Page 1

generał SŁAWOMIR PETELICKI poleca „Twórca legendarnego SEAL Team Six komandor Dick Marcinko to prawdziwy wojownik, który nie bał się nikogo! Gdy pokazał wady systemu bezpieczeństwa USA, naraził się odpowiedzialnym za to politykom. Z pewnością ma wady, jak każdy człowiek, ale jego podwładni, z którymi działałem, poszliby za nim w ogień!” SŁAWOMIR PETELICKI, generał GROM-u

RICHARD

MARCINKO JOHN WEISMAN

KOMANDOS

„Przy Marcince Arnold Schwarzenegger wygląda jak Mały Książę”. „The New York Times Book Review”


01_Marcinko_01_23.indd 14

2012-01-18 12:09:48


Richard Marcinko, John Weisman

KOMANDOS tłumaczenie Michał Romanek

Kraków 2012

01_Marcinko_01_23.indd 3

2012-01-18 12:09:47


Tytuł oryginału Rouge Warrior Copyright © 1992 by Richard Marcinko Copyright © for the translation by Michał Romanek 2012 Konsultacja merytoryczna Marcin Rak www.specialforces-memorabilia.pl Projekt okładki Magda Kuc Fotografia na pierwszej stronie okładki Bart Sadowski/Vetta/Getty Images Opieka redakcyjna Julita Cisowska Artur Wiśniewski Adiustacja Julita Cisowska Korekta Barbara Gąsiorowska Opracowanie typograficzne Irena Jagocha Daniel Malak Łamanie Irena Jagocha ISBN 978-83-240-1673-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2012 Druk: Drukarnia Abedik S.A., Poznań

01_Marcinko_01_23.indd 4

2012-01-18 12:09:48


Strzelcom – którzy byli i zawsze będą

01_Marcinko_01_23.indd 5

2012-01-18 12:09:48


01_Marcinko_01_23.indd 6

2012-01-18 12:09:48


W trosce o ochronę źródeł i metod sił specjalnych niektóre nazwiska, miejsca i ramy czasowe zostały zmienione. Zmodyfikowano również szczegóły taktyczne oraz chronologię, by nie ujawniać technik stosowanych przez oddziały specjalne.

01_Marcinko_01_23.indd 7

2012-01-18 12:09:48


CZĘŚĆ PIERWSZA

ŚWIR

01_Marcinko_01_23.indd 15

2012-01-18 12:09:48


Rozdział 1

Styczeń 1981

Ten pierwszy krok był ogromny – podeszwy moich butów od skarłowaciałej dżungli dzieliło prawie 6 kilometrów – ale nie miałem czasu, żeby o tym myśleć. Świeciło się zielone światło i jumpmaster pokazywał niezbyt wyraźnie w moim kierunku, więc posłałem mu uprzejmie buziaka i wstałem, żeby się poruszać – spacerkiem z głębi cuchnącej smarem rampy C-130, a potem nura w nocne niebo. Dokładnie tak, jak to robiłem już wcześniej ponad tysiąc razy. Uderzył mnie lodowaty strumień zaśmigłowy znikającego nad głową samolotu. Spojrzałem w dół. Nic. Prawie 6 kilometrów do ziemi – jeszcze za daleko, żebym cokolwiek mógł zobaczyć na dole, i za daleko, żeby ktokolwiek z dołu mógł usłyszeć samolot. Rozejrzałem się wokół siebie: zero widoczności. Właściwie czego się spodziewałem? Że zobaczę swoich ludzi? To też oczywiście było niemożliwe – nie używaliśmy żadnych świateł, nie mieliśmy na sobie żadnych odblaskowych elementów, a cali byliśmy ubrani w  ciemne kamuflaże w  tygrysie paski, niewidoczne w  czerni 17

01_Marcinko_01_23.indd 17

2012-01-18 12:09:48


CZĘŚĆ PIERWSZ A. ŚWIR

spowijającej nasz cel, wyspę Vieques na Morzu Karaibskim daleko w dole. Zacisnąłem pięść i zgiąłem łokieć w geście milczącego triumfu. Dobra jest! Pierwsze osiem sekund tej operacji minęło absolutnie perfekcyjnie. Na razie byliśmy do przodu. Sprawdziłem wysokościomierz na nadgarstku i pociągnąłem linkę. Poczułem, jak spadochron wyskakuje z plecaka i zostaje w górze. Uprząż szarpnęła mnie w górę w elastycznym podskoku, jaki zawsze towarzyszy naprężeniu linek spadochronu. I wtedy nagle ostro skręciło mnie w prawo, po czym zacząłem gwałtownie opadać spiralnie, nie mogąc tego opanować. To tyle perfekcji. Spojrzałem w górę. Jedna z komór mojej błękitnej jedwabnej czaszy zapadła się pod wpływem bocznego wiatru. Szarpałem za linki sterownicze, żeby ją wytrzepać i pozwolić pędowi powietrza ją rozprostować, ale mi się nie udawało. Nie ułatwiało sprawy to, że miałem na sobie prawie 45 kilogramów ekwipunku przypiętego do specjalnie zaprojektowanej kamizelki bojowej albo przymocowanego do munduru. Ciężar stanowił spory kłopot w rzadkiej atmosferze w czasie skoków HAHO – duża wysokość, wysokie otwarcie. Większość tego, co dźwigałem, to była broń. W kaburze na udzie tkwiła wykonana na zamówienie beretta 92-SF. Do niej jedenaście magazynków amunicji: 165 nabojów hydra-shok z wgłębieniem na czubku pocisku, wykonanych na zamówienie z dodatkową ilością prochu – coś takiego dosłownie urywało głowę trafionemu człowiekowi. Na pasie przymocowanym do ramienia miałem uwieszony specjalnie zmodyfikowany pistolet maszynowy HK – Heckler & Koch – MP5 z 600 nabojami z płaszczem i wgłębieniem na czubku w magazynkach po 30 sztuk. Poza tym miałem i inne skarby: granaty hukowo-błyskowe i liniowe ładunki wybuchowe do dezorientowania wroga, lampy stroboskopowe i światło chemiczne do nakierowania helikopterów do strefy zrzutu. Nożyce do cięcia drutu przydatne do pokonywania ogrodzeń. Dźwigałem też zestaw opracowanego przez nas zminiaturyzowanego sprzętu do łączności: na pasie miałem przypiętą bezpieczną krótkofalówkę 18

01_Marcinko_01_23.indd 18

2012-01-18 12:09:48


ROZDZIAŁ 1

Motoroli połączoną z mikrofonem przy ustach i słuchawkami, żebyśmy rozmawiając ze sobą, mogli jednocześnie się poruszać. Nie bawiliśmy się w żadne szeptanie w mankiet, jak to robią tajni agenci. W górnej prawej kieszeni kamizelki bojowej miałem schowany satelitarny aparat nadawczo-odbiorczy, SATCOM, wielkości pierwszych telefonów komórkowych. Dzięki SATCOM-owi mogłem rozmawiać ze swoim szefem, generałem brygady Dickiem Scholtesem, który dowodził Połączonym Dowództwem Operacji Specjalnych (JSOC) ze swojego Centrum Operacji w Fort Bragg w Karolinie Północnej. Przez SATCOM słyszałem go równie wyraźnie, jak gdybym był w sąsiednim pokoju, a nie oddalony od niego o ponad 3000 kilometrów. Zaśmiałem się na głos. Może powinienem teraz odezwać się do Scholtesa i zameldować: „Cześć, generale, zgłaszam, że chwilowo zrobił się mały problem. Dickie zaraz się rozplaska”. Zapadły się następne dwie komory czaszy i mój spadochron szybowcowy złożył się na pół. Dobra, to ten się spieprzył. Ale to nie problem: przećwiczyłem ten numer może osiemdziesiąt, a może i ze sto razy w czasie skoków szkoleniowych. Odciąłem linki, pozbywając się zepsutej czaszy, i znów zacząłem spadać z pełną prędkością. Ponad 4,5 kilometra – i zapierniczamy. Pięć sekund później szarpnąłem linkę drugiego spadochronu. Najpierw zaczął otwierać się dobrze. Potem zrobiła się szczelina, wzdłuż której pęd powietrza złożył go na pół, i drugi spadochron zapadł się tak samo jak pierwszy, a wariacki korkociąg zaczął się na nowo. Więcej zapasowych nie miałem. Rzucając mięsem w pustą przestrzeń, szarpałem oburącz za linki, żeby otworzyć skrzydło spadochronu na pełną szerokość. Z całkowitą jasnością, jaka zdarza się idącym na spotkanie ze śmiercią, dotarło do mnie, że w kolejce skaczących z C-130 byłem trzynasty. To by był kiepski dowcip. Nie tak to miało wyglądać. Z tego, co wiedziałem, na dole – tam gdzie miałem rozbryzgać się w truskawkową breję – było od trzydziestu do czterdziestu uzbrojonych terrorystów, zakładnik i skradziona broń jądrowa. 19

01_Marcinko_01_23.indd 19

2012-01-18 12:09:48


CZĘŚĆ PIERWSZ A. ŚWIR

Ten utrzymywany w ścisłej tajemnicy atak z powietrza był kulminacją pięciu miesięcy cholernie dającego w kość, posuniętego do granic wytrzymałości szkolenia: treningu prowadzonego osiemnaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Opadałem teraz spiralnie w czarną otchłań właśnie dlatego, że Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych w swojej nieskończonej mądrości wybrała mnie, bym wymyślił, stworzył, wyposażył, wyszkolił i poprowadził jednostkę, co do której w czasie tego skoku miałem już pewność, że jest najskuteczniejszym i najtajniejszym oddziałem antyterrorystycznym na świecie – SEAL Team Six. Admirał Thomas Hayward, szef operacji morskich, osobiście wydał mi rozkaz utworzenia tej jednostki w niespełna trzy miesiące po naszej tragicznej próbie odbicia amerykańskich zakładników przetrzymywanych w Teheranie. Admirał powiedział wyraźnie: – Dick, nie nawal. Wziąłem sobie to do serca. SEAL Team Six ćwiczył ciężej, niż kiedykolwiek ćwiczył jakikolwiek inny oddział, czekając na okazję, żeby udowodnić sceptycznym urzędasom z marynarki i popapranym liczykrupom, jakich mnóstwo w Waszyngtonie, że US Navy potrafi skutecznie zwalczać terrorystów. Nieraz chodziłem na skróty i niejednemu nadepnąłem na odcisk, wypełniając rozkaz admirała Haywarda. I nie nawaliłem – aż do teraz, jak się zdawało. I co dalej z tym wszystkim? Dickiego ma ominąć najlepsza zabawa, kiedy cała reszta chłopaków pójdzie rozwalać bandytów? Nie ma mowy. Miałem dopiero czterdziestkę – dużo za wcześnie, żeby umierać. Znowu zacząłem szarpać za linki. Nie miałem zamiaru się poddawać. Nie tak to będzie. Nie dlatego, że mój skandalicznie drogi, osobiście wybrany, przemyślnie zmodyfikowany, własnymi rękami pieszczotliwie zapakowany cholerny spadochron nie chce się otworzyć. Ciągnąłem linki ze wszystkich sił. W końcu dwie skrajne prawe komory wypełniły się powietrzem i zacząłem lecieć w sposób kontrolowany, opadając leniwie po spirali i wisząc spocony na uprzęży, a jednocześnie starałem się zorientować, gdzie, u licha, jestem. A byłem przesunięty o jakieś 5 kilometrów w głąb oceanu: tak daleko zszedłem 20

01_Marcinko_01_23.indd 20

2012-01-18 12:09:48


ROZDZIAŁ 1

z pierwotnej ścieżki lotu z powodu prędkości C-130, której nie wytraciłem w spadaniu swobodnym. Pod sobą widziałem już brzeg, więc sprawdziłem wskazania kompasu i wysokościomierza i zmieniłem kierunek, lecąc z powrotem w stronę ustalonej strefy lądowania (SL) o powierzchni 250 metrów kwadratowych, niewielkiego lądowiska wykrojonego na nierównym wiejskim terenie niespełna kilometr od kryjówki terrorystów. Wybraliśmy to miejsce na punkt zbiórki na podstawie dostarczonych przez satelitę Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) zdjęć w ultrawysokiej rozdzielczości, które przefaksowano nam w czasie naszego lotu z Norfolku. Byłem już na wysokości poniżej 3500 metrów i oceniałem w przybliżeniu, że do miejsca lądowania mam jakieś 15 kilometrów lotu. Patrzyłem, jak ponad 3 kilometry pode mną płyną do brzegu bałwany – przesuwające się równolegle, fosforyzująco białe, marszczące się łuki. Dalej, na brzegu, rosła dżungla. Dzięki zdjęciom wywiadu wiedziałem, że była to skarłowaciała dżungla, jaką często spotyka się na większości wysp Morza Karaibskiego i w Ameryce Środkowej. Dzięki Bogu, nie był to las deszczowy ze zdradliwymi wysokimi koronami drzew, które sprawiają, że lądowanie jest dla skoczka koszmarem. Gdyby był to taki właśnie las, musielibyśmy wyskakiwać nad morzem i lądować na wąskim skrawku plaży albo dostać się tam drogą morską: przypłynąć ze statku matki – jakiejś niewinnie wyglądającej, pozornie cywilnej łodzi krążącej daleko od brzegu, albo też wylądować w specjalnie zmodyfikowanych IBS-ach (gumowanych pontonach, które zostałyby zrzucone razem z nami z okrętu albo lecącego na niskim pułapie samolotu). Spojrzałem w górę. Ani gwiazd, ani księżyca. Spadochron działał teraz perfekcyjnie i wiedziałem już, że przy takim wietrze z łatwością dotrę do strefy lądowania. Miałem przed sobą dwadzieścia minut ślizgu i wisząc wygodnie w uprzęży, uznałem, że będzie to dla mnie dobra zabawa. Pomyślałem, że się uda. Zaskoczenie nadal będzie na pewno naszym atutem. Wszelkie dane wywiadowcze, jakie otrzymaliśmy w czasie lotu ze Stanów, wskazywały na to, że bandyci nie będą się nas 21

01_Marcinko_01_23.indd 21

2012-01-18 12:09:48


CZĘŚĆ PIERWSZ A. ŚWIR

spodziewali. Nie będą się spodziewali, że uderzymy tak szybko. To właśnie sprawiało, że SEAL Team Six był tak wyjątkowy. Byliśmy jedyni w swoim rodzaju: niewielki zespół, niezwykle mobilny, przeznaczony do szybkiego reagowania i wyszkolony do jednego zadania: zabijania terrorystów i ratowania zakładników – i to lepiej niż ktokolwiek na całym świecie. Nikt nie potrafił przemieszczać się tak szybko jak my. Żadna inna jednostka nie umiała zaatakować z równą łatwością i z wody, i z powietrza. US Army miała Delta Force, przeznaczoną do ratowania zakładników, dowodzoną na początku przez mojego kolegę, a czasami rywala, pułkownika Charliego Beckwitha. To była dobra jednostka. Ale była też wielka (ponad dwustu operatorów) i ciężka do ruszenia, jak pieprzony słoń. W całym moim zespole było dziewięćdziesięciu ludzi i podróżowaliśmy bez zbędnego bagażu. Musieliśmy działać w ten sposób: często musieliśmy płynąć do naszego celu, holując za sobą wszystko, co było nam potrzebne. Tej nocy pięćdziesięciu sześciu spadochroniarzy Teamu Six wyskoczyło z dwóch C-130, które przetransportowały nas z Norfolku w Wirginii, skąd wylecieliśmy sześć i pół godziny wcześniej. Jeśli tylko mnie spieprzył się spadochron, wszyscy powinni być właśnie na ostatnim podejściu do SL. Schodzili ślizgiem w pierścieniach po siedmiu, by za chwilę jeden po drugim wylądować, wcześniej przyhamowawszy, czyli rozciągnąwszy czaszę tuż przed dotknięciem ziemi. Dzięki temu unikało się porwania przez własny spadochron i zarycia twarzą w glebę. Normalnie byłbym w którejś siódemce, ale coś mnie zatrzymało, więc chciałem szybko dostać się na ziemię i leciałem prosto do SL. Kiedy się zbliżałem, słyszałem wszędzie wokół trzepotanie spadochronów kolegów, dzięki czemu wiedziałem, że zespół robi dodatkowe zakręty, żeby zmniejszyć prędkość lądowania, a potem kołuje po korkociągu i ląduje, tak jak to ćwiczyliśmy. Jeśli chodzi o mnie, to zjeżdżałem szybko już z wysoka – nie hamowałem, jak powinienem, ani razu nie rozciągnąłem czaszy, a na koniec zderzyłem się jeszcze z niewysokim 22

01_Marcinko_01_23.indd 22

2012-01-18 12:09:48


ROZDZIAŁ 1

drzewem rosnącym na skraju zapuszczonego pasa startowego. Nawet nie widziałem, kiedy na nie wleciałem. Miałem jeszcze może jakieś 5 metrów i nagle – bum! – trzasnąłem twarzą w pień. Dobrze było tak oberwać. Dzięki temu czułem, że żyję. Zostawiłem spadochron na drzewie, zeskoczyłem na ziemię i zacząłem zbierać drużyny. Szybko się przeliczyliśmy. Byłem w euforii. Wszyscy dotarli do strefy lądowania z nieuszkodzonym sprzętem. Połączyłem się z JSOC przez SATCOM i zameldowałem, że jesteśmy w komplecie na ziemi i ruszamy do akcji. Razem z Paulem Henleyem, moim szefem sztabu Teamu Six (którego nazywałem PV z powodu jego fryzury przypominającej bohatera filmu Prince Valiant), podzieliliśmy cały zespół na ustalone wcześniej czteroosobowe grupy szturmowe. Klepnąłem Paula w ramię. – No to idziemy na polowanie. Kierując się mapami NSA, ruszyliśmy w milczeniu w dżunglę, idąc na południowy zachód, jeden za drugim, z bronią w pogotowiu. Porozumiewaliśmy się wyłącznie przy użyciu sygnalizacji ręcznej, tak jak to robiłem w Wietnamie ponad dziesięć lat wcześniej. Wypracowaliśmy sposób poruszania się przypominający śmiertelnie niebezpieczny rodzaj baletu – pas de mort – który ćwiczyliśmy całymi miesiącami. Nikt nic nie mówił. Nie musiał. Teraz PV i ja myśleliśmy jednakowo. Był pierwszym żołnierzem, którego wybrałem do Teamu Six. Bystry, energiczny, zdolny oficer SEAL, który w skakaniu, strzelaniu i zabawie potrafił dorównać najlepszym. Poza tym w odróżnieniu ode mnie był absolwentem akademii, co dodawało Teamowi prestiżu w oczach różnych liczykrup. Mówiono, że system kastowy marynarki jest podobno najsztywniejszy na świecie. Większość oficerów US Navy, spotykając się z kimś, spogląda najpierw na dłonie nowo poznanej osoby, żeby sprawdzić, czy nosi sygnet absolwenta Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Jeśli tak, to należy do klubu. Jeśli nie, to jest niedotykalna. Ja byłem stuprocentowo niedotykalny. Jedyne, co nosiłem na palcach, to były blizny. Ale uwielbiałem tę pracę i byłem w niej nieprzeciętnie dobry, 23

01_Marcinko_01_23.indd 23

2012-01-18 12:09:48


CZĘŚĆ PIERWSZ A. ŚWIR

a w nielicznych wypadkach – także moim – establishment marynarki ceni zdolności niemal tak wysoko jak biżuterię. Sprawdziłem czas: 21.17. Dwie minuty opóźnienia w stosunku do rozkładu, który miałem w głowie.

24

01_Marcinko_01_23.indd 24

2012-01-18 12:09:48

Komandos  

Richard Marcinko, John Weisman: Komandos

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you