Page 1

Anne

Goscinny

o t a T Tato

a

Ĺ‚ajk o k i M e z r o o aut


Anne

Goscinny

o t a T

przełożyła

Magdalena Talar

13

Kraków 20


Odgłos kluczy


Bóg to dziwny rzeźbiarz, zabija rzeźby, które kocha… (CLAUDE LEMESLE / SERGE REGGIANI)


Tato, Pisanie do Ciebie jest jak reperowanie mostu. To upewnianie się, że mogę po nim chodzić do końca życia. Że mogę przemierzać go tam i z powrotem. Zatrzymać się w pół drogi i patrzeć na krajobraz. Boję się, że pisanie do ciebie ot tak, po prostu, zabrzmi nieprawdziwie. Że każe „iść dalej”. Rozpoczynam ten list, przygotowując się od razu na to, co mnie czeka, bo chcę wierzyć, że go dostaniesz. Dziś nie będzie literatury. Tylko moje słowa bez szminki ani tuszu do rzęs. Jeśli ktoś będzie zawiedziony, że ukazują się publicznie bez żadnego makijażu, niech zrozumie: piszę to tylko z myślą o tobie. Przyjmij te wspomnienia tak, jak się pojawią. Bo pojawią się w tym liście. Jeśli nikt nie będzie ich pospieszał. Nawet jeśli nikt ich nie będzie zapraszał. Tata… To zabronione słowo. Nie mam już prawa tak cię nazywać. Mogę powiedzieć: „Tata się śmiał”, „Tata uważał”. Ale nie mam prawa używać pewnych określeń czasu, które sugerują, że nadejdzie odpowiedź, wykrzyknienie, zakaz albo po prostu działanie. Na przykład: „Godzinę temu tata powiedział, że…”. 9


Trzeba opłakiwać te określenia czasu. Nawet bardziej niż ciebie. Bo z tobą sobie jakoś poradziłam. Ale o tym opowiem ci później. Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy, kiedy dotarło do mnie, że nie żyjesz, to: „Tata nie ma już uszu, więc mnie nie usłyszy”. Skąd te uszy? Równie dobrze mogły to być oczy, które mnie już nie zobaczą, ramiona, które nie obejmą, kroki, które nigdy nie zrównają się z moimi drobnymi krokami, ręce, w których moje nigdy się już nie schowają. Tego dnia mama wróciła do domu sama. Wyszliście oboje. Jeden pęk kluczy rzucony na półkę przy drzwiach. Umarłeś. Umarłeś. I tyle. – Na jak długo tata umarł, mamusiu? Będziemy mogli zatrzymać psa? Mamo, dlaczego płaczesz? Mogę pójść się pobawić do Caroline? Pytam, bo jej mama miała nas zabrać do zoo. Przecież jeśli śmierć jest ostateczna, to nie ma nic do rzeczy, czy pójdę do zoo, czy nie. Takie były, tato, pierwsze pytania, które przyszły mi do głowy, kiedy zrozumiałam, co oznacza odgłos jednego pęku kluczy rzuconego na półkę przy drzwiach. Cichy odgłos, który pozbawi mnie dzieciństwa. Jest sobota. Nie wiem, dlaczego umarłeś. Mam całe życie, żeby się tego dowiedzieć. Do domu zjeżdżają się bliscy, kuzyni z Lyonu, twój brat, przyjaciele. Inni kuzyni z Lotu*. Jest bardzo wesoło. Słychać dzwonek domofonu, biegnę, żeby otworzyć. Ludzie biorą mnie w ramiona, jedna z twoich przyjaciółek szlocha. Mama jest gospodynią, mama proponuje coś do picia, mama jest taka śliczna. Ten wieczór trwa całą noc. Musiałam zasnąć w salonie i ktoś Francuski departament położony w regionie Midi-Pyrénées. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). *

10


zaniósł mnie do twojego łóżka. Budzę się obok mamy. Cieszę się, że tam jestem. Dlaczego tam jestem? Gdzie jest tata? Odgłos pęku kluczy. Wczoraj był cichy, prawie głuchy. Dzisiaj jest taranem, który chce przebić drzwi. Odgłos kluczy. Pierwsza niedziela bez róż dla mamy. Budzę się. Twoja teściowa zajęła się twoją córką na swój sposób. Owszem – delikatnie, ale bez czułości. Nie powiedziałam: „bez miłości”. Cały dzień przyjaciele zbierają się wokół mamy. Potem przychodzi Marie. Córka kuzynki mamy. Słodka Marie, ruda Marie. Marie jest w moim wieku i często spędza z nami lato. Jak do tej pory twoja śmierć jest radosna. Marie mnie nie przytula, Marie nie płacze. Przyjeżdża ze swojego południowego zachodu i pyta: „To w co się pobawimy?”. Ciebie nie ma, to prawda. Ale jest Marie. I nie chcę ci sprawić przykrości, ale wolę się pobawić! Znowu przyjaciele… Albert, twój kolega, z którym grałeś w bule, Albert, twój najlepszy brat, Albert, przyjaciel, którego ma się tylko jednego, jest tutaj. Albert, który lubi psy i wieś, jest tutaj. Nie wiem dokładnie gdzie. Ale wiem, że tu jest. Bezgłośnie rozbity. Bezszelestnie zmiażdżony. Bez szlochów, bez hałaśliwego bólu. Sucha rozpacz. Prawdziwa. Przejmująca. Z tamtego czasu, tato, prawie dwadzieścia cztery godziny po twojej śmierci, przypominam sobie właśnie Alberta. Alberta, który nie rozumie. Alberta, który chce się obudzić z tego koszmaru. Albert będzie pierwszym mężczyzną, którego pokocham tak jak ciebie. Nie żyjesz? Nic się nie stało, mam przecież Alberta. Twój brat Claude jest wielkim nieobecnym. Mama nadal wygląda tak samo pięknie. Z długimi rozpuszczonymi włosami przypomina Indiankę. Kiedy przychodzę się przytulić, uśmiecha się. Uśmiecha się do mnie, głaska mnie po twarzy, bierze na kolana, chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi. Wie, że bawię się z Marie. Cieszy ją moje szczęście. Odtąd będą ją cieszyły tylko określone rzeczy. Samo szczęście, szczęście bez żadnego przymiotnika, odeszło 11


razem z tobą, ale to zrozumiem później. Jutro jest szkoła. Może tam się czegoś dowiem. Kończy się niedziela. Bawiłyśmy się cały czas w sklep, grałyśmy w karty, w warcaby… Gdyby odgłos kluczy nie zajmował mi tyle miejsca w głowie (wkładałam sobie nawet watę do uszu, żeby stłumić ten dźwięk), mogłabym powiedzieć, że weekend miałam, owszem, dość dziwny, ale ani smutny, ani żałobny. Pierwszy dzień szkoły. Kiedy wstałam w ten poniedziałkowy ranek, postanowiłam nic o t y m nie mówić. Chciałam udawać. Jakbyś nie umarł. Nie było mi trudno uśmiechać się, bo zawsze lubiłam poniedziałki. To chyba typowe dla jedynaczek, które nudzą się same w niedziele. No tak, ale jednak. Wszyscy już wiedzieli. Wiedzieli, bo od informacji o twojej śmierci rozpoczęto weekendowe dzienniki telewizyjne. Chciałam, żeby ten poniedziałek był taki jak każdy inny. Jak inne poniedziałki innych dzieci. Żeby to nie był poniedziałek ze śmiercią w tornistrze. Wiesz, kiedy ktoś odwzajemniał mój uśmiech, to uśmiechał się samymi ustami, nie patrzył na mnie. Dyrektor szkoły przyszedł do klasy i poprosił mnie do gabinetu. To zawsze przerażający moment dla każdego. Chciał mi tylko powiedzieć, jak bardzo myślał o mnie i o mamie. Później dowiedziałam się, że kiedy ja przyjmowałam kondolencje od dyrektora, nauczyciel (mówiliśmy: pan) zorganizował zbiórkę na wspólny wieniec. To było idiotyczne, że chciał to przede mną ukryć – Caroline, Rachel i Mathieu natychmiast mi o tym powiedzieli! Zmarłym daje się kwiaty. Kwiaty, które więdną, gdy ustaje płacz. O, tam jest. Mama przyszyła pod szkołę o 11.30. Stała z innymi matkami, które uśmiechały się do niej, nie patrząc w oczy. A kiedy wróciłyśmy do domu na obiad, rzuciła klucze na półkę obok drzwi. I odgłos znów powrócił. Odgłos kluczy. 12


Zaczęła się twoja śmierć. Wtedy. Dokładnie w tamtej chwili. Po moim pierwszym poranku w szkole, po pierwszych słowach wyszeptanych na przerwie, po fałszywych uśmiechach. Wtedy zrozumiałam. Dzień przed twoim pogrzebem mama powiedziała do mnie: – A może zrobisz dla taty rysunek? Nie miałam zbyt wielu pomysłów. Niewyraźnie czułam, że nie zobaczysz tego rysunku. Dzieci są stokroć bardziej racjonalne niż dorośli. Mówię to teraz, bo chcę wierzyć, że przeczytasz ten list. Jakbym trzydzieści cztery lata później mówiła do śmierci: „Stop. Już się nie bawię”. Siedzę za biurkiem w pokoju pomalowanym w różową kratkę. Pudełko pisaków i czyste kartki czekają. Nie ośmieliłam się zadawać mamie pytań. Lubiłam rysować słoneczka. Ale żadne słońce nie wychodziło spod mojego żółtego pisaka. Lubiłam rysować domki z kominem, z którego leciał dym, ale po trzech nieudanych próbach zrezygnowałam: domku nie będzie. Spróbowałam z kwiatkiem. Ale kartka była zbyt duża i kwiatek wydawał się chory, wątły, niewłaściwy. Nie chciałam zawieść mamy. Wzięłam swój zeszyt z poezją i przerysowałam ilustrację, którą zrobiłam w szkole do wiersza Préverta. Recytowałam ci ten wiersz kilka dni wcześniej: Chanson de la Seine*. Dałam mamie rysunek, wyglądała na bardzo szczęśliwą. Złożyła kartkę. Długo się zastanawiałam, co z nim zrobiła. Pewnego dnia dowiedziałam się, że wsunęła go do kieszeni garnituru, który będziesz nosił przez całą wieczność. Kilka miesięcy temu Salomé, moja córka, pokazała mi swój zeszyt do poezji. Jej Sekwana była błękitna, tak jak wyobrażamy sobie morze otaczające wyspy na Pacyfiku, a katedra Notre Dame *

Piosenka znad Sekwany. 13


szeroko uśmiechnięta. Skupiona Salomé wyrecytowała mi wiersz. Prévert połączył oba nasze dzieciństwa. Nie chcę zmyślać. Nie piszę powieści. To list. Muszę być precyzyjna, muszę ci powiedzieć wszystko, żebyś nie pomyślał: „Ona coś przede mną ukrywa”. Minęły trzydzieści cztery lata. A ja nadal mogłabym opisać sweter z Myszką Miki, jakbym go miała przed oczami, jakbym mogła go teraz włożyć, żeby wywołać uśmiech Salomé. Jest środa, dzieci się cieszą, bo nie ma szkoły. Mama wstaje wcześnie, co nie jest do niej podobne. Nie odstępuję jej na krok. Idę za nią do kuchni, pomagam jej włożyć filtr do kawiarki, wyciągam paczkę sucharków i masło. Patrzę, jak stawia jedną filiżankę na tacy i niesie ją do pokoju. Spieszy się. Bierze prysznic. Suszy długie włosy i upina je z tyłu złotą spinką. Zakłada czarną sukienkę (nie widziałam jej wcześniej) i czarny żakiet. I czarne eleganckie buty. Całuje mnie i wychodzi. Ja zostaję w domu. Nie mam pojęcia, z kim poszła. Nie wiem gdzie. Nie myślę jakoś szczególnie o tobie. Czytam bajkę Pierre’a Gripariego o „pani doktor, która była wróżką”. Potem razem z mamą wraca odgłos kluczy. Nadal jest tak samo piękna. Bierze mnie w ramiona, nie płacze. Ale łzy same spływają jej po policzkach. Uśmiecha się do mnie i mówi: – Będziemy robić, co zechcesz! – To rozpuść włosy i załóż sweter z Myszką Miki. Mama poszła do swojego pokoju i wróciła w dżinsach i swetrze z Myszką Miki. Za duży beżowy sweter zrobiony na drutach, z Myszką z przodu. Zaczęła płakać. Tak jakby czarny strój powstrzymywał wcześniej jej płacz. Myszka Miki była teraz cała we łzach. Gdzie jesteś, tato? Jak mam uspokoić mamę? Nikt przy mnie nie wypowiedział słowa „pogrzeb”. Zdjęcia z twojego pogrzebu zobaczę potem w telewizji i w gazetach. Pochowała mężczyznę swego życia, a ja chciałam, żeby ubrała sweter z Myszką Miki. 14


Co do ubrań, to długo myślałam, że mama rozdała wszystkie twoje garnitury, koszule, buty, piżamy. W domu nie zostało nic. Wszystko zniknęło. Został tylko twój zapach. A kiedy na dobre się ulotnił, poprosiłam babcię o pieniądze, poszłam do drogerii na ulicę Passy i powiedziałam: – Chciałabym kupić flakonik Moustache. – To dla twojego taty? Zapakować na prezent? – Nie trzeba. Nie. To nie było dla ciebie. To było dla mnie, by odroczyć twoją śmierć. Chciałam czuć chociaż twój zapach, jeśli nie mogłam cię już dotknąć. Twój głos nie odszedł razem z tobą. Udzielałeś wielu wywiadów w telewizji i radiu. Mama zaczęła szukać nagrań i wszystkie znalazła. Kiedyś wróciła do domu z ciężką torbą podróżną pełną kaset VHS i taśm magnetofonowych. Skórzana zielona torba, która zwykle przynosiła do domu twoją szczoteczkę do zębów czy koszulę po krótkiej podróży, w jakie zdarzało ci się wyjeżdżać, teraz przyniosła twój głos i twoją sylwetkę. W tej torbie leżała starannie uporządkowana twoja śmierć. Mama położyła wszystkie kasety na nocnym stoliku. Poukładane, opisane. Nigdy nie oglądała ich w dzień. Ale nocą budził mnie twój głos. Twój głos, którym starałeś się mówić cicho, żeby nie zakłócać mojego snu, kiedy wracałeś z jakiejś kolacji, teraz – ożywiony przez mamę – wrzeszczał. Przerażona, słuchałam cię z mojego pokoju. Mówiłeś o swojej pracy, o postaciach, które wymyśliłeś, o powołaniu, by rozśmieszać ludzi. Uwierz mi, tato, nie było mi wtedy do śmiechu. Zamierałam. A potem któregoś dnia zapragnęłam cię też zobaczyć. Po powrocie ze szkoły weszłam do pokoju mamy i włożyłam przypadkową kasetę do magnetowidu. Nie wiedziałam, co to za nagranie. I zobaczyłam cię. Nie żyłeś od kilku tygodni, a ja zobaczyłam cię przy biurku, z papierosem – w skupieniu zastanawiałeś się, co odpowiedzieć na pytanie dziennikarza, którego nie było widać. 15


Patrzyłam zachłannie. Ale to nie byłeś ty. Poszłam więc do mojego pokoju po małą buteleczkę Moustache i pokropiłam telewizor. Żeby móc cię widzieć i czuć twój zapach. Ale to ciągle nie byłeś ty. Jeśli twój obraz w połączeniu z twoim głosem i do tego twój zapach nie spełnią moich oczekiwań, będę zmuszona szukać innych rozwiązań, tato. Byłam gotowa dorastać w obecności klatek zatrzymanych na obrazie, ale zrozumiałam, siedząc tak z Moustache w jednej ręce i pilotem w drugiej, że to nie będzie możliwe. Że pustki nie da się zagadać. Że śmierć powie mi: „Schowaj swoje sztuczki, nikt nie ucieknie przed bólem żałoby”. Jednym z najsmutniejszych momentów twojej śmierci (mówię „twoja śmierć”, jakbym mówiła „twoje życie”, bo twoja śmierć nie jest wydarzeniem jednorazowym, to chwila, która trwa, to sposób istnienia, to inny sposób na oddychanie, śmiech, zabawę, czytanie, naukę) był nasz pierwszy wyjazd z mamą do Cannes, do mieszkania, które tak lubiłeś. Widzę, jak otwiera drzwi. Usiłowała powstrzymać łzy. Wszystko tu na ciebie czekało. Twoja zielona kamizelka, widok na morze, ledwo napoczęta butelka Chivas, twój gabinet i modele statków. Kilka godzin później wróciłyśmy do Paryża z tą zieloną kamizelką w walizce. Dziwne. Wydawało mi się, że mama miała nadzieję cię tam znaleźć. Nie żyłeś w Paryżu, ale może gdzie indziej byłeś żywy. Cztery lata po twojej śmierci ostatecznie opuściła to miejsce. To w Cannes świętowaliśmy moje dziewiąte urodziny. Ostatnie urodziny z tobą. Podarowałeś mi cieniutki złoty łańcuszek z literką A.


Wielkanoc 1974 roku spędziliśmy w Cannes. Byłeś smutny po śmierci Pompidou. Miałam sześć lat. Prezydent – sześćdziesiąt trzy. Powiedziałeś, że był jeszcze bardzo młody… Ale kiedy się ma sześć lat… Myślę, że miałeś wtedy jakieś przeczucie. Szczęśliwa wróciłam do swojego dzieciństwa, patrzyłeś, jak odwracam się plecami do śmierci, byłam przekonana, że mnie to nie dotyczy.


Twórca Mikołajka oczami ukochanej córki Anne Goscinny opowiada wzruszającą historię ojca, który jednocześnie jest i go nie ma – odszedł, ale żyje w świecie swoich postaci. Zatroszczył się o rodzinę książkowego Mikołajka, a osierocił własną. Autorka pisze o tym, jak próbowała poradzić sobie z utratą taty, odkrywając po drodze bolesne rodzinne tajemnice. Prawdziwe wspomnienia mieszają się z fikcją. Tylko tęsknota zostaje taka sama. Na to wydanie składają się list Anne Goscinny do ojca – Odgłos kluczy oraz powieść Wieczny ojciec.

Nieznane oblicze René Goscinny’ego, najsłynniejszego francuskiego humorysty.

René Goscinny (1926-1977) – francuski pisarz, scenarzysta i twórca komiksów, autor m.in. opowiadań o przygodach Mikołajka zilustrowanych przez Jeana-Jacquesa Sempégo.

Cena 24,90 zł

Tato  

Twórca Mikołajka oczami ukochanej córki Anne Goscinny opowiada wzruszającą historię ojca, który jednocześnie jest i go nie ma – odszedł, al...