Page 1


Aktualności

4-7 8-11

Osiągnięcia, sukcesy, wyróżnienia Z życia szkoły

13-14

Dzień z życia ratownika medycznego

16-18 19 20-21

Wywiad z zastępcą dyrektora ZST Wywiad z Mateuszem Rokiem Wywiad z Tomaszem Mikułą

Dzień z życia Wywiady

Informatycy zdobywają Zieloną Wyspę

23-24 Uczniowie klas informatycznych zdobywają Zieloną Wyspę 25-26 Wywiad z Grzegorzem Nowakowskim i Szy- monem Fronckiem 27-29 Wywiad z Panią Bożeną Polkowską 30-31 Codzienność w Irlandii

2

Felietony

33-34

Ograniczenia osobowości

36-39

Reportaż z IEM Katowice

41 42-43

PIH - „Kwiaty Zła” G.R.R. Martin - „Pieśn Lodu i Ognia”

45 46-48 49-50 51-53

Zapiski na świstkach Płomienie Nasze liryki Przekładaniec Przekładańca

55-58

Moja przygoda - Paryż

59-63

Galeria

Reportaże Recenzje

Z otchłani szuflady

Podróże


Osiągnięcia, sukcesy, wyróżnienia „Budowlanka” na czternastym miejscu w kraju!!! W rankingu opracowanym w 2013 r. przez czasopisma „Rzeczpospolita” i „Perspektywy” nasza szkoła uplasowała się na 14. miejscu wśród szkół technicznych w Polsce i na 3. miejscu w województwie.

w Gmachu Sejmu Śląskiego w Katowicach nastąpiło uroczyste ogłoszenie nazwisk tegorocznych stypendystów. Młodzież szkół ponadgimnazjalnych o zainteresowaniach wykraczających poza obowiązujący program nauczania wyróżniona została stypendium w wysokości 3.800 zł.

Wicedyrektor Cz. Rychlik nagrodzony za działalność sportową.

Absolwenci ZST na podium Regionalnego Konkursu „Technik Absolwent 2012” | 21.09.2012 r. 21.09.2012 r. odbyła się uroczystość wręczenia nagród i wyróżnień w Regionalnym Konkursie „Technik Absolwent 2012”. W klasyfikacji absolwentów ponadgimnazjalnych szkół technicznych kształcących się w profilu budowlanym pierwsze dwa miejsca zajęli uczniowie naszej szkoły: Krystian Zygmunt (I miejsce) i Dawid Jarząbek (II miejsce). Wyróżnienie otrzymał też Mateusz Mendrela. Podczas uroczystości nagrodzony został również Sebastian Szwarc – absolwent technikum elektronicznego finalista Olimpiady Innowacji Technicznej.

17 stycznia 2013 r. odbyło się spotkanie przedstawicieli Ministerstwa Sportu ze środowiskiem sportowym województwa śląskiego, podczas którego zasłużonym działaczom wręczono odznaki. Srebrną odznakę „Za zasługi dla sportu” z rąk Pani Minister Joanny Muchy otrzymał Pan Czesław Rychlik – wicedyrektor, nauczyciel wychowania fizycznego Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. Odznaka przyznawana jest osobom wyróżniającym się szczególną aktywnością i uzyskującym wybitne osiągnięcia w działalności zawodowej i społecznej w dziedzinie sportu. Adam Barteczko wśród najzdolniejszych uczniów województwa śląskiego | 12.09.2012 r Adam Barteczko - uczeń maturalnej klasy o profilu budowlanym znalazł się wśród 24 uczniów województwa śląskiego, którym w tym roku przyznane zostały stypendia w ramach „Programu wspierania edukacji uzdolnionej młodzieży województwa śląskiego na lata 2012-2015”. 12 września 2012 r. 4

Głównym Organizatorem konkursu jest Beskidzka Rada Federacji Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT w Bielsku-Białej. IV miejsce dziewcząt w Wojewódzkim Współzawodnictwie Sportowym Szkół Ponadgimnazjalnych | 25.10.2012 r Po sukcesach chłopców w latach 2007-2010, którzy trzykrotnie stawali na najwyższym stopniu podium, przyszedł czas na dziewczyny z „Budowlanki”. Żeńska drużyna powtórzyła w tym roku sukces swych koleżanek z przełomu 2010 i 2011 r., kiedy to dziewczyny zajęły pierwszy raz w historii szkoły czwarte miejsce w tych prestiżowych zawodach. Po rocznej przerwie dziewczyny z ZST po raz drugi pojawiły się zaraz za podium. „Budowlanka” najbardziej usportowioną szkołą w województwie śląskim | 17.11.2012 r. 17 listopada 2012 r. w Katowicach odbył się XV Woje-


wódzki Zjazd Śląskiego Szkolnego Związku Sportowego, podczas którego dokonano podsumowania rywalizacji szkół ponadgimnazjalnych i zaprezentowano szkoły najlepiej usportowione. W klasyfikacji szkół ponadgimnazjalnych w rywalizacji sportowej chłopców za lata 2009-2012 Zespół Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. zajął I miejsce i wyróżniony został odznaką „Za zasługi w rozwoju sportu młodzieży szkolnej”. W wojewódzkim współzawodnictwie Szkolnego Związku Sportowego o Puchar Śląskiego Kuratora Oświaty chłopcy Zespołu Szkół Technicznych w w/w latach zdobyli 424 p., wyprzedzając wszystkie szkoły województwa śląskiego.

im odznaki, w dowód uznania za ich bezinteresowną pomoc na rzecz potrzebujących, jakiej udzielają regularnie od wielu lat w postaci najpiękniejszego daru humanitarnego. W tym roku odznaką „Zasłużony Honorowy Dawca Krwi”uhonorowana została również nauczycielka ZST – pani Maria Kopsztejn. II miejsce tenisistów stołowych z ZST | 23.11.2013 r.

Martyna Mielańczyk wśród finalistów konkursu „Konstanty Wolny - pierwszy marszałek Sejmu Śląskiego” | 19.11.2012 r. 19 listopada 2012 roku w Auli Regionalnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli „WOM” w Katowicach odbył się finał konkursu „Konstanty Wolny - pierwszy marszałek Sejmu Śląskiego”. Test przygotowany na I etap konkursu napisało 348 uczniów i uczennic z 66 szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych z terenu całego województwa śląskiego. Finałowy test pisało łącznie 63 uczniów wyłonionych z pierwszego etapu. Martyna Mielańczyk została laureatką konkursu, zajmując 4. miejsce. I miejsce Dagmary Smołki w multimedialnym konkursie „Konstanty Wolny - pierwszy marszałek Sejmu Śląskiego” | 19.11.2012 r. Jury powołane przez Śląskiego Kuratora Oświaty najwyżej oceniło prezentację multimedialną Dagmary, uczennica ZST pokonała tym samym 124 uczniów szkół ponadgimnazjalnych województwa śląskiego, którzy nadesłali swoje prace na konkurs.

23 listopada 2013 r. chłopcy z „Budowlanki” zajęli drugie miejsce w tenisie stołowym w finale „Wojewódzkiej Licealiady Młodzieży Szkolnej Województwa Śląskiego”. Adam Barteczko odebrał stypendium Ministra Edukacji Narodowej | 6.12.2012 r. Adam Barteczko był jednym z czterech przedstawicieli

III miejsce ZST w IX Edycji Turnieju „Młoda Krew Ratuje Życie” | 22.11.2012 r. Zespół Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. zajął 3. miejsce w klasyfikacji szkół ponadgimnazjalnych w IX Edycji Turnieju „Młoda Krew Ratuje Życie” w kategorii „Największa Ilość Krwi”. W roku szkolnym 2011/2012 201 uczniów ”Budowlanki” (w tym 39 dziewczyn) oddało w 5 akcjach 211250 ml krwi. W sumie w naszej szkole przeprowadzono już 83 akcje poboru krwi, w których zebrano 3017 litrów 450 ml krwi. Podczas wspomnianej uroczystości, jak co roku, Zarząd Okręgowy Polskiego Czerwonego Krzyża wyróżnił najbardziej zasłużonych dawców krwi, nadając

województwa śląskiego, którzy otrzymali stypendium ministra właściwego do spraw oświaty i wychowania oraz stypendium Prezesa Rady Ministrów za wyniki w nauce. Adam Barteczko otrzymał stypendium MEN za osiągnięcia w Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Budowlanej (I miejsce) oraz w Olimpiadzie Wiedzy Technicznej (IV miejsce). Stypendystom Ministra Edukacji Narodowej dyplomy 5


wręczał Tadeusz Sławecki, sekretarz stanu w MEN. Uczniowie ZST na „Śniadaniu Mistrzów” | 11.12.2012 r.

11 grudnia 2012 r. w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach odbyło się „Śniadanie Mistrzów”. Na zaproszenie Wojewody Śląskiego Zygmunta Łukaszczyka oraz Śląskiego Kuratora Oświaty Stanisława Fabera na spotkaniu pojawiło się 35 najzdolniejszych uczniów z województwa śląskiego, wśród nich znaleźli się uczniowie naszej szkoły: Ewelina Langrzyk i Adam Barteczko. Podczas wspomnianej uroczystości wybrano Młodzieżowego Wojewodę Śląskiego – został nim weteran olimpiad: Adam Barteczko. Młodzieżowy Wojewoda, korzystając ze swoich uprawnień, ogłosił rok szkolny 2012/2013 rokiem wspólnej troski o bezpieczne dziś i jutro mieszkańców województwa śląskiego. VIII miejsce uczniów ZST w Międzynarodowym Turnieju Budowlanym | 10 – 11.12.2012r. Przemysław Prochasek i Mateusz Kowalewski, uczniowie drugiej klasy Zasadniczej Szkoły Zawodowej Nr 2 im. rtm. Witolda Pileckiego w Zespole Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl., zajęli 8. miejsce w IV Międzynarodowym Turnieju Budowlanym w Raciborzu. Rywalizacja obejmowała trzy etapy – na wstępie przyszli budowlańcy zmierzyli się z technologią Porotherm firmy Wienerberger, w drugim etapie, walcząc o Puchar Wienerbergera, wykonali prace murarskie w cegle klinkierowej, na koniec udowodnili, że radzą sobie również z systemem KB Blok. Uroczystość wręczenia dyplomów stypendystom Prezesa Rady Ministrów i Ministra Edukacji Narodowej | 14.12.2012 r. 14.12.2012 r. odbyła się uroczystość wręczenia dyplomów stypendystom Prezesa Rady Ministrów 6

i Ministra Edukacji Narodowej. Stypendium Prezesa Rady Ministrów otrzymał Adam Barteczko najlepszy uczeń technikum w klasie trzeciej w roku szkolnym 2011/2012 (uzyskał najwyższą średnią ocen tj. 5,28).

Stypendia Ministra Edukacji Narodowej otrzymali: - Adam Barteczko, uczeń klasy czwartej Technikum Nr 3 im. rtm.W.Pileckiego, za osiągnięcia w roku szkolnym 2011/2012 w Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Budowlanych (1. miejsce) oraz Olimpiadzie Wiedzy Technicznej (4. miejsce), - Dawid Jarząbek, absolwent Technikum Nr 3 im. rtm.W.Pileckiego, za osiągnięcia w roku szkolnym 2011/2012 w Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Budowlanych (2. miejsce) oraz Olimpiadzie Wiedzy Technicznej (finalista), - Krystian Zygmunt – najlepszy absolwent Technikum Nr 3 im. rtm.W.Pileckiego , za osiągnięcia w roku szkolnym 2011/2012 w Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Budowlanych (7. miejsce) oraz Olimpiadzie Wiedzy Technicznej (4. miejsce). Wszyscy wyróżnieni realizowali indywidualny program nauki. III miejsce reprezentacji ZST w konkursie o Unii Europejskiej | 17.12.2012 r. 17 grudnia 2012 odbył się XIII powiatowy konkurs wiedzy o Unii Europejskiej pt. „EUROPA NASZ WSPÓLNY DOM”. Reprezentacja naszej szkoły w składzie: Klaudia Kurant i Jędrzej Malinowski zdobyła III miejsce. Dawid Nogalski na podium konkursu literackiego. | 19.12.2012 r. Uczeń klasy I d DAWID Nogalski zajął II miejsce


w Powiatowym Konkursie na opowiadanie Fan Fiction “Przekładaniec Przekładańca”. Konkurs był adresowany do młodzieży gimnazjów i szkół średnich. Kolejne sukcesy sportowców z ZST!

Uczeń klasy maturalnej III Liceum Ogólnokształcącego z oddziałami sportowymi im. rtm. Witolda Pileckiego w Zespole Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl – Mateusz Rok – zajął drugie miejsce w Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów w szpadzie mężczyzn. Zawody odbyły się w styczniu 2013 r. w Gliwicach. Warto przypomnieć, że Mateusz, jako członek kadry narodowej szpadzistów, reprezentował nasz kraj w zawodach międzynarodowych, wielokrotnie zdobywał punktowane miejsca w Pucharze Świata w szpadzie mężczyzn, brał udział w Indywidualnych Mistrzostwach Polski oraz Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów Marek Grzybek najlepszy w międzyszkolnym konkursie IT English | 26.03.2013 r. Marek Grzybek został zwycięzcą VI edycji konkursu językowego organizowanego przez Zespół Szkół Mechanicznych w Raciborzu.

Sukces uczniów naszej szkoły w XXVI Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Budowlanych | 11 – 13.04.2013 r. Po raz kolejny uczniowie Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. okazali się bezkonkurencyjni, jeżeli chodzi o wiedzę i umiejętności z zakresu budownictwa. Tradycją stało się już, że wychowan-

kowie wodzisławskiej „Budowlanki” co roku zajmują najwyższe miejsca na podium ogólnopolskiej olimpiady. W tegorocznej edycji żadnych szans rywalom z pozostałych szkół budowlanych nie dał Adam Barteczko, który najważniejsze trofeum OWiUB zdobył po raz drugi z rzędu. W zaciętej walce nie ustępowała mu jego szkolna koleżanka – Ewelina Langrzyk, która ostatecznie zajęła drugie miejsce. Zaraz za podium (na miejscu czwartym) znalazł się kolejny uczeń ZST – Paweł Pieczka. Pozostała dwójka uczniów z wodzisławskiej szkoły uplasowała się na miejscach: IX (Anna Warok) i XI (Monika Myśliwiec).

7


Z życia szkoły Polsko – czeski wieczór kabaretowy w sali kameralnej Wodzisławskiego Centrum Kultury | 26.09.2012 r.

26.09.2012 r. uczniowie Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. wraz z kolegami i koleżankami z Stredni Skola Techniky a sluzeb w Karvinie zaprezentowali w Wodzisławskim Centrum Kultury godzinny program kabaretowy zatytułowany „Po naszymu”. Program w całości wykonany został w gwarze obu przygranicznych regionów. Młodzież obu szkół przygotowała skecze i piosenki, uczniowie „Budowlanki” zaprezentowali również „śląskie wersje” wierszy klasyków – publiczność dowiedziała się więc, jak brzmiałyby przeznaczone dla dzieci wierszowanki J. Tuwima, gdyby ten urodził się na Śląsku. Organizatorki z ZST zadbały o to, by nastrój, w który wprowadzili zebranych uczniowie obu szkół, nie ulotnił się zbyt szybko – ubrane w ludowe stroje zaprosiły wszystkich przybyłych do WCK na typowo śląską strawę – na stołach pojawiły się kiszone ogórki i krupnioki. Wieczór kabaretowy był jednym z działań artystycznych wpisujących się w ramy programu “Łączy nas gwara śląska”, który jest kolejnym elementem projektu “12 lat razem”.

8

„W oparach PRL-u” | 12.10.2012 r.

W tym roku szkolnym akademia z okazji Dnia Edukacji Narodowej stała się okazją do przypomnienia młodzieży, jak wyglądała rzeczywistość, w której dorastali nauczyciele i rodzice uczniów ZST. Samorząd uczniowski Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. przygotował program artystyczny zatytułowany „W oparach PRL-u”. Młodzież podczas akademii wskrzesiła na kilkadziesiąt minut absurdalny klimat i specyficzną, typową dla wspomnianego okresu atmosferę. Podróż w czasie ułatwiły fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej, po których uczniowie, wchodząc w role belfrów, zaprezentowali kompilację scen z różnych (uznanych już za klasyczne) filmów przedstawiających w absurdalnym skrzywieniu groteskę życia w PRL-u. Nie zabrakło częstochowskich rymowanek z życzeniami dla nauczycieli. Proste wierszyki znakomicie skomponowały się z równie nieskomplikowanymi piosenkami odśpiewanymi przez chór dziewczęcy. W klimat świetnie wpisali się również chłopcy z zespołu „Potargane kaboty” powołanego do życia specjalnie na tę okazję. „Zbuntowana” młodzież wykonała na żywo dwa utwory - „Tak mi źle” (piosenkę znaną z filmu „Wojna domowa”) oraz klasyk Perfektu „Chcemy być sobą”.


Festiwal filmowy „WatchDocs” |19.10.2012 r

19 października uczniowie „Budowlanki” wraz z opiekunami wzięli udział w festiwalu filmowym „WatchDocs”. Projekcje odbyły się w auli Uniwersytetu Śląskiego w Rybniku. Od godziny 9.15 do 16.00 młodzież śledziła losy bohaterów z różnych stron świata. Podczas sześciogodzinnego maratonu filmowego wyświetlone zostały cztery produkcje dokumentalne. „WatchDocs” to projekt mający na celu upowszechnienie wiedzy w kontekście istotnych problemów, z którymi borykają się ludzie na całym świecie, a które to problemy najczęściej nie są obiektem uwagi rządów poszczególnych państw. Wszystkie filmy w ramach festiwalu wyświetlane są bez pobierania jakichkolwiek opłat.

Uczniowie technikum informatycznego na stażu w Irlandii Północnej | 11.2012r

W bieżącym roku szkolnym ruszył międzynarodowy projekt pt: „Leonardo Da Vinci”, który pozwala przyszłym informatykom na zdobywanie doświadczeń zawodowych w Irlandii Północnej, gdzie podczas czterotygodniowych praktyk uczniowie rozwijają również umiejętność posługiwania się językiem obcym. Więcej informacji na temat programu i pobytu uczniów w Irlandii znajdziecie na stronie zstwodzislaw.net

Akcje charytatywne w ZST

Międzypowiatowy konkurs interdyscyplinarny w ZST | 14.11.2012r.

Uczniowie ZST szeroko zaangażowali się w działalność charytatywną. Tylko w tym roku szkolnym w „Budowlance” zorganizowano koncert charytatywny, któremu towarzyszył kiermasz, zbiórkę plastikowych nakrętek oraz kilka zbiórek pieniędzy na rzecz osób chorych, poszkodowanych w wypadkach, potrzebujących pomocy. Społeczność szkolna brała też udział w ogólnopolskich akcjach, takich jak: „Góra Grosza” czy „Szlachetna Paczka”. Kwestowaliśmy również 1 listopada na wodzisławskim cmentarzu na rzecz Wodzisławskiego Ośrodka Rehabilitacji i Terapii Dzieci i Młodzieży

14 listopada 2012r. w ZST przeprowadzony został interdyscyplinarny międzypowiatowy konkurs pt. Klimatyczny Armagedon. Jego finaliści: Paulina Mucha (uczennica ZSO nr1 LO im. J. Kasprowicza w Raciborzu) oraz Kamil Krakowiecki (uczeń Zespół Szkół im. ks. prof. J. Tischnera w Wodzisławiu Śl.) udali się wraz z opiekunką – p . Kingą Węglarz, nauczycielką Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl., na trzydniową wycieczkę (25 - 27 marca 2013 r.) do Belgii, gdzie mieli okazję zwiedzić stolicę Unii Europejskiej oraz spotkać się w siedzibie Parlamentu Europejskiego z profesorem Jerzym Buzkiem. 9


Kolędowanie samorządu uczniowskiego | 20.12.2012 r

Wycieczka dydaktyczna | 28.02.2013 r. 28.02.2013 r. odbyła się wycieczka dydaktyczna uczniów klasy pierwszej kształcących się w zawodzie technik urządzeń i systemów energetyki odnawialnej. Celem wycieczki było zapoznanie młodzieży z zasadami budowy i funkcjonowaniem budynku pasywnego. Termin „pasywny” dotyczy ogrzewania, ponieważ dom pasywny ogrzewa się sam poprzez wewnętrzne zyski ciepła, nawet gdy temperatura spada poniżej -20 stopni Celsjusza. Dom pasywny odznacza się bardzo dużym komfortem dla mieszkańców przy bardzo niskim zużyciu energii. Obiekt został przygotowany do zwiedzania przez firmę „Wodmetal” w Rybniku Golejowie.

Tradycją Samorządu Uczniowskiego ZST stało się coroczne kolędowanie – uczniowie wraz z opiekunami, niosąc świąteczne życzenia i wyśpiewując kolędy, odwiedzili m.in.: Starostę Powiatu Wodzisławskiego, przedstawicieli Zarządu i Rady Powiatu, Prezydenta Miasta, Naczelników Wydziałów Starostwa Powiatowego w Wodzisławiu Śl., Proboszczów wodzisławskich parafii, Cech Rzemieślników i Innych Przedsiębiorców w Wodzisławiu Śl.

VI edycja Wielkiego Konkursy Talentów | 7.03.2013 r.

Zwiastowanie w ZST | 21.12.2012 r W świąteczny nastrój społeczność uczniowską „Budowlanki” wprowadził w tym roku film stworzony przez Amatorska Grupę Filmową SYMETRIA, który wyświetlony został uczniom zebranym na sali gimnastycznej Obóz rekreacyjno – edukacyjny | 03.02. - 08.02 2013 r. Łącząc przyjemne z pożytecznym, nauczyciele wychowania fizycznego we współpracy z germanistami zorganizowali 6-dniowy wyjazd rekreacyjno – edukacyjny do Koniakowa, podczas którego młodzież uczyła się jazdy na nartach i snowboardzie bądź doskonaliła swe umiejętności. Każdy dzień białego szaleństwa kończył się warsztatami językowymi - uczniowie przed zasłużonym wypoczynkiem mobilizowali się i wykonywali cały szereg ćwiczeń pozwalających na rozwijanie umiejętności władania językiem obcym.

10

Uczniowie i pedagodzy „Budowlanki” pożegnali zimę, organizując na deskach Wodzisławskiego Centrum Kultury przegląd młodych talentów. W tym roku odbyła się już VI edycja „Wielkiego Konkursu Talentów”. Konkurs przygotowywany z myślą o młodzieży szkół ponadgimnazjalnych powiatu wodzisławskiego, zgodnie z oczekiwaniami, po raz kolejny zgromadził tłumy utalentowanych młodych ludzi. Na ogłoszenie, jak przed rokiem, odpowiedziały niemal wszystkie szkoły powiatu, a przed publicznością zaprezentowało się 16 solistów i grup wokalnych, 1 zespół taneczny i 3 zespoły muzyczne z rozbudowanym instrumentarium. Pierwsze miejsce zdobył zespół Fatal Addiction, wykonując utwór własnej kompozycji pod tytułem „Marsz potępionych”. Naszą szkołę poza Dawidem Ganitą i zespołem Fatal Addiction reprezentowały także: Sara Mędrala - uczennica klasy budowlanej ZST, która wykonała utwór z repertuaru Birdy pod tytułem „People help the people” oraz Klaudia Kurant i Julia Kasza, które powołały do życia zespół


specjalnie na tegoroczny konkurs. Dziewczyny zaprosiły do współpracy braci Łukasza i Michała Lenczyków. Zespół wykonał utwór Budki Suflera pod tytułem „Martwe morze”. Oczekiwanie na werdykt jury uprzyjemnił uczniom śledzącym konkursowe zmagania zaproszony przez organizatorów zespół Walfad. Występom towarzyszy zwykle zbiórka pieniędzy na cel charytatywny. W tym roku organizatorzy postanowili wesprzeć finansowo Wodzisławskie Centrum Rehabilitacji Dzieci i Młodzieży. Polsko – niemiecka wymiana młodzieży | 10.03. – 17.03.2013 r. W ramach międzynarodowej współpracy Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. z niemiecką szkołą Wilhelm - Maybach – Schule w Heilbronn w marcu bieżącego roku młodzież zza zachodniej granicy odwiedziła nasze miasto i uczestniczyła w różnego rodzaju zajęciach integracyjno – edukacyjnych. Pedagodzy z ZST zadbali o to, by gościom ze szkoły w Helbronn nie doskwierała nuda - przygotowali dla nich sporo atrakcji. Jedną z nich była miejska gra edukacyjna: mieszane, polsko - niemieckie pary zbierały informacje na zadany temat, poznając przy tym ciekawe zakątki Wodzisławia Śl. Młodzi Niemcy podczas tygodniowego pobytu w naszym kraju mieli okazję zwiedzić również zabytki m.in. Rud Raciborskich, Rybnika czy Krakowa. Niemiecka placówka, podobnie jak Zespół Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl., jest szkołą techniczną – kształci młodzież m.in. w kierunkach elektrotechnik, mechatronik czy informatyk, dlatego też wizyta obejmowała m.in. warsztaty edukacyjne – uczniowie pracowali nad wspólnym projektem skierowanym na wykorzystanie technologii informacyjnej. Dzięki pracowni wyposażonej w laptopy, rzutnik czy tablicę interaktywną oraz stały dostęp do Internetu polsko – niemiecka grupa bez trudu mogła zrealizować projekt w zakresie grafiki komputerowej. Podsumowanie IV Powiatowego Konkursu Informatyczno-Elektronicznego | 20.03.2013r. 20 marca 2013r.w Zespole Szkół Technicznych odbył się finał IV Powiatowego Konkursu Informatyczno-Elektronicznego. Wzięło w nim udział 26 uczniów ze szkół gimnazjalnych powiatu wodzisławskiego. Finaliści zostali wyłonieni w drodze eliminacji międzyszkolnych, które miały miejsce w styczniu 2013r.,

wzięło w nich udział 112 uczniów z 14 gimnazjów naszego powiatu. Zwycięzcą konkursu został Kamil Muca z gimnazjum nr 2 w Wodzisławiu Śląskim. Ambasadorka Ligii Odpowiedzialnego Biznesu w ZST | 20.03.2013 r. 20 marca 2013 r. odbyły się w ZST interesujące lekcje podstaw przedsiębiorczości, podczas których uczniowie poznali koncepcję społecznej odpowiedzialności biznesu. Pani Aleksandra Nowak przeprowadziła zajęcia uświadamiające młodzieży rolę jednostki w grupie i wpływ jej decyzji i działań na środowisko. Przygotowane przez panią Nowak materiały oraz ćwiczenia przybliżyły uczniom koncepcję zrównoważonego rozwoju i uświadomiły młodzieży, że środowisko naturalne zawsze powinno być uwzględnianie przy planowaniu działań biznesowych. Wieczór irlandzki w muzeum | 23.03.2013 r.

Za sprawą uczniów i nauczycieli „Budowlanki” 23 marca jedna z sal muzeum miejskiego przeobraziła się na dwie godziny w miejsce rodem z Zielonej Wyspy. Młodzież z ZST przedstawiła program artystyczny, w którym przybliżyła zebranym kulturę i historię Irlandii. W programie nie mogło zabraknąć irlandzkich wierszy i piosenek, szczególną atrakcją wieczoru było jednak wystąpienie Wicekonsula Irlandii w Polsce Krzysztofa Schramma, który nie tylko przyjął zaproszenie organizatorów i zaszczycił zebranych swą obecnością, przyjeżdżając do Wodzisławia Śl aż z Poznania, ale wygłosił również prelekcję. Gościem specjalnym wieczoru był Mark Henderson – utalentowany muzycznie wykładowca języka angielskiego, pracujący na co dzień w szkołach powiatu rybnickiego. Rodowity Irlandczyk wprowadził niezwykłą atmosferę, wykonując przy akompaniamencie gitary kilka charakterystycznych dla swego kraju piosenek. Wśród nich znalazła się m.in. pieśń będąca symbolem irlandzkiej diaspory rozsianej w rożnych częściach świata - utwór „Danny boy”, bo o nim mowa, odśpiewany został na dwa głosy główną organizatorką - Iloną Bazan. Ważnym punktem programu był też wykład Dyrektora Muzeum w Wodzisławiu Śl. p. Sławomira Kulpy, który, analizując zabytki archeologiczne, rozważał, jak szeroko obecna była kultura Celtów na ziemiach polskich. 11


Dzień z życia ratownika medycznego

P

ostanowiliśmy stworzyć w naszej gazetce zupełnie nowy dział. Chcielibyśmy przedstawiać w nim sylwetki zwykłych ludzi, wpisując je w ich codzienne czynności, zajęcia, obowiązki. Jak się okazuje, to co na pozór wydaje się nam zwczajne, mało interesujące i przyziemne, przy bliższym przyjrzeniu się, staje się czasem materiałem na niezwykły artykuł, pozwalający szerzej spojrzeć na problemy i życie drugiego człowieka. Wydaje się, że z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku pierwszej części cyklu - poniższy tekst prezentuje jeden dzień z życia ratownika medycznego. Dzięki ciekawej formie możemy podpatrzeć, jak wyglądają codzienne obowiązki pracownika pogotowia ratunkowego, mamy też okazję sprawdzić, z jakimi problemami zmagają się na co dzień ratownicy medyczni. Zachęcamy do wspólnego redagowania działu Dzień z życia ... Na pewno wielu z Was styka się na co dzień z ciekawymi ludźmi, których fragment życia warto byłoby przedstawić w naszym magazynie. A może Waszym najbliższym (rodzicom, rodzeństwu...) przydarzyła się w życiu niecodzienna, ekscytująca, mrożąca krew w żyłach sytuacja... Zapraszamy do współpracy!!! Dzień z życia ratownika medycznego.

nym krokiem na tył szpitala, gdzie znajdują się garaże, w których zaparkowane są karetki. Podszedłem Początek służby do karetki oznaczonej symbolem „S-1”, wsiadłem i przywitałem się Dzień jak każdy... Przysze- z moimi kolegami. Wyjechaliśmy dłem do szpitala, zabrałem swoją na zewnątrz. Parkując niedaleko plakietkę i umundurowanie, na garażów, rozmawialiśmy o tym, czarną bluzę w paski założyłem jak spędziliśmy poprzedni dzień. kurtkę z napisem „RATOWNIK Powolnym ruchem chwyciłem za MEDYCZNY”, na czarne bokserki radio, które wisi nad kierownicą, wciągnąłem swoje służbowe czer- by skierować do centrali zapytanie wone spodnie. Plakietkę z imie- o bieżące wydarzenia na terenie niem i nazwiskiem przyczepiłem naszego miasta. do swojej prawej piersi. Na koniec poprawiłem włosy, zwilżając je Pierwsze wezwanie, pierwsza prewodą. sja... Mogłem przystąpić do pracy. Czas ruszyć dalej... Podziwiając widoki przez szybę naszej karetki, czekałem Przeszedłem na recepcję, na odpowiedź centrali na zadaby przekazać dyżurującej recepcjo- ne wcześniej pytanie. Po chwili nistce, że w tym momencie zaczą- otrzymałem wiadomość, z której łem swój codzienny dyżur. Wysze- wynikało, że osoba mieszkająca dłem na zewnątrz, spojrzałem na w domku jednorodzinnym na zachmurzone niebo, a w mojej gło- obrzeżach miasta potrzebuje powie toczyło się milion myśli zwią- mocy medycznej. zanych z kolejnym dniem pracy... Jak wiadomo, każdy ma obawy, ja Czym prędzej odpaliliśmy również mam, więc co dalej? silnik i włączyliśmy sygnały dale Ruszyłem swoim normal- kobieżne, gdyż przy wyjeździe ze

szpitala znajduje się skrzyżowanie – nie chcemy powodować wypadków. Podczas gdy kolega prowadził karetkę, ja ponownie próbowałem skontaktować się z centralą, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat danego wezwania. Recepcjonistka przekazała nam informację, że osoba dzwoniąca pod numer 999, to 52-letnia kobieta z problemami serca, wszystkie podane przez nią objawy wskazywały na zawał mięśnia sercowego. Spojrzałem na kolegę, który znajdował się z tyłu karetki, widać było, że ledwo panował on nad swoimi emocjami, potrafił je jednak powściągnąć - zawał serca to poważna sprawa, a na dojazd do obrzeży miasta potrzebowaliśmy co najmniej 7 minut. Obawialiśmy się, że stracimy tę kobietę, jednak Jarek znalazł drogę, dzięki której dotarliśmy na miejsce w odpowiednim czasie. Czym prędzej wzięliśmy potrzebny sprzęt i weszliśmy do mieszkania. W środku zastaliśmy kobietę, która wyglądała na wiek podany przez centralę, była bardzo osłabiona. Postanowiliśmy przystąpić do działania, kolega wyjął strzykawkę i napełnił ją 13


Adrenaliną z dodatkiem Amiodaronu, ja zaś starałem się utrzymać stały kontakt z pacjentką. Kobieta była w domu sama, dowiedziałem się, że jej mąż zmarł przed dwoma laty na raka wątroby, który był w zaawansowanym stadium. Ustaliłem również, że pacjentka posiada dwójkę dzieci, byli to dwaj pełnoletni mężczyźni, kobieta nie określiła jednak ich wieku, nie dowiedziałem się również, w jaki sposób można by się z nimi skontaktować. Wziąłem przenośną krótkofalówkę, a następnie skontaktowałem się z Jarkiem, który czekał na nas za kierownicą, poprosiłem, by przyszedł do domu wraz z noszami. Spojrzałem na kobietę i zauważyłem, że powoli ją tracimy, był to dla mnie poważny cios, gdyż najważniejszą sprawą dla nas, ratowników, jest nieść pomoc drugiemu człowiekowi. Jarek wreszcie dotarł z noszami, szybkim ruchem, po odliczeniu do trzech, przenieśliśmy kobietę na nosze, a następnie przetransportowaliśmy ją do karetki. Damian podłączył pacjentkę do kroplówki i elektrod, by sprawdzić EKG oraz pracę serca. Chwyciłem szybkim ruchem za radio, by poinformować centralę o powrocie do szpitala wraz z poszkodowaną. Była zima, dokładniej styczeń, na drogach było bardzo ślisko, jednak Jarek nie poddawał się i jechał czym prędzej do szpitala. Po chwili dowieźliśmy poszkodowaną na oddział, gdzie czekało już na nią dwóch kardiologów wraz z dwiema pielęgniarkami.

Szczęśliwe zakończenie

Pacjentka została oddana w ręce lekarzy - przez chwilę miałem obawy, czy przeżyje kolejny 14

dzień, jednak kardiolodzy dawali jej szansę na przeżycie. Powolnym krokiem wróciłem do karetki, przekazałem informacje związane z pacjentką moim kolegom. Wziąłem głęboki oddech, wyjąłem z reklamówki śniadanie i ... spojrzałem na nie z wielkim zdziwieniem. Moja dziewczyna zrobiła mi kanapki z kurczakiem, a ja jestem osobą, która nie lubi mięsa... cóż... wielka szkoda... No tak, może to śmieszne, ale drobne problemy pozwalają nam zapomnieć o tych naprawdę poważnych... Alan Szatyło (we współpracy z Tomaszem Mikułą)


Wywiad z zastępcą dyrektora Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl.

B

yć może nie wszyscy jeszcze wiedzą, że jeden z dyrektorów ZST, szanowany i lubiany przez młodzież i pracowników szkoły wicedyrektor – Czesław Rychlik – obchodził w bieżącym roku szkolnym okrągłą rocznicę. To właśnie na rok 2012 przypadło czterdziestolecie pracy zawodowej jednego z naszych głównodowodzących. Z tej okazji właśnie zapraszamy do przeczytania wywiadu z Panem Czesławem, który przeprowadziły Martyna Banach i Aneta Lenarcik. Aneta Lenarcik i Martyna Banach: Ile lat uczy Pan w naszej szkole?

A.L. i M.B.: Więcej czasu poświęca Pan na pracę jako nauczyciel czy jako dyrektor?

dyrektor Czesław Rychlik: 1 września 1972 roku (bezpośrednio po studiach w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie) rozpocząłem pracę w Ochotniczym Hufcu Pracy (gdzie pełniłem funkcję zastępcy komendanta) i Zasadniczej Szkole Budowlanej. W roku 1982 zostałem powołany na stanowisko wicedyrektora szkoły, do dziś pełnię tę funkcję, tak więc w ZST pracuję już czterdziesty pierwszy rok.

d. C. R.: Nauczyciel - wicedyrektor przydzielonych ma sześć godzin dydaktycznych tygodniowo, do których dodać należy godziny nadliczbowe, czyli w sumie około dziesięciu godzin wychowania fizycznego tygodniowo. Z funkcją wicedyrektora wiąże się nieunormowa-

16


ny czas pracy, można powiedzieć, po sianie trawy i jej koszenie. Była że wg potrzeb to nieraz 24 godziny to niesamowicie ciężka praca, ale niosła podwójną satysfakcję. Anna dobę. drzej Jędrysik, Krzysztof Małek, śp. A.L. i M.B.: Czyli może się Pan speł- Krystian Swoboda i ja tworzyliśmy dobrze rozumiejący się kolektyw. niać również w roli nauczyciela? W sporcie staliśmy się potęgą na skalę województwa i kraju. Potem nastał czas „nowości”. Wspólnie z ówczesnym Dyrektorem Ryszardem Zawadzkim i Krystyną Rek wyszliśmy z propozycją zbudowania obiektu z prawdziwego zdarzenia. W 2005 roku, przy wydatnej pomocy Starostwa Powiatowego i Pani Ireny Pierchały (radnej Sejmiku Wojewódzkiego), złożyliśmy projekt, który zyskał uznanie Urzędu Wojewódzkiego. W 2007 roku otwarty został kompleks sportowy i od tego czasu ”młodzi” nauczyciele wychowania fizycznego kontynuują dobrą passę osiągnięć sportowych, tym razem w ramach rozgrywek d. C. R.: Zdecydowanie. W pierw- Szkolnego Związku Sportowego. szych latach mojej pracy mia- W międzyczasie powstały też bołem bardzo trudne warunki, isko do piłki plażowej i strzelnica. gdyż szkoła mieściła się w bara- Jestem spokojny o przyszłość szkoły ku (przy ulicy Wojska Polskiego) i osiągnięcia sportowe naszych i pozbawiona była sali gimnastycz- uczniów. nej. Korzystaliśmy dorywczo z sali i obiektów SP Nr 3. Ale już wtedy A.L. i M.B.: Czy na przestrzeni tych praca z młodymi ludźmi ogrom- wszystkich lat zauważył Pan jakieś nie mnie fascynowała. Każdą wol- zmiany, jeżeli chodzi o zachowanie ną chwilę spędzałem z uczniami, bądź postawę uczniów? aby jak najlepiej ich przygotować do zawodów. Mój upór i zaanga- d. C. R.: Ciągle bardzo wysożowanie nauczycieli wychowani ko oceniam młodych ludzi, ich fizycznego i uczniów - sportow- zaangażowanie, podejście do ców pozwalały osiągać bardzo obowiązków. Jestem dumny, że znaczące sukcesy – docieraliśmy było i jest mi dane pracować aż do Mistrzostw Polski w Spar- z super nauczycielami, dyrekcją, takiadach Szkół Budowlanych. pracownikami i uczniami. Dużą W 1974 roku przeprowadziliśmy satysfakcję daje mi również rozsię na ulicę Pszowską i rozpoczęła wiązywanie trudnych sytuacji się budowa obiektów sportowych wychowawczych. Efekty mojej : boiska do piłki nożnej, bieżni pracy były szczególnie widoczi urządzeń lekkoatletycznych, ne podczas spotkania z absolasfaltowych boisk do piłki ręcz- wentami w związku z 50-leciem nej, piłki siatkowej i koszykowej. szkoły – usłyszałem wtedy wiele Wszystko robiliśmy sami, począw- miłych słów, podziękowań, było szy od drenażu, niwelacji terenu, też mnóstwo wspomnień. Warto

dodać, że dwaj moi wychowankowie: Sławomir Kicka i Ryszard Popardowski są nauczycielami w naszej szkole. A.L. i M.B.: Co robi Pan w wolnym czasie? d. C. R.: Dużo czasu spędzam w szkole. Mam dwie miłości: największą jest rodzina, a zaraz za nią szkoła. Ja bez szkoły nie mogę żyć. Jestem tu codziennie. Przychodzę o 4:30, korzystam z basenu, siłowni, bieżni, od 6.00 do 14.00 pracuję, potem mały odpoczynek, wizyta na Ośrodku Sportowym. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze obowiązki Radnego Rady Miasta, praca na działce, prasa, lektura, Internet, TV , itp. Mogę Wam powiedzieć, że pracując czterdzieści jeden lat, w zeszłym roku pierwszy raz byłem na zwolnieniu lekarskim. Jest to chyba zasługa tego, że prowadzę sportowy, higieniczny tryb życia, ale duży wpływ na mnie ma też atmosfera tej szkoły. Zawsze do pracy przychodzę z wielką chęcią, radością. A.L. i M.B.: Ma Pan bardzo ciekawy grafik. d. C. R.: Powiem szczerze, ta szkoła to jest moje życie. Wiele zawdzięczam tej szkole, ale wiele też staram się dawać od siebie. Teraz mam przyjemność pracować z dyrektorem Pieczką, który jest młodszym dyrektorem, ale współpraca układa się nam bardzo dobrze. Ma troszkę inne spojrzenie na oświatę, ja zaś mam doświadczenie, myślę, że się nieźle wzajemnie uzupełniamy. A.L. i M.B.: Czyli jest Pan dumny ze swojej pracy? d. C. R.: Jestem bardzo dumny, Trudno będzie przetrwać pierwsze dni na emeryturze bez atmos17


fery tej szkoły, koleżanek i kolegów, uczniów. Myślę jednak, że moje pozytywne myślenie, chęci do działania spożytkuję właściwie.

szkolnym, ale również w dorosłym życiu. A.L. i M.B.: Chce Pan w każdego ucznia wszczepić miłość do sportu?

d. C. R.: Tak. Jestem przekonany, że równomiernie z rozwojem umysłowym musi iść rozwój fizyczny. d. C. R.: Na pewno. Uczę teraz Jeśli jedna sfera zostaje zachwiana, pierwszą klasę i powiem wam druga też nie jest w stanie funkcjoszczerze, że zawsze czekam na nować dobrze. To musi się równospotkanie z uczniami. Widzę, że ważyć. przychodzą na moje lekcje chęt- Wizja mojej pracy to: wszechnie, mają do mnie zaufanie. To stronny i harmonijny rozwój psyjest niesamowita sprawa, że 100% chofizyczny uczniów i wychowachłopców systematycznie ćwiczy nie do zdrowego i twórczego życia na lekcjach. Moim zadaniem nie w młodości i w wieku dojrzałym. jest wycisnąć z nich ostatnie poty, Wywiad przeprowadziły tylko nauczyć ich pewnych nawyAneta Lenarcik i Martyna Banach ków, uprawiania sportu, szacunku do kolegów, żeby ruch sprawiał im przyjemność nie tylko w okresie A.L. i M.B.: Będzie Panu brakować uczniów?

18


Wywiad z Mateuszem Rokiem

W

ywiad z Mateuszem Rokiem – uczniem klasy sportowej liceum ogólnokształcącego ZST odnoszącym sukcesy sportowe na arenie ogólnopolskiej i międzynarodowej. Mateusz Rok, uczeń klasy maturalnej III Liceum Ogólnokształcącego z oddziałami sportowymi im. rtm. Witolda Pileckiego w Zespole Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl., zajął drugie miejsce w tegorocznych Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów w szpadzie mężczyzn, które odbyły się styczniu 2013 r. w Gliwicach. Warto przypomnieć, że Mateusz, jako członek kadry narodowej szpadzistów, reprezentował nasz kraj w zawodach międzynarodowych, wielokrotnie zdobywał punktowane miejsca w Pucharze Świata w szpadzie mężczyzn, brał udział w Indywidualnych Mistrzostwach Polski oraz Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów. Sara Drescher: Jak to się stało, że zacząłeś trenować szermierkę?

miał już tyle czasu na treningi.

S.D.: Jakie są Twonajwiększe osiągnięcia? Mateusz Rok: Przez przypadek. je Miała to być dla mnie kara za nieodpowiednie zachowanie na M.R.: Przede wszystkim od 2010 lekcji wychowania fizycznego, roku należę do kadry narodowej, miałem wtedy 12 lat. Na szczę- mam też na koncie medale miście sport, który miał być dla strzostw Polski – indywidualnie, w mnie karą, okazał się nagrodą. kategorii do lat 20 oraz drużynowo zdobyłem brązowe medale. ZająS.D.: Szermierkę traktujesz bar- łem także trzecie miejsce na Ogóldziej jako hobby, czy planujesz nopolskiej Olimpiadzie Młodzieży, związać z nią swoją przyszłość? brałem udział w Mistrzostwach Europy w Klagenfurcie, MistrzoM.R.: Jest to dla mnie hobby, stwach Świata w Jordanii oraz wiele gdy pójdę na studia, nie będę razy w zawodach Pucharu Świata.

S.D.: niła

Co w

szermierka Twoim

zmieżyciu?

M.R.: Ten sport w dużej mierze ukształtował moją osobowość, wpływał na moje decyzje. Dzięki szermierce poznałem mnóstwo wspaniałych osób oraz zwiedziłem wiele pięknych miejsc, których zapewne nie miałbym okazji odwiedzić gdyby nie ten sport. Wywiad przeprowadziła Sara Drescher

19


Wywiad z Tomaszem Mikułą Alan Szatyło: Witaj, mógłbyś na początku powie- powracała do życia dzięki naszemu zespołowi. dzieć coś o sobie? A.S.: Dobra, idźmy nieco wstecz, jak to wszystko tak Tomasz Mikuła: Witaj, jestem Tomasz Mikuła, ko- naprawdę się zaczęło? Byłeś młodszy i powiedziałeś ledzy mówią mi po prostu Tomuś, mam 15 lat i od “chcę być ratownikiem!” ? dwóch, trzech lat interesuję się medycyną. Wiem, jestem jeszcze młody, ale każdy zaczyna robić coś T.M.: Do tego zawodu zbliżyłem się dzięki mamie co kocha w odpowiednim czasie. Jestem osobą, któ- moja kochana mamusia jest już po trzech zawałach ra dopiero uczy się zawodu ratownika medyczne- mięśnia sercowego, był to dla mnie przed trzema go. Obserwuję pracę doświadczonych ratowników laty wielki cios. Widziałem mamę wyjeżdżającą i czasami pomagam im również aplikować leki, za- z mieszkania na noszach. Widziałem też wspaniałą kładać wenflony. pracę niezwykłych ludzi, jakimi są lekarze i ratownicy medyczni. Pomyślałem, że muszę nabrać co A.S.: Masz 15 lat, ale czy przypadkiem już teraz w nieco doświadczenia, by w przyszłości móc pomajakimś stopniu nie możesz nazwać się ratownikiem gać mojej mamie, zajmować się nią. Na początku medycznym? W końcu oficjalnie jesteś pracowni- było trudno, malutki, drobny człowieczek próbująkiem w służbie zdrowia, czy nie tak? cy przyswoić wiedzę z zakresu liceum, ale dawałem radę. T.M.: Trudno nazwać się w takim wieku pełnoprawnym pracownikiem – stać się nim można, kończąc A.S.: Powiedziałeś właśnie “próbujący przyswoić 18 lat. W pewnym sensie angażuję się w pracę szpi- wiedzę z zakresu liceum” ? Co można przez to rozutala i, można powiedzieć, jestem małą iskierką służ- mieć? by zdrowia, która błyska, pomagając na przykład na izbie przyjęć. T.M.: Wiedza, którą zdobywałem przez ostatnie lata, była typowa dla kierunku ratownik medyczny A.S.: Czyli jesteś kimś w rodzaju... stażysty ? w klasie policealnej. Na początku, wiadomo, uczyłem się pierwszej pomocy, czyli RKO, jak poprawT.M.: Zgadza się. nie ułożyć poszkodowanego, potem wchodziłem w kolejne, bardziej złożone problemy, czyli jakie A.S.: Okay, pewnie nie zawsze jest różowo, nie masz leki stosować, jakimi pojęciami można „skrócić” łatwiej niż reszta i nieraz spotkałeś się z... trudniej- diagnozę. Nie żałuję tego, że wybrałem ten właśnie szymi przypadkami. Czy możesz o jakimś nieco opo- kierunek rozwoju. wiedzieć? Może o czymś, z czym nie spotyka się na co dzień normalny piętnastolatek? A.S.: Zakładam więc, że z biologii masz na koniec 6? :) T.M.: Myślę, że normalny piętnastolatek nie obserwuje na co dzień bólu rodziny żegnającej się T.M.: Z biologii i chemii. z naszym pacjentem. Czasami widzimy małe dzieci, niemające 6 lat, które podchodzą i mówią do A.S.: W porządku, idąc dalej tym tropem, powiedz, tatusia: “Proszę wróć…” Nie jest to łatwy zawód... czy miałeś sytuację, kiedy to starszy ratownik, czy Musimy spokojnie spoglądać na cierpienie rodziny. ktoś wyższego stopnia nie miał racji i z ciężkim bóWiele razy wzruszyłem się, gdy osoba umierająca lem musiał stwierdzić, że to Ty byłeś tym, który się 20


nie myli ?

goś bardzo ja chcę kochać, to wpierw ja muszę być kochany przez kogoś. Kasia jest dla mnie wszystT.M.: Raz była sytuacja, kiedy to ja pouczyłem kim i myślę, że to poważny związek, który przetrwa osobę starszą ode mnie o 20 lat, a rangą wyższą próbę czasu. o trzy stopnie. Dostałem również wyróżnienie za uratowanie życie pewnej kobiecie. W szpitalu ra- A.S.: A co Katarzyna myśli o Twoim upodobaniu do townik miał podać kobiecie morfinę ze względu na medycyny ? to, że była po operacji brzucha. Ratownik nabrał za dużo, cudem zauważyłem ten moment i krzykną- T.M.: Jest bardzo zadowolona z tego, że pragnę połem: “Hej, za dużo nabrałeś, zmniejsz”, no i dzięki magać każdemu człowiekowi, bo to mój cel - ratomnie tak się to potoczyło. Raz również przełożony wanie każdego ludzkiego serca, nieważne czy dostwierdził, że jestem wyjątkowo mądry jak na swój brego, czy złego, każde zasługuje na życie. wiek i „przebijam” niejednego ratownika medycznego. A.S.: Dziękuję Ci za te kilka zdań o sobie, o tym co robisz, a także o niektórych szczegółach z Twojego A.S.: Mówi się.... za “mundurem panny sznurem”, życia, o których mogłeś dla nas wspomnieć, może może i sprawdzi się “za fartuchem panny sznurem”? chciałbyś coś powiedzieć na koniec od siebie ? Nie miałeś nietypowych doświadczeń jeżeli o to chodzi? T.M.: Chciałbym powiedzieć, że jeżeli widzimy jakiś wypadek, czy też nawet ktoś z naszej rodziny źle T.M.: Raczej nie miałem, choć jedna kobieta zwró- się czuje, nie bójmy się wykręcać numeru 999 i zajciła na mnie uwagę... mować linię, nasza centrala przyjmie każde zgłoszenie, można również zadawać pytania. :) A.S.: W porządku, jesteś, jak to już umownie nazwaliśmy, “stażystą”, dobrym uczniem z przedmiotów Wywiad przeprowadził powiązanych z medycyną, wyróżniasz się jako raAlan Szatyło townik, ale czy myślałeś, co będzie potem? Masz zamiar rozwijać się w tym kierunku? Z ratownictwem medycznym wiążesz swoją karierę zawodową? Czy może to przystanek do innego i ciekawszego zawodu? T.M.: Szczerze powiem, że ostatnio byłem na dniach seminaryjnych w Wyższym Seminarium Duchownym, bo w wolnym czasie jestem ministrantem w moim kościele, myślałem nawet o tym, by zostać księdzem, ale zdecydowałem jednak, że swoje życie w stu procentach poświęcę ratownictwu medycznemu. A.S.: A to ciekawe... ale w międzyczasie wpadło mi do głowy inne pytanie, a mianowicie, czy ta kobieta, o której wspomniałeś, to Twoja yyy... “dama serca”? :) T.M.: Dobre określenie, myślę, że trafiłem na tę jedyną damę mego serca, jak to określiłeś, ma na imię Kasia i bardzo ją kocham. Zresztą, jeżeli ko21


Uczniowie klas informatycznych zdobywają Zieloną Wyspę

W

bieżącym roku szkolnym ruszył pionierski program, który umożliwił naszym przyszłym informatykom odbycie miesięcznego stażu zawodowego w Irlandii Północnej. Organizatorem praktyk oraz pomysłodawcą całego przedsięwzięcia był nauczyciel informatyki Zespołu Szkół Technicznych w Wodzisławiu Śl. - pan Waldemar Olszewski. Nasz pedagog napisał program, który zaakceptowany został przez Agencję Narodową i wraz z nauczycielami zaangażowanymi w zajęcia przygotowawcze wdrożył go w życie, wyjeżdżając na czterotygodniową praktykę do miasta Derry. Dziewiętnastu uczniów klas informatycznych wraz z czterema opiekunami w listopadzie 2012 r. wyjechało do odległej Irlandii Północnej, by za granicami naszego państwa zdobywać doświadczenie zawodowe oraz rozwijać umiejętność posługiwania się językiem obcym (poza p. Olszewskim nad grupą opiekę sprawowali również: p. Bożena Polkowska, p. Ilona Bazan oraz p. Tomasz Kowalik). Jak wyglądał ich pobyt w Derry i jak wspominają swój pierwszy tego typu wyjazd, dowiecie się, czytając poniższe wywiady i artykuły. Zachęcamy do lektury! Wywiad z panem Waldemarem Olszewskim – organizatorem i pomysłodawcą stażu Wiktoria Krawiec i Angelika Rutkowska: Co skłoniło Pana do organizacji projektu?

Waldemar Olszewski: Zawsze marzyłem o odwiedzeniu Irlandii Północnej. Podobała mi się przede wszystkim kultura kraju, który w jakiś sposób podzielony jest pomiędzy ludność irlandzką a Anglików. Szlaki przetarła moja żona, która jako pierwsza wyjechała na taką praktykę. Zapoznała mnie z ludźmi odpowiedzialnymi za cała otoczkę związaną z realizacją projektu. Zaczynając od prowadzenia kursów językowych, kończąc na wycieczkach oraz praktykach zawodowych, które są organizowane na miejscu. W.K. I A.R: W jaki sposób rozwiązana została kwestia zakwaterowania? Gdzie spali uczniowie? W.O.: Mogliśmy skorzystać z zakwaterowania u rodzin irlandzkich, jednak wybrałem inne rozwiązanie, ponieważ chcieliśmy mieć uczniów cały czas pod opieką. Za środki przeznaczone na utrzymanie wynajęliśmy trzy domy w ścisłym centrum Derry. Mieszkaliśmy

23


w osobnych pokojach, mieliśmy jednak pełny przegląd sytuacji. Byliśmy otwarci na wszelkie problemy naszych podopiecznych, mogli oni w każdej chwili przyjść do nas i porozmawiać. W.K. I A.R: Jak wyglądały praktyki? W.O.: W kwestii praktyk wyglądało to następująco. Założyliśmy sobie, że uczniowie będą odbywać praktyki w miejscach, w których będą mieli do czynienia

ją flagę, Anglia posiada swoją flagę, nawet Wyspy Owcze, będące częścią Zjednoczonego Królestwa, także, a Irlandia Północna nie, przynajmniej oficjalnie. Owszem, nieoficjalnie jest to biała flaga z czerwonym krzyżem, często błędnie kojarzonym z krzyżem św Jerzego. Jest to bardzo ciekawy kraj, jeśli chodzi właśnie o kulturę, który gospodarczo niestety stoi coraz gorzej. W.K. I A.R: Gdyby miał Pan podać dwa miejsca, które warto odwiedzić. Jakie byłyby to miejsca? W.O.: Interesującym miejscem, jeżeli chodzi o jego budowę, są Klifowe wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Drugim takim miejscem jest Grobla Olbrzyma, oryginalna formacja skalna, składająca się z bazaltowych kolumn. Często towarzyszyła nam tęczą, jak wiadomo, Irlandczycy wierzą, że na końcu tęczy znajduje się kocioł ze złotem (ze śmiechem). W.K. I A.R: Jacy są Irlandzcy? W.O.: Są to bardzo gościnni, serdeczni ludzie. Byliśmy świadkami sytuacji, kiedy, mając zielone światło, kierowcy zatrzymali się, aby przepuścić kobietę, która niosła zakupy. Posiadają poczucie humoru i są bardzo otwarci .

Na zakończenie: poznałem pewnego człowieka sir Brendana Wilkinsona, był pracodawcą jednego z naszych uczniów. Został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego przez Elżbietę II. Medal otrzymał za zasługi związane z pracą z więźniami, trudną młodzieżą, osobami niepełnosprawnymi. Jest to osoba, która przez życie nie była rozpieszczana, pochodzi z bardzo biednej rodziny. To właśnie dzięki ciężkiej pracy i pomocy niesionej innym został wyróżniony z urządzeniami, które związane są z ich profilem takim odznaczeniem. Sam musiał wiele przeżyć, aby kształcenia i przyszłym zawodem. Były to zazwyczaj dojrzeć do niełatwych decyzji. Wykształcenie zdobyfirmy, sklepy (w przypadków 3 chłopców), również wał jako dojrzały człowiek. Był on zachwycony pracą punkty doradztwa klientowi. Trzech uczniów trafiło z naszymi uczniami. do instytucji, która nas przyjęła, gdzie zajmowali się oni projektowaniem grafiki. Instytucją goszczącą nas Wywiad przeprowadziły było North West Academy. Wiktoria Krawiec i Angelika Rutkowska W.K. I A.R: Czym zaskoczyła Pana Irlandia? W.O.: Ocierając się o irlandzko-angielską codzienność (bo możemy tutaj mówić o zlepku dwóch kultur, które w jakiś sposób walczą ze sobą), dostrzega się niesamowitą radość na twarzach Irlandczyków. Wyobraźcie sobie, że Walia i Szkocja posiadają swo24


Wywiad z Grzegorzem Nowakowskim i Szymonem Fronckiem Sara Drescher i Aleksandra Łącka: Co najbardziej podobało się Wam podczas pobytu w Irlandii? Grzegorz Nowakowski: W moim przypadku najbardziej podobali mi się ludzie. Mieszkańcy Irlandii byli bardzo mili, życzliwie nastawieni do przypadkowo napotkanych ludzi, a szczególnie do obcokrajowców. Szymon Froncek: Mnie bardzo podobał się styl życia Irlandczyków. Tam nikt się nie spieszy tak jak u nas, życie płynie dużo wolniej. S.D. i A.Ł .: Jak wyglądał Wasz dzień?

wspólną kolację. Po kolacji mieliśmy czas wolny, mogliśmy wtedy pozwiedzać miasto lub iść na zakupy.

G.N.: Nasz dzień zaczynaliśmy o godzinie 8, o tej godzinie mieliśmy śniadanie, a po śniadaniu chwilę S.D. i A.Ł.: A co z zakwaterowaniem? wolnego. Praktyki zaczynały się o 10.00 , a kończyły G.N.: Mieszkaliśmy w dwóch kamienicach po 3, 4 lub o 16.00… 5 osób na piętro. Na każdym piętrze były sypialnie, S.F.: O 17.00 wszyscy zbieraliśmy się i szliśmy na salon, łazienka i kuchnia.

25


S.D. i A.Ł.: Jak wyglądała Wasza praca?

S.D. i A.Ł.: Poznaliście jakieś ciekawe osoby?

S.F: Na praktyki dojeżdżaliśmy busami lub szliśmy pieszo. Praktyki odbywały się w różnych miejscach rozsianych po całym mieście. Ciekawe było to, że niektórzy z nas w pracy trafiali na naszych rodaków.

G.N: Moim szefem był były więzień. Za kratki trafił on za poglądy polityczne, tzn. chciał, by Irlandia odłączyła się od Wielkiej Brytanii. Gdy ostatnio w Palestynie wybuchły walki, mój szef popłynął wspomóc humanitarnie ludzi poszkodowanych w walce o wolność.

G.N.: Ja na przykład miałem praktyki na świetlicy, gdzie odbywały się spotkania dla dzieci oraz osób starszych. Na praktyce byłem sam, więc z językiem angielskim byłem zdany sam na siebie... Na potrzeby świetlicy musiałem też stworzyć bazę danych, co było dla mnie ciekawym, ale i wymagającym zadaniem.

S.D. i A.Ł.: Czy pojawiło się tam coś, co Was zaskoczyło? G.N.: Tak! Po centrum miasta jeździł święty Mikołaj rozdający prezenty.

S.F.: Mieliśmy dwie wycieczki. Pierwsza z nich odby- S.F.: Dużo wcześniej niż w Polsce pojawiły się tam też ła się w pierwszy weekend naszego pobytu w Irlandii. ozdoby świąteczne. Autobus przewiózł nas przez Belfast - mieliśmy okazję zobaczyć jego najciekawsze miejsca. S.D. i A.Ł.: Co dał Wam ten wyjazd? G.N.: Druga wycieczka to wyjazd na Groblę Olbrzyma. Są to sześciokątne, bazaltowe skały na północnym wybrzeżu. Co ciekawe, na wycieczki jeździliśmy z grupą z Dąbrowy Górniczej. S.D. i A.Ł.: Poznaliście jakieś grupy z innych państw? G.N.: Oczywiście! Mieliśmy nawet spotkanie integracyjne, na którym każda z grup musiała przygotować jakąś potrawę związaną z ojczyzną. S.F: Nasza grupa przygotowała bigos, dzięki któremu wygraliśmy konkurs na najsmaczniejszą potrawę. Bardzo smakowały nam też lasagne. 26

S.F.: Przede wszystkim nauczyliśmy się lepiej posługiwać językiem angielskim. G.N: Nauczyliśmy się także samodzielności, zdobyliśmy spore doświadczenie oraz poznaliśmy nowych ludzi, a z częścią z nich dalej utrzymujemy kontakt. Wywiad przeprowadziła Sara Drescher i Aleksandra Łącka


Wywiad z Panią Bożeną Polkowską Joanna Kutarba i Wiktoria Krawiec: Skąd wzięła się decyzja o Pani pojechał ktoś, kto na co dzień pracuje z młodzieżą oraz spotyka się wyjeździe do Irlandii? z różnymi problemami, z którymi Pani Polkowska: Dla mnie ten wyjazd był dużym zaskoczeniem, dla- borykają się młodzi ludzie. Jestem tego że nie spodziewałam się zaproszenia do udziału w tym projekcie. bibliotekarką z trzydziestoletnim Jednak pewnego dnia zadzwonił do mnie Pan Olszewski. Poprosiłam stażem pracy oraz kuratorem, poo trochę czasu na zastanowienie. Stwierdziłam, że dobrze by było, gdyby myślałam więc, że będę mogła służyć pomocą i radą innym nauczycielom. J.K i W.K.: Co myślała Pani o Irlandii przed wyjazdem na miesięczne praktyki? PP: Irlandia to kraj, o którym praktycznie zupełnie nie myślałam. Tamte tereny nigdy mnie turystycznie nie interesowały. Sądziłam, że skoro wyjazd jest w listopadzie, to dodatkowo będzie problem z pogodą. J.K. i W.K.: Jak bardzo zmieniło się Pani zdanie na temat Irlandii? PP: Irlandia to bardzo interesujący i bardzo przyjazny dla Polaków kraj. Jak już wcześniej wspomniałam, nie wiedziałam o nim zbyt dużo, moja opinia, jak się okazało, była bardzo powierzchowna. Podczas pobytu na Zielonej Wyspie sporo dowiedziałam się o problemach mieszkańców tego państwa - wszędzie widoczne były podziały między kościołem katolickim a kościołem anglikańskim. J.K. i W.K.: Co zachwyciło Panią w Irlandii? PP: Najbardziej zachwycili mnie ludzie - ich otwartość i serdeczność. Mieliśmy mnóstwo okazji, by nawiązać kontakt 27


z miejscową ludnością, wystarczyło wyjść z domu na ulicę, rozejrzeć się, uśmiechnąć i już można było porozmawiać z robotnikiem budowlanym, policjantem, uczniem wracającym ze szkoły, czy pastorem z pobliskiej katedry św. Columba lub zwyczajnym drobnym pijaczkiem, który po krótkiej rozmowie okazał się znawcą Krakowa, dawnym ,,bywalcem” Teatru Starego. Listopadowe ulice Londonderry tętniły życiem i muzyką, a Irlandia rzeczywiście okazała się „Zieloną Wyspą”, jak często bywa określana.

28

J.K. i W.K.: Co może nam Pani powiedzieć o mieście, w którym mieszkaliście? PP: Miasto, którego pierwotna nazwa brzmi: Derry, jest ciekawą mozaiką narodowościową - w 1611 roku zostało zasiedlone przez protestantów z Londynu i zmieniono jego nazwę na Londonderry. Nazwa ta, zgodnie z zaleceniami rządu brytyjskiego, jest nazwą oficjalną i widnieje na wszystkich brytyjskich mapach. W 2003 r. zdominowane przez katolików władze miasta rozpoczęły proces powrotnej zmiany nazwy miasta na Derry, co jest przedmiotem sporu. Protestancka część społeczności operuje wyłącznie nazwą Londonderry. Jednak media na przemian używają nazw Derry i Londonderry.


w dziedzinie pracy z młodzieżą niepełnosprawną, J.K. i W.K.: A jakieś ciekawostki na temat tego mia- więźniami, osobami w depresji i niedoszłymi samosta? bójcami, a jednocześnie to starszy pan, którego życie nie rozpieszczało - pochodził z nizin społecznych, PP: W 1689 r. protestancką ludność Londonderry za- bardzo ubogiej wielodzietnej rodziny i wyłącznie właatakowała armia katolicka - mieszkańcy odparli atak sną pracą i poświęceniem dla innych zasłużył sobie na dzięki mocnym murom obronnym otaczającym mia- to wielkie wyróżnienie. sto. Wydarzenie to jest corocznie upamiętniane przez marsze protestantów, prowokujące konflikty z kato- J.K. i W.K.: Gdy przyszła pora na powrót do Polski, likami. My na szczęście nie byliśmy bezpośrednimi jak wyglądało pożegnanie z mieszkańcami, z miaświadkami takich zdarzeń . Widzieliśmy marsze orga- stem? nizowane na znak poparcia dla Palestyny. PP: Kiedy żegnaliśmy się po miesięcznym pobycie, J.K. i W.K.: Młodzież opowiadała o kilku różnych Irlandczycy okazywali nam wiele serdeczności. Wławycieczkach, , co może nam Pani powiedzieć na te- ścicielka baru , którą nazywaliśmy ,, Mamą z Bostomat miejsc, które miała Pani okazję zobaczyć? nu”, obdarowała wszystkich kartkami z życzeniami świątecznymi, każdego, jak przystało na ,,mamę”, PP: Pierwsze miejsce, o którym muszę wspomnieć, z czułością uściskała, przekazała życzenia dla rodzin, to Grobla Olbrzyma (także: Droga Olbrzymów, ang. popłynęły również łzy wzruszenia... Nasz klarneGiant’s Causeway, irl. Clochán na bhFómharach) – cista zagrał ważną dla Irlandczyków, chwytającą za oryginalna formacja skalna na wybrzeżu Irlandii Pół- serce pieśń pt. ,,Danny Boy” - ku naszemu zaskonocnej. Składa się z około 37 tysięcy ciasno ułożonych czeniu z kuchni wyszła pani przygotowująca posiłki kolumn bazaltowych, które uformowały się podczas i zaśpiewała dla nas ten utwór. Podobnie było w reerupcji wulkanicznej 50-60 mln lat temu. Cieszę się, stauracji, w której jedliśmy obiadokolacje, właścicielże pogoda pozwoliła nam to zobaczyć, naprawdę sło- ka przegotowała dla naszej młodzieży słodycze, kartki wami nie da się tego opisać. Z wybudowaniem tej z życzeniami oraz polską muzykę, zadała sobie trud, Grobli wiąże się legenda, podobno została ona stwo- aby sprawić im przyjemność. Wszyscy tego wieczoru rzona przez olbrzyma Finn’a MacCumhaill’a. starali się zbudować niezapomniany nastrój. WłaściOdwiedziliśmy również Belfast- największe miasto cielka pozdrawiała chłopców w języku polskim, osoIrlandii Północnej. Miejscem wartym zobaczenia biście dbała, aby niczego im nie brakowało. jest na pewno dok, gdzie zbudowano słynnego Tita- J.K. i W.K.: Dziękujemy Pani za wyczerpujący wynica oraz jego siostrzane okręty Britannic i Olympic. wiad. Do zobaczenia. W tym mieście szczególnie można było odczuć napięcia właściwe dla tego regionu, zwłaszcza na obrzeWywiad przeprowadziły żach, gdzie kilkumetrowe mury wyznaczają strefy Joanna Kutarba i Wiktoria Krawiec wpływów katolików i protestantów. J.K. i W.K.: Czy były jeszcze jakieś ciekawe przygody, o których chciałaby Pani wspomnieć? PP: Owszem, były takie przygody. Pewnego dnia, wychodząc na ulice Londonderry, spotkaliśmy Ra’ay Elwood’a - cenionego artystę, który wystawiał i sprzedał swoje prace w różnych miejscach w Irlandii Północnej, Kanadzie, USA i Australii. Podczas rozmowy okazał się skromnym człowiekiem, nie spodziewaliśmy się, że spotkaliśmy międzynarodowej sławy artystę. Inną interesującą osobą, którą poznaliśmy w Londonderry, był sir Brendan Wilkinson - odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego pracodawca naszego ucznia. Wilkinson to niezwykły człowiek wyróżniony wspominanym orderem przez Elżbietę II za zasługi 29


Codzienność w Irlandii

T

rudno wybrać ten jeden dzień, z perspektywy którego można by w sposób najpełniejszy nakreślić jak wyglądają kultura i społeczeństwo, a jednocześnie odnieść się do tego, co podobało mi się najbardziej. Mimo iż każde 24 godziny były do siebie podobne (nie wliczając weekendów), to jednak różniły się szczegółami. Jedne miały większą siłę oddziaływania, a inne mniejszą. Poranek Każdego ranka podejmowałem walkę ze swoim łóżkiem, a właściwie z chęcią pozostania w nim. 1:0 dla mnie... więc teraz czeka mnie poranna toaleta. A już za chwilę trzeba iść na śniadanie do Boston Tea Party. Pierwszy posiłek jemy o 8:00. Ten niewielki lokal położony jest w Craft Vilage, czyli małym skansenie. Przechodzi się tam przez bramę przypominająca wehikuł czasu, który cofa nas

o kilkaset lat. Wszystko zachowane zostało tutaj w starej zabudowie, w sklepach można znaleźć regionalne pamiątki, a restauracje przyciągają tradycyjnym jedzeniem. Ale wróćmy do śniadania. Zwykle składało się ono z płatków zbożowych z mlekiem, placków z dżemem (Irlandczycy jedzą je z masłem) oraz kilku tostów. Bardzo brakowało mi polskiego pieczywa, ponieważ Brytyjczycy przeważnie jedzą chleb tostowy. Na drogę dostałem drugie śniadanie, czyli tzw. lunch. Droga do pracy Później już z górki - na przystanek autobusowy, gdzie czekają na mnie Olek, Marcin i Michał, którzy pracują razem ze mną. Tutaj także są bouble-decker’y (pietrowe autobusy), co jest ciekawą atrakcją dla przyjezdnych. Jadę do Newbuildings oddalonego 5 km od Derry, gdzie mieści się

Newbuildings Community Centre. Jest to ośrodek, do którego społeczność tej wioski udaje się w różnych celach, np. poćwiczyć na siłowni bądź wziąć udział w zajęciach matek z dziećmi. Podczas naszej pierwszej podróży tą linią nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść. Spytałem więc kierowcę, na którym przystanku należy wysiąść, aby dojść do centrum. Kierowca chyba nie zrozumiał, o co mi chodziło i nie wniósł do sprawy nic nowego, co mogłoby pomóc w naszej sytuacji. Wysiedliśmy na wskazanym przystanku, a kierowca pojechał dalej. Pięć minut później wracał tą sama drogą, a my ciągle tkwiliśmy na przystanku, próbując ustalić, gdzie jest to przeklęte centrum. Najwyraźniej zrozumiał, że jesteśmy nietutejsi, więc zatrzymał się, wysiadł i powoli, wyraźnie próbował nam wytłumaczyć, gdzie mamy iść. Potwierdza to, iż ludzie w Irlandii Północnej są mili i przyjaźni, chociaż nie dla wszystkich (odsyłam do problemu walki protestantów z katolikami). Obowiązki Docieramy do celu. Naszym zadaniem było przygotować prezentację oraz broszurę na temat zdrowego odżywiania się dzieci. Notatki same się nie zrobią, należało więc przeszukać źródła. Jako że czas na ukończenie tego zadania określono na ok 3 tygodnie, nie spieszyło nam się specjalnie i często korzystaliśmy z zaplecza, jakie było do dyspozycji w ośrodku. Znajdowały się tam dobrze wyposażona siłownia, sala gimna-

30


styczna oraz sala multimedialna. Nie wszyscy z projektu mieli się aż tak dobrze i musieli naprawdę ciężko pracować. O 13:35 mamy autobus więc trzeba się sprężać. Popołudnie Jesteśmy z powrotem w mieście i każdy udaje się do własnego mieszkania. Idę na London Street pod numer 14. Teraz mam chwilę na odpoczynek, zakupy etc. Dochodzi 17, czas więc na obiadokolację. U Cheersa menu jak zwykle to samo: skrzydełka z kurczaka, pierś z kurczaka, hamburger, pizza, kulki risotto. Wszystko to z frytkami. Na deser: ciastko z kremem, murzynek, lody, beza. Na rozmowach z kumplami upływa czas oczekiwania na danie główne . Wracamy do mieszkania.

Wieczór Wieczorem czeka nas jeszcze spotkanie w pubie zorganizowane przez North West Academy. Tematem przewodnim są potrawy europejskie, ponieważ spotykamy się tam z uczestnikami projektów z innych krajów, takich jak Włochy, Francja, czy Hiszpania. Pani Bazan wraz z panią Polkowską przy-

gotowały polski, tradycyjny bigos, który ostatecznie wygrał bitwę na najlepszą potrawę. Reszta wieczoru upłynęła na karaoke. Wszyscy wracamy do swoich pokoi, by trochę odpocząć, bo przed nami kolejny ciężki dzień Szymon Froncek

31


Ograniczenia osobowości

N

a co dzień spotykamy się z wieloma ograniczeniami. Są one z jednej strony pewnymi wyznacznikami, które pomagają nam, kierują nas, ale z drugiej również tym, co nie pozwala nam na pełne doświadczenie tego, czego pragniemy. Ograniczenia są tak oczywiste w naszym życiu, że bardzo często o nich zapominamy, nie myślimy o nich z codziennego przyzwyczajenia się do ustalonych, zaakceptowanych przez ogół zasad, reguł.

Wynika więc z tego, że to nie my sami ograniczamy siebie, ale ogranicza nas otoczenie, państwo, szkoła, praca, właściwie wszystko w czym żyjemy. A jednak istnieją pewne ograniczenia, o których może nie decydujemy całkowicie sami, ale mamy wielki wpływ na ich znaczenie w naszym życiu. Ograniczenia osobowości. Zastanawiam się, czy jest to właściwie określenie, ale mam nadzieje, że śledząc moje dalsze przemyślenia, sami uznacie, że jest ono adekwatne do tego, o czym chce napisać. Myślę, ale, jak każdy, mogę się mylić, że wszyscy posiadamy w sobie świadomość pewnego niezadowolenia z własnej osoby, własnego postępowania , wybranej drogi życiowej czy podjętych decyzji. Dusi nas szarość codzienności, bo każda czynność wygląda podobnie, codziennie wracamy do tego samego domu, monotonią ataku-

je nas szkoła (u nas na szczęście zmieniają się chociaż dzwonki), nawet imprezy są takie same, bo w gruncie rzeczy bywamy na nich w jednym celu, w celu dobrej zabawy. Nie zauważamy tego, jak sami siebie ograniczamy, nie szukając czegoś nowego, innego, czegoś co prawdopodobnie pozwoli, aby nasze życie nie było zwykłym życiem, tylko, żeby było naszym życiem, życiem, które chcemy przeżyć najlepiej jak potrafimy, tak jak sobie to wymarzyliśmy. Wydaje mi się, że głównym czynnikiem, który ogranicza nasze osobowości, sprawia, że zamykamy się na poznawanie nowych rzeczy, kultur, wartości, poglądów jest przede wszystkim konsumpcjonistyczny tryb życia ludzi XXI wieku. Mass media, które nas otaczają, są jak pułapka, która staje się coraz mniejsza i nie pozwala nam na dokonanie czegoś w pełni świadomie,

z własnej woli, ale my jesteśmy już tak do tego przyzwyczajeni, że nawet nie opieramy się temu, bezrefleksyjnie pozwalamy, by ktoś podejmował decyzje za nas. Pozornie w większości jesteśmy na to obojętni, ale wszyscy w jakimś stopniu dążymy do ustalonego ideału ludzkiej postawy, jaki narzucają nam media. Bo która kobieta nie chciałaby mieć figury jak modelka, cery jak kobieta z reklamy od odmładzającego kremu dostosowanego do wszystkich, którego działanie zagwarantuje każdemu to, co kupując go, chce osiągnąć. Właśnie każda. I mogłabym przytaczać tutaj więcej przykładów, a reguła pozostałaby ta sama. Wszystko w dzisiejszym świecie jest dostosowane do każdego, każdemu pomaga, każdemu pozwala na dokonanie ustaleń, dla których nabywa daną rzecz, aby każdy postępował tak jak wypada 33


postąpić. Oczywiście, nie mówię tutaj o ograniczeniach moralnych, wynikających z pewnych zachowań i odczuć właściwych każdej osobie. Kupujemy to, co kupują inni, w gruncie rzeczy nawet się zbytnio nad tym nie zastanawiając. Jak wszyscy, chcemy, żeby coś było tanie, dobre, a najlepiej długowieczne. A najgorsze jest to, że najczęściej nie zastanawiamy się, czy dana rzecz, np. film, spełnia nasze oczekiwania, czy kupując, a potem oglądając ten film, czujemy się naprawdę usatysfakcjonowani, czy był on dla nas choć małym powodem do radości, śmie-

brym, wydaje mi się, pozytywnym dla każdego kto sięgnie po tę cześć kultury, jak np. literatura, jednak wszystko ma swoje wyjątki i nie wszystko można traktować tak bardzo ogólnikowo. I nie chodzi mi tutaj o to, aby zwyrokować, że coś odbierane dobrze przez wszystkich jest czymś złym, lecz, że raczej jest czymś ograniczającym. Ograniczającym naszą osobowość, nasz gust muzyczny, nasz pogląd na świat, nasze zachowania, przyjęte przez nas zasady, jakimi chcielibyśmy się kierować. Następną rzeczą, jaka, wydaje mi się, w wielkim stopniu

chu, czy też po prostu kupiliśmy go, bo ktoś powiedział, że dobra obsada aktorska, że dobre efekty specjalnie i nie zastanowiliśmy się nad tym, jakie wymagania my sami postawimy temu filmowi. I tak ograniczamy się do tego, co wpychają nam i przedstawiają media. Do sztucznie wykreowanych gwiazd, popularnych piosenek, które z jakiegoś powodu stały się modne, choć sami nie wiemy dlaczego. Oczywiście, jest pewnie zakres kultury, z którego korzystanie przez ogół jest czymś do-

ogranicza nas i uniemożliwia poznanie siebie, swoich upodobań jest najbliższe otocznie. Otocznie jest w jednym z aspektów naszym azylem, naszym małym światem, w którym czujemy się najbezpieczniej i możemy być tacy jacy chcemy, ale chyba nie do końca pozostajemy w nim sobą. Dostosowujemy się do pewnych zwyczajów panujących w grupie i to też nie pozwala nam na swobodne działania w pełnym zakresie naszych upodobań. Do tego dochodzi postawa typowa dla ludzi XXI wieku, szczegól-

34

nie dla współczesnej młodzieży - „nie obchodzi mnie zdanie innych”. Piękne słowa, które pozwalają na oszukiwanie innych jak i siebie. Nie obchodzi mnie zdanie innych, ale jednak postępuję podobnie, słucham podobnej muzyki i nie dzielę się zbyt często z innymi jakimiś osobistymi przeżyciami, odkryciami, tym co mnie zafascynowało, pozwoliło na spojrzenie na coś z trochę innej perspektywy. Wszyscy myślimy chyba, że nie warto. A warto, bo to pozwala nam na „wypełnienie” swojej osoby nowymi doświadczeniami, które zmieniają nas i nasze życie. Warto porozmawiać z kim o czymś, co wydaje nam się często bez sensu, bo może właśnie ta osoba spojrzy na to z innej strony i ta mała rzecz pozwoli jej na odkrycie czegoś nowego, co ją zainteresuje. Na koniec wypadałoby Was zachęcić do szukania czegoś innego, czegoś nieznajomego, tajemniczego, czegoś, co będzie nasze, a nie „od wszystkich”. Czegoś, co pozwoli nam na bycie jedyną wyjątkową jednostką, nie ulegającą ogółowi, ale zmieniającą ten ogół. Wbrew pozorom nie zrobię tego, bo jeśli mój krótki wywód, który wpadł mi do głowy przy jednej z najgorszych prac domowych - zmywaniu naczyń - choć trochę Was poruszył, pobudził wasze szare komórki i wywołał przemyślenia w kontekście poruszonych wyżej problemów, to nie jest to wcale konieczne. Julia Kasza


Reportaż z IEM Katowice

18

stycznia 2013r. o godzinie 12:00 zaczęła się długo oczekiwana impreza fanów wszystkich gier internetowych – Intel Extreme Masters Katowice! Wielka hala widowiskowa Katowic – Spodek, w której odbywała się trwająca 3 dni impreza, gościła ponad 5500 osób z całego świata. Tłumy zjechały się do stolicy Górnego Śląska, by śledzić zmagania swoich ulubionych drużyn w wielu grach internetowych. Jednymi z najbardziej uwielbianych przez publiczność gier były: World of Tanks, FIFA 2013, StarCraft II, największa jednak ilość fanów, bo ponad 3000 osób, przyszła oglądać walki drużynowe Leauge of Legends o puchar Intel Extreme Masters! W spotkaniu uczestniczyło 8 najlepszych drużyn świata, w tym dwie z Polski: Absolute Legends oraz moi faworyci – MYM. Obok polskiej drużyny w rywalizacji udział wzięły: rosyjska Gambit Gaming, ogólnoeuropejskie teamy SK i Fnatic, amerykańska drużyna Curse NA oraz koreańscy faworyci AZUBU Blaze i AZUBU Frost. Poza mistrzostwami LoL’a można było uczestniczyć w ogromnej ilości konkursów z nagrodami, samemu testować najnowszej generacji sprzęt do gier Xbox360, zobaczyć na własne oczy „Najlepszy Komputer Gracza”, o którym opowiem później, oraz spróbować własnych sił we wszystkich grach MMO, MMORPG i RPG. Aby to wszystko mogło się odbyć, potrzebni również byli sponsorzy tj. Intel, Patriot, oraz BENQ, którzy ufundowali główną nagrodę w turnieju, czyli aż 6 500$ dla mistrza StarCraft II oraz 15 500$ dla mistrzowskiej drużyny LoL’a! Zmaganiom we wszystkich konkurencjach towarzyszyła grupa profesjonalnych komentatorów i sędziów, których zadaniem było wyłapywanie ewentualnych błędów, jakie mogły mieć miejsce w rozgrywkach. Wyobraźcie sobie, jak ciężko było tak podzielić przestrzeń

Moja historia z IEM’em zaczęła się dość dziwnie, otóż zostałem zaproszony na tę imprezę w przeddzień tego wielkiego wydarzenia. Zaskoczony nieco propozycją kolegów, zacząłem powoli układać sobie plan całego 36

wyjazdu, na który oczywiście się wicznie znalazłem się na dworzgodziłem. Zgoda rodziców była cu autobusowym w Katowicach. tylko kwestią czasu i już w piątek, Całą drogę myślałem tylko o jedzaraz po szkole, spakowałem się nym: „Zaraz zobaczę wspaniałą i wyjechałem o 18:00 autobusem drużynę polskich zawodników do Katowic. Czas jakby przyspie- w akcji!”. Już na skrzyżowaniu ulic szył, miałem wrażenie, że błyska- Ks. Piotra Skargi i Alei Wojciecha


Korfantego usłyszałem wiwaty i okrzyki dobiegające z hali spodka. W Katowicach było może z -14oC, mróz doskwierał, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo, gdy wchodziłem przez bramę nr 2, serce biło mi z taką częstotliwością, iż obawiałem się, że jeszcze chwila a eksploduje! Pech chciał, że zanim doszedłem na swoje miejsce na trybunach i przywitałem się z przyjaciółmi, jedna z polskich drużyn (Absolute Legends) już odpadła, a ja sam zdążyłem zobaczyć raptem drugą połowę ostatniego i także przegranego meczu moich faworytów MYM. Dziwnie się czułem, bo z jednej strony wciąż nie mogłem się nacieszyć widokiem tysięcy podobnych do mnie fanów Leauge of Legends, a z drugiej zaś ogarniał mnie smutek, iż nie zdążyłem nawet zrobić sobie zdjęcia ze swoją ulubioną drużyną. Mówi się trudno i idzie się dalej. Krótko po zakończonej potyczce MYM wraz z grupą znajomych udaliśmy się na miasto, aby wspólnie skomentować mecze pierwszego dnia rozgrywek i ocenić szanse na wyjście z grupy „naszych” drużyn. Cała ósemka, w tym i ja, nie pałała szczególną sympatią do koreańskich drużyn, ponieważ ich gra była praktycznie całkowicie pozbawiona jakichkolwiek emocji. Na ich twarzach nie widać było oznak radości z wygranego meczu. Ja sam patrzyłem na nich jak na prymitywne maszyny stworzone tylko w jednym celu – aby wygrać, zgarnąć nagrodę i jak najszybciej odejść. Po długiej podróży i jeszcze dłuższej wymianie poglądów doszliśmy do wniosku, że ostatnimi drużynami, którym pozostaje nam kibicować są drużyny SK i Fnatic -

w ich składach grali, przynajmniej według nas, najlepsi gracze LoL’a na świecie: Ocelote i xPeke, ale i tu pojawił się drobny problem, bowiem następnego dnia to właśnie ich drużyny miały stanąć przeciwko sobie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się kibicować Fnatic. Następnego dnia, po długiej, zimowej nocy spędzonej w małym hoteliku przy ulicy Fabrycznej, położonym 12km od

centrum Katowic, obudziliśmy się pełni sił i energii, by przeżyć najbardziej chyba ekscytujący mecz tych zawodów. Nie sprawiło nam problemów ponowne dostanie się pod halę Spodka. Kolejka o godzinie 15:00 wcale nie różniła się od tej, jaką można było zastać z rana. Trochę nam zajęło szukanie odpowiedniej kolejki, żeby nie stać na zimnie pół wieku. Na szczęście jeden z „naszych” – pseudonim Gandalf – znalazł sposób na dostanie się do środka. Może niekoniecznie zgodny z obowiązującymi tam regułami, ale lepsze to, niż czekanie, aż szanowna ochrona raczy stwierdzić, iż w Spodku jest już dostatecznie dużo miejsca, aby pomieścić dodatkowe 500 osób (pomijam już fakt, że w Spodku mogącym pomieścić maksimum 11 500 osób, znajdowało się mniej więcej od 5  000 do 6 500 fanów gier komputerowych). Dzięki in-

terwencji u naszego sprawdzonego „źródła” dostaliśmy się do środka, uniknęliśmy w ten sposób przeszukania naszych toreb, w których mieliśmy zapasy jedzenia – a tak poważnie, kto by kupił wodę źródlaną 0,5l za 5zł… Chyba tylko Koreańczyk, który pierwszy raz miał w ręce złotówki. Znaleźliśmy miejsca siedzące w sektorze L. Wygodnie rozsiedliśmy się i czekaliśmy na mecz SK versus Fnatic! Przez większą część meczu nic się nie działo. Byliśmy znudzeni pasywną grą obu drużyn, a nawet przysypialiśmy co jakiś czas. Dopiero po 40 minutach meczu zaczęła się prawdziwa gra! Między 45 a 50 minutą meczu jeszcze nic nie było wiadome, drużyny ciągle zmieniały pozycje, raz atak, po chwili znów obrona, wszystko działo się błyskawicznie, mimo że rozgrywka trwała dość długo! Dopiero po błędzie SK szala zwycięstwa przechyliła się ostatecznie na stronę drużyny Fnatic, tłum zaczął drzeć się jakby był opętany, wszyscy krzyczeli: „Dalej, bierzcie ich!!!”, „Macie okazję, dalej!!!”. Zwycięstwo Fnatic było już praktycznie pewne, ale coś poszło nie tak, plan nie wypalił, wszyscy zaczęli uciekać spod nexusa wroga, SK ruszyło do kontrataku, w Spodku zapanował chaos, nic nie było słychać, nagle kamera ponownie wróciła na atakowany przez jednego tylko gracza, w dodatku z niskim poziomem życia, nexus drużyny SK! To było coś nieprawdopodobnego, xPeke, grając Kassadinem na resztach życia, unikał wszystkich ciosów przeciwnika, przechodził przez wymiary, unikając uderzeń Olafa i ryku Cho’Gatha, aż zadał ostateczny cios, wygrywa37


jąc mecz dla siebie, swojej drużyny oraz wszystkich dopingujących go na hali oraz śledzących rywalizację w Internecie! Cały Spodek stał! Krzyczał! Klaskał! Skandował na cześć xPeka! Ja również tak się darłem, że straciłem głos i przez resztę wieczoru nie można było mnie zrozumieć. Po wyjściu obu drużyn z hali wybiegliśmy za nimi, chcąc chociaż podać im rękę. W życiu bym nie pomyślał, że uda mi się spotkać żywą historię – Ocelota i xPeka, możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia to było coś niepowtarzalnego, to coś co zostanie mi w pamięci do końca życia. Jako fan Leauge of Legends nie mogłem być już bardziej szczęśliwy. Z uśmiechem na twarzy opuściliśmy Spodek i udaliśmy się prostą drogą do hotelu w jednym tylko celu – jak najszybciej zasnąć, żeby móc jutro jak najwcześniej stawić się na finałach. No i nadszedł ostatni dzień mistrzostw. Wstaliśmy o godzinie 8:00, a raczej stoczyliśmy się z łóżek pozbawieni jakichkolwiek sił. Szybki prysznic i pakowanie. O 9:10 wykwaterowaliśmy się

38

z pokoju i ruszyliśmy w stronę centrum. Najpierw autobusem linii 76, a dalej, pod Spodek, tramwajem. Przeżyliśmy istny szok! O godzinie 10:00 przed wejściem stały tysiące ludzi! Mniejsze grupki znajdowały się też na parkingu - były to osoby, które nie wytrzymywały zimna i chciały się rozgrzać przy koksownikach rozstawionych średnio co 20 – 25m lub czekające na znajomych, którzy dopiero mieli dojść. Zaczęto wpuszczać o 11:05, my dostaliśmy się do środka godzi-

nę później. Zziębnięci i zmęczeni czekaniem nie mieliśmy innych marzeń, jak tylko rozsiąść się wygodnie na miejscach w głównej hali i czekać na półfinały i finały. Znaleźliśmy 5 wolnych miejsc w sektorze M. Rozpoczął się pierwszy mecz - Fnatic versus AZUBU Blaze, które wcześniej zmiażdżyło debiutancki zespół naszych rodaków Absolute Legends. Pierwsze starcie było z góry wygrane przez AZUBU Blaze, ponieważ Fnatic postanowiło powtórzyć wcześniej


zastosowana strategię, w nadziei, że może po raz drugi uda im się wygrać, grając pasywnie i czekając na okazję do kontrataku. Niestety gracze drużyny przeciwnej szybko rozgryźli strategię Fnatic i zniszczyli ich w oka mgnieniu. Drugi mecz był już nieco inny. xPeke prowadził drużynę nieco dynamiczniej. Gra była tak ekscytująca, że trudno było usiedzieć na miejscu - co chwilę wszyscy się podnosili i kibicowali Europejczykom. Mecz wygrali Fnatic, zmuszając tym samym niedoścignioną drużynę AZUBU Blaze do podjęcia ryzyka w decydującym starciu… Tym razem nie trzeba było czekać na rozwój akcji. Koreańczycy nie dali „naszym” nawet chwili czasu na pozbieranie się. Niszczyli każdą linię obrony. Fnatic ostatecznie odpadło z mistrzostw, otwierając tym samym naszym rywalom drzwi do wielkiego finału. Tutaj zaczęły się komplikacje. Drugi mecz półfinałowy planowano na godzinę 15:05, tymczasem była już 16:30, tak więc organizatorzy mieli mały kłopot i musieli znacznie przyspieszyć turniej. Zaczęliśmy debatować z kolegami o naszym dalszym pobycie na finałach turnieju. Biorąc pod uwagę, że ostatnia europejska drużyna odpadła, a Gambit gaming cudem wyszło z grupy i nie ma szans w starciu z niepokonanymi dotychczas AZUBU Frost, stwierdzili-

śmy, że nie mamy komu kibicować. Oddaliśmy miejsca siedzącym na schodach obok nas kibicom z Poznania, pożegnaliśmy się z czwórką przyjaciół z ekipy i ruszyliśmy na dworzec PKP. Po drodze odłączył się kolejny członek naszego teamu i zostaliśmy już tylko we troje. Na wciąż odnawianym jeszcze dworcu zjedliśmy uroczysty obiad pożegnalny w McDonaldzie i nasze ścieżki się rozdzieliły. Ja i mój przyjaciel Robert udaliśmy się na peron 3, gdzie czekał już na nas pociąg do Wodzisławia Śl. Całą podróż przespałem - nie zauważyłem nawet, kiedy pociąg stanął na naszym starym, cichym, dobrym i spowitym ciemnością dworcu. Do domu szło się już zdecydowanie dłużej. W uszach wciąż wybrzmiewały mi wrzaski fanów LoL’a. Na samą myśl o tym skąd właśnie wracam i ile tam przeżyłem, na twarzy pojawiał mi się uśmiech i nikt nie byłby w stanie wtedy go ze mnie zdjąć. Wszedłem do domu, rzuciłem torbę, przywitałem się z rodzinką i usiadłem na krześle przy biurku, włączając wcześniej komputer. Wszystko ze mnie parowało: emocje, wrażenia i niewyobrażalnej wielkości świadomość, że TAKIE coś można było przeżyć tylko raz. Zanim dobrze oswoiłem się z tą myślą, na mojej skrzynce zauważyłem wiadomość od kolegi z IEM’u, któ-

ry niedawno wrócił do domu i, mimo zmęczenia, musiał przekazać mi szokującą wiadomość - puchar Intel Extreme Masters powędrował do rąk rosyjskiej drużyny GAMBIT GAMING! Szczególne podziękowania kieruję do osób, dzięki którym ten wyjazd stał się dla mnie fantastyczną przygodą godną zapamiętania na całe życie: Roberta Ptasińskiego (Ptaszyna1993), Michała Smutka (Azzineth) i Klaudiusza Rducha (Tukej) Michał Banasiak

39


PIH - “Kwiaty Zła”

J

eżeli zaliczasz się do fanów hip-hopu i jesteś znudzony klasycznym rapem, to ten dwukrążkowy album jest w sam raz dla Ciebie! Na płytach znajdziesz teksty z niebanalnymi metaforami i porównaniami. Autor wykorzystuje je, by nakreślić dosyć ponury obraz szarej rzeczywistości, zdominowanej przez łatwe kobiety i lejącą się wódkę, w której ludzie szukają szczęścia. Raper staje jednak po stronie zanikających w dzisiejszych czasach wartości i podkreśla, jak ważne są prawdziwe uczucia (np. „Śmierć nas nie rozłączy”). Jeżeli chodzi o muzykę, na krążkach „Kwiaty Zła” pojawiają się w większości bity producenta DNA, ale nie zabrakło też bitów znanych „szych”, takich jak Magiera oraz LA z Whitehouse. Muzyka świetnie wpisuje się w styl PIHa. Nagrywając oba krążki, PIH zaprosił do współpracy całe grono gości, na płytach usłyszymy Focusa, obok niego pojawia się też Chady, który jest znany z wcześniejszej współpracy z PIH-em (krążek duetu „O Nas Dla Was”)Raper wyróżnił na płycie undergroundowy duet – Brudne Serca. W dwóch utworach swojego wokalu użyczył Miodu z Jamala. PIH to muzyka nie dla każdego, jeżeli jesteś „zarażony” jego stylem, myślę, że „Kwiaty Zła” na pewno Cię usatysfakcjonują, a, kto wie, może i zarazisz nimi innych i przekonasz ich do wyjątkowego głosu tego znakomitego polskiego rapera.

Martyna Banach

41


P

Świat na miarę Śródziemia

ieśń lodu i ognia G.R.R. Martina jest jedną z tych serii, które powinien znać każdy szanujący się fan fantastyki. Martinowi udało się stworzyć epicko rozległy, ciekawy i różnorodny świat. Akcja poprowadzi nas przez: pustynie, lasy, morza, rzeki, góry, wyspy, zamki, miasta, etc. Historia umiejscowiona zostaje w czasie przypominającym ziemskie średniowiecze, jedyną różnicą jest to, że pory roku mogą tu trwać całe lata bądź nawet dekady. Kraina ta pamięta stąpające po ziemi olbrzymy, czasy, gdy na niebie królowały smoki, zaś medycynę zastępowała magia. Czasy te jednak są już daleką przeszłością. Czy jednak na pewno? W miarę rozwoju fabuły będziemy odkrywać tajemnice Siedmiu Królestw. W utworze natrafiamy na taki natłok wszelkiej maści lordów, rycerzy, dam, podwładnych, służących, powiązań rodzinnych czy wasalnych, że jeśli ktoś, czytając „Silimarilion” J.R.R. Tolkiena, musiał wertować kartki, aby połapać się kto jest kto, czytając „Grę o tron” będzie wyrywać sobie włosy z głowy (odniesienia do Tolkiena są tu jak najbardziej zasadne). Na szczęście autor umieścił na końcu książki mapę Siedmiu Królestw (jak i innych kluczowych miejsc) i spis królów, ich świty, lordów i innych ważnych dla fabuły organizacji. Nie chcę odbierać nikomu smaczku odkrywania fabuły kawałek po kawałeczku, nie zamierzam więc streszczać utworu. Nie wiem nawet, czy byłbym w stanie całą złożoność fabuły przedstawić na 2 stronach A4. Jak sam tytuł 42

wskazuje, „Gra o tron” to walka o władzę, co oznacza intrygi, zdrady i wojny. Ich złożoność i częste występowanie zawstydzą niejednego pisarza, uważającego się za talent w tworzeniu rozwiniętych wątków oraz umieszczania w nich bardzo nieoczekiwanych zwrotów akcji. Trudno określić, kto jest w tej powieści postacią pierwszoplanową. W miarę czytania kolejnych tysięcy stron siedmioczęściowego cyklu, postacie mniej ważne stają się ważniejsze, a wcześniejsze pierwszoplanowe zazwyczaj umierają bądź zostają w inny sposób wyeliminowane z walki o władzę i przetrwanie. Nie znajdziemy tu współczucia czy litości - stawką jest tron Siedmiu Królestw. Sposób przedstawienia

i kreacji postaci to niewątpliwie wielki atut cyklu. Historię poznajemy z perspektywy kilku osób. W utworze utrzymana zostaje narracja trzecioosobowa, ale konkretny fragment opowiada o konkretnej osobie. Każdemu bohaterowi i jego losowi poświęcona została mniej więcej podobna liczba rozdziałów, dzięki czemu możemy dokładnie poznać charakter, zachowanie i motywację danej postaci. Co ważne, żaden bohater w książce- jak może się mylnie wydawać- nie jest przedstawiony jako czarno-biały – brak tu klasycznego podziału na dobrych i złych. Czasem zdarza się, iż bohater, który na początku jawił nam się jako osoba jednoznacznie niemoralna, zadziwia nagle szlachetnym czynem,


a postać pozytywna traci w naszych oczach przez jedno wypowiedziane nieopatrznie słowo. Bywa, że obserwujemy bohaterów zmuszonych do postępowania tak, jak się tego od nich wymaga, a nie tak jakby chcieli. I dotyczy to na równi dobrych bohaterów, którzy muszą dokonywać złych wyborów, jak i złych bohaterów na siłę przymuszanych do szlachetnych uczynków. Każdy z nich ma swoje wady, zalety, pragnienia i słabości, co uwidaczniają ich zachowania oraz opisy postaci. Szczególnie słabości są skrzętnie wykorzystywane przez przeciwników. Zresztą podział na naiwnie rozumiane dobro i zło właściwie u Martina nie istnieje. To powoduje, że mając akurat pod piórem wysoce niesympatyczną postać, Martin potrafi tak naświetlić okoliczność jej ponurych decyzji, że zaczynamy ją rozumieć. A to już pierwszy stopień jeśli nie do sympatii, to na pewno do akceptacji bohatera. Innymi niewątpliwymi zaletami „Pieśni lodu i ognia” są dynamiczna, pełna zwrotów akcji fabuła i doskonałe dialogi. Ważną cechą dzieła Martina jest nieprzewidywalność. Postacie wydające się niezastąpione dla fabuły często giną w najbardziej nieprzewidywalny sposób. Osoby, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali często planują zagarnąć jak największy kąsek dla siebie bądź prowadzone są nienawiścią i chę-

cią zemsty. Martin daje się też poznać jako mistrz dialogów - krótka wymiana zdań może powiedzieć więcej o postaciach, niż wielozdaniowy opis przeżyć wewnętrznych u jakiegokolwiek innego autora. Mówią, że diabeł tkwi w szczegółach, jeżeli tak to „Gra o tron” to istny Lucyfer. Zastanawiam się do czego mógłbym porównać „Grę o tron” i nic nie przychodzi mi do głowy. Martina na pewno nie można nazwać naśladowcą Tolkiena. Książka nie jest też kolejnym „Władcą pierścieni” czy „Hobbitem”. To zupełnie inna powieść, którą autor sam wymyślił i napisał po swojemu. Oczywiście, natłok wszystkiego, rozbudowany i różnorodny świat na pierwszy rzut oka można porównać do dzieł wielkiego Mistrza. Nie mogę się nachwalić całej sagi. Zapytacie - czy ta książka ma w ogóle jakieś wady? Niewątpliwie ma. Największą wadą w moim odczuciu jest to, że już na samym wstępie, bez żadnych wyjaśnień czytelnik zostaje rzucony na głębokie wody, zostaje zbombardowany takim natłokiem informacji, wątków i nazwisk, że cierpi na tym tempo akcji. Jeśli chodzi o elementy fantastyczne, to jest ich z początku bardzo mało, jednak fani fantasy nie martwcie się, z czasem przybiera ono na sile. Nie znajdziemy tutaj klasycznego hu-

moru, a jedynie, nieprzypadający wszystkim do gustu, czarny humor. Nierzadko pojawiają się sceny erotyczne, czy opisy tak drastyczne i brutalne, że nieodpowiednie dla dzieci. Na pewno nie możemy zaliczyć „Gry o tron” do książek najprostszych do czytania, trzeba cały czas być skupionym na tym co się czyta, aby nie stracić wątku. Rozmiar książki może niejednego przestraszyć- niecałe 900 stron pierwszego tomu i ponad 1000 drugiego- to może budzić podziw, ale również zniechęcać. Jednak jeśli szukacie czegoś na dłuższy czas- tę cegłę polecam wszystkim czytającym, niekoniecznie tylko fantastykę. Reasumując, „Gra o tron” jest jednym słowem niesamowita. Miano to zawdzięcza głównie ogromnej rozmaitości. Warto dodać, że spośród 5-ciu napisanych do tej pory tomów aż 4 otrzymały nagrodę Locusa za najlepszą powieść fantasy. Przypadek? Konrad Kotwica

43


Zapiski na świstkach

N

ocą usłyszałam kilka głosów, nie wiem ile ich było dokładnie, ale na pewno słyszałam dwa brzmiące niczym męskie i jeden, zagłuszany przez nie, delikatny, kobiecy. Nie rozumiałam o czym rozmawiali ludzie, do których należały owe głosy, ale z pewnością kłócili się. Nagle, podczas tej gwałtownej rozmowy rozbrzmiał krzyk. Niesamowicie donośny i wysoki. Mężczyźni ucichli, pewnie ze zdziwienia, a ja zerwałam się z łóżka. Rozglądając się po swoim niewielkim pokoju, nasłuchiwałam, czy coś dzieje się za oknem, ale nie usłyszałam nic. Zupełnie nic, cisza... Nie było słychać ani głosów, ani stukotu butów na kostce brukowej, ani nawet odgłosów samochodów. Całe osiedle spało, nikt się nie kłócił, nikogo nie było na zewnątrz. Poczułam pragnienie, wstałam więc, by je ugasić, a przy okazji zerknęłam przez okno na drugą stronę bloku, gdzie znajdował się skwer, by sprawdzić, czy tam również nic się nie działo. W całym domu panowała cisza. Wszyscy spali, telewizor milczał, za oknem balkonowym również nic się nie działo... pustka, cisza i spokój. Wróciłam do pokoju, wskoczyłam w jeszcze ciepłe łóżko. Położyłam się, ale nie próbowałam zasnąć. Myślałam nad tym, skąd wzięły się te głosy, przecież po nikim nie było śladu na zewnątrz, przecież usłyszałabym gdyby ktoś tam był. Nie dawało mi to spokoju. Sama nie wiedziałam kiedy, ale zasnęłam. Czemu się dziwić, w końcu była co najwyżej druga nad ranem, a do szóstej poxodtało jeszcze sporo czasu… Przez większość czasu w szkole zastanawiałam się nad tym co wydarzyło się nocą. Niestety, gdy zdawało mi się, że dochodzę już do głębszych wniosków, zostałam wyrwana z moich rozważań przez znajomych i obudzona niczym z transu. Wieczorem położyłam się wygodnie na kanapie, okryłam kocem, i, popijając ciepłą herbatę, oddałam rozmyślaniom. To był idealny moment, by rozwiązać tę zagadkę. Próbowałam przypomnieć sobie owe głosy, odtworzyć sytuację. I w końcu wpadłam na rozwiązanie, to musiało być to, no bo przecież jak inaczej to wytłumaczyć? Snem to nie było, nie było też chyba jawą . To moja podświadomość... To w niej musiały pojawić się owe glosy... Ale skąd aż trzy, z czego dwa męskie!? Czy nie powinny być wszystkie kobiece? Może moja podświadomość składa się z kilku osób, a każda z nich walczy o to, by była tą dominującą nad innymi… A może po prostu do reszty zwariowałam?... W każdym bądź razie da mi to z pewnością wiele do myślenia. Dudi

45


Płomienie

B

ardzo Cię boli? - zapytała go cicho. Nic nie odpowiedział, więc po jej policzku popłynęły łzy. Tylko po jednym, bo drugi miała zasłonięty węglanowym stelażem wspierającym mikroskop umieszczony na oku. Odsunęła się od leżącego na stole mężczyzny, sięgając po zestaw medyczny. Przełożyła narzędzia pracy z pojemnika na specjalnie przygotowane do tego miejsce. Wierzchem dłoni otarła łzy. Popatrzyła znów na mężczyznę, którego klatka piersiowa co kilka sekund minimalnie podnosiła się i opadała. Prymitywny monitor po drugiej stronie stołu pokazywał najniższe możliwe współczynniki określające funkcje życiowe. Spojrzała na jego nogi i ręce, a także część twarzy. Były dotkliwie poparzone. Nie to jednak sprawiało, że znalazł się na granicy między życiem a śmiercią. Odłamek ostrza wbity w jego pierś powinien był go zabić. Tak się nie stało, choć stal utkwiła w samym środku serca. To, że nadal żył, było cudem.

Jeszcze raz musiała otrzeć z łez odsłonięte oko, tym razem chusteczką. Nachyliła się nad nim ponownie, powoli wyciągając rękę, by dotknąć jego płomiennorudych włosów. Przeczesała je. Na wnętrzu jej dłoni widać było świeże rany po oparzeniach. Wpatrzyła się w jego oblicze, na wpół oszpecone, pogrążone we śnie. Może to już koniec?... Monitor niezmiennie wskazywał, że w ciele młodego mężczyzny wciąż tli się życie. Zapaliła dodatkowo trzy lampy, dokładnie oświetlając stół i leżącego. Skierowała światło tak, aby w centrum znalazł się odłamek ostrza. Założyła bladozielone rękawiczki ochronne i nasunęła na usta maseczkę. Przekręciła jedno z pokręteł mikroskopu przy oku i sięgnęła po strzykawkę z dużą dawką środka stabilizu46


jącego. Położyła ją przed sobą, podobnie jak drugą, w której znajdowała się tak zwana „przemiana losu”, koktajl który potrafił w wielu przypadkach wydrzeć życie ze szponów śmierci. Wzięła głęboki oddech. Poczuła się, jakby za chwilę miała wskoczyć do basenu z lodowatą wodą, kropelki potu błyszczały na jej czole. Sprawdziła jeszcze zasięg drenów, które wraz z pompą zastąpią serce, kiedy to nie będzie zdolne do samodzielnej pracy. Zamknęła oczy, ocierając pot z czoła. Jeszcze jeden głęboki oddech. Była gotowa. Wstrzyknęła stabilizator i pewną ręką chwyciła za piłę do kości. Otworzyła jego klatkę piersiową, która o dziwo nie była zalana krwią. Spojrzała na serce. Było przebite w samym środku, a jednak jakimś cudem nadal pracowało, choć prawie niewidocznie. Przekręciła pokrętło mikroskopu i przyjrzała się tkance sercowej. Wokół ostrza była poszarzała i chropowata jak kamień. Tylko po bokach mięsień zachował swoją naturalną formę. Zatrute ostrze, pomyślała. Zdała sobie sprawę, że kiedy wyciągnie stal z serca mężczyzny, może ono nie wytrzymać. Musiała jednak to zrobić, dopóki pozostawało choć w części nienaruszone. Postanowiła zaryzykować, nie miała innego wyjścia. Chwyciła za szczypce. Powoli i delikatnie złapała odłamek sztyletu. Pociągnęła. Monitor zaczął migać i dzwonić na alarm, wszystkie współczynniki spadły niemal do zera. Gwałtownie odrzuciła od siebie szczypce i złapała za nić chirurgiczną. Lewą ręką przysunęła ssak, tuż pod serce. Chciała zaszyć otwór po ostrzu, ale igła po prostu nie mogła się przebić przez skamieniałą tkankę. Spróbowała ponownie, pod innym kątem, w innym miejscu. Nic. Nie dała rady. Pot spływał jej wolno po czole, w kąciku oka znów pojawiła się łza, ale na jej twarzy było widać determinację. Podjęła szybką decyzję. Chwyciła za skalpel, biorąc do drugiej ręki dren, oznaczony symbolem pierwszej z arterii, którą miała przeciąć. Precyzyjne, szybkie cięcie, dren połączony. Kolejne cięcie. Dwa następne. Pompa zaczęła pracować, jednak monitor nadal nie przestawał alarmować. Czekała chwilę. Pomyślała, że upływa już za dużo czasu i musi podać „przemianę losu”. Wiedziała z jakim ryzykiem się to wiąże. Zawahała się, ale tylko na ułamek bicia serca. Wstrzyknęła koktajl i wstrzymała oddech. Po chwili każdy ze współczynników po kolei wrócił do normy. Mężczyzna drgnął. Jego oczy otworzyły się szeroko, dłonie gwałtownie zacisnęły się na prześcieradle. Z jego ust wydobył się przeraźliwy krzyk cierpienia. Szybkim ruchem chwyciła za strzykawkę ze stabilizatorem i wstrzyknęła do końca. Wszystko ustało. Monitor znów pokazywał niezbędne minimum. Zaszyła prowizorycznie jego klatkę i zakryła ją opatrunkiem. Zdjęła rękawiczki, maskę i stelaż. Otarła pot z czoła i łzy z oczu. Drżała. Nieludzki krzyk cierpienia wciąż dzwonił jej w uszach. Nie chciała tego. Musiała podjąć ryzyko i na szczęście się udało, jednak cierpienie, którego doznał mężczyzna, odbiło się na niej złym piętnem. Zakryła twarz rękoma i odwróciła się tyłem do stołu. Głośno pociągnęła nosem, rozpłakała się. Upadła na kolana, obejmując się rękoma. W myślach przemknął jej cień ostatnich wydarzeń. Ogień, wszędzie ogień... Poderwała się gwałtownie, słysząc jakiś szelest we wszechogarniającej pomieszczenie ciszy. Spojrzała na stół zabiegowy. To mężczyzna poruszył ręką, teraz zwisała mu ona poza krawędź, pulsując nerwowo. Podeszła do niego szybko i ujęła poparzoną dłonią jego dłoń, kładąc ją z powrotem przy jego boku. Serce biło jej szybko, a w myślach kotłowała się nadzieja zmieszana z bezradnością. W oczy cisnęły się łzy, ale nie pozwoliła im popłynąć. Uklęknęła przy stole, wciąż trzymając w delikatnym uścisku jego rękę. Trwała tak nieskończenie długo. Opuszczony szpital psychiatryczny, do którego zdołała przywlec konającego mężczyznę, był doskonałą kryjówką. Cieszył się złą sławą, więc zabobonni ludzie woleli zginąć niż wchodzić do środka. Na całe szczęście dla niej. Oczywiście sprzęt, który tutaj znalazła, był w stanie niemal nienaruszonym, tak więc dzięki swojej odwadze i determinacji udało jej się uratować życie nie tylko swoje. Uciekała z całych sił, ścigana przez bezwzględnych brutali, ale udało się. Spod zamkniętych powiek pociekły jej łzy, westchnęła głęboko i urywanie, mocno przytulając poparzoną dłoń mężczyzny do policzka. W myślach próbowała zrozumieć jedno: dlaczego? Dlaczego przeżyła? Niechętnie cofnęła się pamięcią do wydarzeń ostatnich kilkunastu godzin. Była bezpieczna w hali sanitarnej, opatrując ciężko rannych wojowników Stavorgardu, którzy mieli po krótkiej kuracji i montażu protez wrócić na pole bitwy. Zmierzała do magazynu po stelaż imitujący nogę i staw biodrowy. Szła szybkim krokiem, kiedy nagle zatrzymała się, a jej uszu dobiegł stłumiony wybuch. Później wszystko trwało mgnienie oka. Całą halę ogarnęły płomienie. Wszędzie dokoła niej – ogień. Wśród niego wrzaski, krzyki, wołania o pomoc. Ona bezradna, krztusząca się dymem. Próbowała się wydostać, pobiegła w stronę bocznych drzwi. Poprzez płomienie widziała sylwetki ginących sanitariuszy, lekarek, trawione przez żywioł ciała rannych. 47


Nie zdołała dotrzeć do wyjścia. Upadła, bezsilna, nie mając już sił i powietrza, by oddychać, by żyć. Poddała się. Wyszeptała tylko: -Boże, pomóż... Poczuła silny uścisk dłoni na ramionach. Dłonie te podniosły ją i po chwili wylądowała w czyichś ramionach. Spod powiek dostrzegła rude włosy mężczyzny, ale sama nie wiedziała, czy czasem nie były to płomienie. Nie mogła się poruszyć, zwisała bezwładnie, niesiona przez wybawiciela ku drzwiom. Jeszcze kilka metrów... Mężczyzna zachwiał się. Zza niego wyłonił się wrogi Rycerz Światłości, który dosięgnął go sztychem miecza. Mężczyzna przyspieszył kroku, klucząc między buchającymi płomieniami. Wróg deptał im po piętach. Wreszcie dotarli do wyjścia, kiedy mężczyzna upadł na kolano, wypuszczając ją z rąk. Na szczęście wylądowała poza zasięgiem ognia. Rudowłosy wojownik bez zastanowienia chwycił rozpalony pręt, leżący tuż obok i pchnął nim przeciwnika, przebijając jego pancerz i ciało na wylot. Tamten nie umarł od razu. Zdołał wyciągnąć jeszcze sztylet i wbić go wprost w serce bohatera. Mężczyzna upadł w płomienie, które oplotły jego ręce i nogi jak węże. Ognisty podmuch smagnął jego twarz. Podniosła się z krzykiem, dobiegła do mężczyzny i bez wahania chwyciła go za ręce. Wytrzymała ból poparzonych dłoni. Wyciągnęła go i wyniosła na zewnątrz. Znalazła swojego czerwonego dżipa, rzuciła rannego na siedzenie i uciekła. Spojrzała na niego z wyrazem współczucia i wdzięczności na twarzy. Zawdzięczała mu życie. Strawiłyby ją płomienie, gdyby nie on. Gdyby nie Ten, który go wysłał w to miejsce o tym czasie. Prymitywny monitor wciąż i niezmiennie pokazywał minimum. Nie wiedziała, co ma robić dalej. Potrzebowała serca albo chociaż mechanicznej mini-pompy. Skąd ma je wziąć? Grobowa cisza wokół niej była przerażająca, ale jednocześnie dawała jej wytchnienie. Podniosła się, decydując że musi coś zrobić. Nie zdążyła nawet zdecydować co. Monitor znów zawył alarmem, migocząc wartościami zerowymi. Szybkim ruchem sięgnęła po stabilizator, ale był pusty. Z rozpaczą i strachem w oczach doskoczyła do zasobnika, wyrzucając na ziemię ampułki, które w tej chwili nie były jej do niczego potrzebne. Epinefryna, morfina, antybiotyki, sterydy... Płynna koka, środek zwiotczający, antyalergeny, szczepionki... Błagam, gdzie jest stabi?, płakała w myślach. Nie mogła znaleźć. Alarm monitora głucho dźwięczał jej w uszach. Migotanie komór. Odrzuciła ze wściekłością zasobnik i doskoczyła do umierającego mężczyzny. Próbowała go zatrzymać, żeby jeszcze nie szedł tam, skąd ją wyciągnął. Na próżno. Funkcja AROŚ - Automatycznego Rozpoznania Ostatecznej Śmierci, czyli śmierci mózgowej, spowodowała automatyczne wyłączenie się monitora. Stała tam, nie wierząc. Myślała, że śni. Że to tylko zły sen. Potoki łez ściekały po jej gładkich policzkach. Nie udało jej się ocalić tego, który ocalił ją. Nie spłaciła swojego długu, nie mogła już nigdy mu odpowiedzieć: Tak. Stała tam, milcząc, a łzy spływały po jej gładkich policzkach. little decoy

48


Nasze liryki Ale bo co?

Ostatnia droga za nim

A bez Ciebie Dobro empatia finezja Giną. Horrendalnie inny już Kończę lot. Łatwiej mi nadzieję Oszukać Pozostając rozmarzonym... Samotny Tobie ufałem Wolna yesteś znów...

zniknął z jej życia na moment, na chwilę i wyszły z ukrycia demony zdradliwe myśli szalone szaleństwa zmyślone musiała pójść tam gdzie serce wzywało zostawił sam ale wtedy już nie bolało

Cztery pory życia

znalazła go, w radości cała i tylko w dole gdzieś krew kapała

wiosną jeszcze nic prawie o sobie nie wiedzą latem obok siebie na ławce przed szkołą siedzą jesienią nawzajem wszystkie swoje myśli zwiedzą zimą „żegnaj” już na zawsze sobie powiedzą Szkła Krwistoczerwone słońce. To znaczy, że ktoś umarł? Czy twarz moja zalana jest krwią? Pewnie to samo. Zaczynam się bać. Skoro taki jest świat... Krzyk pawia. Ktoś umarł. To ja krzyczę. Niewolnicy czasu, bezkształtnej formy życia. Życia? Jakiegoś, żałosnego, cudownego... Co za wstyd, kruchość.

little decoy

49


Duszę duszę Duszę duszę. wygórowana potrzeba odczuwania miłości zwykła nakazywać mi poszukiwania. więc szukam, chyba już od zawsze, lecz wciąż punkt wyjścia jest końcem mym. wysublimowana wartość mego serca zwykła prowadzić mnie w pustynne burze; chyba zanika we mnie nadzieja. bo jakże długo mogę wierzyć w tę złudną wartość sentymentalizmu? nie, znowu swe słowa odwołuję, niczym hipokrytka startując od nowa. tak, tak, coś z głębin mego jestestwa dobija się biorąc górę nad postanowieniami. i znów sercem swym kierowana w burzy pustynnej tarzam się po przemoczonych ściółkach; już nawet nie wiem gdzie jestem. czy amok może aby być usprawiedliwieniem mego nieszczęsnego zagubienia? chciałabym naprawdę ostatecznie móc sobie uświadomić żem skazana na porażkę... wybranku serca mego jeśli czytasz tekst ten błagam wypełnij mą wybitną pustkę. bez ciebie nie będzie mi nigdy dane zaznać prawdziwego spokoju. kochany, klęknę u stóp twych, oddając ci się całkowicie; po prostu odnajdź się. a tak na prawdę skąd będę wiedziała, żeś jest tym jedynym? przecież, pomimo dekad poszukiwań, jestem tak na prawdę żółtodziobem. nie wiem jak smakuje prawdziwa miłość ani co poczuję gdy ją spotkam. czy syzyf czuł to samo co ja podczas mozołów swego zadania?; chyba zanika we mnie nadzieja, ponownie. który to już raz czuję ten niemożliwy do określenia stan? chciałabym naprawdę ostatecznie móc sobie uświadomić żem skazana na porażkę... widzisz. tak właśnie duszę duszę. Klaudia Kurant

50


P

Przekładaniec Przekładańca

rezentujemy opowiadanie Dawida Nogalskiego, ucznia klasy I d technikum budowlanego, który zajął II miejsce w powiatowym konkursie na opowiadanie typu Fan Fiction. Konkurs adresowany był do młodzieży gimnazjów i szkół średnich powiatu wodzisławskiego, a biorący w nim udział uczniowie mieli za zadanie zredagowanie tekstu pozostającego w określonym związku z opowiadaniem Stanisława Lema pt. „Przekładaniec”. Zachęcamy również do przeczytania oryginalnego „Przekładańca” S. Lema, opowiadanie znajdziecie w zbiorze o tym samym tytule.

Początkowo do moich uszu dobiegał tylko głuchy szum. Dźwięki stawały się coraz bardziej wyraźne i już po kilku sekundach można było bezproblemowo rozróżniać źródła ich pochodzenia – regularne dźwięki wydawał elektrokardiograf, który piszczał wraz z każdym uderzeniem mojego serca, ulicą co jakiś czas przejeżdżał samochód; a w niewielkiej odległości ode mnie kobieta prowadziła cichą rozmowę z mężczyzną. Ciężkie powieki próbowały się podnieść, choć przychodziło im to z wielkim trudem. W końcu jednak rozwarły się ostatecznie i wreszcie można było zobaczyć, gdzie tak naprawdę się znajduję. Co ja tutaj robię?

Miejsce to okazało się być salą szpitalną, która przypominała raczej przytulny, jednoosobowy pokój hotelowy. Na krześle na przeciwko mnie siedział doktor, a za nim krzątała się pielęgniarka, zdecydowanie młodsza od brodatego mężczyzny. Obserwowali mnie cały czas kątem oka. Obok mnie na stoliku leżała szklanka wody i gazeta zwinięta w rulonik. Wszystkie moje kończyny były obolałe, więc próba sięgnięcia po wodę i wykonanie jakiegokolwiek ruchu było skazane na niepowodzenie. Co ja tutaj robię? To pytanie nie dawało mi spokoju. Widzę, że już nie śpisz. - odezwał się doktor – pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Jacob Gregg i jestem 51


tutejszym chirurgiem. W każdym bądź... Co ja...Co to za głos? CO ZROBILIŚCIE Z MOIM GŁOSEM!? przeraźliwy krzyk z mojego gardła objął całą salę. Proszę się uspokoić. - stanowczym tonem powiedziała pielęgniarka. W wyniku wypadku zostaliśmy zmuszeni do... tego posunięcia. powiedział lekarz Jakiego wypadku? - w mojej ciężkiej i rozbolałej głowie panowała absolutna pustka i żadne wspomnienie nie chciało do mnie powrócić. Doktor spojrzał na mnie z niedowierzaniem, następnie przeniósł szybko wzrok na asystentkę i wymienił z nią porozumiewawcze spojrzenie, po czym powiedział do mnie: W takim razie proponuje przejść na „Ty”, gdyż może się okazać, że przed nami naprawdę dłuuuga współpraca. - Jacob wstał i poszedł szukać czegoś w szafce przy moim łóżku. Czy ktoś mógłby mi wreszcie wytłumaczyć, co tu się naprawdę dzieje? Spokojnie, proszę się nie martwić, zaraz wszystko się wyjaśni. Zadam tylko parę pytań, bardzo potrzebnych do... - zmieszał się - ... dalszych badań. Nie można z tym zwlekać, doktor Kathy pilnie ich potrzebuje w ciągu pół godziny. Gdzie to... aaa, mam cię! - mężczyzna wyjął z szafki notes, po czym usiadł z powrotem. Sięgnął do kieszeni jeansów po ołówek i niedbale coś zapisał. - Dobrze, pierwsze pytanie: Jakie jest... Ale... Obiecuję, że to nie potrwa długo. Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? No dobrze...Ostatnie wspomnienie... hm... - Wszystkie fakty z mojego życia przelatywały mi przed oczami i nie można było rozróżnić, które z nich wydarzyły się najpóź52

niej. – Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam była wycieczka autobusowa. Jechaliśmy na narty, do Aspen, ja i kilkanaście innych osób. Moja ciotka tam mieszka, umówiliśmy się, że nauczy mnie jeździć. Pamiętam malownicze widoki na ośnieżone szczyty gór Skalistych, a później, później to... to nie pamiętam. Rozumiem – zdaje się, że wszystko skrupulatnie zanotował. Był niezwykle zafascynowany moją odpowiedzią. – A co się działo wcześniej, godzinę przed wyjazdem? Mój sąsiad, stary George odwiedził mnie i oznajmił, że potrzebuje mojej pomocy przy naprawie silnika w jego Chevrolecie. Po skończonej robocie trzeba było się umyć z tych wszystkich smarów i pomalować raz jeszcze paznokcie. Ja, żona i moje dwie córki zaczęliśmy szykować się do wyjazdu. Na nasze nieszczęście, nasza Honda znowu nie chciała odpalić a nie było czasu na naprawę, więc zadzwoniliśmy do naszego znajomego, który jest taksówkarzem. Wayne – bo tak się nazywał – akurat nie miał żadnego zlecenia, więc mógł po nas przyjechać. Na dworzec przyjechaliśmy spóźnieni chyba o jakieś 10 minut, ale kierowca autobusu cierpliwie na nas czekał. NIESAMOWITE! - krzyknął z entuzjazmem doktor. - Siostro Cindy, co siostra o tym myśli? Podzielam pana zdanie. Mam nadzieję że pan wszystko zapisał, pani Kathy też musi znać całą historię. – odparła delikatnym głosem „piguła”. Nie pominąłem żadnego, ale to żadnego faktu. - Mamy jeszcze jedno pytanie – lekarz zwrócił się do mnie – Z czym ci się kojarzy dzieciństwo? Dzieciństwo!? A ma to jakikolwiek związek z tym, co ja tutaj, do cholery robię!? Zaczynam odnosić wrażenie, że nie jesteście ze służby zdrowia... Primum non nocere. - odparł dok-

tor. - Jest to naprawdę ważna dla nas informacja. Potrzebujemy twojej współpracy. Udzielę wszystkich wyjaśnień, gdy tylko odpowiesz na to pytanie. Matko... pozwólcie mi tylko zebrać myśli. - Czym starsze wspomnienia wychodziły na wierzch, tym bardziej moja głowa eksplodowała – Pamiętam jak dzisiaj cudowny smak rogalików, które w swojej piekarni wypiekał wujek Tom. Siostra nigdy za nimi nie przepadała, nie wiem dlaczego, za to lubiła zwierzaka od wuja, takiego dużego bernardyna, wabił się Scruppy. Kiedyś mnie nie rozpoznał i ugryzł mnie w nogę. Mam od tego taką dużą bliznę na prawej łydce. Od tego czasu panicznie boję się psów. Mama też nigdy ich nie lubiła, dlatego mieliśmy w domu kanarka. Mamusia bardzo lubiła jego śpiew... A twój ojciec? - przerwał Jak tato jeszcze żył, pracował jako policjant. Był bardzo wymagający wobec mnie. Chciał ode mnie jak najlepszych wyników w szkole. Zawsze zwracał mi uwagę, że siedzę za blisko telewizora, albo że jem za dużo słodyczy. O, pamiętam jeszcze jak... Wystarczy. przerwał mi z uśmiechem doktor i wyrwał kartkę z notesu. Już? Tak, to wszystko co chciałem wiedzieć. Siostro Candy, zanieś tą karteczkę do Kathy, ona będzie wiedziała co z tym zrobić. Siostra odebrała świstek papieru i wyszła szybkim, zdecydowanym krokiem z pokoju. Teraz odpowiesz w końcu na moje pytanie? Wal śmiało. Co ja tutaj robię? Jeżeli teraz nie poznam odpowiedzi, złożę zażalenie do ordynatora. Jesteś ofiarą koszmarnego wypadku drogowego, o którym huczą całe Stany. Kierowca autobusu przekroczył maksymalną dozwo-


loną prędkość. Pojazd, który prowadził wpadł w poślizg i zleciał z urwiska. Obrażenia uczestników tragedii były tak duże, że szpital w Kolorado nie był przygotowany do przyjęcia tak zmasakrowanych pacjentów, dlatego wszyscy zostali przewiezieni do szpitala specjalistycznego w Cincinnati, czyli tutaj. - Doktor zwolnił - Wyobraź sobie ludzkie ciała, całe poszarpane, wszędzie cieknąca krew. Cudem jest fakt, że wszyscy przeżyli. Matko boska! I rozumiem, że część tej masakry to ja? Otóż to... a nawet... różną częścią... częściami.... Jak to... częściami?! Lekarz zmieszał się. Nerwowo splótł ręce i pocierał nimi o siebie. Po wypadku prosiliśmy wszystkich poszkodowanych o odpowiedź na te same pytania, które usłyszał pan chwilkę temu. Był to między innymi rodzaj testu, czy w wyniku wypadku nie doszło u któregoś z pacjentów do amnezji. Wyniki badań są zaskakujące. - Widać było, że Jacob się stresuje - Wychodzi z nich, że nazywasz się Ferrel-Keaton-Byrd-Jimenez-Guy-Williams-Cardone-Shiffer-BerryDavis-Carpenter-Peck-DilworthBakker... ŻE CO PROSZĘ !? Jedna z zasad etycznych każdego lekarza brzmi: „Ratuj jak najwięcej życia”. W tym wypadku ja i moi koledzy po fachu trochę nadużyliśmy tej reguły. Podczas przeprowadzania całej akcji ratunkowej musieliśmy przeprowadzić wiele transplantacji, a korzystając z tego, że mamy na stanie najnowocześniejszą technologię rozpędziliśmy się i uratowaliśmy... nie... stworzyliśmy jedną osobę za dużo. Słuchając wypowiedzi Jacoba nie docierało do mnie, co on tak naprawdę próbuje mi przekazać. Chwilę później łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu. Zaczęły nurto-

wać mnie pytania dotyczące mojej egzystencji. Nie rozumiem, jak to jest możliwe, że nie było mojego życia wcześniej. A co z cudownymi rogalikami wujka Toma? Przecież wujek Tom był moim wujkiem, pamiętam... Czuję się jak odpad. Jak plagiat czegoś pięknego, czym jest życie. A co z moją duszą? Lekarze zaprzeczyli istnieniu Boga? A może to Bóg dał mi tchnienie? Tego tak naprawdę się nie dowiem... Rozumiem twój ból... - odezwał się nagle przerywając ciszę Jacob. Jego ręka nerwowo przeczesywała bujne rude włosy. Nie, nic nie rozumiesz! Kim ja w ogóle jestem? Potrafisz odpowiedzieć na to pytanie!? Ale przysięga Hipokratesa... Zacznij ją poprawnie interpretować! Doktor zaniemówił i spuścił głowę. Wydawało się, że było mu naprawdę wstyd. Chwilę siedzieliśmy tak w milczeniu, wsłuchując się w regularne dźwięki EKG i w mój szloch. Po owej przerażającej minucie ciszy lekarz wstał, i podszedł po raz kolejny do szafki. Schował do niej swój notes, a wyciągnął zadrukowaną kartkę rozmiaru A4, kalkulator i zielony, metalowy długopis. Wrócił na swoje miejsce. Musimy wypełnić formularz, by można było wydać ci dokumenty – w jego słowach nie było teraz żadnych emocji i za wszelką cenę unikał kontaktu wzrokowego. - Imię. Nadaje je matka. Twoja matka nie istnieje. Nie? A kto miał ślicznego żółtego kanarka w pokoju gościnnym? ... Niech będzie Taylor. Taylor... - zapisał niedbale w formularzu - Twoje nazwisko to Cardone, wynika to z obliczeń. Czteroosobowa rodzina, która uległa wypadkowi tak ma na nazwisko. włączył kalkulator. - cztery osiemnaste razy sto procent równa się

dwadzieścia dwa i dwa w okresie. Pasuje? Taylor Cardone. Brzmi jak nazwisko jakiegoś artysty. Pasuje. Dobrze, zapisałem. Teraz kwestia wieku. Masz dokładnie... zaczekaj... - Jacob skupił się na wpisywaniu kolejnych cyfr do kalkulatora – hm... dwadzieścia siedem lat, pięć miesięcy i 14 dni. I dalej, to oznacza, że... okej, zapisałem. Płeć. Musimy rozwiązać i ten problem. Strach przeszedł przez całe moje ciało, zaczynając od serca na małym palcu u nogi kończąc. Czyżby pojawiły się jakieś komplikacje? Otóż – zaczął Doktor- w wyniku jednej z operacji... a zresztą, zobaczysz. Jacob wstał z krzesła i podszedł bliżej mnie. Następnie tak podniósł kołdrę, bym mógł pod nią spojrzeć. Doktorze Jacobie, wiele w moim krótkim życiu zdążyło się już wydarzyć, ale to, co właśnie teraz zobaczyłem, a może zobaczyłam, to już zdecydowana przesada! Dawid Nogalski

53


Moja przygoda - Paryż

Gdańska. Podróż samolotem zajmuje ok. 2h 30min, autokarem od 20 do 24h. Najszybsza trasa prowaaryż to stolica i największa aglomeracja Francji. Leży nad Sekwa- dzi przez Niemcy i Francję autoną. Jest bardzo atrakcyjnym miejscem dla biznesu turystycznego. stradami. Posiada wszystko, czego dusza zapragnie – zabytki, muzea, teatry, Podczas wakacji 2011r. porestauracje, nowoczesne sklepy. Uznaje się go za najbardziej romantycz- jechałem na 5 dni do Paryża. Moim ne miejsce na kuli ziemskiej. środkiem transportu był autokar, którym jechałem ponad 20 godzin. Dla mnie (początkującego podróżnika) droga w nocy była bardzo atrakcyjna. Światła miast pięknie je rozświetlały. Zapierało dech w piersiach. Mieliśmy około 5 przerw podczas jazdy. Gdy znaleźliśmy się już blisko celu, przywitały nas korki. Przewodniczka zapewniła, że były one przewidziane i uwzględnione w planie wycieczki. W tak dużym mieście trudno o sprawny ruch uliczny. Nie zraziło to jednak nikogo. Każdy czekał z podnieceniem, aż wysiądziemy i zaczniemy zwiedzać. W końcu dotarliśmy do podziemnego parkingu. Wszyscy opuścili autokar i rozpoczęliśmy wycieczkę. Podziwialiśmy uroki zabytkowego Paryża. Następnie poszliśmy pod katedrę Notre-Dame. Jest to gotycka budowla, jedna z najbardziej znanych na świecie. Posiada pięć naw, w tym krzyżową, dość długie prezbiterium i podwójne obejście na półkolu. Pierwotnie miało ono tylko trzy małe kapliczki. W drugiej połowie XIII wieku usunięto kapliczki i wybudowano pięć dużych kaplic. Kolejnym punktem zwiedzania był Panteon. Został wybudowany w Dzielnicy Łacińskiej Paryża w XVIII wieku jako kościół pw. św. Genowefy, obecnie pełni rolę Pogoda sprzyja przyjezdnym. Lata są bardzo ciepłe, a zimy ła- mauzoleum wybitnych Francuzów. godne. Paryż co roku odwiedza dziesiątki milionów turystów. Można się Ciekawostką jest, że jedyną kobietam dostać samolotem m.in. z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania,

P

55


tą, która została w nim pochowana jest Maria Skłodowska-Curie. Ta monumentalna budowla wywarła na mnie duże wrażenie. Piękno odnowy architektonicznej jak i eksperymentalnych poszukiwań w duchu oświecenia wyrażone jest w każdym elemencie. Z architektury greckiej Soufflot zapożyczył ogólny układ, ornamentykę, porządek koryncki oraz plan budowli w kształcie greckiego krzyża. Praktyczne informacje dla turystów: przeciętny czas zwiedzania- 1,5 godziny (nawa z komentarzem w języku francuskim - przez cały rok, górna część budowli z asystą- od kwietnia do października, programy dla młodzieży, wszystko przystosowane do osób niepełnosprawnych). Następnym punktem w planie podróży były Pola Elizejskie. Jest to jedyne zielone miejsce Paryża. Pięknie odznacza się w krajobrazie miasta, gdy spojrzeć na nie z lotu ptaka. Park ten łączy plac Zgody (na którym znajduje się Panteon) z Łukami Triumfalnymi (starym i nowym). Warto zwrócić uwagę na ich ułożenie. Leżą w jednej linii. Wygląda to imponująco. W mitologii greckiej Polami Elizejskimi nazywano część Hadesu przeznaczoną dla dusz dobrych ludzi. Paryskie Pola Elizejskie to 56

reprezentacyjna aleja z licznymi teatrami, restauracjami, kinami i ekskluzywnymi sklepami. Dzięki wspomnianym atrakcjom jest ona chętnie odwiedzana przez turystów. Na miejscu obecnych Pól Elizejskich do roku 1616 były pola uprawne, przez które Maria Medycejska poprowadziła drogę wysadzaną drzewami. Spacerując po zielonych płucach stolicy Francji, dotarliśmy do Łuku Triumfalnego. Z tego względu, że otacza go rondo i ruch jest bardzo duży, wejścia do obiektu znajdują się pod ziemią. Monument został wzniesiony w 1806 roku na cześć wygranej Napoleona w bitwie pod Austerlitz. Usytuowany jest na placu Charlesa de Gaulla (zwanym też Placem Gwiazdy), gdzie łączy się ze sobą aż 12 ulic (m.in. Pola Elizejskie). Głównym architektem był Jean François Chalgrin, na zlecenie Napoleona stworzył on klasycystyczną budowlę, wzorując się na architekturze starożytnego Rzymu. Na zewnątrz widoczne są piękne zdobienia. Na ścianach od wewnętrznej strony widnieją różne napisy i nazwiska żołnierzy. Ostatnim punktem zwiedzania okazał się być Pałac Inwalidów. Jest to bardzo charakterystyczne miejsce Paryża. Ludwik XIV wybudował go w konkretnym

celu – miał on pełnić rolę przytułku dla francuskich weteranów wojennych. Budowla reprezentuje styl klasycystyczny. Dużą atrakcją dla turystów są prochy Napoleona sprowadzone w 1840r. i ukryte w kopule w centrum obiektu. Znajduje się w niej również Muzeum Armii- największa tego typu placówka na świecie. To był koniec atrakcji tego dnia. Całą grupą wybraliśmy się do baru szybkiej obsługi, żeby zjeść kolację. Między 21;00 a 22;00 dotarliśmy do hotelu i wycieńczeni, lecz zadowoleni poszliśmy spać. Rano przywitało nas francuskie śniadanie. Składa się ono zazwyczaj z bagietek, brioszek czy croissantów oraz różnego rodzaju dżemów. Pieczywo, które nie było pieczone tego samego ranka, nie ma prawa być podane na stół. Francuzi piją rano również mocną kawę. Zaraz po śniadaniu wsiedliśmy do autokaru. Kierowca zawiózł nas nad Sekwanę. Rejs rzeką był świetnym pomysłem z pokładu można zobaczyć zbiór zabytków Paryża. Ubraliśmy się ciepło, ponieważ mocno wiało. Wyruszając spod samej Wieży Eiffla lub Notre-Dame, poprzez oszklone ściany można podziwiać nabrzeża Sekwany, które zasłużenie wpisane zostały na światową listę UNESCO. Czas trwania takiej wyprawy to ok. 60 minut. Na statku znajdują się audioprzewodniki m. in. w języku francuskim, angielskim, jak również polskim. Podziwiającym niezwykle piękne widoki towarzyszą znane francuskie piosenki, które wybrzmiewają w tle audioprzewodników. Nadszedł w końcu czas na Wieżę Eiffla. Jest to najbardziej znany obiekt architektoniczny Paryża i jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli na świecie. „Żelazną damę” zbudowano specjalnie na paryską Wystawę Światową


w 1889 roku. Miała zademonstrować poziom wiedzy inżynierskiej i możliwości techniczne epoki, być symbolem ówczesnej potęgi gospodarczej i naukowo-technicznej Francji. Kolejka była bardzo długa. Ochroniarze sprawdzali, czy ktoś nie próbuje wnieść ciężkich przedmiotów, które mógłby zrzucić z wysokości. Po długim czekaniu wjechaliśmy windą na pierwszy poziom. Czekając na drugą windę, która transportowała turystów na najwyższy poziom, podziwiałem widoki. Były jeszcze lepsze, gdy znaleźliśmy się na szczycie budowli. Sekwana pięknie komponuje się z miejskim krajobrazem Paryża, przez co jest on wyjątkowy. Wyraźnie dostrzegaliśmy zabytki stolicy Francji, takie jak Łuk Triumfalny, Pałac Inwalidów, Plac Trocadero. Zabudowań wokół było tak dużo, że nie widzieliśmy ich końca nawet z tak dużej wysokości. Na samej górze wieży znajduje się pokój z woskowymi figurami twórców

„żelaznej damy”, czyli Gustava Eiffla oraz Maurice Koechlina. Podczas pierwszej wizyty nabierają chyba każdego zwiedzającego. Turyści myślą, że siedzą tam prawdziwe osoby. Wywołuje to potem zabawny efekt. Na dole czekało już nas zwiedzanie placu Trocadero. Adolf Hitler fotografował się w tym miejscu po zdobyciu Paryża w 1940 r. Nadszedł czas na najsłynniejsze muzeum na świecie, czyli Luwr. Jest to nader charakterystyczny pałac z kamienia, którego wysokość sięga w najwyższym miejscu 30 metrów. Pałac Luwru utrzymany jest w stylu francuskiego renesansu, a zaprojektowali go architekci: Pierre Lescot, Catherine de Medici, J. A. du Cerceau II, Claude Perrault. Luwr zajmuje aż 20 hektarów. Jest jednym z największych muzeów na świecie. Znajduje się na prawym brzegu Sekwany, w obrębie tzw. Pierwszej Dzielnicy

Paryża. Całkowita powierzchnia kompleksu pałacowo - muzealnego zajmuje 60 600 metrów kwadratowych, zaś zbiory dzieł sztuki liczą sobie około 35 000 pozycji. Wejście do muzeum to schody, którymi schodzi się w dół, gdzie znajduje się Pasaż Richelieu. Wygląda bajecznie, bo ukryte jest pod ogromną szklaną piramidą, którą wychodzi się po stopniach na ogromny dziedziniec. Otrzymaliśmy mapkę, w której opisany był każdy poziom zwiedzania. Nie ukrywam, że moim głównym celem był obraz „Mona Lisa” Leonarda da Vinci. Dzieło umieszczone jest za specjalną, kuloodporną szybą w centralnym miejscu sali. Zbiory muzeum zapierały dech w piersiach, ogromne sale, potężne obrazy. Chodziłem po tym wielkim obiekcie ponad 4 godziny, następnie wyszedłem na dziedziniec, gdzie dużo ludzi leżało na trawie i opalało się, podziwiając piękno architektoniczne pałacu. 57


O wyznaczonej godzinie zebraliśmy się pod małym łukiem triumfalnym na dziedzińcu. Każdy był zadowolony, ale też zmęczony z powodu długotrwałego zwiedzania. Wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy w stronę bazyliki Sacre Coeur. Położona jest ona na najwyższym paryskim wzgórzu, skąd roztacza się malowniczy widok na większą część miasta. Świątynia została wzniesiona w stylu romańsko-bizantyjskim z białego wapienia. Jest ona celem pielgrzymek z całej Europy. Przyległy do kościoła hotel Ephrem jest otwarty dla pielgrzymów, którzy wcześniej zarezerwowali miejsca. Siedząc na schodach przed kościołem, spoglądałem na krajobraz Paryża i zachód słońca. Było bardzo ciepło. W oddali rozlegała się francuska muzyka, a kilkanaście metrów przede mną popis z piłką dawał jakiś człowiek. Ludzie zachwycali się nim i rzucali pieniądze. Tak minął drugi dzień wycieczki.

58

Następnego dnia czekały nas atrakcje w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Paryża Disneylandzie. Ostatniego dnia wcześnie rano wyruszyliśmy autokarem, żeby zyskać jak najwięcej czasu na zwiedzanie parku. Został on otwarty 12 kwietnia 1992 roku pod nazwą Euro Disney Resort. Nazwę zmieniono w 1994 roku, by pasowała do romantycznego charakteru Paryża. W 2011 miejsce to odwiedziło 16 milionów gości, a od 1992 r. 250 milionów. Park jest podzielony na dwie części. Starsza przeznaczona jest dla dzieci, nowsza dla młodzieży. Oczywiście większość wycieczkowiczów poszła do części nowszej, zapewniającej dużo więcej adrenaliny. Każdy mógł sobie wziąć mapkę, na której zaznaczone zostały atrakcje, restauracje, toalety. Zabawa była cudowna i niezapomniana. Chciałem wypróbować każdą karuzelę po kolei. Najbardziej chyba przypadł mi do gustu Roller Coaster i Crush Coaster. Niestety wycieczka zbliżała się do końca. Ze

smutkiem wróciliśmy do autokaru i wyruszyliśmy do Polski. Podróż przebiegła szczęśliwie. Jadąc, przypominałem sobie najciekawsze momenty wycieczki. Każdemu bardzo gorąco polecam Paryż. Osobiście przeżyłem tam niesamowite chwile. Gdy nadarzy się okazja, na pewno wybiorę się jeszcze raz do Francji. Mateusz Dzierżęga


Album Komitywy Nie wychodzisz z domu bez lustrzanki? Pstrykasz foty okazyjnie? Robisz zdjęcia aparatem w telefonie komórkowym? Bliżej Ci do średniego formatu? Na łamach “Komitywy” znajdzie się miejsce na Twoje zdjęcia, wystarczy że skontaktujesz się z zespołem redakcyjnym

Szymon Froncek

59


60


przemho

61


Dingo

62


Zespół redakcyjny w składzie Dawid Nogalski Alan Szatyło Sara Drescher Mateusz Dzierżęga Wiktoria Krawiec Angelika Rutkowska Julia Kasza Dorota Rojek Aneta Lenarcik Martyna Banach Michał Banasiak Konrad Kotwica Szymon Froncek Bartłomiej Chwoła Dominika Sierny Joanna Kutarba Krzysztof Wolny Aleksandra Łącka Michał Kalisz Przemysław Honcek

oraz opiekunowie Marek Gryt Waldemar Olszewski

Dołącz do nas!!!

Podziel się swoimi refleksjami na dowolny temat, poszerz horyzonty naszej gazety, stwórz z nami odważne i nowoczesne czasopismo młodzieżowe. Nie bądź bierny! Skontaktuj się z zespołem redakcyjnym!!

Dołącz do KOMITYWY!!!

W magazynie wykorzystano zdjęcia uczniów, nauczycieli oraz przyjaciół szkoły (za ich wiedzą i zgodą). Pozostała część obrazków i grafik funkcjonuje na zasadzie licencji “public domain”. Redakcja nie czerpie z tytułu ich publikacji żadnych korzyści materialnych. Większość pochodzi ze strony www.pixabay.com.


Komitywa nr 5  

Komitywa nr 5

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you