Page 1


philip kazan

APETYT przekład

urszula woźniakowska

wydawnictwo znak kraków 2014


Rozdział pierwszy Zbliża się noc, w przesyconym kurzem powietrzu z wolna gaśnie światło. Po dniu pełnym zgiełku miasto porządkuje swoje sprawy, wycisza się, niechętnie układa się do snu, jak lew w klatce na pachnącym piżmem legowisku. Słyszę za plecami odgłos czyichś kroków, ktoś krząta się po domu. Cokolwiek robi, nie jest to nic ważnego. Zbudzona przedwcześnie gruba brązowa jaszczurka biega zwinnie pomiędzy belkami loggii. Kopuła katedry oblewa się czerwonopomarańczowym rumieńcem i zastyga nad dachami niczym nasze własne słońce. Miasto przybiera kolor lwiej sierści, a góry rozciągające się za wzgórzami Careggi powoli zaczynają ciemnieć. Na balustradzie stoi miska z brzoskwiniami – są wystarczająco dojrzałe, by zwabić samotną osę i dać jej nadzieję. Usiłuję coś sobie przypomnieć, ale przywoływanie tego, co minęło, bywa tak trudne w miejscu, w którym każdy kamień ma jakieś znaczenie. Florencja zanurza się w przeszłości, wytwarzając zarazem to, co kiedyś stanie się wspomnieniem. Łatwo się pogubić… Może właśnie dlatego mamy kopułę, która góruje nad nami niczym cacko stworzone przez artystę giganta i pomaga nam utrzymać porządek wśród naszych wspomnień. Tak czy siak, mam już wystarczająco dużo rzeczy na głowie: karty dań, zamówienia, człowiek, który ma przywieźć z Pizy krewetki i małże. Szperam leniwie w pamięci, 11


ale wszystko mnie rozprasza. Nawet powietrze wydaje się tchnąć bezładem. Woń przyrządzanych potraw splata się z zapachem sosen, zgniłych owoców, śmieci ułożonych w stertach na tyłach domów. Postanawiam więc poddać się Florencji, jak zawsze. Nie mam wyboru – nigdy nie miałem. Stoję na balkonie i patrzę na to wszystko z góry; nie jestem osobnym bytem: stanowię tylko jeden ze składników. Brzoskwinie są piękne. Mają ten sam odcień co kopuła, która pyszni się czerwienią dachówek i pobłyskuje złotem wieńczącej ją kuli. Mój przyjaciel pomógł ją tam osadzić. Nie wiem, gdzie się teraz podziewa – świat wydaje się ostatnio większy. Chodzi mi o świat za murami. Bo tutaj odcień światła i góry, które otaczają miasto, sprawiają, że Florencja zdaje się centrum wszystkiego – ona sama tak o sobie myśli. Nie obchodzi mnie to. Chcę jedynie coś zapamiętać. Sięgam po najdojrzalszą brzoskwinię, podnoszę miękką kulę, czuję aksamit skórki. Owoc przesiąkł lekko zapachem miski, w której leżał; pachnie delikatnie kamforą – bardzo dojrzałe brzoskwinie wydzielają czasem taką woń. Nie lubię dotykać językiem skórki, wgryzam się więc w owoc i pozwalam, by jego aksamitny miąższ eksplodował w moich ustach. Czuję, jak smaki przybierają na moim języku różnorakie kształty i kolory. Słodycz, gładka i gęsta, rozlewa się niczym smoła sącząca się z rozgrzanej słońcem belki. Cierpkość ślizga się na podobieństwo kuleczek rtęci, by za chwilę zastygnąć w małe cząstki i opaść soplami, jak te strząśnięte z okiennego parapetu. Delikatne igiełki octu znaczą ślad osich odnóży. Pozwalam temu wszystkiemu roztopić się w złotym świetle. Ktoś kładzie mi na ramieniu rękę. Opieram o nią policzek i podaję mu brzoskwinię. Dar codzienności. Przyjęty. Zamykam oczy, blask umierającego słońca muska moje powieki. Miasto oddycha, a w jego oddechu pobrzmiewa pięćdziesiąt tysięcy głosów pięćdziesięciu tysięcy dusz – raz głośniejsze, raz cichsze westchnienia to wznoszą się, to opadają. Dziś wieczorem tylko szepczą, ale wiele 12


razy słyszałem już ich ryk. Gdy tyle pięknych rzeczy zostało spalonych, gdy spalono zakonnika, który nienawidził piękna. Gdy nasi władcy uciekli. Gdy wkroczyli Francuzi. Gdy wielki dzwon na Piazza della Signoria rozbrzmiał dla chłopca, którego zaszlachtowano pod kopułą, gdy zmarłych wykopano z grobów i powleczono ulicami. Gdy zabici zwisali z pałacowych murów niczym poczerniałe gruszki, a osy oddawały się dzikiej uczcie, żerując na zgniłym mięsie. To wszystko się wydarzyło: widziałem to na własne oczy. A mimo to brzoskwinie wciąż mają smak bursztynu i sennych os. Tyle straciliśmy, ale czy powinniśmy za tym tęsknić? Kopuła nadal wskazuje nam nasze miejsce. Potrawy smażą się i gotują na wolnym ogniu. Sznury dymu wznoszą się w splotach niczym przędza. Wciągam w płuca tę woń – oto życie. Moje życie, tkane na tym ogromnym krośnie. Dłoń uwalnia moje ramię, by za chwilę pogładzić pieszczotliwie mój policzek. Odwracam się i chwytam wargami jeden z palców. Czuję smak brzoskwiń i czegoś jeszcze. Kolejna nić rozciągnięta na krośnie, coś, co sprawia, że powietrze staje się lżejsze, coś, co nadaje sens tej wielkiej bestii – naszemu miastu. Naszemu istnieniu. Odnalazłem to. Cały ten czas leżało w zasięgu mojego wzroku. A zatem. Teraz pamiętam. I mogę wam opowiedzieć.


koło fortuny obraca się po raz pierwszy: regnabo –

będę rządzić


Rozdział drugi Florencja, rok 1466 Matka umarła w przeddzień moich czternastych urodzin. Przyglądałem się, jak łapie ostatni, głęboki, drżący oddech. Nie miało to już większego znaczenia. Postać leżąca w jej łóżku – woskowa istota o półprzezroczystej skórze zarżniętego wieprza, z którego spuszczono krew – przestała być moją matką już dawno temu. W pokoju unosił się zapach potu, lawendy, tymianku i nocnika; gdy ksiądz pchnął mnie lekko w stronę ciała, a ja ukląkłem przy łóżku, ująłem jej palce, które zdążyły już ostygnąć, i podniosłem je niechętnie do ust, jej skóra pachniała dokładnie tym samym. Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry. Niektórzy nazywają mój talent darem, inni – przekleństwem. Jest jednym i drugim. Myślę, że większość ludzi nie chciałaby wiedzieć, jak smakuje śmierć – prawdopodobnie nie dzielilibyśmy stołu z tymi, których to obchodzi. Ja jednak w wieku niespełna czternastu lat odkryłem to dla siebie. I pewnie rozczaruję was, kiedy powiem, że śmierć nie ma smaku. Mówię o śmierci jako o zjawisku, o momencie, w którym przestajemy istnieć. To, co nieżywe, ma smak. Czasem nawet go lubimy, w przeciwnym razie nie 17


wędzilibyśmy mięsa. Prawdopodobnie w ogóle przestalibyśmy jeść albo ograniczylibyśmy się do ostryg. Jednak śmierć sama w sobie jest pozbawiona smaku. Język dotyka pustki. Skóra mojej matki miała słony posmak potu i czuło się odór gruźlicy, która ją zabiła. Nie oczekiwałem, że znajdę te smaki, które tak kochałem: czosnku i cebuli, wody ze studni na naszym podwórzu, czasem atramentu, zawsze wody kwiatowej kupowanej u aptekarza obok Palazzo della Signoria. Spodziewałem się smaku choroby i mydła i odnalazłem go, ale poczułem, że jest pusty. Podniosłem się na chwiejnych nogach i wbiegłem po schodach. Wtuliłem się w kąt loggii i odrętwiały, kołysałem się na piętach, próbując odciąć się od świata i zapomnieć. Nie chodziło o to, że Mamma nie żyła. Wiedziałem, że kiedyś odejdzie, ludzie przecież umierają, prawda? Wciąż ktoś umiera. Uderzyło mnie jednak to, że wcześniej miała swój własny smak, i dopiero jego brak pozwolił mi go odkryć. Ten smak odszedł wraz z nią, a ja nigdy nie dowiem się, czym naprawdę był. Chciała, by w chwili śmierci był przy niej jej brat. Filippo się jednak nie zjawił. Od lat nie mieszkał we Florencji, a i tak całe miasto wiedziało, co wyprawiał w Prato: spłodził dziecko zakonnicy, uciekł z nią, a następnie zdołał przekonać samego papieża do udzielenia im zgody na ślub. Mój wuj Filippo Lippi od zawsze był donżuanem. We Florencji wciąż pamiętano, jak został złapany za przywłaszczenie sobie cudzej własności, jak próbował obarczyć winą kogoś innego, za co torturowano go tak długo, że wylazły z niego flaki – na szczęście tylko kilka, w końcu przecież go pozszywano i odesłano, by siał jeszcze więcej zepsucia. Nikt o tym nie zapomniał. Fakt, że był największym malarzem naszych czasów, został pominięty, mimo że jego dzieła zdobiły całe miasto. Mielące jęzory są potężniejsze od bystrych oczu. Ale Filippo byłby tutaj, gdyby tylko wiedział. Gdyby mój ojciec pokwapił się i powiadomił go o tym, że mama umiera, gnałby co koń wyskoczy, by znaleźć się u jej boku. Był jedynie jej przybranym bratem – kuzynem ze strony rodziny Lappacchio – ale 18


kochali się tak, jakby wydało ich na świat to samo łono. Nie mógł jej uratować. Ale chyba byłoby mi lżej, gdybym widział przy łóżku jego krępą, postać o łysiejącej głowie. Narysowałby moją matkę – żywą i martwą. Kiedy mijały kolejne dni, a jej ciało leżało wśród świec, by zniknąć później cicho pod marmurową płytą w San Remigio, wydawało mi się, że gdybym mógł spojrzeć na to, co się stało, oczami Filippa, ubrać rzeczywistość w linie, które kreślił węglem na papierze, chcąc uchwycić to, co widzi – naprawdę widzi – wszystko nabrałoby większego sensu. Może pokazałby mi coś, co przeoczyłem. Bo już wtedy rozumiałem, że oczy Filippa były dla niego tym, czym dla mnie język i podniebienie. Oczy prawdziwego artysty są głodne. A mój wuj, ze swoim wilczym apetytem, z pewnością miał wygłodniały wzrok. Widział rzeczy, których nie dostrzegali inni. Ja czułem ich smak. Wciąż opierałem się skulony o ścianę loggii. Wołał mnie ojciec, gołębie awanturowały się na belkach nad moją głową, a z dołu dobiegał dźwięk kroków. Chciałem wrzasnąć na nich wszystkich, żeby się zamknęli i dali mi spokój, ale była to przecież Florencja – tu hałasy nigdy nie milkły. Wstałem powoli, pełen bólu, tak jakby mama umierała jeszcze raz w każdym opornym mięśniu mego ciała. Ojciec znów mnie zawołał. Wyjrzałem znad balustrady, mając nadzieję, że zobaczę któregoś z moich przyjaciół: Arriga, Tessinę, chłopców od Lenzich. Ale widziałem tylko głowy: łysiejące, pokryte tłustymi włosami lub w kapturach. Żadna twarz nie zwracała się ku mnie. Zebrałem się więc w sobie i zszedłem na dół, by uklęknąć przy łóżku matki. Ksiądz i doktor, cicho szepcząc, plotkowali coś o członkach magistratu. Papá wyszedł, żeby zacząć przygotowania do pogrzebu. Wszyscy inni już poszli i zostałem sam. Mama miała otwarte usta, a jej wargi były niemal całkiem białe. Starałem się na nią nie patrzeć, lecz nie mogąc znieść ciemnego owalu jej ust, spróbowałem je zamknąć. Przeraziła mnie wiotkość jej szczęki i gdy podparłem ją zwojem wilgotnej pościeli, skrzywiłem się 19


ze zgrozą na myśl o tym, co robię i do czego zmusiło mnie życie. Matka odeszła, ale jej ciało wciąż tu tkwiło – wydmuszka o ustach, które nie mogły oddychać ani mówić, które nie czuły smaku. Pusta krypta. Udało mi się w końcu je zamknąć, wtuliłem twarz w dłonie. Nieobecność Mammy zaczęła się coraz mocniej rozrastać, oblepiając mnie z wolna niczym mokre prześcieradło tak mocno, że słyszałem już tylko bicie własnego serca. Gdy tak drżałem z czołem przyciśniętym do jej dłoni, delikatny wiatr zaszeleścił storami. Przypomniałem sobie, że gdy było już po wszystkim, ksiądz otworzył okno i teraz powietrze przyniosło mi najzwyklejszy z zapachów – ktoś przyrządzał battutę, smażąc cebulę, pietruszkę i liś­cie buraka. Cukrowość cebul, metaliczny posmak buraka, przydymiona wiejska słodycz słoniny przylgnęły do mojego cierpienia: „To właśnie jest życie – rzekły. – To właśnie robimy każdego dnia: składamy siebie w ofierze, żebyście mieli co jeść, żeby wasze florenckie brzuchy były pełne”. I nagle poczułem, że miasto otacza mnie ze wszystkich stron jak ogromny brudny kwiat, a ja siedzę w samym środku niczym jedna z tych posępnych czarnych pszczół, które latem przelatują ociężale przez ogrody. Tu stał nasz dom, mury dające nam schronienie. Nosiliśmy nazwisko Latini i żyliśmy tutaj, przy Borgo Santa Croce. Wokół domu przycupnęła nasza okolica, nasze gonfalone z godłem przedstawiającym Czarnego Lwa, ludzie smażyli tu battutę, jakby nic się nie stało, i nie przestaną jej smażyć nawet wtedy, gdy świat zmierzać będzie ku końcowi. Dalej rozciągała się dzielnica Santa Croce ze swą wspaniałą bazyliką, której dzwony rozlegną się, gdy tylko Papá zapłaci księżom. A naokoło mnie – Florencja: pajęczyna gwarnych ulic, niezliczonych alejek, wież, warsztatów, zakładów garbarskich, klasztorów, kościołów i cmentarzy. Pod cienkim niebieskim paskiem nieba ziemia wije się brudnymi wstęgami brukowanych ścieżek – gigantyczne brzuszysko o  jelitach wyłożonych kostką, podtrzymywanych przez mury, wieże i bramy. A w nim pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców myślących o swojej kolacji: nędzarzy, ladacznic, 20


rzemieślników, mnichów, zakonnic, malarzy, aptekarzy, bankierów, kalek, którym teraz, gdy przyrządzana jest battuta, burczy w żołądkach. Nie byłem sam. Gdzież tam. Nikt nie jest sam we Florencji, nawet ­zmarli. Mamma obróci się w proch, a ten zmiesza się z ziemią, czarną od prochów innych florentczyków, którzy umarli przed nią, cebula zaś wciąż będzie siekana na drobne kawałki, razem z liśćmi buraka i pietruszką. Tłuszcz będzie cierpliwie skwierczeć, podgrzewany na patelniach, których nikt nigdy nie zliczy. A ludzie będą jeść.


Philip Kazan, "Apetyt"