Issuu on Google+

FRANCESCO M. CATALUCCIO

W swoim pasjonującym „brewiarzu środkowoeuropejskim” Cataluccio pisze o „Sprawiedliwych” – pisarzach ocalających świat w okrutnym XX stuleciu. Każdy z nich reprezentuje tutaj miasto, z którym jest związany: Drohobycz, Pragę, Warszawę, Dublin, Wenecję, Gdańsk, Wilno, Paryż... Wielu z bohaterów tej książki było jego przyjaciółmi: Herling-Grudziński usynowił go po śmierci ojca, z Kapuścińskim włóczył się po Buenos Aires śladami Gombrowicza, z Pawłem Hertzem odnalazł zapomniany grób Stanisława Brzozowskiego we Florencji, z Brodskim zachwycał się Guardim w weneckiej Galleria dell’Accademia, z Herbertem – Peruginem w Luwrze. Autor Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej wysłuchiwał zwierzeń Czapskiego o Katyniu, zdążył odwiedzić w Moskwie Wieniczkę Jerofiejewa, z Hrabalem pił piwo U zlateho tygra w Pradze, bywał w Maisons-Laffitte, dotarł nie tylko do Nowego Jorku czy Berlina, ale też do Erewania i Baku. Miał szczęście poznać Václava Havla, Andrieja Tarkowskiego, Danilo Kiša, Jana Kotta, Marka Edelmana, Wisławę Szymborską, Czesława Miłosza… W osobistym wspomnieniu, pełnym anegdot i poczucia humoru, o każdym z tych twórców potrafi powiedzieć coś istotnego, dotknąć sedna ich dzieła. Jego błyskotliwe eseje stanowią fascynującą lekturę umożliwiającą podróż po literaturze, sztuce i historii tej części Europy.

Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej

Cena detal. 39,90 zł

KSIĄŻKI Z DOBREJ STRONY

cataluccio_Jade zobaczyc czy tam jest lepiej.indd 1

FRANCESCO M. CATALUCCIO (ur. 1955) to włoski filozof, krytyk, eseista, tłumacz, autor licznych prac o literaturze, historii i kulturze środkowoeuropejskiej, przede wszystkim polskiej. Jako edytor i wydawca opracował włoskie wydania dzieł m.in. Witolda Gombrowicza, Brunona Schulza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Jest autorem jedynego literackiego przewodnika po Warszawie – wydanego we Włoszech! W 2006 roku w Znaku ukazała się jedna z jego książek: Niedojrzałość. Choroba naszych czasów.

FRANCESCO M. CATALUCCIO

Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej

NIEMALŻE BREWIARZ ŚRODKOWOEUROPEJSKI

2012-10-16 13:03:00


FRANCESCO M. CATALUCCIO

Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej NIEMALŻE BREWIARZ ŚRODKOWOEUROPEJSKI Przekład Stanisław Kasprzysiak

WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2012


1

florencja

Moja babka Giulia Vitale, kiedyś chlubna, choć korpulentna ozdoba swego Viareggio, pochodziła z rodziny nieustępliwych marynarzy i zawsze nas upominała, że nie możemy się t a k s z a s t a ć. Wszystkie nasze czyny powinny mieć ustalony i niezmienny cel, dobrze przemyślany i wpisany do życiowej książki okrętowej, którą musimy sobie założyć już w dzieciństwie. Ale jedyną latarnią morską w tej naszej żeglującej rodzinie była ona. Kiedy umarła, utraciliśmy busole i ciężkie kotwice trzymające nas mocno we Florencji. Ja zacząłem swoją włóczęgę, nie wytyczając sobie żadnych celów, i do dziś nie wiem, jak się mam zatrzymać. Co jakiś czas zrywam się, pakuję walizkę i gdzieś wyjeżdżam, ale musi upłynąć trochę czasu, żebym się zorientował, gdzie byłem. Kiedy indziej, jak teraz, wyjeżdżam, nie ruszając się z pokoju. Na świecie można sobie poczynać na dwa sposoby: pielgrzymować albo wędrować. Pielgrzymi dobrze wiedzą, dokąd chcą dojść, i chociaż czasami muszą sobie jakoś radzić z natrętnym wahaniem, prą prosto przed siebie obraną drogą. Natomiast wędrowcom obrana droga gdzieś się zapodziewa, nie rozumieją dostatecznie jasno, dokąd mają ruszyć, więc z ciekawości lub ze strachu obierają na oślep pierwszy lepszy 1. FLORENCJA

7


kierunek, krążą po obcych szlakach i dalekich krajach, gdzie niejednokrotnie natrafiają na własne ślady. Być może – jak powiedział Samuel Beckett Charlesowi Julietowi – każdy musi sobie znaleźć taką błędną drogę, jakiej potrzebuje. Szczerze mówiąc, pewien skromny plan podróży jednak miałem. Podsunął mi go przed czterdziestu laty Gabriel Sacerdoti, kolega z jednej klasy w szkole podstawowej, który świetnie rysował fruwające zwierzęta, trochę jak Marc Chagall. Był moim pierwszym prawdziwym przyjacielem i kompanem zabaw, na które mieliśmy więcej czasu, ponieważ obaj byliśmy zwolnieni z lekcji religii w tej osobliwej florenckiej szkole leżącej w pięknym parku na tyłach kościoła Santa Croce. Naszą szkołę założył po wojnie pedagog marzyciel Ernesto Codignola, który nadał jej imię Pestalozziego. „Szkoła-Miasto” była zorganizowana jak małe państewko i zarządzały nią wyłącznie dzieci: mieliśmy wolne wybory swoich przedstawicieli, związki zawodowe, radę szkolną i trybunał sprawiedliwości (także wybierany). W tej wyjątkowej, niebywałej szkole, gdzie nie dawano stopni i każdy uczył się tego, czego chciał, czuliśmy się jak wesołe i beztroskie rybki w akwarium, które nie mają pojęcia, czym jest morze: synowie miejscowych biedaków byli przemieszani z synami lewicujących inteligentów i mieszkających czasowo we Florencji cudzoziemców, do których doszły wieści o tej szczególnej próbie wprowadzenia w życie szkolnej utopii. Gabriel, chociaż miał niewiele lat, wiedział już bardzo dużo o hebrajskiej tradycji religijnej i kulturalnej i zawsze nosił przy sobie emblemat swojej rodziny: posrebrzaną odznakę z wyrytymi na niej dwoma rękami udzielającymi błogosławieństwa. Przytaczał z pamięci odpowiednie wersety z Biblii, dźwigał z domu ciężkie księgi i wypisywał z nich zawiłe ciągi hebrajskich słów, które potem zastępował tabelami samych liczb, co mu pozwalało na dokonywanie śmiałych 8

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


wyliczeń swojej prywatnej, osobliwej Kabały: nadawał cyfrowy sens najdziwniejszym zdaniom i szukał zuchwale Bożych znaków w dodawaniu lub odejmowaniu. Kiedyś, w 1980 roku, Umberto Eco, wspominając swego zmarłego przyjaciela Rolanda Barthes’a, napisał, że należał on do tego rodzaju ludzi, którzy wychodzą z domu po to, by przyglądać się innym, a potem zadają sobie pytanie, dlaczego guziki w męskich ubraniach zapinają się na prawą stronę, a w damskich na lewą, i dopóty nie przestają się zamartwiać, dopóki nie znajdą na to logicznego wyjaśnienia. Taka już jest natura geniusza, zwłaszcza kiedy nie może uzyskać natychmiast poszukiwanej odpowiedzi. Gabriel całymi godzinami obracał w palcach kostkę do gry, bo chciał zrozumieć, dlaczego piątka znajduje się na tej właśnie ścianie, a dwójka na przeciwległej. Ale najlepsza zabawa polegała na objaśnianiu jakiegoś zdania przez zmienianie jego słów na szyfr cyfrowy. Dzięki temu, że się z nim w to bawiłem, radziłem sobie wtedy doskonale z matematyką. Dzisiaj jedyną zabawą matematyczną, jaka mi pozostała, jest „terapia liczbowa” doktora Pépolina, zabawnie objaśniona przez bułgarskiego pisarza Popowa1. TERAPIA LICZBOWA. Emocje ludzkie (podobnie jak trzęsienia ziemi) można umieszczać na skali od 1 do 100, zależnie od stopnia ich natężenia. Ustalenie stopnia emocji to pierwszy krok do zapanowania nad nimi. Kiedy się wyczuwa, że właśnie traci się nerwy, trzeba krzyknąć pierwszą liczbę od 1 do 100, jaka przychodzi nam do głowy. Wkrótce potem trzeba wymienić inną przypadkową liczbę, z tym że musi być mniejsza od poprzedniej, następnym razem liczba musi być jeszcze mniejsza. I w ten sposób trzeba wykrzykiwać liczby dalej, aż dojdzie się do 1. Wtedy wreszcie panuje się nad emocjami całkowicie i odzyskuje psychiczną równowagę.

1. FLORENCJA

9


Babka Gabriela była drobnej i delikatnej budowy i urodziła się w tym samym mieście co obłąkany i okrutny Leopold von Sacher-Masoch2. Nazywała się Rachele Rapaport (jak autor Dybuka, głośnego dramatu o zjawach, napisanego w jidysz), a miasto, z którego pochodziła, nosiło zabawną i wspaniałą nazwę Lwów, brzmiącą po włosku Leopoli i kojarzącą mi się nie tyle z lwami, ile z grą w „Monopol”. Kiedy babka Rachele przyszła na świat, Lwów był stolicą Galicji, jednej z prowincji cesarstwa austro-węgierskiego, ale po pierwszej wojnie światowej stał się na powrót miastem polskim, a po roku 1939 miastem sowieckim (dziś leży na Ukrainie)3. Babka Rachele znała wobec tego wiele języków, także jidysz, i spędzała czas na czytaniu powieści kryminalnych, głównie polskich, a ponieważ miała już słaby wzrok, pomagała sobie stale wielką lupą; poza tym wciąż stawiała skomplikowane pasjanse. Chłopcy z pobliskiej, obskurnej szkoły „Vittorio Veneto” wciąż z nas kpili, a „Szkołę-Miasto Pestalozziego” nazywali ze złośliwym sarkazmem „szkołą dla sprawiedliwych”. Ale babka Rachele wyjaśniła nam, jak naprawdę wygląda ta sprawa ze Sprawiedliwymi – ludźmi, których nikt nie zna, a którzy są fundamentem świata, bo przedłużają jego trwanie i ocalają go od zatraty. Są to niejako „uśpieni agenci” Boga. W każdym pokoleniu istnieje kilku Sprawiedliwych rangi Abrahama, Izaaka i Jakuba. Często sami Sprawiedliwi nie mają pojęcia, że są Sprawiedliwymi, a kiedy indziej, nie chcąc, by ktoś ich rozpoznał, maskują się na wszelkie możliwe sposoby (mogą nawet poczynać sobie całkiem inaczej, niż powinni postępować Sprawiedliwi: kiedy ktoś czyni coś wyjątkowo złego, to także może być właśnie on, Sprawiedliwy!). Trzeba też wiedzieć, że utajony Sprawiedliwy, w chwili kiedy zostanie odkryty, umiera. Babka Rachele była nawet przekonana, że Jezus Chrystus był jednym z tych ludzi i że do jego 10

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


śmierci doszło dopiero wtedy, kiedy to ujawnił (czyniąc ciągle cuda i wygłaszając „zbyt zuchwałe nauki”). Rachele Rapaport była oczywiście pewna, że Mesjasz pojawi się dopiero wtedy, kiedy nasz świat okaże się Go godnym. Ale często też mówiła, a ja byłem wstrząśnięty, gdy to słyszałem, że „prawda wygląda inaczej, bo to śmierć jest Mesjaszem” (taki sam pogląd znalazłem wiele lat później w zakończeniu powieści Isaaca Bashevisa Singera Rodzina Moskatów, wydanej w 1950 roku). Jeszua ben Lewi stwierdził, że „gdyby Izrael był tego godzien, osiemnastu Sprawiedliwych żyłoby na ziemi Izraela, a dwunastu gdzieś w świecie”. Babka Rachele także była tego zdania, że inaczej, niż chce Tradycja, Sprawiedliwych jest tylko trzydziestu: piętnastu w okolicach Jerozolimy, a reszta gdzie indziej. Ale nazywała ich, pewnie z nawyku, „Lamedwownikami”, chociaż to określenie (jidysz: lamedwaw) oznacza jednak liczbę 36. Robiła zresztą tak, jak zawsze robili jej przodkowie i jak uczyła robić swojego wnuka – starała się dotrzeć do prawdy poprzez zmienianie świętych pism w cyfry: „Szczęśliwi wszyscy, którzy Jemu ufają!” (Iz 30, 18) stawało się „Szczęśliwi wszyscy, którzy ufają 36”. Brało się to z tego, że mędrzec babiloński z IV wieku Abaji wyprorokował: „Świat nie może nawet przez chwilę istnieć bez trzydziestu sześciu Sprawiedliwych, którzy codziennie spoglądają w Oblicze Boże”. Sadzała nas na poręczach swojej ulubionej kanapy jak na grzbietach koni i opowiadała tajemnicze historie o Sprawiedliwych, nigdy nie zapominając przy tym dodać z kpiącym uśmiechem, że nasz nauczyciel Poltrini jest na pewno utajonym Sprawiedliwym i trzeba się do niego odnosić z należnym szacunkiem. Mojej mamie sprawiałem przyjemność, powtarzając jej opowieści babki Rachele, a kiedyś powiedziała mi nawet, że prorok Ezechiel zaliczał do Sprawiedliwych obok Daniela i Hioba także tego pijaczynę Noego. 1. FLORENCJA

11


Często fantazjowaliśmy z Gabrielem o tych dziwnych Sprawiedliwych. On był w Jerozolimie, u swoich krewnych, i zwiedził Ogród Sprawiedliwych w Yad Vashem, na Górze Pamięci, o którego założenie mocno zabiegał polski Żyd Mosze Bejski4, jeden z tych, co przeżyli Zagładę dzięki Liście Oskara Schindlera. Zasadzono tam drzewko dla każdego, kto w czasie Zagłady uratował od śmierci co najmniej jednego Żyda, ponieważ kto ocala chociażby jedno życie, ocala całą ludzkość. Zastanawialiśmy się, gdzie ukrywają się Sprawiedliwi, bo przecież jednym z nich mógł być nawet nasz kolega z klasy (co do nauczyciela Poltriniego mieliśmy poważne, uzasadnione wątpliwości) albo któryś z sąsiadów. Jak można ich rozpoznać, skoro nawet oni sami „nie są świadomi swego nadzwyczajnego wyniesienia i niezmiennie żyją w ukryciu zarówno przed sobą, jak i przed resztą ludzkości”? Dla wyznawców chasydyzmu cadyk (Sprawiedliwy) był charyzmatycznym przywódcą, wielkim mędrcem, któremu przypisywano także zdolności nadprzyrodzone. Problem fascynacji Sprawiedliwymi – co rozumiem dopiero teraz, kiedy jestem już „w życia wędrówce, na połowie czasu” – wiązał się z kwestią „ukrytego Boga”, naczelną w religii hebrajskiej, i z uznawaniem aktu stworzenia za „pomniejszenie się Boga” (tzimtzum): Bóg nieco się cofnął, jak przypływ morski, aby zrobić miejsce dla ludzi i świata. Do mnie w hebrajskiej doktrynie o Sprawiedliwych najmocniej przemawia ten jej cały zasób, jaki posiada: nikłe nadzieje i nakłanianie do wielkiego działania, codzienne uczynki i poetyckie dążenie do Zbawienia. Jak większość chłopców w wieku szkolnym, obaj z Gabrielem byliśmy zafascynowani problemem Zła. Moja matka Emilia wymyśliła nawet stosownego na tę okazję osobnika, którego nazwała Żółtakiem i który ogromniał, kiedy byłem 12

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


niedobry, a stawał się olbrzymem po to, żeby nade mną zapanować i narzucać mi bez przerwy złe zachowanie. Matka uważała, że Zło jest przeciwne naszej naturze, a mimo to rodzi się w nas i z nas się wydostaje, by wdawać się w odwieczną walkę z naszą dobrą stroną (a ponieważ ta rzekomo przeważa, matka nie wymyśliła dla niej żadnej postaci). Żółtak, który był czymś w rodzaju nowotworu w nas, jawił mi się w nocnych sennych przywidzeniach jako żółtawa ameba podobna do jajecznicy, w dodatku miał czerwone oczy i złośliwie chichotał. Mogłem go pokonać tylko siłą Woli (mama dobrze wiedziała, że jej ego też jest dość chwiejne, i dlatego nigdy nie używała w swoich pouczeniach określenia „superego”). Słowem, odrębne pojęcia Dobra i Zła istniały w mojej mgliście ateistycznej rodzinie, były ideami klarownymi i radykalnie odmiennymi, a wobec tego nie należało wątpić, że toczą z sobą walkę. Inaczej wyglądała ta kwestia dla Gabriela. Jego rodzina także była laicka i postępowa, ale wpływ nieprzejednanej babki Rachele na jego wychowanie okazywał się na pewno nadmierny. Kiedy jej wnuk dopuszczał się przewinienia, babka zawsze mu powtarzała, że upadek jest konieczny, aby mogło dojść do wzlotu, ale jednocześnie, zachowując dobroduszny pesymizm osoby, która dobrze zna życie i ludzi, przestrzegała go, że „grzech zawsze przyciąga grzech” (Księga Zoharu, III, 21b). Pewnego razu, kiedy Gabriel w mojej obecności otrzymywał właśnie głośny policzek od swego ojca, niezaradnego pedagoga, usłyszałem, jak babka w obronie wnuka zawołała: „Boga można kochać także za pośrednictwem złych skłonności!” (Miszna, Berachot, IX, 5). Świetnie pamiętam, że pewnego nudnego dnia, mokrzy od marcowej mżawki, pojechaliśmy autobusem numer 7 na wycieczkę szkolną do Fiesole, żeby obejrzeć rzymski amfiteatr. Patrząc z góry na przesłoniętą mgiełką Florencję, już doszczętnie przemoczeni, jak bezbronne pisklęta, rozłożyliśmy 1. FLORENCJA

13


z Gabrielem podniszczony atlas geograficzny, który mieliśmy przy sobie, i postanowiliśmy, że odszukamy na świecie tylu Sprawiedliwych, ilu tylko zdołamy. Wiadomo, czym się kończą takie młodzieńcze przysięgi składane przy okazji oglądania miasta z odpowiedniej wysokości! Tak samo jak przysięga Aleksandra Hercena i Nikołaja Ogariowa. Obaj wtedy, w 1826 roku, byli jeszcze chłopcami i na Wzgórzach Worobiowych w Moskwie uroczyście ślubowali, że poświęcą całe życie walce o wolność. Tyle że oni jednak naprawdę się o to starali. Nasze wspólne zabawy skończyły się z chwilą ukończenia szkoły powszechnej. Moi rodzice posłali mnie do „szkoły normalnej”, leżącej w pobliżu domu, co miało mi umożliwić dostanie się do liceum. Dostałem się i poznałem na własnej skórze „prawdziwe życie”: stopnie wystawiane bez zrozumiałego uzasadnienia, dyscyplinę będącą celem samym w sobie, nudę wbijanej do głowy zbędnej wiedzy i złośliwość kolegów, podsuwających zadania z błędami, żeby drugi wypadł gorzej od nich. A Gabriel został w dawnej szkole jeszcze na trzy lata. Za długo. Kiedy zaczął chodzić do liceum, nie wytrzymał, po tamtym długim pławieniu się w Utopii, zderzenia z nagą rzeczywistością. Przystał do grupy niedoszłych rewolucjonistów, już mocno zgorzkniałych, która wkrótce rozsypała się wskutek nadużywania heroiny. Obcował z nimi jednak na swój sposób: kiedy go spotkałem, miał pod pachą granatowy tom Dzieł wszystkich Marksa i Engelsa, zwanych „MEGA” i opublikowanych z dewocyjną czcią we wschodnich Niemczech, i wyjaśnił mi, że to najlepszy papier do robienia skrętów. Później próbował odnawiać stare meble w malutkim warsztacie za Arno, jednak niczym nie umiał wypełnić wszystkich dziur po tych kornikach, które się w niego samego wgryzły. Przestałem go widywać, ale wciąż pojawiał się w moich snach i ciągle o nim myślałem. 14

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


Odnoszę wrażenie, że już w tamtym czasie próbowałem samotnie, ale też w jego imieniu, poszukiwać z wielką pasją i ciągłym rozczarowaniem tych Sprawiedliwych, którzy „stanowią fundament świata” (por. Prz 10, 25). Mój ojciec, chociaż walczył w partyzantce z Niemcami, bardzo cenił (podobnie jak jego przyjaciel historyk Delio Cantimori) kulturę niemiecką. W 1932 roku przebywał na rocznym stypendium w Berlinie i nawet został narzeczonym pięknej jasnowłosej córki żydowskiego bankiera, który uratował się przed Hitlerem, ale też przed moim ojcem, emigrując pośpiesznie do Kanady. Ona po długich poszukiwaniach wreszcie się odnalazła w latach sześćdziesiątych i aż do śmierci utrzymywali bogatą korespondencję w języku niemieckim, której nigdy nie odważyłem się przetłumaczyć – może dlatego, że kiedy miałem trzy i pół roku, posłał mnie do Szkoły Szwajcarskiej we Florencji. Między tymi pyzatymi, jasnowłosymi i wrzeszczącymi po niemiecku dziećmi zaraz poczułem, co to takiego rasizm, bo byłem wtedy chudziutki i miałem buzię ciemną jak tytoń, nic więc dziwnego, że już po pierwszych tego rodzaju przeżyciach nabawiłem się traumy: wobec tego zagroziłem, że wyskoczę przez okno, jeśli mnie stamtąd nie zabiorą, i odtąd za nic na świecie nie chciałem mówić po niemiecku. Znalazłem zrozumienie u mamy, której krewni zginęli z ręki Niemców i która na sam dźwięk niemieckiego języka dostawała dreszczy i czuła się chora. Dlatego na Uniwersytecie Florenckim, chociaż regularnie studiowałem filozofię, postanowiłem pójść zdecydowanie pod prąd i dodatkowo studiować jakiś język „wrogi” językowi niemieckiemu; wybrałem polski. W liceum bardzo lubiłem polski teatr i jednym tchem przeczytałem Witolda Gombrowicza. Na pierwszym roku byliśmy jak garstka straceńców, ale nigdy nie przestałem wierzyć, że ten dziwaczny wybór podyktowała mi najlepsza intuicja mego życia! Dlatego, że 1. FLORENCJA

15


jak twierdził Christian Heinrich Trosiener, dziadek Schopenhauera, który mieszkał w Gdańsku i zmusił córki, żeby przede wszystkim nauczyły się, chociażby od służących, polskiego, „kiedy już umiesz po polsku, to każdy inny język wyda ci się potem bardzo łatwy”5. Ale też dlatego, że gdziekolwiek na świecie się znajdziesz, zawsze spotkasz kogoś, kto będzie mówił po polsku i chętnie ci pomoże, bratając się z tobą w imię tego wyjątkowego powinowactwa. I wreszcie dlatego, że Polska jest wymarzoną krainą wszelkiej obfitości, krainą wielu sprzeczności, ludzkich tragedii i ludzkiego bohaterstwa, a więc miejscem szczególnie żyznym dla kultury i poezji: wymusza na tobie, żebyś – korzystając z najlepszych zasobów swojej inteligencji – wdarł się w jej sekrety i docenił je. Ostatecznie, jak z dumą stwierdził Adam Mickiewicz: „Duszą narodu polskiego jest pielgrzymstwo polskie. A każdy Polak w pielgrzymstwie nie nazywa się tułaczem, bo tułacz jest człowiek błądzący bez celu. Ani wygnańcem, bo wygnańcem jest człowiek wygnany wyrokiem urzędu, a Polaka nie wygnał urząd jego”6. Czyż można znaleźć lepsze miejsce, jeśli ktoś chce się rozglądać za Sprawiedliwym? Nie mówiąc już o tym, że ten piękny kraj w porównaniu z tym, co się działo wszędzie w Europie, uchodził przez wiele wieków za „Paradisus Judaeorum”, jak napisał w swoich Wspomnieniach (1685) Giovanni Battista Pacichèlli. W tych uwarunkowaniach, naturalnie nie bez konfliktów, wywołanych przede wszystkim przez postawę Kościoła katolickiego i przez rozmaite trudności pojawiające się na ziemiach zapóźnionych ekonomicznie, nie ustabilizowanych demokratycznie i niepewnych swoich granic, powstała jednak największa wspólnota żydowska w całej diasporze. Mimo że poczynając od pierwszej połowy XIX wieku, zdarzały się w Polsce poważne i częste wybryki antysemickie. Jak stwierdził Czesław Miłosz: „Ludzie, którzy oskarżają 16

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


Polaków o antysemityzm, robią to słusznie, gdyż był to kraj głęboko antysemicki. Ale być może nie pamiętają, że podobne konflikty pomiędzy grupami ludności – powiedzmy, w Palestynie pomiędzy Żydami i Arabami – prowadzą do straszliwych nienawiści. W Polsce było trzy miliony ludzi, którzy przeważnie mówili innym językiem, wykonywali inne zawody, poczuwali się do innej narodowości”7. Ale ten podział ujawniał się głównie w klasach najuboższych. Ludzie wolnych zawodów i inteligenci, chociaż często dawali wyraz swojej wierze i swoim tradycjom, byli jednak wtopieni w polskie społeczeństwo. W przededniu drugiej wojny światowej dziesięć procent ludności w Polsce stanowili rdzenni Żydzi i nigdzie indziej z dala od Jerozolimy kultura hebrajska nie rozwinęła się tak znakomicie i w tak oryginalny sposób w ciągu kilku stuleci. Skądinąd kultura wpływowa. Nie ma Polaka, który mógłby z niezachwianą pewnością stwierdzić, że nie mieści w sobie czegoś hebrajskiego: jakiegoś dobroczynnego bakcyla, który jedynie drogą osmozy duchowej znalazł się w nim bez jego wiedzy i obdarował go na przykład poczuciem humoru lub pogłębioną wnikliwością. Począwszy od XVIII wieku, zaczęła się przejawiać bardzo silnie skłonność do asymilacji, zwłaszcza w światłych środowiskach żydowskich (filozofowie, pisarze, lekarze, bogaci kupcy). Natomiast zwykli ludzie ulegli wpływom dwu ruchów religijnych niechętnych kręgom rabinów; ruchy te stały się podstawą rozwoju kultury odmiennej i niezależnej od tej, w której tkwiła reszta ludności. Jakub Lejbowicz Frank (1726–1791) podjął tezy „Mesjasza” Szabtaja Cwi (o którym Gershom Scholem napisał obszerną wspaniałą rozprawę)8 i z sukcesem rozpowszechnił doktrynę zapewniającą dotarcie do Boga za pośrednictwem mistycznego uniesienia, wyrzekając się przy tym tradycyjnych praktyk religijnych. 1. FLORENCJA

17


Drugi nurt, mocno rozpowszechniony wśród najuboższej ludności, nosił miano chasydyzmu (od chasid – pobożny); został zapoczątkowany przez Izraela Ben Eliezera (1700–1760), zwanego Baal Szem Tow (Mistrzem Świętego Imienia), i rozpowszechniony przez jego ucznia Dow Bera z Międzyrzecza. Głoszono w nim poszukiwanie Dobra poprzez harmonijne związki ze światem i nieprzerwane zespolenie z Bogiem, który jest wszędzie. Pod koniec lat sześćdziesiątych mieszkałem przez kilka miesięcy w Warszawie przy ulicy Krochmalnej. Kiedyś mieściły się na niej pralnie żydowskie (stąd nazwa ulicy). Było to więc jak gdyby małe Gryfino, polskie miasteczko położone 140 kilometrów od Berlina, w którym dzisiaj wszyscy trudnią się praniem i krochmaleniem ręczników i obrusów przesyłanych tu przez luksusowe hotele niemieckie9. Na ulicy Krochmalnej pod numerem 10 mieszkał pisarz Isaac Bashevis Singer (1904–1991), laureat Nagrody Nobla: „Mieszkanie mojego ojca przy ulicy Krochmalnej w Warszawie było jego pracownią, salą sądową, domem modlitwy i miejscem, gdzie gromadzono się, by opowiadać sobie przeróżne historie, ale też odprawiać śluby i urządzać chasydzkie bankiety. Jako dziecko wysłuchałem od starszego brata, mego pisarskiego mistrza, Izraela J. Singera, który później napisał powieść Bracia Aszkenazy, wszystkich możliwych argumentów, jakie racjonaliści, od Spinozy poczynając, po Maksa Nordau, wysuwali przeciw religii. A od moich rodziców z kolei wysłuchiwałem wszelkich możliwych odpowiedzi, jakie wiara w Boga może podsunąć tym, co wątpią lub poszukują prawdy. W naszym domu, ale też w wielu innych domach, zrozumiałem, że wieczne problemy są znacznie bardziej aktualne niż najnowsze wiadomości podawane w dzienniku ukazującym się w języku jidysz”10. Nie zachowało się niemal nic z tamtej Warszawy sprzed wojny (gdzie na 1 300 000 mieszkańców było 350 000 18

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


Żydów). W tamtej dzielnicy są tylko bloki z betonu i szkła oddzielone od siebie pustką. Gdzieniegdzie zza bezlistnych topoli i brzóz prześwitują stare domy, na pozór nie zamieszkane. Na parterach pozostały jeszcze zaniedbane lokale sklepowe, w których wciąż czymś się handluje. A jednak czasami w wiosenne wieczory przeciągały tamtędy tak osobliwe powiewy, że wystarczyło zamknąć oczy, by usłyszeć przepadłe głosy. Głosy tamtego świata, „gdzie szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem”. Tak z rozżaleniem wspomina tamten świat polski poeta pochodzenia żydowskiego Antoni Słonimski (1895–1976)11. Tamten świat, który zniknął z powierzchni ziemi i zachował się tylko na fotografiach, choćby tych Romana Wiśniaka z lat 1934–193912, w pamięci i w literaturze. Tamten świat już przed wojną był w Polsce obcym ciałem, a zwłaszcza radykalnie obca była kultura, która go ukształtowała i utrzymywała przy życiu. Doskonale tłumaczy to Singer: „Wychowałem się w trzech martwych językach (hebrajskim, aramejskim i jidysz, choć ten ostatni nie przez wszystkich jest uznawany za język) i w kulturze, która rozwinęła się w Babilonii: w kulturze Talmudu. Cheder, moja szkoła, to był pokój, w którym nauczyciel uczył, jadł i spał. Nie uczyłem się tam arytmetyki, geografii i historii, tylko praw dotyczących składania w ofierze, znanych już w tamtej świątyni zburzonej dwa tysiące lat temu”. Opowieści Singera, w których wykorzystuje on postacie i fakty tamtego mikrokosmosu wschodnich Żydów, to w istocie wielkie apologie filozoficzne: są jak myśli Spinozy opowiedziane, ukazane i ocenione za pośrednictwem szerokiej panoramy wydarzeń o uniwersalnym znaczeniu. Właśnie na ulicy Krochmalnej przeczytałem po raz pierwszy opowiadanie Singera Żebrak tak powiedział (1961) i byłem prawdziwie poruszony wymową jego konstatacji. 1. FLORENCJA

19


Do Janowa Lubelskiego pewnego lata przyjechał wóz powożony przez Moszego, przysadzistego, smagłego mężczyznę. Ten obcy przyjechał tutaj ze swoją żoną Mindel i z całym ubogim dobytkiem, aby zostać miejscowym kominiarzem. Jakiś żebrzący włóczęga z siwą brodą powiedział mu, że w Janowie nie mają kominiarza. Prawdę mówiąc, mieli go, ale prawie zawsze był pijany. Mosze, uparty Żyd, postanowił mimo to osiąść tam, gdzie zamierzał, zostać woziwodą i zżyć się z mieszkańcami Janowa, chociaż ci od razu zaczęli z niego kpić, nazywając go „Żebrak tak powiedział”, a on tylko głowił się i głowił, dlaczego żebrak go oszukał. Pewnej nocy przyśniło mu się, że przytułek dla ubogich stanął w płomieniach, ponieważ zatkał się w nim komin. Zerwał się ze snu, pobiegł do pożaru i bohatersko go zagasił, ratując nocujących tam starych żebraków. Rozpoznał wśród nich tamtego z siwą brodą, który go oszukał. A ponieważ zrozumiał, że „ten ciąg wypadków ułożyło Niebo”, zabrał żebraka do swego domu, bo wydało mu się, że jest to człowiek zagubiony i dobry. W zakończeniu Singer niespodziewanie pisze: „Po Janowie rozeszły się pogłoski, że ten stary żebrak to Lamedwownik, jeden z trzydziestu sześciu Sprawiedliwych, którzy żyją w ukryciu i swymi zaletami ratują świat od zagłady”. W okresie prześladowania Żydów Rachele Rapaport, babka Gabriela, urodzona na początku stulecia, przeżyła trzy straszliwe lata we Lwowie13: została niejako zamurowana żywcem, razem z młodą córką, w ciasnym pomieszczeniu gospodarczym między dwoma grubymi murami starej kamienicy w stylu secesyjnym na rogu ulicy Sykstuskiej. Jej właścicielem był „aryjski” adwokat, przyjaciel ojca, który podawał im jedzenie i wodę przez otwór ukryty za obrazem przedstawiającym różowe fauny tańczące przy dźwięku syryngi Pana. Rachele, żeby nie zwariować, czytała przy słabym świetle książki kryminalne; pochłonęła wszystkie, jakie znajdowały 20

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


się w domu. Więc i ją uratowały książki, jak Gabriela Munwesa (dzisiaj Mokeda), który przeżył okupację ukryty za szafą. Był jeszcze dzieckiem i po całych dniach wciąż tylko czytał. Kiedy wyszedł zza szafy, miał dopiero dwanaście lat, a był już solidnie wykształcony. Zrobił doktorat w Oksfordzie, został docentem na Wydziale Filozofii Uniwersytetu imienia Ben Guriona i zajmował się estetyką, pisząc eseje o Kafce i Berkeleyu. Natomiast mąż babki Rachele, Dawid Mordechaj, ukrywał się razem z kolegami lekarzami w zakamarkach polskiego zabytkowego cmentarza we Lwowie (Cmentarza Łyczakowskiego). Wszystkich wykryły patrole ukraińskich nazistów i wszystkich rozstrzelano. W tamtym mrocznym okresie jedną z nielicznych mocniej jaśniejących gwiazd był genialny i przedsiębiorczy daleki krewny babki Rachele, Stanisław Lem (1921–2006), później jeden z najwybitniejszych powieściopisarzy uprawiających fantastykę naukową, szeroko znany zwłaszcza jako autor powieści Solaris (1961), która stała się inspiracją pięknego filmu rosyjskiego reżysera Tarkowskiego14. Lem zakupił sfałszowane dokumenty, dzięki czemu zataił swoje żydowskie pochodzenie i mógł się zatrudnić jako mechanik w warsztacie samochodowym, gdzie w akcji sabotażu tak przemyślnie uszkadzano niemieckie ciężarówki, by usterka dała o sobie znać z dużym opóźnieniem, nigdy więc nie natrafiono na jego w tym udział; poza tym działał w organizacji dostarczającej jedzenie i lekarstwa do lwowskiego getta. Florencja i Lwów, które pod wieloma względami są do siebie zaskakująco podobne, często w latach studenckich myliły mi się z sobą. Nieraz wydawało mi się, że jestem w tamtym „utraconym mieście” galicyjskim, albo przyłapywałem się na tym, że rozglądam się za śladami tamtego świata wschodnich Żydów, mimo że siedziałem na ławce 1. FLORENCJA

21


przy piazza d’Azeglio z książką w ręce i wpatrywałem się w zieloną kopułę mauretańskiej synagogi lub podążając śladem pewnego nieszczęśliwego filozofa z początku XX wieku, schodziłem przewężeniem Sdrucciolo dei Pitti, a potem szedłem wąskim chodnikiem via Porta Romana i dochodziłem niemal na samo skrzyżowanie z viale del Poggio Imperiale. Pod numerem 6 znajduje się tam mała piętrowa willa z balkonem: dzisiaj Dom Ludowy imienia partyzanta Chianesiego. I właśnie tam w latach 1908–1910, jak można przeczytać na dwujęzycznej tablicy pamiątkowej umieszczonej na ścianie willi, przeżył ostatnie lata swego krótkiego życia polski filozof Stanisław Brzozowski (1878–1911) z żoną Antoniną Kolberg (która później została pierwszym lektorem języka polskiego na Uniwersytecie Florenckim) i córką Anną. Brzozowski był pierwszym Sprawiedliwym, na jakiego jednak natrafiłem, tyle że pośrednio. Miał życie niezwykłe, odrzucał wszelkiego rodzaju konformizmy: tak więc był i nieortodoksyjnym marksistą, urzeczonym filozofią Giambattisty Vico i Nietzschego15, i „wojującym” krytykiem związanym z nurtem modernizmu, i znawcą literatury rosyjskiej obdarzonym znacznym talentem literackim (napisał powieść Płomienie16, przypominającą Biesy Dostojewskiego), i patriotycznym działaczem socjalistycznym prześladowanym przez carską policję, a później także przez swoich współtowarzyszy, którzy fałszywie oskarżyli go o zdradę. Jego koncepcja swoistej filozofii czynu i działalności społecznej wyprzedzała pod pewnym względem myśl innego działacza politycznego prześladowanego i odsuniętego na margines, Antonia Gramsciego. Brzozowski wykładał na nielegalnym uniwersytecie ludowym w Warszawie i na Politechnice Lwowskiej. W roku 1898 został aresztowany i uwięziony za działalność antyrosyjską (w warszawskim więzieniu nabawił się gruźlicy). Ciągle zmieniał miejsce zamieszkania, po części na skutek złego 22

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


stanu zdrowia, ale głównie z obawy przed zatrzymaniem lub skrytobójstwem, i w końcu zdecydował się wyemigrować razem z rodziną. Początkowo zatrzymał się w Nervi, a potem przeniósł się do Florencji, gdzie zamieszkał w małym pensjonacie Ballestri (przy piazza Mentena 5), w którym poznał jego dwu nieprzeciętnych mieszkańców, Maksyma Gorkiego i Anatolija Łunaczarskiego. Stolica Toskanii przyciągała na początku XX wieku nie tylko estetów angielskich i niemieckich, ale również wielu Słowian, zwłaszcza Polaków, którzy najczęściej spotykali się w salach kawiarni Gambrinus (która prowadziła także piwiarnię i restaurację) przy piazza Vittorio Emanuele (dzisiejsza piazza Repubblica). Jej właścicielem był Karol Paszkowski (1872–1940), syn polskiego powstańca z 1863 roku, który osiadł we Florencji na początku XX wieku i został nie tylko konsulem polskim, ale też jednym z pionierów przemysłu piwowarskiego we Włoszech. Kawiarnia, która znajduje się obok dawnego Gambrinusa i nosi dziś nazwę Caffè Paszkowski, nie należała do niego; odkupiono tylko od niego licencję na sprzedaż piwa wraz z nazwiskiem jego producenta. W marcu 1908 roku rozeszła się w Warszawie pogłoska, że Brzozowskiego zadenuncjował były konfident ochrany, carskiej policji, twierdząc, że pisarz także z nią współpracował. Po tych pomówieniach jego rodacy, nawet Władysław Reymont, przyszły laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1924), zerwali z nim znajomość. Jedynym Polakiem, który we Florencji przyjaźnił się z nim, był Wilfryd Wojnicz, właściciel antykwarycznej księgarni przy via Ghibellina, położonej w pobliżu Casa di Michelangelo. Brzozowski został „sam wśród ludzi”, jak brzmi tytuł jego powieści filozoficznej (1911)17. Osamotniony pisarz pogrążył się całkowicie w studiach, pisaniu i tłumaczeniach (przekładał swego ulubionego Giambattistę Vica). Spędzał wiele czasu 1. FLORENCJA

23


w gabinecie Vieusseux i w Bibliotece Filozoficznej, założonej przez pisarzy Giuseppe Prezzoliniego i Giovanniego Papiniego przy piazza Donatello 5, naprzeciw Cmentarza Angielskiego, tej otoczonej teraz jak morzem pasmami obwodnicy samochodowej posępnej wyspy umarłych, pełnej cyprysów, która stała się inspiracją głośnego obrazu18 Arnolda Böcklina (1827–1901), mieszkającego i zmarłego w Fiesole. Giovanni Papini (1881–1956), który w tamtych latach dokonał konwersji z anarchicznego indywidualizmu na żarliwą religijność, blisko się z Brzozowskim przyjaźnił (zebrał pieniądze na ufundowanie mu nagrobka), podobnie zresztą jak ze wszystkimi „florenckimi Polakami”. To osobliwe przymierze włosko-polskie zostało ukoronowane małżeństwem córki Papiniego Violi z synem piwowara Paszkowskiego Stanisławem. Lata spędzone we Florencji były dla Brzozowskiego i jego rodziny bardzo ciężkie, wypełnione niedostatkiem, chorobą i rozczarowaniami politycznymi. W swoich Listach19 pisarz żali się dalekim przyjaciołom i nazywa Florencję „miastem udręki”, a jej mieszkańców uważa za „często niezdolnych zrozumieć, że cudzoziemiec może być biedny”, co przecież przetrwało do dziś. Ale w wywiadzie, który przeprowadziła z nim w 1910 roku młoda wówczas pisarka Zofia Nałkowska (1884–1954), wyznaje, że kocha Florencję nie tylko z powodu Dantego; kocha ją, „gdyż jest to miasto, które uczy, jak znosić życie. Tutaj z łatwością można zgubić się w czasie i żyć nie wiadomo gdzie, czy w przeszłości, czy w przyszłości”. „Stanisław Brzozowski umarł 30 kwietnia 1911 roku we Florencji na gruźlicę czy, słuszniej byłoby powiedzieć, na nędzę, w trzydziestym trzecim roku życia” – tak rozpoczyna się Człowiek wśród skorpionów20 Czesława Miłosza, który doskonale wyczuwał dramat życiowy, ludzki, myślowy i polityczny Brzozowskiego, odnajdując bliskość jego losu ze swoim. Ta pasjonująca książka, która jest także przydatnym zbiorem 24

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


cytatów z twórczości Brzozowskiego i obrazuje wielki format intelektualny i moralny filozofa, została napisana przez Miłosza na uchodźstwie w Kalifornii i opublikowana w Paryżu w 1962 roku, kiedy Brzozowski, nawet w Polsce, był praktycznie całkiem zapomniany. Miłosz jeszcze w podeszłym wieku bardzo lubił rozprawiać o Brzozowskim, a swoją książkę o nim uznawał za najlepszy utwór eseistyczny, jaki napisał. Dla niego Brzozowski był niejako „laickim Chrystusem”, bo nawet to, że obaj umarli w tym samym wieku, miał za znak ich powinowactwa. Odkryłem grób Brzozowskiego, który zresztą znajdował się dość blisko mego domu, dzięki Pawłowi Hertzowi (1918– 2002), korpulentnemu, gderliwemu i nie znanemu mi wcześniej Polakowi, potomkowi dawno zubożałej arystokratycznej rodziny żydowskiej, który przyjechał do Florencji i zatrzymał się u swojej zapracowanej przyjaciółki, a ona przekazała go w moje ręce. Hertz był intelektualistą światłym i subtelnym, a także niezmordowanym rozmówcą21; jemu zawdzięczam między innymi odkrycie rosyjskiego historyka sztuki, zmarłego w Irlandii, Pawła Muratowa (1881–1950), autora znakomitych rozpraw o rosyjskich ikonach, monografii Fra Angelico i bezcennej książki Obrazy Włoch (1912 i 1924)22, która jest sprawozdaniem z podróży autora przez bogactwo artystyczne naszego Bel Paese, odbytej na początku XX wieku. Hertz tę książkę przełożył i opracował z wielkim staraniem jej polskie wydanie, a we Florencji nosił ją wciąż z sobą jak najprawdziwszy przewodnik turystyczny. Czytanie o sztuce mojego miasta widzianej oczyma Muratowa to przyjemność estetyczna, jakiej nawet najsubtelniejszy Bernard Berenson nie jest w stanie ofiarować. Z tą książką w ręku przeszliśmy razem z Hertzem wiele kilometrów, dzięki czemu mogłem odkryć takie aspekty Florencji, o których wcześniej nie miałem pojęcia. 1. FLORENCJA

25


Pewnego dnia zaproponował mi swoim władczo mamroczącym tonem wspólną wyprawę na grób Brzozowskiego, znajdujący się na cmentarzu Trespiano, położonym na wzgórzach nad Florencją. Mieliśmy dostatecznie dokładne dane (kwatera 19 przy centralnej alei w starej części cmentarza), zamieszczone w polskiej książce mocno okrojonej przez cenzurę23, i jedyne, nieostre zdjęcie grobu. Krążyliśmy po cmentarzu przez godzinę – nadaremnie. Zdążyłem w tym czasie namówić opierającego się Hertza (komunistę w młodości, ale już wówczas nastawionego na wychwalanie najbardziej bezkrytycznej myśli reakcyjnej) do dopełnienia rytuału, który odprawiałem razem z moją matką co roku 1 listopada, kiedy chodziliśmy na grób babki Giulii: szło o złożenie kwiatów na płycie nagrobnej braci Rossellich (zamordowanych we Francji przez włoskich faszystów). Kiedy już rezygnowaliśmy z poszukiwań, zauważyłem gęste zarośla wysokich chwastów, otoczone niskim, zardzewiałym ogrodzeniem, zza których prześwitywał fragment kamienia. Pracowaliśmy z zapałem archeologów bliskich wiekopomnego odkrycia. I wreszcie ukazała się nam stela z jasnego kamienia z płaskorzeźbą Roberta Passaglii, przedstawiającą siedzącą postać kobiecą w tunice, z sową Minerwy i zwiniętym u stóp wężem. Wykute poniżej litery były nadgryzione przez czas i pokryte mchem: Stanislao Brzozowski poeta e filosofo. Polonia 1878 – Firenze 1911. Można zatem urodzić się ogólnie w Polsce, a umrzeć przedwcześnie właśnie we Florencji! Po powrocie do ojczyzny Hertz dał upust swojemu oburzeniu, pisząc list do jednego z tygodników kulturalnych, w którym ujawniał wstydliwy stan rzeczy, a mianowicie fakt, że o grób wielkiego Polaka musi dbać młody włoski student24. Uznałem to stwierdzenie za swój bezsporny obowiązek i od tamtego czasu, dopóki mieszkałem we Florencji, udawałem się regularnie co dwa lub trzy miesiące na grób 26

JADĘ ZOBACZYĆ, CZY TAM JEST LEPIEJ


Brzozowskiego, za co potem otrzymywałem raz do roku pozdrowienia i podziękowania z ambasady polskiej w Rzymie. Stałem się kimś w rodzaju latarnika pilnującego utraconej polskości. Pewnego dnia pojawiła się pod moim domem trupa eksperymentalnego teatru z Poznania, cały Teatr Ósmego Dnia: chcieli, żebym stanął na czele ich pielgrzymki i pojechał razem z nimi ich poobijanym mikrobusem, pełnym dekoracji, na grób Brzozowskiego. Kiedy mieszkałem w Warszawie, odszukał mnie współpracownik reżysera Edwarda Żebrowskiego (pseudonim artystyczny Edwarda Bernsteina, ur. 1935), który wcześniej nakręcił przejmujący Szpital Przemienienia (1978), według noszącej ten sam tytuł powieści Stanisława Lema25. Żebrowski nakręcił niewiele filmów, ale jest autorem scenariuszy najlepszych filmów Krzysztofa Zanussiego i Krzysztofa Kieślowskiego. Właśnie zamierzał sfilmować historię młodego polskiego terrorysty, któremu zlecono udanie się do Florencji i zabicie filozofa Brzozowskiego, oskarżonego o zdradę. Na ten film, W biały dzień26, przeznaczono niski budżet, musiał więc być nakręcony głównie w hali filmowej w Łodzi, a w partiach rozgrywających się we Florencji, w... Rumunii. Zostałem zaangażowany do współpracy przy filmie jako doradca w kwestiach filozoficznych i topograficznych. W sumie film nie wypadł najlepiej, a kiedy wszedł na ekrany, nikt na niego nie zwrócił uwagi, bo przesłoniła go ówczesna euforia rodzącej się Solidarności.


spis treści

1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14. 15. 16. 17. 18. 19. 20. 21. 22.

Florencja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Warszawa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moskwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dublin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wilno . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Buenos Aires . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Łódź . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Berlin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Otwock . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Budapeszt. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nowy Jork . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Erywań . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Baku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Gdańsk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wenecja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Kielce . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Paryż. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Sainte-Geneviève-des-Bois . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Maisons-Laffitte. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Praga . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wielopole . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Drohobycz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

7 28 45 57 70 90 113 132 145 156 164 177 191 198 208 223 237 248 255 269 292 299

Wyjaśnienia i podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 315 Przypisy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 319 Indeks osób . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 339


FRANCESCO M. CATALUCCIO

W swoim pasjonującym „brewiarzu środkowoeuropejskim” Cataluccio pisze o „Sprawiedliwych” – pisarzach ocalających świat w okrutnym XX stuleciu. Każdy z nich reprezentuje tutaj miasto, z którym jest związany: Drohobycz, Pragę, Warszawę, Dublin, Wenecję, Gdańsk, Wilno, Paryż... Wielu z bohaterów tej książki było jego przyjaciółmi: Herling-Grudziński usynowił go po śmierci ojca, z Kapuścińskim włóczył się po Buenos Aires śladami Gombrowicza, z Pawłem Hertzem odnalazł zapomniany grób Stanisława Brzozowskiego we Florencji, z Brodskim zachwycał się Guardim w weneckiej Galleria dell’Accademia, z Herbertem – Peruginem w Luwrze. Autor Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej wysłuchiwał zwierzeń Czapskiego o Katyniu, zdążył odwiedzić w Moskwie Wieniczkę Jerofiejewa, z Hrabalem pił piwo U zlateho tygra w Pradze, bywał w Maisons-Laffitte, dotarł nie tylko do Nowego Jorku czy Berlina, ale też do Erewania i Baku. Miał szczęście poznać Václava Havla, Andrieja Tarkowskiego, Danilo Kiša, Jana Kotta, Marka Edelmana, Wisławę Szymborską, Czesława Miłosza… W osobistym wspomnieniu, pełnym anegdot i poczucia humoru, o każdym z tych twórców potrafi powiedzieć coś istotnego, dotknąć sedna ich dzieła. Jego błyskotliwe eseje stanowią fascynującą lekturę umożliwiającą podróż po literaturze, sztuce i historii tej części Europy.

Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej

Cena detal. 39,90 zł

KSIĄŻKI Z DOBREJ STRONY

cataluccio_Jade zobaczyc czy tam jest lepiej.indd 1

FRANCESCO M. CATALUCCIO (ur. 1955) to włoski filozof, krytyk, eseista, tłumacz, autor licznych prac o literaturze, historii i kulturze środkowoeuropejskiej, przede wszystkim polskiej. Jako edytor i wydawca opracował włoskie wydania dzieł m.in. Witolda Gombrowicza, Brunona Schulza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Jest autorem jedynego literackiego przewodnika po Warszawie – wydanego we Włoszech! W 2006 roku w Znaku ukazała się jedna z jego książek: Niedojrzałość. Choroba naszych czasów.

FRANCESCO M. CATALUCCIO

Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej

NIEMALŻE BREWIARZ ŚRODKOWOEUROPEJSKI

2012-10-16 13:03:00


Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej