Page 1


Ks. JAN ZIEJA Życie Ewangelią

Spisane przez Jacka Moskwę wydanie piąte zmienione

Wydawnictwo Znak • Kraków 2017


ROZDZIAŁ I

SPOTKANIE DOBREJ NOWINY


Pierwszą książką, którą po przyjeździe ze wsi do wielkiego miasta jako jedenastoletni chłopiec za 3 kopiejki z pieniędzy matczynych u jakichś sekciarzy w Warszawie na ulicy Elektoralnej kupiłem, była Ewangelia św. Jana, a potem inne jej tomiki, również po 3 kopiejki nabywane. I odtąd Ewangelia stała mi się książką tak umiłowaną, że wszystko, co potem czytałem lub przeżyłem, ustawiało mi się zawsze, aż do dziś, w jakimś stosunku do Ewangelii: wszystko jej przyświadczało i o jej realizację wołało i woła*

 – tak oto w przeddzień II Soboru Watykańskiego rozpoczynał swoje rozważania drukowane w miesięczniku „Znak” ksiądz Jan Zieja. Prosząc go o wspomnienia, które miały być wydrukowane w tym samym miesięczniku, przeczytałem ów fragment i zapytałem o okoliczności pierwszego spotkania z Dobrą Nowiną. W 1907 roku przyjechałem do Warszawy, aby zdawać egzaminy do szkoły średniej. Dostałem się do Gimnazjum Chrzanowskiego przy ulicy Smolnej. Zamieszkałem u znajomych mojego księdza z Odrzywołu na ulicy Chłodnej pod numerem 7. Na drugi rok gimnazjum okazało się dla mnie za drogie; matkę moją nie było stać na to, żeby płacić rocznie sto pięćdziesiąt rubli. Uczyłem się więc na korepetycjach, tak przerabiałem drugą ­klasę, ­mieszkając tym razem na Solnej pod 4. Lubiłem stamtąd chodzić do katedry na Świętojańską, aby słuchać niedzielnych kazań. Idąc tam któregoś dnia, spotkałem się z Ewangelią wystawioną w witrynie

* Ks. Jan Zieja, Ewangelia na nowo odczytana, „Znak” 1962, nr 6.


24 ❧ Życie Ewangelią

sklepowej. Nabyłem ją. Stąd się zaczęło, a nie ze szkoły. Potem mój związek z Ewangelią, z jej czytaniem i rozważaniem, był tak bliski, że nawet to, co księża prefekci w szkole podawali, nie przysłaniało jej. Wziąłem coś z Ewangelii tak mocno, że wszystkie inne rzeczy były tylko dopełnieniem, dopowiedzeniem z boku: ani katechizm, ani liturgika, którą się przechodziło w szkole, ani historia Kościoła czy dogmatyka tyle mi nie dawały. Nie tylko czytałem, ale podkreślałem, rozważałem, co mi do dziś pozostało. Dlaczego właśnie Ewangelia wywołała taki wstrząs? Czy była pierwszą książką religijną w życiu? Matka moja od dawna marzyła, że gdy będę się uczył, to zostanę księdzem. W domu rodzinnym pierwszą książką, którą czytałem już jako pięcioletni chłopak, był Żywot Pana Jezusa Chrystusa według świętego Bonawentury, stare wydanie wileńskie*. Ale Ewangelia to coś więcej! Autentyczne słowa Pana Jezusa są tam, a w tamtym życiorysie tylko opowiadanie o Nim, bardzo piękne rozmyślania, wzruszające, które nie dawały mi jednak głębszego oparcia myślowego. Ewangelię czytałem tak, że potem już nie widziałem nic wyższego ponad nią i do tej pory nie widzę. Jaki był dom rodzinny Księdza? Wiem tylko, że znajdował się w Opoczyńskiem. Moja rodzina była taka: ojciec – Michał Zieja, tak się pisało w księgach, ale nazywano nas we wsi Kazimiercokami, bo jakiś dziadek był Kazimierz; matka – Konstancja z Kmieciaków, rodziny mocno związanej z dworem jeszcze za czasów pańszczyźnianych, z całego gniazda kowali; i dzieci – rodzice mieli nas pięcioro. Najstarsza córka zmarła wcześnie, podobnie jak najmłodszy brat, który dożył tylko trzeciego roku życia. Mieszkało nas z rodzicami trzech – dwóch starszych braci i ja. Mieliśmy pełny nadział ziemi po pańszczyźnie – to znaczy całą włókę, trzy­­dzieś­ci * Prawdopodobnie chodzi o jedno z licznych, późniejszych wydań przekładu dzieła ­świętego Bonawentury Meditationes Vitae Christi dokonanego przez Baltazara Opecia, zatytułowanego Żywot Pana Jezu Krysta... (1522). Ksiądz Zieja mówi o nim także w zakończeniu książki.


I. Spotkanie Dobrej Nowiny ❧ 25

morgów, które potem miały być podzielone między nas. We wsi była tylko jeszcze jedna rodzina posiadająca pełny nadział. Wieś nazywała się Osse. To Osse. Do ksiąg weszła już nazwa pisana z rosyjska. Ta Ossa. Ale nikt z nas tak nie mówił. Była taka pogaduszka miejscowa: „Skądeście?”. „Z Ossego”. „Ni ma psa gorsego!”. Pamiętam też piosenkę śpiewaną przez chłopców i dziewczyny: „Oj Osse moje, Osse, da na góreczce stoi”. Autentyczna nazwa to było Osse. Powiat opoczyński, gmina Osse, bo dwór był w naszej wsi, i stąd brała się nazwa, chociaż urząd był w Odrzywole. Ziemia to trzydzieści morgów, w dziewiętnastu kawałkach bardzo rozrzuconych na przestrzeni jakichś czterech kilometrów. W rodzinie rozpocząłem pracę bardzo wcześnie. W piątym roku życia już chodziłem za bydłem. Chałupa nasza drewniana podłogi nie miała, tylko gliniane klepisko, to znaczy w części mieszkalnej, bo w komorze, gdzie przechowywano mąkę i kaszę, były deski. Czy rodzice byli szczególnie religijni? Co niedziela chodzili do kościoła. Głębiej wprowadzona w życie religijne zdawała się jednak tylko matka. Ojciec, tyle że bywał na Mszy. Te sprawy, którymi matka się interesowała, raczej mało go obchodziły. Człowiek ogromnej pracy, całkowicie jej oddany i tym zajęty: uprawą roli, hodowlą bydła. Tylko tak go widzę: niskiego, krępego, twardego i całkowicie oddanego pracy. A matka raczej delikatna, wyższego wzrostu. Sprawy stosunku z Panem Bogiem, modlitwy, były dla niej bardzo ważne. Na mnie oddziałało to, co wziąłem od niej. Ojca pamiętam, jak gnał nas do roboty. Jeśli czymś żeśmy zawinili, to brał na nas kij albo rzemień. Praca i moc; autorytet, ale od strony fizycznej raczej. Jak to się stało, że postanowili syna dać na księdza? Edukacja moja zaczęła się od tego, że ksiądz Antoni Aksamitowski, proboszcz odrzywolski, któregoś roku – miałem wówczas cztery, może pięć lat – chodził od chałupy do chałupy po kolędzie. Zaszedł też do nas i jak to on zwykł, kazał się dziecku przeżegnać i pytał o pacierz. Potem o coś


26 ❧ Życie Ewangelią

z katechizmu: kto cię stworzył, kto odkupił, kto uświęcił. Na wszystko odpowiadałem, bo to jeszcze na rękach matki od niej wziąłem. Proboszcz się zdziwił i powiedział: „Zieino – tak do niej mówił. – Zieino, to dziecko trzeba uczyć na księdza”. Bardzo się tym przejęła. Proboszcz kazał jej przyjść na plebanię i tam podał przez gospodynię zeszyty pisane pismem utajonym, to znaczy wodnymi znakami, na których mogłem się uczyć liter. Na jarmarku kupiono mały elementarzyk, a brat starszy, który już umiał, uczył mnie czytania. A latem pasałem krowy. Tak było do końca 1905 roku, kiedy poszedłem na plebanię, gdzie kuzynka księdza Maria Aksamitowska miała mnie uczyć dalej. Szło mi na dziewiąty rok życia, gdy w 1906 Moskale aresztowali księdza Aksamitowskiego za różne narodowe demonstracje: między innymi urządził on wielki pochód z Odrzywołu do naszej wsi, gdzie był cmentarz z powstania styczniowego. Za to został wywieziony. Na zastępstwo przyjechał z innej diecezji jego rodzony brat ksiądz Konstanty Aksamitowski. Pobył może z miesiąc, a gdy wracał do siebie w Kieleckie, zabrał mnie ze sobą na plebanię w Lelowie. Księdza Antoniego Aksamitowskiego Moskale puścili po roku. Mógł wrócić, ale nie do Odrzywołu; był potem w różnych miejscach poza diecezją sandomierską i już mi nie mógł pomagać finansowo. Kiedy się okazało, że szkoła Chrzanowskiego jest dla mnie za droga, nic już nie był w stanie zrobić. „Jeśli nie może chodzić do polskiej szkoły prywatnej – poradził mojej matce – to tylko do rządowej, rosyjskiej. I tak do seminarium duchownego będzie potrzebował świadectwa państwowego” – brzmiała ostatnia rada księdza Aksamitowskiego dla mnie. Powiedział, że zna jednego prefekta w Warszawie, który będzie mnie popierał, jeśli tylko zdam egzamin. Do pierwszej gimnazjalnej chłopiec z Ossego uczęszczał jednak w prywatnej szkole generała Chrzanowskiego w Warszawie. Czy zapamiętał Ksiądz jakieś nazwiska kolegów z tamtych lat? Dziwna rzecz, pamiętam: Baciarelli, Cichy, Chrząszczewski, Daab, Ekielski, Frenkiel... – to były pierwsze nazwiska na liście. Frenkiel Tadeusz – syn tego aktora, Mieczysława. Kilka nazwisk początkowych,


I. Spotkanie Dobrej Nowiny ❧ 27

środek zupełnie mi wypadł z pamięci. Pamiętam natomiast koniec: Zagoździński, Zieja. Czy chłopiec z głuchej wsi opoczyńskiej nie czuł się onieśmielony w elitarnej warszawskiej szkole? Strasznie lubiłem się uczyć. Nie trzeba mnie było napędzać, ciekaw byłem, co jest w książce, a jak nie wystarczało, to chodziłem do czytelni i bibliotek. Od razu, już w pierwszej klasie, byłem prymusem. Ile kosztowała nauka u Chrzanowskiego? W pierwszej klasie sto dwadzieścia rubli, druga już miała kosztować sto pięćdziesiąt rocznie. Na owe czasy to były kapitały, bardzo duże sumy. Kto uczył religii, na przykład? Ksiądz Szkopowski, starszy już człowiek, był prefektem. Pamiętam katechizm, który poznawaliśmy, ale nie mam wspomnienia czegoś dźwigającego. Trzeba się było uczyć, więc się uczyłem. Drugą klasę przerabiałem na korepetycjach. Do trzeciej zaś miałem zdawać do gimnazjum rządowego, rosyjskiego. Przygotowywał mnie do egzaminu Grużewski, student Uniwersytetu Warszawskiego, późniejszy prawnik i sędzia w Warszawie. Ksiądz, do którego miałem polecenie, uczył w VIII gimnazjum rosyjskim na Pradze, gdzie dziś jest szkoła Władysława IV. Zdawało jeszcze dziewięciu chłopców, nieznanych mi, wśród nich jeden Żyd. Zdał tylko on i ja. Bardzo się uradowałem, zaraz kupiłem sobie czapkę gimnazjalną – i tak już na wakacje do domu pojechałem, jako uczeń klasy trzeciej. 1 września wróciłem do Warszawy, do klasy trzeciej „a” – a tam nie ma mojego nazwiska. Zwróciłem się do inspektora: „Gaspadin inspiektor, w katoryj kłas ja priniat?”. Po rosyjsku mówiłem wspaniale, bo jeszcze w Lelowie, kiedy nie miał mnie kto uczyć, brat księdza Aksamitowskiego oddał mnie do szkoły gminnej, a wszystkie one były wówczas rosyjskie. Inspektor zapytał o nazwisko. „Zieja”. „Nikto nie priniat. Niet miest”. Nikt nie przyjęty, nie ma miejsc, a ja na liście zobaczyłem nazwisko jednego z tej dziesiątki,


28 ❧ Życie Ewangelią

który zdawał razem z nami przed wakacjami i oblał. On był, a mnie i tego Żyda nie było. Rozpłakałem się i zacząłem biegać po wszystkich gimnazjach rosyjskich, od pierwszego, które się mieściło przy Nowym Świecie w Pałacu Staszica, poczynając, poprzez drugie, trzecie, czwarte. Wszystkie obleciałem, pytając, czy w trzeciej klasie nie ma miejsc dla chłopca ze zdanym egzaminem, lecz nieprzyjętego. „Niet miest” – słyszałem wszędzie. Trzecia klasa – co dalej? Jedna pani, która przychodziła do mojej gospodyni, powiedziała: „Z Krakowa przyjechał po studiach uniwersyteckich mój syn, on będzie chłopca uczył, ale przygotuje go do szkoły polskiej, a nie rosyjskiej”. I znów przez rok chodziłem na korepetycje. Rodzina, gdzie mieszkałem, czytała zawsze „Kurier Warszawski”, w maju znalazłem tam ogłoszenie o terminach egzaminów wstępnych do gimnazjów prywatnych, kilka z tych szkół było polskich. Przeczytałem: „Gimnazjum Zygmunta Wielopolskiego utrzymywane przez Koło Szkolne pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki”. „To będzie dobra szkoła!” – pomyślałem. Poszedłem na Bracką pod numer 18, bo taki adres był podany, mając jeszcze na głowie czapkę gimnazjalisty rosyjskiego. Poprosiłem o program egzaminów. „A ty czego w takiej czapce chodzisz?” – zbeształa mnie pani w kancelarii. Ledwo jej wytłumaczyłem, że nie mam innej. „Żadnego programu nie ma, przyjdź i zdawaj, to zobaczysz, z czego się zdaje”. Byłem jednak dobrze przygotowany i bez kłopotu dostałem się do klasy czwartej. Z radością pojechałem do domu na wieś. „Mamo! już jestem w czwartej klasie!” Matka wcale się jednak z tego nie ucieszyła, lecz powiedziała: „Wiesz, chodziłam do proboszcza. Skierował mnie do dziedzica z Przysuchy. Pan Dembiński będzie mógł nam pomóc tylko wtedy, gdy zdasz do szkoły, którą on się opiekuje”. „Mamo! właśnie do tej szkoły zdałem!” Pan Dembiński był członkiem Koła Szkolnego Świętego Stanisława Kostki, a ja – przez przypadek – do tego gimnazjum trafiłem. Matka się rozweseliła i zaraz poszliśmy do Przysuchy podziękować dziedzicowi i prosić, aby się mną zaopiekował. Pan Henryk Dembiński pokrywał później koszty mojej nauki od klasy czwartej aż do końca.


I. Spotkanie Dobrej Nowiny ❧ 29

A w szkole? Znów co mnie prowadzi – Ewangelia. Ciągle czytałem, rozważałem, szukałem, chodziłem na różne odczyty religijne po mieście. Od księży prefektów, którzy byli bardzo zacni, po swojemu nabożni i gorliwi, niewiele brałem. Sprawą bardzo mnie w szkole zajmującą była nauka języka polskiego. Mieliśmy bardzo dobrych profesorów, przekazywali nam najpiękniejsze treści z literatury. Pierwszy był profesor Bohdan Nawroczyński, drugi – Turkowski, trzeci – Manfred Kridl. Ten ostatni był tylko suchym naukowcem, ale dwaj pozostali dawali najpiękniejsze rzeczy, często poza programem. Dzięki nim bardzo polubiłem poezję. Dyrektor pan Jaczynowski przyjmował wszystkie zastępstwa za chorych nauczycieli i mówił nam o historii Polski. Takiego przedmiotu w szkole nie było. Nie tylko podawał nam wiedzę o przeszłości, ale wiązał ją z dniem dzisiejszym. Powaga miłości ojczyzny – to szło od niego. Jeśli już mówię o czasach szkolnych, muszę wymienić jeszcze jednego człowieka. To Aleksander Zawadzki, pseudonim „Grzegorz Wierny”, założyciel pisma „Lud Polski” przeznaczonego dla wsi, przepojonego – na ile tylko w owych czasach można było – duchem niepodległościowym, sympatyzującego z Piłsudskim i tamtym ruchem, który szedł od Krakowa. Miałem taki zwyczaj, że wracając ze szkoły, czytałem po drodze wszystko, co tylko było w gazetach wystawionych w kioskach czy witrynach. Zobaczyłem któregoś dnia „Lud Polski”. O! – zaraz nabyłem to pismo, bardzo mnie zaciekawiło. Znalazłem tam takie zdanie: „Bracia chłopi! Zdaliście egzamin w 1905 i w 1906 roku” – pamiętałem jeszcze te pochody narodowe. To mi odpowiadało. Poszedłem do redakcji mówić z panem redaktorem, jak polski chłop zdał egzamin. Panu Zawadzkiemu bardzo się spodobałem. Powiedział: „Przychodź do nas” – zaglądałem więc często, przyprowadziłem też kilku swoich kolegów. Pracowaliśmy przy wydawaniu pisma, jego pakowaniu i wysyłaniu. Żona „Grzegorza” utrzymywała kontakt z nauczycielstwem z całej Polski. „Grzegorz Wierny” przygotowywał robotę niepodległościową. Jemu zawdzięczam najwięcej z tego ducha.


30 ❧ Życie Ewangelią

Trzeba tu wspomnieć jeszcze jedno nazwisko: rodziny Paciorkowskich. Nosił je jeden z moich kolegów w szkole, byłem korepetytorem jego młodszego brata. Podziwiałem życie, jakie prowadzili, a zwłaszcza ich patriotyzm. Pan Paciorkowski był adwokatem; jego żona, całkowicie oddana rodzinie – osobą bardzo dobrą. Córka ich przebywała w Szwajcarii, wyszła później za Chłopickiego. Starszy syn ukończył szkołę Górskiego i studiował w Petersburgu prawo. Staś Paciorkowski, mój kolega (zginął później w Katyniu), bardzo kochał poezję, to on zapoznał mnie bliżej z Norwidem. Mniej natomiast zawdzięczałem ludziom, u których mieszkałem na stancji przez te cztery lata – rodzinie szewca. Rodzina ta pochodziła z naszej wsi. Pracowało u nich dwudziestu czeladników, ale oni sami byli bezdzietni. Raczej ja coś wnosiłem do tego domu, niż stamtąd czerpałem. Jeżeli mówię o wpływach, które ku mnie szły, to nie mogę pominąć Stanisława Michalskiego. Działacz Kasy Mianowskiego, później – już w Polsce niepodległej – był dyrektorem Funduszu Kultury Narodowej. Zapraszał mnie, chłopca z szóstej czy siódmej klasy, na zebrania, na których jacyś bardzo poważni panowie rozmawiali o równie poważnych sprawach. Skąd wzięła się ta znajomość? Nie mogę sobie przypomnieć, przez kogo go poznałem. Zdaje się, że tak: zarabiając na korepetycjach, dawałem lekcje między innymi Tadziowi Wiszniewskiemu z Mohylewszczyzny. Mieszkał on w Warszawie razem z mamą. Pan Michalski był jej znajomym. Wkrótce uznał mnie za godnego opieki, pomagania. Zaprowadził mnie do biblioteki publicznej, a także do pani, która mnie zaczęła uczyć angielskiego. Zaszczepiał we mnie szacunek do nauki. A ludzie, którzy się u niego zbierali? Ich nazwisk nie znałem, ale z przejęciem słuchałem rozmów tych panów: o Polsce, o Rosji. Tam też poznałem Stefanię Sempołowską. Nastawienie dyskutujących było raczej pozytywistyczne.


I. Spotkanie Dobrej Nowiny ❧ 31

W tym miejscu konieczna jest szersza ingerencja w tok wspomnień księdza Ziei. Kilkunastoletni gimnazjalista o tym nie wiedział, ale zbierający się w domu jego protektora mogli należeć do organizacji 444, znanej też jako Czysta Ręka, której Stanisław Michalski był współzałożycielem. Czołową postacią był w tym kręgu literat i eseista Artur Górski, autor Monsalwatu, a członkowie – zwolennicy Piłsudskiego i Narodowej Demokracji – pracowali nad zbliżeniem obydwu obozów politycznych. Czy zetknięcie z nauką, z pozytywistycznym światopoglądem nie stanowiło zagrożenia dla młodzieńczej wiary? Zdarzały się takie chwile. Któregoś roku w szkole nie poszedłem do spowiedzi wielkanocnej. Zdawało mi się, że jestem człowiekiem niewierzącym. Ale uczucie to było raczej powierzchowne. Myślałem, żeby chemię, fizykę jakoś studiować specjalnie, bo tam się dowiem, czy jest Bóg. Szukałem ciągle; wszystkie filozofie, nie tylko pozytywizm, ale i ateizm brałem dogłębnie. Czytałem, rozważałem z wielką ciekawością. Zachwianie wiary przezwyciężyłem bardzo szybko. Powiedziałem sobie, że nie pójdę do spowiedzi, a jednak poszedłem. Dlaczego? Zobaczyłem, że Komunię Świętą przyjmuje jedna dziewczyna, której udzielałem korepetycji. Bardzo ją lubiłem i ona to czuła. Nie żeby mnie pociągała jako dziewczyna, po prostu widziałem w niej kogoś młodego i bliskiego. „Jak to? Ona przystępuje do Komunii Świętej? To i ja będę chodził!” – bardzo po wierzchu to szło. A od strony filozofii katolickiej? Zainteresował mnie Lamennais. Sprowadziłem sobie teksty. Livre du p­ euple i Paroles d’un croyant, już w szkole czytałem to wszystko. Sięgałem również po inne książki z dziedziny religijnej. W ostatnim roku szkoły kupiłem u Gebethnera i Wolffa dzieło Foerstera Wychowanie człowieka. Bardzo głęboko rzecz postawiona, studiowałem ją nadzwyczaj poważnie. Jak wobec tych poszukiwań wyglądało powołanie do stanu duchownego? Ono jedno nigdy mnie nie odchodziło, nawet w momentach zachwiania wiary.


32 ❧ Życie Ewangelią

Od kiedy? Od momentu kiedy ksiądz Aksamitowski powiedział, że tego chłopca trzeba uczyć na księdza. Matka niezwykle się tym przejęła, ale ojciec... Za nic w świecie. Ojciec nie umiał czytać i to mu nie przeszkadzało. „To nie nasza gospodarka uczyć się” – tak mówił. Nie chciał zupełnie. Kiedy zachorował ciężko, sprowadzono księdza Aksamitowskiego, który mnie wziął ze sobą, abym się mógł pożegnać z ojcem, bo on na pewno umrze. Tata wyspowiadał się, a potem zawołał matkę: „Kostka” – tak do niej mówił. „Kostka, to już uczcie tego chłopca”. I później nie było już żadnych wątpliwości? Co do tego nie było nigdy. Ale ja przecież nie wiedziałem, co to znaczy być księdzem. Dopiero prefekt w szkole dał mi do czytania Ideał kapłana. Zupełnie mi to nie odpowiadało. Dla mnie kapłaństwo to jest to, co w Ewangelii napisano. Szkołę skończyłem w 1915 roku, na ósmej klasie. Z tym że uczyłem się w niej tylko przez trzy miesiące. Zatrzymano mnie na Litwie, gdzie byłem na kondycji. Do domu państwa Szwoynickich na Kowieńszczyźnie jeździłem już w czasie wakacji po klasie szóstej. Przygotowywałem ich syna do egzaminu do gimnazjum. Zdał. Potem, kiedy przeszedłem z siódmej do ósmej, państwo Szwoyniccy zaprosili mnie, abym raz jeszcze do nich przyjechał, już nie jako nauczyciel, ale na wakacje. Spędzałem tam letnie miesiące 1914 roku, kiedy wybuchła wojna. Rodzice chłopczyka zawahali się wtedy; nie chcieli, abym wracał do Warszawy. I zatrzymali mnie jako dobrego korepetytora, który przeprowadzi ich syna dalej. Byłem wtedy świadkiem różnych rzeczy, które się działy. Jakie panowały nastroje; po czyjej stronie opowiadali się Polacy? Dyskusje polityczne – z Rosją czy z Austrią? Legiony Piłsudskiego czy – po odezwie wielkiego księcia Mikołaja – Legion Puławski? Pan Szwoynicki był zdania, że można liczyć na Rosję. Mnie już przez cały okres szkolny prowadziły grupki samokształceniowe, niepodległościowe, miałem kontakt z tajnym harcerstwem, a także z „Petem”. Do obydwu organizacji wciągnął mnie jeden z kolegów, Stefan Kapuściński – w naszym środowisku najbardziej


I. Spotkanie Dobrej Nowiny ❧ 33

nastawiony na robotę społeczną. On był łącznikiem z ruchami młodzieżowymi z Galicji – z Krakowa i ze Lwowa. Czy „Pet” był jakoś powiązany z harcerstwem? Nie, to były osobne organizacje, ale współpracowały ze sobą. Do harcerstwa – skautingu, który działał w naszej szkole bez wiedzy dyrektora, bo był zakazany – należałem już w 1912 roku. Razem z Kapuścińskim, on był komendantem. W kwietniu 1915 roku wróciłem do Warszawy na ostatnie miesiące nauki, aby zdać maturę. Kuratorium – władze szkolne były, rzecz jasna, rosyjskie – nie pozwoliło mi przystąpić do egzaminu, bo zbyt krótko byłem w ósmej klasie. Do szkoły chodziłem aż do końca nauki, ale otrzymałem tylko świadectwo ukończenia siedmiu klas. Czułem się tym bardzo pokrzywdzony. W tym czasie jednak zdecydowany już byłem iść swoją drogą kapłaństwa. Udałem się do warszawskiego seminarium duchownego, gdzie rektorem był ksiądz Gall – późniejszy biskup. Zapytałem, czy mnie przyjmą w takiej sytuacji, że matury nie mogę zdawać, a już jestem po szkole. „I owszem, przyjmiemy – odpowiedzieli. – Nawet na wyższy kurs, jeśli tylko zdasz egzamin z filozofii”. Dopytawszy się, z jakiej książki uczą się filozofii alumni niższego kursu, zacząłem biegać po bibliotekach. Nie znalazłem jednak tego łacińskiego podręcznika. Pojechałem do matki na wieś. „Chcę być księdzem, ale przez ten rok będę tu u nas uczył dzieci w szkole, a z zarobionych pieniędzy pomogę tobie” – moja mama bardzo ciężko pracowała, jak to wdowa, a wszyscy synowie byli poza domem. Ona jednak nie zgodziła się na to: „Synu, dawałam sobie radę sama, to i będę radziła dalej. Bóg mnie nie opuści. Chcesz być księdzem, to idź do seminarium już teraz” – jej słowa były jak ostatnie namaszczenie. Proboszcz z Drzewicy, staruszek, odradził mi jednak Warszawę: „Gdzie tobie w takie mury? Idź do naszego seminarium w Sandomierzu, położone jest w ogrodzie, w pięknych budynkach, warunki klimatyczne są tam lepsze. W Warszawie tylko suchot dostaniesz”. Usłuchałem go. Z walizeczką w ręku pojechałem koleją do Tarnobrzega, później przez most na Wiśle do Sandomierza. Wchodziłem przez ­Opatowską Bramę, już widziałem budynek seminarium duchownego i kościół seminaryjny.


S pis

treści

Jan Andrzej Kłoczowski OP, Kim jest dla mnie ojciec Jan Zieja . . . . . . . . . .  5 Jacek Moskwa, Rozmowy z prorokiem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  9 I. SPOTKANIE DOBREJ NOWINY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  21 II. ŚLADAMI BIEDACZYNY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  49 III. NA POLESIU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  69 IV. WOBEC WOJNY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  115 V. WYZWANIE I ODPOWIEDŹ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  165 VI. KRÓLESTWO BOŻE ROŚNIE W NAS . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  191 Kalendarium . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  223 Noty informacyjne. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  248 Świadectwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  261 Aneks. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  285 Wybrane nauki księdza Jana Ziei . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  287 List księdza Ziei do pacjentki zakładu w Laskach . . . . . . . . . . . . . . . . .  320 Jerzy Turowicz, Kim jest dla nas ojciec Jan . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  323 Andrzej Friszke, Posłowie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 327


Życie Ewangelią. Spisane przez Jacka Moskwę  

Był żywym dowodem na istnienie Boga Kiedyś od pewnego duchownego usłyszał, że „Ewangelią można było żyć w I wieku po Chrystusie, a nie dziś...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you