Page 1


Stanisław Krzemiński

ISKRA tom pierwszy cyklu powieści

DROGI DO WOLNOŚCI

Świat bohaterów powieści współtworzyły Hanna Probulska–Dzisiów Joanna Wojdowicz

Wydawnictwo Znak Kraków 2018


Projekt okładki Agnieszka Kucharz-Gulis Fotografie na okładce Julia Rosnowska na planie serialu TVP Drogi wolności Kraków, ul. Sławkowska / fotopolska.eu Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Katarzyna Mach Redakcja Karolina Macios Adiustacja Jadwiga Hoffmann-Grell Korekta Beata Trebel-Bednarz Barbara Wójcik Łamanie Daniel Malak Copyright © Stanisław Krzemiński, 2017 © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017 Published by arrangement with Beata Stasińska Literary Agency ISBN 978-83-240-5361-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU


PROLOG

BIAŁY SZAL


D

wudziestoparoletni mężczyzna, awiator powietrznych sił Austro-Węgier, dostał od losu urodę i sławę. Aura zdobywcy przestworzy przyciągała kobiety, a kobiety pociągały Ludwiga. Był wobec nich szarmancki i czuły. Potrafił je uwodzić przenikliwym spojrzeniem w oczy, lekkim uśmiechem w kąciku ust, niskim, ciepłym głosem, którym mówił, że być może jutrzejszy lot będzie jego ostatnim. Bo awiator spada tylko raz. Czerwona poświata nad rozległą łąką zamykała horyzont. Wschód słońca rozświetlał z wolna ciemny granat nocy. Ludwig Grasnick patrzył przez okno i widział siebie wysoko ponad linią nieba i ziemi w nowej maszynie. Dziś był sam. Przed dziesięcioma dniami zmarła jego matka. Całe swoje życie mieszkał z nią przy wiedeńskiej Mühlgasse. Zaledwie pięć minut spacerkiem od Theater an der Wien, gdzie Helena Grasnick występowała. Miała piękny głos. Kiedyś nawet w słynnej Staatsoper śpiewała swoim lirycznym sopranem partię Błażenki w operze Bedrzicha Smetany Tajemnica. 11


Tę dzisiejszą, niecodzienną samotność wypełniały Ludwigowi wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Słyszał dawne kołysanki śpiewane przez matkę po polsku. Majaczyły kolana jej teatralnych koleżanek, na które sadzały go sobie, uwodzicielsko się śmiejąc. Widział garderoby, w których bez skrępowania śpiewaczki wkładały przy nim operetkowe peruki i kostiumy. Przed oczyma przewijali się rozochoceni panowie, którzy po spektaklach wkradali się za kulisy z kwiatami i szampanem. Przypomniał sobie też wieczór piętnastych urodzin, kiedy młodziutka tancerka, składając mu życzenia, pocałowała go tak, że cały świat zawirował. Zniknęli później oboje w magazynie kostiumów i wtedy Ludwig poczuł po raz pierwszy wszechogarniające ciepło kobiecego ciała i eksplozję radości życia. Jego matka, Helena Grasnick, nie żyła. Ojciec, którego Ludwig praktycznie nie znał, opłacił pochówek, przepisał na syna mieszkanie przy Mühlgasse 26, ale na pogrzebie się nie pojawił. Rodzice mieszkali w separacji już od urodzenia Ludwiga. Matka niewiele mówiła o ojcu, za to dużo opowiadała o swoim rodzinnym mieście. Przyszła na świat w galicyjskim Krakowie i tam spędziła dzieciństwo. Wspominała zakupy w Sukiennicach i kościół Mariacki, w którym śpiewała w dziecięcym chórze. Mówiła o polskich obyczajach i potrawach zapamiętanych z dzieciństwa. Ludwig znał ze szczegółami jej podróż z Krakowa do Wiednia i początki operowej kariery. W opowieściach matki była jednak siedmioletnia przerwa. Zaczynała się tuż po osiągnięciu największego sukcesu w operze wiedeńskiej, a kończyła w dniu jego urodzin. Tylko raz, gdy był jeszcze dzieckiem, słyszał strzęp rozmowy w teatrze, kiedy Helena mówiła koleżance, że jej mąż robił przez kilka lat interesy w Rosji. Słońce wyszło już w połowie zza horyzontu, gdy Ludwig sięgnął po leżący na podłodze zegarek. Wojskowy koc, obleczony w szarą 12


płócienną poszewkę, zsunął się nieco, obnażając granicę owłosionego torsu i nagiej, szerokiej blizny ciągnącej się wzdłuż żeber. Mężczyzna sprawdził godzinę. Na cyferblacie szwajcarskiego chronografu Le Phare dochodziła piąta trzydzieści.  Jeszcze pół godziny do startu – powiedział do siebie półgłosem i wzdrygnął się od nagłego powiewu od okna. Podciągnął koc, zakrywając czerwieniejącą na żebrach pamiątkę pożaru jednego z pierwszych samolotów hanowerskiej fabryki Aviatik. Ten wypadek zdarzył się prawie dwa lata wcześniej, podczas piątego samodzielnego startu Ludwiga. Na szczęście maszyna wzbiła się zaledwie na dwa, może trzy metry. Musiał być jakiś wyciek benzyny, bo zapaliło się lewe skrzydło. Ludwig zdążył wyskoczyć, zanim nastąpił wybuch, ale drelichowa bluza już się na nim paliła. Był wtedy piątek, trzynasty czerwca tysiąc dziewięćset dwunastego. Dzień jego dwudziestych drugich urodzin.

O północy Lalę obudził hejnał z wieży mariackiej. Lubiła spać przy otwartym oknie, ale miało to swoją cenę: sygnaturki okolicznych kościołów lub dźwięk trąbki wyrywały ją często z pierwszego snu. Teraz urwana melodia odbijała się echem od fasad domów wąskiej ulicy Sławkowskiej. Zaczynał się drugi dzień maja tysiąc dziewięćset czternastego roku. Ze swego łóżka pomiędzy framugą okna a dachem oficyny dziewczyna obserwowała księżyc powoli wysuwający się na widoczny kawałek nieba. Zbliżała się pełnia i poblask miesiąca tłumił widok gwiazd. Mój srebrny, daj mi dziś coś, co zapamiętam na zawsze – szeptała w duchu Lala. 13


Jestem poganką, modlę się do łysego – myśl ta nie wzbudziła w niej poczucia winy. Kończę dziś szesnaście lat, pamiętaj o tym. – Lala podłożyła dłonie pod głowę i wpatrywała się w wędrujący powoli w okiennej ramie księżyc. W ciszy mijającej nocy słyszała przez ścianę pochrapywanie swojej bliźniaczki Maryni i starszej od nich o cztery lata Aliny. Najgłośniejszym jednak dźwiękiem było powolne, ale coraz głośniejsze bicie jej własnego serca. Każdy jego skurcz czuła całą sobą. Jakby jej własne ciało chciało się gdzieś wyrwać, jakby chciało jej coś powiedzieć. Dziewczyna leżała jak zahipnotyzowana. Była już tylko wyczekiwaniem na kolejne pulsujące uderzenie. Przeczuwała coś, czego nie umiała jeszcze nazwać. Kiedy to wewnętrzne wrzenie stało się nie do zniesienia, Lala z całej siły zacisnęła oczy. Wtedy przyszło ukojenie. Serce zaczęło być coraz cichsze, oddech coraz spokojniejszy. Dziewczyna otworzyła oczy i znów spojrzała w okno. W samym jego środku wisiał na niebie jej srebrny pogański bożek. Usiadła na łóżku, przy którym stał stół z rajzbretem oświetlonym teraz księżycową poświatą. Sięgnęła po ołówek. Pod jej ręką zaczęły się rodzić dziwnie splątane kwiaty, sieć gałązek, gąszcze liści o niepokojących kształtach. Nad tym oszałamiającym ogrodem zaczęło się właśnie unosić skrzydło ogromnego motyla, gdy nagle zapadła ciemność. Lala spojrzała w okno, gdzie błyszczący jeszcze przed chwilą miesiąc przysłoniła chmura. Jej rozświetlone kontury tworzyły zarys jakiejś osobliwej postaci w gigantycznej czapie. Dziewczyna chwyciła następną kartkę i w zupełnej niemal ciemności kilkoma szybkimi kreskami naszkicowała ten kształt. Spod jej ołówka wyłaniał się profil mężczyzny w przylegającej do głowy 14


pilotce. Lala wstała, podeszła do stojącej przy ścianie komody, wysunęła dolną szufladę i postawiła ją na podłodze. Ze spodu mebla wyjęła teczkę z rysunkami, których nie pokazywała nikomu. Do tej właśnie teczki schowała ostatni rysunek. Po chwili dolna szuflada była już na swoim miejscu, a pod nią, w szarej tekturowej teczce, leżały szkice i rysunki dziewczyny. Na widoku pozostał jedynie obrazek czarownego ogrodu ze skrawkiem motylego skrzydła. Z korytarza dochodziło teraz przezsenne powarkiwanie psa. Lala znów leżała na łóżku, wsunąwszy ręce pod głowę. Przypominała sobie, jak wywalczyła, wytupała kiedyś ten pokoik, wprawdzie najmniejszy w całym mieszkaniu, ale za to jej własny. Wczesne dzieciństwo spędziła łóżko w łóżko ze starszą zaledwie o godzinę Marynią. Było to jeszcze w rosyjskim Tiumeniu. Mimo że niepodobne do siebie, były tak samo ubierane i zawsze mówiono o nich w liczbie mnogiej. Z tamtego właśnie czasu pochodziła fotografia stojąca na komodzie. Dwie dziewczynki w takich samych sukieneczkach, z podobnymi warkoczami spiętymi kokardą siedzą na ogrodowej huśtawce. Na dole zdjęcia był, niewidoczny teraz w ciemnościach, napis wytłoczony cyrylicą: Zakład fotograficzny PANORAMA, Alojzy Biernacki. Tiumeń, Wodnoprowodnaja 35, Tobolskaja Gubernia. Kiedy Lala miała siedem lat, Biernaccy musieli uciekać z Rosji. Przyjechali do Krakowa. Wprowadzili się do mieszkania przy Sławkowskiej 10, gdzie mieszkała ciotka Janina. Okazało się wtedy, że dla bliźniaczek znów przeznaczono jeden pokój. Lala zaprotestowała z całą swoją dziecięcą energią. Krzyczała, płakała, tupała – walczyła wszystkimi dostępnymi sobie metodami.  – Chcę mieć miejsce na moje rysunki! Muszę mieć miejsce na moje obrazki! Muszę! Muszę! Muszę! – wołała przez łzy. 15


Wtedy poparła ją matka. I w  ten sposób Lala jako jedyna z trzech sióstr pozyskała własny pokój. Zaprotestowała również przeciwko ubieraniu jej tak samo jak Maryni. Tym razem jednak nie krzyczała. Po prostu w  wieku lat siedmiu podarła na strzępy jedną z dwóch identycznych sukienek. Od tamtej pory była sobą i nikt w rodzinie nie zwracał się już do bliźniaczek jak do jednej osoby. Do Lali przylgnęło wówczas w  rodzinie miano l’enfant terrible. I niech tak zostanie – pomyślała w pierwszej godzinie swych szesnastych urodzin, wpatrując się w księżyc.

Była szósta rano, kiedy Ludwig Grasnick kierował się trawiastym placem w stronę niewielkiego dwupłatowca. Krótka skórzana kurtka z futrzanym kołnierzem, rozpięta jeszcze czapka pilotka, okulary z kauczukowymi ochraniaczami zawieszone nonszalancko na szyi, długi biały szal i celowo niedbały sposób poruszania się sprawiały, że idący krok za nim mechanik w zwykłym żołnierskim mundurze czuł się wyraźnie speszony. Zwrócił się do Ludwiga po niemiecku z twardym berlińskim akcentem:  – Dopiero wczoraj skończyliśmy montaż tej maszyny. Tym jeszcze nikt u nas nie leciał.  – Wiem. Ktoś musi być pierwszy – miękką niemczyzną odparł Ludwig, nie oglądając się za siebie. Podeszli do aeroplanu. Dwóch innych mechaników kręciło już drewnianym śmigłem, żeby rozruszać silnik. Stawali na palcach, chwytali górny płat i powoli przyciągali go w dół. I znowu, i znowu. Widać było, że śmigło stawia coraz mniejszy opór. 16


– Poleci pan do Breslau. Tam pan zatankuje i o dziewiątej powinien pan wystartować do Ostrawy, a jutro dalej, do Wiednia. Od strony baraku doszedł do nich jakiś cywil.  – Johannes Elser – przedstawił się mężczyzna. – Inspektor zakładów lotniczych Albatros. Jeszcze dziś oczekuję raportu, jak się ten egzemplarz sprawuje. Na aeroplacu pod Ostrawą mają telegraf. Już są o wszystkim powiadomieni.  – Przecież według waszych wyliczeń ma zasięg dwustu pięćdziesięciu mil. Mogę lecieć od razu do Wiednia. Z Wrocławia to mil dwieście trzydzieści, mam jeszcze dwadzieścia zapasu – powiedział Ludwig, wzruszając lekko ramionami. Cywil podał Ludwigowi wojskową mapę ostemplowaną pieczęcią Ostdeutsche Albatros Werke – Schneidemühl (Wschodnioniemiec­ kie Zakłady Albatros – Piła) z pieczęcią niemieckiego cesarstwa i datą 2 V 1914. Na mapie czerwoną kredką narysowano linię prowadzącą najpierw z Piły do Wrocławia, dalej do Ostrawy, a potem do Wiednia. Inspektor przyglądał się chwilę Ludwigowi:  – Mówiono mi, że lubi pan ryzykować. Ale nas na to nie stać, panie Grasnick. Austriacy kupują licencję albatrosa. Działającego albatrosa. Cesarstwo Niemieckie nie sprzedaje wraków, więc dla bezpieczeństwa proszę wylądować w Ostrawie. Tam zrobi pan dokładny przegląd maszyny, a dopiero jutro wyleci pan do Neustadt. To rozkaz.  – Tak jest – odpowiedział krótko Ludwig. Skinął głową, podał rękę cywilowi i po dolnym płacie skrzydła wskoczył zgrabnie do kabiny. Zapiął pilotkę i kurtkę, okręcił szal wokół szyi, nasunął okulary na oczy i rzucił:  –  Włączam zapłon. Jeden z mechaników przeszedł na lewą stronę samolotu i z wysiłkiem zakręcił korbą. Silnik zacharczał i umilkł. Znów się zakrztusił. 17


Śmigło konwulsyjnie drgnęło raz i drugi, a już po chwili miarowo się obracało. Ludwig zwiększył obroty. Albatros cały drżał, drewniana obudowa wibrowała, skrzydła rezonowały. Jeszcze jeden ruch ręki pilota, narastający dźwięk i maszyna zaczęła toczyć się po trawie. Prototypowy albatros ruszał w swój pierwszy lot z aeroplacu pruskich zakładów w Pile, przez wrocławskie lotnisko w Gądkowie do Mosnovej pod Ostrawą. Jeden z mechaników przeżegnał się. Nie wiedział, że w kabinie dwupłatowca jego pilot Ludwig Grasnick zrobił dokładnie to samo. W tym geście nie było już nonszalancji sprzed kilkunastu minut.

W sobotni ranek drugiego maja znudzony portier stojący przy wejściu do Grand Hotelu nagle się ożywił. Oto po przeciwnej stronie ulicy Sławkowskiej w Krakowie unosiły się w powietrzu dwie dziewczęce sukienki. Jedna, z białej bawełny, miała szeroki granatowy kołnierz marynarski ze szlaczkiem z trzech wąziutkich białych paseczków. Druga, nieco przysłonięta tą pierwszą, była płócienna, ciemnoszara, z dwoma rzędami siedmiu obszywanych guzików i szerokim koronkowym kołnierzem. Hotelowy boy nie zwrócił uwagi na to, co było dumą niosącej sukienki krawcowej: obie zostały uszyte według najnowszego zeszytu „Wiener Mode”. Rękawy były długości trzy czwarte, a całość sięgała tylko nieco poniżej kolan. Na taką ekstrawagancję mogły sobie jeszcze pozwolić szesnastoletnie panny. Według wszelkich kanonów dobrego obyczaju nieco starsze osoby płci żeńskiej w roku pańskim tysiąc dziewięćset czternastym powinny nosić suknie sięgające stóp. 18


Pani Józefa Bąkowska miała swoją pracownię przy placu Szczepańskim i od lat obszywała rodzinę Biernackich z ulicy Sławkowskiej 10. Tam właśnie krawcowa miała dostarczyć obie sukienki. Tego dnia bliźniaczki, panienki Marynia i Lala Biernackie, kończyły szesnaście lat. Jednym z prezentów urodzinowych były te właśnie sukienki, niesione teraz dumnie krakowską ulicą.

Aeroplac w podwrocławskim Gądkowie był jednym z pierwszych niemieckich lotnisk. Ludwig Grasnick znał to miejsce. Kilka miesięcy wcześniej, podczas mroźnej zimy, testował tu jeden z  pierwszych modeli propelera brandenburg B.I. Maszyna nie była zbyt udana i mogła unosić się w powietrzu niecałą godzinę. Z  tego lotu Ludwig zapamiętał jedynie nerwowe wibracje kadłuba i przenikliwe zimno. Teraz był ciepły majowy poranek, a Grasnick w położonym na uboczu baraku dopijał ogólnowojskową lurowatą kawę. Poczuł głód, to go uspokoiło. Organizm skupiał się na zadaniu, a jedzenie zawsze nieco osłabiało czujność. Dlatego stojący obok talerz ze śniadaniem pozostał nietknięty. Na epatowanie nonszalancją Ludwig pozwalał sobie jedynie na ziemi. Tam, w górze, był sam na sam z żywiołem, wyczulony na każdy ton silnika, na najdrobniejsze zmiany wibracji maszyny, na zmieniające się często jak w kalejdoskopie niebo. Grasnick nie wierzył w nowy wynalazek zwany spadochronem. Powtarzał sobie, że co ma być, to będzie. Przed nieuchronnością losu człowiek i tak nie ucieknie. Tak jak nie uciekła przed śmiercią jego piękna matka. Upadła niespodziewanie w pogodny kwietniowy dzień tuż przed swoim ukochanym teatrem. 19


I już nigdy się nie podniosła. Było to kilka dni po jej pięćdziesiątych urodzinach. Albatrosa już zatankowano, a mechanicy uruchomili na próbę silnik. Nawet z tej odległości Ludwig słyszał jego równy, nieco szczekliwy warkot. Kiedy dopiwszy już kawę, zbliżał się do maszyny, wyczuł w powietrzu nieco więcej wilgoci, niż kiedy lądował. Przystanął, spojrzał na bezchmurne niebo, poślinił palec i podniósł dłoń do góry – delikatnie musnął go chłód napływający od południa. Ze strony gór dał o sobie znać niemal niezauważalny powiew. Tuż przed dziewiątą Ludwig wsiadł do maszyny i odruchowo spojrzał na mapę. Oprócz Ostrawy najbliższe lotnisko w stronę Wiednia było w podkrakowskich Rakowicach.

W mieszkaniu na pierwszym piętrze zabrzmiał głośno kręcony dzwonek i natychmiast rozległo się szczekanie psa. Lala jeszcze w koszuli nocnej wypadła ze swojej sypialni. Służąca Honorka ­otwierała właśnie frontowe drzwi i do przedpokoju wkroczyły dwie sukienki niesione przez panią Bąkowską.  – Maryniu – zawołała głośno Lala – są nasze sukienki! Wstawaj! – teraz dziewczyna odganiała ręką rudego charta, który usiłował doskoczyć do trzymanych przez krawcową sukienek.  – Karo! Leżeć! – rzuciła krótko. Pies natychmiast przywarł do podłogi. W korytarzu pojawiła się Marynia.  – Boże! – Marynia z zachwytu aż złożyła ręce. – Moja ma dodatkową kokardę z boku przy talii. 20


spis treści

Prolog. Biały szal . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  9 Część I. Bezsenność  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  25 Część II. Wymarsz  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  69 Część III. Wojna  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  231 Część IV. Plajta  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  323 Historia pewnej notatki (zamiast posłowia)  . . . . . . .  431


Drogi do wolności. Iskra  

Jedna rodzina. Trzy siostry. Wspólne marzenie Lato 1914. Siostry Biernackie wracają z Lanckorony do Krakowa. W powietrzu wiszą zmiany, mówi...

Drogi do wolności. Iskra  

Jedna rodzina. Trzy siostry. Wspólne marzenie Lato 1914. Siostry Biernackie wracają z Lanckorony do Krakowa. W powietrzu wiszą zmiany, mówi...