Triennale międzynarodowe jury kwalifikuje do udziału w wystawie, a następnie wybiera laureatów. A co dzieje się z pracami tych laureatów? Czy są one pokazywane na wystawach objazdowych, czy raczej chętni do obejrzenia muszą przyjechać do Łodzi?

wielkogabarytowe, a to wymaga szczególnej instalacji, a co za tym idzie, również przystosowanych do tego wnętrz. Nasza przestrzeń jest do tego odpowiednia. Jeśli chodzi o zakup prac laureatów, przez wiele lat z powodu trudnej sytuacji finansowej nie udawało się nabyć ich do kolekcji muzeum. Od trzech lat nieustannie ubiegamy się o środki z dotacji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co umożliwia sukcesywne uzupełnianie kolekcji. W zeszłym roku udało nam się pozyskać prace laureatów ostatniego triennale, bo to na pewno jest jeden z ważnych elementów budowy kolekcji, którą chcemy docelowo udostępnić na stałej wystawie tkaniny artystycznej. Jakie są najgorętsze, wiosenne plany? Dla mnie najważniejszym wyzwaniem w tej chwili jest dokończenie wystawy stałej w budynku A, czyli w tej najstarszej części fabryki. Powstanie tam ogromna wystawa zajmująca trzy piętra. Powierzchnia jednego piętra to 800 m2. Pracujemy nad wystawą z zespołem merytorycznym od dwóch lat. Da ona odpowiedź, dlaczego rozwój Łodzi w pewnym okresie historycznym tak dynamicznie przyspieszył. Historia została tu doprowadzona do 1989 roku, czyli do momentu upadku fabryk w Łodzi. Zawiera ona strajki kobiet, o których bardzo mało się mówi, a na które warto zwrócić uwagę, bo te strajki włókniarek były chyba jedynymi, które spotkały się z reakcją ówczesnego rządu. Ponadto przemysł włókienniczy jest nierozerwalnie związany z przemysłem odzieżowym, a nasza kolekcja odzieży to nie tylko realizacje wielkich projektantów, to także po prostu finalne produkty tego przemysłu, które także zaprezentujemy na wystawie. Dodam, że z pewnością nie będzie to prezentacja multimedialna. Mamy naprawdę bardzo ciekawe zbiory i to one będą „grały pierwsze skrzypce” na ekspozycji, do obejrzenia której już teraz serdecznie zapraszam. Dziękuję za rozmowę i za pośrednictwem magazynu Post Scriptum zachęcam wszystkich do zwiedzania. [JN]

Triennale nigdy nie miało takiej tradycji, by była to wystawa objazdowa, chociażby ze względu na specyfikę prezentacji prac. Tkaniny są często

POST SCRIPTUM

61


62

POST SCRIPTUM


PIOTR JAKUBCZAK

POST SCRIPTUM

63


PIOTR JAKUBCZAK 64

POST SCRIPTUM


CO MIAŁEM POWIEDZIEĆ, TO Kiedy pokazano mi Pana prace, byłem przekonany, że to obrobione graficznie fotografie. I tu rodzi się pierwsze pytanie. Jak ważny jest warsztat malarza? Czy potrzebna jest umiejętność, czy wystarcza sama wizja? Osobiście wywodzę się z tego starszego pokolenia (akademickiego), gdzie warsztat malarski był pielęgnowany i wpajany przez całe życie. Bez umiejętności warsztatowych żadna wizja w pełni nie może być rzetelnie zrealizowana. Doskonałość warsztatu daje poczucie wolności w tworzeniu. Do tej doskonałości dochodzi się przez całe twórcze życie. Konsekwencja w pracy i pokora wymaga praktycznie całkowitego poświęcenia się w doskonaleniu w sztuce. Można malować obrazy lub je tworzyć. W swym marnym żywiole dążę

NAMALOWAŁEM

do tego drugiego. Dzień bez pracy przy płótnie jest dniem straconym, tym bardziej, że coraz mniej czasu pozostało. Tak więc pokora i praca. Jak definiuje Pan swoje malarstwo? Nie mam żadnej definicji na temat tego, co robię. W malarstwie kieruję się bardziej emocjami niż zdrowym rozsądkiem. Nie pracuję nad żadnym stylem. Zależy mi tylko na tym, by obraz nie był obojętny, by miał coś do opowiedzenia. Jak powstaje obraz? Pytam o tę chwilę, zanim weźmie Pan pędzel do ręki. Pojawia się Panu w głowie gotowe dzieło, które należy jedynie odtworzyć, czy ono tworzy się podczas malowania? Nie mam zielonego pojęcia. Obserwuję otaczającą mnie

rzeczywistość, czasami noszę jakiś temat przez długi czas w sobie, a czasami po prostu siadam i obraz sam mnie prowadzi. Nigdy do końca nie mam sprecyzowanej formy końcowej tego, co robię. Często ulegam przypadkowi, który próbuję okiełznać. Jak mówiłem wcześniej, zależy mi na tym, by ewentualny odbiorca nie przeszedł obok mojej pracy obojętnie. Nie traktuję swej pracy jako jakiejś misji czy powołania do zbawiania świata. Tworzę i chcę być z tym szczęśliwy, co jest bardzo trudne. Głęboko skrywane marzenia? Raczej nie posiadam. Wszystko mam: dach i niebo nad głową (w pięknym miejscu). Głodem nie przymieram. Dzieci zdrowe i ja też. Wrogów chyba nie mam. W pracy się spełniam (żyję wyłącznie z malarstwa). To czego więcej chcieć? Spokoju ducha i miłości. Tyle. POST SCRIPTUM

65


CENIĘ KAŻDEGO, KTO PODCHODZI DO SWOJEJ PRACY Z PASJĄ

66

POST SCRIPTUM


CZĘSTO ULEGAM PRZYPADKOWI,

KTÓRY PRÓBUJĘ OKIEŁZNAĆ.

POST SCRIPTUM

67


68

POST SCRIPTUM


Czy podgląda Pan prace swoich kolegów i koleżanek? Kogo ceni Pan najbardziej z polskiego podwórka, ale też z europejskiego i światowego? Oczywiście, że podglądam i obserwuję. Na tym to polega, by się wymieniać doświadczeniem z przyjaciółmi po fachu. Nie mam jakiegoś ulubionego twórcy. Cenię każdego, kto podchodzi do swej pracy z pasją. W mistrzach widzę doskonałość warsztatu i podejście do tematów. U każdego można zobaczyć coś dla siebie. Największy sukces? Rodzina. Co ważnego powiedziałby Pan światu, gdyby świat chciał Pana słuchać? Więcej miłości. Trochę naiwnie, ale uczciwie. Obawiam się, że to piękne, ale niestety zbyt ogólne przesłanie. Może zapytam inaczej: gdyby miał Pan czarodziejską różdżkę, co by Pan stworzył, zmienił? Stworzyłbym maszynkę do zwalczania: tępoty, bestialstwa i nienawiści. Co ja gadam. Przecież ma Pan czarodziejską różdżkę, która potrafi tworzyć nowe światy. To pędzel. No tak! W zaciszu swej pracowni stworzyłem cały kosmos. [JP]

POST SCRIPTUM

69


70

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

71


A RT Y S T A

ZAKLINACZ STRACHU Patrzę w dal, aż po krańce świata… Zanim przeminie dzień, nadejdzie koniec. Najpierw zacznie zapadać się czas, a potem ziemia. Chmury ogarnie szaleństwo. Zakipią lądy. Oto znak – to początek końca. Skraj świata zacznie się kruszyć. Wszystko zacznie się zapadać, i zapadać… Patrzę w to zapadanie się. Czuję jakąś siłę ssącą. Wciąga mnie. Wsysa. Zaczynam się zapadać. Spadam. W głowie mi się kręci od tego spadania… Teraz patrzę uważnie w jeden punkt kotłujących się wód. Szukam miejsca, na którym moje oko mogłoby odpocząć. Staję się lekki. Coraz lżejszy. Wszystko staje się lekkie. Wznoszę się w górę. Z tego zapadania się i wznoszenia wyłania się nowa kraina, jak zatopiona Atlantyda – Ziemia wyłania się z wody. Widzę Nową Ziemię… (Pasterz - jasnowidz Hias, film „Szklane serce” Wernera Herzoga, 1976)

J

est 2020 rok. Całą kulę ziemską opanowała epidemia koronawirusa z Wuhan, wszechobecna niepewność i uzasadniony lęk przed nieznanym. Tymczasem w Kolumbii, w głębi amazońskich lasów deszczowych dokonano epokowego odkrycia. Na trzynastokilometrowych trzech ścianach wzgórz Serranía La Lindosa, przypominających klif, odnaleziono nienaruszone rysunki naskalne z epoki lodowcowej sprzed dwunastu i pół tysięcy lat. Okrzyknięto to miejsce Kaplicą Sykstyńską prehistorii. Stwierdzono, że doniosłość tego odkrycia przewyższa nawet jaskinię w Lascaux. Zadziwiające jest, że rysunki nie wyblakły przez tak nieprawdopodobnie długi czas i wciąż emanują żywym, rdzawym kolorem naturalnej sepii. Organiczne barwniki stały się pożywką dla porostów i grzybów, które zakonserwowały je na tysiąclecia, a amazoński las

72

POST SCRIPTUM

deszczowy skrył tę artystyczną i kulturową tajemnicę przed inwazją człowieka. Postaci potężnych gatunków mastodontów, paleolam, ryb, jaszczurek, ptaków, węży, żółwi, koni i innych olbrzymich zwierząt epoki lodowcowej wypełniają szczelnie powierzchnię klifu, jakby prehistoryczny artysta cierpiał na horror vacui, ale może raczej ludzie żyli obok tej skały tak długo, że malowały ją całe pokolenia, nawarstwiając na niej swoją historię. „Odczytanie” tej ściany zajmie archeologom wiele lat, a nawet całe pokolenia. Na razie musi zadowolić nas zaledwie powierzchowne dotknięcie jej sekretu – a to i tak wystarcza do spojrzenia przez moment na świat oczami naszych prehistorycznych przodków sprzed tysięcy lat. Patrzymy na tę potężną ścianę, na której nasi praprzodkowie z epoki lodowcowej pozostawili zapis swojego życia – i my, ludzie wysoko rozwiniętej cywilizacji i technologii, przeżywamy głębokie poruszenie.

Nawiązujemy porozumienie z innym człowiekiem ponad głęboką przepaścią czasu i rozwoju cywilizacyjnego.

Oto jest siła i magia sztuki. Kim był tamten artysta? Szamanem, który zaklinał swój strach na ścianie? Skąd u człowieka tak potężna potrzeba kreacji? Tak wielki imperatyw tworzenia? André Malraux, pierwszy w historii francuski minister kultury w wieku XX, stwierdził: Sztuka jest niezbędna. Żebym tylko wiedział do czego. Znana jest jeszcze inna myśl jego autorstwa:

Kultura

jest tym, co sprawiło, że człowiek stał się czymś innym, niż tylko przypadkowym wydarzeniem w przyrodzie.


Na te właśnie intuicyjne refleksje francuskiego ministra kultury na temat sensu uprawiania przez człowieka sztuki, naukowej odpowiedzi udzielił nam neurobiolog profesor Jerzy Vetulani. W jednym ze swoich wykładów dowodził on bezpośredniego jej wpływu na rozwój naszego mózgu i tym samym, wyodrębnienie się naszego gatunku homo sapiens spośród innych ssaków. Profesor Vetulani powiedział:

sztuki

Zdolność tworzenia jest właśnie tą cechą, która wyróżnia człowieka spośród innych mieszkańców naszego globu. Jedynym elementem, który stanowi decydującą różnicę pomiędzy budową mózgu człowieka rozumnego a pozostałych ssaków naczelnych, jest obszar odpowiadający za naszą zdolność kreacji. Posiadamy tę umiejętność jako wyjątkowy gatunek żyjący na ziemi. Według profesora Vetulaniego, to dzięki swojej kreatywności homo sapiens wygrał w starciu z innymi

formami praludzi, z człowiekiem neandertalskim. Ale być może także i dlatego, że żył on w dużych grupach, neandertalczyk był natomiast raczej typem samotnika tworzącego zaledwie kilkuosobowe rody. Homo sapiens był też szczególnym gatunkiem w prehistorii, który zdobił swoje groby, sprzęty i broń. On pierwszy w całej historii wszechświata poświęcał swoją uwagę czynności, która tylko pozornie nie posiada celu ani sensu. Kwintesencją tego działania twórczości jest rozwój umiejętności przekazywania ludzkich emocji odbieranych poprzez neurony lustrzane. Sztuka w sposób bezpośredni i namacalny rozwija nas i uczy empatii. Tym samym czyni nas – w prosty i udokumentowany przez naukę sposób – po prostu ludźmi. Istotnym dowodem na to, jak bardzo potrzebujemy sztuki, jest także fakt, że wszystkie czynności i zdobycze ewolucyjne, które są zbędne, z czasem zanikają – sztuka zaś nie zanikła. I w całej historii ludzkości nie zaistniała żadna grupa społeczna, która nie pozostawiłaby po sobie jej obiektów.

Sztuka towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Jest zewnętrznym wyrazem ekspresji jego emocji. Chociaż jej forma wciąż, zwłaszcza od XX wieku, bardzo mocno ulega przekształceniom, a szczególnie ewolucja ta dotyczy pojmowania i definiowania piękna. Według współczesnej wiedzy neurobiologicznej nasz ośrodek piękna mieści się w nowej części mózgu – w przyśrodkowej korze oczodołowo-czołowej, strukturze właściwej tylko dla gatunku homo sapiens. To potwierdza intuicyjny pogląd wyrażony przez Immanuela Kanta, który w rozprawie O uczuciu piękności i wzniosłości twierdził, że zasady tych pojęć tkwią w odbiorcy sztuki i to on decyduje, co w jego własnym odczuciu jest piękne. Nie są więc kwestią obiektywną, istniejącą niezależnie, poza człowiekiem – jak uważano od czasów Platona. Uwagę zwraca również fakt, że sztuka była od początku w znacznym stopniu figuratywna, a zatem bliska człowiekowi. Przedstawiał on samego siebie podczas polowania, w tańcu, swoje przedmioty codziennego użytku, a także wszelkie spotykane wówczas

Kobiety tańczące nad rzeką, dżungla amazońska, wzgórza Serranía La Lindosa, Kolumbia

POST SCRIPTUM

73


Nasza obawa przed samotnością jest wciąż tym samym lękiem, który przeżywali nasi paleolityczni praprzodkowie. zwierzęta. To wszystko w otoczeniu geometrycznych form i wzorów będących symbolami krajobrazu lub być może spełniającymi funkcje czysto dekoracyjne. Wśród znalezionych petroglifów niekiedy zaskakują pojawiające się wizje rodem z kosmosu – spirale symbolizujące zakrzywienie czasoprzestrzeni, latające obiekty pozaziemskie… Na odkrytej w kolumbijskiej dżungli potężnej skalnej ścianie, szczelnie wypełnionej postaciami ludzi, zwierząt i abstrakcyjnymi wzorami, pomiędzy wieloma innymi formami zobaczyłam schematyczny rysunek pięciu kobiet tańczących nad rzeką. Patrząc na ich proste sylwetki ujęte w syntetyczny schemat, a jednak zindywidualizowane w formie i ruchu, w poruszonych tańcem ciałach, układzie rąk i nóg – człowiek z początku XXI wieku doświadcza głębokiego wzruszenia. Czuje radość tamtego człowieka sprzed dwunastu i pół tysięcy lat, płynącą z faktu samego tańca, jak i bycia w grupie współplemieńców podobnych sobie. To nasze poruszenie jest uczuciem wspólnoty z całą ludzkością.

Sztuka łączy nas, ludzi,

ponad czasem, ponad odległymi epokami i całą historią rozwoju naszej cywilizacji. Pomimo upływu czasu, w pewnych naszych pragnieniach jesteśmy wciąż niezmienni. Naszemu życiu towarzyszy od zawsze ta sama nadrzędna potrzeba bycia razem. W grupie czujemy się silniejsi i przez to bezpieczniejsi. Każdemu zaś epizodowi wyłączenia ze wspólnoty towarzyszy stan niepokoju, nieświadomy, atawistyczny lęk przed własną śmiercią, gdyż poza plemieniem w prehistorycznych czasach była ona czymś bardzo realnym. Samotność stanowiła bezpośrednie zagrożenie życia. Współczesna psychologia zapewne słusznie definiuje nasze psychiczne zdrowie umiejętnością życia w grupie i tworzenia zdrowych relacji z innymi. Jesteśmy wciąż tacy sami – grzejemy się w cieple wspólnego przebywania wokół naszych wszelkich skrzesanych ognisk. Nasza obawa

przed samotnością jest wciąż tym samym lękiem, który przeżywali nasi paleolityczni praprzodkowie. Człowiek z epoki lodowcowej, żyjący w otoczeniu olbrzymich zwierząt, być może poskramiał swoją trwogę, zamykając ją w obrazach na skale. Sublimując w sztuce własne przerażenie otaczającym go światem. W ten sposób zaklinał swój strach. Ci, którzy w pierwotnym plemieniu byli artystami, byli zazwyczaj równocześnie szamanami. Od swego zarania sztuka miała również wiele wspólnego z kontaktem istoty ludzkiej ze światem duchowym. Zarówno poprzez aktywność jej twórcy, jak i w biernym odbiorcy, sztuka zmniejsza lęk przed samotnością, równoznaczny z atawistycznym lękiem przed śmiercią. To jedna z jej bardzo licznych i ważnych ról, jakie odgrywa w naszym życiu. Pozostawiając ślad narzędziem na skale, zarys postaci, symbol współplemieńców, lub siebie samego, człowiek prehistoryczny mówił sam sobie: oto jestem ja, a oto jesteś ty. A to mastodont, lama, koń… Poprzez tworzenie symboli powoli opanowywał otaczający go, wrogi mu świat. Zaklinał to, co nieznane. Oswajał w tworzonym przez siebie znaku. Widząc samego siebie jako kruchy, osobny byt w zagrażającym otoczeniu, kształtował świadomość własnego istnienia jako odrębności i indywidualnej jedności. Jednocześnie pozyskiwał samowiedzę na temat swojego współegzystowania w pierwotnej społeczności, w odniesieniu do innych. Rysunki ludzi mogły faktycznie spełniać rolę w kształtowaniu jego poczucia siebie jako odrębnego

74

POST SCRIPTUM


bytu, będąc jednocześnie wyrazem potrzeby określenia własnej tożsamości – podobnie jak działamy i my, kiedy malujemy autoportrety i poprzez ten dogłębny subiektywny proces poznawania swoich twarzy i sylwetek, staramy się pojąć własną ludzką istotę. Tym samym, zanurzając się w ten nurt działania, zaczynamy czuć siebie samych znacznie realniej, mocniej. Twórczy akt rysowania natury jest przecież badawczą próbą zrozumienia jej. Zapanowania nad nią. Poprzez dogłębną analizę niejako usiłowaniem przeniknięcia jej na wylot. Odkrywaniem jej tajemnic. Wiedza bowiem daje nam poczucie bezpieczeństwa, redukując lęk przed nieznanym. Wizerunek człowieka na skale spełniał być może rolę lustra, bo przecież człowiek pierwotny nie posiadał lustra. Zobaczyć siebie oznacza posiąść świadomość własnego ja. Dopiero potem, w drugiej kolejności przychodzi świadomość relacji ja z innym. Wpatrując się w obraz świata pozostawiony przez własnych przodków, człowiek prehistoryczny zyskiwał także poczucie zakorzenienia we własnej historii, tożsamość. Podobnie jak my zyskujemy poczucie ciągłości naszej historii, patrząc na ruiny Akropolu, skarby Luwru, Kaplicę Sykstyńską, dzieła Picassa… Poprzez wszystko to, co w naturalny sposób samoczynnie wtapia się w nasz wielopokoleniowy kulturowy pejzaż, stając się elementem klasyki. W 1994 roku na południu Francji, w dolinie rzeki Ardèche, trójka podróżników odkryła prehistoryczną jaskinię sprzed 32-30 tysięcy lat, od nazwiska jednego z nich nazwaną Jaskinią Chauveta. Wnętrze tej groty wypełniają paleolityczne malowidła naskalne wykonane z ogromną swobodą, realizmem, biegłością i rozmachem, czarną i czerwoną farbą, umiejscowione w ciągu korytarzy o długości ponad pół kilometra. Przedstawiają ówczesne zwierzęta i odciski dłoni,

zapewne artysty-szamana. Kilka lat po tym sensacyjnym odkryciu Werner Herzog wszedł tam z ekipą filmową, by zrealizować poetycko-filozoficzny dokument zatytułowany Jaskinia zapomnianych snów. Sądząc po znalezionych w jaskini śladach archeologicznych, Jaskinia Chauveta prawdopodobnie spełniała funkcję miejsca kultu. To prehistoryczne sanktuarium. Niezmiernie zastanawia mnie fakt panującej w niej zupełnej ciemności. Jeśli artysta tworzy obrazy w całkowitym mroku, przyświecając sobie zaledwie palącym się polanem lub ogniskiem – dostępne dla jego wzroku są jedynie fragmenty malowidła. Dla widza także. Nie jest więc zapewne celem tworzenie samych przedstawień po to, by budziły podziw oglądającego – intencja była znacznie głębsza, poważniejsza. Moim zdaniem zamiarem tym było właśnie zaklinanie wrogiego sobie świata w obrazach. Był to element rytuału lub kultu. Mrok jest bowiem nieodłącznym elementem towarzyszącym wszelkim tajemniczym misteriom, kiedy człowiek dokonuje próby dotykania rzeczywistości ponadzmysłowej, magicznej, duchowej, boskiej. Kiedy doświadcza transcendencji, musi wyciszyć zmysły. Przymknąć oczy. Przywołać w sobie noc. W tym momencie nie sposób nie przytoczyć z pamięci historii sztuki czternastu Czarnych Obrazów Francisca Goyi, „malowanych w ciemności” w 1810 roku, kiedy po przebytej ciężkiej chorobie, która pozbawiła go słuchu i utracie prestiżu na arystokratycznym dworze, malarz zamknął się przed światem w wiejskim domu na wzgórzu poza Madrytem, nazywanym La Quinta del Sordo – Domem Głuchoniemego. Obrazy malowane techniką olejną wprost na ścianach, wyłącznie dla samego siebie, z własnej

wewnętrznej potrzeby, wyrażają szczerość uczuć i filozofię życia tego pesymistycznego artysty-myśliciela. Są wstrząsającymi scenami przerażenia przemocą i potwornością świata. Straszliwymi wizjami. Samą kwintesencją ludzkiego strachu. Kronos pożera własne dziecko, upiorne staruchy zgromadziły się na sabat, nadchodzi procesja świętego oficjum inkwizycji, starcy łapczywie pochłaniają zupę, jakby był to ostatni posiłek ich dogasającego życia – a wszystkim tym scenom towarzyszy prześmiewczy rechot kobiet, jak okrutny chichot historii… Sztuka ma więc za zadanie nie tylko pobudzać w człowieku ośrodek piękna, sprawiać mu przyjemność. Ma także budzić nasze obrzydzenie i wstręt wobec zła. Ostrzegać przed potwornością i okropnością, która jest ciemną stroną człowieka. Tym samym, poprzez działanie neuronów lustrzanych, rozwija naszą ludzką empatię – wrażliwość na krzywdę bliźniego. Pasterz-jasnowidz Hias z hipnotycznego filmu Wernera Herzoga Szklane serce patrzy w dal ponad morzem chmur płynących po szarym niebie nad wzgórzami Bawarii, i snuje katastroficzną wizję przyszłości… W wiosce, obłąkany rządzą kunsztu rubinowego szkła właściciel fabryki nie cofnie się przed niczym, żeby posiąść tajemnicę jego wyrobu… Pragnienie piękna niekiedy doprowadza opętanego nim człowieka aż do zbrodni. Pogrążeni w hipnotycznym śnie ludzie zmierzają na skraj przepaści własnego życia… Werner Herzog pokazuje tę niebezpieczną granicę, gdy pożądanie sztuki i własnej wszechpotęgi staje się już zatraceniem człowieka. Kiedy obłąkany pasją muzyki Fitzcarraldo chce zbudować w środku peruwiańskiej dżungli operę, przetacza parowiec przez szczyt wzgórza, kosztem życia kilku indiańskich najemnych robotników, a po katastrofalnym upadku swoich planów płynie Amazonką, słuchając z płyty operowego śpiewu w wykonaniu Enrico Caruso.

POST SCRIPTUM

75


Maestria idealnych dźwięków, dwuznaczna w tym kontekście tragicznych wydarzeń, niesie się ponad wodami Amazonki i odbija od ściany gęstych lasów deszczowych… Piękno nie zawsze równoznaczne jest z dobrem, jak nauczał Platon. Brnie na zatracenie Aquirre – oszalały żądzą władzy przywódca hiszpańskich konkwistadorów, prowadząc ich w głąb dżungli, w poszukiwaniu mitycznego El Dorado, na spotkanie z własną śmiercią… Podobnie jak idzie na zatracenie każdy, kto traci miarę, gdy ogarnie go szaleństwo zaślepienia własnym celem. Dżungla amazońska bywa tym samym, czym dla nas, ludzi współczesnych, jest dżungla wielkiego miasta. Bywamy w niej tak samo samotni, bezradni i przestraszeni. Otoczeni zewsząd przez dzikie zwierzęta. Chowamy się do jaskiń – własnych pracowni – by snuć fantasmagorie pomagające nam przeżyć w realności – na temat świata, innych, a przede wszystkim samych siebie. Wchodzimy w głąb swoich dusz i odkrywamy, krok po kroku, własną ciemność. Jak Fitzcarraldo, Aguirre, lub Marlow – bohater Jądra ciemności Josepha Conrada, zmierzający w głąb afrykańskiej dżungli rzeką Kongo. Jak mitologiczny Orfeusz, który ze swą lirą schodzi do królestwa podziemi Hadesu po swoją miłość, Eurydykę. Jak Dante, wędrujący przez Piekło, Czyściec i Raj… Ta katabaza (gr. κατάβασις – zejście) jest zanurzeniem się za życia w śmierć. Dotknięcie jądra własnej ciemności jest drogą wyjścia w jasność. W głębi własnej jaskini, pośród odbitych cieni realnego życia na ścianach, wzrok zamkniętego w niej człowieka w niestrudzonym instynkcie przetrwania, poszukuje miejsc, skąd sączy się strumień światła. To właśnie tam najmocniej bije nieśmiertelny puls własnego życia. Fitzcarraldo, z najlepszym cygarem świata w ustach, oparty dumnie o poręcz teatralnego

76

POST SCRIPTUM

fotela wyścielonego czerwonym aksamitem, ubrany w wytworny frak, stoi na pokładzie parowca, który sunie szeroko rozlaną Amazonką z europejskim zespołem operowym na pokładzie. Nieskazitelna, wysublimowana włoska opera rozbrzmiewa czystymi dźwiękami w finałowej scenie filmu Wernera Herzoga – i niknie, wraz z rozpływającym się w powietrzu dymem z kominów parowca, i ostatnimi napisami na ekranie… Mimo totalnej porażki utopijnego przedsięwzięcia coś jednak pozostało ocalonego z wielkich marzeń szaleńca. Muzyka przetrwała nienaruszona. Kiedyś stałam na wysokim, urwistym brzegu Sekwany w SaintGermain-en-Laye, tuż obok zamku Króla Słońce, w którym mieści się muzeum archeologiczne z bogatym zbiorem paleolitycznych znalezisk z terenów Francji i całego świata. Figurki, rzeźby, bloki skalne z wyrytymi wizerunkami zwierząt i ludzi przeniosły mnie do odległego wymiaru naszych praprzodków. Świat ten przeminął, ale w pozostawionej sztuce zachował się na zawsze duch, z którego emanuje niezwykły potencjał człowieka wszechczasów do wiecznego odradzania się. Z głębin ludzkiej istoty, jak z jądra ziemi, wypływa nieprzerwane źródło niepohamowanej woli tworzenia, tej potężnej, nieśmiertelnej siły kreacji, która czyni nas ludźmi. Patrząc stamtąd na rozciągający się przede mną w mglistą dal szary, zabetonowany Paryż, mimowiednie przeniosłam się myślami w głąb amazońskiej dżungli, gdzie ostatni pierwotni Indianie z plemienia Guarani, całkowicie obojętni na presję cywilizacyjnego postępu, żyją w harmonii z naturą, współplemieńcami i samymi sobą. Szanują plemienną starszyznę i szamana, który znanymi sobie ziołami leczy ich choroby i zapewnia kontakt ze wspierającym ich duchowym światem przodków. Polują w tradycyjny sposób na dzikie zwierzęta. A potem tańczą w kręgu

własnej wspólnoty plemiennej, rozładowując swój strach. Śmiejąc się i bawiąc razem beztrosko, malują swoje twarze czerwonym sokiem owocu uruku. Cywilizacja to władza nad światem, a kultura to miłość do świata – pisał Antoni Kępiński. Jeśli kochamy – pragniemy samego dobra dla obiektu naszych uczuć. Czy kochamy nasz zabetonowany świat, który chociaż tak bardzo ucywilizowany, okazuje się tak bardzo iluzyjny, nietrwały i kruchy? Istnieją w naszym życiu wydarzenia, nad którymi tracimy kontrolę. Czujemy wtedy swoją ludzką słabość i ulegamy siłom, które są potężniejsze od nas. Które nas zagarniają i niosą, gdzie chcą… Artysta bierze wtedy do ręki narzędzie lub słowo, i zaklina swój strach. Strach znieruchomiały w formie rysunku, obrazu, tekstu, nie przynależy już do niego. Staje się opowieścią przynależną zbiorowości. Zostaje wchłonięty w nurt historii naszej ludzkiej egzystencji. W świadectwo naszej wspólnej cywilizacji. To właśnie opowieść, która zaistnieje w zbiorowej świadomości, jest sposobem uporania się z własnym strachem, a nawet z nieuświadomionym lękiem, sięgającym swoimi korzeniami głęboko w nas… Lecz aby podjąć narrację – czy to obrazem, czy słowem – człowiek musi wpierw zmierzyć się sam ze sobą. Stanąć w swojej własnej prawdzie. To bywa niezmiernie trudne. Według Carla Gustawa Junga czasem wręcz tak bardzo niemożliwe, że łatwiej posłużyć się symbolem. Metaforą przedmiotu własnego cierpienia. Przeżyć swój własny dramat, własną tragedię w zewnętrznym obrazie, w cudzym opisie. Tym właśnie jest antyczna tragedia. Antyczna tragedia jest dramatem każdego z nas rozgrywanym w postaci obcych bohaterów.


DOMUS AETERNA (Dom Wieczności) akryl płótno 160x230 2017 Siedzimy na widowni teatru i powoli zanurzamy się w nurt historii obcego nam narratora. Nasza wyobraźnia zaczyna żyć życiem innego człowieka. Mądrość tragedii greckiej polega na umiejętnym prowadzeniu odpowiedniej dramaturgii przedstawienia – wszak wywodzi się bezpośrednio z tajemniczych misteriów dionizyjskich, których bezpośrednim zadaniem było transowe, czasem wręcz ekstatyczne, uwalnianie ówczesnego człowieka od ciężaru traum. Wczuwamy się w los fikcyjnego bohatera dramatu, jakby był naszym własnym losem. Przeżywamy jego strach, jakby był naszym własnym strachem. A potem akcja ulega rozwiązaniu – następuje moment uwolnienia od napięcia (katabaza) – tym samym doznajemy katharsis. Tak sztuka uwalnia nas od naszych własnych lęków. Tę dramaturgię przedstawienia zachowuje do dziś sztuka filmowa, a filmy Wernera Herzoga są tego wybitnym przykładem. Jego szaleni bohaterowie zmierzający się

z potęgą natury i potęgą Pantokratora – przegrywają. Podobnie jak bohaterowie antyczni. Nikt nie jest w stanie przezwyciężyć swego fatum. Ale człowiek, mimo wszystko, pozostaje ocalony – tym ocaleniem jest sztuka, zdolność odradzania się w wiecznej, nieśmiertelnej kreacji. Choćby mijały tysiąclecia, sztuka wciąż pozostaje żywa. Jest jak niezniszczalny kwiat na pustyni. W samym środku brazylijskiej dżungli, nad rzeką Negro wpływającą do Amazonki, w niegdyś niezwykle bogatym z powodu kwitnącego handlem kauczukiem mieście Manaus, stoi wybudowany w 1896 roku potężny gmach opery, zbudowany z cennych materiałów sprowadzanych aż z Europy. Zrealizowane ludzkie marzenie. Na deskach jej sceny występowali Enrico Caruso, Sara Bernhard… Potrzeba sztuki i piękna często znajduje swoje ucieleśnienie w samym jądrze człowieczej ciemności. Pomaga przezwyciężyć

w sobie mrok. Poprzez odwagę aktu kreacji, choć w przebłysku chwili, poczuć szczęście. I własną potęgę. Na jednym z moich obrazów postać kobiety zwraca się w kierunku skulonej, ledwie zarysowanej postaci mieszkańca Pompejów zastygniętego w wulkanicznej lawie z ukrytą w dłoniach twarzą, z zapytaniem:

A Ty – kim jesteś? Odpowiedź brzmi:

Ja jestem Twoim strachem. Tym wszystkim, co wypierasz do swojej nieświadomości, bo nie masz sił zmierzyć się ze swoim własnym przerażeniem.

Jestem Twoim mrokiem. [RSK]

Renata Szpunar-Kubczyk

POST SCRIPTUM

77


CHATA nad

JEZIOREM Powietrze pachnie żywicą i ziemią. Czasem wiatr zawiewa od jeziora i wtedy dochodzi jeszcze, ledwie uchwytna, woń słodkiej wody. Kobieta stoi przed drzwiami zagubionej w lesie chaty. Sama sprawia wrażenie zagubionej. Nerwowo poprawia długie, ciemne włosy, które na moment przysłoniły jej oczy i po raz kolejny sięga dłonią do ciężkiej, metalowej kołatki. Tak jak poprzednio brakuje jej odwagi, żeby zastukać. Jeszcze nie ułożyła w głowie wszystkiego, co chciałaby powiedzieć mężczyźnie, który tu mieszka. Na gałęzi pobliskiego drzewa siedzi szary, duży ptak i przygląda się jej z ciekawością. Przez chwile ich spojrzenia się spotykają. Ptak przekrzywia łebek i skrzeczy. – Stukaj żeż wreszcie, kobieto albo wracaj skąd żeś przyszła – zdaje się mówić. Kobieta ma na imię Tracy, a może Trudy. Tak trudno spamiętać te wszystkie imiona kobiet i mężczyzn, którzy zamieszkują północne rejony Kanady. W każdym razie jest całkiem ładna i ma cudowną pupę w kształcie gruszki. Takie pupy nie zdarzają się zbyt często i o wiele łatwiej je zapamiętać niż imiona. Ta kobieta jest szczęśliwą posiadaczką

78

POST SCRIPTUM

jednej z takich zjawiskowych pup i dodatkowo pary całkiem zgrabnych nóg, ale założone na nie jeansy maskują je. Chyba, że ktoś ma tak sprawne oczy jak sokół, który jej się przygląda. – W czym mogę pani pomóc? Mężczyzna wyrasta nagle za jej plecami. Ma głos lekko skrzeczący i w pierwszej chwili kobieta myśli, że to jej wyobraźnia nadal przemawia dziobem siedzącego na gałęzi ptaka. Jednak ptaka już nie ma, a gospodarz krytej drewnianym gontem chaty jest. Nie poznaje kobiety, choć spotkali się poprzedniego dnia. – Chciałam przeprosić, podziękować – kobieta mówi pospiesznie, jakby się bała, że on nie pozwoli jej dokończyć, i nerwowo grzebie w torebce. W końcu wyciąga z niej zwitek banknotów. – Odwdzięczyć się jakoś za to, co pan zrobił. – Na pewno nie w ten sposób – mężczyzna w końcu ją rozpoznaje, choć zdaje się, że patrzy nie na twarz, ale na jej obleczoną w jeansy pupę. – Nie chcę papierków. Trudy (a może Tracy?) jest czerwona na twarzy. Drży jej ręka trzymająca banknoty i głos, gdy wreszcie się odzywa: – Proszę przyjąć pieniądze.

Nawet ktoś taki jak ty ich potrzebuje. Ktoś taki jak gospodarz zgubionej w lesie chaty patrzy na nią uważnie. Tym razem nie na tyłek, ale prosto w oczy. Jakby ją przewiercał na wylot. – Przyjedź z córką jutro i zostańcie na weekend – mówi wreszcie. – To jest moja cena. Jeśli zdrowie Małej nie jest dla ciebie tyle warte, to trudno. – Nie wiem za kogo mnie bierzesz! – krzyczy kobieta. – Tłukłam się tu dwie godziny, żeby… – Podziękować – kończy za nią spokojnie. – I podziękowałaś. A teraz możesz spieprzać. Oczekuję was jutro. I przywieźcie ze sobą jakieś produkty na kolację. Moja dieta mogłaby się wam nie spodobać. Szum silnika zdezelowanego pick-upa trochę ją uspokaja. – To odludek – mówi kierowca. – Niech pani nie bierze tego do siebie. On po prostu taki jest. Dużo gada, ale jak przyjdzie co do czego, to wszystkim pomaga, choć zawsze twierdzi, że to nie jego zasługa. Moja sąsiadka była umierająca. Potrzymał ją trochę w ramionach, tak jak pani córkę wczoraj, i od razu stanęła na nogi. Ostatnio nawet zgłosiła swoją kandydaturę do władz


miasta. Tak jej wróciła chęć do życia. – Bardzo się zdenerwowałam, gdy dotknął mojego dziecka – kobieta tłumaczy się nie temu mężczyźnie, co powinna. – Dlatego go zwyzywałam i otłukłam torebką. Tyle się teraz mówi o tych zboczeńcach. Myślałam, że to jeden z nich. – No i pani się dziwi, że kazał pani spieprzać? – dziwi się z kolei kierowca. – Też bym pani kazał, na jego miejscu. – Pomimo to, zaprosił mnie, o ile można to tak nazwać, na weekend… – O, to świetnie! Połowa kobiet z miasteczka dałaby sobie usunąć implanty za takie zaproszenie. Podobno nie tylko w leczeniu jest wirtuozem. Kierowca mruga do niej i pokazuje w uśmiechu wszystkie ubytki w uzębieniu. – Tego się właśnie obawiam – mówi Trudy. – Proszę się nie bać. On nikomu nie zrobi krzywdy. Nie zgwałci pani, jeśli to pani chodzi po głowie. Co najwyżej poszczeka, ale nie ugryzie. Bez pani zgody, miałem na myśli. Bo większość kobiet z miasteczka… – Dałaby sobie usunąć implanty za takie ugryzienie. – Pięknie powiedziane! – chwali ją mężczyzna. Dalej jadą w milczeniu. Kierowca pogwizduje, kobieta pochłonięta jest własnymi myślami, silnik rzęzi jak rzęził. Kobieta siedzi przy stole w pięknej, bordowej, balowej sukni. Wygląda jak egzotyczny kwiat w szarobrązowym wnętrzu leśnej chaty. Zapach pieczonego królika i świeżo przygotowanej szarlotki miesza się z wonią perfum Paris

YSL. Mała poszła spać zaraz po kolacji. Obie się bały, że ból głowy uniemożliwi jej zaśnięcie, dlatego córka położyła się tak wcześnie. Odkąd odzyskała wzrok, zaczęły się te bóle. Mężczyzna co jakiś czas brał jej drobną buzię w swoje szorstkie dłonie i trzymał przez chwilę. Dawał jej też jakieś zioła. To pomagało na chwilę. Przed kolacją też ją trzymał i Mała nawet odzyskała dobry humor. Żartowała z mężczyzną. Trudy pomyślała, że potrzeba jej ojca. A potem pomyślała o Peterze. Chyba coś ich łączy, z naciskiem na chyba. Jednak przy nim Mała tak się nie otwiera. Nigdy. – Jak okazujesz swoją wiarę? – pyta mężczyzna, patrząc na krzyżyk zwieszający się między piersiami kobiety. A może po prostu patrzy na jej piersi? Suknia ma spory dekolt, więc gospodarz nie musi się wiele domyślać. – Słucham przykazań Kościoła. – Kiedy człowiek zobaczy rajską plażę, nieograniczoną wolność i nieskalane piękno, natychmiast chce ją ogrodzić, otoczyć murem. Chce ją chronić, ma dobre intencje, ale efekty są dokładnie przeciwne. Sam sobie buduje więzienie, dodatkowo zabijając piękno, które przecież chciał ochronić. – Zgadzam się, że z wiarą łączą się ograniczenia – kobieta nerwowo poprawia włosy. Widać jej narastającą irytację. – Jednak nie można mieć nieograniczonej wolności. Na przykład do zabijania. – Z tymi słowami na ustach ludzie mordowali się przez całe stulecia. Tysiąclecia. Zaczynając od średniowiecznych wojen krzyżowych, a na współczesnych konfliktach kończąc. Wiara im w tym nie przeszkadza, a nawet ich, w ich mniemaniu, usprawiedliwia.

W imię czego więc odrzucasz swoją wolność? – W imię miłości. Mężczyzna ma na sobie flanelową, kraciastą koszulę i znoszone jeansy. Jego skóra pachnie szarym mydłem. Ten zapach Trudy (a może Tracy?) nazwałaby prostackim. Podobnie jak to bezczelne gapienie się na jej biust. Teraz jednak mężczyzna przenosi spojrzenie na twarz kobiety. Patrzy na nią jak nauczyciel zadowolony z odpowiedzi ucznia. Uśmiecha się. – Od dawna w moim łóżku nie spała kobieta – informuje ją. – Nie oczekuj, że to się dziś zmieni – irytuje się Tracy. – Nie jestem dziwką! – Przyznam, że bliżej mi do filozofii Sumerów niż do purytanizmu Chrześcijan. Sumerowie czcili prostytutki, uważając je za święte. To one pokazywały przecież mężczyznom miłość bogów. To właśnie miłość jest kluczem do wiary, a nie kościelne przykazania. – Przykazania są ważne – protestuje kobieta. – Są przecież wartości uniwersalne, ponadczasowe. Choćby takie, żeby nie pożądać żony bliźniego. – Są różne rodzaje miłości. Najmniejszą jest miłość do partnera. To miłość warunkowa i pełna przykazań. Potrafisz kochać mężczyznę, ale tylko wtedy, gdy wypełni twoje przykazania. Na przykład takie, że ma być ci wierny i nie pożądać żon bliźnich. To nie jest prawdziwa miłość, a jedynie rodzaj kontraktu. Prawdziwe uczucie, to miłość do dziecka. Obdarzasz Małą uczuciem bezwarunkowym. Będziesz ją kochać cokolwiek zrobi i nie stawiasz jej żadnych warunków.

POST SCRIPTUM

79


Nie przestaniesz jej kochać za to, że ona pokocha twojego partnera jak ojca albo jakiegoś miłego chłopca, co z pewnością wkrótce nastąpi, bo Mała już skończyła szesnaście lat, prawda? Nie będziesz o nią zazdrosna. Nawet będziesz się cieszyć jej szczęściem – mężczyzna napełnia kieliszki winem. – Miłość matki do dziecka, to nic w porównaniu z JEGO miłością. Ziarenko piasku w zestawieniu z oceanem. Jesteś w stanie wyobrazić sobie miłość bezgraniczną? Nieskończoną? Taka miłość: niczego nie oczekuje, nie żąda, nie spodziewa się, nie stawia warunków. Ona jest nieskończona. Brakuje skali, żeby ci ją pokazać. Nie jesteś w stanie jej pojąć, a ja nie potrafię ci jej opisać. Przyjmij tylko, że jest i że ona nie buduje klatek. Ludzie je budują. Trudy myje się w misce. W tym domku na odludziu nie ma bieżącej wody. Trzeba ją zagrzać i myć się jak w średniowieczu. Starannie myje piersi z wulgarnie sterczącymi sutkami (tak by to określiła, gdyby się nad tym zastanowiła), brzuch i uda oraz wszystkie te miejsca, o których damy nie wspominają. Przedłuża mycie chyba tylko po to, żeby opóźnić pójście do łóżka, w którym on z pewnością na nią czeka. Potem równie metodycznie wyciera się ręcznikiem. Zakłada aseksualną piżamkę w słoniki. Zakłada też podpaskę i majtki. Niedługo powinna mieć okres, ale nie tylko o to jej chodzi. Podpaska odstrasza większość mężczyzn skuteczniej niż słowo: „nie”. Ma to być jej tarcza przeciw włóczni wroga. Zachichotała na tę myśl, a potem robi głęboki wdech

80

POST SCRIPTUM

i przesadnie pewnym krokiem wychodzi z łazienki. Nie zastaje mężczyzny w łóżku. Kobieta nie wie, że on poszedł na nocne wędkowanie i nie wróci przed świtem. Kładzie się, przykrywa kołdrą i czeka na odgłos jego kroków. Czeka. Potem zasypia. Kierowca czeka kilkaset stóp od chaty. Nie ma odwagi podjechać bliżej. Wysiadł z samochodu i pali papierosa. – Teraz już jest stabilna– mężczyzna patrzy na Małą i głaszcze ją po głowie. – Z każdym dniem będzie coraz lepiej, a bóle nie powinny się już powtarzać. Co najmniej nie tak silne. – Może wpadniemy tu jeszcze kiedyś? – kobieta wygląda tak, jakby dziwiły ją własne słowa, a jej córka entuzjastycznie wykrzykuje: „tak, tak, tak”. – O ile nie będziemy przeszkadzać… – Wierzysz, że miasto wciąż istnieje? – pyta właściciel chaty. – Było jeszcze w sobotę rano, kiedy z niego wyjeżdżałyście, ale czy istnieje teraz, gdy nie patrzysz? Miejsca istnieją tylko tam, gdzie ty ich potrzebujesz, czy współistnieją ze sobą nawet bez twojego udziału? – Co za głupie pytanie! – obrusza się kobieta, żałując tego swojego: „może wpadniemy...”. Wie z całą pewnością, że nie chce tu nigdy więcej przyjeżdżać. – Podobnie jest z czasem i zdarzeniami. One też ze sobą współistnieją. Wbrew naszej woli. Nawet wtedy, gdy nie patrzymy. Inna sprawa, że patrzeć nie zawsze oznacza – widzieć. Trudy wsiada do samochodu i nie patrzy na mężczyznę

w kraciastej koszuli, który macha im na pożegnanie. Powietrze pachnie jesienią. Minęło kilka miesięcy od czasu, gdy była tu z Małą. Jest pewna, że to jest właśnie to miejsce, ale w krajobrazie brakuje jednej istotnej rzeczy. – Miejsca znikają, gdy ich nie potrzebujemy – odezwał się sokół siedzący na gałęzi. – Nieprawda! – protestuje kobieta. – Miejsca nie znikają! – Wszystko znika – mówi sokół. – Trzeba ci perspektywy trwającej miliony lat góry. Zobaczyłabyś, że miejsca pojawiają się i znikają bardzo szybko. Oczywiście ptak nie wypowiedział ani słowa. To była jedynie wyobraźnia kobiety. Przyjechała tu, żeby powiedzieć mężczyźnie, że Mała zaczęła pisać książkę, że z jej wzrokiem już jest wszystko dobrze. Lekarze powiedzieli, że to cud. Kierowca pokazuje w uśmiechu wszystkie ubytki w uzębieniu. Peter, z którym chyba była w związku, ożenił się z pośredniczką nieruchomości, która szukała dla nich domu. Ale kobieta nie żałuje tamtego domu, żałuje całkiem innego. W krajobrazie wszystko się zgadza: są drzewa, które zapamiętała, widok na jezioro, nawet szary ptak siedzi na gałęzi jak wtedy. Brakuje tylko chaty. Kierowca nie pamięta chaty ani tego, żeby ją kiedykolwiek tutaj przywoził. Ten weekend nad jeziorem nigdy się wydarzył. Jeszcze... [JP]


Zdjęcie: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

81


yrzeka

w dów się lę g z w ówi,

rasicki K y c a – Ign

m rawdę p a r y t Sa

PEWNIK

Na nic komputer, gdy łby zakute

WYZNANIE

Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec

DWIE SIOSTRY

Kropelka kropelce zazdrości urody jakby zapomniała że z tej samej wody

BIZNESMEN

Laptop, komóra mercedes, paniusie a debet w banku i długi w ZUS-ie

KŁOPOT

W miłości bywa bardzo różnie Dziś jest przyjemność kłopot później

MENU POSŁA

Nie podawajcie posłom salami by nie zostali kanibalami

WŁADZA

DOBRY PIES Skończ się, by się zacząć jeszcze raz od nowa, by głupawym czasom nie dać się zwariować. Zagraj im na nosie, abyś mógł zapomnieć, że idzie szaleństwo Renata Cygan po ciebie i po mnie. I skończ głupio gadać. Zacznij mądrze szczekać, bo tak – schodząc na psy – dojdziesz do człowieka…

Juliusz Wątroba

PRZYJAŹŃ

Tę przyjaźń opcjonalna choroba nękała Zdrowa była gdy brała chora gdy dać miała

ZALEŻNOŚĆ

To pirania od zarania.

POKORNE CIELĘ

Władzy skłoń się grzecznie, świętości nie kalaj, a będziesz bezpiecznie ssał dwie krowy naraz.

HASŁO EUNUCHA

Wiwat celibat!

IDEALNA

Gdy ma wiele zalet, to jej nie ma wcale.

RODZINA

Amorów finał.

GDY POCZUJE WOLĘ BOŻĄ

Nie pomoże konfesjonał, gdy dziewczyna rozogniona.

PRAWIDŁOWOŚĆ

Tak to już jest z każdą władzą, że jej nie do twarzy z twarzą.

ATEISTA

Miłość przygasa gdy pusta kasa

82

Po gorzale mam sto zalet, które tracę razem z kacem.

Gdyby w nic nie wierzył, to by dawno nie żył.

Karzimierz Linda

POST SCRIPTUM

Juliusz Wątroba


W PAPROCIACH

Rysunki:

Jezioro błyszczy niczym tafla księżyc przeciąga się w zadumie nietoperz wisi brodzi czapla obłok po niebie miękko sunie wieczór różowo rozćwierkany na lutniach grają leśne elfy zmierzch się układa nisko a my jemy wafelki jemy te wafle ręka w rękę moja dłoń w twojej drży jak listek bryza podwiewa mi sukienkę myśli się kłębią oczywiste nie będę wcinać wafli gdy tak zalotnie skręca w las ta droga prężę pierś niczym Afrodyta bo krew nie woda trącam cię lekko miękkim biodrem wiatr nieco wzburzył lśniącą taflę elfy zaczęły grać rapsodie ja tak głęboko w oczy patrzę czapla unosi dziób do góry nietoperz zerka łypie bocian mój ty kogucie złotopióry weź mnie w paprociach! już w tych paprociach moszczę ciało udrapowana á la nimfa guziczek odpiął się nieśmiało krew wrze jak w kotle cieknie ślinka zaraz się stopię ledwo dyszę mrówki wędrują w dół po nerkach wyciągasz rękę i... cóż słyszę? może wafelka?

Renata Cygan

Konrad Wieczorkowski

*** Pewien książę, (tak, tak!), w Elsynorze, od myślenia się czuł coraz gorzej. Mógł wszak „być, albo nie być.” Lecz jak nie być? Się przebić? Ale czym? Szpadą? Mieczem? Czy nożem? *** Gdy Coelho przechodził przez Chile, dużym palcem napisał gdzieś w pyle na rozstajach dwóch dróg coś, co zwala wprost z nóg. „Kiedy idę - to idę. I tyle.” *** Polonistka z miasteczka Wodzisław jeszcze dzisiaj się gubi w domysłach czy ten wiatr w Zakopanem co tak dmuchał, Orkanem był, czy może to inny Władysław?

Adam Gwara POST SCRIPTUM

83


kino arthouse=

KINO STUDYJNE, KOLEJNA ODSŁONA… CZYLI KOMU POTRZEBNE DZIŚ DEKAEFY...

K

ino studyjne, jak dawniej DKF (Dyskusyjny Klub Filmowy), arthouse lub inaczej, miejsce spotkań z artystycznym kinem, to dziś kinowa oaza dla koneserów. Pierwsze kina studyjne powstały w latach 20. w Europie, następnie w Stanach Zjednoczonych (choć bazowały przede wszystkim na dobrym kinie europejskim). W Polsce początki klubów filmowych to lata 50. W dobie wszechobecnych multipleksów, gdzie wyświetlane są kasowe nowości przy ogólnie akceptowalnym akompaniamencie chrupania popcornu i siorbania coca-coli, wydaje się, że tzw. ambitne kino nie ma racji bytu. Ludzie przychodzą dziś do kin dla rozrywki i wytchnienia po pracy, nie dla myślenia i analizy „co autor chciał powiedzieć”. Oczekują oderwania ich zmysłów i umysłów od dnia codziennego i zaabsorbowania ich niezwykłymi doznaniami

84

POST SCRIPTUM

ARTHOUSE

Charlie

płynącymi z ekranu. Stąd filmy stają się coraz bardziej dynamiczne i wręcz atakują widza mocnym obrazem. Po dawce kina, widzowie zaspokajają głód fizyczny w okolicznych restauracjach lub pubach. Czy zatem ambitne kino ma szanse przetrwania, a przede wszystkim, czy jest na nie zapotrzebowanie? O tym i o transformacji klubów prezentujących filmy niszowe rozmawiam z właścicielem kina „Charlie”, jednego z najlepiej działających w Polsce kin arthousowych, Sławomirem Fijałkowskim.


Sławku, zacznę od standardowego pytania, które pewnie wielokrotnie już padało w Twoją stronę: skąd 25 lat temu pojawił się pomysł na Forum Kina Europejskiego? Ten pomysł pojawił się przecież wcześniej niż powstało Twoje kino. Czy ma to związek z jakże popularnymi wówczas Konfrontacjami? Tak naprawdę to projekt z 1992 roku, za rok obchodzilibyśmy 30-lecie. Ten projekt jest starszy niż utytułowane Camerimage. Przesłanek było kilka. Przede wszystkim pojawił się pewien deficyt na rynku spowodowany zakończeniem słynnych Konfrontacji. To był impuls do stworzenia w Łodzi – która akurat w tym czasie sporo straciła, bo przemysł kinematograficzny wskutek kryzysu i w końcu upadłości Wytwórni Filmów Fabularnych przeniósł się do Warszawy – wydarzenia na kształt festiwalu. Sami widzowie byli tego spragnieni, a ponieważ wywodzę się z ruchu dyskusyjnych klubów filmowych, zakładałem DKF, pracowałem w jednym z najsłynniejszych dekaefów – w Prexerze, który był pod patronatem Uniwersytetu Łódzkiego, zaproponowałem taką właśnie formułę. Dlaczego Forum? Ponieważ właśnie w nazwie Forum upatrywałem czegoś, co mnie bardzo zainteresowało, czyli położenia nacisku na relacje widz –twórca. Te filmy, które pokazywałem, miały przede wszystkim pobudzić do rozmowy, do dyskusji. A dlaczego akurat filmy europejskie? Jestem filmoznawcą, wychowałem się na kinie mistrzów. Uważałem więc, że kino europejskie jest najbardziej inspirujące, najbardziej twórcze i ma największe osiągnięcia, jeśli chodzi o kinematografię światową, choć kino europejskie to także twórcy działający w Ameryce. Poza tym dzieła mistrzów takich jak Antonioni, Wajda, Fellini, Rene czy szkoła brytyjska, nawet pokazywane po latach są nadal aktualne. Pamiętajmy, że wówczas byliśmy za tzw. żelazną kurtyną i filmy napływały do nas z dużym opóźnieniem. Momentami, kiedy mieliśmy szansę je zobaczyć,

były właśnie Konfrontacje lub projekcje w DKF-ach. Te filmy często w ogóle nie trafiały u nas do dalszej dystrybucji. Podobnie działo się w Stanach Zjednoczonych. Tam też powstawały kluby filmowe prezentujące kino europejskie. Tak, bo Europa jest kolebką światowej kinematografii. Ameryka zaś zmonetyzowała X muzę. Jednak kino zawsze rozwijało się dwutorowo. Nie tylko z nastawieniem na zarabianie pieniędzy. M.in. kino radzieckie poruszało ważne tematy społeczne. W latach 90. byliśmy już bardziej proeuropejscy i uważałem, że przede wszystkim należało „odrobić lekcje” z naszej tożsamości, bo zaległości były spore. Forum Kina Europejskiego było szansą na pokazanie elementów stycznych, tj. wymiaru polskiego z przynależnością do wspólnoty

europejskiej. Oczywiście po przyjęciu do Unii Europejskiej staliśmy się już pełnoprawnym członkiem tej społeczności i nasze Forum stało się prawdziwym miejscem wymiany myśli i doświadczeń twórców oraz ich wzajemnych inspiracji. Zarządzałeś wtedy dużym kinem „Przedwiośnie”. Czy Forum wymagało bardziej kameralnego wnętrza, że zdecydowałeś się na powołanie do życia kina „Charlie”? W tamtych czasach jeździłem na różne festiwale filmowe, choćby Warszawski Festiwal Filmowy, ale

też do Łagowa, na konferencje filmoznawcze i od początku miałem takie założenie, żeby moje przedsięwzięcie nie odbywało się wyłącznie na moim terenie. Była to już w zamyśle impreza, do której synergicznie zapraszałem innych partnerów (neologizm określenia „synergia” będzie mi potem towarzyszyć również w odniesieniu do Forum). Pierwszym zaproszonym do współpracy kinem był DKF Sami Swoi, później Łódzki Dom Kultury, a potem jeszcze wiele, wiele innych. Termin imprezy nieprzypadkowo został wybrany na przełom listopada i grudnia. Zwykle był to trudny okres dla kina, bo nadchodzące święta przytrzymywały ludzi bliżej domu, a ja jako manager musiałem dbać o finanse, czyli musiałem myśleć o takich projektach, które przyniosłyby określone profity. Forum Kina Europejskiego łączyło

w sobie kilka elementów. Z jednej strony kino mistrzów, z drugiej nowości, z trzeciej debiuty. „Klasyka, premiery i debiuty” to hasło pierwszej edycji, które jest do dziś aktualne. W pewnym momencie okazało się, że debiutanci są bardzo istotnym trybem napędzania kinematografii. Niesamowite, ale obecnie bardzo dużo festiwali wygrywają debiutanci. Są też tworzone osobne sekcje dla debiutantów, żeby stymulować ich pracę. Kiedyś pierwszy sukces przychodził po 10-15 latach, a teraz

POST SCRIPTUM

85


SŁAWOMIR FIJAŁKOWSKI

Magister kulturoznawstwa i filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Menadżer i animator kultury, absolwent kierunku Kulturoznawstwo na Wydziale Filologicznym, które ukończył w 1995 r. Od 1999 właściciel Agencji Wydarzeń Artystycznych „Pro Cinema”, założyciel kina “Charlie”. Założyciel i prezes Stowarzyszenia „Łódź Filmowa” oraz Fundacji „Miasto Kultury”, członek Stowarzyszenia „Kina Polskie”, Stowarzyszenia Kin Studyjnych i Lokalnych oraz kapituły łódzkiej Alei Gwiazd. Do najważniejszych projektów Sławomira Fijałkowskiego należy Forum Kina Europejskiego „Cinergia” (od 1992 roku), czy Konkurs Polskiej Piosenki Filmowej „Kamer-TON” (4 edycje). Za wybitne zasługi w rozpowszechnianiu filmów polskich” został uhonorowany „Złotym biletem” Stowarzyszenia „Kina Polskie”, otrzymał także Nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej dla najlepszego kina studyjnego w Polsce za rok 2008 (trzykrotnie nominowany). Wyróżniony Nagrodą Marszałka Województwa Łódzkiego (2011), dwukrotnie „punktem dla Łodzi”, zajął 2 miejsce w plebiscycie na „Człowieka roku” oraz „Łodzianina Roku 2017” w 2017 oraz innymi wyróżnieniami. W 2018 został Absolwentem VIP Uniwersytetu Łódzkiego oraz członkiem Rady Uczelni Uniwersytetu Łódzkiego w pierwszej kadencji. Stowarzyszenie „Łódź Filmowa”, którego jest prezesem od 2000 roku, jest operatorem kina Ratusz w Zduńskiej Woli oraz kina KDK w Kozienicach. Najnowszym jego projektem jest utworzenie Hubu Kultury/ Strefy Kultury Kina Charlie, jako interaktywnego i innowacyjnego miejsca dla „postpandemicznej” kultury w Łodzi.

film debiutancki może powstać już w trakcie studiów. Okazało się, że jeśli ma się odpowiednią propozycję programową, która zainteresuje widzów, to publiczność zjawi się nawet w najtrudniejszym dla kin momencie. Należy tu dodać, że FKE trwało przez trzy tygodnie. Porównując z dzisiejszymi weekendowymi festiwalami, był to naprawdę maraton. Działały wtedy w Łodzi jeszcze inne kina tego kalibru: Stylowy, Adria, Iwanowo. Próbowaliście nawiązać współpracę? Byłem wtedy w randze szefa kina i szefa dystrybucji. Moja funkcja pozwalała na współpracę z każdym kinem w regionie i jako przedstawiciel ITI i Warner Bros decydowałem o redystrybucji. Oczywiście rozpatrywałem kina lokalne pod kątem Forum, ale miałem także aspiracje na własne kino. Dojrzewanie do jego otwarcia trwało dość długo, ale niespodziewanie podczas obchodów 100-lecia kina w Teatrze Wielkim, gdzie organizowałem premierę filmu „Czerwony” Krzysztofa Kieślowskiego, prof. Zygmunt Machwitz, wykładowca łódzkiej PWSFTviT i ówczesny sekretarz generalny Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych zasugerował, że jest takie miejsce przy Piotrkowskiej 203/205, które

86

POST SCRIPTUM

nadałoby się na małe, autorskie kino. W ten sposób narodziło się kino Charlie. Jakie jest postrzeganie kina ambitnego w sytuacji, gdy obecne pokolenie od najmłodszych lat jest karmione kinem akcji? Jakie są oczekiwania młodych ludzi? Miałem to szczęście, że tworzyłem Forum dla swojego pokolenia, czyli stałych bywalców dyskusyjnych klubów filmowych, konfrontacji itd. Była to więc już określona widownia. Ci ludzie nadal stanowią trzon mojego kina. Obserwowałem oczywiście, jak zmienia się publiczność i w którą stronę zmierzają jej preferencje. Obserwowałem też rozwój kinematografii europejskiej. Zaczęli pojawiać się twórcy, którzy mieli istotny wpływ na jej kształt, chociażby Pedro Almodovar, nieznany wcześniej w Polsce. Niefortunnie jego jedyny dystrybuowany początkowo film „Matador” poniósł klęskę. Byliśmy pierwsi, którzy pokazali retrospektywę jego filmów i nagle okazało się, że widzowie go pokochali. Od tego momentu Roman Gutek kupował wszystkie jego tytuły i wprowadzał do dystrybucji w Polsce. Pod kątem widowni zmienia się tematyka, poprzez historyczną, ostatnio w kierunku LGBT, kina kobiecego, relacji i trudności odnalezienia

się w dzisiejszym świecie. Zatem gdyby prześledzić historię Forum, to każda edycja ujawniała jakieś nowe zjawisko odwołujące się a to do kodów dzieciństwa, a to do przemian społecznych itd. Mnie osobiście fascynuje to, że kino jest pierwszym medium, które ujawnia pewne podskórne odczucia, np. niepokoje związane z tematami ekologicznymi, metafizycznymi czy religijnymi. Zmiany w preferencjach widowni związane są też z pojawieniem się nowych mediów i nowych rejonów twórczych. Do głosu doszli np. twórcy z Rumunii czy Skandynawii, kojarzonej dotychczas głównie z Ingmarem Bergmanem, a okazuje się, że kino skandynawskie jest bardzo inspirujące w zakresie powstających tam seriali, których tematyka jest często przenoszona na duży ekran. Forum jest platformą do szeroko pojętej dyskusji, czyli także na temat wolności artystycznej oraz tego właśnie co interesuje młodego widza, tj. konstatacji kim on jest. A czy pomocna jest w tym nasza szkoła filmowa? Jak układają się relacje za słynną łódzką Filmówką? Czy studenci, przyszli przedstawiciele branży filmowej, uczestniczą w Waszych spotkaniach i projekcjach? To się zmieniło, choć nadal relacje ze szkołą są bardzo dobre. Do ok. 2010 roku studenci szkoły filmowej byli motorem napędzającym dyskusje, brali udział w festiwalach. Sytuacja zmieniła się choćby z tego powodu, że po pierwsze czasu na dodatkowe zainteresowania jest coraz mniej, a po wtóre mamy możliwość oglądania online. Ponadto kino mistrzów nie stanowi już dla nich podstawowego źródła inspiracji. Młodzi adepci sztuki filmowej częściej czerpią inspiracje z prac swoich kolegów w Europie, zaglądają do social mediów, biorą udział w międzynarodowych warsztatach, case study czy pitchingach. Czyli czasy „Honoratki” na pewno już nie wrócą? Na pewno nie. Tak jak zmienia się cała nasza cywilizacja, tak


też ewoluuje Forum, które jest odpowiedzią na „tu i teraz”. Trudno powiedzieć, jak długo taka formuła będzie atrakcyjna i potrzebna. 5, 10 lat? Nie wiem. Społeczeństwo generalnie staje się coraz bardziej konsumpcyjne i więcej czasu spędza na gromadzeniu dóbr materialnych, najpierw podstawowych, potem coraz lepszych, z „wyższej półki”. Obecne pokolenie nie chce długo czekać na osiągnięcie zadowalającego statusu, więc swoje wysiłki kieruje przede wszystkim na to, choć na szczęście nie wyłącznie. Ale po pandemii niektóre aspiracje i priorytety mogą się zmienić… Czy w świetle tego, co powiedziałeś, publiczność kin studyjnych maleje? Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie. Kino jest miejscem spełniania potrzeby duchowej. W miarę propagacji dóbr materialnych rośnie potrzeba pogłębionej refleksji nad życiem, a film jest pierwszym i najprostszym sposobem pobudzenia wyobraźni myślącego człowieka. Zwłaszcza kino Charlie oferujące propozycje bardziej artystyczne i psychologiczne jest dobrą odpowiedzią na takie właśnie zapotrzebowanie. Poza tym proponujemy szerokie spektrum działalności. Czyli nie jest to już tylko wąsko pojmowane kino studyjne, a raczej arthouse? W zasadzie tak, ponieważ oprócz projekcji prowadzimy np. galerię, ale także podejmujemy szereg inicjatyw realizowanych nie tylko na naszym terenie. Przypomnę choćby Szydełkowaną Lokomotywę na rynku Manufaktury, koncerty, kina plenerowe. Ja jednak w odniesieniu do kina Charlie wolę użyć określenia „kino społecznościowe”, ponieważ to kino powstało dla społeczności i społeczność je współtworzy poprzez przekazywanie podpowiedzi programowych. Badanie zapotrzebowania jest bardzo istotnym elementem, szczególnie, że mamy w tej chwili bardzo dobre i szybkie narzędzia do tego celu. W dziedzinie kontaktów

internetowych z publicznością jesteśmy pionierami. Przypomnę, że kino Charlie jako pierwsze w Polsce utworzyło 23 lata temu stronę internetową dedykowaną wydarzeniu. Nawet międzynarodowy festiwal warszawski, ani gdyński, takiej strony nie miały. Pierwsi także stworzyliśmy możliwość rezerwacji biletów do kina online. Multipleksy zrobiły to znacznie później. Pierwsi w końcu umożliwiliśmy poprzez internet rozmowę z widzami w czasie rzeczywistym. Była to popularna już dziś videokonferencja. Przeprowadziliśmy ją w 2003 r. ze Zdzisławem Beksińskim, który rozmawiał z widzami ze swojego domu w Warszawie. To był szok. Nagrodę Złotego Glana odbierał wówczas młody Tomek Bagiński. Drugim laureatem był Zdzisław Beksiński, który ze względu na chorobę nie mógł do nas przyjechać. Kolejną pozycją Waszej działalności jest niezwykle pożyteczna dla kina polskiego archiwizacja. Macie ogromną kolekcję zwiastunów, prawda? O tak, bo archiwalia to dziedzictwo narodowe. Od początku współpracujemy na tym polu

z Muzeum Kinematografii, które ma to w swojej statutowej działalności. Przekazujemy im np. wszelkie plakaty z naszych imprez. Kolekcjonowane zwiastuny były akurat elementem festiwalu zwiastunów filmowych. Ściągaliśmy także z internetu funkcjonujące wówczas paczki trajlerowe. Mamy np., dziś już wycofane z rynku globalnego, zwiastuny „Spidermana”, które zostały zniszczone przez dystrybutora, Warner Bros, z powodu kontekstu związanego z World Trade Center. W pierwotnej wersji teasera sieć Spidermana rozpięta była pomiędzy wieżami, które dwa miesiące później nieszczęśliwie legły w gruzy. Zarówno zwiastun, jak i film zostały szybko przemontowane, więc jesteśmy z pewnością w gronie nielicznych posiadaczy pierwotnej wersji. Opowiedz coś o nowych pomysłach. Szykują się jakieś nowe cykle? Oj, pomysłów mamy aż za wiele. Elementem nowej kreacji jest chociażby sekcja kina VR zaliczającego się do nowych technologii, które z eksperymentów i gier przeniosły się na obszar kina. Powstają projekty narracyjne dla VR i to są fascynujące podróże w

POST SCRIPTUM

87


inny wymiar kina. Dla nas zawsze była ważna interakcja z widownią. Począwszy od wystawy plakatów poprzez np. doznania kulinarne podczas festiwali tematycznych związanych z konkretną kinematografią. Gościliśmy przy tej okazji najlepszych kucharzy z danego kraju. To, że kino Charlie jest uważane za kino kultowe, wynika właśnie z naszych działań kreacyjnych, z tego także, że wyciągamy na światło dzienne kino absolutnie niszowe, które nigdy nie było prezentowane w obiegu publicznym np. produkcje filmów skate’owych, queerowych. Pokazujemy także kino amatorskie. Powołaliśmy też do życia pierwszy w Polsce festiwal animacji ReAnimacja. W mieście, do którego trafił pierwszy Oskar za animację. Mówię tu o Zbyszku Rybczyńskim, który zdobył tę nagrodę za „Tango”. Pokazywaliśmy animacje nie tylko w kategoriach filmu eksperymentalnego, czyli bliskich nam twórców związanych z Warsztatem Formy Filmowej, ale również znanych m.in. z produkcji kukiełkowych czy lalkowych animacji Se-ma-fora oraz najnowsze osiągnięcia techniki komputerowej. Dystrybuowaliśmy np. „Katedrę” Tomka Bagińskiego – film, który przez cztery lata powstawał w zaciszu domowym, a potem okazał się objawieniem. Dostał

88

POST SCRIPTUM

nagrodę SIGGRAPH 2002, później był nominowany do Oskara. Od tego momentu zainteresowanie animacją niesamowicie wzrosło. W tym roku dołożył swoją cegiełkę Mariusz Wilczyński, również łodzianin, zdobywca m.in. tegorocznych Złotych Lwów, a przed paroma laty laureat Złotego Glana - nagrody dla nieco niepokornych twórców idących własną drogą. Nie można było sobie wymarzyć lepszego ukoronowania jubileuszu 25-lecia kina Charlie i 75-lecia powstania Łodzi Filmowej. Jesteś niezwykle aktywny w działaniach, co wiąże się zapewne z koniecznością ciągłej czujności i szybkiego reagowania. Mam rację? Ja żyję kinem, a kino jest zbiorem wiedzy z różnych obszarów. Psychologicznych, reklamowych, socjologicznych, religijnych. Staram się nad tym wszystkim panować. Kino jest też nośnikiem idei. To bardzo ważne medium. Fascynujące jest w nim to, że jest ono takie namacalne. Można obejrzeć film, napić się kawy, podyskutować, wziąć autograf od twórców itd. Telewizja czy internet nam tego nie dają. Działając w obszarze przemysłów kreatywnych i różnych projektów, w mojej pracy ważna jest znajomość źródeł ich finasowania, tzw. cross-financing. Ułatwia nam to przynależność do elitarnej sieci kin Europa Cinemas.

Masz kontakt z wieloma filmowcami na świecie. Czy łódzka szkoła filmowa jest nadal postrzegana w środowiskach filmowych tak dobrze jak niegdyś? Mogę potwierdzić, że nadal zaliczana jest w branży do dziesięciu najlepszych szkół na świecie. Jej prestiż ugruntowali tacy absolwenci jak Kieślowski, Polański, Wajda, ale oczywiście szkoła cały czas musi pracować na swoją pozycję. Pamiętajmy też, że Filmówka była kiedyś jedyną szkołą filmową w Polsce. Dziś mamy sporo wydziałów o takim profilu na innych uczelniach, jest też wiele szkół prywatnych. Nie można stanąć w miejscu. Podobnie jest z kinami. Cały czas trzeba mieć nowe propozycje artystyczne. W naszym dorobku jest kilkanaście festiwali i przeglądów, z których część zarzuciliśmy, obserwując reakcje widzów, ale też ze względu na to, że nie jesteśmy w stanie kontynuować wszystkich projektów. Kino Charlie nie jest instytucją finansowaną poprzez subsydiowanie tak jak np. domy kultury. My generalnie utrzymujemy się z biletów, zatem musimy wybierać i kontynuować tylko najlepsze projekty. Pomysłów mamy aż za wiele i tak naprawdę zapełniają one cały rok. Nieżyjący już dziś profesor Zbigniew Machwitz powiedział kiedyś do mnie tak: „Czym Ty się przejmujesz? Przecież u Ciebie festiwal trwa 365 dni w roku. Co jeszcze chcesz udowodnić?” Myślę, że rzeczywiście sukcesem było realizowanie projektów za niewielkie pieniądze w makroskali. Wspomnę choćby fakt, że 10 lat temu, kiedy Forum Kina Europejskiego zaczęło funkcjonować pod nazwą własną „Cinergia”, przeglądy odbywały się jednocześnie w 6 łódzkich kinach. Potem jeszcze zrobiliśmy tour w 30 kinach sieci Helios i Cinema City. Mieliśmy niewielkie wsparcie ze strony miasta, ale w skali tak dużego przedsięwzięcia było ono zdecydowanie niewystarczające. Zapewniam, że żaden inny festiwal w Polsce nie jest w stanie wygenerować tak dużo za tak niewiele. Z naszej strony było to


trochę szaleństwo, bo rzucaliśmy się na pozycje bardzo wysokiej próby, nie mając odpowiedniego zaplecza finansowego. Był czas, kiedy niestety z tego powodu kino Charlie poległo, na szczęście na krótko. Wypowiedziano nam umowę, bo nie byliśmy w stanie zapłacić czynszu.

kin, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Wiele z nich codziennie monitoruje nasze działania i to mnie cieszy. Poza nagrodą Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej dla najlepszego kina w kraju, jesteśmy również w gronie najlepszych kin w Europie.

Jakie kroki wtedy podjąłeś? Zorganizowaliśmy kolejne Forum Kina Europejskiego, nie mając swojego kina. Potem zbiegiem okoliczności sala kinowa wróciła na przetarg i udało mi się wygrać kino po raz drugi. Myślę, że taka sytuacja mogła zaistnieć tylko w kraju, gdzie waga kultury jest zdecydowanie niższa niż na Zachodzie. To trochę „orka na ugorze”, ale ja podejmuję rękawicę, mając tę świadomość i robię to z szacunku dla twórców i wiernej publiczności. Pamiętajmy, że bardzo istotnym kosztem są w przypadku festiwali licencje filmowe, a nie tylko koszty stricte organizacyjne. Z tego m.in. powodu zwróciłem się w pewnym momencie w stronę animacji, bo ich twórcy, walczący wówczas o pozycję tego gatunku na rynku kinematograficznym, przysyłali swoje prace za darmo w ramach promocji, a ponadto były to bardzo ciekawe artystycznie propozycje. Mam nadzieję, że postrzeganie kultury jednak zyskuje na wartości i to, co robimy, ma na to postrzeganie dobry wpływ. Podczas gdy pod koniec lat 90. masowo upadały kina studyjne, ale i w ogóle małe kina, z powodu wyrastających jak grzyby po deszczu multipleksów, kino Charlie okazało się sztandarowym przykładem tego, że jeśli ma się pomysł, komunikuje się z widownią i reaguje na jej potrzeby, to nie ma problemów z przetrwaniem. Co ciekawe, do nas zwracały się multipleksy z propozycją współpracy.

Zatem nie zależy Ci na zachowaniu nimbu sukcesu wyłącznie dla siebie? Bardzo chętnie dzielę się spostrzeżeniami i doświadczeniem, bo siła kin arthousowych jest w ich ilości i jakości. Jeszcze na początku XXI w. nikt nie przeprowadzał badań nad strukturą widowni i oglądalności. Nie było takich danych ani w Komitecie Kinematografii, ani później w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Robiliśmy to na własną rękę poprzez szereg ankiet. W pierwszej ankiecie wzięło udział ponad 1300 osób, które potwierdziły moje intuicyjne obserwacje, a to już była wiedza, która pozwoliła na modelowanie repertuaru, dostosowanie pory seansu, czy wielkości sali. Mamy 20 tys. odbiorców newslettera, co też wpływa na moderowanie. Podstawą pracy w kulturze jest analityka, box office, a to nie dla wszystkich jest oczywiste. Cieszy mnie fakt, że również multipleksy zaczęły czerpać z naszych pomysłów. Kiedyś były one nastawione wyłącznie na projekcje, następnie pojawiły się maratony filmowe (pierwszy odbył się w kinie Charlie w 1995 r.), teraz zaś także multipleksy sięgnęły po inne wydarzenia kulturalne.

Rozumiem, że jest to zachęta dla innych kin studyjnych. Że potrzeba jest, tylko konieczna jest współpraca z widownią. Absolutnie tak. Myślę, że jesteśmy inspiracją dla wielu bardzo dobrych

Reasumując: jesteś, jak się to kolokwialnie mówi, właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nie bez powodu pretendowałeś do tytułu Łodzianina Roku. Zdradź nam jeszcze, co jest dla Ciebie rozrywką. Zwykle właśnie dla rozrywki i relaksu człowiek ogląda filmy, a Ty? Ja także oglądam filmy dla rozrywki, dla siebie. Zdarza Ci się oglądać jakiś film wielokrotnie? Tak, oczywiście. Lubię przeżywać

filmy po prostu jako widz. Są takie filmy, chociażby polskie komedie Barei, Machulskiego, czy blockbustery, jak np. Ostatni Mohikanin, które mnie „resetują”, bo znam każdą scenę, ale mnie nie nudzą. Dla rozrywki także jeżdżę na festiwale, koncerty, chodzę po galeriach. To daje mi też pewne przemyślenia w odniesieniu do kina i do komfortu widza w kinie. Myślę, że cząstką naszego sukcesu było zadbanie już dawno temu o przestrzeń otwartą na relacje z widzem. Myślę tu m.in. o kawiarence, o otwartej kasie (podczas gdy wszystkie kina miały okienka jak w banku czy na poczcie), o kolorystyce wnętrz, czyli o tych elementach związanych z energią koloru, które stwarzały wrażenie familiarności widowni. Wiedziałem, do kogo adresuję swoją propozycję programową. Odbiorcami są zazwyczaj wykształceni, uczciwi, wrażliwi i empatyczni ludzie. Jakżesz mógłbym podejrzewać, że ktoś mi coś ukradnie?! Zależało mi na budowaniu związków emocjonalnych z moją widownią i to się chyba udało. Pod tym względem jesteś wzorcowym operatorem kina. Dbasz o widza i to procentuje. W kinie Charlie seans odbywa się nawet wtedy, kiedy przyjdzie do kina zaledwie kilka osób. Nigdy nie „odejdą z kwitkiem”. To ważny kredyt zaufania. Tak, bo ja szanuję czas widza i wyobrażam sobie rozczarowanie w sytuacji odwołania seansu. Wyświetlam, nawet jeśli musiałbym do tego dopłacić. Pozostaje mi pogratulować zapału, energii i pasji, życząc dalszych sukcesów. Dziękuję za rozmowę. Zapraszam do kina Charlie oraz na organizowane przez nas wydarzenia. Po prostu #widzimysiewkinie. [JN]

Zdjęcia: Archiwum Kina Charlie

POST SCRIPTUM

89


POEZJA

Polecane

P

Tadeusz Zawadowski

oeta, redaktor, krytyk literacki; urodził się 9.12.1956r. w Łodzi, od 1981 roku mieszka w Zduńskiej Woli, gdzie współtworzył Klub Literacki „TOPOLA” oraz Klub Twórczej Pracy „BEZ AUREOLI” . Członek Związku Literatów Polskich. Laureat około 250 międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich m.in.: POLCUL FOUNDATION (w kapitule m.in. Jerzy Giedroyć, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak-Jeziorański) oraz za całokształt twórczości literackiej: IANICIUSA imienia Klemensa Janickiego, Nagrody Ekspresjonistyczną FENIKSA im. Tadeusza Micińskiego i SUPER CYSIORA. Jest autorem ponad półtora tysiąca publikacji w ogólnopolskiej, emigracyjnej i zagranicznej prasie literackiej. Swoje wiersze i teksty krytyczne publikował w około 250 antologiach literackich. Były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski i angielski. Wydał 17 tomów poetyckich, w tym ostatnio: Kiedyś (2014) – Nagroda Literacka im. Ryszarda Milczewskiego – Bruno i wyróżnienie XXXVII Międzynarodowego Listopada Poetyckiego oraz „budzik z opóźnionym zapłonem” – nominacja do Nagrody Literackiej 43. Międzynarodowego Listopada Poetyckiego, (2019), „dopóki budzik tyka” (2020) i „raport z czasów zarazy” (2021).

90

POST SCRIPTUM


POEZJA

TA CHWILA

ta chwila która wygładza zmarszczki sadowi się już w kalendarzu. bierze do ręki stare listy drze i wyrzuca do kosza. nie można zostawiać śladów po czymkolwiek co było tobą. znaki szczególne i linie papilarne same zanikną z czasem. tylko ta tkanka wiersza zapisana na kartce niczym mezozoiczny odcisk dinozaura lub innego wymarłego prajaszczura. ona świadczy przeciwko tobie. każde twoje słowo rzucone na wiatr wróci do ciebie burzą. odnajdzie nawet po śmierci. póki co głaszczę zmarszczki na twarzy.

DWA PTAKI w moim ogrodzie stoi czerwony stolik nakryty do połowy białym płótnem. czasem przysiada na nim ptak spłoszony jazgotem pobliskiego targowiska. w milczeniu patrzymy sobie w oczy. obaj mamy opuchnięte od łez.

DZIECIĘCE KRYJÓWKI

coraz częściej uciekam do kryjówek z dzieciństwa. tylko w nich czuję się bezpieczny. przywołuję je w pamięci jak kolorowe szkiełka przez które podglądałem świat. wtedy i on stawał się bardziej kolorowy. dziś próbuję je odnaleźć. szukam po wszystkich zapomnianych zakamarkach ale daremnie. widzę tylko szare twarze zmęczonych okien a za nimi wyrośnięte dzieci wciąż bawiące się w wojnę. spoglądam na ich zacięte miny kiedy w jednej ręce trzymają plastikowe modele bombowców a w drugiej pluszowe misie z powyrywanymi językami i wydłubanymi oczkami. wtedy pragnę kryć się jak najgłębiej w swoich kryjówkach. KWARANTANNA milczenie przez telefon nie zastąpi prawdziwego. spojrzenia w oczy dotyku niby przypadkowego. zamknięci w czterech ścianach pokoi przypominamy tężejące odlewy z gipsu. szarzeją nam rysy i słowa kruszeją w gardłach. za oknem puste ulice umierają jak ludzie w ciszy. jeszcze chwila a zegarom zaczną pękać sprężyny. ludziom DWA BRZEGI

serca.

pragnę przekroczyć rzekę jednak nie potrafię zbudować mostu spinającego jej oba brzegi. a może jest już za późno aby cokolwiek łączyć skoro wszystko dawno podzielone. ludzie zwierzęta i rzeczy na nasze wasze i niczyje. wpatruję się w wodę i ciągle nie umiem rozróżnić która fala z którego dopływu zmieszały się w jedno. zanurzam dłonie i zaczynam rozumieć że rzeka nie rozdziela brzegów ale jest

POEZJA

mostem który je łączy …

POST SCRIPTUM

91


ą r u

k

u cz w Sa

t l u K

s-

a

n zy r ta Ka

u Br

e i n

a w o g

lB o

# z

„Najważniejsze jest słowo.”

Zaprosiłam do marcowego wywiadu kilku barwnych ludzi. Różni ich wiek, wykształcenie, wykonywany zawód. Łączy otwartość umysłu i szacunek (odwzajemniony) do kultury, sztuki, słowa pisanego i mówionego. Blog ma swoja historię. Pierwszy raz termin „blog” został użyty w 1999 r. przez Petera Merholza, redaktora jednego z najwcześniejszych internetowych dzienników, znanego pod nazwą „Robot Wisdom”. Od dwóch lat istniało określenie „weblog” autorstwa Jorna Bargera, oznaczające strony, na których umieszczane były jedynie linki do innych stron z danej dziedziny, ewentualnie komentarze lub wpisy ułożone w porządku odwrotnym do chronologicznego. Blogami nazywano natomiast pamiętniki online. Za pierwszego bloga uznaje się stronę www założoną w 1990 r. przez Tima Bernersa-Lee. Posługując się definicją (ang. web log – dziennik sieciowy) – to rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, ale uporządkowane chronologicznie wpisy. Blogi jako medium ogólne noszą nazwę blogosfery. Najważniejszą funkcją przekazu bloga jest tekst, choć mogą pojawiać się zdjęcia, inna grafika czy

92

POST SCRIPTUM

nagrania video. Weblogi utożsamiano ze stronami osobistymi. W historii blogów wiele się zmieniło, wciąż jednak od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: często stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty przeplatają się z opiniami autora. Za jednego z pierwszych blogerów w Polsce uważa się Piotra Waglowskiego (pseudonim VaGla). Był publicystą, prawnikiem, pisarzem, poetą, webmasterem, autorem serwisu vagla.pl. Przez lata zmieniły się wygląd, forma i zawartość blogów, a także ich funkcje oraz oprogramowanie narzędziowe. Tematycznie zaczęły przeważać blogi osobiste, udające pamiętniki online. Coraz popularniejsze stały się blogi profesjonalne prowadzone w celach zawodowych. W blogach pojawiła się kultura, sztuka, muzyka, film, ale także codzienne życie. Blog to niewątpliwie zjawisko socjologiczne, o ogromnym zasięgu i mocy sprawczej słowa. Według socjologów, jako naturalny wytwór świata wirtualnego może służyć ekspresji autorów i ich postrzeganiu świata, autopromocji, promocji otaczających zjawisk, zaspokajaniu potrzeb towarzyskich, więzi społecznych, celów zawodowych, a także realizacji pasji.


Moje zaproszenie do rozmowy o „kulturalnym” blogowaniu przyjęli:

foto: Joanna Jagiełło

Janusz Roszkowski. Człowiek petarda, bloger w czasach powijaków blogowania, pisarz, poeta, także wydawca recenzent i humanista. Od zawsze zakochany w przyrodzie i kobietach.

JANUSZ ROSZKOWSKI

Kamil Śliwiński. Wszechstronny znawca sztuki. O Beksińskim i Szukalskim wie wszystko. Jako stypendysta MKiDN, prowadzi różne projekty wspierające sztukę. Jest również blogerem. Biegły w świecie Internetu i jego prawnych aspektach.

KAMIL ŚLIWIŃSKI foto: Marta Rybicka

AGATA BECHER

Agata Becher. Polonistka, kulturoznawczyni, zawodowo związana z mediami branżowymi, entuzjastka i użytkowniczka social mediów, antysystemowa uczestniczka systemów, publikuje teksty o kulturze, mediach, pisze felietony, recenzje z wykorzystaniem wszelkich platform internetowych, u siebie na zjedzkanapke.net, dwutygodnik.com o teatrze. Wszechstronna, współczesna blogerka i więcej!

foto: Monika Szałek

Julia Brodowska. Absolwentka Akademii Muzycznej i Sztuki Pisania i zdolna skrzypaczka. Od ponad 10 lat prowadzi bloga, Subiektywnie o Muzyce, na którym recenzuje płyty i koncerty. Wiele w nim muzyki duszy – fado. Fascynuje ją również world music i jazz. Jej teksty o muzyce pojawiają się również w innych portalach i w czasopismach. Przez całe swoje życie zauroczona kolorami Lisbony.

JULIA BRODOWSKA

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

TOMASZ SOBIERAJSKI

Tomasz Sobierajski. Znany i ceniony socjolog społeczny z ogromnym doświadczeniem. Jako pracownik naukowy uniwersytetu wydał w swojej dziedzinie kilkanaście naukowych książek. Jest człowiekiem rozpoznawalnym, blogerem i influencerem.

POST SCRIPTUM

93


Blog

to zjawisko socjologiczne, o ogromnym zasięgu i mocy sprawczej

słowa

Januszu, czy łatwo było zostać blogerem… ponad dwadzieścia lat temu? Janusz Roszkowski: W moim wypadku dwanaście lat temu… Wprawdzie wiedziałem o powstaniu w latach 2003-2004 dwóch dużych portali blogowych, nawet kilka razy tam zaglądałem, ale zniechęcony miałkością większości wpisów nie paliłem się do zostania blogerem, tym bardziej że w tamtym czasie myślałem poważnie o odejściu od literatury. W 2005 roku Wojciech Siemion prowadził moje ostatnie spotkania autorskie w Warszawie – żegnałem się z czytelnikami (słuchaczami) jako poeta, prozaik, tłumacz, dramaturg radiowy. Złożyłem legitymację Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich. Zamierzałem wyemigrować z kraju i osiąść gdzieś wśród Indian nad Amazonią. I tak by się niechybnie stało w październiku 2006 roku, gdybym na swojej dawnej posiadłości pod Serockiem nie wpadł w garażu do niezabezpieczonego kanału i nie wybił sobie prawego barku. W internetowym banku wolnych miejsc sanatoryjnych była tylko jedna oferta: SANVIT w Iwoniczu-Zdroju, o którym przedtem nawet nie słyszałem. Przyjechałem, zakochałem się w Beskidzie Niskim i tu zostałem na stałe. Oderwany całkowicie od rzekomych dóbr cywilizacyjnych (radia, telewizji, kin, teatrów, prasy, książek też) stałem się człowiekiem natury. Ale kiedy na początku 2009 roku jedno z prywatnych wydawnictw zaproponowało mi napisanie poradnika Jak być kuracjuszem? – pomyślałem sobie, że uczynię bohaterem tej książki miejsce, które tak mnie zachwyciło: Iwonicz-Zdrój. Odwiedziła mnie wtedy moja córka Joanna Jagiełło (obecnie znakomita pisarka, pieśniarka i malarka) i namówiła mnie do założenia bloga na portalu blog.onet.pl, a ponieważ strona się początkowo nie wyświetlała, zarejestrowała mnie na blox.pl. W ten przypadkowy sposób na obu blogach noszących ten sam tytuł Pisarskie refleksje zacząłem zamieszczać identyczne posty – spostrzegłem szybko, że bardziej wymagający wchodzili zazwyczaj na bloxa. Przez dłuższy czas były to wpisy codzienne o różnej tematyce, którą podsuwały mi wędrówki po górkach, szczególnie nocne. Początkowo miałem wrażenie, że piszę do szuflady, bo licznik odwiedzin obracał się niemrawo, nawet myślałem o zaprzestaniu pisania. Po miesiącu odzew czytelniczy był coraz większy, przybywało komentarzy. Od pewnego momentu zacząłem publikować serię postów,

94

POST SCRIPTUM

z których powstały potem książki. Nie miałem wyjścia – musiałem założyć wydawnictwo książkowe Mons Admirabilis. Można powiedzieć, że blog dał drogę książkom. JR: Tak. Z tym, że zanim w roku 2005 pożegnałem się z literaturą, byłem autorem dwudziestu czterech książek. Blogowanie nadało jednak mojej twórczości pisarskiej nowy impuls. Moje rozmowy z Krishnamurtim zostały najpierw opublikowane w odcinkach na blogu. Tak samo jak ostatnio wydane przeze mnie Zeszyty dawnych lektur (dwa tomy po 286 stron każdy). W tym roku wydam jeszcze Pisarskie refleksje.blog.onet. pl (blox.pl), też w dwóch pokaźnych tomach. Jeśli zaś chodzi o bardziej znane książki z rozmów z Adamem Hanuszkiewiczem, które zredagowałem z 20-godzinnych nagrań zrobionych w roku 2001 w Dźwirzynie, to jeszcze za życia Mistrza Adama publikowałem je najpierw na moich blogach, zanim w 2012 i 2015 roku ukazały się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka (o kobietach) oraz Wydawnictwa BOSZ (o teatrze). Bardziej znana jest książka Kobieto! Boski diable… Wyszła ona jednak u Prószyńskiego za późno, mimo iż temat gorący, bo na chwilę wydania hasło Hanuszkiewicz przestało być „gorącym kartoflem”, więc skończyło się na pierwszym, niespełna czterotysięcznym nakładzie. Z ciekawości, czy to, iż byłeś żonaty sześć razy, miało wpływ na tytuł Kobieto! Boski Diable i dobranego do rozmów interlokutora? JR: Niewątpliwie kobiety dały pretekst do rozmów o kobietach. Dlaczego z Hanuszkiewiczem? Czterokrotnie żonaty – uważał się za świetnego znawcę kobiet… (śmiech) Januszu, czy blog to forma nowoczesnego dziennikarstwa, czy raczej tęsknota za pamiętnikiem naszych prababci? Jednak prawdopodobnie lepiej, żeby miał więcej niż jednego czytelnika? JR: Z pewnością lepiej, żeby miał choć jednego czytelnika poza autorem! Jeśli chodzi o moje Pisarskie refleksje, to zewnętrzny licznik na blog.onet.pl zarejestrował w dniu 25 lutego 2018 roku 516 161 odwiedzin, a komentarzy 1175! Pół roku później, kiedy i portal blox.pl zlikwidowano dla darmowych blogerów, wewnętrzny licznik zarejestrował prawie 300 000 wizyt i 1000 komentarzy! I tam i tu komentarze


były w większości tak znakomite, że stworzyły książki w książkach. Nikt nie wstawiał nonsensownych lub lakonicznych słów w stylu „brawo!”, „fajowe”. Ludzie zadawali sobie trud myślenia, miałem więc udział w rozwoju bloga. Obecnie blogi na portalach społecznościowych to najczęściej formy nowoczesnego dziennikarstwa.

że Instagram jest trudniejszy, jeśli chodzi o słowo, tam ludzie zaglądają głównie dla zdjęć i ewentualnie czytają krótki opis. Słowo na Instagramie nabiera o tyle wagi, że musi naprawdę przyciągnąć. Czy jest to forma bloga? Myślę, że tak. I co ciekawe, często moje wpisy odkrywają ludzie, którzy nie czytają książek, więc mam też misję, aby skłonić ich do czytania…

Tomku, blogowanie to zjawisko społeczne. Czy kultura często się w nim pojawia? Kto jest odbiorcą? Czy możesz to skomentować?

Jakie trzeba mieć wykształcenie, żeby blogować o sztuce? A może jaką trzeba mieć wiedzę lub i inne np. cechy predysponujące? Kamil?

Tomasz Sobierajski: Nie umiem ocenić, ile jest blogów kulturalnych, bo też i zjawisko bardzo się zmieniło. Nadal istnieje blogowanie tradycyjne na platformach, które były do tego przeznaczone, ale rozumienie i pojęcie bloga bardzo się rozszerza. Działają mikroblogi na Instagramie czy Facebooku, które często są ze sobą powiązane, vlogi, które pojawiają się na Youtube, mikro-mikroblogi , które są domeną Tik-toka, a które też są pewnego rodzaju opowieścią, choć zupełnie odmienną od tradycyjnego blogowania. Blogi prowadzone są bardzo różnymi kanałami, konkretne linki do danych treści autorzy udostępniają w różnych miejscach blogosfery i to wszystko przenika się i jest dostępne uniwersalnie. Daje to możliwości pozyskiwania nowego grona odbiorców. Każdy jest w stanie coś sobie wybrać, obserwować, a także uczestniczyć w życiu bloga (komentarze, posty, emotikony). Dużo jest blogów promujących kulturę. Poprzez takie rozprzestrzenianie się informacji można dotrzeć nawet do niszowych wydarzeń kulturalnych.

Kamil Śliwiński: Sam jestem niedoszłym biologiem (śmiech) i najlepszym przykładem na to, że kierunkowe wykształcenie wcale nie jest najważniejsze. Oczywiście ludziom po studiach na kierunkach artystycznych, którzy mają akademickie podstawy swojej wiedzy, będzie dużo łatwiej, zarówno w sieci jak i tzw. realu, ale to wcale nie oznacza, że uda im się przyciągnąć i zainteresować wielu obserwujących. Wiedzę w konkretnym temacie nie tylko warto posiadać, trzeba ją systematycznie pogłębiać, rozwijać, niemniej nawet to nie gwarantuje, że będziemy komunikować się w sposób ciekawy dla potencjalnych odbiorców. W moim przekonaniu trzeba mieć również pojęcie o samym blogowaniu i wszystkich jego współczesnych formach. Odniosę się do moich przedmówców. W czasach, kiedy zaczynaliśmy blogować, o czym mówił Janusz Roszkowski, treści były często w bardzo obszernych formach – dla współczesnego internauty byłoby to „ciężkostrawne”. Tomek Sobierajski dla kontrastu zapiął to wszystko klamrą z drugiej strony – dziś słowo stało się pigułką, skrótem do przekazania najistotniejszych informacji, a form blogowania jest tak wiele jak platform do komunikacji w sieci. Blogowaniem możemy nazwać już nawet krótkie, dziesięcio-, piętnastosekundowe filmy/relacje na Instagramie czy TikToku. Muszą być one jednak tak zbudowane, aby przyciągnąć bardzo specyficzną dla danego medium społeczność. Definicja bloga ewoluowała i dzisiaj zadałbym nieco inne pytanie: czy trzeba mieć jakieś szczególne wykształcenie, aby tworzyć? Na pewno trzeba mieć wyobraźnię i dar przekazywania informacji, ale moim zdaniem wiedza jest tu obowiązkowa jako baza, bo czy ktoś z nas chciałby na przykład mieć do czynienia z ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa, który nie ma w tym zakresie żadnego doświadczenia?

Jeszcze jedno pytanie, Tomku. Ty promujesz książki. Czy to, co robisz na Instagramie, można nazwać współczesną formą blogowania? (coś mi mówi, że wpasowałam się moim pomysłem wywiadu…) TS: Promowanie książek to uprawianie „biedoinfluencerki”. Patrząc na zjawisko globalnie, chyba nie ma takiej osoby, która na promowaniu książek mogłaby zyskać jakąś szeroką grupę odbiorców. Ale co ciekawe – moje posty o książkach mają najmniej polubień ze wszystkich postów, które wrzucam na Instagram, w zamian toczy się pod nimi bardzo ciekawa, dynamiczna i zażyła dyskusja. Więc zakładam, że jeśli nawet z grona kilkudziesięciu czy kilkuset odbiorców dziesięć osób tę książkę przeczyta albo kupi, to i tak jest to sukces. Jest to dla mnie również w jakimś sensie zabawa, bo promując książki na Instagramie, który jest absolutnie antyksiążkowy, muszę dobrze przemyśleć, jak o tych książkach napisać bardzo krótko, w pigułce, ale tak żeby kogoś mogło to zainteresować. Pamiętajmy też,

Julio, co ty wiesz o muzyce…? :-) Wiem, że dużo. Czy ja z twojego bloga dowiem się np. wszystkiego o fado albo o world music? Czy bloger musi być ekspertem? Julia Brodowska: Myślę, że nie jest warunkiem koniecznym, aby bloger był ekspertem, ale z pewnością musi się on dobrze orientować w tematach, o których pisze. Dużo zależy od specyfiki samego bloga i zakresu tematów na nim poruszanych. Trudno, by ktoś piszący o szeroko pojętej kulturze, znał się jednakowo dobrze na przykład na malarstwie, filmie i muzyce. Zwykle mamy węższe specjalizacje i w którejś dziedzinie jesteśmy trochę laikami. Nawet samo pisanie o muzyce może być problematyczne, bo mamy przecież do czynienia z mnogością gatunków i stylów. Ja siłą rzeczy wybieram to, co znam najlepiej

POST SCRIPTUM

95


– osłuchanie pozwala mi zbudować kontekst. Zakładam, że czytelnik, który do mnie przychodzi, ma już jakąś wiedzę o fado czy world music. Z moich obserwacji wynika, że na blog dotyczący niszowej muzyki rzadko trafia ktoś z przypadku – najczęściej przychodzą ludzie, którzy mają podobny muzyczny gust. Agato, kim wobec tego jest współczesny bloger? Agata Becher: Pojęcie blogera jako tego, który dzieli się codziennie swoimi myślami na różnych platformach, zanikło. Zdewaluowało się. Myślę, że mają na to wpływ zmiany zachodzące w cyberprzestrzeni i dynamicznie

rozwijające się nowe formy przekazu oraz zmiany upodobań jego użytkowników. Mikroblogowanie, vlogowanie, formy wizualne pamiętników (np. w przestrzeni Instagramu) to współczesne sposoby na blog. Nie postrzegam siebie jako blogerki, prowadzę stronę zjedzkanapke.net, na której propaguję kulturę, staram się zainteresować czytelników tematami, które wynalazłam i które mnie zainteresowały. Ale równocześnie prowadzę podobną do wspomnianej przez Tomka formę mikrobloga, moje krótkie wpisy pojawiają się regularnie na Facebooku. Facebook jako medium o ogromnym zasięgu jest potężnym narzędziem do współczesnego blogowania. Ważny jest też chwytliwy i nośny tytuł bloga. Słowo klucz. Czy wpisy muszą charakteryzować się regularnością, aby trafiać do czytelnika i zdobywać zasięg? Agata. AB: Algorytmy stron internetowych, Facebooka, Instagrama wskazują na to, żeby często aktualizować wpisy. Nieobecność w sieci np. miesięczna powoduje, że treści danych stron nie wyświetlają się, algorytm może być bezlitosny (śmiech). Regularność zamieszczanych wpisów powoduje, że czytelnicy się przyzwyczajają. Treści automatycznie pokazują się przed innymi. Dla propagowania kultury, blogowania z kulturą i o kulturze, trzeba szukać cały czas ciekawych informacji i dzielić się nimi regularnie. Trzeba być online, nie znikać z sieci. Niestety współczesne media wymagają coraz częściej płatnej reklamy. Czy bloger to influencer.? AB: Zdecydowanie. Te osoby, które blogowały, blogują – stały się influencerami.

96

POST SCRIPTUM

Julio, jak wpadłaś na pomysł, aby zacząć w sposób regularny pisać i propagować w cyberprzestrzeni muzykę mocno sprofilowaną, nawet trochę niszową? Dużo masz wiernych followersów? Jest odzew po drugiej stronie? Julia Brodowska: Początek był pewnie banalny. Już w liceum zorientowałam się, że kiedy wracam z koncertów, opowiadam o nich bez końca bliskim mi osobom. W pewnym momencie zrozumiałam, że oni zaraz będą mieli mnie dość i stwierdziłam, że może warto zacząć spisywać swoje myśli – tak powstał blog Subiektywnie o muzyce. Początkowo myślałam, że robię to tylko dla siebie, ale pojawili się czytelnicy, ich grono rosło i tak to popłynęło. Dziś mam sporą grupę wiernych followersów, którzy słuchają podobnej muzyki i są ciekawi, co mam o niej do powiedzenia. Nie zastanawiałam się, czy muzyka, którą wybieram, jest niszowa, pisałam po prostu o tym, co najbardziej mnie fascynuje i porusza. Jednak okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Nawiązując do wypowiedzi poprzednich rozmówców – aby opowiadać ludziom o muzyce jako jednej z dziedzin szeroko pojętej kultury i faktycznie docierać do czytelników ze słowem czy misją, trzeba wykazać się dyscypliną i regularnością. Tylko wtedy ma to sens. Przyzwyczajamy w ten sposób naszych odbiorców do codziennego zaglądania, czekania na wpisy, prowokujemy do dyskusji. Bo o to we współczesnym blogowaniu chodzi: trzeba wzbudzić reakcje, wywołać polemikę. Trudno dziś mówić o kulturze, ograniczając się tylko do jednego zakątka cyberprzestrzeni. Blogosfera przenika się w różnych punktach sieci – także na facebookowych fanpagach czy Instagramie. Te miejsca z jednej strony służą mi do promowania treści, które zamieszczam na blogu, z drugiej są jego rozszerzeniem i miejscem do publikowania codziennych krótkich wpisów czy linków. Instagram to portal „zdjęciolubny”, tam przemawia bardziej obraz. Na tym koncie postanowiłam również czasem przedstawiać książki, ponieważ literatura to moja druga pasja. I sama widzę, rozszerzając zasięg mojego blogowania, że pojawiają się nowi ludzie, którzy chcą czytać o muzyce czy podzielić się swoimi komentarzami. Współczesne social media dają liczne narzędzia do wypromowania bloga, a samo jego pojęcie ciągle ewoluuje. Julio, coraz popularniejsze są tzw. podcasty*. Pamiętam całkiem niedawną sytuację – w chwili kiedy doszło do bardzo negatywnego w skutkach dla kultury działania przeciwko jednej ze stacji radiowych z wieloletnimi tradycjami, jedna z prezenterek radiowych o bardzo charakterystycznym głosie przeniosła swoje pogadanki muzyczne do sieci, w formie podcastów. Czy nie uważasz, że to lepsza możliwość ekspresji dla blogera piszącego o muzyce? JB: Uważam, że to jest forma współczesnego blogowania, zmienia się tylko medium. To zdecydowanie przestrzeń do zagospodarowania. Słuchać można wszędzie, czytaniu trzeba poświecić więcej uwagi. Słuchać można „po drodze”, czytać nie zawsze.


Myślę, że to jedna z szans dla kultury w tych trudnych dla niej czasach kwarantanny. Czy vlog posługujący się obrazem lub wideo-obrazem jest stworzony do opowiadania o muzyce? JB: To byłaby najlepsza forma, jednak trudno opowiadać o muzyce, nie dając słuchaczom dźwięków. Prawa autorskie niestety nie pozwalają na jej bezpłatne udostępnianie jako uzupełnienie słów vlogera. Kamilu, jesteś fachowcem w zakresie prawnych aspektów internetowych publikacji… KŚ: Myślę, że w zakresie udostępniania treści w swoich materiałach np. utworów muzycznych i praw autorskich ich autorów, branża internetowa reaguje bardzo szybko i wychodzi twórcom naprzeciw. Jedna z największych platform streamingowych, Spotify, która od dawna oferuje również ogromną bazę podcastów, pracuje nad nową funkcjonalnością dla ich twórców. Serwis ma wkrótce zaoferować ludziom tworzącym audycje muzyczne możliwość w pełni legalnego wykorzystania całości utworów muzycznych, dając niejako każdemu z nas możliwości zarezerwowane dotąd jedynie dla radiowców. To otwiera użytkownikom Spotify możliwość tworzenia własnych autorskich audycji bez naruszania praw autorskich prezentowanych utworów. To wszystko zdaje się tylko potwierdzać wyjątkowy boom na podcasty w sieci. Ludziom piszącym o muzyce takie narzędzie może stworzyć nową szansę na dotarcie do zainteresowanych odbiorców. Daje to również swobodę w tematycznym i szerokim dobieraniu i udostępnianiu nie fragmentów, a całych utworów z poszanowaniem praw ich twórców. Julio, może czas na podbój Spotify? Chcemy Ciebie słuchać i tego co nam rekomendujesz, nie tylko czytać. Tomku, czy taka „personalna audycja” pod skrzydłami platform multimedialnych to krok dalej w możliwościach blogowania? TS: Nie zgodzę się do końca. Taki sposób udostępniania treści to jednak audycja, a ona ma trochę inny cel. Blog utożsamiam jednak z pisaniem, ze słowem, z uważnością na słowo. Ale z drugiej strony np. na stronach Narodowego Instytutu Kulturalnego czy na platformie Po Stronie Kultury pojawiają się regularnie podcasty związane z szeroko pojętą kulturą: muzyką, filmem, sztuką. Ja osobiście nie postrzegałabym tej formy jako audycję.

JANUSZ ROSZKOWSKI: www.monsadmirabilis.beskidy.pl

KAMIL ŚLIWIŃSKI:

https://www.facebook.com/beksinski/, https://www.facebook.com/zdzislawbeksinski/, https://www.instagram.com/beksinski/, https://twitter.com/art_beksinski, https://www.facebook.com/artofszukalski/, https://www.instagram.com/artofszukalski/

JULIA BRODOWSKA:

www.facebook.com/subiektywnieomuzyce, www.prawdziwa-muzyka.blogspot.com, subiektywnieomuzyce Instagram

AGATA BECHER:

www.zjedzkanapke.net, www.facebook.com/zjedzkanapke

TOMASZ SOBIERAJSKI: #KsiążkiNieTylkoDlaTych, @tommysobierajski

TS: Ja bardziej postrzegam to jako jedną z form dotarcia do użytkowników platform multimedialnych czy stron zajmujących się kulturą. Niezmienną dla mnie podstawą bloga jest tekst. Prowadzę bloga. Umieszczam w nim długi tekst, dajmy na to o wpływie gustu grup społecznych na dobór treści dotyczących kultury. Media społecznościowe służą mi do udostępnienia skrótu, na Instastory zamieszczam

POST SCRIPTUM

97


krótkie nagranie, że taki tekst jest opublikowany, kręcę krótki film i publikuję go w formie vloga na Youtube. Wszystko to pięknie się uzupełnia, ale wyjściowe jest słowo.

Zapytam jeszcze o rzetelność informacji przekazywanych w blogach o kulturze. Januszu, czy spotkałeś się z takim z pojęciem: #bookstagram?

Jednak nagrywając tekst czytany, tworzysz formę zbliżoną do podcastu…

JR: Tego terminu używają blogerki książkowe. Czasem zaglądam na blogi bookstagramowe, ale przyznam się, że te recenzje książkowe są stokroć bardziej miałkie od recenzji, które pisałem w swoim życiu lub które pisali inni, niekiedy znakomici recenzenci. No ale nie każdy może być Janem Błońskim czy Andrzejem Kijowskim, czy też Januszem Roszkowskim… (śmiech). Mam też wątpliwości co do uczciwości wydawnictw w promowaniu książek, ich doboru do promowania i wyboru przez te wydawnictwa osób promujących.

TS: Jest to forma jako jedno z narzędzi, którymi dysponuję do udostępniania treści. Podstawą jest słowo. Agato, jak się powinno realizować bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni? AB: Nie jest to łatwe przy tylu udostępnianych treściach na różnych platformach, gdzie tworzymy wzajemnie udostępniane linki. Nie zawsze ustrzeżemy się przed kradzieżą słów, musimy starać się postępować uczciwie względem siebie i czytelnika. Być też czujnym. Kradzież słowa, plagiat to przestępstwo. Są też instrumenty prawne, na których można się oprzeć, dochodząc swoich praw. A jak jest z cytatami? Kamil, Tomek? KŚ: Cytowanie jest dozwolone, z zaznaczeniem, że jest to cytowanie lub cytowanie za innym autorem, z podaniem źródła i ewentualnego linku do źródła. TS: W publikacjach naukowych cytowania są naturalną częścią publikacji, jednak nie można kopiować słów, nie podając źródeł lub przypisując je do własnej osoby. Internet rządzi się podobną zasadą (cytowania wymagają podania źródeł, fotografie wymagają podania autorów itd.), jednak znacząco trudniej jest ustrzec się przed kradzieżą słowa. Wróćmy do praw autorskich. O ile treści neutralne, czyli np. informacje o koncertach wystawach, własne recenzje i opinie, można publikować bez przeszkód, to treści dotyczące artystów żyjących i nieżyjących, zdjęcia, muzyka, podlegają prawu autorskiemu? Kamil? KŚ: Aby bezpiecznie i legalnie udostępniać utwory artystyczne, nie tylko warto, ale wręcz należy zorientować się, kto dysponuje autorskimi prawami majątkowymi do dorobku artysty oraz jego wizerunku, a następnie wystąpić o koniecznie zgody na publikacje bądź licencje na wykorzystanie. To szczególnie ważne w przypadku twórców już nieżyjących, ponieważ wraz z ich śmiercią prawa autorskie do ich utworów nie wygasają – dopiero po upływie 70-letniego okresu ochrony autorskie prawa majątkowe do utworu wygasają, a utwór przechodzi do tzw. domeny publicznej. W praktyce oznacza to, że dopiero po upływie 70 lat od dnia śmierci twórcy każdy może swobodnie korzystać z jego dzieła. Od lat prowadzę kilka stron poświęconych twórczości Zdzisława Beksińskiego i Stanisława Szukalskiego i robię to w sposób legalny, posiadając wszelkie konieczne zgody. Właścicielem praw autorskich w przypadku pierwszego twórcy jest instytucja publiczna, w przypadku drugiego – osoby prywatne, mieszkające poza granicami Polski.

98

POST SCRIPTUM

Cytując za Gosią Fraser – analityczką prywatności i cyberbezpieczeństwa, dziennikarką technologiczną, edukatorką, prowadzącą blog o kulturze (www.

okruchykultury.pl):

„Bookstagrammerki książki pozyskują głównie w ramach współpracy z wydawnictwami, które cenią sobie możliwość pokazania produktu za darmo (za egzemplarz recenzencki) na profilach obserwowanych przez kilka(naście) tysięcy osób. Konwersja sprzedażowa przynajmniej w praktyce zapowiada się dzięki takiej promocji wręcz jak marzenie. Popularną praktyką instagramowych blogerek książkowych jest kupowanie botów*, które sztucznie pompują liczbę obserwujących na danym koncie, bądź też zamieszczają sztuczne komentarze i polubienia, dające wydawnictwom iluzję popularności profilu. (…) Nie wszyscy obserwujący konta bookstagrammerek to prawdziwi ludzie.” Czy to stwarza obawy sterowania blogowaniem kulturalnym? Trzeba umieć to przefiltrować z sieci? Agata? AB: Według mnie problem botów, które ewentualnie mogą napędzać konwersję pod sprzedaż książki to jest efekt uboczny większego niepokojącego zjawiska, jakim jest urynkowienie książki. Dziś wydaje się i promuje te książki, które są produktem


spreparowanym według rynkowych paradygmatów zapotrzebowania przeciętnego i niewymagającego czytelnika. Ponieważ przynoszą zyski ze sprzedaży, to się je w różny sposób promuje, także za pomocą influence marketingu. Nie dowierzam także recenzentom, którzy żyjąc z recenzji, są zobowiązani wobec wydawnictw, aby o ich produktach pisać dobrze. W takim wypadku te oceny mogą być po prostu sztampowe i stronnicze. Trzecia sprawa stanowiąca trudność w wyłowieniu ciekawego tekstu o książce to niski poziom językowy wielu osób piszących, a niestety Instagram jest pełen takich aspirujących adeptów recenzowania i wyrażania. Recenzent, aby dobrze opowiedzieć o książce, musi być niezależny i sprawny językowo. Bookstagram ma sens, ale z rozsądnym przefiltrowaniem informacji. Ostatnie pytanie. Jakie uniwersalne blogi (oprócz swoich – śmiech) propagujące szeroko pojętą kulturę polecilibyście? Zastanówcie się dobrze. Tylko jeden blog.

www.zjedzkanapke.net – poleca Tomasz Sobierajski.

Blog Agaty Becher. Catering Nie-Kulturalny. Koniecznie.

www.niezłasztuka.net – poleca Kamil Śliwiński.

Blog Joanny Majewskiej i Dany Tomczyk-Dołgij. Prowadzą niezależną fundację zajmującą się promowaniem kultury: Niezła sztuka. „Bo Niezła sztuka z miasta Łodzi pochodzi” :-)

Mariusz Szczygieł na Instagramie – poleca Agata

Becher. Mariusz Szczygieł. Nie zarabia na recenzowaniu i rekomendowaniu książek.

https://joannajagiello.com/joanna-jagiello-blog/ –

poleca Janusz Roszkowski. Blog Joanny Jagiełło – kobiety orkiestry. Pisarki, piosenkarki, blogerki, malarki. Autorka artykułu poza powyższymi i wspomnianymi w tekście, subiektywnie zachęca do poczytania: www.laminerva.pl – Justyna Stasiek-Harabin. Przedstawia się jako histeryczka sztuki, a dziewczyny z Niezłej Sztuki nazywają ją Hrabiną wśród muzealników.

www.artinbrief.pl – czyli Małgorzata Czyńska i Wojciech

Tuleja. Historycy sztuki, łowcy talentów. Małgorzata jest również pisarką – ma na swoim koncie dziesięć książek, a Wojciech prowadzi warszawską galerię ART (www.galeriaart.pl).

Ostatni rok był dla kultury mało łaskawy. Pandemia zamknęła możliwości promowania kultury na żywo czy uczestniczenia w kulturalnych wydarzeniach. Większość z nich nie odbyła się lub została przesunięta bez gwarancji na realizację. Wiele wydarzeń musiało zaistnieć w sieci. I zaistniało. Blogowanie o kulturze nabiera szczególnej misji, a możliwości Internetu są nieograniczone. DAJMY SŁOWOM SIĘ WYPOWIEDZIEĆ. Dziękuję Państwu. [KBS]

www.przymuzyceoksiazkach.com.pl – poleca Julia Brodowska. Kto po drugiej stronie? Paweł Cybulski. Profesjonalnie, ale bez nadęcia.

POST SCRIPTUM

99


FILOZOF i WILK P

retekstem do rozmowy z panią Małgorzatą Sarnowską (doktor filozofii, wykładowca akademicki) jest książka Marka Rowlandsa Filozof i wilk. Po lekturze tej pozycji miałem w głowie kłębowisko myśli, dziesiątki pytań, a niekoniecznie powstały w niej jakieś sensowne odpowiedzi. Dlatego też pozwoliłem sobie pozawracać Ci trochę to i owo. Zaczynam. Jak coś będzie niemądre (bardziej niż zwykle), to ignoruj. Każdy z nas czytał dziesiątki bajek, w których zły wilk ściera się z dobrymi prosiaczkami albo z niewinnym Czerwonym Kapturkiem. A jeśli ten stereotyp jest błędny? Jeśli to wilk jest dobry, a Kapturek wredny i przebiegły? Rowland dowodzi, że nasze małpie pochodzenie wyposażyło nas nie tylko w kciuk przeciwstawny, ale też w wiele brzydkich cech: knucie, złośliwość, egoizm, kombinatorstwo, cwaniactwo i przede wszystkim w małpią rządzę władzy. Po stronie wilka jest bezgraniczna lojalność i bezinteresowna miłość. Przegrywamy chyba tę walkę o cnoty, już w przedbiegach? Człowiek ma zdolność i potrzebę tworzenia sojuszy. Układamy się z tymi, którzy mogą nam pomóc lub tymi, którzy mogą nam zaszkodzić. Celem, którego łakniemy, jak spragniony wody, jest władza. Nie mamy pomysłu, co chcemy z tą władzą zrobić. Władza jest celem samym w sobie. Narzędziem niezwykle pomocnym w osiągnięciu przewagi nad innymi w dążeniu do władzy jest kłamstwo. W rzeczywistości nie musimy dotrzymywać żadnych umów, a jedynie udawać, że je honorujemy. To daje nam przewagę. Aż się cisną na usta przykłady, gdy rozmaite władze nie respektują przepisów, jednocześnie się na nie powołując. Kłamstwo i manipulacja są wbite w nasze, ludzkie DNA? Rowlands pisze o tym, że jeśli chcemy równo podzielić pizzę, krojący musi wybierać swój kawałek jako ostatni. Jeśli nie wie, który kawałek stanie się jego udziałem, dołoży wszelkich starań, żeby wszystkie były równe. To się pokrywa z tym, co sam kiedyś pisałem – powinno zniknąć takie zjawisko jak „polityk zawodowy”. Do polityki powinno się trafiać na jedną, pięcioletnią kadencję, po czym ani polityk, ani nikt z członków jego rodziny nie powinien mieć możliwości zasiadania w żadnej państwowej strukturze (spółkach, urzędach, a nawet szkołach czy szpitalach). Każde prawo uchwalane przez Sejm powinno wchodzić w życie dopiero w następnej kadencji. Dzięki temu

100

POST SCRIPTUM

Zdjęcie: Iwona Suwała posłowie, uchwalając Ustawy, nie wiedzieliby, który kawałek pizzy im się przytrafi i staraliby się dbać o interesy wszystkich. Polityk zawodowy dba jedynie o interesy własne, alienuje się. Nie dotyczą go prawa (immunitet), nakazy, zakazy, obostrzenia. Skąd więc ta naiwna wiara, że polityk zachowa się niezgodnie ze swoją (ludzką) naturą? Często mówimy o demokracji, w ogóle nie rozumiejąc nowożytnego sensu tego słowa. Sam akt wyborczy nie czyni z nikogo demokraty, a władza nie staje się demokratyczna. W większości krajów świata, przez duży kawał dziejów, monarchów także się wybierało w procesie elekcji. Obecne systemy polityczne, to w dalszym ciągu rodzaj monarchii.


Teraz, w czasie przebudzenia, cała nadzieja w tym, że to, co piękne i dobre u nielicznych, stanie się coraz powszechniejsze

Władza mówi, a lud ma słuchać. Najlepiej bez szemrania. A każde słowo wypowiedziane przez władzę jest obowiązującym prawem, choćby było niezgodne z innymi prawami. Gdzie zaczyna, a gdzie kończy się demokracja? Jacy, my ludzie, jesteśmy z tym naszym małpim dziedzictwem? Jest dla nas jakaś nadzieja, czy jesteśmy projektem nieudanym? Pamiętam myśl bliżej nie znanego światu gentlemana z XVIII wieku: „Próbowałem zostać filozofem, ale w jakiś sposób moja pogoda ducha

zawsze wygrywała”. Książka, którą zaproponowałeś jako punkt wyjścia do naszej rozmowy, jest zaprzeczeniem ponuractwa i zawiłości. To przykład praktykowania filozofii w sposób lekki, miejscami zabawny, inspirujący – to taki rzadki przypadek „czułej” i nie narzucającej się mądrości. Podobnie jak Ty, podczas lektury zwróciłam uwagę na spostrzeżenie autora, że małpy i ludzie to prawdopodobnie jedyne gatunki w przyrodzie, które działają z premedytacją, niecnie wykorzystują sytuacje, są interesownie sprytne. Nie szukając daleko, można powiedzieć, że ta konkluzja jest niestandardowym uszczegółowieniem ustaleń teorii ewolucji. Małpa, pisze Rowlands, nie patrzy na inne małpy, ona je obserwuje

POST SCRIPTUM

101


i czeka na okazję do zadania ciosu. Woli mieć sojuszników, a nie przyjaciół. Przyjaźń bowiem wymaga lojalności, do której nie jest zdolna. Zajęta jest swymi słabościami, wręcz je pielęgnuje. Faktycznie, przypomina to strategię życiową wielu z nas. Strategię, której kulminacją jest rozumienie szczęścia jako stanu posiadania i ciągłego gromadzenia rzeczy. Zastanawiałam się, czy są jakieś sposoby pozanaukowego i pozafilozoficznego wytłumaczenia owego pokrewieństwa mrocznej natury wyższych ssaków. Źródłem, które tu ryzykownie przywołam, są książki Zecharia Sitchina. Dowiedzieć się z nich można, że jesteśmy końcowym ogniwem wielu zabiegów genetycznych dokonywanych przez gwiezdnych najeźdźców na kilku (kilkunastu) gatunkach zwierzęcych, potem też astralnych, żyjących kiedyś na Ziemi. Trudno przyjąć za wiarygodną tę wersję naszej historii. Gdyby jednak w opowieściach sumeryjskich (odczytanych z glinianych tabliczek) był choć cień prawdopodobieństwa, nasze skażenie złem miałoby dodatkowo akcent galaktyczny. W poszukiwaniu określeń natury człowieka nie można pominąć filozofii antycznej. Przez dziesięć stuleci, od VI w p.n.e. nie było wątpliwości: człowiek jest przede wszystkim istotą

rozdarcia, bezradności wobec zła to do dzisiejszego dnia częsty przedmiot rozważań filozoficznych. Systematycznie zatraca się potrzeba powinności wobec samego siebie. Współczesna pedagogika ma niewiele wspólnego z niegdysiejszym treningiem cnót. Obecny deficyt autorytetów i brak szkół charakteru sprawia, że najczęściej nie podejmujemy walki z tym, co w nas egoistyczne i cwaniackie. Okazuje się, że dwie ważne tradycje myślenia o zmaganiach człowieka z jego ciemną stroną, tj. antyczna i chrześcijańska, nie przetrwały próby czasu. To już historyczne propozycje wzrastania. Mam wrażenie, że trzeba – jak zwykła czynić filozofia – poszerzyć perspektywę. Tzn. zobaczyć miejsce człowieka w planie stworzenia, wszystkiego co jest. Ciekawą wersją stworzenia świata i człowieka jest propozycja Plotyna (3 w.n.e.). Jego dzieło wieńczy myśl filozoficzną starożytności. Bóg (nazywany też Prajednią lub Dobrem) wyłania z siebie, na zasadzie emanacji, byty, lustrzane odbicia wzoru, byty o malejącej doskonałości. W sferze najniższej, w świecie zmysłowym pojawia się człowiek, pół-bóg, pół-zwierzę. Jego zakotwiczenie w materii jest źródłem zła, które może on pogłębiać, tkwiąc w niej, ale może też za sprawą duszy wznieść się w najwyższe boskie rejony i być czystym „patrzeniem”. Tej niebywale

W drodze zdobywania sprawności u z ys ku j e m y p o ż ą d a n y s ta n p o ś r e d n i między brakiem a nadmiarem cnót rozumną. Jego rozumność była siłą spajającą emocje i zmysły w harmonijną całość. Całość osiąganą dzięki nieustającej pracy nad sobą, nabywaniu dobrych nawyków, najlepiej pod kierunkiem nauczyciela. Na przykład Arystoteles uważał, że rodzimy się tchórzliwi, skąpi, nieżyczliwi. W drodze zdobywania sprawności uzyskujemy pożądany stan pośredni między brakiem a nadmiarem cnót, który to nadmiar też nie jest pożądany. Tak na przykład osiągamy cechę hojności, a nie skąpstwa lub rozrzutności. Istotna w tej wersji jest odpowiedniość między zakładaną powszechnie wizją harmonijnego świata i opisaną w skrócie potrzebą wzrastania duchowego człowieka aspirującego do bycia, analogicznie, spójną całością. Postulat rozwoju wewnętrznego nie znika w pismach filozofów chrześcijańskich. Patronuje temu już nie autorytet rozumu, ale kościoła. Oczywistym celem człowieka staje się wówczas Bóg, a nie doczesne szczęście (eudajmonia). Ta teoria doskonalenia (aretologia) jest aktualna do dziś i wydaje się najbardziej wartościową częścią katolickiej nauki moralnej. W epoce baroku (XVII wiek) rozsypuje się obraz harmonijnego, bezpiecznego świata. Postępujące w ślad za tym poczucie zagubienia,

102

POST SCRIPTUM

trudnej drogi może się podjąć o własnych siłach, wręcz jest ona wpisana w zakres jego duchowych powinności. Wspomnę o jeszcze jednej, bliższej nam kulturowo wersji stworzenia świata i człowieka. Chodzi o św. Augustyna. Utrwalił on na gruncie teologii chrześcijańskiej koncepcję stworzenia świata ex nihilo, z niczego, w jednym momencie. Konotacje filozoficzne nicości to niebyt, ciemność. Czyli stworzenie świata w wersji chrześcijańskiej ociera się o sferę niebytu, braku światła, o zło. Ale rozwinięcie tej koncepcji (począwszy od Augustyna aż po współczesny neotomizm) daje interpretację zła jako brak należnego dobra, pewną ułomność. Zło jako byt po prostu nie istnieje. Lub inaczej, Bóg nie stwarza, ale dopuszcza obecność zła jako niedostatek tego, co być powinno. Widoczne tu radykalne oddzielenie Boga od świata daje człowiekowi niewielkie szanse na samodzielne tego zła pokonanie. Nawet inicjatywa każdego czynu dobrego należy do Boga. Wyjaśniając to wszystko słuchaczom, często przytaczam anegdotę, która, jak sądzę, zwalnia mnie od komentarzy na ten temat. Opowiadała ją swoim gościom Wisława Szymborska. Einstein trafia do nieba, spotyka się z Bogiem i mówi: „Jestem zafascynowany


tym, co pan wymyślił, ale jako człowiek nauki chciałbym się dowiedzieć, jaki pan znalazł na to wszystko wzór”. Pan Bóg wziął kredę i na tablicy zapisał długi wzór. Einstein przeczytał i powiedział: „Jestem pod wrażeniem, ale chciałem zaznaczyć, że w jednym miejscu jest błąd i on się, niestety, potem powtarza”. Bóg odpowiedział: „No właśnie wiem”. Jesteśmy mocno niedoskonali, błądzący i są tego faktu metafizyczne przesłanki. Taki obraz prezentuje filozofia chrześcijańska. I czyni to jakby mimo woli, ponieważ to właśnie ona powołana została do tego, by uzasadnić transcendentalny wymiar dobra. Z człowiekiem jest najpewniej tak, jak pisał przywoływany już Plotyn: „Zajmuje on pośrednie miejsce między bogami a zwierzętami, może posuwać się w obu kierunkach, jedni ludzie upodobniają się do tych, a drudzy do tamtych, tłum zaś pozostaje pośrodku”. Na tym polega paradoksalność natury człowieka potwierdzana wielokrotnie w tekstach filozoficznych przez siedemnaście stuleci po Plotynie. Dobrze w tę tonację wpisuje się rozczarowanie Fryderyka Nietzschego: „Szukałem wielkich ludzi, a znajdowałem zawsze tylko małpy ich ideału”. Nie mamy ochoty na duchowe usprawnianie się. Pisze o tym już Arystoteles, dodając, że za to nadmiernie aktywizujemy się przy pomnażaniu dóbr. Wykazujemy ponadto dużą niechęć do wypełniania podstawowego obowiązku moralnego, tzn. traktowania innych tak, by mogło to być podstawą powszechnego prawa moralnego. Imperatyw kategoryczny Immanuela Kanta pozostaje ciągle postulatem teoretycznym. Wspomina o tym Rowlands, dodając coś równie ważnego. Ludzie zatracili potrzebę wypełniania swego obowiązku epistemicznego, czyli nie podają argumentów na poparcie swych racji. Pouczał o konieczności takiego postępowania dawno temu Sokrates. W przypadku zwykłego człowieka to niezręczność, brak kultury logicznej, w przypadku np. polityka – karygodna nieodpowiedzialność, niedopełnianie obowiązków. Natura ludzka wydaje się niezmienną i niezmiennie skażoną złem. O współczesnym „demontażu jaźni moralnej” pisał socjolog i filozof Zygmunt Bauman. Wydaje się to nie tylko trafną diagnozą stanu etyczności ponowoczesnej, ale może mieć wiążące przełożenie na bliską nam przyszłość. Wyłaniająca się z dostępnych dokumentów wizja nowego porządku świata niesie ze sobą wręcz pewność panowania totalnego zła. A to dlatego, że sztuczna inteligencja nie jest wrażliwa na wartości, zwłaszcza dobro. Coraz liczniejsze filmy, w których reprezentanci homo sapiens zmagają się z bezdusznymi cyborgami, są tego zapowiedzią. Rowlands często wspomina, jak wiele zawdzięcza swemu zwierzęcemu przyjacielowi, zawsze nieustępliwemu i szczeremu. Swą miłość i przywiązanie ofiarowywał bezinteresownie, całym sobą i w każdej chwili. To czego się nauczyłem od

wilka, pisze Rowlands, było antytezą religii. Religia bowiem, dodaje, zawsze handluje nadzieją. Pytasz, czy jest jakaś nadzieja, dobra perspektywa dla nas ludzi. Lekcji wielkich nauczycieli, np. Sokratesa czy Chrystusa, nie przerobiliśmy, jak się okazuje, zbyt sumiennie. „Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy z nas sięgają po gwiazdy” (Oscar Wilde). Teraz, w czasie przebudzenia, cała nadzieja w tym, że to, co piękne i dobre u nielicznych, stanie się coraz powszechniejsze. Z drugiej jednak strony, trudno oczekiwać, że nasz małpi umysł da się łatwo pokonać. Zgrabnie to opisuje moja ulubiona anegdota: Zdesperowany człowiek patrząc w niebo, woła: „Jest tam ktoś?”. Po chwili, głos z góry: „Jestem, słucham”. Człowiek: „Jak żyć?”. Głos z góry: „Uczciwie”. Po chwili milczenia, ciągle zdesperowany człowiek: „Jest tam na górze ktoś jeszcze?”. Odpowiedź na Twoje pytanie o władzę może być potraktowana jako kontynuacja refleksji nad naturą ludzką. Sfera polityki to wyjątkowo porażająca emanacja zła. Zbiorem pięknych czynów dla dobra wspólnego była chyba tylko dla Arystotelesa. Od czasów Niccolo Machiavellego stała się „sztuką właściwego momentu”, miejscem przemocy, kłamstwa, a obecnie często błazenadą. Rzadko się dziś przypomina, że władza powinna być służbą, obroną podstawowych wartości. Pierwsze symptomy kryzysu demokracji dostrzeżono już w latach 70. ubiegłego wieku. Nasze stulecie dołożyło kolejne, poważne zagrożenia demokracji, tzn. globalizację, a teraz ekspansję populizmów. Mówi się na Zachodzie, że skorumpowany system partyjny stanowi największe zło ustroju demokratycznego. Prowadzi to do czegoś najgorszego, co może demokrację spotkać, czyli rosnącego zobojętnienia obywateli. Kryzys pandemiczny całkowicie obnażył fakt widoczny już od kilkunastu lat. Chodzi o to, że na naszych oczach poległy dwa bastiony wyróżniające demokrację. Po pierwsze, radykalnie mniejsza jest możliwość wyrażania swej opinii bez lęku, co najmniej niepokoju. Po drugie, do zera zredukowana została świadomość, że nasze, wyborców opinie brane są pod uwagę. Jest taka stara prawda, która, mam nadzieję, niedługo się uaktualni. Demokracja może się odradzać wyłącznie od dołu. Tego rodzaju proces przeprowadzany od ponad 10 lat z dobrym skutkiem w Islandii zdecydowanie ograniczył terror bankowo-korporacyjny i korupcję. Jeden z nowożytnych filozofów, powołując się na Platona, napisał: „Udałoby się stworzyć coś sprawiedliwego i słusznego, jedynie wtedy, gdyby do władzy doszli ci, którzy nie mają na to najmniejszej ochoty. Może wtedy zniknęłaby jeszcze jedna patologia świata polityki. To mianowicie, że najczęściej władzę mają ludzie żądni władzy. [JP]

POST SCRIPTUM

103


PARTNER MEDIALNY:

104

POST SCRIPTUM


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
POST SCRIPTUM by POST.SCRIPTUM - Issuu