Page 1

Nietoperz w świątyni Biografia Jerzego Nowosielskiego


Nietoperz w świątyni Biografia Jerzego Nowosielskiego

Krystyna Czerni

Wydawnictwo Znak Kraków 2011


Życie rodzinne

Ostatni adres Nowosielskich – i miejsce, w którym definitywnie zapuszczą korzenie – to dom zbudowany przez rodziców malarza przy ul. Narzymskiego 19, w krakowskiej dzielnicy Olsza. Artysta mieszkał w nim do śmierci. Modernistyczny, jednopiętrowy budynek typu „kostka polska” przylega ścianą do sąsiedniego domu. Niewielki ogród, wyjście na taras i mały przedsionek, do którego prowadzą od ulicy strome schody. Kanciastą bryłę budynku łagodzi tynk w kolorze wrzosu. Okolica jest spokojna, nieopodal przepływa rzeczka Białucha, z drugiej strony biegną tory kolejowe, skąd słychać przejeżdżające pociągi.

„paskudny dom” Jesienią 1962 roku Nowosielscy zajmują parter domu, na piętro wprowadzają się państwo Chmurowie. „Zosia nigdy nie polubiła tego domu – przyznaje ks. Henryk Paprocki – od początku bardzo jej się nie podobał. Oni w ogóle byli nieszczęśliwi, że musieli się tam sprowadzić. Zosia wciąż narzekała, mówiła: – paskudny, paskudny! Chodziliśmy często w okolice na spacery z Magdą,

Dom przy ul. Narzymskiego 19 w Krakowie


272

Część IV. Artysta w PRL-u

oglądaliśmy inne domy, bo to dzielnica willowa. Zosia tylko wzdychała: – Nie mam pojęcia, dlaczegośmy nie wybudowali na przykład takiego jak ten? Nasz jest paskudny, paskudny!” Nadzieja matki Nowosielskiego w jednym się spełni: mieszkanie pod jednym dachem z małżeństwem Chmurów na długie lata ułoży się po przyjacielsku i bez konfliktów. InDzwonek żynier Ireneusz Chmura, repatriant z Kazachstanu, będzie miał wiele wspólnych tematów z malarzem. Elżbieta Chmura, pracownica Desy i specjalistka od tkaniny artystycznej – będzie się wymieniać z Nowosielskim artystycznymi prezentami. Dwa bezdzietne małżeństwa spędzą wspólnie niejedną wigilię i będą sobie świadczyć drobne sąsiedzkie usługi. „Tam panowały bardzo miłe stosunki – opowiada Jan Przełomiec. – Nowosielscy mieli taki zwyczaj, że na imieniny pana Chmury czy na sylwestra szli na górę z obrazem. Tam powinna być niezła kolekcja… Ale potem pierwsza pani Chmurowa zginęła w wypadku, a pan Chmura ożenił się drugi raz z młodszą, bardzo antypatyczną kobietą i stosunki ogromnie się popsuły. Zosia się kiedyś śmiała, że ta żona sprzedała obraz, żeby kupić sobie futro. – Wiesz, Jurek, twój obraz wreszcie się na coś przydał, kobieta ma futro! – Wycięli też piękne jaśminy, które były przy wejściu do domu, Zosia opowiadała o tym z wielkim smutkiem”. Mieszkanie Nowosielskich, w którym przyjdzie im przeżyć wspólnie ponad 40 lat, to 3 pokoje z małą kuchnią i łazienką. Jego rozkład przez lata pozostaje bez zmian: w salonie, wśród ścian przesłoniętych regałami pełnymi książek, słucha się muzyki, ogląda telewizję i przyjmuje gości. Część prywatna to sypialnia, a także miejsce do modlitwy: typowy dla prawosławnych domów krasnyj ugołok – rodzaj domowego ołtarzyka: ściana zawieszona ikonami, przed nią drewniany podest, Krasnyj ugołok – domowy ołtarzyk w domu Jerzego Nowosielskiego na nim lampki i świece. To miejsce


Życie rodzinne

273

szczególne, bardzo intymne, gdy mieszkanie Nowosielskich zaczną nawiedzać ekipy telewizyjne, artysta nie wpuszcza tam kamery, choć to najpiękniejszy kąt w całym domu. Wreszcie pracownia: duży stół, niewielki taras z wyjściem do ogrodu, fotele i wielki regał pod ścianą, na którym piętrzą się obrazy, notatniki i rulony projektów. Dziś głównym meblem w pracowni jest łóżko artysty – to właśnie tutaj, razem ze swymi obrazami mieszkał przez 10 ostatnich lat prof. Nowosielski. Mieszkania artystów z reguły są niebanalne, mają oryginalny wystrój korespondujący nierzadko ze sztuką ich właścicieli. Ilustrują ich gust i usposobienie. „Zawsze ogromnie miłe wrażenie robiło na mnie mieszkanie Nowosielskich – przyznaje Krystyna Zwolińska. – W rozmaitych magazynach architektonicznych widzi się teraz różne, ciekawie projektowane wnętrza, ale u Nowosielskich tak było, zanim ktokolwiek myślał o podobnym aranżowaniu mieszkania. To były proste, drewniane stołki, kupowane na targu, solidne, skromne szafeczki w przedwojennym wiejskim stylu – wszystko malowane abstrakcyjnie przez Jurka i Zosię. Malowane w ten sposób, że naturalne konstrukcje sprzętów były jakby łamane po ukosach przez zestawianie niespodziewanych kolorów albo »marmurków«. W ten sposób powstawały bardzo ładne wnętrza: nowoczesne, proste, funkcjonalne. Był w tym nastrój czegoś bardzo osobistego, zrobionego przez ludzi, którzy tam mieszkają. Czuję się zawsze specjalnie uhonorowana przez to, że mogę być w takim mieszkaniu”. Malowane meble stoją w mieszkaniu na Narzymskiego do dzisiaj: zwykła „peerelowska” szafa z olśniewającą abstrakcją na bocznej ścianie, wielobarwny stolik pod telewizor, kolorowe skrzynie i taborety, nawet regały w pracowni i w piwnicy mają na licach desek małe abstrakcje i ikonki. Barwne zasłonki, poduszki z aplikacjami – wszystko maksymalnie proste, geometryczne, tak jak malarstwo gospodarza. Dekoracyjnym uzupełnieniem mebli są wykonane własnoręcznie przez artystę modele okrętów i szafa pełna „kolejowych” zabawek: lokomotywy, tory, wagoniki – przerabiane i malowane w bardzo „nowosielskim” stylu. O swoich meblach Nowosielski mówi z czułością „graciki”: „Nie mogę mieszkać stylowo, nie mogę mieć mebli z epoki, bo to by rzutowało na moją wyobraźnię. Muszę mieszkać wśród takich gratów, które sam sobie jako tako pomaluję, czyli we wnętrzu absoSzafa z abstrakcją lutnie neutralnym, jeżeli chodzi o pracę mojej w salonie z biblioteką


274

Część IV. Artysta w PRL-u

wyobraźni. Tylko tam mogę mieszkać i pracować”. „Bardzo przywiązuję się do przedmiotów, które mnie otaczają – dodaje – nie wyrzucam starych zegarków, starych garnków, nie zmieniałbym, gdybym miał i lubił jeździć, zbyt często samochodów. Uważam, że wszystkie przedmioty w jakimś sensie należą do tej rzeczywistości, która będzie rzeczywistością nowej ziemi, nowego nieba. (…) Powołałbym się tu na doświadczenie chasydyzmu. Ten kierunek mistyczny, kierunek ludowego zastosowania kabały, uczy wielkiej miłości do przedmiotów, z którymi współżyjemy, które nam służą, które nam przynoszą radość”. Dom na Narzymskiego – początkowo nielubiany, ale skutecznie ocieplony i „oswojony” – stanie się prawdziwą przystanią dla Nowosielskich i ich przyjaciół. Wieloletnia tułaczka po sublokatorskich pokojach rodzi potrzebę zakotwiczenia. Powrót do Krakowa, posada na ASP oznaczają upragnioną stabilizację. Rozkład dnia jest ustalony i uporządkowany. Poza czasem wakacji i pracy przy polichromiach Nowosielski prowadzi regularny, niemal mieszczański tryb życia. „Dzień Profesora – opowiada Andrzej Starmach – w czasach, kiedy funkcjonował niezwykle intensywnie artystycznie, wyglądał w ten sposób, że wstawał zawsze bardzo wcześnie, przeważnie około 6, 7 i zaczynał malować. Przed 9 wychodził, na placu Matejki spożywał wódeczkę w swoim ulubionym barku »Domino«, po 9 zjawiał się na Akademii, tam robił korektę. Już o 11 – odkąd miałem galerię w Rynku Głównym – wpadał do galerii, tam odbywała się kolejna konsumpcja, koło południa wsiadał w taksówkę i jechał do domu. Coś tam zjadał, potem była drzemka. I po południu Profesor albo czytał, albo wyruszał z powrotem na miasto. Często był z kimś umówiony albo to wymyślał, żeby ocyganić Zosię i wyjść z domu, wtedy wędrował do jednej ze swoich ulubionych knajpek: »Europy« na rondzie Mogilskim albo »Fafika«. Tych spotkań miał rzeczywiście dużo i pomimo różnych przypadłości był człowiekiem, który nigdy nie nawalał. Prosił tylko o przypomnienie. Przez naszą wieloletnią współpracę nie zdarzyło mi się, aby Profesor gdzieś nie przyszedł czy nie napisał tekstu, na który byliśmy terminowo umówieni. Zawsze był punktualny, zawsze wywiązywał się ze zobowiązań. Jak miał pójść na Akademię, to poszedł, jak miał napisać tekst, to siadał i pisał. Od tej strony zawsze na niego można było liczyć”. W latach 60. całymi miesiącami dom funkcjonuje jeszcze bez zakłóceń. Z biegiem lat ulubionych knajp będzie coraz więcej, a Profesor na coraz dłużej będzie znikał z domu.

– Czy to aby nie ptica? Od początku organizacją codziennego życia i funkcjonowaniem gospodarstwa zajmuje się Zofia, pomaga jej często siostra Maria, która po przejściu na emeryturę stanie się na Narzymskiego niemal rezydentką – nie obędzie się bez


Życie rodzinne

275

konfliktów. Prowadzenie domu z jedną sprawną ręką nie jest łatwe. Sporadycznie, raz w miesiącu, przychodzi pani do sprzątania. Na szczęście kulinarnie Nowosielski nie jest wymagający, je bardzo niewiele: placki ziemniaczane, jakieś pierogi. Jedyny kłopot ma z mięsem. Obsesyjnie nie znosi drobiu, a że w tych czasach trudno o inne mięso, pani Zofia dopuszcza się kulinarnych mistyfikacji – kotlety panierowane z kurzej piersi podaje jako cielęcinę. „Na wspólnych wakacjach w Zawoi – wspomina Andrzej Grzegorczyk – były różne kłopoty, bo najczęstszym jedzeniem były kurczaki. Gotowaliśmy sami na zmianę, i zawsze jak było mięso, on bardzo się zastanawiał i pytał: – Zosiu, czy to aby nie ptica? – A ona: – Ależ nieee, młody cielak. – Myśmy się zawsze śmiali, bo nie wiedzieliśmy, czy on się daje oszukiwać, czy po prostu udaje, że nie wie…” Mimo pełnego czułości stosunku do zwierząt Nowosielski nie jest wegetarianinem. Odmawia tylko potraw przypominających zwierzę – stąd najchętniej jada kotlety mielone i kiełbasę. Wstręt do drobiu komentuje przewrotnie – raz twierdzi, że ptak jest w ogóle obrzydliwy: ma dziób, zadziorne pazury i jest w nim coś podejrzanego. Innym razem utrzymuje, że drobiu nie je, bo drób – jak aniołowie – ma skrzydła. Niektórzy jednak pamiętają także opowieść z dawnych lat, kiedy malarz jako dziecko był świadkiem zarąbania kury siekierą na pieńku, potem sparzenia wrzątkiem… Odtąd sam zapach już budził w nim obrzydzenie, nawet rosół nie wchodził w grę.

Salon z biblioteką, widok obecny


276

Część IV. Artysta w PRL-u

Profesor ma także swoje dziwne, ulubione dania: bób w wielkich ilościach – niestety ciężkostrawny i z czasem szkodliwy dla zdrowia – a także jajka faszerowane, które czekają zwykle na niego w gościnnym wrocławskim domu Różewiczów. „Opowiadał mi Nowosielski – wspomina Magdalena Siwerska z białostockiej galerii Arsenał – że jak pracował w Białymstoku-Dojlidach, jeszcze w latach 50., to nie mógł się tutaj najeść jajek faszerowanych. Naprzeciwko dworca był taki bar, gdzie każdego dnia zachodził na te jajka, pewnie zresztą nie tylko… Jego rekord to 30 jajek faszerowanych na jeden raz! Moim marzeniem było, żeby go podjąć kiedyś tym daniem – ale się nie udało…” Salon na Narzymskiego to przestrzeń wypoczynku, lektury i muzyki. Biblioteka Nowosielskich ujawnia rozległość zainteresowań gospodarza. Obok normalnych w każdym domu malarza albumów sztuki mnóstwo tu lektur z filozofii, teologii, szeroko rozumianej duchowości, często w historycznych, antykwarycznych wydaniach: Kronika Akasha. Wtajemniczenie w odwieczną pamięć Wszechświata Rudolfa Steinera, Bhagawadgita, Księga Kriszny, Tirukkular. Święta księga południowych Indii, Wprowadzenie do buddyzmu Zen, Postępek Prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu, Ideał monastyczny a życie pierwszych chrześcijan Morina. Duża część biblioteki to biblistyka: wykłady Pisma Świętego, lekcjonarze mszalne, konkordancje. W książkach pisanych przez przyjaciół – Przybylskiego, Różewicza, Bożenę Mądrą-Shallcross – czułe dedykacje. W tomiku wierszy Rodzaj głodu (1986) skreślone ręką Joanny Pollakówny słowa: „Panu Profesorowi Jerzemu Nowosielskiemu, Skłaniając głowę przed tajemniczym, wiedzącym i pięknym Duchem Jego obrazów, Z najgłębszym szacunkiem – Joanna Pollakówna. Warszawa, wrzesień 88”. W połowie lat 60. malarz zwierza się Różewiczowi z „nowej namiętności”: Płyty! Co pół miesiąca jakąś kupuję nową. Wychowany w muzykalnym domu Nowosielski uzbiera piękną kolekcję płyt – rzecz jasna, analogowych. „Muzyka to jedna z największych radości mojego życia – przyznaje. – Nie słucham jej dużo, bo nie lubię muzyki jako tła, ale jak już słucham, to inteligentnie. Na przykład muzykę polifoniczną wystarczy słuchać z maksymalnym natężeniem uwagi, żeby całą konstrukcję niejako mieć przed oczami, jakby była zapisana w przestrzeni. Natomiast nie lubię takiej muzyczki – nie mówię już o rocku, bo dla mnie to w ogóle nie jest muzyka, tylko zwyrodnienie kultury ogólnoświatowej! Ostatnia inteligentna muzyka lekka to był jazz orleański. A ta moderna zaczyna się w zachodniej Europie już gdzieś od XII wieku. Bardzo lubię wczesną polifonię, Monteverdiego. Ale muzyki współczesnej nie ma, przestała istnieć! Zostały jeszcze jakieś niedobitki: Lutosławski, Penderecki, Górecki – i na tym koniec. Był taki profesor muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim: ks. Feicht. Ktoś go zapytał: – No, ksiądz jest specjalistą od muzyki… A on: – Nie jestem specjalista od muzyki! Ja jestem


Życie rodzinne

277

Wnętrze pracowni, druga połowa lat 60.

specjalista od starej muzyki! – A jak ks. profesor się zapatruje na rozwój muzyki w historii? – Ano, rozwój muzyki to historia psucia się muzyki… – Ja też lubię całą muzykę do pewnego momentu – dopóki nie przestała istnieć”. W domu przy Narzymskiego najważniejszym pokojem jest jednak pracownia. „W pracowni jest zawsze coś świętego” – mawia Nowosielski. Ta jest dosyć ciemna i pełni także rolę wnętrza mieszkalnego, ale artysta potrafi malować w każdych warunkach. W pracy ma swoje obyczaje i rytuały, jednak w pokoju króluje nienaganny porządek, wszystko jest na swoim miejscu. Stereotyp artysty – furiata i bałaganiarza – zupełnie do niego nie pasuje, przy malowaniu jest precyzyjny i schludny. Maluje od wczesnego rana, zawsze na płasko, kładąc obraz na stole – „pisze” swoje obrazy, tak jak się „pisze” ikony. „Profesor jest absolutnym minimalistą, jeżeli chodzi o warsztat potrzebny malarzowi – relacjonuje Andrzej Starmach. – Obrazy zawsze malował na stole, miał w pracowni stół z obciętymi trochę nogami, aby mu było wygodniej malować. Pierwszą sztalugę dostał od żony na imieniny dopiero w latach 80. Służyła wyłącznie do tego, żeby wystawić na niej ostatni obraz, który namalował. Do malowania używał zawsze minimalne ilości farb i kolorów. Farbki rozrabiał w puszkach po sardynkach albo w malutkich słoiczkach. Wszystkie jego obrazy są malowane bardzo cienko, prawie suchym pędzlem. Patrząc, trudno zrozumieć, że niejednokrotnie bardzo piękny obraz tak naprawdę powstał w minimalnej gamie kolorystycznej: przy użyciu zaledwie czterech kolorów i ich zmieszania.


278

Część IV. Artysta w PRL-u

Profesor zawsze też miał pod ręką tusz i papier, nigdy nie rysował żadnymi profesjonalnymi piórkami, tylko wyłącznie normalnymi stalówkami, jakich wiele osób już nie pamięta, a w sklepach są nie do dostania. Miał ich niewielki zapas z dawnych czasów. W normalną drewnianą obsadkę wkładał stalówkę, maczał w tuszu i zaczynał rysować – ciągnął bardzo pewną kreską po kartonie. I co charakterystyczne – jak wykańczał czy robił jakiś niewielki szczegół, to obracał kartkę papieru tak, jak mu było wygodnie, na przykład malował oko do góry nogami, bo wtedy nie musiał się za bardzo nachylać nad stołem”. Bożena Shallcross wspomina, jak kiedyś Nowosielskiemu przydarzył się kleks przy rysowaniu cerkiewki. Wybrnął z kłopotu, trawestując Dyndalskiego Fredry: „Żyd, lecz w tabliczkę konserwatora go przerobię”. Przy wszystkich słabościach i zawirowaniach Nowosielski jest tytanem pracy, maluje dużo i szybko. Na pytanie, jak długo powstaje obraz, odpowiada bez ceremonii: „To zależy – jeżeli olej, to króciutko, to musi być piorunem namalowane, a jeżeli akrylami czy temperą, to długo, wtedy może się nawarstwiać. Pół godziny do półtora, maksimum 3 godziny – jeżeli to duży obraz”.

impresario Lata 60. to bodaj najciekawszy okres w twórczości artysty, apogeum jego malarstwa sztalugowego. Nowosielski maluje dużo, w natchnieniu, jakby niesiony falą sukcesu i wiary w siebie. W tym czasie powstają najpiękniejsze pejzaże i portrety, krystalizują się wątki, do których będzie wracał całe życie: Monografia góry, Villa dei misteri, Kolejka. Powstaje specyficzny, autorski kanon artysty. Bardzo dużo wystawia, niemal każdy rok przynosi wystawę indywidualną, wielka retrospektywa w Zachęcie, w marcu 1963 roku, staje się prawdziwą rewelacją. Kolejne nagrody z ministerstwa, udział w wystawach zagranicznych: Wiedeń, New Delhi, Chicago, Oslo, Nowy Jork, Paryż, Bochum, San Marino, Waszyngton, Tel Awiw, Wiedeń, Berlin, Kopenhaga. W domowym archiwum przechował się list Zofii do Jerzego z września 1966 roku: Był Stanisławski i wybrał 8 obrazów do „przymiarki” w muzeum – w piątek ma po to przyjechać auto. Dobrze, żebyś był prędzej, żeby je zobaczyć. Od Blumki dzwoniła pani Kalinowska, żebyś się zjawił z obrazami i rachunkiem na 12 tys. Dzwoniło biuro „Lotu”, że przyszły 3 skrzynki, pewnie to wiedeńskie obrazy, mają je dostarczyć we wtorek lub środę do domu. Masz wstąpić w W-wie do Desy, żeby zmienić ceny i sprawdzić, czy ta p. J. Sękowska już zapłaciła.(…) Ucałuj Porębskich i kogo się da. Zosia. PS. Jeśli wieziesz forsę to może z Haneczką spróbowalibyście kupić dla Ciebie jesionkę (płaszcz) jakiś ładny – ona pewnie wie, gdzie szukać, może to udałoby się załatwić – byłoby o wiele taniej, niż szyć tutaj. Ale ładny! Pa Pa. Zo Magdzia.


Życie rodzinne

279

Ten list świetnie pokazuje rolę, jaką zaczyna odgrywać Zofia w życiu niepraktycznego i roztargnionego artysty. Rolę nie do przecenienia. Zarzuciwszy własną twórczość, poświęca się całkowicie czuwaniu nad karierą i twórczością męża: załatwia jego sprawy, prowadzi biuro, wszystko trzyma pod kontrolą. „Zosia postanowiła, że tylko jedno z nich zrobi karierę – tłumaczy Janina Kraupe – rozumianą jako całkowite oddanie się malarstwu, i że nie ona będzie tą osobą. Może przytłoczyła ją genialność jego obrazów? Przestała malować, postanowiła pomagać Jurkowi. On miał bardzo dobry, spokojny dom, gdzie ona zawsze siedzi i na niego czeka. Bardzo tam było u nich estetycznie, Zosia umiała i ugotować, i podać – z artystki zmieniła się zupełnie w panią domu. Ona miała może troszkę takie mieszczańskie podejście, pamiętam, jak mówiła o kimś: – Aaa, ten to robi karierę. Dla niej to coś znaczyło: społeczne funkcjonowanie sztuki. Kompletnie się temu poświęciła, przyjęła na siebie rolę sekretarki”. Z czasem Zofia stanie się niemal profesjonalnym menedżerem męża, domowym impresario. Będzie negocjować honoraria, kontrolować jakość, pilnować terminów. Stanie się niezbędna – co musi mieć swoje plusy i minusy. Świadectwem niezwykłych zasług Zofii w dokumentacji dzieła męża jest słynna „kartoteka”, jaką Zofia Nowosielska będzie prowadzić niemal do końca życia z podziwu godną skrupulatnością. „Kartoteka pani Zosi” – 3 tekturowe pudełka wypełnione setkami fiszek: malutkie, „ząbkowane” zdjęcia nalepione na pożółkłe kartoniki, nierzadko odręczne rysunki artysty na odwrocie, obok adnotacje: wymiary, technika, czas powstania, udział w wystawach i przeznaczenie: prezent lub sprzedaż („otrzymał inżynier od pieca”, „pożyczył Harasymowicz”, „ofiarowane personalnej ASP”, „dostał Jerzy Panek, oddał lekarzowi”, „sprzedany aptekarzowi z Płocka”, „ukradł dyr. Węgrzyn”, „dla pracownika Muzeum Puszkina w Moskwie”, „dostał dzielnicowy MO”, „wziął Tadzio Różewicz”, „ofiarowane Kornelowi Filipowiczowi”, „otrzymał Z. Podgórzec”, „dla księdza w Wesołej”, „na Towarzystwo Brata Alberta”, „dostał Helmut Kajzar”). Fiszki w „kartotece pani Zosi” są czasem jedynym zachowanym śladem rozproszonych dzieł. Najstarszy odnotowany obraz pochodzi z 1943 roku – ostatni z 1997. Kartoteka, przechowywana dziś w siedzibie Fundacji Nowosielskich, służy badaczom i muzealnikom, pomaga też przy wydawaniu certyfikatów autentyczności dzieł malarza. Mimo starań pani Zofii jej archiFiszka ze słynnej „kartoteki pani Zosi” wum nie obejmie całości dzieła


280

Część IV. Artysta w PRL-u

Nowosielskiego. Z czasem malarz zacznie wymykać się spod kontroli, niektóre prace powstaną poza domem, z przeznaczeniem do szybkiej sprzedaży. Pani Zofia nigdy się z tym nie pogodzi, uważając – nie bez racji – że malowane pospiesznie obrazy „nie trzymają poziomu”, są poniżej talentu ich autora. „Ona była wielka i bardzo dzielna – mówi z przekonaniem ks. Henryk Paprocki. – Nigdy nie walczyła o swoje życie, zawsze w jego cieniu. Taką podjęła decyzję, i nigdy się nie skarżyła – była obok: gotowała, prała, prowadziła cały dom, organizowała wyjazdy. I wszędzie mu towarzyszyła: malował Wesołą – była w Wesołej, malował Lourdes – była w Lourdes, malował Gródek – siedziała z nim w Gródku. Całe życie mu służyła i to, że on tak dużo stworzył, jest jej wielką zasługą. Cały czas go mobilizowała do pracy, poganiała, żeby malował, mówiła: – Jurku, jesteś już pięć dni na wakacjach, a jeszcze nic nie namalowałeś! On fukał, fukał, ale w końcu wyjmował farby i malował, ulegał jej. Czasem wbijała szpile: – O, Jurek dawno nic nie namalował. Już się kończy… Wtedy on zaczynał nerwowo chodzić: – Ja? Wcale się nie kończę, zaraz Ci udowodnię! I na drugi dzień malował obraz. Miała świetną metodę. I wspaniałe oko. Widziała każdy niedociągnięty obraz i tak długo mu to wypominała, aż w końcu poprawiał. Ona pierwsza zobaczyła jego wielkość, wiedziała, że ma genialnego męża. Była dla niego naprawdę wspaniałą żoną”. „Byli nierozłączni – potwierdza Paweł Różewicz. – Mimo że Zosia miała z nim krzyż, jego zachowania były niekiedy upiorne, to Jurek do końca powtarzał, że ją bardzo kocha, i ona też, chociaż czasami mieli siebie po prostu dość. Pamiętam, potrafili razem śpiewać – chóry cerkiewne szły z płyty i oni śpiewali razem z tymi chórami. Czasami Zosia mówiła: – No tak, bo ty, Jureczku, uważasz, że Chrystus był prawosławny! A on: – No nie, przecież wiadomo, że był rzymskokatolicki! Prawili sobie czasem takie złośliwości… Oczywiście Jurek funkcjonował tylko dzięki Zosi – to, że był domyty, doprany, miał zawiązany krawat, to była jej zasługa. Zawsze miał w domu ten azyl”.

Magda Przez kilkanaście lat pełnoprawnym domownikiem w mieszkaniu na Narzymskiego jest także ukochana jamniczka Nowosielskich Magda. Od dzieciństwa artysta ma słabość do zwierząt, w rodzinnym domu królowały zwykle foksteriery: Omar, potem Smyk. W sublokatorskim pokoju w Łodzi Nowosielscy opiekują się kotką państwa Oko, potem w łódzkiej pracowni mają przez krótki czas jamnika, jednak wyprowadzanie go na spacery z 8 piętra okazuje się zbyt dużym kłopotem. Legendarna Magda, urodzona 15 stycznia 1965 roku – jak dokumentuje zaświadczenie ze Związku Kynologicznego – nosi pierwotnie imię Mambo, ale szybko zostaje „uczłowieczona” i już jako Magda, Magdusia, Madzia przeżyje w domu Nowosielskich


Życie rodzinne

281

14 lat, ciesząc się szczególnymi przywilejami. „To była bardzo miła jamniczka – przyznaje Paweł Różewicz – była wysterylizowana i Jurek się śmiał, że odreagowywała na nim swoje macierzyńskie kompleksy. Rzeczywiście, układała mu się wokół głowy, na piersiach, i wykonywała takie ruchy, jakby chciała go karmić, poza tym miała te ciąże urojone… Zosia się śmiała Magda, ukochana jamniczka Nowosielskich, 1965 w żartach, że Jurek ma jakieś bardziej intymne instynkty wobec Magdzi, Jurek chichotał: – Tak, tak, sodomistyczne!” Jak każdy rasowy jamnik Magda niechętnie poddaje się tresurze, choć udaje się ją przekonać, by nie spała w łóżku właścicieli. Jako szczeniak ma posłanie w specjalnym koszyczku, potem własne prześcieradełko i kocyk na kanapie. Uczestniczy w życiu domowym na pełnych prawach – jeździ ze swoimi państwem na wakacje i plenery, słucha płyt, a kiedy muzyka zaczyna ją nudzić – daje znaki zniechęcenia piszczeniem, co oznacza: zajmijmy się czymś innym. „Jurek i Zosia mieli bardzo czuły stosunek do zwierząt – tłumaczy Tadeusz Różewicz. – Magdę kochali jak własne dziecko. A Magda była złośliwa, jak to jamniki. Czasem, jak się chciało ją pogłaskać, to w palec ugryzła. Cały ich Z Magdą, ok. 1970 ogródek był zryty, bo Magda polowała na krety. Jurek uwielbiał ją głaskać po brzuszku, zawsze mówił: – Popatrz, jaki ona ma słodki brzuszek! A kiedy zdechła, spotkał mnie chyba największy komplement. Akurat do nich przyjechałem, byli bardzo podłamani i usłyszałem: – Dobrze, że przyjechałeś, bo w jakiś sposób nam Magdę zastąpisz”. „Jak Magda zmarła – wspomina przyjaciółka malarza Kinga Maciuszkiewicz – to Jurek był w takiej rozpaczy, że chodził pijany i autentycznie płakał. Ona zmarła na jego kolanach, miała nowotwór


282

Część IV. Artysta w PRL-u

i udusiła się. Mówił wtedy, że nigdy nie uśpiłby psa, bo pies ma takie samo prawo do śmierci jak człowiek. I uważał, że potem już nie może mieć drugiego psa, bo to tak jak żona – po śmierci żony jakby nie wypada mieć kogoś następnego. Strasznie ją kochał, czasem jak szliśmy i szedł podobny pies, to wołał: – Magdunia idzie, Magdunia idzie”. Od śmierci Magdy w 1979 roku jej zdjęcie zawsze będzie stało na oknie w kuchni Nowosielskich. Nie mają już nigdy innego psa. Zimą dokarmiają tylko dzikie koty, Profesor obwija im kocem skrzynię na tarasie. Stosunek do zwierząt pozostanie niezwykle istotnym składnikiem światopoglądu artysty. Nowosielski jest w tym najbliższy tradycji buddyjskiej, odczuwa poczucie wspólnoty z całym żyjącym światem i zauważa, że chrześcijaństwo zupełnie zagubiło tajemnicę cierpienia zwierząt – jeden z kluczy do zrozumienia tajemnicy zła. Ubolewa, że wygasło poczucie grzechu i krzywdy w stosunku do zwierząt, traktowanych wyłącznie jako przedmiot użytkowy, źródło produkcji mięsa. Załamuje ręce nad okrutną, akceptowaną przez Kościół tradycją corridy – „sadystycznego, diabelskiego widowiska”. „Nowosielski bolał nad cierpieniem zwierząt, to była jedna z jego obsesji – mówi filozof Władysław Stróżewski. – Jak się dyskutowało o świecie i chciało się go bronić, że może nie jest taki zły, to zawsze mówił: – Dobrze, a cierpienie zwierząt? Ta potworna rzeźnia, gdzie zabija się zwierzęta tylko po to, żeby je potem jeść, nie bacząc na to, jak cierpią, jak przeżywają to wszystko? Adam Bujak zrobił kiedyś album fotografii zwierząt idących na rzeź. Nikt nie chciał tego opublikować, to było przerażające – co widać w oczach zwierzęcia, które wie, że za chwilę zostanie unicestwione. Nowosielski miał wyczucie tego cierpienia, jako pewnego odprysku kosmicznego zła. Był na to nieprawdopodobnie wyczulony”. O okrucieństwie i masowym uboju zwierząt Nowosielski nie może mówić spokojnie. Używa największych kwantyfikatorów, mówi o podłości, zbrodni, Holokauście, co zostaje uznane za przesadę. Jest konsekwentny: dla niego zwierzę pozostaje wielką tajemnicą i metafizycznym partnerem człowieka. Skoro całe życie uważa się za sakralne – gdziekolwiek jest życie, tam już jest coś świętego. Pod wpływem teologii Sergiusza Bułgakowa i religii orientalnych malarz podejrzewa, że zwierzęta to pokutujące anioły, że poniżenie i cierpienie zwierząt to anielska kenozis, włączona w Chrystusowe dzieło zbawienia świata. To bardzo odważna, wręcz zuchwała wizja. Pod wpływem rozmów z malarzem Tadeusz Różewicz napisze jeden z najbardziej przejmujących wierszy Świniobicie, dedykowany Nowosielskiemu. „To nie był tylko wiersz liryczny – wyjaśnia poeta – był w nim podkład wiedzy. Zacząłem prawie studia nad zachowaniem się świń przed ubojem: ich nerwice w czasie transportu, ich zapaści, depresje. Czytałem artykuły w pismach niemieckich, szwajcarskich, w przeglądach medycznych. W swoim czasie prof. Religa przeszczepił człowiekowi serce świni. Pytanie: co świnia dawała ludzkości, a co ludzkość świni, to dla mnie problem moralny”.


Życie rodzinne

283

„Te wszystkie farmy kurze to przecież nic innego, jak wielkie obozy koncentracyjne – tłumaczy wzburzony Nowosielski. – Nasz stosunek do zwierząt jest straszliwy, po prostu straszliwy. A przecież to są istoty, które bardzo nas przypominają, posiadają podobne odruchy emocjonalne i nawyki, podobne sposoby komunikowania się nie tylko między sobą, ale również z nami – przecież nawiązują prawdziwy kontakt uczuciowy z ludźmi. Zapominamy, że jesteśmy ze zwierzętami spokrewnieni miłością i nienawiścią, lękiem i zaufaniem. W gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami, jak zwierzęta. I nagle skazujemy te istoty, tak bardzo do nas podobne, na status istot przeznaczonych do obozu koncentracyjnego, na ubój, na rzeź. Tak wygląda nasz rzeczywisty stosunek do zwierząt i niczym się właściwie nie różnimy od hitlerowców, którzy pewien gatunek ludzki przeznaczyli na zagładę”. „Byłem w marcu w Zakopanem razem z moimi studentami – opowiada dziennikarce w 1990 roku. – Wczesna wiosna, wczesny poranek, i skowyt małego psa na łańcuchu. Zmarzł na mrozie i nie było nikogo, kto by go wpuścił pod jakiś dach. Jego państwo poszli na rekolekcje do kościoła. Gdy słyszę taki skowyt, mam dość tych rekolekcji, tej pobożności. Mam dość zabijania zwierząt po to, by człowiek miał szynkę na wielkanocnym stole. Takie są właśnie moje zmartwienia”. Pytany przez „Gazetę Wyborczą” o najważniejsze wydarzenia 1997 roku odpowiada krótko: „Powiem o tym, co było najbardziej tragiczne: Senat zablokował ustawę zabraniającą przymusowego tuczu gęsi”. Rajmund Kalicki w Dzienniku nieobyczajnym notuje scenę z wizyty na Narzymskiego: „W kuchni lata mól. Pani Zosia porusza się na krześle niespokojnie, rozgląda się za jakąś szmatą. Mól przysiada na podłodze. Pochylam się i pytam: – Zabić? Nowosielski (nie odwracając się): – Nie przy mnie! I dodaje: – Niech sobie żyje, Zosiu, co ci przeszkadza?”. przyjaciele Wśród osób bliskich Nowosielskim jest wielu ludzi niebanalnych. Mimo małżeńskich nieporozumień, narastających z biegiem lat kłopotów ze zdrowiem – Nowosielskim udaje się zbudować ciepły dom, do którego lgną przyjaciele. Wśród najbliższych są towarzysze młodości: Mieczysław Porębski z żoną, Różewiczowie, aktorka Marta Stebnicka, malarki Ewa Kierska i Krystyna Zwolińska. A także poznani później: ks. Jerzy Klinger z rodziną, filozof Andrzej Grzegorczyk, historyk literatury Ryszard Przybylski. Przyjaźń z nimi ma głównie wymiar intelektualny – wymiana myśli i lektur, dyskusje, spory. Są też wspólne wakacje i podróże. Z tych wypraw i spotkań przyjaciele zapamiętają ogromną bliskość, przyjaźń obojga małżonków: „Byli bardzo zgranym małżeństwem – opowiada Maria Paprocka – świetnie się rozumieli, chcieli ze sobą rozmawiać. Często u nich mieszkałam i wiem, jak


284

Część IV. Artysta w PRL-u

Z ks. Henrykiem Paprockim i jego córkami Agnieszką i Olgą, Kraków, druga połowa lat 90.

to wyglądało. Oczywiście w starszym wieku różne rzeczy zaczynają drażnić, ale on ją po swojemu naprawdę kochał. Kiedy nie używał alkoholu, to było bardzo kochające się, wspaniałe małżeństwo. Jej wielkość polegała też na tym, że umiała się od tego odciąć. Jak tylko już było dobrze, była dla niego naprawdę strasznie ciepła, miła i tak ćwierkali: Jureczku, Zosieńko… Kiedyś obudziłam się u mnie w domu w Paryżu – była 6 rano, a samolot mieli o 4 po południu – i słyszę: – Zosieńko, czy nie uważasz, że już powinniśmy się zbierać? A Zosia: – Jurciu, ty chyba zwariowałeś, jest dopiero 6 rano! A on już dreptał, już nie mógł spać”. Szczególna, niemal braterska więź połączy malarza z Tadeuszem Różewiczem. Mieszkają w innych miastach, lecz spotykają się regularnie. Różewicz, zafascynowany malarstwem i duchowością „Mistrza Jerzego”, jeździ do niego – jak sam żartuje – na „rekolekcje zamknięte”. Mają czas i sposobność do roztrząsania problemów duchowych, co nie przeszkodzi powstaniu obfitej korespondencji i niezwykłych wierszy dedykowanych malarzowi. Poeta wędrujący – jeździ po całym świecie, zwykle z przystankiem po drodze w gościnnym domu przy Narzymskiego. Mam uczucie, jakbym żył na tamtym świecie – wyznaje po powrocie do domu. – U Was jedynie czuję się żywy! Każdy mój pobyt u Was jest dla mnie wytchnieniem; bardzo lubię być u Was. Myślę o Was, o Tobie, co dzień – pisze w innym liście. – Może się dziwisz… może uważasz mnie za jednego z kolegów lub znajomych (…) ale ja Ciebie uważam za brata, za jednego z kilku braci jakich miałem w życiu… jakby Ci to wytłumaczyć… Twoje


Życie rodzinne

285

radości, Twoje smutki, trudności, strachy, „upadki” są w części moimi. Więź między malarzem i poetą przetrwa do końca, mimo ciężkiej choroby artysty. Nowosielski jest w przyjaźniach wierny i szczodry. Gdy materialnie stanie na nogi, nie zapomina o tych, którym powodzi się gorzej, pożycza pieniądze, ofiarowuje obrazy, niektórym – z dyskrecją – pomaga regularnie. Wśród listów, które dostaje, pełno jest podziękowań za pomoc i psychiczne wsparcie. Bezinteresowną życzliwość Nowosielskich potwierdza pani Anna Sztaudynger-Kaliszewicz, córka Zofii i Jana Sztaudyngerów, z którymi Nowosielscy przyjaźnili się jeszTadeusz Różewicz prezentuje namalowany przez cze w Łodzi, a potem wielokrotnie siebie obraz Wolna Ukraina, gościli w ich zakopiańskim pensjow tle: kolekcja obrazów Jerzego Nowosielskiego, nacie. Po operacji neurologicznej ojca Wrocław, 2007 w maju i czerwcu 1970 – pisze pani Anna – mama mieszkała u Nowosielskich i była otoczona przez Nich troskliwą opieką, codziennie odwożona lub odprowadzana do szpitala, oboje państwo Nowosielscy też często tatę odwiedzali. Po śmierci ojca kontakty były nadal częste i serdeczne. Pani Zosia i jej siostra Marysia pielęgnowały grób na Salwatorze, ponieważ nikt z nas nie mieszkał stale w Krakowie. Była to wielka ulga dla matki i dla nas. (…) Zofia i Jerzy Nowosielscy okazali mojej matce rodzinną pomoc i serdeczne wsparcie w najtrudniejszym okresie życia. Często ofiarowywali mamie prezenty, na zmianę bardzo cenne (obrazy pana Jerzego) i bardzo praktyczne np. bieliznę pościelową.

„wakacje milionerów” „Lubię oglądać czasem inne miasta, lubię czasem jechać za granicę – zwierza się malarz w 1970 roku. – Muszę czasem być trochę szczęśliwszy. A jestem trochę szczęśliwszy, kiedy zobaczę renesansową architekturę, kiedy zobaczę dobry obraz w oryginale. Podróżuje się za granicę na ogół w drugiej połowie życia, ma się wtedy inny stosunek do sztuki, i do rzeczywistości, i do swojego życia. Takie podróże, to po prostu obowiązek artysty i obowiązek wykładowcy artystycznej uczelni”. Pierwsza zagraniczna podróż na XXVIII Biennale di Venezia, w 1956 roku, kiedy


286

Część IV. Artysta w PRL-u

jeszcze niełatwo wyjechać za granicę, rozbudzi apetyty, a bizantyńska Wenecja pozostanie „pierwszą miłością” malarza, zawsze będzie o niej mówił z zachwytem i czułością: „Ledwie wyszedłem z dworca – wspomina tamtą podróż – musiałem usiąść, tak byłem zachwycony widokiem, jaki się przede mną ukazał. Od tego czasu jestem wielkim patriotą Wenecji, umiem chodzić po Wenecji, wiem, która jest prawa, a która lewa strona Kanału, umiem trafić do najmniejszych miejsc. Nie rozumiem nawet, że podobno można się tu zgubić”. W latach 60. i 70. artysta niemal każdego roku jest za granicą, jeździ na festiwale i wystawy, podróżuje ze studentami, czasem po prostu wykupuje z żoną i przyjaciółmi zorganizowaną wycieczkę. Ma swoje ulubione kraje: Grecja, Francja, Włochy. Udaje mu się nawet przełamać lęk wysokości i wsiada do samolotu: Bardzo tu pięknie – pisze w 1976 roku z Hiszpanii do Haliny Klinger – nie myślałem nawet, że Madryt to takie miłe miasto. Z samolotu widok ziemi hiszpańskiej niesamowity, bo grunty kolorowe, ziemia czerwona i żółta, działki nieregularne, za to sadowa uprawa b. staranna, co w sumie daje obraz zupełnie abstrakcyjnego malowidła o wielkim działaniu. Nowosielski najczęściej podróżuje z żoną, wspólne wakacje i wyprawy stają się ważnym składnikiem ich małżeńskiej relacji. „Potrafili się tym obydwoje bardzo pięknie cieszyć – mówi Marcin Oko. – Pamiętam, jak przeżywali swoją podróż do Grecji. To budowało też między nimi taką bardzo fajną więź, przywozili

Z wizytą w Paryżu, od lewej: Zofia i Jerzy Nowosielscy, Maria Klinger-Paprocka, Irena Klinger-Czapiuk, czerwiec 1978


Życie rodzinne

287

książki, albumy. Oni zresztą wiedzieli, co tam zobaczą, szukali raczej potwierdzenia swoich zachwytów. Zwykły śmiertelnik doznaje zaskoczeń i iluminacji – oni tej iluminacji zaznali dużo wcześniej, byli przygotowani. To były pielgrzymki do ważnych miejsc”. „Wiele razy spędzaliśmy z nimi wakacje w różnych miejscach – dodaje Maria Paprocka – w Krynicy, pod Zakopanem, ale i w Paryżu. Dla mnie ten kontakt był zupełnie niesłychany, wspaniałe było wspólne zwiedzanie muzeów – on komentował, zwracał uwagę, na co warto spojrzeć. Byliśmy razem w Bułgarii, pamiętam, jak Nowosielski szalał w tym muzeum ikon, i spośród tysięcy ikon pokazywał te najbardziej cenne. Szalenie dużo przy nim skorzystałam z takiego patrzenia”. Kochani – pisze Zofia Nowosielska z Krety do Różewiczów – jak prawdziwi milionerzy urządziliśmy tu sobie urlop. Jemy, pijemy, kąpiemy się w morzu pełnym wulkanicznych skał i jeżowców i nic nie robimy! Przez 2 tygodnie za to jak wariaci zwiedzaliśmy: Ateny, Lavadię, Hosios Lucas, Delfy, Anion, Pirgos, Olimpię, Spartę, Mistrę, Argos, Mykeny, Korynt, Pireus, Heraklion, Knossos i Hag. Nicolaos i Kritzę. Dużo? No to teraz za tydzień wrócimy do pieleszy. Nowosielski może nie szuka za granicą niespodzianek, ale jest bardzo otwarty, zdradza ogromną ciekawość obcych obyczajów, kultur i ludzi. Jego powakacyjne relacje – w listach i wywiadach – pełne są zabawnych, nieco surrealistycznych anegdot i przygód, w których prawda wyraźnie miesza się z fantazją. Szczególnie ciekawi go obca obrzędowość, śledzenie żywej liturgii, ma szczęście do niecodziennych i malowniczych sytuacji. Przypadkowy udział w pogrzebie (i stypie) na Krecie, wspomnienie liturgii Wielkiego Tygodnia w Grecji, Wielki Czwartek w maleńkiej weneckiej wspólnocie w kościele San Giorgio dei Greci, prawosławna liturgia Bożego Narodzenia w Paryżu. Niespełnionym marzeniem artysty pozostanie podróż do Etiopii i do Ziemi Świętej. Ta druga omal nie dojdzie do skutku. Na zaproszenie proboszcza z Wesołej, w podziękowaniu za bezpłatnie wykonaną polichromię, Nowosielscy mają jechać wraz z nim do Izraela – niestety, ten jeden jedyny raz malarz nie dostanie paszportu. Po latach, gdy podróż okaże się możliwa, powie: „Boję się. Jestem zbyt grzesznym człowiekiem, żeby serio wstąpić na Ziemię Świętą, stanąć w obliczu miejsca narodzenia, nauk i śmierci Chrystusa. A jeśli nie traktować serio takiej wyprawy, to po co jechać?”. Mimo tylu udanych podróży Profesor za każdym razem przeżywa przed wyjazdem klasyczny Reisefieber, potrafi wycofać się w ostatniej chwili, nie lubi niewygód podróży i panicznie boi się samolotów. Dlatego z biegiem czasu, zwłaszcza od lat 80. Nowosielscy coraz częściej spędzają wakacje w Polsce, gdzie także mają adresy, do których lubią wracać: Komańcza – przedwojenne „wczasowisko” lwowian, gdzie malarz jeździł jeszcze przed wojną, zamek w Niedzicy – siedziba Stowarzyszenia Historyków Sztuki, dokąd jeżdżą z Porębskimi i Różewiczami, dom plenerowy ASP


288

Część IV. Artysta w PRL-u

Wakacje w Krynicy, po lewej: Marcin Oko z synem Janem, sierpień 1991

Wakacje w Tatrach, 1978


Życie rodzinne

289

na Harendzie, Ustroń Cieszyński, gdzie letni dom mają Porębscy, beskidzkie wsie: Stryszawa i Wysowa. Z kolei w Tatry – na Cyrhlę lub do pensjonatu Sztaudyngerów – Nowosielscy jeżdżą z przyjaciółmi z czasów łódzkich: państwem Oko i ich synem. „To było szalenie zabawne – wspomina Marcin Oko – w 1970 roku pojechaliśmy tam w piątkę starą syrenką rodziców. To był straszny rozrzut: tu dwójka lekarzy, a tu W dolinkach podkrakowskich, ok. 1970 dwójka artystów, i jeszcze ta sztuka nowoczesna… Mój ojciec ma talent do rysunków, ale zawsze jednak pytał: – Ja to byłbym ciekaw, czy Jurek potrafi narysować takiego konia, jak Kossak? Sporo chodziliśmy po górach, w Zakopanem była wtedy powódź, poszliśmy do Doliny Pięciu Stawów, woda leci górą przez mosty, wszyscy debatują, jak tu przejść suchą nogą, zdejmujemy buty… A Nowosielski, nie patrząc, wchodzi w trampkach do wody po kolana. Zosia oczywiście woła: – Jurek, przeziębisz się! Potem wyszliśmy na górę do Morskiego Oka, a tam śniegu po kolana! Więc on był wygrany, bo i tak wszyscy byliśmy mokrzy. Rok później, w maju, poszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy, zapadaliśmy się w śniegu. Zosię to musiało dużo kosztować, ale to ona lubiła chodzić, ona go ciągnęła i namawiała. Zwykle się buntował, ale wtedy jeszcze się dawał namówić na wycieczki”. Ulubionym miejscem na krótki wypoczynek jest podkrakowska Lanckorona i pensjonat „Pan Tadeusz”, który prowadzi kolega Jerzego z gimnazjalnej ławy Tadeusz Lorenz – miłośnik Piłsudskiego i Legionów. Bywalcami pensjonatu są znani ludzie kultury, pisarze i artyści, a eksponowane w całym domu pamiątki wprowadzają niezwykły klimat legionowej „izby pamięci”. To tutaj powstanie piękny wiersz Różewicza o kelnerce z gospody w Lanckoronie i malarzu, który wykluwa się na świat/ cudowne niemowlę/ w okularach z brodą… W lanckorońskim pensjonacie będą się także odbywać koleżeńskie zjazdy absolwentów pijarskiego gimnazjum, zrzeszonych w Klubie Seniora.

Veraicon z Zubrzycy Górnej Najwięcej wakacyjnych wspomnień to jednak Łemkowszczyzna: okolice Krynicy, Dukla, Szczawnica – tam Nowosielski jeździ najchętniej, w poszukiwaniu śladów przodków odwiedza zniszczone cerkwie, śledzi tropy unicestwionej,


290

Część IV. Artysta w PRL-u

łemkowskiej kultury. „Najbardziej mnie cieszą sytuacje – tłumaczy ożywiony – kiedy przechodzimy z jednego kręgu kulturowego do drugiego. Na przykład Szczawnica, z której można dojść piechotą do pierwszych wsi łemkowskich, to bardzo ważne miejsce – człowiek idzie 6 km piechotą w kierunku wschodnim, potem przez osiedle Cyganów, dalej przez taką rzeczkę, mostek – i zaraz zaczynają się cerkwie. Robię parę kroków i przechodzę z jednej strefy kulturowej do drugiej: nie lecąc samolotem, nie kupując paszportu, nie jadąc pociągiem… Oczywiście, barbarzyńca tego nie odczuje”. Jeszcze pod koniec lat 90. Nowosielscy kilkakrotnie spędzą wakacje w zabytkowej chacie rodziny Starmachów w Polanach pod Krynicą, powstanie wtedy cała seria obrazów cerkwi łemkowskich z okolicy: Berest, Polany. Nie ma wakacji bez malowania, choćby i w spartańskich warunkach. „On był świetnie zorganizowany – wspomina ks. Henryk Paprocki, towarzysz wielu wspólnych wypraw na Podkarpacie – na wakacjach zawsze bardzo wcześnie wstawał, jeszcze wszyscy spali, a on już siedział w kuchni i rysował. Zasiadał i malował, a jak już zaczynał, to potrafił namalować w ciągu kilku dni i 10 obrazów! Nie potrzebował modela, kiedyś, jak byliśmy w Krynicy, po powrocie ze spaceru zaczął malować cerkiewki. Ja pytam: – Pamiętasz je tak dokładnie? A on: – Słuchaj, ja pamiętam, który kąt jest pęknięty i gdzie jest zaciek na ścianie. – Miał pamięć fotograficzną”. Letni wypoczynek wyraźnie sprzyja natchnieniu, Nowosielski lubi pracować w okolicznościach natury, a wakacyjne obrazy mają nierzadko charakter przełomowy. To w Zakopanem, przy ul. Chałubińskiego 18, latem 1970 roku powstają

Wakacje w Zubrzycy Górnej, sierpień 1972


Życie rodzinne

291

słynne, czarne akty. Z kolei na wakacjach w Ustroniu, w połowie lat 80. rozpocznie się zaskakujący, „impresjonistyczny” epizod malarza. Jest upalne lato, urlopowy, niedzielny nastrój, Mistrz ma niewiele farb – głównie różne odcienie zieleni – i stary, kolorowy kalendarz z widokami prawosławnych klasztorów i cerkwi: Ławra Poczajowska, Ławra Peczerska, małe, łemkowskie świątynie, wielkie monastery. Na świecie jest słonecznie i zielono, Nowosielski popatruje trochę przez okno, trochę w kalendarz i – jak Nikifor – wiedziony intuicją, maluje małe zielone widoczki. Te „wypoczynkowe obrazy” niespodziewanie staną się ważnym, nowym etapem jego malarstwa, kolejną próbą odnowy malarskiego języka bez zdrady własnego głosu. Wakacje są dla Nowosielskich prawdziwym wytchnieniem. Problemy, tak dotkliwe w krakowskich realiach, wydają się odległe i nieistotne. W pewnym momencie, na początku lat 70., myślą nawet o własnej letniej siedzibie: Planujemy budowę domu na wsi, ale nie tutaj – pisze malarz do Różewicza z Zubrzycy Górnej. – Potrzebne mi jest jakieś schronienie na kilka miesięcy w ciągu roku z dala od wielkiego miasta i druga pracownia o odmiennym nastroju. Plany, plany… Obok dopisek Zofii: Są tu leśne łąki, mokradła, grzybki, pieski, liczne chałupy, przemili ludzie. SIELANKA. J. namalował 8 obrazów, w tym 4 b. fajne i mnóstwo świętych na kamykach. Jest w b. dobrym nastroju, czego i Wam życzę. Wakacje w Zubrzycy Górnej, na zaproszenie Andrzeja Grzegorczyka w sierpniu 1972 roku – okażą się jednak niespodziewanie dramatyczne. Wejdą nawet do literatury: warszawski filozof napisze o nich opowiadanie Dzwon, publikowane w „Tygodniku Powszechnym”. Po latach Andrzej Grzegorczyk tak wspomina tamto lato: „Tę okolicę Zubrzycy mieszkańcy nazywają »zimna dziura«, bo tam było zawsze bardzo zimno. Jeździliśmy tam od lat, gospodarstwo było na samym końcu wsi, takie dzikie miejsce, nie było nawet elektryczności, ale cały dom z dużą sienią i werandą przez lato był tylko dla nas i przyjaciół. Jak sprowadziliśmy tam Nowosielskich, w pierwszej chwili byli zaszokowani prymitywem: sławojka za stodołą, woda ze strumienia. Chcieli od razu uciekać, ale jakoś wytrzymali cały sierpień. On miał farby akrylowe i malował górskie pejzaże, a także w dużej ilości kamyczki wyjmowane ze strumienia – dla wszystkich znajomych. My dostaliśmy św. Mikołaja. Tuż obok była tam mała kapliczka ufundowana przez miejscowych, zwana »Kaplicą Trzeciego Upadku«, bo na górze, we wnęce, była reprodukcja wycięta z kalendarza i naklejona na deskę: Jezus upadający pod krzyżem. Co niedzielę przyjeżdżał ksiądz i odprawiał przy kapliczce mszę św., wszyscy stali na zewnątrz. Zaproponowałem Nowosielskiemu, żeby zamiast tego papierka coś namalował. I on się zgodził – na kilka dni przed świętem Matki Boskiej zdjęliśmy tę deskę i namalował Veraicon. Święto 15 sierpnia wypadało chyba w piątek. A w nocy


292

Część IV. Artysta w PRL-u

z 14 na 15 sierpnia syn sąsiadów – młody chłopak z nieudanym życiem – powiesił się. Znaleźli go rano, wisiał na drzewie, 100 metrów od kapliczki. Miał dwadzieścia kilka lat, rzuciła go dziewczyna. To jeszcze były takie czasy, że ksiądz nie chciał pochować samobójcy na cmentarzu, gdzieś go wywieźli ukradkiem… To było wstrząsające i oczywiście zaburzyło całą uroczystość. Cały przysiółek miał uczestniczyć w święcie, miała być podniosła atmosfera, cieszyliśmy się tą ikoną. A ten dramat wszystko zmienił, nastąpiło takie sprzężenie radości i żałoby. Pamiętam reakcję tych rodziców – matka starała się pokryć wszystko gadaniem, mówiła, mówiła, a ojciec tylko siedział jak skamieniały. Nie pamiętam, czy myśmy na ten temat w ogóle rozmawiali. Ale Jerzy miał w ogóle bardzo silne poczucie dramatyzmu życia, strasznego zła, które się w świecie dzieje, równocześnie ze świętością. Dlatego to wszystko stało się takie symboliczne”.

Prawo nie urodzonych W listopadzie 1958 roku ojciec malarza, Stefan Nowosielski pisze do siostrzenicy w Kanadzie: Rozumiem Twoją radość, kiedy jesteś otoczona taką wielką rodziną – córkami i wnuczkami. To przyjemna starość. My niestety takiej pociechy nie mamy, bo nasz Jurko bezdzietny, cieszymy się tylko bardzo z jego artystycznych sukcesów. Brak dzieci wśród artystycznych małżeństw nie jest rzadkością. Twórcza kreacja, napięcie związane z kondycją artysty, mogą się wydać nie do pogodzenia z prozą rodzicielstwa: te wszystkie pieluchy, kupki i zupki… To sprawa delikatna, nie wypada wprost o nią pytać, czasem nie jest to przecież kwestia wyboru, tylko losu. W kręgu Nowosielskich w zasadzie się o tym nie mówiło, mimo to Zofia czasem zwierzała się najbliższym. Decyzja o braku dzieci musiała być obustronna, chociaż w rozmowach Zofia brała ją na siebie. To ona decydowała o praktycznych, życiowych sprawach. „To była decyzja z młodości – tłumaczy Maria Paprocka. – Zosia sama o tym mówiła, choć przyznawała czasem, że może zrobili błąd. Była bardzo kruchego zdrowia, już jako młoda mężatka trafiła znowu do szpitala, był alarm, że to nawrót choroby. Nie wyobrażała sobie, jak mogłaby z tą jedną ręką wychować dziecko – podnieść je, wykąpać – a przecież on całymi dniami był nie do użytku. Ona jednak całe życie walczyła z alkoholizmem Jurka, który czasem przybierał groźne formy. Uważała, że nie można narażać dziecka na takie sytuacje. Bardzo długo zresztą to nie był dla nich problem – przez lata prowadzili bogate, intensywne życie. Dopiero na starość widać było, że to jakiś dramat. Ciągle wracał ten wątek: – Przecież my nie mamy dzieci…” Paweł Różewicz, chrześniak Nowosielskiego, wspomina, jak Zofia przeczytała mu kiedyś wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej o tym, że dowodem największej miłości do dziecka jest niewydanie go na świat. Tych wierszy jest kilka:


Życie rodzinne

293

Matka Natura, Dobre urodzenie, Prawo nie urodzonych. Pawlikowska, sama słabego zdrowia, manifestowała w poezji niechętny stosunek do macierzyństwa, rysując wizję okrutnej natury i bezsensu płodności. Wiersze dedykowała Irenie Krzywickiej lub Tadeuszowi Boyowi-Żeleńskiemu – zaangażowanym w kampanie świadomego macierzyństwa i regulacji urodzin. W 1931, w wierszu Prawo nie urodzonych dedykowanym Boyowi, pisała: Posłuchajcie nas, nie urodzonych, Dotąd cichych, dotąd bez obrony – Chcemy bowiem przemówić nareszcie! Nasze prawo – być dzieckiem miłości, Powitanym jak najmilszy z gości. Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie! (…) Nasze prawo – pozostać w przestrzeni, W odległości od świateł i cieni. Mamy cierpieć? Dla kogo? Dla czego? Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą W wasze życie osnute żałobą, W przeraźliwą kronikę dzienników. (…) Chcemy prawa dla nie urodzonych! Od suteryn po zamki i trony Niech nas broni przeciw grozie życia! Chcemy prawa, chcemy adwokatów! I postrachu dla tych dwojga katów, Którzy w koło chcą nas zapleść krwawe. (…) Na pociechę! Na straszną zabawę!

Przejmujący, okrutny chłód tych wierszy nie płynie ze społecznego zaangażowania, nie sprowadza się do publicystyki. „Antymacierzyńska” poezja Jasnorzewskiej odsłania osobisty dramat, wręcz obsesję, stawia pytanie o sens życia. Niektórzy twierdzą, że w przypadku artystów bezdzietność – niezależnie, czy jest, czy nie jest skutkiem wyboru – ma także pozytywne konsekwencje dla twórczości. Człowiek do końca spełniony nie potrzebuje malować, nie ma impulsu kreacji, brak mu czasu. „Nikt o tym nigdy nie mówił – zastanawia się Władysław


294

Część IV. Artysta w PRL-u

Podrazik, uczeń Nowosielskiego – ale ja myślę, że u niego ogromną rolę w wysiłku twórczym odegrała bezpotomność. Prawdopodobnie, gdyby miał syna, to nie miałby takiego malarstwa! U niego widać, że to jest jakaś kosmiczna samotność, że on jest ostatni. A miał przecież jeszcze dwóch braci, którzy wcześnie umarli – jakby nad nim wisiało jakieś fatum”. Przez lata Nowosielscy nie mają jednak powodu czuć się samotni. Tadeusz Różewicz co i rusz napomyka w listach o ich „adoptowanych dzieciach”. To żartobliwe aluzje do opieki, jaką Zofia i Jerzy Nowosielscy obejmują coraz to innych młodych ludzi: własnych chrześniaków, dzieci przyZ synem chrzestnym Parysem Pilitsidisem, jaciół, wybranych studentów. Póki zaNowogród Bobrzański, sierpień 1969 przyjaźnione dzieci są małe, mają dla nich wiele czułości, obdarowują zabawkami (niektóre malarz robi własnoręcznie), wymieniają się obrazkami, spędzają wspólne wakacje. Gdy dorosną – czują się za nich odpowiedzialni, pomagają na życiowych zakrętach. „Nazywali mnie czasami synkiem – mówi Paweł Różewicz. – Jurek był moim ojcem chrzestnym. Nic się nie zgadzało: chrztu udzielał ksiądz kuzyn, który przyjechał z innej parafii, ja do chrztu szedłem na własnych nogach – miałem 2,5 roku, ojciec chrzestny prawosławny, matka chrzestna – niespecjalnie religijna ciocia, w dodatku rodzice bez ślubu kościelnego… Podobno Jurek się bardzo przejmował, twierdził, że rzeczywiście, coś się we mnie odmieniło. Potem jednak uznał, że to był chrzest do bani, bo tylko chrzty prawosławne są solidne: do beczki i od razu bierzmować. Nie byłem bierzmowany i to był jego ból. Kiedy w 1974 roku oblałem egzamin na akademię, Jurek mi przysłał kartkę o aniołach, żeby się nie przejmować, że chyba mój anioł zasnął, ale że się obudzi i następnym razem na pewno pójdzie dobrze. I rzeczywiście poszło. Napisał jeszcze: – Przyjedź, ja Ci powiem, na czym polega kubizm, porozmawiamy. Siedziałem u nich chyba tydzień, zrobił mi pięć wykładów o kubizmie, zadał ćwiczenia, pomalowałem. Wróciłem po kwartale, pokazałem – za coś pochwalił, coś skrytykował, ale tak bardzo delikatnie… Odtąd przyjeżdżałem do nich regularnie dwa razy w roku na takie tygodniowe pobyty”. Wymarzona akademia będzie jednak dla chrześniaka Nowosielskiego dużym rozczarowaniem.


Życie rodzinne

295

Ta akademia – pisze do ojca chrzestnego po kilku miesiącach studiowania – urobiła mnie, ugniotła w ugrduloną grdułę zupełnie podobną do buły. I ta nieokreśloność, to rozmydlenie jeszcze gdzieś jest we mnie. (…) Tym bardziej cenię rok, który minął i ten, który się właśnie kończy. To był dobry rok. Nauczyłem się wiele od Was i u Was. Rozmowy z Wami i wspólne rysowania dały mi bardzo dużo. Robiłem to, co chciałem i jak chciałem. Ten smak swobody wraca teraz niekiedy bardzo silnie. Tym silniej, im więcej zajęć na akademii, które pożerają mi całe dnie. Nowosielscy – tolerancyjni i serdeczni, zanurzeni w artystycznym środowisku i wolni od konwenansów – są atrakcyjni dla młodych, nierzadko zbuntowanych ludzi, którzy w ich gościnnym domu znajdują upragniony azyl. „W 1971 roku – wspomina Marcin Oko – miałem życiowy zakręt, bo nie zdałem matury. Źle znosiłem Łódź w tym momencie, i uciekłem wtedy z domu do Nowosielskich. I oni mnie pozbierali do pionu, do kupy. Posiedziałem u nich parę tygodni, u mnie w domu nastroje się uspokoiły, a ja mogłem się odbudować, bo wujek do tego podszedł z dystansem. Mówi: – Nie przejmuj się, w życiu bywa różnie, przecież nie jesteś idiotą, gorsze kretyny zdają maturę… I taką metodą terapii zostałem rozładowany. Do tej terapii należało też to, że wszędzie z nim chodziłem – pamiętam, że zabrał mnie wtedy na wystawę Légera”. Niektórych, szczególnie bliskich gości, Nowosielscy przygarniają na dłużej. W 1979 roku wprowadza się do nich córka zaprzyjaźnionych malarzy Marynia Przełomiec, przyszła dziennikarka i specjalistka od spraw Wschodu, która przyjeżdża na studia z odległego Olsztyna. „Było mi trochę ciężko, byłam sama, i ciocia Zosia Nowosielska zaproponowała, żebym u nich zamieszkała. Mieszkałam tak tylko pierwszy rok, ale potem już zawsze w niedzielę przychodziłam do wujostwa na obiad, a rodzice wtedy dzwonili z Olsztyna, taki rytuał. Oni byli niesamowicie czuli i opiekuńczy, właściwie mnie usynowili. Uczestniczyłam w normalnym, zwykłym życiu: śniadania, obiady, kolacje, czasem przychodzili goście: Porębski, Różewicz – wtedy tylko słuchałam, podawałam, byłam za taką córkę domu. Uczyłam się też u nich przed egzaminami, bo miałam wikt i opierunek. Było zabawnie, pamiętam jak na trzecim roku przygotowywałam się do egzaminu z wojska, akurat był u Nowosielskich Różewicz. Ja w jednym pokoju wkuwam i głośno powtarzam jakieś idiotyzmy, w końcu słyszę, jak wuj Jurek zdenerwowany mówi: – Czegóż ty się uczysz? – Wujku, przygotowuję się do wojska. – Tadeusz! Ona się przygotowuje do wojska!!! Obaj przyszli i zaczęli mi tłumaczyć, że nie powinnam tego robić, bo wojsko to jest »mistyczne ciało szatana«… Moja relacja z nim to była relacja: ojciec – dziecko. Namówiłam kiedyś wujostwo, żeby pojechali do Supraśla, była też wtedy jego asystentka Halinka Onichimiuk i wujek wszędzie przedstawiał nas: – Moje córki, to moje córki. Zjawiłam się u nich chyba w odpowiednim momencie, czyli po śmierci Magdy, absolutnie


296

Część IV. Artysta w PRL-u

Magda była traktowana jako dziecko. A ja byłam już odchowana, właściwie bezkonfliktowa, spokojna: fille modèle. Starałam się cicho siedzieć, nie wtrącać. Pomagałam sprzątać, myć naczynia, można się było mną opiekować już bez specjalnych konsekwencji, to znaczy odpytywać do egzaminów, co zresztą robiła głównie ciocia Marysia. Czasami myślę, że oni mogliby mieć do mnie pretensje, bo dali mi naprawdę ogromnie dużo – mówię o emocjach – zastępowali mi rodziców. A ja właściwie nie dałam im nic, tylko swoją łaskawą obecność, potem wyjechałam z tego Krakowa i ich zostawiłam. A były już takie plany, że może zamieszkam z nimi na stałe, że będziemy razem. Ale nie mieli nigdy o to cienia pretensji czy żalu, było zawsze duże zainteresowanie tym, co robię, oczywiście słuchanie BBC, radość z moich sukcesów. Dostałam od cioci Zosi, tuż przed jej śmiercią, całą biżuterię: złoty zegarek jej matki, kameę, medalik, dwa złote pierścionki – zaręczynowy z dużym brylantem i drugi z małymi brylancikami, i obrączkę mamy z wygrawerowanym: Tadeusz, 11 VIII 1916 (data ślubu jej rodziców). Wszystko mi to przekazała. Próbowałam protestować: – Ciociu, przecież są jacyś krewni. – Nie, ja chcę, żebyś ty to miała”. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska trzy lata przed śmiercią pisze w wierszu Zazdrość: Nie zazdroszczę tej młodej dziewusze, biegnącej z pięknym chłopcem, co się o nią stara, najwidoczniej żyć nie mogąc bez niej. Ale zazdrość rozdziera mi duszę, jak widzę córkę z matką, kochaneczką starą, gdy – niewspółczesne – z wolna przechodzą przez jezdnię…

Magdalena Siwerska, kuratorka kilku wystaw Nowosielskiego w białostockiej galerii Arsenał opowiada: „Mam dużo cudownych wspomnień związanych z ich domem. Z tą swoją gościnnością, życzliwością – byli jak z innej epoki. Pamiętam, że pojechałam do nich z moją małą córeczką Kasią. To było coś bardzo pięknego: była wtedy Zosia, jej siostra, Nowosielski, i oni tę moją córkę dotykali. Cały czas głaskali, dotykali, jakby nie mogli się przed tym powstrzymać. To było wzruszające – w tym domu starych już ludzi zjawiła się nagle mała dziewczynka i prześcigali się w tym, żeby jej zrobić przyjemność. Jak Zosia podawała lody, to Nowosielski koniecznie musiał ją położyć na łóżeczku i przykryć kocykiem, bo dziecko musi odpocząć. Kasia teraz studiuje historię sztuki… Ta wizyta stała się w mojej rodzinie legendą, i jak później pojechałam do Krakowa z młodszą córką, to ona doskonale pamiętała te opowieści, i uważała, że co jak co, ale wizyta w domu Nowosielskich jej


Życie rodzinne

297

się po prostu należy! I Marcysia była ugoszczona tak samo. Pamiętam taki widok: on czyta Biblię, a ona siedzi obok i zajada ciasteczka. Powtórzyła się sytuacja, że Nowosielski mówi do Marcysi, żeby się położyła i odpoczęła. A Zosia: – Przestań, taka żwawa dziewczynka w ogóle nie potrzebuje odpoczynku. Ale on ją zaprowadził do drugiego pokoju, położył na łóżeczku, przykrył, i ona zasnęła! Bardzo był z siebie zadowolony, że rozpoznał potrzeby dziecka”.

Z Agnieszką Paprocką, Kraków, połowa lat 80.


Ikonopis

Nowosielski, jak mało który artysta, jest przygotowany, by zmierzyć się z malarstwem monumentalnym. Właściwie nie powinno się dzielić jego twórczości na gatunki, jednak niektórzy właśnie w sakralnych polichromiach widzą największe mistrzostwo malarza. W ciągu całej praktyki artystycznej Nowosielski zaprojektuje wystrój blisko 30 świątyń katolickich i prawosławnych. Losy tych projektów są dramatyczne. Ta sztuka wyprzedziła swój czas. Stąd jej burzliwe, nierzadko smutne dzieje. Nie wszystkie pomysły zrealizowano i ukończono, niektóre prace uległy zniszczeniu lub przemalowaniu, jeszcze inne – wciąż nie budzą entuzjazmu parafian, zbyt odbiegając od tradycyjnych przyzwyczajeń. Obserwowanie bolesnych losów tej sztuki to przejmujące doświadczenie. Jakby jej – i jej Twórcy – przypisane było na tej ziemi jakieś niezawinione cierpienie, czyściec. A przecież dziś nie ma wątpliwości, że w dziedzinie polskiej współczesnej sztuki sakralnej są to dzieła najwybitniejsze.

powrót do źródeł Malowania ikon zgodnie z regułami kanonu Nowosielski uczy się u studytów, ale kulturę liturgiczną wynosi z tradycji rodzinnej, i właśnie to wewnętrzne, „domowe” spojrzenie na obrządek wschodni daje mu ogromną swobodę w posługiwaniu się językiem ikony. Dla niego to wciąż sztuka żywa, współczesna. Ikona w nim tkwi, nie jest wyuczoną, przyjętą sztucznie konwencją. To raczej mowa ojczysta, sentymentalna – dla kogoś z zewnątrz trudna do zrozumienia. Takie spoufalenie otwiera ogromną przestrzeń wolności, także od ścisłego przestrzegania technologicznych receptur. Nowosielski uważa je za artystyczny zabobon, sam bez oporów stosuje nawet akryle. „W wierności podstawowym zasadom tradycji trzeba się zdobyć na twórczą odwagę – powtarza. – Inaczej nie przekroczymy granicy zbożnej archeologii”. Ikona Nowosielskiego, jak cała jego sztuka, także podlega ewolucji, stylistycznym i kolorystycznym etapom. Badacze sztuki bizantyńskiej przytaczają kategorie stylotwórcze, tropią wpływy: ikona halicka, sanocka, sądecka, szkoła pskowska. Religijne malarstwo Nowosielskiego nie chce się jednak poddać „wpływologii” i zaszufladkowaniu. Jego sakralne polichromie są dowodem, że twórcze rozwinięcie nawet mocno skodyfikowanej tradycji, choć niebywale trudne, jest możliwe. Bezbłędna znajomość liturgii i ikonografii nie wyklucza zaskakujących inspiracji.


„Malarstwo Nowosielskiego to malarstwo rozpięte na ramionach miłości »niebiańskiej« i miłości »ziemskiej«. Rozdarty przez te dwie miłości malarz przypomina czasem anioła, a czasem nietoperza wiszącego w podziemiach opuszczonej świątyni”. Tadeusz Różewicz — „Ta książka to wielka sprawa: biografia napisana tak odważnie i jednocześnie z taką czułością. Z troską o każdy detal, każdy cień, cierń. Przy tym prosto, przezroczyście, bez retorycznej nadwyżki. Z tych powodów zresztą to lektura bolesna. Nic nam, czytelnikom, nie zostaje oszczędzone. Czytając jego biografię, czuje się niemal fizyczny ból. Ból wiary, ból poszukiwań, ból rozdarcia, grzechu. To niezwykłe uczucie: znaleźć się nagle, za sprawą lektury, tak blisko kogoś o tak niespokojnej duszy”. Wojciech Bonowicz — „Dzieje [Nowosielskiego] skupiają jak w soczewce najważniejsze rozterki i dramaty mieszkańców tego zakątka Europy XX wieku. (…) Warto poznać źródła, z których wypływa jego myśl i sztuka, pochylić się nad nieprostym losem tego wielkiego artysty i pięknego, choć tragicznego człowieka”. (ze wstępu autorki)

Cena detal. 59,90 zł ISBN 978-83-240-1598-6

9 788324 0 15986

Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego  

Krystyna Czerni: Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego