Issuu on Google+

MICHAEL TONELLO Jeden z największych przekrętów świata mody

PRAWDZIWA HISTORIA!

W POGONI ZA

TOREBKĄ


Tonello_Birkinka.indd 2

2013-05-29 15:37:16


Michael Tonello

W pogoni za torebką tłumaczenie Anna Gralak

kraków 2013

Tonello_Birkinka.indd 3

2013-05-29 15:37:16


Tytuł oryginału Bringing Home the Birkin. My life in hot pursuit of the world’s most coveted handbag Copyright © 2008 by Michael Tonello Copyright © for the translation by Anna Gralak Projekt okładki Magda Kuc Fotografia na pierwszej stronie okładki © Marc Piasecki/FilmMagic/Flash Press Media Opieka redakcyjna Julita Cisowska Bogna Rosińska Adiustacja Julita Cisowska Korekta Barbara Gąsiorowska Opracowanie typograficzne Irena Jagocha Maria Gromek Łamanie Piotr Poniedziałek ISBN 978-83-240-2409-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2013 Druk: Drukarnia Colonel, Kraków

Tonello_Birkinka.indd 4

2013-05-29 15:37:17


1

Barcelońskie zauroczenie Zawsze uważałem, że dzwoniący telefon, który symbolizuje początek przełomu w życiu osobistym, to kiepski sposób na zawiązanie akcji oraz rażąco nadmierne uproszczenie różnych czynników prowadzących do przemiany człowieka. Teraz wiem, że się myliłem: czasem wszystko naprawdę zaczyna się od telefonu. W moim wypadku ten przełomowy telefon zadzwonił pewnego zimowego ranka na Cape Cod – wystarczająco wcześnie, by zaskoczyć mnie i moją współlokatorkę Kate podczas wesołego celebrowania porannej tradycji picia kawy z Peet’s, siedzenia w piżamach i oglądania programu Rosie O’Donnell. Ani w rozmówcy, ani w temacie rozmowy nie było niczego szczególnego – reprezentująca mnie agencja z siedzibą w Bostonie dzwoniła z nowym zleceniem. Tydzień robienia fryzur i makijażu dla IBM w Barcelonie: nęcąca szansa ucieczki od szaroburej połowy marca w Provincetown. Wtedy zdecydowanie pachniało to rutyną, ale nie zawsze poznajemy swój Rubikon, kiedy dzwoni... Wiodło mi się nie najgorzej – przynajmniej w pracy. Robiłem karierę, która niewtajemniczonym mogła imponować. Jako wizażysta specjalizowałem się w sesjach fotografii komercyjnej i większość ostatniej dekady upłynęła mi na energicznym wymachiwaniu puszką lakieru do włosów i pędzlem do pudru. Po drodze udało mi się zostać współzałożycielem firmy. Nazywała się TEAM i była agencją reprezentującą artystów, którzy w taki czy inny sposób pracowali w branżach fotograficznej i reklamowej. Koncepcja opierała się na wygodzie

Tonello_Birkinka.indd 11

2013-05-29 15:37:17


12 • BARCELOŃSKIE ZAUROCZENIE

i sile liczb. Normalnie spec od reklamy musiał wykonać mniej więcej sześć telefonów, żeby zorganizować sesję zdjęciową. Moja firma zmieniała te sześć telefonów w jeden. Wizażyści, fryzjerzy, styliści, poszukiwacze plenerów, kierownicy produkcji, styliści żywności – mieliśmy ich wszystkich pod jednym dachem. Dobrze na tym wychodziłem, ale początkowa euforia związana z przynależnością do branży modowej, którą jako obserwator zawsze otaczałem czcią, zaczynała słabnąć. Nauczyłem się, że celebryci to tylko ludzie ze znanym nazwiskiem, a sesje zdjęciowe stają się z czasem równie męczące jak posiedzenia zarządu. Dziesięć lat układania fryzur i pudrowania błyszczących nosów skłoniło mnie do autoanalizy, która dotąd była mi obca. Czy na pewno chcę spędzić resztę życia w taki sposób? Może i nie, ale na razie wiedziałem jedno: jechałem do Hiszpanii. Uwielbiałem podróże służbowe, łapczywie rzucałem się na zlecenia, które w branży nazywano „robotą na wyjeździe”. Mam koczowniczą naturę, więc porzekadło „tam dom twój, gdzie serce twoje” brałem dosłownie – hotelowy pokój (razem z dodatkowymi korzyściami w postaci czystej pościeli, świeżych ręczników i czekoladek na poduszce) zmieniał się w mój dom. Ale ostatnio bycie obieżyświatem zaczynało mnie nudzić. Nie z tych bzdurnych powodów, nad którymi ciągle lamentują na lotniskach staruszki z klubów brydżowych – nie dołował mnie zgubiony bagaż ani brak określonego rodzaju obwarzanków. Nie miałem nic przeciwko przeliczaniu walut ani etymologii egzotycznych przystawek. Nie, przyczyną mojego wypalenia zawodowego nie były niewygody, które zawsze towarzyszą podróżowaniu. Winna była nuda. Coraz częściej zauważałem ponure podobieństwo łączące obce miasta. Każde miejsce upodabniało się na moich oczach do wszystkich innych miejsc. Miałem głęboką nadzieję, że Barcelona okaże się wyjątkiem. Westchnąłem rozczarowany i padłem na rozgrzane winylowe siedzenie taksówki. Jak dotąd, jeśli nie liczyć muzyki flamenco w radiu i oślepiającego blasku katalońskiego słońca, Barcelona wydawała

Tonello_Birkinka.indd 12

2013-05-29 15:37:17


13 • BARCELOŃSKIE ZAUROCZENIE

mi się równie egzotyczna jak Boston. Tanie hotele i kiczowate billboardy reklamujące sprzęt elektroniczny migały za oknem z niepokojącą częstotliwością. Czy jest na świecie jakieś miejsce, które nie przypomina jednego wielkiego centrum handlowego? Może faktycznie przyszła pora, żeby gdzieś osiąść? Może jednak potrzebowałem białego płotu i grilla Webera? Zaledwie pięć minut później mój cynizm poszedł w niepamięć i krajobraz zahipnotyzował mnie, tak jak przejazd mostem George’a Washingtona na Manhattan hipnotyzuje mieszkańca środkowego zachodu. Moje oczy nie nadążały z  patrzeniem. Po lewej stronie wznosił się imponujący stadion olimpijski z 1992 roku zwieńczony strzelistą białą iglicą będącą nieprawdopodobnym połączeniem futurystycznej stacji kosmicznej i wygenerowanej komputerowo rzeźby. Po prawej miałem Morze Śródziemne. Olśnił mnie nie tylko jego turkusowy blask, lecz także widok setek łodzi zacumowanych w dokach. Luksusowe wycieczkowce, prywatne jachty, olbrzymie tankowce, skromne żaglówki – jakimś cudem jeden z największych portów na świecie okazał się znacznie bardziej imponujący niż jego opis w przewodniku Fodora. Nagle zacząłem się cieszyć jak dziecko, które pierwszy raz w życiu pojechało na wycieczkę. Jednak dopiero gdy zjechaliśmy z autostrady w stronę miasta, naprawdę znalazłem się pod jego urokiem. Żadna z licznych podróży po świecie nie przygotowała mnie na wyjątkowy miejski krajobraz Barcelony – palmy rosnące wzdłuż wąskich uliczek, zdobione budynki przyjaźnie oparte jedne o drugie i bieliznę suszącą się prawie na każdym balkonie. Architektura obejmowała wielowiekowe spektrum stylów – gotyk przeplatał się z modernizmem, nowoczesność sprzymierzała się z klasyką. Coś takiego mogło działać na nerwy, ale, jak później odkryłem, Barcelona umiała zmienić te rozdźwięki w harmonię. Wyglądała jak europejskie miasto, o którym zawsze marzyłem, lecz ostatnio straciłem nadzieję, że kiedykolwiek je znajdę. Byłem urzeczony.

Tonello_Birkinka.indd 13

2013-05-29 15:37:17


14 • BARCELOŃSKIE ZAUROCZENIE

Ośmiogodzinne dni pracy polegającej na upiększaniu modelek mocno uszczupliły czas, który mogłem poświęcić na krążenie po mieście. Ale choć ramy zlecenia dla IBM ograniczały moją turystyczną aktywność, udało mi się zakosztować barcelońskiego stylu życia na tyle, by zakochać się w tym mieście jeszcze bardziej. Moje pierwsze wrażenia okazały się mylne – Barcelona była o wiele bardziej spektakularna, niż przypuszczałem. Zamieszkuje ją blisko dwumilionowa populacja rozsiana na przeszło stu pięćdziesięciu kilometrach kwadratowych, a każda z dzielnic ma własny niepowtarzalny urok. Musiałbym się bardzo postarać, żeby znaleźć nieatrakcyjną lokalizację. To miasto było rajem agentów sprzedaży nieruchomości. Do tego wszystkiego dochodziło jedzenie. Raczyłem się krewetkami wielkości homara, pomidorami tak słodkimi, że można je było jeść jak jabłka, chrupiącym katalońskim chlebem, jeszcze gorącym po wyjęciu z pieca, serem torta del casar (najlepiej jedzonym łyżką) oraz niezliczonymi patelniami paelli we wszystkich możliwych wariantach, zawsze w towarzystwie wspaniałego wina ze słynnego na cały świat regionu Rioja. Na deser crema catalana – aromatyczna jedwabista mikstura ze śmietanki, jajek i wanilii, przy której crème brûlée wydaje się mniej więcej tak interesujący jak placek z owocami. Byłem w raju łakomczucha. Ale nie tylko jedzenie nadawało temu miastu wyjątkowy smak. Nawet najbardziej przyziemne szczegóły codziennego życia miały artystyczny sznyt. Najzwyklejsze przedmioty wprawiały mnie w zachwyt. Nagle latarnie wzniosły się na poziom sztuki wysokiej. Solniczki i pieprzniczki wytwarzano z dbałością o szczegóły, jaką zwykle rezerwuje się dla jaj Fabergé. Klamki były stylową ozdobą drzwi, zamiast jedynie służyć do ich otwierania. Nic dziwnego, że Jean Paul Gaultier uwielbia jeździć do Barcelony. To prawda, w  mieście są fantastyczne łuki przyporowe i  aromatyczne smażone kiełbasy botifarra, ale entuzjastyczne recenzje w „Architectural Digest” i „Zagat” pomijają resztę. Zawsze chciałem

Tonello_Birkinka.indd 14

2013-05-29 15:37:17


15 • BARCELOŃSKIE ZAUROCZENIE

napisać przewodnik oceniający jedyny element miasta, który może przesądzić o jego wartości: ludzi. Zacznijmy od Paryża. Przykład: „Urok tego małego paryskiego bistro bierze się z pełnego młodych warzyw pot-au-feu i kominka, w którym przez cały rok strzela ogień. Bo z pewnością nie zawdzięczamy go bywalcom, którzy przychodzą tu na spotkania w porze lunchu. Nieposkromieni w snobizmie i arogancji, ucieleśniają (i głośno wyrażają, ku konsternacji innych klientów) wszystkie najgorsze cechy Francuzów. Mimo to lokal jest wart odwiedzenia. Ale przynieście ze sobą mnóstwo hartu ducha – i zatyczki do uszu”. Moja recenzja mieszkańców Barcelony brzmiałaby trochę inaczej: „Doskonała paella i donice bujnych piwonii przyciągają pozytywnie zakręconych bywalców tego nowego śródziemnomorskiego raju. Co najlepsze, klientelę tworzą głównie tubylcy. Goszczący w mieście smakosze znajdą się w otoczeniu pięknych, uroczych i przyjaznych (ale nigdy namolnych) lokalnych mieszkańców. Katalońskie rozmowy i beztroski śmiech przyjemnie rozbrzmiewają w każdym zakątku pod katedralnym sklepieniem tej restauracji”. Żarty na bok – czułem się tam jak ryba w wodzie. Gdy tylko pokonałem początkowy, ostrożny, lecz pełen uprzejmości dystans, okazało się, że barcelończycy są mili, serdeczni i życzliwi aż do przesady. A do tego zabawni. Każdy kraj, w którym przeciętny obywatel korzysta z sześciu tygodni wakacji, jest miejscem bliskim mojemu sercu. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia, ale Hiszpanie od wieków ucieleśniali moją osobistą mantrę: pracuje się po to, żeby żyć, a nie odwrotnie. Nie mówiłem po hiszpańsku, nikogo tam nie znałem, a od rodziny dzieliły mnie tysiące kilometrów. Miałem jednak wyraźne przeczucie, że w moim białym płocie znajdzie się jakiś hiszpański motyw.

Tonello_Birkinka.indd 15

2013-05-29 15:37:17


2

Hiszpańska inklinacja Po powrocie do domu czułem się jak bohater Czarnoksiężnika z Krainy Oz przewijanego od końca do początku: moja technikolorowa wycieczka ustąpiła miejsca czarno-białej beznadziei Bostonu. Rzuciłem jedno spojrzenie na zaspy brudnego śniegu obok pasa startowego i zacząłem gorączkowo szukać w bagażu podręcznym jaskrawoczerwonych hiszpańskich kapci. Jadąc z lotniska Logana do Provincetown w „wiosennym” deszczu ze śniegiem, byłem o włos od zawrócenia i wskoczenia na pokład pierwszego samolotu lecącego do Barcelony. Jedynie świadomość, że brakuje mi czystej bielizny, przywróciła mi rozsądek. Myślałem, że zauroczenie Barceloną minie, ale zawładnęła mną myśl o przeprowadzeniu się do tego miasta. Kreśliłem plany w dzienniku: Argumenty za przeprowadzką

• • • • •

Prawie idealna pogoda Fantastyczne jedzenie Piękne miasto/ludzie Zawsze chciałem się nauczyć hiszpańskiego Tam jest zajebiście!

Tonello_Birkinka.indd 16

Argumenty za zostaniem w Ptown

• • • • • • •

Przyjaciele Za dużo gratów, żeby się przeprowadzać Praca Rodzina Wynajem domu Samochód Nikt tak po prostu nie przeprowadza się do Hiszpanii

2013-05-29 15:37:17


17 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

Zacząłem od kolumny antyhiszpańskiej. No dobra, samochód to żaden kłopot, a Kate mogła z łatwością znaleźć nowego współlokatora. Tęskniłbym za domem, ale nigdy nie należałem do ludzi, których definiuje ich podwórko. Czynnik ujęty jako „za dużo gratów” odzwierciedlał raczej moją nienawiść do pakowania się i w zasadzie nie był prawdziwą przeszkodą. Trochę gorzej z „przyjaciółmi” – przyjaciele znaczyli dla mnie wszystko. Ale przeprowadzałem się już z Nowego Jorku do San Francisco, a potem do Bostonu i do Ptown i nadal utrzymywałem kontakt z tymi, którzy byli dla mnie najważniejsi. Jasne, to nie to samo, kiedy nie mieszkają tuż za rogiem, ale przyjaźnie, podobnie jak związki uczuciowe, są najlepsze, jeśli nie buduje się ich wyłącznie na wygodzie. Przeprowadzka do Hiszpanii wcale nie musiała oznaczać utraty kogoś bliskiego. I w zasadzie ta filozofia dotyczyła także rodziny. Moi rodzice byli wyjątkowo żądni przygód i co najmniej dwa razy w roku przyjeżdżali z Florydy do miejsca, w którym akurat mieszkałem. Byłem pewny, że to się nie zmieni, i z uśmiechem wyobraziłem sobie, jak wypytują o cenę rozmówek hiszpańskich w miejscowej księgarni. Moja siostra też mieszkała na Florydzie, miała męża i córkę i podobnie jak wiele dorosłych braci i sióstr widywaliśmy się przede wszystkim w święta. Więc raczej mi nie groziło, że uschnę w Hiszpanii z samotności. Siedziałem przy stole w kuchni i gapiłem się na listę. Potem jak wariat, którym czasem bywałem, zacząłem się śmiać. Kogo ja próbowałem oszukać? Lista? Plusy i minusy? Nie powinienem był oglądać programów Tony’ego Robbinsa – chyba zakłóciły równowagę chemiczną w moim mózgu. Metoda motywacji Michaela Tonello sprowadzała się do trzech prostych słów: tam jest zajebiście. Życie trwa zbyt krótko, żeby układać listy i szukać wymówek. Poza tym w Europie żyją przecież miliony ludzi, więc to chyba nic trudnego. Wieczorem zmobilizowałem się i powiedziałem Kate, co mi chodzi po głowie. Siedzieliśmy w The Mews, naszej ulubionej knajpce. Kate prawdopodobnie podejrzewała, że ktoś dosypał mi czegoś do margarity.

Tonello_Birkinka.indd 17

2013-05-29 15:37:17


18 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

Choć w zasadzie była przyzwyczajona do mojego nieuleczalnego optymizmu i dziwacznych pomysłów. Nie wiedziała jeszcze, że po południu zadzwonił do mnie mój dobry przyjaciel Ward. Kiedyś projektował dla Tiffany’ego, a niedawno zdobył się na stanowczy krok i wyruszył we własną podróż, zakładając firmę, która projektowała i produkowała ekskluzywną biżuterię dla kobiet. Tu następował pewien dziwny zbieg okoliczności: Ward potrzebował kontaktu w Barcelonie i zaproponował mi stanowisko pośrednika producenta (pozwolę sobie wspomnieć, że nie rozmawiałem z Wardem od miesięcy – to się nazywa zrządzenie losu!). Pomyślałem: w porządku, zostanę sprzedawcą biżuterii. Dzięki temu nieoczekiwanie pokonałem największą przeszkodę: brak europejskiej wizy pracowniczej. Dla mnie był to szczęśliwy traf nad trafami. Ale kiedy powiedziałem o tym Kate, ona, zamiast zaniemówić w obliczu mojego fartu, zwyczajnie się roześmiała i spokojnie zamówiła następną kolejkę. Chyba kiedy jest się siostrą Beakera z Muppet Show, pojęcie dziwaczności staje się względne. Sączyłem margaritę i zmieniłem temat. Próbowałem zapomnieć o Barcelonie. Nie chodziło o  to, że byłem niezadowolony z  ówczesnego życia. Miałem dom  – a  w  Provincetown dom w  stylu ranczerskim z trzema sypialniami, w którym mieszkaliśmy z Kate, uchodził za pałac. Zresztą bardzo słusznie, bo okoliczni mieszkańcy w uroczy sposób ochrzcili Kate cesarzową. Jej zmarły brat Richard był współtwórcą Muppetów i właścicielem bezpretensjonalnie wspaniałego domu na skarpie przy plaży w North Truro (zaledwie kilka mil od Ptown). Wszyscy zakładali, że jego przedwczesna śmierć (stanowczo zbyt szybko zabrało go AIDS) uczyniła z Kate bogatą kobietę. Tak naprawdę jedynie złamała jej serce. Ale zamiast pogrążyć się w smutku, Kate postanowiła, że najlepszym sposobem na uczczenie pamięci brata będzie kultywowanie jego spuścizny: życzliwości i serdeczności. Większości ludzi nigdy nie wspominała o tym, jak bardzo przeżyła śmierć Richarda – cesarzowa zawsze trzyma głowę wysoko w górze. Byłem bardziej niż zaszczycony, mogąc pełnić funkcję

Tonello_Birkinka.indd 18

2013-05-29 15:37:17


19 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

jej nadwornego błazna. To właśnie dzięki tej dynamice naszej relacji wiedliśmy w Ptown tak wyjątkowe życie. Pół dekady upłynęło nam na radosnym bywaniu na imprezach i organizowaniu ich u siebie, a jako współlokatorzy tworzyliśmy idealną parę (najczęściej kłóciliśmy się o to, kto zagra w filmowej wersji naszego wspólnego życia w Ptown: ja obstawałem przy Jamesie Spaderze, ona przy Dyan Cannon, ale dyskusje nie miały końca). Pomijając nasze przytulne gniazdko, już samo mieszkanie w Ptown było luksusem. Na trzy tysiące nas, „mieszczuchów”, przypadało aż sześćdziesiąt tysięcy „wycieczkowiczów”, którzy w sierpniu codziennie maszerowali na koniec przylądka. W głębi ducha upajałem się poczuciem wyższości towarzyszącym przebywaniu tam także po Dniu Kolumba i byciu jednym z nielicznych świadków całego sezonu w mieście rządzonym przez ocean (to pewnie trochę mniej chwalebne, ale uwielbiałem też siedzieć obok radia na plaży Race Point w Święto Pracy, delektując się jednym z ostatnich dni lata i słuchając doniesień o kilometrowych korkach na mostach łączących przylądek z kontynentem). Tak naprawdę zimowa posępność kurortu i  upiorne widmo lata, dzięki któremu łatwiej znieść oczekiwanie na wiosnę,

Tonello_Birkinka.indd 19

2013-05-29 15:37:17


20 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

wymagają jednak pewnej wytrzymałości. Jeśli przeżyłeś chłodne wiatry, zachmurzone niebo i przybielenie krajobrazu, wiesz, że bardziej niż inni zasługujesz na łatwe uroki czerwca, lipca i sierpnia. Ale bez względu na to, jak nobliwie czują się stali mieszkańcy, nie ma wątpliwości, że Ptown pozostaje letnim rajem Nowej Anglii, połączeniem Martha’s Vineyard i Key Westu, cieszącym się w pełni zasłużoną reputacją siedliska artystów najróżniejszej maści (nigdy nie znudziła mnie świadomość, że w dowolny wieczór mogę się obracać w towarzystwie Normana Mailera albo Michaela Cunninghama). Zaczynała mi jednak doskwierać tymczasowość takiego życia, co być może odzwierciedlało moje późne wkroczenie w dorosłość. Wszyscy, których spotykałem, dokądś zmierzali. Kiedyś mnie to fascynowało, ale teraz zacząłem się zastanawiać: dokąd zmierzam ja? Kate wpadła w panikę dopiero tydzień później, kiedy przyszły kartony, w które miałem zapakować swoje rzeczy. Mimo naszej niedawnej rozmowy czułem, że spodziewała się po mnie raczej dziekanki niż emigracji. – Mój Boże, jak długo planujesz tam mieszkać? – zapytała. Normalnie była bardzo opanowana, ale teraz w  jej głosie pobrzmiewały emocje. O mało nie udzieliłem jej sarkastycznej odpowiedzi w rodzaju: „Mam nadzieję, że do końca życia”. Ale kiedy podniosłem głowę znad kartonu, do którego właśnie pakowałem rzeczy, i zobaczyłem jej minę, od razu ugryzłem się w język. Sądząc po rozpaczy, jaka malowała się na jej twarzy, Kate potrzebowała przytulenia, a nie dowcipnej riposty. Nagle mnie też zrobiło się smutno – nie tylko ze względu na nią, ale na nas oboje. – Kate, przecież wiesz, że będę cię odwiedzał... Chyba naprawdę potrzebuję tej Hiszpanii. Próbowałem być jak najdelikatniejszy, lecz zarazem stanowczy. Nie chciałem, żeby czekała na mój powrót, skoro zamierzałem rozpocząć w Europie nowe życie.

Tonello_Birkinka.indd 20

2013-05-29 15:37:17


21 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

– Wiesz co, w takim razie powinniśmy wycisnąć z tych wakacji najwięcej, jak się da – powiedziała ze słabym uśmiechem. Wreszcie zaczynała akceptować mój wyjazd, ale nie było jej łatwo. Czułem, że musi zebrać wszystkie siły, żeby się pogodzić z końcem naszego wspólnego życia. Znając Kate, jestem gotów się założyć o duże pieniądze, że nasz dawny telefon w Provincetown nadal jest na moje nazwisko. Zacząłem żmudny proces porządkowania swoich spraw. Gdy moje pół dekady w Provincetown dobiegło końca, uświadomiłem sobie, jak wspaniale się tam bawiłem. Przywykłem do tego, że prawie z każdej strony coś mnie otacza: nie tylko wody Atlantyku, lecz także krąg serdecznych przyjaciół. Wiedziałem, że będzie mi tego brakowało. Czasy, w których piłem wino, jadłem i balowałem w Atlantic House, prawie się skończyły. Przyjaciele, zasmuceni wieścią o  moim rychłym wyjeździe, zareagowali tak, jak można było się spodziewać. O mało mnie nie wykończyli nieprzerwanym strumieniem chemicznych toksyn, które przyszło mi trawić niemal codziennie w naszych ulubionych barach w całym mieście. Będę długo pamiętał tamto lato – a raczej chciałbym je pamiętać. Upływał tydzień za tygodniem, tworząc rozmazaną smugę folii bąbelkowej i butelek z bąbelkami. Andy Warhol miał swoje piętnaście minut, John Lennon stracony weekend, a ja miałem lato niepamięci. Kiedy jednak zbliżyła się godzina zero, zrozumiałem coś jeszcze. Lubiłem proste życiowe przyjemności, ale trudno mnie było nazwać amiszem, gdy chodziło o  gromadzenie najróżniejszych przedmiotów. Przystąpiłem do wielkiej czystki. Wyrzucałem, rozdawałem, eliminowałem. W końcu upchnąłem pozostały dobytek w mobilnym schowku U-Haul. Niezliczone pudła książek i zdjęć, stylowe ubrania, których starczyłoby na pokaz mody, kilkadziesiąt sztuk ceramicznych ozdób Roseville, zbieranina zabytkowych mebli z mahoniu i dwa obrazy Martina Friedmana zostały upchnięte na maleńkiej przestrzeni. Ponieważ bostoński rynek nieruchomości jest, jaki jest, przez chwilę

Tonello_Birkinka.indd 21

2013-05-29 15:37:18


22 • HISZPAŃSKA INKLINACJA

rozważałem wynajęcie schowka jako dość kameralnej, ale naprawdę luksusowej kawalerki idealnej dla filigranowych mistrzów feng shui. Hej, trzeba być kreatywnym. Przecież mi się nie przelewało. Stojąc tam i patrząc na przedmioty upchnięte jak słoje w pniu drzewa, na chwilę się zamyśliłem. Jak mówi George Carlin, to były jedynie „rzeczy”. Tyle że należały do mnie i żadna z nich nie wybierała się do Hiszpanii. No dobrze, jeśli powiedziało się „uno”, trzeba powiedzieć „dos”. Wróciłem do samochodu (już sprzedanego). W bagażniku leżały dwie wielkie walizy pękające w szwach od ciuchów Prady, Ralpha Laurena i Jil Sander, których potrzebowałem na dobry początek. Miałem nadzieję, że Barcelona jest równie gotowa na mnie jak ja na nią.

Tonello_Birkinka.indd 22

2013-05-29 15:37:18


3

Vespy i mniej wesołe przygody Po dwóch tygodniach zwiedzania i poznawania uroków nocnego życia w Barcelonie (tak się wygodnie złożyło, że mój hotel serwował śniadanie kontynentalne od szóstej rano – tuż po zamknięciu barów) nagle sobie przypomniałem, że przecież nie jestem na wakacjach. Potrzebowałem mieszkania. Hotel de Pi, który życzył sobie sto dwadzieścia dolarów za noc, raczej nie mieścił się w moim budżecie. Oczywiście nie wiedziałem jeszcze, jaki mam budżet, ale wyrzucanie czterech tysięcy miesięcznie za łóżko i wannę wydawało się lekką przesadą. Przyszła pora, by upolować jakieś lokum. W biurze pośrednictwa handlu nieruchomościami wręczono mi formularz na podkładce z klipsem, a ja posłusznie usiadłem w rzędzie plastikowych krzesełek, które wskazała mi recepcjonistka. Czułem nietypowe zdenerwowanie. Przypisywałem je panującej tam atmosferze, która przywodziła na myśl wydział komunikacji albo poczekalnię w szpitalu. Kiedy łamałem sobie głowę nad kwestionariuszem (napisanym, rzecz jasna, po hiszpańsku), zrozumiałem, co naprawdę mnie gnębi. Aż do tego dnia od powrotu do domu dzielił mnie jedynie bilet na samolot. Teraz, odpowiadając na pytania w rodzaju „¿Quántos dormitorios?”, zdałem sobie sprawę, że bez względu na to, na ile sypialni się zdecyduję, będę spał w Hiszpanii. Gdy znajdę mieszkanie, pozbawię się możliwości przelecenia nad Atlantykiem i powrotu do domu – będę musiał urządzić sobie dom po tej stronie oceanu. Musiałem dorosnąć i na poważnie wejść w nowe życie.

Tonello_Birkinka.indd 23

2013-05-29 15:37:18


24 • VESPY I MNIEJ WESOŁE PRZYGODY

Oczywiście czułem niepokój. Ale podobno w stanie zaniepokojenia organizm wytwarza takie same substancje chemiczne jak w stanie zakochania. A uczucie, którym obdarzyłem Barcelonę, wydawało się prawdziwe. Nie dopadł mnie jeszcze żaden z koszmarnych scenariuszy, które snuło wielu ludzi. Umiałem nawiązywać kontakty mimo bariery językowej. W Hiszpanii wszyscy uczą się w szkole angielskiego, choć należy zaznaczyć, że nakłonienie ich do używania tego języka to zupełnie inna sprawa. Dość szybko złamałem jednak szyfr: powstrzymywało ich jedynie zakłopotanie. Jeśli posługiwałem się swoim naprawdę kiepskim hiszpańskim, z wielką radością przechodzili na swój nie tak znowu kiepski angielski. Okazywało się, że „bariera” to coś, co z łatwością da się przeskoczyć (zresztą, jako że Barcelona szybko stawała się „nowym Paryżem”, ciągle poznawałem ludzi z całej Europy, a większość z nich jako tako władała angielskim). Nie byłem samotny, wyobcowany i nie tęskniłem za domem. Nie brakowało mi barów dla zmotoryzowanych, centrów handlowych, kempingów ani zakazu publicznego picia alkoholu. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek przeprowadzę się do Europy, ale przeprowadziłem się i byłem przeszczęśliwy. Mimo tej całej racjonalizacji i rozkwitającej miłości do Barcelony nadal jednak czułem się bardzo dziwnie, kiedy siedząc na tamtym plastikowym krzesełku, wpatrywałem się w czarno-biały formularz i miałem świadomość jednej nieodwracalnej rzeczy: że z chwilą podpisania umowy najmu naprawdę zostanę emigrantem. W Barcelonie trwał akurat boom na rynku nieruchomości i mogłem wybierać dosłownie z setek mieszkań, ale konieczność zdecydowania się na któreś z nich budziła we mnie zdecydowany opór. Było po temu kilka powodów. Na przykład mój przystojny hiszpański agent nieruchomości. Jakimś sposobem uzależniłem się od jeżdżenia na tylnym siedzeniu jego vespy i podskakiwania na brukowanych ulicach Barcelony. Najważniejszy był jednak zwyczajny strach przed

Tonello_Birkinka.indd 24

2013-05-29 15:37:18


25 • VESPY I MNIEJ WESOŁE PRZYGODY

popełnieniem błędu. Standardowo umowę najmu mieszkania podpisuje się w Hiszpanii na pięć lat (i inaczej niż w wypadku małżeństwa, nie można się z tego wykręcić). Oglądałem wiele pięknych mieszkań, ale z mojego punktu widzenia decyzja sprowadzała się do oklepanej dewizy rynku nieruchomości: lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja. Za nic nie umiałem się zdecydować na jedną dzielnicę. Ograniczyłem poszukiwania do trzech: Eixample, Borne i Barrio Gottico. Eixample to barcelońskie „getto homoseksualistów” – gładkie przejście z Provincetown, a dodatkowo możliwość wracania do domu piechotą po wieczorach spędzonych w klubach. Borne szczyciło się awangardowymi galeriami, modnymi butikami i nowoczesnymi knajpkami ulokowanymi wokół Muzeum Picassa – tworzyło hiszpańskie SoHo, które nadal mnie urzeka. Mój hotel stał w samym środku Barrio Gottico ze słynnymi barcelońskimi Las Ramblas, kilometrowym pasażem, wzdłuż którego rosną platany. Szybko nabrałem zwyczaju odbywania tam porannej przechadzki dopełnionej mrożonym cortado (byłem naprawdę zachwycony, że w moim nowym mieście lato trwa jeszcze we wrześniu). Codziennie wahałem się między tymi trzema prawie doskonałymi opcjami. Próbowałem znaleźć sposób, który pozwoliłby mi powierzyć rozstrzygnięcie dylematu opatrzności, ale mi się nie udało. Rzuciłbym monetę, lecz nie mogłem znaleźć takiej, która miałaby trzy strony. Moja kryształowa kula leżała w schowku w Stanach. I za słabo znałem hiszpański, żeby móc komuś objaśnić zasady ciągnięcia zapałek. Byłem w kropce. Zacząłem się zastanawiać, czy przez tę organiczną niechęć do podjęcia zobowiązania nie wyląduję w przytułku. Niepotrzebnie się martwiłem. Amor ugodził mnie strzałą w postaci dwustuletniej i niedawno wyremontowanej kamienicy. Zawsze miałem duszę romantyka, a to naprawdę była miłość od pierwszego wejrzenia. Budynek stał bezpośrednio przy Ramblas i idealnie skupiał w sobie wszystko, co najbardziej lubiłem w hiszpańskiej architekturze. Sześć kondygnacji ze szkła i kamienia ozdobionych balkonami

Tonello_Birkinka.indd 25

2013-05-29 15:37:18


26 • VESPY I MNIEJ WESOŁE PRZYGODY

z kutego żelaza i nowymi dużymi oknami emanowało zarówno urokiem Starego Świata, jak i aromatem świeżej farby. Pierwsze dwa piętra zabytkowej fasady zostały przekształcone w szklane atrium mieszczące wspaniałe lobby z marmuru i mahoniu. I.M. Pei spotykał się tu z katedrą Świętego Patryka. Już kiedy wychodziłem z windy i  szedłem kładką ze stali i szkła, serce mocno biło mi w piersi. Masywne drzwi do mieszkania otworzyły się, ukazując śnieżnobiałe ściany i  nowiutką jasną dębową podłogę. Przez olbrzymie okna (rzadka cecha w hiszpańskiej architekturze) do mieszkania wlewało się naturalne światło. Dachy sąsiednich budynków zapewniały zarówno uroczy widok, jak i natychmiastowe wrażenie przestrzeni. Gdy wyszedłem z salonu przez dwuskrzydłowe przeszklone drzwi, stanąłem na wielkim balkonie i zobaczyłem wieżę olimpijską, wiedziałem, że podpiszę umowę najmu. Moje dni na vespie oficjalnie dobiegły końca. Hotel del Pi był tylko dwie przecznice od mojego nowego domu. Jednak po dodaniu pięciu kondygnacji, dwóch wielkich walizek (które ważyły więcej niż ja), tłumów turystów błąkających się po Ramblas i tego przeklętego bruku, miałem wrażenie, że pokonałem ze trzy kilometry. Dotarłem na miejsce spocony, ale triumfujący. Nie ma jak u siebie! Przez całe popołudnie sprzątałem i zadomawiałem się – planowałem ustawienie mebli, sporządzałem listę najpotrzebniejszych rzeczy i rozważałem przeróżne oprawy okien. Dzień minął niepostrzeżenie i  o  zmroku nastąpiła katastrofa. Po pstryknięciu przełącznika odkryłem, że nowemu systemowi oświetlenia brakuje dwóch podstawowych komponentów – żarówek i prądu. Hmm. Tknięty przeczuciem, wszedłem do kuchni i odkręciłem kran. Brak wody. Ale nie wpadłem rozpacz – doszedłem do wniosku, że rano muszę wykonać kilka telefonów. Jedną noc mogłem jakoś wytrzymać. I tak musiałem się zadowolić śpiworem, więc czekało mnie coś w rodzaju biwaku, tyle że bez piosenek na dobranoc i pianek marshmallow. Pobiegłem do sklepu na rogu, kupiłem

Tonello_Birkinka.indd 26

2013-05-29 15:37:18


27 • VESPY I MNIEJ WESOŁE PRZYGODY

dwa pudełka świec wotywnych, zgrzewkę butelkowanej wody i trochę wina. Postanowiłem, że nic mi nie zepsuje pierwszego dnia w nowym mieszkaniu. Opracowałem mistrzowski plan pod hasłem jedzenie na wynos przy świecach. Idiotycznie zadowolony ze swojego niesłabnącego optymizmu, wziąłem z lobby menu kilku restauracji. Kiedy jednak sięgnąłem po słuchawkę, mój plan – podobnie jak cały optymizm – runął. Nie było sygnału. Otworzyłem butelkę wina. Jeszcze raz hmm. Moje piosenki na dobranoc zmieniały się w sygnał ku czci poległych. Naprawdę chciałem znaleźć w tej sytuacji coś pozytywnego, ale w połowie butelki przyszła mi do głowy tylko jedna pocieszająca myśl: walizki mogły zostać tu, gdzie stały. Uznałem, że samotne picie w ciemności nic mi nie da, więc spakowałem bagaż podręczny i wróciłem do hotelu. Nazajutrz, po kolejnej nieprzespanej nocy zakończonej śniadaniem kontynentalnym, zadzwoniłem z hotelowego pokoju w kilka miejsc. Odkryłem, że na media będę musiał trochę poczekać – mówiąc dokładniej: dziewięć albo dziesięć dni. Poza tym okazało się, że zakup akcesoriów oświetleniowych przypada w udziale najemcy. Doświadczenia związane z przeprowadzką to bez wątpienia jedne z nielicznych różnic kulturowych między Stanami a Hiszpanią, które raczej mnie nie urzekły. Nic dziwnego, że Hiszpanie podpisują umowy najmu na pięć lat – nikomu nie chce się wprowadzać do nowego mieszkania.

Tonello_Birkinka.indd 27

2013-05-29 15:37:18


Która z nas nie marzy o tym, żeby wyglądać jak gwiazda lmowa, nosić ubrania od najlepszych projektantów, budzić podziw mężczyzn i innych kobiet? Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście do szczęścia potrzebowała butów od Manolo Blahnika, diabeł ubierał się u Prady, natomiast Victoria Beckham, Sharon Stone czy Naomi Campbell potrały wydać fortunę na torebkę o wdzięcznej nazwie BIRKIN. Torebka mrocznym przedmiotem pożądania? Torebka, która kosztuje tyle co mały samochód? To szaleństwo! A jednak. Co więcej, trzeba na nią czekać nawet dwa lata. Lista oczekujących jest długa, a sprzedawcy nieubłagani. Wielki świat, wielka moda, wielka ściema. Choć Michael nigdy wcześniej nie słyszał o torebce Birkin, szybko się zorientował, że wielu chciałoby ją mieć, ale niewielu może ją kupić. Postanowił przechytrzyć marketingowe sztuczki świata mody i obmyślił formułę, dzięki której był w stanie kupić kilka birkinek w tydzień i sprzedać je tym, którzy o nich marzyli. Przy okazji dowiedział się wiele o ludzkiej naturze: jak łatwo nas omamić, wzbudzić w nas sztuczne potrzeby, przekonać, że nowa torebka lub buty są gwarantem naszego szczęścia.

Cena 32,90 zł


"W pogoni za torebką"