__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1


(...) Chabela została więc na noc, a teraz Marisa czuła podeszwę jej stopy na swoim prawym podbiciu, lekki nacisk, miękki, letni, delikatny. Jak to się stało, że leżały tak blisko siebie w łożu małżeńskim tak wielkim, że na jego widok Chabela zapytała: „Słuchaj no, Marisita, ile osób sypia na tym gigancie?”. Przypomniała sobie, że ułożyły się najpierw po obu stronach łóżka, w odległości co najmniej pół metra. Która z nich przesunęła się we śnie tak, że stopa Chabeli spoczywała teraz na jej podbiciu? Nie śmiała ani drgnąć. Wstrzymywała oddech, by nie obudzić przyjaciółki, żeby ta nie cofnęła stopy, żeby nie prysło to tak przyjemne wrażenie, które od podbicia rozlewało się na resztę ciała i sprawiało, że czuła się naprężona i skupiona. Powolutku zaczęła rozróżniać przedmioty w mroku sypialni, szpary światła w żaluzjach, cień komody, drzwi do garderoby, do łazienki, prostokąty obrazów na ścianach, pustynię z kobietą-wężem Tilsy Tsuchiyi, pokój z totemem Szyszli, lampę podłogową, rzeźbę Berrocala. Zamknęła oczy i nasłuchiwała lekkiego, miarowego oddechu Chabeli, która spała, być może śniła, a zatem to ona, Marisa, bez wątpienia przysunęła się we śnie do ciała przyjaciółki. 9


Zaskoczona, zawstydzona, zapytując się po raz wtóry, czy to jawa, czy sen, Marisa uświadomiła sobie to, co jej ciało wiedziało od dłuższej chwili: była podniecona. Ta delikatna podeszwa rozgrzewająca jej podbicie rozpalała jej skórę i zmysły, była pewna, że gdyby dotknęła krocza, poczułaby, że jest mokre. „Zwariowałaś? – upomniała się. – Podniecać się kobietą? Od kiedy tak ci się porobiło, Marisita?” Wielokrotnie podniecała się w samotności, rzecz jasna, i masturbowała się raz czy dwa, pocierając poduszką między nogami, ale zawsze z myślą o mężczyznach. Jak daleko sięgała pamięcią, kobiety nie kręciły jej nigdy, przenigdy! A jednak teraz była podniecona, drżała od stóp do głów, owładnięta szalonym pragnieniem, żeby nie tylko ich nogi się stykały, lecz całe ciało, by poczuć w każdym zakamarku, tak jak na podbiciu, bliskość i ciepło przyjaciółki. Poruszając się tak lekko, jak tylko umiała, z sercem łomoczącym w piersi, udając oddech, którzy brzmiałby jak u śpiącego, obróciła się nieco tak, że nie dotykając Chabeli, wiedziała, że jest o kilka milimetrów od jej pleców, pośladków i nóg. Wyraźniej słyszała jej oddech i wydawało się jej, że wyczuwa intymny opar, który emanował z tak bliskiego ciała, docierał do niej i spowijał ją. Wbrew sobie, jakby nieświadoma tego, co robi, niezmiernie powoli podniosła prawą rękę i położyła ją na udzie przyjaciółki. „Błogosławiona godzina policyjna”, pomyślała. Poczuła, że serce przyśpiesza rytm, Chabela zbudzi się zaraz, odepchnie jej rękę i powie: „Odsuń się, nie dotykaj mnie, oszalałaś? Co ty wyprawiasz?”. Ale Chabela nie poruszyła się, pogrążona najwyraźniej w głębokim śnie. Czuła jej wdech i wydech, odnosiła wrażenie, że owo tchnienie dociera do niej, przedostaje się przez noz10


drza i usta, rozgrzewa wnętrzności. Chwilami w jej podniecenie wdzierały się, co za absurd, myśli o godzinie policyjnej, o przerwach w dostawie prądu, o porwaniach – zwłaszcza ta historia z Cachitem – czy o bombach podkładanych przez terrorystów. Co za kraj, co za kraj! Wierzch uda, który czuła pod dłonią, był jędrny i gładki, lekko wilgotny, może od potu, może od kremu. Czy przed snem wmasowała w siebie któryś z balsamów, jakie stały w łazience? Nie widziała, jak się rozbiera; podała jej jedną ze swoich koszul, bardzo kusą, a sama przebrała się w garderobie. Kiedy wróciła do sypialni, Chabela miała już na sobie koszulkę, półprzezroczystą, odsłaniającą ramiona i kolana, a nawet odrobinę pośladków, a Marisa przypomniała sobie, że pomyślała: „Jakie ładne ciało, jak świetnie się trzyma mimo dwóch porodów, to pewnie dzięki fitnessowi trzy razy na tydzień”. Przez długą chwilę przysuwała się milimetr po milimetrze z narastającym strachem, że obudzi przyjaciółkę. Teraz, owładnięta grozą i poczuciem szczęścia, czuła, że brzegi ich ud, pośladków, nóg muskają się i natychmiast rozdzielają w rytm równego oddechu. „Teraz już na pewno się obudzi, Marisa, popełniasz straszne głupstwo”. Ale nie wycofała się i oczekiwała – na co? – jak w transie, czekała na kolejne przelotne zetknięcie. Jej prawa ręka wciąż spoczywała na udzie Chabeli i Marisa uświadomiła sobie, że zaczęła się pocić. W tym momencie jej przyjaciółka poruszyła się. Myślała, że serce jej stanie. Na kilka sekund przestała oddychać; zacisnęła powieki, udając głęboki sen. Nie zmieniając pozycji, Chabela podniosła ramię i Marisa poczuła, że na jej ręce spoczywającej na udzie przyjaciółki kładzie się ciepła dłoń. 11


Strąci ją? Nie, wręcz przeciwnie, Chabela łagodnie, a nawet pieszczotliwie splotła palce z palcami Marisy i przesuwała jej rękę, nie odrywając od skóry, w stronę krocza. Marisa nie wierzyła własnym zmysłom. Pod palcami uwięzionej dłoni czuła włoski lekko nabrzmiałego łona i otwór, wilgotny, pulsujący, do którego Chabela przyciskała jej rękę. Dygocząc na całym ciele, przewróciła się na bok, przywarła piersiami, brzuchem i nogami do pleców, pośladków i nóg przyjaciółki i przebiegała pięcioma palcami jej srom w poszukiwaniu malutkiej łechtaczki, drążąc i rozchylając wilgotne, nabrzmiałe wargi sromowe, prowadzona ręką Chabeli, która także drżała i naciskała na nią, ułatwiając wzajemne splecenie się i stopienie. Marisa zanurzyła twarz w gąszczu włosów Chabeli, rozgarniała go na boki ruchami głowy, aż dotarła do karku i uszu, a teraz całowała je, lizała i gryzła lekko, z rozkoszą, nie myśląc już o niczym, ślepa ze szczęścia i pożądania. Po kilku sekundach, a może minutach Chabela odwróciła się i zaczęła szukać jej ust. Całowały się pożądliwie, desperac­ ko, najpierw w usta, a potem głębiej, plącząc języki, wymieniając się śliną, podczas gdy ich ręce zsuwały – zdzierały – jedna z drugiej koszulę, aż obie zostały nagie i splecione; przewracały się z boku na bok, pieszcząc swe piersi, całując najpierw je, a potem pachy i brzuchy, kiedy każda muskała srom drugiej i czuła, że pulsują w czasie bez czasu, tak bezkresnym, tak intensywnym. Kiedy Marisa, oszołomiona, zaspokojona, poczuła, że ogarnia ją przemożna senność, przed zapadnięciem w drzemkę zdążyła jeszcze zauważyć, że w trakcie całego tego niezwykłego doświadczenia, które miało miejsce między nią 12


a Chabelą – którą także morzył teraz sen – nie zamieniły ani jednego słowa. Pogrążając się w bezdennej czeluści, pomyś­ lała raz jeszcze o godzinie policyjnej i wydawało jej się, że słyszy daleki wybuch. Kilka godzin później, kiedy się obudziła, szarawe światło dnia wpadało do sypialni, nieco tylko przyćmione przez żaluzje, i była w łóżku sama. Dreszcz wstydu przebiegł ją od stóp do głów. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? To niemożliwe, nie, nie. Ale tak, oczywiście, że się wydarzyło. Usłyszała hałas w łazience i przestraszona zamknęła oczy, udając sen. Po chwili uchyliła powieki i dostrzegła Chabelę, już ubraną i umalowaną, szykującą się do wyjścia.  – Marisita, tysiąckrotnie przepraszam, obudziłam cię. – Usłyszała jej słowa, wypowiedziane tonem najnaturalniejszym na ­świecie.  – Co takiego? – wyjąkała, czując, że jej głos jest ledwie słyszalny. – Już idziesz? Nie chcesz zjeść najpierw śniadania?  – Nie, serduszko – odpowiedziała przyjaciółka, jej zdecydowanie nie drżał głos i nie okazywała ani śladu skrępowania. Wyglądała tak jak zawsze, najmniejszego rumieńca na policzkach, całkowicie normalne spojrzenie, bez szczypty złośliwości czy szelmostwa w wielkich ciemnych oczach, nieco zmierzwione czarne włosy. – Lecę, żeby zdążyć, zanim dziewczynki wyjdą do szkoły. Tysiąckrotne dzięki za gościnność. Zdzwonimy się. Buziaczki. Posłała jej buziaka z progu sypialni i znikła za drzwiami. Marisa przeciągnęła się, ziewnęła, uznała, że wstanie, lecz zrezygnowała, przeciągnęła się raz jeszcze i przykryła. Jasne, że to się wydarzyło, a najlepszym dowodem był fakt, że leżała w łóżku naga, a jej koszula, zmięta, poniewierała się 13


w nogach. Podniosła prześcieradło i roześmiała się, widząc, że koszula, którą pożyczyła Chabeli, też tam jest, zwinięta w kłębek na skraju łóżka. Jej śmiech urwał się jednak jak nożem uciął. Boże ty mój, Boże ty mój. Żałowała? Ani trochę. Ależ zimną krew ma Chabela. Czyżby robiła już kiedyś takie rzeczy? Niemożliwe. Znały się od tylu lat, zawsze mówiły sobie o wszystkim, gdyby Chabela miała przygodę tego typu, na pewno by jej to wyznała. A może nie? A czy to coś zmieni w ich przyjaźni? Jasne, że nie. Chabelita była jej najlepszą przyjaciółką, kimś więcej niż siostrą. Jak teraz będzie wyglądała ich relacja? Tak samo jak dawniej? Dzieliły niesamowity sekret. Boże ty mój, Boże ty mój, nie mog­ ła uwierzyć, że to się wydarzyło. Przez cały ranek, kiedy kąpała się, ubierała, jadła śniadanie, wydawała polecenia kucharce, kamerdynerowi i pokojówce, po głowie krążyły jej te same pytania: „Zrobiłaś to, co zrobiłaś, Marisita? A co by się stało, gdyby Quique dowiedział się, że wraz z Chabelą zrobiły to, co zrobiły? Wściekłby się? Urządziłby jej scenę zazdrości, taką, jakby zdradziła go z mężczyzną? Powie mu? Nie, nigdy w życiu, o tym nie powinien dowiedzieć się nikt więcej, co za wstyd”. Nawet w południe, kiedy Quique wrócił z Arequipy i wręczył jej pudełko czekoladek z La Ibérica i torebkę papryczek rocoto, a ona całowała go i pytała, jak mu poszło na posiedzeniu zarządu. – „Dobrze, dobrze, blondasko, postanowiliśmy przerwać wysyłkę piwa do Ayacucho, nie opłaca się, haracz, jakiego żądają terroryści i pseudoterroryści, rujnuje nas” – ona wciąż zadawała sobie pytanie: „A czemu Chabela nie napomknęła o tym ani słówkiem i wyszła jak gdyby nigdy nic? Jak to czemu, głupia. Bo ona też umierała ze wstydu, nie chcia-


Spis tr eści I. Sen Marisy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  9 II. Niespodziewana wizyta  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  20 III. Weekend w Miami  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  28 IV. Przedsiębiorca i prawnik  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  38 V. Jaskinia plotek  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  46 VI. Wrak artysty  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  56 VII. Agonia Quique  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  66 VIII. Kurdupelka  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  77 IX. Nietypowy interes  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  85 X. Trzech wesołków  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  94 XI. Skandal  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  103 XII. Garkuchnia dla ubogich  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  116 XIII. Nieobecność  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  126 XIV. Małżeńskie niezgody i zgody  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  140 XV. Kurdupelka się boi  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  151 XVI. Latyfundysta i Chineczka  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  163 XVII. Dziwne operacje wokół Juana Peinety  . . . . . . . . . . . . . .  176 281


XVIII. Najdłuższa noc inżyniera Cardenasa . . . . . . . . . . . . . . .  192 XIX. Kurdupelka i władza  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  200 XX. Wir  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  218 XXI. Nadzwyczajne wydanie „Destapes”  . . . . . . . . . . . . . . . .  252 XXII. Happy end?  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  267


Profile for SIW Znak

Dzielnica występku (frag. 1)  

Jedno zdjęcie wystarczy, by wywołać burzę Quique ma wszystko: kochającą żonę, dobrze prosperujący biznes, zaufane grono przyjaciół. Prowadz...

Dzielnica występku (frag. 1)  

Jedno zdjęcie wystarczy, by wywołać burzę Quique ma wszystko: kochającą żonę, dobrze prosperujący biznes, zaufane grono przyjaciół. Prowadz...

Profile for znak

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded