Page 1

kelly keaton


Rozdział szósty

CRANK MIAŁA RACJĘ . Większość działań i pieniędzy Novem – jeśli

nie wszystkie – skupiało się na odbudowie Dzielnicy Francuskiej albo, jak nazywał ją Sebastian, Vieux Carré. Kiedy wolnym krokiem szliśmy wzdłuż Bourbon Street, widziałam, że budynki zostały wyremontowane, każda szyba w oknie, każda okiennica i każde żelazne ogrodzenie były odnowione. Naprawiono nawet chodniki, które, jak powiedział Sebastian, nazywano tu banquettes. Niczego nie pominięto, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak na dawnych pocztówkach przedstawiających Dzielnicę Francuską. Ta część miasta tętniła życiem. To tutaj zarabiało się pieniądze. Tu przychodzili turyści. Karnawał nadal przyciągał ogromne tłumy. A Mardi Gras właśnie trwał w najlepsze. Rozpoczął się szóstego stycznia. Za kilka tygodni, w lutowy wieczór poprzedzający Tłusty Czwartek, miały go zakończyć największe parady i bale. Tymczasem organizowano bale co weekend, odbywały się lokalne parady, a sprzedawcy handlowali maskami i kostiumami, które rozchodziły się jak świeże bułeczki. 77


K EL LY K E AT ON

W dzielnicy panował gwar. Było to wypełnione energią miejsce z otwartymi szeroko drzwiami barów, antykwariatów, restauracji, klubów i pensjonatów. Ulicami człapały muły ciągnące wózki. Na ruchliwych skrzyżowaniach grali muzycy. Przejeżdżały tędy jedynie nieliczne samochody dostawcze – w dzielnicy obowiązywał zakaz ruchu pojazdów osobowych, „żeby chronić atmosferę i historię”, jak wyjaśnił Sebastian. – To aleja Wudu – powiedział, kiedy skręciliśmy w Dumaine Street. Ulica była barwną mieszanką domów i sklepów sprzedających głównie akcesoria wudu. – Takie miejsca jak to – wskazał mieszczący się na parterze sklep zapełniony małymi woreczkami, zwojami z zaklęciami, relikwiami, figurkami, trójkątnymi szalami i ręcznie robionymi laleczkami – to pułapka na turystów. Kiedy przechodziliśmy obok, ze sklepu wyszła wycieczka z przewodniczką przebraną za królową wudu Marie Laveau. – Gdzie są prawdziwe sklepy? – Zeszłam z chodnika na ulicę, żeby ominąć wycieczkę. Sebastian włożył ręce do kieszeni. – Na zapleczach, w podwórzach, w prywatnych domach, na bagnach... Weszliśmy z powrotem na chodnik i ruszyliśmy wzdłuż długiego szeregu domów po obu stronach ulicy. Zrobiło się trochę ciszej, ale wcale nie mniej kolorowo – domy pomalowano jaskrawymi farbami charakterystycznymi dla stylu karaibskiego. Długie drewniane okiennice były ozdobą otwartych okien, które wpuszczały do środka bryzę znad rzeki. Ale nawet tutaj, w części mieszkaniowej, królowało wudu. Każde drzwi, każdą balustradę i bramę zdobiły koraliki, kwiaty, 78


Z CIEMNOŚCIĄ JE J DO T WARZ Y

świece wotywne, afrykańskie woreczki, ręcznie robione lalki, piękne chusty, świecidełka i podobizny świętych. Sebastian zatrzymał się przed jedną z takich bram. Furtka z kutego żelaza zaskrzypiała, kiedy ją popchnął. Weszliśmy do zimnego tunelu, w którym odgłosy naszych kroków odbijały się od sklepionego sufitu przejścia łączącego wzniesione po obu stronach domy w stylu Indii Zachodnich. Kiedy z ciemności wyszliśmy na zalane jaskrawym słońcem wielkie, otoczone murem podwórze, do oczu napłynęły mi łzy. Z fontanny pośrodku tryskała woda i wszędzie były ptaki – ćwierkały, trzepotały skrzydłami i skakały po drzewach. Z wielkiego bananowca rosnącego w lewym rogu, w głębi podwórza, zwisały chusty i koraliki. – Tędy – cicho powiedział Sebastian. Ruszyłam za nim ceglaną ścieżką ku kamiennej werandzie zrośniętej z parterem domu. Na całej długości parterowej ściany powstawiano drzwi balkonowe. Te pośrodku były otwarte, podparte roślinami w doniczkach i prostą drewnianą rzeźbą przedstawiającą Dziewicę Maryję naturalnej wielkości, z koralikami na szyi. Pomieszczenie wypełniał dym kadzidełek. Drobne cząsteczki kurzu i smużki dymu unosiły się w rozproszonych snopach słonecznego światła. W pokoju pełno było różnych rzeczy. Dziwnych. Starych. Tandetnych. Było ich tak dużo, że nie mogłam się skupić. – Sebastian Lamarliere – powiedział głęboki, śpiewny głos z silnym francuskim akcentem. Zza rogu wyszła postać w zwiewnej szacie z szerokimi rękawami, która muskała jej bose stopy. Ciemna skóra i oczy. Krótko przystrzyżone, siwe kręcone włosy. Dwa wielkie koła 79


K EL LY K E AT ON

w uszach. Jedną dłoń zdobiły pierścionki, a w drugiej tkwił bukiet stokrotek. Zamurowało mnie. Po raz pierwszy w życiu nie byłam w stanie rozpoznać czyjejś płci. Moje spojrzenie ześlizgnęło się na szyję w poszukiwaniu jabłka Adama, ale zakrywała ją kolorowa chusta, której końce spływały na plecy. – Jean Solomon – powiedział z szacunkiem Sebastian. Wymówił to po francusku. We Francji „Jean” jest imieniem męskim. W takim razie to facet. Jean wszedł za długą ladę i wyjął wazon na kwiaty. – To dla Legby – powiedział, wąchając stokrotki, które następnie wstawił do wazonu. Skinął na nas, żebyśmy podeszli bliżej. Jego życzliwe, mądre spojrzenie i łagodny ton trochę mnie uspokoiły. Lekko się uśmiechnęłam, nie wiedząc, co powiedzieć. Upłynęło kilka niezręcznych minut, zanim w końcu odsunął wazon i oparł łokcie na ladzie. – Z jakąż to ciekawą sprawą przychodzisz do mojego sklepu, Bastianie? – Spojrzał na mnie z ukosa, rozbawiony, lecz jednocześnie poważny, czujny i tajemniczy. – Sebastian przyprowadził mnie tu, żeby zapytać, czy umiałby pan zdjąć ze mnie klątwę... starą klątwę. Uniósł brew zdziwiony moimi słowami albo tym, że odpowiedziałam zamiast Sebastiana – trudno było zgadnąć. – Starą, tak? – Oparł brodę na jednej dłoni. – Uroczy tatuaż. Jak się nazywasz, chère? – Ari. – A co ofiarujesz loa w zamian za zdjęcie klątwy, Mademoiselle Ar-iii? 80


Z CIEMNOŚCIĄ JE J DO T WARZ Y

Wiedziałam, że loa to duchy, które przyzywa na pomoc kapłan wudu, a Legba pośredniczy między kapłanem a światem duchów. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nie wzięłam jednak pod uwagę zapłaty. A pieniądze powoli mi się kończyły. – Wiesz co – zaproponował Jean – zobaczymy, co to za klątwa, i loa ci powiedzą, czego chcą za jej zdjęcie, c’est bon? Odetchnęłam z ulgą. – Dzięki. Puścił do mnie oko, co wywołało uśmiech na mojej twarzy i sprawiło, że trochę się odprężyłam. Jesteśmy na dobrej drodze. Jean wyszedł zza lady, zapraszając mnie i Sebastiana do wielkiego kwadratowego pokoju zapełnionego różnymi przedmiotami i krzesłami, ale pustego pośrodku. Na przeciwległej ścianie był szeroki ołtarz upaćkany zakrzepłym woskiem świec i krwią, zastawiony małymi bożkami wudu i podobiznami świętych, jedzeniem i świecidełkami. Zauważyłam też zdjęcie kobiety w turbanie i wielki krucyfiks. U jego podstawy leżał zwinięty żółty wąż. Był mały, ale ja bałam się nawet małych węży. Krew odpłynęła mi z twarzy i poczułam elektryczne mrowienie strachu. Moje ręce i nogi zdrętwiały, a serce zaczęło walić jak jeden z bębnów Sebastiana. Zamarłam i nie byłam w stanie się ruszać. Dystans. Tak, trzymaj się od niego z daleka. – Wszystko w porządku – powiedział Sebastian, wyczuwając moje przerażenie. – Węże pomagają kapłanowi się skupić i połączyć z duchami. – Chodźcie, chodźcie – zachęcał nas Jean. Zamknął drzwi balkonowe, a potem podszedł do ołtarza, uniósł węża i ułożył go sobie na ramionach. Kiedy zapalał świece, końcówka gadziego ogona oplotła mu szyję. 81


K EL LY K E AT ON

Wszystkie włoski na moim karku stanęły dęba. Jean odwrócił się i zrobił dwa kroki w naszą stronę. Wiedziałam, że po trzecim ucieknę. Nie byłam w stanie tego kontrolować. Wąż gapił się prosto na mnie. Jean zatrzymał się jednak, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. – Legba – szepnął w nabożnym skupieniu, unosząc dłonie, żeby pogłaskać węża. – Papa Legba, otwórz przede mną bramę, abym mógł wejść. Kiedy wrócę, oddam cześć loa. Papa Legba ouvri baye-a pou mwen, pou mwen pase. Le ma tounen, ma salyie lwa yo. Papa Legba ouvri baye-a pou mwen, pou mwen pase. Le ma tounen, ma salyie lwa yo. Jean w kółko powtarzał zaklęcie, aż zaczęło przypominać piosenkę. Mówił coraz szybciej. Kołysał się, nucąc, i wprowadzał się w stan przypominający głęboki trans. Wąż poruszał się w przód i w tył razem z Jeanem, balansując na swój przerażający gadzi sposób, ale nawet na chwilę nie spuszczał mnie z oka. Ja i Sebastian też zaczęliśmy się kołysać. Nagle Jean zastygł i stanął jak wryty. Omal nie wyskoczyłam ze skóry. Minęło sześć sekund. Liczyłam je, próbując uspokoić rozpędzony puls, ale nic to nie dało. Jean powoli otworzył oczy, które wyglądały jednak inaczej niż przed chwilą. Były zamglone. Uśmiechnął się i powiedział kilka niezrozumiałych słów, patrząc na nas albo na wskroś nas – nie byłam pewna. – Czego szukasz? Głośno przełknęłam ślinę, zerkając na Sebastiana. Wyglądał na równie przestraszonego jak ja i był trochę bledszy niż zwykle. Powoli zaczerpnęłam tchu, żeby się uspokoić. Zauważyłam, 82


Z CIEMNOŚCIĄ JE J DO T WARZ Y

że Jean odchylił głowę do tyłu i utkwił wzrok w wentylatorze pod sufitem. – Eee... – Odchrząknęłam. – Szukam sposobu, który pozwoli zdjąć ze mnie klątwę. Poruszył się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy wyprostował głowę i przeniósł wzrok. Za szybko jak na człowieka. Jeszcze przed chwilą jego oczy wpatrywały się w sufit, a teraz patrzyły prosto na mnie. Zamarłam. Wąż uniósł łeb i odsunął się od ramienia Jeana. Gapił się na mnie. A potem rozpętało się piekło. Jean albo Papa Legba – kimkolwiek teraz był – wrzasnął i zaczął podskakiwać, jakby ktoś podłożył pod nim ogień. Wąż upadł na podłogę i wpełzł pod ołtarz, odwracając łeb, żeby na mnie syknąć. Wybuchła zaciekła kłótnia między Papą Legbą a Jeanem Solomonem. Ta sama osoba, dwa różne głosy. Powoli zaczęłam się wycofywać, chwytając kawałki zdań wypowiadanych łamaną angielszczyzną, po francusku i w innych językach. Sebastian złapał mnie za rękę, a Jean mruknął pod nosem: – Ona nie może skrzywdzić... – I nagle wrzasnął: – Uaa! Legba się nie boi! – Rozejrzał się i podbiegł do mnie, wyciągnął szyję i zbliżył twarz do mojej. Nie byłam w stanie się poruszyć. – MNIE NIE PRZESTRASZYSZ! Żyły na głowie Jeana Solomona nabrzmiały. Jego twarz trzęsła się z gniewu. Potem się wyprostował i pomaszerował z powrotem do ołtarza, dziko gestykulując. – Hańba, hańba, hańba! Po chwili spokojny głos Jeana: 83


K EL LY K E AT ON

– Ciii. Ciii. Ciii... I niezrozumiałe, kojące mamrotanie, kiedy Jean próbował ugłaskać rozzłoszczonego ducha. Kolejne słowa pełne złości. A potem Jean Solomon zgiął się wpół i zapadła cisza przerywana jedynie dudnieniem krwi w moich uszach i śpiewem ptaków na zewnątrz, które na nowo rozpoczęły swoje trele. Moje ciało pokryła gęsia skórka. Brutalnie ściskałam rękę Sebastiana, ale nie cofał dłoni. Prawdę mówiąc, ściskał mnie równie mocno, jak ja jego. Jean się wyprostował. Kiedy do nas podszedł, wyglądał na zmieszanego, zakłopotanego i trochę przestraszonego. – Musicie już iść – powiedział. Jego głos stał się bardziej kobiecy i zmęczony. – Ale... – Przykro mi, panno Ari, ale loa pani nie pomogą. Poczułam rozpaczliwy skurcz żołądka. – Niech pan posłucha, mogę zapłacić. Zdobędę pieniądze. Proszę, muszę się czegoś dowiedzieć. Czegokolwiek. Co on powiedział? Jean popchnął nas w stronę drzwi balkonowych i nacisnął klamkę, żeby się otworzyły. Wykonał gest w stronę podwórza. – Proszę, idźcie już. Zawahałam się, ale Sebastian pociągnął mnie za sobą. Jean stał ze spuszczoną głową, lecz gdy tylko znaleźliśmy się na podwórzu, ze zdziwieniem zobaczyłam, że wyszedł za nami i cicho zamknął za sobą drzwi. Mówił ściszonym głosem. Najwidoczniej nie chciał, żeby ktoś usłyszał. 84


Z CIEMNOŚCIĄ JE J DO T WARZ Y

– Zhańbiłem moje loa twoją obecnością przed ołtarzem. To moja wina, bo nie dostrzegłem, kim naprawdę jesteś, póki nie połączyłem się z Legbą. Nie wolno ci tutaj przychodzić. – Dlaczego? O czym pan mówi? – Zacisnęłam dłonie w pięści. Miałam ochotę krzyczeć z wściekłości. – Co jest ze mną nie tak, do cholery? W jego oczach błysnął smutek. – Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiesz. A potem się odwrócił i pokręcił głową. – Proszę, Jean – powiedziałam błagalnym tonem. Ten człowiek widział moją klątwę. Wiedział, czym jest, był jedyną osobą, która to wiedziała. – Potrzebuję pomocy. Jezu Chryste, nienawidziłam błagać. Nienawidziłam tak bardzo, że poczułam ucisk i gorycz w piersi. Jean westchnął, a potem znowu pokręcił głową, jakby zamierzał zrobić coś, czego nie powinien. Odwrócił się od drzwi. – Chcesz poznać przeszłość, chcesz się dowiedzieć, jaka klątwa na tobie ciąży? Zetrzyj kość Alice Cromley na proch, na pył lekki jak kurz, a wtedy się dowiesz. Te kości opowiedzą ci całą historię. Bastian wie, prawda? Sebastian pokiwał głową, co chyba ucieszyło Jeana. – Powodzenia, chère. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Odwróciłam się do Sebastiana. – Proszę, powiedz, że on żartował. Sebastian wziął mnie za ramię i z powrotem poprowadził przejściem. – Niestety, Jean mówił śmiertelnie poważnie. Pieprzone dziwolągi. 85


K EL LY K E AT ON

Wyrwałam ramię z jego uścisku i pomaszerowałam tunelem z powrotem na Dumaine Street. Nie oglądając się na Sebastiana, wypadłam na ulicę, trzasnęłam furtką i ruszyłam na południe. Chciałam jedynie odrobiny normalności w swoim życiu. Tylko tyle! Dlaczego tak cholernie trudno było ją znaleźć? Dlaczego? Łzy szczypały mnie w oczy – głupie, palące łzy, które otarłam grzbietem dłoni. W mojej piersi wzbierał krzyk, napierał na serce i żebra, sprawiał mi piekielny ból. Wzięłam głęboki wdech i... Oślepił mnie jaskrawy błysk. Grot potwornego bólu przeszył mi mózg, wywołując krzyk. Złapałam się za głowę i padłam na kolana na środku ulicy. Zgięłam się wpół, wbijając łokcie w bruk, i zaczęłam ciągnąć się za włosy, bo ból zalał każdy zakątek mojej czaszki, a potem wrócił, żeby dalej siać zniszczenie. Krzyknęłam jeszcze raz, czując, jak fale cierpienia przelewają mi się przez głowę. Nie mogłam tego wytrzymać... nie mogłam wytrzymać. Czyjeś dłonie zacisnęły się na moich ramionach i podniosły mnie z ziemi. Otworzyłam oczy, ale nic nie widziałam, ból mnie oślepił. Mój mokry policzek ocierał się o jakiś materiał. O koszulę Sebastiana. Ten zapach. Ten głos. Mówił coś, ale nie rozumiałam słów. Jego usta i ciepły oddech były tuż przy mojej skroni. Szeptał. Przytuliłam się do niego, szukając otuchy, pocieszenia, ucieczki od bólu, który nie ustawał. Każdy krok Sebastiana wibrował w mojej głowie. I wtedy, dzięki Bogu, ból ustał. Sebastian mocno mnie trzymał, leżałam na jego rękach z odchyloną do tyłu głową. Przywarłam do niego, zaciskając powieki, odgradzając się od świata. Ale nie sama. Tym razem na szczęście nie sama.


{Piękno naznaczone złem… Miłość naznaczona klątwą…} Najdroższa, piękna Ari, jeśli czytasz ten list, to znaczy, że mnie znalazłaś. Miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Przepraszam, że Cię porzuciłam. Wiem, że to słabo zabrzmi, ale nie było innego wyjścia. Wkrótce zrozumiesz dlaczego i za to też Cię przepraszam. Zakładam, że dostałaś to pudełko w Rocquemore, więc teraz musisz uciekać. Trzymaj się z dala od Nowego Orleanu i od tych, którzy mogą Cię rozpoznać. Tak bym chciała móc Cię uratować. Serce mi pęka na myśl, że staniesz w obliczu tego, co sama przeżyłam. Bardzo Cię kocham, Ari. I przepraszam. Przepraszam Cię za wszystko. Nie jestem stuknięta. Zaufaj mi. Proszę, córeczko, UCIEKAJ. Mama

Ari jest wściekła, zbuntowana i za wszelką cenę chce przezwyciężyć klątwę. W tym celu musi pojechać do Nowego Orleanu. Miasta, gdzie czekają na nią niebezpieczne przygody i równie niebezpieczna miłość. Miasta, do którego lepiej się nie zbliżać... Miasta, które po gigantycznej katastrofie jest pełne odmieńców, wampirów, czarodziejów, hybryd. Na ich tle Ari wydaje się zwykłą dziewczyną, a jednak to właśnie ona wzbudza największy lęk…

ISBN 978-83-240-1533-7 Cena detal. 29,90 zł


Z ciemnością jej do twarzy  

Kelly Keaton: Z ciemnością jej do twarzy

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you