Page 1

Czyli o tym, jak wymiany międzyszkolne wpływają na psychikę Posted on May 1, 2012 by zuarcia Jak już pewnie kiedyś wspomniałam, tydzień był tylko morderczo galopujący… Anę odebrałam z lotniska w niedzielę około 14.00., po czym pojechałyśmy do domu, z bólem oddałam jej w myślach moje łóżko, zjadłyśmy coś, zagrałyśmy w bardzo twórczą grę, polegającą na zgadywaniu “kim się jest” –> kartę z czym ma się aktualnie na głowie - muszę przyznać, że dość rozwijające językowo. Potem pojechałyśmy na rynek, gdzie zebrała się polsko-hiszpańska grupa. Pokazaliśmy im plac (po raz pierwszy), potem zatrzymując się co 10 m i czekając aż zagraniczni: zrobią zdjęcie, dojdą do nas, dowloką się do nas, postoją sobie i porozmawiają, dotarliśmy na dach Renomy. Potem z powrotem na rynek, później z powrotem do Galerii Dominikańskiej. Część dała Hiszpanom “czas wolny”. Znaczy to, ni mniej, ni więcej, że ci bardziej zeschizowani* ((w tym ja, bo jak inaczej) * zestresowani: co jeśli się zgubią, co jeśli ich porwą, co jeśli ich okradną, co jeśli ich zabiją…) włóczyli się za swoją parą po sklepach… Około 20.45 zdecydowałam, że czas wracać do domu. W poniedziałek mieli zostać z nami na lekcjach. To znaczy nie do końca z nami, bo mieli zostać podzieleni pomiędzy 6 klas. O 8.45 zebraliśmy się w łączniku przed halą sportową, ponieważ nasi cudowni ludzie, którzy według kwestionariuszy mieli do nas pasować charakterem, nie mieli bladego pojęcia z kim są w klasie, w której są klasie… Nie wiedziała tego również nauczycielka, która organizowała wymianę w Polsce. Wiedziała tylko, że Hiszpanie powinni wiedzieć. Koniec końców, w zamieszaniu wyszło, że 90% par osób z naszej klasy spędziło z nami w poniedziałek 90% lekcji. Nauczycielka od polskiego, która normalnie nigdy nie pozwala się wybić z rytmu poleciła osobom prezentującym “Życie i twórczość Ignacego Krasickiego” przekształcić się w tłumaczy, a potem razem z gośćmi przygotować pantomimę na podstawie jednej z jego bajek. Po szkole do domu, później na kręgle. Naiwna sądziłam, że po kręglach znów do domu i spać, odpocząć, byle nie włóczyć się po mieście. Hiszpanka zażyczyła sobie rynku (i po raz drugi… kto da więcej, kto da więcej?). Większą grupą odprowadziliśmy Natkę do domu (ma problemy z biodrem) i, o zgrozo!, kiedy Hiszpanie normalnie niemiłosiernie się wloką, tak tutaj wychodzili na przód, że aż miło by było, gdyby było kiedy indziej. Później znów dostali czas wolny, a że tylko ja w mojej głowie nie dopuszczałam absolutnie i pod żadnym pozorem myśli zostawienia małej grupy obcokrajowców około 20.00 samych w rynku, włóczyłam się za moją. Co jakiś czas odwracała się i patrzyła na mnie jak na idiotkę… Chyba mnie nie polubiła :P. W każdym razie lecząc nerwy skołatane na razie na poziomie podstawowym pogadałam sobie z Anką, po czym mogłam spokojnie wrócić do domu :D. Wtorek – możliwa chwila odpoczynku. Hiszpanie jadą na wycieczkę do Książa i Osówki. Byłam w szkole o 8.00, żeby dziecko odprowadzić, chociaż lekcje zaczynałam 8.55. Wtedy powstała chyba kluczowa część postu rozciągniętego w czasie jak plastelina. Wróciłam do domu, nastawiona na to, że wrócą najwcześniej o 18.00, tak jak było zapowiedziane. Część Polaków jechała na wycieczkę z nimi i kiedy dochodziłam do mieszkania okazało się, że wesoły autokar jest już we Wrocławiu, 2h za wcześnie… Marysia, która mi o tym powiedziała, zaoferowała się, że przywiezie mi Anę na przystanek. Uf… problem z głowy. Ale nie! chwilę później dostałam sms, że moja Hiszpanka chce zostać w mieście. Co zobaczyć? Bach! Czyżby rynek (po raz trzeci; chciałabym sprzedać, ale jeszcze nie mogę)?


Zadzwoniłam do Marysi, jeszcze raz pięknie podziękowałam za propozycję, którą odrzuciłam i zaczęłam zbierać się do wybiegnięcia z domu. Szłam spod Heliosa na most Tumski na piechotę i tam ostatecznie znalazłam Anę. Śpieszyłam się dość, bo Aga, partnerka Hiszpanki, z którą postanowiła pospacerować moja, śpieszyła się do domu. W drodze na przystanek dziewczyny obejrzały i zachwyciły się Halą Targową, kupiły ptasie mleczko i rafaello i wreszcie mogłam wrócić do domu… Tam ograłam moją mamę i Anę w karty, w które nauczyliśmy się grać po hiszpańsku. W środę przyszedł czas na zwiedzanie Wrocławia. Do Panoramy Racławickiej nie poszliśmy, zapewne ze względu na brak biletów, w każdym razie zobaczyliśmy Halę Stulecia, część Parku Szczytnickiego, Ossolineum od zewnątrz, Jatki, po czym… rynek? Tak, już po raz czwarty. Tym razem czas wolny zarządzili nauczyciele. Mieliśmy chodzić razem z Hiszpanami, ewentualnie pomóc im coś kupić. Ana mi uciekła, więc z poczucia obowiązku poszłam z kim innym :D. Później wróciłyśmy do domu, spakowałyśmy rzeczy do aquaparku, po czym przez 50 minut tłukłyśmy się autobusem na ul. Borowską. W aquaparku czas wolny zarządziłam ja. Do łażenia za nimi po basenie nawet ja nie byłam zdolna, zresztą, z całym szacunkiem byłoby to zgoła bezsensowne. Jak cudowne było te dwie i pół godziny, trudno opisać… :D :D :D Miałam jednak pecha przekonać się po raz kolejny, jak wygląda hiszpański pośpiech… Kiedy byłam umyta, przebrana i miałam wysuszone do połowy włosy, Hiszpanki wyszły z łazienki… W czwartek, nasi arcymili goście pojechali na całodniową wycieczkę, a ja, żeby odespać, za pozwoleniem rodziców zerwałam się ze szkoły do domku. Również rajski czas. Z nudów przerobiłam część tegorocznych testów gimnazjalnych… Pojechałam po Anę do szkoły, poszłyśmy z Julką i Kamilą oraz oczywiście ich Hiszpankami do kościoła pw. św. Marii Magdaleny, żeby wejść na Mostek Pokutnic, który był już zamknięty, później do zamkniętej od minuty muffiniarni, a potem do Renomy, gdzie siedziałyśmy do jej zamknięcia. I znów dobranoc… :D W piątek ponownie szkoła. Moja Hiszpanka urwała się do trzecich klas (Hiszpanie wiedzieli jak są podzieleni, aczkolwiek trzecie klasy nie miały pojęcia o tym, że mają przydzielonych obcokrajowców), więc muszę przyznać (choć wiem, jak to brzmi w kontekście zdania) zrobiło się bardzo miło. Ponieważ jednak 3 klasy kończą godzinę wcześniej, ostatnią lekcję podopieczni (uhm xD) powinni spędzić z nami. Moja poszła szukać innej Hiszpanki i obiecała, że wróci na lekcję i nawet sama podała mi numer sali. Znalazłam ją po literaturze w łączniku. Chociaż w czwartek wieczorem mówiłam wyraźnie, że przed planowaną imprezą – niespodzianką pożegnalną poliszynela NIE zdążymy wrócić do domu, okazało się, że moja baaaardzo prosi -.- … Po imprezie poszliśmy większą grupą… Czy naprawdę muszę pisać gdzie? Grunt, że po raz piąty. Zjedliśmy lody, odebrał nas mój tata. Dobranoc. Sobota – cały dzień poza domem i nie mogę powiedzieć, że przesadzam. Wyszłam około 10.30, wróciłam 11h później. Plan zmieniał się 15 000 razy na godzinę, ostatecznie trasą Rynek (zakup pamiątek) – Mostek Pokutnic- Renoma- Zoo-Fontanna przy Hali Stulecia, dotarłyśmy do Hali Stulecia. O 19.00 pokaz świateł nie był zbyt fenomenalny. W mieszkaniu czekał późny obiad. Moja chciała iść do centrum na pizzę. Rynek po raz 6? Nie :). Tym razem pizzeria Farina nieopodal ul. Tramwajowej, powtórny pokaz o 21.00, powrót z taksówkarzem ojcem i perspektywa wylotu Hiszpanki następnego dnia (czyli wyjazdu na Wielkie Harce Majowe).


Najlepsze jest to, że Hiszpanie nigdy nie byli zmęczeni, nie mam pojęcia jakim cudem, bo ja i owszem… :) Zapominałam w tym tygodniu o wszystkim, tak że Monia założyła mi zeszyt, w którym spisywała, co mam do roboty… Niedziela – dziecię od rana się pakuje. Na 10.30 poszło ze mną na mszę. Skończyło się pakować, wyjechało i wyleciało, ja wróciłam i się spakowałam :). A co było na Harcach, to później, bo teraz pragnę powiedzieć tylko “dobranoc”.

Wymiana z przymrużeniem oka  

Krótki, powiedzmy, opis pobytu młodych hiszpańskich obywateli u młodych polskich obywateli we wdzięcznym mieście Wrocław :).

Advertisement