Page 1

n

n

POWOLNY CZŁOWIEK PORUSZAJĄCE STUDIUM PRZEMIANY n

Przenikliwe spojrzenie i cierpki humor zatrzymują uwagę na przerażających rzeczach, o których nie chcemy zwykle myśleć. „The Washington Post”

POWOLNY CZŁOWIEK

Paul Rayment, emerytowany fotograf, traci nogę w ulicznym wypadku. Wydarzenie to dramatycznie zmienia dotychczasowe życie starszego człowieka. Zdeklarowany samotnik staje się uzależniony od pomocy opiekunki Marianny. To ona wnosi w jego życie dawno zapomniane uczucia, ciepło i kobiecość. Paul doświadcza emocji, które wydają mu się niemal obce, a przy tym grzeszne i pozbawione perspektyw. O prawo do bycia u boku kaleki walczy jednak inna kobieta – ironiczna i tajemnicza Elizabeth Costello.

Coetzee odnalazł w sobie pokłady ciepła i humoru, a także ożywiającą czułość dla swoich bohaterów. John Banville, „The New Republic”

J.M . C OE T Z E E

J. M . CO ETZ E E

J.M.

Cena detal. 29 zł ISBN 83-240-0746-6 ISBN 978-83-240-0746-2

Coetzee_Powolny czlowiek_brosz.i1 1

w w w. z na k . c om . pl

COETZEE (ur. w 1940 r.) jest wybitnym pisarzem południowoafrykańskim. Dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Bookera, w 2003 roku otrzymał Nagrodę Nobla.

2006-10-03 08:29:38


Coetzee_Lato_zlamane_korekta2.indd 2

2010-08-24 09:46:16


1-3coetzee

14/09/06

15:36

Page 2

MAGDALENA KONIKOWSKA


1 Cios dosięga go z prawej – nagły, przeszywający, bolesny piorun strąca go z roweru. Rozluźnij się, nakazuje sobie, lecąc w powietrzu (lecąc z największą łatwością!), i rzeczywiście, ciało posłusznie wyzbywa się napięcia. Tak jak kot – myśli – przekoziołkuj i natychmiast wstań, wyjdź naprzeciw temu, co jeszcze się zdarzy. Na horyzoncie majaczy również słowo „zwinny” lub „zwinnie”. Nie udało się. Czy przez to, że nogi nie usłuchały, czy też z winy chwilowego oszołomienia (słyszy raczej, niż czuje, uderzenie czaszki o asfalt, dalekie, głuche, niczym stuknięcie kijem) – dość, że wcale się nie podnosi, tylko sunie przed siebie, metr po metrze, wciąż dalej, ten ruch niemalże go usypia. Leży bez ruchu, spokojnie. Jest piękny ranek. Słońce mile grzeje. Bywają gorsze rzeczy niż taki bezwład, w oczekiwaniu, aż powrócą siły. Doprawdy, bywają gorsze rzeczy niż krótka drzemka. Zamyka oczy; świat pod nim się przechyla, wiruje. Zapada w nicość. Na moment przytomnieje. Ciało, które niedawno szybowało tak swobodnie, teraz jest ociężałe, tak bardzo ociężałe, że za nic nie zdołałby się poruszyć. Ktoś się nad nim pochyla, odcina mu dopływ powietrza. Chłopak o kędzierzawych włosach i z pryszczami na czole. 7


– Mój rower – mówi do chłopca, wypowiada trudne słowo sylaba po sylabie. Chce zapytać, co się stało z rowerem, czy ktoś go pilnuje, bo jak wiadomo, rower potrafi zniknąć w mgnieniu oka. Zanim jednak udaje mu się zadać to pytanie, znowu traci przytomność.

8


2 Kołysze się z boku na bok, w czasie jazdy. Z oddali dobiegają głosy, gwar narasta i słabnie we własnym rytmie. Co się dzieje? Wiedziałby, gdyby mógł otworzyć oczy. Ale jeszcze nie może. Coś do niego dociera. Pojedyncze litery, klik-klik-klik, wiadomość wystukiwana na różowym ekranie, który drży jak woda przy każdym mrugnięciu, zapewne więc jest to wewnętrzna strona jego własnej powieki. E-R-T-Y, biegną litery, potem F-R-I-V-O-L, drżenie, później E, następnie Q-W-E-R-T-Y, i tak bez końca. Frivole. Błahy. Wpada w popłoch. Wije się, w pieczarze ciała wzbiera jęk, wyrywa się z gardła. – Boli? – słychać głos. – Niech się pan nie rusza. – Ukłucie igły. W chwilę później znika ból, potem strach, wreszcie znika świadomość. Budzi się w kokonie martwoty. Stara się usiąść, na próżno, jak zatopiony w betonie. Wszędzie dokoła tylko biel: biały sufit, biała pościel, białe światło. I jeszcze biel ziarnista, niby zaschnięta pasta do zębów, ta biel oblepia mózg, nie daje jasno myśleć, przywodzi do rozpaczy. – Co...? – szepcze, może i krzyczy. To znaczy: „Co mi jest?”, „Co to za miejsce?”, albo nawet „Co to za fatum?”. 9


Znikąd pojawia się młoda kobieta w bieli, przystaje, czujnie mu się przygląda. Z zamętu w głowie próbuje się wyłonić pytanie. Za późno! Z uśmiechem, uspokajająco poklepawszy go po ręce – on to słyszy, lecz nic nie czuje, dziwne – kobieta odchodzi. Czy to coś poważnego? Mając czas tylko na jedno pytanie, właśnie takie powinien zadać, choć woli nie zgłębiać sensu słowa „poważne”. Są jednak pilniejsze sprawy – pilniejsze niż kwestia powagi sytuacji, niż dociekania, co właściwie zdarzyło się na Magill Road, wtrącając go w ów martwy obszar. Przede wszystkim trzeba wrócić do domu, zamknąć za sobą drzwi, usiąść w znajomym otoczeniu, dojść do siebie. Usiłuje dotknąć prawej nogi, tej, która bezustannie wysyła niejasne sygnały, że coś jej dolega. Jednakże ręka ani drgnie, tak jak i reszta ciała. Moje ubranie; może o to należałoby spytać, niewinnie, na samym wstępie. Gdzie jest moje ubranie? Gdzie moje ubranie, i jak poważna jest moja sytuacja? W pole widzenia powraca tamta młoda kobieta. – Ubranie. – Wypowiedział to z olbrzymim trudem, jak najwyżej unosząc brwi, żądając wyjaśnień. – Bez obaw. – Kobieta znowu obdarza go uśmiechem, iście anielskim uśmiechem. – Wszystkim się zajęliśmy. Za minutkę przyjdzie pan doktor. – W istocie, jeszcze przed upływem minuty, zjawia się młody mężczyzna, ów zapowiedziany lekarz, coś szepcze kobiecie do ucha. – Paul? – mówi teraz. – Słyszysz mnie? Tak się nazywasz? Paul Rayment? – Tak. – Witaj, Paul. W tej chwili czujesz się trochę ogłupiały. To dlatego, że dostałeś zastrzyk z morfiny. Wkrótce zabierzemy cię na blok operacyjny. Miałeś wypadek, nie 10


wiem, ile z tego pamiętasz, w każdym razie twoja noga mocno ucierpiała. Zobaczymy, jak dużą część kończyny zdołamy uratować. Brwi znów wędrują w górę: – Uratować? – Uratować nogę – powtarza doktor. – Nie obejdzie się bez amputacji, ale ocalimy, ile się da. Widocznie jego twarz coś wyraziła, ponieważ młody człowiek wykonuje osobliwy gest. Wyciąga rękę, dotyka jego policzka, dłoń się tam zatrzymuje, przytulona do głowy starca. Coś takiego mogłaby zrobić zakochana kobieta. To żenujące, lecz nie sposób się odsunąć bez urazy. – Zaufasz mi? – pyta lekarz. W odpowiedzi tylko mruga, oniemiały. – Świetnie. – Chwila milczenia. – Nie mamy wyboru, Paul. W tej sytuacji po prostu nie ma wyboru. Rozumiesz? Zgadzasz się? Nie każę ci niczego podpisywać, ale czy udzielasz nam zgody na operację? Uratujemy, co się da, chociaż to było potężne uderzenie, wyrządziło sporą szkodę, na razie nie umiem stwierdzić, czy na przykład można uratować kolano. Jest niemal całkiem zgruchotane, podobnie jak kość piszczelowa. Jak gdyby wiedząc, że się o niej mówi, jakby te okropne słowa zbudziły ją z niespokojnego snu, prawa noga przeszywa go białym drzewcem bólu. Paul słyszy swój jęk, później łomot krwi w skroniach. – No to do dzieła. – Młody człowiek głaszcze go lekko po policzku. – Już czas. Budzi się o wiele spokojniejszy. Umysł ma jasny, znowu jest sobą – pełen animuszu! – choć zarazem ogarnia go miła senność, w każdej chwili mógłby się zdrzemnąć. Zraniona noga wydaje się olbrzymia, iście słoniowa, lecz już nie boli. 11


Otwierają się drzwi, wchodzi pielęgniarka, nowa, świeża twarz. – Czujemy się lepiej? – I spiesznie dodaje: – Na razie niech pan nic nie mówi. Niedługo przyjdzie doktor Hansen. Porozmawia z panem. Tymczasem musimy coś tu zrobić. Proszę się rozluźnić, a ja... Jak się okazuje, pielęgniarka musi mu założyć cewnik. Paskudna czynność; na szczęście zajmuje się tym obca osoba. Oto skutki! – karci siebie Paul. – Oto skutki chwilowej nieuwagi! A rower? Co się stało z rowerem? Jak teraz będę robił zakupy? Wszystko to moja wina, bo pojechałem przez Magill Road! Przeklina Magill Road, chociaż latami pokonywał tę trasę bez kłopotów. Doktor Hansen, gdy już przybywa, najpierw przedstawia sprawę w ogólnych zarysach, żeby pacjent „był na bieżąco”, po czym przechodzi do szczegółów dotyczących nogi. To dobre wieści, a także niezbyt dobre. Po pierwsze, jeśli idzie o stan ogólny, zważywszy, co się może przytrafić – i zazwyczaj przytrafia – ludzkiemu ciału podczas zderzenia z rozpędzonym samochodem, Paul może sobie pogratulować, gdyż jego przypadek „nie jest poważny”. Wręcz przeciwnie: miał kolosalne, niebywałe szczęście. Doznał wstrząśnienia mózgu, owszem, lecz ocalił go kask. Pozostanie pod obserwacją, nie stwierdzono jednak żadnych oznak krwawienia wewnątrzczaszkowego. Co do funkcji ruchowych, wstępne badanie wykazuje, że nie poniosły one uszczerbku. Stracił nieco krwi, ale dokonano transfuzji. Jeżeli martwi go obolała szczęka – kość nie jest złamana, jedynie stłuczona. Otarcia na plecach i na ramieniu tylko wyglądają groźnie, zagoją się w parę tygodni. Następna kwestia: noga, która przyjęła na siebie cios. Otóż doktor Hansen i jego zespół nie zdołali uratować ko12


lana. Po gruntownej dyskusji decyzja zapadła jednogłośnie. Impet uderzenia – co Paul zobaczy później na zdjęciu rentgenowskim – poszedł prosto w kolano, w dodatku nastąpiła rotacja, toteż staw został jednocześnie strzaskany i skręcony. U młodszego pacjenta może przeprowadzono by rekonstrukcję, lecz tego rodzaju rekonstrukcja wymaga serii zabiegów operacyjnych, rozłożonych na rok lub nawet dwa lata, a szansa powodzenia wynosi niecałe pięćdziesiąt procent, zatem, wziąwszy pod uwagę wiek Paula, postanowiono amputować nogę nad kolanem, tak by na pozostałym, dużym fragmencie kości dało się umocować protezę. On sam (doktor Hansen) ma nadzieję, że pacjent (Paul Rayment) z czasem doceni słuszność tej decyzji. – Pewnie masz wiele pytań – mówi na zakończenie. – Z chęcią na wszystkie odpowiem, ale może nie teraz, raczej jutro rano, kiedy się wyśpisz. – Proteza. – Kolejne trudne słowo. Teraz jednak, wiedząc, że szczęka nie jest złamana, jedynie stłuczona, mniej się przejmuje trudnymi słowami. – Proteza. Sztuczna kończyna. Dopasujemy ją, kiedy się zagoi rana pooperacyjna. Za cztery tygodnie, może nawet wcześniej. Zanim się obejrzysz, znów będziesz chodził. I jeździł na rowerze. Po małym treningu. Jeszcze jakieś pytania? Kręci głową przecząco. Dlaczego mnie nie spytaliście? – chce powiedzieć. Lecz jeżeli wypowie te słowa, to eksploduje, zacznie krzyczeć. – A więc porozmawiamy rano – mówi doktor Hansen. – Uszy do góry! To nie wszystko. To jeszcze nie koniec. Najpierw gwałt, potem przyzwolenie na gwałt. Zanim zostawią go w spokoju, trzeba wypełnić papiery, a te sprawiają nieoczekiwaną trudność. 13


Na przykład rodzina. Nazwiska i adresy członków rodziny. Kogo należy zawiadomić? Dalej: ubezpieczenie. Kto jest ubezpieczycielem? Co pokrywa polisa? Ubezpieczenie – nie ma sprawy. Jest ubezpieczony po czubek głowy, przezorny do bólu, o czym świadczy stosowna karta w portfelu (tylko gdzie ten portfel, gdzie ubranie?). Z rodziną to już nie takie proste. Kto należy do jego rodziny? Jak brzmi poprawna odpowiedź? Ma siostrę. Umarła dwanaście lat temu, ale wciąż żyje w nim czy też przy nim. Ma również matkę, która – wówczas gdy nie ma jej w nim ani przy nim – oczekuje anielskich trąb w swej kwaterze na cmentarzu w Ballarat. Ojciec czeka nieco dalej, na cmentarzu w Pau, skąd rzadko przybywa w odwiedziny. Czy tych troje tworzy rodzinę? Ci, z którymi od narodzin dzielisz życie, nigdy nie umierają – pragnie wyjaśnić autorowi pytania. – Nosisz ich ze sobą, licząc, że tak samo ciebie poniosą twoi następcy. W formularzu brak jednak miejsca na dłuższą odpowiedź. Z pewnością natomiast nie ma żony ani potomstwa. Owszem, kiedyś był żonaty, lecz wspólniczki w tamtym przedsięwzięciu już nie uważa za swoją drugą połowę. Ulotniła się, rozpłynęła. Jeszcze nie pojął, jak dokonała tej sztuki, ale to fakt: umknęła we własne życie. A zatem, w istocie rzeczy oraz na potrzeby formularza, Paul Rayment jest mężczyzną stanu wolnego: nieżonatym, niezwiązanym, samotnym. Rodzina: NIE MA, pisze drukowanymi literami, pod nadzorem pielęgniarki, przy pozostałych pytaniach stawia kreski, podpisuje dokument, w dwóch egzemplarzach. – Data? – pyta pielęgniarkę. – Drugi lipca. Wpisuje datę. Funkcje ruchowe bez uszczerbku. 14


Bierze proszki przeciwbólowe i nasenne, ale nie śpi. Nieznajome łóżko, gołe ściany, woń antyseptyków i uryny – to na pewno nie sen, to rzeczywistość, najzupełniej realna. A jednak cały ten dzień – jeśli wciąż jest dzisiaj, jeśli czas nie stracił znaczenia – mija jak we śnie. Niewątpliwie wprost z krainy snów pochodzi to coś, co po raz pierwszy Paul bada pod kołdrą, ów koszmarny przedmiot spowity w biel i przyczepiony do biodra. A drugi rekwizyt – o którym młody człowiek w dziko błyskających okularach mówił z takim entuzjazmem – kiedy się pojawi? Nigdy w życiu nie widział obnażonej protezy. Na myśl przychodzi drewniany kij z kolcem niczym ostrze harpuna i z trzema nóżkami zaopatrzonymi w gumowe przyssawki. Czysty surrealizm. Istny Dali. Wyciąga rękę (trzy środkowe palce są zabandażowane razem, dopiero teraz to zauważa), dotyka białego przedmiotu. Nie ma tam ani krzty czucia. Kawał drewna. To tylko sen – myśli, po czym zasypia głęboko. – Dzisiaj zaczniesz chodzić – oznajmia doktor Hansen. – Dziś po południu. Nie za dużo, parę kroków, tak na próbę. Oboje z Elaine będziemy ci pomagać. – Skinieniem głowy wskazuje pielęgniarkę. Siostra Elaine. – Elaine, załatw to z ortopedią. – Nie chcę dziś chodzić. – Uczy się mówić przez zęby. Oprócz stłuczonej szczęki, ma po tej stronie obruszone zęby trzonowe, nie może przeżuwać. – Nie poganiajcie mnie. Nie chcę protezy. – W porządku – zgadza się doktor. – Zresztą nie ma mowy o protezie, na to jeszcze za wcześnie, na razie to tylko rehabilitacja, początki rehabilitacji. Możemy zacząć jutro albo pojutrze. Sam się przekonasz, że utrata nogi to jeszcze nie koniec świata. 15


– Powtarzam: nie chcę protezy. Lekarz i pielęgniarka wymieniają spojrzenia. – Skoro tak, to co byś wolał? – Wolałbym sam się o siebie zatroszczyć. – Dobrze, koniec tematu, nie będziemy cię do niczego zmuszać. Przyrzekam. Możemy teraz pomówić o nodze? Mogę ci wyjaśnić, jak się o nią dba? Dba o moją nogę? Wrze z gniewu – czy oni tego nie widzą? Znieczuliliście mnie, ucięli nogę i wyrzucili ją do śmieci, a potem ktoś ją spalił. I wy macie czelność mówić o dbałości? – Pozostałe mięśnie naciągnęliśmy na koniuszek kości – Hansen ilustruje to stulonymi dłońmi – i założyliśmy szwy. Kiedy rana się zagoi, mięśnie utworzą tam swego rodzaju poduszeczkę. Przez kilka dni, z powodu traumy i leżenia w łóżku, wystąpi obrzęk, opuchlizna. Trzeba się tym zająć. Mięśnie mogą się też obkurczać w kierunku biodra, o tak. – Staje bokiem, wypina pośladki. – Będziemy temu przeciwdziałać za pomocą rozciągania. Rozciąganie jest niezwykle ważne. Elaine pokaże ci parę ćwiczeń rozciągających i jeśli trzeba, będzie służyć pomocą. Siostra Elaine przytakuje. – Kto mi to zrobił? – Nie krzyczy, ponieważ nie może rozewrzeć szczęk, ale to akurat mu odpowiada: furia i zgrzytanie zębów. – Kto mnie przejechał? – Oczy wzbierają łzami. Noce ciągną się bez końca. Za gorąco mu, za zimno; obandażowana noga swędzi, poza zasięgiem. Wstrzymując oddech, słyszy upiorne mrowienie – to okaleczone tkanki usiłują się zrosnąć. Za szczelnie zamkniętym oknem śpiewa do siebie świerszcz. Sen nadchodzi niespo16


dzianie i na krótko, otumania niczym resztki narkozy zalegające w płucach. Nocą czy za dnia, czas się wlecze. Naprzeciwko łóżka ustawiono telewizor, ale jego nie interesuje telewizja ani czasopisma dostarczone przez jakąś dobrą duszę („Who”, „Vanity Fair”, „Australian Homes and Gardens”). Wpatruje się w tarczę zegarka, zapamiętuje położenie wskazówek. Później zamyka oczy, stara się myśleć o czymś innym – o własnym oddechu, o swojej babce, jak siedzi przy kuchennym stole i skubie kurczaka, o pszczołach wśród kwiatów, o czymkolwiek. Otwiera oczy. Wskazówki ani drgnęły. Zupełnie jakby grzęzły w kleju. Zegar stoi, czas nie. Nawet leżąc w łóżku, Paul czuje na sobie działanie czasu, podobne do wyniszczającej choroby, do niegaszonego wapna, którym polewa się trupy. Czas go zżera, pochłania komórki jedną po drugiej. Komórki ciała gasną jak świeczki. Co sześć godzin dostaje pigułki. Uśmierzają najgorszy ból, to dobrze, niekiedy usypiają – jeszcze lepiej, zarazem jednak mącą umysł i sprowadzają okropne koszmary, aż strach brać te leki. Ból to nic – powtarza sobie – to zaledwie sygnał ostrzegawczy, który ciało wysyła do mózgu. Ból jest nie bardziej realny aniżeli zdjęcie rentgenowskie. Oczywiście to nieprawda. Ból jest realny, ból nie musi się szczególnie wysilać, by tego dowieść, w ogóle nie musi się wysilać, wystarczy jeden napad. Po czymś takim szybko można polubić oszołomienie, złe sny. Ma teraz współlokatora, jeszcze starszego mężczyznę po operacji biodra. Ów przez cały dzień leży z zamkniętymi oczami. Co jakiś czas pielęgniarki zaciągają zasłonę przy tamtym łóżku i dyskretnie dokonują niezbędnych zabiegów. 17


Dwóch staruszków; dwóch starszych panów na jednym wózku. Pielęgniarki są dobre, są życzliwe i wesołe, niemniej jednak – to nie złudzenie, nazbyt często już to widywał w przeszłości – za ich dziarskim profesjonalizmem kryje się bezbrzeżna obojętność wobec losu obydwu pacjentów. W doktorze Hansenie, pod maską serdecznej troski, daje się wyczuć tę samą obojętność. Jak gdyby ci młodzi, przydzieleni im do opieki, podświadomie wiedzieli, że starcy nic już nie wniosą do stada, a więc się nie liczą. Tacy młodzi i tacy bezduszni! – woła w duchu. – Czemu wpadłem w ich ręce? Niech starzy doglądają starych, umierający umierających! Trzeba być szaleńcem, żeby żyć samotnie! Rozprawiają o jego przyszłości, nękają go ćwiczeniami, aby się na tę przyszłość przygotował, wyganiają z łóżka; lecz dla niego przyszłość nie istnieje, drzwi do przyszłości są zamknięte na klucz. Gdyby potrafił ze sobą skończyć samą siłą woli, nie wahałby się ani przez chwilę. Zna wiele historii o samobójcach – o ludziach, którzy skrupulatnie płacą rachunki, piszą listy pożegnalne, palą stare listy miłosne, oznakowują klucze, po czym, gdy już zapanuje porządek, wkładają najlepsze ubranie, łykają proszki zgromadzone w tym celu i kładą się na zasłanym łóżku, przybierając pozę stosowną w obliczu nicości. Wszyscy oni to bohaterowie, niedocenieni, nieopiewani. Nie chcę sprawiać żadnych kłopotów. Jedyne, czego nie mogą dopilnować, to ciała, tej kupy mięsa, która po paru dniach zacznie cuchnąć. Gdyby to było możliwe, gdyby było dozwolone, pojechaliby taksówką do krematorium, zasiedli przy owych złowieszczych drzwiach, połknęli swoją dawkę, a później, na granicy przytomności, nacisnęli guzik, by zanurkować w płomienie i wynurzyć się po drugiej stronie pod postacią szufelki popiołu, który nie waży prawie nic. 18


Uważa, że byłby zdolny odebrać sobie życie, choćby zaraz. Lecz myśląc tak, jednocześnie wie, że tego nie zrobi. Pragnienie śmierci bierze się jedynie z bólu, z długich bezsennych nocy w szpitalu, w tej domenie upokorzeń, gdzie nie sposób się ukryć przed bezlitosnym spojrzeniem młodych. Konsekwencje tego, że jest człowiekiem wolnym i samotnym, najdobitniej dają o sobie znać pod koniec drugiego tygodnia pobytu w krainie wiecznej bieli. – Nie ma pan rodziny? – pyta pielęgniarka z nocnej zmiany, Janet. Czasem się z nim przekomarza. – Nie ma pan przyjaciół? – Marszczy nos, jakby Paul spłatał im tu wszystkim figla. – Mam mnóstwo przyjaciół. Nie jestem Robinsonem Crusoe. Po prostu nie chcę ich widzieć. – Dobrze by panu zrobiły małe odwiedziny. Podniosły na duchu. Z całą pewnością. – Przyjmę gości, kiedy będę miał ochotę, dziękuję bardzo. Z natury trzyma nerwy na wodzy, tutaj jednak pozwala sobie na ataki irytacji, zniecierpliwienia, złości, bo dzięki temu personel zostawia go w spokoju. W głębi serca nie jest taki zły – zapewne tak Janet broni go przed koleżankami. Stary pierdziel! – prychają koleżanki z pogardą. Wie, że teraz, skoro „czyni postępy”, winien pożądać tych młodych kobiet, a ponieważ pacjenci, niezależnie od wieku, nie umieją się pohamować, pożądanie wychodzi na jaw w nieodpowiednich momentach, należy więc je studzić jak najprędzej i jak najbardziej stanowczo. Naprawdę nie odczuwa pożądania. Serce ma tak czyste jak serce dziecka. Co też nie przysparza mu uznania wśród pielęgniarek, wcale zresztą się tego nie spodzie19


wał. Stary świntuch to element gry, w której on nie zamierza brać udziału. Nie kontaktuje się z przyjaciółmi, bo zwyczajnie nie chce, żeby go oglądali w takim stanie – zredukowanego, poniżonego. Ale tak czy owak wieści się rozchodzą. Ludzie przesyłają pozdrowienia, zjawiają się też osobiście. Przez telefon łatwo zmyślać. To tylko noga – mówi, mając nadzieję, że w głosie nie słychać goryczy. – Na razie będę chodził o kulach, potem dostanę protezę. Trudniej grać oko w oko, wówczas bowiem odraza do tego pieńka, który odtąd trzeba będzie taszczyć ze sobą, aż nadto wyraźnie maluje mu się na twarzy. Od początku rozdziału, od wypadku na Magill Road aż do tej chwili nie postępował należycie, nie stanął na wysokości zadania: to jasne. Miał wspaniałą sposobność, mógł dać przykład, jak z pogodą ducha człowiek znosi okrucieństwa losu, i zmarnował okazję. Kto mi to zrobił? – krzyczał do niewątpliwie kompetentnego, acz dość przeciętnego doktora Hansena, na pozór w sensie: Kto mnie potrącił?, w istocie mając na myśli: Kto śmiał mi uciąć nogę? Na samo wspomnienie płonie ze wstydu. Nie on pierwszy padł ofiarą wypadku, nie jest pierwszym starcem, który znalazł się w szpitalu pod opieką życzliwych, lecz krańcowo obojętnych młodych ludzi. Stracił nogę: czymże jest utrata nogi, w szerszym wymiarze? Otóż w szerszym wymiarze utrata nogi to jedynie przygrywka do utraty wszystkiego. Na kogo będzie krzyczał, gdy nadejdzie ten dzień? Kogo obwini? Odwiedza go Margaret McCord. McCordowie to jego najstarsi przyjaciele w Adelaide. Margaret, zmartwiona, że się dowiedziała tak późno, nie kryje słusznego oburzenia na sprawcę. – Spodziewam się, że wniesiesz pozew – mówi. 20


– Nie zamierzam. To komiczne. „Niniejszym żądam zwrotu nogi, w przeciwnym razie...” Tą działką niech się zajmą ubezpieczyciele. – Błąd. Nie wolno pobłażać piratom drogowym. Pewnie dostaniesz protezę? W dzisiejszych czasach robi się doskonałe protezy, niedługo znów będziesz jeździł na rowerze. – Nie sądzę. To już zamknięty rozdział. Margaret potrząsa głową. – Jaka szkoda! – mówi. – Jaka szkoda! Miło z jej strony, myśli później. „Biedny Paul, biedaku, ile ty musisz wycierpieć!”: o to jej chodziło i wiedziała, że on zrozumie. Wszystkich nas czeka coś podobnego – chciałby jej przypomnieć – nie dziś, to jutro. W życiu szpitalnym zdumiewa go to, że troska o nogę (Świetnie! – cieszy się doktor Hansen, obmacując kikut wypielęgnowanym palcem. – Pięknie się goi. Wkrótce będziesz zdrowy.) nader prędko ustępuje miejsca kwestii, jak pacjent „da sobie radę” (ich określenie), gdy już wyjdzie na swobodę. Nieprzyzwoicie wcześnie, tak mu się zdaje, do akcji wkracza opieka społeczna w osobie pani Putts czy też Putz. – Panie Rayment... Paul, jesteś jeszcze młody – stwierdza wesoło, tak jak zapewne ją nauczono zwracać się do ludzi starszych. – Chciałbyś zachować niezależność, to dobrze, ale przez jakiś czas nie obejdziesz się bez opieki, specjalistycznej opieki, a tę możemy ci zapewnić. Na dłuższą metę, nawet kiedy będziesz już chodził o własnych siłach, ktoś musi przy tobie być, podać pomocną dłoń, robić zakupy, gotować, sprzątać, i tak dalej. Nie masz nikogo takiego? Zastanawia się, kręci głową. 21


– Nie, nie mam. – To znaczy (co też pani Putts chyba rozumie): nie ma nikogo takiego, kto uznałby za swój konfucjański obowiązek poświęcić się zaspokajaniu jego potrzeb, gotowaniu, sprzątaniu i tak dalej. Z pytania, co ciekawe, wynika, jak się przedstawia jego stan według pani Putts. Widocznie lekarze rozmawiali z nią szczerzej niż z pacjentem, szczerzej i konkretniej. Z owych konkretnych rozmów wysnuła wniosek, że nawet „na dłuższą metę” Paul nie poradzi sobie bez „pomocnej dłoni”. We własnej wizji, którą kształtował w pogodniejszych chwilach, on, kaleka (brutalne słowo, ale czy istnieje właściwsze?), tak czy owak, dzięki kulom albo innej podporze, na dłuższą metę jakoś pociągnie, może wolniej niż dotychczas, lecz kto by się przejmował tempem? Najwyraźniej jednak nie jest to ich wizja. Zgodnie z ich wizją, Paul Rayment nie potrafi stawić czoła nowym, odmiennym warunkom i ogólnie „dawać sobie rady”, należy bowiem do ginącego gatunku, toteż z braku profesjonalnej opieki niechybnie wyląduje w domu starców. Wolałby szczerość za szczerość. Przemyślałem sprawę – oznajmiłby pani Putts. – Już dawno się przygotowałem. W najgorszym razie potrafię o siebie zadbać. Jednakże reguły gry nie pozwalają im mówić szczerze. Gdyby na przykład opowiedział o tajnym zapasie proszków nasennych, które trzyma w łazience w swoim mieszkaniu, to pani Putts, zgodnie z regułami gry, wysłałaby go na psychoterapię, żeby go chronić przed samym sobą. Wzdycha. – Według pani... według ciebie, Dorianne, z zawodowego punktu widzenia, jakie kroki należałoby podjąć? – Musisz zatrudnić pomoc, najlepiej prywatną pielęgniarkę z doświadczeniem w opiece nad chorymi i słaby22


mi. Naturalnie, ty nie jesteś słaby. Ale póki nie odzyskasz sprawności, nie możemy ryzykować, prawda? – Ano nie. Opieka nad chorymi i słabymi. Nigdy się nie uważał za słabego, dopóki nie zobaczył prześwietlenia. Nie do wiary, że te pajęcze kości, widoczne na zdjęciach, w ogóle utrzymywały go w pionie, że się nie łamały przy każdym kroku. Im wyższy, tym słabszy. Zbyt wysoki. Pierwszy raz operowałem tak wysokiego pacjenta – wyznał doktor Hansen – z takimi długimi nogami. I zaczerwienił się po tej gafie. – Pamiętasz może, czy twoje ubezpieczenie pokrywa ten rodzaj opieki? – ciągnie pani Putts. Pielęgniarka, jeszcze jedna pielęgniarka. Kobieta w białym czepku, w praktycznych butach będzie się kręcić po jego mieszkaniu i szczebiotać: Czas na lekarstwo, panie R.! – Nie, moje ubezpieczenie raczej tego nie obejmuje. – A więc będziesz musiał to uwzględnić w budżecie.

23


n

n

POWOLNY CZŁOWIEK PORUSZAJĄCE STUDIUM PRZEMIANY n

Przenikliwe spojrzenie i cierpki humor zatrzymują uwagę na przerażających rzeczach, o których nie chcemy zwykle myśleć. „The Washington Post”

POWOLNY CZŁOWIEK

Paul Rayment, emerytowany fotograf, traci nogę w ulicznym wypadku. Wydarzenie to dramatycznie zmienia dotychczasowe życie starszego człowieka. Zdeklarowany samotnik staje się uzależniony od pomocy opiekunki Marianny. To ona wnosi w jego życie dawno zapomniane uczucia, ciepło i kobiecość. Paul doświadcza emocji, które wydają mu się niemal obce, a przy tym grzeszne i pozbawione perspektyw. O prawo do bycia u boku kaleki walczy jednak inna kobieta – ironiczna i tajemnicza Elizabeth Costello.

Coetzee odnalazł w sobie pokłady ciepła i humoru, a także ożywiającą czułość dla swoich bohaterów. John Banville, „The New Republic”

J.M . C OE T Z E E

J. M . CO ETZ E E

J.M.

Cena detal. 29 zł ISBN 83-240-0746-6 ISBN 978-83-240-0746-2

Coetzee_Powolny czlowiek_brosz.i1 1

w w w. z na k . c om . pl

COETZEE (ur. w 1940 r.) jest wybitnym pisarzem południowoafrykańskim. Dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Bookera, w 2003 roku otrzymał Nagrodę Nobla.

2006-10-03 08:29:38


Powolny człowiek  

John Maxwell Coetzee: Powolny człowiek Kiedy w życiu mężczyzny pojawiają się dwie kobiety i grzeszna namiętność, musi on dokonać wyboru. Pau...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you