Issuu on Google+

Jasiek C J asi J a siekKUMPLE iek C NOWI MIKOŁAJKAk D E F sie asiek A k e i s B k a e i J a J Jas J Jean-Philippe siek B JasArrou-Vignod a iek C Jasiek D J C F J i k D A e k e i Ja i s i a s a J e i s a J kC J Jasie kB B Ja J asiek kC Jas kA Ja siek F J s i ek E k e kD i siek A a J s a asi J J D Jasiek A F k Jasie C e i s B k kE iek iek ie Ja A Jas s s s k iek a Ja Ja D asie J B k J a J iek E e siek E i s a as J J asiek C asiek F Jasiek C J J A A k e i s a B J k e si iek B k sie Ja

Jaśki E


Jean-Philippe Arrou-Vignod

Jaśki Ilustrowała Dominique Corbasson Przełożyła Joanna Schoen

Wydawnictwo Znak • Kraków 2010


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Na Boże Narodzenie wyjechaliśmy w góry. – Wasza mama potrzebuje zmiany klimatu – powiedział tatuś. – Ze względu na dziecko. Ono potrzebuje tlenu. Nie ma nic lepszego niż góry i zimne, suche i ożywcze powietrze na szczytach. To wspaniale zrobi wszystkim! Trzeba wam wiedzieć, że tatuś jest lekarzem. Nie mieliśmy pojęcia, co to znaczy „zimne, suche i ożywcze powietrze na szczytach”, zwłaszcza kiedy tatuś dodał: – Uprzedzam was, chłopaki, to będzie prezent gwiazdkowy dla całej rodziny. Święty Mikołaj zabierze nas w tym roku w góry. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ile będzie kosztował wyjazd całej naszej siódemki… Jak nie będziecie zadowoleni, pożałujecie. Jan-A, który zawsze najbardziej marudził, wiedział, że ten wyjazd pogrąży sprawę telewizora. – Czy będę mógł zjeżdżać na sankach? – zapytał Jan-D, wydając okrzyk radości. On jeden naprawdę się ucieszył. 19


Omlet z cukrem

– Ty, saneczkarz! – warknął Jan-A. – Jak nie będzie telewizora w hotelu, dopiero dam wam wszystkim w kość. Zrobiłem specjalną listę prezentów gwiazdkowych. Jest to lista na opak. Nazywa się Lista niechcianych prezentów. Robię ją co roku. Wpisuję na nią rzeczy, jakich absolutnie nie chcę dostać. Na przykład krawaty, które dostajemy od babuni Janeczki i które musimy wkładać, kiedy do niej idziemy. Prezenty niechciane – Gry edukacyjne, w których zawsze wygrywa Jan-A, ponieważ oszukuje. – Encyklopedia w twardej oprawie, w dwunastu tomach, od cioci Lucynki. – Mały chemik. Franciszek Archampaut miał kiedyś takiego, ale był zupełnie beznadziejny. – Prenumerata parafialnej gazetki. Najgorsze jest to, że te prezenty nam się nie podobają, ale musimy się z nich cieszyć i jeszcze za nie podziękować. Dopisuję do mojej listy: – Zimne, suche i ożywcze powietrze na szczytach. Wszyscy razem jechaliśmy w góry pierwszy raz, więc trzeba było pożyczyć zimowe ubrania od kuzynów Fougasse’ów. Mama, mimo że zawsze ze wszystkim daje sobie radę, od ośmiu dni była w złym humorze, ponieważ spakowanie bagaży dla naszej siódemki to nie jest prosta sprawa. 20


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

W końcu znaleźliśmy się na dworcu, w kurtkach i robionych na drutach czapkach narciarskich, a tatuś, który ciągle przeliczał walizki, zrobił się od tego całkiem czerwony. Nie ma mowy, żeby mama cokolwiek nosiła z powodu swojego stanu. Tata jest bardzo silny, ale cztery walizki i dwa plecaki to dużo i pod pożyczoną od wujka Fougasse’a wełnianą pilotką widać było, że humor go stopniowo opuszcza. Fajne było to, że będąc w siódemkę, mieliśmy cały przedział dla siebie. Zaczęliśmy się bić o to, kto będzie spał na górnych łóżkach, więc tatuś się zdenerwował i zaczęły się pierwsze klapsy. – Czy mógłbyś wyjść na chwilę ze starszymi na peron, kochanie? – zapytała mama. – Ja w tym czasie nas rozlokuję. Zapadał zmrok. Spacerowaliśmy wzdłuż peronu, tatuś uspokoił się trochę i pokazał nam lokomotywę. Maluchy w wagonie przylepiały nosy do szyby i robiły do nas miny. – Co to jest, tatusiu, ta antena na dachu lokomotywy? – zapytałem. Tatuś zrobił mądrą minę. – To jest pantograf jednofazowy, chłopcy. Służy do… To jest urządzenie do… Jest to rodzaj… Na chwilę przestaliśmy dyskutować, bo zawiadowca zagwizdał i dał znak chorągiewką, więc wpakowaliśmy się do pociągu. Kiedy pociąg ruszył, mama zapytała: – A Jan-C? Gdzie on jest? – Jan-C? – powtórzył tatuś. – Ależ myślałem, że jest z tobą!? – Ależ nie! Ja myślałam, że jest z tobą! Tatuś wypadł z przedziału. W korytarzu nie było nikogo. 21


Omlet z cukrem

Nagle zauważyliśmy Jana-C. Stał na peronie w piżamie w paski z kciukiem w buzi. Patrzył na nas miotających się za szybą przedziału, jakbyśmy byli egzotycznymi rybami w akwarium. Na szczęście pociąg jeszcze się nie rozpędził. Tatuś wypadł na korytarz i popychając innych podróżnych, krzyczał: „Przepraszam! Przepraszam!”. Jednym uderzeniem ramienia otworzył drzwi wagonu i stanął na stopniu… W ostatniej chwili, wisząc na klamce, złapał Jana-C za spodnie od piżamy i jedną ręką wciągnął go do wagonu z taką łatwością, jakby Jan-C był pluszową zabawką. Tatuś jest bardzo silny. Jan-C, osłupiały, jak zwykle nie rozumiał, co się dzieje. Patrząc na tatusia, można się było domyślić, że przed chwilą przeżył koszmar. – Ty… ty… – dławił się tatuś, trzymając Jana-C za kołnierz. Jana-C uratowali pasażerowie naszego wagonu. Wylegli z przedziałów i bili brawo tatusiowi, a on dumnie przemierzał korytarz, popychając przed sobą Jana-C. Skłaniał przy tym głowę i szeptem, z wyraźnym wysiłkiem, dziękował za uznanie. Niewiarygodne Jaśki w swoim popisowym akrobatycznym numerze powietrznym, myślałem sobie. Występ na najwyższym światowym poziomie! Tatuś zamknął drzwi naszego przedziału. – Tym razem, chłopaki – powiedział – to ciężka sprawa. Akurat w tej chwili do przedziału wszedł konduktor, żeby sprawdzić nasze bilety. Tatuś chorobliwie pobladł, ponieważ zorientował się, że zapomniał legitymacji rodziny wielodzietnej uprawniającej do zniżki na kolei. Trzeba było w związku z tym 22


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

długo pertraktować z konduktorem i kładliśmy się potem spać w bardzo ciężkiej atmosferze. Zwinięty w kłębek na środkowej kuszetce patrzyłem na ślizgające się po suficie światła. Pociąg wybijał miarowo rytm – tom-tom-tagadom – a mnie wydawało się, że jestem w przytulnym domku pędzącym wśród nocy. To było fantastyczne. – Śpisz? – szepnął Jan-A. Nie odpowiedziałem. Chętnie zapaliłbym lampkę nocną i poczytał Klub Pięciu, ale to nie był właściwy moment. Nagle przed moimi oczami coś się pojawiło. Coś jakby wielki, wiszący głową w dół nietoperz, który patrzył na mnie, robiąc miny. – No, śpisz? Tak czy nie? – powtórzył Jan-A, wykrzywiając buzię palcami. – Cisza! – huknął tatuś w ciemnościach. – Kto pierwszy piśnie, to ja… go… Jan-A wycofał się szybko na swoje łóżko i po chwili słychać było tylko miarowy stukot kół pociągu – tom-tom-tagadom – który pędził przez noc. – Oddychajcie głęboko! – powiedział tatuś, wydymając pierś. – Oddychajcie suchym i ożywczym powietrzem ze szczytów! A my, na małym dworcu w Mont-d’Or, trzęśliśmy się z zimna w porannym chłodzie i z głodu burczało nam w brzuchach, kiedy tatuś przeliczał jeszcze raz nasze bagaże. Śnieg wokół był brudny i porozjeżdżany kołami. Jeśli chodzi o suche i ożywcze powietrze, to mieszało się ono z kłębami spalin wypuszczanych przez naszego małego hotelowego busa. – Zaraz będę wymiotował – wymamrotał Jan-A, zieleniejąc jak ufoludek. 23


Omlet z cukrem

– Zobaczycie – powiedział tatuś z entuzjazmem – nic tak nie hartuje zdrowia jak górski klimat. Hotel w Mont-d’Or był to rodzaj dużej alpejskiej chaty ze spadzistym dachem i rzeźbionymi balkonami. Zakwaterowaliśmy się w dwóch przechodnich pokojach: w czteroosobowym dla nas i drugim dla mamy, taty i Jana-E. Okna wychodziły na wielkie, idealnie gładkie śnieżne pole. – Idziemy, chłopaki! – zdecydował tatuś, podczas gdy mama rozpakowywała walizki. – Konkurs na bałwana! Wszyscy na dole za dwie minuty!… Tatuś był w młodości opiekunem na koloniach. Uwielbia pokrzykiwać na nas „chłopaki”, organizować nam różne zajęcia i maszerować w rytm gwizdka. 24


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Rycząc, zlecieliśmy po schodach. – Ubierzcie się ciepło! – krzyczała mama. – Jest lodowato! Rozbiegliśmy się po polu i rzuciliśmy się w śnieg, który sięgał nam tylko do kostek… Tatuś cieszył się jak dziecko. To on rzucił pierwszą śnieżkę. Wkrótce rozpętała się wielka bitwa. Jan-A i ja przeciwko całej reszcie. Mocno sfatygowane rękawice pożyczone od kuzynów Fougasse’ów nasiąkały wodą, palce skostniały nam z zimna, śnieg wpadał za kołnierze, ale bitwa była naprawdę super! W końcu Jan-D zaczął płakać, trzymając się za ucho. Oskarżył Jana-C, że specjalnie wsadzał kamyki do swoich śnieżek. Więc tatuś powiedział: – Uspokójcie się. Zbudujemy największego bałwana na świecie. Do roboty, chłopaki! – Bałwana? Teraz? – zrzędził Jan-A. – Kiedy wreszcie wrócimy i będziemy oglądać telewizję? Tatuś kierował robotami. Jan-D i Jan-E szukali gałęzi, żeby zrobić bałwanowi ręce, my toczyliśmy ze świeżego śniegu kule, które stopniowo robiły się coraz większe i większe, jedną na brzuch, a drugą, trochę mniejszą, na głowę. Kule były tak wielkie, że trzeba się było zapierać, żeby je ruszyć z miejsca. Tymczasem mama patrzyła na nas z balkonu z rozczuleniem i robiła zdjęcia. – Śmiało, chłopaki! – zachęcał nas tatuś. Spoglądał z dumą na swoją małą drużynę spod pilotki o sterczących, zlodowaciałych uszach. Ponieważ jest bardzo silny, pomagał nam toczyć największą kulę. I wtedy to się pojawiło. – Co to jest, co to…? – mruczał tatuś, obwąchując swoje rękawice. 25


Omlet z cukrem

Wtedy i my spojrzeliśmy na nasze rękawice i na nasze kurtki. W miejscach, które stykały się z toczonym śniegiem, widać było żółtawe smugi. – Cholera! – zaklął tatuś, rzucając ukradkowe spojrzenie w stronę balkonu, z którego mama robiła zdjęcia. – Psia kupa. Nie było wątpliwości: kiedy toczyliśmy kule, wysmarowaliśmy ubrania kuzynów Fougasse’ów psią kupą, która była pod śniegiem. To nie było wcale wesołe. Wróciliśmy do hotelu ze spuszczonymi głowami i zatykając nosy. Mama była wściekła. Zaczęła krzyczeć, że wiedziała, że to się tak skończy. – Co teraz z tym zrobić? Co? To są prawie nowe ubrania, pożyczone od naszych kochanych kuzynów! Teraz są do niczego! Tatuś próbował żartować, ale szybko zrozumiał, że to nie jest odpowiedni moment. Rozebraliśmy się bez słowa i zostaliśmy w samych kalesonach i podkoszulkach, a mama prała to wszystko w maleńkiej umywalce, która była w pokoju. – No cóż – próbował ratować sytuację tatuś – to są właśnie uroki gór. Mama posłała mu spojrzenie tak groźne, że zaczął sobie pogwizdywać i wpatrywać się w ośnieżone szczyty w oddali. – Dobra – powiedziała mama, kiedy skończyła. – Teraz trzeba czekać aż to wszystko wyschnie. Nie ma rękawiczek, nie ma kurtek. Brawo! Dzień jest zupełnie zmarnowany. – Trudno, nie ma rady – powiedział Jan-A. – Może byśmy zeszli poogladać telewizję?

26


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Następnego dnia tatuś miał nowy pomysł. Przyszedł bardzo podekscytowany z biura turystycznego z naręczem różnych broszurek reklamowych w garści. – Co, jeszcze nie gotowi!? Jest wspaniała pogoda. To idealny dzień na wyprawę na Grande Aiguille. Zbiórka przed hotelem za piętnaście minut! Kurtki zdążyły wyschnąć w ciągu nocy. Próbowaliśmy się wykręcać, ale tatuś nie chciał niczego słuchać. – Nie jesteśmy w górach po to, żeby całe dnie ogłupiać się, oglądając idiotyczne telewizyjne programy. Grande Aiguille to jest szczyt, który góruje nad naszym miasteczkiem. Trzeba na niego wyjechać kolejką linową. Tatuś próbował załatwić zniżkę, ale ponieważ zapomniał legitymacji rodziny wielodzietnej, musiał kupić bilety normalne. – Góra, dół? – spytał kasjer, zwilżając palce małą gąbeczką. – Góra. – Tatuś zachichotał. – Mamy zamiar zbudować igloo i zanocować na górze. – To wasza sprawa – mruknął kasjer. – Co za kretyn! – burknął tatuś, podczas gdy my ustawialiśmy się przed bramką. – Co on sobie myślał? Że skoczymy z góry na spadochronach? Pierwszy wagonik był przepełniony, więc musieliśmy zaczekać na następny. Kiedy nadeszła nasza kolej, wtłoczyliśmy się całą siódemką do wagonika. Wsiadł z nami konduktor i zatrzasnął za sobą drzwi. – Uwaga, odjazd – powiedział. Gwałtowny wstrząs zakołysał naszą gondolą, coś zgrzytnęło i zawiśliśmy nad przepaścią. – I co? Fantastycznie, prawda? – spytał tatuś. 27


Omlet z cukrem

Nikt nie odpowiedział. Wydawało nam się, że jesteśmy zamknięci w jajku z niespodzianką. Jan-D i Jan-E przywarli do mamy, na co konduktor powiedział: – Porozstawiajcie się państwo, żeby zrównoważyć wagonik. To bardzo ważne, jeśli zerwie się wiatr. Kiedy spojrzałem w dół, zorientowałem się, że jesteśmy na zawrotnej wysokości. Widać było dachy domów pokryte śniegiem, maleńkie figurki narciarzy, którzy szybko zjeżdżali ze stoku. – Kozice! – krzyknął tatuś, wskazując małe ciemne plamki na zboczu. – Patrzcie, dzieci! – To są krowy – poprawił go spokojnie konduktor. – To tylko krowy. Tatuś zaśmiał się głośno, jakby właśnie opowiedział świetny kawał, ale to wcale nie rozbawiło konduktora. Tak czy inaczej, im wyżej, tym mniej było widać, zwłaszcza że dolina zaczęła pogrążać się we mgle. – O kurczę! – mruknął konduktor. – Słucham? – spytał tatuś. – Nie, nic, nic – wykręcał się konduktor. – Powiedział pan „o kurczę” – naciskał tatuś. – Czy coś jest nie tak? – Nie, nie, na razie nie. – Co to znaczy „na razie”? – zdenerwował się tatuś. Konduktor wskazał ruchem głowy otaczającą nas szarą mgłę. – Zły znak – powiedział – kiedy mgła idzie do góry… Ale najgorsze są burze. Czy widzieliście kiedyś, jak piorun wali w wagonik niczym pocisk z bazooki? – Wspaniała pogoda, co? – wycedziła mama, patrząc tatusiowi w oczy. 28


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

– To normalne. Pogoda w górach ciągle się zmienia. Zauważcie, te wagoniki mogą wytrzymać porywy wiatru do dwustu kilometrów na godzinę. – Tatusiu – wyszeptał Jan-A – chcę wysiąść. – Dobra, dobra – powiedział tatuś z uspokajającym uśmiechem – nie ma się czego obawiać. To tylko jedna chmurka, która zatrzymała się nad doliną. Na górze będzie ładnie. Ale im wyżej się wznosiliśmy, tym robiło się ciemniej. Podpory wyłaniały się z mgły jak ogromne widma. Za każdym razem, kiedy je mijaliśmy, wydawało nam się, że rozbijemy się o metalowe słupy. Po chwili odezwał się w naszym wagoniku dzwonek. – Dziwne – wymamrotał konduktor, przygryzając wąsy – to jest sygnał przeciążenia kabiny. Ta kolejka jest przecież przewidziana dla ośmiu pasażerów. Policzyliśmy się wzrokiem, a potem wszyscy spojrzeliśmy na mamę i małego nielegalnego pasażera, którego ukradkiem transportowała. Z dzieckiem w jej brzuchu w kabinie było nas dziewięcioro. Nas siedmioro, prawie ośmioro, i konduktor. No ale ileż może ważyć dziecko, które ma się urodzić dopiero za sześć miesięcy? Bez wątpienia dużo za dużo, ponieważ kolejką tuż przed unieruchomieniem wstrząsnął rodzaj czkawki. – Tatusiu, boję się! – marudził Jan-D. – Bez paniki – powiedział konduktor, wkładając do ust gumę do żucia. – Liny są oblodzone, tam u góry. – Cy się lozbijemy, tatusiu ? – seplenił Jan-E. Zatrzymaliśmy się pomiędzy dwoma podporami, a kabina zaczęła kołysać się na wietrze. Wczepiony w poręcz spojrzałem na Jana-A, króla majsterkowania, zastanawiając się, czy mógłby coś 29


Omlet z cukrem

poradzić w tej sytuacji. Ale w tej chwili był za bardzo zajęty wymiotowaniem do czapki kuzynów Fougasse’ów. – Zwracam waszą uwagę, że rzadko zdarzają się wypadki z tego rodzaju kabinami – powiedział konduktor. – Ostatnia zdarzyła się rok temu: pasażerowie byli uwięzieni przez całą noc w zawiei śnieżnej, zanim ratownicy przyszli ich uwolnić. – Wspaniale – powiedział tatuś, z trudem przełykając ślinę. – Jesteście w rękach profesjonalisty – kontynuował facet. – Wyobraźcie sobie, że mój kolega, kiedy kabina była przeciążona, poświęcił się i wyskoczył. – I co? – dopytywał się tatuś. – Rozbił się trzysta metrów niżej jak zwykła ptasia kupka. – Nie zatrzymujemy pana – powiedział tatuś, który powoli zaczynał tracić spokój. – Nie chcę pana pozbawiać tej przyjemności. – Tak sobie tylko mówię dla samego gadania – burknął facet, wzruszając ramionami. – W takim razie proszę, żeby się pan zamknął. Są tu wrażliwe dzieci i… Konduktor już się więcej nie odzywał, a naszym wagonikiem wstrząsnęło szarpnięcie i kolejka ruszyła. Skończyliśmy podróż w śmiertelnej ciszy. Kiedy wreszcie wagonik dotknął peronu na szczycie Grande Aiguille, trzęsły mi się kolana i serce podeszło do gardła. Znajdowaliśmy się na metalowej platformie, przytupując dla rozgrzewki, podczas gdy tatuś desperacko usiłował rozłożyć mapę, którą dostał w centrum turystycznym. – Jesteśmy tutaj – powiedział z wymuszonym entuzjazmem. – Le Belvédère de la Grande Aiguille. Przygotujcie się na podziwianie najpiękniejszej panoramy, jaką można sobie wyobrazić. – „Wyobrazić” to było właściwe słowo. Mgła była jeszcze gęstsza niż 30


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

przed chwilą, tak że z trudem mogliśmy zobaczyć czubki własnych butów. W dodatku było chyba minus siedemdziesiąt dwa stopnie, bo kiedy Jan-A chciał splunąć w przepaść, na wardze zawisł mu malutki lodowy stalaktyt. – Tak, hmm, dobrze…Według mojej mapy powinniśmy mieć tutaj wspaniałe zbocza Petit Bernarda połyskujące w promieniach słońca… A tam, w dolinie, urocze miasteczko Cenis, które cieszy oczy malowniczą architekturą… – Super – powiedział Jan-A, szczękając zębami. – Wszystko to jest teraz niewidoczne… Tatuś mimo wszystko chciał zrobić zdjęcie naszej ekspedycji. Na pierwszym planie widać na nim jego rękę, którą starał się osłonić obiektyw przed porywami wiatru, a w tle zbitą w gromadkę naszą szóstkę przypominającą rozbitków ocalałych z katastrofy samolotowej. Wszystko, co zachowało się z naszej wyprawy na Grande Aiguille, to właśnie to zdjęcie i malutki czekan temperówka, zwinięty przez Jana-A ze sklepiku z pamiątkami, w którym schroniliśmy się, czekając na powrotną kolejkę. – Przynajmniej ta podróż nie była na darmo – podsumował Jan-A. Następnego dnia wszyscy mieliśmy po trzydzieści dziewięć stopni gorączki, a tatuś i mama krążyli między pokojami i poili nas syropem. Wydawało mi się, że mam watę w uszach, a linijki Klubu Pięciu tańczyły mi przed oczami. Spałem przez większą część dnia. Kiedy się obudziłem, Jan-A skakał po moim łóżku, okropnie wrzeszcząc. 31


Omlet z cukrem

– Popatrz – powiedział, podsuwając mi pod nos pusty rękaw od piżamy. – Moja ręka! Odmrożenie ósmego stopnia! Tatuś musiał mi ją amputować nożyczkami do paznokci. – To bardzo dobrze – powiedziałem. – Wreszcie nie będziesz mógł dłubać w nosie. Padł na łóżko, udając, że umiera. – Jestem jednoręki! Jestem jednoręki! Będą musieli mi przyszyć szczypczyki do cukru do krwawego kikuta… – Widzę, że wam lepiej – powiedział tatuś, wpadając do pokoju. – Operacja Człowiek na Księżycu, tylko migiem! Tatuś wsadził wszystkim pod pachy termometry, a my zakopaliśmy się pod kołdrami na czas mierzenia temperatury. – Średnia trzydzieści osiem dwa – stwierdził po chwili tatuś. – Obniża się. Mówiłem wam: nic zdrowszego niż suche i ożywcze górskie powietrze! Do Wigilii będziecie na nogach. Tatuś jest bardzo dobrym lekarzem. Wieczorem, w dzień Bożego Narodzenia, mieliśmy po czterdzieści stopni. Jan-A i ja, ponieważ jesteśmy najstarsi, mogliśmy zejść na chwilę na dół na kolację. Był indyk nadziewany kasztanami i rolada lodowa, ale nie mogliśmy nic przełknąć. Jan-A był purpurowy, mnie kręciło się w głowie i wydawało mi się, że choinka, która zdobiła salę restauracyjną, zaraz zwali się na nasze talerze. Prędko wróciliśmy do łóżek. To było dziwne Boże Narodzenie, ale tatuś i mama mimo wszystko mieli udany wieczór ze swoimi nowymi przyjaciółmi, państwem Vuillermozami. Państwo Vuillermozowie przyjeżdżają do hotelu Mont-d’Or od czterdziestu lat. Pewnie dlatego pan Vuillermoz spędza dnie w kapciach w holu, informując narciarzy o prognozie pogody. Pani Vuillermoz siedzi zawsze w tym samym fotelu w salonie przy oknie. 32


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Bez przerwy robi na drutach skarpetki i kalesony z resztek wełny, a potem pakuje je w pudła i wysyła biednym dzieciom z Togo. Pani Vuillermoz jest bardzo miła. Za każdym razem, kiedy spotyka mamę, mówi: – Jaką ma pani uroczą rodzinkę. A ileż pani musi mieć przy nich pracy! – Och, wystarczy być dobrze zorganizowanym i to wszystko – odpowiada mama skromnie. Tatuś uwielbia spędzać popołudnia, słuchając, jak pan Vuillermoz opowiada o swojej kolekcji skamielin. Ma ich dwieście pięćdziesiąt trzy i poukładał je w specjalnych gablotkach w mieszkaniu w Paryżu. Pan Vuillermoz też jest bardzo miły: kiedy któregoś razu tatuś zasnął naprzeciwko niego, on wcale się nie pogniewał. Tak czy owak, nie było nic innego do roboty, ponieważ śnieg nie przestawał padać. – To się zmieni – prognozował pan Vuillermoz, obserwując padający śnieg. – Ja wam to mówię, to się zmieni. To była okazja, żeby rodzice nawiązali nowe przyjaźnie. W dzień Bożego Narodzenia musieli się dobrze razem bawić, bo kiedy wrócili, słyszałem, jak tatuś mówi: – Myślałem, że uduszę go jego własnymi szelkami, jeżeli powie jeszcze jedno słowo. – Takich rzeczy się nie robi. Nie w dzień Bożego Narodzenia – upomniała go mama. – To prawda – przyznał tatuś. – Wesołych świąt, kochanie. Co za pomysł miałem, żeby was tu przywozić! Dzieci są chore, nie można wystawić nosa na zewnątrz… Na to mama powiedziała: – Strasznie mi się podoba to Boże Narodzenie. Ten śnieg, ten górski hotel… Wydaje mi się, że mieszkamy w szklanej kuli. 33


Omlet z cukrem

– W każdym razie mógłbym wystąpić w teleturnieju: nikt mnie nie zagnie z wiedzy o skamielinach – stwierdził tatuś. Ustawiliśmy, tak na wszelki wypadek, nasze wysokie zimowe buty przy oknie oraz szklankę mleka i marchewkę dla reniferów Świętego Mikołaja. – Czy on ma nasz adres w górach? – niepokoił się Jan-D. Jan-A wzruszył ramionami i drwił sobie: – A ty co, wierzysz w Świętego Mikołaja? – Oczywiście, że w niego wierzę – obruszył się Jan-D. – Wiem, że on nie istnieje, ale i tak w niego wierzę. – A kto ci powiedział, że on nie istnieje? – chciał wiedzieć Jan-A. – Kolega z przedszkola. Powiedział, że to rodzice podkładają w nocy prezenty do butów. – A to kretyn – złościł się Jan-A. – Jak go spotkam, to przeżyje ciężkie chwile. – Dlaczego? – spytał Jan-D. – Bo on nie ma prawa burzyć twoich dziecięcych marzeń. – A ja? Cy ja mogę je buzyć? – seplenił Jan-E, ustawiając swoje małe buciki obok naszych butów. – Ty możesz – powiedział Jan-A, opatulając się kołdrą po same uszy. – A teraz zamknijcie się. Chce mi się spać. Tatuś wyraźnie powiedział, że naszym prezentem na Gwiazdkę w tym roku jest pobyt w górach. Ale i tak, kiedy się rano obudziliśmy, wszyscy znaleźliśmy w naszych butach małe paczuszki. – Uaa! – wykrzyknął Jan-C, rozpakowując swoją. – Czekan-temperówka! – Super! Ja też taki dostałem! – jeszcze głośniej wykrzyknął Jan-D. 34


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Wszyscy dostaliśmy takie same obwiązane wstążką czekany, które z jednej strony były piórem, a z drugiej temperówką. Dokładnie takie same jak ten, który Jan-A zwędził w sklepie z pamiątkami na Grande Aiguille. Popatrzyliśmy z Janem-A na siebie i pomyśleliśmy, że będzie rozsądnie nic nie mówić. Mimo że byliśmy potwornie zawiedzeni, udawaliśmy, że bardzo się cieszymy, tylko dlatego, żeby zrobić przyjemność rodzicom, którzy obserwowali nas z rozczuleniem. – Och, to taki drobiazg, mały symboliczny prezencik – powiedział tatuś. – Bo prawdziwy prezent… – To są wakacje w górach – skończyliśmy chórem. Mimo to… Kiedy opuszczaliśmy hotel pod koniec ferii, było nam ciężko na sercu. Państwo Vuillermozowie, którzy są bardzo mili, odprowadzili nas na dworzec, a kiedy tatuś przeliczał walizki, pani Vuillermoz podarowała każdemu z nas po parze skarpetek, które zrobiła na drutach dla biednych Afrykanów. Tym razem dokładnie sprawdziliśmy, czy Jan-C wsiadł z nami do pociągu. – Jesteśmy umówieni, prawda? – krzyczał pan Vuillermoz, machając ręką. – Jeżeli będziecie w Paryżu, pokażę wam mnóstwo nowych skamielin! – Oczywiście, oczywiście! – zapewniał tatuś. – Może pan na nas liczyć. – Jaka szkoda, że już wyjeżdżacie – stwierdził pan Vuillermoz. – Zaczynaliśmy się zaprzyjaźniać… Kiedy wróciliśmy do Cherbourga, nasz samochód stał grzecznie na parkingu dworcowym. 35


Omlet z cukrem

Tu też spadło trochę śniegu, ale cieniutka warstwa wyglądała niepoważnie. Kiedy dotarliśmy pod nasz blok, tatuś powiedział: – Ja wjadę windą pierwszy z bagażami. Poczekajcie dosłownie parę minut. Wjechaliśmy chwilę po nim. A po wejściu do mieszkania czekała na nas niespodzianka.


Boże Narodzenie w Mont-d’Or

Stanęliśmy jak wryci, z otwartymi buziami zapatrzeni w salon, gdzie czekał na nas tatuś z błyskiem triumfu w oczach. Jak on zdołał to wszystko przygotować w tak krótkim czasie? Nigdy się tego nie dowiem. Światełka na choince błyszczały tysiącami ogników. Dzieciątko Jezus leżało na swoim miejscu w żłóbku, z naszymi pięcioma barankami wokół. Obok stało pięć kaloszy, ustawionych według rozmiarów, a przed każdym… Paczki. Wielkie paczki, niektóre kwadratowe, inne prostokątne, wszystkie zapakowane w czerwono-złoty papier prezentowy z małymi przylepionymi karteczkami: „Dla Jana-A”, „Dla Jana-B”, „Dla Jana-C”… – Wesołych świąt – powiedział tatuś trochę zachrypniętym głosem. – Wszystkie te paczki były za duże, żeby je zawozić w góry. Święty Mikołaj zostawił je tutaj podczas naszej nieobecności. – Jak on to zrobił? – zastanawiał się Jan-D, rozglądając się ze zdumieniem dokoła. – Przecież okiennice były zamknięte. – Cóż, musiał pomyśleć, że cała wasza piątka zasłużyła na prezenty. A reszta to już jego tajemnica… – podsumowała mama.


Spis treści

OMLET Z CUKREM Janowie Boże Narodzenie w Mont-d’Or Na basenie Czwartek Klubu Pięciu Na obozie harcerskim Menażeria Strajk Omlet z cukrem Letnie wakacje

9 19 38 49 62 74 83 92 105

LATAJĄCY CAMEMBERT Jan-X Niespodzianka tatusia Telewizja na Księżycu Przeprowadzka Super-Jan Łowienie dinozaura

123 134 146 157 168 181 389


Spis treści

Pada Wizyta kuzynów Fougasse’ów Latający camembert

194 204 218

ZUPA ZE ZŁOTYCH RYBEK Fotografia rodzinna Rozpoczęcie roku szkolnego Paratówka Na plaży Wzgórze Bobrów Alzacka pułapka Zabawa w zawody Karabin na kartofle Prywatka Sekret Jana-A Zupa ze złotych rybek

235 240 249 263 271 281 287 295 304 312 317

CZEKOLADOWE WAKACJE Wspaniała wiadomość tatusia Czerwone Skały Wieczór w cyrku Dzień zero Pocztówka

337 347 359 370 381


Jasiek C Jasiek s J a a D siek E J k e Jasiek C i F A s k k e e i Mikołajka! i s a a J Nowi kumple J Ja A Jasi S kD F ek C D k s e k e i Ja i s s Ja Ja Ja k e i kC s a J i s a J k e i s a k J B sie Ja ek D Jasiek A Jasiek B Ja E i s Jasiek a J k C Jasi A k e B Ja asiek J k F Ja Jasie D kA ek e i Jasiek Jasiek A C iek E ek B ek iek J e Jas A i s i s s iek a Ja Ja D asiek J B k J a J e siek E e kE i i s s a a J J F Jasiek C Jas iek C Jasiek A k e i s a B J k e si iek B ześciu chłopaków w rodzinie to murowane awantury. Zwłaszcza gdy wszyscy mają na imię Jan i jeden z nich zawsze chce być szefem, inny ma przydomek Demolka, a ostatni nigdy nie przestaje płakać. Wakacje w hotelu wojskowym, przeprowadzka, szalone śledztwa detektywistyczne – Jaśki wszystko potrafią zmienić w niezwykłą przygodę. I choć tato to złota rączka, a mama jest doskonale zorganizowana, i tak nie mają żadnych szans, bo chłopaków jest aż sześciu. * Jaśki to świetna zabawa dla całej rodziny i lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Mikołajka.

ASZNIE SIĘ RZĄDZI

IA JEŚĆ DETEKTYWEM TYWEM

J

MA

a detal 34 90 zł

DOPIIERO

k sie Ja

E


Jaśki