Issuu on Google+

Trzy

żywoty

świętych

Eduardo

Mendoza


Eduardo

Mendoza

Trzyżywoty

świętych tłumaczenie Marzena Chrobak

Kraków 2011


Wieloryb


– No dobrze, ale czy można wiedzieć, kiedy w końcu przyjdzie biskup Kwiczok? – zapytał stryj Víctor. Ciotka Conchita spiorunowała go wzrokiem i powiedziała, żeby łaskawie zechciał, jeśli już nie czuje ani krzty respektu wobec religii, uszanować przynajmniej wrażliwość wierzących; ledwie jednak wymówiła te słowa, przygryzła górną wargę, podniosła się z rogu sofy, w którym zasiadała podczas spotkań rodzinnych, i przeszła z jednego końca salonu na drugi, by ukryć zdenerwowanie, gdyż choć przez całe życie uważała stryja Víctora za głupca i niedojdę, od pewnego momentu bała się go bardziej niż czegokolwiek na świecie. Ciotka Conchita i stryj Víctor byli rodzeństwem, a także rodzeństwem mojego ojca. Ciotka Conchita była najstarsza z siedmiorga dzieci: wyżej wymienionych, stryja Antóna, który wyjechał do Gwinei Hiszpańskiej, gdzie handlował drewnem, stryja Francisca, Frana, który reprezentował go na rynku iberyjskim, i dwojga innych, mężczyzny i kobiety, którzy zmarli przed moim urodzeniem, w związku z czym nie występują 11


w moich wspomnieniach z tamtego okresu. Ciotka Conchita była żoną Agustína Voralcampsa, stryja Agustína, mężczyzny grubego, łysego i bardzo zamożnego, z którym miała troje dzieci: dwóch chłopców mniej więcej w moim wieku i młodszą dziewczynkę. Stryj Víctor pozostawał w stanie kawalerskim, co nie przekształciło go jednak w utracjusza, wręcz przeciwnie: był bardzo wstrzemięźliwy, metodyczny, potulny i mało rozgarnięty. Pracował w sklepie filatelistycznym tylko w godzinach przedpołudniowych i wiódł pasożytnicze życie w domu swej siostry Conchity, która otaczała go opieką i stale za coś beształa, z powodu lub bez powodu, nie przejmując się obecnością pozostałych krewnych. Nigdy jednak nie robiła tego przy osobach spoza rodziny, uważając, że sprawy rodzinne powinny pozostać w jej obrębie. Ciotka Conchita nie aprobowała interwencji osób trzecich nawet w sytuacjach najwyższej konieczności: z prawników tolerowała jedynie notariusza, a gdy progi jej domu miał przestąpić medyk, zaklinała wszystkich, by informacja o tym nie przeniknęła na zewnątrz. Tym bardziej niezwykły, a zarazem ekscytujący, wydawał się bliski przyjazd biskupa Kwiczoka, jak miał czelność nazwać go stryj Víctor. Sprawca owego nietaktu zachowywał teraz pokorne milczenie, zarumieniony po uszy, podczas gdy jego siostra wyładowywała konsternację i niecierpliwość, poprawiając niezliczone przedmioty zdobiące stoły i gerydony salonu. Powód jej zdenerwowania był następujący: w ostatnich miesiącach wojny domowej, po całych dwóch latach leniuchowania w małej wiosce w głębi półwyspu, stryj Víctor został zatrzymany, nie wiem jak i dlaczego, przewieziony do Barcelony i osadzony w czece. Czeki, a słowo to, jak dowiedziałem się później, pochodziło od rosyjskiej nazwy crezvitchainaia Komisia, chociaż nigdy nie zrozumiałem wędrówki, jaką przebył 12


ten łamaniec językowy z języka rosyjskiego do hiszpańskiego, wykazywały wiele podobieństw do więzień politycznych bolszewickiej Rosji, tak pod względem stosowanych metod, jak i personelu, już to Rosjan, już to Hiszpanów powiązanych z partią komunistyczną, a co za tym idzie, przyjmujących rozkazy wprost z Moskwy. Więzienia te, rozmieszczone w różnych punktach Barcelony, pozostawiły po sobie ponure wspomnienie: w kazamatach praktykowano najbardziej wyrafinowane tortury fizyczne i psychiczne i wykonywano doraźne wyroki śmierci na ludziach, którzy nie dali się złamać. Z obu tych powodów przeżyli tylko nieliczni. Do jednego z owych przerażających miejsc, konkretnie do czeki Tamarita, trafił stryj Víctor. Pogrążona w konsternacji i rozpaczy rodzina zmobilizowała wszystkie siły, nie szczędząc zachodu, pieniędzy i ryzyka, by go uwolnić. W owym czasie ciotka Conchita była narzeczoną stryja Agustína, który jako członek szacownej katalońskiej familii miał krewnych i przyjaciół w obozie narodowym i w obozie czerwonych; za pośrednictwem przyszłego męża nawiązano kontakty z ważnymi osobistościami republikańskimi i uzyskano ich wstawiennictwo, przekonawszy uprzednio o niewinności stryja Víctora. Zapewne nie kosztowało to zbyt wiele, ponieważ stryj Víctor, jak już wspomniałem, był tak prostolinijny i tak bezwolny, że przez całą wojnę nie zdecydował się na poparcie ani jednej, ani drugiej frakcji. Jakkolwiek to się odbyło, zwolniono go po tygodniu. Nikomu nie udało się skłonić go do wyjawienia, co mu zrobiono podczas pobytu w lochu i co tam widział. Być może nie miał nic do opowiedzenia; przebywał w odosobnieniu i nikt nie pofatygował się, by go przesłuchać, a tym bardziej poddać torturom. Prawdopodobnie nie okazał nawet gniewu ani strachu, a po wyjściu na wolność pozostał równie 13


apolityczny jak przed zatrzymaniem. Bezwolność ta wywołała pewne rozczarowanie w rodzinie, która z tamtych lat zachowała wyłącznie wspomnienie strachu i najróżniejszych ograniczeń i która byłaby wdzięczna za choćby szczyptę heroizmu. Nie było to jednak ważne: ocalenie stryja Víctora, którego wszyscy uważali już za straconego, zostało przyjęte ze zrozumiałą radością. Po zakończeniu wojny przestano mówić o incydencie. Nikt nie chciał przywoływać niepokojów tamtego strasznego tygodnia, a tym bardziej przypominać go samemu zainteresowanemu. W milczącym porozumieniu cała rodzina narzuciła sobie obowiązek sprawienia, by stryj Víctor zapomniał o tym, co przecierpiał w czece. Dzięki owemu wspólnemu wysiłkowi i potulności stryja życie wkrótce wróciło w utarte koleiny, przynajmniej na pozór. Na świecie toczyła się zimna wojna, a chociaż polityczna izolacja Hiszpanii zdawała się utrzymywać nasz kraj w bezpiecznej odległości, moja rodzina, zawsze gotowa przejmować się każdym niebezpieczeństwem, przeżywała ją z głęboką troską, przekonana, że jeśli wybuchnie konflikt między supermocarstwami posiadającymi broń nuklearną, wszelkie ślady życia zostaną starte z powierzchni planety, nawet dzielnica Ensanche w Barcelonie. W ostatecznym rozrachunku, jeśli wziąć pod uwagę ich przekonania religijne, to nie perspektywa śmierci martwiła moją rodzinę, lecz możliwość wpadnięcia w ręce armii sowieckiej, złożonej, jak głosiła ówczesna propaganda, z bestialskich hord, bezwzględnie fanatycznych i niewyobrażalnie okrutnych. Krążyła wówczas plotka, że w swych więzieniach komuniści przeprowadzali operację psychiczną zwaną praniem mózgu, polegającą na tym, że nieludzkimi metodami, przed którymi nie było ucieczki, więzienni chirurdzy wszczepiali swym ofiarom aparat posłuszeństwa, który 14


później mogli zdalnie uruchamiać. W ten sposób wytwarzali bezwarunkowo posłusznych szpiegów i potencjalnych wykonawców najstraszliwszych postępków, tym groźniejszych, że poddani tej operacji nie pamiętali jej i nie wiedzieli, że stali się prawdziwymi bombami z opóźnionym zapłonem. Oczywiście nikt niczego takiego nie insynuował, ale gdy temat prania mózgu pojawił się w prasie, a potem w filmach sensacyjnych i w horrorach, podejrzenie, że coś podobnego przytrafiło się stryjowi Víctorowi, zagnieździło się w duszy rodziny jak larwa, którą owad składa pod skórą nieostrożnego letnika, i choć nikt nie sformułował tego wyraźnie, jako że zżyte rodziny przekazują sobie telepatycznie negatywne uczucia, wszystkich ogarnęło przekonanie, że podczas pobytu w czece Tamarita stryjowi Víctorowi zrobiono pranie mózgu, w związku z czym stanowi autentyczne i permanentne zagrożenie, gdyż w dowolnym miejscu i czasie wysłany z daleka sygnał lub odpowiednio zaprogramowany mechanizm mogą przekształcić tę największą w Barcelonie ofermę w niepowstrzymaną maszynę do zabijania. Od tego momentu wszystko, co się wydarzyło wcześniej i później, stanowiło kolejne części diabolicznej i doskonałej układanki: na pozór arbitralny charakter aresztowania, niezwykły fakt, że przeniesiono go do czeki zarezerwowanej dla najbardziej zatwardziałych przestępców politycznych, a nie do zwykłego więzienia, krótki okres zatrzymania i łatwość, z jaką uzyskano zwolnienie stryja Víctora, nie mówiąc o jego tępocie, która zamiast rozwiać wszelkie podejrzenia, jako że było mało prawdopodobne, by Najwyższa Rada ZSRR marnotrawiła środki i czas specjalisty na durnia, gdy mogła wybrać osobnika bardziej odpowiedniego, skłoniła wszystkich do uznania, że to właśnie słaba odporność umysłowa stryja Víctora uczyniła go idealnym 15


celem operacji, a ciamajdowatość i skromna posada w sklepie filatelistycznym pozwalały umknąć czujności kontrwywiadu i żyć poza podejrzeniami współobywateli, z członkami własnej rodziny włącznie, do chwili przekształcenia się w potwora. Ciotkę Conchitę w głębi ducha gnębiła nie tyle perspektywa zbrodni, ile fakt, że miałby jej dokonać jej własny brat. Dręczyły ją dwa straszne uczucia: strach wypływający ze świadomości trzymania w domu ludzkiej bomby i głębokie przekonanie, że tyle zła nie mogło wedrzeć się w nasze szeregi całkowicie niezasłużenie. Wyrzucała sobie teraz, że przyjęła na siebie zaszczytny obowiązek ugoszczenia człowieka, którego stryj Víctor, być może jako mimowolną zapowiedź piekielnych planów wykluwających się w jakimś zakamarku jego umysłu, nazwał „biskupem Kwiczokiem”. Znamienity gość nazywał się w rzeczywistości Fulgencio Putucás i był biskupem w San José de Quahuicha, stolicy departamentu o tej samej nazwie, leżącego na granicy dwóch państw Ameryki Centralnej, czy też Centroameryki, jak wówczas mawiano, a przybył do Barcelony wraz z setką biskupów z całego świata na Kongres Eucharystyczny, który odbył się w naszym mieście w maju 1952 roku. W porównaniu z innymi wydarzeniami istotnymi dla obywateli, wcześniejszymi i późniejszymi, Kongres Eucharystyczny miał niewielkie znaczenie i odbił się słabym echem, zwłaszcza że chodziło o epokę, gdy źródła informacji ograniczały się do prasy i krótkich kronik filmowych, nota bene nie poświęcających najmniejszej uwagi wydarzeniom spoza naszych granic. Poświęcony kultowi maryjnemu, Kongres ów miał na celu głoszenie w całym świecie chrześcijańskim nowiny miłości i miłosierdzia, choć fakt, że Jego Świątobliwość Pius XII przyznał Barcelonie przywilej organizacji uroczystego zgromadzenia 16


w ramach reparacji za „ofiary poniesione podczas krucjaty”, nie zapowiadał radykalnej zmiany stanu rzeczy. Przy tym wszystkim jednak w przeddzień kongresu, jako dowód dobrej woli, a zarazem stabilności wewnętrznej, Franco wydał akty łaski, które zwróciły wolność sporej liczbie więźniów politycznych i uzyskały serdeczne placet Stolicy Apostolskiej. Skończyły się także ograniczenia w dostawie prądu, zniknęły kartki na żywność i po części czarny rynek, a ponadto wykonano remonty w mieście i w jego sąsiedztwie. Było to coś, zwłaszcza dla barcelończyków tkwiących w stanie wiecznego niedoboru i izolacji, gdy każde odstępstwo od normy wydawało się niezwykłym zjawiskiem. Udekorowano balkony, oświetlono zabytki, a napływ cudzoziemców i związana z tym konieczność przekształcenia się w amatorskich przewodników turystycznych sprawiły, że mieszkańcy spojrzeli na swoje miasto innymi oczami. Wszystko to zaprzątało umysły mojej rodziny, która dawno już uznała rutynę za absolutnego władcę naszej egzystencji. Nie tylko z racji ogólnego poruszenia, lecz przede wszystkim przez wzgląd na znamienitą osobę, która rychło miała przekroczyć próg domostwa ciotki Conchity i stać się na kilka dni osią naszego życia.

17


Spis treści Trzy żywoty świętych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

5

Wieloryb . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

9

Finał Dubslava . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 Pomyłka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 143


Monty Python byłby zachwycony! Co wyjątkowego widzi Mendoza w wygnanym z rodzinnego kraju biskupie, który stacza się na dno barcelońskiego półświatka? W nieudaczniku, który trafia na rozdanie Nagród Nobla? Wreszcie w nauczycielce, która zamiast na uniwersytecie pracuje w więzieniu? To święci według Mendozy. Tyle że jego święci niekoniecznie chodzą do kościoła, nie czynią cudów i nie wiadomo nawet, czy wierzą w Boga. Eduardo Mendoza zawsze zachwyca czarnym humorem, ironicznym stylem z elementami absurdu i wirtuozerią słowa – czy w swoich książkach opisuje alternatywne koleje życia Jezusa, pogmatwaną historię Hiszpanii, czy lądowanie obcych w Barcelonie.

Eduardo (ur. 1943) Wybitny współczesny pisarz hiszpański. Autor między innymi Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa, Miasta cudów i Lekkiej komedii. W Polsce najbardziej znany z niezrównanej trylogii detektywistycznej: Przygody fryzjera damskiego, Sekretu hiszpańskiej pensjonarki i Oliwkowego labiryntu.

Cena detal. 29,90 zł ISBN 978-83-240-1621-1 www.mendoza.interia.pl 9 788324 0162 11


Trzy żywoty świętych