Issuu on Google+

Bohaterowie Vargasa Llosy żyją w świecie, który jest wyzwaniem rzuconym życiu, przeznaczeniu i społeczeństwu. Niewinna rzecz może się przerodzić w niebezpieczną grę. A przegrana może oznaczać utratę wszystkiego. Wyzwanie i Szczeniaki to też wyzwanie rzucone czytelnikowi. Mała forma, mistrzowsko poprowadzona przez Llosę, również dla niego staje się polem walki. Głównym motywem jest tutaj przemoc. Tylko świadoma siebie siła, przewodzenie gromadzie, panowanie nad kobietą, nienaruszony honor własny lub honor bliskich mogą w pełni usatysfakcjonować mężczyznę. A jeśli znajdzie się coś, co zachwieje status quo, należy natychmiast podjąć walkę. Walkę na śmierć i życie.

Vargas Llosa

Czym jest honor dla macho? Czasami ma posmak śmierci. Zwyciężasz albo giniesz.

Wyzwanie. Szczeniaki

Mario Vargas Llosa (ur. w 1936 roku w Peru), laureat literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. Autor wielu powieści (m.in. Szelmostw niegrzecznej dziewczynki, Miasta i psów, Pochwały macochy, Ciotki Julii i skryby, Rozmowy w „Katedrze”, Wojny końca świata), publicysta i polityk, kandydat do fotela prezydenta Peru w 1990 roku. W Wydawnictwie Znak ukazały się niedawno jego wspomnienia pt. Jak ryba w wodzie.

Mario

VargasLlosa

Wyzwanie.

Szczeniaki

Cena detal. 29,90 zł ISBN 978-83-240-1394-4

9 788324 0 13944

LLOSA_SZCZENIAKI_okladka.indd 1

www.mariovargasllosa.pl

2011-01-13 14:53:07


przekïad Andrzej Nowak

Carlos Marrodán Casas

Wydawnictwo Znak . Kraków 2011


I Javier poderwał się błyskawicznie: – Gwizdek! – krzyknął, już stojąc. Napięcie przełamywało się gwałtownie, jakby nagle nastąpił wybuch. Wszyscy zerwaliśmy się na nogi: doktor Abásalo miał usta otwarte. Czerwieniał, zaciskał pięści. Kiedy przyszedł już do siebie, podniósł rękę i wydawało się, że zaraz założy gadkę, gwizdek odezwał się naprawdę. Wybiegliśmy z łomotem, oszaleli, podekscytowani kruczym krakaniem Amayi, który chodził, potrącając teczki. Podwórko trzęsło się od krzyków. Ci z trzeciej i czwartej wyszli wcześniej, utworzyli wielki krąg, który falował w obłokach kurzu. Prawie równocześnie z nami wkroczyli ci z pierwszej i drugiej; wnieśli nowe, pełne agresji okrzyki, nową nienawiść. Krąg wzrastał. Oburzenie poruszyło całą Średnią (Podstawówka miała swoje małe podwórko z niebieskimi kafelkami w przeciwnym skrzydle budynku). – Góral chce nam dać w dupę. – Jasne. Szlag by go trafił. Nikt nie mówił o końcowych egzaminach. Błysk źrenic, podniesione głosy, rozróba, wskazywały, że nadeszła chwila, by stawić 9


czoło dyrektorowi. I nagle zrezygnowałem z powstrzymywania się za wszelką cenę i zacząłem gorączkowo przebiegać od grupy do grupy: „Daje nam po kulach, a my będziemy cicho?”, „Trzeba coś zrobić!”, „Trzeba z nim coś zrobić!”. Czyjaś żelazna ręka wyciągnęła mnie ze środka kręgu. – Ty nie – powiedział Javier. – Ty się w to nie pchaj. Wywalą cię. Dobrze o tym wiesz. – Teraz już mi wszystko jedno. Zapłaci mi za wszystko. To dla mnie jedyna okazja, nie widzisz? Zróbmy coś, niech się ustawią. Po cichu podawaliśmy przez podwórko, od ucha do ucha: „Stańcie w szeregu!”, „Ustawić się, szybko!”. –  Stajemy w  szeregach! – głośny wrzask Raygady zadrżał w dusznej atmosferze poranka. Wielu wydzierało się chórem: – Do szeregu! Do szeregu! Wtedy przyszli inspektorzy Gallardo i Romero; byli zaskoczeni, że gwar nagle osłabł, a szeregi uformowały się, zanim przerwa dobiegła końca. Stali oparci o ścianę obok pokoju nauczycielskiego, naprzeciw nas, i przyglądali się nam nerwowo. Potem spojrzeli po sobie. Przy drzwiach pojawiło się paru profesorów; oni też byli zdziwieni. Inspektor Gallardo zbliżył się. – Słuchajcie! – krzyknął wytrącony z równowagi. – Dotychczas jeszcze... – Zamknij się – odpowiedział mu ktoś z tyłu. – Zamknij się, Gallardo, ty gnoju! Gallardo zbladł. Wielkimi krokami, z groźną miną, natarł na szeregi. Za jego plecami paru krzyczało: „Gallardo! Gnojek!”. – Chodźmy – powiedziałem. – Obejdziemy podwórko. Najpierw ci z piątej. 10


Zaczęliśmy maszerować. Waliliśmy z całej siły obcasami, aż do bólu stóp. Po drugim okrążeniu – tworzyliśmy już idealny czworobok, dopasowany do wymiarów podwórka – Javier, Raygada, León i ja zaczęliśmy: – Ter-mi-ny, ter-mi-ny, ter-mi-ny... Wszyscy dołączyli się do chóru. – Głośniej! – wtrącił się glos kogoś, kogo nienawidziłem: Lu. – Krzyczcie! Wrzaski natychmiast wzrosły, aż ogłuszały. – Ter-mi-ny, ter-mi-ny, ter-mi-ny... Profesorowie usunęli się przezornie, zamykając za sobą drzwi sali. Podczas gdy ci z piątej przechodzili obok Teobalda, który w kącie sprzedawał na desce owoce, ten powiedział coś, czego nie dosłyszeliśmy. Wymachiwał rękami, jakby nas dopingował. „Świnia”, pomyślałem. Krzyki przybierały na sile. Ale ani rytm marszu, ani też bodźce wrzasków nie wystarczały, by ukryć fakt, że byliśmy wystraszeni. To oczekiwanie było dręczące. Dlaczego zwlekał z wyjściem? Zachowując pozory odwagi, powtarzaliśmy swoje, jednakże już jedni zaczynali spoglądać na drugich, a od czasu do czasu rozlegały się ostre wymuszone śmiechy. „Nie powinienem myśleć o niczym”, powtarzałem sobie. „Nie teraz”. Krzyczałem już z trudem: byłem zachrypnięty i piekło mnie w gardle. Nagle, niemalże bezwiednie, spojrzałem w niebo: śledziłem sępa, który szybował łagodnie nad szkołą, pod czystym i głębokim sklepieniem błękitu, oświetlanym z boku przez żółty krąg jak gdyby znamię. Opuściłem gwałtownie głowę. Mały i posiniały Ferrufino pojawił się w końcu korytarza wychodzącego na dziedziniec rekreacyjny. Krótkie, koślawe jak u kaczki kroki, które niosły go ku nam, przerwały nachalnie ciszę, jaka zapadła znienacka, zaskakując mnie. (Otwierają się drzwi pokoju 11


nauczycielskiego: pojawia się mała komiczna twarz. Estrada chce nas szpiegować; o kilka kroków dalej widzi dyrektora, cofa się pospiesznie; jego dziecinna ręka zamyka drzwi). Ferrufino stał na wprost nas, wybałuszonymi oczami przebiegał grupki oniemiałych uczniów. Szeregi kruszyły się: jedni pobiegli do ustępów, inni znów otoczyli rozpaczliwie stragan Teobalda. Javier, Raygada, León i ja staliśmy bez ruchu. – Nie bać się – powiedziałem, ale nikt mnie nie słyszał, bo w tej samej chwili odezwał się dyrektor: – Niech pan da sygnał gwizdkiem, Gallardo. Szeregi ustawiły się znowu, tym razem powoli. Upał nie był jeszcze zbyt wielki, ale już odczuwaliśmy jakąś ospałość, coś w rodzaju znudzenia. „Zmęczyli się, mruknął Javier, niedobrze”. I ostrzegł ze złością: – Tylko ostrożnie z gadaniem! Inni rozesłali ostrzeżenie. –  No nie – powiedziałem. – Zaczekaj. Zaraz ich poniesie, niech tylko Ferrufino przemówi. Upłynęło parę sekund podejrzanie brzemiennej ciszy, zanim – jeden po drugim – unieśliśmy wzrok na tego człowieczka w szarym ubraniu. Stał z rękami splecionymi na brzuchu, nogi razem, nieruchomy. – Nie chcę wiedzieć, kto był prowodyrem tego zamieszania – wyrecytował. Aktor: ten łagodny i urywany ton, te niemal serdeczne słowa i cały ten jego styl bycia posągu wypełniała staranna afektacja. Czyżby ćwiczył to sam, w swoim gabinecie? – Czyny takie jak ten przynoszą hańbę wam, szkole, a także i mnie. Okazywałem wiele cierpliwości, nazbyt wiele, słuchajcie, co mówię, a sprawca tego całego bałaganu też, ale to już przekracza wszelkie granice... Ja czy Lu? Jakiś nieskończenie długi i zachłanny jęzor ognia lizał mi plecy, mój kark, moje policzki, w miarę jak spojrzenia całej 12


Średniej krążyły wokół, póki nie spoczęły na mnie. Czy Lu też patrzył? Czy był zazdrosny? Czy kojoty też na mnie patrzyli? Z tyłu ktoś dwukrotnie klepnął mnie w ramię, aby dodać odwagi. Dyrektor mówił długo o Bogu, o dyscyplinie i o najwyższych wartościach duchowych. Powiedział, że drzwi dyrekcji zawsze stały otworem i że naprawdę odważni powinni wystąpić z odsłoniętą twarzą. – Z odsłoniętą twarzą – powtórzył; teraz to on rządził – to znaczy przedstawić całą sprawę wprost, zwrócić się do mnie. – Nie zgrywaj idioty! – powiedziałem szybko. – Nie zgrywaj idioty! Ale Raygada już uniósł rękę i  zarazem zrobił krok w  lewo, opuszczając szereg. Jakiś uśmiech satysfakcji przemknął przez wargi Ferrufina i natychmiast zniknął. – Słucham, Raygada – powiedział. W miarę jak Raygada mówił, własne słowa dodawały mu odwagi. Doszedł nawet do tego, że w pewnej chwili zaczął dramatycznie wymachiwać rękami. Twierdził, że nie jesteśmy źli, że kochamy szkołę i naszych nauczycieli; przypomniał, że młodzież jest niekiedy popędliwa. W imieniu wszystkich prosił o przebaczenie. Potem zająknął się, ale ciągnął dalej: – Panie dyrektorze, prosimy, aby pan ustalił terminarz egzaminów tak jak w poprzednich latach... – umilkł przestraszony. –  Niech pan odnotuje, Gallardo – powiedział Ferrufino. – Uczeń Raygada będzie przez cały następny tydzień przychodził uczyć się aż do dziewiątej wieczorem – zrobił przerwę. – Sprawa zostanie odnotowana w papierach: za bunt przeciwko decyzjom pedagogicznym. – Panie dyrektorze... – Raygada pobladł. – Myślę, że słusznie – szepnął Javier. – Za głupotę.


II Promień słońca przeniknął przez brudne okienko; zaczął pieścić moje czoło i moje oczy, napełniać mnie spokojem. A jednak w sercu czułem jakieś poruszenie, a chwilami coś mnie dławiło. Do wyjścia brakowało jeszcze pół godziny; zniecierpliwienie chłopaków cokolwiek opadło. Czy można jeszcze na nich liczyć po tym wszystkim? – Siadaj, Montes – powiedział profesor Zambrano. – Jesteś osioł. – Nikt w to nie wątpi – potwierdził u mojego boku Javier. – To osioł. Czy hasło dotarło do wszystkich klas? Nie chciałem znów zadręczać mózgu pesymistycznymi przypuszczeniami, ale przez cały czas spoglądałem na Lu, o parę metrów od mojej ławki i czułem niepokój i zwątpienie, bo wiedziałem, że tak naprawdę nie wchodzi tu w grę terminarz egzaminów czy nawet kwestia honoru, lecz osobista zemsta. Bo jakże przepuścić taką szczęśliwą okazję i nie zaatakować wroga, który opuścił gardę? – Trzymaj – powiedział ktoś obok mnie. – To od Lu. Zgadzam się przejąć dowództwo z tobą i z Raygadą. Lu podpisał dwa razy. Pośród jego podpisów niczym mały gryzmoł widniał 14


błyszczący jeszcze od atramentu znak, który wszyscy szanowaliśmy: duże C zamknięte w czarnym kółku. Spojrzałem na niego: usta i czoło miał wąskie; oczy były ukośne, skóra na policzkach zapadła, a szczęka wysunięta i mocna. Przyglądał mi się z powagą: być może myślał, że sytuacja wymaga serdecznego podejścia. Odpowiedziałem na tej samej kartce: I z Javierem. Przeczytał bez większego wrażenia i kiwnął twierdząco głową. – Javier – powiedziałem. – Już wiem – odpowiedział. – Gra. Dostarczymy mu miłych chwil. Dyrektorowi czy Lu? Chciałem go o to zapytać, ale przeszkodził mi gwizdek oznajmiający koniec. Natychmiast nad naszymi głowami rozpętały się wrzaski zmieszane z hałasem porywanych teczek. Ktoś – może Córdoba? – gwizdał na cały głos, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę. – Już wiecie? – powiedział w szeregu Raygarda. – Na Malecón. – Też wiadomość! – wykrzyknął ktoś. – Nawet Ferrufino już o tym wie. Wyszliśmy tylną bramą w jakiś kwadrans po Podstawówce. Inni już to zrobili i większość uczniów zatrzymała się na jezdni, tworząc niewielkie grupki. Dyskutowali, żartowali, popychali się. – Żeby mi tu żaden nie został – powiedziałem. – Do mnie, kojoty! – wrzasnął z dumą Lu. Otoczyło go ze dwudziestu. – Na Malecón – rozkazał. – Wszyscy na Malecón. Marsz zamykaliśmy my z piątej, ujęci pod ręce, w linii łączącej oba chodniki, zmuszając szturchańcami mniej entuzjastycznie nastrojonych, aby przyspieszyli kroku. Jakiś ciepły powiew, który nie był w stanie poruszyć uschłych algarrobos ani naszych włosów, przenosił z jednej strony na drugą 15


piasek pokrywający tu i ówdzie spaloną słońcem powierzchnię bulwaru. Dopisali. Przed nami – Lu, Javierem, Raygadą i mną, stojącymi plecami do balustrady i niekończących się piasków, które zaczynały się na przeciwnym brzegu koryta – od jednej przecznicy pod drugą rozciągał się zwarty tłum. Zachowywali spokój, choć czasem gdzieniegdzie rozlegały się zgrzytliwe okrzyki. – Kto przemówi? – zapytał Javier. – Ja – podsunął Lu, gotów wskoczyć na balustradę. – Nie – powiedziałem. – Mów ty, Javier. Lu zatrzymał się, spojrzał na mnie, ale nie był urażony. – Dobra – powiedział. I dodał, wzruszając ramionami: – Niech będzie! Javier wspiął się. Jedną ręką wsparł się o krzywe i uschłe drzewo, drugą oparł na moim karku. Pomiędzy jego nogami, wstrząsanymi lekkim drżeniem, które ustawało w miarę, jak ton jego głosu nabierał energii i przekonującej mocy, widziałem suche, rozpalone łożysko rzeki i myślałem o Lu i kojotach. Wystarczyła ledwie sekunda, aby wysunął się na pierwsze miejsce; on rozkazywał i podziwiali go, jego, pożółkłego szczura, który nie dalej jak sześć miesięcy temu błagał o moją zgodę, żeby móc należeć do paczki. Jakiś nieskończenie drobny moment nieuwagi, a potem krew płynąca obficie z mojej twarzy i szyi; i moje ręce i nogi, znieruchomiałe w księżycowej jasności, niezdolne już do odpierania jego pięści. – Pokonałem cię – powiedział, dysząc. – Teraz ja jestem szefem. Tak to załatwimy. Żaden z cieni rozpostartych kręgiem na miękkim piasku nie poruszył się. Tylko ropuchy i świerszcze odpowiedziały Lu, który mi ubliżał. Leżąc nadal na rozgrzanym podłożu, zdołałem krzyknąć: – Odchodzę z paczki. Założę inną, dużo lepszą. 16


Ale zarówno ja, Lu, jak i kojoty, którzy nadal trwali przyczajeni w mroku, wiedzieliśmy, że to nie była prawda. – Ja też odchodzę – powiedział Javier. Pomógł mi wstać. Wróciliśmy do miasta i kiedy przemierzaliśmy puste ulice, chustką Javiera ocierałem sobie twarz z krwi i łez. – Mów teraz ty – powiedział Javier. Schodził w dół i niektórzy go oklaskiwali. – Dobra – odpowiedziałem i wspiąłem się na balustradę. Ani ściany w głębi, ani też postacie moich kolegów nie rzucały cienia. Miałem wilgotne dłonie i myślałem, że to nerwy, ale to tylko z powodu upału. Słońce stało pośrodku nieba; dławiło nas. Oczy moich towarzyszy nie osiągały moich: widzieli ziemię i moje kolana. Milczeli. Słońce chroniło mnie. – Zażądamy od dyrektora, żeby ustalił terminy egzaminów tak samo jak za poprzednich lat. Raygada, Javier, Lu i ja utworzymy Komisję. Cała Średnia się zgadza, co? Większość potwierdziła skinieniem głowy. Paru wrzasnęło: „tak”. – Zrobimy to zaraz – powiedziałem. – Wy zaczekacie na nas na placu Merino. Poszliśmy. Główna brama szkoły była zamknięta. Pukaliśmy mocno; za plecami słyszeliśmy rosnący szum. Otworzył nam inspektor Gallardo. – Zwariowaliście? – powiedział. – Nie róbcie tego. – Niech się pan nie miesza – przerwał mu Lu. – Myśli pan, że ten Góral nas zastraszy? – Wejdźcie – powiedział Gallardo. – Sami zobaczycie.


III Jego oczki obserwowały nas uważnie. Chciał okazać spokój i beztroskę, ale nie zapominaliśmy, że jego uśmiech był wymuszony i że w głębi tego tłustego ciała czaił się lęk i nienawiść. Marszczył i rozluźniał czoło, pot spływał strumieniami z jego małych posiniałych dłoni. Drżał. – Czy wiecie, co to jest? To jest bunt, rebelia. Myślicie, że ulegnę zachciankom paru nierobów? Zgniotę bezczelność... Unosił i zniżał głos. Zauważyłem, że za wszelką cenę stara się nie krzyczeć. „Dlaczego nie wybuchniesz od razu? Ty tchórzu!” Wstał. Jakaś szara plama opływała jego dłonie wsparte o szkło biurka. Nagle jego głos nabrał siły i stał się surowy: – Precz! Jak który jeszcze raz wspomni o egzaminach, zostanie ukarany. Zanim Javier i ja zdołaliśmy wykonać jakikolwiek gest, objawił się prawdziwy Lu, ten od nocnych skoków na biedne chałupy w Tablada, ten od bijatyk z „Lisami” na wydmach. – Panie dyrektorze... 18


Nie spojrzałem więcej na niego. Jego skośne oczy miotały ogień i gwałt, tak samo jak wtedy, gdy biliśmy się w suchym korycie rzeki. Pewnie i teraz miał szeroko otwarte, pełne śliny usta i odsłaniał żółte zęby. – My też nie możemy dopuścić, żeby wywalili nas wszystkich, dlatego że pan nie chce stałych terminów. I co to panu da, że wszyscy będziemy mieć słabe oceny? No co...? Ferrufino zbliżył się. Niemal dotykał go swoim ciałem. Lu, blady, wystraszony, mówił dalej: – ... jesteśmy już zmęczeni... – Milcz! Dyrektor uniósł ręce, jego pięści zacisnęły się wokół czegoś. – Milcz! – powtórzył ze złością. – Zamknij pysk, bydlaku! Jak śmiesz! Lu zamilkł, ale patrzył na Ferrufina takim wzrokiem, jakby chciał mu znienacka skoczyć na kark. „Obaj tacy sami, pomyślałem. Jak dwa psy”. – A więc nauczyłeś się od tego. Jego palec celował w moje czoło. Przygryzłem wargę: nagle poczułem, że po języku cieknie mi gorąca niteczka, i to mnie uspokoiło. – Precz! – krzyknął znowu. – Precz stąd! To was będzie kosztowało. Wyszliśmy. Aż po skraj schodów, które łączyły szkołę San Miguel z placem Merino, rozciągał się nieruchomy i wyczekujący tłum. Nasi koledzy wtargnęli na małe klomby i fontannę; byli milczący i przygnębieni. Dziwna rzecz: wśród jasnej i statycznej plamy ukazywały się niewielkie białe prostokąty, których nikt nie deptał. Głowy wydawały się takie same, jednakowe jak w szeregu przed defiladą. Przeszliśmy przez plac. Nikt nas o nic nie pytał: 19


usuwali się na bok, robiąc nam przejście i zagryzali wargi. Dopóki szliśmy przez aleję, stali na swoim miejscu. Potem, jakby idąc za hasłem, którego nikt nie rzucił, ruszyli za nami; bezładnym krokiem, niczym na zajęcia. Beton wrzał: wydawał się być topionym przez słońce lustrem. „Czy to możliwe?” Pewnego gorącego i odludnego wieczoru opowiadano mi o tym, na tej właśnie alei, i nie wierzyłem. Ale w gazetach piszą, że słońce na jakichś odległych pustkowiach doprowadzało ludzi do szału, a czasem zabijało. – Javier – zapytałem. – Widziałeś kiedy, żeby jajko samo smażyło się na jezdni? Zdziwiony pokręcił głową. – Nie. Ale mi mówili. – A to prawda? – Może. Można by teraz sprawdzić. Ziemia rozpalona, istny piec. W drzwiach „La Reina” ukazał się Alberto. Jego blond włosy lśniły wspaniale: wyglądały jak ze złota. Serdecznie pomachał nam prawą ręką. Miał szeroko otwarte ogromne zielone oczy i uśmiechał się. Pewnie był ciekaw i chciał się dowiedzieć, dokąd zmierza w tym wściekłym upale zwarty i milczący tłum. – Przyjdziesz potem? – krzyknął do mnie. – Nie mogę, Zobaczymy się wieczorem. – Idiota – powiedział Javier. – Kawał ochlapusa. – Nie – uparłem się. – To mój przyjaciel. Bardzo fajny chłopak.


Spis tr eści

WYZWANIE szefowie i ii iii iv v

7

9 14 18 21 24

wyzwanie 35 młodszy brat 53 niedziela 71 gość 97 dziadek 109 SZCZENIAKI I II III IV V VI

123 130 138 147 157 163


Bohaterowie Vargasa Llosy żyją w świecie, który jest wyzwaniem rzuconym życiu, przeznaczeniu i społeczeństwu. Niewinna rzecz może się przerodzić w niebezpieczną grę. A przegrana może oznaczać utratę wszystkiego. Wyzwanie i Szczeniaki to też wyzwanie rzucone czytelnikowi. Mała forma, mistrzowsko poprowadzona przez Llosę, również dla niego staje się polem walki. Głównym motywem jest tutaj przemoc. Tylko świadoma siebie siła, przewodzenie gromadzie, panowanie nad kobietą, nienaruszony honor własny lub honor bliskich mogą w pełni usatysfakcjonować mężczyznę. A jeśli znajdzie się coś, co zachwieje status quo, należy natychmiast podjąć walkę. Walkę na śmierć i życie.

Vargas Llosa

Czym jest honor dla macho? Czasami ma posmak śmierci. Zwyciężasz albo giniesz.

Wyzwanie. Szczeniaki

Mario Vargas Llosa (ur. w 1936 roku w Peru), laureat literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. Autor wielu powieści (m.in. Szelmostw niegrzecznej dziewczynki, Miasta i psów, Pochwały macochy, Ciotki Julii i skryby, Rozmowy w „Katedrze”, Wojny końca świata), publicysta i polityk, kandydat do fotela prezydenta Peru w 1990 roku. W Wydawnictwie Znak ukazały się niedawno jego wspomnienia pt. Jak ryba w wodzie.

Mario

VargasLlosa

Wyzwanie.

Szczeniaki

Cena detal. 29,90 zł ISBN 978-83-240-1394-4

9 788324 0 13944

LLOSA_SZCZENIAKI_okladka.indd 1

www.mariovargasllosa.pl

2011-01-13 14:53:07


Wyzwanie/ Szczeniaki